Tag Archives: Jacek Kurski

Jackowi Kurskiemu posada drży

Zwykły wpis

Posada Jacka Kurskiego musi być zagrożona, kiedy występuje w obronie „nadawcy publicznego” w związku z zabiciem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.

TVP jest tylko nominalnie „nadawcą publicznym”, bo w istocie jest nadawcą partyjnym, uprawiającym nie informację, ale propagandę na rzecz partii Jarosława Kaczyńskiego, a przeciwko opozycji, która jest zohydzana, oczerniana, szkalowana.

To klasyka wszelkich autokracji, gdy własność publiczna zostaje zawłaszczona i staje się własnością partyjną. Tak było w PRL, gdy TVP mieniła się publiczną, Kurski niczego nie stworzył w tej sferze samodzielnie, odtworzył tylko wzór poprzedniego reżimu.

Powielony gest zwłaszcza w  mediach jest farsą i taka jest TVP – groteskowa, farsowa, absurdalna, ośmieszająca informację, którą podaje, bo informacje na jej antenie nie spełniają szkolnej wykładni, jak powinna konstruowana być taż informacja.

I tak np. TVP różni się od TV Republika tym, że ta ostatnia nie dostaje pieniędzy publicznych, czyli wszystkich Polaków, oraz nie korzysta z takiego dostępu do sponsoringu i reklam spółek publicznych. Pieniądze publiczne są w istocie zakupem takiej, a nie innej informacji, są kupowaniem konkretnych ludzi, którzy mienią się dziennikarzami, ale nie spełniają fachowości tego zawodu. Gros tzw. dziennikarzy w dzisiejszej TVP to amatorzy działający na rzecz PiS, bądź ideologii tej partii. Do tej pory pracowali w niszowych mediach, nikt ich nie znał – i tak pozostałoby przez ich całe życie, gdyby nie dar reżimu, który w Polsce zapanował.

Jacek Kurski zapowiedział wcześniej na Twitterze, że „autorzy oszczerstw”, tzn. ci, którzy wyrażali opinię o powiązaniach informacji oczerniajacych, szkalujących, zohydzająch prezydenta Pawła Adamowicza w TVP z jego zabiciem.

Ten przykład będzie łatwy do udowodnienia, bo o Pawle Adamowiczu w przeciągu tylko roku w Wiadomościach TVP mówiono o nim ohydnie przynajmniej 100 razy. Czy to ma związek z mordem na nim? Ależ tak! Takie jest działanie „mowy nienawiści”, wiele prac socjologicznych o tym traktuje.

Kurski zapowiedział, Telewizja Polska (podkreślam jej tylko nominalną nazwę, bo w istocie jest to telewizja PiS, partyjna) też zapowiada, że zostanie „skierowany pozew lub akt oskarżenia w trybie kk”  (przepisuję z komunikatu, bo nawet w tym fragmenciku są błędy nazewnictwa) „przeciwko osobom, które absurdalnie wskazywały na związek przyczynowy pomiędzy treściami publikowanymi na antenach Telewizji Polskiej a śmiercią pana Pawła Adamowicza”.

W oficjalnym komunikacie nominalna Telewizja Polska używa słowa „absurdalnie” to tak jak Latający Cyrk Monthy Pytona ofialnie komunikowałby, że Ministerstwo Śmiesznych Kroków nie istnieje, bo taka instutucja byłaby absurdalna.

I taka jest TVP z punktu konstruowania informacji – absurdalna. TVP wypełnia w przestrzeni publicznej coś na kształt formatu Monthy Pytona. Czy tak skonstruowana informacja może zabić? Ależ tak! Wcale nie musi dochodzić do komunikatu: „Stefanie W., zabij!”, bo taki komunikat podany 100 razy „zabiłby” tegoż Stafana W. z nudów. Do Stefanów W. konstruuje się zohydzające, szkalujące, manipulujące komunikaty o Pawle Adamowiczu, Grzegorzu Schetynie, Donaldzie Tusku i tysiącu polityków opozycyjnych.

I w ruletce nienawiści padło na Pawła Adamowiczu, który dostał śmiertelne ciosy nożem. Jacek Kurski na swoją zgubę zasłania się norminalnąTelewizją Polską, której imienia chce bronić. Otóż Kurski zniszczył TVP i tak naprawdę TVP należałoby bronić przed Kurskim.

Stefan W. to powielenie Eligiusza Niewiadomskiego, w Polsce powtórzony został mord na prezydencie, tym razem na prezydencie Gdańska Pawle Adamowiczu. Wszystkie cechy narracyjne są porównywalne i podobne. A Jacek Kurski – cóż – też nadaje się do prozy jako postać o wybitnie czarnym charakterze i zaznaczam nieciekawa intelektualnie, bo jak napisała Hanna Arendt – zło tak naprawdę jest banalne.

Banalny w czynieniu zła Jacek Kurski – w imieniu Telewizji Polskiej – zapowiada pozew lub akt oskarżenie w trybie kk przeciw m.in. Krzysztofowi Skibie, Wojciechowi Czuchnowskiemu, Adamowi Bodnarowi i Wojciechowi Sadurskiemu.

>>>

Krystyna Pawłowicz znalazła sobie kumoszkę od antysemityzmu

Zwykły wpis

„Proszę nas nie pozbawiać swych świetnych i bardzo dowcipnych recenzji naszej rzeczywistości. Czekamy na kontynuację Pani felietonów o Polsce” – napisała Krystyna Pawłowicz do Barbary Pieli, autorki animacji, atakującej WOŚP i Jerzego Owsiaka. W kolejnym wpisie posłanka PiS dodała: – „Nie ma sytuacji bez wyjścia, problemy są do rozwiązywania, a i tak na końcu będzie tak, jak ma być dla nas najlepiej. Najserdeczniej Panią pozdrawiam. Taki talent nie może się zmarnować”.

To nie pierwsza „produkcja” Barbary Pieli. Od pewnego czasu w tej telewizji emitowane są jej „plastusiowie” animacje, których bohaterami są prawie wyłącznie działacze i politycy opozycji. Widzowie mogli więc zobaczyć scenki z udziałem Donalda Tuska, Lecha Wałęsy czy Władysława Frasyniuka.

Piela nie posłuchała wezwań Pawłowicz i pozbawiła – przynajmniej widzów telewizji publicznej – swoich „świetnych recenzji”. Ogłosiła bowiem na Twitterze, że odchodzi z TVP. Krystyna Pawłowicz z pewnością jest niepocieszona…

Depresja plemnika

 „To się nie dzieje naprawdę. Marek Suski jako jeden z argumentów za reformą sądownictwa, powiedział, że „niektórzy sędziowie mają w ogródkach zakopane sztabki złota, nie wiadomo skąd” – napisał na Twitterze Patryk Michalski z RMF FM. Reporter powołuje się na oficjalne sprawozdanie Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i  Spraw Wewnętrznych (LIBE) Parlamentu Europejskiego.

Jej przedstawiciele byli w Polsce we wrześniu ubiegłego roku w sprawie pisowskiej „reformy” wymiaru sprawiedliwości. Spotkali się z przedstawicielami rządu, opozycji, sędziami i organizacjami pozarządowymi.

Marek Suski, który – przypomnijmy jest szefem gabinetu politycznego premiera Morawieckiego – podczas spotkania z komisją z PE twierdził, że dlatego PiS reformuje sądownictwo, bo niektórzy sędziowie poprzedniej Krajowej Rady Sądownictwa są bardzo bogaci, nie wiadomo skąd mają te pieniądze oraz, że… zakopywali złoto w ich ogrodach.

Na jednak nie poprzestał. Jak wynika ze sprawozdania, Suski porównywał  reakcję instytucji unijnych na pisowską reformę do historycznych działań Moskwy. Te „rewelacje” padły na spotkaniu, w którym uczestniczyli także…

View original post 2 366 słów więcej

 

Krystyna Pawłowicz nie jest Filipem z konopi. Jest esencją zbuków prezesa

Zwykły wpis

Na to, co się stało w Sandomierzu, nie wskazywały żadne sondaże. Wręcz przeciwnie – nawet wykluczały taki scenariusz. Do drugiej tury nie przeszedł ani dotychczasowy burmistrz, który pisał do Jarosława Kaczyńskiego, ani kandydat PiS. Ciekawe, tym bardziej, że właśnie od Sandomierza premier Morawiecki w sierpniu rozpoczął kampanię przed wyborami samorządowymi 2018. Wykorzystał go również w swoim spocie wyborczym, w którym mówił do wiwatującego tłumu mieszkańców o tym, że „potrzebujemy dobrych gospodarzy dla dobra demokracji” – przypomina portal naTemat.

Dopiero potem zaczęły dochodzić sygnały, że na sandomierskim Rynku mieszkańców miasta to akurat było najmniej, jeśli wcale. Za to było na przykład ponad 50 pracowników Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji w Kielcach pojechało tam na wycieczkę opłaconą przez PiS. – „To nie była konwencja sandomierzan. Tam nie było mieszkańców miasta, to byli ludzie przywiezieni z całej Polski. Sam naliczyłem 17 autokarów, które miały rejestracje z różnych stron kraju – powiedział portalowi Jacek Krupa, przewodniczący zarządu Stowarzyszenia Forum Obywatelskie Sandomierza FOSa.

Tymczasem w wyborach samorządowych kandydat PiS na burmistrza Sandomierza przegrał z kandydatem Koalicji Obywatelskiej i nawet nie wszedł do II tury. Krzysztof Szatan otrzymał niewiele ponad 19 procent głosów i zajął trzecie miejsce. Morawiecki może być zawiedziony, bo okazało się, że obietnice PiS zdecydowanie nie zadziały. – „Wydawało się, że kandydat PiS był w dobrej sytuacji, bo mógł się podeprzeć tą konwencją. Dawał też do zrozumienia, że może liczyć na wsparcie rządu – przyznaje Jacek Krupa. Żartuje, że jeśli chodzi o środowiska obywatelskie, „plan minimum” został w tym momencie wykonany: – Żeby kandydat PiS nie został burmistrzem.

Krzysztof Szatan obiecywał mieszkańcom Sandomierz Marzeń, prezentował przy tym szczególną atencję dla rządowych programów. Obiecywał zatem „Czyste Powietrze, Dostępność Plus czy Mieszkanie dla Młodych. „Współpraca między rządem i samorządem jest najlepszą gwarancją realizacji programu” – powiedział w jednym z wywiadów, przy okazji ujawniając swoja filozofię w kwestii samorządności. Do mediów najbardziej jednak przebił się … stary, zamknięty most na Wiśle. Ten sam, który od lat czeka na remont. Dodajmy, że w sprawie mostu do prezesa PiS pisał już dotychczasowy burmistrz Marek Bronkowski. Mieszkańcy miasta zebrali nawet 9 tysięcy podpisów pod petycją do premiera, które Bronkowski zawiózł do Warszawy – pisze portal naTemat.

Most, choć stary i zamknięty, odegrał swoja rolę w kampanii przedwyborczej. – „Tydzień przed wyborami przyjechał minister Adamski i pojawił się na moście razem z wojewodą, posłami PiS i komitetem pana Szatana. Nikt inny nie był poinformowany, że coś takiego się odbędzie. Nie zaproszono władz miasta. A na moście padły takie obietnice, że miałem wrażenie, że praktycznie jest już gotowy. Tylko nam się wydaje coś innego. Szatan tak prowadził kampanię, by ludzie wierzyli, że nie trzeba już się martwić, bo most będzie” – opowiedział portalowi naTemat Jacek Krupa.

Cóż, tylko że ludzie nie uwierzyli. Nie zadziałało to, że burmistrz związany z rządem, może więcej móc niż inni. „Ten most już obiecywał poseł Kwitek [sandomierski poseł PiS – przyp. red.] 3 lata temu i co?” – przypominali na FB niektórzy mieszkańcy, podkreślając, że o most „zaczął walczyć pan Bronkowski! A nie pan i pana partia!”

Nie ironizujmy,że Pawłowicz potrzebuje pomocy psychiatry. Koniec żartów.Ta pani jest zaufanym żołnierzem Kaczyńskiego,na pierwszej linii frontu jego chorej wojenki przeciwko Polsce. Bo kiedyś zaspał. Bo nie przeskoczył przez bramę. Brak budzika i jaj wystarczą,żeby zgubić Polskę?

Holtei

Krzysztof Daukszewicz

Podczas wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Niemczech gospodarze byli uprzejmi. Gospodarz, prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier, zaznaczył, że „więcej nas łączy, niż dzieli”, ale trudne tematy we wzajemnych relacjach nie zostały przemilczane w rozmowach. Te trudne tematy to spór o sądownictwo, stosunek pisowskiej Warszawy do Unii Europejskiej, odbierany w Berlinie jako chłodny, oraz reparacje za zniszczenia wojenne.

Słabnie polsko-niemieckie zaufanie

Żaden z nich nie psuł stosunków polsko-niemieckich przed dojściem do władzy pisowskiej prawicy. Teraz psują, co berlińska gazeta „Tagesspiegel” podsumowała tak: „Duża część Niemców i Polaków stała się sobie w minionych latach obca. Nie rozumieją sposobu myślenia panującego w sąsiednim kraju i mają mu to za złe”. Innymi słowy, stosunki psują się nie tylko na górze, ale i na dole. A to już prawdziwy problem dla obu naszych krajów, bo oznacza, że słabnie po obu stronach wzajemne zaufanie.

Niektóre wypowiedzi i „bon moty” prezydenta Dudy na towarzyszącym jego wizycie Forum Polsko-Niemieckim potwierdzają to wrażenie. Prezydent nie zdobył się na…

View original post 3 299 słów więcej

Mateusz Morawiecki przyłapany na mówieniu prawdy. PiS domaga się sprostowania w trybie wyborczym

Zwykły wpis

>>>

– Mateusz Morawiecki wykonuje wolę Jarosława Kaczyńskiego, a on nie cofnie się o krok – mówi polityk PO Borys Budka.

(fragmenty)

Rzeczpospolita: W październiku nie będzie trzeciego wysłuchania Polski w ramach procedury z art. 7 traktatu unijnego. Czy to może oznaczać, że Komisja Europejska docenia próbę dialogu podjętą przez premiera Mateusza Morawieckiego z prof. Małgorzatą Gersdorf?

Borys Budka, wiceszef PO, b. minister sprawiedliwości:Jestem przekonany, że już nikt w Europie nie wierzy rządowi PiS. Wielokrotnie oszukiwano naszych unijnych partnerów, że w Polsce prowadzony jest dialog, gdy tak naprawdę przystępowano do kolejnych etapów demontażu niezależnego wymiaru sprawiedliwości. Komisja wybrała prostszą – z punktu widzenia politycznego – procedurę przekazania rozstrzygnięcia spraw przez unijny Trybunał Sprawiedliwości. Wybije tym samym z rąk eurosceptyków, że KE działa w sposób polityczny. Zaczeka na rozstrzygnięcie TSUE.

Premier spotkał się z I prezes SN i sondował jej gotowość do kompromisu. Rozważany wariant to pozostawienie prof. Gersdorf oraz danie najstarszym sędziom SN wyboru, czy chcą dalej sądzić, czy też przejść w stan spoczynku na atrakcyjnych finansowo warunkach. Taki kompromis Morawiecki zaproponował też nieoficjalnie Komisji Europejskiej. PiS jest gotowe do ustępstw ws. zmian w Sądzie Najwyższym?

Powiem brutalnie: nie wierzę w ani jedno słowo Morawieckiego. Nie ma chyba dnia, by nie posłużył się kłamstwem bądź manipulacją. Jego spotkanie z prezes Gersdorf to była klasyczna „ustawka”, próba mydlenia oczu opinii publicznej.

Wydaje się, że KE pozytywnie przyjęła chęć porozumienia.

Premier po raz kolejny próbował grać na czas, by metodą faktów dokonanych przeforsować upolitycznienie Sądu Najwyższego. Ale nie mam też złudzeń, to nie premier podejmuje strategiczne decyzje. On tylko wykonuje wolę Jarosława Kaczyńskiego. A ten nie cofnie się o krok.

(…)

PiS reformą sądów wyprowadza Polskę z UE?

Nie ma i nie było żadnej reformy sądownictwa. To, co się dzieje od blisko trzech lat, to budowa systemu jednolitej władzy państwowej, takiego PRL-bis, w którym nie ma niezależnego wymiaru sprawiedliwości, a wszelka władza skupiona jest w rękach polityków opcji rządzącej. Doprowadzono do stanu niepewności prawnej, rozchwiania systemu sądowniczego, obniżono diametralnie poziom zaufania do sądów. Brak jest kontroli konstytucyjnej, a postępowania sądowe uległy wydłużeniu.

Jakie są podstawy do twierdzenia, że PiS dąży do polexitu?

Zmiany dokonywane przez PiS w sądownictwie są sprzeczne z europejskimi standardami i jeśli nie zostaną powstrzymane, prędzej czy później Polska opuści Unię Europejską. I nie pomogą żadne pohukiwania polityków PiS. Polska oceniana jest nie przez pryzmat rządowej propagandy sączącej się z tzw. mediów publicznych, a realne działania podejmowane przez ten rząd.

Jak się skończy sprawa zmian w polskim sądownictwie przed TSUE?

Mam nadzieję, że jak najszybciej i z pozytywnym skutkiem dla Polski. Czyli przegraną rządu. Bo to również należy podkreślać.

Sąd Apelacyjny zdecydował, że Mateusz Morawiecki musi przeprosić za wypowiedź o tym, że za rządów PO nie budowano dróg i mostów.

Dla mnie ten wyrok to „oczywista oczywistość”. Nie może być przyzwolenia na tak ordynarne kłamstwa ze strony premiera i twarzy PiS-owskiej kampanii wyborczej. Liczę, że będzie stanowił zimny prysznic dla Morawieckiego, że jednak podlega on niezależnej kontroli i drugi raz PiS nie wygra wyborów na kłamliwej narracji i manipulacji. Ale ta sprawa jest dowodem na to, jak ważne są niezależne od władzy wykonawczej sądy.

(…)

Co dla PO oznaczałaby przegrana w stolicy?

Wymiar symboliczny ma oczywiście walka o Warszawę. Tu PiS-owski kandydat nie ma żadnych zahamowań. Obietnice bez pokrycia, manipulacja oraz próba kreowania się na polityka umiarkowanego, to tylko pokazuje, że stosuje on zasadę „wszystkie chwyty dozwolone”. Do tego absolutnie niedopuszczalne i w mojej ocenie sprzeczne z prawem zaangażowanie mediów publicznych w tę kampanię jest dowodem determinacji obozu władzy, który jak ognia boi się porażki. Oczywiście tak ustawiana narracja to celowy zabieg rządzących. PiS próbuje przykrywać bardzo niewygodne dla siebie tematy.

(…)

Powtórzę, czy to nie są tematy na wybory parlamentarne, a nie samorządowe?

Ale po raz pierwszy wybory samorządowe nie będą miały tylko charakteru lokalnego. Wierzę, że będą stanowiły przełom. Dzięki dobremu wynikowi Koalicji Obywatelskiej i innych ugrupowań prodemokratycznych i proeuropejskich pokażemy Polakom, że ten wyborczy maraton wygramy i już za rok rządy „złej zmiany” przejdą do historii.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że podczas procesu policjantów oskarżonych o znęcanie się nad Igorem Stachowiakiem prokuratura nie jest zainteresowana ujawnieniem mechanizmów, które sprawiły, że możliwe było torturowanie na policji oraz doprowadzenie do śmierci zatrzymanego. A dla prowadzących sprawę wszystko zostało wyjaśnione w trakcie śledztwa.

Ponad 30 tomów liczą akta w procesie policjantów oskarżonych o przekroczenie uprawnień i fizyczne oraz psychiczne znęcanie się nad Igorem Stachowiakiem, który zmarł kilka godzin po tym, jak z wrocławskiego Rynku przewieziono go na Komisariat Policji Wrocław Stare Miasto przy ul. Trzemeskiej we Wrocławiu.

Podczas śledztwa ustalono, że policjanci leżącego na ziemi w toalecie i skutego kajdankami 25-latka razili paralizatorem, wyzywali i szarpali. Mimo że materiał dowodowy jest obszerny, wciąż nasuwa się wiele pytań. Czy policjanci słusznie odpowiadają tylko za przekroczenie uprawnień i znęcanie się? Co stało się z monitoringiem z komisariatu przy Trzemeskiej? Jak z użycia paralizatora szkoleni są funkcjonariusze? Dlaczego zastępca komendanta, który był na komisariacie, nie zareagował na to, co działo się piętro niżej? Nie słyszał krzyków męczonego Igora? Niestety, tych pytań nie zadają przedstawicielki prowadzącej sprawę poznańskiej prokuratury.

PILNE: Mateusz Morawiecki przyłapany na mówieniu prawdy. PiS domaga się sprostowania w trybie wyborczym #ASZdziennik

Hairwald

„Dowiedziałam się ze sprostowania przeczytanego przez sympatyczną panią przed „Faktami”, że mamy premiera kobietę. Czy Mateusz Morawiecki zmienił płeć, czy ktoś znowu próbuje nas zrobić w konia?” – zapytała na Twitterze Renata Grochal z Newsweeka. To jedna z wielu opinii o formie, w której ukazały się przeprosiny premiera za jego kłamstwa na wiecu wyborczym w Świebodzinie. Odczytała je bardzo szybko sepleniąca kobieta.

Polityków PO takie sprostowanie nie satysfakcjonuje. – „Powiem wprost, to urągało powadze urzędu Premiera RP, jaki Mateusz Morawiecki sprawuje.  Ktoś, kto pełni taką funkcję powinien mieć szacunek tak dla urzędu, jak dla samego siebie. I z tego szacunku dla siebie powinien zadbać o właściwą formę tego sprostowania, przecież on się pod tym podpisał” – stwierdził w onet.pl rzecznik PO Jan Grabiec. Zapytany, czy w związku z tym PO rozważa kolejny pozew, odpowiedział: – „Poddamy analizie prawnej możliwość żądania powtórzenia tego sprostowania. Zbadamy też kwestie finansowania, czyli, kto za…

View original post 1 202 słowa więcej

PiS jak sanacja przed wojną: Swój do swego po swoje

Zwykły wpis

Nie od dzisiaj wiadomo, że „dobra zmiana” dąży do kontrolowania wszystkich obszarów życia publicznego, gospodarczego i społecznego. Idealnie w tym mieści się kolejny pomysł, czyli przygotowywana ustawa o Funduszu Dróg Samorządowych.

Rząd przyjął w miniony wtorek projekt tej ustawy, a Rządowe Centrum Legislacji opublikowało go w piątek. Oczywiście, nikogo nie powinno dziwić, że projekt ten nie przeszedł konsultacji, a prace nad nim toczą się w tempie błyskawicznym.

Ustawa o Funduszu Dróg Samorządowych przewiduje wsparcie budowy dróg gminnych i powiatowych, realizację programu „Mosty plus” oraz budowę dróg dla celów militarnych. Zgodnie z przyjętymi założeniami, ustawa da możliwość sfinansowania do 80% inwestycji, co dla samorządów będzie wielkim wsparciem. Pieniądze będą rozdzielane raz w roku pomiędzy województwa, które w drodze konkursu, przyznają je gminom. Listy inwestycji zakwalifikowanych do wsparcia trafią do ministra infrastruktury, który je zweryfikuje, a na końcu do premiera, bo to on podejmie ostateczną decyzję, komu i ile pieniędzy dać.

Premier będzie mógł skreślić z listy konkretną gminę, nie wyjaśniając przyczyn. Będzie mógł też „mając na względzie poprawę dostępności komunikacyjnej obszarów o niższej zamożności, wyrównywanie szans rozwojowych regionów i budowanie spójności terytorialnej kraju lub zgodność z programami realizowanymi przez Radę Ministrów” zwiększyć wsparcie dla wybranej gminy czy powiatu.

Fundusz Dróg Samorządowych będzie dysponował wielkimi pieniędzmi, liczonymi w miliardach zł. Z budżetu państwa 1,1 mld zł (realizacja planu PO/PSL) rocznie, 1,4 mld zł od Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, ok 120 mln zł od Lasów Państwowych, uzyskanych ze sprzedaży drewna (teraz, w okresie wyborów samorządowych i później parlamentarnych, ma to był kwota 400 mln zł rocznie). Do tego mogą jeszcze dojść 2 mld zł z emisji papierów skarbowych. Jak widać, Fundusz będzie dysponował naprawdę sporą gotówką. To aż ¼ całości dochodów planowanych na dekadę.

Oddanie w ręce premiera decyzji o rozdziale tak dużych pieniędzy z FDS pokazuje jedno. Wyborcy muszą zapewnić PiS-owi zwycięstwo w wyborach samorządowych, jeśli chcą, by ich gminy i powiaty były dofinansowane. Wiadomo przecież, kogo premier wesprze. Przekaz jest aż nadto czytelny. Czy ten szantaż przyniesie zwycięstwo politykom PiS, zobaczymy.

Od kilku dni furorę w mediach robi nowe słowo – „ojkofobia”. Upowszechnił je pan prezes Kaczyński podczas wystąpienia w Olsztynie i odtąd „niechęć czy nawet nienawiść do własnego narodu” jest najmodniejszą z nadwiślańskich fobii, przynajmniej wśród przedstawicieli i zwolenników partii władzy.

Według szefa PiS, ta niemiła każdemu patriocie przypadłość jest w Polsce charakterystyczna dla środowisk sędziowskich i to bynajmniej nie tylko tych wielkomiejskich, zaangażowanych w konflikt wokół trójpodziału władzy i obronę Konstytucji. Zdaniem prezesa, patologia stanu sędziowskiego obejmuje bowiem także sędziów niższych instancji. Po czym poznać ojkofoba? Po tym, że wydawane przez niego wyroki nie służą „interesowi narodowemu”. A – według słów szefa partii rządzącej – służyć powinny.

Tymczasem sędziowie, co? Ano wydają decyzje o zwrocie majętności (lub odszkodowania) emigrantom bezprawnie pozbawionym mienia. Co jest – niestety – zgodne z literą prawa, no ale co z tego, skoro sprzeczne z aktualnym rozumieniem jego „ducha”! Bo żeby oddawać Niemcom?

I nie tylko to. Bo ojkofoby wypuszczają też z aresztu „aferzystów” z PO. Kwestionują wnioski prokuratury w sprawie KODziarzy. Uwalniają od zarzutów jednostki aspołeczne, występujące przeciw legalnej władzy, na przykład niejakiego Frasyniuka. No i uprawiają krytykę obozu rządzącego, tak w kraju, jak i – o zgrozo, o wstydzie – także za granicą. Kto tak czyni, z definicji staje się „ojkofobem”, czyli osobą działającą na szkodę swojego narodu, w związku z czym słusznie podejrzewaną też o nienawiść do własnej ojczyzny.

Nie tego „dobra zmiana” spodziewa się po dobrych sędziach, którzy objęli posady z rekomendacji ministra Ziobry. Bo trzymać się paragrafów każdy ojkofob potrafi. A tu chodzi o to, żeby sądzić sprawiedliwie i zgodnie z wolą Narodu, czyli pana prezesa Kaczyńskiego. Więc pan prezes sędziów po prostu nie lubi.

Tę niechęć, podszytą strachem, dzieli ze swoim szefem cały obóz władzy, co – skądinąd – też urasta już do rozmiarów patologii. Jest taka. Nazywa się „dikefobią” – lęk przed wymiarem sprawiedliwości.

Źródeł tego lęku może być kilka, na czele z całkiem realnym zagrożeniem odpowiedzialnością za poczynania partii władzy wobec ustroju państwa i jego instytucji. Może też chodzić o spór kompetencyjny. Bo prawnicy wciąż uzurpują sobie monopol na „prawo i sprawiedliwość” i sprawowanie „trzeciej władzy”. Tymczasem od wyborów władza jest – wiadomo – tylko jedna i sprawuje ją osobiście Jarosław Kaczyński!

No chyba, że pan prezes miał na myśli coś innego, a tylko tak mu się o tych sędziach powiedziało. Ale trudno podejrzewać, że prezesa dopadła, na przykład, „oj-KO-fobia,”, skoro Komitet Obywatelski we wszystkich sondażach przegrywa z Prawem i Sprawiedliwością.

Swój, do swego, po swoje. Fundusz Dróg Samorządowych będzie rozdawany centralnie, po uważaniu przez Mateusza Morawieckiego. Uczcie się dzieci, tak się buduje klientelizm polityczny.

Hairwald

„Kler” Wojciecha Smarzowskiego rozpalił emocje zanim wszedł na ekrany polskich kin. O tym, że nie zobaczą go mieszkańcy Ostrołęki i jak reżysera potraktowała telewizja kierowana przez Jacka Kurskiego w artykule „Cenzura w TVP zaszalała. Smarzowskiego wycięto z gali Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych”.

Na temat filmu postanowił wypowiedzieć się na Facebooku jezuita Dariusza Kowalczyk. – „Mamy nowy etap. Do niedawna rodzime lewactwo ubolewało, że KK ma twarz Rydzyka, a powinien mieć twarz JPII. Ale teraz wraz z wejściem „Kleru” do kin lewactwo ogłosiło, że winnym pedofilii w KK jest JPII. Czyją w tej sytuacji twarz powinien mieć KK? Pieronka? Lemańskiego? Wiem! Michnika!”.

Kowalczykowi odpowiedział wymieniony przez niego ksiądz Wojciech Lemański. – „Ulało się jezuicie, co to się uważa za bardziej katolickiego od papieża Franciszka, co ślepy jest na bezduszność Polaków wobec uchodźców, co głuchy jest na bluzgi prezesa, kłamstwa premiera i nocne tweety prezydenta. Mam nadzieje, że twarz tego…

View original post 2 180 słów więcej

Macierewicz żegna się ze smoleńskim zamachem

Zwykły wpis

To, że Antoni Macierewicz przez blisko 8 lat żerował na tragedii smoleńskiej i wodził za nos prezesa Kaczyńskiego od kilku miesięcy nie jest już tajemnicą. Nikt jednak nie był gotów głośno powiedzieć tego, co w końcu wydusił z siebie jeden z publicystów tygodnika Sieci, który tematyką katastrofy smoleńskiej zajmuje się z dużą intensywnością. Marek Pyza, który w swojej pogoni za “smoleńską prawdą” sam wielokrotnie kolportował niesprawdzone i niepoparte faktami teorie, jednak tym razem postanowił wprost zaatakować Antoniego Macierewicza i związaną z nim redakcję Gazety Polskiej.

tekście o bardzo wymownym tytule “Bój o smoleńską palmę pierwszeństwa i złe porządki w podkomisji” ujawnia nie tylko to, co wielu demaskatorów ordynarnych kłamstw zespołu parlamentarnego, a obecnie podkomisji ds. ponownego zbadania katastrofy wytykało wielokrotnie, ale ujawnia też faktyczny, choć ukryty przed opinią publiczną faktyczny koniec pracy “międzynarodowych ekspertów Macierewicza”, na których wątpliwe eksperymenty i próby nauczenia się, jak się w ogóle bada katastrofy lotnicze wydano miliony złotych z polskich podatków.

Autor tekstu na portalu braci Karnowskich, którzy wiele miesięcy temu w otwarty sposób postawili się po stronie prokuratury Zbigniewa Ziobry, która wygrała bój o pierwszeństwo w dostarczeniu prezesowi PiS prawdziwych przyczyn katastrofy z 2010 roku, właśnie od oceny ostatniej wizyty śledczych na lotnisku w Siewiernyj rozpoczął swój wywód. Bardzo szybko przeprowadził jednak frontalny atak na byłego szefa MON, który w jego przekonaniu nie tyle dołączył do kolportowanego przez “przeciwników dojścia do prawdy” kontestowania współpracy z rosyjskimi prokuratorami, ale wręcz je zapoczątkował i przeprowadził w pełnym zakresie.

Ostatnich wypowiedzi Antoniego Macierewicza nie da się więc czytać inaczej niż jako kolejnej odsłony walki z prokuraturą o palmę pierwszeństwa w badaniu Smoleńska – pisze Pyza, wytykając głównemu kapłanowi religii smoleńskiej, że doskonale wie, że prokuratura działa w innym reżimie prawnym, oraz że sam nie widział sensu udziału jego “ekspertów” w badaniu wraku przez prokuratorów. Co więcej, bezlitośnie miażdży ubiegłotygodniowe rewelacje “Gazety Polskiej” o rzekomym podmienieniu czarnych skrzynek, wytykając im szkolne błędy, które powinno się nazwać wprost ordynarną manipulacją.

Najważniejszy z punktu widzenia końca Antoniego Macierewicza w kwestii dalszego ustalania “prawdy o Smoleńsku” jest jednak fragment dotyczący podkomisji i pytania, jakie Marek Pyza otwarcie i głośno stawia.

Wracając do podkomisji, zasadne jest dziś stawianie pytania: czy ona w ogóle istnieje? Jak słyszę od części jej członków: formalnie nie. A to dlatego, że wszystkim pracującym w niej osobom 31 sierpnia skończyły się umowy. Dotychczas nie podpisano nowych. Nie istnieje nawet aktualna lista członków podkomisji do zatwierdzenia. Nie jest zaaprobowana przez departament kadr MON, nie dotarła jeszcze nawet do Inspektoratu Bezpieczeństwa Lotów w Poznaniu, który uczestniczy w procesie powoływania składu podkomisji – zastanawia się publicysta, ujawniając gwoździa, którego do trumny tego ciała najwyraźniej niepostrzeżenie wbił minister Mariusz Błaszczak. Tak się bowiem składa, że aby wybrańcy Macierewicza pełnili dalej funkcję członków podkomisji, muszą być powołani decyzją szefa MON na kolejny rok (konkretnie od początku września do końca sierpnia). Taka decyzję wydał Antoni Macierewicz w 2016 roku, wydał też Mariusz Błaszczak w 2017 roku. Obecnie jednak takiej decyzji odnaleźć nie sposób, co może oznaczać, że obecny szef MON po cichutku, choć zapewne z polecenia Jarosława Kaczyńskiego “wygasił” tę nic nie wnoszącą podkomisję.

Ujawniona przez redaktora Pyzę faktyczna likwidacja podkomisji, bez formalnego zakończenia jej prac wyjaśniałaby dlaczego rzeczniczka tego ciała od blisko dwóch tygodni nie potrafi odpowiedzieć na o aktualny skład podkomisji, intensywność jej prac w 2018 roku, aktualne wynagrodzenie “ekspertów” czy postępy w przygotowywaniu raportu końcowego z ponownego badania katastrofy.

W ostatnich zdaniach swojego tekstu Marek Pyza sugeruje, że po opublikowaniu tego tekstu z pewnością ze strony medialnego środowiska Tomasza Sakiewicza posypią się na niego gromy. Podkreśla, że taki atak go nie zdziwi, bo koledzy Antoniego Macierewicz inaczej nie potrafią. Zastanawia go jedynie, kiedy “weszli w buty” tych, których za stawianie trudnych pytań o rzeczywiste intencje w badaniu katastrofy sekowano i krytykowano. Dość długo to trwało, ale wygląda na to, że w końcu niektórzy z nich poznali się na Macierewiczu. Najwyższy czas.

W grudniu 2002 r. zakończyły się negocjacje w sprawie warunków naszego członkostwa w UE. W czerwcu 2003 r. Polacy w referendum powiedzieli Unii „tak”. 1 maja 2004 r. Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Ale jeszcze w listopadzie 2002 r., gdy negocjacje z Unią były na ostatniej prostej, członkostwo Polski w UE nie było takie oczywiste. Jarosław Kaczyński zaczął wątpić w sens naszej akcesji.

>>>

Premier to miszczu także z geografii! W sobotę w Gorzowie obiecał dwa mosty; w Przytocznej (gdzie nie ma rzeki) i drugi „gdzieś na Odrze”.

Hairwald

Prawda wygląda tak 👇

Zgodnie z przysłowiem, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ta zasada zdaje się być szczególnie żywa w polityce, gdzie osoby z pierwszych stron gazet potrafią z dnia na dzień zmienić poglądy o 180 stopni. Szczególnym przykładem takiego koniunkturalizmu okazuje się być Mateusz Morawiecki i jego stosunek do Unii Europejskiej. Dziś – zwolennik teorii o neokolonializmie gospodarczym Polski, dyktacie Niemiec, czy braku suwerenności po 1989 roku, ale jeszcze kilka lat temu premier  miał zupełnie inne poglądy. Mateusz Morawiecki był im na tyle wierny, że zawarł je nawet w książce…

Poseł PO Krzysztof Brejza przypomniał opinii publicznej fragmenty podręcznika z 1999r., którego obecny premier jest współautorem. Treść publikacji zszokowałaby zapewne wielu zwolenników PiS. Mateusz Morawiecki tłumaczy w niej m.in., co powinni zrobić sędziowie, kiedy przyjmowane są ustawy niezgodne z prawem Unii Europejskiej. Premier stwierdza, że:

W innych fragmentach premier ku zdziwieniu uznaje, że podjęcie przez Polskę starań o przyjęcie…

View original post 2 118 słów więcej

PiS odebrał miliony Polakom, aby dać je Rydzykowi

Zwykły wpis

Ksiądz z Wielączy w województwie lubelskim nagrywał małoletnie dziewczynki w toaletach i przymierzalniach. Wpadł na wakacjach w Chorwacji. Swoje postępowanie duchowny tłumaczył stresem związanym z ciężką pracą.

Sprawę Łukasza P., księdza z Wielączy, który nagrywał z ukrycia nieletnie, opisał „Dziennik Wschodni„. Były już wikary trafił w ręce służb podczas wakacji w Chorwacji w ubiegłym roku. Tam z ukrycia nagrywał nagą dziewczynkę w przymierzalni.

Ksiądz z Wielączy nagrywał nieletnie. Liczba pokrzywdzonych wzrośnie

– W trakcie przeszukania mieszkania wikarego na plebanii znaleziono kilka miniaturowych kamer oraz komputery i dyski, na których znajdowało się siedem filmów i ponad 250 zdjęć o charakterze pornograficznym z osobami niepełnoletnimi – powiedział „Dziennikowi Wschodniemu” rzecznik prasowy zamojskiej Prokuratury Okręgowej.

Łukaszowi P. postawiono zarzut posiadania pornografii z udziałem nieletnich. Ksiądz przyznał się do winy. Zaskakujące jest jego tłumaczenie. Jak podaje lokalny dziennik duchowny stwierdził, że „podglądanie pomaga mu na stres związany z ciężką pracą”.

Prokuratura ustaliła już dane kolejnych osób, które ksiądz uwiecznił na nagraniach. Liczba pokrzywdzonych przez księdza może więc wzrosnąć. Za posiadanie pornografii z nieletnimi grozi do pięciu lat więzienia. Jeśli ksiądz publikowałby filmy, kara mogłaby wynieść 8 lat.

Łukasz P. znajduje się pod dozorem policji, ma zakaz opuszczania kraju.

Nowa KRS rekomendowała 12 osób do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Trudno w nich szukać osoby nie związanej z ministerstwem sprawiedliwości. Będzie ‚polowanie na czarownice’ w Izbie Dyscyplinarnej? Sędzia KRS: ‚To jest troszkę lapidarne…’.

„Dziś złożyłem pozew przeciwko PiS. Ich spot wyborczy bezprawnie publikuje wizerunek osób protestujących i przedstawia ich w bardzo złym świetle. Żądamy zakazu publikowania tego spotu” – napisał na swoim Twitterze Kaczyński.

Chodzi o PiS–owski spot pt. „Totalna awantura to nie program dla Polski”, w którym użyto wizerunku protestujących pod Sejmem zwolenników opozycji. Jak twierdzi prawnik – bez ich zgody.

Różnej maści ugrupowaniom partyjnym nie raz dotąd zdarzało się stosować taki „chwyt”, tylko nikt dotąd nie wpadł na pomysł, by zrobić z tego odpowiedni użytek – mówią komentatorzy i przypominają zwolenników PiS z krzyżem w spotach PO.

„Być może nikt nie pomyślał wcześniej o tym, by zgłosić się do prawnika. W takim razie rozstrzygnięcie w tej konkretnej w sprawie, w której interweniuję, będzie pewnego rodzaju precedensem” – ocenił Jarosław Kaczyński w rozmowie z Wirtualną Polską.

Po przepisaniu na nowo historii, “dobra zmiana” zabrała się za literaturę. Zanim jednak redaktor Ziemiec ogłosi, że to premier Morawiecki osobiście napisał „Trylogię” (dowodem cytat – „Jam to, nie chwaląc się, sprawił”) , a najważniejszym z narodowych wieszczów zostanie, decyzją sejmowej większości, twórca „Małej Apokalipsy” – Jarosław Kaczyński, „dobra zmiana” przystąpiła do korekty zawartości półek bibliotecznych. Pierwsze dzieło „przykrojone” na miarę aktualnych standardów czytelniczych będzie mieć premierę ósmego września, w związku z Narodowym Czytaniem klasyki. Padło na Żeromskiego i jego „Przedwiośnie”.

Na zlecenie patrona akcji – pana prezydenta – poprawianiem Żeromskiego zajął się krytyk Andrzej Dobosz, na początek wykreślając z tekstu „Przedwiośnia” połowę przymiotników. Bo – trzeba przyznać – z przymiotnikami, to autor zdecydowanie przesadził. No i wiadomo, że nic tak nie psuje stylu, jak mnożenie epitetów…

Jeśli więc bohater był – w oryginale – „zdrowy i zażywny”, pan krytyk pozwolił mu nadal cieszyć się dobrym zdrowiem, ale po „zażywności” nie zostało nawet śladu. I słusznie. Bo nadwaga nie sprzyja zdrowiu przecież. No i władza nie może pozwolić na tak oczywistą promocję otyłości.

Tak więc – na początek z tekstu wypadł co drugi przymiotnik. A zaraz potem pod ciosami cenzorskiego ołówka pana krytyka padły wszystkie słowa „archaiczne”. Oraz – dodatkowo – te, które wprawdzie archaizmami nie są, ale i tak mogłyby wprowadzić w konfuzję czytelników „Gazety Polskiej” i pasków z „Dziennika”. Na przykład „konfuzja” właśnie. Choć nie tylko ona , bo na pierwszy ogień poszedł w „Przedwiośniu” spójnik „tudzież”. A zaraz po nim partykuła „azaliż”. I inne tam „onegdaje”, „wszelakości” czy „mniemania”

„Dobra zmiana” promuje wszak nowoczesność, nie tylko na drogach (milion furmanek na stulecie niepodległości) ale również na półkach bibliotecznych!

No i przecież klasyka jest własnością wszystkich Polaków a nie tylko gardzących prostym ludem elit, z tymi ich „ą”, „ę” i „bynajmniej”.. Toteż – co chyba oczywiste – trzeba ją zmodernizować kreatywnie dostosowując do potrzeb i możliwości zwolenników „dobrej zmiany”. I o się właśnie dzieje!

Każdy może pomóc. Onegdaj portal „naTemat” stworzył listę ulubionych przez swoich czytelników archaizmów oraz „ słów trudnych”, którą w ciemno można rekomendować cenzorom klasyków z „dobrej zmiany”. No więc podpowiadam panu krytykowi, że z „Przedwiośnia” powinny zniknąć (o ile się tam w ogóle pojawiły) , takie słowa, jak: kokieteria, ladacznica, lubrykant, melancholia, absztyfikant, birbant, morowy, bisurman, łapserdak, rozchełstany oraz urwipołeć, wszelako i przeto.

Ewentualnie można też zlecić test w „Super Expressie”, i każde słowo którego rozpoznawalność będzie niższa niż 80 procent, też wykreślić. Tak prewencyjnie, żeby nie narażać czytelników na kryzys poznawczy.

Bo język literatury narodowej ma być prosty i zrozumiały dla każdego! Natomiast Żeromski w oryginale powinien się niechybnie znaleźć na indeksie ksiąg zbyt trudnych dla zwolennika „dobrej zmiany”. Natomiast dywagacje, że wszystkie huncwoty chędożące teraz konstytucję jak ladacznicę, to hultaje, co przeto powinny sczeznąć bez zwłoki, niech sobie czynią (do czasu, wszakże) rozbisurmanione elity gorszego sortu.

Bartłomiej Misiewicz. Piewca macierewiczowskiej pożogi. Anioł kadrowej śmierci. Wybitny strateg i demaskator fake newsów (głównie własnych). Pulchny rzecznik prasowy, któremu wydawało się, że jest ministrem. Człowiek, którego nazwisko jest synonimem nepotyzmu, korupcji politycznej i tego wszystkiego, co przypełzło kanałami razem z władzą PiS. Mimo tego, że Misiewicz został zmuszony do odejścia z Ministerstwa Obrony Narodowej przez samego prezesa Kaczyńskiego w marcu 2017 roku, to do chwili obecnej nie daje on o sobie zapomnieć i coraz to nowe fakty z jego życia prywatnego i służbowego wychodzą na jaw.

Jak już się zdążyliśmy przekonać, politycy PiS są pazerni na pieniądze. Dla nich nie ma najmniejszego znaczenia ich źródło pochodzenia. Ważne, żeby zarobić i się nie narobić, ukraść i nie dać się złapać, albo tak lawirować, żeby nie musieć oddawać. I ten ostatni przypadek dotyczy właśnie pana Misiewicza.

Historia zaczyna się od Jakuba B., szkolnego kolegi Misiewicza ze stolicy polskiego patriotyzmu, Łomianek. Otóż rzeczony pan Jakub w kwietniu 2013 roku zaciągnął kredyt w SKOK Wołomin w wysokości 15.300 zł na 1,5 roku. W tym samym SKOKu, który stał się sławny na całą Polskę, ponieważ działała w nim zorganizowana grupa przestępcza, która wyłudziła ponad 3 miliardy zł. Z uwagi na fakt, że pan Jakub urodził się w 1990 roku i jako 23-latek był gołodupcem, to SKOK Wołomin zażądał zabezpieczenia kredytu. Kredytobiorca zwrócił się zatem do swoich rówieśników, aby podżyrowali mu ten kredyt. Tymi kolegami byli Michał Ł. i właśnie Bartłomiej Misiewicz. Pożyczka została udzielona, a Jakub B. otrzymał pieniądze. Kiedy przyszło do spłaty okazało się, że żadna z rat nie wpłynęła na konto SKOK Wołomin. Półtora roku później, tj. kilka dni po tym jak minął termin spłaty zaciągniętej pożyczki, Komisja Nadzoru Finansowego zawiesiła działalność SKOK Wołomin, a dwa miesiące później sąd ogłosił jej upadłość. W tym czasie Misiewicz pełnił ważne funkcje państwowe za spore pieniądze. Drugi żyrant, jako funfel Miśka też nie zasypiał gruszek w popiele – ciężko pracował w Radzie Nadzorczej Wojskowych Zakładów Łączności nr 1 (z rekomendacji Misiewicza). Sprawa niespłaconego długu trafiła do sądu i po trzech latach zapadł wyrok. Koniec końców dług musiał spłacić drugi z żyrantów. Misiek wyszedł z całej sytuacji bez uszczerbku na swoim majątku.

Chciałbym wyciągnąć morał z tej historii, ale bardziej nurtują mnie pytania: kto polecił Jakubowi B. wziąć kredyt w SKOK Wołomin w czasie, kiedy działała tam zorganizowana grupa przestępcza z byłym członkiem WSI na czele i skąd mu do głowy wpadł pomysł niespłacania zaciągniętego zobowiązania? Czyżby już wtedy w środowisku PiS było wiadomo, że SKOK Wołomin będzie wkrótce niewypłacalny i warto w nim zaciągać zobowiązania, bo za chwilę przestanie istnieć? To tłumaczyłoby brak spłaty jakiejkolwiek raty przez Jakuba B.

Bartłomiej Misiewicz na stałe zagościł w naszej przestrzeni politycznej i tak szybko nie pozwoli o sobie zapomnieć. Pokuszę się jednak o morał z tej historii, choć wielu z was może się on nie spodobać: najwyraźniej warto iść w politykę. Tam się kradnie bezkarnie z gwarancją poklepania was po plecach przez kolegów, którzy będą Wam zazdrościć operatywności i mądrości życiowej.

>>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o wyborcach PiS.

Wrogów Ojczyzny” trzeba zniszczyć i nie odpuszczać. To nasz patriotyczny obowiązek

Nie chcę się czepiać. Nie chcę mówić, że elektorat PiS- u to ludzie, którzy mało wiedzą o mechanizmach władzy, słabo znają historię, a o gospodarce, finansach publicznych, prawie, sądownictwie, edukacji, znaczeniu konstytucji dla bezpieczeństwa państwa niewiele mają do powiedzenia. Nawet jeśli, to przecież nic złego. Każdy ma swoje zainteresowania i nie musi znać się na wszystkim. Dlaczego więc tak trudno z wyborcami PiS-u rozmawiać? Dlaczego z marszu zakładają oni, że każde słowo wypowiedziane przez kogoś, kto nie należy do „PiSolubnych” to kłamstwo, oszustwo, zło?

Jadę taksówką. Kierowca zagaja rozmowę, oczywiście o PiS i polityce. Zachwyca się, jak to teraz jest wspaniale, sprawiedliwie, uczciwie, a więzienia zapełniają się przestępcami z kliki PO. Pytam więc uprzejmie, czy orientuje się, ilu polityków z poprzedniej partii rządzącej, zostało już skazanych po audytach, jakie przeprowadziła nowa władza w ministerstwach. Pan mówi, że wszyscy. To znaczy, kto konkretnie i za co? … i zapada cisza. Informuję pana, że na 40 zgłoszonych „przestępstw do prokuratury, na chwilę obecną kilkanaście spraw już umorzono, dwie zostały przyjęte i kilkanaście wciąż się toczy, bo trudno w nich znaleźć sensowny punkt zaczepienia… nadal cisza. Pytam więc dalej, o czym świadczy fakt, że tylko dwa doniesienia okazały się warte zainteresowania prokuratury i słyszę, że to wina sędziów. Bo skorumpowani, złodzieje, współpracują z kliką i siedzą w układach z tymi zdrajcami narodu (czyli politykami PO). Na moje wyjaśnienie, że to nie sędziowie badają sprawę i przygotowują akt oskarżenia tylko prokuratorzy, znowu cisza. Dojeżdżam już na miejsce i na pożegnanie słyszę, że jestem tym „gorszym sortem”, ale może kiedyś zrozumiem, że nic lepszego od PiS-u nie mogło Polskę spotkać.

Umieszczam swoje teksty, komentujące obecną sytuację polityczną w Polsce na Facebooku. Pod jednym z nich mój oponent napisał – świat i ja zachwycony polską, bo polacy w 2015r z popiołu powstali i z zjednoczoną prawicą – pis polskę chrześcijańską odbudowali i prawo chrześcijańskie – sprawiedliwe wprowadzili, żeby wszyscy polacy i ludzie w polsce spokojnie i w dobrobycie żyli. dlatego w wyborach, tylko pis wybieramy, bo pokój i dobro w europie i polsce dopiero nastanie, kiedy zjednoczymy się z pisem my wszyscy polacy – patrioci, słowianie, chrześcijanie!!!” (zachowałam oryginalną pisownię). Proszę więc o podanie przykładów, które potwierdzają jego słowa i …cisza.

Kolejnego rozmówcę też proszę o konkrety. W odpowiedzi słyszę – „”Pirdolisz banialuki” i oczywiście sztandarowe „Mam pytanie co zbudowały rządy Po? Właśnie tam w stoczni, co?” Opowiadam więc, co się dzieje na terenie Stoczni Szczecińskiej, o firmach tam funkcjonujących, spółkach, które mają sporo kontraktów i nieźle działają i …cisza.

Rozmawiam z sąsiadem o tej nietrafionej ustawie o IPN. Człowiek w kwiecie wieku, ok. 40–tki. Zachwyca się dokonanymi w niej zmianami, bo „wrogów Ojczyzny” trzeba zniszczyć i nie odpuszczać. To nasz patriotyczny obowiązek”. Pytam więc spokojnie o tych „wrogów Ojczyzny”, kim są, co im konkretnie zarzucamy i …cisza, a potem padają słowa, „ni z gruszki, ni z pietruszki”, że ustawa jest super i pokazuje, jak bardzo zaczęliśmy się liczyć w świecie, wreszcie wyrastamy na światową potęgę. Proszę o przykłady i …cisza.

Zawsze jest tak samo. Ja pytam, a odpowiada mi milczenie. Pytam o zasadność reformy edukacji, nepotyzm, rozdawnictwo pieniędzy z naszych przecież kieszeni, słabość polskiej armii, brak sensownych programów rozwoju Polski, łamanie zasad Konstytucji, odejście od trójpodziału władzy. W odpowiedz dostaję tylko jedno… ciszę.

Za poprzednich rządów większość wyborców PiS nie odnalazła się w Polsce. Padły PGR-y, sprywatyzowano przemysł, na mapie Polski pojawiły się regiony tzw. białe, gdzie wzrastało ostro bezrobocie, zakładów pracy było jak na lekarstwo, a ich pozostawiono samym sobie. Nie pamiętam żadnego sensownego programu pomocy dla nich, projektu aktywizacji zawodowej, propozycji dla firm, by właśnie na tych terenach inwestowały i rozwijały swoją działalność. Jedyne, co funkcjonowało to Pomoc Społeczna, która zapewniała wsparcie na poziomie wegetacji, ale też przyzwyczaiła swoich klientów do bierności zawodowej i dość roszczeniowej postawy. Nieistotne, w jakim stopniu sami zapracowali sobie na to wykluczenie. Liczy się fakt, że czuli się gorsi, zbyteczni.

Teraz żyje się im lepiej, bo w Polsce PiS-u są najwyższą wartością samą w sobie i ten poziom wiedzy, jaką reprezentują, całkowicie wystarczy, by ich szanować, cenić i pozorować współudział w tworzeniu nowej Polski na każdej płaszczyźnie. Polski, gdzie to oni są panami, oni rządzą, decydują co i jak, a ta reszta to po prostu chłam, który do tej pory pasożytował na zdrowym organizmie, jakim jest tenże elektorat, wykorzystywał go, spijał śmietankę, która należała się właśnie pisowskim zwolennikom i tylko im.

Dostają od PiS-u na tacy wartości, które pozwalają poczuć się kimś ważnym, docenionym, wreszcie zauważonym. To dla nich jest ten Patriotyzm, Ojczyzna, Bóg i Honor. To im, do tej pory klepiącym biedę, żyjący na poziomie, który był w ich mniemaniu niewystarczający i niesprawiedliwy, PiS pokazuje, że zasługują na więcej.

Dlatego nie ma co liczyć na merytoryczną dyskusję i siłę argumentów. Jak to powiedział jeden z moich internetowych rozmówców – „ja już dawno znalazłem moje źródło, to Polska pod rządami PIS”. I taka jest właśnie puenta każdej rozmowy z wiernym wyborcą PiS. Mają głęboko w nosie konstytucję, demokrację, prawa rządzące finansami i gospodarką, historię, miejsce Polski w świecie. A po co im jakaś prawda? Ich to po prostu nie obchodzi. Ważne, że to jest ich czas i nikt, i nic, tego nie zmieni. Nawet jeśli czarne jest białe, a białe czarne, będą bronili pisowskiej Polski do ostatniej kropli krwi, bo taka Polska to dla nich prawdziwy Raj.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o Muszyńskim.

Julia Przyłębska nie jest zanadto lotna jako prawnik, o czym świadczy jej wcześniejsza kariera zawodowa. Nie dostała pracy w Sądzie Okręgowym w Poznaniu z uzasadnieniem: „nie nadaje się do orzekania”. O takiej osobie rzecze się: brak jej kompetencji zawodowych.

Ale te braki nie przeszkadzają partii PiS, aby wynieść ją najwyżej w hierarchii zawodowej, bo do najbardziej prestiżowej funkcji – prezes Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli zestawimy ją z poprzednikiem prof. Andrzejem Rzeplińskim, z autorytetem prawniczym z dużym dorobkiem naukowym i wieloma uznanymi publikacjami zwartymi, to nie od rzeczy będzie porównanie tych dwóch wielkości, jak mrówki do słonia.

Poza tym Przyłębska została mianowana przez prezydenta Andrzeja Dudę nieproceduralnie, co zaskarżone w sądzie mogłoby być orzeczone, iż w świetle prawa nie jest prezes TK. Ale nie tylko o niej możemy to powiedzieć. Bezprawnymi są inni sędziowie TK, w tym najgłośniejszy z nich Mariusz Muszyński.

W istocie to on rządził – i rządzi – w Trybunale Konstytucyjnym, bo nawet w machlojkach i przekazie retorycznym Przyłębska jest tak samo „kompetentna”, jak w uzasadnieniu, gdy odmówiono jej posady w Poznaniu: nie nadaje się.

Określając postać Przyłębskiej najwłaściwiej byłoby o niej powiedzieć: nie jest lotna intelektualnie, a na pewno nie nadaje się na funkcję prezesa TK. Żyjemy jednak w rzeczywistości pisowskiej, w której wartościowanie jest odwrotne niż w realności, niż nakazywałby rozum.

Robotę za Przyłębską w TK wykonywał Muszyński, a polegała ona na tym, iż demolkę ustawową PiS przetwarzał na demolkę administracyjną i spraw, które trafiały do TK. Czyli nie jest ważne prawo i nadrzędna do niego Konstytucja, ale interes PiS, a praktycznie wola prezesa I po to Muszyński został wysłany do TK.

Działał w interesie PiS. Jego ambicje demolowania sięgały jeszcze dalej, bo z punktu prawa – a nie pisowskiego bezprawia – był tylko dublerem, czyli nie był sędzią wg prawa. Zachciało się jednak ponadto Muszyńskiemu być sędzią Sądu Najwyższego. Zgłoszona została jego kandydatura i spodziewano się, że nawet może zostać I prezes Sądu Najwyższego, albo szefem nowej struktury w SN – bodaj ważniejszej niż I prezes SN – Izby Dyscyplinarnej.

Nagle dowiedzieliśmy się, że Muszyński zrezygnował z kandydowania do SN. Dlaczego? Czyżby tyle nabroił, iż z chwilą powrotu kraju do normalności, groziła mu wieloletnia odsiadka za kratami?

A może… i dzisiaj otrzymujemy jedną z możliwych odpowiedzi. Mianowicie Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wydał wyrok w jednej ze spraw, która dotyczyła zaskarżonego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, a w składzie orzekającym był  nasz „czarny charakter” Muszyński. WSA powołując się na sygnatury wyroków TK, uznał, iż w świetle wskazanych wyroków TK Muszyński jest osobą nieuprawnioną do orzekania w składzie Trybunału Konstytucyjnego.

A zatem Muszyński nie ma prawa do orzekania w TK. Logicznym jest, iż nie można uznawać go za sędziego TK. A uogólniając jeszcze szerzej w stosunku do kraju: w Polsce nie działa prawo, mamy sytuację samowoli prawnej, bezprawia.

Najprawdopodobniej – prawdopodobieństwo graniczące z pewnością – Trybunał Sprawiedliwości UE w Luksemburgu przychyli się zasadności pytań prejudycjalnych Sądu Najwyższego, a tym samym pośrednio stwierdzi, że prawo stanowione przez PiS określa Polskę jako państwo bezprawia, republikę bananową. Nieuprawniony Muszyński w TK był i jest prawniczym cynglem PiS. Prawo w Polsce zostało postawione pod ścianą, rozstrzelane.

Balcerowicz: Polexitu nie można wykluczyć

– Nikt się nie spodziewał, co zrobi PiS z polską demokracją, z polską praworządnością, to nikt teraz nie może wykluczyć, że w jakimś momencie szaleństwa czy szaleńczego wyrachowania oni nie spróbują utrwalić się przy władzy, przy wrogich hasłach wobec Unii Europejskiej i zrobienia Polexitu. Tego nie można po prostu wykluczyć na podstawie tych strasznych rzeczy, które PiS robi – mówił Leszek Balcerowicz w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po Faktach” TVN24.

Balcerowicz: Ci, którzy uchwalili ustawy o KRS i SN i je podpisali, obecny  prezydent to gwałciciele konstytucji

– Ci, co uchwalili te ustawy (o KRS i SN) i ją podpisali, obecny prezydent to są gwałciciele konstytucji, czyli najwyższego prawa, a ci, którzy dali się wybrać do KRS-u, czyli w gruncie rzeczy niekonstytucyjnego prawa, teraz się dają wybrać czy próbują dać się wybrać do Sądu Najwyższego to są także gwałcicielami konstytucji, wspólnikami – mówił Leszek Balcerowicz w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po Faktach

Balcerowicz: PMM po prostu kłamie

– On [premier Mateusz Morawiecki] po prostu kłamie. Trzeba używać słów adekwatnych do rzeczywistości. Nie wiem, czy u niego procesy psychiczne są tego typu, że nieświadomie kłamie, ale kłamie albo manipuluje. Manipulacja czasami polega na tym, proszę pamiętać, pewne stwierdzenia odnośnie faktów są prawdziwe, ale wnioski fałszywe. Można powiedzieć tak jak powiedział prezydent Erdogan w Turcji: Nasza gospodarka jest w świetnej sytuacji. Była. Na podstawie bieżących składników, ale jak się popatrzy na inne wskaźniki to widać było, że zmierza do katastrofy – mówił Leszek Balcerowicz w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po Faktach” TVN24.

Rząd PiS znów dofinansował telewizję publiczną: Ministerstwo Kultury zgodziło się na wznowienie emisji obligacji na sumę 300 mln zł. To prezes Jacek Kurski zabiegał o te pieniądze, bo – jak tłumaczy – rząd wciąż nie uregulował sprawy abonamentu.

Już raz TVP wyemitowała obligacje o wartości 300 mln zł, które Bank Gospodarstwa Krajowego kupił latem 2016 r. Ze sprawozdania finansowego dla Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wiadomo, że w 2016 r. spółka i tak odnotowała 180 mln zł straty (rok wcześniej 36,6 mln zł). I za taki wynik w całości odpowiada prezes Kurski, bo nominację na szefa TVP odebrał z rąk ówczesnego ministra skarbu Dawida Jackiewicza na początku stycznia 2016 r. Od tego czasu oglądalność programów w TVP spada (z „Wiadomościami” na czele), za to rosną wydatki. Spółka funkcjonuje głównie dzięki pomocy rządu.

Już w połowie 2016 r. TVP dostała zgodę na wyemitowanie obligacji o wartości do 300 mln zł. – To w rzeczywistości najtańsze finansowanie możliwe na rynku. Wcale nie jest powiedziane, że z niego w całości skorzystamy. To tylko furtka zabezpieczająca płynność – tłumaczył prezes Kurski w wywiadzie dla tygodnika „Sieci”. Potem przyznał, że „dzięki tym pieniądzom przeżyliśmy 2016 r”.

>>>

>>>

>>>