Macierewicza patriotyzm za 15 milionów

Działaniom polityków PiS, a szczególnie Jarosława Kaczyńskiego, aż się prosi, aby nadać rangę literatury. Nie muszę podpowiadać, jaka to miałaby być kategoria estetyczna. Nie musiałby to być nazbyt wysoki diapazon „Dróg wolności” Sartre’a, ani szorowanie o najgłębsze pokłady egzystencji Fiodora Dostojewskiego. Wystarczyłby Bareja, bądź Mrożek z dramatów połączony z fabułą komedii ludzkich zakłamań Balzaca.

Nieprzypadkowo w ostatnich dniach mamy do czynienia z dwoma postaciami z podobnej bajki. Z Jarosławem Gowinem, któremu pensja ministerialna nie wystarczała do pierwszego i z drugim przypadkiem pozornie odwrotnym, bizantyjskim, z Antonim Macierewiczem, którego otoczenie przez półtora roku ze służbowych kart kredytowych i płatniczych używało sobie na kwotę 15 mln zł.

Wcale nie przypadkiem Gowina z Macierewiczem połączyła Beata Szydło, gdy w kampanii wyborczej zakłamywała rzeczywiwstość, iż ministrem od wojny będzie Gowin, a nie Macierewicz. Dlaczego to zrobiła? Wiadomo. Ważniejsza jednak jest odpowiedź o drugie dno: dlaczego naprawdę to zrobiła?

Kładę nacisk na „naprawdę”, bo to znaczy, że naprawdę nie chodzi o żadne umiejętności, ale o obsadzanie kolesi partyjnych, którzy nie są żadnymi fachowcami. Jakim znawcą wojska jest Macierewicz? Gdy rozwiązywał WSI i pisał raport o tym – tak zapędził się w grafomaństwie, że do tej pory nie opublikowano aneksu – naraził wojsko polskie na brak osłony wywiadowczej i kontrwywiadowczej, co skutkowało na misjach wojskowych i wśród siatki szpiegowskiej śmiercią wielu osób.

Nikogo to specjalnie nie przejęło, że wielu dało gardło za Polskę tylko dlatego, że Macierewicz jest lewusem. Większość, jeżeli nie każdy, wykazałaby się podobną lewizną, jak były minister obrony w zerwaniu konraktu na sprzęt wojskowy, gdyż do negocjowania potrzeba umiętności i wiedzy, a przede wszystkim rozpoznania, co konkretnie potrzebne jest do obrony Polski w konkretnych zobowiązaniach sojuszniczych i jaka doktryna jest właściwa dla naszej geopolityki.

Myślę, że każdy wykazałby się zdolnościami wraz z kolesiami z podwórka, albo z knajpy, aby przewalić 15 mln zł w ciągu półtora roku. Co? Niektórzy w przepicia wykorkowaliby? Spokojnie jest na to rada, wystarczy wyskoczyć do Nowego Yorku i w porządnym rastaurancie bądż kasynie na Manhattanie puścić jednego wieczora tysiące dolców.

Daliby radę. A czym się różni Mariusz Błaszczak od Macierewicza, którego zastąpił? Mniejszą fantazją wypłat z kart płatniczych, acz może sie okazać, że nie doceniamy Błaszczaka. On też potrafi dawać radę. Ci panowie największe osiągniecia mają, gdy nie szkodzą w ministerstwach, gdy łażą po mediach – niektórzy z nich nie wychodzą – i nie mają czasu na psucie. Najważniejszy dla nich cel, blichtr celebrytów.

Jakie osiągnięcia mają politycy PiS? Gdy się wezmą za pisanie ustaw, wychodzi jak z ustawą o IPN, konfliktem dyplomatycznym z najważniejszymi graczami na scenie globalnej. Gdy wezmą się za teorię politologiczną, to wychodzi, jak Mateuszowi Morawieckiemu w wywiadzie dla „Der Spiegla”. Nie ma już „państwa prawnego”, jest „narodowe”: „Polska jest demokratycznym państwem narodowym”.

Od poczatku władza PiS korzysta z kredytu kart płatniczych, żyje na cudzy koszt. Andrzej Duda żyje na kredyt przyszłej konstytucji, bo obecną złamał i grozi mu odsiadka. Tak manipulują przy trójpodziale władzy, aby odpowiadać tylko przed sobą, a to znaczy, że zakładają nie oddać władzy. Zapłacą każdą cenę. Rychło o tym się przekonamy.

I jak to w grotesce, najlepsze złote myśli są autorstwa bohaterów groteski. Kaczyński w 2014 roku powiedział: „Drugim kierunkiem działania jest likwidacja kart kredytowych, które finansowane są z pieniędzy państwowych”. Jest to cytat z oficjalnego konta PiS na Twitterze z 16 czerwca 2014. Wybitny pisarz i satyryk rosyjski z XIX wieku Michaił Sałtykow-Szczedrin był napisać – jakby przewidział PiS: „Jak władza dużo zaczyna mówić o patriotyzmie, to znaczy, że będą kraść”. Macierewicz mówił o patriotyzmie za 15 milionów.

 

 

JK: Drugim kierunkiem działania jest likwidacja kart kredytowych, które finansowane są z pieniędzy państwowych

Dojna Polska dla PiS. Największym oborowym jest Macierewicz

Szczęka opada – popatrzcie na materiał  Dziennikarze usiłują pytać o  – Antoni Macierewicz unika odpowiedzi, jego towarzysz jest agresywny.

Rozrzutność finansowa partii rządzącej przejdzie zapewne do historii. Żaden dotychczasowy rząd nie wydał tyle pieniędzy podatników, jak obecna władza. Głośno było ostatnio o premiach, jakimi Beata Szydło nagrodziła swoich ministrów. Kwoty rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych wręcz zaszokowały, a już przyznanie sobie przez byłą premier nagrody w wysokości 65 tys. zł to już w ogóle jakieś kuriozum. W Kancelarii Prezydenta również nie pożałowano grosza dla swoich ministrów. Wartość nagród wyniosła tutaj 270 tys. zł. netto.

Do tej pory, za najbardziej rozrzutnych uchodzili urzędnicy ministra Szyszko, którzy przez półtora roku wydali za pomocą kart płatniczych prawie 1,5 mln zł. Jednak te informacje są już nieaktualne. Okazało się bowiem, że nikt nie przeskoczył byłego już ministra MON, Antoniego Macierewicza. Poseł Nowoczesnej Piotr Misiło zapytał o wydatki kartami kredytowymi oraz płatniczymi w tym resorcie i odpowiedź okazała się wręcz szokująca. Ministerstwo za rządów pana Macierewicza wydało prawie 15 mln zł. Niesamowite, bo to siedem razy więcej niż wydatki wszystkich pozostałych ministerstw razem wziętych (wyniosły one ponad 2 mln. zł). Nikt nie wie, na co urzędnicy MON wydali aż takie pieniądze.

Piotr Misiło nie mógł się powstrzymać i napisał na Twitterze – „Nikt nie potrafił tak wydawać pieniędzy jak minister @Macierewicz_A setki kart kredytowych i miliony złotych. Ciekawe ile z tych noclegów było za noclegi pana Misiewicza i innych młodych pracowników”.

Reakcje internautów są również bezlitosne. „15 milionów w 1,5 roku. To za co oni płacili tymi kartami? Misiewicz bawił się w dyskotekach i stawiał wszystkim. Ile tych Misiewiczów miał Antoni?” (Kasa Misiu), „Ależ nic się nie stało. Antoni tropi zamachowców na Kaczyńskiego i ma wydatki! Poza tym kto go rozliczy? Becia która ma lekką rękę do pieniędzy publicznych? Czy może Morawiecki, który ma gębę pełną frazesów i „mądrości” ojcowskich! Brawo dla wyborców tej partii!!!” (samOn67), „A tak krzyczeli o ośmiorniczkach…. Ci to chyba jedli wieloryby !!! Dobra zmiana + ma się dobrze, a Ojczyzna dojna … ojjj dojna !!” (gogo) czy „a ja dostanę waloryzację 10 zł brutto – prawo i sprawiedliwość – dojna zmiana dla siebie”(adam).

DOJNA POLSKA TO JEST K..WA MAŁO POWIEDZIANE! 2016 – liczba kart 832!!! (w tym: 131 kart kredytowych i 701 kart płatniczych), w I półroczu 2017 r. – 733 (w tym: 132 karty kredytowe i 601 kart płatniczych). Wydatki z kart 2016 r.- 9 540 317 zł, I półrocze 2017 r. – 5 258 061 zł.

Galopujący Major: „Dajcie mi Błaszczaka na project managera!”, czyli jak płacić ministrom

Galopujący Major, 

Mariusz Błaszczak jest nazywany przez kolegów z PiS 'domofonem prezesa'

Mariusz Błaszczak jest nazywany przez kolegów z PiS ‚domofonem prezesa’ (Fot. Dawid Uchowicz / AG)

Czy serio ktoś w Polsce uważa – poza rodziną Gowina – że jakikolwiek minister jest niezastąpiony?

Pierwszym mitem wziętym wprost z sektora prywatnego jest przekonanie, że osoby zostające ministrami robią to dla pieniędzy. To oczywiście nieprawda. Osoby te robią to głównie dla władzy, prestiżu oraz dla bycia VIP-em. To właśnie władza jest największym afrodyzjakiem, żadna, nawet najlepiej płatna posada prezesa spółki nie daje całego tego pakietu, który daje byle ministerstwo, dzięki któremu car-minister sunie w obstawie limuzyn do swego niepodzielnego samodzierżawia. Nie wiedzieć czemu ten aspekt zupełnie jest pomijany w wycenianiu ministerialnych korzyści.

Czy ktoś zatrudniłby Kempę i Błaszczaka?

Drugim mitem jest przekonanie, że ministrom należą się większe pieniądze, dlatego że ich wynagradzanie jest mało konkurencyjne. Problem w tym, że ministrowie, co do zasady, nie mogą za bardzo odejść do konkurencji.

Raz, że sektor prywatny ze względów powyższych niekoniecznie jest dla nich konkurencyjny. A dwa: serio ktoś wierzy, że w sektorze prywatnym, niezwiązanym z władzą, pracę na odpowiednim stanowisku otrzymaliby Błaszczak, Kempa albo Brudziński? Serio ktoś wierzy, że ludzie ci rozrywani są przez headhunterów prywatnych spółek? Że: „Dajcie mi Błaszczaka na project managera!” – ktoś do słuchawki krzyczy? Gdzie więc może odejść taki minister?

Owszem, gdyby w Polsce istniał model technokratycznego rządu złożonego ze specjalistów, można by się tego obawiać. Ale przecież ministrami w ogromnej mierze zostają starzy towarzysze partyjni, którzy dziś ministrują w MON, a jutro w MEN.

Trzecim wreszcie mitem jest przekonanie, że ministrowie są tak bardzo ważni, że wręcz niezastępowalni. Ale czy serio ktoś w Polsce, poza rodziną ministra Gowina, jest przekonany, że pan minister jest niezastąpiony? Że gdy jutro ktoś na Nowogrodzkiej będzie miał kaprys, to nie przeniesie pana Gowina gdzie indziej? Dajmy temu spokój. A skoro personalnie ministrowie są jak najbardziej zastępowalni, to czemu mają dostawać radykalnie wysokie pensje? Przecież cała ta ich posada to synekura i funkcja głównie reprezentacyjna (stąd te ich ciągłe bieganie po mediach).

10 tys. zł za wdrożenie ustawy

Czy oznacza to, że nie ma żadnych argumentów na rzecz podwyżki płac ministrów? Niekoniecznie. Wyższa pensja to zwykle mniejsza pokusa korupcji. Ale jak takie pensje ustalać? I tu z pomocą przychodzą rozwiązania właśnie z sektora prywatnego, chociaż nie te, o których się dyskutuje. Takim rozwiązaniem są premie, ale ustalone wedle odgórnie przyjętych kryteriów i przyznane za określone, mierzalne wyniki. Wyobraźmy sobie, że obecne 10 tys. zł to byłaby tylko podstawa, wynagrodzenie stałe. I że poza tym ministrowie mogliby otrzymać drugie tyle w rocznych premiach. Tyle że premie te byłyby przyznawane nie na zasadzie widzimisię prezesa rady ministrów, ale na podstawie jasnych zasad.

Wyobraźmy sobie, że owszem, minister dostanie taką premię, ale jeśli osiągnie ustalone cele, np. przygotuje wdrożenie dyrektywy, wydanie określonej liczby rozporządzeń, opracowanie danej reformy. Wyobraźmy sobie, że oceny realizacji tych celów dokonuje specjalna niezależna komisja. Wyobraźmy sobie, że cały proces od celów aż po ich ocenę jest transparentny i można go na bieżąco śledzić w necie.

Czy takie rozwiązanie nie byłoby lepsze niż premie rzędu kilkuset procent miesięcznego wynagrodzenia, które bez żadnego uzasadnienia cichcem i z żenującą wręcz hipokryzją wypłacane są ministrom bez względu na to, czy udało się im kupić np. śmigłowce czy nie? Pewnie tak, tylko że w patologicznym ekosystemie polskiej polityki, gdzie po okresie PO-wskiej smuty, nastąpiło „grab zagrabione” przez PiS-owski żywioł, nic nie może się ostać niezależnym. Ani prokuratura, ani Trybunał, ani KRS, ani PKW, ani tym bardziej jakakolwiek komisja.

Jesteśmy w naszej bananowej republice już na takim poziomie, że prosty postulat obiektywizmu i niezależności musi być poczytywany albo za szaleństwo, albo za skrajną naiwność. A gdy zmęczone społeczeństwo pogoni obecnych szabrowników, następni tak samo przyznają sobie premie, ale już nie po 60 tys. zł, a po 180 tys. zł – tak żeby przy tym całym medialnym klangorze najeść się raz, a do syta.

gazeta.pl

„Sprawdzamy, czy wszystko zrobiono zgodnie z prawem”. Sprawa aut od bezdomnego dla o. Rydzyka dotarła do Warszawy

Dziennik.pl, 01.03.2018

Ojciec Tadeusz Rydzyk© Polska Agencja Prasowa Ojciec Tadeusz Rydzyk

Sprawa dwóch samochodów podarowanych przez bezdomnego o. Tadeuszowi Rydzykowi trafiła z Bydgoszczy do Warszawy. I jak ustalił dziennik.pl stołeczna skarbówka „podjęła działania analityczno-weryfikacyjne”.

Sprawa o. Rydzyka i jego dwa samochody marki Volkswagen od bezdomnego Stanisława, wędrują po całej Polsce. Wcześniej pisaliśmy o tym, że zawiadomienie, które złożył Adam Szłapka, poseł i sekretarz Nowoczesnej przekazano z Torunia do Izby Administracji Skarbowej w Bydgoszczy (CZYTAJ WIĘCEJ>>).

Teraz z pisma, jakie otrzymał polityk, wynika, że dokumenty przesłano do Izby Administracji Skarbowej w Warszawie.

Dlaczego właśnie tu?

Bydgoska Izba ustaliła, że poselski wniosek dotyczy, tu cytat: przekazanych przez bezdomnego darowizn dwóch luksusowych samochodów prawdopodobnie na rzecz Fundacji Lux Veritatis z siedzibą w Warszawie, (…) w której Tadeusz Rydzyk pełni funkcję Prezesa Zarządu.

Czyli w myśl przepisów, zawiadomienie trafiło do urzędu „właściwego miejscowo”. Dziennik.pl sprawdził w stołecznej IAS na jakim etapie jest badanie deklaracji redemptorysty.

– W sprawie dotyczącej darowizny, podjęliśmy działania analityczno-weryfikacyjne powiedziała dziennik.pl Anna Szczepańska, rzecznik prasowy Izby Administracji Skarbowej w Warszawie.

– Sprawdzamy od strony podatkowej, czy wszystko zostało zrobione zgodnie z prawem – wyjaśniła.

To właśnie wynik „prześwietlenia” zadecyduje o ew. kontroli w fundacji kierowanej przez Rydzyka.

Sprawą na wiosek Szłapki zajęła się też CBA, która przekazała zawiadomienie do Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Przypomnijmy: założyciel Radia Maryja ujawnił, skąd ma auta. Stwierdził, że bezdomny Stanisław z Warszawy miał ufundować samochody za pieniądze wygrane w lotto. Ofiarodawca zmarł.

msn.pl

Jan Olbrycht: Komisja Europejska obojętnieje na to, co dzieje się w Polsce

Jan Olbrycht: Komisja Europejska obojętnieje na to, co dzieje się w Polsce

Otrzymuję od dwóch lat na piśmie nieustające propozycje, że należy Polsce zabrać pieniądze za to, że nie jest solidarna z innymi państwami wspólnoty. Te głosy pojawiły się już przy temacie uchodźców – mówi wiadomo.co eurodeputowany PO Jan Olbrycht, który jest sprawozdawcą Parlamentu Europejskiego ds. wieloletniego budżetu unijnego. Pytamy też o głosowanie w PE nad procedurą artykułu 7. – Komisja przestaje wierzyć, że to porozumienie z Polską się uda, skoro rząd nie chce rozmawiać i współpracować z Komisją. Może warto zająć się czymś innym i nie marnować energii na Polskę, z którą nie ma szans na porozumienie – zaczyna myśleć KE – dodaje Jan Olbrycht

JUSTYNA KOĆ: Parlament Europejski dał w głosowaniu zielone światło Komisji Europejskiej, aby ta dalej procedowała artykuł 7. Chyba nikogo nie zaskoczyła ta decyzja?

JAN OLBRYCHT: Mnie nie, tym bardziej, że warto spojrzeć na proporcje. Na 617 europosłów za rezolucją opowiedziało się 422. To pokazuje, że nawet jeśli są tu zdania podzielone, to w tej konkretnej sprawie większość uważa tak samo.

Nie bez znaczenia jest tu też sposób zachowania polskiego rządu i kolegów deputowanych z PiS, a także ich ogromny poziom arogancji.

Czy Bruksela rzeczywiście wierzy, że to skończy się pozbawieniem Polski prawa głosu?
Pewnie ta procedura nie zakończy się jednoznacznym finałem. Wiadomo, że na końcu decyzja należy do Rady, w której musi być jednomyślność. Wiemy, jaką postawę prezentują, przynajmniej na razie, Węgry. Zatem powstaje pytanie natury politycznej, czy to ma sens. Oczywiście w gruncie rzeczy to bardziej toczący się proces się liczy, w trakcie którego wszyscy mają nadzieję, że strony zmienią stanowisko, niż sama ostateczna decyzja. Sam proces ma swoje konsekwencje.

Poza tym już dziś widzimy, że KE coraz bardziej zaczyna być obojętna na to, co dzieje się w Polsce. Mówiąc krótko, Komisja przestaje wierzyć, że to się uda, bo skoro rząd nie chce rozmawiać i współpracować z Komisją, to trudno.

Może warto zająć się czymś innym i nie marnować energii na Polskę, z którą nie ma szans na porozumienie? Myślę, że tego typu pytania powoli zaczynają pojawiać się w Komisji.

To bardzo niebezpieczne.
To prawda, a niestety bardzo niewielu polityków w Polsce zdaje sobie z tego sprawę. Komisja przenosi powoli środek ciężkości zainteresowania na kwestie Bułgarii i Rumunii i ich wejścia do strefy Schengen, a także na kwestie Bałkanów.

Nie przesadzajmy też, że wszyscy w Brukseli będą się pasjonować tym, co się dzieje w Polsce. Parlament Europejski naprawdę nie zastanawia się nad tym, co znowu minister sprawiedliwości wymyśli niekonstytucyjnego. Sprawę artykułu 7 wobec Polski widzi jako naruszenie pewnych podstaw, co jest niebezpieczne dla całości Unii.

Zajmuję się Bałkanami Zachodnimi, byłem ostatnio w Czarnogórze i Macedonii. Główna dyskusja na temat ich wejścia do Unii dotyczy rządów prawa. To jest klucz. Oczywiście, ekonomia, gospodarka również, ale najważniejsze jest uporządkowanie rządów prawa, kwestii sądownictwa, wolności słowa, praw człowieka. W ostatnim wystąpieniu Jean-Claude Juncker poruszył trzy ważne dla UE kwestie i, co znamienne, nie poruszył kwestii Polski. Politycy PiS-u oczywiście się z tego ucieszyli. Tymczasem to oznacza, że

cała sprawa z artykułem 7 przestaje być głównym tematem.

Juncker mówił o rozbudowie i wzmocnieniu strefy euro oraz o kwestii rozszerzenia strefy Schengen, a to dotyczy Chorwacji, Bułgarii i Rumunii, ale mówił też o rządach prawa jako podstawowej wartości wspólnej Europy.

Władze PO rekomendowały wstrzymanie się od głosu, jednak 5 posłów PO zagłosowało za rezolucją, zresztą po raz drugi. Dlaczego?
Podejrzewam, że jest to konsekwencja ich poprzednich działań. Ci europosłowie postąpili tak, mimo że Platforma wybrała tu kurs wstrzemięźliwy. Zresztą mieliśmy mocną dyskusję na ten temat w PO, bo zdania są podzielone.

Trzeba zrozumieć, że ci posłowie są przekonani o konieczności zmiany metod działania, a na dodatek zostali zderzeni z ogromną falą pogardy i nienawiści i nie chodzi jedynie o wieszanie ich zdjęć na szubienicach.

Jest pan wśród sprawozdawców PE w sprawie przyszłego budżetu. Jak wyglądają prace nad nim i czy realne wydaje się powiązanie funduszy z kwestią praworządności?
Pracujemy w dwóch parach, ja wraz z francuską socjalistką odpowiadamy za sprawozdanie w sprawie budżetu. Janusz Lewandowski razem z belgijskim liberałem zajmują się dochodami. Oni zajmują się kwestią dochodową, my wydawaniem, w związku z czym bierzemy udział we wszystkich najważniejszych negocjacjach zarówno z Komisją, jak i z rządami i ambasadorami. Moim zdaniem, ten scenariusz, o który pani pyta, jest bardzo mocno rozważany.

KE zdaje sobie sprawę, że procedura związana z artykułem 7 nie daje pożądanych efektów, dlatego szuka innych sposobów na reakcję. Tu nie chodzi też o sytuację Polski, bo KE szuka rozwiązań na przyszłość. Najprostszym pomysłem jest powiązanie tego z czymś realnym, czyli z pieniędzmi.

Ja jako sprawozdawca otrzymuję od dwóch lat na piśmie nieustające propozycje, że należy Polsce zabrać pieniądze za to, że nie jest solidarna z innymi państwami wspólnoty. Te głosy pojawiły się już przy temacie uchodźców. Na takie pisma oczywiście odpowiadam, że to jest nielegalne, bo pieniądze są w kopercie narodowej. Na razie to wystarcza, ale

naciski na powiązanie funduszu z poziomem współpracy i przestrzeganiem unijnych zasad i wartości są już duże i cały czas rosną.

Czyli dyskusja o tym w ramach prac nad budżetem już się toczy?
Teraz już mówią o tym rządy, ministrowie, partie polityczne. Powoli wszyscy zaczynają oczekiwać, że KE znajdzie rozwiązanie. Wpływają też konkretne rozwiązania i pomysły – od wersji soft, że fundusze należy ograniczyć, albo pozostawić do dyspozycji, ale w Brukseli, aż po wersję hard, czyli że fundusze należy obciąć czy w ogóle zabrać.

Moim zdaniem, to zły pomysł, ponieważ jest nieskuteczny.

Nie można oczekiwać, że takie ruchy polegające na zabraniu pieniędzy dadzą pożądany efekt, czyli że ci, którzy za to odpowiadają, zmienią zdanie. Takie rozwiązanie uderzy w miasta, samorządy, ośrodki naukowe, rolników.

Pamiętajmy, że tu nie chodzi tylko o pieniądze ze spójności, ale o wszystkie fundusze. Na razie jako sprawozdawcy udaje mi się blokować takie poprawki, szukać obejścia, innego rozwiązania, ale w końcu jakiś mechanizm działania powstanie. Angela Merkel już proponuje, aby powiązać pieniądze europejskie z przyjmowaniem uchodźców, ale na zasadzie zachęty. Przykładowo, stworzyć jakąś pulę pieniędzy, do której mają dostęp tylko te kraje, które przyjmują uchodźców. Moim zdaniem, rozwiązanie KE pójdzie w tę stronę, tym bardziej, że to jest rozwiązanie, na które wszyscy się zgodzą. W tej chwili przygotowujemy opinię w sprawie nowego instrumentu.

Te państwa, które będą chciały wejść do strefy euro, będą miały dostęp do specjalnych środków na przeprowadzenie reform w systemie finansowym i bankowym.

Takich rozwiązań będzie coraz więcej.

Czy w te prace nad budżetem, aby zniwelować konsekwencje finansowe dla Polski, są też zaangażowani w jakikolwiek sposób eurodeputowani PiS-u?
Mówiąc dyplomatycznie, ja nie zauważyłem. Natomiast PiS jest w grupie, która ma już konkretny pogląd na budżet unijny. Uważają, że jest on za duży i trzeba go obciąć. Takie stanowisko mają unijni konserwatyści, do których należy PiS. Podam przykład: przygotowujemy rezolucję sprzed kilku miesięcy, że PE protestuje przeciwko zabraniu pieniędzy na spójność i rolnictwo – to pula, z której Polska otrzymuje bardzo duże dotacje – a PiS głosuje przeciw.

Zresztą nie powinniśmy się dziwić, skoro słyszałem ostatnio posła Piotrowicza, który mówił, że uszczelnienie podatku VAT przyniosło Polsce więcej pieniędzy niż członkostwo w Unii.

Czy pana zdaniem Polska powinna wejść do strefy euro?
Ja nie jestem ekonomistą, natomiast sytuacja Unii i strefy euro się zmieniła. Po wyjściu Wielkiej Brytanii strefa euro będzie miała 85 proc. PKB Unii. Poprzedni minister finansów Niemiec używał w ogóle sformowań „pełne członkostwo” i „niepełne członkostwo” odnośnie krajów strefy euro. W tym kierunku będzie szła Unia. Ci, którzy wejdą do strefy, będą w głównym nurcie, będą budować wspólna politykę. Po Brexicie kraje spoza euro będą marginesem, podkreślmy – na własne życzenie.

Trudno się dziwić, że Bułgarzy natychmiast powiedzieli, że chcą do euro, tak samo Rumuni. Węgrzy mówią, że nie chcą, ale nieoficjalnie wiadomo, że za dwa lata będą gotowi spełnić kryteria. Z tego samego powodu kraje bałtyckie chciały tak bardzo wejść do strefy euro, bo wiedzą, że to też kwestia bezpieczeństwa.

Moim zdaniem, potrzebna jest poważna debata publiczna pozbawiona emocji, ideologizacji, najlepiej w najbliższym czasie, bo sprawa zaczyna być pilna. Dlatego tak cieszę się, że przewodniczący Schetyna o tym powiedział.

PE wybrał też nowego wiceszefa PE. Został nim Zdzisław Krasnodębski z PiS, który skomentował swój wybór tak: „Pokazaliśmy, że wbrew rozpaczliwym wysiłkom naszej totalnej opozycji jesteśmy w stanie w UE wygrywać”. Skomentuje pan ten słowa?
(śmiech) Swoją wypowiedzią w gruncie rzeczy wytłumaczył, dlaczego mieliśmy jako PO wątpliwości podczas tego głosowania. Do tej pory istniał taki dobry obyczaj, że każda grupa polityczna czy koło poselskie przestrzegają reguł wyboru na stanowiska. Bardzo długo ta zasada działała, koledzy z PiS-u głosowali za, kiedy wybieraliśmy Jerzego Buzka, my głosowaliśmy za Ryszardem Czarneckim czy panem Liberadzkim.

Wszystko działało do czasu, kiedy PiS zaatakował Donalda Tuska i zmienił reguły gry w polityce. Zresztą jeszcze dokładniej widać to w polskim parlamencie, gdzie PiS totalnie zmienił zasady gry.

Ryszard Czarnecki podpadł bardzo parlamentarzystom i to nie tylko wypowiedzią o Róży Thun. Został odwołany dużą większością głosów, ale stanowisko według tych niepisanych reguł należy się konserwatystom. Wiem z kuluarów, że długo trwały poszukiwania kandydata. W końcu wystawili takiego, który jest znany z bezpardonowego atakowania nas i radykalnych, kontrowersyjnych wypowiedzi, jak ta, że Donald Tusk powinien zmienić obywatelstwo. Zatem nie dziwi mnie taki, a nie inny komentarz pana Krasnodębskiego.

wiadomo.co