Akuszerem ONR jest PiS

Sobotni marsz ONR w Warszawie odkurzył faszyzm w esencjonalnej postaci. Można zastanawiać się, na ile jest on do powstrzymania? Na pewno trzeba zadać pytanie: dlaczego władze Warszawy dały pozwolenie?

Że ONR jest legalny? Nie satysfakcjonuje mnie. Akuszerem tej postaci faszyzmu, bo to już nie jest żaden nacjonalizm (przedszkole faszyzmu) jest PiS.

Pod władzą PiS faszyzm szbko „dojrzewa”. A wydawało sie, że zniknął z umęczonej stolicy po 1945 roku. Zdjęcia ONR-owców z „heil” są przerażające.

Żadnych pozytywnych nadziei nie można pokładać w policji, bo ta zarządzane przez Mariusza Błaszczaka w sferze rozumu jest mamrotem.

Przekonali sie o tym kontrdemontranci Obywatele RP, w tym jeden starszy siwowłosy obywatel, który był przez policję targany po jezdni i chodniku.

Takie małe ćwiczenie przed miesięcznicami, z których fetor przeniósł się na pobratymców z ONR. To jest zapaskudzona Polska, przegrana na arenie międzynarodowej, niedługo będzie sekowana przez dojrzałe demokracje w ramach wszelkich standardów, które po wyboirach 2015 roku nie są dotrzymywane.

Mała Polska w najgorszym wydaniu. Podkreślam: PiS jest akuszerem tej wólki, tego zatyłkowia.

Więcej >>>

Van i jego Mona

 

Prokurator od Ziobry z przeszłością. MON Macierewicza stoi za jego nominacją

Wojciech Czuchnowski, Justyna Dobrosz- Oracz, 30 kwietnia 2017

Akta sądowe

Akta sądowe (Fot. Tomasz Kamiński / Agencja Gazeta)

Waldemar Puławski, zastępca prokuratora generalnego do spraw wojskowych, ma na koncie zatarty wyrok za spowodowanie wypadku. Niedawno Prokuratura Krajowa badała jego akta z czasów, gdy był adwokatem. Sprawdzała, czy nie toczyły się wobec niego postępowania dyscyplinarne.

Wydany w 2008 r. wyrok Sądu Rejonowego w Ostródzie – 1,5 roku więzienia z  zawieszeniem na dwa lata – jest już zatarty, więc formalnie prok. Puławski jest dzisiaj osobą niekaraną. Jednak zdaniem Kazimierza Olejnika, zastępcy prokuratora generalnego z lat 2003-06, bez względu na zatarcie przed objęciem stanowiska kandydat powinien poinformować o sprawie swoich przełożonych. Pytany o to rzecznik Ministerstwa Sprawiedliwości Sebastian Kaleta, odpowiada: „W dniu powołania [na stanowisko] P. Puławski nie był osobą karaną”.

Do resortu kierowanego przez Zbigniewa Ziobrę wysłaliśmy też pytanie, czy wobec Puławskiego (który do 2015 r. był adwokatem) toczyły się w przeszłości postępowania dyscyplinarne w samorządzie adwokackim. Nie da się tego zweryfikować w Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie, bo dwa miesiące temu akta Puławskiego zabrała z niej Prokuratura Krajowa. Powód? – Zaczęły docierać niepokojące sygnały o jego przeszłości – twierdzi rozmówca z ministerstwa.

Rzecznik resortu zapewnia, że „w dniu powołania nie toczyły się postępowania dyscyplinarne w samorządzie adwokackim” wobec Puławskiego. Jak było wcześniej? Nie wiadomo.

Na odpowiedź resortu czekaliśmy dwa dni. Puławski jest wiceszefem Prokuratury Generalnej ds. wojskowych. W rozmowach ministerstwo i Prokuratura Krajowa mocno podkreślały, że o nominacji na to stanowisko decyduje MON.

Czarny punkt

Prok. Puławski został skazany za „umyślne naruszenie zasad bezpieczeństwa w ruchu lądowym”. Jesienią 2007 r. w spowodowanym przez niego wypadku ciężko ranna została pasażerka BMW 7, którym kierował. Prosi o zachowanie jej nazwiska do wiadomości redakcji. W tym czasie od kilku lat prowadziła z Puławskim wspólną działalność prawniczą. Łączyła ich też relacja osobista – byli w związku partnerskim.

Twierdzi, że z powodu traumy nie jest w stanie rozmawiać. W śledztwie mówiła, że feralnego dnia jechali z Warszawy do Gdańska w sprawach służbowych. – Puławski kierował, pędził, choć nie musiał się spieszyć. Na parę chwil przed wypadkiem coś ją tknęło i poprosiła, żeby zwolnił. Wydawało jej się, że czuje zapach benzyny, on miał powiedzieć, że to od ciężarówki, którą chciał wyprzedzić – opowiada osoba z jej rodziny.

Pod Ostródą w miejscowości Rychnowo jest „czarny punkt” (w 2006 r. było tam 19 zabitych i 57 wypadków, w 2011 – już 28 zabitych i 85 wypadków), podwójna linia ciągła, zakaz wyprzedzania i ograniczenie prędkości do 70 km/godz. Adwokat wyprzedzał ciężarówkę. Na liczniku BMW było ok. 160 km/h. Na mokrej drodze kierowca stracił panowanie, auto wpadło w poślizg, wyleciało z zakrętu i dosłownie owinęło się o drzewo. Uderzyło w nie bokiem, od strony pasażerki, która cały impet wzięła na siebie. Dodatkowo przy uderzeniu wpadł jeszcze na nią Puławski, który nie miał zapiętych pasów.

Puławski wyszedł z wypadku z lekkimi obrażeniami. Pasażerka przez dwa miesiące nieprzytomna walczyła o życie. Rehabilitacja trwała kilka lat, skutki obrażeń prawniczka odczuwa do dzisiaj.

W śledztwie i podczas procesu nie przystąpiła do sprawy jako oskarżyciel posiłkowy. Jak mówi, chroniła Puławskiego przed odpowiedzialnością. Po procesie adwokat zakończył ich związek oraz współpracę zawodową. – Nie otrzymała od niego żadnego wsparcia ani zadośćuczynienia – podkreśla cytowany już rozmówca.

Obrońca Sumlińskiego

Waldemar Puławski (rocznik 1957) karierę prawniczą zaczynał w 1984 r. jako prokurator. Był nim do 1992 r. Najwyższe stanowisko, jakie w tym czasie zajmował: naczelnik wydziału w warszawskiej prokuraturze wojewódzkiej. Potem przez 24 lata był adwokatem.

Do kręgu zaufanych prawników prawicy wszedł na początku lat 90. Współpracował ze Zbigniewem Romaszewskim przy weryfikacji prokuratury. Po upadku pierwszego rządu PiS (w 2007 r.) klientem Puławskiego został Wojciech Sumliński, prawicowy dziennikarz oskarżony o udział w korupcji przy weryfikacji WSI (uniewinniony w grudniu 2015 r.). Puławski bronił go, a w wywiadzie dla wPolityce.pl mówił, że w całej sprawie przeciwko Sumlińskiemu chodziło o „uderzenie w Antoniego Macierewicza”.

MON Macierewicza stoi za nominacją

To właśnie Macierewicz stoi za nominacją Puławskiego na zastępcę Ziobry ds. wojskowych. Po objęciu MON przez Macierewicza Puławski został w resorcie szefem departamentu kadr i firmował pierwsze czystki personalne. Jego córka Konstancja (pomagała przy sprawie Sumlińskiego) dostała posadę w radzie nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Jak policzyło oko.press, na kierowniczych stanowiskach w 30 spółkach PGZ pracuje ponad 100 osób związanych z Macierewiczem.

Do zawodu prokuratora Puławski wrócił w kwietniu 2016 r., a w maju tego samego roku został zastępcą Ziobry ds. wojskowych. Rekomendował go MON. Puławski podpisał się m.in. pod decyzjami o przeniesieniu prokuratorów prowadzących śledztwo smoleńskie do jednostek liniowych wojska. Dba też o to, by podlegający mu prokuratorzy wszczynali śledztwa z doniesień Macierewicza i podlegających mu służb. To Puławski nakazał prowadzić umorzone wcześniej postępowanie w sprawie umowy pomiędzy SKW i FSB, w którym zarzuty dostali dwaj b. szefowie SKW, a ostatnio jako świadka przesłuchiwano b. premiera Donald Tuska.

We wspomnianym wywiadzie udzielonym tuż przed wyborami wygranymi przez PiS, a już po prezydenckim zwycięstwie Andrzeja Dudy, Puławski deklarował się jako zwolennik programu tej partii. Jak mówił :”Jeśli wybory zostaną wygrane przez PiS większością głosów, która pozwoli na sformowanie rządów jednej partii, tzn. PiS, i będą realizowane obietnice Pani Beaty Szydło oraz Pana Prezydenta Dudy, jest szansa na uzdrowienie wymiaru sprawiedliwości w całym tego słowa znaczeniu, ze wszystkimi jego ogniwami – Prokuraturą, Policją, służbami i oczywiście sądownictwem”.

wyborcza.pl

Beata Szydło ma nowego ministra. Zajmie się budową Centralnego Portu Lotniczego

30.04.2017
Beata Szydło właśnie utworzyła w swojej kancelarii nowe stanowisko. Pełnomocnik rządu ma się zająć budową Centralnego Portu Lotniczego, który stał się dla PiS jedną ze sztandarowych inwestycji. Nie wiadomo jeszcze kto będzie pełnił tę funkcję.

 

Budowa Centralnego Portu Lotniczego to coraz poważniejsze przedsięwzięcie. Skąd ten wniosek? Właśnie powołano ministra, który ma się tym zajmować. Rozporządzenie Beaty Szydło tworzące to stanowisko opublikowano właśnie w Dzienniku Ustaw (jako pierwsi zauważyli je dziennikarze 300polityka.pl). Nie wiadomo jeszcze, kto zajmie to stanowisko, ale rozporządzenie określa zasady pracy nowego urzędnika.

Choć mamy dzisiaj w rządzie Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa, minister ds. lotniska będzie urzędnikiem Kancelarii Premiera w randze sekretarza stanu. Ma też ściśle współpracować z Polskim Funduszem Rozwoju, który z kolei podlega Mateuszowi Morawieckiemu. Także z kierowanego mu Ministerstwa Rozwoju mają pochodzić środki na działanie pełnomocnika.

 

Czym ma się zajmować nowo powołany urzędnik? Przede wszystkim opracowywaniem analiz, przygotowywaniem projektu założeń inwestycji, a także wypracowywaniem zmian w prawie, które będą miały ułatwić budowę inwestycji. Wydaje się, że równie dobrze mogliby to robić urzędnicy Ministerstwa Infrastruktury, ale być może uznano, że powołując nowego urzędnika ekipa PiS pokaże, jak bardzo zależy jej na inwestycji. Hiszpanom analogiczny projekt się nie udał, ale to nie zraża polityków PiS.

wp.pl

Szonert-Binienda i Nowosielska: hakerstwo na Polsce

Szonert-Binienda i Nowosielska: hakerstwo na Polsce

Maria Szonert-Binienda nie jest kimś wyjątkowym na tle pisowskiej czeredy, a wręcz jest tłem dla czegoś wyjątkowego. Jej czyny duchowe – na razie nie są rzeczywiste – w postaci widzenia Donalda Tuska w mundurze SS czy też Radosława Sikorskiego dyndającego na szubienicy – są wyjęte z atmosfery PiS.

Wszak Szonert-Binienda zilustrowała słowa Jarosława Kaczyńskiego, iż Tusk jest niemieckim pachołkiem, a główny ideolog prezesa Zdzisław Krasnodębski nawet miłosiernie proponował, aby szef Rady Europejskiej przyjął obywatelstwo niemieckie.

Czym zresztą różni się Tusk w mundurze SS od Tuska w mundurze dziadka z Wehrmachtu? Napiszę tak: Szonert-Binienda nie wyprze się swojego skoligacenia z PiS. O tym może poświadczyć jej „rodzony” mąż Wiesław Binienda, który tyle lat w zespole Macierewicza wyżymał swój lichy umysł, aby dowieść winy Tuska. Żona teraz dokonuje egzekucji.

Szonert-Binienda zamiast wystawić pierś do chwały i do jakiegoś medalu za waleczność oraz za patriotyzm pisowski wypiera się swojej twórczości i ceduje na rzecz jakiegoś hakera. To ile lat ten haker obsługiwał jej konto? Czy aby ten haker to nie Maria Szonert-Binienda albo jej „rodzony” mąż Wiesław, który bez hakera trudnił się hakowaniem rozumu?

Hakerstwo Biniendów to znamię PiS. Acz Szonert-Biniendę można posądzić o plagiat. Jej poprzedniczka Beata Nowosielska z Ministerstwa Środowiska chciała Donalda Tuska witać szubienicą i kajdankami, gdy ten zjawił się w Warszawie, aby stawić się w prokuraturze.

Nowosielska to pre-Szonert-Binienda albo inaczej: Szonert-Binienda to post-Nowosielska. Choć nie chcę rozstrzygać, kto ma pierwszeństwo w wieszaniu Tuska, czy też w mundurze SS dla Tuska, czy też dla Sikorskiego, wiem, że w tym chorym pojedynku o pierwszeństwo sekundantem jest Jarosław Kaczyński.

Prezes PiS jako arbiter przygląda się, jak trup ściele się gęsto. Pre-Szonert Nowosielska zapłaciła stanowiskiem w ministerstwie, przestała być dyrektorem departamentu, wypadła też z rady nadzorczej czegoś tam. O tym wiemy, o reszcie – nie. A nasza wiedza o takich przypadkach, jak Nowosielska i Szonert-Binienda jest szczątkowa, jak to lubią grafomani nazywać: obydwie i ich czyny są wierzchołkiem góry lodowej.

Bo tak naprawdę ani Nowosielską, ani Szonert-Biniendę nie spotka żadna krzywda. Działa syndrom Misiewicza. Jak nie tu się przesadzi tę szemraną postać, to gdzie indziej. Szonert-Biniendę widziano w Toruniu na forum unijnym, a Nowosielską w Tucznie w słynnej stodole ministra Szyszki, gdzie odbywa się międzynarodowa konferencja i gdzie Nowosielska przywieziona została limuzyną ministra.

Szonert-Binienda i Nowosielska to esencja PiS. I nie one zostały zhakowane, czy też ich konta na portalach społecznościowych. To takimi postaciami Polska została zhakowana, taki jest abordaż PiS.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Burza po słowach Macrona. „Polska jest traktowana na Zachodzie jak wycieraczka”

30.04.2017

Emmanuel Macron© Eliot – Polska jest traktowana na Zachodzie trochę jak wycieraczka, którą można używać w kampanii wyborczej – powiedział w programie „Woronicza 17” w TVP Info Adam Andruszkiewicz z Kukiz’15. Odniósł się w ten sposób do słów kandydata na prezydenta Francji Emmanuela Macrona, który stwierdził, że będzie domagał się nałożenia sankcji na Polskę.

W wywiadzie dla regionalnej gazety „Voix du Nord”, kandydat na prezydenta Francji Emmanuel Macron stwierdził, że będzie domagał się nałożenia sankcji na Polskę za „brak szacunku dla wartości Unii Europejskiej”. – W ciągu trzech miesięcy po moim wyborze, zapadną pewne decyzje w sprawie Polski. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Nie możemy tolerować tego, że jakiś kraj, będący w Unii Europejskiej, rozgrywa różnice kosztów pracy i narusza wszystkie zasady UE, nie ma szacunku dla wartości Unii Europejskiej – mówił Macron w wywiadzie dla „Voix du Nord”.

„Polska traktowana jak wycieraczka”

W programie „Woronicza 17” w TVP Info Adam Andruszkiewicz z Kukiz’15 ocenił, że „działania polityki zagranicznej spowodowały, że Polska jest traktowana na Zachodzie trochę jak wycieraczka, którą można używać w kampanii wyborczej”. – W Polsce nic złego się nie dzieje. Złe rzeczy dzieją się we Francji. Spójrzmy na ulice Paryża, Marsylii. Tam są zamachy, są gwałcone kobiety – dodał polityk.

Z kolei Jan Grabiec z PO stwierdził, że słowa Macrona nie powinny paść, ale są one wynikiem prowadzonej kampanii wyborczej. – To, że padają takie słowa, wynika z pozycji międzynarodowej polskiego rządu. Ministrowie rządu PiS-u, którzy wytykali Francuzom, że nie umieli jeść widelcem, ministrowie, którzy z momencie kiedy Francję dotykały zamachy wytykali Francuzom, że źle używają kredek. Te wypowiedzi sprawiają, że stosunki są napięte – przekonywał polityk PO.

msn.pl

Policja chroniła ONR przed protestującymi. Są nagrania i zdjęcia z brutalnych interwencji

WB, 30.04.2017

Marsz ONR w Warszawie

Marsz ONR w Warszawie (Czarek Sokolowski (AP Photo/Czarek Sokolowski))

Kordon policji odgradzał marsz promującego totalitaryzm ONR-u od grupy protestujących. Na zdjęciach i nagraniach widać, że funkcjonariusze traktowali brutalnie nawet osoby starsze.

Członkowie Obozu Narodowo-Radykalnego, skrajnie nacjonalistycznej organizacji, przemaszerowali ulicami Warszawy. – Od ostatniego roku organizacja się rozwinęła, więc może być głośniej niż w Białymstoku – mówił jeszcze przed marszem rzecznik ONR. Samo wydarzenie nie było specjalnie nagłośnione w mediach, tłumaczono to faktem, że ‚jest to wydarzenie przede wszystkim dla członków organizacji’. Zorganizowano je w związku z 83. rocznicą założenia ONR.

Krzyż, flagi i okrzyki „Śmierć wrogom ojczyzny”. Marsz ONR w centrum Warszawy. Nie udało się go zablokować >>>

Na trasie przemarszu pojawiła się grupa protestujących, która próbowała utworzyć blokadę jednak policja torowała drogę członkom ONR. Wzdłuż jednej z ulic, którą szedł marsz, Obywatele RP rozwinęli transparent z napisem „Granice przyzwoitości” i byli dłuższy czas szczelnie otoczeni przez policję. Uczestnicy marszu krzyczeli: „Stolica Polaków nie chce lewaków”, „Znajdzie się kij na lewacki ryj”, „Śmierć wrogom ojczyzny” czy „My nie chcemy tu islamu, terrorystów, muzułmanów”.

Na nagraniach z kontrmanifestacji widać, że funkcjonariusze używali siły wobec protestujących, również osób starszych. Brutalną interwencję przeprowadzono m.in. wobec starszego mężczyzny.

Światowe media o polskiej policji

O brutalności polskich funkcjonariuszy napisała agencja AP, a za nią chociażby „The Washington Post” i „Daily News”. „Policja w Polsce użyła siły, by usunąć protestujących, którzy próbowali zablokować marsz nacjonalistów” – czytamy w depeszy.

„Policja zatrzymała i założyła kajdanki kilku osobom ponieważ nie mieli oni zgody na kontrmanifestację (…). Użyto też siły wobec dziennikarzy, którzy informowali o przebiegu demonstracji” – relacjonuje agencja.. Zdaniem AP, reporterzy byli popychani i kopani

Zobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na Twitterze

Tak policja pomagała nam zablokować marsz ONR spod znaku falangi

Episkopat swoje, a księża swoje

AP stwierdza również, że ONR to organizacja „wspierana przez nacjonalistyczny rząd”. Tymczasem wielu komentatorów przypomniało niedawny manifest Kongresu Episkopatu Polski, który potępił nacjonalizm.

Za niedopuszczalne i bałwochwalcze uznać należy wszelkie próby podnoszenia własnego narodu do rangi absolutu, czy też szukanie chrześcijańskiego uzasadnienia dla szerzenia narodowych konfliktów i waśni. Miłość do własnej ojczyzny nigdy bowiem nie może być usprawiedliwieniem dla pogardy, agresji oraz przemocy

– czytamy w dokumencie biskupów, którzy jasno stwierdzają, że nacjonalizm jest „postawą niechrześcijańską”, a patriotyzm musi być „postawą otwartą” „bez przemocy i pogardy”.

Jednocześnie aktywny w mediach społecznościowych ks. prałat Roman Kneblewski, proboszcz jednej z bydgoskich parafii wrzucił na Twittera zdjęcie z manifestacji i opatrzył je komentarzem: „Dzisiaj ONR w Wawie. Serce rośnie!”.

Policja nie będzie uczyć się o symbolu nacjonalistów. Powód? MSW ma kuriozalne wytłumaczenie…

http://www.gazeta.tv/plej/19,103168,20198616,video.html

gazeta.pl

Szonert-Binienda i Jabłońska: hakerstwo na Polsce

Maria Szonert-Binienda nie jest kimś wyjątkowym na tle pisowskiej czeredy, a wręcz jest tłem dla czegoś wyjątkowego. Jej czyny duchowe – na razie nie są rzeczywiste – w postaci widzenia Donalda Tuska w mundurze SS, czy też Radosława Sikorskiego dyndającego na szubienicy – są wyjęte z atmosfery PiS.

Wszak Szonert-Binienda zilustrowała słowa Jarosława Kaczyńskiego, iż Tusk jest niemieckim pachołkiem, a główny ideolog prezesa Zdzisław Krasnodębski nawet miłosiernie proponował, aby szef Rady Europejskiej przyjął obywatelstwo niemieckie.

Czym zresztą różni się Tusk w mundurze SS od Tuska w mundurze dziadka z Wehrmachtu. Napiszę tak: Szonert-Binienda nie wyprze sie swojego skoligacenia z PiS. O tym może poświadczyć jej „rodzony” mąż Wiesław Binienda, który tyle lat w zespole Macierewicza wyżymał swój lichy umysł, aby dowieść winy Tuska. Żona teraz dokonuje egzekucji.

Szonert-Binienda zamiast wystawić pierś do chwały i do jakiegoś medalu za waleczność oraz za patriotyzm pisowski wypiera się swojej twórczości i ceduje na rzecz jakiegoś hakera. To ile lat ten haker obługiwał jej konto? Czy aby ten haker to nie Maria Szonert-Binienda, albo jej „rodzony” mąż Wiesław, który bez hakera trudnił się hakowaniem rozumu?

Hakerstwo Biniendów to znamię PiS. Acz Szonert-Biniendę można posądzić o plagiat. Jej poprzedniczka Beata Nowosielska z Ministerstwa Środowiska chciała Donalda Tuska witać szubienicą i kajdankami, gdy ten zjawił się w Warszawie, aby stawić się w prokuraturze.

Nowosielska to pre-Szonert-Binienda, albo inaczej: Szonert-Binienda to post-Nowosielska. Choć nie chcę rozstrzygać, kto ma pierwszeństwo w wieszaniu Tuska, czy też w mundurze SS dla Tuska, czy też dla Sikorskiego, wiem, że w tym chorym pojedynku o pierwszeństwo sekundantem jest Jarosław Kaczyński.

Prezes PiS jako arbiter przygląda się, jak trup ściele się gesto. Pre-Szonert Nowosielska zapłaciła stanowiskiem w ministerstwie, przestała być dyrektorem departamentu, wypadła też z rady nadzorczej czegoś tam. O tym wiemy, o reszcie – nie. A nasza wiedza o takich przypadkach, jak Nowosielska i Szonert-Binienda jest szczątkowa, jak to lubią grafomanii nazywać: obydwie i ich czyny są wierzchołkiem góry lodowej.

Bo tak naprawdę ani Nowosielską, ani Szonert-Biniendę nie spotka żadna krzywda. Działa syndrom Misiewicza. Jak nie tu się przesadzi tę szemraną postać, to gdzie indziej. Szonert-Biniendę widziano w Toruniu na forum unijnym, a Nowosielską w Tucznie w słynnej stodole ministra Szyszki, gdzie odbywa się międzynarodowa konferencja i gdzie Jabłońska przywieziona została limuzyną ministra.

Szonert-Binienda i Nowosielska to esencja PiS. I nie one zostały zhakowane, czy też ich konta na portalach społecznościowych. To takimi postaciami Polska została zhakowana, taki jest abordaż PiS.

Chciała szubienicy dla Tuska. Pojechała z ministrem Szyszko na międzynarodową konferencję w Tucznie

Beata Nowosielska chciała witać Donalda Tuska „kajdankami i szubienicą”. Ministerstwo Środowiska odcięło się wtedy od jej poglądów. Informowało, że złożyła rezygnację z pracy i stanowiska dyrektora w resorcie. Dziennikarze OKO.press spotkali ją na międzynarodowej konferencji, która odbywała się przed majówką we włościach Szyszki w Tucznie i w hotelu w Pile

„Pan mnie atakuje! Ja jestem osobą prywatną, przyjechałam sobie tutaj, natomiast pan mnie nagabuje” – krzyczała do dziennikarzy OKO.press Nowosielska. I usiłowała napuścić na nich ochroniarza, twierdząc, że „przyszła tutaj na chwilę porozmawiać” i została zaatakowana.

Reporterzy OKO.press chcieli zapytać byłą dyrektor Departamentu Edukacji i Komunikacji w Ministerstwie Środowiska, kto zaprosił ją na międzynarodową konferencję, którą resort zorganizował tuż przed majówką, w Hotelu Gromada w Pile i w posiadłości Jana Szyszki w Tucznie.

W czwartek, 27 kwietnia br., Nowosielska przyjechała do Piły limuzyną ministra. W piątek pomagała urzędnikom resortu w przygotowaniach w „stodole” Szyszki w Tucznie. Wstęp do niej mieli tylko współpracownicy ministra i goście zaproszeni przez resort.

„Jest Pani tutaj prywatnie? Nie jest Pani razem z grupą z ministerstwa? Nie było Pani wczoraj w Tucznie?” – dopytywali Nowosielską w sobotę, w lobby Hotelu Gromada, dziennikarze OKO.press.

„Proszę pana, to nie jest pana sprawa!” – wykrzykiwała była urzędniczka resortu.

„Henryko, zapraszam bo mamy jedną rzecz do załatwienia” – odciągnął ją od reporterów jeden ze współpracowników Szyszki, udając, że Nowosielska to nie Nowosielska.

28 kwietnia 2017 roku, Tuczno. Beata Nowosielska (z lewej) pomaga w przygotowaniach do przyjęcia zagranicznych gości w „stodole” Jana Szyszki. Fot. OKO.press

Przechodziła z tragarzami

O międzynarodowej konferencji, którą Ministerstwo Środowiska zorganizowało tuż przed majowym weekendem, pisaliśmy na portalu OKO.press w piątek, 28 kwietnia. Zaproszono na nią przedstawicieli państw grupy wschodnioeuropejskiej Narodów Zjednoczonych (EEG). Resort niemal do ostatniej chwili trzymał ją w tajemnicy przed mediami.

Spotkania w ramach konferencji odbywały się w hotelu w Pile, na terenie “Krzywdy” – prywatnego obiektu badawczego Jana Szyszki i w końcu w jego prywatnej stacji badawczej D&B w Tucznie (którą w oświadczeniach majątkowych minister od lat opisuje jako „stodołę”).

Beata Nowosielska w Hotelu Gromada w Pile, gdzie odbywała się pierwsza część konferencji ministerstwa i gdzie nocowali jej goście. Fot. OKO.press

Na Nowosielską reporterzy OKO.press natknęli się już w pierwszym dniu konferencji, w czwartek 27 kwietnia. Podjechała pod Hotel Gromada w Pile limuzyną ministra. W piątek znów spotkali ją w hotelu, gdy jadła śniadanie w gronie współpracowników Szyszki. A później w Tucznie, gdy przenosiła materiały konferencyjne z samochodu do „stodoły” Szyszki.

Biuro prasowe ministerstwa na nasze pytania o pobyt Nowosielskiej w Pile i w Tucznie odpowiedziało błyskawicznie:

„informujemy, że Pani Beata Nowosielska nie świadczy pracy w ministerstwie środowiska. W związku z tym pytania dotyczące Pani Nowosielskiej prosimy kierować bezpośrednio do niej”.

Podobnej odpowiedzi w rozmowie z reporterami OKO.press udzielił rzecznik resortu Paweł Mucha. Ale – jak już wspomnieliśmy – Nowosielska nie chciała z nami rozmawiać.


Przeczytaj też:

Wielki świat w stodole Szyszki. Międzynarodowa konferencja na włościach ministra. OKO.press tam było

PATRYK SZCZEPANIAK  28 KWIETNIA 2017


Kariera hejtera 

O tym, że Nowosielska może być w Tucznie, nasi informatorzy z ministerstwa, mówili nam już przed konferencją. Według ich relacji, o imprezie mówiono niemal otwarcie jak o majówce organizowanej przez ministra dla najbliższych współpracowników. A Nowosielska, ich zdaniem, „traktowana jest jak członek rodziny Szyszków”.

Do resortu trafiła po tym jak Szyszko objął funkcję ministra. Wcześniej pracowała w Macro Cash and Carry Poland jako „junior category manager cosmetics & detergents”, a następnie w Jeronimo Martins (właściciel sklepów Biedronka) jako specjalista ds. zakupów. W 2014 roku została radną PiS w warszawskiej dzielnicy Wesoła. W oświadczeniu majątkowym podawała wówczas, że jest zatrudniona w Internetowym Domu Mediowym Net jako „office maneger”.

W 2014 roku, gdy startowała w wyborach samorządowych, rekomendacji udzielili jej Jan Szyszko i jego żona – Krystyna, radna Wesołej. „Nasz komitet stawia na młodych i odpowiedzialnych ludzi.

Polecamy Panią Beatę jako osobę, która odzwierciedla najlepsze cechy swojego pokolenia, cenimy w niej przede wszystkim dynamiczność i upór w dążeniu do celu” – przekonywali.

W 2016 roku, po objęciu funkcji w Ministerstwie Środowiska, Nowosielska zrezygnowała z mandatu radnej.


Przeczytaj też:

Szubienica dla Tuska to „prywatna opinia”, twierdzi urzędniczka. OKO.press zarejestrowało inne jej „opinie”

AGATA SZCZĘŚNIAK  21 KWIETNIA 2017


15 kwietnia 2017 roku, na Facebooku, na stronie wydarzenia „Powitajmy Tuska tak, jak na to zasługuje”, założonej przez prawicowego dziennikarza, Cezarego Gmyza, napisała:

„Powitanie dla Tuska? Kajdanki i szubienica”.

Jak ujawniły później media – także OKO.press – urzędniczka od dłuższego czasu zamieszczała w internecie wulgarne i chamskie wpisy; wyzywała i obrażała polityków opozycji.

Ministerstwo Środowiska najpierw wydało oświadczenie, że: „Poglądy Pani Beaty Nowosielskiej, jak i sposób ich wyrażania w portalach społecznościowych, nie są stanowiskiem Ministerstwa Środowiska.

Poglądy te stanowią wyłącznie prywatną opinię Pani Nowosielskiej. Ministerstwo Środowiska wyraża dezaprobatę dla tego typu wypowiedzi w przestrzeni publicznej.”

A dzień później – 21 kwietnia br., poinformowało, że „złożyła (ona) rezygnację z pełnionych w Ministerstwie Środowiska funkcji”.

 

oko.press

Chciała „kajdanek i szubienicy” dla Tuska, nadal jest w otoczeniu ministra. „Jeździ jego limuzyną”

WB, 30.04.2017

Jan Szyszko, Beata Nowosielska

Jan Szyszko, Beata Nowosielska (Agencja Gazeta / facebook.com/events/1389688917764572)

Dyrektorka departamentu w Ministerstwie Środowiska zrezygnowała z pracy po skandalu związanym z jej wulgarnymi wpisami w sieci. Nadal jest jednak w bliskim otoczeniu Jana Szyszki.

 

Beata Nowosielska była dyrektorem Departamentu Edukacji i Komunikacji w resorcie Jana Szyszki. Ostatnio „zasłynęła” swoim wpisem, jaki popełniła na Facebooku przy okazji przyjazdu Donalda Tuska na przesłuchanie do prokuratury. Komentując wydarzenie „Powitajmy Tuska tak jak na to zasługuje”, które założył korespondent TVP Cezary Gmyz, Nowosielska napisała:”Powitanie dla Tuska? Kajdanki i szubienica”.

Po tym, jak nagłośniliśmy sprawę wulgarnych wpisów na Twitterze, Nowosielska złożyła rezygnację z pełnionych w resorcie funkcji. Krótko później Minister Środowiska wycofał wyznaczenie jej na stanowisko przewodniczącej Rady Nadzorczej Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Toruniu.

„Jestem osobą prywatną!”

Okazuje się jednak, że Nowosielska nie zniknęła z otoczenia ministra Jana Szyszki. Dziennikarze OKO.press widzieli byłą dyrektorkę podczas konferencji organizowanej w Hotelu Gromada w Pile oraz w posiadłości Szyszki w Tucznie. Kiedy próbowali z nią rozmawiać, ta miała zacząć krzyczeć. – Pan mnie atakuje! Ja jestem osobą prywatną, przyjechałam sobie tutaj, natomiast pan mnie nagabuje – przytacza serwis. Kobieta miała również powiedzieć, że „przyszła tutaj na chwilę” i chciała zasłonić się dziennikarzem.

Zdaniem OKO.press, Nowosielska przyjechała do Piły limuzyną ministra, a w słynnej „stodole” Szyszki pomagała w przygotowaniach do konferencji. „Wstęp do niej mieli tylko współpracownicy ministra i goście zaproszeni przez resort” – czytamy.

.@donaldtusk @MinSrodowiska „Pan mnie atakuje!” – krzyczała do dziennikarzy http://OKO.press  Nowosielska. I chciała napuścić na nich ochroniarza. @MinSrodowiska

.@donaldtusk @MinSrodowiska W czwartek Nowosielska przyjechała do Piły limuzyną ministra. W piątek pomagała urzędnikom w przygotowaniach w „stodole” Szyszki w Tucznie. pic.twitter.com/Mv2nqwsemT

Zobacz obraz na Twitterze

Podobna sytuacja miała miejsce dzień później w hotelu. Była urzędniczka krzyczała do dziennikarza, że jej obecność na konferencji „to nie jest jego sprawa”. Co najzabawniejsze, jeden z pracowników resortu usiłował udawać, że Nowosielska to wcale nie Nowosielska. – Henryko, zapraszam, bo mamy jedną rzecz do załatwienia – mówił, odciągając kobietę od dziennikarzy.

Radna polecana przez Szyszkę

Była dyrektorka Departamentu Edukacji i Komunikacji w resorcie Jana Szyszki znała ministra znacznie wcześniej. Przed objęciem stanowiska w resorcie była radną PiS w warszawskiej Wesołej. W tej samej Radzie Dzielnicy zasiada w tej kadencji Krystyna Szyszko, żona ministra środowiska. Małżeństwo Szyszków rekomendowało Nowosielską w wyborach do Rady: „Polecamy Panią Beatę jako osobę, która odzwierciedla najlepsze cechy swojego pokolenia, cenimy w niej przede wszystkim dynamiczność i upór w dążeniu do celu”.

„Ustawa jest dobra, ludzie są źli”. Wiec w obronie ministra Szyszki przed Sejmem

http://www.gazeta.tv/plej/19,114927,21538316,video.html

gazeta.pl

Polityk PO radzi PiS-owi. „Budujcie więzienia, bo to się naprawdę przyda”

30.04.2017

Posiedzenie Sejmu© DAMIAN

– Zrobimy wszystko, żeby z PiS-em wygrać. Najpierw za 1,5 roku w wyborach samorządowych będzie silna lista opozycji z Platformą Obywatelską – powiedział w „Kawie na ławę” w TVN24 Sławomir Neumann z PO.

– Sondaże dają dzisiaj dużą nerwowość w PiS, bo ta wiara w słowa prezesa Kaczyńskiego, że rządzić będą do 2031 roku… okazuje się, że dla wielu ludzi w PiS 2031 rok przyjdzie za 2,5 roku, bo wtedy skończą się ich rządy – powiedział Sławomir Neumann w „Kawie na ławę” w TVN24. – Zaczęli się zastanawiać, że to notoryczne łamanie prawa, którego dokonują prawie dzień w dzień skończy się dla nich w prokuraturze, już przygotowanej przez ministra Ziobrę i w więzieniach, które chcecie wybudować. Budujcie, bo to się naprawdę przyda – dodał szef klubu PO zwracając się do sekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości Michała Wójcika.

Sondaż dla „Wiadomości”

Przypomnijmy, że z ostatniego sondażu pracowni Kantar Public na zlecenie „Wiadomości” i TVP Info wynika, że gdyby wybory odbyły się w najbliższą niedzielę, Prawo i Sprawiedliwość uzyskałoby poparcie 31 proc. badanych. Z kolei na Platformę Obywatelską zagłosowałoby 29 procent ankietowanych. Sondaż przeprowadzono 28 kwietnia na próbie tysiąca Polaków.

msn.pl

Marcin Kącki

Faszyzm w czarnych rękawiczkach

30 kwietnia 2017

Marsz ONR w Warszawie

Marsz ONR w Warszawie (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Nie ma znaczenia, ilu było w sobotę ONR-owców na ulicach Warszawy. Ważne, że szli po raz pierwszy kordonem z asystą policji, czyli państwa. A policja, która usuwała z ich drogi protestujących, dała jasny sygnał: precz od faszystowskich poglądów.

Około tysiąca członków i sympatyków z ONR przeszło w sobotę ulicami Warszawy. Jeden obraz z tego marszu utkwił we mnie i nie opuszcza.

ONR świętował w Warszawie rocznicę swojego powstania. „Polska to kraj króla Ubu”

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21748702,video.html

Młody, niewysoki mężczyzna ma grzywkę zaczesaną pieczołowicie, równiutki przedziałek, krawat pod białym kołnierzykiem. Białe mankiety świecą spod czarnego płaszcza, a na rękawie zielona opaska z falangą, symbolem Obozu Narodowo-Radykalnego. Na twarzy powaga, dumnie uniesione brwi. Czyta odezwę o odrodzeniu się ONR, o jego wzrastającej sile.

Kartkę trzyma w czarnych, grubych, skórzanych rękawiczkach, które dopełniają pedantyzmu przerażającej estetyki. Nie wiem, dlaczego młody z ONR je włożył, jako jedyny, bo na marszu w Warszawie zimno nie było. Ale efekt osiągnął – mam dreszcze, ilekroć na niego patrzę.

Marsz ONR w Warszawie

Marsz ONR w Warszawie Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta

Bo te skórzane rękawiczki, obok czarnej swastyki na czerwonym tle, były chyba najczęstszym motywem estetyki faszyzmu na historycznych zdjęciach, ale i w popkulturze – od „Cabaretu” Boba Fossa, po metafory z kosmicznych filmów George’a Lucasa czy Quentina Tarantino.

Skórzane rękawiczki są dopełnieniem doskonałości u tego młodego chłopaka i tak brzmi jego przekaz: jestem doskonały i chcę was uczynić na swój wzór.

W latach 30. XX wieku młodzi z ONR wyganiali z uczelni żydowskich studentów, siali nienawiść, by w końcu trafić do lamusa po decyzji władz sanacyjnych o ich delegalizacji.

W programie mieli wykluczenie, pogardę dla inności, bezwarunkową dyscyplinę opartą na fałszywej symbolice wyższości.

W latach 40. na tych samych ulicach stolicy hitlerowcy wcielali w życie ich hasła, mordując Żydów – podludzi.

To, że w kwietniu 2017 r. spadkobiercy tamtego ONR, z tym samym programem, przemaszerowali tymi samymi ulicami Warszawy, jest dla nas wszystkich siarczystym policzkiem na odlew, choć i zapewne dla wielu przodków z tych młodych, którzy nieśli zielone flagi z falangą.

Nie ma znaczenia, czy ONR-owców było w sobotę tysiąc, jak sami podają, czy byłoby ich dwudziestu. Szli po raz pierwszy kordonem z asystą policji, czyli państwa, które dało im status poważnej siły politycznej. Policja, która szarpała i usuwała z ich drogi protestujących, dała też jasny sygnał: precz od faszystowskich poglądów.

Nie ma sensu apelować do Prawa i Sprawiedliwości, bo język pogromowy Jarosława Kaczyńskiego („pierwotniaki roznoszone przez uchodźców”) już dawno zalegitymizował nienawiść, a kolejne wypowiedzi jego marionetek tylko to utrwalają. Nie ma też sensu wypominanie PO, że nic z tym nie zrobiła, bo straciłem złudzenia, by Platforma była zdolna do odważnych decyzji wbrew badaniom sondażowym.

Jest jeszcze Kościół, który dostał od historii nauczkę, że mariaże z nacjonalizmem kończą się prędzej czy później w piekle (Pius XI i traktaty laterańskie z Mussolinim).

Nadzieję dała odezwa biskupów sprzed kilku dni potępiająca nacjonalizm, ale zaraz została zgaszona przez bydgoskiego, bardzo popularnego wśród młodzieży księdza Romana Kneblewskiego, który po marszu w Warszawie napisał: „Dzisiaj ONR w Wawie. Serce rośnie!”.

Widać zatem, że przekaz z ambony Episkopatu jest albo spóźniony po latach antysemityzmu w Radiu Maryja, albo już ignorowany.

Nie wiem zatem, co może przeszkodzić młodemu z ONR, nim zdejmie skórzane rękawiczki i przejdzie do czynów gołymi rękami, bo historia w swojej progresji dziejów podpowiada już tylko najgorsze scenariusze.

Skoro wczoraj był Białystok, a dzisiaj Warszawa, to pozostaje cytat z nazistowskiej piosenki w „Cabarecie”: „Tomorrow belongs to me”.

Jeśli się mylę, to do zobaczenia w lepszej Polsce.

wyborcza.pl

Tak w kontekscie wczorajszego spacerku ONR .Szacunek Panie Robercie

Podczas koniunktury odpowiedzialni zmniejszają zadłużenie. Plan Morawieckiego z rekordowym i rosnącym w UE zadłużeniem!

Wpis roku👍

Konsul honorowa pierwszy raz po zawieszeniu przez MSZ. „Sprawa jest bardzo skomplikowana”

WB, 30.04.2017

Maria Szonert - Binienda

Maria Szonert – Binienda (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

• Konsul honorowa w Ohio zabrała głos pierwszy raz po zawieszeniu
• Jej zdaniem „bardzo dobrze, że taka decyzja została podjęta”
• Binienda „będzie broniła swojego dobrego imienia i polskiej racji stanu”

– Bardzo dobrze, że taka decyzja została podjęta, gdyż sprawa jest bardzo skomplikowana i poważna. Wszystko wymaga dogłębnego wyjaśnienia – skomentowała Maria Szonert-Binienda, która przyjechała do Torunia na forum polonijne. Jej zdaniem „atak” na nią jest „próbą uprzedzenia dokładnej informacji o tej manipulacji, która ukaże się w najbliższym czasie” – podała „Rzeczpospolita”. Konsul podkreśliła, że „będzie broniła swojego dobrego imienia, ale przede wszystkim polskiej racji stanu” – Wszystkie ataki na mnie i na prof. Biniendę są próbą przeszkodzenia w dojściu do prawdy o katastrofie smoleńskiej – dodała. Jak dodaje TVN24, Szonert-Biniendę „oburza informacja  o tym, że mecenas Roman Giertych oskarża ją o wykonanie fotomontażu”.

Dowiedz się więcej:

Jak tłumaczy się Szonert-Binienda?

„Uprzejmie wyjaśniam, że moje konto na Facebooku zostało zhakowane, a Twittera w ogóle nie używam. Mój profil może być obecnie wykorzystywany pod moim nazwiskiem, bez mojej wiedzy, zrzuty z ekranu z rzekomo mojego konta, z którymi się zdążyłam zapoznać, zostały zmanipulowane. Jednocześnie oświadczam, że uważam promowanie haseł hitlerowskich za naganne, jak również wpisów, które miałyby charakter przemocy” – napisała w oświadczeniu Szonert-Binienda. Jednocześnie stwierdziła, że kampania medialna przeciwko niej „odbywa się w następstwie decyzji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z 11 kwietnia 2017 r., która pozytywnie rozpatrzyła moją skargę na manipulacje stacji TVN 24”.

Co jeszcze napisała w oświadczeniu?

„W ramach kampanii manipulacji i dezinformacji medialnej przeprowadzanej obecnie przeciwko mnie pojawił się właśnie w mediach kolejny zarzut, jakobym została dyscyplinarnie pozbawiona prawa wykonywania zawodu adwokata w stanie Pensylwania. Wyjaśniam niniejszym, że posiadam licencję adwokata w stanie Pensylwania i Ohio” – wskazała w oświadczeniu. „Zmasowana kampania kłamstw i oszczerstw przedstawianych w mediach na mój temat jest kolejną operacją medialną przeciwko mnie i mojemu mężowi zaangażowanemu w badanie przyczyn tragedii smoleńskiej. Operacja ta ma na celu między innymi paraliżowanie śledztwa smoleńskiego” – dodała konsul.

O co chodzi w aferze z konsul honorową?

Konsul Honorowa RP w Akron Maria Szonert-Binienda 28 kwietnia oddała się do dyspozycji ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego. Chodzi o zamieszczone na jej profilu na Facebooku zdjęcie przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska w mundurze SS. Zanim resort zdecydował o zawieszeniu, poinformowano, że kierownictwo MSZ przeprowadziło rozmowę z konsul honorową, a  „treści publikowane przez Konsul na jej prywatnych kontach w mediach społ. przed otwarciem konsulatu honorowego wyrażają jej prywatne poglądy”.

Wybór wpisów z profilu FB p. Marii Szonert-, od niedawna konsula honorowego RP w Akron, Ohio @MSZ_RP nie widzi w tym nic złego

A TERAZ ZOBACZ: Tłumy witają Donalda Tuska. Jedni krzyczą: „Sto lat!”, inni „Będziesz siedzieć!”

gazeta.pl

Olechowski: Ludzie zaczynają wątpić w PiS

30.04.2017

© Fotorzepa, Robert Gardziński

Witold Waszczykowski nie poprawił pozycji Polski na świecie – mówił w TVN24 były szef MSZ Andrzej Olechowski.

Olechowski zauwazył z przekąsem, że „zdolność ministra Waszczykowskiego do robienia błędów jest imponująca i zaskakująca”. Taką gafą miało być m.in. powierzenie funkcji konsula honorowego w Ohio Marii Szonert-Biniendzie, która w mediach społecznościowych umieszczała zdjęcia Donalda Tuska w mundurze SS-mana. Szonert-Binienda po kilku dniach od ujawnienia tej informacji stwierdziła, że ktoś włamał się na jej profile na kontach społecznościowych. Oddała się też do dyspozycji szefa MSZ.

– Który to już skandal z ludźmi znikąd, z ludźmi wyraźnie niepasującymi do roli, którą mieliby pełnić? – pytał Olechowski. Dodał, że „PiS ma wyraźnie umiejętność wyszukiwania takich ‚piekielnic'”.

Waszczykowskiemu Olechowski zarzuca przede wszystkim „szybkie popsucie reputacji i stosunków (z innymi państwami)” Polski. Cytuje przy tym polityka węgierskiego, z którym rozmawiał, a który dziwi się „jak można zepsuć sobie tak pozycję”.

Odnosząc się do sondażu Kantar Millward Brown dla „Faktów” TVN i TVN24, w którym PO po raz pierwszy od wyborów w 2015 roku wyprzedziła PiS, Olechowski ocenił, że „ludzie zaczynają wątpić w PiS”.

Olechowski ocenił jednocześnie, że nie jest tak, że opozycja „bardzo źle działa”, bo gdyby tak było „to ludzie powiedzieliby, że nie ma na kogo głosować”.

– A Platformie rośnie – podsumował Olechowski.

msn.pl

NIEDZIELA, 30 KWIETNIA 2017

Magierowski: Według PAD, Mazurek w swojej wypowiedzi przekroczyła tę granicę, której nie powinno się przekraczać

Magierowski: Według PAD, Mazurek w swojej wypowiedzi przekroczyła tę granicę, której nie powinno się przekraczać

Nie dzwoniła [Beata Mazurek]. Prezydent ocenia sprawę za zamkniętą. Według niego, poseł Mazurek w swojej wypowiedzi przekroczyła tę granicę, której nie powinno się przekraczać, gdy się komentuje działalność głowy państwa. Jej wypowiedzi były co najmniej zaskakujące. Mówiła o kurtuazyjnych listach, tymczasem prezydent prowadzi normalną korespondencję urzędową. Prezydent uznał, że była to wypowiedź przekraczające pewne normy normalnego dialogu politycznego – stwierdził Marek Magierowski w „Kawie na ławę” TVN24.

300polityka.pl

NIEDZIELA, 30 KWIETNIA 2017

Neumann: Dla wielu ludzi w PiS 2031 rok przyjdzie za 2,5 roku

Neumann: Dla wielu ludzi w PiS 2031 rok przyjdzie za 2,5 roku

Zrobimy wszystko, żeby wygrać z PiS-em. Najpierw za 1,5 roku w wyborach samorządowych – żeby silna lista opozycji z PO wygrała z PiS-em wybory samorządowe, potem europejskie, a na końcu parlamentarne po to, żeby w 2020 roku Donald Tusk mógł wygrać z Andrzejem Dudą na prezydenta. To nasze zadanie. Dzisiaj sondaże dają dużą nerwowość w PiS, bo wiara w słowa prezesa Kaczyńskiego, że bedą rządzić do 2031 roku, okazuje się, że dla wielu ludzi w PiS 2031 rok przyjdzie za 2,5 roku – stwierdził Sławomir Neumann w „Kawie na ławę” TVN24.

300polityka.pl

Czy skończy się na brudnym Brexicie? Byłby koszmarny dla brytyjskiej gospodarki, ale szkodziłby także Unii

Tomasz Bielecki, Bruksela, 30 kwietnia 2017

Szczyt Unii Europejskiej w Brukseli

Szczyt Unii Europejskiej w Brukseli (Virginia Mayo (AP Photo/Virginia Mayo, Pool))

Brytyjczycy nie potrafią przyjąć do wiadomości twardych warunków Brexitu, które stawia im UE. Z kolei politycy UE z trudem kryją swe zaskoczenie nieprzygotowaniem Londynu do rokowań. I ostrzegają przed kraksą – rozwodem bez żadnej ugody.

Przywódcy 27 krajów UE w kilka minut przyjęli w sobotę swe wytyczne w sprawie negocjacji Brexitu z Wlk. Brytanią, która po raz pierwszy od wejścia do Unii w 1973 r. (wtedy pod nazwą Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej) nie uczestniczyła w jej formalnym szczycie. Aż takiej jedności 27 państw członkowskich co do Brexitu niewielu w Brukseli spodziewało się jeszcze sześć-siedem miesięcy temu. Jednak teraz znacznie większym zaskoczeniem dla Unii jest nieprzygotowanie Brytyjczyków oraz – przed czym publicznie ostrzega m.in. kanclerz Angela Merkel – ich „iluzje” co do rezultatów negocjacji z Unią.

„Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt” – tak jeden z dyplomatów zaangażowanych w rozmowy z Brytyjczykami ocenia szanse, że rokowania skończą się ugodą, a nie „brudnym Brexitem”. Tak nazywany jest – bardzo niekorzystny dla obu stron – scenariusz wyjścia z Unii bez żadnej umowy, co oznaczałoby oparcie wzajemnych relacji tylko na zasadach Światowej Organizacji Handlu. W takim przypadku Unia nie mogłaby bronić praw Polaków na Wyspach. Ponadto już w 2019 r., kiedy ma się sfinalizować Brexit, w kasie UE powstałaby wielka dziura po brytyjskiej składce łatana cięciami w funduszach, m.in. dla Polski.

Unia chce w pierwszej fazie negocjacji (najlepiej do końca tego roku) uzyskać gwarancje praw obywateli UE (w tym Polaków) na Wyspach po Brexicie oraz ustalić, jakie rachunki budżetowe Londyn powinien uregulować z Unią. Nieoficjalne rachuby mówią o ok. 60 mld euro. Tyle że brytyjska premier Theresa May prawa obywateli chce odhaczyć tylko ogólnikową deklaracją (Unia chce szczegółowej umowy), pieniądze są dla niej tematem wybuchowym. I choć rząd May opowiedział się za „twardym Brexitem” (wyjściem z rynku wewnętrznego UE, a zapewne też z unii celnej), to premier wciąż obiecuje przedsiębiorcom niektórych branż, że wynegocjuje w Brukseli wyjątki de facto włączające ich w jednolity rynek Unii. W Londynie wciąż wierzą, że Berlin – ze względu na własne interesy – wymusi w Brukseli taki unijno-brytyjski wyjątek, m.in. dla przemysłu samochodowego.

Środowa kolacja Jean-Claude’a Junckera (szefa Komisji Europejskiej) oraz unijnego negocjatora Michela Barniera z premier May w Londynie poszła tak niedobrze, że Juncker w czwartek przed ósmą rano dzwonił do Merkel, by opowiedzieć o tym spotkaniu. – Kraje spoza Unii, a takim będzie Wlk. Brytania, nie mogą i nie będą mieć tych samych czy nawet większych praw niż kraje członkowskie UE. Mam wrażenie, że niektórzy w Wlk. Brytanii nadal mają w tej sprawie iluzje. To tracenie czasu – powiedziała kanclerz Merkel kilka godzin później w Bundestagu. Także po szczycie w Brukseli znów krytykowała „niektórych w Wlk. Brytanii”, którzy „nie zrozumieli podejścia UE” do Brexitu.

Jednak twarda linia UE wobec Londynu nie wyklucza jakichkolwiek kompromisów. Przeciwnie, „brudny Brexit” byłby koszmarny dla brytyjskiej gospodarki, ale – choć nieporównanie mniej – szkodziłby także Unii. I dlatego francuski, niemiecki, hiszpański przemysł już teraz szykują się do lobbowania na rzecz „wyrozumiałości” wobec Londynu.

Oczywistym polem do ewentualnych ustępstw Unii są należności Brytyjczyków wobec unijnego budżetu 2014-20 (jego największym beneficjentem jest teraz Polska). Brytyjczycy będą kusić, by na drugim etapie rokowań z Unią (o kształcie pobrexitowych relacji) zrobić z pieniędzy, a nawet z praw obywateli UE na Wyspach, przedmiot targów w rozmowach o handlu czy współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa. To groziłoby rozbiciem negocjacyjnej jedności UE, a zatem stratami dla jej słabszych członków, czyli m.in. dla Polski.

wyborcza.pl

Agnieszka Kublik

Platforma jadła ośmiorniczki, czy PiS pochłonie ośmiornica?

29 kwietnia 2017

Mariusz Kamiński, Joachim Brudziński, Marek Suski i Karol Karski podczas konferencji prasowej, 13 kwietnia 2017.

Mariusz Kamiński, Joachim Brudziński, Marek Suski i Karol Karski podczas konferencji prasowej, 13 kwietnia 2017. (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Psychologicznie PiS właśnie może zacząć przegrywać, choć formalnie w sondażach remisuje z PO. Półtora roku i partia, która ma wszystkie narzędzia władzy (a nawet te, których mieć nie powinna, np. Trybunał Konstytucyjny czy media publiczna), wizerunkowo traci. Wreszcie, chciałoby się powiedzieć, płaci za zamach na demokrację.

W przypadku rządów Platformy to np. ośmiorniczki stały się symbolem platformerskiego bizancjum i arogancji władzy. I przyczyniły się do jej porażki. Czasami drobiazg w psychologii społeczeństw znaczy więcej niż całe morze poważnych błędów, przemawia do wyobraźni bardziej niż naukowe wywody.

Teraz takim symbolem arogancji PiS może stać się szef smoleńskiej podkomisji dr Wacław Berczyński. Człowiek, który „uwalił” przetarg na caracale wart 13 mld zł. Porównajmy to ze słynną sprawą ośmiorniczek. Świeża ośmiornica kosztuje od 70 do 100 zł za kilogram. Przyjmijmy dla naszego rachunku, że całe 100 zł. Czyli Berczyński „uwalił” przetarg wart co najmniej 130 000 000 ośmiorniczek. To już ośmiornica.

Całość wygląda jak klasyczny przypadek układu – ogromne pieniądze, międzynarodowy biznes i służby. A osoba, która jest bez wątpienia „w kręgu podejrzeń”, czyli dr Berczyński, po prostu czmycha do Ameryki. Prokuratura milczy. Centralne Biuro Antykorupcyjne milczy? I oni w tym układzie?

Płaci za to i prezydent Andrzej Duda, co widać w naszym sondażu. W pierwszej turze wyborów prezydenckich ma ledwie 7 punktów procentowych przewagi nad Donaldem Tuskiem, którego w Polsce nie ma dłużej, niż Duda urzęduje w Pałacu Prezydenckim.

Tak oto po latach straszenia Polaków przez PiS układem, dziś Polaków PiS odstrasza układem. Narracja prawych i sprawiedliwych walczących z układem właśnie się sypie.

Zobacz: W PiS teraz zacznie się dintojra, wojna o dostęp do ucha prezesa – Jarosław Kurski komentuje ostatni sondaż poparcia dla partii

W PiS teraz zacznie się dintojra, wojna o dostęp do ucha prezesa – Jarosław Kurski komentuje ostatni sondaż poparcia dla partii

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21726789,video.html

 

wyborcza.pl

To najsmutniejsze i najstraszniejsze co ostatnio widziałam w Warszawie. Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta

 

Pawłowicz wyjaśnia na Facebooku, bez czego nie byłoby Polski i podkreśla: Nie jestem szowinistką

30.04.2017

Krystyna Pawłowicz© DAMIAN BURZYKOWSKI Krystyna Pawłowicz

„Bez patriotyzmu, nacjonalizmu w znaczeniach wyżej podanych oraz zwłaszcza bez katolicyzmu nie byłoby już dziś Polski” – pisze na Facebooku posłanka Prawa i Sprawiedliwości Krystyna Pawłowicz.

„PATRIOTYZM- miłość do swej Ojczyzny.NACJONALIZM- miłość i szacunek dla swego Narodu,Wspólnoty. Ale umiłowanie swego Narodu połączone z nienawiścią do innych narodów,to SZOWINIZM” – pisze Krystyna Pawłowicz.

Zaznacza, że jest patriotką i w podanym znaczeniu także nacjonalistką, głównie w kwestiach gospodarczych. „NIE JESTEM szowinistką,chociaż pamiętam historyczne relacje mojej Ojczyzny z innymi państwami i narodami zwłaszcza sąsiednimi.Nie mam tu uczucia „nienawiści”,a raczej uzasadnione obawy” – tłumaczy. „Nie jestem szowinistką,mimo stawiania na pierwszym planie interesów i kultury polskiej.Nie jestem szowinistką poszukując PRAWDY o wyrządzanych mojemu Narodowi krzywdach” – pisze.

Pawłowicz zaznacza, że „poszukiwanie prawdy i oddawanie sprawiedliwości w relacjach międzyludzkich jest chrześcijańskie, pod warunkiem,że nie jest motywowane zemstą i nienawiścią”.  „Bez nienawiści, też nie chcę przybycia do mojej Ojczyzny nieasymilujących się islamskich grup przemocą wprowadzających obce mi porządki, walczących z moją kulturą i wiarą.Nie kieruje mną nienawiść,a uzasadnione obawy o przyszłość mojej Ojczyzny i mojego Narodu” – pisze posłanka.  „Bez patriotyzmu,nacjonalizmu w znaczeniach wyżej podanych oraz zwłaszcza bez katolicyzmu nie byłoby już dziś Polski” – dodaje na koniec.

msn.pl

Dawna śmierć w domu Wajdy. To było samobójstwo

30.04.2017

© PAP

Przypominamy głośny tekst czerwca 2016

Okoliczności samobójczej śmierci znanego operatora filmowego Bartłomieja Frykowskiego wciąż budzą sporo wątpliwości. Doszło do niej najprawdopodobniej w obecności Karoliny Wajdy – córki znanego reżysera i Beaty Tyszkiewicz. Dziennikarzy dalej intryguje to, dlaczego nie było śladów na nożu, którym ugodził się ojciec „Frytki” oraz dlaczego starto krew ofiary z podłogi przed przyjazdem policji.

Oficjalnie Bartłomiej Frykowski (†40 l.) popełnił samobójstwo w posiadłości Karoliny Wajdy w Głuchach (dawny dworek rodzinny Cypriana Kamila Norwida). Z ranami brzucha trafił do szpitala, gdzie zmarł nad ranem 8 czerwca 1999 roku. Według zeznań Katarzyny Z. – znajomej Karoliny Wajdy – do tragedii doszło w kuchni. Frykowski miał się pchnąć nożem w brzuch tuż przy gospodyni.

„– Karolina rozmawiała z Bartkiem w kuchni, ale nie wiem o czym. Za chwilę biegła w moją stronę: „Kasiu, Bartek pchnął się nożem” –” miała zeznać znajoma córki Tyszkiewicz.

Według Karoliny Wajdy, Frykowski był bardzo pijany. Sekcja zwłok wykazała, że Frykowski miał 0,6 promila alkoholu we krwi. –„ Tego wieczoru był pijany, chwiał się na nogach. Trzymał nóż, skierowany ostrzem do brzucha, obiema rękoma. Odwrócił się do mnie: „Ja ci pokażę mój świat, którego ty nie widzisz” – powiedział i dźgnął się w brzuch. Usiadł na krześle. Jedną ręką wyjął nóż, drugą trzymał się za brzuch. Myślałam, że udaje. Ale on podniósł koszulkę, zobaczyłam trochę krwi i jelita wychodzące na zewnątrz. Rana mogła mieć około 6 cm –” wyznała w śledztwie.

Karolina Wajda twierdziła po latach, że śmierć Frykowskiego nie była typowym samobójstwem! –„ To raczej chęć zwrócenia na siebie uwagi, która zakończyła się takim skutkiem. Nie wiem, dlaczego to zrobił –” mówiła córka wielkiego reżysera.

Zaprzeczała także, jakoby łączyło ją z filmowcem coś więcej niż przyjaźń. –„ Twórczego poweru dostał, gdy zaczął spotykać się z Karoliną. Nie wiem, dlaczego później, po tragedii, wyparła się bliższej relacji z Bartkiem. Byli parą, a ona utrzymywała, że był jej kolegą, który u niej, w Głuchach, rozwija swoją jeździecką pasję. Twierdziła, że kiedy przebywał w jej dworku, spał w saloniku na kanapie, a ona w sypialni –” wspomina w „Rzeczpospolitej” przyjaciel Frykowskiego ze szkoły.

Ewa Morelle, babcia Mai Frykowskiej, była oburzona tak szybkim zamknięciem śledztwa (trwało zaledwie cztery miesiące). Z tego powodu zerwała kontakt ze swoją wieloletnią przyjaciółką Beatą Tyszkiewicz.

Zastanawia także fakt, dlaczego Karoliny Wajdy nie było na pogrzebie Bartka Frykowskiego na Starym Cmentarzu w Łodzi.

Wiele osób uważa, że policja popełniła błędy podczas śledztwa. Zarzucono im m.in., że nie spryskali podłogi specjalnym fluorescencyjnym preparatem, który mógłby wykryć ślady krwi. –„ Śledztwo było skandaliczne. Na miarę kompetencji posterunku w Głuchach. Niestety, w 99 proc. w Polsce taka nieudolność jest rutyną. Regularnie oglądam dokumenty na Discovery Investigation na temat sposobów zabezpieczenia śladów i dowodów. I nawet jeśli w chwili obecnej nie można wysnuć żadnej hipotezy czy też znaleźć sprawcy, to one są na tyle zabezpieczone, że po 15 czy 20 latach do tego się wraca. Bo są nowe metody ustalenia DNA –” tłumaczył w prasie jeden z oficerów policji.

Śmierć ojca „Frytki” wpisuje się w tragiczny los rodziny Frykowskich. W 1969 roku, 30 lat wcześniej, w Beverly Hills zginął ojciec Bartłomieja. Wojciech Frykowski został zamordowany przez bandę Charlesa Mansona w willi Romana Polańskiego.

msn.pl

https://oko.press/chciala-szubienicy-dla-tuska-pojechala-ministrem-szyszko-miedzynarodowa-konferencje-tucznie/

Wierzę w autodestrukcyjną moc prezesa [WYWIAD Z PROF. OSIATYŃSKIM]

O władzy PiS, wartościach, jakimi są wolność i Europa, oraz o tym, dlaczego prezydentowi Andrzejowi Dudzie nic już nie pomoże – mówił Wiktor Osiatyński w jednej z ostatnich rozmów z Newsweekiem w maju 2016 roku. Profesor zmarł po długiej chorobie późnym wieczorem 29 kwietnia 2017 roku.

(…)

NEWSWEEK: Zbieramy żniwo tego, że oddaliśmy prawicy patriotyzm, religię i dumę narodową?

WIKTOR OSIATYŃSKI: Od samego początku transformacji koncentracja wysiłków dotyczyła głównie zmian ekonomicznych. Przez ćwierćwiecze nie nauczyliśmy się, że ludzie bardzo szybko przyzwyczajają się do lepszego i to lepsze przestaje mieć znaczenie polityczne i wyborcze. Wspomniany już Gomułka uważał pod koniec lat 60., że domy z jedną toaletą na piętrze są szczytem marzeń, bo perspektywą jego młodości była sławojka na podwórku. My też, mając w pamięci PRL, uważaliśmy, że zmiany ekonomiczne pierwszego etapu demokracji i cywilizacyjne po wejściu Polski do UE były tak ogromne, że nikt ich nie zakwestionuje. I były, ale dla 50-60-latków.

Dla młodych te zmiany były oczywistością.

– Wychowani w McDonaldach, galeriach handlowych, z komputerem, internetem i otwartymi granicami młodzi oceniają życie nie z perspektywy tego, o ile dziś jest lepiej, niż było wczoraj, lecz o ile u nas jest gorzej niż w Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Poza tym okazało się, że dobrobyt czy też względny dobrobyt jest ogromnie ważny, ale ludzie mają też potrzebę wspólnoty i symbolicznej tożsamości. Tymczasem filozofia transformacji powstała na fali demokratyzacji lat 70. i 80. była filozofią indywidualizmu i indywidualnych praw, którym sam oddałem wiele lat życia. Nie jestem ich przeciwnikiem, ale dziś wiem, że są niewystarczające do budowania trwałych więzi społecznych.

To konflikt praw jednostki i praw wspólnoty.

– W 1989 r. byliśmy, nie tylko w Polsce, ale w całej Europie Środkowo-Wschodniej, przerażeni widmem nacjonalizmu. To było zrozumiałe, ale nierozważne, bo po 45 latach zniewolenia, kiedy to za każdy przejaw patriotyzmu można było iść do więzienia, trzeba było raczej poszukiwać nowych „łagodnych” form przywiązania do narodowych symboli. Patriotyzm ekonomiczny w postaci płacenia podatków okazał się niewystarczający.

A prawica bez skrupułów zaanektowała patriotyczne symbole.

– W walce na symbole, z wyjątkiem okresów rewolucyjnych, prawica zwykle ma przewagę, bo lepiej wyczuwa potrzebę religijności i symbolicznego patriotyzmu. Porażką młodej polskiej demokracji był też niewłaściwy sposób budowania społeczeństwa obywatelskiego. Powstało dużo organizacji pozarządowych, które z grubsza można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to nieliczne, ale ważne organizacje działające w sferze swobód obywatelskich, jak Fundacja Helsińska, Amnesty International czy Panoptykon, i druga grupa obejmująca działania w sferze pomocy społecznej. Po wejściu Polski do UE ta druga grupa skupiła się na pozyskiwaniu pieniędzy europejskich za pośrednictwem władz lokalnych. W tym momencie skończyła się samodzielność społeczeństwa. Bo nigdy nie udało się przekonać ludzi, że w ich interesie jest dawanie nawet niewielkiej sumy pieniędzy na takie organizacje.

Polityka i biznes zawsze są zniewolone magią liczb, która lekceważy potrzeby małych grup społecznych.

Jak to się ma do ekspansji prawicy?

– Polityka i biznes zawsze są zniewolone magią liczb, która lekceważy potrzeby małych grup społecznych, zwykle słabo zorganizowanych. O ich zaspokojenie mogą walczyć tylko organizacje pozarządowe. Gdy zamiast tego zaczynają zajmować się sobą, w tę próżnię wchodzi Radio Maryja i inne tego typu instytucje, które zaopiekują się ludźmi pozostawionymi samym sobie.

Polacy potrzebują opiekuna?

– Polskie społeczeństwo jest społeczeństwem pofolwarcznym, potrzebującym pana, który wysłucha i zajmie się naszymi problemami. Tak naprawdę nasza transformacja nie polegała na wychodzeniu z komunizmu, tylko z folwarku. PRL to był przemysłowy folwark. Tylko że to wyjście nie wszystkim się udało. Wciąż tkwimy w folwarku, wciąż w odruchu folwarcznego myślenia wybieramy pana i oczekujemy, że załata dziurę w drodze, zajmie się wychowaniem dzieci i da na każde po 500 złotych.

Kaczyński jest dobrym panem?

– Dobrych panów nie ma z założenia, bo nawet jak początkowo jest dobry, to potem się zeźli, ale oczywiście Kaczyński jest beneficjentem pofolwarcznego myślenia. Polska od dziesięcioleci jest rozdarta między endecją i sanacją. Endecja to była arystokracja, Kościół, paternalistyczna elita władzy, dla której lud jest wyłącznie przedmiotem i w najlepszym wypadku zyskuje jakieś dobrodziejstwa, jakieś łaski pańskie. Sanacja to była elita urzędników państwowych, administracji, wojska i inteligencji, tyle że również przekonana o swojej racji i gotowa do działania wyłącznie ex cathedra. Obie te elity są więc w gruncie rzeczy bardzo do siebie podobne i gotowe do odgrywania roli pana. I tak mamy do dziś. Dlatego po 1989 r. nie bardzo udał się eksperyment wprowadzenia ludu do demokracji obywatelskiej. I pofolwarczna mentalność wciąż jest silna.

Co należało zrobić?

– Reformatorzy, którzy w 1989 r. przejęli państwo, przejęli też dostęp do mediów. Telewizję, radio i wielkie gazety zdominował duch liberalno-demokratyczny. Wydawało się nam, mówię nam, bo sam byłem wyznawcą takiego myślenia, że zmienimy świadomość ludzi dzięki szkole, dzięki powszechnej i masowej edukacji i dzięki mediom właśnie. Oczyścimy umysły po latach komunizmu i wprowadzimy ludzi do społeczeństwa obywatelskiego. Nauczymy ich, co słuszne, godne i wartościowe. Tyle że bardzo szybko powstał problem młodej inteligencji. Ludzie, którzy kończyli studia w wolnej Polsce, też chcieli zabrać głos. Tymczasem łamy poważnych gazet i tygodników były już zajęte. Młodemu człowiekowi mniej zależy na tym gdzie, a bardziej aby w ogóle móc zobaczyć swoje nazwisko wydrukowane. Obok poważnych mainstreamowych mediów zaczęły więc powstawać dziesiątki niskonakładowych, często współfinansowanych przez Kościół tytułów, klubów dyskusyjnych, atrakcyjnych imprez. Uważam, że przez zaniechanie oddaliśmy prawicy młodą inteligencję.

Wolność to cel zbyt abstrakcyjny. Wolność była wartością, dopóki jej nie mieliśmy.

Nie tylko inteligencję.

– Owszem, ale inteligencja nakreśla i narzuca sposób myślenia i opowiadania o rzeczywistości, artykułuje potrzeby i tworzy ideologiczne zaplecze do działań. Do rekonstrukcji bitew patriotycznych, paramilitarnych oddziałów dających poczucie siły, marszów z pochodniami. Co ma w ofercie druga strona? Raz do roku marsz w Paradzie Schumana? I pochód prezydenta Bronisława Komorowskiego 11 listopada? Za mało i za późno.

Wolność przestała być atrakcyjną ofertą?

– Wolność to cel zbyt abstrakcyjny. Wolność była wartością, dopóki jej nie mieliśmy. Tak samo jak Europa. Była celem i symbolem jednoczącym Polaków, dopóki staliśmy u jej bram. Gdy przekroczyliśmy próg, UE przestała być czymś, za czym ludzie by szli. Dziś siłą mobilizującą jest strach. Zresztą z premedytacją podsycany przez obie partie, które powstały na przełomie tysiącleci i na strachu przed rzeczywistym lub wykreowanym wrogiem budowały swoją pozycję.

Tyle że Platforma straszyła PiS, a Kaczyński gorszym sortem, emigrantami, Brukselą. Lista jest długa.

– Oczywiście, że Kaczyński i Radio Maryja, a za nimi cała prawica, są werbalnie bez porównania bardziej brutalni, chamscy i dzielący społeczeństwo. Tyle że to Donald Tusk pozwolił sobie już w 2005 r. na sformułowanie „moherowe berety”. Pogardliwe w stosunku do tych, którzy nie czuli się beneficjentami lub współautorami transformacji. A ludzie nie znoszą pogardy. Bardziej niż przemocy i poniżenia ekonomicznego.

Tuska w polskiej polityce już nie ma. Platformy właściwie też.

– Dlatego PiS może grać strachami bezkarnie. Stereotyp, wręcz insynuacja (jak wypowiedź prezesa o uchodźcach roznoszących zarazki), świetnie się sprzedaje. Tyle że państwo jest od tego, aby szerzenie nienawiści powstrzymywać. Ma do tego środki i instytucje. W społeczeństwie zawsze są grupy szerzące nienawiść, lecz ich działania nie powinny mieć przyzwolenia elit. A polskie elity polityczne od dawna były permisywne. PiS-owskie, dodatkowo pozbawione kontroli opozycji, wręcz gloryfikują zarządzanie strachem. Otoczyły parasolem ochronnym kiboli. Wpuściły narodowców do katedry. Bo Kościół – największy ruch społeczny w Polsce – takim działaniom daje przyzwolenie, a jeśli nawet je krytykuje, to cichutko i tylko werbalnie.

Co w ten sposób Kościół zyskuje?

– Władzę. Zaborczość ekonomiczna i narzucenie fundamentalizmu moralnego przez Kościół są dziś w Polsce bezdyskusyjne. Ta patriarchalna instytucja oparta na mężczyznach – w dodatku niepłodnych – znalazła w konserwatywnym, antyfeministycznym i nietolerancyjnym PiS wyjątkowego sprzymierzeńca.

Każda rewolucja potrzebuje krwi. Jeśli rewolucjoniści są mądrzy, to nie ścinają króla od razu, tylko wieszają go, gdy jest już bardzo źle, żeby kupić sobie czas.

Mamy w Polsce teokrację?

– Jeśli przyjąć, że teokracja to rząd niepłodnych mężczyzn, to mamy teokrację. Od lat uważam, że wybory w 1989 r. wygrała w Polsce nie Solidarność, ale Kościół. Gdy w 1989 r. m.in. Holoubek i Szczypiorski wybrani z Podkarpacia pojechali podziękować wyborcom, to wszystkie spotkania odbywali w kościołach. Nie zauważyliśmy tego albo nie chcieliśmy przez 25 lat zauważyć i teraz jesteśmy zdziwieni rolą i wpływami biskupów. Tadeusz Mazowiecki pod koniec życia bardzo martwił się tym, w jaką stronę poszedł polski Kościół i że przyczyniła się do tego jego formacja. Byliśmy sąsiadami, dużo rozmawialiśmy na ten temat, mówił mi: „Jedyne, co mam na pocieszenie, to że był to wtedy inny Kościół”.

Rzeczywiście był inny?

– Pierwsze nabożeństwo we wszystkich kościołach w Polsce, takie na czczo i o świcie, powinno być odprawiane w intencji gen. Jaruzelskiego, który wprowadzając stan wojenny, wepchnął społeczeństwo do kościołów. Solidarność w 1981 r. nie była prokościelna i katolicka. Wręcz przeciwnie, wśród działaczy przeważały laicyzm i sceptycyzm. Kardynał Wyszyński miał opinię zbyt zachowawczego. Duchowym ojcem Solidarności był ks. Tischner, nie Rydzyk. Ale gdy nastał stan wojenny, Kościół stał się jedyną niezależną instytucją społeczną, która nie tylko miała prawo istnienia, ale z którą liczyli się komuniści. Opozycja przeniosła się do kościołów. To był prawdziwy wieczernik.

Dziś społeczeństwo jest wepchnięte do Kościoła?

– Ten proces przez lata się pogłębiał. Choćby za sprawą lekcji religii – ksiądz pełni dziś w szkole funkcję politruka z lat 50 i 60. Jest w pokoju nauczycielskim, wpływa na to, co nauczyciele mówią i jak myślą. Tego się nie docenia, ale religia w szkole, którą Solidarność uznała za spłatę długu wobec Kościoła, była ziarnem, którego żniwo dziś zbieramy. Wychowała pokolenia obywateli gotowych zaakceptować teokrację.

Jak długo to potrwa?

– Rządy PiS? Głoszę, że 18 miesięcy, ale ponieważ mówię to od jakiegoś czasu, to może potrwać kilka miesięcy dłużej.

Wiele osób uważa, że co najmniej dwie kadencje.

– A ja wierzę w autodestrukcyjną moc prezesa. Wyborcy zapomną o 500 zł, jak zapomnieli o dobrobycie transformacji. Do niezadowolenia z niedotrzymania pozostałych obietnic dojdą niespełnione oczekiwania. Do każdej zmiany, a zwłaszcza dobrej, trzeba dobrych menedżerów. PiS nie potrafi ich znaleźć nawet do stadnin końskich. Już tracą poparcie nauczycieli i związków zawodowych. Brak kompetencji wcześniej czy później zacznie skutkować błędami. Wtedy nie wystarczą pielęgnowane przez lata urazy prezesa i jego wyznawców. Nie wiem na czym, ale przeczuwam, że na czymś ta władza się wywróci.

Wcześniej zacznie szukać winnych.

– To z pewnością. Każda rewolucja potrzebuje krwi. Jeśli rewolucjoniści są mądrzy, to nie ścinają króla od razu, tylko wieszają go, gdy jest już bardzo źle, żeby kupić sobie czas. Na tym polegała wojna na górze rozbijająca obóz solidarnościowy, potem lustracja. W tych aktach nie chodziło przecież o żadną sprawiedliwość dziejową, tylko o polowanie na czarownice. O wskazywanie zdrajców, donosicieli i wichrzycieli. Szuka się ich, gdy zagrożony reżim zaczyna pękać.

Wichrzycielami zostali nazwani byli prezydenci, bandą kolesi – sędziowie Sądu Najwyższego. Jakie będą skutki dewastacji i tak nielicznych autorytetów?

– Osłabianie autorytetów zaczęło się w momencie, gdy one same poszły do polityki. W pierwszym okresie było to bardzo ważne, ale potem kruszenie autorytetów stało się nieodwracalnym procesem. Swoje zrobił też świat wolnych mediów. Autorytety moralne i umysłowe zastąpione zostały „autorytetami” medialnymi i celebrytami. Tak naprawdę pozostały więc autorytety instytucjonalne, dlatego tak ważna jest ich obrona.

Trybunału Konstytucyjnego?

– I niezawisłych sądów. Krytykowałem kiedyś prof. Andrzeja Rzeplińskiego za przyjęcie medalu papieskiego i za ustawę o IPN, którą stworzył w imię prawa do prawdy, choć wśród 10 przykazań jest zakaz mówienia fałszywego świadectwa, ale nakazu mówienia prawdy nie ma. Dziś uważam jednak, że osobista postawa przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego ma wielkie znaczenie w utrzymaniu autorytetu tej instytucji, dzięki czemu inne siły mogą bronić Trybunału, rządów prawa i własnej niezależności. Kiedy na zaprzysiężeniu nowego sędziego Sądu Najwyższego prezydent Duda dosyć obelżywie wypowiadał się o Trybunale, w postawie prof. Rzeplińskiego, który tego słuchał i nie reagował, był nie tylko autorytet. Był majestat. A w postawie i inwektywach wypowiadanych przez prezydenta przy tej okazji, a także przy innych, niestety, autorytetu brak.

Prezydent radykalną postawą chce się wybić na niepodległość?

– On się już na nic nie wybije. Jeśli ten rząd zdoła się utrzymać, Andrzej Duda będzie prezydentem jeszcze przez cztery lata. A jeśli będą wcześniejsze wybory, zaraz po nich mamy impeachment i Trybunał Stanu albo więzienie. To żałosna postać. Pani Szydło może się jeszcze wybije, jeśli zdradzi prezesa, ale Dudzie nic już nie pomoże. Przekreślił swoje szanse w momencie, gdy złamał konstytucję. Oczywiście może próbować wybić się jako ten bardziej radykalny od prezesa, ale wtedy skończy z ONR w katedrze w Białymstoku, i to też nie jako bohater narodowców i ich siła, tylko obciążenie. Gdy ktoś zaczyna jako kandydat na prezydenta tańcem na rurze, to nie należy mieć złudzeń. Andrzej Duda jest prezydentem, więc muszę go szanować z urzędu, lecz pani pyta o przyszłość, mówimy więc o tym, co może czekać Andrzeja Dudę w przyszłości.

A przyszłość konstytucji, którą Andrzej Duda nazywa „dokumentem okresu przejściowego”? Czy ta władza zdoła ją zmienić?

– Nie wiem. Może jakimś trikiem, właśnie tak najczęściej konstytucje bywały w Polsce zmieniane. Tym razem jednak PiS, rozpętując kryzys konstytucyjny, podniósł świadomość i czujność społeczeństwa, więc podstęp może wywołać nieprzewidywalne konsekwencje.

Jak więc zbudować społeczeństwo obywatelskie?

– Wziąć się do roboty. Na każdym piętrze w bloku mieszkalnym, na podwórku, w szkole, na ulicy. Nie mówić za dużo o polityce ani o tym, co dzieli.

Tylko że polityka dzieli przyjaciół, rodziny.

– Dzieli wielka polityka i wielkie symbole. W podtrzymywaniu konfliktu interes mają nie zwykli ludzie, tylko politycy i media, bo konflikt lepiej się sprzedaje. Jeśli chcemy zbudować nowe społeczeństwo obywatelskie, to wyznawcy liberalno-demokratycznych wartości muszą włączyć do swego grona tych, którzy nie byli beneficjentami transformacji. Zmiany trzeba przeprowadzać od dołu, od tej strony, o którą liberalno-demokratyczne państwo nie dbało. Nie wyprowadzimy Polaków z pofolwarcznego myślenia bez otwarcia i akceptacji. Gdy rozmawiałem na ten temat z Jackiem Santorskim, stwierdził: „Nie wyprowadzimy ludzi z folwarku, ośmieszając folwark”. I ma rację, to także nasza rzeczywistość. Tylko określając nowe płaszczyzny współdecydowania i wolności, i dzieląc się nimi, możemy posklejać tę pękniętą Polskę.

To fragment wywiadu z prof. Wiktorem Osiatyńskim, który ukazał się w „Newsweeku” 20/16 w maju ubiegłego roku.

newsweek.pl

Czy Hitler rzeczywiście popełnił samobójstwo?

30.04.2017

Czy Adolf Hitler i Ewa Braun rzeczywiście popełnili samobójstwo w berlińskim bunkrze 30 kwietnia 1945 r.? A może ich samobójcza śmierć jest jedną z największych mistyfikacji w historii?

Od 60 lat opis samobójstwa Adolfa Hitlera i Ewy Braun wzbudza wiele kontrowersji i dyskusji. Na początku obecnej dekady FBI odtajniło dokumenty, z których wynika, że wśród amerykańskich elit politycznych i wojskowych panowało po wojnie przekonanie, jakoby Adolf Hitler nie popełnił samobójstwa i zdołał w 1945 r. uciec z Niemiec do Ameryki Południowej. Na podstawie ujawnionych informacji badacze Simon Dunstan i Gerrard Williams przeprowadzili drobiazgowe śledztwo, a jego sensacyjne wyniki opublikowali w książce „Szary wilk. Ucieczka Adolfa Hitlera”.

Szczegółowo analizując różne fakty, dokumenty i poszlaki, autorzy książki doszli do wniosku, że wódz III Rzeszy nie tylko nie odebrał sobie życia, ale razem z Ewą Braun zdołał wydostać się z okrążonego Berlina i uciec przez Danię do hiszpańskiej bazy wojskowej Rens na południe od Barcelony. Stamtąd dzięki pomocy hiszpańskiego dyktatora gen. Francisco Franco para poleciała na Fuerteventurę (Wyspy Kanaryjskie). Dunstan i Williams uważają, że należąca do Hiszpanii wyspa była ostatnim przystankiem przed podróżą do Argentyny. Pierwsza para nieistniejącej już III Rzeszy została przewieziona do Ameryki Południowej na pokładzie U-Boota, który był rzekomo widziany przez kilku mieszkańców Fuerteventury.

Po przybyciu do Argentyny Hitler miał zamieszkać ze swoją żoną w wiejskim domu nad jeziorem, położonym w zalesionej okolicy zwanej Inalco. Hitlerowie utrzymywali się ponoć ze sprzedaży zrabowanego podczas wojny złota i kamieni szlachetnych. Małżeństwo miało mieć dwie córki, które – według autorów tej hipotezy – mają dziś własne dzieci. Można więc powiedzieć, że Dunstan i Williams są przekonani, iż w Argentynie żyją potomkowie Ewy Braun i Adolfa Hitlera, otoczeni stałą opieką potomków ludzi wiernych do końca swojemu wodzowi.

Pikanterii tej historii dodaje twierdzenie, że o spokojnym życiu zbrodniarza i jego żony doskonale wiedziały amerykańskie i argentyńskie służby specjalne. Dunstan i Williams utrzymują, że Hitler kupił sobie spokojną starość w zamian za przekazanie Amerykanom niemieckich technologii wojskowych, które nie zostały użyte w czasie II wojny światowej. Faktycznie, w latach 1944–1945 Adolf Hitler dość często w prywatnych rozmowach wspominał o tzw. cudownej broni (Wunderwaffe), która miała doprowadzić do ostatecznego zwycięstwa Niemiec (Endsieg). Amerykańscy badacze nie wzięli jednak pod uwagę, że zarówno „cudowna broń”, jak i „ostateczne zwycięstwo” były określeniami stosowanymi w niemieckiej propagandzie już od I wojny światowej. To hasła agitatorskie o czysto sloganowym wydźwięku. Nie musiały się za nimi kryć żadne konkretne przesłanki czy obiekty. Po wojnie historycy często próbowali dociec, czym była Wunderwaffe Hitlera. Pojawiały się hipotezy, że chodziło przede wszystkim o osiągnięcia niemieckiego lotnictwa wojskowego, w tym samoloty myśliwskie Messerschmitt Me 163 napędzane silnikiem rakietowym, myśliwce odrzutowe Heinkel He 162 Volksjäger lub odrzutowe bombowce Arado Ar 234, służące także do celów rozpoznawczych. Każdą z tych maszyn można uznać za wielkie osiągnięcie techniczne, ale nie były one w stanie zmienić losów wojny. Zresztą niektóre z nich, jak bombowiec Ar 234, trafiły w ręce Amerykanów i Rosjan jako zdobycz wojenna.

Gdyby uznać rewelacje Dunstana i Williamsa za prawdziwe, należałoby założyć, że Hitler za nietykalność musiałby zapłacić Amerykanom czymś, czego zwycięzcy nie byliby w stanie zdobyć i co miałoby naprawdę ogromne znaczenie dla rozwoju amerykańskiej obronności po wojnie.

© materiały prasowe

Co naprawdę wydarzyło się w berlińskim bunkrze?

Rano 29 kwietnia 1945 r. Adolf Hitler pospiesznie poślubił Ewę Braun. Do bunkra udało się sprowadzić walczącego w oddziale Volkssturmu 34-letniego urzędnika partyjnego Waltera Wagnera, który poprowadził skromną uroczystość zaślubin. Kilka dni później zginął podczas walk o jedną z centralnych ulic Berlina.

Znany dzisiaj opis ostatnich godzin życia Adolfa Hitlera i jego żony zawdzięczamy angielskiemu historykowi Hugh Trevorowi-Roperowi. Jako oficer SIS (brytyjski wywiad wojskowy, nazywany także MI6) przesłuchał on kilka osób, które przebywały w bunkrze Hitlera od 28 do 30 kwietnia 1945 r. Na podstawie tych zeznań oraz na podstawie dokumentów o dość niepewnym pochodzeniu, odnalezionych lata później przez innego brytyjskiego historyka Davida Irvinga, przyjęło się uważać, że 30 kwietnia 1945 r. prawdopodobnie o 15.30 Adolf Hitler popełnił samobójstwo wraz ze swoją żoną.

Wiarygodność metodologii badawczej przyjętej przez Trevora-Ropera i Irvinga jako pierwszy podważył Nicolaus von Below, były pułkownik i adiutant Führera ds. Luftwaffe. Below zarzucił Irvingowi fałszowanie lub ignorowanie niektórych źródeł historycznych. Dotyczyło to np. rzekomo odnalezionych zapisków Ewy Braun, które – jak się okazało później – zostały sfałszowane przez Luisa Trenkera. Podobnie rzecz się miała z „odnalezionym w Moskwie” dziennikiem Nicolausa von Belowa. W 1980 r. były adiutant Hitlera, którego można uznać za bardzo wiarygodne źródło, oświadczył, że książka „Ostatnie dni Hitlera” pióra oksfordzkiego profesora Hugh Trevora-Ropera, w której zresztą on sam był cytowany aż na 30 stronach, jest „zbiorem wyjątkowych bzdur”. Below do końca życia twierdził, że informacje o śmierci Hitlera oparto na fałszywych zeznaniach wymuszonych podczas przesłuchań, które prowadził Trevor-Roper jako oficer SIS.

Wydana w 1947 r. książka „Ostatnie dni Hitlera” ugruntowała przekonanie milionów ludzi na świecie, że 30 kwietnia 1945 r. Adolf Hitler wraz ze swoją żoną zamknął się w prywatnym saloniku berlińskiego bunkra. Kilkadziesiąt sekund po tym, jak padł pojedynczy strzał, do saloniku wszedł osobisty adiutant wodza sturmbannführer Otto Günsche, który po chwili powrócił do mapiarni i chłodno oświadczył zebranym tam ludziom: „Führer nie żyje”. Ta część opisu nie wzbudza podejrzeń. Niepokój może budzić dopiero fakt, że z saloniku Hitlera wyniesiono ciała okryte kocami. Kto znajdował się pod kocem i czy rzeczywiście były to zwłoki zastrzelonego małżeństwa Hitlerów, pozostaje tajemnicą.

Ostatnią osobą (oprócz Günschego), która widziała żywego Adolfa Hitlera, miała być Magda Goebbels, żona ministra propagandy i gauleitera Berlina. Podobno miała na kolanach błagać wodza, by zrezygnował z samobójstwa i uciekł z Berlina. Może zastanawiać, że Magda Goebbels wiedziała o możliwości takiej ucieczki. Wbrew później rozpowszechnianym opiniom Berlin nie był bowiem pułapką bez wyjścia. Kilku osobom z otoczenia wodza udało się uciec z obleganego miasta.

Nicolaus von Below twierdził, że Trevor-Roper należał do tej grupy brytyjskich śledczych, którzy „wszelkimi sposobami próbowali wyciągnąć to, co chcieli usłyszeć”. W świetle rewelacji opublikowanych przez Dunstana i Williamsa słowa byłego adiutanta Führera brzmią niepokojąco. Dlaczego oficerom brytyjskiego wywiadu wojskowego miałoby zależeć na stworzeniu takiej, a nie innej historii o samobójczej śmierci niemieckiego dyktatora?

 

Listy gończe za Adolfem Hitlerem

We wrześniu 1945 r. sowiecka prasa zaczęła oskarżać Brytyjczyków, że udzielili azylu Adolfowi Hitlerowi. Znamienne, że to właśnie historyk Trevor-Roper został wyznaczony do odparcia sowieckich oskarżeń. Rząd brytyjski natychmiast wspomógł wydanie jego książki „Ostatnie dni Hitlera”. Dziesięć lat po jej publikacji Trevor-Roper zaczął przejawiać dziwną niepewność co do faktów, które sam wcześniej opisał. W wywiadzie dla berlińskiej gazety „Der Monat” stwierdził: „W ciągu tych dziesięciu lat kilka tajemnic ostatniej wojny wyszło na jaw, kilka stało się jeszcze bardziej tajemniczymi. (…) Napisano nowe artykuły i książki, podano w wątpliwość lub nawet odwołano wcześniejsze ustalenia”. Wtajemniczeni wiedzieli, że miał duże wątpliwości co do prawdziwości opisu ostatnich godzin życia Adolfa Hitlera. Być może bał się kompromitacji i był gotowy zawczasu zakwestionować własne ustalenia. Te wahania skończyły się, kiedy z rąk królowej otrzymał tytuł lorda Dacre i został przyjęty w skład Izby Lordów. Dość nietypowy zaszczyt jak na zwykłego historyka.

Trevor-Roper wiedział, że jego opis jest niepełny. Niestety, nie mógł przesłuchać ważnych dla śledztwa świadków pozostających w niewoli sowieckiej, w tym przede wszystkim: adiutanta Hitlera Otto Günschego, komendanta straży przybocznej Johanna Rattenhubera, kamerdynera Heinza Lingego, kapitana lotnictwa Hansa Baura oraz oficera gwardii przybocznej Harry’ego Mengerhausena. Była to grupa oficerów, którzy wraz z reichsleiterem Martinem Bormannem weszli do saloniku Hitlerów tuż po ich domniemanym samobójstwie i wynieśli zawinięte w koce zwłoki, aby spalić je przy użyciu zaledwie 40 litrów benzyny w leju po bombie przed bunkrem. Znamienny jest fakt, że chociaż tuż po wojnie Rosjanie zarzucali Brytyjczykom udzielenie azylu Hitlerowi, to już w 1956 r. nie zgadzali się na jakikolwiek kontakt tej grupy trzymanych w niewoli Niemców z brytyjskimi śledczymi.

Co ciekawe, żyjący wtedy na wolności świadkowie ostatnich dni Hitlera, tacy jak choćby Erich Mansfeld, wyrażali wątpliwości co do prawdziwości opisanych przez Trevora-Ropera wydarzeń. Tak naprawdę jedynymi, którzy nie negowali opisu z jego książki, byli przywódca Hitlerjugend Artur Axmann oraz szofer Führera Erich Kempke. Już w czasie pobytu w amerykańskiej niewoli twierdzili oni, że widzieli wynoszone przez Günschego i Bormanna zwłoki Adolfa i Ewy Hitlerów.

W maju 1945 r. na osobiste polecenie Józefa Stalina do Berlina przybył specjalny oddział śledczych kontrwywiadu NKWD, który drobiazgowo badał pomieszczenia berlińskiego bunkra Hitlera. Czego tam szukali? W przesłanym prawdopodobnie samemu Stalinowi raporcie znajdował się następujący opis: „Na podstawie dużej liczby rozbryzgów i strużek krwi na sofie należy wnioskować, że zranieniu towarzyszyło wydatne wynaczynienie, wobec czego należy je określić jako zagrażające życiu. W momencie zranienia dana osoba musiała siedzieć w prawym rogu sofy przy poręczy (…). Uszkodzenie głowy było następstwem strzału w głowę, a nie uderzenia ciężkim przedmiotem”. Wydawałoby się, że ten raport zamykał sprawę. Jest jednak problem z jego wiarygodnością. Zdjęcia wykonane przez żołnierzy Armii Czerwonej, którzy zajęli bunkier przed przybyciem śledczych z NKWD, nie pokazują opisanego rozbryzgu krwi na ścianie. Pokój jest czysty jak na wystawie. Ciekawe jest też, że nigdy nie znaleziono nadpalonych czy niedopalonych ciał, tak jak w wypadku rodziny Goebbelsów.

 

Czaszka – fałszywy trop

9 czerwca 1945 r. marszałek Gieorgij Żukow oświadczył publicznie: „Nie odkryliśmy żadnych zwłok, które mogłyby być zidentyfikowane jako zwłoki Hitlera. Wszystko jest w najwyższym stopniu tajemnicze”. Na jeszcze bardziej śmiałą uwagę pozwolił sobie niejaki pułkownik Bazarin, który stwierdził bez ogródek: „Moim zdaniem Hitler znalazł jakąś kryjówkę i żyje sobie gdzieś w Europie, prawdopodobnie u generała Franco”.

W 1947 r. na półkach nowojorskich księgarń pojawiła się książka „Speaking Frankly” autorstwa amerykańskiego sekretarza stanu Jamesa E. Byrnesa. Na stronie 68 pierwszego wydania znajduje się niezwykle ciekawa informacja. Według Byrnesa Stalin podczas konferencji poczdamskiej zadeklarował, że wierzy, iż Hitler żyje w Hiszpanii lub Argentynie. Z kolei 3 maja 1945 r. Agencja Reutera podała, że prezydent Harry Truman jest głęboko przekonany, że Hitler na pewno nie żyje. Skąd tak ogromna rozbieżność między przywódcami nowych światowych supermocarstw? Być może śmierć Hitlera była wstępem do wielkiej wojny propagandowej, jaką mocarstwa miały toczyć między sobą przez następne pół wieku.

Sam Stalin twierdził, że „bajka” o śmierci Hitlera w berlińskim bunkrze jest zwykłym „faszystowskim trikiem”, który umożliwił mu ucieczkę przed sprawiedliwością. Ta wypowiedź jest sprzeczna z tym, co Stalin musiał już wtedy wiedzieć od swoich ludzi prowadzących śledztwo w Berlinie. W maju 1945 r. jednostka kontrwywiadu NKWD odnalazła bowiem dentystkę Hitlera Kathe Hausermann i technika dentystycznego Pritza Echtmanna, który przez lata wykonywał protezy dla Adolfa Hitlera. Obydwojgu przedstawiono odnalezione gdzieś w okolicach bunkra ludzkie kości, w tym fragment czaszki i żuchwę. Na podstawie zębów, koronek i uzupełnień dentystka i protetyk stwierdzili jednoznacznie, że była to żuchwa Adolfa Hitlera.

Dziwią dalsze losy tych szczątków. Część z nich umieszczono w magdeburskich koszarach, a do Moskwy wywieziono jedynie fragment czaszki, który był przebity na wylot pociskiem kal. 7,65 mm. Sowieckim śledczym wszystko wydawało się jasne, ponieważ według zeznań świadków Hitler posiadał dwa osobiste pistolety Walther: kaliber 7,65 i kaliber 6,35. Stalin, przekonany już o samobójczej śmierci Hitlera, zachował fragment czaszki jako swoisty fetysz po swoim największym wrogu.

W kwietniu 1970 r. szef KGB Jurij Andropow wydał polecenie zniszczenia przechowywanych w koszarach w Magdeburgu domniemanych doczesnych szczątków małżeństwa Hitlerów. Pozostawiono jedynie przechowywany na Kremlu fragment czaszki z dziurą po kuli. Miał on na zawsze stanowić dowód samobójczej śmierci Hitlera. Jednak badania DNA przeprowadzone na Uniwersytecie Connecticut przez amerykańskiego archeologa dr. Nicka Bellantoniego bezsprzecznie dowiodły, że znajdująca się w archiwach FSB „czaszka Hitlera” jest czaszką kobiety w wieku 20–40 lat. Adolf Hitler 20 kwietnia 1945 r. ukończył 56 lat. Mógł to więc być fragment czaszki Ewy Hitler, która w chwili domniemanej śmierci miała 33 lata. Problem jednak w tym, że wszyscy świadkowie twierdzili, że żona wodza umarła wyłącznie od zatrucia cyjankiem potasu.

Komunistyczne manipulacje?

Zdaniem niemieckiego historyka Wernera Masera Sowieci świadomie fałszowali historię śmierci Hitlera w celu wykorzystania jej w wojnie propagandowej z państwami zachodnimi. Negowanie samobójstwa Hitlera miało oczernić Amerykanów i Brytyjczyków jako tych, którzy chronią zbrodniarza w zamian za jego złoto, a jego samego przedstawić jako tchórza, który niczym szczur uciekł przed karzącą ręką sprawiedliwości. Dopiero w 1968 r., a więc aż 15 lat po śmierci Stalina, radziecki historyk Lew Bezymienski stwierdził, że nie ma żadnych podstaw, aby uważać, że Hitler uciekł z berlińskiego bunkra.

Kwestią dyskusyjną pozostawała jednak forma tego samobójstwa. Historycy państw bloku wschodniego przez długie lata uważali, że odebranie sobie życia strzałem w głowę było zbyt honorowe dla takiego zbrodniarza jak Hitler. Werner Maser podkreślał, że szczególnie historycy z NRD mieli obowiązek przedstawiania śmierci Hitlera jako haniebnej. Potwierdzają to ostre słowa Olafa Groehlera, który w pracy „Das Ende der Reichskanzlei”, opublikowanej w 1976 r. na zlecenie Instytutu Historii Akademii Nauk NRD, pisał: „Koniec Adolfa Hitlera nie był ani chwalebny, ani tragiczny. Nie poległ, jak skłamał jego następca Dönitz, w walce, zabijając się z rewolweru, ale kazał, żeby adiutant odstrzelił go jak psa po zażyciu wraz z Ewą Braun cyjanku potasu”.

Pozostaje pytanie: skoro przechowywany na Kremlu fragment czaszki nie należał do Adolfa Hitlera, to czy możemy uznać, że pozostałe kości zniszczone na rozkaz Jurija Andropowa mogły był szczątkami małżeństwa Hitlerów? W swoim testamencie z 29 kwietnia 1945 r. Hitler kazał napisać: „Ja sam i moja żona wybieramy, aby uniknąć hańby ucieczki i kapitulacji, śmierć. Jest naszą wolą, aby nas natychmiast spalono w tym miejscu, gdzie wykonywałem największą część swojej pracy w 12-letniej służbie mojemu narodowi”.

Czy Adolf Hitler miał wówczas świadomość, że spalenie jego zwłok jest w zaistniałych okolicznościach rozkazem niewykonalnym? Nie wiadomo, skąd Otto Günsche, Johann Rattenhuber, Heinz Linge i Erich Kempke wzięli aż dwa 20-litrowe kanistry benzyny. Czyżby takie paliwo zostało zachowane na czarną godzinę, by umożliwić wodzowi ucieczkę z okrążonego miasta? Jest pewne, że zwłoki dwojga dorosłych osób nie mogły zostać skremowane przy użyciu zaledwie 40 litrów benzyny. Jaki był więc dalszy los truchła zbrodniarza? Żadna relacja nie wskazuje, aby ktokolwiek te zwłoki przenosił, zakopywał lub dalej próbował spalić.

Podobna próba spalenia ciał Josepha i Magdy Goebbelsów, którzy mieli przeżyć Hitlera zaledwie o kilka dni, spowodowała jedynie zwęglenie skóry i upiorną deformację zwłok byłego ministra propagandy. Jego ciało oraz zwłoki jego żony i dzieci nie zostały nawet zakopane w ogrodzie Kancelarii Rzeszy, lecz pozostawione niczym odpady na środku dziedzińca przed bunkrem. A przecież w chwili śmierci Joseph Goebbels był oficjalnie kanclerzem III Rzeszy.

 

Hitler na Antarktydzie?

W 1952 r. nowojorski miesięcznik „The National Police Gazette” opublikował wywiad z anonimowymi świadkami z otoczenia Hitlera – panem X i panem E.I.S. – którzy twierdzili, że 30 kwietnia 1945 r. esesmani z otoczenia Führera, z Günschem na czele, zainscenizowali samobójstwo małżeństwa Hitlerów oraz wyniesienie ich zwłok przed bunkier. Zdaniem tych świadków jeszcze tego samego dnia Adolf Hitler i jego żona zostali wywiezieni z Berlina niewielkim samolotem rozpoznawczym Fieseler Fi 156 Storch, a po przesiadce w północnych Niemczech lub Danii polecieli do Norwegii, skąd łódź podwodna zabrała ich w kierunku Antarktydy. Wywiad dla nowojorskiego pisma brzmiał wówczas jak piramidalna bzdura. Wywołał jednak dość duży niepokój wśród amerykańskiej opinii publicznej. Dzisiaj niepokoi zgodność niektórych szczegółów ze śledztwem przeprowadzonym przez Simona Dunstana i Gerrarda Williamsa.

Nie jest to zresztą pierwsza tego typu spekulacja o ucieczce Hitlera z Berlina drogą powietrzną. Równie intrygująca jest tajemnicza wizyta w berlińskim bunkrze 26 kwietnia 1945 r., a więc trzy dni przed domniemanym samobójstwem Hitlera, rannego generała pułkownika (generaloberst) Roberta Rittera von Greima i pilotki Hanny Reitsch. W rozmowach z ludźmi z otoczenia wodza nie ukrywali oni, że zamierzają go wywieźć pod osłoną nocy. Hanna Reitsch zeznała wiele lat później, że Hitler odmówił przyjęcia pomocy, ale w uznaniu odwagi mianował von Greima feldmarszałkiem i głównodowodzącym Luftwaffe. Z nielicznych zeznań świadków wynika, że oboje opuścili bunkier wodza 28 kwietnia. Wykorzystując niezniszczony jeszcze fragment Unter den Linden, Hanna Reitsch w popisowy sposób wystartowała spod Bramy Brandenburskiej samolotem szkoleniowym Arado 96 i przeleciawszy tuż nad głowami sowieckich żołnierzy 3. Armii Uderzeniowej, wyrwała się wraz z nowym dowódcą Luftwaffe z okrążonego Berlina. Nie ma żadnej pewności, że na pokładzie tego samolotu znajdował się ktoś oprócz nich. Zastanawiać może jedynie cel ich wizyty.

Fakty i mity

We wrześniu 2013 r. zmarł były oberscharführer SS Rochus Misch. Wraz z drugim esesmanem Johannesem Hentschlem służył jako ochroniarz, operator centrali telefonicznej i kurier wodza III Rzeszy. 2 maja 1945 r. Misch opuścił bunkier i usiłował uciec z Berlina, ale został aresztowany przez Armię Czerwoną. Po dziewięciu latach w sowieckiej niewoli wrócił do Niemiec. Przez lata twierdził, że widział zwłoki Adolfa Hitlera. Jego historii nikt jednak nie potwierdził. Wcześniejsze zeznania świadków wykluczały go z grona osób uczestniczących w „ostatniej drodze” Hitlera.

Misch starannie wykorzystywał swój status świadka i udzielał coraz liczniejszych wywiadów. We własnych opowiadaniach urósł ze zwykłego sierżanta obsługującego centralkę telefoniczną do osobistego ochroniarza czuwającego przy wodzu dzień i noc. W miarę upływu lat kreślił coraz cieplejszy obraz Hitlera jako wspaniałego szefa. Nic jednak nie wskazuje, że mógł rzeczywiście widzieć wynoszone zwłoki Hitlera. O wiele bliższa prawdy wydaje się scena pokazana w filmie Olivera Hirschbiegela „Upadek” z 2004 r.: Misch widzi jedynie, jak Otto Günsche wynosi z salonu jakieś ciało zawinięte w koc, a za nim pojawia się Martin Bormann trzymający na rękach owinięte kocem domniemane zwłoki Ewy Braun. Silnie podkolorowane „zeznania” Rochusa Mischa mogą wskazywać, że tak naprawdę należy bardzo ostrożnie podchodzić do relacji z ostatnich dni życia Hitlera.

Ujawnione w ostatnich latach dokumenty FBI też nie są żadnym dowodem wyjaśniającym sprawę, jedynie powodują jeszcze większy bałagan poznawczy. Wskazują one, że Adolf Hitler uciekł z Niemiec dziesięć dni po swoim sfabrykowanym samobójstwie i w otoczeniu 50 osób udał się przez Hiszpanię i Wyspy Kanaryjskie do Argentyny. Tam zgolił złowrogi wąsik, zapuścił brodę i wiódł spokojne życie ojca rodziny. Autorzy książki „Szary wilk. Ucieczka Adolfa Hitlera” twierdzą, że zmarł 13 lutego 1962 r. w wieku 73 lat. Na podstawie ich śledztwa powstał miniserial dokumentalny kanału History – „Polowanie na Hitlera”. Historycy na całym świecie przyjęli jednak rewelacje głoszone przez Dunstana i Williamsa z olbrzymim dystansem.

msn.pl

Gdy demokracja przegrywa z symbolami [OSIATYŃSKI]

Wiktor Osiatyński*, 24 lutego 2017

Wiktor Osiatyński

Wiktor Osiatyński (Fot. Jacek Łagowski / Agencja Gazeta)

Liberalne elity zrezygnowały z tworzenia wspólnoty i zapomniały o ludzkiej potrzebie godności, rozumianej inaczej niż wzrost gospodarczy czy udział w wyborach. I tak otworzyły drogę do nacjonalizmu.

Prof. Wiktor Osiatyński zmarł w sobotę w wieku 72 lat. To jego ostatni artykuł dla „Gazety Wyborczej”.

Kraje demokratyczne w zasadzie nie rozpoczynają wojen ani nie prowadzą wojen ze sobą. Po II wojnie światowej państwa Europy Zachodniej, a następnie Europy Środkowej przeszły do demokracji i zapewne dzięki temu na tym kontynencie już czwarte pokolenie dorasta bez wojny.

wyborcza.pl

Słowo w sprawie protestu przeciw marszowi

Konsul honorowa w Ohio zawieszona za zdjęcie Tuska w mundurze SS

dafa,PAP, 30.04.2017

Donald Tusk

Donald Tusk (Czarek Sokolowski (AP Photo/Czarek Sokolowski))

• PAP: Maria Szonert-Binienda została zawieszona w pełnieniu obowiązków
• Dalsze decyzje zapadną po powrocie Witolda Waszczykowskiego z Australii
• Złożenie wniosku o ściganie konsul zapowiedział pełnomocnik Tuska

Konsul honorowa RP w Ohio Maria Szonert-Binienda została zawieszona w pełnieniu obowiązków – dowiedziała się PAP w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Dalsze decyzje, według informacji agencji, zapadną po powrocie szefa MSZ z Australii. Konsul Honorowa RP Maria Szonert-Binienda już w piątek oddała się do dyspozycji ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego. Wcześniej kierownictwo MSZ przeprowadziło z nią rozmowę na temat zamieszczonego przez nią zdjęcia przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska w mundurze SS. W sobotę premier Beata Szydło oświadczyła w Brukseli, że oczekuje szybkiej szefa MZS w sprawie konsul. Ona sama twierdzi, że jej konto zostało zhakowane.

Dowiedz się więcej:

Jak tłumaczy się Szonert-Binienda?

„Uprzejmie wyjaśniam, że moje konto na Facebooku zostało zhakowane, a Twittera w ogóle nie używam. Mój profil może być obecnie wykorzystywany pod moim nazwiskiem, bez mojej wiedzy, zrzuty z ekranu z rzekomo mojego konta, z którymi się zdążyłam zapoznać, zostały zmanipulowane. Jednocześnie oświadczam, że uważam promowanie haseł hitlerowskich za naganne, jak również wpisów, które miałyby charakter przemocy” – napisała w oświadczeniu Szonert-Binienda. Jednocześnie stwierdziła, że kampania medialna przeciwko niej „odbywa się w następstwie decyzji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z 11 kwietnia 2017 r., która pozytywnie rozpatrzyła moją skargę na manipulacje stacji TVN 24”.

Co jeszcze napisała w oświadczeniu?

„W ramach kampanii manipulacji i dezinformacji medialnej przeprowadzanej obecnie przeciwko mnie pojawił się właśnie w mediach kolejny zarzut, jakobym została dyscyplinarnie pozbawiona prawa wykonywania zawodu adwokata w stanie Pensylwania. Wyjaśniam niniejszym, że posiadam licencję adwokata w stanie Pensylwania i Ohio” – wskazała w oświadczeniu. „Zmasowana kampania kłamstw i oszczerstw przedstawianych w mediach na mój temat jest kolejną operacją medialną przeciwko mnie i mojemu mężowi zaangażowanemu w badanie przyczyn tragedii smoleńskiej. Operacja ta ma na celu między innymi paraliżowanie śledztwa smoleńskiego” – dodała konsul.

O co chodzi w aferze z konsul honorową?

Konsul Honorowa RP w Akron Maria Szonert-Binienda 28 kwietnia oddała się do dyspozycji ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego. Chodzi o zamieszczone na jej profilu na Facebooku zdjęcie przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska w mundurze SS. Wczoraj resort poinformował, że kierownictwo MSZ przeprowadziło rozmowę z konsul honorową. Jak podkreślono, „treści publikowane przez Konsul na jej prywatnych kontach w mediach społ. przed otwarciem konsulatu honorowego wyrażają jej prywatne poglądy”.

gazeta.pl

Bartosz T. Wieliński

MSZ nie zauważyło Sikorskiego przy szubienicy i Tuska w mundurze SS na profilu Szonert-Biniendy?

29 kwietnia 2017
W MSZ pod rządami Witolda Waszczykowskiego profile dyplomatów na Facebooku są sprawdzane rutynowo. Wystarczy jeden lajk pod artykułem o demonstracji KOD, krytycznym komentarzem nad temat „dobrej zmiany”, karykatura jakiegoś z jej czynowników i problemy gotowe. Z MSZ musiało już odejść wielu pracowników uznanych za nielojalnych wobec rządu Prawa i Sprawiedliwości. Czy równie wnikliwie przejrzano facebookowy profil Marii Szonert-Biniendy, od niedawna naszego konsula honorowego w Akron, w stanie Ohio?

Zakładam, że tak. A skoro lajków pod materiałami o KOD ani pochwał pod adresem opozycji nie stwierdzono, to wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak mógł bez problemów dalej forsować jej kandydaturę.
Na profilu Szonert-Biniendy były za to fotomontaże przedstawiające m.in. byłego szefa MSZ Radosława Sikorskiego na tle szubienicy, na której wieszano targowiczan, i Donalda Tuska w mundurze oficera SS. Ale najwyraźniej uznano, że to nie stanowi problemu. Bo przecież sam minister Waszczykowski oskarżył Sikorskiego o zdradę dyplomatyczną, a w sumie to z tego samego paragrafu można by dziś sądzić targowiczan.

Wybór wpisów z profilu FB p. Marii Szonert-, od niedawna konsula honorowego RP w Akron, Ohio @MSZ_RP nie widzi w tym nic złego

A o tym, że Tusk to niemiecki pachołek, mówił sam prezes Jarosław Kaczyński. Zaś główny ideolog PiS prof. Zdzisław Krasnodębski, który jako profesor uniwersytetu w Bremie pobiera niemiecką pensję, apelował, by Tusk po ponownym wyborze na szefa Rady Europejskiej przyjął niemiecki paszport. Założenie na Tuska nazistowskiego munduru to naturalna konsekwencja tego myślenia. Zresztą mundur SS to już na polskiej prawicy klasyka. Kilka lat w taki uniform redakcja propisowskiego tygodnika „wSieci” przyodziała Tomasza Lisa. Oni zresztą za rządów Platformy III Rzeszę widzieli wszędzie: w edukacji, wystąpieniach przeciwników, Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy.

Tak to jest z funkcjonariuszami Prawa i Sprawiedliwości, że wysyłają za Odrę ekipę TVP za samochodem ciągnącym lawetę z billboardem przypominającym, iż podczas wojny obozy śmierci w Polsce zakładali Niemcy. Oburzają się, gdy zgodnie z prawdą przypomni im się, że Hitler niszczenie Republiki Weimarskiej też rozpoczął od podporządkowania wymiaru sprawiedliwości i prasy. A jednocześnie ubierają swojego głównego wroga w mundur Hauptsturmführera SS. Widocznie są przekonani, że im akurat wolno. Że tak trzeba. Takiej samej myśli jest najwyraźniej konsul Szonert-Binienda.

Konsul, także honorowy, ma być politycznie bezstronny. Polakom mieszkającym zagranicą ma nieść pomoc niezależnie od ich poglądów, ma ich łączyć, a nie dzielić. A przede wszystkim ma godnie reprezentować Rzeczpospolitą. Wystarczy rzut oka na profil Szonert-Biniendy, by stwierdzić, że nie spełnia żadnego z tych warunków, że się do prowadzenia honorowego konsulatu nie nadaje, że będzie dla Polski obciążeniem.

„Dobra zmiana” nie ma do MSZ szczęścia. Minister Waszczykowski do historii polskiej dyplomacji przejdzie za sprawą niezliczonych gaf, począwszy od stwierdzenia, że wegetarianizm to choroba, na uznaniu wyboru Tuska na szczycie UE za fałszerstwo (na razie) skończywszy. Do kadr też nie ma ręki. Na placówkę do Berlina wysłał prof. Andrzeja Przyłębskiego, który wedle dokumentów IPN podpisał zobowiązanie do współpracy z SB. Przyłębski jako ambasador ośmiesza siebie i Polskę, nieudolnie organizując w berlińskich kinach pokazy „Smoleńska”, publicznie atakując najważniejszych niemieckich polityków, twierdząc, że Polska i Węgry są w stanie uleczyć chorego europejskiego ducha.

W centrali na doradcę w tajemnicy powołał Matthew Tyrmanda, internetowego trolla, który zasłynął niewybrednymi atakami na polityków obecnej opozycji. Tyrmand stracił stanowisko, gdy ta sprawa wyszła na jaw. Bliżej nieznanego Roberta Greya minister powołał zaś na swojego zastępcę. Zdymisjonował go, gdy okazało się, że był współpracownikiem amerykańskich służb specjalnych. A teraz – by ograniczyć wizerunkowe straty – musi podziękować za krótką współpracę konsul Szonert-Biniendzie.

Pytanie, czy to możliwe. Szonert–Binienda jest żoną Wiesława Biniendy, bliskiego współpracownika Antoniego Macierewicza, członka jego komisji badających katastrofę smoleńską, który żyruje wszelkie spiskowe teorie swojego patrona. To, że w Akron, prowincjonalnym mieście, w którym mieszkają Biniendowie, Polska otwiera swój konsulat, można tłumaczyć tylko tymi powiązaniami.

Czy minister Waszczykowski będzie miał taką siłę przebicia, by podnieść rękę na zaprzyjaźnioną z Macierewiczem rodzinę tak ofiarnie wspierającą teorię smoleńskiego zamachu? Pani konsul zapowiada walkę o posadę. Właśnie oświadczyła, że jej konto na Facebooku zostało zhakowane. Fotomontaże wiszą tam dalej.

wyborcza.pl

%d blogerów lubi to: