Ziobro nęka kardiologów, których oskarża o śmierć swojego ojca

Ziobro nęka kardiologów, których oskarża o śmierć swojego ojca

– „Od jedenastu lat jesteśmy pytani, czy ten koszmar już się kończy. My odpowiadamy ciągle tak samo: ten proces nie skończy się nigdy. Zawsze szukane są nowe rozwiązania, które powodują, że proces trwa. Jesteśmy bezradni” – powiedział onet.pl prof. Dariusz Dudek. To światowej sławy kardiolog, który był jednym z lekarzy opiekujących się ojcem Zbigniewa Ziobry.

Rodzina obecnego ministra sprawiedliwości oskarżyła czwórkę lekarzy o przyczynienie się do śmierci Jerzego Ziobry. Kolejne instancje ich uniewinniają, ale Zbigniew Ziobro nie odpuszcza. – „Trwa potężny napór aparatu państwa. Apeluję, by sprawą zajęły się najwyższe władze państwa i polski parlament. Na rozprawie opowiem w szczegółach o działaniach wymierzonych przeciwko mnie i całemu zespołowi lekarskiemu przez ostatnie jedenaście lat” – zapowiada profesor Dudek.

A rozprawa, o której wspomniał już w najbliższy czwartek. Rodzina od wyroku uniewinniającego lekarzy złożyła apelację, którą będzie rozpatrywać Sąd Okręgowy w Krakowie. Wczoraj nieoczekiwanie Ziobro odwołał prezes tego sądu Beatę Morawiec. – „Tuż po uniewinnieniu [w lutym tego roku – przyp. red.], mówiliśmy, że minister Ziobro pewnie weźmie się za Sąd Okręgowy w Krakowie. Z trwogą przyglądaliśmy się reformie sądownictwa, która nadawała mu kolejne kompetencje. No i cóż, wziął się” – stwierdził kardiolog.

Profesor Dudek mówi, że w tej sprawie „nie ma przypadków”. – „Prezes sądu została odwołana na… kilka dni przed naszą rozprawą. Jeśli ktoś myśli, że to przypadek, to jak wytłumaczyć kilkadziesiąt przesłuchań naszego zespołu lekarskiego, które miały miejsce w ciągu ostatnich dwóch miesięcy?” – pyta profesor.

koduj24.pl

„Będzie paraliż państwa i samorządu”

„Będzie paraliż państwa i samorządu”

„PiS szyje ordynację pod własne potrzeby polityczne” – powiedział Mariusz Witczak z PO podczas posiedzenia nadzwyczajnej komisji sejmowej, która zajmuje się zmianami ordynacji wyborczej. Stanisław Tyszka z klubu Kukiz’15 nie krył oburzenia pośpiechem, z jakim PiS przeprowadza ten projekt. – „W ten sposób nie wolno stanowić zmian w ordynacji wyborczej, które decydują o tym, w jaki sposób wybieramy naszych przedstawicieli” – mówił.

Komisja ta obraduje trochę w cieniu burzliwego posiedzenia komisji sejmowej zajmującej się projektami ustaw o SN i KRS. Na posiedzeniu nadzwyczajnej komisji posłowie PiS odrzucili propozycje opozycji. Przepadły m.in. wnioski o odroczenie pracy komisji i zorganizowanie wysłuchania publicznego. Większość pisowska nie zgodziła się też na wniosek opozycji o odrzucenie całego projektu.

W Sejmie pojawili się także przedstawiciele samorządowców. Związek Miast Polskich protestuje przeciw odebraniu gminom prawa określania okręgów wyborczych. Nie zgadza się z całkowitą likwidacją JOW-ów. Sprzeciw budzi też zapisana w pisowskiej ustawie możliwość kandydowania do rady gminy osobom niezamieszkałym na jej terenie i ograniczenie liczby kadencji wójta i burmistrza. – „Jesteśmy zawsze przeciwni temu, aby ktoś za nas decydował, wiedział lepiej i decydował za nas, czyli wspólnoty samorządowe” – podkreślił Marek Wójcik z ZMP. Związek negatywnie zaopiniował też ograniczenie prawa udziału obywateli w składzie komisji wyborczych. – „Zmiana ta oznacza ograniczenie udziału przedstawicielskiego w komisjach wyborczych do członków partii politycznych”– zauważył Wójcik.

Prezydent Nowej Soli, członek zarządu Związku Miast Polskich, Wadim Tyszkiewicz powiedział, że pierwszy raz jest na takiej komisji i na „lekcji demokracji, która się tutaj odbywa”. – „Jest to dla mnie bolesna lekcja, mam wrażenie, że jednak polityka partyjna ma zdecydowanie przewagę nad interesem społecznym” – ocenił Tyszkiewicz. Powiedział, że dla samorządowców nie do przyjęcia jest wniesienie propozycji nowych przepisów jako projektu poselskiego. – „Zrobiliście to państwo celowo, żeby ominąć konsultacje społeczne” – powiedział do posłów PiS Tyszkiewicz. – „Według naszej opinii przy tym procedowaniu i tym czasie, który został do wyborów, wybory będą sparaliżowane, a jak jeszcze wprowadzicie partyjnych komisarzy, do których będą przypisani sygnaliści, którzy będą donosić, kto, gdzie wybory fałszuje, doprowadzicie państwo do tego, że będzie paraliż państwa i samorządu” – powiedział Tyszkiewicz.

Z kolei poseł Kukiz’15 Stanisław Tyszka stwierdził, że „komisja proceduje w sposób bezprawny, łamiąc regulamin Sejmu”. Poinformował, że komisja odrzuciła wniosek, w którym Kukiz’15 postulował o odłożenie procedowania projektu w związku z naruszeniem przez PiS regulaminu Sejmu. – „Rozpatrywanie ustaw (uchwał), których przyjęcie może powodować zmiany w funkcjonowaniu samorządu terytorialnego, obejmuje zasięganie opinii organizacji samorządowych, tworzących stronę samorządową Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego” – przytoczył Tyszka treść regulaminowego przepisu. Taka opinia powinna zostać w ciągu 14 dni dostarczona członkom sejmowej komisji do spraw samorządu. – „Nie została dostarczona” – podkreślił wicemarszałek Tyszka. W związku z tym – jak mówił – „pierwsze posiedzenie komisji nadzwyczajnej w ogóle nie powinno się odbyć”.

Wychodzi na to, że tak jak w przypadku komisji rozpatrującej ustawy o SN i KRS regulamin Sejmu nie miał znaczenia, podczas obrad komisji nadzwyczajnej zajmującej się zmianami ordynacji wyborczej tak samo PiS nic sobie z niego robił.

koduj24.pl

Skandaliczne wydarzenia w Sejmie! Wobec takich metod władzy opozycja jest bezsilna

Chciałoby się napisać, że dzisiejsze wydarzenia na sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka zapiszą się czarnymi zgłoskami w najnowszej historii Polski, jednak w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości nie mamy do czynienia z niczym nowym. Zgodnie z przewidywaniami mieliśmy do czynienia z pozorowaniem rzetelnej pracy legislacyjnej na rzecz partyjnego walca, który ma rozjechać wszelkie wnioski opozycji, tak by PRL-owski prokurator Piotrowicz znów poczuł się jak w starych dobrych czasach. Trudno w sumie stwierdzić, czy dziś poseł Piotrowicz zrobił coś wybitnie skandalicznego – po prostu trzymał swój poziom, którym zdążył się już pochwalić. W końcu to jemu Jarosław Kaczyński powierzył przeprowadzanie najbardziej skandalicznych ustaw zmieniających polski ustój.

Mieliśmy zatem wszystko, z czego posiedzenia komisji Piotrowicza są znane. Mieliśmy ograniczanie możliwości zabierania głosu przez posłów opozycji i stopniowe ograniczanie czasu ich trwania aż do 1 minuty. Jak zwykle posłowie PiS na tej komisji siedzą tylko po to, by przegłosować to, co życzy sobie partyjna góra, nie będąc kompletnie zainteresowanymi jakąkolwiek dyskusją. Jak zwykle także najbardziej aktywna była piątka posłów opozycji: Kamila Gasiuk – Pihowicz, Barbara Dolniak z Nowoczesnej i Borys Budka, Krzysztof Brejza oraz Michał Szczerba z Platformy Obywatelskiej. Oni wiedzą, że obowiązkiem posła jest dbać o jakość stanowionego prawa i jego zgodność z Konstytucją – składali poprawki, wnioskowali o opinie ekspertów, wskazywali ewidentne błędy legislacyjne, których obecność w poprawkach zgłoszonych przez PiS jest kompromitująca dla „pracujących w pocie czoła” ekspertów prezydenta i PiS w czasie dwumiesięcznej telenoweli pt. „Negocjacje nad poprawkami”. Niestety cała ta praca jest kompletnie na marne – pisowski walec zrobi swoje i przepchnie projekt w treści uzgodnionej z prezydentem, którą zresztą udało się poznać już kilka dni temu, o czym pisaliśmy na łamach naszego portalu.

Jedynym odkryciem dzisiejszego posiedzenia komisji był zapis, który był najwyraźniej warunkiem ministra Ziobry, zabezpieczającym interesy jego Ministerstwa Sprawiedliwości w procesie powoływania sędziów. Okazuje się bowiem, że w poprawkach pojawiła się możliwość, by to 25 prokuratorów zgłaszało kandydaturę sędziego do Krajowej Rady Sądownictwa.

Rozwiązanie kuriozalne i generalnie śmiechu warte, co zresztą nie umknęło komentatorom politycznym, a najlepiej podsumował to prof. Matczak.

Zaznaczył także, że w ten sposób dojdzie do sytuacji, w której sędzia zgłoszony przez przykładowo 5 tys. sędziów będzie miał takie same szanse na znalezienie się w KRS, jak ten delegowany przez 25 podwładnych ministra Ziobry. Decydujący głos i tak będzie miało Prezydium Sejmu, w którym większość ma PiS.

Co warto odnotować po dzisiejszych wydarzeniach?

  • Doniesienie do prokuratury przeciwko posłowi Piotrowiczowi za uniemożliwienie posłom opozycji złożenia i uzasadnienia poprawek do ustawy, czym nadużył prawa (par. 231 kk) – taka zapowiedź padła ze strony Kamili Gasiuk – Pihowicz i Borysa Budki;
  • Poseł Piotrowicz w odpowiedzi na powołany przez posłankę Nowoczesnej artykuł regulaminu Sejmu, lekceważąco machający ręką wyrażając „a co mnie obchodzi regulamin”
  • Celna uwaga posłanki Dolniak, że Konstytucja gwarantuje każdej z trzech władz wybór części członków bezpośrednio do Krajowej Rady Sądownictwa – w następstwie ustawy prezydenckiej władza sądownicza zostanie całkowicie tej możliwości pozbawiona
  • Kompromitacja prezydenckiej minister Anny Surówki – Pasek i prezydenckiego doradcy Zofii Romaszewskiej, które pojawiły się na komisji po to, by bronić projektu ustawy, który przestał być projektem prezydenckim a stał się partyjnym. Przykro patrzeć, że tak ważna postać dla walki o polską demokrację dziś jest twarzą jej demontażu
  • Wyrażająca kluczowy aspekt proponowanych zmian wypowiedź przewodniczącego Krajowej Rady Sądownictwa Dariusza Zawistowskiego, który z wielkim żalem zapytał: „”Dlaczego zamiast chwalić się osiągnięciami demokratycznymi z 89 roku, zgodnego z zaleceniami Rady Europy dziś rząd rezygnuje z tych rozwiązań i wprowadza rozwiązania, z których zrezygnowała Ukraina”.
  • Pierwszy raz głośno i publicznie powiedziane zostało to, co każdy szanujący się prawnik w Polsce wie od jakiegoś czasu. Rzecznik KRS sędzia Waldemar Żurek wprost nazwał orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, orzekającego w składzie z tzw. sędziami dublerami są orzeczeniami nieistniejącymi z mocy prawa. Warto też odnotować odpowiedź przewodniczącego Piotrowicza, co zanotował nasz redakcyjny kolega.

I na koniec jeszcze taka drobna refleksja. Gdy uczestniczący w obradach Okrągłego Stołu Jarosław Kaczyński, siedzący wówczas przy stoliku reform politycznych decydował o kształcie sądownictwa w nowej, odrodzonej Polsce, był zwolennikiem pełnego odseparowania władzy sądowniczej od wciąż potencjalnie mocnych wpływów silnej wówczas władzy komunistycznej. Wiedział, że uzależnienie sądownictwa od zmiennej władzy ustawodawczej czy policyjnej władzy wykonawczej jest olbrzymim zagrożeniem dla niezawisłości sądów a więc i sprawiedliwości, z której obywatele wolnej Polski mogliby korzystać. To było wielkie osiągnięcie polskiej transformacji i chwalił się tym nieraz śp. brat prezesa PiS czyli Lech Kaczyński. W 2008 roku mówił wprost, że:

Niezależność sądów w naszym kraju jest zagwarantowana bardzo solennie, bardziej niż w niejednej konstytucji innych państw europejskich, także tych, które są członkami Unii Europejskiej. To rozwiązanie, można powiedzieć, modelowe. Jego kształt wynikał z przemyśleń związanych z sytuacją w poprzedniej rzeczywistości ustrojowej naszego kraju”.

Dziś być może przewraca się w grobie, widząc jak jego brat forsuje rozwiązania tak skrajnie przeciwne do tych, które chwalił. Po raz kolejny można odnieść wrażenie, że prezes Kaczyński w gruncie rzeczy wcale nie był przeciwnikiem autorytarnego stylu władzy komunistycznej. Po prostu przez lata bardzo żałował, że to nie on wówczas rządził. Dziś ma okazję spełnić swoje marzenia.

crowdmedia.pl

Trawienie sprawiedliwości

28.11.2017
wtorek

Sejmowa Komisja Sprawiedliwości jak burza przyjmuje poprawki zgłoszone przez PiS do prezydenckiej ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Jest ich raptem siedem. I nie wydaje się, by budziły opór przedstawicieli prezydenta.

Najważniejsza poprawka dotyczy sposobu wyłaniania sędziów do KRS. PiS proponuje głosowanie hurtem: na jedną listę 15 sędziów. Ma być pluralistycznie: każdy z pięciu klubów ma zagwarantowanego jednego sędziego na tej liście. To znaczy, że PiS ma ich zagwarantowanych jedenastu. Wybierze ich Komisja Sprawiedliwości spośród kandydatów zaproponowanych m.in. przez co najmniej 25 przedstawicieli różnych zawodów prawniczych, w tym prokuratorów. Nie ma symetrii: prokuratorów do Rady Prokuratury sędziowie proponować nie mogą.

Tak więc PiS ma zagwarantowaną władzę nad sędziowskimi nominacjami

Ustawa o KRS jest mniejszą kością niezgody pomiędzy prezydentem a PiSem – i tak oddawał ją PiSowi. Więcej emocji wzbudzi ustawa o Sądzie Najwyższym. Tu prezydent zarezerwował sobie m.in. władzę nad tym, który sędzia będzie mógł w SN pozostać. PiS zapewne zaproponuje rozwiązanie, które już raz prezydentowi proponował: przed zawetowaniem przez niego ustaw o KRS i SN: Żeby decyzję w sprawie sędziów SN podejmowała KRS. Oczywiście ta przejęta już przez PiS.

Zobaczymy, czy prezydent się zgodzi. Może na osłodę dostanie głowę ministra Macierewicza?
Tak PiS konstruuje układ trawienny, który przetrawi wymiar sprawiedliwości w Polsce.

siedlecka.blog.polityka.pl

Wniosek opozycji do prokuratury w sprawie Piotrowicza

Wniosek opozycji do prokuratury w sprawie Piotrowicza

Przewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości Stanisław Piotrowicz – zdaniem posłów opozycji – w niewłaściwy sposób procedował zgłoszone przez nich poprawki, uniemożliwiając opozycji przedstawienie ich ustnego uzasadnienia.

Według Kamili Gasiuk-Pihowicz z Nowoczesnej, Piotrowicz złamał w ten sposób regulamin Sejmu, który „mówi jednoznacznie o potrzebie ustnego przedstawienia poprawek na posiedzeniu komisji”oraz art. 231 kodeksu karnego, który mówi o przekraczaniu uprawnień oraz niedopełniania obowiązków przez funkcjonariusza publicznego. Dlatego właśnie opozycja zapowiedziała „zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez pana prokuratora Piotrowicza”.

 „Pan poseł Piotrowicz w sposób niespotykany do tej pory prowadzi tę komisję” – ocenił Borys Budka z PO. Powiedział do Piotrowicza: – „Panie przewodniczący, to nie jest pana prywatny folwark. To, co robicie na tej komisji, to kpina z regulaminu Sejmu”.

Ironicznie na Twitterze do obrad sejmowej komisji sprawiedliwości odniósł się prof. Uniwersytetu Warszawskiego Marcin Matczak: – „Wg poprawek do ustawy o KRS 25 prokuratorów może zgłosić sędziego do KRS, bo wg uzasadnienia są żywo zainteresowani sprawami wymiaru sprawiedliwości. Proponuję dać tę możliwość także 25 oskarżonym i 25 więźniom – ci są dopiero żywo sprawami wymiaru sprawiedliwości zainteresowani”.

Opozycja krytykuje Andrzeja Dudę za kształt przygotowanych przez niego projektów, a także poprzedzający prace parlamentarne proces uzgodnień z PiS. – „Mamy prezydenta, który powinien być strażnikiem polskiej Konstytucji, a po raz kolejny okazuje się jej grabarzem. Po raz kolejny widzimy, że pan prezydent nie sprostał tej roli, do której został powołany; po prostu ucieka z podkulonym ogonem przed PiS-em, zostawiając na tym przegranym polu walki polską Konstytucję”– powiedziała Gasiuk-Pihowicz. Jak dodała, prezydent „nie sprostał tym przyrzeczeniom, które dał 38 mln Polaków jeszcze w lipcu”, kiedy zapowiadał zupełnie inne projekty ustaw.

Komisja głosami posłów PiS – jak na razie – odrzuca wszystkie poprawki zgłaszane przez opozycję. Jej przedstawiciele protestowali mówiąc, że szczegóły zapisów tych poprawek nie zostały w ogóle zaprezentowane członkom komisji.

koduj24.pl

Siostry Pawłowicz jak Kain i Abel

Krystyna Pawłowicz ma większe kłopoty niż gramatyczne – „wziąść”, czy wziąć. 2 tysiące osób, w tym 230 naukowców wystosowało apel do rektor Wyższej Szkoły Administracji i Prawa  w Ostrołęce, gdzie posłanka PiS jest zatrudniona, aby stała się przedmiotem troski na uczelni.

Zaniepokojenie sygnatariuszy apelu dotyczy obecności Pawłowicz w sferze publicznej, bowiem „przyczyniła się do znacznego obniżenia poziomu debaty publicznej w Polsce poprzez notoryczne szerzenie treści ksenofobicznych, homofobicznych, rasistowskich oraz używanie przy tym obraźliwego języka względem swoich adwersarzy politycznych, jak również zwykłych obywateli niepodzielających jej przekonań.”

Silne to słowa oskarżenia. Nie dziwią jednak, choć sama Pawłowicz zadziwia nieustannym „obniżaniem poziomu”. Apelujacy do rektor uczelni w Ostrołęce zwracają szczególnie uwagę na jedną sprawę, mianowicie „czarę goryczy przelał wpis prof. Pawłowicz z dnia 22 września na jej publicznym profilu na Facebooku, który śledzi regularnie około 40 tysięcy osób”. We wpisie Pawłowicz komentowała samobójczą śmierć 14-letniego Kacpra z okolic Łasku pod Łodzią, który został poddany szykanom na tle homofobicznym w swoim środowisku szkolnym. Pawłowicz „pisała w nim o: ‚propagowaniu … nienaturalnych postaw i relacji’, nazywając je ‚patologiami’ i ‚demoralizowaniu dzieci i młodzieży’” – piszą autorzy listu.

Sygnatariusze uważają, że taka nieetyczna postawa Pawłowicz może skutkować przyzwoleniem na kolejne przemocowe zachowania i winna spotkać sie z troską, tj. zdecydowanym potępieniem moralnym.

Kompetencje prawnicze Pawłowicz to zupełnie nieistotna w tym para kaloszy, bo nie każdy z nas jest prawnikiem, ale kompetencje ludzkie podlegają natychmiastowej weryfikacji. Pawłowicz ma nieprzyjemne oblicze rodem z polskiego Ciemnogrodu.

I oto naprzeciwko niej stawiamy jej siostrę rodzoną Elżbietę Pawłowicz. Osobę zupełnie inną, przede wszystkim empatyczną, więc staje się oczywistym, iż siostra posłanki PiS sytuuje się po przeciwnej stronie barykady człowieczej, barykady politycznej, po stronie jasności.

Traf chciał, że tego samego dnia ta lepsza Pawłowicz zainicjowała akcję pomocy dla założyciela KOD i byłego szefa tego ruchu Mateusza Kijowskiego. Nie miejsce tutaj pisać, dlaczego doszło do takiej sytuacji z Kijowskim, postawa Elżbiety Pawłowicz pokazuje, iż w tej samej rodzinie znaleźć mozna wiele dobra.

Toż to uniwersum atropologiczne: Kain i Abel, Paweł i Gaweł, Jacek Kurski i Jarosław Kurski. Nie! Spokojnie nie napiszę o prezesie i jego meldującym prezydencie. To nie ta broszka.

Dwie siostry Pawłowicz to jakby polskie spécialité de la maison, jak POPiS, który zanim zawiązał się, uległ rozpadowi – a teraz jedna strona wyniszcza nie tyle przeciwników, ile cały kraj. Bo tak jest, iż zło ma wielką siłę rażenia, a dobro jest niezauważalne i ciuła jeden dobry uczynek do drugiego, aby złożyło się z tego jakieś stypendium wolności.

Błaszczak: Odwlekaniu rekonstrukcji rządu winna opozycja

Błaszczak: Odwlekaniu rekonstrukcji rządu winna opozycja

Miała być i jakoś jej nie ma. – „Z uwagi na wniosek totalnej opozycji o konstruktywne wotum nieufności rekonstrukcja rządu trochę się przeciąga. Ale cóż, tak to jest. Opozycja ma prawo do tego, żeby wnioski składać” – stwierdził obłudnie w radiowej „Jedynce” szef MSWiA Mariusz Błaszczak.

Początkowo zmiany w rządzie miały być na dwulecie rządów PiS. Później przełożono je na początek grudnia, ale wniosek Platformy o wotum nieufności dla PiS-owskiego rządu spowodował, że rekonstrukcję trzeba było przesunąć. Jak podaje „Newsweek”, do zmian w rządzie dojdzie dopiero odrzuceniu wniosku PO.

Korzystając z obecności w publicznym radiu Mariusz Błaszczak, odniósł się również do informacji, że przewodniczący Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani skieruje do premier Beaty Szydło list w sprawie bezpieczeństwa europosłów z PO w Polsce. Była to reakcja na demonstrację narodowców w Katowicach, podczas której zawieszono na szubienicach portrety europosłów popierających rezolucję krytykującą działania rządu PiS.

 „Polska jest krajem bezpiecznym w odróżnieniu od wielu państw na zachodzie Europy. Antonio Tajani jest przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, którego jednym z miejsc obrad jest Bruksela. W Brukseli od 2015 r. obowiązuje trzeci, najwyższy stopień zagrożenia terrorystycznego. 11 listopada zamieszki w Brukseli, 15 listopada zamieszki w Brukseli, w ostatnią sobotę zamieszki. Mówię o tym, żeby pokazać, że przewodniczący Tajani ulega fake newsom, fałszywej propagandzie, kłamstwom kierowanym do niego przez totalną opozycją” – mówił Mariusz Błaszczak.

Kontynuując stwierdził: – „To nie jest opozycja wobec rządu, ale wobec Polski. Oni szkodzą Polsce. Tutaj można zadać pytanie, czy jest to strategia PO czy Kremla” – dodał szef MSWiA.

Mariusz Błaszczak z całym przekonaniem dowodził, że na Marszu Niepodległości najprawdopodobniej doszło do prowokacji. Zdaniem ministra, również demonstracja narodowców w Katowicach wpisuje się w szkodzenie Polsce. – „Głupim jest zachowanie tych, którzy w Katowicach zrobili to, co zrobili. Oni, niestety, wpisują się w to wszystko, co wymierzone jest przeciwko Polsce” – skonkludował szef MSWiA.

koduj24.pl

Dotarliśmy do porażającego raportu o agresji w policji, który ukrywa MSWiA

27.11.2017

Ktoś mi się dziś włamał do skrzynki mailowej. Mam nadzieję, że nie ma to związku z ostatnim tekstem. Nadzieja umiera ostatnia.

https://wiadomosci.wp.pl/dotarlismy-do-porazajacego-raportu-o-agresji-w-policji-ktory-ukrywa-mswia-6191608766895745a

W MON niepewność i degrengolada

W MON niepewność i degrengolada

Nie od dziś wiadomo, że źle się dzieje w resorcie obrony, teraz jednak sytuacja staje się coraz bardziej nie do zniesienia. Polityk PiS zajmujący się tematyką wojskową powiedział „Newsweekowi” wprost: – „W resorcie panuje schyłkowa atmosfera. Wszystko wstrzymane, ludzie czekają, co będzie z ministrem”.

Nikt nie czuje się zbyt pewnie, ale chyba nie dotyczy to odpowiedzialnego za kadry podsekretarza stanu Bartłomieja Grabskiego. Jak pisze „Newsweek” – „to bardziej cywilizowana i skuteczniejsza wersja Bartłomieja Misiewicza”. Powołując się na anonimowych informatorów z ministerstwa, tygodnik podaje, że prawdziwy Misiewicz nadal współpracuje z Macierewiczem i jest widywany w siedzibie resortu.

Młodzi i ambitni wiceministrowie Michał Dworczyk i Bartosz Kownacki są natomiast poważnie skłóceni. Wszystko przez Wojska Obrony Terytorialnej, za które odpowiada Dworczyk, a które są zaopatrywane z pominięciem Kownackiego, który odpowiada za kontrakty zbrojeniowe.

Informator tygodnika dodaje, że jakby przyszło co do czego, Macierewicz jest gotów zrzucić na Kownackiego wszystkie niepowodzenia w dziedzinie kontraktów zbrojeniowych. – „Po targach zbrojeniowych w Kielcach minister odwiedził jedną z firm, którą od początku urzędowania eliminował przy wszelkich zamówieniach. Przeprosił i powiedział, że został wprowadzony w błąd. Ciekawe, przez kogo? Kownacki traci cierpliwość. W półprywatnych rozmowach mówi, że nie ma ochoty dłużej świecić oczami za szefa. Dworczyk jest teraz w łaskach ministra, ale to tylko zderzak” – twierdzi rozmówca „Newsweeka”.

Kolejny wiceminister Tomasz Szatkowski, choć miał obiecany wyjazd na placówkę zagraniczną, teraz liczy na to, że zostanie szefem Polskiej Grupy Zbrojeniowej. MON–u zdecydowanie ma dość. Na jego miejsce miałaby „wskoczyć” Anna Siarkowska – osoba bez doświadczenia w armii. Do Sejmu dostała się z list Kukiz’15, ale niedawno przeszła do PiS. Ta 35-latka studiowała politologię w Siedlcach i bezpieczeństwo w Akademii Obrony Narodowej; była działaczką Młodzieży Wszechpolskiej. W tej sytuacji trudno zaprzeczyć, że schyłek jest blisko.

koduj24.pl

WTOREK, 28 LISTOPADA 2017

Lubnauer: W najbliższym czasie spotkam się z liderami wszystkich partii opozycyjnych

Lubnauer: W najbliższym czasie spotkam się z liderami wszystkich partii opozycyjnych

 

Błaszczak złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Petru

– Mariusz Błaszczak złożył do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Ryszarda Petru. Zawiadomienie dotyczy podejrzenia popełnienia przestępstwa z art. 226 § 1 i § 3 Kk, tj. znieważenia funkcjonariusza publicznego, jak i konstytucyjnego organu RP, jakim jest Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji – poinformowało MSWiA. Jak dodano:

„Znieważenie nastąpiło poprzez opublikowanie przez Ryszarda Petru, na jednym z portali społecznościowych, w dniu 19 listopada 2017 roku, obraźliwego wpisu o treści: „Po 6 miesiącach, kiedy nie ma wyjaśnień i konsekwencji czas na Ministra Błaszczaka. To z jego winy policja torturowała i zabiła niewinnego człowieka – Igora Stachowiaka”.

Do znieważenia Ministra Mariusza Błaszczaka – funkcjonariusza publicznego, doszło podczas pełnienia przez niego funkcji Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz w związku z wykonywaniem, w ramach pełnienia wyżej wymienionej funkcji, nadzoru nad Policją. Opublikowanie przywołanego wyżej wpisu znieważa również piastowany przez Pana Mariusza Błaszczaka urząd Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Ponadto nieprawdziwe wpisy prezentowane przez Ryszarda Petru mają także niewątpliwie negatywny wpływ na ocenę pracy i wizerunek Policji oraz narażają ją na utratę zaufania ze strony obywateli.

Jednocześnie zwrócono się o wszczęcie z urzędu postępowania w sprawie zniesławienia, tj. o czyn określony w art. 212 § 2 Kk.

Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji zamierza również wytoczyć przeciwko Ryszardowi Petru powództwo o ochronę dóbr osobistych, w ramach którego domagać się będzie usunięcia wyżej wymienionego wpisu z portalu społecznościowego oraz zamieszczenia stosownych przeprosin, a także zapłaty kwoty 50 tys. zł na wskazany cel społeczny, tj. Fundację Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach”

300polityka.pl

STAN GRY: Zaremba: W zwłoce Kaczyńskiego kryje się rozterka, Duda się rozpycha, Jan Olszewski: Kaczyński nie powinien zostawać premierem, Publicyści mocno o stosunku PiS do klasy średniej

— 300LIVE:
Hall: PiS chce wziąć Polaków za mordę. Kaczyński ma plan wprowadzenia w Polsce autorytaryzmu, ale z demokratyczną fasadą
Neumann: Lubnauer jest matematykiem i wie jaka jest różnica między 34% poparcia, a 3-4%
Neumann: Spory wewnętrzne, które są w Nowoczesnej, nie zakończyły się z wyborami w sobotę
Błaszczak: Można by powiedzieć, stosując dzisiejszą retorykę PO, że na czele marszu faszystowskiego szedł Tusk
Błaszczak: Tajani ulega fake newsom i kłamstwom kierowanym do niego przez totalną opozycję
Błaszczak o rekonstrukcji: Ze względu na wniosek PO ten proces trochę się przeciąga
Polityczny plan wtorku: sejmowe komisje o sądach i ordynacji, rozprawa KW, PAD dalej w Wietnamie
http://300polityka.pl/live/2017/11/28/

— W ZWŁOCE KACZYŃSKIEGO KRYJE SIĘ ROZTERKA – Piotr Zaremba w DGP: “Jarosław Kaczyński mógł uniknąć demoralizującego spektaklu, przeprowadzając operację szybko. Jest zbyt pewny siebie, aby myśleć takimi kategoriami. Z drugiej strony w tej zwłoce kryje się rozterka. Dlatego rzecznicy tej zmiany wciąż nie są pewni finału”.

— ŻADEN POLSKI PREZYDENT NIE ZASZEDŁ TAK DALEKO W PRAWNYM ROZPYCHANIU SIĘ – pisze Zaremba: “Prezydent jest za to panem pola. Ma niewiele okazji, żeby okazać swą przewagę nad innymi organami. Ale w tych przypadkach może to zrobić skutecznie – jeśli pominąć fantastyczny scenariusz stawiania go przed Trybunałem Stanu. Żaden polski prezydent nie zaszedł tak daleko w prawnym rozpychaniu się jak Andrzej Duda. Oczywiście instrument związany z niemianowaniem ministra jest czymś wyjątkowym. Następna wymiana rządu odbędzie się dopiero po wyborach 2019. A po swoim powołaniu ministrowie przed prezydentem nie odpowiadają”.

— PREZYDENT ZMIENIA USTRÓJ – konkluzja Zaremby: “Prezydent próbuje zmieniać ustrój na nadal parlamentarno-gabinetowy, ale z elementami prezydenckimi (mieszanymi). Wymiana rządu, jeśli do niej dojdzie, da mu dodatkową okazję. Niekoniecznie łamie konstytucję. Może wskazać na konstytucyjne deklaracje czyniące go zwierzchnikiem sił zbrojnych i reprezentantem państwa na zewnątrz, także na mandat z powszechnych wyborów. Ustrój to coś żywego, zależnego także od stopnia determinacji poszczególnych graczy. Dlaczego z tego nie skorzystać?” http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/563483,prezydent-zmienia-ustroj-polityczny.html

— PIS BARDZIEJ NIŻ PREZYDENTA, OBAWIA SIĘ PROTESTÓW – Magdalena Rubaj w Fakcie: “PiS nie zamierza również drażnić i jego. Według naszych informacji, PiS nie będzie ingerować w kluczową sprawę, ustaloną w negocjacjach między Pałacem a PiS. Chodzi o sposób wybierania sędziów do KRS. – Wynegocjowana poprawka zostaje bez zmian – zapewnia nas ważny polityk PiS. Partia zamierza jedynie dokonać zmian w prezydenckim projekcie o Sądzie Najwyższym. Chodzi o pomysł skargi nadzwyczajnej. PiS uważa, że zaproponowany przez prezydenta termin składania skargi (5 lat po uprawomocnieniu się wyroku) jest zbyt długi. To może zdenerwować prezydenta, ale nie ulicę”. https://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/pis-obawia-sie-protestow-w-obronie-sadow/96jxsc1

— KACZYŃSKI NIE POWINIEN ZOSTAWAĆ PREMIEREM – JAN OLSZEWSKI w wypowiedzi dla SE: “Mam nadzieję, że Jarosław Kaczyński nie będzie premierem. To byłby błąd. To byłby ruch mało zrozumiały dla opinii publicznej i sukces opozycji. To byłoby wrażenie rozpadu, wrażenie, że coś się złego dzieje w obozie zjednoczonej prawicy, w samym PiS”.

— JAN OLSZEWSKI CHCE, ŻEBY PREZYDENT PRZEPROSIŁ MACIEREWICZA: “Źle się stało, że te relacje między nimi przybrały takie formy. To jest koszt władzy. Smutna była ta wypowiedź Andrzeja Dudy o „ubeckich metodach”. Niektórzy nie mają pojęcia, o czym mówią. Prezydent powinien przeprosić Macierewicza. To jest niezbędne do ułożenia relacji na nowo między nim”. http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/byly-premier-jan-olszewski-apeluje-do-prezesa-pis-jarek-nie-idz-na-premiera_1029498.html

— RZĄD PIS CHWALI SIĘ JAK RZĄD PO ZWALCZAŁ RASIZM, NIE WSPOMINA, ŻE SAM Z TEJ WALKI REZYGNUJE – pisze w DGP Emilia Świętochowska.

— NIE MA SYMETRII, NA MARSZACH KOD NIKT NIKOGO NIE WIESZA – Rafał Zakrzewski na wyborcza.pl: “Nie ma tu jednak żadnej symetrii – na marszach KOD nikt nikogo nie wiesza, a gdy w tłumie pojawia się agresywne hasło, ludzie reagują krytycznie i hasło znika. Widziałem to parokrotnie. Sami demonstranci wiedzą, czego nie wolno”.

— KLIMAT AGRESJI PODSYCANY PRZEZ WŁADZĘ – dalej Zakrzewski: “Ano ma, bo klimat agresji wobec obcych, uchodźców jest stale podgrzewany przez pisowską władzę. Równanie muzułmanin=terrorysta=uchodźca sieje spustoszenie w głowach i wytwarza atmosferę przyzwolenia na czyny niegodne, wręcz kryminalne. Skoro władza podsyca złe instynkty, twardo reagować na to muszą społeczeństwo obywatelskie, media, Kościół. Nie można pozwolić, by nasz kraj staczał się w przepaść nienawiści”. http://wyborcza.pl/7,75968,22705359,szubieniczny-happening-w-katowicach-wladza-podsyca-zle-instynkty.html

— DOMINIKA WIELOWIEYSKA O PUŁAPCE USTALANIA WIEKU EMERYTALNEGO SĘDZIÓW SN – pisze na wyborcza.pl: “Zweryfikujmy też zapisaną w konstytucji kadencję nie tylko Sejmu, Senatu, ale i Rady Polityki Pieniężnej i wielu innych instytucji. Będę z utęsknieniem czekać, jak ktoś inny niż PiS wygra wybory i powyrzuca np. z Rady paru PiS-owskich ekonomistów po 65 roku życia. Np. prezes NBP Adam Glapiński ma 67 lat. Andrzej Duda będzie wtedy rozdzierał szaty i rozpaczał nad łamaniem konstytucji. Hipokryzja jest bowiem cechą charakterystyczną PiS”. http://wyborcza.pl/7,75968,22701418,pulapka-na-dude-chytry-plan-kaczynskiego-ta-nieznosna-polityka.html

— W KASIE NOWOCZESNEJ HULA WIATR – Andrzej Stankiewicz: “Według informacji Onetu, mimo zebranych przez Petru pieniędzy w kasie Nowoczesnej hula wiatr. Partia ma zaległości w regulowaniu rachunków, a niektórzy jej współpracownicy nie otrzymują regularnych wypłat”. http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/lubnauer-oglasza-zbiorke-pieniedzy-przekaz-nam-10-zl/31gswkb

— W NOWOCZESNEJ NIE ZDĄŻYŁY SIĘ ZAGNIEŹDZIĆ RELACJE FEUDALNE – GRZEGORZ SROCZYŃSKI: “Publicysta wytłumaczył też, dlaczego sytuacja w Nowoczesnej jest inna. – Nowoczesna nie ma tak rozbudowanych struktur i jest młodą partią, więc prawdopodobnie tam się jeszcze nie zdążyły zagnieździć takie autorytarne, czy raczej feudalne stosunki – ocenił. – Podoba mi się to z tego powodu, że ta młoda partia pokazała, że taka zmiana jest możliwa, a po drugie do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, kto wygra. To nie było ustawione – przekonywał Sroczyński. Uważam, że Lubnauer po prostu ma „to coś”. To nie jest polityk z mojej bajki. Uważam, że poglądy ekonomiczne ma dosyć jaskiniowe, tzn. te różne opowieści, że trzeba obniżyć podatki, a jednocześnie państwo ma być dobre dla obywatela, sprawne, to są takie bajeczki, ale być może w tych sprawach ona też otrzeźwieje”. http://m.tokfm.pl/Tokfm/7,109983,22702004,sroczynski-o-zmianie-lidera-nowoczesnej-sytuacja-bardzo-rzadka.html

— KRZYSZTOF KARNKOWSKI W GPC O MIKOŁAJKOWYM PUCZU: “Michał Szczerba liczył, że ponownie da kolegom sygnał do puczu, zdecydowanie się przeliczył – tak samo jak podczas wyborów szefa struktur PO na warszawskiej Woli, gdzie nie zdobył zaufania kolegów. Cyrk na mównicy i pustka na ulicy, tyle zostało z wielkich zapowiedzi. Trochę lepiej wypadły protesty w piątkowy wieczór, jednak poza Warszawą nie odniosły one sukcesu frekwencyjnego. W całej Polsce bronić rzekomo zagrożonej wolności sądów tym razem przeszło tyle osób, ile kiedyś potra łofiprzyjść na jedną manifestację KOD-u. Czy 6 grudnia, gdy ustawy wrócą do Sejmu, PiS powinno obawiać się „puczu mikołajkowego”?”
http://gpcodziennie.pl/

— ŁUKASZ WARZECHA: KLASA ŚREDNIA NIC NIE DOSTAŁA OD PIS – mówi w SE: “PiS w kampanii wyborczej 2015 r. mówił o klasie średniej i drobnych przedsiębiorcach. Te rządy miały im sprzyjać. Stało się zupełnie inaczej. Klasa średnia nie dostała od PiS-u w ciągu ostatnich dwóch lat dosłownie nic. W przypadku przedsiębiorców sprawa jest bardziej skomplikowana, ale też nie można mówić, by rządy ich rozpieszczały. I nie bardzo wyobrażam sobie, jak PiS i główny strateg wyobrażają sobie funkcjonowanie państwa, w którym ta część, która zdaniem Mateusza Morawieckiego miała swoimi oszczędnościami zasilać gospodarkę, ma te oszczędności odebrane. Jak PiS wyobraża sobie sytuację, w której z uczciwej części elit robi się czarnego luda. To bardzo niebezpieczna droga”. http://www.se.pl/wiadomosci/opinie/lukasz-warzecha-pis-oszukal-uczciwi-do-staja-w-skore_1029511.html

— PIS JEST KONSEKWENTNY W DOWALANIU KLASIE ŚREDNIEJ – Bartłomiej Radziejowski z Nowej Konfederacji: “PiS jest raczej konsekwentny w dowalaniu klasie średniej i wciskaniu jej do jednego worka z bogaczami. Kwestia tzw. trzydziestokrotności jest tego kolejnym potwierdzeniem. (…) Rzecz nie w tym, żeby się nad nimi specjalnie żalić. Rzecz w tym, że powodzenie klasy średniej jest barometrem powodzenia nas wszystkich”. https://www.facebook.com/bradziejewski?hc_ref=ARTl9t_2vWg-vG01v8m8Q-sD-HnXUXgCrXbPPuHcH4FdwT1FZ_BLY7-B5UcVG_6m9O8

— NIE BĘDZIE PŁOTU ODGRADZAJĄCEGO SEJM – Wiktor Ferfecki w RZ: “O tym, że zamiar nie jest już aktualny, powiedziała szefowa Kancelarii Sejmu Agnieszka Kaczmarska podczas posiedzenia Komisji Finansów Publicznych, poświęconego budżetowi kancelarii na przyszły rok. – Nie ma planów budowy płotu, choć takie mieliśmy – zaznaczyła”. http://www.rp.pl/Polityka/311279899-Sejm-nie-odgrodzi-sie-od-obywateli.html

— SĄD NAJWYŻSZY JEST ZASŁUŻONY DLA SYMBOLICZNEJ I PRAWNEJ DEKOMUNIZACJI – pisze Stanisław Zakroczymski na oku: “Faktem jest, że rozliczenia z poprzednim systemem w środowisku sędziowskim nie zostały przeprowadzone konsekwentnie. Dla czystości SN byłoby lepiej, gdyby niektóre osoby w nim się nie znalazły. Nie powinno to jednak przysłaniać faktu, że jest to instytucja jak mało która zasłużona w dekomunizacji prawnej i symbolicznej naszego kraju. Instytucja, bez której istnienia w obecnym kształcie trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie naszego ładu ustrojowego”. https://oko.press/dekomunizacja-sadu-najwyzszego-propagandowy-wybieg-pis-zeby-przejac-kontrole-nad-sn-paru-sedziow-powinno-sie-nim-znalezc/

— AGNIESZKA ŚCIGAJ O KUSZENIU PRZEZ PIS POSŁÓW KUKIZA: “- Tego tak naprawdę nie wiemy. Aktualnie nic na to nie wskazuje, ale wcześniej też nic na to nie wskazywało. Mamy jednak sygnały, że nasi posłowie otrzymują różne propozycje „rozwoju własnego”. Są tacy, którzy słysząc, że mają szanse na pracę w ministerstwie, szybką karierę albo lepsze miejsce w przyszłości na listach, idą za tym”.

— ŚCIGAJ UWAŻA, ŻE KUKIZ MA PRAWO CZUĆ SIĘ WYKORZYSTANY: “- Sama weszłam w ten sposób, ale Paweł Kukiz ma absolutne prawo czuć się wykorzystany. Pod swoim szyldem wprowadził ludzi do Sejmu. JOW-y to dla nas jeden z najważniejszych postulatów, tymczasem PiS chce wprowadzić ordynację, która likwiduje je na poziomie gmin i w tej sytuacji poseł Adam Andruszkiewicz mówi, że odchodzi, i że bliżej mu do PiS, a wcześniej przez dwa lata miał JOW-y na swoich ustach. Ten postulat przestał mieć dla niego znaczenie?”

— ŚCIGAJ WYŚMIEWA GŁOSY O APODYKTYCZNYM KUKIZIE: “- Bardzo ciekawie brzmi z ust posłów, którzy odchodzą, że Paweł Kukiz jest apodyktyczny, a idą do PiS, gdzie szef partii na pewno jest niesłychanie liberalny”.

— KONWENCJA KUKIZA DOPIERO W CZERWCU: “Konwencja planowana jest na czerwiec we Wrocławiu. Teraz samorządowcy dopinają nasz program”. http://fakty.interia.pl/autor/jolanta-kaminska-aleksandra-gieracka/news-scigaj-kukiz-ma-prawo-czuc-sie-wykorzystany,nId,2469665

— NOWOCZESNA WYKLUCZA POPARCIE CHYBICKIEJ I ROZMAWIA Z DUTKIEWICZEM: “– Jeżeli jej pomysłem na emeryturę jest prezydentura, to jest to głupi pomysł – nie owija w bawełnę Grabarek. – O wystawieniu wspólnego kandydata rozmawiamy z Rafałem Dutkiewiczem”. http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/7,35771,22705583,schetyna-liczy-ze-nowoczesna-poprze-kandydature-chybickiej.html

— MŁODY LIDER MAŁOPOLSKIEJ PLATFORMY: “Lipiec jednak od dłuższego czasu był zmęczony politycznymi podchodami w małopolskiej PO i atakami na jego osobę. Dodatkowo nie mógł być pewny zwycięstwa. Dlatego zrezygnował. Jednak nie oznacza, że może on stracić samorządowe stanowisko i wpływy w partii. Miszalski to bowiem prawa ręka Lipca.Dodatkowo szefostwo centrali partii lobbowało za tym, aby stanowisko szefa regionu objął młody dynamiczny polityk. Dodatkowo o Miszalskim pozytywnie wypowiada się większość członków małopolskiego PO”. https://krakow.onet.pl/wybory-w-platformie-obywatelskie-zmiana-na-szczycie-wladzy-w-malopolsce/pmkbw1k

— MUCHA SIĘ WYCOFUJE I POPIERA ŻUKAhttp://www.dziennikwschodni.pl/lublin/mucha-rezygnuje-z-walki-o-funkcje-szefa-po-w-lubelskiem-i-popiera-zuka-razem-mamy-dwie-pary-skrzydel,n,1000209392.html

— NADCHODZĄ PODWYŻKI WODY, SZYDŁO NIE DOTRZYMAŁA OBIETNICY – GW: “Ministerstwo Środowiska opublikowało rozporządzenie do ustawy, które wprowadza od nowego roku stawki za pobór wody. Co się okazało? Że premier może mydlić oczy opinii publicznej, jednak gdy o ocenę przepisów zostały poproszone inne ministerstwa, te wypunktowały, kto zapłaci więcej. Ile to będzie? Tego nie chcą ujawnić nawet urzędnicy w rządowej korespondencji”. http://wyborcza.pl/7,155287,22702855,premier-beata-szydlo-nie-dotrzymala-slowa-kilka-ministerstw.html

— ROZMOWA KATARZYNY KOLENDY-ZALESKIEJ Z KRYSTIANEM LUPĄhttps://fakty.tvn24.pl/fakty-ekstra,52/krystian-lupa-o-patriotyzmie-nacjonalizmie-i-faszyzmie,793736.html

— KOCIARZE KONTRA PSIARZE W POLITYCE – Fakt: https://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/psiarze-i-kociarze-w-polskiej-polityce/7g9dwm5

— PAPIEROWI FEMINIŚCI. O HIPOKRYZJI NA LEWICY I NOWYCH TWARZACH POLSKIEGO #METOO “To tekst napisany przez pięć kobiet, we współpracy i przy wsparciu trzech kolejnych. Kobiet, które połączyła wspólnota doświadczeń związanych z dwoma lewicowymi przedstawicielami świata mediów”. http://codziennikfeministyczny.pl/papierowi-feminisci-nowe-twarze-polskiego-metoo/

— STANOWISKO GW WS WYBIERALSKIEGO:http://wyborcza.pl/7,75968,22703382,stanowisko-redakcji-naczelnej-gazety-wyborczej-ws-zarzutow.html

300polityka.pl

„Usprawiedliwia przemoc i promuje nienawiść”. Naukowcy chcą postępowania dyscyplinarnego wobec Pawłowicz

Apel do Rektor Wyższej Szkoły Administracji i Prawa w Ostrołęce, gdzie pracuje Pawłowicz, napisali naukowcy. Takie postępowanie, zdaniem jego sygnatariuszy, narusza godność zawodu nauczyciela akademickiego, o której mówi Ustawa o Szkolnictwie Wyższym.

Pod listem do Rektor Wyższej Szkoły Administracji i Prawa w Ostrołęce podpisało się 2 tys. osób, z czego 230 to naukowcy. Wszyscy są pracownikami uczelni, w której zatrudniona jest obecna posłanka Krystyna Pawłowicz.

Prof. Pawłowicz w ciągu ostatnich kilku lat swojej działalności publicznej i obecności w dyskursie medialnym przyczyniła się do znacznego obniżenia poziomu debaty publicznej w Polsce poprzez notoryczne szerzenie treści ksenofobicznych, homofobicznych, rasistowskich oraz używanie przy tym obraźliwego języka względem swoich adwersarzy politycznych, jak również zwykłych obywateli niepodzielających jej przekonań. Są to fakty powszechnie znane i szeroko komentowane w mediach, dlatego dziwi nas niezmiernie fakt, że publiczne wystąpienia prof. Pawłowicz nie stały się jak do tej pory przedmiotem troski Pani Rektor” – piszą autorzy listu: dr hab. Marcin Filipowicz adiunkt w Instytucie Slawistyki Zachodniej i Południowej Uniwersytetu Warszawskiego i dr hab. Jakub Urbanik kierownik Instytut Historii Prawa Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Dodają, że „czarę goryczy przelał wpis prof. Pawłowicz z dnia 22 września na jej publicznym profilu na Facebooku, który śledzi regularnie około 40 tysięcy osób”. We wspomnianym wpisie prof. Pawłowicz komentowała samobójczą śmierć 14-letniego Kacpra z okolic Łasku pod Łodzią, który poddany był w swoim środowisku szkolnym szykanom na tle homofobicznym. „Pisała w nim o: ‚propagowaniu … nienaturalnych postaw i relacji’, nazywając je ‚patologiami’ i ‚demoralizowaniu dzieci i młodzieży'” – zwracają uwagę w liście autorzy.

Jak tłumaczą, ten niezwykle nieetyczny komentarz wiktymizuje ofiarę oraz usprawiedliwia sprawców, dając tym samym przyzwolenie na kolejne tego typu przemocowe zachowania. Zdaniem dr. hab. Jakuba Urbanika i dr. hab. Marcina Filipowicza, taka postawa prof. Pawłowicz zasługuje na zdecydowane potępienie moralne. Zwracają uwagę, że posłanka, występująca w mediach często jako autorytet naukowy, wypowiada się w nich na tematy poza obszarem własnej kompetencji.

„Takie postępowanie jest z kolei niezgodne z Kodeksem Etyki Pracownika Naukowego i budzi naszą niezgodę, jako środowiska ludzi nauki” – uważają.

Dr Elżbieta Łojko, Rektor Wyższej Szkoły Administracji i Prawa w Ostrołęce, potwierdza, że list otrzymała. – Zawiadomiłam organ założycielski – mówi w rozmowie z dziennik.pl. I dodaje, że analizuje sprawę. – Nie ponoszę odpowiedzialności za poglądy pani Pawłowicz – mówi dr Łojko. Zaznacza, że należy przeanalizować, co mówi jako naukowiec, a co jako poseł. – Pełni dwie funkcje – podkreśla dr Łojko. Na uczelni, jak przekonuje, tylko prowadzi wykłady i nie prowadzi działalności politycznej.

http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/563534,naukowcy-chca-wszczecia-postepowania-dyscyplinarnego-przeciw-pawlowicz.html

W tramwaju w został pobity 66-letni mężczyzna. Zaatakowany słownie i fizycznie przez współpasażerów. Bo czytał . Komuś się nie spodobało. Reszta dołączyła. Uderzony łokciem, targany za włosy, kazano mu zdjąć okulary. Coraz więcej nienawiści w .

MON chce lustrować weteranów. Byli szefowie GROM: „niewyobrażalne draństwo”, „jakaś kpina”

EDYTA ŻEMŁA,  28.11.2017

Dziwi mnie, że nie podkreśla się analogii dobrej zmiany do sanacji. Zamordyzm, etatyzm, kult wodza, mit militarnej potęgi i wyższości moralnej Polski, flirt z Endecją, sympatie faszystowskie, antysemityzm (dziś retoryka antyuchodźcza). Pamiętamy jak to się skończyło?

„Prezesa TVP Jacka Kurskiego uznano za winnego wypadku drogowego. Dwa miesiące później biegły ma wątpliwość… ” Nareszcie nastało… Prawo i Sprawiedliwość 😎👈

Zrób sobie Peerel-bis

Zrób sobie Peerel-bis

Przed wielu laty nasz redakcyjny kolega, Mariusz Urbanek, wydał wspólnie z karykaturzystą Tomaszem Brodą książkę pod tytułem Zrób sobie Wrocław. Być może trafiła ona w ręce Jarosława Kaczyńskiego. Za Wrocławiem prezes Prawa i Sprawiedliwości zdaje się nie przepadać, ale postanowił „zrobić sobie Peerel”. I robi. Niestety, nam również – pisze Piotr Gajdziński. Jego tekst publikujemy za zgodą miesięcznika „Odra” (10/2017), gdzie pierwotnie się ukazał.

Na przełomie marca i kwietnia 1971 roku dostojnicy nowej, gierkowskiej ekipy rządzącej Polską udawali się na kolejny zjazd Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. W pewnym momencie dyskusja w samolocie zeszła – jak to w grupie najważniejszych ludzi w kraju – na wypas cieląt w Bieszczadach. Musiały podczas tej podniebnej podróży paść pomysły nowatorskie, przynajmniej według szefa rządu, generała ludowej armii, bo już podczas moskiewskich obrad premier Piotr Jaroszewicz wysłał do Warszawy tzw. szyfrówkę ze szczegółowymi instrukcjami dotyczącymi wypasania bydła w najpiękniejszych polskich górach. Wyszło z tego, na szczęście dla Bieszczad, niewiele…

Od repolonizacji do nacjonalizacji

Nie wiem, czy premier Beata Szydło i zajmujący się gospodarką wicepremier Mateusz Morawiecki rozmawiają – jeśli szefowa rządu i jej zastępca w ogóle ze sobą rozmawiają – o nowatorskich projektach wypasu cieląt. Ale sposób myślenia o państwie przez dziś rządzących nie bardzo daleko odbiega od tego, z którym mieliśmy do czynienia przez 45 lat istnienia Peerelu, gdy Polska była wielkim PGR-em, a oni jego dyrektorami. W latach osiemdziesiątych to myślenie, z oczywistych względów, lekko się zmieniło: Polska stała się wielkimi koszarami, a rządzący ich dowódcami.

Najpierw kilka istotnych faktów. Po przejęciu przez PKO BP należącego wcześniej do włoskiej grupy finansowej Banku Pekao SA oraz przejęcia Alior Banku przez PZU SA ponad połowa sektora bankowego należy znów do państwa. Bo choć i PKO BP, i PZU SA są spółkami giełdowymi, to większościowy pakiet akcji obu tych gigantów należy do państwa. To oczywiście eufemizm – w praktyce należy do znajdujących się przy władzy polityków. Wykup banków z rąk zagranicznych właścicieli nosił dumną nazwę „repolonizacji”, której być może nawet większość społeczeństwa przyklasnęła. Ale „repolonizacja” jest tylko hasłem, propagandowym opakowaniem, w którym ukryto diabła pod nazwą nacjonalizacja. „Repolonizacji”, być może, można byłoby przyklasnąć, ale wyłącznie wtedy, gdyby oba banki zostały wykupione – drogą normalnej, giełdowej transakcji – przez polski kapitał prywatny. Ale kupiło je państwo. A ściślej rzecz biorąc, za państwowe pieniądze kupili politycy. I teraz oni tymi bankami zarządzają.

Nie jest to nowa sytuacja. W latach osiemdziesiątych 45 procent sektora bankowego w Argentynie, czyli mniej niż obecnie w Polsce, należało do państwa. Koszt tego eksperymentu wyniósł później 200 procent produktu krajowego brutto. We Francji po nacjonalizacji jednego z wielkich banków przez socjalistę François Mitterranda też musiano go później pilnie naprawiać. Koszt tej operacji wyniósł 30 miliardów dolarów. Takich przykładów było wiele. Czy ktoś jest w stanie uwierzyć, że polscy politycy będą potrafili zarządzać państwowymi bankami efektywniej? Że państwowe banki pod berłem PiS nie będą realizowały celów politycznych? Czy ktoś jeszcze uwierzy, że takie banki będą działały według zasad rynkowych i będą się kierowały prawami ekonomii, a nie poleceniami płynącymi z Nowogrodzkiej lub Alei Ujazdowskich?

Żołnierze Wyklęci w Funduszach Emerytalnych

Dwa drobne przykłady. Od niedawna, z pewnością przypadkiem zbiegło się to z objęciem władzy przez PiS, PKO BP wydaje sporo pieniędzy na upamiętnienie tzw. Żołnierzy Wyklętych. Z pewnością również tylko przez przypadek ten sam bank – obok szesnastu innych spółek skarbu państwa – jest fundatorem Polskiej Fundacji Narodowej. Fundacja ma promować Polskę i „odkłamywać jej obraz na świecie”. Plany ma imperialne. Stumilionowy roczny budżet ma pozwolić nakręcić film „o polskiej historii”, którego reżyserem ma zostać Mel Gibson lub Clint Eastwood. Tyle plany. Gibson i Eastwood nic o nich nie wiedzą. Na razie fundacja przejada pieniądze, utrzymując tabuny działaczy związanych z Prawem i Sprawiedliwością. Drugi przykład – z pewnością Małgorzata Sadurska, do niedawna szefowa Kancelarii Prezydenta, uchodząca za „ucho” prezesa Kaczyńskiego w Pałacu Namiestnikowskim, zachwyciła Radę Nadzorczą PZU SA swoimi kompetencjami tak bardzo, że ta postanowiła ściągnąć za niebotyczną pensję panią minister do zarządu największej spółki ubezpieczeniowej w Polsce.

Oczywiście biorąc w swoje ręce zagraniczne dotąd banki, politycy PiS doskonale znają przykład argentyński i francuski. Świetnie też pamiętają Peerel, gdzie przytłaczająca większość banków była państwowa, co było jednym z fundamentów – nie najważniejszym, ale jednak znaczącym – fikcyjnej gospodarki socjalistycznej. Ale żądza władzy jest silniejsza i tłumi nauki płynące z historii.

Gdybyż chodziło tylko o nacjonalizację Pekao i Alior Banku… Ale to dopiero początek. Ważny, bo źle zarządzany sektor bankowy zaraża gangreną całą gospodarkę, a jednak początek. W rządzie toczy się obecnie zażarta walka o Otwarte Fundusze Emerytalne. Ich los jest przesądzony, ale chodzi o to, jaka część OFE trafi do państwa. Dla polskiej gospodarki ma to znaczenie fundamentalne. Otwarte Fundusze Emerytalne są bowiem jednym z największych na polskim rynku inwestorów. Zgromadzone w nich pieniądze od chwili powstania, czyli od 1999 roku, były inwestowane w notowane na giełdzie spółki – zarówno na głównym parkiecie, jak i na mniejszym, ale grupującym z reguły bardziej dynamiczne podmioty rynku New Connect.

Przejęcie OFE będzie więc oznaczało, że państwo stanie się właścicielem tych akcji i akcjonariuszem, często bardzo znaczącym, wielu największych i najlepszych polskich spółek. Powtórzę – państwo w tym wypadku oznacza polityków. Więc już niebawem, lecąc nowym rządowym Gulfstreamem premier Szydło i wicepremier Morawiecki nie będą może rozmawiali o wypasie cieląt w Bieszczadach, ale na przykład zaprojektują producentowi Wiedźmina, spółce CD Projekt RED, nową grę. Coś bardziej patriotycznego. Na przykład coś o budowie zamków przez Kazimierza Wielkiego lub coś z dziejów żołnierzy wyklętych…

Poprawić Gomułkę, Gierka, Jaruzelskiego

Pani premier być może nie jest tego pewna, ale wicepremier Morawiecki, który blisko dwadzieścia lat przepracował w sektorze bankowym (w tym część w banku państwowym, a większość w prywatnym), z całą pewnością wie, że wolny rynek jest efektywniejszy od gospodarki państwowej. Rzecz w tym, że sprawujący rzeczywistą władzę „naczelnik” nie zna się na ekonomii. Cierpi za to na chorobę, która była udziałem wszystkich peerelowskich przywódców. Napisałem biografię Edwarda Gierka i Wojciecha Jaruzelskiego, obecnie kończę biografię Władysława Gomułki. Przy pisaniu tych książek rozmawiałem z wieloma ich współpracownikami, przestudiowałem ich wspomnienia i setki dokumentów. Czuję się więc upoważniony, aby powiedzieć, że każdy z nich uważał, że Polska może być lepszym krajem niż za rządów jego poprzednika. I będzie. Będzie, bo on jest mądrzejszy, sprawniejszy, bardziej pracowity. Dlatego będzie robił wszystko lepiej. Mam nieodparte wrażenie, że Jarosław Kaczyński też uważa się za mądrzejszego od Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego. I jest przekonany, że wszystko zrobi lepiej niż oni. Dlatego Polska ma być państwem, w którym władza będzie spoczywała w jednych rękach i te ręce będą wszechmocne, a jego słowo będzie prawem. Poprzedzające słynne słowa o zdradzieckich mordach stwierdzenie Kaczyńskiego, że wchodzi na trybunę sejmową „bez żadnego trybu”, wypowiedziane w lipcu 2017 roku, to tylko jeden drobny dowód takiej postawy. Drobny, ale znaczący.

Znowu, po trwającym ćwierćwiecze antrakcie, rządzą nami etatyści. Specjaliści od wszystkiego. Którzy wszystko przemyśleli, na wszystko mają plan, wszystko wiedzą najlepiej. Gomułka osobiście, jak zawsze posługując się ostrzonymi w sekretariacie przez ochroniarzy ołówkami, stworzył siatkę płac pracowników Państwowych Gospodarstw Rolnych. Nikita Chruszczow spierał się z kołchoźnikami na temat upraw ziemniaków, zbóż i kukurydzy. W 1955 roku, podczas oficjalnego obiadu na szczycie w Genewie z udziałem przedstawicieli ZSRR, Stanów Zjednoczonych, Francji oraz Wielkiej Brytanii, odbywającym się w olśniewającym Pałacu Narodów, Chruszczow rozwodził się na temat radzieckich eksperymentów krzyżowania zebr z krowami. Mówił, że paski były nadal wyraźne, poza tym jednak zwierzę wyglądało zupełnie jak krowa, z rogami włącznie – wspominał jeden z amerykańskich dyplomatów.

Etatyści wiedzą lepiej

Gierek, gdy pilna potrzeba dewiz wymagała zwiększenia wydobycia węgla, pisał gorące, przepełnione frazami o patriotyzmie listy do górników, a Jaruzelski deliberował i zatrudniał do wyjaśnienia tej zagwozdki aparat państwowy, czy samochody nie wydzielają zbyt dużej ilości spalin. Później polecił sprawdzić, czy Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami realizuje swoje statutowe cele i skąd się bierze zła praca dozorców. Willy Brandt, kanclerz Niemiec, przyleciał w latach siedemdziesiątych z oficjalną wizytą do Moskwy. Drogę z lotniska na Kreml pokonywał samochodem z Leonidem Breżniewem. W pewnym momencie gensek zapytał go, jak przebiegają żniwa w Niemczech. Brandt się zdziwił, bo nie miał pojęcia – w normalnym kraju żniwami zajmują się rolnicy, a nie szefowie rządów. Ale etatyści zajmują się wszystkim. Ideał rządzących dzisiaj Polską.

Władcy Peerelu zajmowali się takimi głupotami nie dlatego, że lubili. W każdym razie nie tylko. To wynikało z doktryny mówiącej, że władza jest jedna i niepodzielna, a aktualny I sekretarz jest krynicą wszelkiej mądrości. To wynikało z plebejskiego przekonania, że państwo powinno być wszechstronne i wszechmocne. Dokładnie z tego samego przekonania wychodzi Prawo i Sprawiedliwość. I konsekwentnie przejmuje różne agendy życia publicznego. Ośrodki Doradztwa Rolniczego, które do tej pory podlegały samorządom, trafiły już pod skrzydła Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Nowe prawo wodne posadawia Wojewódzkie Fundusze Ochrony Środowiska w Ministerstwie Środowiska. „Deforma” szkolnictwa w wykonaniu Anny Zalewskiej, poza obniżeniem poziomu nauczania, zamieszaniem i wyrzuceniem pieniędzy w błoto, będzie skutkowała znacznie większym wpływem państwa na obsadę stanowisk dyrektorskich w placówkach oświatowych, bo przedstawiciele rządu będą mieli większość w komisjach wybierających dyrektorów szkół. W parlamencie jest już projekt ustawy, która przekaże kontrolę nad znaczną częścią unijnych funduszy wojewodom, czyli znowu przedstawicielom rządu, odbierając tę prerogatywę samorządom. Spod kurateli samorządów odchodzą nawet Wojewódzkie Ośrodki Ruchu Drogowego. Jedno zdanie wypowiedziane przez Jarosława Kaczyńskiego na niedawnej naradzie działaczy PiS spowodowało odwołanie likwidacji Narodowego Funduszu Zdrowia. Ale to wróci, bo celem zlikwidowania NFZ jest centralizacja zarządzania służbą zdrowia, co oznacza pełną zgodność z filozofią tej partii.

Władza ma być jedna i niepodzielna

Na razie Prawo i Sprawiedliwość oskubuje samorząd z kolejnych prerogatyw, ale przyjdzie czas generalnej z nim rozprawy. Nie tylko dlatego, że samorządowcy są z reguły związani z Platformą Obywatelską. Na poziomie powiatów i gmin wcale tak nie jest. Partia musi rozprawić się z samorządem z powodów doktrynalnych: władza ma być jedna i niepodzielna. A jej przedstawiciele w terenie mają realizować „politykę państwa”. To, rzecz jasna, kolejny eufemizm, bo w praktyce mają realizować politykę rządzącej partii. Konkretnie – tej partii. Wzorzec jest: w Peerelu gminami zarządzali będący organem władzy państwowej naczelnicy. Wystarczy do tego sprawdzonego wzorca sięgnąć, zlikwidować wybór wójtów, burmistrzów oraz prezydentów miast i powierzyć wojewodom obowiązek (i przyjemność) mianowania nowych naczelników spośród działaczy PiS-u. Samorządność? Ależ zostanie, bo podobnie jak w „epoce słusznie minionej” można przecież zostawić gminne i powiatowe rady narodowe. Wszystko pod hasłem, którym rządząca partia nieustannie szafuje – większej sprawności państwa i administracji.

Moment jest właściwie idealny. Pisowska narracja – do niedawna zwana po prostu propagandą – po sierpniowej nawałnicy na Pomorzu Gdańskim nieustannie podkreśla, że winę za katastrofę i powolne usuwanie jej skutków ponoszą samorządy. Według TVP i innych związanych z władzą mediów, dobrze spisała się w tym trudnym momencie wyłącznie administracja rządowa, a najlepiej premier Szydło i ministrowie Błaszczak oraz Macierewicz. W interesie „suwerena” słabości trzeba eliminować, więc droga do likwidacji jednostek samorządu terytorialnego jest otwarta.

Na razie, w momencie gdy piszę ten tekst, jeszcze takich głosów nie słychać. Ale to nie jest wcale abstrakcja. Przeciwnie, to bardzo prawdopodobne. Także z powodu użyteczności takiego rozwiązania, bo w ten sposób jedną, zapewne uchwaloną w nocy ustawą, PiS rozwiąże wszystkie problemy, które ma z lokalną Polską. A główny problem tej partii polega na tym, że jej brakuje lokalnych liderów, którzy są w stanie wygrać wybory samorządowe. Także w największych miastach. Po co z osobna walczyć z Gronkiewicz-Waltz, Jaśkowiakiem, Dutkiewiczem, Karnowskim, Zdanowską, Majchrowskim czy Biedroniem, skoro można ich wszystkich usunąć jednej nocy? I to bez przemocy. Konstytucja? A czyż ustawa zasadnicza nie mówi o niezależności Trybunału Konstytucyjnego? Czy nie mówi o prerogatywach prezydenta dotyczących sił zbrojnych? Mówi. Nic z tego nie wynika. Na przeszkodzie takiemu rozwiązaniu może stanąć tylko jedno – sprzeciw prezydenta.

Ziemiec w ślady Tumanowicza

Suwerenowi nietrudno będzie podsunąć odpowiednie argumenty. Jeśli uzasadnieniem reformy sądownictwa był, szeroko omawiany w „Wiadomościach” TVP i TVP Info przypadek sędziny-kleptomanki, to w tej sprawie propagandyści z Woronicza znajdą nawet bardziej przemawiające do wyobraźni „suwerena” argumenty. Z pewnością niejeden z wójtów czy burmistrzów ma na sumieniu jakieś korupcyjne przestępstwo. Z pewnością znajdą się i tacy, którzy biją żony, a ktoś w dzieciństwie udusił małego kotka. Dzisiejsi propagandyści z pisowskich mediów są o niebo sprawniejsi i bardziej chętni do współpracy niż redaktorzy peerelowskiego „Dziennika Telewizyjnego”: Bilik, Racławicki, Tumanowicz czy Zakrzewski.

W jednym z wywiadów Jarosław Kaczyński powiedział, że w Polsce za pomocą telewizji można wykreować obraz, jaki się chce, bo społeczeństwo nie analizuje tego, co tam widzi, tylko przyjmuje jako prawdziwe. I telewizja, do niedawna zwana publiczną, realizuje tę złotą myśl prezesa z godną podziwu konsekwencją. W niedawnym raporcie „Polityki” stwierdzono, że oglądanie programów newsowych i publicystycznych w TVP jest jak życie w matriksie. Owszem, ale to także powrót do peerelowskich standardów. „Wiadomości” nie zaczynają się jeszcze od sprawozdania z „gospodarskich wizyt” prezesa – być może dlatego, że Jarosław Kaczyński nie bardzo lubi opuszczać Warszawę – ale inne informacje są jakby wprost ściągnięte z „Dziennika Telewizyjnego”. Zwłaszcza tego z lat siedemdziesiątych. „Wiadomości” oraz TVP Info nieustannie zasypują widzów informacjami o kolejnych sukcesach rządu. Gdy mowa o gospodarce, to niemal słychać, że jesteśmy dziesiątą potęgą ekonomiczną na świecie. Gdy o sprawach społecznych, to blisko nam do Arkadii, bo model skandynawski dawno już zostawiliśmy daleko za plecami. Gdy mowa o Europie Zachodniej, to padają stwierdzenia, przy których publiczna telewizja bardziej przypomina tę z okresu „jaruzelszczyzny” niż z czasów Gierka. W „przerwanej dekadzie” obowiązywał model łagodnego przedstawiania Zachodu, za Jaruzelskiego bito w niego jak w bęben. Z powodu nielegalnych emigrantów – stwierdzono w jednym z sierpniowych wydań „Wiadomości” TVP – Europejczycy boją się wychodzić z domu. W PRL-u zdaniem „Dziennika Telewizyjnego” też się bali, bo przecież i wtedy – choćby za sprawą włoskich Czerwonych Brygad czy tzw. trzeciej generacji zachodnioniemieckiej Grupy Baader-Meinhof – na Zachodzie wybuchały bomby. Przez całe 45 lat Polacy byli karmieni informacjami o „gnijącym” Zachodzie, walącej się gospodarce, prześladowaniu robotników. Dzisiaj to wróciło. Powodem są emigranci, ale również gender, homoseksualiści, odejście od chrześcijaństwa, rozwiązłość…

Jaka piękna katastrofa

W Peerelu ludzie powracający z Zachodu mówili: „jaka piękna katastrofa” i dziś to ironiczne stwierdzenie także jest bardzo na miejscu. Za to władza jest w TVP wychwalana pod niebiosa. Jeśli wiedzę o Polsce i świecie czerpać z tej stacji, to Beata Szydło jest dzisiaj mężem stanu o pozycji przynajmniej de Gaulle’a, minister Mariusz Błaszczak jawi się niczym Leonidas pod Termopilami, a Witoldowi Waszczykowskiemu zręczności mógłby pozazdrościć nawet Charles-Maurice Talleyrand. Propaganda w programach informacyjnych i publicystycznych TVP jest tak idiotyczna, że obmierzła nawet Bronisławowi Wildsteinowi, który napisał niedawno, że władza, która nadstawia ucha chórowi pochlebców, jest przegrana. Tak było z Gomułką, Gierkiem i Jaruzelskim. Tak będzie też z Kaczyńskim.

A obraz opozycji? „Trybuna Ludu” z przełomu 1981 i 1982 roku: Scenopis narodowej zbrodni. Żądni władzy nawet za cenę krwiScenariusz narodowej zbrodni. Kuroniowa wiwisekcja na społeczeństwie. Czy nie przypomina to tzw. pasków w TVP Info z okresu „puczu” opozycji w grudniu ubiegłego roku? Ale „publiczna” telewizja czerpie chyba przede wszystkim z ówczesnego „Żołnierza Wolności”, który po wprowadzeniu stanu wojennego dowodził, że krewni wielu działaczy opozycji byli żołnierzami Wehrmachtu, oskarżał też „Solidarność” o tworzenie bojówek „na faszystowską modłę”, złożonych z kryminalistów i „osobników z marginesu społecznego”.

Cytowane już wyżej stwierdzenie, że w Polsce za pomocą telewizji można wykreować obraz, jaki się chce, bo społeczeństwo nie analizuje tego, co tam widzi, tylko przyjmuje jako prawdziwe, jest nieco subtelniejszą odmianą słów Jacka Kurskiego, obecnego prezesa Telewizji Polskiej, o ciemnym ludzie, który wszystko kupi. Oba łączy jedno – głęboka pogarda dla społeczeństwa. Dokładnie taka sama, jaką prezentowali Gomułka, Gierek i Jaruzelski. Wszyscy I sekretarze KC PZPR uważali polskie społeczeństwo za zbiorowisko nierobów i pijaków, bezwolną masę, której wystarczy dać trochę chleba i odrobinę igrzysk, a zrobi wszystko, co mu się każe. I wszyscy, zwłaszcza zaś Gomułka i Jaruzelski, uważali, że tę bezwolną masę trzeba bezustannie wychowywać. I wychowywali. A to ograniczając spożycie wódki, a to opracowując nowe normy pracy, a to zaostrzając lub lekko poluzowując cenzurę.

Pisanie historii na nowo

Najistotniejszymi instrumentami tego wychowania były w PRL-u historia i kultura. Tę pierwszą pisano od nowa. Piłsudskiego i Legionów nie było, Polska odzyskała niepodległość dzięki Leninowi i jego „prawu do samostanowienia narodów”. Armia Krajowa była „zaplutym karłem reakcji” i podczas wojny „stała z bronią u nogi”. Zupełnie jak dzisiaj „lewica laicka”, jak Lech Wałęsa w 1980 roku, który w oczach PiS-u jest „Bolkiem”, a nie symbolem Sierpnia ’80 i Grudnia ’81. Janusz Śniadek, dzisiaj poseł Prawa i Sprawiedliwości, a kiedyś przewodniczący NSZZ „Solidarność” – w czasach, gdy przewodniczącym tego związku było być łatwo – powiedział w wywiadzie w „Rzeczpospolitej”, że pobyt Wałęsy w Arłamowie był odosobnieniem przypominającym wczasy, a nie więzienie. Trzeba być niespełna rozumu, aby powiedzieć coś takiego. Zwłaszcza gdy nie przesiedziało się „w odosobnieniu” ani godziny. Albo być funkcjonariuszem partii, która próbuje pisać historię na nowo. Historię, w której prokurator stanu wojennego jest bohaterem walki z komuną, a przywódca podziemia walczącego z komunizmem – kanalią. W którym symbolem oporu przeciwko komunizmowi był Lech Kaczyński, a nie Lech Wałęsa.

Podczas okupacji komunistyczne podziemie było z wielu powodów bardzo słabe. Nieliczne oddziały Gwardii Ludowej bardziej zajmowały się rabunkiem i przetrwaniem niż walką z Niemcami, co zresztą znakomicie w swojej Historii PPR udokumentował Piotr Gontarczyk. Po wojnie okazało się, że Polacy przetrwali wojnę jedynie dzięki podziemiu komunistycznemu. Jego symbolem miał się stać Mieczysław Moczar. Ten sam, który dowodząc zgrupowaniem Armii Ludowej w październiku 1944 roku, gdy jego partyzanci ostrzeliwani zarówno przez Niemców, jak i artylerię Armii Czerwonej przedarli się na przyczółek sandomierski, bezpiecznie siedział w ziemiance we wsi Pętkowice, czekając na wkroczenie Armii Czerwonej. W grudniu 1981 roku, w dużo mniej dramatycznych okolicznościach, inspirator pisania historii upadku Peerelu na nowo spędził poranek w pościeli.

Organizacje niezależne, ale nasze

W czerwcu ubiegłego roku Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o powołaniu Narodowego Instytutu Wolności – Narodowego Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Jego zadaniem ma być rozdział funduszy dla tzw. trzeciego sektora, czyli dla organizacji społecznych. Ich przedstawiciele są jednak przekonani, że to kolejny centralistyczny pomysł, który wyruguje z życia publicznego organizacje nie realizujące ideologicznych wizji rządu. Obawiają się, że rządowe Centrum zabije społeczeństwo obywatelskie. A jest co zabijać. Obecnie w Polsce zarejestrowanych jest 120 tysięcy organizacji pozarządowych, z czego aktywną działalność prowadzi około 100 tysięcy. Większość, 29 proc., zajmuje się rozwojem sportu, 15 proc. edukacją, a 13 kulturą. Blisko 40 proc. organizacji pozarządowych działa na rynku lokalnym. Potęga. To NGO-om zawdzięczamy w Polsce eksplozję filantropii – prawdziwą eksplozję, bo szacuje się, że aż 52 procent Polaków jest dziś zaangażowanych w udzielanie pomocy innym ludziom. Skala imponująca nawet na tle krajów „starej Unii”.

Oczywiście władza deklaruje, że nie zamierza kneblować organizacji pozarządowych. Twierdzi, że powołując Centrum, chce się przyczynić do rozwoju „trzeciego sektora”. Ale to kłamstwo. Organizacje pozarządowe ze swojej natury są dla władzy niewygodne, a już dla władzy mającej ambicje kontrolowania wszystkiego i zamkniętej w ideologicznych okowach, są niewygodne podwójnie. W Peerelu też starano się je kontrolować, powołując najróżniejsze federacje i centra. Gdy na początku stanu wojennego Wojciech Jaruzelski przygotowywał powołanie fasadowej organizacji pod nazwą Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego, deklarował w rozmowie z wicepremierem Mieczysławem Rakowskim, że musi to być otwarta organizacja, że jedyne kryterium to wierność dla zasad zawartych w konstytucji, a gdy już spoglądamy na nazwiska, to widać, że chodzi o takie osoby, które będą nam posłuszne. Tak już będzie do końca Peerelu. Gdy w 1988 roku Jaruzelski rozmawiał z Rakowskim na temat ułatwień w rejestracji stowarzyszeń, zastrzegł, że Czesław [ Kiszczak, minister spraw wewnętrznych] obawia się, że nie potrafi ich w pełni kontrolować. Niezbywalna cecha arbitralnej, żeby nie powiedzieć autorytarnej, władzy.

Peerel podpowiada jeszcze skuteczniejszą metodę kontrolowania organizacji opozycyjnych. W drugiej połowie lat czterdziestych różnymi metodami kompromitowano przywódców partii opozycyjnych wobec PPR, a następnie obsadzano najważniejsze partyjne stanowiska ludźmi posłusznymi „władzy ludowej”, stępiając opozycyjny charakter ugrupowań. Z podobnej metody po 13 grudnia 1981 roku zamierzano skorzystać wobec „Solidarności”. Jaruzelski i jego akolici roili sobie, że na czele związku zgodzi się pozostać Lech Wałęsa, ale już wszystkie inne stanowiska – w tym również w strukturach lokalnych – zostaną obsadzone przez ludzi podsuniętych przez władze i jej powolnych. Wszystko było gotowe. Generał Mieczysław Milewski, członek Biura Politycznego i sekretarz KC PZPR, poinformował enerdowskich towarzyszy, że „Solidarność” ma zostać „na wszystkich poziomach obsadzona nową kadrą”. Projekt, wobec oporu Wałęsy, pozostał na papierze. Czyż to nie kuszące? Na razie PiS-owi udało się w podobny sposób opanować Ruch Kukiza, który choć nominalnie opozycyjny, to w decydujących momentach zawsze idzie ramię w ramię z rządzącą partią.

To towarzystwo kpi sobie z nas

Kilka miesięcy temu wicepremier i minister kultury Piotr Gliński zablokował, mimo wcześniejszej umowy, dotację dla odbywającego się w Poznaniu od ponad ćwierćwiecza Festiwalu Malta. Powodem był Oliver Frljić, reżyser wyklętej przez prawicę Klątwy, który był kuratorem Malty. Festiwal odbył się bez ministerialnej łaski, ale istotna w tej aferze jest ingerencja władz. Bardzo peerelowska.

Komunistycznych dyktatorów też nieustannie denerwowali ludzie sztuki. W 1958 roku Aleksander Ford zekranizował powieść Marka Hłaski Ósmy dzień tygodnia. Przedsięwzięcie ryzykowne, bo Hłasko pokazał kraj zapijaczony i przepełniony beznadzieją. Dlatego obraz najpierw, na specjalnym pokazie, zaprezentowano Władysławowi Gomułce. Jego recenzja była krótka, acz treściwa. „Rzygać się chce” – oświadczył I sekretarz i wyszedł. W przeciwieństwie do filmu, który trafił na półkę. Trzynaście lat później podobną recenzję, choć w nieco bardziej oględnej formie, wystawił filmowi Andrzeja Trzos-Rastawieckiego Trąd świeżo upieczony wówczas premier Piotr Jaroszewicz. Wojciecha Jaruzelskiego bojkot aktorów, odmawiających występowania w reżimowej telewizji i radiu, doprowadzał do szewskiej pasji. Zrób mi przyjemność i wyrzuć choćby jednego dyrektora teatru w Warszawie, ponieważ to towarzystwo kpi sobie z ciebie – naciskał w listopadzie 1982 roku na odpowiadającego za „nadbudowę” Mieczysława Rakowskiego. Kilka dni później, w kolejnej rozmowie zażądał zdecydowanych działań wobec środowiska aktorskiego. W końcu oświadczył Rakowskiemu, że bierze sprawę w swoje ręce. Krótko potem Kazimierz Żygulski, minister kultury i sztuki, rozpędził Teatr Narodowy, wyrzucił jego dyrektora Adama Hanuszkiewicza i powołał Teatr Rzeczpospolitej. Następnego dnia rozwiązał Związek Artystów Scen Polskich. Minęło niewiele ponad miesiąc, gdy z funkcji dyrektora warszawskiego Teatru Dramatycznego odwołano Gustawa Holoubka. W ostatnich dwóch latach dyrektorskie stanowiska straciło kilku szefów teatrów, a wojna z zespołem Teatru Polskiego we Wrocławiu jest jakby żywcem wyjęta z początku lat osiemdziesiątych XX wieku.

Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy

Nic jednak nie nosi wyraźniejszego peerelowskiego stygmatu niż wieczne odgrzewanie przez Prawo i Sprawiedliwość problemu zagrożenia niemieckiego. I czym my teraz będziemy straszyć Polaków – zastanawiał się w grudniu 1970 roku, po podpisaniu umowy z Republiką Federalną Niemiec Jan Szydlak, członek Biura Politycznego PZPR. Szydlakowi, nie tylko w tym wypadku, zabrakło wyobraźni. Niemcami rządzący straszyli nas w latach osiemdziesiątych – za rządów Gierka delikatniej, ale też – i straszą dzisiaj. Posłanka PiS-u Dorota Arciszewska-Mielewczyk w 2004 roku założyła Powiernictwo Polskie i od tamtej pory nieustannie mówi o niemieckim zagrożeniu. Teraz PiS lekko swoją propagandę zmodyfikował. Nie mówi już o „wykupywaniu Polski”, ale całą winę za kryzys migracyjny w Europie zrzuca na Niemcy i kanclerz Angelę Merkel. Odsługując w końcu lat osiemdziesiątych wojsko we wrocławskim Zmechu (Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Zmechanizowanych – przyp. Red.) nieustannie, dzień pod dniu, na sąsiadującym z jednostką poligonie walczyłem z 97. Dywizją Bundeswehry, prowadzoną przez Herberta Hupkę i Herberta Czaję, dwa symbole „niemieckiego rewanżyzmu”. Dzisiaj może młodych żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej tego nie uczą, ale już walki z nacierającymi z zachodu zagonami muzułmańskich emigrantów – kto wie?

Władysław Gomułka w swoich pamiętnikach przyznawał, że partia komunistyczna w Polsce zawsze była ugrupowaniem mniejszościowym. Dodawał jednak, że legitymację do władzy dawała PPR, a później PZPR wielka reforma społeczna i gospodarcza, która zmieniła życie milionów Polaków. Drugim czynnikiem mającym legitymizować rządy partii komunistycznej było odzyskanie „prastarych ziem piastowskich” na Zachodzie.

Podobną narrację nietrudno wyczytać z wypowiedzi przedstawicieli obecnego rządu. Program 500+ czy program Mieszkanie+ to fundamenty restytucji gomułkowskiego myślenia. Ziem Odzyskanych PiS już nie odzyska, ale czyż wstawanie z kolan nie jest wystarczającym powodem, aby PiS władzy raz zdobytej – to też Gomułka – nie oddał nigdy? W niedawnym wywiadzie dla TV Republika Beata Szydło powiedziała, że PiS, cały nasz obóz, pan prezydent, który wyrósł z naszego obozu, jesteśmy dzisiaj dla Polski, dla polskiego państwa – myślę, że to nie jest przesadne stwierdzenie – po prostu ostoją suwerenności, bezpieczeństwa i pewnika, że Polska będzie mogła być w przyszłości bezpieczna i suwerenna. Jest wyższa wartość dla narodu niż suwerenność? Nie ma, więc przy władzy musi pozostać partia, która tę suwerenność gwarantuje.

Wolność sprzedam korzystnie

Niestety, do reguł gry „Zrób sobie Peerel” dostosowało się również społeczeństwo. Większość, jak w „czasach słusznie minionych”, jest bierna, za nic mając imponderabilia. Wolność? Co miesiąc wyprzedajemy wolność za 500 zł i ułudę spokoju, który – podobno – gwarantuje nam „silne państwo”. Zupełnie jak wtedy, gdy władza podsypywała kilka stówek podwyżki.

Piotr Gajdziński

Piotr Gajdziński jest autorem biografii peerelowskich przywódców: Edwarda Gierka – Człowiek z węgla i Wojciecha Jaruzelskiego – Czerwony ślepowron. W grudniu ukaże się jego biografia Władysława Gomułki.

wiadomo.co

Wywiad ze Świetlikiem niby o Polskim Radiu, a wyszło, że o „Wyborczej”. Biedni, mali, zakmpleksieni ludzie 🙃

PIS ZMIENIA ORDYNACJĘ. „TO GANG OLSENA, NIE HOUSE OF CARDS”

28 listopada 2017

Akurat najbardziej niespójną ideowo partią jest dzisiaj PiS. Ich elektorat jest mocno podzielony w kwestiach od Unii Europejskiej, przez aborcję, aż po stosunek do wolnego rynku. Kiedy jednak partia jest w fazie opadającej, napięcia wewnętrzne w oczywisty sposób rosną – mówi Jarosław Flis w rozmowie z Michałem Sutowskim.

Michał Sutowski: Na rok przed wyborami samorządowymi PiS przedstawił projekt zmian w Kodeksie wyborczym. Obok zmian wielkości okręgów zapowiada się kadrowe trzęsienie ziemi w administracji wyborczej, upolitycznienie PKW, wprowadzenie dwukadencyjności burmistrzów i prezydentów miast, ale też np. ograniczenie możliwości głosowania korespondencyjnego. Czy to wszystko może wzmocnić partię rządzącą? Zabetonuje polski system partyjny? Ułatwi manipulacje wyborcze?

Dr Jarosław Flis, socjolog i politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego: To po kolei. Teza o zabetonowaniu systemu partyjnego wydaje mi się chybiona, zwłaszcza na poziomie samorządowym to zupełne nieporozumienie. Pytanie jest następujące: po co PiS robi taką reformę? Możliwe motywacje są trzy. Po pierwsze geszeft, czyli próba wyciągnięcia trochę więcej władzy z tych samych głosów. Po drugie ideologia – tak było w przypadku fascynacji Pawła Kukiza ideą jednomandatowych okręgów wyborczych czy niechęci prezesa Kaczyńskiego do nich. Nawet jeśli ich nastawienie jest racjonalnie argumentowane, to za każdym takim wywodem stoi jakieś ogólne wyobrażenie o szczęściu i demokracji. Trzecia możliwość: to nie jest gra o sumie zerowej, że ktoś zyska, a ktoś straci – niektóre z obecnych rozwiązań są po prostu głupie. Przykładem książeczki do głosowania…

A co jest z nimi nie tak?

Jarosław Flis. Fot. media.uj.edu.pl
Jarosław Flis. Fot. media.uj.edu.pl

W wyborach samorządowych do urn przychodzi około miliona ludzi, którzy nie głosują w wyborach ogólnokrajowych, bo się partyjną polityką nie interesują. Idą tam, bo chcą wybrać wójta i radnych gminy – ludzi, którzy na ich życie mają bezpośredni wpływ, z wzajemnością. Dostają do ręki karty do głosowania do sejmików, którymi interesują się nie bardziej, niż wyborami sejmu, na które nie chodzą. Część te kart wrzuca do urn puste. Część jednak – z obowiązku bądź rozpędu – kogoś na nich zakreśla. Dotychczas rozrzucali swoje głosy po całej karcie do głosowania, co nie miało wpływu na wynik. Kiedy jednak ten pakiet kart zamieni się na książeczkę, to okazuje się, stawiają krzyżyki na pierwszej napotkanej stronie. W ten sposób książeczka dorzuca 600 tysięcy głosów partii, która wylosowała numer jeden w wyborach do sejmików czy rad powiatów.

Czyli PSL w 2014 roku miał dużo szczęścia?

PSL i PiS w wyborach powiatowych – udało się to odkryć właśnie dlatego, że w jednej trzeciej okręgów PSL odstąpił pierwszą stronę PiS, więc można było porównać i zobaczyć, jak to działa. A wracając do naszych trzech motywacji: czasem trudno je rozdzielić, zwłaszcza że w tym wypadku projekt zawiera dużo różnych zmian, niektóre są wzajemnie powiązane; jedne wysunięto na czoło, inne dopisano drobnym druczkiem. Część zmian jest dobrze pomyślana, ale pojawiają się w złym momencie; niektóre w ogóle nie mają uzasadnienia, więc nie wiemy, co poeta miał na myśli… Mało kto chce się przyznać, że po prostu robi geszeft, więc zwykle dorabia się jakąś ideę ogólną, że niby proponuje się odpowiedź na to, co nas rzekomo boli.

A jaka idea stoi za tą zmianą?

Nie wiadomo, bo zmiany są na różnych poziomach i idą w różnych kierunkach. Jak się zmniejsza okręgi w wyborach do sejmików i rad miast na prawach powiatu, to oczywiście spada proporcjonalność. Ale przecież w gminach likwiduje się JOW-y pod hasłem, że są nieproporcjonalne. Lecz zostawia się podział na okręgi, co sprawia, że ich proporcjonalność i tak będzie kiepska, bo rady liczą tam po 15 mandatów.

I gdzie tu logika?

Wygląda mi to na machinacje oparte na niezbyt pogłębionej lekturze starych podręczników politologii. Student pierwszego roku uczy się z nich, że małe partie lubią duże okręgi, a duże partie – małe. Tylko że te wszystkie reguły działają w pewnych zakresach. Polskie okręgi są już małe – średnio 6,5 mandatu w sejmikach, 5,5 w miastach i 4,5 w powiatach.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/ludwik-dorn-pis-rozmowa/embed/#?secret=i5DHHmawwr

Czyli dalsze ich zmniejszenie definitywnie wypchnie z polityki mniejsze partie.

Nie, efekt wcale nie musi być jednoznaczny. Metoda d’Hondta działa w ten sposób, że nagroda dla zwycięzcy zależy nie tylko od liczby okręgów – im jest ich więcej, tym nagroda większa – ale też od tego, ile jest partii – im jest ich więcej, tym znów nagroda większa. Niewykluczone więc, że jeśli w efekcie reformy PiS zredukuje się liczba partii, to oczekiwana premia dla zwycięzcy utrzyma się na poprzednim poziomie. Dobrze to widać na symulacjach wyborów do sejmików wojewódzkich. Możemy zmniejszyć okręgi do średnio 3,5 mandatu, bo mniej się nie da…

A kto zabroni?

Kodeks wyborczy mówi, że „granice okręgu wyborczego nie mogą naruszać granic wchodzących w jego – tzn. województwa – skład powiatów”. A skoro powiaty są jakie są, pole manewru jest ograniczone. Partia rządząca przy obecnych sondażach zyskuje dzięki reformie jeden mandat w województwie, a w każdym jest ich średnio po 35, czyli szału nie ma. Krótko mówiąc: ani to skok na demokrację, ani jakaś szczególna Wunderwaffe. To taki mit, że prezes siedzi w swoim bunkrze i wymyśla cudowną broń, którą wszystkich zakasuje.

To po co ta reforma?

A po co była ordynacja z tzw. blokowaniem list, która pozwalała komitetom wyborczym w samorządach zawierać porozumienia o wspólnym podziale zsumowanych mandatów? PiS ją wprowadził w 2006 roku „pod siebie”, a przeciw opozycji i tak na tym wyszedł, że doprowadził do koalicji PO z PSL-em. Ludowcy wielokrotnie podkreślali, że gdyby nie tamta ordynacja, nie dogadaliby się z Platformą. I tak wbrew własnemu interesowi PiS ufundował najtrwalszy układ polityczny III RP, tzn. osiem lat koalicji, bez głosowań przeciw własnemu rządowi i jeszcze z przetrwaniem porażki wyborczej.

Ja rozumiem, że w polityce zdarzają się niezamierzone konsekwencje, ale jaka jest intencja proponowanych zmian?

PiS jawi się przeciwnikom jako monolit zarządzany przez demoniczny umysł prezesa. A to w coraz większym stopniu nieskoordynowana grupa ludzi, których walka wewnątrz partii zajmuje bardziej niż starcie z opozycją. Prezes w Przysusze opisał – z grubsza – co trzeba zrobić z samorządami, grupa posłów dostała zadanie do opracowania. Nikt tego dokładnie nie przebadał, coś wykombinowali i teraz próbują przepchnąć, żeby prezes był zadowolony.

OK, ale ja jednak staram się szukać w tym jakiegoś sensu. Dla małych partii małe okręgi są zabójcze, więc konkurencji będzie mniej…

Faktycznie, jeśli większość okręgów będzie trójmandatowych, to czwarta partia wypada z gry – logiczne. Tylko że to jeszcze nie znaczy, że PiS na tym zyska, bo może dojść do rekompozycji sceny partyjnej i np. skonsumowania wyborców SLD – skrzydła liberalnego przez PO, a socjalnego przez PSL.

To chyba trochę spekulacja.

Nie, ten proces już zachodzi, to znaczy PSL przegrywa z PiS dawną Galicję, ale przejmuje od SLD Polskę północno-zachodnią. No bo na kogo ma głosować taki, powiedzmy, emerytowany major Ludowego Wojska Polskiego? Na żadną „tęczową” partię nie bardzo, na solidaruchów też nie, Razem go obrażało, a tu dostaje formację, która mówi, że z Rosją trzeba handlować, jest społecznie konserwatywna, choć bez religijnej ostentacji, do liberalizmu gospodarczego odnosi się bez entuzjazmu… Tak, czy owak, integracja opozycji nie jest nieprawdopodobnym scenariuszem – czy to na poziomie organizacyjnym, czy wyborczym. Jeśli się powiedzie i w wyborach do sejmików zostaną trzy formacje, tzn. PiS, PO i PSL, to Prawo i Sprawiedliwość wręcz na tym straci, około 10 mandatów.

No to kiepski interes.

To nie wszystko. Zmniejszenie okręgów radykalnie zwiększa rywalizację wewnątrz samej partii. W okręgach trójmandatowych – poza bardzo rzadkimi przypadkami, gdy zwycięzca zgarnia wszystko, a do tego musi być trzy razy większy od drugiej partii – możliwe układy to dwa-jeden albo jeden-jeden-jeden. Przewaga głosów potrzebna do odebrania przeciwnikom drugiego mandatu musi być kolosalna. A wtedy z perspektywy drugiej partii – a PiS jest drugą partią w bardzo wielu okręgach w Polsce – jedyna sensowna walka toczy się z kolegami z własnego ugrupowania. W efekcie najpierw bardzo trudno będzie ułożyć listy wyborcze, a potem będzie mnóstwo donosów na kolegów do mediów, zrywania plakatów itp.

I kto na tym gorzej wyjdzie? Góra PiS czy góra PO?

Naprawdę nie można przewidzieć, bo to są już zawody szambonurków…

http://krytykapolityczna.pl/swiat/ue/uzieblo-wypaczone-wyniki-glosowanie-na-partie-i-rzecznik-dyscypliny-oto-jow-y/embed/#?secret=8DWP10PB79

A może na takim podsyceniu napięcia najlepiej wyjdzie partia bardziej spójna i zwarta ideowo? Bo ma ten swój klej społeczny…

Akurat najbardziej niespójną ideowo partią jest dzisiaj PiS – ich elektorat jest mocno podzielony w kwestiach od Unii Europejskiej, przez aborcję, aż po stosunek do wolnego rynku. Jeszcze ważniejsze jest jednak to, że PiS i PO są na wyrównanym poziomie, tzn. jedna rządzi centralnie, a druga lokalnie. Najlepszym klejem dla partii jest kredyt pod przyszłe konfitury. Kiedy jednak partia jest w fazie opadającej, napięcia wewnętrzne w oczywisty sposób rosną.

I nikt w tym momencie nie może przewidzieć, jaka będzie koniunktura w 2018?

Fale mogą się różnie wznosić lub opadać w różnych województwach. W wyborach 2010 roku PO wygrała Małopolskę z PiS, bo tamci myśleli, że sprawa jest z góry wygrana, a Zbigniew Ziobro zajął się wycinaniem starych radnych i obsadzaniem list swoimi. PO z kolei podjęła duży wysiłek i rzeczywiście grała drużynowo. Efekt był taki, że nie dość, że wygrali, to jeszcze z lepszym wynikiem niż w swoich tradycyjnych bastionach na Śląsku i w Wielkopolsce, gdzie w tym samym roku w I turze wyborów prezydenckich odnieśli przygniatające zwycięstwo. Są zatem województwa, gdzie PiS ma wygraną w kieszeni, takie, gdzie będzie walczył o zwycięstwo, takie, gdzie ma małe szanse, i wreszcie takie, gdzie choćby stanął na rzęsach, to nie da rady.

A co jeśli długofalowym celem PiS jest nie tyle te parę mandatów więcej, ile zbudowanie systemu quasi-dwupartyjnego? Tak żeby zawęzić konflikt polityczny, zmusić przeciwnika do głosowania na „mniejsze zło”, co zawsze część wyborców zniechęca?

Trudno jest spekulować o tak dalekosiężnych planach. W każdym razie przykład powiatów pokazuje, że małe okręgi owszem zmniejszają liczbę partii mandatowych, lecz to dalej jest średnio powyżej 4. Natomiast zmniejszenie liczby konkurentów z 5 do 3 na pewno zaszkodzi zwycięzcy samą arytmetyką.

A teraz jeszcze proszę powiedzieć, jak się do tego zmniejszania okręgów w wyborach sejmikowych ma likwidacja JOW-ów w gminach? Bo to w sumie sprzeczne.

PO wprowadziła je bez szczególnego rozeznania, po co to robi, i PiS na tej samej zasadzie chce je zlikwidować.

A może PiS w ten sposób próbuje np. rozmrozić lokalne układy zdominowane przez PO?

To nie ma znaczenia. Gdy się porówna wybory w gminach z JOW-ami i gminach bez nich, to nie ma prostego wzorca: jeśli wygrywają partie władzy, to robią to mocniej, ale rozrzut jest potężny.  Prostych wzorców nie ma – raz jest to PiS, raz PO, a głównie to lokalne komitety. Żadna konkretna strona na tym nie skorzystała. Oczywiście każdy system generuje swoją krzywą seats/votes, czyli przelicznik głosów na uzyskane mandaty. I teraz, jeśli porównamy krzywą dla JOW w 2014 roku i zestawimy ją z hipotetyczną krzywą z dawnych okręgów wielomandatowych, to okaże się, że PiS na przywróceniu wyborów proporcjonalnych zyskuje 2 mandaty na 5542…

A co z zasadą dwukadencyjności w wyborach na prezydentów miast? Ci rządzący „od zawsze” częściej chyba są z PO lub okolic? Uderzenie w te osoby może chyba pomóc ludziom Kaczyńskiego?

PiS marnie sobie radzi nie tylko tam, gdzie są „wielokadencyjni” włodarze. Dotąd częściej niż PO czy PSL jego kandydaci tracili władzę już po pierwszej kadencji. To musieliby być znacznie lepsi ludzie, żeby zmiana reguł mogła im znacząco pomóc.

Podaje pan dużo wyliczeń ośmieszających różne plany PiS. Oni naprawdę tego wszystkiego nie wiedzą? Nie stać ich na ekspertów?

Polityka samorządowa jest mało czytelna i łatwo poddaje się stereotypizacji. Partie mają bardzo szczątkowy dostęp do danych – nie korzystają z tych gromadzonych na potrzeby naukowe, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Czytali chyba nasz raport Nieważne głosy, ważny problem, bo tylko w nim padła – obecna w projekcie PiS – propozycja, żeby liczba kandydatów na liście nie była większa niż liczba mandatów w okręgu plus dwa.

Rozumiem, że pism naukowych nie czytają, ale tzw. partyjny teren chyba im coś podpowiada?

Tu akurat następuje największe wypaczenie informacji – przecież to niezadowoleni się żalą prezesowi. Organizacja partyjna z Gniezna, dajmy na to, dostała 30 procent głosów i przez JOW-y uzyskała tylko jeden mandat – więc będzie się domagać ich zniesienia. Jeśli zaś w Bełchatowie mając mniej niż 30 procent głosów PiS zdobył bezpieczną większość, to nie ma powodu się skarżyć. No i druga, może ważniejsza kwestia – ordynację kroi się pod bieżące sondaże i optymistyczne scenariusze. Najlepszy przykład to modyfikacja metody liczenia głosów z SainteLaguë na d’Hondta przez Sojusz Lewicy Demokratycznej w czerwcu 2002 roku. SLD prowadził, na drugim miejscu była Samoobrona, a PiS i PO akurat miały dołek, więc Sojusz przepchnął d’Hondta, a opozycja była przeciw.

I po trzech latach sami się o to potknęli…

No właśnie! Można jeszcze dziś znaleźć wpis Marka Borowskiego na blogu, gdzie zachwala metodę d’Hondta – że dzięki niej powstaną silne partie, skonsoliduje się polska demokracja i jak to dobrze, że udało się do zmian przekonać Andrzeja Leppera… Historia instrumentalnego pisania ordynacji pod siebie to nie jest House of Cards, to Gang Olsena.

Nowi wojewódzcy komisarze wyborczy, którzy będą ustalać granice okręgów w jednostkach samorządu terytorialnego, to też, pana zdaniem, komedia? Do tego nie będą musieli być niezawisłymi sędziami…

Sędziom też bym takiej sprawy nie zlecał. Jeśli chcemy odebrać taką władzę radnym, to trzeba by pokazać, że z obecnym systemem były jakieś problemy. Lepsze byłoby też jakieś ciało kolegialne o istotnym poziomie niezależności. Sprawa jest skomplikowana i delikatna, bo autorzy najwyraźniej zapomnieli o artykułach 419 i 421 ordynacji wyborczej, które głoszą, że w samorządowe okręgi wyborcze są stałe i tylko względy demograficzne albo zmiana granic danej gminy pozwalają na ich modyfikację. Inna sprawa, że są takie województwa, np. pomorskie, których zgodnie z tym projektem nie da się podzielić na okręgi tak, żeby układanka złożyła się w całość. Nie można bowiem łączyć powiatów, jeśli mają więcej niż trzy mandaty, a z kolei muszą być przynajmniej trzy mandaty w okręgu – Sopot jest w tej sytuacji, że z Gdynią ani Gdańskiem połączyć go nie można, a sam jest za mały na okręg. Chyba że zechcą go połączyć z Puckiem przez wody terytorialne…

Czyli komisarze nie będą mieli dowolności przy krojeniu okręgów?

Przede wszystkim komisarze według projektu PiS mają być powołani przez obecny skład PKW. Czym ci urzędnicy będą się kierować? A może tym, żeby wyszło to najłatwiej, np. żeby było najmniej wzorów kart wyborczych?

A PiS nie wymieni składu PKW?

Według tej ustawy – dopiero po wyborach.

Czyli gerrymandering pod PiS można zrobić…

Dopiero w roku 2022, o ile będą u władzy. Jednak ciągle nie wiadomo, co naprawdę zostanie uchwalone. Pomiędzy tym, co ogłaszają wnioskodawcy a tym, co jest w podpisanym projekcie da się zauważyć różnice. Może to z niedbałości, może jest w tym jakiś plan. Na razie jednak cały zamysł nie poraża swoją przenikliwością.

Jednym słowem: pana zdaniem podczas najbliższych wyborów samorządowych nie grożą nam poważniejsze manipulacje?

Jedenaście lat temu mówiłem o tzw. blokowaniu list, że to nie jest skok na demokrację, tylko skok na zdrowy rozsądek. Dzisiaj uważam tak samo, tylko że do tego basenu bez wody to skaczemy już z trampoliny. Weźmy na przykład na poważnie propozycję nowej metody liczenia głosów – przewodniczący musi podnieść każdy głos, obwieścić członkom komisji, na kogo padł, i dopiero wtedy jest on liczony. W największych komisjach obwodowych głosuje ponad 1500 osób, każda zaś wrzuca do urny cztery karty do głosowania. Przyjmując na każdy głos 15 sekund, ich policzenie zajmie 24 godziny nieprzerwanej pracy na najwyższych obrotach. Jak to wejdzie w życie, to w najbliższych wyborach mamy duże szanse na totalny kryzys polityczny.

A co z mianowaniem 2/3 składów komisji obwodowych i okręgowych przez partie parlamentarne?

Znowu: zacznijmy od tego, że mówimy o 24 tysiącach komisji, a więc o setkach tysięcy ludzi. Nie wiemy, ilu będzie chętnych, a ilu się zraziło po poprzednich wyborach, bo okazało się np., że książeczka do głosowania wydłuża i komplikuje im pracę. Nie wiemy, ile będzie nieważnych głosów, kto wylosuje jedynkę… Założenia, że spis treści i instrukcja cokolwiek pomogą, też nie są do końca poważne, bo ludzie nie czytają instrukcji, tylko stawiają jeden krzyżyk na jednej stronie. Wybory się zatem odbędą uczciwie, tylko będą mieć charakter losowania.

A jak wynik wyborów samorządowych przekłada się na inne wybory?

Wyniki wyborów samorządowych są mocno rozproszone, bo w Polsce mamy trzy grupy wyborców – medialnych, których interesuje przede wszystkim wielki spór PiS kontra anty-PiS, lokalnych, których interesuje własna okolica, i totalnych, czyli głosujących na obu poziomach. W wyborach samorządowych odpada około miliona wyborców medialnych, ale na ich miejsce wchodzą dwa miliony tych lokalnych.

I co to zmienia?

Całkiem sporo, bo ogólnopolskie duże partie mają zazwyczaj słabszy wynik niż w sondażach czy przypadających w podobnym okresie wyborach krajowych. Małe partie idą trochę do góry właśnie przez przypadkowe rozproszenie głosów, ale też przez inne podejście wyborców, z których część w wyborach do Sejmu i Senatu rozstrzyga pojedynek rycerzy, ale w samorządach daje wyraz bardziej subtelnym poglądom i gotowa jest poprzeć giermków – ludowców czy lewicę. Do tego dochodzą jeszcze partie regionalne i lokalne. Dynamika tych zmian jest nieprzewidywalna: jak porównamy wynik wyborów do sejmików z 2010 roku z pierwszą turą wyborów prezydenckich, to okaże się, że i PiS, i PO mają ich o średnio jedną trzecią i jedną czwartą mniej, ale też w poszczególnych województwach są ogromne różnice. To może być 98 procent – albo 46 procent wyniku uzyskanego trzy, cztery miesiące wcześniej w wyborach prezydenckich.

Czyli nic nie wiadomo?

Tylko tyle, że po wyborach mamy efekt sondażowy, efekt wybicia, po którym następuje miesiąc miodowy. Zazwyczaj nie jest on bardzo długi, ale tym razem czeka nas wyborczy trójskok – wyborcy potraktują wyniki samorządowe jako realny i wiarygodny sondaż i po nim będą się orientować na wybory europejskie i parlamentarne.

A same partie?

Oczywiście, bo partie to nie są monolity, a politycy uczą się na błędach. Przynajmniej niektórzy. Nie byłoby Zjednoczonej Prawicy, gdyby nie wybory europejskie 2014 roku. Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin dalej pielęgnowaliby swoje marzenia o niezależności, a prezes Kaczyński dalej uznawałby ich za zbędnych. Tymczasem okazało się, że oni mają 3 procent – za mało by przeżyć, ale wystarczająco, by pozbawić PiS zwycięstwa. Z drugiej strony to zupełnie uśpiło PO, przekonaną, że tak czy inaczej PiS musi się zawsze potknąć o własne nogi, a PSL jakoś sobie poradzi.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/letowska-panstwo-prawa-pis/embed/#?secret=7MEZScHo19

 

BIO

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

krytykapolityczna.pl

Piotr Zaremba: Prezes jest bliski utraty reputacji wszechmocnego

Prezydent nie tylko próbuje zyskać pozycję politycznego współrządcy państwa. Możliwe, że zmieni także – o czym się nie mówi – polski ustrój.

Rekonstrukcja rzadu została przesunięta na po głosowaniu nad wnioskiem PO o wotum nieufności dla Beaty Szydło. Jarosław Kaczyński mógł uniknąć demoralizującego spektaklu, przeprowadzając operację szybko. Jest zbyt pewny siebie, aby myśleć takimi kategoriami. Z drugiej strony w tej zwłoce kryje się rozterka. Dlatego rzecznicy tej zmiany wciąż nie są pewni finału.

Do starych wątpliwości doszły nowe. Ot, choćby żądanie Andrzeja Dudy, aby w skład nowego rządu nie wchodził Antoni Macierewicz. Przy czym prezydent zapowiada, że po prostu nie powoła szefa MON. A to on wręcza tekę każdemu ministrowi.

Dla Kaczyńskiego to kłopot. Sam miewa dosyć samowolnych gestów ministra. Ale ma też poczucie, że za Macierewiczem stoją emocje społeczne części PiS-owskiego elektoratu. Na dokładkę, kiedy żądanie prezydenta „wyciekło”, prezes jest bliski utraty reputacji wszechmocnego. Znów widać, że rekonstruować trzeba było szybko.

Andrzej Duda sięgał już po rozszerzające interpretacje własnych uprawnień. Kiedy odmawiał zaprzysiężenia wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Albo kiedy odmawiał mianowania sędziów wskazanych przez Krajową Radę Sądownictwa. Większość prawników uważała, że w tych sytuacjach głowa państwa jest tylko notariuszem dopełniającym procedurę, ale niekierującym się własnym osądem. On uznał inaczej. Trudno wskazać przepisy wprost kwestionujące jego logikę.

Jeszcze mocniej można podważać jego decyzję o niemianowaniu ministra, którego wskaże w swoim wniosku premier. Doktryna uznaje, że w systemie parlamentarno-gabinetowym skład rządu jest domeną większości sejmowej. Ta większość wygrywa wybory z programem dotyczącym wszystkich dziedzin życia, także obronności. Jeśli prezydent miesza się do nominacji, staje się kolejnym koalicjantem.

Tyle że PiS popierał poprzednie decyzje rozszerzające uprawnienia prezydenta, bo były w jego interesie. Teraz stanie na straży czystości systemu parlamentarno-gabinetowego? Czy z kolei przeważnie sympatyzujący z opozycją prawnicy będą oprotestowywać prezydencki „dyktat”, gdy stawką stanie się zablokowanie znienawidzonego Macierewicza. Nie spodziewam się uchwał rad wydziałów prawa. O ile do publicznego sporu w ogóle dojdzie.

Co najważniejsze, nikt nie ma prawnych narzędzi zablokowania prezydenckiej decyzji. Nawet gdyby Trybunał Konstytucyjny miał okazję się w tej sprawie wypowiedzieć. Wiemy, co ma się dziać z uznanymi za niekonstytucyjne ustawami parlamentu. Prezydent jest za to panem pola. Ma niewiele okazji, żeby okazać swą przewagę nad innymi organami. Ale w tych przypadkach może to zrobić skutecznie – jeśli pominąć fantastyczny scenariusz stawiania go przed Trybunałem Stanu.

Żaden polski prezydent nie zaszedł tak daleko w prawnym rozpychaniu się jak Andrzej Duda. Oczywiście instrument związany z niemianowaniem ministra jest czymś wyjątkowym. Następna wymiana rządu odbędzie się dopiero po wyborach 2019. A po swoim powołaniu ministrowie przed prezydentem nie odpowiadają.

Ale i w bieżących materiach związanych z administrowaniem obronnością i polityką zagraniczną Andrzej Duda przyjmuje maksymalnie korzystną dla siebie interpretację konstytucji. Za kulisami współpracownicy Macierewicza próbują z tym polemizować, ale za Lecha Kaczyńskiego PiS popierał traktowanie tych sfer jako częściowo prezydenckich. Teraz sprzyja temu to, że kłótnia odbywa się w politycznej rodzinie, trudniej powoływać się na wyborców: Duda i PiS wygrali wspólnie. Zresztą być może sam PiS po części potwierdzi taki scenariusz – jeśli rząd Kaczyńskiego zacznie wysyłać prezydenta na europejskie szczyty.

Z ludzkiego punktu widzenia Andrzej Duda odwołuje się do dziedzictwa i przekonań Lecha Kaczyńskiego, u którego boku terminował. I uważa, że tamten, jego prezydent niepotrzebnie wycofał się w roku 2007 z blokowania kandydatury Radka Sikorskiego jako ministra spraw zagranicznych w rządzie Tuska. Oczywiście skrajnie inny był wtedy polityczny układ sił. On jednak ma zamiar być bardziej uparty.

Prezydent próbuje zmieniać ustrój na nadal parlamentarno-gabinetowy, ale z elementami prezydenckimi (mieszanymi). Wymiana rządu, jeśli do niej dojdzie, da mu dodatkową okazję. Niekoniecznie łamie konstytucję. Może wskazać na konstytucyjne deklaracje czyniące go zwierzchnikiem sił zbrojnych i reprezentantem państwa na zewnątrz, także na mandat z powszechnych wyborów. Ustrój to coś żywego, zależnego także od stopnia determinacji poszczególnych graczy. Dlaczego z tego nie skorzystać?

dziennik.pl

Prof. Matczak ostro o pomysłach PiS: Zamach na demokrację, za chwilę nie będzie sensu organizować wyborów

Sejm przeprowadził pierwsze czytanie projektu, który wprowadza zmiany m.in. w Kodeksie wyborczym. Profesor Marcin Matczak z wydziału prawa i administracji Uniwersytetu Warszawskiego w ostrych słowach skomentował najnowsze pomysły PiS.

Majstrowanie przy ordynacji wyborczej jest zabójcze dla demokracji – ocenił prof. Marcin Matczak w „Kropce nad i” w TVN24.

Ja nie rozumiem kierunku tej zmiany. W jaki sposób – można powiedzieć – że bardziej przejrzyste będą wybory, których już nie mają kontrolować sędziowie – dodał.

Według prof. Matczaka, zamiast sędziów będziemy mieli do czynienia z komisarzami politycznymi, którzy będą liczyli głosy i wyznaczali okręgi wyborcze.

Wyznaczanie okręgów jest najczęstszym na świecie sposobem manipulacji wynikami wyborów. Wyznacza się te granice w taki sposób, żeby większość wspierających daną partię była w tym danym okręgu – tłumaczył prof. Matczak.

Tak jego zdaniem dzieje się właśnie na Węgrzech.

Słyszałem o tym, że pan premier Orban wkłada bardzo duży wysiłek, żeby poznać bardzo precyzyjnie preferencje poszczególnych Węgrów na podstawie kodów pocztowych, właśnie po to, żeby móc tak ukształtować okręg, żeby w każdym była większość osób, która go popiera – powiedział gość „Kropki nad i”.

Prof. Matczak zwrócił przy tym uwagę, że „nie ma już Trybunału Konstytucyjnego”, a za chwilę „nie będzie Sądu Najwyższego”.

Dla mnie to chyba najpoważniejszy zamach na demokrację i on może doprowadzić do tego, że właściwie za chwilę nie będzie sensu organizować wyborów, bo (…) wszystko będzie sterowane politycznie – dodał.

Projekt zmian m.in. w Kodeksie wyborczym złożony przez PiS zakłada wprowadzenie dwukadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, likwidację jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do rad gmin, zmniejszenie liczebności mandatów w okręgach wyborczych do rad powiatów i sejmików województw. Przewiduje reformę Państwowej Komisji Wyborczej: PiS chce, by 7 na 9 jej członków wybierał Sejm (obecnie 9-osobowy skład tworzy po 3 sędziów delegowanych tam przez TK, Sąd Najwyższy i Naczelny Sąd Administracyjny.

dziennik.pl

„Oszukała go”. Kulisy wyborów w Nowoczesnej

Marcin Wojciechowski*, 28.11.2017

© pap– Oszukała go, jasne że go oszukała. Ryszard spytał Kaśkę wprost czy będzie kandydowała i odpowiedziała, że nie. W żywe oczy mu tak powiedziała. A potem wyjechała z tą propozycją kandydowania na niby… Jak wyglądały wybory przewodniczącego Nowoczesnej? Czy Ryszard Petru zostanie w swojej partii?

– Liczyliśmy jak będą głosowały regiony, ale były fluktuacje i do końca nie było wiadomo kto wygra. Zdecydowało pięć głosów – mówi jeden ze współpracowników Ryszarda Petru. – Do środy deklarowałem, że będę głosował na Ryszarda – mówi działacz N z Warszawy, – ale kiedy w czwartek dowiedziałem się z telewizji, że Ryszard oddał prezydenturę Warszawy Platformie, i to za nic, zdecydowałem się głosować na kontrkandydata, niezależnie od tego kto nim był. A razem ze mną co najmniej kilka osób”. W głosie słychać żal. – Przecież to była po prostu kapitulacja przed Platformą, oddanie kandydowania bez walki. I w dodatku zarząd partii nawet o tym nie wiedział – tłumaczy. – Chrzani! – odpowiada ten pierwszy – Ta decyzja była bardzo dobrze przyjęta przez media i przez społeczeństwo. Było oczekiwanie na porozumienie, odczuwaliśmy presję żeby nie konkurować z PO, żeby wreszcie się dogadać. W mediach i internecie Ryszard dzięki tej decyzji zapunktował – . Działacz z Warszawy: – Na posiedzeniu struktur warszawskich na dwa dni przed wyborami szefa partii, Ryszard przekonywał, podawał dosłownie kilkadziesiąt argumentów, ale myśmy się poczuli po prostu zdradzeni. Po posiedzeniu Ryszard musiał łapać w korytarzu poszczególnych delegatów, tłumaczyć na osobności dlaczego oddał Warszawę.

Nigdy przedtem tak nie robił, to zawsze był przecież lider, założyciel. Teraz widać było, że jest w gorączce. Pewnie myślał, że ten manewr z poparciem Trzaskowskiego na prezydenta i Pawła Rabieja na wiceprezydenta będzie takim rzutem na taśmę, że na chwilę przed wyborami odpali sukces i na tym sukcesie wygra wybory. No, to się przeliczył. Dla nas w Warszawie to była porażka. Jak teraz mamy negocjować z PO listy wyborcze do Rady Warszawy i do rad dzielnic? przecież pozbyliśmy się największego atutu? – pyta retorycznie działacz.

Petru oddając kandydowanie na prezydenta Warszawy Rafałowi Trzaskowskiemu zdobył uznanie dziennikarzy i wyborców od dawna czekających na zjednoczenie opozycji. Ale w wyborach szefa Nowoczesnej głosują działacze partii, a nie dziennikarze, ani wyborcy. A z punktu widzenia pojedynczego działacza najważniejsze jest, aby to on dostał się do rady miasta. Partia może nawet otrzymać mniej głosów, a interes całego kraju to z poziomu pojedynczego działacza zaledwie odległe echo. Dlatego manewr z Trzaskowskim stał się dla Ryszarda Petru gwoździem do trumny. Stracił brakujące głosy, a pewnie nawet nieco więcej.

Przeciwko Ryszardowi Petru głosowało nie pięć, a 149 osób. Jak to się stało, że założyciel partii, jej pomysłodawca, twórca i niekwestionowany lider, po zaledwie dwóch latach od wprowadzenia partii do parlamentu musiał wyjść z sali pokonany?

© pap

Upadek Ryszarda Petru

Początkiem końca Petru nie był sławetny wyjazd na Maderę, tylko to, co było potem. Wróciwszy z Portugalii przekonywał członków partii, że w Polsce prywatne życie polityka nie rzutuje na jego karierę. Tymczasem w mediach już zaczęła się wrzawa wokół tej nieszczęsnej wycieczki. Otoczenie rozpaczliwie namawiało: – Ryszard, zrób coś z tym. Musisz szybko wystąpić przed mediami i wyjaśnić sprawę, przeprosić -. Petru doradców się nie słuchał, a dla współpracowników miał coraz dziwniejsze opowieści, włącznie z tym, że o rzekomym „ataku medialnym” na niego wiedział już wcześniej. I pogrążał się coraz bardziej. Zaraz po powrocie dziarskim krokiem poszedł w sidła zastawione na niego przez Jarosława Kaczyńskiego. Rzekome konsultacje u Marszałka Senatu w sprawie zakończenia kryzysu związanego z okupacją sali sejmowej doprowadziły do rozbicia opozycji i przekazania inicjatywy politycznej w ręce Kaczyńskiego. O pójściu na rozmowy z Kaczyńskim współpracownicy Petru dowiedzieli się z mediów. Z telewizji dowiedzieli się też, że Nowoczesna nigdy nie okupowała mównicy. I nic to, że na zdjęciach było widać, jak sam Ryszard Petru stoi bezpośrednio przy niej.

To wtedy  zobaczyli coś, czego dawali się wcześniej nie dostrzegać: że Petru nie ma ani doświadczenia w polityce, ani intuicji politycznej, że jest chaotyczny i działa bezplanowo, z dnia na dzień, że nie szanuje współpracowników, że zachowuje się w Nowoczesnej jak pan i władca. Dopóki sondaże były wysokie, nikomu to nie przeszkadzało. Zaczęło przeszkadzać wtedy, gdy z poziomu ponad 20 proc. zjechały o połowę, a potem nawet poniżej 5 proc. Wcześniej, kiedy Petru, jak to on, nie odbierał telefonu, działacze mówili z szacunkiem – pewnie jest zajęty, ma tyle pracy -. Teraz w takie samej sytuacji zaczęli mówić: Gbur. Nikogo nie szanuje.

Jeden z posłów i najbliższych współpracowników zaczął wówczas objeżdżać struktury terenowe mówiąc w kuluarach: – ten idiota ciągnie nas w dół, musimy coś z tym zrobić – . Jeszcze kilka miesięcy wcześniej było to niemożliwe. Teren uwielbiał przewodniczącego, szeregowi członkowie przepychali się, aby zrobić sobie z nim selfie.

Ale zimą posłowie nagle poczuli się tak, jakby nikt nimi nie dowodził. Lider ani nie potrafił zgasić pożaru wywołanego Maderą, ani potem nie zarysował żadnego pomysłu na odzyskanie poparcia. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej euforia związana z sondażami na poziomie 25% i dalej rosnącymi, powodowała, że jedna z posłanek szła w nocy ulicami Warszawy krzycząc „bo my jesteśmy piękni i młodzi”. Teraz partii zajrzało w oczy widmo porażki, po raz pierwszy od wyborów do polityków N dotarło, że wybory można nie tylko wygrywać, ale i przegrywać. I że nikt nad tym nie panuje, że trzeba się ratować na własną rękę. Część posłów chciała przejść do PO. W klubie huczało od plotek, że spotkania grupy secesjonistów odbywają się w gabinecie wicemarszałek Barbary Dolniak. Ostatecznie z dwunastu osób zdecydowały się na to trzy, a pół roku później dodatkowo Zbigniew Gryglas poszedł w inną stronę.

Pozostali zaczęli gorączkowo myśleć o tym jak się ratować – niektórzy powołali stowarzyszenia stanowiące szalupy ratunkowe dla poszczególnych osób, inni próbowali doprowadzić do zmian wewnątrz partii. Przewodniczącego klubu można odwołać w każdej chwili, więc Petru został zmuszony do ustąpienia z tej funkcji. Dodatkowo jego sympatia Joanna Schmidt musiała wycofać się z zarządu partii, a identyfikowany jako najbliższy współpracownik Petru Paweł Rabiej został w złej atmosferze zwolniony z funkcji rzecznika prasowego partii. Mediom powiedziano, że chodzi o usprawnienie pracy klubu, a Rabiej sam zrezygnował, bo miał za dużo obowiązków.

O usunięciu Petru z funkcji przewodniczącego ugrupowania nie mogło być mowy, gdyż wybory przypadały dopiero jesienią. A przede wszystkim nie było pomysłu na to, kto może go zastąpić. Petru dostał zatem w prezencie pól roku na odbicie się. I pokazanie, że ma pomysł na to jak odzyskać poparcie w sondażach.

Ryszard Lwie Serce?

Początkowo nawet szło nieźle. „Zmienił się” – opowiadał o Ryszardzie Petru anonimowy pracownik biura – Ktoś musiał mu powiedzieć, że źle traktował ludzi, bo teraz zaczął się do nich uśmiechać, zagadywał. – Tak, nawet parę razy prosił jakąś osobę, żeby przekazała innej, że ją ceni. Sam jeszcze nie był w stanie tego powiedzieć, ale to i tak postęp-  – dodaje inny. Punktem odbicia miała być konwencja programowa partii w hali na warszawskim Ursynowie, w maju. Wyszło dobrze, na bogato. Były światła, energetyczna muzyka, na scenę wbiegali muzycy z wielkimi tam-tamami. Usadowieni w pierwszym rzędzie wśród publiczności politycy PO musieli odnieść wrażenie, że Nowoczesna ma duże pieniądze, a nie liczony w milionach dług, jak to jest naprawdę. Trwające w nieskończoność opowieści o sukcesach poszczególnych struktur regionalnych miały przykryć fakt, że w kilku województwach struktur nie ma praktycznie w ogóle, a w pozostałych istnieją tylko w wielkich miastach, powiaty to pustynia. Udało się, było głośno, kolorowo, z życiem. I był wyraźny pomysł: jasno sformułowany powrót do liberalnych korzeni, gospodarki wolnorynkowej i liberalizmu obyczajowego. Wyraźnie było widać kto jest liderem, a dziennikarze odnieśli wrażenie, że przywództwo Petru jest niekwestionowane.

Dziennikarze nie zostali wpuszczeni na zamkniętą część obrad. I to właśnie tam nastąpił pierwszy atak. Kamila Gasiuk-Pihowicz dość niespodziewanie wystąpiła przeciwko Petru. Uważano ją za osobę bliską mu politycznie, to on mianował ją rzeczniczką prasową partii i szefową struktur mazowieckich. Do Nowoczesnej trafiła poprzez męża, Michała, który wiele lat wcześniej był asystentem Ryszarda Petru w Unii Wolności, a w N pełnił rolę jego zaufanego człowieka. W kampanii wyborczej Pihowicz kiedy trzeba było pracował nawet jako kierowca Petru, a wśród działaczy było wiadomo, że to oznacza najwyższe zaufanie lidera, bo kierowca słyszy z kim i o czym lider rozmawia w czasie jazdy. Dlatego nikt się nie zdziwił, kiedy Pihowicz otrzymał funkcję skarbnika partii, mimo, że na finansach się nie znał.

Kamila początkowo była traktowana po prostu jako żona Michała, ale szybko okazało się, że dobrze występuje, potrafi mówić. Prawdziwą karierę zaczęła zaraz po wyborach, kiedy PiS przypuścił atak na Trybunał Konstytucyjny. Stała się ekspertką od konstytucji, zaczęła bywać w mediach, zaczęła być rozpoznawalna. Podobno w kuluarach zapytana czy widzi siebie jako przyszłego ministra sprawiedliwości odparła, że raczej jako premiera. I przestano to traktować jak żart, kiedy na zamkniętej części obrad na Ursynowie rzuciła Ryszardowi Petru w twarz „bardzo się na tobie zawiodłam, Ryszardzie!” Wtedy stało się jasne, że Gasiuk-Pihowicz rzuca mu rękawicę. Pretekst był słaby, poszło o okładkę „Wprost” na której Petru pozował razem z Joanną Schmidt. Gasiuk-Pihowicz występowała z pozycji wysokomoralnych, udawała, że oburzyło ją iż żonaty mężczyzna pokazuje się publicznie z inną kobietą. Zebrani wyśmiali ją, ale ziarno zostało zasiane.

Dwa miesiące później, kiedy przez kraj przetoczyła się fala protestów przeciwko tzw. reformie sądów, na scenach ustawionych przez demonstrantów Kamila Gasiuk-Pihowicz przemawiała ze swadą i była bardzo dobrze przyjmowana. W mediach też uznawano ją za jedną z nieformalnych liderek protestów. A Ryszard Petru nawet nie został wpuszczony na scenę jednej z demonstracji. W strukturach partyjnych  zaczęło się mówić, że Ryszard jest już zgrany, a Kamila to świeża siła. – Teren jej nie zna – mówi, przytaczany wcześniej współpracownik Petru – naoglądali się telewizji, nasłuchali, że publicyści ja popierają i uwierzyli, że się nadaje. A funkcja przewodniczącego dużej partii ją po prostu przerasta. Gdyby ją poznali bliżej, to by się przekonali, że to autorka jednego przeboju, potrafi tylko w kółko opowiadać o konstytucji i nic więcej – mówi.

Wkrótce później w „Gazecie Wyborczej” ukazał się duży wywiad z Gasiuk-Pihowicz, a wielkie zdjęcie na pierwszej stronie nie pozostawiało wątpliwości: Wyborcza mianowała Kamilę kandydatką na szefa Nowoczesnej. – Trzeba było ich wyrzucić od razu po aferze z utratą funduszy z PKW. Oboje. Michała i Kamilę. I byłby spokój. Ryszard jest za dobry, pozwolił im rosnąć – mówi zwolennik Petru. Ale teraz już było za późno. Nadejście jesieni oznaczało rozpoczęcie kampanii wyborczej w Nowoczesnej, wyrzucanie kogokolwiek w takim czasie jest niemożliwe. W regionach trwały zwyczajowe przepychanki, działacze zajęci spieraniem się o stołki dla siebie nie myśleli o wyborach centralnych. – To były naprawdę demokratyczne wybory. Wszystko przebiegało uczciwie, tak jak powinno w normalnej partii, nie było nacisków z góry – mówi współpracownik Ryszarda Petru. – Spieraliśmy się między sobą o lokalne sprawy, o wyborach lidera partii nikt nie myślał. Kamila? Nie przychodziła do nas – mówi lokalna działaczka. A to było z korzyścią dla dotychczasowego przywódcy, bo w ten sposób wygrywa inercja.

Sondaże nieco poszły w górę, to już nie były okolice progu wyborczego, tylko w jednym nawet 9 proc.. Na miesiąc przed wyborami wydawało się, że niespodzianki nie będzie. Przeciwko Ryszardowi Petru zgłosił się tylko Piotr Misiło, lokalny działacz ze Szczecina, który zresztą dopiero co przegrał wybory na szefa struktur zachodniopomorskich. Kamila się nie zgłaszała, podobno wyjechała na urlop. Na zarządzie partii ktoś stwierdził, że trzeba zgłosić jakąś poważną kandydaturę, bo jeśli będą kandydowali tylko Ryszard i Misiło, to media uznają to za kabaret i ustawkę. Współpracownik Ryszarda Petru: – Kiedy Ryszard spytał co w tej sytuacji robić, ta osoba zaproponowała, że może się sama zgłosić, a kiedy konwencja wyborcza się rozpocznie, to ogłosi rezygnację i poprosi o głosowanie na Petru”. Osobą tą była Katarzyna Lubnauer.

Kto zdradził Ryszarda Petru?

– Oszukała go, jasne że go oszukała. Ryszard spytał Kaśkę wprost czy będzie kandydowała i odpowiedziała, że nie. W żywe oczy mu tak powiedziała. A potem wyjechała z tą propozycją kandydowania na niby… Była ustawiona z Kamilą. Dogadały się, że Kamila bierze szefostwo klubu poselskiego, a Kaśka szefostwo partii – mówi działacz. Inna wersja: – Dogadały się, ale dopiero na ostatniej prostej, przedtem Kamila myślała o startowaniu -. To dlaczego przed samymi wyborami wycofała się? – Wystraszyła się, doszła do wniosku, że dla niej to za trudne.

Katarzyna Lubnauer przewodniczącą klubu poselskiego została w marcu i wydawało się, że to zaspokoi jej ambicje. W partii nie miała wyrobionej pozycji, jeszcze dwa lata temu Petru trzymał ją dwie godziny pod gabinetem – kiedy przyszła na umówione spotkanie przewodniczący przez sekretarkę kazał jej czekać. Nie jeździła zbyt wiele po regionach, większość działaczy po prostu jej nie znała. Nie była współtwórczynią partii od samego początku, uważano ją za osobę merytorycznie sprawną, ale bez talentu polityka wiecowego. Na przewodniczącą klubu dobra, w przyszłości na ministra edukacji również, ale nic więcej.

„To cyborg” – mówi współpracownik Petru – Widać było, że ją ciągnie do stanowisk, że nie może się doczekać”. Odkąd została przewodniczącą klubu zaczęła być bardziej otwarta, uśmiechała się, wychodziła do ludzi. Działacz z Łodzi: „dla nas od początku było jasne, że Kasia nadaje się do najwyższych stanowisk w państwie. Ryszard to po prostu ekonomista, a Kasia ma ugruntowane poglądy, szerokie horyzonty, wiedzę z różnych dziedzin życia. Namawialiśmy ją do kandydowania”. Działacz z Warszawy: „nie znam dokładnie jej poglądów, głosowałem na nią, bo nie mogłem zagłosować na Ryszarda.

Na kilka dni przed wyborami z kandydowania oficjalnie wycofała się Kamila Gasiuk Pihowicz i zaapelowała o głosowanie na Katarzynę Lubnauer. To był duży zastrzyk głosów. Podobnie zrobił Paweł Pudłowski, a podczas samej konwencji to samo zrobił Piotr Misiło i pewnie tych dwóch kandydatów dało niezbyt wiele głosów Katarzynie Lubnauer, ale w sytuacji gdy liczył się każdy głos, było to istotne. W efekcie 149 głosów które Katarzyna Lubnauer otrzymała w sobotę to mozaika zwolenników tych trojga kandydatów, jak również przeciwników Ryszarda Petru, którym było wszystko jedno na kogo głosowali, aby nie na Petru i nieznanej liczby zwolenników samej Katarzyny Lubnauer. A to oznacza, że wygrała osoba, która sama większościowego poparcia nie ma. Zależy od poparcia innych polityków. Teraz będzie dopiero musiała wypracować sobie poparcie większości partii.

Paradoksalnie największym poparciem w partii cieszy się nadal Ryszard Petru. Już nie większościowym, ale nikt inny nie ma tak dużego osobistego poparcia jak on. W dodatku zapewniał partii ok. 200 000 złotych miesięcznie z wpłat od zwolenników. I jest tego świadomy. Nie zamierza rezygnować z Nowoczesnej.  -To wcale nie jest jego koniec – mówi jego współpracownik „teraz po prostu od Kasi zależy jak go zagospodaruje, co ma mu do zaproponowania. Nie w jego interesie, tylko w interesie partii i jej własnym, jeżeli nie chce żeby doszło do rozpadu. Tymczasem ona nie ma na to żadnego pomysłu. Była o to pytana, nie miała żadnej odpowiedzi -. Najprostszym rozwiązaniem byłoby zaoferowanie Ryszardowi Petru stanowiska przewodniczącego klubu, ale to jest już zarezerwowane dla Kamili Gasiuk-Pihowicz. Lubnauer nie może sobie pozwolić na wojnę z nią, bo dzięki niej została przewodniczącą, więc jest od niej w dużym stopniu uzależniona. „Ciekaw jestem jak Lubnauer wywiąże się z tej obietnicy, bo ok. połowy członków klubu już zapowiedziało, że nie ma zamiaru głosować na Kamilę -.

Mogłaby jej w zamian zaoferować kandydowanie na prezydenta Warszawy, ale to nie jest pewny chleb, bo te wybory najpierw trzeba wygrać, a poza tym wiązałoby się to z odsunięciem Pawła Rabieja, blisko związanego z Petru, więc zamiast pokoju z nim miałaby znowu wojnę, tylko na innym froncie. Można też stworzyć dla Petru nowe stanowisko, np. przewodniczącego Rady Politycznej, tylko że najpierw trzeba tę Radę stworzyć i w dodatku tak ją umocować, żeby dzięki niej Petru nie mógł odzyskać kontroli nad partią. Zwolennicy Petru też nie mają koncepcji na to co dalej. Dzień po przegranych wyborach zbierali się z przygnębionymi minami rozważając możliwe scenariusze, widać było, że sami nie mieli planu B na wypadek przegranej lidera. Rodzą się pomysły na nową partię, tylko kto miałby na nią głosować?

Pierwszym sprawdzianem politycznym dla Lubnauer będą wybory samorządowe za rok. Niezwykle trudne wyzwanie, bo ogólnokrajowe sondaże są dla Nowoczesnej niekorzystne, a w wyborach do sejmików wojewódzkich wyborcy głosują tak, jak w ogólnokrajowych wyborach do Sejmu. Od wielu miesięcy N ma ok. 7 proc., tylko, że ordynacja jest inna niż w wyborach do Sejmu i w praktyce te 7% procent może nic nie dać. W dodatku w dużych miastach PO ma lepszych, bardziej popularnych kandydatów, a różnice są ogromne: we Wrocławiu, Łodzi, Warszawie na kandydatów PO chce głosować kilka razy więcej wyborców niż na kandydatów Nowoczesnej. W tej sytuacji słowa Lubnauer sprzed kilku dni o potrzebie „symetrii” w umowie koalicyjnej z PO wydają się bujaniem w obłokach.

Tym bardziej, że do zwycięstwa w wyborach samorządowych potrzebne są prężne struktury partyjne. Ktoś musi rozlepiać plakaty, ustawiać krzesełka na zebraniach, rozdawać ulotki, nie mówiąc o samym kandydowaniu na radnych. Jak to z zrobić w tych dziesiątkach powiatów, w których Nowoczesna nie ma struktur w ogóle, nie ma nawet jednego członka? W wielu miejscach kraju Nowoczesna nie istnieje, z punktu widzenia mieszkających tam milionów Polaków Nowoczesna funkcjonuje tylko w mediach.

Na początku Katarzynę Lubnauer czeka zwyżka sondażowa, bo nowi liderzy zawsze wzbudzają nadzieje. Potem już tylko trudności: dogadanie się z Petru, z Platformą, wybory samorządowe, , budowa struktur regionalnych. Ryszard Petru tracąc partię, którą sam stworzył, zaliczył porażkę, jakiej w polskiej polityce jeszcze nie było. Ale kiedy się po tej kompromitacji otrząśnie, może nawet będzie wdzięczny Katarzynie Lubnauer, że wybawiła go od wypicia piwa, którego sam nawarzył.

*Marcin Wojciechowski jest pubicystą magazynu Liberte!

newsweek.pl

Kryzys w MON dotknął nawet najbliższe otoczenie Macierewicza

W resorcie panuje schyłkowa atmosfera. Choć niezachwianą pozycję ma w nim podsekretarz stanu Bartłomiej Grabski. Szara eminencja resortu, odpowiedzialny za kadry. Mówi się o nim, że to bardziej cywilizowana i skuteczniejsza wersja Bartłomieja Misiewicza. Jak podają nasze źródła w MON, sam Misiewicz też nadal współpracuje z Macierewiczem i jest widywany w ministerstwie.

Polityk PiS zajmujący się problematyką wojskową: – Kryzys dotknął nawet najbliższe otoczenie ministra.

Niezachwianą pozycję ma w nim podsekretarz stanu Bartłomiej Grabski: szara eminencja resortu, odpowiedzialny za kadry. Mówi się o nim, że to bardziej cywilizowana i skuteczniejsza wersja Bartłomieja Misiewicza. Jak podają nasze źródła w MON, sam Misiewicz też nadal współpracuje z Macierewiczem i jest widywany w ministerstwie.

Wiceministrowie Michał Dworczyk i Bartosz Kownacki są poważnie poróżnieni. Obaj młodzi i ambitni, więc o konflikt nie było trudno. Formalnie spór dotyczył tego, że Wojska Obrony Terytorialnej, za które odpowiada Dworczyk, są zaopatrywane z pominięciem Kownackiego, który odpowiada za kontrakty zbrojeniowe.

Polityk Prawa i Sprawiedliwości: – Macierewicz jest gotów zrzucić na Kownackiego wszystkie niepowodzenia w dziedzinie kontraktów zbrojeniowych. Po targach zbrojeniowych w Kielcach minister odwiedził jedną z firm, którą od początku urzędowania wycinał przy wszelkich zamówieniach. Przeprosił i powiedział, że został wprowadzony w błąd. Ciekawe, przez kogo? Sam Kownacki też ma dość. W półprywatnych rozmowach mówi, że nie ma ochoty dłużej świecić oczami za szefa. Dworczyk jest teraz w łaskach ministra, ale to też tylko zderzak.

POLITYK Z PIS

Macierewicz jest gotów zrzucić na Kownackiego wszystkie niepowodzenia w dziedzinie kontraktów zbrojeniowych

Wiceminister Tomasz Szatkowski miał obiecany wyjazd na placówkę zagraniczną. Teraz liczy na to, że zostanie szefem Polskiej Grupy Zbrojeniowej. W każdym razie nie ma ochoty zagrzewać miejsca w MON. Kto na jego miejsce? Spekuluje się, że mogłaby być to Anna Siarkowska, która też nie ma zbyt bogatego doświadczenia w armii. Do Sejmu dostała się z list Kukiz’15, ale niedawno przeszła do PiS. Ta 35-latka studiowała politologię w Siedlcach i bezpieczeństwo w Akademii Obrony Narodowej; była działaczką Młodzieży Wszechpolskiej.

Polityk zbliżony do MON: – W resorcie panuje schyłkowa atmosfera. Wszystko wstrzymane, ludzie czekają, co będzie z ministrem.

newsweek.pl

Błaszczak: szef PE ulega fake newsom i propagandzie totalnej opozycji

Szef PE Antonio Tajani ulega fake newsom, fałszywej propagandzie i kłamstwom, kierowanym do niego przez totalną opozycję z Polski – tak szef MSWiA Mariusz Błaszczak skomentował zapowiedź szefa PE, że zwróci się do premier Beaty Szydło o zapewnienie bezpieczeństwa polskim europosłom.

Podczas sobotniej demonstracji narodowców w centrum Katowic, zdjęcia eurodeputowanych PO, którzy głosowali za rezolucją Parlamentu Europejskiego w sprawie naruszania przez Polskę fundamentalnych wartości UE, zawisły na atrapach szubienic.

We wtorek w radiowej Jedynce, szef MSWiA ocenił sobotnie działania narodowców, jako „głupie”. „Oni wpisują się, niestety w to wszystko, co wymierzone jest przeciwko Polsce” – podkreślił.

Zdaniem Błaszczaka, o wydarzeniu w Katowicach zrobiło się głośno, dlatego, że w Polsce „jest totalna opozycja, politycy, zainteresowani powrotem za wszelką cenę do władzy i realizacją osobistych korzyści”.

Szef MSWiA skomentował również zapowiedź szefa PE Antonio Tajaniego, iż zwróci się do premier Beaty Szydło o zapewnienie bezpieczeństwa polskim europosłom w związku z wieszaniem ich portretów na atrapach szubienic przez narodowców. Błaszczak stwierdził, że Polska jest krajem bezpiecznym, w odróżnieniu od wielu państw na Zachodzie. W jego ocenie, Tajani „ulega fake newsom, fałszywej propagandzie i kłamstwom, kierowanym do niego przez totalną opozycję z Polski”. „To nie jest opozycja wobec rządu, to jest opozycja wobec Polski. Jest pytanie zasadnicze, czy to tylko strategia PO?, czy też mamy do czynienia z realizacją planu Kremla?” – pytał minister.

„Obecna Polska jest krajem, który zapewnia swobodę wypowiedzi, wolności osobiste, ale to się wielu nie podoba. Na przykład tej grupie, która każdego 10. (dnia miesiąca) próbuje zablokować zgromadzenie (na Krakowskim Przedmieściu). Oni sami mówią o tym, że są gotowi łamać prawo. Oni działają niczym bojówki” – mówił Błaszczak.

Minister przywołał też tzw. „Błękitny Marsz” na czele którego – jak wskazywał – szedł Donald Tusk. „Na tym marszu w 2006 r., zwolennicy PO nieśli szubienicę z powieszonym portretem ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Można by powiedzieć, stosując retorykę PO, że na czele ówczesnego marszu faszystowskiego szedł Donald Tusk” – oświadczył.

W sobotę na placu Sejmu Śląskiego w Katowicach, przy pomniku Wojciecha Korfantego, zgromadziło się – według policji – ok. 70 przedstawicieli środowisk narodowych. Zgromadzenie zgłoszono pod nazwą „Stop współczesnej Targowicy”. Organizatorzy powiesili na symbolicznych szubienicach zdjęcia europosłów, którzy zagłosowali za rezolucją Parlamentu Europejskiego ws. praworządności w Polsce.

Doniesienie do prokuratury po sobotniej demonstracji przesłali działacze Komitetu Obrony Demokracji – przywołując dwa przepisy Kodeksu karnego: dot. publicznego nawoływania do popełnienia zbrodni (art. 255 par. 2 Kodeksu karnego) oraz gróźb bezprawnych wobec europosłów (art. 190 kk).

Jak podawała policja, w trakcie demonstracji nie doszło do „gwałtownego naruszenia porządku, które wymagałoby natychmiastowej interwencji policjantów obecnych na miejscu”. Mundurowi analizują jednak przebieg manifestacji „w związku z propagowanymi przez uczestników treściami oraz formą ich prezentacji”.

Katowicka prokuratura nie zdecydowała w poniedziałek, czy rozpocznie śledztwo, czy też umorzy sprawę sobotniej demonstracji narodowców w Katowicach. Zwróciła sprawę policji, która ma przesłuchać świadków. Postępowanie w tej sprawie zapowiedział w poniedziałek minister sprawiedliwości, prokurator generalny Zbigniew Ziobro.

Parlament Europejski przyjął w połowie listopada rezolucję wzywającą polski rząd do przestrzegania postanowień dotyczących praworządności. PE wyraził m.in. zaniepokojenie proponowanymi zmianami w przepisach dotyczących polskiego sądownictwa, które „mogą strukturalnie zagrozić niezawisłości sądów i osłabić praworządność w Polsce”. W dokumencie znalazł się też apel PE do polskiego rządu, by potępił „ksenofobiczny i faszystowski” Marsz Niepodległości.

Przeciwko rezolucji głosowali europosłowie PiS, SLD wstrzymało się od głosu, eurodeputowani PSL nie wzięli udziału w głosowaniu. Większość PO wstrzymała się od głosu, ale sześciu europosłów poparło ten dokument. Byli to: Michał Boni, Danuta Huebner, Danuta Jazłowiecka, Barbara Kudrycka, Julia Pitera i Róża Thun. Ich zdjęcia narodowcy zawiesili na szubienicach.

rp.pl

Nędza konserwatystów

Jerzy Surdykowski

Czy istnieją jeszcze jacyś konserwatyści?

Głupie pytanie! Przecież wielu działaczy partii rządzącej za nich się podaje. Nieprawda, w szacownym konserwatywnym przebraniu ukrywają się bezbarwni oportuniści albo jeszcze gorzej – polityczni szalbierze. Całkowitą pewność będziemy mieli po uchwaleniu procedowanych właśnie ustaw o sądownictwie i ordynacji wyborczej. Ale ktoś je obmyślił, napisał i głosował w pierwszym czytaniu, skoro zaszły aż tak daleko. Bo przecież nie konserwatyści…

Kim jest konserwatysta? Do zmian podchodzi z nieufnością, bo więcej szkody mogą przynieść niż dobrego, kilka razy obejrzy każdą propozycję, nim ją poprze. Wystrzega się ustawodawczej pochopności, ceni rozwiązania solidne, gdzie indziej sprawdzone. Popiera silne, lecz praworządne państwo, dba o sprawność jego struktur. W sferze wartości tradycyjny, nawet z rysem autorytarnym, bo pierwszeństwo przed prawem stanowionym daje Dekalogowi i prawu naturalnemu. Jest niezbędny w każdym zrównoważonym systemie politycznym, bo chroni go przed ześlizgnięciem w chaotyczne reformatorstwo i płynność wartości.

Ale czy ktoś taki opowie się za ustawami niezgodnymi z konstytucją? Czy ktoś taki uzna, że same zmiany personalne w sądownictwie i podporządkowanie go politykom mogą zastąpić zmiany strukturalne? Czy ktoś taki zgodzi się z poglądem, że wystarczy tylko obsadzenie instytucji posłusznymi mianowańcami, by pozbyły się bezwładu i starych błędów? Czy ktokolwiek konserwatywnie myślący zaakceptuje zmiany w ordynacji wyborczej, które może i poprawią wynik jego partii, ale spowodują bałagan niemający sobie równych? Czy pogodzi się z chaotycznym i nieprofesjonalnym psuciem państwa, wszędzie tam, gdzie tylko jest to możliwe? Obojętnie, czy w wersji prezydenta czy PiS one różnią się jedynie stopniem łamania konstytucji i charakterów.

Niech odpowiedzą ci, którzy jeszcze uważają się za konserwatystów. Ale gdy to, co szykują, wejdzie w życie, stracą prawo do szlachetnego i zobowiązującego miana. Sami zdegradują się do watahy politycznej łobuzerii i łowców posad, których ich przywódca – gdy miał więcej rozumu – nazwał kiedyś trafnie: TKM.

rp.pl

Gerhard Schröder wiecznie żywy

Jerzy Haszczyński

Najbardziej korzystna dla Polski koalicja w Niemczech – chadeków, liberałów i Zielonych – prawie na pewno nie powstanie.

Może natomiast utrzymać się obecna, ale w niekorzystnym dla nas wydaniu.

Mowa o wielkiej koalicji – z niemiecka w skrócie GroKo – składającej się z partii chadeckich CDU/CSU i socjaldemokratycznej SPD. Miała być nie do przyjęcia dla socjaldemokratów, którzy po każdej GroKo – zdominowanej przez CDU – tracą w wyborach po parę punktów procentowych.

Jednak chadekom, a zwłaszcza Angeli Merkel, bardzo zależy na utworzeniu rządu. Dla niej to walka o uniknięcie politycznej emerytury. Ta determinacja oznacza, że w nowej GroKo, jeżeli powstanie, dojdzie do odwrócenia ról, stanie się bardziej socjaldemokratyczna.

Niestety, w sprawach kluczowych dla Polski – bezpieczeństwa i podmiotowego traktowania młodszych stażem członków UE – SPD wciąż ma twarz byłego kanclerza Gerharda Schrödera. Najważniejszy jest dla niej biznes z Kremlem, niezależnie od tego, do czego się on posunie.

Brak wrażliwości wobec postkomunistycznych państw UE nie jest tylko cechą SPD, dotyczy wielu partii w dawnej Europie Zachodniej. Tam prawie nikt nie zauważył emancypacji naszego regionu, a może po prostu nie może się z nią pogodzić.

Świetnie to widać po oburzeniu na współpracę między Europą Środkowo-Wschodnią i Chinami, w grupie zwanej 16+1. Według szefa niemieckiego MSZ, socjaldemokraty, grupa 16+1 zagraża jedności europejskiej. A jeden z niemieckich portali grzmi o interesach z krajem łamiącym prawa człowieka.

Interesy grupy 16+1 to parę miliardów euro. Same Niemcy, przełykając ten zły wizerunek Pekinu, mają wyższe. A kanclerz Merkel, nie konsultując tego z innymi państwami UE (czyli używając niemieckiej retoryki, rozbijając jej jedność), odwiedza Chiny co roku. Tandem Merkel z pewniejszymi siebie socjaldemokratami oznacza niestety, że Niemcy będą jeszcze bardziej protekcjonalnie traktowały biedniejszych sąsiadów ze Wschodu.

 

rp.pl

Afera sądowa?

27.11.2017
poniedziałek

PRL miał aferę mięsną, Polska PiS ma aferę sądową. W poniedziałek rano CBA poinformowało o kolejnych aresztowaniach pod zarzutem działania na szkodę Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Chodzi o 25 milionów złotych.

Prokuratura na razie nie zdradza, na czym polegał przestępczy proceder, wspomina o korupcji i fałszowaniu faktur. Można się domyślać, że chodzi nie tyle o sam Sąd Apelacyjny w Krakowie, ile działające w jego ramach Centrum Zakupów dla Sądownictwa. Potwierdzać może to fakt, że zatrzymano dziesięciu dyrektorów sądów z całej Polski. Wcześniej zarzuty postawiono 16 osobom, w tym dyrektorowi Centrum Zakupów dla Sądownictwa.

Afera mięsna rzeczywiście była. Propagandowo władze PRL rozdmuchały ją gigantycznie, żeby przekonać opinię publiczną, że braki na „rynku mięsnym” w latach 60. w Polsce spowodowane były nie złymi rządami PZPR, ale działalnością mięsnej mafii, która towar upłynniała na lewo, zamiast rzucać go na uspołeczniony rynek.

Afera „sądowa” też zapewne jest, choć nie wiadomo, w jakiej skali. I raczej nie przypadkiem informacja o „zatrzymaniach w sądach” została podana tego samego dnia, w którym minister-prokurator Zbigniew Ziobro odwołał kolejnych pięcioro prezesów i wiceprezesów sądów. Jedną z odwołanych jest prezeska Sądu Okręgowego w Krakowie Beata Morawiec. I tak się składa, że za kilka dni w tym sądzie rozpoczyna się proces odwoławczy w sprawie wytoczonej przez rodzinę państwa Ziobrów o spowodowanie śmierci ojca obecnego ministra-prokuratora przez lekarzy w krakowskim szpitalu. Nie wiadomo, czy skład sądzący odpowiada rodzinie ministra. Teraz przynajmniej samemu ministrowi odpowiadać będzie prezes sądu.

Nie wygląda to dobrze, więc uwaga opinii publicznej została skierowana na spektakularne „zatrzymania w sądach”. Zatrzymano dyrektorów sądów. Dla opinii publicznej dyrektor czy prezes to podobne funkcje. Więc wychodzi na to, że minister-prokurator Ziobro po prostu czyści skorumpowane, zblatowane kierownictwo sądów.

Tyle że dyrektorzy z sądzeniem i sędziami nie mają nic wspólnego. To są (mieli być – w zamyśle) menedżerowie, którzy zajmują się finansami sądów, „odciążając” od tego prezesów. To ludzie mianowani przez ministra sprawiedliwości i jemu wyłącznie podlegli (minister Ziobro siebie ustanowił ich jedynym zwierzchnikiem). Krajowa Rada Sądownictwa skarżyła te przepisy (wprowadzone za pierwszych rządów PO) do Trybunału Konstytucyjnego, widząc w przejęciu finansów sądu przez człowieka ministra sprawiedliwości zagrożenie dla niezależności sądów. Ale Trybunał zagrożenia się nie dopatrzył.

Jądrem afery jest stworzone przez ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina Centrum Zakupów dla Sądownictwa. Dzięki scentralizowaniu zakupów dla sądów w całej Polsce (od materiałów biurowych po komputery czy benzynę do samochodów) roczne oszczędności dla budżetu sądownictwa minister Gowin szacował, w 2013 roku, na 150 milionów.

W aferze mięsnej aresztowano ok. 400 osób. Aferze „sądowej” do tego daleko, ale prokuratura zapowiada, że sprawa jest „rozwojowa”. I na pewno użyteczna, bo opinia publiczna już wie, że „w sądach kradną”, a sędziowie to aferzyści (sędziowie czy dyrektorzy? kto za tym nadąży). Więc minister-prokurator Ziobro dostaje społeczny mandat, żeby „pogonić to towarzystwo”.

I goni, że aż miło.

W aferze mięsnej stawką była kara śmierci (jeden wyrok wykonano). W „aferze sądowej” za korupcję grozi najwyżej 10 lat więzienia. Prokuratura mówi o fałszowaniu faktur VAT, a za to dzięki zmianom, jakie rok temu wprowadził do kodeksu karnego PiS, grozi już 25 lat więzienia. Ciągle to nie kara śmierci, ale zawsze coś.

siedlecka.blog.polityka.pl

Dziennikarka pyta Sikorskiego o Macierewicza. Ten odpowiada: Skandalem jest, że nie siedzi

mk, 27.11.2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,114884,22694151,video.html?embed=0&autoplay=1
Ja bym kogoś, kto bredzi o zamachach smoleńskich, nigdy na odpowiedzialne stanowisko nie nominował – komentował w TVN24 działalność szefa MON Antoniego Macierewicza były marszałek Sejmu Radosław Sikorski.

 

Były marszałek Sejmu, były szef MSZ i były szef MON Radosław Sikorski był gościem „Faktów po Faktach” w TVN24. Stwierdził, że „nie można udawać, że nie ma w Polsce nastrojów antysemickich i rasistowskich”.

– Znajomi zagraniczni, szczególnie tacy, którzy są z mieszanych rodzin i wyglądają inaczej od nas, zaczynają się bać do Polski przyjeżdżać. Te zdjęcia z marszu niepodległości, doniesienia o atakach na obcokrajowców i poczucie, że polski rząd nie jest do końca zdeterminowany walką z tymi zjawiskami: to jest coś, co zostało zauważone – mówił Sikorski.

– To jest oburzające, mnie jest po prostu dogłębnie wstyd, na przykład przed moją żoną, która jest z rodziny żydowskiej, która napisała ileś książek o historii komunizmu, setki artykułów z pozytywnym wizerunkiem Polski. Zawsze ją przekonywałem, że jest w Polsce margines, ale margines jest w każdym kraju. Dzisiaj ten argument jest coraz mniej wiarygodny niestety – dodał.

„Skandalem jest to, że Macierewicz nie siedzi”

Radosław Sikorski odniósł się także do burzliwych relacji między prezydentem Andrzejem Dudą, a ministrem obrony narodowej Antonim Macierewiczem. Według Sikorskiego „głowa państwa jest publicznie upokarzana przez ministra obrony”.

Zobacz także: Najbrutalniejsza wojna Macierewicza z Dudą. Wszystko przez legendę tego „świętego Graala”>>>

Sikorski skomentował również niedawne słowa prezydenta Andrzeja Dudy, który powiedział o Macierewiczu: „jak będzie wobec uczciwych oficerów stosował takie ubeckie metody, jak Platforma stosowała wobec niego, to będzie kiepsko”. CZYTAJ WIĘCEJ>>>

Przypomnijmy: Służba Kontrwywiadu Wojskowego odebrała dostęp do informacji niejawnych gen. Jarosławowi Kraszewskiemu z Biura Bezpieczeństwa Narodowego. W 2008 r. SKW odebrała dostęp Antoniemu Macierewiczowi.

– Skandalem nie jest to, że Macierewicz miał odebrany certyfikat. Miał go odebranego za ujawnianie nazwisk polskiej agentury, na co zresztą jest przepis kodeksu karnego. Skandalem jest to, że nie siedzi, a wręcz przeciwnie: został ministrem – skomentował Sikorski.

– Ja bym kogoś, kto bredzi o zamachach smoleńskich, nigdy na odpowiedzialne stanowisko nie nominował – dodał były marszałek Sejmu.

Zobacz także: Andrzej Duda udziela wywiadu Rymanowskiemu. Ten nagle: „Trochę jest pan bezradny”>>>

gazeta.pl

Czy Kaczyński znów będzie premierem? Poprzednio rządził od kryzysu do kryzysu, aż upadł

Michał Gostkiewicz

28.11.2017

Czy Jarosław Kaczyński znów obejmie stanowisko premiera? Już raz to zrobił – i przegrał wszystko.

Premier Beata Szydło utrzymała się i tak dłużej niż 10 lat temu Kazimierz Marcinkiewicz – dwa lata. Ale media od tygodni spekulują o rekonstrukcji rządu. Czy podobnie jak w 2006 roku stery obejmie faktyczny przywódca obozu władzy? Dowiemy się na dniach, ale jeśli szef PiS wyciągnął wnioski z lat 2005-2007, powinien trzymać się z dala od kancelarii premiera. Bo znów może przegrać.

Przypomnijmy. Lech Kaczyński zaprzysięga rząd bliźniaka 14 lipca 2006 roku. W koalicji z PiS od dwóch miesięcy są Samoobrona i Liga Polskich Rodzin. I to ta większość sejmowa popiera rząd. Wicepremierami zostają Andrzej Lepper (S) i Roman Giertych (LPR).

25.08.2006 WARSZAWA SEJM , GLOSOWANIE NAD USTAWA O WYBORACH DO SAMORZADU ,N/Z JAROSLAW KACZYNSKI , LUDWIK DORN , ANDRZEJ LEPPER , ROMAN GIERTYCH , WOJCIECH JASINSKI , ZBIGNIEW WASSERMANNFOT. WOJCIECH OLKUSNIK / AGENCJA GAZETA
Rząd, 25.08.2006 r., od lewej Jarosław Kaczyński, Ludwik Dorn, Andrzej Lepper, Roman Giertych (fot. Wojciech Olkuśnik/AG)

Dobry start

I nic nie musiało pójść źle. W lecie 2006 roku poza niechętnymi PiS mediami i politykami nikt nie sieje paniki i nie przepowiada katastrofy. Rynki pozostają stabilne, złoty nadal się umacnia, giełda rośnie, a stopa bezrobocia spada.

To może chociaż spadły sondaże? Otóż nie. Tuż po wyborach 2005 roku PiS zalicza typowy dla zwycięskiej partii sondażowy skok. W pół roku po wyborach po tym początkowym wzroście notowania partii braci Kaczyńskich wracają do poziomu tuż sprzed wyborów, czyli mniej więcej 27-30 procent, więc początek urzędowania prezes ma komfortowy. A jednak mechanizm zaczął się psuć.

27.10.2017 Warszawa , Sejm . Prezes PiS Jaroslaw Kaczynski podczas porannego bloku glosowan .Fot . Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta
Jarosław Kaczyński podczas bloku głosowań 27.10.2017 r. (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Dlaczego od przejęcia rządów przez Kaczyńskiego było gorzej? Dlaczego lata rządów tandemu prezydent Lech – premier Jarosław, choć układ władzy był dla bliźniaków idealny, doprowadziły do ich wyborczej klęski? Dlaczego w styczniu 2008 badanie TNS OBOP pokazało, że chociaż Polacy zapisali na plus Kaczyńskiemu rozwój gospodarki, walkę z korupcją i wzrost poczucia bezpieczeństwa, to na minusie był zakres wolności obywatelskich, sposób, w jaki Polacy odnoszą się do siebie, pozycja Polski w Europie i na świecie, a także, a może przede wszystkim, poziom życia zwykłych ludzi.

Być może dlatego, że ludzie zauważyli niestabilność władzy. Być może dlatego, że intensywny polityczny galop, jaki zafundował wówczas Polakom PiS, przypominał ten z lat 1991-1993. Rok rządów Jarosława Kaczyńskiego znaczyły kryzysy, dymisje, afery i kłótnie w koalicyjnym rządzie. I sam PiS przyłożył rękę do tego, by w koalicji trzeszczało, trzeszczało, aż w końcu trzasnęło.

10.07.2006 WARSZAWA KRAKOWSKIE PRZEDMIESCIE PALAC PREZYDENCKI PREZYDENT RP LECH KACZYNSKI DESYGNUJE NA PREMIERA RZADU RP BRATA JAROSLAWA KACZYNSKIEGO N/Z BYLY PREMIER KAZIMIERZ MARCINKIEWICZ I NOWY JAROSLAW KACZYNSKIFOT. SLAWOMIR KAMINSKI / AGENCJA GAZETA
10 lipca 2006 r., nowy premier Jarosław Kaczyński (z prawej) i ustępujący premier Kazimierz Marcinkiewicz (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Od kryzysu do afery

Dwa miesiące po zaprzysiężeniu rządu Kaczyński wnioskuje do brata o odwołanie wicepremiera i ministra rolnictwa Andrzeja Leppera. Zarzuty? Wyliczmy za prezesem: szef Samoobrony przedstawił całą listę propozycji podwyżek w budżetówce (służba zdrowia, nauczyciele, renty, emerytury, ubezpieczenia rolnicze), których wcześniej nie uzgodnił z premierem. Prezes uznał działanie Leppera za „warcholstwo”, Lepper działanie Kaczyńskiego za „chamstwo” (Ewa Milewicz: Premier odwołuje Leppera ‚za warcholstwo’. gazeta.pl, 22 września 2006. [dostęp 2009-03-13]). Dzień później Lech Kaczyński wypełnia wolę Jarosława. Samoobrona pęka na pół. Część działaczy powołuje klub parlamentarny Ruch Ludowo-Narodowy i dalej popiera rząd.

Kilka dni później na jaw wychodzą taśmy Renaty Beger – czyli zapis wideo, na którym posłanka Samoobrony otrzymuje od polityków PiS propozycję wystąpienia z partii – i pozostania w koalicji z PiS. Odbywa się brzydki polityczny targ, bo Beger chce w zamian stołka podsekretarz stanu w Ministerstwie Rolnictwa, a także oferuje transfer pięciorga kolejnych posłów z Samoobrony do PiS. Przedstawiciel PiS Adam Lipiński gotów jest w zamian spłacić tzw. weksle Samoobrony – za opuszczenie klubu poselskiego tej partii poseł musiał sam zapłacić.

16 października 2006 Lepper wraca jednak na oba stanowiska. Ówczesny minister w Kancelarii Prezydenta Maciej Łopiński mówi wówczas, że Lech Kaczyński liczy na to, że ponowna nominacja Leppera „skończy kryzys polityczny”.

Nie skończyła.

14.07.2006 WARSZAWA - PALAC PREZYDENCKI , ZAPRZYSIEZENIE NOWEGO RZADU JAROSLAWA KACZYNSKIEGON/Z JAROSLAW KACZYNSKI , LECH KACZYNSKIFOT. WOJCIECH OLKUSNIK / AGENCJA GAZETA
14 lipca 2006 r., zaprzysiężenie rządu Jarosława Kaczyńskiego (fot. Wojciech Olkuśnik/AG)

Od afery do upadku

Nie mija nawet rok od powrotu Leppera do władzy po miesięcznej przerwie, a rządu Jarosława Kaczyńskiego już nie ma.

Najpierw, 7 lutego 2007 r., lecą głowy Radosława Sikorskiego i Ludwika Dorna – ważnych postaci w rządowej układance. Minister obrony Sikorski przegrywa starcie ze swoim podwładnym Antonim Macierewiczem. Szef MSWiA Dorn, wydawałoby się nietykalny „trzeci bliźniak”, zaufany Kaczyńskich –  podaje się do dymisji. Oficjalnie po „różnicy zdań” z premierem.

Później, w kwietniu 2007 r. opinią publiczną wstrząsa budząca do dziś ogromne emocje śmierć byłej posłanki SLD Barbary Blidy, która miała popełnić samobójstwo podczas próby jej zatrzymania przez ABW.

A 9 lipca następuje finał afery łapówkarskiej w ministerstwie sportu. Już wcześniej z resortu po podejrzeniach o korupcję wylecieli powołani przez ministra Tomasza Lipca dyrektorzy instytucji sportowych. 9 lipca natomiast z rządu wylatuje sam Lipiec.

Ale pal sześć ministerstwo sportu. Tego samego dnia stanowisko traci też jednak – po raz drugi – minister wagi ciężkiej. Andrzej Lepper. Powód? Afera gruntowa.

21.10.2017 Warszawa , ul Nowogrodzka 84/86, siedziba PiS . Jaroslaw Kaczynski podczas wystapienia Liderow Zjednoczonej Prawicy .Fot . Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta
Jarosław Kaczyński, 21.10.2017 r. (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Oficjalnie afera zaczyna się od tego, że CBA wykrywa w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi korupcję. Chodziło o płatne pośrednictwo przy odrolnianiu atrakcyjnych działek ziemi. Problem z rzekomą korupcją jest jednak taki, że ostatecznie łapówka nie została przekazana podającym się za zainteresowanych odrolnieniem ziemi agentów CBA. Nie ma też pewności, czy sam Lepper był zamieszany w sprawę. Szybko okazuje się, że afera jest wynikiem prowokacji przeprowadzonej przez CBA, którym rządzi wówczas wierny pistolet Kaczyńskiego – Mariusz Kamiński. Po latach Roman Giertych powie wprost, że to była operacja utrącenia Leppera:

„zarzuty dla Leppera były efektem nielegalnej dla mnie operacji służb specjalnych, której motywem była wyłącznie chęć wyeliminowania konkurenta. Pomoc Kaczyńskiemu oznaczała pomoc we wsadzeniu Leppera do więzienia”.

Za aferę gruntową Kamiński usłyszy później zarzuty m.in. przekroczenia uprawnień i popełnienia przestępstw przeciwko wiarygodności dokumentów, zostanie przez sąd I instancji uznany za winnego przekroczenia uprawnień i nieprawomocnie skazany na karę 3 lat pozbawienia wolności. A w 2015 roku ułaskawiony – przed uprawomocnieniem się wyroku, a więc niezgodnie z prawem – przez prezydenta Dudę. Ale wtedy rządzi już PiS i Kamińskiemu włos z głowy nie spada.

Przegrywa za to – etapami – Andrzej Lepper. Jeszcze tego samego dnia – 9 lipca – Samoobrona decyduje o wyjściu z koalicji, jednak szef partii chce warunkowo w niej pozostać. Zostaje cztery dni – do 13 lipca. Do bitwy w Sejmie, która nastąpiła, bo opozycja zwęszyła już krew. W Sejmie SLD i PO składają oddzielnie wnioski o samorozwiązanie parlamentu, PO podpiera to wnioskami o wotum nieufności dla wszystkich 19 ministrów rządu Jarosława Kaczyńskiego. Lepper zaś spotyka się z Romanem Giertychem, szefem LPR. Po rozmowie obaj panowie zostają jednak w koalicji, powołując przy okazji wspólną partię – Liga i Samoobrona (w skrócie LiS). Wytrzymują nieco ponad pół miesiąca.

10.07.2006 WARSZAWA KRAKOWSKIE PRZEDMIESCIE PALAC PREZYDENCKI PREZYDENT RP LECH KACZYNSKI DESYGNUJE NA PREMIERA RZADU RP BRAT JAROSLAW KACZYNSKI N/Z LECH KACZYNSKI JAROSLAW KACZYNSKIFOT. SLAWOMIR KAMINSKI / AGENCJA GAZETA
10 lipca 2006 r., Lech Kaczyński desygnuje Jarosława Kaczyńskiego na premiera (fot. Sławomir Kamiński/AG)

Upadek

Nie zgubiliście się jeszcze? Oto finał – w którym wydarzenia następowały po sobie tak szybko, że czytelnik zgłębiający po latach ich kolejność musi mieć dobrą pamięć.

5 sierpnia Samoobrona wydaje uchwałę, w której stwierdza, że koalicja została zerwana. Nie, nie przez Samoobronę. Przez Jarosława Kaczyńskiego. Trzy dni później – 8 sierpnia Kaczyński odwołuje szefa MSWiA Janusza Kaczmarka, na którego padają podejrzenia o to, że był źródłem przecieku ws. akcji CBA i afery gruntowej. Kaczmarek w późniejszych wypowiedziach jako potencjalne źródło przecieku sugeruje… ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę. 10 sierpnia Roman Giertych proponuje nowe rozmowy koalicyjne i wyłonienie rządu bez udziału Leppera, Kaczyńskiego i jego samego. Ale już dzień później, 11 sierpnia, po rozmowie z Kaczyńskim, lider LPR, podobnie jak kilka dni wcześniej Samoobrona, oświadcza, że szef PiS zerwał umowę koalicyjną. Rada Polityczna PiS tego samego dnia decyduje o zerwaniu koalicji i przeprowadzeniu przedterminowych wyborów parlamentarnych – 21 października. Czy prezes liczył, że je wygra?

Sondaże – prawie wszystkie! – pokazywały, że PiS nie wytraciło poparcia, jakim cieszyło się od wyborów – oscylującego wokół 25 proc i więcej. Mało tego – w wyborach PiS zdobył 2 miliony nowych wyborców i 32 proc. głosów. Ale jedna istotna rzecz przez te dwa lata się zmieniła. I to radykalnie. Poparcie dla Platformy Obywatelskiej. PiS nie stracił, ale PO zyskała. Tusk i jego ekipa zbierali w sondażach po 35 procent i więcej i szli po władzę. A w przeciwieństwie do PiS mieli zdolność koalicyjną – co potwierdziło się po wyborach w postaci współpracy z PSL – podczas, gdy żaden polityk o zdrowych zmysłach nie poszedłby jesienią 2007 roku na koalicję z PiS po tym, co spotkało Leppera i Giertycha.

Czy Kaczyński miał alternatywę? Nie. Gdyby uparł się kierować jeszcze dwa lata mniejszościowym rządem, wyniki wyborów byłyby fatalne. 5 listopada 2007, kilka godzin przed pierwszym posiedzeniem nowego Sejmu i niewiele ponad rok od największego politycznego triumfu braci Kaczyńskich, bliźniacy w świetle kamer podzielili się swoją największą porażką – Lech musiał przyjąć dymisję Jarosława.

Czy prezes wyciągnął wnioski z porażki sprzed dziesięciu lat i – jeśli znów zostanie premierem – będzie unikał konfliktów, wiedząc, że ich tym razem do rządzenia nie potrzebuje? Przecież dziś powinno być łatwiej. W rękawie ma potężne atuty. Trzyma władzę w Sejmie i Senacie. Trybunał Konstytucyjny został podporządkowany władzy. Zamiast niestabilnej koalicji z trudnymi partnerami Kaczyński ma też za sobą – i to chyba najważniejsze – głosującą jak monolit partię. Korzystne sondaże. Brak realnego konkurenta do władzy – i u siebie i w opozycji. Zrobił to, co nie udało mu się 10 lat temu. Wyczyścił pole.

Piłka po stronie prezesa. Znowu.

20.10.2017 Warszawa , Belweder . Prezes PiS Jaroslaw Kaczynski po spotkaniu z prezydentem RP Andrzejem Duda .Fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta
Prezes PiS Jarosław Kaczyński po spotkaniu z prezydentem RP Andrzejem Dudą (fot. Adam Stępień/AG)

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK – POLUB NAS NA FACEBOOKU

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz i redaktor magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz Gazeta.pl, „Dziennika” i „Newsweeka”. Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze.

weekend.gazeta.pl

%d blogerów lubi to: