Abp Jędraszewski, kompan Kaczyńskiego od kłamstw

Abp Marek Jędraszewski zaatakował kontrmiesięcznice smoleńskie, jakby był kompanem od kłamstw Jarosława Kaczyńskiego.

Jędraszewskiemu odpowiada duchowny Stanisław Walczak: „Nikt nie zakłóca mszy, protest dotczy kłamstwa”.

Postawa arcybiskupa jest amoralna. Ks. Walczakowi nie przystoi tego mówić, a mi owszem.

Święta ignorancjo!

Kościół musi wreszcie dokonać wymiany pokoleniowej

Kościół musi wreszcie dokonać wymiany pokoleniowej.

Wysłuchałam wypowiedzi abp M. Jędraszewskiego, który porównywał miesięcznice smoleńskie i kontrmanifestacje do sytuacji księży prześladowanych przez SB, dlatego, że mieli odwagę modlić się podczas mszy za internowanych. W roli dzielnych księży widzi dziś abp Jędraszewski – rząd PiS, a w roli SB – opozycję demokratyczną. To więcej niż kuriozalne. Zaprawdę, trudno zrozumieć taką opinię zwłaszcza, że wygłasza ją autorytet kościelny, który w naszym kraju ma charakter autorytetu moralnego.

Stawiam więc trzy tezy (postulaty?), by tę wypowiedź zinterpretować. Pierwsza, że Kościół musi wreszcie dokonać wymiany pokoleniowej. Na jego czele stoją bowiem ludzie, którzy niewiele rozumieją z tego, co się dzieje, nie potrafią trafnie osądzić sytuacji politycznej i kulturowej ani też wyciągnąć wniosków. Są serwilistyczni, konserwatywni, krótkowzroczni. Nie dzieje się tak, być może, z powodu złej woli, ale z innych przyczyn. Nie będę wnikać, jakich… Co prawda nie jestem pewna, czy w Kościele przy całym jego oportunizmie, hedonizmie i poczuciu władzy, wykluć się mogła jakaś nowa generacja młodych księży samodzielnie myślących i zajmujących się raczej służbą Jezusowi niż Kaczyńskiemu, ale zawsze możemy mieć taką nadzieję.

Teza druga odnosi się do wiedzy. Otóż sądzę, że takie wypowiedzi jak abp. Jędraszewskiego są wynikiem jakiejś głębokiej ignorancji, co do tego, czym jest demokracja, czym jest państwo (inne niż kościelne), czym opozycja, wreszcie, jak ważna jest rola pamięci historycznej. Porównywanie dzisiejszej opozycji do dawnej SB, a autorytarnej i despotycznej władzy PiS do księży, którzy byli w opozycji, jest zapewne spowodowane brakiem ogólnej wiedzy. Abp. Jędraszewski ma jednak wiele okazji, by wiedzę nadrobić i wielka szkoda, że z takiej okazji nie korzysta. Poziom wykształcenia kościelnych kadr jest z roku na rok coraz gorszy, co przekłada się nie tylko na publiczne wypowiedzi, ale również na działalność liturgiczną i katechetyczną. Kościół powinien o tym wiedzieć i interesować się nie tylko swoją władzą, ale i wykształceniem, tak hierarchów, jak i adeptów kościelnych.

Po trzecie wreszcie: jestem przekonana, że każdy w naszym państwie, księża również, powinni przejść przez kurs praktycznej edukacji obywatelskiej oraz etycznej. Katecheza nie wystarcza, by mieć adekwatne narzędzia do oceny współczesnego świata i do współodpowiedzialnego uczestniczenia w nim. Tu trzeba wiedzy, umiejętności i praktyki demokratyczno-obywatelskiej.

Zdaje się jednak, że szanse na taką wiedzę, praktykę i odpowiedzialność wśród kleru są – przy takich „autorytetach” jak abp. Jędraszewski bardzo niewielkie. Święta ignorancja, święty oportunizm – zwyciężą.

Magdalena Środa

koduj24.pl

PiS przegrupowuje się – przed nami gorąca jesień

PiS przegrupowuje się - przed nami gorąca jesień

„Na mieście” zaczynają mówić, że Andrzej Duda szykuje się do stworzenia własnego zaplecza politycznego. To już nie tylko sugestia z tajemniczą miną posła Kukiz ’15 Marka Jakubiaka, ale całkiem poważnych publicystów, którzy przebąkują o poważnych zmianach w PiS, a tym samym o poważnych zmianach na scenie politycznej.

Obóz Dudy in spe miałby jakoby składać się z części zaplecza PiS, głównie zatrudnionego w Kancelarii Prezydenta, z ugrupowania Pawła Kukiza i  – spora niespodzianka – polityków PSL. Trudno orzec, na ile samodzielne były weta Dudy, bo niespecjalnie dowierzam prezydentowi. Mógł wejść w rolę dobrego policjanta, złego wskazując na Nowogrodzkiej.

Załóżmy jednak, że Duda skalkulował, iż opłaca mu się być przyzwoitym, nie zapisać się źle w historii i stanął ością w autokratycznym gardle prezesa. Jeżeli tak jest, to Duda nie ma szans na prezydenturę drugiej kadencji, nie wygra wbrew PiS.

Jak zużyta jest władza PiS, widać teraz, gdy nawałnice dotknęły część Polski. Nie miał kto podjąć decyzji o pomocy walczącym ze skutkami kataklizmu, a jak już podjęto spóźniony i niewystarczający ratunek to odbyło się to w formie groteski, zarówno w wydaniu Antoniego Macierewicza, jak i zagubionej, ponoć pozostającej w głębokiej depresji, Beaty Szydło.

Nie tylko zużycie obecnego rządu wskazuje na to, że zmiana zostanie dokonana. Filozofia polityczna PiS mająca tylko jednego autora to nie jest rządzenie bądź administrowanie – bo tego naprawdę nie potrafią – ale zdobywanie kolejnych przyczółków władzy poprzez konflikt, poprzez przekraczanie standardów demokratycznych, prawnych, konstytucyjnych. Było to możliwe, gdy Duda parafował wszystko, jak leci, gdy Szydło uśmiechała się i zwycięstwem zasad nazywała totalną porażkę polityczną 1:27.

Układ władzy w PiS jest w niemocy. Może mu nadać siłę ktoś inny, a nawet Kaczyński może pokusić się być premierem. Rządzenie na gwizdek z gabinetu na Nowogrodzkiej wyczerpało się. Tym bardziej, że projekty ustaw dotyczących sądów wejdą lada chwila na agendę. Na jesieni władza PiS zmierzy się repolonizacją bądź z innym pretekstem niszczenia mediów prywatnych. Będzie to wyzwanie, na które już nie wystarczą płoty przed Sejmem.

A jeżeli Duda nadal będzie zachowywał się przyzwoicie? Jesień będzie więc gorąca i przewyższy temperaturą dotychczasowe rozwałki PiS. Na to jest skazany prezes, który nie ma zbytniego pojęcia o rządzeniu krajem, ale potrafi zdobywać i zawłaszczać instytucje, a to są różne pary kaloszy.

A co z opozycją? I tutaj mamy jeszcze większy kłopot. Dzisiaj opozycja to nie tylko partie parlamentarne czy też rozproszkowana lewica, ale to społeczeństwo obywatelskie, NGO’sy i hybryda ponadpokoleniowa „Łańcuchy Światła”, które w każdym protestującym mieście były inne, a najsilniejsze w Poznaniu.

Słyszymy, iż opozycja powinna się zjednoczyć, tworzyć wspólne listy wyborcze itd. Znając polskie polityczne obyczaje, owo zjednoczenie równie dobrze może być wołaniem o wojenkę. Na szczęście pierwsze są wybory samorządowe, które nie muszą być li tylko konkurowaniem partyjnym, ale eksperymentem partyjno-stowarzyszeniowym oplecionym łańcuchami światła. W częściach Polski, w miastach – opozycja może tworzyć najkorzystniejsze dla niej formy reprezentacji wyborczej, mogą one i muszą się różnić. Polacy obudzili się w lipcu – teraz Polacy muszą w sposób jak najbardziej naturalny przy pomocy polityków, samorządowców, aktywistów społecznych artykułować potrzeby dla lokalnych społeczności.

Podstawowym zawołaniem dla opozycji jest podmiotowość lokalna, która nie musi być warunkowana jakąś wielką ideą, ale być orientacją na jeden lub kilka wybranych celów, a te zawsze łączą. Energia lipcowa Polaków dobrze wykorzystana w wyborach samorządowych pokona PiS – jestem o tym przekonany. Na tej bazie będzie dużo łatwiej tworzyć strategie zwycięstwa parlamentarnego nad PiS.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Sami swoi. Nowe pokolenie. Scenariusz Ziemowita Szczerka

Pisarz Ziemowit Szczerek przedstawia pomysł na „Samych swoich” nowej generacji. Może scenariusz kupiłby minister Piotr Gliński, wszak prezes lubi takie hollywoodzkie produkcje.

Ciekawe, że w scenariuszu nie ma miejsca dla Beaty Szydło, ale jej jakby nie było. Nie reaguje, przeżywa załamanie w Juracie.

Ludzie walczą ze skutkami nawałnicy, a Szydło odpoczywa w Juracie

Ludzie walczą ze skutkami nawałnicy, a Szydło odpoczywa w Juracie

„Super Express” ustalił, że premier Beata Szydło od kilku dni przebywa na urlopie w ośrodku prezydenckim w Juracie. Wychynęła stamtąd, żeby obejrzeć defiladę z okazji święta Wojska Polskiego, a potem z zatroskaną miną pojechała oglądać skutki nawałnicy w Pomorskiem. Pooglądała i… wróciła do Juraty. W rezydencji jest również prezydent Andrzej Duda z żoną.

Fotograf „SE” w niedzielę zrobił zdjęcia Szydło w kościele oddalonym o 500 metrów od prezydenckiego ośrodka. Po mszy szefowa rządu wraz z mężem opuścili kościół przez zakrystię i odjechali w stronę rezydencji.

Współpracownicy Szydło twierdzą, że podczas urlopu nieustająco nadzoruje pracę ministrów. Można w to powątpiewać – rząd zareagował na dramatyczne wydarzenia w Pomorskiem po trzech dniach!

Ale cóż, na wczasach czas wolniej płynie, a burze i nawałnice nad morze nie dotarły, więc i sen pewnie trwał dłużej… Tylko jak potem można mówić, że rząd robi wszystko, żeby pomóc poszkodowanym ludziom. Po raz kolejny przypomina się transparent przyniesiony przez jedną z mieszkanek Rytla, opisujący Szydło: „Ta kobieta nic nie może”.
(Źródło: se.pl)

koduj24.pl

PiS przegrupowuje się, przed nami gorąca jesień

„Na mieście” zaczynają mówić, że Andrzej Duda szykuje do stworzenia własnego zaplecza politycznego. To już nie tylko sugestia z tajemniczą miną posła Kukiz ’15 Marka Jakubiaka, ale całkiem poważnych publicystów, którzy przebąkują o poważnych zmianach w PiS, a tym samym o poważnych zmianach na scenie politycznej.

Obóz Dudy in spe miałby jakoby składać się z części zaplecza PiS, głównie zatrudnionego w Kancelarii Prezydenta, z ugrupowania Pawła Kukiza i  – spora niespodzianki – polityków PSL. Trudno orzec na ile samodzielne były weta Dudy, bo niespecjalnie dowierzam prezydentowi, mógł wejść w rolę dobrego policjanta, złego wskazując na Nowogrodzką.

Załóżmy jednak, że Duda skalkulował, iż opłaca mu się być przyzwoitym, nie zapisać się źle w historii i – stanął ością w autokratycznym gardle prezesa. Jeżeli tak jest, to Duda nie ma szans na prezydenturę drugiej kadencji, nie wygra wbrew PiS.

Jak zużyta jest władza PiS widać teraz, gdy nawałnice dotknęły część Polski. Nie miał kto podjąć decyzji o pomocy walczacych ze skutkami kataklizmu, a jak już podjęto spóźniony i niewystarczający ratunek to odbyło się to w formie groteski, zarówno w wydaniu Antoniego Macierewicza i zagubionej, ponoć pozostającej w głębokiej depresji, Beaty Szydło.

Nie tylko zużycie obecnego rządu wskazuje na to, że zmiana zostanie dokonana. Filozofia polityczna PiS mająca tylko jednego autora to nie jest rządzenie, badź administrowanie – bo tego naprawdę nie potrafią – ale zdobywanie kolejnych przyczółków władzy poprzez konflikt, poprzez przekraczanie standardów demokratycznych, prawnych, konstytucyjnych.

Było to możliwe, gdy Duda parafował wszystko, jak leci, gdy Szydło uśmiechała się i zwycięstwem zasad nazywała totalna porażkę polityczną 1:27.

Układ władzy w PiS jest w niemocy, może mu nadać siłę ktoś iny, a nawet Kaczyński może pokusić się być premierem. Rządzenie na gwizdek z gabinetu na Nowogrodzkiej wyczerpało się. Tym bardziej, że projekty ustaw dotyczących sądów wejdą lada chwila na agendę, na jesieni władza PiS zmierzy się repolonizacją, badź z innym pretekstem niszczenia mediów prywatnych. Będzie to wyzwanie, na które już nie wystarczą płoty pod Sejmem.

A jeżeli Duda nadal będzie zachowywał sie przyzwoicie? Jesień będzie więc gorąca i przewyższy temperaturą dotychczasowe rozwałki PiS. Na to jest skazany prezes, który nie ma zbytniego pojęcia o rządzeniu krajem,  ale potrafi zdobywać i zawłaszczać instytucje, a to są rózne pary kaloszy.

A co z opozycją? I tutaj mamy jeszcze większy kłopot. Dzisiaj opozycja to nie tylko partie parlamentarne, czy też rozproszkowana lewica, ale to społeczeństwo obywatelskie, NGO’sy i hybryda ponapokoleniowa Łańcuchy Światła, które w każdym protestującym mieście były inne, a najsilniejsze w Poznaniu.

Słyszymy, iż opozycja powinna się zjednoczyć, tworzyć wspólne listy wyborcze, itd. Znając polskie polityczne obyczaje owe zjednoczenie równie dobrze może być wołaniem o wojenkę. Na szczęście pierwsze są wybory samorządowe, które nie muszą być li tylko konkurowaniem partyjnym, ale eksperymentem partyjno-stowarzyszeniowym oplecionym łańcuchami światła. W częściach Polski, w miastach opozycja może tworzyć najkorzystniejsze dla niej formy reprezentacji wyborczej, mogą one i muszą się różnić, Polacy obudzili sie w lipcu, teraz Polacy muszą w sposób jak najbardziej naturalny przy pomocy polityków, samorządowców, aktywistów społecznych artykułować potrzeby dla lokalnych społeczności.

Podstawowym zawołaniem dla opozycji jest podmiotowość lokalna, która nie musi być warunkowana jakąś wielką ideą, ale być orientacją na jeden lub kilka wybranych celów, a te zawsze łączą. Energia lipcowa Polaków dobrze wykorzystana w wyborach samorządowych pokona PiS – jestem o tym przekonany. Na tej bazie będzie dużo łatwiej tworzyć strategie zwycięstwa parlamentarnego nad PiS.

16 SIERPNIA 2017

PiS odgrywa się na Akcji Demokracji za „Łańcuch Światła”. Poseł Tarczyński zawiadamia prokuraturę

https://oko.press/pis-odgrywa-sie-akcji-demokracji-lancuch-swiatla-tarczynski-zawiadamia-prokurature/

„Won!” – Tarczyński ostro do dziennikarza „Newsweeka”. Taka reakcja przystoi posłowi?

DoRzeczy, 17.08.2017

Dominik Tarczyński© Leszek Szymański Dominik Tarczyński

Na swoim profilu na Twitterze poseł PiS Dominik Tarczyński opublikował fragment rozmowy z dziennikarzem Newsweeka, który poprosił go o kontakt telefoniczny w związku z artykułem. „Ja z wami nie rozmawiam. Won!” – odpisał mu polityk.

Reakcja posła PiS została skrytykowana przez publicystów „Do Rzeczy”: Wojciecha Wybranowskiego i Marcina Makowskiego.

„Uważasz, ze to było zabawne? Z klasą? Bo ja uważam to za straszne chamstwo” – ocenił Wybranowski. „Tak długo, jak długo pełnisz funkcję publiczną, musisz spodziewać się krytyki i dziennikarskich pytań. Tyle. A epatowanie dresiarskimi komentarzami ani sympatii Tobie, ani Twojemu ugrupowaniu nie przysporzy” – dodał.

„Jest Pan posłem, a nie internetowym trollem. Nawet odmawiać można z klasą, tymczasem daje Pan amunicję do ręki” – skomentował z kolei Marcin Makowski.

 

msn.pl

Z tą większością PiS nie ma szans. Sondaż CBOS jak policzek dla przeciwników Unii Europejskiej

jagor, 17.08.2017

88 proc. Polaków (w tym 52 proc. zdecydowanie) popiera nasze członkostwo w Unii Europejskiej

88 proc. Polaków (w tym 52 proc. zdecydowanie) popiera nasze członkostwo w Unii Europejskiej (Fot. Jan Rusek)

Taki wynik to rzadkość i fenomen. 88 proc. Polaków (w tym 52 proc. zdecydowanie) popiera nasze członkostwo w Unii Europejskiej – wynika z najnowszego sondażu CBOS. Jesteśmy najbardziej prounijnym państwem w Grupie Wyszehradzkiej.

Na pytanie, czy popiera pan/i członkostwo Polski (Węgier, Słowacji, Czech) w Unii Europejskiej, czy też jest pan/i temu przeciwny/a, 88 proc. dorosłych Polaków, w tym 52 proc. zdecydowanie, powiedziało „tak”.

Obecność w UE popiera także większość badanych z pozostałych państw regionu – ponad cztery piąte Węgrów (82%), niemal trzy czwarte Słowaków (74%) i ponad połowa Czechów (56%)

Badanie CBOS pokazuje także, że spośród czterech badanych społeczeństw Polacy są jedynym, w którym wyraźną przewagę mają zwolennicy ścisłej integracji. Aż 58 proc. pytanych uważa, że gdyby doszło do przyspieszenia integracji w samej UE i rozwoju Europy dwóch prędkości, nasz kraj powinien być w grupie państw ściślej ze sobą współpracujących.

Strach przed polityką rządu PiS

Skąd takie nastroje? Według CBOS wyrażana co raz częściej potrzeba pogłębiania integracji z Unią może być spowodowana obawą o politykę rządu PiS, która w odbiorze społecznym prowadzi do izolacji Polski w Unii Europejskiej.

Badanie „Aktualne problemy i wydarzenia” (325) przeprowadzono metodą wywiadów bezpośrednich (face-to-face) wspomaganych komputerowo (CAPI) w dniach 1–8 czerwca 2017 roku na liczącej 1020 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski.

Sondaż w Czechach (CVVM Sociological Institute) realizowano w dniach 5–18 czerwca2017 roku (N=983), na Słowacji (FOCUS) w dniach od 31 maja do 4 czerwca 2017 roku (N=1012), a badanie na Węgrzech (TÁRKI) – od 14 do 23 lipca 2017 roku (N=1017). W Polsce, na Słowacji i na Węgrzech badania realizowano na próbach dorosłych mieszkańców (18+), natomiast w Czechach na próbie 15+.

”Zła wiadomość dla Kaczyńskiego”

TOK FM

„W kuluarach mówi się o tym projekcie”. Poseł Kukiza zapowiada, że powstanie… partia Andrzeja Dudy

http://natemat.pl/215045,w-kuluarach-mowi-sie-o-tym-projekcie-posel-kukiz-15-zyczylby-sobie-powstania-nowej-formacji-pod-egida-prezydenta

„30 żołnierzy? A co z resztą? Na urlopach?” Internauci kpią z deklaracji pomocy MON dla ofiar wichur i nawałnic

Bartosz Świderski, 17 sierpnia 2017
Do setek strażaków i wolontariuszy dołączy... 30 żołnierzy.
Do setek strażaków i wolontariuszy dołączy… 30 żołnierzy. Fot. Bartosz Banka / Agencja Gazeta

Ministerstwo Obrony Narodowej ogłosiło w końcu, że w woj. kujawsko-pomorskim zjawią się żołnierze. Do Rytla, gdzie od kilku dni dziesiątki wolontariuszy bez wytchnienia próbuje udrożnić Brdę, przybyło 70 żołnierzy. To i tak dużo, w całym kujawsko-pomorskim wysłano dodatkowych… 30.

PPŁK ANNA PĘZIOŁ-WÓJTOWICZ

rzeczniczka prasowa MON

Te siły i środki są adekwatne i zostały uruchomione zgodnie z zapotrzebowaniem. MON pozostaje w stałym kontakcie z przedstawicielami samorządów oraz administracji państwowej. Pomoc wojskowa będzie udzielana stale, aż do czasu, gdy będzie istniała taka potrzeba.

30 żołnierzy i ponad 40 jednostek sprzętu wojskowego – taką pomoc zadeklarowało MON w województwie kujawsko-pomorskim, które najbardziej ucierpiało w trakcie nawałnicy. To informacja Polskiego Radia.

Wiadomość natychmiast została skomentowana przez internautów.

„30 żołnierzy to jakiś żart”; „Szkoda tylko, że dopiero po pięciu dniach i nagonce medialnej. Swoją drogą to dlaczego tylko 30 żołnierzy? Reszta na urlopach?” – zastanawiają się niektórzy z nich.

Kilka dni temu przez Polskę przeszły nawałnice. Rytel to miejscowość, która najbardziej ucierpiała w wyniku potężnej wichury. To miejsce odwiedził we wtorek minister obrony narodowej Antoni Macierewicz i premier Beata Szydło.

Opozycja, ale i zwykli mieszkańcy z niechęcią patrzyli na te wizyty. W ich ocenie zabrakło zwykłej empatii, oficjele pojawili się zbyt późno, a pomoc, jaką obiecują jest zwyczajnie niewystarczająca. Sołtys miejscowości Rytel, gdzie skala zniszczeń jest po prostu porażająca, od samego początku próbował uprosić wojewodę o wprowadzenie na terenie gminy Czersk stanu klęski żywiołowej. Ten jednak nie widzi takiej potrzeby.

Tymczasem szef MSWiA Mariusz Błaszczak zapewnia, że rząd panuje nad sytuacją. W TVP Info minister zapewniał, że pierwsza pomoc finansowa już dotarła do najbardziej potrzebujących gmin. Błaszczak ujawnił, że rząd zabezpieczył około 30 mln złotych na pomoc dla poszkodowanych przed nawałnicę.

naTemat.pl

„Dobra zmiana” i chaos w Instytucie Książki. Wildstein, Lisicki, Terlikowski na liście dzieł, którymi chwalimy się światu

Milena Rachid Chehab, 17 sierpnia 2017

Dariusz Jaworski

Dariusz Jaworski (KUBA OCIEPA)

Dyrekcja Instytutu Książki rezygnuje z ekspertów i sama przygotowuje listę książek rekomendowanych zagranicznym wydawcom na prestiżowych targach. Znajdzie się na niej nie tylko nowy Twardoch, Cherezińska czy Żulczyk, ale też powieść Bronisława Wildsteina, „Dżihad i samozagłada Europy” Pawła Lisickiego i dużo literatury religijnej. „Wyborcza” poznała pełną listę.

Katalog „Books from Poland” Instytut Książki przygotowuje z myślą o najważniejszych targach książki. To ważne narzędzie promujące polską literaturę, bo oprócz not omawiających każdą pozycję, katalog zawiera też kilka stron przetłumaczonej próbki tekstu, dzięki czemu zagranicznym wydawcom łatwiej podjąć decyzję.

Dotąd „Books from Poland” przygotowywali powoływani przez Instytut Książki krytycy i literaturoznawcy, a wyborom towarzyszyły nierzadko burzliwe obrady. Przez lata w komisji eksperckiej zasiadał np. Dariusz Nowacki, krytyk i literaturoznawca z Uniwersytetu Śląskiego. W tym roku również dostał zaproszenie z IK. Tyle że o żadnych głosowaniach nie było mowy – rola zaproszonych specjalistów ograniczyła się do przygotowania listy książek, które wyszły na polskim rynku niedawno i które mogłyby zainteresować zagranicznego czytelnika.

– Zostałem potem poproszony o napisanie not o trzech książkach, ale nie mam pojęcia, co oprócz nich znajdzie się w katalogu – mówi Nowacki.

Reporterom z „Wyborczej” dziękujemy

Katalog z propozycjami dla zagranicznych wydawców opublikowano po raz pierwszy w 2000 r., jeszcze zanim IK stał się samodzielną instytucją. I, jak podkreślają jego wcześniejsi twórcy, zawierał szerokie spektrum twórczości. Byli w nim nie tylko nasi flagowi pisarze, jak Olga Tokarczuk, Magdalena Tulli czy Andrzej Stasiuk, ale również mniej znani za granicą autorzy, także kojarzeni dziś z prawicą, np. Bronisław Wildstein czy Jarosław Marek Rymkiewicz.

Wiosną 2016 r. dyrektorem Instytutu Książki został Dariusz Jaworski. I niedługo potem z listy przygotowanej do katalogu przez ekspertów skreślił książki dziennikarek „Wyborczej”: „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” Katarzyny Surmiak-Domańskiej oraz „Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro” Karoliny Domagalskiej.

Wtedy z przygotowywania katalogu wycofała się dr hab. Urszula Glensk, literaturoznawczyni z Uniwersytetu Wrocławskiego, której nie podobało się również pominięcie innych książek reporterów „Wyborczej”, której jej zdaniem mogłyby zainteresować zagranicznego czytelnika: „Niemca. Wszystkich ucieczek Zygfryda” Włodzimierza Nowaka oraz wyróżnionego Nagrodą Kapuścińskiego „Diabła i tabliczki czekolady” Pawła Piotra Reszki.

„Manipulowanie listą książek włączonych do tegorocznej edycji katalogu nie pozwala mi na firmowanie tego politycznego zamierzenia własnym nazwiskiem” – napisała Glensk, dodając, że „tytuły wybrane zgodnie z ideologiczną strategią nie zainteresują międzynarodowych wydawców” (miała na myśli m.in. książkę Wacława Holewińskiego „Honor mi nie pozwala” o tzw. żołnierzach wyklętych).

Być albo nie być literackim mocarstwem

„Wyborcza” zdobyła tegoroczną listę z dwóch niezależnych źródeł. Podobno zestawienie wciąż się tworzy w gabinetach dyrektorskich IK, choć katalog ma trafić nie tylko na październikowe targi we Frankfurcie (największą, obok londyńskiej, imprezę branżową na świecie), ale także do Pekinu, gdzie wydawcy z całego świata zjeżdżają już 27 sierpnia. W środę w nocy, bez żadnego komentarza, listę bez żadnego komentarza, opublikował też portal dorzeczy.pl.

– Żadna lista jeszcze nie jest zamknięta. Dyrektor nie jest jeszcze pewien, które tytuły ostatecznie się na niej znajdą. Lista do Pekinu będzie upubliczniona 25 sierpnia, a lista na targi we Frankfurcie będzie ogłoszona 7 września – to jedyny komentarz, jaki udało nam się otrzymać z IK.

– Wszystko wskazuje na to, że ustalenia będą trwały do ostatniej chwili, a w Pekinie wystąpimy tylko z okrojoną wersją katalogu.

Ale nawet jeśli pracownicy IK będą mieli w Chinach co pokazać potencjalnym wydawcom, to na merytoryczne przygotowanie się do rozmów mają bardzo mało czasu

– mówi nam osoba znająca sprawę.

I podkreśla, podobnie jak inni nasi rozmówcy, że w przeciwieństwie do lat ubiegłych, tym razem o wszystkim decyduje dyrekcja, czyli dyrektor Jaworski oraz jego zastępca Krzysztof Koehler. Niektórzy wskazują również Mariusza Cieślika, odpowiedzialnego w IK za promocję literatury polskiej za granicą, ale on sam zapewnia, że ma jedynie głos doradczy.

– Nieznana jest jeszcze ostateczna liczba książek. Chciałbym, by było ich kilkanaście, bo w końcu nie jesteśmy literackim mocarstwem, dyrektor Jaworski uważa, że powinno się pokazać, że mamy dużo dobrej literatury i że książek powinno być ponad 20 – mówił nam Cieślik. Deklaruje, że w razie czego będzie kładł się Rejtanem za „Wzgórzem psów” Jakuba Żulczyka„Królem” Szczepana Twardocha oraz popularną m.in. w Rosji serią „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera.

Wygląda na to, że się udało, bo wszystkie te tytuły widnieją na poznanej przez nas liście. W dużym stopniu odzwierciedla ona zapowiedzi Jaworskiego z początku kadencji. Dyrektor IK przekonywał wówczas, że „zdecydowanie należy poszerzyć spektrum proponowanych tematów, zagadnień autorów i środowisk”. – Zgadzam się z opinią, że pewni autorzy czy środowiska w niewielkim stopniu lub w ogóle nie byli promowani. I nie mówię tylko o literaturze pięknej, ale też o takich nurtach jak np. literatura historyczna czy religijna – mówił.

Dariusz Jaworski w siedzibie Instytutu Książki w Krakowie, maj 2016Dariusz Jaworski w siedzibie Instytutu Książki w Krakowie, maj 2016 KUBA OCIEPA

Historia, religia i historia religii

I te dwa nurty będą w nowym katalogu reprezentowane najmocniej. Zagranicznych wydawców będziemy zachęcać do przetłumaczenia m.in. *powieści Elżbiety Cherezińskiej „Płomienna korona” o walczącym o zjednoczenie kraju Władysławie Łokietku i jego żonie Jadwidze; *900-stronicowych „Galicyan”, głośnego debiutu Stanisława Aleksandra Nowaka, napisanego mieszaniną odmian staropolszczyzny; *„Nadberezyńców” Floriana Czarnyszewicza, awanturniczo-romansowej powieści autobiograficznej o polskiej szlachcie zagrodowej między Berezyną a Dnieprem w latach 1911-1920; *„Jadwigi”, historyczno-religijnego eseju o św. Jadwidze królowej autorstwa Marty Kwaśnickiej, publikującej we „Frondzie”, „Pressjach” oraz „Czterdzieści i Cztery. Magazynie Apokaliptycznym”.

Religijną literaturę na eksport reprezentuje biografia „Maksymilian M. Kolbe. Biografia świętego męczennika” pióra Tomasza Terlikowskiegooraz „Moc słowa” – eseje bp Grzegorza Rysia w formie 152 rozważań „łączących fragmenty Pisma św. z doświadczeniem naszego codziennego życia”, pokazujące, że „Biblia bardzo precyzyjnie oświetla rzeczywistość, w której się poruszamy” (opis wydawcy).

Kto na świecie mógłby chcieć wydawać polską literaturę religijną? – Może na przykład Chińczycy?

Miałem ostatnio kilka zapytań od wydawnictw chińskich, które pytały o książki z Polski na tematy rolnictwa, kultury i społeczeństwa w Polsce, więc literaturą katolicką mogą być zainteresowane ze względu na egzotykę tematu

– mówi Marcin Biegaj, szef polskiego oddziału agencji literackiej Andrew Nurnberg.

Lisicki nie nadstawia drugiego policzka

Dyrekcja IK chce zainteresować zagranicznego czytelnika nie tylko chrześcijaństwem, ale i islamem. Wpisując się w modny na rynku wydawniczym nurt świadectw zakładników lub ofiar tzw. Państwa Islamskiego, IK proponuje książkę „Wojna braci” Marcina Mamonia, porwanego w Syrii przez Al-Kaidę dziennikarza i reżysera filmów dokumentalnych, który opisał świat walczących fundamentalistów, czyli „dżihad widziany od środka”

A także książkę Pawła Lisickiego „Dżihad i samozagłada Europy”, która zdaniem Mariusza Cieślika ze względu na kontrowersyjność może okazać się hitem. Jej autor, redaktor naczelny „Do Rzeczy” regularnie wypowiada się krytycznie na temat islamu, uchodźców i papieża Franciszka, który według autora „Dżihadu” „zdradza świadomość utraty związku z rzeczywistością i przedkłada utopijne pięknoduchostwo nad realizm”.

Polski wydawca tak zachwala książkę: „Masowe zbrodnie przeprowadzane przez dżihad mrożą krew w żyłach. Drastyczne filmiki z egzekucji umieszczane w internecie są manifestem siły i nieobliczalności wyznawców Allaha. Zalewa nas fala terroru, której nie potrafimy powstrzymać. Czy na pewno nie potrafimy? Jaka jest rola Kościoła katolickiego w tych działaniach? Jak długo jeszcze będziemy nadstawiać drugi policzek i ze spokojem patrzeć na rzeź niewinnych?”.

Poeci wyklęci

Także w promowaniu polskiej poezji IK stawia na narrację bliską partii rządzącej. Zagranicznym wydawcom poleci w tym roku (oprócz nagrodzonej Nike prozy poetyckiej Bronki Nowickiej „Nakarmić kamień”), tomik Jana Polkowskiego „Gdy Bóg się waha. Poezje 1977-2017” oraz „Epigonię” Wojciecha Wencla.

Polkowski, dawny laureat nagrody Kościelskich, wydający jeszcze w podziemiu, dziś znany jest głównie ze swej publicystyki na łamach tygodnika „Sieci Prawdy” (do niedawna „wSieci”), gdzie np. udowadniał, że „Lalka” Prusa jest powieścią antypolską, prezesował też Fundacji Smoleńsk 2010, która zbierała pieniądze na produkcję filmu „Smoleńsk”.

O Wenclu w prawicowej prasie mówi się „poeta narodowy” albo „poeta wyklęty”, a w „Epigonii”, jak pisała recenzentka „Gazety Polskiej Codziennie”, „sercem czy raczej mrocznym cieniem jest katastrofa smoleńska”, co widać m.in. w wierszu „Matka Boska smoleńska” oraz mikropoemacie „Pamiętnik z Krakowskiego Przedmieścia”, w którym poeta w żałobę po 10 kwietnia 2010 r. wpisuje wielkie historyczne tragedie, „budując kontinuum nieprzerwane wiecznego czasu”.

I tak zdecyduje zagraniczny rynek

Spośród autorów bliskich obozowi rządzącemu na liście IK znalazł się także kryminał Bronisława Wildsteina „Dom wybranych” (tajemnicze zniknięcie intelektualnego guru Polski, podczas gdy w telewizja pokazuje wymyślony przez niego reality show). Bardziej klasyczne oblicze tego gatunku reprezentuje „Osiedle marzeń” Wojciecha Chmielarza (komisarz Mortka na tropie śmierci studentki na spokojnym osiedlu).

IK zagranicznym wydawcom poleci również: „Tam” – osobisto-reporterską opowieść Nataszy Goerke o Nepalu, wspomniane już powieści Żulczyka i Twardocha, a także powieść Wojciecha Chmielewskiego „Belweder gryzie w rękę” i nominowany do tegorocznego Nike zbiór opowiadań „Ślady” Jakuba Małeckiego.

Fantastykę, oprócz „Pamięci wszystkich słów” Wegnera (czwarty tom „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”) reprezentuje „Hel-3” Jarosława Grzędowicza.

Nowością w „Books from Poland” jest literatura dziecięca. To „Rok na wsi” Magdaleny Kozieł-Nowak oraz „Florka. Mejle do Klemensa” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel, czyli listy pewnej ryjówki do leżącego w szpitalu przyjaciela.

Czego nie ma na liście

W najnowszym „Books from Poland” zwraca uwagę brak książek reporterskich, które w ostatnich latach stały się naszą eksportową specjalnością. To też realizacja zapowiedzi Jaworskiego, który mówił, że „dobrze wypromowaliśmy na świecie polski reportaż literacki, więc dobrze by było, gdybyśmy też sięgnęli do innych gatunków”.

cytowanym wywiadzie dla „Wyborczej” zastanawiał się zarazem, czego oczekuje zagraniczny odbiorca i co zagraniczny wydawca będzie chciał kupić i wydać u siebie, bo to przecież on – nawet biorąc pod uwagę dotację z IK, ponosi ryzyko biznesowe. – Jeśli będziemy mu [przez program dofinansowujący wydawcom tłumaczenia polskiej literatury] konsekwentnie poszerzać spektrum tematów i autorów, to jest szansa, że on to przyjmie i dostrzeże, że nasz świat jest znacznie bogatszy i biznesowo wartościowszy niż ten dotąd prezentowany – tłumaczył.

Ci, którzy od lat promują polską literaturę za granicą, słysząc takie tezy, łapią się za głowę. – Najpierw ktoś musi dowieść, że te książki mają potencjalnych czytelników i że jest na nie rynek. Jeśli ktoś w nie wierzy, powinien przetłumaczyć po kilkadziesiąt stron i zacząć pukać do drzwi kolejnych wydawców. Drogi na skróty tu nie ma – mówiła niedawno na łamach „Wyborczej” wybitna tłumaczka na angielski Antonia Lloyd-Jones.

– Dyrekcja IK, podobnie zresztą jak wielu polityków PiS, sądzi, że międzynarodowe sukcesy autorów takich jak Olga Tokarczuk i Andrzej Stasiuk to przede wszystkim rezultat tego, że przez lata stawiał na nich, także finansowo, IK i inne instytucje promujące kulturę polską za granicą – mówi osoba związana z IK. – Ale choć dyrektor Jaworski na stanowisku jest już ponad rok, wciąż nie chce zrozumieć, że to zagraniczni wydawcy decydują, kogo u siebie wydadzą.

To jeden z głównych powodów tego, że IK pogrąża się w chaosie, bo dyrekcja nie ufa dawnej ekipie, a z nową nie wypracowała dotąd żadnej wizji.

Bałagan z katalogiem i ręczne sterowanie to tylko jeden z tych momentów, kiedy rozpad Instytutu widać także od zewnątrz.

Książki, do których wydania za granicą będzie zachęcać Instytut Książki na targach w Pekinie i we Frankfurcie (przyporządkowanie gatunkowe wg IK)

Science-fiction

Jarosław Grzędowicz, „Hel-3”, Fabryka Słów, 2017
Robert Wegner, „Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza”, Wydawnictwo Powergraph, 2015

Fiction

Szczepan Twardoch, „Król”, Wydawnictwo Literackie, 2016
Jakub Małecki, „Ślady”, Sine Qua Non, 2016
Jakub Żulczyk, „Wzgórze psów”, Świat Książki, 2017
Wojciech Chmielewski, „Belweder gryzie w rękę”, Wydawnictwo Iskry, 2017
Elżbieta Cherezińska, „Płomienna korona”, Zysk i S-ka, 2017
Bronisław Wildstein, „Dom wybranych”, Zysk i S-ka, 2017
Stanisław Nowak, „Galicyanie”, W.A.B., 2016

Non-fiction

Marcin Mamoń, „Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy”, Wydawnictwo Literackie, 2017
Natasza Goerke, „Tam”, Wydawnictwo Czarne, 2017
Tomasz P. Terlikowski, „Maksymilian M. Kolbe. Biografia świętego męczennika”, Wydawnictwo Esprit, 2017

Esej

Paweł Lisicki, „Dżihad i samozagłada Zachodu”, Fabryka Słów, 2015
Marta Kwaśnicka, „Jadwiga”, Teologia Polityczna, 2015

Poezja

Wojciech Wencel, „Epigonia”, Wydawnictwo Arcana, 2016
Jan Polkowski, „Gdy Bóg się waha. Poezja 1977-2017”, JMR Trans-Atlantyk / Instytut Myśli Józefa Tischnera, 2017
Bronka Nowicka, „Nakarmić kamień”, Biuro Literackie, 2015

Tradycja literacka

Florian Czarnyszewicz, „Nadberezyńcy”, Wydawnictwo Arcana, 2010

Esej religijny

Bp Grzegorz Ryś, „Moc słowa”, Wydawnictwo WAM, 2016

Kryminał

Wojciech Chmielarz, „Osiedle marzeń”, Wydawnictwo Czarne, 2015

Dramat

Jarosław Jakubowski, „Prawda i inne dramaty” Agencja Dramatu i Teatru, 2017

Literatura dziecięca i młodzieżowa

Magdalena Kozieł-Nowak, „Rok na wsi”, Nasza Księgarnia, 2017
Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Jona Jung, „Florka. Mejle do Klemensa”, Wydawnictwo Bajka, 2016

wyborcza.pl

Reparacje wojenne od Niemiec? Zaskakująca odpowiedź polskiego MSZ

17.08.2017

Polska zrzekła się reparacji wojennych od Niemiec w 1953 r. oświadczyło MSZ w odpowiedzi na pytanie posła PiS Adama Ołdakowskiego. Co więcej, resort uważa, że stanowisko takie potwierdzono w 2004 r.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza„, w lipcu poseł PiS Paweł Ołdakowski wystąpił do MSZ z pytaniem, czy i jakie działania zostaną przedsięwzięte w sprawie uzyskania reparacji wojennych od Niemiec. W opinii Ołdakowskiego rząd PRL nie miał „legitymacji społecznej” by zrzekać się roszczeń wobec naszego zachodniego sąsiada. Co ważne, pytanie to zostało zadane jeszcze przed podjęciem na dobre przez PiS tematu reparacji wojennych.

W odpowiedzi wiceminister Marek Magierowski przypomina, że zgodnie z deklarację poczdamską z 1945 r. reparacje dla Polski mają być wypłacane wraz z reparacjami dla ZSRR. Z całości uzyskanej kwoty rząd naszego wschodniego sąsiada miał nam przekazywać 15 proc. Jednak sprawy przybrały inny obrót, kiedy w 1953 r. rząd ZSRR zrzekł się zadośćuczynienia finansowego od NRD. Podobną deklarację dzień później wystosował rząd w Warszawie, ale zrzekł się w niej roszczeń wobec całych Niemiec.

Niezależnie od współczesnych ocen tego faktu, w przeważającej części polska doktryna skłania się ku stanowisku, że oświadczenie z 1953 r. stanowi wiążący jednostronny akt Państwa Polskiego – podmiotu prawa międzynarodowego – podkreślił w swojej odpowiedzi wiceszef MSZ.

W swoim piśmie Magierowski przypomniał również, że już w 2004 r. Sejm podjął uchwałę, która miała zobowiązać polski rząd do starania się o odszkodowania wojenne. Jednak ówczesny rząd Marka Belki nie zastosował się do niej, powołując się na prawomocność polskiego oświadczenia z 1953 r. Jak podkreślił wiceminister „stanowisko polskiego rządu nie uległo zmianie od 2004 r.”.

Pomimo takiego stanowiska prezentowanego przez MSZ, co innego mówił jego szef Witold Waszczykowski, który podczas wystąpienia w TVP oznajmił, że decyzję podjętą przez rząd PRL można podważyć, bo „nie do końca wiadomo, czego się zrzeczono”.

Ołdakowski liczy jednak, że pomimo odpowiedzi, która wyklucza staranie się o odszkodowanie od strony niemieckiej, rząd RP jeszcze zmieni nastawienie i usłucha „głosu społeczeństwa”.

dziennik.pl

Rodzina Magdaleny Żuk przerywa milczenie. „Wysłali dokumenty, które nie dotyczyły sprawy Magdy”

Wprost, 17.08.2017

Magdalena Żuk© Dostarczane przez Platforma Mediowa Point Group SA Magdalena Żuk

 

27-letnia kobieta wypadła ze szpitalnego okna. Według egipskich służb, popełniła samobójstwo, rodzina Magdaleny Żuk jednak w taką wersję nie wierzy. – Zginęła w Egipcie. Na pewno nie popełniła samobójstwa – twierdzi w rozmowie z dziennikarką UWAGI! Anna Cieślińska, siostra Magdaleny Żuk.

– Moja siostra nigdy w życiu nie chorowała na chorobę psychiczną, ani nie miała takich zachowań – mówi i odnosi się do hejtu, jaki rozlał się w internecie po śmierci 27-latki. – Ten hejt jest straszny. Wyciągają straszne rzeczy. Jedni twierdzą, że dostaliśmy pieniądze za milczenie, są ludzie, którzy twierdzą, że są filmy porno z naszym udziałem i dlatego nic nie możemy powiedzieć. Że nas zastraszają. Oskarżana jestem, że jestem tą brzydszą siostrą, zazdrosną i że sprzedałam Magdę – przytacza kilka wersji Anna Cieślińska.

– Ja przez dwa miesiące miałem wyłączony komputer i internet w ogóle. Tylko Ania siedziała i pilnowała – mówi ojciec zmarłej 27-latki Tadeusz Żuk. Jak twierdzi, ludzie obrażali jego córkę i całą jego rodzinę.

Według Anny Cieślińskiej, wersja z handlem ludźmi, na której skupiono się tuż po śmierci Magdaleny Żuk w Egipcie, jest nieprawdziwa. – Oddalamy się od tego, że to się stało w Egipcie. Zapominamy o filmach. Wszyscy widzieliśmy, jak walczyła w tym szpitalu, jak jej zabierali torebkę, telefon… – mówi załamana siostra zmarłej Magdaleny Żuk.

– Nie rozumiem, czemu wszyscy o tym zapomnieli. Nikt nie pyta dzisiaj, kim były osoby w szpitalu, dlaczego tam ciągle przy niej stało tylu mężczyzn, kim oni byli – wymienia wątki, które według niej wciąż nie zostały wyjaśnione. Zwraca też uwagę na to, że wersje przedstawiane przez personel szpitala po śmierci jej siostry, różnią się między sobą. Raz mówią, że stanęła na stoliku i wyskoczyła, drugim razem, że nawet nie stawała, trzecim razem, że pielęgniarka trzymała ją za nogę i się wyśliznęła. Za dużo tego wszystkiego – mówi.

Jak twierdzi, ona i jej rodzina nie dostali z Egiptu żadnych dokumentów, które cokolwiek wyjaśniłyby w kwestii śmierci jej siostry. – Przyszły dokumenty, które były tłumaczone, ale nie ma sekcji zwłok, nie ma protokołów z przesłuchań świadków, którzy byli przesłuchani na miejscu w Egipcie. Nie ma wyników badań toksykologicznych. Nic nie ma – mówi Anna Cieślińska i dodaje: – Oni wysłali dokumenty, które nie dotyczyły sprawy Magdy. Ponoć to jest pomyłka.

Według niej, policji ani prokuraturze nie udało się też uzyskać dostępu do telefonu jej siostry. – Magda miała iPhone’a, a on ma takie zabezpieczenia, że nie można go odkodować – mówi. Zwraca uwagę także na fakt, że na akcie zgonu, który przyszedł z Egiptu, nie zgadza się godzina śmierci jej siostry. – Bardzo dobrze pamiętam ten dzień, jak się dowiedziałam o śmierci Magdy: za 20 albo za 15 osiemnasta. W akcie zgonu jest napisane, że Magda zmarła o 21 – twierdzi.

– Na początku było wiele osób, które obiecywały pomoc, wspierali nas. Padło wiele deklaracji – mówi Anna Cieślińska. Jak twierdzi, ani ona ani jej rodzina ostatecznie pomocy nie otrzymała ani od biura podróży, z którym Magdalena Żuk wyjechała do Egiptu, ani od ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który obiecywał nadzór nad sprawą.

Anna Cieślińska przyznaje, że bierze pod uwagę, że nigdy nie dowie się, co naprawdę wydarzyło się w Egipcie. – Ile można czekać na cokolwiek? – pyta, a jej ojciec dodaje, że jedyne, na co teraz czeka, to „żeby ta sprawa się wyjaśniła”. – Chciałabym bardzo, żeby zostało powiedziane przez nasze władze i przez prokuraturę, że moja siostra nie była psychicznie chora. Nie było takiej sytuacji, żeby ona się leczyła psychiatrycznie. Nie dam sobie wmówić, że ona była chora, bo nie była chora – mówi Anna Cieślińska.

– Pojechała wypocząć i wróciła w trumnie. Nie powinno się to zdarzyć – dodaje ojciec dziewczyny. Rodzina Magdaleny Żuk twierdzi, że sprawa jej śmierci, nie zostanie wyjaśniona, dopóki strona egipska nie przekaże dokumentów, o które wnioskowała prokuratura w Polsce. Mają nadzieję, że polskim władzom uda się przekonać prokuratorów w Egipcie do współpracy z polskimi śledczymi.

Jak dowiadujemy się od rzecznika prokuratury okręgowej w Jeleniej Górze, Egipcjanie nie tylko nie przekazali materiałów, ale nawet nie wskazali przyczyny zaistniałego stanu rzeczy. Jak dodaje rzecznik, godzina zgonu Magdaleny Żuk została „ponad wszelką wątpliwość ustalona”. Informacji na temat badania zawartości telefonu zmarłej kobiety nie podaje, tłumacząc dobrem prowadzonego postępowania.

 

msn.pl

„Prezydent wszedł na taką ścieżkę, że druga kadencja jest bardzo, bardzo wątpliwa”

Zmiana Adriana, zdradzieckie mordy i niewzruszony prezes. Poznaliśmy szczegóły drugiego sezonu „Ucha Prezesa”

 

Pojęcie „sezon ogórkowy” nie istnieje w słowniku prezesa, dlatego wracający po wakacyjnej przerwie serial „Ucho Prezesa” ma sporo do nadrobienia. W drugim sezonie nie zabraknie wszystkiego tego czym żyliśmy przez ostatnie dwa miesiące, sporo zmieni się też w samym serialu, w końcu Adrian wybił się na niepodległość.

– Jesteśmy po wakacjach, prezydent zmienił się nie do poznania, za to prezes został ten sam – rozpoczął spotkanie z prasą Robert Górski, prezes z serialowego „Ucha”. Do gabinetu prezesa  na Nowogrodzkiej on i widzowie  którzy wykupili konto na serwisie Showmax wrócą już 7 września. Na YouTube pierwszy odcinek serialu trafi 4 dni później, w poniedziałek 11 września.

Opozycja nie przychodzi do prezesa

Pierwszy sezon „Ucha Prezesa” był eksperymentem, którego sukces mierzy się nie tylko wyświetleniam (tylko trzy z trzydziestu odcinków nie pokonały granicy miliona wyświetleń na YouTube, a aż 10 zanotowało ich ponad pięć milionów). „Ucho” może w krótkim czasie pochwalić się też wpływem na nasz język, w końcu nawet dziennikarze zaczęli prezydenta nazywać Adrianem, a podczas jednej z demonstracji w obronie sądów na ulicach pojawił się transparent z hasłem „Adrian wetuj”.

Drugi sezon ma przynieść sporo zmian. Górski i  Mikołaj Cieślak (serialowy Mariusz) opowiadają, że nowością będzie przede wszystkim więcej miejsca dla opozycji, która z oczywistych względów nie mogła pojawiać się zbyt często na w gabinecie przy Nowogrodzkiej. Oznacza to też, że we wrześniu poznamy kilka nowych miejsc i postaci. Jakich? Tego autorzy jeszcze nie zdradzają.

Scenariusz dla czterech pierwszych odcinków jest już napisany, choć – jak przyznają twórcy – działanie z takim wyprzedzeniem bywa momentami problematyczne. Dynamika rządów PiS zmuszałaby ich do pisania scenariuszy z dnia na dzień. We wrześniu możemy spodziewać się podsumowania wakacji, walki o sądy i o puszcze, kwestie wizyty prezydenta USA Donalda Trumpa. Razem z nimi w serialu pojawią się nowi bohaterowie, jak choćby minister sprawiedliwości. Nowe twarze zobaczymy już w pierwszym odcinku, zatytułowanym „Twarze, maski, mordy”.

 

Adrian nie będzie już Adrianem

– Przyznaję, że prezydent nieco nas zaskoczył, a zarazem ułatwił pracę nad scenariuszem, w końcu nie mogliśmy go przez cały czas trzymać w korytarzu – opowiada Cieślak. Dodaje też, że sprawa prezydenta jest rozwojowa i wiele zależy od wrześniowych decyzji w sprawie ustawy o sądach. Na pytanie dziennikarze o to czy wreszcie zostanie wpuszczony do gabinetu prezesa, nie odpowiedzieli, zasugerowali tylko, że przecież sprawę można rozwiązać inaczej. Może Adrian doczeka się swojego gabinetu?

Odpowiadając na pytania, autorzy „Ucha Prezesa” przyznali też, że nauczeni doświadczeniem pierwszego sezonu, chcą w kolejnych 14 odcinkach odejść od wątków sensacyjnych, ograniczyć do minimum efekty specjalne, a skupić się raczej na tym, by widz uwierzył, że to co pokazuje „Ucho” jest bliskie prawdziwej walki politycznej.

newsweek.pl

BENDYK: TO WYBORY SAMORZĄDOWE POKAŻĄ, CZY UDAŁO SIĘ ZAGOSPODAROWAĆ ENERGIĘ LIPCOWYCH PROTESTÓW

16 sierpnia 2017

I samorządowcy, i opozycyjne partie polityczne, i NGO muszą zrozumieć, że bez aktywnego partnera w społeczeństwie skazane są na klęskę. Państwo PiS nas zadusi.

Michał Sutowski: Czy lipcowe protesty w obronie trójpodziału władzy w Polsce mówią nam coś nowego o społeczeństwie? Czy to była jakaś cezura w polskiej polityce pod rządami PiS?

Edwin Bendyk: Tak sugeruje ich dynamika. Zaczęło się od modelu KOD-owsko-partyjnego, szybko zdominowanego przez PO i Nowoczesną, z fantazją o Frasyniuku jako liderze „zjednoczonej opozycji”. Demonstracje organizowano, wykorzystując te siły, które od dawna już były aktywne na ulicy – ale bez pracy nad doświadczeniami np. Czarnego Protestu. W następnych dniach pojawił się jednak „łańcuch światła” i zupełnie nowi aktorzy w kolejnych miastach. Ikoniczną postacią byłby tu Franciszek Sterczewski z Poznania – człowiek dotąd zaangażowany, ale nie politycznie, społecznik wywodzący się ze świata kultury.

Akurat „łańcuch światła” łączył chyba środowiska „stare” i „nowe”? W czasie pierwszej demonstracji ze świecami pod Sądem Najwyższym było sporo polityków i establishment prawniczy.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/mlodzi-na-ulicy-czyli-pis-wkurzyl-juz-prawie-wszystkich/embed/#?secret=SkC2UVM4Ad

Palenie światełek faktycznie wymyśliło stowarzyszenie „Iustitia”, ale pomysł bardzo szybko przejęły kolejne grupy i środowiska. I pod Sejmem, gdzie manifestowano bez partyjnych sztandarów, i pod Pałacem Prezydenckim, gdzie przemawiał Grzegorz Schetyna, wszyscy stali ze świeczkami. W pewnym momencie Akcja Demokracja wykorzystała ten symbol do zbudowania ruchu no logo. To trochę jak przy protestach w sprawie ACTA z 2012 roku, widzę tu dużo podobieństw.

Jakich?

Nowy symbol umożliwił to samo, co zapewniło sukces demonstracjom przeciw ACTA: oto anarchiści i kibice spotykają się pod wspólnym znakiem, chowając na ten czas swe znaki plemienne. W czasie lipcowych protestów często było słychać retorykę w rodzaju: my nie jesteśmy przeciwko PiS, a nawet jak jesteśmy, to teraz tego nie eksponujemy, bo to nie ma znaczenia – komunikat jest pozytywny, bronimy Sądu Najwyższego czy wartości trójpodziału władzy, domagamy się potrójnego weta, nie walczymy z legalnie wybraną władzą. Czyli mamy w efekcie działanie polityczne, które nie chce być tak definiowane.

Ale i w 2012 roku rząd PO, i teraz rząd PiS odebrał to jednoznacznie inaczej…

Faktycznie – wtedy też pojawiały się teorie spiskowe. Mówiło się, że to Google zorganizował protesty przeciwko ACTA, a teraz – że Rossmann dostarczając świeczek albo któryś z ministrów rządu RFN… Niezrozumienie dynamiki społecznej to chyba przywilej władzy w Polsce. I to jest nasze główne wyzwanie na przyszłość – zrozumienie i spożytkowanie tego dynamizmu, tej nowej energii.

Niezrozumienie dynamiki społecznej to chyba przywilej władzy w Polsce. I to jest nasze główne wyzwanie na przyszłość

Czy tylko nowej? Partyjne demonstracje też przyciągnęły wielotysięczne tłumy.

To prawda, PO i KOD zorganizowały być może największe ze zgromadzeń, ale na nich obecni byli głównie ci ludzie, którzy mobilizowali się już wcześniej. Protesty no logo są jednak o tyle ważne, że rzucają nam wyzwanie reprezentacji. W kontekście kolejnych posunięć PiS, kolejnych ustaw, ale i działań aparatu państwa coraz bardziej widać, że stawką walki politycznej jest władza, czyli parlament. Krótko mówiąc, reprezentacja – partyjna czy jakakolwiek inna – ubiegająca się o miejsce w parlamencie.

O reprezentowaniu maszerujących myślał już KOD.

Tak, ale potem nastąpił kryzys związany z postacią Mateusza Kijowskiego i kiepskim zastąpieniem jego przywództwa. KOD-owskiego rządu dusz protestujących nikt dotąd nie przejął.

To na kogo mogą zagłosować ci, którzy nie chcieli demonstrować pod flagami partyjnymi?

Wariant optymalny, wymarzony, nasza fantazja to oczywiście „polski Macron”, czyli zupełnie nowa formacja włączająca do systemu politycznego energię ruchów społecznych.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/zdradzieckie-mordeczki-wciaz-nie-maja-na-kogo-glosowac/embed/#?secret=xNereNclz4

Ale czy Emmanuel Macron to nie jest raczej przypadek zbudowania ruchu pod kandydata? Jeśli już szukamy analogii, to może raczej hiszpański Podemos?

W Hiszpanii obok lewicowego Podemosu są jeszcze liberalni Ciudadanos, Obywatele. Macron poszedł dalej, bo połączył w jednym ruchu lewicę i liberałów. En Marche! miało rzeczywiście wynieść do władzy jego osobę, ale bardzo szybko udało się to przetworzyć w ruch polityczny i przejąć dzięki niemu władzę w parlamencie. I w logice francuskiej to ma sens, bo tam kluczem jest stanowisko prezydenta. W Polsce najważniejszy jest parlament.

Chodzi mi tylko o to, czy Polskę od PiS faktycznie wybawi ruch budowany pod lidera, zwłaszcza że na razie żaden oczywisty kandydat się nie wyłonił.

Gdy mówię o „polskim Macronie”, chodzi mi raczej o pomysł na formację o podobnej filozofii politycznej. Bo En Marche! to nie jest jakaś ideologiczna ameba ani PR-owa wydmuszka. Macron pisał poważne teksty wykładające jego poglądy na możliwości i ograniczenia współczesnej polityki, między innymi na łamach „L’Esprit” w 2012 roku. Punktem wyjścia jest dla niego diagnoza świata tak złożonego, że politycy nie mogą w nim zdziałać niemal nic, choć oczekuje się od nich zajmowania się wszystkim.

Reakcją na ten stan rzeczy może być dyskurs imposybilizmu – tłumaczenie ludziom, czemu się nie da. Może być krytyka imposybilizmu – wyrzucanie establishmentowi, że nie potrafi albo nie chce podważyć status quo. Wreszcie jałowe tłumaczenie złożoności świata. W efekcie polityka polega albo na przykręcaniu śruby w jakimś obszarze, punktowej interwencji ustawowej, która ostatecznie i tak nic nie załatwia, albo „wielkich reformach”, które rozbijają się o inercję biurokracji.

Macron ma jakiś pomysł, co z tym fantem zrobić?

Jego wnioski są takie, że w złożonym świecie polityki nie można rządzić z jednego ośrodka władzy, ale zawsze w deliberacji z różnymi aktorami społecznymi i ośrodkami realnej mocy. Bez nich żadna reforma się nie powiedzie. Rozwiązywanie problemów nie może mieć charakteru technokratycznego – musi być zakorzenione w ideach i wartościach, które legitymizują poszczególne działania, a kontekstem dla tego wszystkiego musi być „wielka historia”, czyli całościowa wizja społeczeństwa.

I to pomoże? Francji – i polityce w ogóle?

Nie wiemy. Ale sama koncepcja wydaje się do rzeczy – i bynajmniej nieograniczona do kontekstu francuskiego. Bo przecież gdy Macron pisze o relacji między polityką a administracją, z jej zachowawczą i autonomiczną logiką, to mi od razu przychodzi na myśl analiza Ludwika Dorna na temat „głębokiego państwa”, o które Kaczyński może się rozbić. A kiedy mowa o policentryczności systemu, o tym, że nie można zmieniać rzeczywistości tylko środkami władczymi, nawet jeśli się ma do tego demokratyczny mandat – przypomina mi to tezy Jerzego Hausnera na temat potrzeby dialogiczności zmian i państwie heterarchicznym.

I tak na listach wyborczych En Marche! połowa kandydatów pochodziła z organizacji społecznych, a nie z partii politycznych. To jest pomysł na upolitycznienie społeczeństwa obywatelskiego. Co z tego wyjdzie, nie wiadomo, ale przynajmniej mamy jakąś spójną propozycję zmian.

http://krytykapolityczna.pl/felietony/agnieszka-wisniewska/spoleczenstwo-polityczne-zastepuje-spoleczenstwo-obywatelskie/embed/#?secret=d5BGReZBI0

Obawiam się, że w polskich warunkach poszukiwanie „Macrona” sprowadza się do dywagacji, kto mógłby nim zostać.

Chodzi o to, że najpierw jest jakiś koncept czy wizja politycznej zmiany, a potem znajduje się postać, która ją uosabia – a nie, że mamy postać, pod którą dopiero piszemy program… A stawką takiej zmiany w warunkach polskich jest włączenie polityczne tych, którzy uczestniczą już w polityce, ale wciąż brzydzą się o niej mówić.

Partia Razem próbowała się włączyć pod własnymi sztandarami i wyszło to średnio. Frekwencja na jej demonstracjach nie była tragiczna, ale też nieporównywalna z protestami z Grzegorzem Schetyną i Ryszardem Petru na scenie – odzwierciedlała różnicę sondażową. A ludzi protestujących według zasady no logo nie udało się jej przejąć. Dlaczego? Przecież Adrian Zandberg i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk to nie są leśne dziadki i babcie broniący III RP.

W Polsce zasada no logo, przynajmniej od 2012 roku, to dla młodych ludzi warunek wstępny wejścia do działania publicznego, w każdym razie na większą skalę.

Rozumiem, czego ma nie być – sztandarów partyjnych. A czego potrzeba?

Musi być konkretna sprawa do załatwienia – sukces Czarnego Protestu też na tym polegał, że walczono z pomysłem władzy, a niekoniecznie z samą władzą PiS. Dlatego możliwa była tak szeroka platforma dla różnych kobiet, i popierających je mężczyzn. Teraz był trójpodział władzy i niezależny Sąd Najwyższy jako wartość – co znamienne, KOD-owskie „precz z Kaczorem-dyktatorem!” nie wybrzmiało chyba ani razu. Nie było odniesień do Kaczyńskiego i rządów PiS, tylko domaganie się weta, wolne sądy, plus hymn, „wolność-równość-demokracja” i przemówienia broniące wolności. Jeśli ktoś spróbował ze sceny przemycić jakieś tyrady, to go wybuczano.

A więc liczy się temat, a nie wróg?

Zaryzykowałbym podobną tezę, jaką sformułowałem w Buncie siecianalizując protesty przeciwko ACTA. Wtedy nie chodziło w istocie o porozumienie międzynarodowe o nazwie ACTA, tylko o protest przeciwko działaniom władzy, które zostały odebrane jako niebezpieczne dla autonomii przedstawicieli ważnej części społeczeństwa – młodzieży. Podobnie Czarny Protest i teraz lipcowe manifestacje no logo są wyrazem protestu przeciwko konkretnym działaniom władzy, która w swej arogancji przekracza nieprzekraczalną granicę i próbuje poddać swej kontroli nie należną jej przestrzeń.

Protesty przeciwko ACTA pokazały, że ten barwny i jednocześnie niezwykle zdyscyplinowany ruch był czymś więcej, niż młodzieżowym happeningiem. Jego uczestnicy, a na pewno liderzy mieli świadomość znaczenia symboli i umiejętnie tworzyli uniwersum symboliczne ruchu. Wtedy to były symbole pokazujące i globalne stawki protestu, jak maski Guya Fawkesa, i lokalny kontekst – czyli kotwica Polski Walczącej połączona z małpą. Ta kotwica mówiła: oto jest nasza barykada, czego zupełnie nie rozumieli starsi, oburzający się jak Stefan Niesiołowski na profanację świętych symboli narodowych. Warto zauważyć, że kotwica pojawiła się znowu podczas Czarnego Protestu, w innej wersji, która także wywołała oburzenie patriarchatu. Zestawowi symboli z lipcowych protestów warto się uważnie przyjrzeć, ale na pewno istotne, jakoś jednoczące, były te zapalone świeczki. Szybko włączyli się też artyści z minimalistycznym designem plakatów o Konstytucji.

http://krytykapolityczna.pl/felietony/agnieszka-wisniewska/polki-walczace-sa-ich-tysiace/embed/#?secret=ckhnH8SaDI

Każda rewolucja musi mieć swoją estetykę?

To coś więcej. Symbole są tak ważne, bo dziś często poprzedzają tekst, manifest, opowieść. Widać to było np. na Ukrainie, gdzie Majdan szukał opowieści o sobie wraz z rozwijającą się rewolucją. Zanim pojawiły się programy, przestrzeń opanowały obrazy, slogany, wiersze. Charakterystyczna była wszechobecność Tarasa Szewczenki, którego wizerunki przerabiano na wszelkie warianty, ale też odwoływano się do popkultury, np. do Gwiezdnych wojen. Za symboliką kryją się zalążki opowieści o tym, co jest dobre, a co złe.

Tylko co dalej? Protesty przeciw ACTA wybuchły i wygasły…

Energia protestów szybko się rozproszyła, z czego władza była oczywiście bardzo zadowolona. Co prawda Michał Boni miał pomysł, żeby je wykorzystać jako impuls do modernizacji struktur państwa, do wzmocnienia jego zdolności reagowania na nowe, rozproszone formy podmiotowości obywateli. Nawet powstał Kodeks Konsultacji Społecznych wypracowany z organizacjami społecznymi zawierający Siedem Zasad Konsultacji. Donal Tusk będący wówczas premierem był nawet zainteresowany i popierał działania Boniego, pewno m.in. pod wpływem szoku po tym słynnym, wielogodzinnym spotkaniu w Kancelarii Premiera „ze społeczeństwem”, kiedy zrozumiał, że jaka energia i wiedza jest rozproszona w społecznej sieci, poza oficjalnie działającymi organizacjami i instytucjami.

Aha?

Ostatecznie nic z tego jednak nie wynikło, Boni organizujący Ministerstwo Cyfryzacji i Administracji stracił wpływ na inne resorty. Machina państwowa te wszystkie pomysły wypluła i marne to pocieszenie, że nie tylko rząd, ale właściwie żaden element polskiego establishmentu instytucjonalnego nie wyciągnął z tego żadnej lekcji. Jedyne poważne badanie protestów ACTA zrobił Zespół Analiz Ruchów Społecznych wspierany przez Europejskie Centrum Solidarności. Słabo to wygląda, jeśli popatrzeć, jak np. do londyńskich zamieszek z 2011 roku podeszli Brytyjczycy. Oni zrobili wywiady ze wszystkimi aresztowanymi, do tego ogromne badania dynamiki sieci społecznościowych, uzyskali niesamowitą wiedzę na ten temat.

Rząd PiS może wierzyć, że nie potrzebuje wiedzy o dynamice społecznych protestów, bo ma demokratyczny mandat do rządzenia. A co z opozycją? Ona chyba mogłaby skorzystać na lepszym zrozumieniu, co się dzieje?

Na razie opozycja wykorzystała to w jeden sposób – odzyskuje internet. PO nauczyła się wreszcie z niego korzystać, bo jeszcze w 2015 roku przegrała z PiS w sieci z kretesem. Bo Prawo i Sprawiedliwość z protestów ACTA jednak wyciągnęło jeden wniosek – brzmiał on: nauczmy się komunikować w sieci, to wtedy dotrzemy do młodych. Potraktowało więc internet instrumentalnie, a nie demokratycznie. PO odrobiła lekcję w lipcu 2017, zaskakuje natomiast słabość Nowoczesnej przy internetowej sile Kukiza. Widać wyraźnie, że sukces w mediach społecznościowych nie jest wyłącznie sprawą technik marketingu politycznego, wymaga również autentyczności.

Czyli główne polskie partie wreszcie zauważyły, że telewizja, radio i gazety nie wystarczą, że internet też jest ważny. Nie za dużo tych wniosków…

To ujawnia strukturalny problem polskiego życia instytucjonalnego, bo nie tylko polityki: nie potrafimy przyjąć i uznać nowych form podmiotowości. W sferze politycznej rok 2015 rok nie okazał się szczególnie podmiotowym momentem, z wyjątkiem ruchu Kukiza – jeżeli ACTA-wiści mieli się jakoś zaangażować, to poszli właśnie w tę stronę. Nie zdołaliśmy wykonać podobnego otwarcia jak choćby Koreańczycy w 2003 roku, którzy wybrali wówczas na prezydenta związkowca Roh Moo-hyuna, takiego południowokoreańskiego Lulę. Oni połączyli energię młodych z gildii gier komputerowych czy klubów kibicowskich – te kanalizowały dumę narodową na fali zorganizowanych tam wtedy Mistrzostw Świata – z nowym otwarciem na scenie politycznej.

A my? Czy teraz coś się może ruszyć?

Dobrze, żebyśmy tę szansę wykorzystali, choć demografia jest zupełnie inna niż przed ponad dekadą u Koreańczyków. Oni wtedy wchłonęli do polityki wyż demograficzny wchodzący właśnie w dorosłość, mieli więc siłę głosów – tymczasem w tej chwili młodzi Polacy pokazujący energię na ulicach są w mniejszości. Mogą więc przegrać, jak przyjdzie do wyborów, bo nawet jak pójdą do urn i zagłosują, to te 80 procent młodych będących ponoć „przeciwko PiS” może nie przeważyć liczebnie nad starszym pokoleniem.

Być może trzeba w tej sytuacji uznać fakt, że mamy dwa oddzielne nurty nie-PiS-u i one muszą jakoś ze sobą współgrać, choć nie będą się łączyć. Bo młodzi są skazani na starych z powodów demograficznych, a starzy na młodych – z politycznych. Czy jakieś modus vivendi, życzliwa neutralność międzypokoleniowa jest możliwa?

Na pewno dobrym początkiem są symboliczne abdykacje pokoleniowe ojców-założycieli III RP. Jednej z nich dokonał Władysław Frasyniuk, wskazując nawet potencjalną następczynię z Nowoczesnej i następcę z PO. To otwiera drogę do zmian – aparat partyjny musi przejść renowację, partie muszą wystawić młodszych polityków na czoło i wtedy dopiero ta gra zacznie być wiarygodna.

Ale od samej zamiany Petru na Gasiuk-Pihowicz czy Schetyny na Trzaskowskiego pokolenie no logo nie przekona się raczej do Platformy i Nowoczesnej.

Oczywiście, że nie, zwłaszcza że obok wiarygodności osobistej dochodzi jeszcze kwestia uznania końca III RP. Niedawno nawet Aleksander Smolar, jeden z intelektualnych patronów Polski po 1989 roku, przyznał, że nie ma powrotu do stanu z 2015 roku, nie ma mowy o jakiejś restauracji. Zarazem kiedy sam pisałem odpowiedź na list lewicowców wzywających do pożegnania III RP, to chciałem powiedzieć: owszem, zamknijmy tamten projekt ale nie dokonujmy przy tym ojco- i matkobójstwa. Parafrazując Marię Janion, idźmy do V RP, ale z naszymi rodzicami, o ile oczywiście oni sami zrozumieją, że muszą się w tej nowej strukturze zdecydowanie przesunąć.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/krakowska-pokolenie-pana-samochodzika-spotyka-pokolenie-harryego-pottera/embed/#?secret=IiO0xFfICR

A jak by to w praktyce miało wyglądać?

Momentem idealnym na pracę polityczną i poszukiwanie innowacji są najbliższe wybory samorządowe, z co najmniej czterech powodów. Po pierwsze, lokalna polityka daje szansę przetestowania różnych modeli koalicji. Można iść odrębnie, kiedy nie da się żadną miarą dogadać; można startować nie pod szyldem partyjnym, jako np. jakaś wersja ruchów miejskich; można zawiązywać sojusze wokół niepartyjnych szyldów, tworzyć własny komitet, jak czyi wielu niegdyś partyjnych prezydentów, albo – jak Jacek Jaśkowiak w Poznaniu – wokół PO, ale pod pewnymi warunkami.

To byłby taki poligon?

Tak, bo niezdanie jednego testu nie oznacza katastrofy: przez nieudaną kampanię czy źle złożoną koalicję można stracić miasto, ale nie całą Polskę. W tych wyborach zobaczymy wielość rozwiązań, na których można się będzie uczyć. Po drugie, polityka samorządowa jest polityką par excellance, ale można ją uprawiać, udając, że taką nie jest – to siłą rzeczy ułatwia przyciągnięcie ludzi, których dotychczasowe zaangażowanie dokonało się pod hasłem no logo. Po trzecie, będzie można łatwo sprawdzić, na ile ta energia przebudzenia społecznego trwale zmieniła nawyk demokratyczny.

Dowiemy się, czy przynajmniej w metropoliach, gdzie protesty miały wielką skalę, frekwencja nie wynosi już 45, tylko 60 procent. Notabene, partie opozycji powinny wspólnie postawić sobie za cel podwyższenie udziału w wyborach, bo przecież ta energia dotyczyła jednak elektoratu raczej niepisowskiego. I wreszcie po czwarte, last but not least, stawka tych wyborów będzie ogromna, bo tylko samorząd lokalny z jego zasobami może tworzyć alternatywę dla przestrzeni publicznej zagarnianej przez państwo.

A dziś to robi?

Oczywiście, przede wszystkim w edukacji i kulturze. Rozmawiałem niedawno z wiceprezydentem Ełku odpowiedzialnym za edukację. To niewielkie mazurskie miasto można jest świetnym przykładem, jak lokalna władza we współpracy z organizacjami społecznymi i zaangażowanymi mieszkańcami może tworzyć innowacyjne polityki publiczne. Edukacja to jedno z takich pól w Ełku od wielu lat, doświadczenie i kapitał społeczny zdobyte podczas tworzenia Polityki Oświatowej Samorządu Terytorialnego okazują się bezcennym zasobem, by poradzić sobie z kryzysem, jaki wywołała tzw. reforma systemu edukacji.

O takiej właśnie platformie do poszukiwań lokalnych sojuszy i koalicji myślę, choć oczywiście nie ma jednego wzorca współpracy dla różnych metropolii i mniejszych miast. Jak to spieprzymy, tzn. nie powygrywamy wyborów samorządowych, to PiS nie tylko przejmie już całą sferę publicznej kultury i edukacji, ale też zablokuje możliwość prowadzenia inkluzywnej, demokratycznej polityki na poziomie krajowym. Krótko mówiąc, rozjadą nas.

Wygrywając samorządy, dostaną jeszcze więcej wiatru w żagle? Jak po zwycięstwie Dudy w 2015 roku?

Też, ale chodzi o coś więcej. Na poziomie krajowym dominuje mobilizacja odwołująca się do emocji. W miastach, lokalnie, rządzi zupełnie inny rodzaj dyskursu. Weźmy taki przykład – referendum ogólnokrajowe w sprawie uchodźców zapewne byśmy dziś przegrali, ale już w Gdańsku Paweł Adamowicz robi miejską politykę proimigracyjną uwzględniającą kwestie troski o uchodźców. Na poziomie lokalnym nie obowiązuje logika „racji stanu”, polityką rządzi inna racjonalność. Samorząd daje szansę skanalizowania energii politycznej obywateli wokół konkretnych spraw, daje im poczucie podmiotowości i uznania. Jak ona się tam nie zrealizuje, to na poziomie krajowym wyładuje się poprzez politykę resentymentu.

Czyli przykręcenie śruby na dole wzmocni patologie na górze?

Na dole też nie wszystko układa się świetnie, ale przynajmniej tendencja jest dobra. Mamy w ostatnich latach coś w rodzaju partycypacyjnego „przyspieszenia” w samorządach. Wspomniany Paweł Adamowicz wprowadził w Gdańsku panel obywatelski, nową instytucję władczą odwołującą się do głosów ekspertów i obywateli wyłanianych drogą losowania. Gdy rozwiązanie dla jakiegoś tematu uzyska zgodę 80 proc. uczestników panelu, staje się obowiązujące dla władz miasta.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/miasto/gdansk-w-pigulce/embed/#?secret=3bdM6xce86

Podobnie Krzysztof Żuk w Lublinie szuka różnych metod demokratyzacji polityki miejskiej, żeby nie panowała „tyrania aktywnej mniejszości”, kiedy klasa średnia zawłaszcza konsultacje społeczne, budżety partycypacyjne. Z inicjatywy Roberta Biedronia rozwija się ruch progresywnych prezydentów i prezydentek skupiający włodarzy mniejszych miast. Horyzontem na pewno są Neapol czy Barcelona, w których nowa władza wywodzi się wprost z ruchów społecznych, jak Ada Colau, burmistrzyni Barcelony, kiedyś squatterka. Gdzieś na końcu stawką jest już nie tyle nawet włączanie mieszkańców w strukturę stowarzyszeń, ile upolitycznienie przestrzeni miasta przez zgromadzenia uliczne…

Brzmi to wszystko dość utopijnie.

Zgromadzenia to horyzont przyszłości, co nie zmienia faktu, że polscy samorządowcy mają żywotny interes w tym, żeby odnowić swoją legitymację do rządzenia w duchu definicji głoszącej, że samorząd to wszyscy mieszkańcy. Tacy jak Jaśkowiak, Żuk czy Adamowicz rozumieją już, że dobrze jest mieć w społeczeństwie aktywnego partnera, bo jak mieszkańcy będą bierni, to państwo tę bierność wykorzysta i samorządowców wydusi.

I ci aktywni mieszkańcy będą samorządów przed państwem PiS bronić?

Nie przypadkiem w ostatniej dekadzie poziom zaufania obywateli do samorządów rośnie – jak praktycznie do żadnej innej instytucji publicznej. To właśnie na poziomie gmin otwiera się dziś prawdziwa szansa na to, by połączyć politykę z budową autonomii społecznej – i władza lokalna, i społeczeństwo mają w tym interes. I również dlatego jedynie w skali gminy można dziś robić eksperymenty demokratyczne dla nowych sił politycznych w rodzaju Razem. Jeśli na tym poziomie im się nie uda, to bez infrastruktury krajowej w dużej polityce nic nie zdziałają. Żeby walczyć o wynik w wyborach parlamentarnych w 2019 roku, trzeba mieć duże zaplecze terenowe – a najlepiej je mieć w postaci władzy lokalnej, bo wtedy można korzystać z jej zasobów.

A jak mają się do tego inne instytucje III RP? Działalność Rzecznika Praw Obywatelskich pokazała, moim zdaniem, że one też mogą być progresywne, jeśli je napełnić nową treścią. Podobnie jest chyba z organizacjami pozarządowymi?

Zacznę od dygresji. Niedawno, podczas festiwalu literatury Szczebrzeszyn Stolica Języka Polskiego prowadziłem debatę o przyszłości Europy z udziałem Macieja Zaremby Bielawskiego i Davida Van Reybroucka. Zaremba Bielawski, Polak i Szwed jednocześnie zinterpretował nasze lipcowe protesty jako bezprecedensowy wyraz solidarności ludzi z instytucjami widząc w tym szansę także dla odnowienia europejskiego. Bo jeśli wyzwaniem przyszłości, i w Polsce, i w Europie jest demokratyzacja demokracji to ważnym aspektem tego procesu musi być odnowienie więzi między obywatelami i instytucjami publicznymi. I rzeczywiście Adam Bodnar swoją pracowitością i otwartością na nowe kanały komunikacji, ale też osobistym jeżdżeniem po Polsce odnowił instytucję RPO, zachowując jej powagę i integralność. Instytucje tego rodzaju – dodałbym tu jeszcze instytucje kultury – będą jednak bezsilne, jeśli nie stanie za nimi zorganizowane ciało społeczne. Dlatego trzeba przekonywać ludzi nie tylko do tego, by wychodzili na ulice w obronie mediów, szkół, teatrów itd. – tak jak w lipcu bronili sądów. Wokół różnych instytucji „flagowych” musi powstać archipelag zdolnych do reprodukcji wysp energii – niekoniecznie politycznej, ale obywatelskiej, miejsc tworzenia więzi…

Może jakieś przykłady?

Rodzice i nauczyciele organizujący się przeciwko reformie, a teraz wokół skutków reformy oświaty, po tym, jak oddalono ich wniosek o referendum. Tutaj rolę instytucji „flagowej” odegrał ZNP, który zdołał zmobilizować i upolitycznić społeczną energię rodziców, wystąpił jako organizacja ekspercka i koordynator jednocześnie. Przykład na mniejszą skalę to Stowarzyszenie Widzów Teatrów Publicznych, które powstało w odpowiedzi na aferę wokół Teatru Polskiego we Wrocławiu. Mechanizm jest taki, że mamy wyzwanie i uczymy się kooperacji, a przy tym dochodzi do zmiany kategorii – z odbiorcy kultury czy usług publicznych ludzie stają się podmiotem. Angażują się w obronę instytucji, ale też chcą mieć na nią wpływ.

http://krytykapolityczna.pl/kultura/teatr/teatr-czy-folwark/embed/#?secret=IdcRudqkwT

To znaczy, że potrzebne są instytucje pośredniczące między ulicą a partią i urną wyborczą? Bo jak sama partia ze sztandarem wyjdzie do ludzi, to ją wygwiżdżą?

Już Edward Abramowski w Zmowie powszechnej przeciw rządowipokazywał, że im więcej struktur autonomii społecznej w stosunku do polityki, tym lepiej – choć te struktury można wykorzystać politycznie. Minęło sto lat, ale w Polsce to wciąż ma sens, bo jesteśmy coraz bardziej narażeni na arbitralność władzy państwowej, która chce kontrolować społeczeństwo, i ma mandat sporej jego części, by faktycznie to robić.

A co z organizacjami pozarządowymi? Mogą odegrać rolę tych autonomicznych struktur czy raczej same będą wymagały pomocy? I kto będzie chciał ich bronić?

Problem z nimi polega na tym – to wyszło przy protestach ACTA – że wiele z nich to establishement lub tak są postrzegane, nawet jeśli dysponują rzetelną wiedzą ekspercką i nieskazitelnym dorobkiem. Profesjonalizacja w tym środowisku powoduje, że organizacje często tracą bezpośredni kontakt z naturalnym dla nich zapleczem społecznym.

A mogą się zmienić? W trzecim sektorze zachodzi właśnie zmiana pokoleniowa.

Dotychczas były nieautonomiczne, a przynajmniej takie odium na nich ciążyło, uważano je za część liberalnego establishmentu III RP, związanego jak nie z rządem, to biurokracją europejską. Z drugiej strony duża część ludzi nie czuje dziś potrzeby wstępowania gdziekolwiek – ale potrzebują hubów kumulujących ich energię, pozwalających na wymianę zasobów. Teraz trzeba zbudować interfejsy, które łączyłyby jedno z drugim. Tylko że – i to jest immanentny problem całej Polski, także sektora pozarządowego – na przeszkodzie stoi brak umiejętności dostosowania się instytucji do zmieniających się potrzeb.

I co można na to poradzić?

Trzeba by inaczej wymyślić całą tę opowieść o autonomii. Przyzwyczailiśmy się do myślenia, że organizacje pozarządowe działają tam, gdzie państwo sobie nie daje rady – ale to przecież nie ma nic wspólnego z organizacjami społecznymi ani nawet z klasyczną mieszczańską definicją społeczeństwa obywatelskiego. Powinniśmy powiedzieć: zrzeszamy się, by zbudować siłę i realizować jakieś cele, ale używamy do tego własnych zasobów i nie chcemy, żeby robiło to za nas państwo, bo będziemy od niego uzależnieni.

Zwłaszcza że państwo i rząd straciły ostatnio hamulce…

Chodzi mi od dłuższego czasu pewne pytanie po głowie, choć wiem, że trudno wypowiada się je głośno… Jesteśmy w stanie płacić za kulturę, i to niemało. Slot Art Festival w Lubiążu, wielka impreza, na którą przyjeżdża parę tysięcy ludzi, w utrzymuje się głównie z biletów. Klasa średnia przeznacza kupę pieniędzy na rekonstrukcyjne grupy historyczne. Może jeśli chcemy autonomii kultury i społeczeństwa, to musimy budować je także z zasobów prywatnych tego społeczeństwa, zamiast nadal zgłaszać roszczenia do władzy publicznej?

Może jeśli chcemy autonomii kultury i społeczeństwa, to musimy budować je także z zasobów prywatnych tego społeczeństwa.

Ale czyje zasoby konkretnie?

Przede wszystkim klasy średniej, choć nie tylko, bo przecież kapitały nie są wyłącznie materialne. Jasne, że w ten sposób nie sfinansujemy premier Warlikowskiego. Dlaczego by jednak nie wskrzesić idei teatru ludowego? Żeby było jasne – nie ma nic złego w języku roszczeń. W „czasach pokoju”, z rządem takim jak Tuska, można było negocjować ten 1 procent budżetu państwa na kulturę, podpisywać Pakt dla kultury i walczyć o lepszą dystrybucję tych środków. Ale dziś? Jeśli dopuszczamy tylko model mecenatu państwa, to godzimy się na politykę kulturalną z wiadomymi ekscesami. Autonomia kultury i społeczeństwa nie może być tylko zapisem ustawowym. Chodzi nie o azyl, ale o przestrzeń dla innowacji społecznych, o szukanie form dla różnych energii społecznych i utrwalanie praktyk bycia razem. O odkrycie przestrzeni publicznej jako miejsca ekspresji, ale też wartości – bo chodzi o miejsca, gdzie czujemy się u siebie i bronimy swych interesów oraz podmiotowości. Bez tego wszystkiego nie będzie szans na przełożeniu energii lipcowych protestów na jakość polityczną.

***

Edwin Bendyk – dziennikarz, publicysty związany z tygodnikiem „Polityka”. Autor książek Zatruta studnia (2002), Antymatrix – człowiek w labiryncie sieci (2004), Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu (2009), Bunt sieci (2012). Prowadzi blog Antymatrix.

krytykapolityczna.pl

Obóz „dobrej zmiany” pęka. Czas na rekonstrukcję rządu?

Newsweek Polska, Jakub Majmurek, 16.08.2017

W ciągu ostatnich kilku tygodni pęknięcia i konflikty dzielące obóz „dobrej zmiany” stały się dla wszystkich widoczne. Nikt już chyba nie wierzy, że rządowa większość to monolit, żelazną ręką trzymany w karbach przez Jarosława Kaczyńskiego.

Parada martwych buldogów

Wizerunek Kaczyńskiego – pana i władcy PiS nigdy nie był przy tym prawdziwy. Mógł się takim wydawać, gdyż wewnętrzne życie polityczne w partii władzy nie ma przejrzystego charakteru. Obóz rządzący nie dzieli się na dające się wyraźnie wyodrębnić frakcje. Rolę takich frakcji odgrywają w nim, według Ludwika Dorna, klany walczące dla siebie o jak najwięcej wpływów: w rządzie, partii, spółkach skarbu państwa, aparacie państwa. Ich przywódcami są na ogół szczególnie silni – często politycznie potężniejsi od premier Szydło – ministrowie, tacy jak Ziobro, Macierewicz, czy Morawiecki.

Ponieważ takich klanów nie łączą żadne wspólne przekonania, ich członkostwo i sojusze są dość płynne. Co nastręcza licznych problemów komentatorom, usiłujących opisać ich walki. Z podobnymi problemami mierzyli się politolodzy badający partie władzy w bloku wschodnim. Opisując spory wewnątrz PZPR Stefan Kisielewski porównał je do walk buldogów pod dywanem. Jedyne, co pozwala jakoś wnioskować o ich przebiegu to fakt, iż od czasu do czasu spod dywanu wypada jakiś zagryziony buldog.

Niecałe dwa lata „dobrej zmiany” wyrzuciły całą kupkę takich zagryzionych, pisowskich buldogów. Najpierw byli to ministrowie skarbu i finansów – Dawid Jackiewicz i Paweł Szałamacha – którzy przegrali walkę o wpływ na kształt polityki gospodarczej rządu z ministrem Morawieckim. Chwilę później spod PiSowskiego dywanu z hukiem wyleciał osławiony . W ostatnich dniach, do tej parady dołączyła Marzena Paczuska – szefowa „Wiadomości”.

Medialny front

Paczuska jest pierwszą tak wysoko postawioną ofiarą tarć w obozie rządzącym ze świata popierających PiS mediów. Także one nie były nigdy jednorodną grupą.

Media Karnowskich („Sieci Prawdy”, „wPolityce”) starały się zawsze stać w głównym nurcie obozu „dobrej zmiany”, choć po powrocie Ziobry do drużyny Kaczyńskiego, wyraźnie zaczęły orientować się także na tego polityka. Media Sakiewicza z kolei („Gazeta Polska”, „Gazeta Polska Codziennie”) grały na najtwardszy, smoleński elektorat i jego politycznego przywódcę – Antoniego Macierewicza. Środowisko skupione wokół tygodnika Pawła Lisickiego „Do Rzeczy” stara się oddziaływać na całą prawicę, w tym tę narodową i korwinowską.

Konflikty między tymi medialnymi centrami zdarzały się już wcześniej. Karnowscy atakowali Misiewicza, media Sakiewicza broniły go jak niepodległości. Środowisko „Sieci” (poza pojedynczymi głosami) poparło reformy Ziobry, autorzy Lisickiego zaś wyrażali sceptycyzm, a nawet namawiali prezydenta do zawetowania sądowych ustaw.

Konflikty te nie miały jednak jak dotąd tak spektakularnej ofiary jak Paczuska. W wywiadzie dla „wPolityce” Paczuska powiedziała, że musiała odejść, gdyż nie godziła się na polityczną instrumentalizację „Wiadomości”. Słowa te wywołują w pierwszym odruchu śmiech – trudno o program bardziej zinstrumentalizowany niż główny dziennik informacyjny TVP1. Paczuska nie miała problemów, by jej „Wiadomości” mówiły partyjnymi przekazami dnia i brutalnie atakowały opozycję. Granicą, jakiej nie chciała, jak można się domyśleć przekroczyć, było podporządkowanie programu wewnętrznej walce w PiS i jednemu z toczących z biorących w niej udział ośrodków. Do tej pory w sprawie wewnętrznych konfliktów obozu władzy „Wiadomości” zachowywały bowiem względną neutralność.

Zdążyć przed wyborami

Odwołanie Paczuskiej zbiega się z intensyfikacją konfliktu na linii prezydent-szef MON. Andrzej Duda nie tylko zablokował generalskie nominacje, które miały być wręczone w święto Wojska Polska, ale także w swoim przemówieniu 15 sierpnia wbił kilka szpil Macierewiczowi – przypominając m.in., że armia jest własnością narodu, nie jednego człowieka.

Wygląda więc, że napięcia w obozie dobrej zmiany przybierają na sile. Dlaczego? Częściowo wynika to z autentycznego sporu o konkretne problemy – jak w wypadku reformy sądów. Częściowo z narastających w ciągu ostatnich dwóch lat osobistych animozji i żalów – co może ożywiać konflikt na linii Duda-Macierewicz.

Ważnym powodem może być też kalendarz wyborczy. Następny polityczny sezon (przełom roku 2017 i 2018) będzie ostatnim przed trwającym trzy lata okresem nieustającej kampanii. Od wyborów samorządowych jesienią 2018, do wyborów prezydenckich na wiosnę 2020 „dobra zmiana” będzie musiała zewrzeć szeregi i grać jako zgodna drużyna. Wszelkie rozstrzygnięcia co do tego, kto jaką pozycję zajmie w tej drużynie, jakie łupy zajmie dla swojego klanu, będą musiały zapaść w najbliższych miesiącach.

Wyniki poszczególnych wyborów (np. samorządowych) mogą oczywiście korygować te rozstrzygnięcia, ale najpóźniej do przyszłego lata, kierownictwo Zjednoczonej Prawicy będzie dążyło do spokoju w swoich szeregach. Każdy klan, zanim przystanie na rozejm, będzie chciał jak najwięcej dla siebie ugrać.

Czas na rekonstrukcję?

Probierzem tego, jak te walki się rozstrzygną może być rekonstrukcja rządu na jesieni. Od dawna słyszymy głosy z samego PiS, iż może ona nastąpić. Jarosław Kaczyński lubi bowiem zarządzać przez kryzys, ale w niektórych momentach nawet on musi uspokoić kryzysową sytuację. Przemeblowanie rządu może być do tego wygodnym narzędziem.

Scenariuszy jest wiele. Możliwe, że na czele rządu partia postawi kogoś bardziej sprawnego w zarządzaniu ambicjami potężnych ministrów i ich klanów niż Beata Szydło. Choć odsunięcie popularnej pani premier mogłoby być trudne do sprzedania opinii publicznej. Możliwe, że Kaczyński zrobi cięcie po skrzydłach i sprawdzi, jak lojalni wobec swoich szefów są posłowie Solidarnej Polski i Polki Razem. Niewykluczone, że poświęci Macierewicza, by dogadać się z prezydentem.

Jedno wydaje się pewne – polityczna jesień będzie gorąca. Możliwa jest nawet bardzo głęboka rekonstrukcja rządowego obozu. Temperatura konfliktu wzrosła chyba za bardzo, by wszystko mogło trwać, jak do tej pory.

msn.pl

Przestrzegałem przed Macierewiczem – to sensat i partacz. R. Sikorski w „Temacie dnia” o konflikcie prezydenta z szefem MON

Radosław Sikorski, Dorota Wysocka-Schnepf; zdjęcia: Paweł Głogowski, Igor Nizio; montaż: Igor Nizio, 16.08.2017

– W starciu prezydenta z szefem MON, prezes Jarosław Kaczyński stanie po stronie Antoniego Macierewicza – mówi w ‚Temacie dnia’ Radosław Sikorski, były szef MON i MSZ. Bo Macierewicz ma zdolność, i tak jest postrzegany w PiS, do stworzenia alternatywnej siły politycznej z udziałem ojca dyrektora z Torunia – dodaje rozmówca Doroty Wysockiej-Schenpf. Zdaniem byłego szefa MSZ, prezydent, który po 2 latach zorientował się, że jest jedynym członkiem tej ekipy, który nie musi martwić się o swoje stanowisko, powinien zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego. I tam Macierewicz powinien wyspowiadać się z tego, czego nie kupił dla polskiej armii – mówi Sikorski w rozmowie przeprowadzonej via Skype.

wyborcza.pl

Kowal: Co przeoczył Robert Górski

Foto: Fotorzepa

Można nie być za żadną ze stron: ani partyjno-rządową, ani prezydencką, a do tego dostrzegać plusy dekompozycji obozu władzy.

Najważniejszy pozytyw dla obywateli to fakt, że na scenie pojawia się gracz, który równoważy obóz władzy i w pewnym momentach sprawdza. Jego przybornik to nie tylko weto i strach przed nim (w sumie dwie różne sprawy), ale też wykorzystywane rzadko lub wcale orędzie i Rada Gabinetowa.

Dlaczego uprawnienia prezydenta z tego punktu widzenia stały się nagle tak istotne? Ponieważ okazało się, że największą słabością systemu III RP jest fakt, iż nawet silna w parlamencie opozycja w gruncie rzeczy jest bezsilna wobec tarana władzy ledwie 50 proc. +1 posłów. Okazało się raz jeszcze, że nawet najlepsze mechanizmy konstytucyjne zaskrzypią bezlitośnie, gdy nie naoliwi się ich kulturą polityczną. Paradoksalnie, polscy parlamentarzyści okazali się znacznie lepsi w kulturze osobistej (sałatka w sali plenarnej Sejmu to wszystko, do czego się posuwają) niż politycznej. W tej dziedzinie jest gorzej, niż myśleliśmy. Wystarczyło ponad 37 proc. wyborczych głosów i nadwyżka kilku posłów w Sejmie, by ciąć bez miłosierdzia stare, zasłużone dla państwa instytucje na równi ze złymi, ograniczać prawo własności itd.

Dzisiaj widać, że jak pierwsze niewyraźne grzmoty przed burzą dochodziły do nas informacje o zmianach w obsadzie Kancelarii Prezydenta, trudno było to jednak ułożyć w całość. Robert Górski, twórca „Ucha Prezesa”, coś przeoczył. Gdy bezdusznie trzymał przed najważniejszymi drzwiami niejakiego pana Adriana, prezydent Rzeczypospolitej w rzeczywistości już szykował się do upomnienia się o własne kompetencje zapisane w konstytucji. Rzecz jednak nie w tym, by prezydent upominał się tylko o „prezydenckie kompetencje”, i nie w tym, by przejmował rolę opozycji, tworzył partię itd. Chodzi o check and balance (kontrolę i równowagę) w okresie dużych zmian w każdej sprawie – także tej, która nie dotyczy samych uprawnień głowy państwa. Nie wiemy np., jak będzie wyglądało nowe prawo medialne, jednak z punktu widzenia obywatela lepiej, by odbiorcy mieli do wyboru kilka stacji choćby z mocnym nachyleniem, ale w różne strony, niż kilka „tych samych”, a wszystkie zgięte wobec jednej partii. To dlatego ważniejsza jest prezydencka piecza nad wszystkimi ustawami, zanim wejdą w życie, niż prezydencka partia. Bo inaczej prezydent obroni swój wpływ na nominacje generalskie, a jego ludzie parę procent w wyborach, ale obywatele zostaną tylko z paskami z TVP Info.

rp.pl

Chrabota: Ten nieznośny mesjanizm

Andrzej Duda ma szansę na stworzenie centroprawicowego bloku, w którym...
Andrzej Duda ma szansę na stworzenie centroprawicowego bloku, w którym odnajdzie się np. Jarosław Gowin czy sieroty po Lechu Kaczyńskim

Foto: PAP, Radek Pietruszka

Polska scena polityczna potrzebuje nowych liderów, ale niewielu ma szansę stanąć w szranki walki o prymat

Kontrowersyjny Trump dzięki charyzmie zdobywa Biały Dom! Charyzmatyczny Macron podbija Francję! Arcyszermierz światowej polityki Władimir Putin o krok od ponownej prezydentury Rosji. Recep Tayyip Erdogan ma mocniejszą pozycję w Turcji od dawnych sułtanów. Na ich tle Theresa May czy Angela Merkel wydają się eksponatami z salonu figur woskowych Madame Tussaud w Londynie, a eurofiguranci, jak J.C. Juncker czy Donald Tusk, to postaci z łowickich wycinanek.

Przyszedł czas charyzmatycznych liderów! Chcą ich gazety, głosuje za nimi internet. Na dodatek nikt nie podważa reguły, że na szczytach polityki liczy się szeroki demokratyczny mandat. A ten pochodzi z wyborów. Wyborcy zaś nie mogą się mylić. Tęsknota za charyzmą jest równie naturalna, jak rozczarowanie, które przychodzi ledwie dwadzieścia cztery godziny po wyborach.

Nad Wisłą nie jest inaczej!

Są narody wiecznych narzekaczy. Stoimy zapewne na ich czele. Polacy są, jak się mówi nad Tamizą: these, who always complain. Mamy sukces? Niewątpliwy. Przez ćwierćwiecze wolności zrobiliśmy dwakroć więcej niż Polska Piłsudskiego. Podnieśliśmy kraj z niedorozwoju, nauczyliśmy się wykorzystywać ludzką przedsiębiorczość, zwielokrotniliśmy PKP, PKB per capita etc. Dołączyliśmy do Unii i NATO. Ale ciągle narzekamy.

Rozliczamy Mazowieckiego i Balcerowicza. Lewicowi gęgacze ze łzami w oczach bajdurzą o tym, jakże by to było sprawiedliwie i fanie, gdyby udało się uratować PGR. Mniej wykluczenia, ratunek dla tkanki społecznej i podobne farmazony.

Dotyczy to również polityki. Uwielbiamy narzekać na jej niedojrzałość i zacofanie. Na brak mitycznych think tanków i porywających przywódców. Zwłaszcza dziś, przy dobrej zmianie, owa histeryczna refleksja o braku prawdziwych liderów opozycji, którzy byliby w stanie przeciwstawić się rządzącym, niemal odbiera nadzieję na wymianę elit. W tle tego paraliżującego przekonania o słabości i dysfunkcjonalności opozycji tym mocniej na plan pierwszy wychodzi marzenie o nowej jakości. Nowym Wałęsie, Kaczyńskim czy Tusku, który połączy z sobą świeżość, charyzmę i profesjonalizm, pociągnie za sobą masy i… wygra. To nic innego, jak echo beznadziejnego i nieznośnego polskiego mesjanizmu, który w dobie „postpolityki”(swoją drogą nie cierpię tego określenia) trudno określić inaczej niż anachronizm.

Czy mieliśmy mesjaszy w polityce?

Ostatnim był wąsaty rezydent Sulejówka. Człowiek, który – abstrahując od historycznej prawdy – w przekonaniu współczesnych wywalczył dla Polski niepodległość. W epoce nam bliższej najwięcej szans, by wylądować na równie wysokim cokole, miał Lech Wałęsa. Niestety, historia ćwierćwiecza jest dość ponurą opowieścią o sztuce skutecznej umiejętności rozpraszania aktywów w polityce. I to poczynając od ojców założycieli III RP. Przyzwoity dziennikarz i społecznik Tadeusz Mazowiecki w marny sposób oddaje władzę po ledwie 16 miesiącach. Wałęsa, bezdyskusyjny lider wielkiego ruchu Solidarności, poprzez permanentne nieuctwo, cwaniactwo i fatalną politykę kadrową rujnuje swoją pozycję publiczną, rozprasza charyzmę i przegrywa drugą prezydenturę. Po 1995 roku nigdy się już nie podniesie z poczucia przegranej i dość powszechnie z nim wiązanej żenady.

Najzdolniejszy polityk III RP Aleksander Kwaśniewski nie bez swojej winy kończy karierę jako bohater złośliwych memów i doradca ukraińskich oligarchów. Donald Tusk, tenor, który najpierw pokonał na scenie polityki wszystkich innych tenorów, wskutek nadmiernej ostrożności, nieufności, próżniactwa i braku politycznej wyobraźni przegrywa wszystko poza własną karierą. Fatalną karykaturą jego późniejszych losów są kamerdynerzy przynoszący mu w Brukseli na srebrnej tacy kieliszki szampana i prokuratorzy ministra Ziobry obszarpujący mu nogawki w kraju. Jest jak rubensowski pyzaty anioł. Póki na obrazie, w dobrej formie. Kiedy płótno zejdzie z oczu, znika.

Jarosław, czyli szkoła błędów

Kaczyński słusznie uchodzi za jednego z najsprawniejszych polityków ćwierćwiecza. W ciągu trzech dekad zbudował pozycję, umocnił kolejne tworzone przez siebie partie, opracował doktrynę, sprecyzował cele i na koniec wygrał wybory w sposób, w jaki nie udało się to żadnemu z jego poprzedników. Jest więc triumfatorem na polskiej scenie politycznej wyjątkowym i jedynym. Można by mu więc bez ryzyka – śladem słuchaczy Radia Maryja – przypiąć mesjańską łatkę.

Oto jest więc ten, który przeprowadzi swój lud od upokorzenia do kapitolińskiego triumfu.

Oto ten, który ma w końcu siłę i instrumenty, by odmienić sponiewieraną ojczyznę, by dać jej nowy ustrój jak Solon Atenom.

Darujcie, proszę, beznadziejne metafory, ale to tylko próba ilustracji oczekiwań, jakie karmiony mesjanizmem lud wiąże z osobą Jarosława. Prawda jest niestety banalnie różna od owej wyniosłej wizji.

Kaczyński to istna szkoła politycznych błędów. Miał w ręku wszystkie polityczne zabawki potrzebne do zmiany ustroju, ale nie potrafił zbudować przekonującej dla większości Polaków wizji reformy kraju. Fatalny dobór kadr przypomina wszystkie błędy Wałęsy. Antoni Macierewicz, czyli jawne szaleństwo i oczywisty konflikt z prezydentem. Zbigniew Ziobro, czyli popisy zgrabności słonia w składzie z prawniczą porcelaną. Jacek Kurski, czyli krwawe zarzynanie znoszącej złotej jaja kury.

To tylko niektóre z przykładów absurdalnej indolencji w doborze kadr. Jarosław Kaczyński – z Bóg wie jakich przyczyn – dobiera na kluczowe pozycje niszczycieli i nieudaczników, których misja musi kończyć się totalną klapą. Efekty już są, a będą jeszcze bardziej tragiczne dla formacji rządzącej.

Odsuwa się od prezesa „własny” prezydent. Obrzydliwy hejt z kręgów PiS wobec Andrzeja Dudy musi zdystansować go od macierzystej partii na zawsze. Skuteczny dotąd reformatorski mechanizm pęka więc jak poczucie wspólnoty w rządzącej koalicji. Zaś „zdradzieckie mordy w Sejmie” to utrata tej resztki wyborców w centrum, którzy wierzyli w racjonalizm i równowagę emocjonalną prezesa.

Antymesjasze na opozycji

Jeszcze dwa lata temu przynajmniej z niektórymi wiązano bardzo wygórowane oczekiwania. Pewna mała liczba frustratów wielkiego lidera widziała w Pawle Kukizie. W istocie umiał porwać w kampanii. Do dziś trudno mu przypisać brak temperamentu, ale zawodzi w jego przypadku systematyczność i umiejętność pracy programowej.

Wielu dało się nabrać na osobę Ryszarda Petru, lidera Nowoczesnej. Przekonany, że doświadczenie biznesowe da się łatwo przenieść do świata polityki, już po roku pośliznął się na aferze obyczajowej i odtąd dość konsekwentnie topi szanse swoje i swojej formacji. Z nadziei, którą dla rozczarowanych sympatyków Platformy była Nowoczesna, został żałosny, z niewielkim poparciem ogryzek, który może w najlepszym wypadku stać się rynkowym skrzydłem PO.

Mateusz Kijowski, wielka nadzieja „Gazety Wyborczej” i Adama Michnika, z którym wiązano nadzieję, że stanie się twarzą formacji centrolewicowej, która odsunie od władzy PiS, okazał się pacynką w kolorowych skarpetkach i symbolem finansowych kombinacji na styku pieniędzy i polityki.

Kto jeszcze? Grzegorz Schetyna, za którego charyzmę nikt nie dawał złamanego szeląga, przynajmniej uporządkował partię i na tyle podniósł jej wiarygodność, że odzyskała pozycję numer dwa w rankingach. Czy wytrzymuje konfrontację z Kaczyńskim? Ma z tym kłopot, nie jest Tuskiem, ale czy ten wróci? Niewiele na razie na to wskazuje.

Porzućcie ten cholerny mesjanizm

Może warto jednak odwrócić się od dogmatu o potrzebie charyzmatycznego lidera? Zrozumieć, że dziś polityka to przede wszystkim rzetelny profesjonalizm. Doświadczenie, analityka, pieniądze. Tak, finanse to podstawa, ale na dodatek trzeba wiedzieć, jak ich użyć. Są po to, by uruchomić Twitter, Facebooka, inne instrumenty internetowe.

Systematycznie i konsekwentnie tworzyć zaplecze, które w kampanii będzie solidnie wspierało wybranych kandydatów. Naprawdę nie muszą być charyzmatyczni. Wystarczy, że będą na tyle profesjonalni, żeby nie będą popełniać błędów. Bo profesjonalizm w polityce to właśnie umiejętność wystrzegania się błędów, wykorzystywania zaplecza logistycznego, mądra obecność w mediach. Lojalny i zawodowy team, a nie dwór jak u Kaczyńskiego czy Tuska.

Paradoksalnie może go stworzyć wokół siebie Andrzej Duda, o ile będzie nim kierowała logika dystansu do macierzystej partii. Jeśli zaś idzie o osobę byłego premiera, a dziś przewodniczącego Rady Europejskiej, to musiałby być wciąż krótkowzrocznym ambicjonerem, by nie docenić, jakie zaplecze przygotowuje mu Schetyna. Jeśli miałby kiedykolwiek wrócić do polskiej polityki, to tylko dzięki wehikułowi zreformowanej Platformy, a nie wydumanej nowej partii, na której stworzenie (znając jego temperament) potrzebowałby przynajmniej dekady.

Pojedynek

Osobiście nie wierzę, że PiS pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego jest w stanie stworzyć profesjonalny i sprawny mechanizm nowoczesnej partii. Środowisko Prawa i Sprawiedliwości to wielki ul, do którego jak szerszeń wpadła obsesyjna pokusa władzy. Tnie na oślep, powodując chaos i panikę. Przeżywają cwańsi i brutalniejsi. Bardziej cyniczni i bezwzględni. Już nie ma szans, by wyłączyć naturalny w monowładzy mechanizm selekcji negatywnej, tym bardziej że fatalna polityka kadrowa prezesa tylko te procesy potęguje. Mimo że inteligentniejszy od Wałęsy, idzie dokładnie jego śladami.

Kto wejdzie w szranki przyszłej walki o prymat? Jakiego pojedynku doczekają się Polacy w najbliższych latach? Myślę, że najwięcej szans mają Andrzej Duda i szeroko rozumiana Platforma. Ten pierwszy może stworzyć szeroko rozumiany blok centroprawicowy, w którym będzie miejsce na twarde (postpisowskie) centrum i formacje wsparcia, z takimi ludźmi jak Gowin czy sieroty po Lechu Kaczyńskim.

Naprzeciwko może stanąć Schetyna z Platformą i środowiskami poparcia (Tusk na białym koniu może być tu tylko jedną z kart), w tym sympatykami Nowoczesnej. Byłaby to formacja liberalno-proeuropejska, o ile poprzedni obóz ciążyłby w stronę euro sceptycyzmu i konserwatywnego tradycjonalizmu. No i lewica na koniec. Równie wielka niewiadoma, jak i znaczący potencjał. W oczekiwaniu na zjednoczenie i porządnego (na Boga nie charyzmatycznego) lidera. Ktoś taki jak Bartosz Arłukowicz całkiem by się nadał. Ale czy wymęczona ziemia ojczyzna go lewicy zrodzi? ©?

rp.pl

Szułdrzyński: Dekompozycja systemu władzy PiS

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

Lider formacji rządzącej ma prawo do frustracji, bo sytuacja wymyka mu się spod kontroli

Trzy weta Andrzeja Dudy, jak również nasilający się konflikt z niektórymi ministrami, przez część bardziej podejrzliwych i niechętnych PiS komentatorów traktowane są jak swego rodzaju ustawka między partią rządzącą a ośrodkiem prezydenckim. Andrzej Duda miałby być dobrym policjantem i pomagać się wycofywać PiS z decyzji, których realizacja mogłaby wiązać się z płaceniem poważnej ceny. Zwolennicy tej tezy zyskali ostatnio nowy argument, zauważając, że w efekcie prezydenckiego weta, mimo ulicznych protestów przeciwko zmianom w sądownictwie, notowania PiS po raz kolejny poszły mocno w górę i osiągnęły poziom 40 proc.

Takie rozważania to jednak ślepa uliczka. Pomijają sprawę, która z punktu widzenia obserwatora polityki jest najważniejsza – władzę. Wydarzenia ostatnich miesięcy mogą bowiem wskazywać na to, że jesteśmy świadkami poważnej erozji zbudowanego po wyborach 2015 roku systemu władzy. Wygląda na to, że prezydenckie weta są nie tyle przyczyną, ile skutkiem tego, że Jarosław Kaczyński przestał w pełni kontrolować polityczną sytuację.

Po zwycięstwie w 2015 roku PiS od razu rozpoczął budowę nowej architektury władzy. Jak pamiętamy, w myśl klasycznych teorii władzy – tyle że rodem z połowy XX wieku – na pierwszy ogień poszły służby specjalne (nie tylko ich natychmiastowe przejęcie, ale również wyposażenie w nowe kompetencje za pomocą m.in. ustawy antyterrorystycznej) oraz media publiczne. Równocześnie pomny doświadczeń z lat 2005–2007, gdy na przeszkodzie budowy IV RP stanął Trybunał Konstytucyjny (np. kastrując szeroko zakrojoną ustawę lustracyjną), Jarosław Kaczyński postanowił go zneutralizować. Prezes PiS trafnie uznał Trybunał za niezwykle potężny ośrodek władzy w sytuacji, gdy wybory wygrywa jedna partia, zaś cztery piąte składu TK zostały wybrane przez poprzednią większość. Przy czym nie chodziło nawet tyle o przejęcie Trybunału, lecz jego zdegradowanie, by nie odgrywał – jak dzisiaj – niemal żadnej istotnej roli w systemie władzy.

Do tego dochodził przyjęty hybrydowy model zarządzania państwem. Z jednej strony były formalne ośrodki władzy – rząd czy parlament. Ale równocześnie istniał drugi obieg władzy związany z faktem, że szef rządzącej partii nie objął teki premiera. Doprowadziło to do sytuacji, w której ważniejszym miejscem niż sala obrad Rady Ministrów stała się siedziba partii przy ul. Nowogrodzkiej. To tam regularnie jeździła premier Beata Szydło, tam przyjeżdżali raportować, dyskutować, prosić o decyzję lub zgodę na poszczególne rozwiązania wicepremierzy, ministrowie czy wiceministrowie czy inni ważni urzędnicy, dość wymienić prokuratora krajowego. To tam zapadały najważniejsze dla państwa decyzje, dotyczące nie tylko rządu, ale choćby o tym, by skierować do Sejmu jakąś fundamentalną ustawę (zazwyczaj jako projekt poselski).

Oczywiście Jarosław Kaczyński nie był w stanie zarządzać z Nowogrodzkiej całym państwem. W jednym z wywiadów dla „Rzeczpospolitej” żartował, że nie jest I sekretarzem KC, który na swoich usługach miał cały aparat partyjny. Prezes PiS dał swoim współpracownikom dość dużą autonomię, rezerwując sobie prawo do bycia arbitrem w sprawach, które uznał za kluczowe.

Posiadanie wpływu na najważniejsze decyzje w zakresie spraw zagranicznych, wewnętrznych – ze szczególnym uwzględnieniem służb specjalnych, prokuratury i wymiaru sprawiedliwości, mediów publicznych, łącznie z najważniejszymi nominacjami w tej sferze, podobnie jak w spółkach Skarbu Państwa, oraz rozstrzyganie sporów pomiędzy poszczególnymi kluczowymi graczami na scenie politycznej – przez kilkanaście miesięcy dawało prezesowi PiS subiektywne poczucie realnej kontroli nad tym, co się dzieje w państwie.

Dlaczego subiektywne? Dlatego, że państwo dziś wygląda zupełnie inaczej niż kilkadziesiąt lat temu, gdy na wykładach prof. Erlicha młody Jarosław Kaczyński zgłębiał tajniki polityki. Państwo wygląda dziś też inaczej niż na początku lat 90., gdy prezes PiS mógł mu się przyglądać z potężnego ośrodka prezydenckiego Lecha Wałęsy. Wygląda inaczej nawet niż dziesięć lat temu, gdy Kaczyński siedział w fotelu premiera. Państwo nie jest już hierarchicznym monolitem, gdzie wystarczy przejąć kilkadziesiąt kluczowych stanowisk, by podporządkować sobie strukturę. Szczególnie w sytuacji naszego członkostwa w Unii Europejskiej, ale też z powodu zwykłych przemian cywilizacyjnych, wzmacnianiu roli samorządu, rozpraszania władzy itp., państwo jest znacznie bardziej sieciowe, by nie powiedzieć – postmodernistyczne.

To samo dotyczy kontroli nad ludzkimi umysłami. Banałem jest twierdzić, że dziś internet radykalnie przeorał obieg informacji, zmienił ośrodki dominujące w debacie publicznej itp. Ale same strukturalne zmiany zachodzące na rynku mediów sprawiają, że dziś PiS zaczyna sobie powoli uświadamiać, że przejęcie mediów publicznych nie wystarczy, by spacyfikować krytykę. Walka z obcym kapitałem czy mniej lub bardziej zakamuflowanymi wrogami „dobrej zmiany” w pozostałych mediach jest tylko rozpaczliwą próbą zagadania tego problemu, że – podobnie jak w przypadku państwa, tak i jeśli chodzi o debatę publiczną – pociągnięcie za kilka kluczowych sznurków nie jest w stanie przynieść zamierzonego efektu.

Dlatego też można odnieść wrażenie, że ten wymarzony przez PIS system władzy zaczął erodować jeszcze nim tak naprawdę został zbudowany i osiągnął swoją świetność. Jedną z pierwszych jego jaskółek była saga Bartłomieja Misiewicza. Fakt, iż mimo zapowiedzi prezesa PiS, że dla tej osoby nie ma miejsca w szeregach dobrej zmiany, młody współpracownik Antoniego Macierewicza robił, co chciał i w dodatku obejmował posady w spółkach skarbu, pokazywał, że przy pewnej determinacji nawet prezesa PiS można ograć. Choć sprawa dla samego Misiewicza skończyła się odejściem z partii i partyjnym sądem kapturowym, sam fakt, że Kaczyński, by zdyscyplinować wiceprezesa rządzącego ugrupowania musi się uciekać do tak ponadstandardowych środków, pokazywał, że system władzy prezesa PiS może być kolosem na glinianych nogach.

Innym przykładem tej słabości jest sytuacja wokół Puszczy Białowieskiej. Nie wchodząc w decyzje dotyczące zasadności, sprawa dobrze pokazuje sieciowość polityki. Okazało się, że nad władzą ministra środowiska jest jeszcze władza instytucji europejskich, które nakazały wstrzymanie wycinania drzew. Jak wynika z naszych informacji, Ministerstwo Spraw Zagranicznych ma świadomość tego, że zabezpieczenie wydane przez Trybunał Sprawiedliwości UE w postaci wstrzymania prac, powinno zostać przez Polskę uznane. Niemniej poprzez upór Jana Szyszki, na którego jak się wydaje nie ma obecnie wpływu nikt ani w rządzie, ani w PiS, decyzje ministra środowiska pchają Warszawę na kurs kolizyjny z Unią Europejską niczym okręt pasażerski na górę lodową.

Również sytuacja, w której podczas prac nad – najważniejszą z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego – ustawą dotyczącą Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa (które w przeciwieństwie do wcześniejszych projektów tak zostały ostatecznie przedstawione, że odbierały część władzy prezydentowi) dochodzi ze strony głowy państwa najpierw do ultimatum, a potem do weta, pokazuje, że fakt, iż można kwestionować władzę prezesa PiS, staje się coraz bardziej oczywisty. Dotychczas ośrodek prezydencki karnie wykonywał w ramach obozu dobrej zmiany wszystkie zalecenia ze strony partyjnej centrali. Ale napięcie było coraz większe. Sprawy nie da się wyjaśnić wyłącznie konfliktem personalnym, bowiem w konsekwencji zakwestionowany został w sposób otwarty system władzy budowany po 2015 roku.

Również ostatni konflikt na linii MON – Pałac Prezydencki pokazuje, że lider partii stracił prawo do bycia arbitrem w napięciach, które pojawiają się w obrębie obozu władzy. Być może Kaczyńskiemu jest na krótką metę na rękę, by Antoni Macierewicz próbował upokorzyć Dudę, niemniej w dłuższej perspektywie konflikt w obozie „dobrej zmiany” podmywa fundamenty władzy Kaczyńskiego.

To wszystko sprawia, że lider PiS ma prawo czuć się sfrustrowany. Sytuacja, a szczególnie władza, zaczyna mu się powoli wymykać spod kontroli. Wybuch prezesa PiS podczas lipcowych obrad Sejmu – tuż po tym, jak Duda postawił mu się po raz pierwszy w tak otwarty sposób – może świadczyć o tym, że do Kaczyńskiego mogło zacząć docierać, że projektowana przez niego architektura władzy się rozpadnie i w związku z tym nie uda mu się zrealizować swoich politycznych marzeń o radykalnej zmianie w Polsce. Poprzez błędy własnego obozu, słabości kadrowe, pęknięcia w drużynie, ale też opór zewnętrzny i niezrozumienie zmian, które zaszły w sprawowaniu władzy w Polsce, Europie i na świecie, Kaczyński nie będzie w stanie zrealizować swojego planu, by niemal trzy dekady po upadku komunizmu w Polsce zrobić nowy reset, nowy punkt zero, próbować cofnąć czas w wielu obszarach państwa i zrealizować swoją polityczną wizję.

Pytanie tylko, czy Jarosław Kaczyński już to rzeczywiście zrozumiał w pełni i czy będzie podejmował jakieś próby przeciwdziałania erozji tego systemu. Jeśli będzie chciał walczyć, być może wkrótce zdecyduje się podjąć ostatnią próbę integracji władzy i spróbować szarpnąć cuglami i samemu siąść w fotelu premiera. Małe są jednak szanse, że to nie zapobiegnie dalszej dekompozycji systemu władzy. ©?

rp.pl

%d blogerów lubi to: