Przepowiednia Churchilla

„Hak ciągniony” w PiS

Wydaje się, że jedynym krajem sąsiednim, z którym mamy dobre stosunki, jest Białoruś.

Polscy politycy mają problem z polityczną arytmetyką, dlatego nasz kraj jest taki, jaki jest. Z pretensjami i martyrologią jako wzorcem dla młodzieży. Jarosławowi Kaczyńskiemu mogę się nie dziwić, jest wyizolowany, nawet życia rodzinnego nie ma. Świata nie poznał, a władza wpadła mu w ręce psim swędem.

Kaczyński usiłuje samego siebie i Polskę zbudować za pomocą powstania z kolan. Dosztukować chce wyimaginowaną wielkość uszczknięciem od innych. Od Niemców np. żąda reparacji za II wojnę światową. A przecież Polska od Unii Europejskiej dostała więcej niż wynosił plan Marshalla. W tym najnowocześniejszym organizmie cywilizacyjnym zostaliśmy liczącym się państwem europejskim. Po dwóch latach rządów PiS pozycja Polski została jednak zaprzepaszczona i znajdujemy się z powrotem w sytuacji RWPG i to uszczuplonym, bo jedynym krajem sąsiednim, z którym mamy dobre stosunki, jest Białoruś.

Reparacje wojenne są oczywistą złudą, na co wskazuje ekspertyza, której nie ujawniło Biuro Analiz Sejmowych. Jej autorem jest prof. dr. hab. Cezary Mik. Wydał podobną opinię w 2004 roku i pisze w niej  o deklaracji rządu PRL  w sprawie zrzeczenia się odszkodowań wojennych z 1953 roku:„Zakwestionowanie oświadczeń Rady Ministrów PRL mogłoby być jedynie rezultatem podważenia legalności całego porządku społeczno-polityczno-prawnego, jaki zaistniał po 1947 r. (…). Należałoby się jednak wówczas liczyć z (…) podważeniem granic Państwa (…). Właściwie czynnik polskie potwierdzały moc obowiązującą z 1953 r. tak w okresie PRL (1970 r.), jak też po zmianach ustrojowych”.

A więc mówimy o możliwości zakwestionowania 1/3 ziem polskich – Ziem Zachodnich oraz Warmii i Mazur, o których to w Jałcie w 1945 roku Winston Churchill powiedział: – „Będzie źle, jeśli nakarmimy polską gęś taką ilością niemieckiego jedzenia, że zdechnie na niestrawność”. Wystarczy podmienić drób – gęś na kaczkę – i ogłosić Churchilla Nostradamusem, który przewidział polską kaczkę, która będzie się dławić nazbyt wielką… władzą.

No i właśnie zaczynamy cierpieć z tego powodu na niestrawność. Cierpi Konstytucja, cierpi niezależność sądownictwa, a niedługo będą też miały problemy wolne media. Po co komu taki chory człowiek Europy?

Zestawmy tę cierpiącą Polskę z raportem opublikowanym przez niemiecki „Der Spiegel” (właśnie ujawniony), sporządzony dla Bundeswehry, który dotyczy największych zagrożeń dla Unii Europejskiej. Raport nosi tytuł „Strategiczna Perspektywa 2014”. Według niego, dwoma największymi zagrożeniami dla wspólnoty europejskiej są polityka krajów, które pójdą drogą Brexitu oraz agresywne działania Rosji, co może doprowadzić do wzrostów nacjonalizmów. Skutkiem mogłoby być zerwanie międzynarodowych porozumień oraz współpracy. Aby jednak do tego nie doszło, trzeba utrzymać dotychczasowy rozwój ekonomiczny wspólnoty poprzez ściślejszą integrację.

Jeżeli doszłoby do rozpadu UE, „polityka Kaczyńskiego” – cytuję Waldemara Kuczyńskiego –„prowadzi do niemal pewnej utraty niepodległości w razie znalezienia się w takiej burzy”.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Biuro Nadzoru Wewnętrznego na wzór Służby Bezpieczeństwa

Biuro Nadzoru Wewnętrznego na wzór Służby Bezpieczeństwa

PiS ma do perfekcji opanowaną logistykę przepychania ustaw niezgodnych z prawem. Logistykę zarówno dotyczącą tego, aby nie debatować nad projektami, a jeszcze lepszą, aby wzniecić szum, medialny. Jak oni to robią? Z pewnością jedną z przyczyn jest to, że mediów publicznych już nie mamy. Szumy medialne zaś są kreowane wokół nieistotnych spraw, a nawet gdy sprawa jest istotna, to okular zainteresowania jest skierowany na pozorny spór, na ustawkę. W czwartek została uchwalona ustawa powołująca Biuro Nadzoru Wewnętrznego (BNW), które podlegać będzie bezpośrednio Mariuszowi Błaszczakowi.

BNW będzie nadzorowało inne służby i opiniowało kandydatów na kierownicze stanowiska w służbach takich, jak policja, Straż Graniczna, Państwowa Straż Pożarna czy Biuro Ochrony Rządu.

Pomysł BNW jest bezprawny, bo każda ze służb ma wewnętrzne organa kontroli, a nadzór nad czynnościami zgodności z prawem mają sądy i prokuratury. Ta jeszcze jedna czapa nad służbami i to zawiadywana przez ministra Błaszczaka spotkała się na etapie projektu z negatywną oceną Rządowego Centrum Legislacji (RCL) i Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Policjantów. RCL w ekspertyzie napisało: – „Zgodnie z przepisami ustawy o policji nadzór nad realizacją tych czynności sprawują sąd i prokurator, a nie minister właściwy do spraw wewnętrznych”.

Jest to zatem całkowite upolitycznienie służb mundurowych z czapą podobną do komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, które w MSWiA pełnić będzie rolę politbiura, aby właściwi kandydaci byli desygnowani do służb, czyli wyznania pisowskiego.

To nie wszystko. Uprawnienia zaufanych ludzi Błaszczaka (wąska grupa zaufanych to kilkadziesiąt osób) to bezprawny dostęp do materiałów operacyjnych innych służb z klauzulą tajności. Inspektorzy BNW będą mogli posługiwać się podsłuchami i mieć dostęp do  danych telekomunikacyjnych i internetowych.

Przy takich uprawnieniach nowego biura trudno będzie pozbyć się pokusy walki politycznej za pomocą nielegalnej informacji, manipulacji nią i dyskredytowaniem wybranej osoby. „Pokusa”? Ależ po to została ta służba powołana, aby realizować pokusy polityczne.

Skojarzenie BNW z SB jest uprawnione. Ta inicjatywa jak i inne świadczą, że PiS przygotowuje się na długie rządzenie, bez terminu oddania władzy w wyniku procedur demokratycznych. Zaciska się pętla państwa policyjnego, widmo totalitarnego PiS krąży nad Polską.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Prezydent chce być liderem całej prawicy

Data publikacji: 11.11.2017, Cezary Michalski

© pap

Wystąpienia prezydenta Andrzeja Dudy 10 i 11 listopada były patetyczne, dokładnie tak samo jak równoległe wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego. Ale Duda, w przeciwieństwie do Kaczyńskiego, z wyjątkowym naciskiem wzywał do dialogu. Przedstawiając historyczne przykłady, kiedy zgoda budowała, a niezgoda rujnowała – także polskie państwo. Jak Święto Niepodległości stało się kolejnym etapem dystansowania się Dudy od Kaczyńskiego?

O ile patos był w ustach prezydenta autentyczny i jak najbardziej pasował do rocznicowej okazji, to powtarzane przez niego apele o dialog i porozumienie były hipokryzją, choć politycznie bardzo znaczącą. Nad pożytkami polsko-polskiego porozumienia rozpływał się bowiem jeden z liderów obozu, który podzielił Polskę najbardziej po 1989 roku. Ten obóz wielokrotnie złamał Konstytucję RP i jednostronnie wypowiedział konsensus ustrojowy przestrzegany po roku 1989 przez wszystkie ugrupowania rządzące III RP. Większość tych działań prezydent akceptował swoimi podpisami i decyzjami personalnymi. Ponieważ jednak polskie państwo i polska gospodarka zostały już w konsekwencji tego konfliktu przez prawicę pożarte, wielu jej przedstawicieli – w tym Andrzej Duda – uważa, że teraz nadszedł czas konsolidacji władzy, wpływów, pozycji, majątku. Uważają zatem, że można już ten konflikt zacząć wygaszać. Do tego Duda nadaje się bardziej niż Kaczyński, nie mówiąc już o Macierewiczu. I taki był sens przemówienia – tylko z pozoru „historycznego” – które prezydent wygłosił na Placu Piłsudskiego.

Wizerunkowa wojna pozycyjna

Obchody 11 listopada były kolejnym etapem gry Andrzeja Dudy mającej odbudować jego wizerunek jako samodzielnego polityka, którego już nikt nigdy nie będzie kojarzył z „Adrianem”, także w jego macierzystym prawicowym obozie. Nawet wówczas, kiedy prezydent ostatecznie odda prawicy kontrolę nad sądami, samorządami, mediami prywatnymi czy organizacjami pozarządowymi będzie się starał to uczynić tak, aby nie tylko Kaczyński, ale także on na tym politycznie skorzystał.

Nie tylko Duda gra w wizerunkową grę, inni postanowili zagrać Dudą. Donald Tusk po raz pierwszy przyjął zaproszenie prezydenta na obchody rocznicy niepodległości. Ponieważ jednak dla większości polityków i wyborców PiS-u Tusk jest „wujkiem samo zło”, przestraszeni ludzie prezydenta zaczęli tłumaczyć się mediom (szczególnie tym prawicowym), że zawsze zapraszali Tuska według rozdzielnika (jako jednego z byłych premierów i prezydentów), a jedyna różnica polega na tym, że tym razem Przewodniczący Rady Europejskiej zaproszenie ku ich zaskoczeniu przyjął. Tusk odpowiedział im, również za pośrednictwem mediów, że „tym razem zaproszenie było wyjątkowo serdeczne”.

Urażony Jarosław Kaczyński z jeszcze większym, niż w poprzednich latach dystansem do wszystkich tych zabiegów pokazujących, że nie jest jedynym graczem w polskiej polityce, udał się wraz ze „swoim rządem” (bo nikt nie wierzy, że jest to rząd Beaty Szydło) na dumne wygnanie do Krakowa. Uciekając nie tylko od Tuska wymieniającego uścisk dłoni z Dudą, ale także od Marszu Niepodległości, który – mimo obecności na nim wielu polityków nacjonalistycznego i klerykalnego skrzydła PiS-u czy Prawicy Razem – jest wyłączną własnością radykalnych nacjonalistów. A oni, nie doceniając gestów wykonywanych pod ich adresem przez obóz rządzący (od chronienia antysemitów i faszystów przed stosowaniem wobec nich obowiązującego prawa, aż po uczynienie marszu „imprezą cykliczną”, czyli równie nienaruszalną jak miesięcznice smoleńskie) uważają PiS za zbyt miękkie i chcą „narodową rewolucję” – niszczącą w Polsce liberalne swobody, świeckie państwo i nasze związki z Europą – posunąć o wiele dalej, niż to robi Kaczyński.

Ponieważ prezydent znów nie podpisał generalskich nominacji przedłożonych mu przez Macierewicza, ponieważ wciąż nie zakończyły się negocjacje na linii Kaczyński-Duda ani w kwestii rekonstrukcji rządu, ani co do PiS-owskich pomysłów na przejęcie i ubezwłasnowolnienie samorządów, aby nieco złagodzić wrażenie otwartej wojny, tuż przed 11 listopada wypuszczono do mediów informację, że osiągnięty został kompromis pomiędzy prezydentem i PiS-em na temat tego, jak do końca zniszczyć w Polsce niezawisłe sądy. Czy brutalnie, jednopartyjnie, tak, żeby najbardziej bolało (wersja Kaczyńskiego, Piotrowicza i Ziobry), czy bardziej sprytnie, włączając w to Kukiza, podmywając sędziowską solidarność i opór (wersja Andrzeja Dudy). Najbardziej chętny w potwierdzaniu przecieku o kompromisie był Stanisław Piotrowicz. To także on skwapliwie upublicznił kształt tego „kompromisu”, który ma pozostawić opozycji 6 z 15 członków KRS do obsadzenia. Ponieważ proces wyboru – szczególnie w drugiej turze – miałby być całkowicie kontrolowany przez PiS, miejsca dla opozycji można będzie uznaniowo rozdzielić pomiędzy Kukiza (jeśli będzie grzeczny), Kornela Morawieckiego (przecież jego posłowie nie są częścią Prawicy Razem), a w ostateczności dać coś PO, PSL i Nowoczesnej, ale w taki sposób, by rozegrać i skonfliktować ze sobą te ugrupowania. Co ciekawe, obóz prezydencki mniej chętnie potwierdzał fakt osiągnięcia porozumienia, a jeszcze mniej chętnie mówił o jego szczegółach.

Prawicowy konflikt pokoleń

Cała ta kotłowanina decyzji, deklaracji i gestów związanych z obchodami Święta Niepodległości jest tak skomplikowana, ponieważ prezydent za żadną cenę nie chce dać argumentu, że tworzy w PiS-ie jakąś własną frakcję. To pozbawiłoby rządzącą prawicę premii za jedność i pogrążyło Dudę w oczach większości prawicowych wyborców. Zatem Andrzej Duda bardzo ostrożnie rozpoczyna z Jarosławem Kaczyńskim walkę o kontrolę nad całym prawicowym obozem władzy. Oglądamy tak zawiły taniec, krok do przodu, dwa kroki w tył, właśnie dlatego, że prezydent chce pokazać prawicowym wyborcom (nie tylko PiS-u, ale także Kukiza, narodowców, samorządowcom spod różnych prawicowych szyldów, wreszcie Kościołowi), iż pragnie zrobić dokładnie to samo co Kaczyński. Wydać całe państwo, całą gospodarkę i całe społeczeństwo w ręce antyliberalnej prawicy. Tylko że on chce to robić mądrzej, głębiej, sprytniej, unikając niepotrzebnego radykalizowania konfliktu. Wniosek ma być prosty – czas już porzucić „wrzeszczącego staruszka” (cyt. za Rafał Ziemkiewicz) i postawić na prawicę młodszą.

Nie przypadkiem najważniejsi doradcy prezydenta – Łapiński, Szczerski, Soloch i inni – mają za sobą brutalne przygody z Kaczyńskim, który rozgrywał ich i upokarzał jako „tych młodszych”. Szczerski mimo swojej wieloletniej absolutnej dyspozycyjności wobec Prezesa po zwycięstwie wyborczym nie dostał MSZ-u, ale został posłany na boczny tor, którym w rozumieniu Kaczyńskiego miał być Pałac Prezydencki. Łapiński oglądał upadek swojego przyjaciela Mastalerka zlikwidowanego osobistą decyzją Kaczyńskiego. Oni i wielu innych nie chcą czekać na polityczną emeryturę Kaczyńskiego po dziewięćdziesiątce. Zatem „młodzi” (w Polsce oznacza to 30-40 lat) w PiS-ie i na całej prawicy przyglądają się, czy Duda ten prowadzony ostrożnie konflikt z Kaczyńskim w ogóle przeżyje. Jeśli przeżyje, skupią się wokół niego. To będzie koniec Kaczyńskiego i całego jego pomysłu na rządzenie wieczne, na odraczaną bez końca pokoleniową sukcesję.

Na potrzeby prezydenckiej i parlamentarnej kampanii 2015 roku Jarosław Kaczyński (sam traktujący swoich młodych z taką samą pogardą, jak swoich związkowców czy swoich katolików – wyłącznie jako polityczne narzędzia) stworzył fejkowy konflikt pokoleń, całkowicie pod swoją kontrolą. Poszczuł watahę całkowicie mu posłusznych i zależnych od niego prawicowych 20- 30- i 40-latków na Komorowskiego i innych „ojców założycieli” blokujących awans pokoleniowy, dostęp do stanowisk w państwie, gospodarce i mediach.

Narastające – także przy okazji obchodów Święta Niepodległości – napięcie pomiędzy prezydentem i jego „młodymi”, a Jarosławem Kaczyńskim i otaczającymi go starymi dyspozycyjnymi pierdołami (Suski, Kuchciński, Piotrowicz, Terlecki…) sprawia, że konflikt pokoleniowy na prawicy stał się autentyczny. Nawet Ziobro, który kiedyś, także jako „zbyt młody, żeby już miał prawo się stawiać”, został przez Kaczyńskiego złamany i upokorzony, jest wobec Wodza lojalny tylko tak długo, dopóki Wódz nie zacznie krwawić.

newsweek.pl

Polska płonie

Polska płonie

Polacy nie mają już wspólnej przestrzeni, są tylko wrogo do siebie nastawieni. Powodem nie jest bukiet wartości, ale naręcze emocji, które zostały wykreowane przez polityków, służą ich misji. Święto Niepodległości pokazało to w całej krasie.

Najbardziej poszkodowany jest Jarosław Kaczyński. Tak naprawdę nie może się ruszyć ze swojego biura bez asysty tysięcy policjantów, a i to na krótkiej trasie marszruty wyznaczonej płotem żelaznym. Czyż nie jest to więzienie? Acz nie jesteśmy tolerancyjną i bogatą Danią, prezes nie poddaje się takim drobiazgom i podkreślił w przeddzień święta, że jego Polska „wyznaczy dzisiejszej chorej Europie drogę do uzdrowienia”.

Ten lekarz Europy raz w miesiącu robi obchód na Krakowskim Przedmieściu. Jak z tego miejsca miałby przeprowadzić terapię i jaką zaserwuje driakiew? Otóż leczenie będzie oparte na „chrześcijańskiej cywilizacji”. Co to miałoby znaczyć, że chrześcijaństwo wpisuje się w podstawę wartości humanistycznych?

Czyżby prezes chciał odświeżyć krucjaty, bo tak można interpretować pisowską postawę wobec uchodźców, niech umierają, a my wobec nich umywamy ręce, jesteśmy Piłatami. A może chodzi o więcej indoktrynacji klerykalizmem? Funkcjonariusze tej idei od 2 tysięcy lat powtarzają te same formułki. Coś w tej drodze do uzdrowienia Europy szwankuje? Gdyby przeszłość była dobra, to dzisiaj egipski ibn-Kaczyński uzdrawiałby islam, a nawet Afrykę, poprzez budowę nowych piramid.

Kaczyński zatem to szaman, a nie żaden lekarz. Spod jego zaczarowania wydawał się wyrywać Andrzej Duda, ale dzisiaj widzimy, że to było udawane. Duda doszedł do ugody z szamanem w sprawie dwóch ustaw sądowych o KRS i Sądzie Najwyższym. Dla mnie nie było jasne, o co chodzi, bo wersje pisowska i prezydencka niewiele się różniły, inaczej rozkładały akcenty czasowe demolowania niezależności sądów.

W Święto Niepodległości Kaczyński uciekł z Warszawy, bo przecież nie stanie na uroczystościach obok tego, którego tak łatwo ograł, a do tego przybył jego wróg patentowany, do którego nie może się dobrać, Donald Tusk. Tusk raczej się nie boi żadnych szamanów, to oni od niego uciekają. Pod adresem prezesa skierował słowa: – „Kto sieje konflikt wewnętrzny, agresję, nienawiść pomiędzy Polakami, ten tak naprawdę wystawia naszą niepodległość na największe ryzyko”.

Więc nie dziwmy się, że ulice zostały zawłaszczone przez ONR, nacjonalistów i faszystów, którzy w marszu pod zwodniczym tytułem Marsz Niepodległości wykrzykują hasła jawnie faszystowskie. Nie obroni nas garstka Obywateli RP, którzy stanęli przeciw szarańczy nacjonalizmu, a do tego zostali spacyfikowani przez policję.

Polska płonie. Oby nie zostały z nas zgliszcza i zdany na łaskę żywiołu wiatru testament Szarego Człowieka.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Jarosław Kaczyński z ministrami na Wawelu. Nie uniknęli spotkania z protestującymi

Gazeta.pl, 11.11.2017

© twitter.com/Olo_Gurgul)

Na Wawelu Jarosław Kaczyński został powitany okrzykami „Konstytucja”, a przed hotelem, w którym się zatrzymał, czekała demonstracja „Kaczyńskich”.

Członkowie Komitetu Obrony Demokracji i przywitali rząd, ministrów i posła Jarosława Kaczyńskiego okrzykami „Konstytucja, Konstytucja!” a także „Ośmiorniczki, ośmiorniczki” i „Hańba, hańba!” – relacjonuje na Twitterze dziennikarz krakowskiej „Gazety Wyborczej”. Krzyki, także pod adresem Antoniego Macierewicza, słychać na nagranym przez niego krótkim filmiku.

Jak pisał wcześniej dziennikarz, Wawel został odgrodzony, a służby pilnowały okolicy. To znajomy widok. Podobnie jest w przypadku wszystkich innych wizyt polityków partii rządzącej, którzy do Krakowa przyjeżdżają na grób Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Nie pierwszy raz na Jarosława Kaczyńskiego na drodze czekali protestujący.

Jarosław Kaczyński i rząd na Wawelu

11 listopada, w dzień Święta Niepodległości do Krakowa przyjechali miedzy innymi Premier Beata Szydło, ministrowie Mateusz Morawiecki i Andrzej Adamczyk, marszałkowie sejmu i senatu Stanisław Karczewski i Marek Kuchciński, przewodniczący klubu PiS Ryszard Terlecki i prezes PiS, Jarosław Kaczyński.

Msza święta na Wawelu rozpoczęła się o 17.00. Wcześniej politycy PiS złożyli kwiaty przy pomniku Jana Pawła II. Po mszy politycy udali się Hotelu Sheraton, gdzie Jarosław Kaczyński wygłosi przemówienie.

– Pod krakowskim Sheratonem stoi już kilku Jarosławów Kaczyńskich. To członkowie KOD, którzy zorganizowali happening i ubrali maski – relacjonuje dziennikarz krakowskiej „Wyborczej”. Osoby w maskach mają reprezentować ministrów rządu PiS. Więcej widać na filmie poniżej:

msn.pl

Polska płonie. Po takiej ojczyźnie pozostaną zgliszcza

Polacy nie mają już wspólnej przestrzeni, są tylko wrogo do siebie nastawieni. Powodem nie jest bukiet wartości, ale naręcze emocji, które zostały wykreowane przez polityków, służą ich misji. Święto Niepodległości pokazało to w całej krasie.

Najbardziej poszkodowany jest Jarosław Kaczyński. Tak naprawdę nie może się ruszyć ze swojego biura bez asysty tysięcy policjantów, a i to na krótkiej trasie marszruty wyznaczonej płotem żelaznym. Czyż nie jest to więzienie? Acz nie jesteśmy tolerancyjną i bogatą Danią, prezes nie poddaje się takim drobiazgom i był podkreślić w przedzień święta, że jego Polska „wyznaczy dzisiejszej chorej Europie drogę do uzdrowienia”.

Ten lekarz Europy raz w miesiącu robi obchód na Krakowskim Przedmieściu. Jak z tego miejsca miałby przeprowadzić terapię i jaką zaserwuje driakiew? Otóż leczenie będzie oparte na „chrześcijańskiej cywilizacji”. Co to miałoby znaczyć, bo chrześcijaństwo wpisuje się w podstawę wartości humanistycznych?

Czyżby prezes chciał odświeżyć krucjaty, bo tak można interperpetować pisowską postawę wobec uchodźców, niech umierają, a my wobec nich umywamy ręce, jesteśmy Piłatami. A może chodzi więcej indoktrynacji klerykalizmem, funkcjonariusze tej idei od 2 tysięcy lat powtarzają te same formułki. Coś w tej drodze do uzdrowienia Europy szwankuje? Gdyby przeszłość była dobra, to dzisiaj egipski ibn-Kaczyński uzdrawiałby islam, a nawet Afrykę, poprzez budowę nowych piramid.

Kaczyński zatem to szaman, a nie żaden lekarz. Spod jego zaczarowania wydawał się wyrywać Andrzej Duda, ale dzisiaj widzimy, że to było udawane. Duda doszedł do ugody z szamanem w sprawie dwóch ustaw sądowych o KRS i Sądzie Najwyższym. Dla mnie nie było jasne, o co się chodzi, bo wersje pisowska i prezydencka niewiele się różniły, inaczej rozkładały akcenty czasowe demolowania niezależności sądów.

W Święto Niepodległości Kaczyński uciekł z Warszawy, bo przecież nie stanie na uroczystościch obok tego, którego tak łatwo ograł, a do tego przybył jego wróg patentowany, do którego nie może się dobrać, Donald Tusk. Tusk raczej się nie boi żadnych szamanów, to oni od niego uciekają. Pod adresem prezesa skierował słowa: „Kto sieje konflikt wewnętrzny, agresję, nienawiść pomiędzy Polakami, ten tak naprawdę wystawia naszą niepodległość na największe ryzyko”.

Więc nie dziwmy się, że ulice zostały zawłaszczone przez ONR, nacjonalistów i faszystów, którzy w marszu pod zwodniczym tytułem Marsz Niepodległości wykrzykują hasła jawnie faszytowskie. Nie obroni nas garstka Obywateli RP, którzy stanęli przeciw szarańczy nacjonalizmu, a do tego zostali spacyfikowani przez policję.

Polska płonie. Oby nie zostały z nas zgliszcza i zdany na łaskę żywiołu wiatru testament Szarego Człowieka.

Uczestnicy mszy narodowców wywlekli z kościoła Obywatelkę RP. Trzymała transparent z cytatem z Jana Pawła II: „Rasizm to grzech”

Narodowcy wywlekli z kościoła św. Barbary w Warszawie działaczkę Obywateli RP. Gdy podczas mszy przed Marszem Niepodległości ksiądz wspomniał Jana Pawła II, wyciągnęła transparent ze słowami papieża: „Rasizm to grzech, który stanowi wielką zniewagę Boga”. „Rzucili się na mnie, wzięli jak worek ziemniaków i wyrzucili na schody przed kościołem” – mówi

Gabriela Lazarek przyjechała do Warszawy z Cieszyna. Prowadzi tam zakład fryzjerski. Jest też działaczką Obywateli RP; ostatnio organizowała pod biurem PiS w Cieszynie milczące pikiety upamiętniające Piotra Szczęsnego, który 19 października br. podpalił się pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie.

W Święto Niepodległości chciała m.in. stanąć wraz z innymi Obywatelami RP na trasie Marszu Niepodległości, by zaprotestować przeciwko udziałowi w nim „środowisk jawnie faszystowskich”. Ponieważ hasłem tegorocznego marszu są słowa z katolickiej pieśni: „My chcemy Boga”, zabrała ze sobą baner z cytatem z papieża Jana Pawła II: ” Rasizm to grzech, który stanowi wielką zniewagę Boga”.

11.11.2017 r. Gabriela Lazarek z banerem rozwiniętym podczas mszy poprzedzającej Marsz Niepodległości. Fot. Tomasz Stępień

Przed marszem, z grupą znajomych poszli do kościoła św. Barbary, przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie. O godzinie 12.00 odbywała się tam msza rozpoczynająca uroczystości zorganizowane z okazji Święta Niepodległości przez narodowców, poprzedzająca Marsz Narodowy. Pierwotnie miała ona być odprawiana w nadzwyczajnym rycie rzymskim, po łacinie (tzw. msza trydencka), ale ostatecznie z tego zrezygnowano. Mszę koncelebrował ks. Roman Kneblewski z Bydgoszczy, znany z nacjonalistycznych poglądów.

„Chcieliśmy zobaczyć jak ta msza wygląda, jak wygląda msza dla tzw. ‚Polski patriotycznej’ – mówi Gabriela Lazarek – Najpierw ksiądz pozdrawiał wszystkie „środowiska patriotyczne”, wymieniając: Ruch Narodowy, Młodzież Wszechpolską, ONR, władze tych ruchów. Ludzie uczestniczący we mszy mieli opaski z logo ONR, oraz symbolami Polski Walczącej i Falangi na ramionach. Mieli też transparenty religijno- patriotyczne.

W kazaniu ksiądz zaczął mówić, że nie powinniśmy wstydzić się swojej wiary, Boga i pamiętać o naukach Jana Pawła II. I wtedy nie wytrzymałam i wyciągnęłam ten mój transparent”.

Podczas mszy Lazarek siedziała w ławce, ale po wyjęciu transparentu wstała i stanęła z nim w bocznej nawie, przodem do ludzi w ławkach, na tle obrazu przedstawiającego Jana Pawła II.

„Tam ten transparent rozwinęłam. Hasło na nim, tak jak na transparentach innych uczestników mszy było religijne. Nie planowałam wyciągać go w kościele, ale to co się tam działo, tak mną wstrząsnęło, że musiałam to zrobić. Najpierw zaczęto mi go wyrywać. A jak nie pozwoliłam sobie go wyrwać, kilka osób rzuciło się na mnie i zaczęli mnie ciągnąć za ubrania przez kościół w kierunku wyjścia. Nie ukrywam, że krzyczałam, bo to nie było przyjemne.

Tak mnie pchano, że w którymś momencie wywróciłam się. Wzięli mnie z podłogi jak worek ziemniaków za kurtkę i wyrzucili za drzwi, na schody przed kościołem. Krzyczano za mną: „Wynocha! Wynoś się stąd!”. I zatrzaśnięto za mną drzwi.”

Mimo, że podczas szamotaniny było głośno, a Lazarek, jak sama mówi, krzyczała, ksiądz prowadzący mszę nie zareagował na to, co się działo. „Musiał widzieć, co się dzieje. Był na ambonie.”

Gdy działaczka Obywateli została wyrzucona z kościoła, wyszła za nią również grupa chłopaków i młodych mężczyzn. Przez jakiś czas szli za nią. „Trafiłam na turystów i zapytałam, czy mogę iść z nimi kawałek. Wtedy tamci zawrócili”.

Do czasu publikacji artykułu nie udało nam się uzyskać komentarza władz Parafii Św. Barbary ani księdza prowadzącego mszę.

 

oko.press

Angela Merkel życzy polskim przyjaciołom

Angela Merkel składa życzenia Polakom z okazji Święta Niepodległości.

Profil jest prowadzony po polsku.

Autor/autorka tak tłumaczy sens jego powstania.

Profil nie jest kontem kanclerz Niemiec, o czym świadczą tweety niezbyt dyplomatyczne.

Niewiele na nim tweetów i obserwujących.

Przebywający na uroczystościach w ojczyźnie Donald Tusk powiedział o patriotyzmie.

– To święto wszystkich Polaków. Święto niepodległości było, jest i będzie świętem wszystkich polaków, a nie jednej partii. Żaden polityk w Polsce nie ma i nie będzie miał monopolu na patriotyzm. Jestem przekonany że to święto można obchodzić z uśmiechem na ustach i radością w sercu, bo naprawdę jest z czego się cieszyć i być dumnym, a bez wrogich okrzyków i zaciśniętych pięści. Też nie mam wątpliwości, to taka nasza historyczna lekcja płynąca z 1918 roku, że kto sieje konflikt wewnętrzny, agresję, nienawiść pomiędzy Polakami, ten tak naprawdę wystawia naszą niepodległość na największe ryzyko. Dlatego przyjechałem po to, żeby powiedzieć wszystkim pozytywnie myślącym rodakom: nie jesteście sami, jest nas bardzo dużo, a wasza osobista, każdej i każdego z was osobista niepodległość jest najlepsza gwarancją niepodległości naszej ojczyzny – stwierdził w rozmowie z dziennikarzami.

PAD: Każdy spór, choćby nawet najbardziej zdecydowany, musi być sporem, który biegnie ku dialogowi i szukaniu płaszczyzny porozumienia

PAD: Każdy spór, choćby nawet najbardziej zdecydowany, musi być sporem, który biegnie ku dialogowi i szukaniu płaszczyzny porozumienia

– O tym nie wolno nam zapomnieć. Że niepodległość nie jest dana raz na zawsze, że w procesie politycznym najważniejsze jest jej umacnianie, ze w procesie codziennego życia, codziennej pracy czy służby najważniejsza jest ta wiara w RP, najważniejsze jest oddanie sprawie ojczyzny, narodu, każdego naszego współobywatela,, że to jest ponad wszystkim. Ponad naszymi podziałami ideologicznymi, wszelkimi sporami, kłótniami, a każdy spór, choćby nawet najbardziej zdecydowany, musi być sporem, który biegnie ku dialogowi i ku szukaniu płaszczyzny porozumienia. Bo tylko w ten sposób będziemy w stanie budować najsilniejsze podwaliny naszego państwa, takie które nigdy nie uda się już złamać, nie uda się usunąć, zburzyć, a tym samym znów wymazać Polskę z mapy – stwierdził prezydent Andrzej Duda w trakcie obchodów 11 listopada.

– Niech żyje wolna, niepodległa, suwerenna Polska na progu 100-lecia niepodległości. Cześć i chwała bohaterom wolnej i niepodległej ojczyzny – zakończył PAD.

 

Kaczyński: Dziś mamy czas dobrej zmiany. Czas wielkiej szansy i odbudowy wartości, które przez lata były traktowane jako zbędne

– Dziś mamy właśnie taki czas dobrej zmiany. Czas wielkiej szansy i odbudowy wartości, które były przez wiele lat, także po 1989 roku traktowane jako zbędne, a niekiedy wręcz pomiatane. Odrzucamy tę politykę, odrzucamy politykę pedagogiki wstydu, podporządkowanie. Idziemy w kierunku Polski która będzie mogła powiedzieć że jest krajem dumnym, niepodległym, silnym. I nie zejdziemy z tej drogi. Ten rok, który przed nami, rok stulecia to będzie rok w którym uczynimy wiele właśnie w tym kierunku. Będziemy działać w ten sposób by świadomość społeczna, duchowość naszego narodu, poczucie siły, znaczenia, wartości nieodległości, umacniały się. Jestem przekonany że za rok, za kilkanaście miesięcy, Polacy, Polska będą silniejsi – mówił Jarosław Kaczyński przed pomnikiem Józefa Piłsudskiego.

 

Tusk: Żaden polityk w Polsce nie ma i nie będzie miał monopolu na patriotyzm

– To święto wszystkich Polaków. Święto niepodległości było, jest i będzie świętem wszystkich polaków, a nie jednej partii. Żaden polityk w Polsce nie ma i nie będzie miał monopolu na patriotyzm. Jestem przekonany że to święto można obchodzić z uśmiechem na ustach i radością w sercu, bo naprawdę jest z czego się cieszyć i być dumnym, a bez wrogich okrzyków i zaciśniętych pięści. Też nie mam wątpliwości, to taka nasza historyczna lekcja płynąca z 1918 roku, że kto sieje konflikt wewnętrzny, agresję, nienawiść pomiędzy Polakami, ten tak naprawdę wystawia naszą niepodległość na największe ryzyko. Dlatego przyjechałem po to, żeby powiedzieć wszystkim pozytywnie myślącym rodakom: nie jesteście sami, jest nas bardzo dużo, a wasza osobista, każdej i każdego z was osobista niepodległość jest najlepsza gwarancją niepodległości naszej ojczyzny – stwierdził Donald Tusk w rozmowie z dziennikarzami.

 

Tusk pytany o zmianę premiera: W Polsce wszystko jest możliwe

– Mam odmienne opinie od dzisiaj rządzących jeśli chodzi o to, co należałoby robić, aby wzmacniać pozycję Polski w Europie, ale dzisiaj rządzi partia z innym programem dla Polski niż ten, który prezentowałem i ma prawo do realizowania tego programu, a ja nie zmieniam zdania, że nie wszystko co polski rząd w kontekście spraw międzynarodowych robi, nie wszystko służy dobrze Polsce. Ale to moja ocena. Sądzę że rządzący mają inną ocenę – stwierdził Donald Tusk w rozmowie z dziennikarzami.

– W Polsce wszystko jest możliwe – stwierdził przewodniczący Rady Europejskiej, pytany czy Jarosław Kaczyński w roli premiera to realny scenariusz.

 

Tusk: Nie bardzo rozumiem skąd to zamieszanie

– Nie bardzo rozumiem skąd to zamieszanie. Co prawda sam jestem przyzwyczajony, bo jak państwo wiecie, na moją głowę spadają niemal codziennie gromy ze strony moich politycznych oponentów tutaj w Polsce, więc trzeba mieć grubą skórę. Natomiast dlaczego normalna, oczywista decyzja prezydenta wzbudziła tyle emocji w obozie szeroko pojętym obozie jego zwolenników, tego nie rozumiem – stwierdził Donald Tusk w rozmowie z dziennikarzami.

 

Tusk: W tym roku zaproszenie wydawało się bardziej serdeczne

– Nie chcę się rozwodzić nad szczegółami, ale w tym roku zaproszenie wydawało się bardziej serdeczne – stwierdził Donald Tusk w rozmowie z dziennikarzami.

– To już zostawcie historii. Zawsze to, co najciekawsze, powinno być okryte mgiełką tajemnicy – mówił dalej, pytany o swoją wypowiedź o serdeczności.

„Jestem zobowiązany i wdzięczny prezydentowi że też w ten sposób stara się zadbać w przededniu 100-lecia niepodległości aby to święto było świętem wspólnym, a nie osobnym. Wydaje mi się rzeczą bardzo naturalną, bo zorientowałem się wczoraj, jak dużo wrzawy i różnych komentarzy wzbudziła informacja że prezydent mnie zaprosił i że przyjąłem zaproszenie, chociaż wydaje mi się to jednak stanem dość naturalnym i chyba mniej sensacyjnym niż sytuacja w której np. jakiś były premier nigdy nie przyjmuje także i dzisiaj zaproszenia od prezydenta do wspólnego obchodzenia tej uroczystości”

 

Szydło o zwierzętach futerkowych: Z tego co wiem, ten projekt został wycofany po to, żeby go dopracować

– Z tego co wiem to ten projekt został chyba w tej chwili wycofany po to, żeby go dopracować– mówiła premier Beata Szydło w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w RMF FM

 

Szydło: Wszystkie niedziele powinny być wolne

– Podzielam to zdanie, że wszystkie niedziele powinny być wolne. Ta dyskusja nie była łatwa. Myśmy w rządzie tylko opiniowali projekt obywatelski. Różne były głosy. Mogę powiedzieć tak: większość ministrów raczej skłania się ku temu, żeby wszystkie niedziele były wolne, ale pewne analizy, oceny również głosy płynące spośród tych środowisk związanych z gospodarką wskazywały, że może należy wskazać ten pośredni model. Takie rozwiązania trochę tu, trochę tu nigdy nie są dobre. Opowiadam się za tym, żeby wszystkie niedziele były wolne – mówiła premier Beata Szydło w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w RMF FM

 

Szydło: Chcielibyśmy przeprowadzić reformę dot. koncentracji rynku mediowego i służb specjalnych. Te ustawy są przygotowane

– Przynajmniej większość zadań, które zadeklarowaliśmy, jest już albo ukończone albo w trakcie realizacji. Przed nami oczywiście zakończenie reformy służby zdrowia, to w tej chwili największe wyzwanie. Ta reforma zaczyna powoli być wprowadzana, pierwsze ustawy dot. sieci szpitali, darmowych leków dla seniorów, zwiększenie nakładów do 6% PKB. To przede wszystkim gospodarka, gospodarcze ustawy. Chcielibyśmy przeprowadzić reformę dot. koncentracji rynku mediowego i służb specjalnych. Te ustawy są przygotowane – mówiła premier Beata Szydło w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w RMF FM.

 

Szydło: Jeżeli zostanie przyjęta moja koncepcja połączenia przynajmniej dwóch resortów, to zmiany personalne będą musiały nastąpić

– Nie chciałabym mówić dużo nt. zmian rządowych, bo to jak wcześniej było zapowiedziane przeze mnie i potem rozmawialiśmy o tym na kierownictwo i z naszymi koalicjantami, są przygotowane pewne propozycje, natomiast w tej chwili jeszcze ta dyskusja się toczy. To, że zmiany w rządzie następują, to jest rzeczą zupełnie naturalną. Myślę, że w naszym rządzie PiS tych zmian do tej pory nie było zbyt dużo, ale to wynika z tego, że to dobry zespół, który realizuje bardzo konsekwentnie ten program, który przyjął – mówiła premier Beata Szydło w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w RMF FM. Jak dodał:

„Te zmiany oczywiście wymagają zastanowienia dlatego że nie chcę koncentrować się tylko i wyłącznie na zmianach personalnych, ale chcę żebyśmy porozmawiali o zmianie struktury rządu. Dlatego że po tych 2 latach również moje doświadczenia wskazują na to, że powinniśmy zastanowić się nad zmianą polegającą chociażby na tym, że pewne resorty w mojej opinii trzeba połączyć, pewne zadania trzeba być może przesunąć do innych resortów. To doświadczenie realizacji naszego programu, który jest bardzo ambitnym programem, ale który jest też programem zadaniowym, pokazuje że resortowość jest naszym problemem. Ale z drugiej strony ci, którzy uważają że da się uniknąć resortowości, nie mają racji. Ona po prostu jest i będzie natomiast musimy uczynić wszystko żeby ona była jak najmniej uciążliwa”

– Jeżeli zostanie przyjęta moja koncepcja czyli połączenia przynajmniej dwóch resortów i być może rezygnacji, przesunięcia zadań z jednego do dwóch pozostałych, to wtedy naturalną rzeczą będzie to, że te zmiany personalne będą musiały nastąpić – dodała szefowa rządu. Jak podkreśliła, rekonstrukcja jest jeszcze niezatwierdzona.

„Cyfryzacja jest dobrym przykładem że akurat w tej dziedzinie zadania, które realizuje ten resort, są również realizowane w kilku innych resortach. Musimy podjąć decyzję co z tym zrobić, żeby ta koordynacja była pełna i żeby nie było też takiego bardzo często rozdźwięku pomiędzy poszczególnymi resortami”

Jej zdaniem „szum medialny wokół rekonstrukcji rządu był niepotrzebny”.

 

Szydło: Dobrze, że Tusk powziął taką refleksję, że tutaj nad Wisłą, są ważne dla Polaków sprawy

– Chciałabym aby dyskusja o obecności Donald Tuska na tych uroczystościach [11 listopada] nie przykryła tego, co najważniejsze czyli tego naszego radosnego świętowania i mówienia o tym, co najważniejsze czyli o Polsce, Polakach, naszych wspólnych sprawach, o niepodległości. To święto wszystkich Polaków, więc jeżeli Tusk uznał że chce wziąć w nim udział, to mogę tylko powiedzieć tak: dobrze, że były premier RP powziął taką refleksję, że tutaj w Polsce nad WIsłą, w Warszawie są dla Polaków ważne sprawy i mam nadzieję, że na tym świętowaniu nie skończy się tylko również jako przewodniczący RE będzie zawsze pamiętał o tym, że warto o Polskę dbać i zabiegać – mówiła premier Beata Szydło w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w RMF FM.

300polityka.pl

Daniel Olbrychski: Dziś patriotyzm to odsunięcie od władzy PiS. Za wszelką cenę. Oby nie za cenę krwi

Daniel Olbrychski

11 listopada przez Polskę przejdą dwa marsze. Bo są dwie Polski. Władca Kremla zaciera ręce, że Polacy kłócą się ze sobą i z całym światem.

Święto Niepodległości jest dla mnie ważnym dniem. Po ponad 120 latach Polska zaistniała na mapie Europy jako suwerenne państwo. „Wojnę narodów ześlij nam Panie” – błagał Adam Mickiewicz, który przewidywał, że tylko w ten sposób, w przypadku pokłócenia się zaborców, nasz kraj ma szansę na odzyskanie niepodległości. Tak się stało, więc ten 11 listopada jest dla mnie ogromną radością.

Ale to nie bohaterskie przegrane powstania spowodowały, że Polacy obudzili się w 1918 roku. Pragnę podkreślić, że obudzili się jako świetnie wyszkolony, także w armiach zaborców, świadomy naród, wspaniale zintegrowany, rozumiejący swoją historię. Rozumiejący swoje miejsce w kulturze i na ziemi. Także dzięki książkom, które przeczytali, dzięki Mickiewiczowi, Słowackiemu, Sienkiewiczowi i Wyspiańskiemu.

Ubiegłoroczne obchody Święta Niepodległości (fot. Łukasz Kolewiński / Agencja Gazeta)Ubiegłoroczne obchody Święta Niepodległości (fot. Łukasz Kolewiński / Agencja Gazeta)

Dzięki spuściźnie tych wielkich pisarzy powstał jeden naród, nie tylko mówiący jednym językiem, ale i podobnie czujący. I to był największy triumf. Nie polskiego oręża, które przegrywało powstania, ale przede wszystkim polskiej kultury, która była fundamentem polskiego patriotyzmu do czasów II wojny światowej, a i również była wiodącą siłą polskiego patriotyzmu w czasie okupacji. Ba, te dzieła pozwoliły nam przejść przez ciemne lata komunizmu.

Czym jest dla mnie patriotyzm? Należę do grona ludzi, mam nadzieję licznego, którzy na pytanie, czym jest patriotyzm, lekko zwieszają głowę, bo nie bardzo by chcieli o tym mówić. Bo jeśli o patriotyzmie mówi się za dużo, to się ma z tym pojęciem jakieś kłopoty. Tak jak ewidentne kłopoty ma z nim chociażby minister obrony Antoni Macierewicz, który w sposób absolutnie śmieszny próbuje pobudzić patriotyzm Polaków, przywołując kawaleryjskie stopnie wojskowe takie jak rotmistrz, ułan czy dragon. Nie wiem, czy minister ma świadomość, że ośmiesza i polską armię, i polską tradycję, i polską kawalerię. Koń by się z tego uśmiał.

Niedawno widziałem fragment powtórzonej rozmowy Moniki Olejnik z księdzem biskupem Tadeuszem Pieronkiem, którego od wielu lat uważnie słucham i niezwykle szanuję. Redaktor Olejnik powiedziała, że Polska ośmiesza się swoją polityką zagraniczną, ale i wewnętrzną. Zgadzam się z tym, ale ksiądz biskup poprawił ją, mówiąc, że to nie Polska, ale polski rząd się ośmiesza. Ja bym jeszcze księdzu biskupowi powiedział: „Ale ten rząd wybrało społeczeństwo polskie, dzięki ogromnemu poparciu polskiego Kościoła”. I to społeczeństwo dalej ten ośmieszający Polskę rząd popiera. „Jesteśmy wielkim narodem, ale żadnym społeczeństwem”, jak twierdził Norwid.

Bp Tadeusz Pieronek podczas inauguracji działalności Klubu Obywatelskiego w Krakowie (fot. Łukasz Krajewski / Agencja Gazeta)Bp Tadeusz Pieronek podczas inauguracji działalności Klubu Obywatelskiego w Krakowie (fot. Łukasz Krajewski / Agencja Gazeta)

W Święto Niepodległości ja żonie do ucha wierszy nie czytam, ale tego dnia przypomina mi się „Reduta Ordona” Adama Mickiewicza. Wysadzenie się w powietrze Ordona jawi mi się jako akt rozpaczy, protestu i pamięci, do którego przyrównałbym ofiarę pana Piotra, który podpalił się pod Pałacem Kultury. Akt Ordona był skierowany przeciwko carskim okupantom, akt pana Piotra, jeszcze bardziej rozpaczliwy, przeciwko wybranym przez własne społeczeństwo rządom. Mickiewicz go nie opisze. Został niestety tylko Rymkiewicz. Ale podobieństwo obu tych zdarzeń kojarzy się w sposób nieunikniony.

Podobnie jak w sposób równie nieunikniony 11 listopada przejdą dwa marsze. Bo są dwie Polski. Władca Kremla zaciera ręce, że Polacy kłócą się ze sobą i z całym światem. Patrzę na te marsze z ogromną obawą, bo wcześniej czy później może dojść do bratobójczej walki. I nie pomogą kordony policji podobne do tych, które ochraniają świętujących miesięcznice smoleńskie. Wystarczy prowokacja z jednej czy z drugiej strony. Z podziwem patrzyłem ostatnio na ludzi, którzy szli gęsiego, by wyrazić swoją żałobę i smutek po śmierci pana Piotra. To był marsz pokojowy, milczący, bez żadnych ekscesów. Wyrażał sprzeciw wobec partii, która nami rządzi.

Patriotyzm dla mnie to w tej chwili uczestnictwo w wyborach. Dwa lata temu społeczeństwo pokazało nam, że ma gdzieś wolność i szansę na udział w życiu publicznym. Dlatego dzisiaj patriotyzm to, w moim pojęciu, odsunięcie od władzy tej niepatriotycznej partii. Za wszelką cenę. Oby nie za cenę krwi.

 

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK – POLUB NAS NA FACEBOOKU

Daniel Olbrychski. Jeden z najznakomitszych polskich aktorów. Pierwszą dużą rolę zagrał w „Popiołach” Andrzeja Wajdy, wystąpił też m.in. w takich filmach jak „Pan Wołodyjowski”, „Ogniem i mieczem”, „Pan Tadeusz”, „Przedwiośnie”. Z powodzeniem gra w zagranicznych produkcjach – w 2010 roku w filmie „Salt” partnerował Angelinie Jolie. Ma troje dzieci z różnych związków. Jego trzecią żoną jest Krystyna Demska-Olbrychska. Od młodości 

weekend.gazeta.pl

Jan Wróbel: Podgrzewany konflikt nawiedzonych

Inicjatywy, aby blokować marsze narodowców, zawsze uznawałem za głęboko pomylone. Po pierwsze – manifestanci, nawet niesympatyczni, którym próbuje się odbierać wolność legalnej demonstracji, stają się siłą rzeczy symbolem wolności obywatelskich. Po drugie – w działaniu politycznym dobrze jest najpierw leczyć choroby większe, potem mniejsze.

A największym polskim problemem – myślałem profetycznie kilka lat temu – jest uznawanie, że Polska nie jest dla wszystkich. Że niektórzy, wskazani oczywiście przez nas, powinni czuć się w niej jak najgorzej, powinni wiedzieć, że tu nie jest ich miejsce. Mijają lata i inicjatywy, by blokować cudze marsze, rozrastają się jak pleśń. Bo też idea, że tak bardzo „już nie dajemy rady” wytrzymać tych innych Polaków i Polek, ogarnęła wiele zdrowych przedtem ludzkich umysłów. Polska staje się za ciasna.

Smutnym paradoksem może się wydawać aktywność ugrupowania Obywatele RP. Tworzą je ludzie przekonani, że bronią demokracji w niedemokratycznym społeczeństwie. W ramach walki o demokrację nie pozwalają innym korzystać z jej dobrodziejstw, a uzasadnienie znajdują w tym, że po prostu nie mogą już patrzeć na te wszystkie pochody obrzydliwych ludzi z PiS, ONR i katolickiej prawicy.

Ale to nie smutny paradoks, tylko oczywista oczywistość – w każdym społeczeństwie tworzą się grupy przekonane o swojej moralnej wyższości. Wyższości, którą, jeżeli nie można inaczej, trzeba wyegzekwować siłą. Kiedy nikt na nich nie patrzy z podziwem, stają się nerwowi i nieprzyjemni. Nie inaczej zachowują się zresztą kluby „Gazety Polskiej” czy niektórzy duchowni.

Nieustannie podgrzewany konflikt nawiedzonych potrwa jeszcze kilka lat, a potem trzeba będzie przystąpić do mozolnego odbudowywania tego, co zniszczone.

dziennik.pl

Życie seksualne dzikich [FELIETON]

Szczepan Twardoch, 9 lis 2017

Dobrzy ludzie, było to tak, że ukończywszy z niejaką trudnością studia socjologiczne na czcigodnym Uniwersytecie Śląskim, stałem się depozytariuszem wiedzy wprost niezmierzonej i tam właśnie, w surowych murach mej alma mater, usłyszałem o Bronisławie Malinowskim i obserwacji uczestniczącej i postanowiłem tę przemyślną metodę zastosować do obserwowania tubylców na Triobrandach, ale potem okazało się, że to dość daleko, zmieniłem więc przedmiot mych antropologicznych badań i zostałem badaczem plemienia warszawskich elit, równie liberalnych co kulturotwórczych.

Uścisnąwszy więc dziateczki, przewiązałem kożuch powrozem, wziąłem kilof, bez którego nigdzie się nie ruszam, zawinąłem do węzełka dwie bryłki węgla, by zawsze przypominały mi o mej czarnej, śląskiej ojczyźnie, ksiądz proboszcz dał mi błogosławieństwo i dwa talary na drogę, cała wieś zrzuciła się na łapcie z łyka, bym w wielkim mieście wstydu rodzinnym stronom nie przyniósł, zawiesiłem węzełek na kiju i wesoło pogwizdując, wyruszyłem w szeroki świat.

>>>>>>>>> Profil Szczepana Twardocha na Facebooku >>>>>>>>>>

Przygód po drodze miałem bez liku, lecz po wielu perypetiach w końcu poczułem pod stopami pewny grunt obwodnicy S7, z mgły wyłoniły się pyszne kształty Pałacu Kultury i otaczających go drapaczy chmur, ja zaś poczułem się jak średniowieczny pielgrzym, który z odległości wielu mil widząc zarysy wież katedry, tę wertykalną oś średniowiecznego świata, czuje się podniesiony na duchu i nie straszni mu już zbójcy, pęcherze na stopach, malaria i wyzysk człowieka przez człowieka.

Tak trafiłem do Warszawy i wspaniałość miasta tego zaparła mi dech. Jacy piękni ludzie, piękni i mądrzy, gromadzili się na bankietach z okazji kulturalnych i proszę sobie wyobrazić, że na tych bankietach jedzenie było całkiem za darmo, a gdy ktoś mocno pracował łokciami i nie sromał się na przykład kopnąć zasłużonego profesora czy nobliwą dziennikarkę brutalnie odepchnąć, to miał szansę przedrzeć się do stołu z winem, które może było podłe, ale też za darmo!

Bywając na tych bankietach, zgodnie z radami Malinowskiego, skrzętnie wszystko sobie notowałem w kajeciku, na bieżąco, niestety na rozdaniu pewnych nagród kajecik ten ktoś mi skradł, razem z kożuchem, kilofem i łapciami z łyka, co tłumaczono tym, że w Agorze bardzo obcięli wierszówkę, muszę więc teraz polegać na pamięci, a ta, wiadomo, zawodna.

Pamiętam jednak, jak razu pewnego na bankietowej fieście poznałem starszego szamana, którego wszyscy tubylcy lubili, on zaś wszystkich obrażał, zwracając się do nich per kurwo, chuju i tak dalej. Cóż się dzieje, zapytywałem siebie głupiego? Dopiero po wielu latach skrzętnych obserwacji pojąłem, że to taka igraszka, której sensu nawet nie próbowałem zrozumieć, u nas takich wyrafinowanych gier nie było, lud śląski ciemny i prosty, u nas każdy tylko gryzie węgiel i ogląda filmy Kutza na telewizorze przykrytym szydełkowaną serwetą.

Szaman ów, przedstawiający się jako pisarz, na pierwszy rzut oka rozpoznał we mnie prowincjonalnego gamonia, więc nie nobilitował mnie nigdy swoim poufałym „cześć, kurwo”, słusznie zakładając, że ktoś taki jak ja, u kogo tępota wprost wyziera z oblicza, mógłby nie rozpoznać subtelności tego żartu. Ba, rozjuszony czymś, czego nie rozumiem, mógłbym jeszcze na przykład strzelić w ryj, jak przystało na stukilogramowego, śląskiego chama, który naoglądawszy się filmów z Van Dammem, wciąż dziecinnie wierzy, iż nie ma na świecie problemu, którego nie dałoby się rozwiązać odpowiednio ukierunkowaną dawką przemocy.

Bezpański pisarz. Felietony Szczepana Twardocha

No więc „cześć kurwo” nie było, tej traumy pisarz mi oszczędził. Nie przeszkadzało to mu jednak parę razy przy nadarzającej się okazji złapać mnie za guzik i zalać słowotokiem, zapewne z pokoleniowych względów dla mnie niezrozumiałych, jąłem więc pisarza raczej unikać, bo uznałem się za niezupełnie godnego tych wszystkich wspaniałości, jakie wychodziły z ust jego korali. Swojego czasu z kolegami uczyniliśmy z tego nawet sport: jak nawalić się na bankiecie unikając rzeczonego pisarza w T-shircie z nadrukowanym smokingiem.

Tyle o mej znajomości z pisarzem Rudnickim.

Tak, jest ktoś taki, może w waszej informacyjnej bańce w ogóle nic o nim nie słychać, ponieważ macie prawdziwe życie, ale tutaj, w warszawskich puszczach ostatnio głośno o nim bardzo. Zwykle Rudnicki pisze sobie różne rzeczy, listy wymienia na łamach „Gazety Wyborczej” o tym głównie, że Kaczyński niedobry, zapewniam was jednak solennie, iż między namiotami i przy ogniskach warszawskich elit kulturotwórczych nie jest to byle kto! Wygląd ma on zwykle lichy i obdarty, jest to li jednak tylko takie umyślne przebranie, sierść szczurza, pióra wronie, albowiem zdaje się on w Warszawie odgrywać rolę szamana, Wernyhory, jurodiwego, świętego szaleńca, wymyślającego paniom ministrom od kurew, profesorom od kurew, kolegom pisarzom od kurew, muzykom od kurew, rysownikom od kurew i w ogóle wszystkim członkom bankietowo-knajpianego towarzystwa – nie domyślilibyście się, dobrzy ludzie! – od kurew. Przechadza się między wodzami i najmężniejszymi z wojów bez lęku, z podniesionym czołem, a wszyscy mu się kłaniają w pas, pozwalają się obrażać do woli. Kogo innego chociażby za jedno ze słów, padających z ust szamana Rudnickiego, dobywszy miecza, położyliby trupem na miejscu, temu jednak nie dzieje się krzywda. Znane są dobrze antropologii takie role społeczne, wielki władca dowodzi swej wielkości, pozwalając się bezkarnie obrażać trefnisiowi, bogaci panowie burżuje w amerykańskich country clubach płacą komikom za to, by ci ich obrażali, a nazywa się to roastem, co wiem od niejakiego Sufina, o którym, jeśli jeszcze nie słyszeliście, to usłyszycie.

Lecz jednak, w proch padają szamani! Pisarz Rudnicki, okazuje się, zwrócił się do przeprowadzającej z nim wywiad dziennikarki Anny Śmigulec per „kurwa” i wyobraźcie sobie, że dziennikarce niezbyt to się spodobało. Taka jest, że nie lubi, kiedy się do niej tak woła, no wystawcie to sobie, dobrzy ludzie. Pani Śmigulec, dziennikarka wybitna i nagradzana, podzieliła się swoim oburzeniem na słowa szamana Rudnickiego i tym, że poczuła się tym określeniem dotknięta i upokorzona. Oczywiście, jak już pisałem, w naszych stronach to normalne, że na „ty kurwo” reaguje się bez entuzjazmu, nie za takie słowa górnicza szpada sama wyskakuje z pochwy, ale cóż to się dzieje w Warszawie!

Znakomici, lewicowi mężowie i damy najczystszego feminizmu, doświadczone w stu czarnych protestach, które niejednego chamusia w typie Sklepowicza wtarły w bruk za mniej, niż szaman Rudnicki wypowiada jeszcze przed śniadaniem, jęły swego błazna bronić zaciekle. Ja to jakoś rozumiem, u nas na placu też zawsze się stawało murem za kolegą, nawet jeśli właśnie podpalił kota albo żabę nadmuchał, aż pękła, inne jednak standardy mężowie owi i damy chcieli narzucić życiu publicznemu. Oczywiście ich hipokryzja bardzo w smak wrogiemu liberalnym elitom, prawicowemu plemieniu, które przy swych ogniskach uderzyło w bębny i zaniosło się pogardliwym rechotem: tyle warte wasze feminizmy, tyle warte wasze #metoo, hipokryci, nas byście chętnie zdelegalizowali, kiedy my tylko niewinnie flirtować chcemy, klepiąc baby po dupach i korzystając z nietrzeźwych, a swojemu to i wielokrotny gwałt analny byście wybaczyli, byle tylko z wami, nie z nami wódkę pijał.

Ci lewicowcy, którzy na bankietach nie bywają, bo na umowie o dzieło zarabiają na chleb, załkali – to tacy nasi wodzowie, tacy wojownicy, na śmieszność nasze idee wystawili, a szaman w ogóle najgorszy! Teraz już każdy prawicowiec w Polsce będzie mógł nam wydziwiać bezkarnie! Po cośmy na te manifestacje chodzili, po cośmy dary na potlacz nosili, po cośmy drżącym głosem szefowi w robocie tłumaczyli jak komu mądremu, że jednak ściskanie pani Krysi za tyłek to zupełnie nie halo?

A sam szaman Rudnicki, cóż on na to? Trochę przeprosił, trochę się migał, zioła w ognisku rozpalał, tańce z bębenkiem uskuteczniał i śpiewał, że nic się nie stało, Polacy nic się nie stało. I zapytacie może, czemu on tak, w ogóle? Nie można, że dzień dobry, jak miło panią widzieć, tylko od razu, że ty kurwo?

No ale zrozumcie: może on inaczej zagadać do dziewczyny nie potrafi? Może kiedy tylko liczko nadobne ujrzy, to od razu cały zasromany i jakoś za temi maskami wulgarnemi chce się schować? Ja oczywiście jestem ostatni, który mógłby mu w tej materii cokolwiek doradzić, u nas, na Śląsku, kiedy się chce kobiecie okazać zainteresowanie, to rzuca się w nią kilofem, chyba że ktoś ma piękny pióropusz przy górniczym czaku, wtedy nim pysznie potrząsa, ja jednak nie mam pióropusza, a kilof mi razem z łapciami w BUW-ie ukradli, jestem więc w tych kwestiach raczej bezradny. W pięknej Warszawie jednak, na jej błoniach i placach promenują przecież tacy arcymistrze, na których widok miękną wszystkie serca niewieście i którzy prawilną bajerą samą Kingę Dunin namówiliby na procesję Bożego Ciała zakończoną maratonem z „Pasją” Mela Gibsona, więc może który z was, orlęta dumne, wziąłby szamana ze sobą i pokazał, jak się postępuje z kobietami, nie proponując im na starcie pół piwa w zamian za wyświadczenie wiadomej usługi? Wierzę, że się da, że romans i flirt wcale nie umarły, że mogą się odbyć bez klepania po dupie już we wstępnej fazie znajomości i bez radosnego „ty kurwo!” na dzień dobry.

Z tą myślą pozostawiam was, dobrzy ludzie, w pas się kłaniam i już bez węzełka i kożucha ku dalszym ruszam przygodom, w inne strony skieruję swe bose kroki, a z wszelkich uciesznych awantur zdać wam sprawy nie omieszkam za tydzień.

onet.pl

„Od sądów wara!”. Antyrządowe billboardy w Szczecinie

ALICJA WIRWICKA, 10.11.2017
Cztery billboardy o antyrządowym charakterze zawisło w centrum Szczecina. Pomysłodawcami jest grupa szczecinian, która – jak twierdzi – „chce się sprzeciwić temu, co dzieje się od dwóch lat”. Na jednym z portali crowdfundingowych trwa też zbiórka pieniędzy na kolejne billboardy.
"Od Sądów Wara!" Antyrządowe billboardy w SzczecinieFoto: organizatorzy / Organizatorzy
„Od Sądów Wara!” Antyrządowe billboardy w Szczecinie

Pomysłodawcy plakatów nie chcą się ujawniać. Nie należą do żadnego stowarzyszenia, ani partii politycznej. – To jest inicjatywa kilkorga obywateli, którzy mają określone zdanie wspólne – mówi jeden z organizatorów. – Historia tego pomysłu pisze się przez ostatnie dwa lata. Dzieje się w naszym kraju według nas nieciekawie. Wiele rzeczy nam się nie podoba. Wyrażamy to na billboardach, hasła mówią same za siebie – dodaje.

A na każdym z billboardów możemy przeczytać inne hasło. Dotyczą one ostatnich zmian, które wprowadził lub chce wprowadzić rząd Prawa i Sprawiedliwości. Chodzi m.in. o sądy, czy ordynacje wyborczą. „Od sądów wara!” – głosi ten, który znajduje się na ul. Wyszyńskiego w Szczecinie.

Na innym czytamy „Od wolności obywateli wara!”. Każde z haseł kończy się słowem „wara” oraz podpisem #JaSzaryObywatel. Dlaczego akurat billboardy? – To, że ponarzekamy w swoim gronie, czyli osób przekonanych, to nic nie da – twierdzi pomysłodawca. – Billboardy to taka nasza próba, by to zrobić. Chcemy wyjść do tej drugiej strony i skłonić ją do refleksji, ze nie tak do końca wszystko jest super i świetnie – dodaje.

Pomysłodawcy do tej pory wykupili w Szczecinie cztery takie billboardy. Nie wykluczają jednak, że pojawią się kolejne. Na jednym z portali crowdfundingowych uruchomili zbiórkę na kolejne. W tej chwili udało im się zebrać blisko 1700zł. Docelowo chcą zebrać siedem tysięcy i wykupić jeszcze osiem billboardów.

„Naszym marzeniem jest, aby takie działania nie były w Polsce potrzebne. Zanim to jednak nastąpi, chcemy, aby nasza akcja objęła cały kraj. Czy to się uda, zależy także od Ciebie” – piszą na stronie zbiórki.

onet.pl

NEWS 300. Nieoficjalnie: Przełom w rozmowach Pałacu z PiS, ustawy mają być szybko procedowane. UPDATE: PIOTROWICZ POTWIERDZA

Według informacji 300POLITYKI, kompromis Pałacu z PiS w sprawie prezydenckich ustaw sądowych został „w zasadzie osiągnięty” – dowiadujemy się z dwóch niezależnych źródeł w Klubie PiS i okolicach rządu.

Dziś doszło do kolejnego już spotkania Pawła Muchy ze Stanisławem Piotrowiczem, poświęconego prezydenckim projektem ustaw o SN i KRS.

Według naszych rozmówców do uzgodnienia zostały rzeczy mniejszej wagi, ale co do zasady porozumienie zostało osiągnięte. Nasi rozmówcy w PiS podkreślają, że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że prezydenckie projekty będą rozpatrywane na najbliższym posiedzeniu Sejmu – 22-24 listopada.

*****

UPDATE – POTWIERDZENIE PIOTROWICZA

Udało nam się uzyskać komentarz przewodniczącego sejmowej komisji sprawiedliwości Stanisława Piotrowicza, prowadzącego negocjacje z Pałacem w imieniu PiS, który potwierdził nasze ustalenia:

– Rzeczywiście, po trzecim dniu negocjacji, wypracowaliśmy porozumienie na tyle, że będzie możliwe rozpoczęcie prac w parlamencie na najbliższym posiedzeniu. Jest zgoda żeby zachować warunki brzegowe, o których mówił pan prezydent: wybór 3/5 i zagwarantowanie opozycji prawa wyboru do KRS, żeby nie był to wybór jednoklubowy. W przypadku, gdyby nie było takiej możliwości przez 3/5, to druga tura miałaby miejsce bezwzględną większością. Przy dobrej woli opozycji kandydaci-sędziowie zgłoszeni przez opozycję mieliby zagwarantowaną reprezentację w KRS.

300polityka.pl

Feministki to „kobiety, które nienawidzą mężczyzn”. Ta broszura IPN wprawia w osłupienie

tps, 07.11.2017

Broszura o rocznicy rewolucji październikowej

Broszura o rocznicy rewolucji październikowej (Fot. BBH IPN)

Nadużycie – tak jednym słowem historyk prof. Antoni Dudek opisuje najnowszą broszurę przygotowaną m.in. przez katowicki IPN. Dodatek miał upamiętnić ofiary bolszewizmu, pełno w nim jednak kontrowersyjnych stwierdzeń.

Z okazji setnej rocznicy wybuchu rewolucji październikowej do dzienników wydawanych przez Polska Press dołączono specjalny dodatek historyczny. Broszurę zatytułowaną „Komunizm. Czerwony terror 1917-2017” opracował katowicki oddział IPN wraz ze stowarzyszeniem Pokolenie oraz portalem redterror.eu.

Czego dowiadujemy się z dodatku? Między innymi tego, że bolszewizm „podważył znaczenie związku małżeńskiego i wprowadził rozwody” (w rzeczywistości rozwody np. na ziemiach polskich były już możliwe ponad sto lat wcześniej, zgodnie z kodeksem Napoleona).

W środku czytamy też, że „Marks i Engels to pierwsi w dziejach filozofowie, dla których ludobójstwo było drogą do celu”. Związany z kolei z „Gazetą Polską” oraz serwisem Niezależna.pl Jakub Augustyn Maciejewski pisze, że z ich filozofii garściami czerpią feministki, czyli… „kobiety, które nienawidzą mężczyzn”.

Zresztą, nie tylko one. „Czerwona ideologia potrafi znaleźć ‚ciemiężonych’ we wszystkich mniejszościach narodowych, rasowych i seksualnych. Podsycanie poczucia krzywdy, niechęci do tradycyjnych wartości i gniewu wobec tych, którzy potrafią być szczęśliwi, to konsekwentna metoda werbowania nowych ludzi do kulturalnej rewolucji” – tłumaczy Maciejewski.

Dziś ukazał się 8-stronicowy dodatek prasowy , w związku z setną rocznicą rewolucji październikowej http://bit.ly/2j2bWEy 

 Historyk nie ma wątpliwości: nadużycie

O komentarz dotyczący informacji zawartych w dodatku „Gazeta Wyborcza” poprosiła historyka prof. Antoniego Dudka. Jego zdaniem przypomnienie o rewolucji październikowej jest potrzebne. Ale, jak zaznacza, nie wszystkie lewicowe poglądy należy określać komunistycznymi.

„Nadużywa się tego pojęcia, podobnie zresztą jak faszyzmu. Nie zgadzam się z utożsamianiem feminizmu z marksizmem. Mieszanie feminizmu i gender z marksizmem jest popularne na prawicy” – ocenia historyk.

Jednocześnie dodaje, że choć komuniści odwoływali się do Marksa i Engelsa, to przedstawianie ich jako „ideologów ludobójstwa” jest nadużyciem. W dodatku zgodnym z obecnie przyjętą w IPN interpretacją historii najnowszej.

Zobacz też: IPN na rocznicę rewolucji: „Czerwony terror” i kobiety, które nienawidzą mężczyzn

Andrzej Duda mówi, dlaczego trzeba zmienić konstytucję

Jarosław Kaczyński porównujący się do Franka Underwooda. Ten spektakl pokaże Wam prawdę o polskiej polityce po 1989 roku

Nie ma polityka, który bardziej zawładnąłby polską wyobraźnia niż Kaczyński – zwłaszcza w ostatnich 12 latach. Dla jednych to wielki strateg, wytrawny analityk patologii III RP. Nowy Piłsudski i Dmowski w jednym. Dla innych oszołom, paranoik, kandydat na dyktatora, zagrożenie dla polskiej demokracji.

Czyni to z prezesa PiS idealnego bohatera filmu, powieści czy sztuki teatralnej. Na film przyjdzie pewnie jeszcze poczekać, ale w poznańskim Teatrze Polskim przedstawienie o Kaczyńskim przygotowali Paweł Demirski i Monika Strzępka. Pisarsko-reżyserski duet znany z rozliczeń z elitami III RP, gorzkich diagnoz po-transformacyjnej Polski: jej naiwnych złudzeń i powierzchownego sukcesu, pod którym kryje się lęk, wykluczenie i gniew, sięgający korzeniami nieraz kilka stuleci wstecz, aż do czasów pańszczyzny.

Jaki klucz duet proponuje do postaci Kaczyńskiego?

Z jednej strony właściwą sobie groteskową fantazję. Przedstawienie zaczyna się w wieczór wyborczy 2019 roku. Jego scenariusz wygląda jednak jak wzięty z sennego koszmaru. Spływające wyniki są sprzeczne, zmieniają się jak w kalejdoskopie. Partia K. raz bierze prawie połowę głosów, innym razem przegrywa z PO, prowadzoną ponownie przez Donalda. Sensacją wyborów jest Partia Klaunów, której kariera zaczęła się od wiralowego filmiku w sieci. Partia nie ma programu, ale ma charyzmatycznego przywódcę, zmieniającego debaty w telewizyjnym studio w jeszcze bardziej hardkorową wersję „South Parku”. Po scenie kręcą się też postaci wyraźnie nie z tego świata: Matka Prezesów ciągle pozostająca dla K. najwyższym autorytetem, oraz Duch Unii Wolności – widmo inteligenckich elit pierwszego etapu transformacji, do których chyba właśnie pomału dociera, że są martwe.

Drugi klucz do Prezesa to w „K.” poświęcona politycznej historii III RP trylogia Roberta Krasowskiego. Po pierwszym kwadransie sztuki, akcja zatrzymuje się, a lektor czyta informacje o głównym bohaterze, jakby wprost wyjęte z książek dziennikarza. Krasowski pisze historię polityczną Polski po 1989 roku ze specyficznej perspektywy. Patrzy na politykę cynicznym, odczarowanym okiem. Widzi w niej nie starcie idei i wielkich projektów, ale ambitnych mężczyzn walczących o władzę. Makiawelicznie rozgrywających idee i społeczne nastroje, by zmaksymalizować swoją siłę.

Dla Krasowskiego Kaczyński był mistrzem takiej gry, przerastającym innych o głowę. Jako pierwszy potrafił trafnie zdiagnozować napięcia transformacji. Uderzał mocniej i celniej niż inni, lepiej grał w populizm. A jednocześnie sam padł w pewnym momencie ofiarą swoich własnych konstrukcji myślowych i obsesji.

Demirski i Strzępka podążają za tym obrazem, przełamując go innym. Makiaweliczny Kaczyński-manipulator jest u nich jednocześnie dużym dzieckiem, które nigdy nie opuściło rodzinnego domu, emocjonalnie uzależnionym od matki. K. nie potrafi wyjść poza horyzonty, jakie wyznaczał mu rodzinny dom, z jego wszystkimi zwyczajami i przesądami żoliborskiej inteligencji drugiej połowy XX wieku.

Polityczne pisarstwo Krasowskiego czyta się świetnie, pełne jest też celnych obserwacji. Mam jednak z nim jeden problem. Patrząc na historię Polski ostatnich 27 lat wyłącznie jako na starcie samców alfa, walczących o naczelną pozycję w stadzie, tracimy z oczu wiele niuansów i istotnych dla zrozumienia naszej najnowszej historii zjawisk. W narracji Krasowskiego nie ma bowiem miejsca na autonomię społeczeństwa, dla żądań, formułowanych wobec niego przez polityków, dla ruchów społecznych i idei.

„K.” dzieli, a jednocześnie pokazuje ograniczenia takiego spojrzenia na politykę. W pewnym momencie Donald i K. dokonują przeglądu polskiej historii po ’89. Rozkoszują się własnym brakiem złudzeń i makiawelizmem. Na scenie widzimy mdlejącego Mazowieckiego, pijanego Kwaśniewskiego, rozstawiającego po kątach inteligentów Wałęsę, Geremka ćmiącego fajkę z poczuciem olimpijskiej wyższości. Wszystko to sprawia wrażenie makabrycznego kabaretu, smutnej groteski. Na pewno polityka, której bohaterami byli wymienieni wyżej dżentelmeni miała też taki groteskowy wymiar. Ale czy wyłącznie?

House of Cards po polsku

Sam „K.” porównuje się w scenicznych monologach do Franka Underwooda z „House of Cards”. Jednocześnie na scenie domek z kart polskiej polityki jest domem wariatów. Donald i K. wydają się w nim być postaciami schyłkowymi, wypychanymi z centrum politycznej sceny przez figury reprezentujących już wyłącznie szalone, nihilistyczne energie – lidera Partii Clownów oraz Jastrzębia Prezesów.

Ten pierwszy wnosi do sfery publicznej podobną destrukcyjną anarchię, co Joker w wykonaniu Heatha Ledgera z „Mrocznego rycerza”. Ten drugi to aspirujący faszystowski dyktator nowej generacji, zmęczony wyborami, pragnący krwi – gdy będzie potrzeba, także K. K., choć sam pozostaje miłym, staromodnym panem z Żoliborza, wyzwala prawdziwie faszystowskie energie, nad którymi z pewnością nie będzie długo panował.

Jak przewidywał kiedyś Jerzy Sosnowski, konserwatywny bunt prawicowych elit – jak Artura z „Tanga” Mrożka – skończy się wreszcie w Polsce władzą jakiegoś Edka. Walka Donalda i K. o władzę – panowie są w stanie ją zawiesić, by w żoliborskim salonie wspólnie wypić herbatkę i pożartować z Duchem Unii Wolności – wyzwala wrogość, jakiej nie da się już z powrotem zamknąć w butelce.

Kto będzie w stanie przeciwstawić się takim figurom? W przedstawieniu Strzępki i Demirskiego w zasadzie nikt. Choć pojawiają się dwie figury ludowego gniewu – hakerka Anonymous i Powiatowa. Pierwsza okazuje się jednak przestraszoną dziewczynką z laptopem, a nie polską Lisbeth Salander. Powiatowa jako furia z Polski B, ścigająca polityków z zakrwawionym tasakiem, wypada bardziej żałośnie niż groźnie.

Przedstawienie z Teatru Polskiego nie mówi nic szczególnie odkrywczego czy głębokiego o Kaczyńskim, PiS, fenomenie ich poparcia, perspektywach trwania. Ale doskonale diagnozuje poczucie beznadziei, jaką ma strona lewicowa i liberalna w obliczu wieczoru wyborczego za dwa lata, gdy PiS – jak dziś wszystko na to wskazuje – znów wygra.

W poprzednich projektach Demirskiego i Strzępki poza wściekłością i poczuciem przytłoczenia można było znaleźć jakiś promyk nadziei. Naiwną, ale jednak ożywiającą fantazję o sojuszu różnych wykluczonych – np. lewaków i kiboli w „Tęczowej trybunie” i „Artystach”.

Tu nic takiego nie ma. Jest szekspirowski dramat opowiedziany przez szalonego, okrutnego błazna. Nie tak odległy od tego, jaki oglądamy co dzień w telewizyjnych dziennikach. Czy w sztuce nie oczekujemy wyjścia poza impas rzeczywistości? Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie wierzyć w utopie? Pewnie tak. Być może dlatego „K,” pozostawia z poczuciem przygnębia i pewnego niespełnienia.

newsweek.pl

Red is Bad: Jak patriotyczna odzież podbiła serca i kieszenie Polaków

Aneta Wawrzyńczak

„Jesteśmy stąd. Nie chcemy się wyrzec tradycji. Nie boimy się brać spraw w swoje ręce. Wierzymy w prywatną inicjatywę i ciężką pracę” – można przeczytać w manifeście Red is Bad. Niewiele spółek ma swój manifest. – Bo to ma być coś więcej niż firma – tłumaczą założyciele.

Od Pawła Kukiza po prezydenta Andrzeja Dudę – politycy i celebryci, by podkreślić swój patriotyzm, noszą ubrania z logo Red is Bad. W ciągu zaledwie pięciu lat firma założona przez Pawła Szopę i Jakuba Iwańskiego stała się modowym fenomenem. Fenomenem, który starają się opisać media i socjologowie.

„Gość Niedzielny”: „Młodzi ludzie nie kryją, że noszenie patriotycznych ciuchów jest z ich strony formą manifestacji poglądów, wręcz swoistym wyznaniem wiary”.

On Interia: „Rośnie zainteresowanie odzieżą z symboliką patriotyczną. Noszą ją ludzie na ulicach, biegacze w parkach czy celebryci. To już nie jest chwilowa moda”.

„Polska The Times Plus”: „Jedni mówią przy tej okazji o renesansie patriotyzmu, inni o modzie bardzo powierzchownej, bo istotą patriotyzmu jest wnętrze człowieka”.

Polonia Christiana: „Przez całe wakacje z lewicowych redakcji wydobywał się dźwięk gorzkiego jęku zawodu. Polacy mają czelność nosić się w odzieży patriotycznej! Lewica utraciła swój dotychczasowy oręż, przestrzeń w której nie miała sobie równych – młodzieżową modę”.

– Ubiór informuje o rytuale, w którym człowiek bierze udział, a także jego przynależności grupowej. Jednocześnie pod koniec XX w., a zwłaszcza na początku XXI w. pojawia się nowy element: ubiór silnie wyraża tożsamość człowieka, a odzież patriotyczna jest przejawem tej tendencji. W Polsce tożsamość ta jest mocno podkreślana również przez przywiązanie do ojczyzny, czyli do jednego z wymiarów patriotyzmu – mówi „Plusowi Minusowi” dr hab. Piotr Wróblewski, socjolog kultury z Uniwersytetu Śląskiego.

Jego zdaniem nie jest to moda, która przeminie za sezon czy dwa. Jej korzeni można szukać kilka dekad wcześniej. – W stanie wojennym popularność zdobyło noszenie wpiętych w marynarkę czy sweter oporników albo symboli powstania styczniowego, które podkreślały sprzeciw wobec ówczesnej władzy. Zjawisko częstego nawiązywania do przeszłości określa się w socjologii mianem eksplozji pamięci. I chociaż możemy mówić o narastaniu i opadaniu fali patriotyzmu, mogą pojawiać się inne formy estetyczne, które Polacy będą wykorzystywali, by podkreślić swoją narodową tożsamość, tendencja noszenia odzieży patriotycznej utrzyma się jeszcze przez kilka dekad – podkreśla Wróblewski.

POTĘPIĆ KOMUNIZM

Niewielki sklep na warszawskiej Pradze, czarne ściany, z głośników płynie muzyka popularnej stacji radiowej. Przy kasie gablota z książkami oraz gadżetami: paskami, portfelami, naklejkami, przypinkami, tuż obok wieszak z kilkoma koszulkami dla dzieci w wieku powyżej trzech lat i pajacykami dla niemowląt. Pośrodku drewniana ława z czapkami i innymi akcesoriami. Na wieszakach, jedna przy drugiej, koszulki męskie, zwykłe, to znaczy w stonowanych kolorach, z dyskretnymi nadrukami. Obok bluzy (z kapturem albo bez) i spodnie, też męskie. Dalej kolekcja damska, kilkanaście wzorów T-shirtów, kilka bluz, swetrów i sukienek, wreszcie – tegoroczna nowość i hit sezonu, czyli kombinezony.

Po sąsiedzku znów koszulki męskie, już bardziej niezwykłe, z kolekcją tak zwanych sublimacji, czyli dużych, bijących po oczach, dynamicznych nadruków. Przejrzeć je to jakby przekartkować 22 strony (tyle jest obecnie wersji) podręcznika do nauki historii Polski: bitwa pod Cedynią, bitwa pod Grunwaldem, hołd pruski, powstanie listopadowe, powstanie styczniowe, powstanie warszawskie.

Red is Bad, jeden z pierwszych i najbardziej znanych producentów odzieży patriotycznej w Polsce, sklepy stacjonarne ma jeszcze dwa: w centrum Warszawy, przy Chmielnej, i w samym sercu Krakowa, przy Szewskiej.

Dla wszystkich, dla których to zbyt daleko, uruchomiono sklep internetowy. Zamówienia spływają z całej Polski i z zagranicy, głównie z Niemiec, Anglii, Francji i Japonii. Kupują nie tylko zamieszkali tam rodacy. Na przykład Japończycy szczególnie upodobali sobie motyw husarii. Sklep online stanowi tylko część strony internetowej. Można na niej przeczytać newsy na blogu, biogramy podopiecznych fundacji, listy z podziękowaniami za pomoc w akcjach społecznych oraz manifest, od którego prawie wszystko się zaczęło. Prawie, bo wcześniej był jeszcze fanpage na Facebooku, obecnie z ponad ćwierć miliona lajków.

Manifest zaczyna się tak: „RED IS BAD to marka dla ludzi ceniących wolność i dumnych z polskiej historii. Przypominamy zapomnianych bohaterów oraz niepodległościowe zrywy naszych przodków. Jesteśmy stąd. Nie chcemy wyrzec się tradycji. Nie boimy się brać spraw w swoje ręce. Wierzymy w prywatną inicjatywę i ciężką pracę. Najwyższa jakość i polska produkcja to dla nas sprawa kluczowa”.

Samo słowo „manifest” brzmi dumnie. Paweł Szopa, który wraz z Jakubem Iwańskim założył w 2012 r. Red is Bad, sam przyznaje: – Zastanawialiśmy się, czy „manifest” nie jest na wyrost. Uznaliśmy, że zrobimy to przekornie, bo słowo to przylgnęło do komunizmu. A że Red is Bad jest dla nas także platformą wyrażania nas samych i naszych poglądów, stąd i manifest, i nazwa potępiająca komunizm, który nie został nigdy za swoje zbrodnie rozliczony.

Przekora to w zasadzie słowo klucz, do zrozumienia historii firmy. Paweł Szopa: – Gdy w Polsce było organizowane referendum akcesyjne, mieliśmy z Kubą po 17 lat, byliśmy w trzeciej klasie liceum. 95 proc. osób wokół nas było za przystąpieniem do Unii Europejskiej, a my nie. Od początku byliśmy bardzo sceptycznie nastawieni, nie wierzyliśmy w tę propagandę, że Polska dzięki Unii stanie się krajem mlekiem i miodem płynącym. Nigdy nie dostaje się niczego za darmo, zawsze jest coś za coś. Nie twierdzę, że wszystko, co się wydarzyło po wejściu do Unii, to była masakra, że Polska upadła. Ale musimy pamiętać, jaki ponieśliśmy koszt, ile gałęzi przemysłu zostało zniszczonych.

Pomiędzy kontrą z 2003 roku, kiedy Polacy decydowali o wstąpieniu do Unii, a tą z 2012 r., kiedy rodziło się Red is Bad, było normalne wkraczanie w dorosłość. Po maturze drogi Pawła i Kuby się rozeszły. Pierwszy poszedł na prawo – to znaczy na studia prawnicze, bo poglądy prawicowe miał od dziecka, zbudowane na opowieściach babci o Cudzie nad Wisłą i dziadku walczącym (i poległym) w powstaniu warszawskim. Drugi wybrał Akademię Sztuk Pięknych, ze specjalizacją z projektowania maszyn przemysłowych. Parę lat później połączyły ich media społecznościowe.

W wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” Kuba Iwański wyjaśniał: „Paweł wrzucał na tablicę patriotyczne i mocno konserwatywne treści, bliskie mojemu światopoglądowi. Napisałem do niego, wymieniliśmy się telefonami i potem wszystko potoczyło się błyskawicznie”. Błyskawiczne było spotkanie, błyskawiczny był i pomysł: stworzą fanpage, na którym będą publikować „grafiki patriotyczno-historyczne oraz wolnorynkowe i piętnujące absurdy obecnego ustroju”. – Fanpage miał za zadanie komentować rzeczywistość, w której żyliśmy, kwestie polityczne, kulturowe, społeczne, historyczne, gospodarcze. Powstał na kanwie zdenerwowania sytuacją, która w Polsce panowała, szkalowania naszej historii, pisania jej od nowa. Przykład? Jedna gazeta nazwała powstańców styczniowych terrorystami.

Do takich absurdów dochodziło w tym kraju. A że każda akcja budzi reakcję, to naszą było Red is Bad, znowu w kontrze – podkreśla Paweł Szopa.

NA POMOC WYKLĘTYM

W ciągu roku zdobyli 15 tysięcy fanów, do skrzynek e-mailowych wpadały prośby od fanów: „zróbcie koszulki z waszymi grafikami!”. – Nie mieliśmy o tym zielonego pojęcia. Ale podjęliśmy ryzyko – wspomina Paweł. Z duszą na ramieniu i całymi oszczędnościami Pawła w kopercie (6 tysięcy złotych) pojechali rozklekotanym fiatem pandą do Aleksandrowa Łódzkiego. Kierowniczce produkcji w fabryce dziewiarskiej, z którą zdołali się umówić, swoją koncepcję wyłuszczali na stojąco, na podwórku. Ona sama doskonale pamięta dwóch chłopaków ze wzniosłymi hasłami na ustach (w planie: także na koszulkach). – Byli trochę zmartwieni, że nie mają budżetu na minimalne zamówienie. W trakcie rozmowy podkreślali, że zależy im na przypominaniu zasług Żołnierzy Wyklętych i produkcji wyrobów najwyższej jakości. Po kilku godzinach rozmowy przekonali właściciela firmy konfekcyjnej do współpracy oraz do obniżenia wymogów w pierwszym zamówieniu. Rzadko kiedy spotyka się młodych ludzi, którzy tak bardzo wierzą w swój pomysł i z pełnym zaangażowaniem realizują go dzień po dniu. Pierwszy rok współpracy z naszą firmą to niekończące się rozmowy z technologiem pod hasłem: czy można jeszcze lepiej – mówi kierowniczka.

Paweł dodaje, że szycie w rodzimych małych manufakturach, wyłącznie z materiałów produkowanych w Polsce, to był warunek sine qua non ich biznesu. – Produkcja w Chinach albo Turcji nie wchodziła w grę, ze względu na jakość oraz patriotyzm gospodarczy. Jako naród jesteśmy wyjątkowo elastyczni i pomysłowi, tylko w języku polskim istnieje słowo „kombinować”. Na początku wszyscy mówili, że nie da się wszystkiego zrobić w Polsce. A w szwalni okazywało się, że jak się pokombinuje, spróbuje inaczej, to jesteśmy w stanie zrobić dosłownie wszystko – mówi Szopa. Kierowniczka: – Paweł konsekwentnie pilnował, by wszystkie półprodukty, czyli surowiec, wszywki, przywieszki, były w najwyższej jakości. A firma dbała o jak najwyższą jakość wykonania. Jak dotąd współpraca jest korzystna dla obu stron.

Pierwsza partia rozeszła się w kilkanaście tygodni, trzeba było zamówić kolejną, zrobić nowe projekty. W ciągu pięciu lat mały pokój Pawła, który początkowo robił za magazyn dla kilkuset koszulek, zamienili na olbrzymi magazyn, w którym piętrzą się dziś tysiące T-shirtów, bluz, spodni, sukienek i niemowlęcych body. – Gdy pojawił pomysł, by zrobić to na większą skalę i założyć firmę, ustaliliśmy: to będzie coś więcej niż tylko marka odzieżowa – mówi Paweł.

To „coś więcej” reprezentuje ponad 20 dyplomów i podziękowań, które można znaleźć na stronie internetowej. Od dyrektora Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Skłodowskiej-Curie w Skawinie oraz całej społeczności liceum „za przekazanie nagród na konkurs Niezłomni-Wyklęci. Bohaterowie antykomunistycznego podziemia”. Od ambasador domów dziecka Moniki Ślubowskiej „za bezinteresowną pomoc na rzecz podopiecznych”. Od Koła Misyjnego Sulechów „za pomoc i hojność w przygotowaniu akcji charytatywnej wspierającej podopiecznych w Tanzanii”. – Wraz ze stowarzyszeniem Młodzi dla Polski byliśmy inicjatorami budowy pomnika rotmistrza Pileckiego w Warszawie, uczestniczyliśmy też w stworzeniu „Prawdziwej księgi zasług Wojciecha Jaruzelskiego” – opowiada Paweł.

Jest wreszcie Fundacja Red is Bad, która ma obecnie pod opieką pięciu Żołnierzy Wyklętych: wypłaca im emerytury, opłaca opiekunki i pobyty w sanatoriach.

Paweł tak wspomina początki: – Kiedyś przyjechał do nas nauczyciel historii z liceum pod Poznaniem i opowiedział o kombatancie, którym się opiekują, a który jest w ciężkiej sytuacji. Pojechałem do niego, pan major był obwieszony medalami, pokazywał mi listy z podziękowaniami i gratulacyjne od dygnitarzy, a w lodówce miał tylko maślankę. Nie prosił o pomoc, to jest stara szkoła II Rzeczypospolitej, ci ludzie mają swoją godność.

Oprócz pomocy materialnej Red is Bad gromadzi też wspomnienia Wyklętych. – Mamy świadomość, że jesteśmy ostatnim pokoleniem, które może z tymi ludźmi porozmawiać. Zbieramy materiały, żeby przyszłe pokolenia miały po nich jakiś ślad – mówi Paweł. W kolejce na wsparcie fundacji czeka 15 następnych Wyklętych, brakuje jednak pieniędzy, bo w 90 proc. donatorem fundacji jest marka Red is Bad. Paweł: – Muszę zakładać, że przyjdzie miesiąc, gdy nie wpłynie żaden datek na fundację i będę musiał utrzymać tych pięć osób z własnych pieniędzy. Gdybyśmy mieli stałe wpływy od donatorów, moglibyśmy tę pomoc rozszerzyć.

ROBIMY SWOJE

O Red is Bad zrobiło się głośno w listopadzie 2015 roku, gdy Andrzej Duda poleciał do Chin w koszulce polo tej firmy. Bardzo dyskretnej, ale i wymownej, z kieszonką „celowo rozdartą na wysokości serca, dla wzmocnienia efektu wizualnego i symbolicznego” (opis ze strony internetowej sklepu). Twitter zareagował, jak zwykle, skrajnymi emocjami, od „Prezydent na luzie, a z klasą. RED IS BAD na topie” („Do Rzeczy”) czy „Małe gesty, a jak cieszą!” (Krzysztof Bosak) po „Prezydent w drodze do komunistycznych Chin w Red is bad. A w programie podpisanie umowy z przedstawicielami państwa red” (Tomasz Kalita) czy „Pięknie w tej nacjonalistycznej bluzie. Proponuję jeszcze kominiarkę i kostkę brukową w łapę” (Jarosław Maliszewski). – Wiele środowisk prawicowych zawsze było bastionem i trzonem kultywowania wartości, które my prezentujemy. W naszych produktach chodzą wszyscy ci, którym prezentowane przez nas wartości są bliskie. Oprócz prezydenta całą kampanię przechodził w naszych koszulkach Paweł Kukiz i politycy związani z partią Wolność – podkreśla.

Jego zdaniem „patriotyzm nie jest poglądem politycznym, tylko postawą życiową”. – Robimy swoje, zmiana rządu nic w nas ani w firmie nie zmieniła, mamy swoje wartości, których się trzymamy, jesteśmy apolityczni. Wiele osób próbuje nas zaszufladkować i włożyć nam jakikolwiek polityczny sztandar w ręce, ponieważ ludzie mają potrzebę identyfikowania czegoś z czymś. Nie mamy na to żadnego wpływu. Idziemy swoją drogą, a że przy okazji wbijamy kij w mrowisko? Ta marka nie jest i nigdy nie miała być grzeczna.

Kij udało się wbić jeszcze parę razy. Ostatnio wiosną br., kiedy na rynek weszła kolekcja Goodbye Mr. Marx, szeroko komentowana jako co najmniej kontrowersyjna. – Chcieliśmy rozprawić się z marksizmem kulturowym, więc zrobiliśmy kolekcję w stosunku do niego prześmiewczą – mówi Paweł. Lawinę krytycznych komentarzy mieli wkalkulowaną w koszty. – Zrobił się wielki hejt, że przekłamujemy historię, że jesteśmy idiotami, że Marks to był wielki filozof. Byliśmy przygotowani na dyskusję, mieliśmy gotowe argumenty, by wyjaśnić kwestie, o których ludzie nie wiedzieli, choćby że Marks to był nierób, całe życie na utrzymaniu swojego kumpla Engelsa, i że wprost wzywał do ludobójstwa narodów, które nie poddadzą się rewolucji komunistycznej. I wiesz, co się okazało? Że wiele osób, które zaatakowały tę kolekcję, po przytoczeniu konkretnych argumentów w postaci cytatów z konkretnym odnośnikiem, stroną i książką, nagle stwierdzało, że nie wiedzieli, że on głosił takie poglądy – i że nie chcą się z nim utożsamiać.

Głośno było też parę tygodni później, gdy 2 maja na rynek weszła limitowana edycja wody mineralnej Staropolanka, która wzbudziła skrajne deklaracje: od „Będę kupował!” po „I choćbym miał umrzeć z pragnienia, to Staropolanki do ust nie wezmę”. Butelki wody miały etykiety inspirowane polską flagą.

Za współpracę z Red is Bad producentom tej drugiej mocno się oberwało także od niektórych ekspertów. – To właściciel marki Staropolanka zgłosił się do nas i jest bardzo z tej współpracy zadowolony. Analizy ekspertów? Mnie to śmieszy, wypowiadają się na ten temat ludzie, których jedynym osiągnięciem jest to, że pracują w dużej agencji. Zazdrość? Też. I niemoc. Bo pierwszy raz pojawiła się na rynku firma prezentująca wartości, które są im kompletnie obce, na które reagują jak diabeł na święconą wodę – uważa Szopa.

Firma odcina się od nadużywania symboli na niektórych przedmiotach. Skrajnym przykładem są kije baseballowe z motywem husarii, małego powstańca czy kotwicą Polski Walczącej, które latem ub.r. wypuściła na rynek firma sprzątająca. – Przychodzili do nas dziennikarze i pytali, jak to skomentuję. No jak? Idioci i ludzie zasługujący na potępienie zarówno zawodowe, jak i moralne. Sęk w tym, że sporo osób spoza środowiska wyczuło w tym biznes i to jest jedyne, czym się kierują, robiąc takie produkty. Pojawiło się kilkanaście marek, teraz jest ich już pewnie kilkadziesiąt, niektóre z nich wypuszczają na rynek produkty, których my nigdy nie zrobimy.

– Pościel i bielizna – wymienia Łukasz Szczubidło, dyrektor artystyczny. – Takie produkty nigdy nie pojawią się w naszym asortymencie. Każdy symbol musi mieć godne miejsce, kotwica Polski Walczącej na przykład zawsze pojawia się u nas na piersi – wyjaśnia.

Red is Bad nie dyskryminuje klientów. Paweł Szopa deklaruje, że ani muzułmanina w kefiji, ani pary panów trzymających się za rękę, ani sikha w turbanie nie wygoni ze sklepu. – Zwłaszcza w Krakowie mamy klientów z całego świata. Jeśli ktoś jest porządnym, normalnym człowiekiem – obojętne, czy muzułmaninem, chrześcijaninem, buddystą czy ateistą – niech kupuje nasze koszulki i niech mu się dobrze noszą – mówi. I podkreśla, że nie ma wpływu na to, co ktoś robi w koszulce ich marki.

PRACA U PODSTAW

Większość klientów Red is Bad, ok. 75 proc to mężczyźni. Demograficznie trudno cokolwiek więcej powiedzieć, według danych z Facebooka statystyczny fan marki to rówieśnik jej założycieli, a więc około trzydziestki, choć kupują też młodsi i przedstawiciele pokolenia 60+. – Ale jeśli napiszesz, że kupują u nas młodzi, to ci tej wypowiedzi nie zautoryzuję – śmieje się Paweł Szopa. – Często jestem na sklepie i widzę wielu klientów w wieku naszych rodziców – dodaje. Trudno też znaleźć korelację między wiekiem klienta a rodzajem kupowanego asortymentu. – Można by powiedzieć, że osoby starsze częściej wybierają wzory dyskretne, a młodzi celują raczej we wzory bardziej okazałe – podkreśla Łukasz Szczubidło.

Paweł Szopa wspomina jednego z młodszych klientów. – Przed 1 sierpnia, jak co roku, mieliśmy zwiększony ruch w sklepie. Wśród klientów był mniej więcej ośmioletni chłopiec, strasznie rozentuzjazmowany oglądał wszystko, nagle dostrzegł koszulkę z mjr. Hieronimem Dekutowskim, wziął ją w ręce i zaczął wołać: „Mamo, mamo, zobacz, Zapora!”. To nie jest jeszcze postać tak znana jak na przykład rotmistrz Pilecki, więc podpytałem go, czy wie, kim był Zapora. A on mi zaczął opowiadać, że to był cichociemny, że był pierwszym komandosem, protoplastą GROM-u czy FORMOZ-y i że on też kiedyś chciałby być taki jak on – opowiada. – O tym właśnie pisał Żeromski w „Syzyfowych pracach”: o pracy u podstaw. My staramy się właśnie to robić tak, jak potrafimy i możemy: robimy koszulki i edukujemy ludzi. Tylko tyle. I aż tyle.

 

rp.pl

PiS pozbawia wolności obrońców puszczy. Strach protestować?

Wolność bycia karanym

Władza PiS koncepcję naruszania miru domowego stosuje permanentnie. Działaczy Obozu dla Puszczy zatrzymano na 24 godziny, mimo że nie było to konieczne dla prowadzenia dalszego postępowania.

Obóz dla Puszczy pod siedzibą Lasów Państwowych

Franciszek Mazur/Agencja Gazeta

Obóz dla Puszczy pod siedzibą Lasów Państwowych

Czy mamy do czynienia z kryminalizacją protestów społecznych? Rzeczywiście, obecna władza nader często wykorzystuje przepisy karne do radzenia sobie z protestami przeciwko sobie samej. Ale mamy też do czynienia z procesem równoległym: prywatyzacją instytucji państwa. Staje się ona narzędziem do tłumienia wolności protestowania. Takie instytucje jak Sejm czy ministerstwa przestały należeć do suwerena. Władza PiS przejęła je w posiadanie, czego dowodem jest używana przez organy ścigania PiS koncepcja „naruszenia miru domowego”.

Od czwartkowego popołudnia 22 osoby, które protestowały w siedzibie Lasów Państwowych przeciwko bezprawnej wycince Puszczy Białowieskiej, są pozbawione wolności. Nie mają jeszcze postawionych zarzutów, ale policja mówi o naruszeniu miru domowego.

Działaczy Obozu dla Puszczy zatrzymano na 24 godziny, mimo że nie było to konieczne dla prowadzenia dalszego postępowania. Wystarczyło ich spisać i wezwać na przesłuchania. Jednak zastosowano najostrzejszą możliwą formę reakcji: pozbawienie wolności. Zapewne poskarżą się na zatrzymanie do sądu i sąd oceni, czy taka reakcja policji była konieczna i proporcjonalna w demokratycznym społeczeństwie (art. 31 ust. 3 konstytucji). Ale gołym okiem widać, że była to po prostu forma represji, zmierzająca do zemsty i odstraszenia od dalszych protestów.

PiS znów sięga po koncepcję naruszania miru domowego

Z drugiej strony można odnotować pewien postęp: wobec ekologów zastosowano przynajmniej konkretną procedurę, która przewiduje drogę odwoławczą. Mniej szczęścia mają np. Obywatele RP, notorycznie pozbawiani wolności na kilka godzin w pozaprawnym trybie „legitymowania”.

Niemal równo trzy lata temu, 20 listopada 2014 roku, policja w podobny sposób poradziła sobie z okupacją siedziby Państwowej Komisji Wyborczej przez grupę prawicowych działaczy, m.in. z Solidarnych 2010 i Ruchu Narodowego. Na czele okupacji stali Ewa Stankiewicz i Grzegorz Braun. W okupowanych pomieszczeniach PKW zorganizowali konferencję prasową, na której ogłosili, że żądają ustąpienia PKW i unieważnienia wyborów samorządowych. Policja siłą wyciągnęła protestujących i zatrzymała 12 osób. Media, wówczas „niepokorne”, uznały to za łamanie demokracji i praw człowieka. Wielu zatrzymanych dostało zarzuty naruszenia miru domowego, kilku zostało prawomocnie skazanych na grzywnę.

Władza PiS koncepcję naruszania miru domowego stosuje permanentnie. Tak było z protestami pod Sejmem w sprawie „głosowania kolumnowego” 16 grudnia ubiegłego roku. Potem marszałek Marek Kuchciński zamknął teren Sejmu dla obywateli. A Obywatele RP w proteście „wkraczają” od tamtego czasu na teren Sejmu, łamiąc bezprawny ich (i moim) zdaniem zakaz marszałka. Za co są zatrzymywani lub „legitymowani”, a policja kieruje wnioski o ukaranie za „naruszanie miru domowego marszałka Sejmu”.

Ale czy Sejm jest „domem” czy w ogóle własnością marszałka Sejmu? Czy siedziba Lasów Państwowych jest własnością jej dyrektora? Czy instytucje państwa są własnością urzędników sprawujących władzę? Czy może jednak „suwerena”, czyli społeczeństwa i jego członków?

Bo odpowiedni przepis – 193 kk – brzmi: „Kto wdziera się do CUDZEGO domu, mieszkania, lokalu, pomieszczenia albo ogrodzonego terenu albo wbrew żądaniu osoby uprawnionej miejsca takiego nie opuszcza, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”.

PiS prywatyzuje instytucje państwowe

Czy urząd jest dla obywatela „cudzy”?

W sprawie okupacji PKW sądy uznały, że jej siedziba jest własnością PKW. W sprawach o „wkraczanie” na teren Sejmu uchyliły się od rozstrzygnięcia meritum, uznając, że teren jest ogrodzony murkiem za niskim, żeby można było mówić, że to „teren ogrodzony”.

A szkoda, bo Obywatele RP narażali się właśnie po to, by sąd ocenił, czy w demokratycznym państwie prawa marszałek może zamykać Sejm jak swoją prywatną posiadłość.

Teraz „mir domowy” dotyczy też dyrektora Lasów, nomen omen, „Państwowych”. Państwowych, czyli czyich: władzy?

Tematem pokrewnym jest uznanie kultu smoleńskiego przez MSWiA za religię, bo osoby, które protestują na trasie miesięcznic, dostają zarzuty przeszkadzania w uroczystościach religijnych.

Sprawa nie jest bagatelna, bo w państwie PiS prywatyzacja instytucji państwowych stała się narzędziem walki z wolnością zgromadzeń i wolnością słowa. Można przypuszczać, że mamy z tym „problem systemowy”, jak nazywa takie sytuacje Trybunał w Strasburgu.

Okupacja budynku publicznego niewątpliwie może utrudniać pracę urzędników i innych funkcjonariuszy państwa. I narusza przepisy regulaminów. To może być podstawa do wezwania na pomoc policji do usunięcia demonstrantów. Także siłą, jeśli nie podporządkują się wezwaniu do opuszczenia budynku. Można nawet ukarać tych, którzy nie podporządkują się wezwaniu. Ale to zupełnie co innego niż koncepcja, że instytucje państwa są własnością władzy.

„Nikt im nie zabrania protestować” – mówi władza PiS, zatrzymując, legitymując i wnioskując o ukaranie demonstrantów. 800 spraw karnych i wykroczeniowych Obywateli RP w ciągu bieżącego roku pokazuje skalę kryminalizacji prób korzystania z obywatelskiego protestu. Do tego dochodzi zatrzymywanie i wnioski o ukaranie dla ekologów blokujących wycinkę puszczy. Swego czasu PiS zamówił nawet ekspertyzy prawne, które miały mu dać podkładkę do oskarżenia – bez konieczności uchylania immunitetu – posłów PO okupujących w grudniu zeszłego roku salę obrad Sejmu.

Korzystanie w Polsce z wolności demonstrowania sprzeciwu wobec władzy znowu staje się aktem odwagi.

polityka.pl

LEGION: POLSKA

Michał Boni, 11 listopada 2017

Jest w naszej, polskiej tradycji bogactwo doświadczeń legionowych. Legiony Dąbrowskiego, ukryty świat Szwoleżerów już po okresie napoleońskim, zbuntowani podchorążowie Powstania Listopadowego, Legion Polski fundowany przez Mickiewicza w 1848 roku, oddziały powstańcze roku 1863. I wreszcie Legiony Piłsudskiego – „szary ich strój”. A czy wędrówka Armii Andersa, aż przez Iran i Bliski Wschód nie przypominała losu i etosu legionowego ? A odziały powstańcze Warszawy 1944 roku z ich zdeterminowanym bohaterstwem i straceńczym zawadiactwem nie replikowały legionowego wzorca….

Odwaga, żołnierskie talenty, stroje, pieśni i piosenki, przesłanie moralne i cywilizacyjne, siła patriotyzmu i walki o Polskę – żeby Polska znów wróciła na mapy świata.

Te refleksje są ważne w zadumie i dumie rocznicy 11 listopada.

Szukam Legionu: Polska – dzisiaj.
 Zakorzenionego w polskiej codzienności i krzątaninie, skupionego na tym, żeby Polska była po prostu lepsza. Na miarę XXI wieku i naszego miejsca w Historii.

Dlatego patrzę na broniące praw kobiet jako praw człowieka – wspaniałe dziewczyny z „Czarnego Protestu”. W ich obronie i walce jest głębokie przekonanie, iż pora dać kobietom pełnię praw nie limitowaną przesądami, przestarzałymi modelami męskiego kolonializmu, zbutwiałymi wzorcami codziennych relacji międzyludzkich. To jest pole bitwy o wolność i sprawiedliwość życia polskiego.

Dlatego patrzę na kobiety z olbrzymiej sieci organizacji społecznych działających w różnych polskich wsiach. Z jednej strony widać tam wielką tradycję męskich Ochotniczych Straży Pożarnych, z drugiej zaś właśnie – różne typy kół gospodyń wiejskich. Tam tworzy się lokalna, najgłębsza z najgłębszych tożsamość. Taki rodzaj tożsamości buduje najmocniejszą, praktyczną zarazem, i pozbawioną nienawiści polskość.

Dlatego patrzę na młode pokolenie działaczek i działaczy miejskich walczących nie tylko o budżety partycypacyjne, atrakcyjność miejskiej, wspólnej przestrzeni dostępnej dla każdego, ale i wsparcie dla wykluczonych, zagubionych dzieciaków – jak się okazuje – tak potrzebujących mądrych i energicznych „street workerów”. To są legioniści lepszej Polski, bo niosą prawdziwe pokrzepienie i nadzieję tym, których życie chce skazać na margines.

Dlatego patrzę na energię obywatelskich i demokratycznych organizacji, które wyrosły w ostatnich dwóch latach w Polsce, by bronić Polaków przywiązanych do wartości demokratycznych, do wolności obywatelskich, do zasady państwa prawa i reguły niezależności systemu sądowniczego. Mają pomysły na coraz to nowe formy protestów. Mają siłę, by się skrzykiwać w Internecie. Mają odwagę, by nie bać się nieustannego zastraszania, spisywania, karania mandatami . A ci chłopcy, i te dziewczyny z małych miast, nękani teraz groźbami za naruszenie miru domowego, czy zaśmiecanie, którzy w lipcu tego roku dali świadectwo swojego przywiązania do Polski Obywatelskiej – to oni są strażnikami prawdziwej polskiej tradycji, tradycji wolności. Dlatego mówią tego roku: Niepodległość bez nienawiści !

Dlatego patrzę na pomysłowość młodych liderów start-upów budujących marzenia biznesowe dzięki własnej kreatywności, talentom organizacyjnym i zrozumieniu, ze robienie biznesu jest nie tylko dla pieniędzy, ale dla fan’u oraz dla tego, żeby innym było lepiej i wygodniej. Wśród tych „legionistów” modernizacji w najlepszym tego słowa znaczeniu są nauczyciele i trenerzy kodowania pracujący z dziećmi i młodzieżą, by uruchomić fale twórczej pasji i umiejętności rozumienia świata. Tego świata, który przenika cyfrowa zmiana. Oni wszyscy są porucznikami polskiej przyszłości.

Dlatego patrzę na artystów, którzy czują prawdziwe posłannictwo sztuki służącej walce Legionu: Polska. To zawsze jest sztuka buntu oraz niezgody na fałszywą nutę narodową, na stereotypowe malunki „białych ścian polskiego domu” – jak pisał Stanisław Brzozowski na początku XX wieku. To zawsze jest sztuka prowokacji intelektualnej, a nie usypiania polskiego umysłu, jeśli chce się uniknąć zwycięstwa „zniewolonego umysłu”. To zawsze jest sztuka odwagi, a nie uległości oraz poszukiwania własnej drogi definiowania polskości, a nie kopiowanie politycznych dekretów nominujących do polskości.

Dlatego patrzę z podziwem na księży, którzy chcą prawdziwie służyć Bogu i wiernym, odczuwając naprawdę głęboko to, co jest istotą chrześcijaństwa – miłość każdego bliźniego, otwartość serca i umysłu, pokonanie egoizmu, świadczenie na rzecz Boga, a nie Cesarza, który chce udawać Boga. To w ich kościołach, jak przez stulecia – spotykają się wiara i patriotyzm najszlachetniejszej próby.

Jest 11 listopada 2017 roku. Polska nie jest dzisiaj na marszach patriotycznych osiłków. Polska jest z legionem tych, których tutaj przywołałem.

Michał Boni
11 listopada 2017

naTemat.pl

Prezydent Duda kradnie dziś PiS całe medialne show. A skorzysta na tym… Donald Tusk [OPINIA]

Galopujący Major*, 11.11.2017

Donald Tusk, Andrzej Duda

Donald Tusk, Andrzej Duda (Sławomir Kamiński/AG)

Do końca nie wiadomo, kto był inicjatorem świętowania Andrzeja Dudy z Donaldem Tuskiem i czy może, jak to często w polskiej polityce bywa, nie wyszło ono trochę przypadkiem. Wiadomo jednak, że dla obu polityków to typowe win-win i tylko trzecia, pisowska strona może być stratna.

Jest to spotkanie oczywiście korzystne dla Dudy. Po pierwsze, poprzez swą zaskakującą decyzję, staje się prezydent Duda kolejny raz graczem. Z politycznego przedmiotu staje się znów politycznym podmiotem.

Po drugie, kradnie Andrzej Duda całe medialne show PiS, PO i faszystom, o ile ci ostatni znowu nie zaatakują drzew, kobiet i dzieci albo iluś policjantów nie wyślą do szpitala.

Po trzecie, znowu staje się Andrzej Duda twarzą „cywilizowanego PiS”. Gdyby nie ostatnie miesiące postępowania Ziobry i Błaszczaka można by nawet rzec, że za sprawą weta Dudy stał się PiS zwyczajną, prawicową partią polityczną. Dość rzec, że nawet najtwardszy antypisowski beton nie ma do czego się za bardzo doczepić, więc wspomina sprawy Trybunału sprzed niemal 2 lat albo kompromituje się komentarzami o whistelblowerach.

Wygrywa Tusk

Jest owe spotkanie korzystne dla samego Tuska. Oczywiście, że w ten sposób Tusk gra na dalsze pogłębianie rozpadu między pałacem a Nowogrodzką. Ale przede wszystkim gra na siebie, i to być może kosztem pomysłów kolegi Schetyny.

Po kilku latach Grzegorz Schetyna w końcu zrozumiał, że w wyborach nie można wystawiać kogoś, z kogo niemal wszyscy „toczą bękę”. I trzeba wystawić kogoś tak błyszczącego jak Kennedy, młody Kwaśniewski czy młody Tusk właśnie. Starsi politycy, czy to z PiS czy z PO, nie za bardzo są dziś wybieralni, zwłaszcza przez elektorat centrowy. I kimś takim ma być właśnie Trzaskowski, po którego nominacji elektorat PO wpadał w komiczny zachwyt.

Tyle że Trzaskowski wcale nie musi być prezydentem Warszawy do końca kadencji. Może testować plac Bankowy przed przeprowadzką na Krakowskie Przedmieście. Tak kiedyś zrobił przecież Lech Kaczyński, a łatwość z jaką Robert Biedroń – kandydat bez zaplecza, z mało znanego Słupska – wszedł w buty kandydata na prezydenta Polski, może dawać dużo do myślenia. Zwłaszcza Tuskowi, który w młodszym Trzaskowskim może widzieć samego siebie przed laty.

Dlatego musi Tusk wyborcom się przypominać, musi do Polski częściej przyjeżdżać. I będzie przyjeżdżał, albowiem, o ile kiedyś kariera w unijnych strukturach jawić się mogła wyłącznie jako odcinanie kuponów, o tyle teraz Unię pogrąża jeden kryzys za drugim. I to, co kiedyś mogło być Tuska atutem, teraz będzie ciążyło mu na wizerunku.

PiS nie może nic zrobić

Politycy PiS bez problemów całą tę grę rozszyfrują, w końcu nie jest to żadne „rocket science”. Tyle że praktycznie nic nie mogą zrobić. A to dlatego, że Tusk z Dudą i Duda z Tuskiem jadą prętem – jak to zauważył dziennikarz Wojciech Szacki – po klatce pełnej radykalnych wyborców PiS. I rzeczywiście – najbardziej hardkorowi wyborcy PiS będą Dudę lżyć i mu ubliżać. A nieprzychylne Dudzie media z radością będą to podawać dalej. I nawet jeśli PiS będzie chciał spuścić na tę wizytę zasłonę milczenia, to się nie uda, bo jak ogary poszły w las, to już tak łatwo nie przywoła ich się do porządku.

*Galopujący Major. Bloger polityczny. Socjaldemokrata (galopujacymajor.wordpress.com)

gazeta.pl

Święto Niepodległości 2017: Polacy obchodzą 11 listopada

Z okazji 11 listopada Beata Szydło wystąpiła w RMF FM. Została zapytana czy obecność Donalda Tuska na obchodach nie stanowi dla niej problemu.

– Chciałabym, żeby dyskusja na temat obecności Donalda Tuska na uroczystościach nie przykryła tego, co najważniejsze, czyli radosnego świętowania. To jest święto wszystkich Polaków, więc jeśli Donald Tusk uznał, że chce w nim wziąć udział, to ja mogę tylko powiedzieć, że dobrze, że były premier RP pomyślał, że tu, w Warszawie, dla Polaków są ważne sprawy. Mam nadzieję, że nie skończy się na samym świętowaniu i również jako przewodniczący Rady Europejskiej będzie pamiętał, że o Polskę warto dbać i zabiegać – odpowiedziała Beata Szydło.

gazeta.pl

Prezes PiS: Musimy zbudować taką Polskę, która wyznacza dzisiejszej chorej Europie drogę do uzdrowienia

Jestem przekonany, że 10 kwietnia 2018 roku staną pomniki – ofiar katastrofy smoleńskiej i prezydenta Lecha Kaczyńskiego – powiedział w piątek prezes PiS Jarosław Kaczyński przed Pałacem Prezydenckim podczas obchodów miesięcznicy smoleńskiej.

 

Kaczyński przemawiał pod Pałacem Prezydenckim podczas obchodów 91. miesięcznicy katastrofy smoleńskiej; jego przemówienie poprzedziła msza św. w warszawskiej archikatedrze św. Jana i Marsz Pamięci.- Jesteśmy coraz bliżej, teraz naprawdę już blisko. Dziś zakończył się konkurs na pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej – zaznaczył Kaczyński.

– Przed nami jeszcze ostateczne rozstrzygnięcia, co do pomnika prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale wiemy już jak, wiemy już gdzie – dodał. – I jestem przekonany, że 10 kwietnia przyszłego roku te pomniki już staną i że będziemy znali prawdę – mówił prezes PiS.

Po Kaczyńskim wystąpił wojewoda mazowiecki Zdzisław Sipiera, który nawiązał do swojej wcześniejszej decyzji w sprawie usunięcia z przestrzeni publicznej stolicysymboli komunistycznych. Jak podkreślił, ten dzień jest dla niego osobiście i dla Warszawy wyjątkowo ważny.

– Od dnia dzisiejszego, a na to czekaliśmy tyle lat, i symbolicznie i prawnie możemy likwidować to, co było symbolem ucisku, symbolem bardzo niedobrych lat, które musieliśmy przeżywać – powiedział wojewoda.

Poinformował, że od piątku „47 nazw ludzi i instytucji, które były symbolem, które określały przez tyle lat nacisk, ucisk, totalitaryzm i komunizm przestało w formie prawnej istnieć”.

Podkreślił, że miał możliwość podpisania tych decyzji, w tym jednej, dla niego osobiście najważniejszej. – Aleja Armii Ludowej przestała istnieć, a w to miejsce będzie Aleja Lecha Kaczyńskiego – oświadczył. Odpowiedziały mu okrzyki: „Lech Kaczyński, pamiętamy”.

Wcześniej w piątek Sipiera poinformował, że w związku z wejściem w życie tzw. ustawy dekomunizacyjnej dotychczasowa m.in. ul. Leona Kruczkowskiego zostanie zmieniona na ul. Zbigniewa Herberta; ulica Sylwestra Bartosika zmieni nazwę na Grzegorza Przemyka, ul. Zygmunta Modzelewskiego – na Jacka Kaczmarskiego, ul. Wincentego Rzymowskiego będzie nazywać się ulicą Przemysława Gintrowskiego, a ul. Antoniego Kacpury (Rembertów) zmieni nazwę na ul. Stefana Melaka.

Ul. Michała Sobczaka będzie nosiła nazwę płk. Władysława Beliny-Prażmowskiego; ul. gen. Sylwestra Kaliskiego – gen. Witolda Urbanowicza, natomiast ul. ppłk. Wacława Witolda Szadkowskiego zmieni nazwę na ul. mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Ul. Małego Franka (Zubrzyckiego) zostanie zmieniona na ul. Danuty Siedzikówny „Inki”, ul. Józefa Lewartowskiego na ul. Marka Edelmana, a ul. Stanisława Wrońskiego na ul. Anny Walentynowicz.

Kaczyński: Polacy powinni wyznaczać dzisiejszej chorej Europie drogę do uzdrowienia

– Musimy zbudować taką Polskę, która będzie zapewniała poczucie, że być Polakiem, to być kimś ważnym, kimś, kto wyznacza dzisiejszej chorej Europie drogę do uzdrowienia i do powrotu do fundamentalnych wartości – podkreślił w piątek prezes PiS Jarosław Kaczyński.

– Stoimy przed wielką szansą, stoimy przed szansą budowy nowej Polski, dobrej zmiany. Szansą budowy Rzeczypospolitej, która będzie rzeczywiście Rzeczypospolitą, która będzie dla wszystkich, która będzie silna, która będzie niepodległa, która będzie godna i która będzie dumna – mówił prezes PiS w wystąpieniu przed Grobem Nieznanego Żołnierza.

Jak zaznaczył, „musimy zwracać się także ku tym, którzy tego wszystkiego, co tutaj powiedziałem nie rozumieją, którzy ciągle w umysłach i duszach noszą rany obydwu wielkich niewoli, tej dziewiętnastowiecznej i tej dwudziestowiecznej”.

– To jedyna droga, by te rocznice nie były tylko uroczystościami, nie były tylko momentami, ale krokami ku takiej Polsce, o której wszyscy marzymy – przekonywał lider PiS.

To Polska, jak dodał Kaczyński, która będzie „dzieciom i wnukom tego pokolenia zapewniała bezpieczeństwo, dobrobyt, siłę, godność i poczucie, że być Polakiem, to znaczy być kimś ważnym”. – To znaczy być kimś, kto w Europie znaczy, to znaczy być kimś, kto wyznacza dzisiejszej chorej Europie drogę do uzdrowienia, drogę do powrotu do fundamentalnych wartości, drogę do powrotu do prawdziwej wolności, drogę do zwycięstwa i umocnienia naszej opartej na chrześcijaństwie cywilizacji – oświadczył.

– Polska ma taką szanse, wykorzystajmy ją – apelował Jarosław Kaczyński.

dziennik.pl

Kurier kaszubski

„… POLACY WINNI BYĆ CZUJNI, BO WOLNOŚĆ NIE JEST DANA RAZ NA ZAWSZE …”

Rozmowa z  Waldemarem Bonkowskim człowiekiem, który nigdy nie wstydził się barw biało-czerwonych, dla którego hymn Polski gra codziennie w telefonie i, który mówi o sobie „Wolny Polak”. Z naszym członkiem Senatu RP o dzisiejszym patriotyzmie rozmawiał Dariusz Tryzna naczelny Kuriera Kaszubskiego.

Dariusz Tryzna: Polska niepodległa, Polska wolna to dla Pana jaka data?

Waldemar Bonkowski: Pierwsza data mówiąca o Polsce wolnej i niepodległej to 11 listopada 1918 r. a druga – 25 października 2015 r., kiedy to Naród wybrał Prawo i Sprawiedliwość i pozbawił władzy PO i PSL, powstrzymując tym samym rabunkowe rządy tych partii. Wbrew temu co mówi prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, tą datą na pewno nie jest 4 czerwca 1989 r., czyli dzień tzw. wyborów kontraktowych –pozwolono wówczas tylko, by do Sejmu weszła około jedna trzecia niezależnych parlamentarzystów, pozostałą większość mandatów objęli komuniści. Jedynie do Senatu nie było ograniczeń i na 100 senatorów znalazło się tam 99 niezależnych. I to był to cały sukces wolnych Polaków – władza w Polsce nadal pozostała w rękach komunistów czyli zalegalizowano jedynie w nowej formule PRL-bis.

 

D.T.: Wydarzenia ostatnich miesięcy  w relacjach Polska – UE pokazują, że hasło „wolność nie jest dana na zawsze, o nią trzeba ciągle walczyć” jest ciągle aktualne. Czy zgodzi się Pan z tym twierdzeniem?

W.B.: Tak, zawsze i wszędzie o tym mówiłem, że Polacy powinni być czujni, bo wolność nie jest dana raz na zawsze. Wrogie siły wobec Polski wciąż istnieją, wystarczy posłuchać wypowiedzi niektórych przywódców unijnych czy państw europejskich. Szczególnie dotkliwi są rodzimi zdrajcy, choć ci istnieli od zawsze, poczynając od najboleśniejszej i najpodlejszej w historii Polski zdrady przez targowiczan a kończąc na zdradzie dokonywanej dla prywatnych korzyści, przywilejów i interesów przez tzw. Totalną opozycję, której reprezentanci donoszą na własną Ojczyznę do Brukseli, atakują Matkę-Polskę, bo dla nich nie ma żadnej świętości, gotowi są służyć „pod każdym butem”, zdradę wyssali z mlekiem matki od pokoleń. Jak zabiegać o wolność? Pracować uczciwie, wychowywać dzieci w patriotyzmie, szacunku do tradycyjnych wartości, chwalebnej przeszłości. Każdy swoją postawą może przeciwstawiać się szerzeniu lewackich ideologii typu gender. Dziś walczy się z tradycją chrześcijańską i widzimy jak Europa traci przez to tożsamość, przez swoją poprawność polityczną straciła instynkt samozachowawczy a w miejsce chrześcijaństwa wdziera się coraz szybciej islam. Wszystko wskazuje na to, że Polacy, podobnie jak w czasie Viktorii Wiedeńskiej  uchronili Europę przed inwazją turecką czy w roku 1920 uratowali Europę przed ”Czerwoną Zarazą”, znów staną się bastionem Europy broniąc jej przed hijrą, najazdem islamistów.

 

D.T.: Jak w takim razie określić tych naszych polityków którzy według nich w obronie demokracji i wolności w Polsce zwrócili się o interwencję do obcych rządów?

W.B.: Jak określić? Rodzimi zdrajcy, potomkowie targowiczan, pachołki moskiewskie i sługusy Niemiec. To nie są inwektywy, lecz stwierdzenie faktów. To nie są prawdziwi Polacy. Totalna opozycja nie jest żadną partią polityczną, bo partie mają swoją ideologię i program a to jest konglomerat grup interesów i ‘geszefciarzy’. Dla nich państwo narodowe nie istnieje. Czują się raczej Europejczykami a nawet obywatelami świata.

 

D.T.: Czy ta dzisiejsza walka o niezależną Polskę dotyczy tylko rządzących – polityków  czy też zwykłych obywateli. Jak oni mogą się w nią włączyć, czy, na przykład – mają nie robić zakupów we francuskich czy niemieckich marketach?

W.B.: Ta ciągła walka o niezależną Polskę dotyczy przede wszystkim zwykłych obywateli, bo politycy bywają różni. Potrzeba odważnych obywateli, bo trzeba wciąż jeszcze odkłamywać naszą historię. Ci, którzy czują się Polakami powinni wspierać patriotyzm gospodarczy a wtedy państwo polskie będzie bogate bogactwem swoich obywateli.  Na ile to tylko możliwe, zakupów w obcych supermarketach powinniśmy unikać na rzecz polskich sklepów. Jak słyszymy z mediów, w tych supermarketach towar, owszem, bywa tańszy, ale głównie dlatego, iż ma znacznie niższą jakość niż identyczny towar w sklepach sieciowych na Zachodzie. Niestety, na ten temat lewackie europejskie media milczą.

 

D.T.: Czy według Pana nasz najbardziej widoczny patriotyzm – biało czerwone ubrania czy gadżety podczas zmagań sportowych z udziałem naszych reprezentantów to wystarczający przejaw miłości do naszej ojczyzny, czy też widziałby Pan tu większe zaangażowanie, na przykład – to co zrobili kibice Legii podczas meczu z Kazachstanem?

W.B.: Ta akcja była niezwykle chwalebna i godna podziwu. Takie działania budzą poczucie dumy narodowej, dumy z historii naszej Ojczyzny, w której nie byliśmy agresorami lecz ofiarami, a jednak nie zabrakło nam odwagi i męstwa. Ale to nie wszystko. Bo dobrze, że pokazują się te banery, te komunikaty odkłamujące naszą historię. Docierają one do opinii publicznej w Europie i na całym świecie, często lepiej i skuteczniej niż działania polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Oprawa meczu z Kazachstanem była mocna, ale prawdziwa. Taki właśnie przekaz potrafi wzbudzić reakcję. Te działania obalają mit, w którym fałszywie przedstawia się wszystkich kibiców, nazywając ich obraźliwie „kibolami”. Jestem pewien, że gdyby wróg stanął u naszych bram, to ci właśnie ludzie jako pierwsi zerwaliby się do walki w obronie Ojczyzny. Tak, oni a nie tzw. białe kołnierzyki, co tak chętnie mówią o tolerancji, o miłości do nachodźców. Tacy ludzie w historii zawsze okazywali się „dekownikami”.  Po każdym zwycięstwie są pierwsi w kolejce do przywilejów i korzyści. Przypomnę, że w 1920 r. zaledwie 3% Polaków zaangażowało się czynnie w obronę Ojczyzny, podczas II wojny światowej aktywnie walczących było także niewiele, bo 6%. To byli najlepsi synowie Polski. Dziś niestety jest podobnie, nadal tylko nieliczni zabiegają o Polskę.

 

D.T.: Wiadomo, że patriotyzm wynosi się z domu i szkoły czy według Pana, rodzice i nauczyciele dziś dobrze z tego zadania się wywiązują?

W.B.: Nauczyciele, ci nieliczni, którzy to robią, są dziś nadal szykanowani i wyrzucani z pracy, gdyż całą oświata jest wciąż zdominowana przez post-komunistów i wszystkie ich mutacje. Wiedzę jednak dużą szansę we wprowadzeniu przez państwo nowych podstaw programowych do szkół, powrót do wartościowych lektur, dzieł naszych wieszczów narodowych, do prawdziwej, niezakłamanej historii. Te nowe podstawy programowe uniemożliwią nauczycielom skażonych komunistyczną przeszłością stosowanie dowolności w szkołach publicznych. Podstawy programowe muszą być propaństwowe. Poszanowanie tradycyjnych wartości wynosi się głównie jednak z domu a z tym bywa różnie. Lata komuny zrobiły swoje, także lata PRL-bis, kiedy to narracja płynąca z Zachodu z przekazem podprogowym do świadomości, konsumpcjonizm i znieczulica zatruły psychikę wielu Polaków w ostatnim pokoleniu. Ten proces będzie najtrudniejszy do odwrócenia, wymagało to będzie pracy organicznej na kilka pokoleń. Bo zdeprawować naród można przez jedno pokolenie a żeby  odbudować trzeba co najmniej 200 lat, jak z przysłowiowym angielskim trawnikiem.

D.T.: W ostatnim miesiącu było głośno o Pana wystąpieniu w Senacie z dn. 21.09.2017r. Rozumiem, że dla Pana obrona Polski przed uchodźcami z krajów muzułmańskich jest patriotyzmem.

W.B.: Tak, obrona przed uchodźcami, a raczej zwać ich trzeba nachodźcami, jest patriotyzmem. To powinna robić cała Europa. Zaznaczam po raz kolejny, że pomoc ofiarom wojny powinna być udzielana na miejscu, w ich ojczyznach. Ci ludzie tego oczekują i mówią o tym, proszę obejrzeć niezależne reportaże, jest mnóstwo materiału na ten temat. Europę nachodzą zupełnie inni ludzie, zdrowi młodzi mężczyźni po przeszkoleniu wojskowym, w większości dobrze uposażeni. Czy Polacy po II wojnie światowej i zniszczeniu Warszawy uciekali? Nie, lecz ci, co przeżyli, zakasali rękawy i wzięli się do odbudowy. Po wojnie wyjechali z kraju jedynie ci, którym udało się uciec przed prześladowaniami UB. Polacy wyjeżdżając na Zachód wiedzą, że są gośćmi i jako tacy się zachowują – szanują kulturę, porządek i prawo danego państwa, pracują, odprowadzają podatki, nie dążą do demontażu państwa w którym goszczą, czy narzucania mu swoich praw i religii, jak ma to na przykład miejsce z uchodźcami muzułmańskimi w Szwecji, Niemczech, Francji czy w stolicy Anglii. Mamy wielu obcokrajowców, którzy żyją i pracują spokojnie w naszym kraju, np. Wietnamczycy. Przyjęliśmy ponad 2 miliony Ukraińców, polski Caritas działa na miejscu, np. w Syrii, więc wmawianie nam, że nie chcemy pomagać, jest kłamstwem.

 

D.T.: Za rok 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Co według Pana należałoby zrobić, aby data ta stała się świętem dla całego narodu, aby zniknęły dzielące dziś go podziały.

W.B.: Wierzę, że ten ideał, aby Święto Niepodległości było świętem wszystkich Polaków, jest możliwy do osiągnięcia. Powinien powstać jakiś wspólny symbol, pod którym wszyscy się zjednoczą.  Przychodzi mi na myśl, by na 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości bądź na 100-lecie Bitwy Warszawskiej zwanej Cudem nad Wisłą, zbudowany został potężny łuk triumfalny, np. w miejscu palmy na Rondzie de Gaulle’a, jako przeciwwaga dla Pałacu Kultury – sowieckiej maczugi wbitej w serce Polski. Pod takim symbolem wszyscy Polacy, bez względu na poglądy polityczne,  mogliby się wspólnie gromadzić podczas ważnych polskich świąt narodowych.

D.T.: Dziękuje za rozmowę.

kurier.hekko24.pl

Obywatele RP pod Pałacem Kultury oddali cześć Piotrowi Szczęsnemu

Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-obywatele-rp-pod-palacem-kultury-oddali-czesc-piotrowi-szcze,nId,2463889#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

Obywatele RP w piątek, 10 listopada, pod Pałacem Kultury i Nauk oddali cześć Piotrowi Szczęsnemu, który 19 października podpalił się w ramach protestu i kilka dni później zmarł. Zapowiedzieli jednocześnie, że w grudniu zorganizują kontrmiesięcznicę smoleńską na Krakowskim Przedmieściu.

Uczestnicy manifestacji pod Pałacem Kultury i Nauki/Leszek Szymański /PAP

Obywatele RP zgromadzili się w piątek o godz. 20 pod Pałacem Kultury i Nauki w miejscu, gdzie 19 października podpalił się 54-letni Piotr Szczęsny.

Lider Obywateli RP Paweł Kasprzak w swoim wystąpieniu tłumaczył nieobecność ruchu na Krakowskim Przedmieściu, gdzie odbywały się obchody 91 miesięcznicy smoleńskiej. Są rzeczy ważniejsze niż to, żeby robić na złość (prezesowi PiS Jarosławowi) Kaczyńskiemu –podkreślił.

Jak zaznaczył, konflikt między Obywatelami RP a zgromadzonymi na miesięcznicy „to ostatnia rzecz, w której chcielibyśmy dzisiaj uczestniczyć”.

Podczas zgromadzenia odczytano list, który zostawił po sobie Piotr Szczęsny, a Kasprzak wyrecytował wiersz Czesława Miłosza „Campo di fiori”. Odtworzona została również piosenka zespołu Chłopcy z Placu Broni „Kocham Wolność”.

Kasprzak przywołał też inne osoby, które w przeszłości dokonały samospalenia. Jak dodał „to w takiej samotności rodzi się pragnienie, by krzykiem jak najbardziej rozpaczliwym budzić uśpione ludzkie sumienia”.

Zapowiedział, że Obywatele RP będą uczestniczyć w grudniowej kontrmiesięcznicy 10 grudnia.

Zgromadzeni rozeszli się ok. godz. 21. Pod miejscem, w którym podpalił się Piotr Szczęsny złożyli kwiaty i zapalili znicze.

Według mediów, Piotr Szczęsny przed podpaleniem się rozdawał przechodniom ulotki, na których spisał 15 powodów jego protestu. Ulotki zawierały też wezwanie „do wszystkich Polek i Polaków, tych, którzy decydują o tym, kto rządzi w Polsce, aby przeciwstawili się temu, co robi obecna władza i przeciwko czemu on protestuje”.

rmf24.pl

J.Piłsudski i L.Wałęsa – to dwie postaci XXw jakie zapamięta historia polska – im zawdzięczamy – niepodległość !Mów sobie co chcesz propagando pisowska ONR i Wy do piet im nie dorastacie

Szary Obywatel.

%d blogerów lubi to: