Demokracja w Polsce przestała działać, czego twardym symbolem jest uruchomienie wobec naszego kraju artykułu 7 Traktatu Unii Europejskiej. On właśnie tego w istocie dotyczy – końca liberalnej demokracji w Polsce, w jedynym kraju w Unii Europejskiej. Tym się kończy dla nas rok 2017.

A następny nie będzie taki sam, nie będzie równie zły, może być tylko gorszy. Mechanizm dyktatury, tyrania większości (jak nazywa ten pisowski ustrój prof. Macrcin Król) nie może się zatrzymać, musi się toczyć i zaspakajać coraz większe apetyty beneficjentów ucisku rodaków, aby mógł trwać.

Wszelkie zło jest zewnętrzne wobec dobra, bo to ostatnie jest zawsze wewnętrzne. Wolność i demokracja są samoistne, jak wyobrażony mechanizm perpetuum mobile, są w ciągłym ruchu ewolującym ku lepszemu, a przymus i dyktatura muszą wymyślać co raz nowe mechanizmy, aby niszczyć wolność.

Jedno Jarosławowi Kaczynskiemu trzeba przyznać, udało mu się utrzymać stan posiadania, nazwać go wolą większości, wolą suwerena, a ewentualne ambicyjki swoich podwładnych wprzęgnąć w mechanizm dyktatora. Tak potraktowany został Andrzej Duda, który został gruntowanie spacyfikowany. Mateusz Morawiecki zaś musiał poczynić daleko idące zapewnienia wobec Kaczyńskiego, aby ten mógł zrealizować swój sen o potędze.

 

 

 

 

 

 

Fuck you 2018? Nie. W mrocznych czasach politycznym wyborem, a nawet obowiązkiem staje się nadzieja. Dzięki mobilizacji kobiet łatwiej ją mieć

To nie przypadek, że prawicowa fala zmobilizowała tak wiele kobiet do tej pory nie angażujących się w politykę – wiedzą, że gdy przyjdzie do poświęcenia kogoś na ołtarzu narodu, będą pierwsze – rok 2017 podsumowuje Elżbieta Korolczuk, socjolożka i członkini Rady Fundacji Akcja Demokracja. „Nadzieja nie jest tylko uczuciem. Jest wiarą, a może obowiązkiem”

Na koniec roku pozwalamy sobie i naszym autorom na bardziej osobiste wypowiedzi. Dr Elżbieta Korolczuk zajmuje się badaniem ruchów społecznych, m.in. ruchów rodzicielskich. Ostatnio opublikowała raport „Społeczeństwo obywatelskie w Polsce – kryzys czy nowe otwarcie?” (Instytut Studiów Zaawansowanych). Jest zaangażowana w działalność Akcji Demokracji.


Zakończenie roku 2016 uświetniłam wspólnym oglądaniem nagrania z programu Johna Olivera, w którym ludzie znani i nieznani żegnali rok gromkim „Fuck you 2016!”. Starałam się nie myśleć o tym, że może być jeszcze gorzej. W tym roku procedurę można w zasadzie powtórzyć…

Na szczęście i wtedy, i dziś polityczną depresję udaje się pokonać, bo pojawia się nadzieja na zmianę. Podsyca ją siła oporu, z jakim spotykają się rządy różnej maści prawicowych polityków w kolejnych zakątkach świata. Bardzo często na czele protestów stoją kobiety, które nie tylko angażują się w działania na rzecz równości płci, ale są również uczestniczkami i liderkami ruchów walczących o czyste powietrze i wodę, o prawa osób niepełnosprawnych i czarnoskórych, o rozbrojenie nuklearne i wolne sądy, o godne płace personelu medycznego i prawa socjalne samodzielnych rodziców. To nie przypadek, że prawicowa fala zmobilizowała tak wiele kobiet, do tej pory nie angażujących się w politykę – one wiedzą, że gdy przyjdzie do poświęcenia kogoś na ołtarzu narodu, będą pierwsze.

Wiedzą też, że gdy szwankuje opieka zdrowotna, brakuje miejsc w domach opieki dla osób starszych albo ludzie chorują od smogu, dotyka to kobiet w znacznie większym stopniu niż mężczyzn, bo właśnie od kobiet oczekuje się opieki, wsparcia i zapychania dziur w polityce państwa.

Co miesiąc protest

2017 był rokiem odważnych kobiet.

styczniu w Stanach Zjednoczonych w Marszu Kobiet na Waszyngton – zorganizowanym jako wyraz sprzeciwu wobec mizoginicznej polityki prezydenta Trumpa – uczestniczyło ponad milion osób (według niektórych nawet 2 miliony, jeśli policzy się solidarnościowe manifestacje w innych krajach).

lutym kobiety i dziewczęta tańczyły na ulicach ponad 100 krajów w ramach akcji One Billion Raising (Nazywam się Miliard), która w tym roku odbyła się pod hasłem „Stop wyzyskowi kobiet!”.

marcu na całym świecie – od Londynu po Manilę – odbyły się tysiące wydarzeń (marszy, spotkań, debat etc.) w związku z Międzynarodowym Dniem Kobiet.

lipcu wiele aktywistek zaangażowało się w protesty przeciwko reformie sądownictwa w Polsce, a w październiku tysiące kobiet i mężczyzn wyszło na ulice polskich miast i miasteczek w ramach drugiego już Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.

listopadzie w Meksyku, Paragwaju, Wielkiej Brytanii, Turcji i wielu innych krajach odbyły się masowe protesty przeciwko przemocy, jaka dotyka kobiety i dziewczęta, a w Polsce czternaście odważnych kobiet stanęło na trasie Marszu Niepodległości z transparentem „Faszyzm stop!”.

Jesienią w mediach społecznościowych pojawiła się też akcja #metoo, czyli oddolna kampania wyrażająca sprzeciw wobec przemocy seksualnej jakiej doświadczają kobiety w każdym zakątku świata. Zaczęło się od wpisu na Tweeterze, który wywołał tsunami: tylko w ciągu pierwszych 24 godzin na Facebooku w dyskusję o #metoo zaangażowało się blisko 5 milionów osób i dziś to kampania o zasięgu globalnym.

Masowe protesty pokazują potencjał polityczny kobiecego zaangażowania, ale błędem byłoby skupianie się tylko na spektakularnych akcjach.

Za każdym protestem, pikietą, akcją w Internecie czy petycją stoją tysiące kobiet, które dyskutują, organizują spotkania, dzielą się wiedzą, budują koalicje, piszą teksty i maile, wykonują setki telefonów, czasem z entuzjazmem, a czasem zasypiając ze zmęczenia w pół słowa. Poświęcają swój czas, energię, emocje, a często też pieniądze.

Czarne Protesty i Strajk Kobiet nie pojawiły się znikąd. Masowa mobilizacja wyrosła na glebie uprawianej od wielu lat przez aktywistki, akademiczki, pracownice organizacji pozarządowych i administracji, a także wszystkie osoby wspierające ich pracę. Zmiana świata zaczyna się od zmiany myślenia, od nazwania po imieniu przemocy i niesprawiedliwości, od języka, za pomocą którego można opisać świat, w którym pragniemy żyć. W przypadku projektu ustawy, który zaproponowało Ordo Iuris niezbędna była wiedza ekspertek, prawniczek i aktywistek, które rozumiały, że paragrafy o „ochronie dziecka poczętego” w praktyce oznaczają ubezwłasnowolnienie kobiet w ciąży i potrafiły przekazać tą wiedzę w zrozumiały sposób.

Anonimowe. Robią, co jest do zrobienia.

Za masową mobilizacją stały też rzesze anonimowych kobiet, które potrafiły wiedzę przekuć w tysiące komunikatów, które następnie poszły w świat w postaci postów, memów, zdjęć i opowieści.

Dzielenie się wiedzą jest dziś kluczową strategią oporu.

Wiedza budzi bunt, wyzwala emocje które wyprowadzają ludzi na ulice i sprawiają, że są gotowi walczyć o dobro wspólne. A potem trzeba wykonać kolejną ogromną pracę, by bunt nabrał konkretnych kształtów: zarejestrować zgromadzenie, pożyczyć „szczekaczkę”, namalować transparent, wysłać zaproszenia do potencjalnych uczestniczek, zmarznąć na demonstracji, zebrać fundusze na flagi, dogadać się z lokalnymi organizacjami, poinformować media – ta lista jest bardzo długa, a przecież dotyczy tylko demonstracji, jednej z wielu form działania ruchów społecznych.

Większości z kobiet, dzięki którym Czarne Protesty się odbyły nie zobaczymy w telewizji, nigdy nie poznamy ich twarzy ani historii, a niektóre nie myślą o sobie jako aktywistkach.

„Po prostu robię to, co jest do zrobienia” mówią, albo „pomagam tylko”. To właśnie one zmieniają świat, krok po kroku, każdego dnia. Zapytane dlaczego to robią, odpowiadają „bo tak trzeba”, „nie mogę stać z boku”, „nienawiść trzeba zwalczać solidarnością”.

Kiedy o nich myślę to czuję, że nie jestem sama.

Jestem częścią całej społeczności kobiet i mężczyzn, którzy wiedzą, że z ludzi równie łatwo co zło można wydobyć dobro, budują mosty, a nie mury i gotowi są walczyć o równość, wolność i solidarność, bo dzięki nim nasze wspólne życie staje się do zniesienia.

Nadzieja nie jest po prostu uczuciem. Jest wiarą w to, że obietnice, które dajemy innym mogą się spełnić. W mrocznych czasach jest politycznym wyborem, a być może nawet obowiązkiem.

To dzięki wam – wszystkim odważnym kobietom na całym świecie – ten wybór staje się łatwiejszy. Dziękuję.

 

oko.press

Kto jest bohaterem roku, a kto przegranym w 2017 roku na świecie

Mimo tragicznych wydarzeń, nowych zagrożeń, a także kolejnych zwycięstw populistów w istotnych państwach na świecie, był to lepszy rok niż poprzedni w polityce i gospodarce. Poniżej moje typy na człowieka roku, przegranego roku, wydarzenie roku i ideę roku.
Emmanuel Macron to jeden z największych wygranych mijającego rokuFoto: LUDOVIC MARIN / AFP
Emmanuel Macron to jeden z największych wygranych mijającego roku
  • Bohaterami roku są prezydent Francji Emanuel Macron, zaś antybohaterem przywódca Korei Północnej Kim Dzon Un
  • Przegranym roku jest Donald Trump, który ponosi same porażki w amerykańskiej polityce. Przegranych jest jednak znacznie więcej
  • Ideą roku z pewnością jest akcja #metoo, która zmiotła ze sceny politycznej wielu ważnych polityków a z biznesu i mediów wpływowych postaci

Nie bądźmy zdziwieni, gdy sami znajdziemy się w podsumowaniach prasy innych państw. Trafialiśmy na pierwsze strony „New York Times’a”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Le Monde” i innych największych gazet. Były to głównie zdjęcia z ulicznych protestów przeciwko łamaniu prawa i niszczeniu demokracji liberalnej.

Światowy komentariat nauczył się Polski na piątkę i odwiedzał ją w tym roku na potęgę. Jarosław Kaczyński ściągnął do Polski więcej dziennikarzy niż Euro 2012. Mimo to dalej głównym argumentem naszych władz w sporze zresztą świata jest to, że jest źle poinformowana.

Jeśli jednak rzucić okiem na świat, Kaczyński przestaje jawić się jako najbardziej zdumiewające zjawisko.

 

Postaci roku

Bohaterem roku jest zdecydowanie Emmanuel Macron, który przebojem wdarł się między gigantów francuskiej sceny politycznej. Jego aktywności porównywano do królika Duracel. Biegł swoją drogą. Nie wziął udziału w żadnych prawyborach, wystartował bez poparcia żadnej z wielkich partii, do tego obrał sobie za temat wiodący jedną z najbardziej niepopularnych idei na Zachodzie, czyli integrację europejską. I niespodziewanie zwyciężył.

Ile dywizji ma Unia Europejska? [KOMENTARZ]

Po wyborach świetnie poradził sobie w polityce zagranicznej demonstrując luz, ale i stanowczość podczas spotkania z Putinem i rozmowy z Trumpem. Nie pozwolił przyciągnąć do siebie i sam uścisnął mocno rękę Trumpwi, tak jak zwykł to robić amerykański prezydent.

Macorn ma dziś najlepsze karty w ręku, bo konkurencyjni liderzy do kierowania Unią Europejską bardzo się osłabili. Angela Merkel ugrzęzła w niemieckich wyborach, Wielka Brytania w Brexicie, a Hiszpania w kryzysie Katalońskim. Jedynym człowiekiem sukcesu wśród europejskich polityków wagi ciężkiej jest Macron, który do tego ma otwarty kanał do rozmów nawet z Trumpem.

Trochę gorzej idzie mu w polityce krajowej. Sondaże ma raczej słabe, co przypomniało wszystkim, że w pierwszej turze dostał poparcie tylko około jednej piątej głosujących. Reforma prawa pracy w okrojonej formie została przeprowadzona, ale nie wzbudziła entuzjazmu.

Obok francuskiego przywódcy w tym roku człowiekiem sukcesu jest niewątpliwie chadek Sebastian Kurz, chyba najmłodszy przywódca na świecie (31 lat), który wygrał wybory i razem ze skrajną prawicą utworzył właśnie w Austrii koalicję. Na jego sukces cień kładzie fakt, że oddał jej najważniejsze miejsca w rządzie (ministra spraw zagranicznych, obrony i spraw wewnętrznych). Uzyskał tyle, że skrajna prawica zrezygnowała ze swojego najważniejszego celu, czyli referendum w sprawie wystąpienia Austrii z Unii Europejskiej.

Wspomnieć należy o przywódcy Chin Xi Jinping, który wzmocnił się jeszcze na niedawnym kongresie Chińskiej Partii Komunistycznej, a także o japońskim premierze Shinzo Abe, który wygrał wybory i będzie dążył do remilitaryzacji Japonii w celu stworzenia przeciwwagi dla agresywnej Północnej Korei, a także Chin.

No właśnie, przywódca Korei Północnej obok Macrona jest z pewnością największym wygranym w tym roku. Jeśli Zachód w poprzednich latach dał się zaskoczyć Putinowi, który regularnie zaczął trafiać na pierwsze miejsca rankingów najsilniejszych polityków na świecie, to w tym roku dał się zaskoczyć Kim Dzong Unowi. Koreański przywódca mimo nakładania kolejnych sankcji zademonstrował, że jest o krok od włączenia Korei Północnej do wąskiego grona najsilniejszych państw na świecie dysponujących bronią nuklearną, którą są w stanie przenosić na dalekie dystanse.

http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/kto-jest-bohaterem-roku-a-kto-przegranym-w-2017-roku-na-swiecie/mqdmnb4

Prof. Marcin Król: Ludzie PiS będą musieli odejść co najmniej z krzykiem

Prof. Marcin Król: Ludzie PiS będą musieli odejść co najmniej z krzykiem

Uważam, że to się musi skończyć gwałtownym przełomem, daj Boże, aby nie krwawym, bo nie ma możliwości, by skończyło się na miękko. Tak jak Gombrowicz mówił, że w Polsce wszystko zawsze jest jajkiem na miękko, tak tu się jajka na miękko nie uda zrobić. Ludzie PiS będą musieli odejść co najmniej z krzykiem – mówi prof. Marcin Król, filozof, historyk idei, publicysta. W rozmowie z Przemysławem Szubartowiczem wyjaśnia także, czym jest tyrania większości i dlaczego rządy PiS są pierwszym takim przypadkiem w historii. – Jest banalna okoliczność, która może mieć wpływ na przyszłość – kłopoty tyrana, który w każdej tyranii jest w pewnym sensie nieodtwarzalny – mówi m.in. nasz rozmówca.


PRZEMYSŁAW SZUBARTOWICZ: Panie profesorze, rozmawialiśmy przed rokiem i wówczas porównywał pan dynamikę rozwoju tzw. dobrej zmiany do procesów zachodzących podczas rewolucji, sugerując, że władza PiS będzie się wypalać w podobny sposób: wewnętrzne tąpnięcia, pożeranie własnych dzieci, lęk nowych elit wzbudzony przeczuciem końca, wreszcie jakiś wstrząs. Czy podtrzymuje pan dziś tę diagnozę?

MARCIN KRÓL: Trochę zmieniłem zdanie, szczególnie obserwując to, co działo się w 2017 roku. Myślę, że dziś można już precyzyjnie nazwać to, z czym mamy do czynienia. Mówi się o początkach totalitaryzmu, autorytaryzmie, dyktaturze, ale nie są to według mnie określenia trafne. To, co się dzieje, jest tyranią, ale jest to tyrania nowego typu.

Czyli?

Tyrania większości, a więc dokładnie to, czego jako zwolennicy demokracji panicznie obawiali się Alexis de Tocqueville czy John Stuart Mill.

W gruncie rzeczy możemy być swoiście dumni, ponieważ koncepcja tyranii większości została zrealizowana po raz pierwszy w historii, i to akurat w Polsce. To się wcześniej nie zdarzyło.

A Niemcy 1933 roku, kiedy NSDAP wzięło całą władzę?

To było zupełnie coś innego, nie ma porównania. W 2015 roku w Polsce startowały jednak także inne partie, nie tylko PiS. Ale w efekcie tych wyborów większość parlamentarna wzięła władzę i robi, co chce. W niewielkim stopniu jest ograniczona względami międzynarodowymi, ale także – czego Tocqueville i Mill sobie nie wyobrażali – mediami elektronicznymi, których w zasadzie nie da się w pełni kontrolować. Jeżeli PiS zechciałoby je kontrolować, to wróżę im błyskawiczną porażkę.

Ta większość, mam wrażenie, poza kontrolą polityczną, czystkami, przejmowaniem instytucji przede wszystkim występuje przeciwko strukturze symbolicznej, która organizuje każde życie społeczne. PiS nie liczy się więc z umową społeczną, werdyktami sądów, regułami prawa, konstytucją. Działa tak, jakby ów symboliczny Inny nie istniał, ale robi to z jakimś obscenicznym rechotem, perwersyjną satysfakcją niszczenia starego świata symbolu i metafory.

Wie pan,

przyjemnie być tyranem. Jak w zaśpiewanym wierszu Waligórskiego, cysorz to ma klawe życie.

A mówiąc poważnie, tyrania większości tym się różni od tyranii znanych z historii – stosunkowo niewiele tyranii było w sercu Europy Zachodniej, a monarchia absolutna to jest coś zupełnie innego – że tyrania większości posługuje się, udawanym lub prawdziwym (tu trzeba być ostrożnym), moralizatorstwem, czyli próbą budowania wspólnoty na bazie moralnej. Owo moralizatorstwo objawia się na wielu różnych poziomach, a jednocześnie wiadomo, że w ogóle jest niedopuszczalne w demokracji.

No dobrze, ale jednak ta tyrania większości wzięła się właśnie z demokracji. Odbyły się wybory.

To prawda, ale o to właśnie chodzi, że demokracja nie jest systemem moralnym, tylko politycznym, w którym obywatele decydują o swoim losie, a władza przestrzega procedur, które nie ograniczają się tylko do wyborów, ale także, potem, do sposobu sprawowania rządów. A

w przypadku PiS mamy do czynienia z sytuacją, w której większość narzuca swoje poglądy moralne,

w szerokim rozumieniu.

Na przykład jakie?

Choćby ideę narodu, która traktowana jest właśnie jako moralna, a nie dotycząca wspólnoty, pamięci, tradycji, co by było normalne. W zasadzie w każdej dziedzinie – in vitro, edukacji, prawa – występują elementy nauczania moralnego, które nie jest przyjmowane negatywnie, co można nazwać znakiem czasów. Dziś obywatele nie bronią już swojej wolności indywidualnej, jak czynili to liberałowie w XIX i XX wieku, a jeżeli już to robią, to są w mniejszości.

Dlaczego?

Bo wydaje im się, że nie są zagrożeni. A oni są zagrożeni, ponieważ aby tyrania większości mogła się utrzymać, musi się posuwać naprzód, musi być w ruchu. I tu pojawia się element bliski rewolucji, o czym właśnie rozmawialiśmy przed rokiem.

Posuwanie się naprzód musi być bowiem wsparte ciągłym poszukiwaniem wrogów.

I oni są znajdowani.

Oczywiście. Proszę zwrócić uwagę, że gdy rano Morawiecki mówi o zgodzie i potrzebie wspólnoty, to wieczorem Kaczyński przykłada jak może, mówi najostrzejsze słowa, które dzielą społeczeństwo, i wskazuje wrogów. Oni muszą tak postępować, ponieważ aby utrzymać jedność moralno-polityczną, muszą mieć przeciwników.

Gorszy sort, mordy zdradzieckie, łotry, kanalie, że wymienię tylko część epitetów z bogatego arsenału twórców i piewców tzw. dobrej zmiany.

Ale jednocześnie ci przeciwnicy nie są wcale tacy oczywiści. Ze względu na chwilowe, jak sądzę, kłopoty opozycji, która musi się przeformować, nie ma w tej chwili zdecydowanego oporu społecznego lub ten opór jest ograniczony do tego, co oczywiste i słuszne – jak walka o sądownictwo, konstytucję, demokrację – ale jednocześnie wciąż za słabe.

Zatem jaki opór?

Zawsze z uporem powtarzam, jak wiele mądrych rzeczy ludzie powiedzieli w XIX i XX wieku, których my nie umiemy do dziś zrealizować. Benjamin Constant po rewolucji i Napoleonie stwierdził w sławnym przemówieniu z 1819 roku, że

polityka nie ma prawa ingerować w życie cywilne, musi odczepić się od wolności prywatnej, indywidualnej, a jednocześnie nikogo nie można zmuszać, by zajmował się polityką.

Hegel w tym samym niemal okresie mówił o społeczeństwie obywatelskim. On wprawdzie idealizował państwo, ale już sądy, handel czy uniwersytety uważał za sferę społeczeństwa obywatelskiego, a więc wolną od polityki. I o to trzeba walczyć przede wszystkim. O to, by polityka wróciła tam, gdzie jest jej miejsce, a w naszych czasach miejscem polityki jest administracja.

Jednak jeśli, jak pan mówi, mamy do czynienia z tyranią większości, a także, co za tym idzie, jest tyran, który wszędzie wprowadza politykę – do sądów, instytucji, mediów – to taka walka staje się zadaniem niemal niemożliwym.

Walka musi polegać na tym, by tyranowi na to nie pozwolić. Nie chodzi już o przepisy prawa, bo widzimy, że prawo nie obroni nas przed tyranią większości, choć przez lata wydawało się nam, iż mamy w nim oparcie. Teraz się to załamuje. W krajach o silnej tradycji prawnej, jak Stany Zjednoczone, prawo w znacznej mierze broni społeczeństwa przed Trumpem.

W Polsce ta tradycja jest za słaba, przepisy, które są fundamentalne, traktuje się z przymrużeniem oka.

Fakt, że Morawiecki jako premier posiadał akcje banku, którego był prezesem, w Stanach Zjednoczonych mógłby być traktowany jako powód do impeachmentu, a u nas potraktowano to łagodnie. Sprzedał je i co najwyżej pozostała zazdrość niektórych, że jest taki bogaty. Żadnych konsekwencji.

Skoro ta władza nie szanuje prawa, to co potem, gdy kiedyś upadnie?

Nie ma już powrotu do demokracji liberalnej w postaci, jaka zaczęła się kończyć mniej więcej w 2007 roku, tuż przed kryzysem. Jeżeli ktoś sądzi, że można wrócić do tego, co było, to się głęboko myli. Wobec tego musimy znaleźć inne, nie tylko prawne sposoby obrony przed polityką, która z butami wchodzi do naszego domu. To jest w tej chwili cel podstawowy.

Rozumiem ideę budowy czegoś innego, nowego, co zabezpieczyłoby nas przed polityką w obecnym wydaniu PiS, jednak ta tyrania większości, przejmując sądy i grzebiąc w ordynacji wyborczej, nie wyobraża sobie, że po prostu demokracja odbierze jej władzę.
Nie mam żadnych złudzeń, że to potrwa. Jeżeli ktoś liczy, że wybory po prostu załatwią sprawę, to się myli.

Jest banalna okoliczność, która może mieć wpływ na przyszłość – kłopoty tyrana, który w każdej tyranii jest w pewnym sensie nieodtwarzalny.

Wielokrotnie przerabialiśmy scenariusz, gdy kłopoty tyrana załamywały tyranię. Może się też zdarzyć sytuacja, w której tyrania większości, czyli ta ze świata dotychczas demokratycznego, nie zaspokoi fundamentalnych potrzeb znacznej części społeczeństwa.

Ale w tej chwili zaspokaja.

Owszem, teraz tak. Ale łatwo może dojść do sytuacji – co widzimy po różnych znakach – że przestanie zaspokajać, okaże się niewydolna.

A jakie znaki przyszłego kryzysu pan dostrzega?

Przede wszystkim po dwóch latach widać ogromne obszary, które podlegają chaosowi. Dzieje się tak dlatego, że

tyrania większości posługuje się owymi przysłowiowymi Misiewiczami, opiera się na nich.

Innymi słowy, mianuje się na różne stanowiska ludzi, którzy nie są zdolni do wypełniania swoich funkcji. Imperium Ottomańskie było lepiej urządzone o tyle, że delegowano władców poszczególnych prowincji i oni mieli w zasadzie tylko jeden obowiązek: wnieść dla tyrana odpowiednią ilość podatków. Jeżeli wykonywali to w miarę rozsądnymi sposobami, byli w zasadzie wolni w działaniu. Tu nie jest tak.

U nas o wszystkim decyduje tyran, to on faktycznie rządzi, choć nie pełni żadnej funkcji w rządzie.

I dlatego jest inaczej. U nas tyrania ma swoją gradację w dół.

Długo to potrwa?

Rok, a może dziesięć lat. Nikt tego nie wie. Ale ponieważ tyrania ściąga ludzi niekompetentnych, nie sądzę, by to trwało aż tak bardzo długo. I nie jest też tak, że scenariusz rewolucyjny jest tu wykluczony, choć nie wiadomo, jaki będzie mieć przebieg.

Rewolucja, poza kilkoma głównymi przywódcami, jak bardzo bystry politycznie Robespierre, przyciągała oportunistów, amatorów, zelotów. Podobnie się dzieje teraz w Polsce.

W wielu miejscach posady państwowe dostają ludzie tak niekompetentni, że obywatel nie jest w stanie niczego załatwić w swojej sprawie urzędowej. Na tym tle władze samorządowe stoją o kilka klas wyżej, tę różnicę bardzo wyraźnie widać. W administracji państwowej zastępuje się ludzi znośnie kompetentnych ludźmi kompletnie niekompetentnymi. To doprowadza ludzi do frustracji.

Bardzo często porównuje się państwo PiS do PRL-u. Znajduje pan takie podobieństwa?

Nie jestem zachwycony tymi porównaniami, choć oczywiście język, jakim się wówczas posługiwano, jest na porządku dziennym dziś. O ile jednak Gomułka wierzył w ideologię komunistyczną, o tyle Gierek raczej nie, a Jaruzelski już w pewnym momencie na pewno nie.

Dziś jednak punktem odniesienia nie jest ideologia, ale po prostu władza i tylko władza. Tyrania większości jest po to, by mieć władzę, nigdy nie miała innych celów.

Do tego dochodzą elementy moralizatorskie, o których wspomnieliśmy wcześniej, ale one są raczej po to, by ludzi rozerwać, bo raczej nie wynikają z jakichś głębokich przekonań. Innymi słowy, to jest wyprowadzenie polityki z zasad demokratycznych i sprowadzenie jej do siły.

Zwrócił pan uwagę na ważną rzecz. Jak to się dzieje, że za tą tyranią większości nie stoi żaden fundament ideowy czy ideologiczny? Komunizm i socjalizm miały swoją rozbudowaną teorię, autorów, interpretatorów, faszyzm podobnie, a tu nic, może poza kilkoma frazesami o potrzebie budowy nowego, lepszego państwa.

To jest właśnie novum. Poza siłą nie ma tu nic więcej. Nie ma chęci budowy systemu totalitarnego, gdzie ingeruje się w dusze. Oni nie będą tego robić, im to nie jest do niczego potrzebne. W tym sensie zostawią nas w spokoju, ogródki jordanowskie będą liczne, będziemy mogli się bawić. Jest Internet, uniwersytety zostaną w miarę wolne, nawet za bardzo nie obawiam się o media. W gruncie rzeczy po co im one? I tak mają swoje. Chodzi tylko o te wszystkie punkty, gdzie może być naruszona siła, ponieważ to jest władza, która chce mieć siłę i nic więcej, dokonuje rewolucji w demokracji, a do tego jest głęboko cyniczna.

Na czym polega ten cynizm?

Na tym, że

wszystko, co mówią, jest kłamstwem. To jest coś nieprawdopodobnego, nawet komuniści nie kłamali bez przerwy.

Gdy Gomułka czy Chruszczow ogłaszali, że za rok będziemy mieć więcej kukurydzy niż Stany Zjednoczone, to jestem przekonany, że opierali to na jakichś raportach, które ich skłaniały do takiego przekonania. Ale te raporty były fałszywe, bo ludzie się bali i ze strachu pisali, że produkuje się więcej niż w rzeczywistości. Tej władzy taki mechanizm nie jest do niczego potrzebny, ponieważ kłamie z zasady. Nawet gdy jakiś zwykły poseł PiS-u mówi wedle dyrektyw partyjnych, które usłyszał, to i tak sam dodaje do tego jakieś kłamstwa.

Kłamstwo jako ideologia?

Raczej jako siła. Zła siła. Do tego trzeba dodać jeszcze jeden element, czyli zdolność do wydobywania z ludzi złych intencji, myśli, emocji.

Prof. Jadwiga Staniszkis nazwała to „ośmieleniem lumpiarstwa”.

Nie chodzi o to, żeby to były emocje na przykład o charakterze nazistowskim, takiej ideologii tutaj nie ma i nie będzie, zresztą Kaczyński jest sam jak najdalszy od takich rzeczy.

Chodzi tylko o władzę, która jest sprawowana przy pomocy kłamstwa i adresowania się do złych ludzkich emocji. W miarę cywilizowana Europa oburza się na to, ale nie bardzo wie, jak sobie z tym poradzić. Bo jak radzić sobie z całkowitym kłamstwem w świecie cywilizowanych ludzi?

Kiedyś mój przyjaciel, francuski politolog Pierre Hassner, mówił o postępowaniu imperiów, a w szczególności Rosji, że działa tu taka zasada: o czwartej rano wraca do domu pijany mąż, szminka na kołnierzu, wiadomo, o co chodzi, żona pyta, gdzieś ty był, łobuzie, a on na to, jak to, przecież przez cały czas siedziałem tutaj w fotelu. Na to nie ma dobrej odpowiedzi.

Czysta perwersja.

Ten specyficzny rodzaj kłamstwa stwarza siłę, wobec której Zachód ze swoimi wartościami, prawem, zasadami staje się bezradny.

Jak to się skończy? Przed rokiem pan mówił, że drugiego Okrągłego Stołu nie będzie i że być może, choć oby nie, poleje się krew.

Uważam, że to się musi skończyć gwałtownym przełomem, daj Boże, aby nie krwawym, bo nie ma możliwości, by skończyło się na miękko. Tak jak Gombrowicz mówił, że w Polsce wszystko zawsze jest jajkiem na miękko, tak tu się jajka na miękko nie uda zrobić. Ludzie PiS będą musieli odejść co najmniej z krzykiem.

A co będzie potem?

Tego naprawdę nie wiemy.

Liczę, że nastąpi odrodzenie demokracji, ale to może być tylko odrodzenie oddolne poprzez samorządy, lokalne grupy, inicjatywy obywatelskie, działania młodzieży. Nie da się po raz drugi urządzić demokracji od góry, jak to zrobiono po II wojnie światowej.

Europa miała kilkadziesiąt lat, a Polska dwadzieścia parę zupełnie niezwykłego czasu na tle dziejów. Ten czas właśnie się kończy, nie tylko w Polsce to przecież widać. Przed nami okres poważnego zamieszania, czasów raczej mrocznych. Z tego mroku też kiedyś wyjdziemy, ale odbudowa tego, co zostanie zniszczone, może potrwać nawet kilka dekad.

wiadomo.co

17 kobiet, które wstrząsnęły PiS-em. Moja lista nadziei na Nowy Rok

2017 był rokiem kobiet. Wybrałem ich 17. Brały się za bary z państwem PiS. Przemawiały, pisały, rysowały, demonstrowały, blokowały, organizowały protesty, pisały skargi, politykowały. Wszystkie gościły w OKO.press, niektóre były naszym „odkryciem”. Były dla mnie – autora, czasem redaktora tekstu – źródłem otuchy, że ktoś ma tyle determinacji, energii, odwagi

Na koniec 2017 i początek nowego – niechybnie wspaniałego – roku 2018 dajemy sobie w OKO.press dyspensę na teksty bardziej osobiste. Jeśli ktoś uzna, że za mało w tym rzeczowej analizy, a za dużo autorskich opinii, to z góry przepraszam.

Swój tekst poświęcam 17 kobietom, które w 2017 roku – jak mówi jedna z nich – brały się za bary z państwem PiS. Przemawiały, pisały, rysowały, demonstrowały, blokowały, prowadziły akcje społeczne, organizowały ruch protestu, robiły filmy, pisały skargi, uprawiały politykę.

Wszystkie gościły w OKO.press, niektóre były naszym „odkryciem”. Każdy z tych kontaktów był dla mnie – czasem autora, a czasem redaktora tekstu – źródłem otuchy, że ktoś ma tyle determinacji, energii, odwagi. Że nie poddaje się największemu sojusznikowi autorytarnej władzy, jakim jest obywatelskie zniechęcenie.


Uwaga Czytelniczki i Czytelnicy! Ta lista jest oczywiście niekompletna. Jako jej autor jestem otwarty na uzupełnienia. Już dostałem  słuszną sugestię: brakuje dr Sylwii Spurek, zastępczyni RPO ds. równego traktowania. Tytan pracy, wspaniała organizatorka, autorytet także dla OKO.press (ostatnio o „seksizmie Owsiaka”). Czekam na następne propozycje – w komentarzach na FB lub mailem piotr.pacewicz@oko.press. Najlepiej z krótkim uzasadnieniem. Kobiety z listy 17 są często przedstawicielkami całych grup: np. tylko jedna z setek protestujących lekarek, tylko jedna z 14 uczestniczek blokady Marszu Niepodległości 2017, tylko jedna z polityczek .Nowoczesnej itp.


Oczywiście na „liście otuchy” mogłoby znaleźć się wielu mężczyzn na czele z Adamam Bodnarem, natchnionym trybunem Pawłem Kasprzakiem, Robertem Biedroniem – nadzieją polityki, Adamem W. z Puszczy B., czy imponującym prof. Adamem Strzemboszem, sumieniem polskiej praworządności.

Czy jest coś specyficznego w tym, że wszystkie bohaterki są kobietami, poza tym, że taki wybór dla autora-feministy jest czymś naturalnym? Nie wydaje mi się, by gender miał tu szczególne znaczenie, stereotypy ról na szczęście tracą swą moc. Wśród kobiecych postaci z mojej listy nadziei są osoby spokojne i szalone, opanowane i wybuchowe, rozważne i romantyczne… Podobnie byłoby z listą mężczyzn.

Danuta Bocheńska

„Całe życie miałam potrzebę wpływu na rzeczywistość. I teraz czuję, że tracę ten wpływ. By więc nie popadać w pesymizm, nękam obecną władzę różnymi wnioskami obywatelskimi” – mówiła nam Danuta Bocheńska, emerytowana wykładowczyni psychologii z Wrocławia. Nękanie doprowadziło m.in. do ukarania posłanki PiS Krystyny Pawłowicz przez Komisję Etyki Poselskiej Sejmu. Naszą dzielną czytelniczkę wkurzyło, jak Pawłowicz mówiła do opozycji: „Zamknijcie mordy, tak jak prezes powiedział, zdradzieckie mordy”. Zapytaliśmy Bocheńską, czy nie boi się władzy.„Nie. Próbuję ich ośmieszyć swoimi wnioskami, w ten sposób biorę się z nimi za bary” – odpowiedziała. Czekamy na kolejne akcje w 2018 roku.

Przeczytaj też:

Po interwencji czytelniczki OKO.press, Krystyna Pawłowicz ukarana za „zdradzieckie mordy”. Bo co wolno prezesowi, to nie tobie, Krystyno

MARIUSZ JAŁOSZEWSKI  17 GRUDNIA 2017

Elwira Borowiec, Angelika Domańska

To była mocna scena. 10 maja 2017 roku Jarosław Kaczyński na Krakowskim Przedmieściu z dyskretnego podwyższenia snuł swoją comiesięczną mowę. O białych różach powiedział, że są „symbolem skrajnej głupoty i skrajnej nienawiści”. I wtedy Angelika Domańska z Elbląga i Elwira Borowiec spod Puław, podniosły do góry białe róże, znak obywatelskich protestów. Stały kilka metrów od Kaczyńskiego. Smoleński tłum zareagował jak należy. „Zaczęło się takie dziubanie, kłucie łokciem, mam pełno siniaków, jakaś dziewczyna ze wzrokiem szaleńca na mnie napierała. Wsadzali mi w oczy różańce, dobrze, że mam okulary. Darli się: kurwykomuniści, spierdalaj”.

Tak opowiadały mi Elwira Borowiec (37 lat, bezrobotna, trójka dzieci, ofiara przemocy domowej) i Angelika Domańska (32 lata, samotna matka, chora na cukrzycę), kobiety po przejściach. Dlaczego właśnie one?

Elwira opowiedziała, że obudził ją Czarny Protest 2016. „Na własnej skórze przeżyłam bezsilność wielu lat. Do kobiet nie dochodzi, że mogą się ratować. A oni w PiS stoją po stronie takiej rodziny, z facetem, który rządzi. Ta cała ich gadka o świętości rodziny. Ta władza totalnie chce udupić kobiety. A potem to się nawarstwiało, skoro jesteśmy tak znienawidzone, to postanowiłyśmy im pokazać, że na tej miesięcznicy też jesteśmy, patrzymy im na ręce”.

Angelika: „Poseł Jarosław twierdzi, że on ma więcej praw niż zwykli obywatele. Więcej niż ja. Nie zgadzam się na to”.

Przeczytaj też:

Atak z łokcia i różańca. Angelika z Elbląga i Elwira z Puław w smoleńskim tłumie, kilka metrów od Kaczyńskiego. Dlaczego one?

PIOTR PACEWICZ  11 MAJA 2017

Marta Frej

Zaszczyca OKO.press swoimi rysunkami, które więcej mówią o Polsce, Polkach i Polakach niż nasze teksty. Ironiczna, złośliwa, wściekła. Biskupie grono podpisała: „O kobietach wiemy wszystko”. Na jednym z autoportretów tekst: „Czasem wychodzi ze mnie straszna zołza, martwię się wtedy, że już nie wróci”. Bardzo zatem prosimy, w imieniu Czytelniczek i Czytelników, którzy lubią tę zołzę, żeby natychmiast wróciła i zabrała się za kolejny rysunek (….) Dokładnie w tej chwili, gdy to napisałem (wierzcie lub nie) zadzwoniła Marta, by uzgodnić termin noworocznego rysunku. Więc pytam, skąd jej się to wszystko bierze. „Jestem myśląca”. Po chwili: „Optymizm to akt wiary, nie jestem optymistką. Raczej”. Po dłuższej chwili: „Staram się rozśmieszyć siebie i innych, żeby nie zwariować”.

Agnieszka Holland

Wielka reżyserka, międzynarodowa sława, w czasach ustrojowego „pokotu”, jaki przeżywamy, obywatelski autorytet. Mówi tak jak jej filmy: zdecydowanie. Na Polskę 2017 patrzy z perspektywy Ameryki Trumpa (gdzie często pracuje), ale przede wszystkim – gorzkich doświadczeń polskiej i czechosłowackiej normalizacji w czasach późnej komuny. „Współcześni nie chcieli wysłuchać Palacha, nikt nie usłyszał krzyku Siwca, a dziś wolne (jeszcze) media minimalizują samobójczy akt Piotra i jego okupiony cierpieniem apel. Dopiero historia lubi takich bohaterów. Współczesność się ich boi. Bo co niby mamy z takim czymś zrobić my, zwykli, szarzy ludzie? Nie bardzo się chcemy budzić i być budzeni” – pisała o samospaleniu Piotra Szczęsnego w październiku 2017. Tekst okazał się zbyt bezkompromisowy, nawet dla kilkorga osób z redakcji, które obawiały się, że uderzamy w ton „romantycznej sekty”. Zażarcie się o to kłóciliśmy. Holland zawsze mówi jasno: tak, tak – nie, nie. Po zamachu na PISF  ostrzega, że dla polskiego kina „to może być jak zestrzał w locie. Skok na PISF wpisuje się w program kulturowej kontrrewolucji, którą widzimy nie tylko w Polsce czy na Węgrzech. Władzom idzie o to, by jednocześnie wziąć społeczeństwo za mordę i dmuchać w narodowy balon. Autorytarne systemy zawsze tak działają. I do tego potrzebne im są odpowiednie filmy”.  Przesadza? Oby.

Przeczytaj też:

Agnieszka Holland o samospaleniu Piotra: „Ogień niszczy, ale też oświetla. Jak gniew”

AGNIESZKA HOLLAND  22 PAŹDZIERNIKA 2017

Kinga Kamińska

29 kwietnia 2017 roku grupa Obywateli i Obywatelek RP usiadła na drodze kroczącego Krakowskim Przedmieściem marszu Obozu Narodowo-Radykalnego. 19 z nich usłyszało zarzuty tamowania ruchu na drodze publicznej i zakłócania legalnej demonstracji. Jedną z nich jest Kinga Kamińska, filolog – ukrainistka. W filmie OKO.press tłumaczyła: „Urodziłam się w Warszawie. Mama w Powstaniu była łączniczką. Jest dla mnie bolesne, że w tym kraju i w tym mieście nacjonaliści i faszyści chodzą przez nikogo nie niepokojeni, wręcz osłaniani przez policję”.

11 listopada 2017 roku 14 kobiet – Obywatelek RP i aktywistek Warszawskiego Strajku Kobiet – stanęło na trasie faszyzującego Marszu Niepodległości. W tym Kamińska, w peruce i bez kuli, żeby nie dać się rozpoznać strażom Marszu. „Dlaczego same kobiety? Bo facetów to by roznieśli, byłaby jatka”. Ale do przemocy doszło: „Wyrwali nam baner, podarli na strzępy. Starsza pani, pewnie w moim wieku, kończę 70 lat, na mnie napluła. Doskakiwali młodzieńcy, szarpali, deptali, czasem któryś kopnął. Podtykali nam biało-czerwone flagi pod nos. Wynosili nas byle jak, upuścili Kasię Szumniak, uderzyła głową o asfalt”. Pytam o strach. „Tylko głupi by się nie bał, ale jak już się zdecydowałam, to niech będzie, co ma być. Strasznie się tylko bałam dekonspiracji, że nie zdążymy tego zrobić”.

W blokadzie 11 listopada brały udział OBYWATELKI RP: Ewa (Ewka) Błaszczyk – pomysłodawczyni, Agnieszka Markowska, Kinga Kamińska, Lucyna Łukian, Beata Geppert, Katarzyna Szumniak, Maria Bąk-Ziółkowska, Krystyna Zdziechowska, Katarz oraz Katarzyna Kwiatkowska, a  Z WARSZAWSKIEGO STRAJKU KOBIET: Elżbieta Podleśna, Zofia Marcinek, Izabela Możdrzeń, Agnieszka Wierzbicka, Monika Niedźwiecka.

Przeczytaj też:

„Mogło się skończyć tak, że cały dzień byłby tylko nazistowski, ale my, baby, zrobiłyśmy im szpasa”

PIOTR PACEWICZ  12 LISTOPADA 2017

 Justyna Koska-Janusz

Sędzia Justyna Koska-Janusz pozwała Zbigniewa Ziobro za naruszenie dóbr osobistych. To precedens w historii polskiego sądownictwa – orzekająca i pracująca sędzia występuje do sądu przeciwko ministrowi nadzorującemu wymiar sprawiedliwości. Domaga się przeprosin za odwołanie z pracy w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Żąda wycofania oświadczenia, że „miała się wykazać wyjątkową nieudolnością” i że nie poradziła sobie „z prowadzeniem prostej, choć głośnej sprawy”.

Te zarzuty – powtórzone zresztą za tabloidami – mają dotyczyć roztropnej decyzji sędzi, by przed osądzeniem sprawdzić poczytalność Izabelli Ch., która wjechała samochodem do przejścia podziemnego w centrum Warszawy. Ale są tylko pretekstem do zemsty na Kosce-Janusz, która nie dość, że nie wydała wyroku, jakiego domagał się Zbigniew Ziobro (z prywatnego oskarżenia, zanim został ministrem), to jeszcze podczas jednej z rozpraw nałożyła na niego 2 tys. zł grzywny za spóźnienie.

Takiego bezprawia i niesprawiedliwości Prawo i Sprawiedliwość nie zapomina. A proces? Wciąż się nie odbył. Ziobro – zwolennik przyspieszenia pracy sądów – przewleka sprawę, jak może. Sędzia Justyna Koska-Janusz daje wiarę w odwagę cywilną sędziów.

Przeczytaj też:

News OKO.press. Ziobro pozwany przez sędzię, którą zdegradował

JAKUB STACHOWIAK  9 LISTOPADA 2016

Katarzyna Lubnauer

Jedyna polityczka na liście, także dlatego, że jest symbolem wymiany elit i nowego tonu liberalnych partii opozycyjnych, a sondaże OKO.press pokazywały, jak jest to pożądane przez wyborców.

Przeczytaj też:

Schetyna i Petru do wymiany. Elektoraty ich własnych partii wolałyby kogoś innego. Sondaż OKO.press

PIOTR PACEWICZ  14 SIERPNIA 2017

Jest też Lubnauer pierwszym w Polsce przykładem zwycięstwa polityczki z politykiem w bezpośrednim starciu o przywództwo. Polityk znosi to w sposób zgodny z genderowym stereotypem („To ja jestem liderem Nowoczesnej,  lider to niekoniecznie znaczy szef”), na co Lubnauer odpowiada w OKO.press niezgodnie ze stereotypem („Na jachcie kapitan może być tylko jeden”). Wie o czym mówi, jest sterniczką morską i instruktorką żeglarstwa. Ma też uprawnienia radiooperatora krótkiego zasięgu. Ale odwołuje się do oldskulowych wartości Unii Demokratycznej, potem Wolności. I jest inną wersją siły spokoju:„Świat potrzebuje porządku, a ja bym chciała Polskę dobrze zorganizować, więc sama powinnam być uosobieniem ładu. Zawsze byłam spokojnym człowiekiem. To kwestia natury i trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość. Taki mam charakter, wykształcenie, podejście do życia”. Temat doktoratu: „Twierdzenia graniczne w teorii prawdopodobieństwa kwantowego”. Zarys programu: propozycja dla „ciężko pracującej klasy średniej”.

Przeczytaj też:

Katarzyna Lubnauer. Siła spokoju w polskim „House of cards”. „Ideały są w nas i od nas zależy, czy w zwariowanym świecie je zachowamy”

WIOLETTA GNACIKOWSKA  3 GRUDNIA 2017

Ewa Łętowska

Profesor Ewa Łętowska stanowi  niemożliwe połączenie racjonalnego wywodu i gorącego temperamentu, jest jak kwadratowy tajfun. Kocha Konstytucję tak dalece, że mówi o niej wierszem, a w każdym razie odwołując się do poezji. Jest naszym sumieniem konstytucyjnym. Często podkreśla, że nie chce wypowiadać się wprost o polityce, ale jej diagnozy bywają ostre jak skalpel: „Jako prawnik zajmujący się trochę Konstytucją, od pewnego czasu czuję się tak, jak czułby się chirurg widząc brudne ręce w polu operacji. Wszelkie decyzje dotyczące sądownictwa są obecnie zakładnikiem politycznej walki o władzę, a co najgorsze – politycznych walk frakcyjnych” – mówiła OKO.press, gdy prezydenckie weto ustaw sądowniczych w lipcu 2017 wzbudziło nadzieje. Każdy, kto ją zna, wie, że spotkanie z nią będzie przygodą i niespodzianką, bo mówi z głębi rozumu i serca jednocześnie, i nie stawia myśli żadnych tam. Nie oszczędza swoich, wyrachowanie nie jest jej przymiotem. Stąd kolejny paradoks. Mówi zwykle gorzko, ale budzi nadzieję, bo jej energia jest nieokiełznana.

Przeczytaj też:

Prof. Łętowska o wetach prezydenta Dudy: Nie dajmy się zwodzić pozornymi gwarancjami demokratyzacji

PIOTR PACEWICZ  30 LIPCA 2017

Dorota Łoboda

„Stoję przed Wami, reprezentując 910 tysięcy obywatelek i obywateli, którzy podpisali się pod wnioskiem o szkolne referendum” – to była mowa jej życia. A za nią stała energia ruchu społecznego rodziców, którzy chcieli bronić edukacji, a także własnych dzieci (córki Łobody były wtedy w IV i VI klasie). „Reforma jest na razie tylko na papierze, jeszcze żadna szkoła nie została zlikwidowana. Nie mówcie nam też Państwo, że niszcząc ponad 17-letni dorobek tysięcy polskich szkół, wypełniacie jakąś wolę suwerena”. To była wybitna, przejmująca mowa: „Większość z państwa ma dzieci lub wnuki w wieku szkolnym. Czy naprawdę jesteście gotowi zafundować im ten edukacyjny koszmar: przepełnione klasy, naukę na zmiany, lekcje z nauczycielami jeżdżącymi od szkoły do szkoły, naukę z nieprzygotowanych programów? Czy skażecie wasze dzieci i wnuki na naukę w zdeformowanej – przez minister Zalewską – szkole? Czy będziecie potem mogli spokojnie spojrzeć sobie w oczy? Czy będziecie mogli spokojnie spojrzeć w oczy dzieci, które znacie? Rodziców, których znacie? I wreszcie – waszych potencjalnych wyborców?”. To wszystko powiedziała…, a właściwie miała powiedzieć, bo marszałek Sejmu przestraszył się Doroty i pod proceduralnym pretekstem nie pozwolił jej wystąpić. Tekst odczytał prezes ZNP Sławomir Broniarz, którego łatwiej było zaatakować personalnie.

Przeczytaj też:

Dziewięć kłamstw Zalewskiej nie zamieniło się w prawdę. PiS przestraszył się Doroty Łobody i nie pozwolił jej przemówić w Sejmie. OKO.press publikuje jej wystąpienie

OKO.PRESS  20 CZERWCA 2017

Weronika Paszewska

Szefowa Akcja Demokracja, organizacji, która odświeżyła język protestu i ma odwagę szukać nowych form. Kreatywna idealistka, a przy tym twardo chodząca po ziemi, zmontowała niesamowicie sprawną organizację. Potrafi nas zaskoczyć. Po lipcowych łańcuchach świateł, 15 grudnia 2017 kazała nam pod Pałacem Prezydenckim odśpiewać Andrzejowi Dudzie kolędę. Utrafiła w nastrój chwili, było to mocne, wzruszające i lekkie zarazem: „Stoją ludzie pod pałacem w rozpaczy…”. A potem kilku tysiącom tych ludzi poleciła ruszyć pod Senat i tłum ruszył. Pytam, skąd jej energia i w ogóle. Mówi, że jakoś tak ma. I że jej zdaniem świat powinien być inny niż jest, a zwłaszcza teraz, ten obecny, strasznie ją denerwuje. Wiele nauczyła się od ojca. Był, jest tokarzem, wykonywał też inne zawody. Jestem z robotniczej rodziny – podkreśla. Ojciec nauczył mnie takiego rozumienia świata. Podsuwał lektury, czytaliśmy razem literaturę rosyjską, Dostojewskiego.

Przeczytaj też:

„Niech Polska zobaczy, niech świat zobaczy”. Aktywiści o manifestacjach 12-15 grudnia w obronie sądów i wyborów

A. AMBROZIAK  12 GRUDNIA 2017

Joanna Pietrusiewicz

Szefowa fundacji Rodzić po Ludzku, która od 20 lat prowadzi akcję „Rodzić po ludzku”, którą ogłosiliśmy w „Wyborczej” na Boże Narodzenie 1994 roku. W grudniu 2016 Joanna zaalarmowała opinię publiczną, że minister Radziwiłł likwiduje standardy opieki okołoporodowej, które były wielkim sukcesem kilkunastoletniej walki o prawa kobiet rodzących. Rozpoczęła się wielomiesięczna walka, w której Joanna zebrała ponad 100 tys. podpisów pod petycją do premier Szydło (kobiety!), a ministerstwo to się wycofywało, to znowu obiecywało, że standardy będą jeszcze lepsze. Pietrusiewicz bierze udział w pracach zespołu w ministerstwie, ale nie daje się oszukać. Żąda gwarancji prawnych, że standardy – choć „organizacyjne”, a nie „medyczne” – będą  gwarantowały rodzenie po ludzku. Mówi: „Minister ustąpił pod presją, powołał zespół roboczy, do tego doszły ostatnie deklaracje premiera Morawieckiego z exposé… Może władze będą chciały zabłysnąć i pokazać, jakie są dobre dla kobiet, ale my żądamy prostej rzeczy – prawnej gwarancji, że to nad czym pracujemy przełoży się na praktykę szpitali. Zwłaszcza, że minister jest konstytucyjnie zobowiązany do szczególnej opieki nad kobietą w ciąży”. Uparta, zdeterminowana, a przy tym tak merytoryczna, że trudno z niej zrobić wroga, nawet PiS.

Przeczytaj też:

Koniec z „rodzić po ludzku”. Minister Radziwiłł zdradził dziedzictwo Zbigniewa Religi

PIOTR PACEWICZ  12 GRUDNIA 2016

Katarzyna Pikulska

„Wiadomości” TVP 14 października 2017 podczas głodówek protestacyjnych lekarzy-rezydentów pokazały dr Katarzynę Pikulską podczas wakacji w USA na zdjęciu obok drogiego samochodu. Komentarz: „Nie stronią [rezydenci] od luksusu, tak jak twarz protestu początkujących lekarzy, doktor Katarzyna Pikulska”. Były też inne zdjęcia lekarki z egzotycznych krajów.

Samochód został wypożyczony na kilka godzin – wyjaśniła OKO.press Pikulska. Na co dzień jeździ 10-letnim autem, niedawno sprzedała 20-letnie. Większość zdjęć pochodziła z misji medycznych. Lekarka jeździła do krajów biednych lub zniszczonych wojną. Oczerniana przez TVP dr Pikulska przysłała OKO.press 10 zdjęć ze swej pracy na misjach w Kurdystanie i Tanzanii. To miało swoją moc, większą niż słowa, bo lekarka nie jest przesadnie rozmowna i nie kocha mediów. Kilka razy odpowiadała „Bez komentarza”, rzucała tylko „żenujące, nieprawdziwe”.

Dr Katarzyna Pikulska nie jest dla mediów „easy going”. Ale jej historia odegrała ogromną rolę – demaskując tak prymitywną propagandę, że TVP za to przeprosiła!

Ostatnio w „Wyborczej” ukazał się reportaż o wyjeździe lekarki do Beninu. Będzie nie tylko leczyć, ale także pomagać w budowie ośrodka zdrowia dla dzieci. I znowu zero wyznań, deklaracji, wzruszających gestów. „Robimy swoje. Myślę, że – widząc brak reakcji polityków na nasze protesty i apele – wielu z nas rozważa wyjazd z kraju. Ja od dwóch lat jeżdżę na misje. Ta będzie moją trzecią i na pewno będę jeszcze wracać do krajów Trzeciego Świata”.

Przeczytaj też:

Oczerniona przez TVP lekarka przysyła nam zdjęcia z pracy na misjach. Te same „Wiadomości” w 2016 r. wychwalały dr Pikulską jako „bohaterską lekarkę”

AGATA SZCZĘŚNIAK  15 PAŹDZIERNIKA 2017

Ewa Siedlecka

Najwspanialsza obecnie publicystka prawna w Polsce. Pracowaliśmy razem wiele lat w „Wyborczej”, zanim stamtąd zniknąłem,  a Ewa odeszła do „Polityki”. Zdarzało się, że pisała z papugą Żorżykiem na ramieniu, bo dla niej nie ma rzeczy niemożliwych. Jest absolutnie bezkompromisowa, co oznacza mękę dla redaktora. I jest odważna myślowo, niezależna, ostra w ocenach. Poważnie traktuje, także swoich, co ją odróżnia. 10 czerwca 2017 obserwowaliśmy – duża grupa dziennikarzy – blokadę Krakowskiego Przedmieścia na trasie smoleńskiego pochodu. Żałowaliśmy, że jako media nie wypada nam w tym brać udziału, ale odczuwaliśmy to także jako ulgę, bo policja straszyła na potęgę. Nagle zakotłowało się, policja ruszyła do ataku. I zobaczyłem, jak czterej wielcy faceci niosą drobną Ewę, która coś im tłumaczy.

Przeczytaj też:

Ewa Siedlecka: czterech policjantów wyniosło mnie z blokady. Nie przyjęłam mandatu, będziemy się sądzić

PIOTR PACEWICZ  10 CZERWCA 2017

Wioletta Smul

To był dziwny wywiad. Robert Kowalski, filmowiec OKO.press, stoi pod trójnogiem, który 8 czerwca 2017 zablokował pracę potężnego harvestera wycinającego Puszczę Białowieską. Podwieszona na trójnogu, na plandece stoi Wiola, aktywistka Greenpeace (która ma za sobą brawurową akcję w obronie Arktyki w 2013 roku – wspinaczkę na najwyższy budynek Europy, londyński The Shard). Już jest osaczona przez policję, z kilkumetrowej wysokości udziela wywiadu OKO.press.

Jesteś zdenerwowana?

Nie. Przez moment byłam zaniepokojona, gdy kierowcy harvestera zaczęli coś majstrować przy konstrukcji trójnogu, jakby chcieli odkręcać śruby. Teraz sobie siedzę i odpoczywam. Mam piękny widok na Puszczę.

A jeśli zaczną cię ściągać na siłę?

Będę robiła wszystko co w mojej mocy, żeby tu zostać jak najdłużej. Każda chwila dłużej blokuje wycinkę drzew, która jest szkodą dla Puszczy.

Czy czujesz się trochę tak jak wtedy, gdy wchodziłaś na The Shard?

No skąd. Tam się cały czas wspinałam, piętnaście godzin, ogromny wysiłek. W Białowieży trwa okupacja. Zupełnie inne doświadczenie. Raczej relaks.

Wywiad przerywa akcja policjantów-taterników. Gania się z nimi po trójnogu, fruwa w powietrzu, jak filmach fantasy. Zapisuje swoja kartę w obronie Puszczy, która – wygląda na to – zakończyła się częściowym zwycięstwem.

Przeczytaj też:

Obrończyni Puszczy Wioletta Smul. W 2013 roku w obronie Arktyki wspięła się na najwyższy budynek Europy

PIOTR PACEWICZ  8 CZERWCA 2017

Klementyna Suchanow

Zasłynęła – na dobre i na złe – akcją 8 grudnia 2017, kiedy razem z kilkorgiem innych osób obrzuciła jajami limuzyny wyjeżdżające ze spotkania w Pałacu Prezydenckim. „Jeden policjant na walkie-talkie. Słyszę, jak nadaje: Przyszli ludzie z jajami. Tak. Mają jaja w torbach”. Gania się z policjantami, zostaje powalona na ziemię i skuta kajdankami. 22 grudnia nachodzi ją w domu ABW, straszą i szantażują.

Autorka wydanej właśnie wspaniałej biografii „Gombrowicz. Ja, geniusz”, dziwi się histerii wokół rzucania jajami. „Jestem latynamerykanistką i wiem, jak wyglądają protesty na świecie. Jajka to klasyk i dziecinada wobec skali destrukcji kraju, jakiej dopuszcza się partia. Jeśli władza boi się jaj kobiet, to musi naprawdę srać w gacie. Jedno jest ważne: my nie rzucaliśmy w ludzi, a tylko w samochody rządowe. Ktokolwiek tam siedział, były symbolem władzy. To był akt symboliczny”.

Pytam, jak się ma do tego Gombrowicz? „Raczej nijak. Albo inaczej: To pisarz doskonale parodiujący gatunki, wyczulony na groteskę. A czymże jest to zdarzenie z jajami? Gombrowicz na pewno by jajkami nie rzucał. Fizycznie był, jak sam mówił, tchórzem, bał się konfrontacji. Ale nadrabiał w sferze ducha i tu był bezkompromisowy. Ja się jakoś nie boję. To znaczy, przeraża mnie sytuacja w Polsce. Aż się boję  otwierać rano kompa z wiadomościami. Nie mówiąc o tym, że boję się o dorastającą córkę. Ale konfrontacji z władzą się nie boję i nie ustąpię. Ta Ojczyzna, potwór – jak pisał Gombrowicz w „Trans-Atlantyku” – nas przygniata, ten zbiór głupot i uproszczeń wziętych z przeszłości, pielęgnowanych przez ludzi, którzy są u władzy, celebrujących dziada pradziada. Kaczyński jest przecież cały z PRL, nie zna świata, nawet nie chce poznać. Piotrowicz jest z PZPR. Opozycja też raczej oldskulowa.

Przeczytaj też:

Władza boi się kobiet z jajami. Aż wyciąga kajdanki

PIOTR PACEWICZ  10 GRUDNIA 2017

Ewa Szczęsna

Do redakcji przyszła z dziećmi, 20 października 2017, dwa dni po tym, jak Piotr podpalił się pod Pałacem Kultury w akcie protestu przeciw polityce PiS. Postanowili nam – OKO.press – powierzyć opiekę nad prawdą o samospaleniu ich męża i ojca.

Była zaskakująco opanowana, wszyscy troje byli jak zamrożeni. Raz jeden załamał sie jej głos, gdy wspomniała, jak słuchali razem nagrania „Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem”. Na pogrzebie Piotra Budka Suflera zagrała ten utwór, pod kaplicą, na uboczu uroczystości.

Mówiła o mężu z szacunkiem i zrozumieniem, ale też buntowała się. „Obawiam się, że ten jego akt desperacji też nie da ludziom do myślenia. Ale granice zostały przekroczone i ja się z nim zgadzam. Tyle że nie mogę się pogodzić z tym, co zrobił. To, co nas czeka, jako rodzinę, będzie złe”.

Była – bo taka jest – szczera i odważna. Obarczona takim brzemieniem zachowała umiar w ocenach. Czynu jej męża, którego uczcił nawet PiS-owski Sejm, i który stał się układem odniesienia dla tego, co w Polsce jest i co ma być dalej, nie zamieniła w pomnik. Zachowała ludzką jego miarę.

„Mnie też zaszokowała forma protestu – jak bardzo musiał być zdesperowany, w jakim musiał być stanie, żeby coś takiego zrobić? Jak bardzo przepełniła się ta czara…” – mówiła Ewa.

Przeczytaj też:

Dlaczego się podpalił? Żona: „Jak bardzo przepełniła się ta czara!”. Córka: „Boję się, że pokażą tatę jako wariata i umniejszą jego motywację”

PIOTR PACEWICZ  20 PAŹDZIERNIKA 2017

Monika Tichy „Pacyfka”

„Żyjemy w bardzo dziwnych czasach. Ja wcześniej działałam tylko w fundacji rozwoju sportów motocyklowych. Polską poczułam się właściwie dopiero teraz. Muszę powiedzieć, że PiS zrobił ze mnie patriotkę” – mówiła Monika Tichy „Pacyfka”, odbierając 26 czerwca pierwszą nagrodę w konkursie literackim „Mój #CzarnyProtest”. Przyjechała ze Szczecina Hondą CBF 250, typ naked, bez owiewek i bajerów, z młodszym o 20 lat Kamilem na Hondzie CB 500. Razem wychowują dziecko Moniki, tworząc patchworkową rodzinę z byłym mężem i jego partnerką. „To jechanie walcem po wszystkich ludziach, którzy się nie wpisują w wąski stereotyp uprzywilejowany przez władze, coś we mnie zmieniło” – mówiła OKO.press.

W grudniu zaprosiłem ją do panelu o prawach kobiet na Kongresie Praw Obywatelskich RPO, porwała salę oskarżając Kościół o tworzenie antykobiecego świata, ale potrafiła wejść w ludzko-ludzki dialog z ojcem Gużyńskim. Sama była kiedyś bardzo wierzaca, z takiej jest rodziny. Jej opowiadanie rozpoczyna się od spotkania z ojcem „gorącym zwolennikiem Partii” (zgadnijcie której). Na Czarnym Proteście w Szczecinie Pacyfka opowiada, jak sterylizacji musiała dokonać w Niemczech… Po wystąpieniu podeszła do ojca, by się przywitać, ale zamiast ręki wyciągnął różaniec.

Przeczytaj też:

Kobieta na motorze. „Polką poczułam się dopiero teraz. PiS zrobił ze mnie patriotkę. Dlaczego państwo traktuje kobiety jak osoby ubezwłasnowolnione?”

ROBERT KOWALSKI  2 LIPCA 2017

oko.press

Ranking siedmiu najważniejszych zmian „dobrej zmiany”

Zmian w 2017 roku, bo to niestety jeszcze nie koniec.

1. Rządząca partia prokuratorem i sędzią

Polityczny dowcip z czasów PRL-u przypisywał Władysławowi Gomułce słowa: „przed 1939 rokiem sanacyjna Polska stała nad przepaścią, ale naszej władzy udało się zrobić wielki krok naprzód”. Już kiedy w 2016 roku PiS zlikwidowało Trybunał Konstytucyjny jako strażnika konstytucji, Polska jako państwo prawa znalazła się nad przepaścią. Jednak w kończącym się 2017 roku, dzięki faktycznej współpracy Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniewa Ziobro i Andrzeja Dudy, władzy udało się w tym obszarze zrobić ogromny krok naprzód.

Podpisana grzecznie przez prezydenta Ustawa o Ustroju Sądów Powszechnych pozwoliła Zoobrze rozpocząć czystkę w polskim sądownictwie. Jej celem ma być możliwość powoływania takich składów sędziowskich, które wykonają wolę Partii w każdym obszarze orzekania. W sprawach gospodarczych, kiedy trzeba będzie bronić partyjnych „biznesmenów” i boleśnie ukarać albo wręcz wywłaszczyć przeciwników władzy. W sprawach przeciwko dziennikarzom i mediom. W sprawach bardziej codziennych, kiedy baron z PiS-u potrąci swoją limuzyną zwykłego człowieka, albo pies barona pogryzie kogoś bezpartyjnego – i trzeba będzie skazać tego drugiego. Wreszcie w sprawach o tzw. areszty wydobywcze, gdzie na wniosek Ziobry czy Kamińskiego będzie można bez procesu zatrzymać na długie miesiące polityków opozycji albo liderów protestów społecznych. Tak jak próbowano to zrobić z Józefem Piniorem, ale bez sądu posłusznego Ziobrze zrobić się nie dało.

Po zniszczeniu niezawisłości sądów i trójpodziału władzy, władza będzie w Polsce zarówno oskarżycielem, jak też sędzią.

Kolejne kroki daleko za próg przepaści to przejęcie przez PiS Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego. Ustawy w tej sprawie podpisze już wkrótce prezydent. Andrzej Duda nigdy nie bronił polskiej konstytucji, on tylko chce samemu politycznie skorzystać na jej obalaniu.

Po zniszczeniu niezawisłości sądów i trójpodziału władzy (cech różniących liberalny Zachód od wschodnich satrapii) władza będzie w Polsce zarówno oskarżycielem, jak też sędzią. No chyba, że Ziobro zgłosi w najbliższym czasie projekt ustawy, w myśl której Minister Sprawiedliwości przydzieli nam również obrońców z urzędu.

2. Rządząca partia właścicielem i inwestorem

Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawicki przez cały 2017 rok nadużywali określeń „państwo” i „renacjonalizacja” w odniesieniu do działań, które już nie po orwellowsku, ale w zwykłej polszczyźnie trzeba nazwać upartyjnieniem polskiej gospodarki.

Dlaczego to nawet nie była „nacjonalizacja”? Otóż Jarosław Kaczyński lwią część polskiej gospodarki oddał nie jakimś świetnie wykwalifikowanym urzędnikom służby cywilnej (bo ją wcześniej złamał) albo profesjonalnym menadżerom (są nawet tacy o prawicowych poglądach), ale swoim partyjnym żołnierzom. A jak żołnierzy zabrakło, zwykłym partyjnym ciurom. Ludzie, których jedyną kompetencją była „znajomość partyjnego programu” (Marek Suski, w przypływie szczerości, o nominowanej do zarządu PZU Małgorzacie Sadurskiej) stali się prezesami banków, instytucji ubezpieczeniowych, koncernów energetycznych. Jedynym kryterium naboru był staż partyjny w PiS. Choćby wożenie Wodza, choćby pożyczanie mu w ciężkich czasach pieniędzy.

Ale do znalezienia się na stanowiskach pozwalających uwłaszczyć się na całe życie wystarczył także świeższy entuzjazm dla Partii i jej Lidera, pozwalający załapać się na „dobrą zmianę” zwyczajnym oportunistom.

W 2017 roku Partia była już głównym inwestorem i właścicielem w polskiej gospodarce. Morawiecki i Kaczyński wbijali łopaty inaugurując różne inwestycje, za każdym razem „wielkie”, za każdym razem „mocarstwowe”, za każdym razem mocno symboliczne. Pan Mikołaj Wild, któremu Partia zleciła zbudowanie największego w Europie „hubu” lotniczego w szczerym polu pomiędzy Warszawą i Łodzią (po „wygaszeniu” lotnisk w Modlinie i na Okęciu, bo one niestety realnie istnieją, więc są wrogiem marzeń), ogłosił, że jeśli tam nie wyjdzie, bo „hub” zapadnie się w bagno, ma już dla „hubu” alternatywną lokalizację: „pod Grójcem”.

Ta wszechwładza państwa, w połączeniu z jego niedowładem, doprowadziła do sytuacji, w której cały rozwój Polski w drugim roku „dobrej zmiany” odbywał się dzięki wzrostowi prywatnej konsumpcji (500 plus, wypłaty dla górników, obniżenie wieku emerytalnego… okazały się kokainą, jakie są efekty takiego „lekarstwa”, wiadomo, ale na początku jest poczucie bycia Maradoną). Drugim źródłem rozwoju były fundusze unijne. Tymi jednak władza pogardza, uważa je za nędzną namiastkę reparacji wojennych od Niemiec i politycznie robi wszystko, aby w następnym budżecie UE już ich dla Polski nie było.

Tymczasem inwestycje prywatne, które są głównym źródłem bogactwa narodów (a nie zasiłki czy inwestycje państwowe), w 2017 roku nadal spadały lub były w stagnacji. Co doprowadziło do najniższego udziału inwestycji prywatnych w polskim PKB.

3. Samorządom śmierć

Jarosław Kaczyński zawsze uważał samorząd lokalny za destrukcję państwa. Dlatego w przepchniętych właśnie przez parlament zmianach kodeksu wyborczego i ordynacji zapisano przejęcie Krajowego Biura Wyborczego przez nominatów PiS. A także zastąpienie niezależnych sędziów nominatami PiS-u w roli Komisarzy Wyborczych, którzy ustalą nowe granice okręgów.

Wszystko zostało skonfigurowane tak, aby już w najbliższych wyborach jak największa część samorządów trafiła w ręce Partii. I realizowała wolę Kaczyńskiego dyrygującego wszystkim z centrali w Warszawie, a nie wolę wspólnot lokalnych. Ponieważ jednak Kaczyński nie jest pewien, czy PiS wygra wszędzie, dlatego samorządy zaczął niszczyć już przed wyborami.

Służyły temu zarówno uchwalone w 2017 roku ustawy, jak też drobne rozporządzenia i działania zupełnie pozaformalne i pozaprawne. Np. nazywająca się bardzo technokratycznie „ustawa wdrożeniowa” oddaje władzy centralnej nadzór nad przyznawanymi samorządom środkami unijnymi. Jednocześnie Mateusz Morawieckie jako minister finansów ograniczał sukcesywnie wypłaty budżetowych pieniędzy na realizację zadań samorządów przekazanych im wcześniej przez władzę centralną.

W ten sposób w 2017 roku miasta, gminy i województwa wydawały pieniądze z rezerw albo zadłużały się, żeby zatkać dziury w budżetach na szkoły, służbę zdrowia, inwestycje w lokalne drogi i infrastrukturę. Jednocześnie Mateusz Morawiecki chwalił się obniżaniem wydatków państwa. Jak każdy kreatywny księgowy.

4. Radio Maryja miejscem namaszczania królów (i królików)

Tadeusz Rydzyk przez cały ubiegły rok otrzymywał ze wszystkich możliwych ministerstw pieniądze na wszystkie możliwe rodzaje swojej aktywności. W ten sposób Jarosław Kaczyński spłacał dług wyborczy PiS-u naszymi pieniędzmi. MON, MEN, ZUS, MSWiA, Ministerstwo Środowiska… prześcigały się w darach, jak trzej królowie w wigilijnej szopce.

Swoisty rekord (nie wielkości darowanej sumy, ale żałosności uzasadnienia) pobił Jarosław Gowin, dzięki któremu uczelnia Tadeusza Rydzyka będzie za pieniądze MEN-u uczyła języka polskiego obcokrajowców i polonusów. W przetargu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego na tę usługę uczelnia Rydzyka wygrała z Uniwersytetem Jagiellońskim, gdzie od dwóch dekad istnieje najlepszy w Polsce wydział studiów polonijnych, który skupia najlepszych polskich lektorów i profesorów, ma najlepsze notowania nie tylko w Polsce, ale w Europie.

Tadeusz Rydzyk przez cały ubiegły rok otrzymywał ze wszystkich możliwych ministerstw pieniądze na wszystkie możliwe rodzaje swojej aktywności. W ten sposób Jarosław Kaczyński spłacał dług wyborczy PiS-u naszymi pieniędzmi.

Mateusz Morawiecki w Radiu Maryja i Telewizji Trwam wygłosił swoje pierwsze faktyczne expose jako premier. W tym najbardziej niechrześcijańskim miejscu naszego kontynentu, gdzie Stanisław Michalkiewicz zajmuje się dialogiem polsko-żydowskim, a chłopcy z ONR-u i Młodzieży Wszechpolskiej uczą patriotyzmu, zapowiedział „rechrystianizację Europy”.

5. Wyciąganie nas z Unii

Nie słuchajcie co mówią, ale patrzcie co robią. Pierwszym krokiem do wyprowadzenia Polski z UE jest całkowita izolacja naszego kraju od wszystkich sojuszników w Unii. W 2017 roku Jarosław Kaczyński, Witold Waszczykowski i Beata Szydło ten krok wykonali z nawiązką. W ostatnich tygodniach zostali wsparci w tym dziele przez Mateusza Morawieckiego, który na swoim pierwszym szczycie w Brukseli najpierw obraził Macrona wypominając mu sędziów z epoki Vichy (jakby sam nie miał w PiS-ie komunistycznego prokuratora Stanisława Piotrowicza jako głównego specjalisty od łamania Konstytucji). Potem opuścił szczyt prosząc, aby reprezentował go Victor Orban.

Izolacja Polski w UE to w minionym roku nie tylko symboliczna przegrana 1:27 w sprawie ponownego wyboru Donalda Tuska na Przewodniczącego Rady Europejskiej. Choć to akurat ciekawe, bo Tusk dostał wtedy głosy wszystkich państw grupy wyszehradzkiej, państw bałtyckich, Rumunii, Bułgarii. Dlatego, że próbuje (nawet obrywając czasami od polityków i mediów z Europy Zachodniej) wciąż negocjować między „starą” i „nową Europą” w momencie, kiedy Unii grozi rozdarcie i wepchnięcie nas znowu w rosyjski obszar wpływów.

Ale rząd „dobrej zmiany” pracował nad pogłębieniem izolacji Polski w UE także na innych frontach. Choćby unijna polityka klimatyczna (a więc i energetyczna), którą w 2017 faktycznie przestaliśmy z innymi państwami Unii negocjować, przez co nabrała kształtu dla polskiej gospodarki (opartej coraz bardziej na rosyjskim węglu) niebezpiecznego. A jako że na pochyłe drzewo każda koza skoczy, już nawet Czesi domagają się odebrania Polsce środków unijnych za niszczenie w naszym kraju państwa prawa. Jak widać Babicz szybko pozazdrościł Orbanowi tego, jak fajnie można Kaczyńskim (i niestety także Polską) różne własne grzeszki przed Unią zasłaniać.

W tej chwili broni nas w Unii już wyłącznie Angela Merkel i jej polityczne otoczenie. Macron by się nas chętnie pozbył ze wspólnego rynku usług, Wiedeń rządzony przez koalicję prawicy zwyczajnej i skrajnej chętnie sprzedałby nas już Putinowi, AfD i Die Linke podobnie.

W tej sytuacji skupianie się przez cały ubiegły rok Kaczyńskiego, Waszczykowskiego i Macierewicza na atakowaniu właśnie Angeli Merkel i ludzi z jej najbliższego politycznego otoczenia było bardzo ciekawym wyborem. „Agenci czy idioci?”, że sparafrazuję słynne pytanie Kaczyńskiego dotyczące Jurka. Co do Kaczyńskiego mam pewność, że idiotą nie jest. Zatem agent czy oszalała ambicja, która chce władzy za wszelką cenę, choćby na białoruskim śmietniku, w który po wyizolowaniu nas w Unii, po skłóceniu nas z sąsiadami, po zerwaniu stosunków z Ukrainą – zamieni się Polska?

6. Wielki Brat dał Kaczyńskiemu klapsa

Alibi dla wyciągania nas z Unii miały być w 2017 roku uprzywilejowane stosunki Jarosława Kaczyńskiego z Donaldem Trumpem. Trump wybrany przez Władymira Putina to prawie jak Putin, ale wyborcy PiS-u nie dowiedzą się o tym ani z mediów państwowych, ani z „Do rzeczy” czy „Sieci”, które wciąż uprawiają propagandę Trumpa jako pogromcy światowego lewactwa.

Jednak Trump, na którego PiS postawiło, zrewanżował się, jak to Trump, bardzo przewrotnie. Jarosław Kaczyński przedstawia się w Polsce (i jest przedstawiany) jako skrzyżowanie Józefa Piłsudskiego z Janem Pawłem II. Ktoś, przed kim monarchowie świata całego kornie biją pokłony. Tymczasem prawda jest taka, że amerykański Wielki Brat wziął w 2017 roku Jarosława Kaczyńskiego przez kolano, jak zły rodzic bobasa, i wymierzył mu dwa siarczyste klapsy.

Pierwszym klapsem była propozycja Ameryki Trumpa w sprawie zakupu przez Polskę rakiet Patriot. Amerykanie ostatecznie zaoferowali Antoniemu Macierewiczowi (a więc i Kaczyńskiemu) Patrioty w wersji zbliżonej nie do tej, którą sprzedają najbliższym sojusznikom, czyli Izraelowi albo Arabii Saudyjskiej, ale w wersji bardziej zbliżonej do tej dla Pakistanu czy innych krajów, które nie są priorytetowymi sojusznikami USA. I gdzie ryzyko wpadnięcia nowszych amerykańskich technologii w ręce przeciwników Ameryki jest większe. Tak jak oddanie jakiejkolwiek nowoczesnej technologii amerykańskiej w ręce Macierewicza i jego dziwnych ludzi.

Jednak choć konfigurację Patriotów Amerykanie zaproponowali raczej peryferyjną, to cenę podali zaporową. Jakbyśmy faktycznie kupowali wersję dla Izraela czy Arabii Saudyjskiej.

Drugim wymierzonym Kaczyńskiemu przez Wielkiego Brata klapsem było publiczne wystąpienie amerykańskiego Departamentu Stanu w obronie TVN (także w obronie sądów, ale przede wszystkim poszło o TVN, bo amerykańskie państwo pod Trumpem bardziej jednak broni amerykańskiego biznesu, niż eksportuje amerykańską demokrację). Słynna „suwerenność” Kaczyńskiego okazała się mieć granice bliższe, niż to Wódz przypuszczał. I to nawet w momencie, gdy Wielki Brat jest pogrążony w wyjątkowym politycznym chaosie.

7. Zmarnowana szansa społecznych protestów

Każdym zwycięstwem antyliberalnej „dobrej zmiany” jest porażka albo zmarnowane zwycięstwo ludzi broniących liberalnej Polski. Letnie protesty przeciwko niszczeniu przez PiS niezawisłych sądów, które mogły stać się punktem zwrotnym w procesie zatrzymania „dobrej zmiany”, zostały zmarnowane w całości. Wylansował się na nich tylko Andrzej Duda.

Największym błędem było podkreślanie ich apolityczności, antypolityczności, antypartyjności. Dystansowanie się, a czasami wrogość, wobec liberalnych partii opozycyjnych. Nie ze strony tysięcy uczestników protestów, ale liderów różnych wyrastających na nich organizacyjek, coraz bardziej radykalnych i coraz mniejszych. Wszystkie one były bardziej zajęte rozszarpywaniem resztek po KOD-zie, a niektórzy z ich liderów bardziej byli zajęci publicznymi atakami na liberalne partie polityczne, niż budowaniem razem z tymi partiami i wspólnie ze sobą jednego frontu obrony demokracji w Polsce.

No i gdyby jeszcze Katarzyna Lubnauer poważniej potraktowała ostatnią propozycję Grzegorza Schetyny – wspólne prezydium klubów i koalicje w miastach to nie żaden wstyd – a mniej uwagi poświęcała „dożynaniu watahy” Ryszarda Petru.

To jest jednak ta część „dobrej zmiany”, którą w 2017 roku zawdzięczamy już nie Kaczyńskiemu, ale trwającym nadal, jakby nic się nadzwyczajnie niebezpiecznego w naszym kraju nie działo, wewnętrznym podziałom i konfliktom Polski liberalnej. A także zwyczajnej ludzkiej głupocie, ambicyjkom, chęci zabłyśnięcia, oportunizmowi i innym ludzkim cechom tak zwyczajnym i codziennym, które jednak w obecnej sytuacji Polski stają się kryminalne.

newsweek.pl

Wstrząsające kulisy prezydenckiego wylotu do Kuwejtu. „Mogło dojść do tragedii”

Wysoki rangą oficer sił powietrznych dla Faktu: – Ja bym chciał, żeby zajęła się tym prokuratura, albo jakaś komisja, żeby wszystko wyszło na jaw, póki nie dojdzie do tragedii. O czym mówi? O wydarzeniach sprzed Bożego Narodzenia i kulisach wylotu prezydenckiej delegacji do Kuwejtu.

Szef MON Antoni Macierewicz

5ZOBACZ ZDJĘCIA
Szef MON Antoni Macierewicz

Od kilku dni o tej sprawie krążą plotki. W mediach (m.in. w Super Expressie) wypowiedzieli się nieoficjalnie współpracownicy Andrzeja Dudy (45 l.) sugerując, że to Antoni Macierewicz (69 l.) próbował zablokować wizytę prezydenta u polskich pilotów. Ale informacja o tym zdarzeniu wyszła od pilotów, wściekłych na takie praktyki.

Na poniedziałek 18 grudnia zaplanowany został wylot tzw. grupy przygotowawczej, złożonej z oficerów BOR i pracowników Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Taka jest procedura przed wizytami prezydenta. Do wylotu nie doszło z braku… sprawnej maszyny. Przeniesiono go na wtorek. Ale we wtorek okazało się, że już nie z Warszawy, a z… Poznania. Na lotnisku Krzesiny okazało się jednak, że nie wylecą! Powód: transportowy Hercules uziemiony z powodu wycieku z silnika.

Sprawa zaczynała być kłopotliwa, bo prezydent miał lecieć w czwartek rano. To może inna maszyna? Nie ma! Obie sprawne CASY poleciały z szefem MON do Afganistanu! Pech chciał, że wizytę u polskich żołnierzy w Afganistanie Macierewicz zaplanował na poniedziałek i wtorek. A może nie pech? Rzeczniczka MON powiedziała nam tylko, że musi „zapytać ministra, kiedy to zaplanował”.

Minister zabrał też nowego Gulfstreama. Drugi ma niekompletną jeszcze załogę. Gdy w końcu Hercules został naprawiony okazało się, że… MON nie dało zgody na wylot! – Z resortu płynęły sprzeczne sygnały, to potęgowało chaos – mówi nasz informator z sił powietrznych. W końcu nastąpił wylot. Wtedy jednak, na wysokości ok. 5000 m nastąpiło… rozszczelnienie drzwi samolotu! Pilot zaplótł je sznurkiem i zawrócił. Na lotnisku w Powidzu na maszynę czekała straż pożarna i karetki. Udało się bezpiecznie wylądować.

Śmieszno-strasznym zwieńczeniem tej historii jest fakt, że w czwartek ta sama maszyna (!) zabrała z Turcji do Kuwejtu osoby towarzyszące prezydentowi! Wydawałoby się, że po traumatycznych katastrofach jak Smoleńsk czy Mirosławiec, politycy poszli po rozum do głowy… (Magdalena Rubaj, EŁEM)

Spotkanie w siedzibie PIS w Krakowie

Wyciekł krępujący szczegół z pobytu Sikorskiego na nartach

Kompromitujące słowa ministra Zielińskiego. Ośmieszył PiS!

Magdalena Rubaj

fakt.pl

%d blogerów lubi to: