Degrengolada państwa zarządzanego ubeckimi metodami

Degrengolada państwa zarządzanego ubeckimi metodami

Jak na dłoni widać, iż Polska jest zarządzana przez szantaż, zastraszanie, wymuszanie.

Kabaret „Ucho prezesa” na początku oddawał istotę groteski obecnie sprawujących władzę. Śmieszył mnie, acz uważałem, że tego rodzaju zabieg narracyjny raczej służy ośmieszanym, jest zrozumieniem ich śmieszności, w ten sposób usprawiedliwia. A taka narracja to zrozumieć, czyli wybaczyć.

Więc śmiech stawał się zrozumieniem, wybaczeniem. Zaś rząd PiS potrzebuje solidnego linczu publicystycznego, groteski owszem, ale nie kabaretowej, bo to opowieść kategorii be, ce, narracja podrzędna, a nie groteska literacka typu fredrowego, mrożkowego, brechtowego.

Pokraka ma być pokraką, ma być obnażony, a nie śmiechem usprawiedliwiony. Nie łudźmy się, że rząd Morawieckiego będzie mniej groteskowy od Beaty Szydło, bo ten pierwszy był prezesem banku. Morawiecki wszedł w buty groteski i będzie inaczej pokraczny, ale z czasem stanie się identyczny.

Dziennikarka Onetu Edyta Żemła opisuje sytuacje, jakie odbywały się w jednej godzinie w Pałacu Prezydenckim, gdy odwoływano Szydło i powoływano Morawieckiego. 8 grudnia 2017 roku mieliśmy do czynienia z esencją groteski, bardzo pisowskiej.

Oto godzinę przed uroczystością zjawia się w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego kurier z Ministerstwa Obrony Narodowego, czyli od Antoniego Macierewicza, z wiadomością w kopercie, iż głównemu doradcy wojskowemu Andrzeja Dudy gen. Jarosławowi Kraszewskiemu został odebrany certyfikat bezpieczeństwa, który upoważnia do dostępu do tajemnic krajowych, NATO i unijnych.

Niemal w tym samym momencie dowiaduje się o tym Duda, ale nie z koperty MON, ale z TVN24. Czyli podobny kurier, jak do BBN, dotarł do najważniejszej telewizji informacyjnej (tym drugim „kurierem” mógł być telefon z MON).

Duda jest zaniepokojony, bo to jawny nacisk, iż Duda może dogadać się z nowym premierem, że Macierewicz nie zostanie ministrem obrony. Duda więc dzwoni do gen. Kraszewskiego, aby dowiedzieć się, czym Macierewicz uzasadnia odebranie certyfikatu. I jak to w grotesce, Duda uzyskuje odpowiedź, że nie ma żadnego uzasadnienia. Czyli Macierewicz zastosował typowy szantaż, wziął za zakładnika doradcę Dudy, aby utrzymać się na stanowisku. Tak jest zarządzana Polska, tak wygląda bezpieczeństwo państwa.

Gen. Kraszewski podpadł Macierewiczowi tym, że krytycznie wyrażał się o Wojskach Obrony Terytorialnej, które bez żadnego wnikliwego oglądu prezentują się, jak wojska szwejkowate. Dalszy ciąg tej groteski to zapytanie gen. Kraszewskiego, czy był inwigilowany przez służby podległe Macierewiczowi, a więc premierowi, a jeszcze dalej idąc podległe zwierzchnikowi Wojska Polskiego, czyli Dudzie.

A zatem mamy do czynienia z piramidalną groteską. Były szef MON Tomasz Siemoniak nazywa to degrengoladą państwa. Są to – jak wymknęło się onegdaj Dudzie – ubeckie metody Macierewicza. Jak na dłoni widać, iż Polska właśnie tak jest zarządzana. Przez szantaż, zastraszanie, wymuszanie – ubeckimi metodami. A to nie jest śmieszne. To nie jest kabaret, to degrengolada.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Prof. Mikołaj Cześnik: PiS dało instrumenty, by ktoś wziął nas pod but

Prof. Mikołaj Cześnik: PiS dało instrumenty, by ktoś wziął nas pod but

PiS położyło całe instrumentarium na stole, żeby ktoś „wziął nas pod but”. To jest tak, jakby ktoś naładował strzelbę i powiesił ją w pokoju, gdzie bawią się dzieci. Wyciąganie bezpieczników demokratycznych jest właśnie taką zabawą z bronią. A wiele wskazuje na to, że to nie koniec i ten system będzie ewoluował w stronę jeszcze większej koncentracji władzy w jednym obozie politycznym – mówi w rozmowie z wiadomo.co prof. Mikołaj Cześnik, politolog, dyrektor Instytutu Nauk Społecznych Uniwersytetu SWPS. I dodaje: – Przejęcie sądów powoduje z kolei zagrożenie, że resorty siłowe, jak policja, wojsko, służby mogą być wykorzystywane do walki politycznej.

JUSTYNA KOĆ: Mijający rok rozpoczął się kryzysem sejmowym i głosowaniem w Sali Kolumnowej, a skończył podpisaniem ustaw o KRS i SN przez prezydenta i uruchomieniem art. 7 wobec Polski. Tragiczny rok?

MIKOŁAJ CZEŚNIK: To zależy dla kogo, bo ocena tego roku będzie zależeć od politycznych sympatii. Myślę, że odpowiedzialnie będziemy mogli powiedzieć, czy on był wręcz tragiczny, dopiero za kilka miesięcy, a może nawet lat. Natomiast kilka potencjalnie groźnych rzeczy już się wydarzyło.

Którą uważa pan za najbardziej groźną?

Myślę, że sytuacja międzynarodowa i jednak dość bezprecedensowe potraktowanie nas przez Unię. Takie „postawienie nas do kąta”, mówiąc najdelikatniej. Nie jesteśmy dziś w stanie powiedzieć, co się wydarzy, na razie zapoczątkowano pewną procedurę, natomiast potencjalnie to może być bardzo groźne. Podobnie jak

bardzo groźne może być, i to w dłuższej perspektywie, zejście ze ścieżki mainstreamu, pozostawanie gdzieś na obrzeżach, na półperyferiach. Ta droga, którą wybrało PiS, tam nas właśnie prowadzi.

Nie ma odwrotu?

Z tą władzą raczej nie. Nawet jeśli ktoś życzył sobie pewnej korekty tej polityki europejskiej na bardziej suwerenną – inną sprawą jest to, czy ona była rzeczywiście tak niesuwerenna, jak teraz mówią politycy PiS – na pewno jesteśmy teraz z drugiej strony kontinuum. Z pewnością zawieranie sojuszy czy prowadzenie polityki zagranicznej stało się dla Polski trudniejsze. Warto dodać, że działania UE nie są wymierzone w Polskę, tylko w elity, które zdaniem UE łamią porozumienia, ale też pewnie klimat wokół tych porozumień.

To nie może się w Brukseli podobać, że z jednej strony sięgamy chętnie po unijne fundusze, a z drugiej stawiamy Unię w, łagodnie mówiąc, negatywnym świetle.

Myślę, że to jeden z tych elementów, które długofalowo mogą mieć dla nas jako wspólnoty niedobre, a może nawet tragiczne skutki.

PiS stawia na Stany Zjednoczone?

Na Stany Zjednoczone Donalda Trumpa, który jest w ewidentnej kontrze wobec niektórych przywódców środowisk silnych w Europie, a wobec innych jest wstrzemięźliwy tam, gdzie raczej nie powinien. To jest wypychanie się poza obszar euroatlantycki na własne życzenie. Wydaje się, że ten sojusz może nam nie wystarczyć, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo geopolityczne i gospodarcze. To są niewątpliwie ruchy zagrażające naszej racji stanu i w dłuższej perspektywie nie jest to roztropne.

Na drugim miejscu reforma sądów?

Tak, kwestia sądów jest bardzo ważna. Teraz widać, że ona jest naturalną konsekwencją tego trybu myślenia o sprawowaniu władzy.

Ma ona wiele wspólnego z myślą polityczną Stanisława Ehrlicha, do którego w latach 60. czy na początku 70. Jarosław Kaczyński uczęszczał na seminarium. To, co wziął od Ehrlicha, to przekonanie o pewnej jedności władzy – taka zjednoczona władza w rękach kilku osób ma najlepiej działać.

Obawiam się, że polityka związana z myślą Ehrlicha polega na tym, że trójpodział władzy, te wszystkie checks and balances, czyli te wszystkie bezpieczniki, które wolę polityczną jednej osoby czy jednego ugrupowania ograniczają, należy usunąć. To jest też imposybilizm, z którym Kaczyński chce walczyć, a zniesienie imposybilizmu oznacza właśnie zniesienie tych wszystkich zabezpieczeń. To jest groźne, bo zdaje obywateli na łaskę tych, którzy sprawują władzę.

Bez żadnej kontroli i mechanizmów weryfikacyjnych.

Bardzo byśmy chcieli wierzyć, że to są osoby prawe, uczciwe, szlachetne, sprawiedliwe, ale często bywa, że tak nie jest.

W każdej demokracji powinniśmy zawierzać raczej instytucjom, a nie ludziom, tymczasem te działania, które są podejmowane od roku 2015 – najpierw to był Trybunał Konstytucyjny, teraz sądy – mają ograniczyć równoważenie się i wzajemną kontrolę władz.

W konsekwencji może to doprowadzić do sytuacji groźnej z punktu widzenia obywateli, ich praw i wolności. Nie wiem, czy to się wydarzy w tej kadencji, czy w następnej, ale na pewno bardzo niebezpieczne jest to, że z systemu zostały wyciągnięte bezpieczniki, które kiedyś uniemożliwiały pewne działania.

Zaczęło się od Trybunału Konstytucyjnego. Zdaniem największych autorytetów prawniczych, władza wielokrotnie wówczas naruszyła prawo.

Przykład Trybunału dobrze to pokazuje, bo mamy szereg działań politycznych, które w przeszłości TK zablokował i nie było to wtedy kontestowane. Wypowiedział się np. na temat sprawy, która rozpala nas od lat, czyli w kwestii aborcji. Trybunał z pewnością stabilizował nasz ustrój.

Przejęcie sądów powoduje z kolei zagrożenie, że resorty siłowe, jak policja, wojsko, służby mogą być wykorzystywane do walki politycznej.

Zresztą to już widać np. w działaniach ministra Macierewicza czy w długiej batalii ministra Ziobry, który oskarża lekarzy o śmierć ojca.

Czy PiS po prostu zmienił polski system polityczny?
W pewnym sensie, a jednocześnie widać już dziś zagrożenia, które sprawiają, że ten system będzie po prostu gorszy. W dużej mierze można się spodziewać, że skoro minister jest jednocześnie prokuratorem generalnym, to w prokuraturze nie ma co myśleć o jakiejkolwiek niezależności, podobnie niedługo będzie w sądach, chociaż oczywiście jest wielu sędziów, którzy pozostaną niezłomni, niezależni, w co wierzę. Ale co gorsza,

ta reforma, czy raczej „deforma”, niczego nie ulepszy, a wręcz pogorszy polską rzeczywistość ustrojową. Nie widać tam również rozwiązań, które wprost odnosiłyby się do poprawy największej bolączki polskiego wymiaru sprawiedliwości, czyli przewlekłości postępowań.

Można znaleźć tam zaledwie kilka dobrych rozwiązań, np. losowanie sędziów.

Czy PiS to wykorzysta wprost do walki politycznej?
Z natury nie ufam politykom, więc rzeczywiście boję się, że PiS, mając takie instrumentarium, może działać w sposób niedemokratyczny, ograniczający prawa obywateli. I to się może dziać nawet za zgodą i z poklaskiem większości. Tylko to nie będzie miało już nic wspólnego z demokracją. To będzie jakiś neoautorytaryzm, niedemokratyczny system, w którym gwałcone są prawa mniejszości. Oczywiście

zasada większości jest jedną z fundamentalnych zasad demokratycznych, ale nie jest jedyną. Poszanowanie praw mniejszości może nawet jest ważniejszą.

Kaczyński nie chce oddać władzy w sposób demokratyczny?

Na razie widać, że PiS położyło całe instrumentarium na stole, żeby ktoś „wziął nas pod but”. To jest tak, jakby ktoś naładował strzelbę i powiesił ją w pokoju, gdzie bawią się dzieci. Wyciąganie bezpieczników demokratycznych jest właśnie taką zabawą z bronią. A wiele wskazuje na to, że to nie koniec i ten system będzie ewoluował w stronę jeszcze większej koncentracji władzy w jednym obozie politycznym.

Nie mamy też żadnej gwarancji, że kiedyś nie wygra wyborów jakiś wariat, który będzie mógł wówczas zrobić wiele złego.

Prof. Marcin Król obecny ustrój w Polsce nazwał tyranią większości. Mówi też, że władza PiS-u zaszła tak daleko, że małe są szanse na jej oddanie. Nazywa się to czasem demokraturą.

Demokratura to termin wprowadzony przez Philippe’a C. Schmittera, odnoszący się do ustroju niedemokratycznego, w którym zachodzi demokratyzacja, ale nie przeprowadza się liberalizacji, czyli przeprowadzane są wybory, ale w warunkach, które gwarantują zwycięstwo partii rządzącej, nie dopuszczając do władzy czy współzawodnictwa o nią określonych grup społeczno-politycznych. Co do oddania władzy, to działania PiS dotyczące prawa wyborczego należy widzieć w szerszym kontekście, bo

w tych nowych przepisach kryje się zagrożenie dla wolnych wyborów, które są dla demokracji rzeczą najważniejszą. Jest tu też drugi aspekt, który ja nazwałbym nieroztropnością.

To znaczy?

Nadchodzące wybory samorządowe są niesłychanie trudne do przeprowadzenia. Są wielkim logistycznym wyzwaniem, największym ze wszystkich wyborów w Polsce. Jedną z konsekwencji zmian PiS-u jest wielka czystka personalna. Boję się tego, ale niekoniecznie dlatego, że ludzie, którzy przyjdą, będą te wybory dla PiS-u fałszować, ale mogą po prostu nie udźwignąć organizacyjnie takiego przedsięwzięcia. W 2014 roku nie poradzili sobie ludzie, którzy mieli doświadczenie. Teraz ma się zmienić prawo wyborcze i mają przyjść nowi ludzie. Według mnie, zagrożenie tutaj jest tak duże, że może przyjść takie przesilenie, że nie będziemy w stanie należycie przeprowadzić i ustalić wyniku wyborów. Bicie na alarm przed szefa PKW Wojciecha Hermelińskaego i dyrektor KBW Beatę Tokaj znikąd się nie bierze. Na alarm biją też organizacje pozarządowe, jak Fundacja Batorego.

Proszę wyobrazić sobie konsekwencje sytuacji, kiedy nie można ustalić wyników wyborów.

Wiele wskazuje na to, że PiS nie musi fałszować wyborów. Ciągle ma świetne notowania. Jest teflonowy?

PiS jest mocne słabością tego, co jest wokół. Ja zresztą uważam, że gdyby zrobić poważne badania, to PiS niewiele się umocnił w stosunku do 2015 roku. Ponieważ mamy ogromne problemy z zaufaniem, to również badania są słabe. Inaczej niż 5 czy 10 lat temu, danych, którym można zaufać, jest nieporównywalnie mniej. PiS wygrało mając mniej niż 20 proc. poparcie dorosłej ludności i próbuje urządzać na nowo życie całemu społeczeństwu.

Na razie dobrze im idzie.

To prawda, chociaż staram się być optymistą. Niestety, kierunek czy trend tych zmian jest wyraźny. Jeszcze wiele może się zdarzyć, aby ten trend odwrócić, ale na razie nie wygląda to dobrze.

Nie ma dla mnie wątpliwości, że obecnie jesteśmy parę kroków przed upadkiem demokracji.

Nie jestem w stanie tego oszacować, ponieważ w tego typu rewolucjach nigdy do końca nie wiadomo, jak się skończą. Problemem z upadkiem demokracji jest to, że niestety dopiero post factum widać, że się skończyła. W trakcie procesu trudno to powiedzieć.

Czy upadek demokracji wiąże się z powstaniem czegoś na kształt państwa policyjnego, o czym wspominał prof. Karol Modzelewski?

Proszę zwrócić uwagę, że

osoby występujące przeciwko PiS i rządowi są traktowane przez policję – a niedługo być może i przez sądy – dosyć obcesowo.

Tu mamy dwa spektakularne przypadki. Błyskawiczne odnalezienie człowieka, który podpalił drzwi w Sycowie; potem się okazało, że znaleziono u niego narkotyki, oskarżony został o terroryzm, za co bodajże grozi mu 15 lat. Człowiek, który wyzywał dziennikarkę TVP, też jest zagrożony kilkoma czy kilkunastoma latami więzienia, bo okazało się, że miał nielegalną broń. Nie rozstrzygam o winie obu osób, tym powinien się zająć niezawisły sąd, ale to wszystko, całość działań, przy odrobinie podejrzliwości czy złej woli ze strony obserwatora, zaczyna wyglądać naprawdę groźnie… Kolejnym krokiem może być odnalezienie u jednego czy drugiego polityka opozycji dziecięcej pornografii albo materiałów wybuchowych… Brzmi to trochę paranoicznie, ale wydaje się, że w obecnym systemie to bardziej prawdopodobne niż jeszcze kilka lat temu…

Powiedział pan, że o upadku demokracji dowiadujemy się post factum, ale na podstawie pewnym wydarzeń historycznych możemy wnioskować, co będzie dalej. Co mówi na ten temat historia demokracji?

Proszę pamiętać, że w ciągu ostatnich 10-15 lat, jeżeli upadały demokracje, to nie były to takie demokracje, jaką mieliśmy (i mam nadzieję dalej mamy) w Polsce. Żyjemy jednak w innym miejscu, chociażby w sensie technologicznym. Nie mam wątpliwości, że

dzisiaj „wzięcie pod but” młodzieży, „zamknięcie Facebooka” oznacza barykady na ulicach i krew. Ale o to nikt się nie pokusi.

Prof. Wojciech Sadurski napisał niedawno, jak taka dyktatura może wyglądać. Stwierdził, że ludzie będą trafiać do więzień za różne przestępstwa oceniane i przedstawiane jako większe niż w istocie są. Oczywiście całkowicie potępiam podpalacza z Sycowa i uważam jego działanie za naganne, ale czy jego postępek rzeczywiście zasługuje na miano terroryzmu, za który można dostać do 15 lat… Na pewno gdy taki wyrok dostanie, zacznę się głęboko zastanawiać, czy to jeszcze jest demokracja, bo kara będzie chyba niewspółmierna do winy…

Czyli wystarczyły dwa lata, by całkowicie odwrócić proeuropejski i demokratyczny kurs…

Ale z drugiej strony proszę też zwrócić uwagę, że ten reżim nie może być tak bardzo mocny, ponieważ – to będzie duże uproszczenie – opiera się jednak na klasach ludowych.

Elity, ludzie, którzy coś wiedzą, potrafią, mają zasoby, są przeciw temu rządowi, a przynajmniej są wstrzemięźliwi. To nie jest rząd przedsiębiorców, ani rząd bogaczy, to nie jest też rząd inteligencji.

Nie przypominam sobie żadnej uniwersyteckiej uchwały senatu czy rady wydziału, która by popierała jakiekolwiek działania tego rządu; wręcz przeciwnie, podejmowane są uchwały krytykujące poszczególne działania czy projekty. To wszystko powoduje, że jest to rząd łatwy do ugodzenia na wielu frontach. Media, póki co, również nie popierają rządu. Zatem jest to jakiś dziwny system, który trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że następne wybory się odbędą, jak i to, że będą stosowane pewne faule. Choć jestem przekonany, że te wybory nie będą na poziomie, powiedzmy, Danii, Szwecji czy Szwajcarii. Pewnie będzie tak, jak na Węgrzech, gdzie do niedawna my sami – z bezpiecznego dystansu – dostrzegaliśmy nieprawidłowości i deficyty. A dziś idziemy drogą węgierską, i powielamy wiele z węgierskich błędów.

 

wiadomo.co

Degrengolada państwa zarządzanego ubeckimi metodami

Kabaret „Ucho prezesa” na początku oddawał istotę groteski obecnie sprawujących władzę. Śmieszył mnie, acz uważałem, że tego rodzaju zabieg narracyjny raczej służy ośmieszanym, jest zrozumieniem ich śmiesznosci, w ten sposób usprawiedliwia. A taka narracja to zrozumieć, czyli wybaczyć.

Więc śmiech stawał się zrozumieniem, wybaczeniem. Zaś rząd PiS potrzebuje solidnego linczu publicystycznego, groteski owszem, ale nie kabaretowej, bo to opowieść kategorii be, ce, narracja podrzędna, a nie groteska literacka typu fredrowego, mrożkowego, brechtowego.

Pokraka ma być pokraką, ma być obnażony, a nie śmiechem usprawiedliwiony. Nie łudźmy się, że rząd Morawieckiego będzie mniej groteskowy od Beaty Szydło, bo ten pierwszy był prezesem banku. Morawiecki wszedł w buty groteski i będzie inaczej pokraczny, ale z czasem stanie się identyczny.

Dziennikarka Onetu Edyta Żemła opisuje sytuacje jakie odbywały się w jednej godzinie w Pałacu Prezydenckim, gdy odwoływano Szydło i powoływano Morawieckiego. 8 grudnia 2017 roku mieliśmy do czynienia z esencją groteski, bardzo pisowskiej.

Oto godzinę przed uroczystością zjawia się w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego kurier z Ministerstwa Obrony Narodowego, czyli od Antoniego Macierewicza, z wiadomością w kopercie, iż głównemu doradcy wojskowemu Andrzeja Dudy gen. Jarosławowi Kraszewskiemu został odebrany certyfikat bezpieczeństwa, który upoważnia do dostępu do tajemnic krajowych, NATO i unijnych.

Niemal w tym samym momencie dowiaduje się o tym Duda, ale nie z koperty MON, ale z TVN24. Czyli podobny kurier, jak do BBN, dotarł do najważniejszej telewizji informacyjnej (tym drugim „kurierem” mógł być telefon z MON).

Duda jest zaniepokojny, bo to jawny nacisk, iż Duda może dogadać się z nowym premierem, że Macierewicz nie zostanie ministrem obrony. Duda więc dzwoni do gen. Kraszewskiego, aby dowiedzieć się, czym Macierewicz uzasadnia odebranie certyfikatu.

I jak to w grotesce, Duda uzyskuje odpowiedź, że nie ma żadnego uzasadnienia. Czyli Macierewicz zastosował typowy szantaż, wziął za zakładnika doradcę Dudy, aby utrzymać się na stanowisku. Tak jest zarządzana Polska, tak wygląda bezpieczeństwo państwa.

Gen. Kraszewski podpadł Macierewiczowi tym, że krytycznie wyrażał się o Wojskach Obrony Terytorialnej, które bez żadnego wnikliwego oglądu prezentują się, jak wojska szwejkowate.

Dalszy ciąg tej groteski to zapytanie gen. Kraszewskiego, czy był inwigilowany przez służby podległe Macierewiczowi, a więc premierowi, a jeszcze dalej idąc podległe zwierzchnikowi Wojska Polskiego, czyli Dudzie.

A zatem mamy do czynienia z piramidalną groteską. Były szef MON Tomasz Siemoniak nazywa to degrengoladą państwa. Są to – jak wymknęło się onegdaj Dudzie – ubeckie metody Macierewicza. Jak na dłoni widać, iż Polska właśnie tak jest zarządzana. Przez szantaż, zastraszanie, wymuszanie – ubeckimi metodami. A to nie jest śmieszne. To nie jest kabaret, to degrengolada.

 

 

Gen. Kraszewski był inwigilowany przez SKW? Kulisy wojny MON – prezydent

EDYTA ŻEMŁA,  27.12.2017
Zanim Służba Kontrwywiadu Wojskowego wszczęła postępowanie sprawdzające wobec gen. Jarosława Kraszewskiego, do Pałacu Prezydenckiego docierały nieoficjalne informacje, że „służby coś na niego mają”. Dlatego, prezydent Duda w dwóch tajnych pismach prosił MON o dokumenty, które by to potwierdzały. SKW odmówiła – dowiedział się Onet.
Jarosław Kraszewski (1P) jest bliskim współpracownikiem prezydenta Andrzeja DudyFoto: Leszek Szymański / PAP
Jarosław Kraszewski (1P) jest bliskim współpracownikiem prezydenta Andrzeja Dudy
  • Gen. Kraszewski stał się niewygodny dla MON, kiedy skrytykował m.in. koncepcję budowy Wojsk Obrony Terytorialnej, które są oczkiem w głowie Antoniego Macierewicza
  • Prezydent poprosił MON o dokumenty. SKW odmówiła ich wydania
  • Wiceminister obrony Tomasz Szatkowski: pan prezydent dostał osobiste zaproszenie, by zapoznać się z aktami tej sprawy w siedzibie SKW
  • 8 grudnia SKW odebrała gen. Kraszewskiemu certyfikat dostępu do informacji niejawnych. Generał się odwołał. W piśmie do premiera Morawieckiego pyta, czy był inwigilowany przez wojskowy kontrwywiad

Jest piątek, 8 grudnia. O godzinie 16.00 w Pałacu Prezydenckim Andrzej Duda ma odwołać Beatę Szydło i powołać Mateusza Morawieckiego na stanowisko premiera. Godzinę wcześniej w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego zjawia się kurier z MON-u. Zostawia kopertę zaadresowaną do gen. Jarosława Kraszewskiego, dyrektora Departamentu Zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi BBN. To oficer, który jest głównym doradcą wojskowym prezydenta.

W kopercie jest decyzja Piotra Bączka, szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego o odebraniu gen. Kraszewskiemu certyfikatu bezpieczeństwa, który upoważnia go do dostępu do tajemnic krajowych, NATO i unijnych.

Jak relacjonują informatorzy Onetu, prezydent Duda o decyzji szefa SKW dowiaduje się z TVN24. Tuż przed uroczystością powołania nowego premiera dzwoni do gen. Kraszewskiego. Pyta, jakie jest uzasadnienie decyzji Piotra Bączka. Generał odpowiada, że nie wie. Dodaje, że SKW w krótkim uzasadnieniu nie przedstawiła powodów odebrania mu certyfikatu.

– Ale czy będzie się Pan odwoływał – dopytuje się prezydent. Gen. Kraszewski stanowczo odpowiada, że tak.

Nocne wilki, rajd katyński i Kraby

Jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem BBN wydaje komunikat: „Gen. bryg. Jarosław Kraszewski został poinformowany przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego o cofnięciu mu poświadczenia bezpieczeństwa. W uzasadnieniu decyzji nie zostały przedstawione jakiekolwiek powody odebrania dostępu do informacji niejawnych. Podczas postępowania SKW nie przedstawiła gen. J. Kraszewskiemu żadnych zarzutów, a także faktów ani dowodów, do których mógłby się odnieść”.

W weekend generał przygotowuje obszerne pismo do nowego już premiera – Mateusza Morawieckiego. Jak dowiadujemy się nieoficjalnie, w jego treści generał odnosi się do pytań, jakie zadawali mu funkcjonariusze SKW podczas przesłuchań prowadzonych w ramach weryfikującej prawdziwości złożonego przez niego oświadczenia, na podstawie którego wydano mu certyfikaty dostępu do informacji niejawnych.

Gen. Kraszewski w ostatnich tygodniach kilka razy był wzywany do siedziby kontrwywiadu wojskowego przy ul. Oczki. Jak już wcześniej pisał Onet był tam pytany m.in., o powiązania z Nocnymi Wilkami, putinowskim gangiem motocyklowym. Interesowano się także tym, czy generał – prywatnie miłośnik motocykli – uczestniczył w motocyklowych Rajdach Katyńskich.

Witold Jurasz o sprawie gen. Kraszewskiego: mamy do czynienia ze zniewagą prezydenta Dudy

Generał pisze w odwołaniu, że nigdy nie był na Rajdzie Katyńskim, nie miał kontaktów z Nocnymi Wilkami.

Pytania funkcjonariuszy SKW – jak dowiedział się Onet – dotyczyły też jego zaangażowania w projekt haubicy Krab. Gen. Kraszewski rzeczywiście, jako szef wojsk artyleryjskich odpowiadał za wprowadzenie do armii tego uzbrojenia. Nie było to łatwe. W podwoziach produkowanych przez Hutę Stalowa Wola wykryto mikropęknięcia. Realizacja projektu się przeciągała. W końcu w ubiegłym roku armia dostała Kraby. Sam Macierewicz mówił wówczas, że to „najsprawniejszy i najskuteczniejszy sprzęt”.

Gen. Kraszewski pisze w odwołaniu – jak twierdzą nasi informatorzy – że nigdy nie „zamiatał pod dywan” problemów związanych z Krabami i robił wszystko, by artyleria została uzbrojona w polskie haubice.

Czy służby inwigilowały generała?

Onet dowiedział się też z kilku niezależnych źródeł, że gen. Kraszewski w odwołaniu od decyzji SKW o odebraniu mu certyfikatu, pyta czy prawdą jest, że służby prowadziły wobec nie niego czynności operacyjno-rozpoznawcze.

Jak twierdzą, oficerowie służb, z którym rozmawialiśmy, do tego typu działań SKW nie miała prawa. Stosując procedurę sprawdzającą wobec osoby, której zawieszono certyfikat dostępu do informacji niejawnych, kontrwywiad mógł jedynie weryfikować prawdziwość złożonego przez oficera oświadczenia.

SKW szuka powiązań gen. Kraszewskiego z gangiem Nocne Wilki

Tymczasem 4 października 2017 roku o możliwości prowadzenia takich działań wobec prezydenckiego generała mówił w telewizji „Republika” wiceminister obrony Tomasz Szatkowski: – Pamiętajmy, że ta sprawa jest na etapie operacyjno-rozpoznawczym.

Teraz odwołanie gen. Kraszewskiego rozpatruje koordynator ds. służb specjalnych Mariusz Kamiński. Jak twierdzą informatorzy Onetu, problemy może mieć nie tyle gen. Kraszewski, ile szef SKW Piotr Bączek.

– Jeśli potwierdzą się informacje o złamaniu procedur i bezprawnych działaniach wobec generała, wojskowe służby mogą słono za to zapłacić – mówi nasz informator.

Prezydent prosił o dokumenty. SKW odmówiła

Gen. Kraszewski stał się niewygodny dla ministra Macierewicza, kiedy w 2016 roku skrytykował koncepcję budowy Wojsk Obrony Terytorialnej. W przesłanym do MON piśmie nie zostawił suchej nitki na projekcie, który jest oczkiem w głowie szefa MON.

Wówczas do Pałacu Prezydenckiego zaczęły docierać nieformalne informacje, że generał ma „wątpliwe powiązania” i służby wojskowe „nabrały wobec niego pewnych podejrzeń”. Nie precyzowano jednak o jakie podejrzenia, czy wątpliwości może chodzić.

Plotki na temat gen. Kraszewskiego nasiliły się, gdy prezydencki BBN skrytykował Strategiczny Przegląd Obronny przygotowany przez MON, a w szczególności planowane zmiany w zakresie Systemu Kierowania i Dowodzenia Siłami Zbrojnymi RP.

Nieoficjalnych informacji płynących z MON do prezydenta nie można było już ignorować. Dlatego Andrzej Duda w tajnym piśmie poprosił resort obrony o przesłanie mu dokumentów, które miałyby podważać wiarygodność generała. Takich dokumentów jednak nie otrzymał. Ponowił więc prośbę. Znowu zapadła cisza. Plotki jednak nie ustawały. Podobne pismo wystosował więc do MON szef BBN Paweł Soloch. On również nie uzyskał odpowiedzi.

Wiceminister obrony Tomasz Szatkowski w cytowanym już wywiadzie dla telewizji „Republika” przyznał, że w rozmowach nieformalnych z prezydentem Antoni Macierewicz mówił mu o podejrzeniach, jakie SKW powzięła wobec gen. Kraszewskiego. Szatkowski przyznał też, że nieformalne rozmowy na ten temat były prowadzone z szefem BBN.

Wyjaśnił też, dlaczego SKW odmówiła przekazania prezydentowi materiałów, które ewentualnie obciążałby gen. Kraszewskiego. – Pan prezydent dostał osobiste zaproszenie, by zapoznać się z aktami tej sprawy w siedzibie Służby Kontrwywiadu Wojskowego – powiedział i dodał, że materiały te nie mogły być przewiezione do Pałacu Prezydenckiego.

– To dla nas było nie do przyjęcia. A argument, że nie można przewozić tajnych dokumentów do BBN, czy Pałacu Prezydenckiego był tylko wybiegiem – mówi urzędnik z prezydenckiej kancelarii.

Sztandary niezgody

28 czerwca Służba Kontrwywiadu Wojskowego wszczęła postępowanie kontrolno-sprawdzające wobec gen. Jarosława Kraszewskiego. To oznaczało, że do czasu jego zakończenia nie mógł mieć dostępu do tajnych dokumentów.

– Tak eskalował konflikt na linii MON – Pałac Prezydencki, który nabrzmiewał od wielu miesięcy – mówi nasz informator.

– Może pan wskazać konkretny powód, dlaczego akurat wówczas SKW zastosowała tak drastyczne kroki – pytamy.

– Poszło o sztandary dla WOT – stwierdził nasz rozmówca.

21 maja w Białymstoku, Lublinie i Rzeszowie około 400 żołnierzy WOT złożyło przysięgi wojskowe. Przysięgali, nie na sztandary macierzystych brygad, lecz historyczne – Armii Krajowej.

Kilka tygodni wcześniej minister Macierewicz zwrócił się do prezydenta Dudy z wnioskami o nadanie sztandarów wojskowych trzem pierwszym brygadom WOT. Prezydent nie podpisał wniosków. Zdaniem ośrodka prezydenckiego nie spełniały ustawowych wymogów do nadania im sztandarów wojskowych.

Analizę przygotowało dla prezydenta BBN. Z nieoficjalnych informacji Onetu wynika, że osobiście odpowiadał za jej sporządzenie gen. Kraszewski, wobec którego miesiąc później SKW, bez podania powodów, wszczęła postępowanie kontrolno-sprawdzające. Konsekwencją działań wojskowych służb było odsunięcie generała od informacji niejawnych.

http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/gen-kraszewski-byl-inwigilowany-przez-skw-kulisy-wojny-mon-prezydent/68j4731

Giertych: Poseł PO sam sobie wręczył łapówkę?

http://www.rp.pl/Polityka/171229347-Giertych-Posel-PO-sam-sobie-wreczyl-lapowke.html

Błaszczak ogłosił koniec komunizmu, Szczepkowska mu odpowiedziała. „Towarzyszu Ministrze”

mk, lulu, 27.12.2017

 

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,22829712,blaszczak-oglosil-koniec-komunizmu-szczepkowska-mu-odpowiedziala.html#MT

Hojna Beata rozdała wiceministrom 1,8 mln zł!

27.12.2017

Święty Mikołaj przychodzi raz w roku. Beata Szydło jako szefowa rządu przebiła słynnego biskupa i to z nawiązką ! Dlaczego? Chodzi o zarobki wiceministrów w jej rządzie, które dzięki jej pomysłom są nawet o jedną trzecią wyższe niż się sądzi. Spośród urzędów, które odpowiedziały na nasze pytania najlepiej zarabiają zastępcy ministrów z resortu finansów, środowiska i ministerstwa rodziny.

– Zarobki są tak niskie, że nikt nie chce przyjść – tak w 2015 r. minister Henryk Kowalczyk narzekał na problemy w skompletowaniu wiceministrów. Po dwóch latach okazało się, że rząd pobił rekord wszech czasów – miał aż stu sekretarzy i podsekretarzy stanu! Pewnie dlatego, że premier Szydło stworzyła prawdziwy system dodatków do ich pensji.

Kowalczyk żalił się, że za 7000 zł brutto nikt nie chce pracować dla rządu. Obecna komisarz unijna, a niegdyś wicepremier Elżbieta Bieńkowska była bardziej dosadna mówiąc, że za tyle pracuje tylko „idiota albo złodziej”. Jak ustaliliśmy, za pracę wiceministrowie dostają po cichu nawet po 30 procent więcej! Premie – jak przyznają resorty – były przyznawane decyzją samej premier.

Nie wszystkie ministerstwa – poproszone kilka tygodni temu o ujawnienie danych – odpowiedziały. Z tych, które udzieliły nam odpowiedzi, najwięcej na dodatkowe gratyfikacje dla wiceministrów wydał resort finansów (ćwierć miliona złotych), niewiele mniej środowiska oraz resort rodziny. Czy premier Mateusz Morawiecki (49 l.) również będzie hojny? I kiedy rząd wróci do racjonalnego pomysłu podniesienia pensji podsekretarzom stanu? Przypomnijmy, że rząd premier Szydło miał taki projekt nawet gotowy! Tyle że zanim go złożył, rozbudowano go o podwyżki dla całej władzy. Pomysł natychmiast dorobił się nazwy Koryto+ i pod presją opozycji i mediów został zablokowany przez władze partii. Premier Szydło faktyczne podwyżki wstydliwie ukrywała jako premie. To na pewno łatwiejsze niż przyznać przed wyborcami, że trzeba im zapłacić więcej. Ale czy uczciwe?

https://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/szydlo-rozdala-wiceministrom-18-mln-zlotych-jak-to-sie-jej-udalo/e875p06

Prokuratura: Polityk PO dostał zegarek-łapówkę w 2011 roku. Ale w 2008 miał go na ręku [ZDJĘCIA]

Prokuratura twierdzi, że sekretarz generalny PO Stanisław Gawłowski przyjął łapówkę w postaci dwóch luksusowych zegarków marki Tag Heuer. Miał je dostać w czerwcu 2011 roku. Tyle, że Gawłowski nosił taki zegarek już w latach 2008-2010. – Kupiłem go z żoną – twierdzi polityk PO. „Newsweek” publikuje nieznane dotąd zdjęcia.

Śledczy zamierzają postawić jednemu z liderów Platformy zarzuty popełnienia pięciu przestępstw, w tym trzech korupcyjnych. Z komunikatu Prokuratury Krajowej wynika, że sprawa jest bardzo poważna – do Sejmu niebawem ma trafić wniosek o uchylenie immunitetu Gawłowskiego i zgodę na areszt.

Jeden z zarzutów dotyczy przyjęcia dwóch zegarków Tag Heuer o łącznej wartości 26 tys. zł. Polityk miał je przyjąć w czerwcu 2011 roku jako wiceminister środowiska: „Otrzymał je (…) od zastępcy dyrektora do spraw Administracji, Informatyki, Marketingu i Współpracy z Zagranicą w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej Łukasza L. W zamian deklarował utrzymanie przez Łukasza L. stanowiska (…). Zegarki te zostały wskazane wcześniej Łukaszowi L., poprzez wysłanie mu ich zdjęć drogą mailową. Prywatny adres mailowy Łukasza L. został uprzednio przekazany Stanisławowi Gawłowskiemu (…). Zegarki zostały dostarczone Stanisławowi Gawłowskiemu do Ministerstwa Środowiska przez jednego z kierowców Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w zapakowanej torbie z napisem: ‘Do rąk własnych’. Oba zegarki Stanisław Gawłowski nosił później na rękach.”

Zarzut wydaje się o tyle problematyczny, że Gawłowski nosił zegarek Tag Heuer już w 2008 roku. „Newsweek” publikuje trzy zdjęcia: dwa prywatne z lat 2008 i 2009 i jedno oficjalne z 2010 roku. Na wszystkich ma ten sam czarny zegarek. – To Tag Heuer Carrera. Kupiłem go z żoną co najmniej 10 lat temu, na pewno przed 2011 rokiem. Kosztował 5-6 tys. zł, dziś myślę, że jest wart ok. dwóch tysięcy – mówi „Newsweekowi” Gawłowski.

Prokuratura pisze w swoim komunikacie, że zegarki otrzymane jako łapówki pojawiały się później u Gawłowskiego na ręku. – Jedyny Tag Heuer, który kiedykolwiek nosiłem, to ten kupiony z żoną. Po pewnym czasie zmieniłem w nim tylko pasek, bo ten oryginalny się przetarł. Poza nim właściwie nie używałem innego zegarka. Znajomy podarował mi kiedyś dla żartu podróbkę Breitlinga, ale po kilku dniach odpadły w niej wskazówki. Kilka razy miałem jeszcze na nadgarstku Festinę wartą kilkaset złotych. Była to reklamówka Polskiego Związku Koszykówki. To wszystko – twierdzi Gawłowski.

Z oświadczenia śledczych wynika też, że polityk PO miał wskazać łapówkę w mejlu wysłanym do urzędnika. Gawłowski: – Z Łukaszem L. w życiu zamieniłem może dwa zdania. Nigdy z nim nie mejlowałem. Jako wiceminister w ogóle bardzo rzadko korzystałem z poczty elektronicznej, z ludźmi z Instytutu nie wymieniałem żadnych mejli. Regularny kontakt miałem właściwie tylko z dyrektorem, ale, jeśli kiedykolwiek rozmawiałem z nim o zegarkach, to wyłącznie w kontekście tzw. afery zegarkowej i Sławomira Nowaka – mówi „Newsweekowi” Gawłowski. I dodaje, że jego Tag Heuer został wydany funkcjonariuszom CBA podczas przeszukania.

newsweek.pl

Mariusz Błaszczak: w Polsce skończył się komunizm. Minister ogłosił nową datę

lulu, 27.12.2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,114884,22817451,video.html?embed=0&autoplay=1
Stosunek PiS do historii bywa specyficzny. Teraz minister Mariusz Błaszczak ogłosił nową datę końca komunizmu w Polsce.

Jeśli myślicie, że komunizm w Polsce dawno się skończył, to byliście w błędzie. Jego koniec nastąpił dopiero tydzień temu. Tak przynajmniej uważa szef MSWiA, Mariusz Błaszczak.

– Tydzień temu w Polsce skończył się komunizm – ogłosił w porannym wywiadzie dla Polskiego Radia minister Mariusz Błaszczak. Czemu akurat taka data? Minister uzasadniał, że „tydzień temu prezydent Duda podpisał ustawy” (o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa). – Wymiar sprawiedliwości wyszedł z komunizmu de facto bez zmian – stwierdził Błaszczak.

Dodał, że zainteresowanie Komisji Europejskiej Polską jest „przypuszczeniem ataku”.

Komisja Europejska uruchomiła wobec Polski słynny artykuł 7, zwany też „opcją atomową”. Dowiedz się więcej na ten temat >>>

gazeta.pl

%d blogerów lubi to: