Tag Archives: miesięcznica smoleńska

Czy Kaczyński zostanie skazany?

Zwykły wpis

Od wielu tygodni PiS wysuwa wobec sekretarza generalnego PO Stanisława Gawłowskiego zarzuty korupcyjne. Poseł PO, przemawiając dziś z mównicy sejmowej powiedział, że „stoi nie jako przestępca zakrywający się immunitetem, ale jako dumny poseł, który został wybrany przez PiS na ofiarę, aby przykryć przekręty i strach”.

 


Wyjaśnił, jakiego rodzaju przekręty i zarzuty ma na myśli. – „Jest dzisiaj z nami na sali, na galerii ksiądz Tomasz Jegierski, prezes fundacji „SOS dla życia”, który pomaga dzieciom, ofiarom wojny w Iraku i Syrii, i w innych krajach Bliskiego Wschodu. Do księdza Jegierskiego kilka lat temu przyszedł Marek Pawlak, asystent obecnego posła Kornela Morawieckiego i zaproponował wsparcie ze strony Wielkopolskiego Banku Kredytowego, którym wówczas zarządzał obecny premier Mateusz Morawiecki. Warunkiem tej pomocy była wpłata 96 tys. zł na rzecz Kornela Morawieckiego i jego organizacji Solidarność Walcząca. 5 stycznia 2013 r. Kornel Morawiecki odebrał te pieniądze, a na żądanie księdza pokwitował je jako pożyczkę” – powiedział Gawłowski.

Sekretarz generalny PO zadał z mównicy sejmowej pytania: – „Panie premierze Morawiecki, stawiam publiczne pytania, czy pan jest skorumpowany? Czy pan wpłacał ze swego banku dotacje dla dzieci pod warunkiem, że pieniądze zostaną przekazane na rzecz pańskiego ojca?” – pytał Gawłowski.

– Poseł Gawłowski z trybuny sejmowej zawiadamia @PK_GOV_PL o przestępstwie popełnionym przez @PremierRP. „Jeśli historia […] jest prawdą, to mamy pierwszego premiera w historii Polski, który przywłaszcza na rzecz rodziny pieniądze mające służyć biednym dzieciom” – skomentował jeden z internautów.

Podczas konferencji prasowej w Sejmie ksiądz Jegierski powiedział, że w 2012 roku zgłosił się do niego Marek Pawlak, który był w tamtym czasie asystentem Kornela Morawieckiego. – „Przedstawił mi możliwość pozyskania środków, że mogę złożyć wniosek do banku BZ WBK i taki wniosek złożyłem, i otrzymaliśmy dofinansowanie dla dzieci na program „Kino w szkole”. Po otrzymaniu tych środków w kwocie ponad 140 tys. zł ponownie asystent zgłosił się do mnie, żebym teraz w dowodzie wdzięczności przekazał jakąś kwotę dla pana Kornela Morawieckiego i stowarzyszenia Solidarność Walcząca” – powiedział. Ksiądz pokazał też dokument, potwierdzający pożyczkę, podpisany przez Kornela Morawieckiego.

„To jest precedensowy proces na temat tego, co wolno politykowi. Obywatelka Krystyna Malinowska przyszła tu, aby bronić swojej godności i dobrego imienia, aby bronić czci swojej i innych uczestników kontrmanifestacji, których obrażał prezes Jarosław Kaczyński” – mówił adwokat Piotr Marański. „Proces mieszkanka Bydgoszczy kontra Jarosław Kaczyński”.

Krystyna Malinowska, działaczka ruchu Obywatele RP z Bydgoszczy, wyliczała w sądzie wypowiedzi prezesa PiS, która najbardziej ją zabolały: – „Gdy wyzywał swoich przeciwników od „zdrajców narodu” czy „Targowicy”. Gdy mówił, że biała róża to „symbol totalnej głupoty i nienawiści”. Przywołała też wywiad Kaczyńskiego dla Telewizji Republika, który stwierdził wtedy: – „W Polsce jest taka fatalna tradycja zdrady narodowej. (…) To jest w genach niektórych ludzi, tego najgorszego sortu Polaków. Ten najgorszy sort właśnie w tej chwili jest niesłychanie aktywny, bo czuje się zagrożony”.

W sądzie zeznawali też świadkowie. Jednym z nich był Paweł Kasprzak z Obywateli RP. – „Były takie manifestacje, gdzie tłum podsycany przez Kaczyńskiego rzucał się na nas. Sam podczas jednej z nich zostałem opluty – fizycznie, nie słowami” – mówił przed sądem. Opisywał reakcje Krystyny Malinowskiej na przemówienia prezesa PiS. – „Ona była widocznie wstrząśnięta tym, co i jak mówił Kaczyński podczas miesięcznic” – mówił Kasprzak.

Jak należało się spodziewać, Kaczyński nie pojawił się w sądzie. Reprezentował go radca prawny Adrian Salus. Twierdził, że wypowiedzi prezesa PiS „wpisują się w zasady pluralizmu politycznego”. Wyrok zostanie ogłoszony 4 kwietnia.

„To kolejny przykład totalnych absurdów w wykonaniu PiS. To tak, jakby posłowie PiS, do uwierzenia, że Ziemia jest okrągła, potrzebowali specjalnej ustawy. Pan premier Morawiecki ma konstytucyjny obowiązek, by opublikować zaległe orzeczenia Trybunału i nie potrzebuje do tego żadnej ustawy” – stwierdził poseł Borys Budka. To jego komentarz do złożonego przez PiS projektu nowelizacji ustaw o organizacji Trybunału Konstytucyjnego, w myśl którego mają zostać opublikowane trzy dotychczas niepublikowane wyroki TK pod przewodnictwem Andrzeja Rzeplińskiego.

Według Budki, zamiast zgłoszonej przez PiS projektu ustawy, „trzeba zaprzysiąc trzech legalnie wybranych sędziów, wycofać się z absurdalnej, niekonstytucyjnej zmiany w ustawie o KRS i przede wszystkim wyrzucić z wyrzucić z Trybunału sędziów dublerów i przywrócić do orzekania trzech legalnie wybranych sędziów TK”.

Były minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL, podkreślił, że ta PiS-owska ustawa będzie kolejnym bublem prawnym. – „Bowiem zgodnie z Konstytucją – to Konstytucja stosowana jest wprost, bezpośrednio i ma moc najwyższą w źródłach prawa.

Budka uważa, że to kolejny pozorowany ruch PiS, pokazujący „totalną porażkę na arenie międzynarodowej” partii rządzącej. – „Nic nie dały kłamstwa i manipulacje, zawarte w „Białej księdze”, którą pan premier Morawiecki przedstawił w Brukseli. Bo wiemy, że przedstawiciele UE po prostu już temu rządowi nie wierzą. Dlatego teraz, w sposób zupełnie chaotyczny proponuje się po raz kolejny gmeranie w polskim prawie. Tak naprawdę potrzeba wiele konkretnych ruchów, a nie pozorowanych ustaw” – zaznaczył Borys Budka.

Słów brakuje. Żeby nie wiadomo jak długo i powoli tłumaczyć, feministki w kółko to samo. Wolny wybór, wolny wybór… A przecież wybory już były. Wolne całkiem. I na razie już wystarczy!

Idąc do urn i głosując na partię aktualnie rządzącą, Polacy nie tylko ustanowili nowe prawo matematyczne, stanowiące, że „większość” wynosi osiemnaście procent, ale też dali wyłonionej w ten sposób nowej władzy prawo do ustanawiania takiego prawa, jakiego trzeba, aby powyborcza zmiana była – w ich ocenie – właśnie „dobra”.

To abecadło demokracji, ta zaś została właśnie przywrócona, jakby ktoś nie zdążył zauważyć. Więc wychodzenie na ulice i sianie publicznego zgorszenia tylko dlatego, że jakaś ustawa się komuś nie podoba, to awanturnictwo i warcholstwo, które będzie ścigane z urzędu. Są na to paragrafy. Bo teraz co jest najważniejsze? Bezpieczeństwo, oczywiście.

Pod rządami „dobrej zmiany” bezpiecznie ma się czuć w swoim kraju każdy, choć ściślej, to chodzi głównie o bezpieczeństwo Narodu, co wcale na jedno nie wychodzi. Bo, na przykład, ktoś musi dostać w łeb paragrafem albo pałą, żeby bezpiecznie mógł się czuć ktoś. To są zwyczajne dzieje.

Tym razem będzie jednak nie o warchołach – Obywatelach RP czy awanturnicach z „Czarnego Protestu”, tylko o bezpieczeństwie najsłabszych. O prawie do życia dla osób, a konkretnie – potencjalnych osób niepełnosprawnych.

Bo Konstytucja gwarantuje wszystkim takie prawo. To po pierwsze. Pod drugie zaś – prawo do życia i bezpieczeństwa obywateli z dysfunkcjami – jako pokrzywdzonych przez los i genetykę – podlega szczególnej ochronie.

Czyż więc zapewnienie takim właśnie, poszkodowanym Polakom (nawet jeśli na razie zaledwie potencjalnym) respektowania ich przyrodzonych praw nie powinno być ważnym zadaniem partii, która jeszcze w programie wyborczym obiecywała szczególną troskę o praworządność i bezpieczeństwo?
Oczywiście, że powinno. Toteż większość sejmowa właśnie usiłuje – przy wściekłych protestach lewactwa, gromady zaburzonych feministek i totalnej opozycji – uchwalić ustawę o prawie do życia dla ciężko lub (oraz) nieodwracalnie uszkodzonych płodów. (No, powiedzmy, że w tej sytuacji chodzi raczej do prawo do martwego urodzenia, ale zawsze.) Przecież takim osobom należy się – gdyby jednak jakoś przeżyły moment porodu – chrzest święty, a wraz z nim imię. Oraz „trumienkowe”.

Nikt nie ma prawa pozbawiać kogokolwiek takiego prawa, nieprawdaż? To, jakby, niehumanitarne. I żeby była jasność w tym temacie. Żadne – jak twierdzą wojujące aktywistki Nowoczesnej – kwestie światopoglądowe, a już zwłaszcza naciski ze strony biskupów, czy też – z drugiej strony – „nienawiść do kobiet” , konserwatyzm, antyfeminizm czy męski szowinizm nie mają tu absolutnie nic do rzeczy. Chodzi o prawo podstawowe, czyli prawo do życia i osobistego bezpieczeństwa. Tylko tyle.

Poza tym aborcja godzi także w bezpieczeństwo Narodu. Pozwalając na masowe mordowanie nienarodzonych Polaków, możemy bowiem wkrótce podzielić los dinozaurów. Bo jak na razie to nawet Pięćsetplus niewiele pomogło. A poza tym, to nie jest wcale wykluczone, że w ramach naszej ulubionej rozrywki narodowej – rekonstrukcji historycznych – już za chwilę najbardziej krzykliwym liberałom i lewakom nie zostaną wręczone „dokumenty podróży” i „niech jadą”, skoro im się wstająca z kolan i odzyskująca godność Polska nie podoba. Tylko, że za „pierwszego PiS-u” pojechał jakiś milion, a teraz nie wiadomo – być może kolejny, albo nawet kilka? Więc tych kilkaset tysięcy nowych Rodaków rzeczywiście może zdecydować o być albo nie być naszej narodowej wspólnoty.

Jest i dodatkowa okoliczność, bo jak czegoś z tą „hatakumbą” niewiniątek nie zrobimy, i to szybko, to mogą na nas spaść plagi, od egipskich gorsze, a już na pewno polityków frakcji władzy dosięgnie kara z Torunia.

Czyli nie ma już na co czekać. Ale bez obaw, potem to już będzie tylko łatwiej. Bo jak przyznamy prawo do narodzin płodom niezdolnym do życia poza organizmem matki, to tym bardziej wypada je dać takim, które zapowiadają się na zupełnie zdrowe tylko, że miały tego pecha, że się poczęły w okolicznościach kryminalnych. Bo to przecież nie ich wina. Odpowiedzialność do trzeciego pokolenia obowiązuje tylko w przypadku potomków „ubecji” i „resortowych dzieci”.

Najtrudniej będzie z „zagrożeniem zdrowia i życia matki”, no ale – umówmy się – matka już sobie przecież pożyła, to niech da teraz pożyć innym. A poza tym co do takiej matki, co jej aborcja w ogóle na myśl przychodzi, to wiadomo, że feministka jest. Czyli i tak stracona dla ludzkości. Tymczasem dziecko, niezależnie od dziedzicznego skażenia lewactwem, pod wpływem zreformowanej właśnie szkoły powszechnej i wychowawcy-katechety zawsze może wyrosnąć na zwolennika „dobrej zmiany”.

Więc prędzej czy później, jak się to Narodowi wszystko na paskach w DTV wytłumaczy, to poparcie społeczne dla całkowitego zakazu aborcji wzrośnie z aktualnych 10 procent do nawet 110. W końcu wystarczyło dwa lata i już niemal połowa Polaków dostrzega w Unii nowego zaborcę, który nic, tylko dybie na nasze wartości tudzież suwerenność. Z podejściem do mordowania dzieci poczętych będzie podobnie. Sami zobaczycie. Więc nie ma co krzyczeć na ulicy po próżnicy. Tym bardziej, że idą święta.

Wolność, moi kochani, to uświadomiona konieczność. Zatem – według słów klasyka – najwyższa pora uświadomić sobie, że zamiast wrzeszczeć na Nowogrodzkiej, baby koniecznie powinny teraz robić baby.

10 lipca 2017 r. troje działaczy Obywateli RP, Agnieszka Markowska, Maria Bąk-Ziółkowska i Bartłomiej Sabela, przeskoczyli przez barierki na placu Zamkowym i usiedli przed uczestnikami miesięcznicy smoleńskiej, przeszkadzając im w obchodach tak tragicznej dla Polski katastrofy lotniczej. Policja spisała ich i skierowała sprawę do sądu, powołując się na art. 52 Kodeksu Wykroczeń, według którego każdy kto „przeszkadza lub usiłuje przeszkodzić w organizowaniu lub w przebiegu niezakazanego zgromadzenia podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny”.

20 marca tego roku Sąd Rejonowy dla Warszawy – Śródmieście wydał wyrok w tej sprawie. Cała trójka została uniewinniona, bo sędzia Łukasz Biliński nie znalazł powodów, by ich ukarać i umorzył postępowanie.

Sędzia oparł swoją decyzję na wnikliwej analizie m.in. statusu prawnego miesięcznic smoleńskich, które zostały zarejestrowane w kwietniu 2017 roku jako zgromadzenia cykliczne. Z ustawy wynika, że „zgromadzeniem jest zgrupowanie osób na otwartej przestrzeni, dostępnej dla nieokreślonych imiennie osób, w określonym miejscu, w celu odbycia wspólnych obrad lub w celu wspólnego wyrażenia stanowiska w sprawach publicznych”. Nie można więc uznać miesięcznic za zgromadzenie publiczne, bo są one tyko dla „wybranych”, a od reszty odgrodzone barierkami i kordonem policji. Według Łukasza Bilińskiego „miejsce zgromadzenia powinno być dostępne dla anonimowych osób. Wstęp nie może być za zaproszeniem, bo wtedy zmienia się to w prywatne spotkanie”. W tej sytuacji nie można zarzucić oskarżonym działań niezgodnych z prawem, bo nie zostały spełnione kryteria określające zgromadzenie publiczne.

Powołał się również na prawo do wyrażania własnych poglądów i przekonań, co gwarantuje Konstytucja i Europejska Konwencja Praw Człowieka. Każdy człowiek ma prawo wyrażać swój sprzeciw również zachowaniem „na przykład poprzez zajmowanie przestrzeni publicznej, jako wyraz niezgody na coś. Bo nie można prawa do wyrażania poglądów ograniczać tylko do słów i transparentów”.

Sędzia Biliński umorzył też sprawę wobec osób, które podczas innej miesięcznicy krzyczały w stronę pana Kaczyńskiego, że jest kłamcą. Ma on na swoim koncie uniewinnienie Arkadiusza Szczurka i Macieja Bajkowskiego, działaczy stowarzyszenia Obywatele Solidarnie w Akcji, którym policja zarzuciła również zakłócenie jednej z miesięcznic smoleńskich, a Bajkowskiemu dodatkowo nielegalne wyświetlanie napisu na Pałacu Prezydenckim.

Nie ukrywam, że z zadowoleniem przyjęłam mądrą decyzję sędziego, choć od razu zaczęłam martwić się o jego przyszłość w sądownictwie. Obawiam się, że zapłaci za swoją niezależność w orzekaniu.

Jednocześnie zaczęłam zastanawiać się nad pewną kwestią. Jeśli miesięcznice smoleńskie, w świetle prawa, są niczym innym jak imprezami prywatnymi, to dlaczego ich organizacja finansowana była z naszych kieszeni? Dlaczego ktoś sięgnął sobie lekką rączką do finansów publicznych i płacił grube pieniądze na barierki, policjantów, ochroniarzy, oświetlenie itp. itd.? Do stycznia 2018 roku koszt miesięcznic sięgnął kwoty 4,5 mln zł. To tylko podsumowanie za rok 2017, a wcześniej, w 2015 było to 620 tys. zł i w 2016 r. 950 tys. zł. Czy w sytuacji, gdy miesięcznice uznane są za prywatne imprezki, organizatorzy nie powinni zwrócić nieprawnie pobranych pieniędzy?

PiS – grosz do grosza w wykonaniu Kokosza.

Wracam do tematu „czarnego protestu”, który dzisiaj odbędzie się i w całej Polsce, i w Europie, która w ten sposób solidaryzuje się z Polskimi Kobietami. Polki wyjdą na ulice miast i miasteczek, by zaprotestować przeciwko ustawie „Zatrzymaj aborcję”, którą zajmuje się Sejm. Nowe prawo ma zdelegalizować przerwanie ciąży z powodu ciężkiego uszkodzenia płodu. Według danych resortu zdrowia na 1100 dokonanych zabiegów, aż 1044 związane były właśnie z licznymi wadami płodu.

Kiedy w 2016 roku do Sejmu trafił obywatelski projekt, całkowicie zakazujący aborcję na ulice wyszło ok 98 tysięcy ludzi. Wówczas komisja zdrowia uległa naciskom opinii publicznej i został on odrzucony. Jednak przeciwnicy aborcji nie odpuścili i w listopadzie 2017 roku trafił do Sejmu kolejny projekt, za którym stoi fundacja Życie i Rodzina Kai Godek.  Ma on całkowite poparcie Kościoła, którego biskupi „przypominając o konieczności bezwarunkowego szacunku należnego każdej istocie ludzkiej we wszystkich chwilach jej istnienia, (…) apelują o niezwłoczne podjęcie prac legislacyjnych nad projektem obywatelskim Zatrzymaj aborcję’.

Projekt pani Godek szybko znalazł akceptację posłów z PiS i został przekazany do komisji sprawiedliwości, gdzie również w błyskawicznym tempie został przyjęty. 21 marca miała się nim zająć komisja polityki społecznej i rodziny, jednak, ku wielkiemu oburzeniu pani Godek i Kościoła, jej posiedzenie zostało odwołane. Prawdopodobnie dopiero 11 kwietnia członkowie komisji się nim zajmą.

Trudno więc dziwić się, że polskie kobiety i tym razem nie odpuszczą. Kilka dni temu studenci protestowali przed siedzibą Kurii w Warszawie, a dzisiaj o godzinie 16 ruszy cała Polska. Pisarka Natalia Fiedorczuk-Cieślak, laureatka Paszportu „Polityki” wrzuciła do sieci zdjęcie swoich dzieci wraz z komentarzem – „Uwielbiam tę fotografię, bo pokazuje moje autentyczne emocje związane z dziećmi – szczęście, troskę, zainteresowanie, czystą radość. To są uczucia, które powinny towarzyszyć rodzicielstwu. Chcę pokazać, że #czarnyprotest leży w interesie wszystkich kobiet – bezdzietnych, matek, córek, babek i dziewczynek, które dopiero się urodzą. Prawo wyboru to również prawo do decyzji o świadomym macierzyństwie”.

Od kilku dni również Krystyna Janda wrzuca do sieci słowa poparcia dla protestu, a kolejna aktorka, Maja Ostaszewska napisała „musimy się zmobilizować. Odłóżmy na bok spory, różnice. Każda/każdy z nas ma prawo do swojego odrębnego światopoglądu. Ale teraz musimy być razem! Zmuszanie kobiet do utrzymywania ciąży nawet wówczas, kiedy badania prenatalne wykażą nieodwracalne zmiany płodu, brak szansy na przeżycie po urodzeniu, jest nieludzkie. Musimy mieć prawo wyboru. Te straszne zapisy będą prowadziły również do zaniechania wykonywania zaawansowanych, inwazyjnych badań prenatalnych często przecież ratujących zdrowie i życie dziecka. Weźmy przyjaciółki, mamy, siostry, córki i bądźmy tego dnia razem. Panowie na Was też liczymy. Razem mamy wielką siłę!” 

Patrząc na sondaże, wyraźnie widzimy, że 79% Polaków opowiada się za usunięciem ciąży, która jest wynikiem przestępstwa, 77% gdy zagraża życiu lub zdrowiu kobiety i 60% gdy płód jest nieodwracalnie upośledzony. Wzrasta też przyzwolenie na usuwanie ciąży z powodu trudnej sytuacji kobiety z 14% w marcu 2016 do 42% w marcu 2017.

Warto też przypomnieć, że mamy jedną z najbardziej restrykcyjnych ustaw o aborcji w Europie. Jednak, jak widać i taka wydaje się dla przeciwników aborcji zbyt liberalna.

Dzisiaj wszyscy spotykamy się na ulicach Polski. Dzisiaj kobiety nie walczą z poglądami w tej kwestii. Uznając prawo każdego do własnego zdania, zażądają, by nie narzucać im światopoglądu grupki Polaków, którzy chcą sami zdecydować, co kobietom w Polsce wolno, a co nie. Chcą mieć pełną kontrolę nad duszą i ciałem obywatelek Polski. Chcą układać życie w Polsce tylko podług swoich wizji.

Tamara Olszewska

Czy Morawiecki nie doznał urazu goleni prawej?

Zwykły wpis

Zbigniew Gryglas (kiedyś Nowoczesna, obecnie o Gowina przy PiS) wypowiedział się w programie „Rzecz o polityce” (Rzeczpospolita) na temat wyborów prezydenckich w Warszawie.

Mecenas Roman Giertych zareagował na uwolnienie Tomasza Komedy, który został niewinnie skazany na 18 lat więzienia.

Poseł Platformy Obywatelskiej Cezary Tomczyk, powołując się na informację Komendy Głównej Policji, podsumował na Twitterze koszty jakie ponieśli polscy podatnicy, z tytułu celebrowania kolejnych miesięcznic smoleńskich.

Okazuje się, że od 2015 roku, czyli od kiedy PiS przejęło władzę, ponad 32 tysiące policjantów ochrania imprezy na Krakowskim Przedmieściu, a ich organizacja pochłonęła dotąd blisko 3 mln złotych.

Żeby zwykły poseł Kaczyński mógł w należytym komforcie przeżywać to wydarzenie, co miesiąc na zabezpieczenie miesięcznic z całej Polski zjeżdżają się oddziały policyjne. Ostatnio pojawiły się także barierki, które w samym centrum stolicy, oddzielają wyznawców PiS od świata zewnętrznego, czyniąc je na jeden dzień fortecą wyłącznie do dyspozycji jednego człowieka. Wszystko to oczywiście pokrywane jest z naszych podatków.

Jak wiemy, za protesty wobec kolejnych miesięcznic policja zatrzymuje obywateli i stawia im zarzuty zakłócania wydarzenia o charakterze religijnym, chociaż wszyscy doskonale wiemy, że to nic innego jak cyklicznie powtarzana polityczna manifestacja lojalności wobec lidera PiS.

Wzrost liczby policjantów ochraniających miesięcznice smoleńskie, to zdaniem rządzących oczywiście wina polityków opozycji, którzy rzekomo wciąż zaogniają sytuację, a także Obywateli RP, którzy te miesięcznice chcą blokować, czym stwarzać mają zagrożenie dla uczestników tych pochodów.

Jednak w odczuciu zdrowo myślącego społeczeństwa konwencja comiesięcznych imprez na Krakowskim Przedmieściu to po prostu atak na wolność zgromadzeń i w tych ramach nieuzasadniony priorytet dla zgromadzeń cyklicznych. Chodzi o „twór” wymyślony dla satysfakcji samego Kaczyńskiego, zmierzającego do budowy mitu założycielskiego PiS-owskiej władzy, w postaci “tajemniczej śmierci” elity państwa w Smoleńsku. Z tym jednak zastrzeżeniem, że teraz to już chodzi wyłącznie o elity PiS.

Jacek Harłukowicz (Gazeta Wyborcza Wrocław) zareagował na wypowiedź Cezarego Gmyza (TVP) na temat prof. Ryszarda Krasnodębskiego.

Cezary Gmyz, jeden z czołowych dziennikarzy rządowej TVP, miał w grudniu minionego roku „chwilę słabości” i bez większego zastanowienia pogroził byłemu wicepremierowi, Romanowi Giertychowi.

„Giertych do wora, wór do jeziora” – w ten sposób telewizyjny korespondent w Berlinie skomentował na Twitterze wpis mecenasa, w którym wyraził on zdziwienie, iż rządowa telewizja obraziła się, za to „że w reklamie książki pt. „Kroniki Dobrej Zmiany” nazwaliśmy Kurskiego kłamcą”. „Ja nie obrażam się, gdy ktoś mi mówi, że jestem wysoki” – napisał wówczas Giertych.

Równocześnie mecenas poinformował, że „niemieckie organy ściągania rozpoczynają sprawę „nawoływania przez Cezarego Gmyza do zabicia go”. Nawiązując do niedawnego przykrego incydentu na wrocławskiej uczelni, dodał: „Dziwię się Panu Gmyzowi, że zajmuję się atakowaniem starszych profesorów. Powinien raczej przygotowywać się do obrony”. Wyjaśnił przy okazji, że sprawą zajmuje się niemiecka prokuratura, ponieważ Cezary Gmyz pracuje w Niemczech i z tego kraju „namawiał do zabicia”.  „Właściwość prokuratury niemieckiej wynika z pańskiego miejsca zamieszkania”- napisał krótko prawnik.

Powszechnie znany z nonszalancji i bezpardonowych ataków na przeciwników politycznych dziennikarz, z miejsca ruszył do kontrataku i w dość żałosnym stylu „odpalił”: „Podpowiecie mi jak nazywa się takich co Niemcom donoszą na rodaków?”

„O znowu kolejny, którego »Niemcy biją«. Zamiast teraz płakać trzeba było myśleć, zamiast hejtować” – zauważył były wicepremier.

W internecie pod tą wymianą zdań zawrzało. Ktoś przytomnie skomentował: Pan Giertych ma rację – w Niemczech „życzliwy” pisowski prokurator nie skręci sprawy, a i PAD nie uniewinni!!!”.

Dziennikarze Onetu Bartosz Węglarczyk i Janusz Schwertner informują o wywiadzie premiera Mateusza Morawieckiego dla niemieckiego portalu n-tv.de.

To pytanie może okazać się ze wszech miar zasadne, kiedy Jarosław Kaczyński zorientuje się, że namaszczony przez niego premier… niepochlebnie wypowiedział się na temat Węgier. Bo czym innym są mało przemyślane wypowiedzi dotyczące ustawy o IPN, jak choćby słynne już słowa z Monachium… Czym innym układanie historii na nowo, przeciw czemu protestował prof. Ryszard Krasnodębski… Te wypowiedzi z pewnością nie rażą uszu prezesa PiS.

Jednak uderzanie przez Morawieckiego w Węgry – jedynego sojusznika PiS – może mieć swoje konsekwencje. Onet.pl pisze o wywiadzie, który został opublikowany w niemieckim portalu „n-tv.de” w połowie lutego. Przeszedł on niezauważony, bo został „przykryty” przez wspomnianą już wypowiedź Morawieckiego w Monachium, która odbiła się szerokim echem w świecie i zaostrzyła konflikt z Izraelem.

W wywiadzie dla niemieckiego portalu Morawiecki, mówiąc o stosunkach na linii Polska-UE, stwierdził: – „Jesteśmy w Polsce bardzo daleko od sytuacji poważnego naruszenia zasad praworządności. Gdy porównuję sytuację w Polsce, która ma bardzo niski poziom korupcji i kwitnącą demokrację, z sytuacją u naszych przyjaciół z Bułgarii, Rumunii albo Czech – gdzie wszędzie jest pełno korupcji – albo do Węgier, to nie wiem, czy się śmiać, czy płakać”. Prowadzący wywiad dopytał: – „Skoro to takie jasne, to dlaczego Unia Europejska tego nie dostrzega?”. – „Dobre pytanie” – odparł Morawiecki. Tyle i aż tyle!

Onet poprosił o komentarz do tych zaskakujących słów premiera rzeczniczkę rządu Joannę Kopcińską. W odpowiedzi przesłała dane dotyczące korupcji z raportu Transparency International (tak na marginesie – od kiedy PiS przejmuje się raportami międzynarodowych organizacji?). Nie odniosła się jednak do meritum sprawy, czyli atakowaniu przez Morawieckiego najbliższego sojusznika PiS… Jedno jest pewne – kiedy słucha się premiera, to rzeczywiście nie wiadomo: śmiać się czy płakać i ta uwaga dotyczy większości jego wystąpień.

Paweł Cywiński – brat Piotra Cywińskiego (dyrektor Muzeum Auschwitz) opisuję nagonkę prawicy na jego brata.

Od kilku miesięcy Piotr Cywiński, dyrektor Muzeum Auschwitz jest atakowany i przez PiS, i prawicowe media, i przez hejterów. Sam Piotr Cywiński w rozmowie z onet.pl przyznał, że żyje „w sytuacji największego i najdłuższego hejtu”, jaki mu się przytrafił od momentu objęcia stanowiska, a było to w 2006 r.

Piotra Cywińskiego broni jego brat Paweł. Na Facebooku opisuje, z czym musi mierzyć się dyrektor Muzeum Auschwitz. – „Od 50 dni najpaskudniejsze odmęty polskiej prawicy rozpętały wobec niego niezwykle potężną nagonkę. Zbudowaną na co najmniej kilkunastu kłamliwych zarzutach. Wielokrotnie dementowanych i wielokrotnie odżywających. Dziesiątki artykułów na szemranych portalikach, setki zaangażowanych kont tweeterowych, tysiące podobnie brzmiących tweetów, wulgaryzmy, memy, groźby, oszczerstwa, donosy. Do wyrzygania”.

Opisuje też działalność Piotra Cywińskiego: – „Mój brat pracuje na jednym z najcięższych odcinków walki o pamięć, której zadaniem jest obrona ludzi przed ich najstraszniejszymi instynktami. Walka ta jest niezwykle trudna, bo chodzi w niej nie tylko o pamięć polską, ale poniekąd całej ludzkości. A jak wiadomo – różnie się pamięta. Piotr od dwunastu lat jest dyrektorem Auschwitz Memorial / Muzeum Auschwitz. Dwanaście długich lat pracy w jednym z najstraszliwszych miejsc na świecie”.

W obronie Piotra Cywińskiego wystąpiła także Polska Rada Chrześcijan i Żydów. – „Znamy osobiście dr. Cywińskiego, jego kompetencje i poświęcenie w pracy na rzecz pamięci o tragedii, jaka się w tym miejscu dokonała. Znamy liczne krajowe i międzynarodowe niezwykle pozytywne opinie o funkcjonowaniu Muzeum Auschwitz-Birkenau, którym Cywiński umiejętnie i ofiarnie kieruje od 2006 r. Znamy kształt muzealnej ekspozycji na terenie Miejsca Pamięci i ogrom wykonywanej tam pracy, także edukacyjnej. Można by jedynie życzyć polskim instytucjom kultury tak kompetentnego kierownictwa i tak dalekosiężnej wizji” – napisano w oświadczeniu.

Według Rady, kontrowersje wokół Auschwitz-Birkenau to „ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje nasza ojczyzna. Wyrażamy nasze poparcie dla dyrektora Piotra Cywińskiego i apelujemy o wsparcie dla niego do wszystkich ludzi dobrej woli. Ewentualne personalne rozgrywki wokół Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau z pewnością odbiłyby się szerokim echem w całym świecie, ukazując Polskę w fatalnym świetle”. Pod oświadczeniem podpisali się współprzewodniczący Rady ze strony żydowskiej Stanisław Krajewski i współprzewodniczący ze strony chrześcijańskiej Zbigniew Nosowski.

NIESIOŁOWSKI O DEGRADACJI JARUZELSKIEGO I KISZCZAKA: HAŃBA. ODCZEPCIE SIĘ OD ZMARŁYCH. ONI SĄ JUŻ NA INNYM SĄDZIE

W #TYLKONATEMAT ciekawy wywiad z Michałem Kamińskim, kiedyś spin doctorem PiS, potem PO, obecnie członkiem poselskiego klubu Unii Europejskich Demokratów.

Michał Kamiński odniósł się najpierw do najnowszej akcji PO zapoczątkowanej ustawieniem przed siedzibą PiS na Nowogrodzkiej billboardów, przypominających, ile pieniędzy zgarnęli dla siebie ministrowie obecnego rządu. Wreszcie działanie, które można ocenić pozytywnie, bo jak twierdzi „odwołuje się do chyba największej z tych bomb zegarowych, tykających pod koalicją Prawa i Sprawiedliwości, Solidarnej Polski i Porozumienia”. Pazerność władzy na pieniądze jest, obok klerykalizmu i narastającej izolacji Polski na arenie międzynarodowej, tym co może PiS-owi już niedługo najbardziej zaszkodzić. „Gdy ludzie widzą, że Beata Szydło sama sobie przyznała 65 tys. nagrody, to siadają przy rodzinnym stole i zaczynają przeliczać, co oni mogliby by z taką sumą zrobić…”, a co za tym idzie, zaczynają rozumieć, że wcale nie jest tak, jak im się mówi.

Kolejną bombą jest polska polityka zagraniczna. Dziennikarz, prowadzący rozmowę zauważa, że wprawdzie wydaje się ona być niewypałem, bo „przecież mądre głowy mówią, iż zwykłych Polaków sprawy międzynarodowe nie interesują. I powiedziałbym tak, gdyby nie fakt, że przez dwa dni z rzędu jednym z najchętniej czytanych w naTemat tekstów był ten o opinii Andrzeja Dudy na temat UE”słusznie, więc twierdzi Michał Kamiński, że jednak coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, iż to my, obywatele zapłacimy największą cenę za „awanturnictwo polityków PiS”. „Realne kłopoty w realizacji życiowych planów, strata pieniędzy i utrata dumy z polskiego paszportu” odbiją się mocno na poparciu dla władzy Jarosława Kaczyńskiego.

Michał Kamiński podkreśla, że prezes PiS świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego właśnie dokonał zmiany na stanowisku premiera. Beatę Szydło zastąpił Mateusz Morawiecki, który miał poprawić nasz wizerunek i relacje na arenie międzynarodowej. Niestety, nowy premier zupełnie sobie z tym nie radzi. Dostał bowiem „taki bagaż od partii, iż nie podołał postawionemu przed nim zadaniu. I już wiadomo, że nie podoła mu w przyszłości”. Polityk zwraca uwagę, że „Proces zużywania się tej władzy – z czego część mądrych ludzi w PiS już zdaje sobie sprawę – postępuje szybciej niż można było się spodziewać. Główną siłą Zjednoczonej Prawicy pozostaje tylko to, że ludzie na razie nie uwierzyli w żadną alternatywę. Jednak choćby ostatnie przedterminowe wybory w Nadarzynie pokazują, że obywatelski kandydat może rozłożyć na łopatki nawet kandydata cieszącego się osobistym poparciem premiera Morawieckiego. Jednocześnie coraz bardziej jest zmobilizowany obóz „antypisowski”, co źle wróży rządzącej partii.

W rozmowie nie zabrakło również tematu związanego z klerykalizmem, który według Michała Kamińskiego, jest trzecią, mocno tykającą, bombą. Połączona „pazerność księży z pazernością władzy, musi skończyć się potężnym wybuchem. I on tę władzę prędzej czy później wywróci”. Trudno nie zgodzić się z tymi słowami.

Michał Kamiński nie chciał rozmawiać o PO i Grzegorzu Schetynie, uznając, że to nie czas, by prowadzić jakieś tam walki w obrębie opozycji. Natomiast chętnie opowiadał o współpracy swego klubu poselskiego z PSL, podkreślając, że to uczciwy układ. PiS liczyło, że przejęcie posła PSL, Mieczysława Baszko, doprowadzi do likwidacji klubu ludowców. Jednak wsparcie właśnie UED pomogło zażegnać to niebezpieczeństwo. Tak więc teraz oba kluby współpracują ze sobą w parlamencie, zachowując jednak prawo do różnienia się i realizacji zadań, wynikających z ich założeń programowych.

Warto na zakończenie przytoczyć słowa Mariusza Kamińskiego, który mówi – „Taktyka opozycji na walkę z PiS musi przypominać polowanie na wieloryba, a nie strzelanie do wróbla. Polując na wróbla, można zakładać, że on zginie od jednego celnego strzału. PiS jest tymczasem wielorybem, którego łatwo nie da się położyć. Najpoważniejszym błędem mentalnym środowisk opozycyjnych jest to, iż wszyscy spodziewają się, że jedna afera zrujnuje „dobrą zmianę”. Nic z tego! Źródła poparcia dla nich są bowiem tak mocne, że boleśnie zapłacą dopiero za całą sumę rozpętanych afer”. Tak więc, czekamy….

Walka PiS z niewygodną prawdą historyczną trwa w najlepsze. W związku z obchodami 50 rocznicy Marca’68 IPN usunął Adama Michnika, jednego z głównych bohaterów tego wydarzenia, ze swojego spotu. Teraz, jak informuje czytelników oko.press, do tej niechlubnej akcji manipulowania historią dołączyła Polska Fundacja Narodowa.

Mieszkańcy „dekomunizowanych” ulic w Warszawie otrzymują pocztą broszurkę „Godność Niepodległej”, w której znajdują się fotografie i krótkie notki biograficzne nowych patronów oraz tych, niezdekomunizowanych. Jedna z ulic, kiedyś 17 Stycznia, to dzisiaj Komitetu Obrony Robotników. W biogramie nie znalazło się jednak miejsce dla Adama Michnika, a na zdjęciu KOR-u jego twarz została przesłonięta wielkim stemplem z napisem „po dekomunizacji”. Na fotografii są Antoni Macierewicz, Adam Michnik, ksiądz Stanisław Małkowski, Jacek Kuroń (leży), Kazimierz Wóycicki, Konrad Bieliński, Mariusz Wilk i Kazimierz Janusz, a została ona zrobiona podczas głodówki w kościele św. Krzyża, jaką prowadzili członkowie KOR w październiku 1979 roku. Wszyscy są bardzo wyraźnie pokazani, tylko ten jeden, niewygodny, „zastemplowany”.

Na wszystkich pozostałych zdjęciach, które znajdują się w broszurze, stempel znajduje się z boku, by nie przesłaniać osób na fotografii, tylko w tym przypadku jest inaczej.

Takie przekłamanie historyczne firmuje Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Instytut Pamięci Narodowej, których logotypy również znajdują się na broszurce. I taka „przekłamana” broszurka ma też trafić do mieszkańców innych miejscowości w Polsce. Wszędzie tam, gdzie „zdekomunizowano” ulice. Do tego banery, plakaty… i wszystko to, jakże zgodne z polityką historyczną obecnej władzy. Ciekawe, kto jeszcze zostanie „zagumkowany” a kto znajdzie się na piedestale „nowych bohaterów”, co to z tymi rzeczywistymi niewiele mają wspólnego.

Trochę dziwi mnie też zaangażowanie PFN w tego typu działania. Przecież instytucja ta powstała w 2016 roku po to, by „promować Polskę za granicą”. Miała być niezależna politycznie, rzetelna i uczciwa w swych działaniach, a jednak jej „prorządowość” aż bije po oczach. Jak na razie, za otrzymane 243 miliony zł, Polska Fundacja Narodowa zasłynęła akcją „Sprawiedliwe Sądy”, mającą usprawiedliwić reformę sądownictwa, no i teraz ta nieszczęsna broszurka. Trzeba przyznać, że to niezła kasa za takie „osiągnięcia”.

Waldemar Mystkowski pisze i Beacie Szydło.

Nie znamy wyroków historii. Beata Szydło też nie zna. Czy będzie zapamiętana z „sukcesu” 1:27 w walce z rodakiem Donaldem Tuskiem, czy z wypadku samochodowego w Oświęcimiu 10 lutego ubiegłego roku? Jednakże dla mnie pozostanie potwierdzeniem spostrzeżenia Włodzimierza Lenina, iż państwie prawa i sprawiedliwości komunizmu może rządzić kucharka.

W komunie do tego ewenementu nie doszło, Nadieżdę Krupską ubiegł Józef Stalin, ale doszło do tego w Polsce. Jarosław Kaczyński nie chciał ubiec Szydło, która potwierdza regułę, iż osoby bez kompetencji w jakiejkolwiek dziedzinie mogą dać się wszystkim we znaki, jednak z chwilą zniknięcia stają się obojętne. Zapominamy o nich z westchnieniem ulgi: och, jak fajnie, że ich zasłużenie już nie ma na agendzie publicznej.

Przeszło rok prokuratorzy badali przyczyny prostego wypadku, w którego spowodowanie chcieli wrobić bogu ducha winnego młodego kierowcę seicento, Sebastiana K. Była nawet supozycja, aby zlecić badanie przyczyn wypadku niemieckim rzeczoznawcom. Nie doszło jednak do tego, bo nie wszystkie narody mają poczucie humoru Mrożka i Barei.

Faktyczny stan prawny z wypadkiem Szydło na dzisiaj mamy następujący. Prokurator regionalny rozpatrzył wniosek prokuratora okręgowego o rozwiązanie zespołu prokuratorów śledczych. Jednocześnie prokurator okręgowy wysłał do sądu wniosek o warunkowe umorzenie postępowania w sprawie przeciwko kierowcy seicento.

To powinno zamknąć sprawę badania wypadku z udziałem Szydło. Specjalnie nie używam nazwisk prokuratorów, bo nie są godni żadnego zapamiętania, a śledztwo jest nawet bardziej skomplikowane, niż tutaj opisuję, a to z tej przyczyny, aby publika nie zrozumiała, że organa państwa dały ciała. Jest to typowe pisowskie „chachmęctwo do imentu”. Tak naknocić, aby nikt nie chciał dotknąć się tego zakalca.

Sypała się już wcześniej koncepcja oskarżenia Sebastiana K. Mianowicie trzech prokuratorów śledczych odmówiło prokuratorowi okręgowemu oskarżenia wyłączenia ze śledztwa dowodów wskazujących, czy rządowe auta były kolumną uprzywilejowaną w ruchu, a więc czy miały włączone sygnały świetlne i dźwiękowe oraz niewątpliwej winy funkcjonariuszy ówczesnego Biura Ochrony Rządu.

Tak prostego faktu prokuratura nie potrafiła dociec, czy używano sygnałów. Nawet padło pod adresem Sebastiana K. takie oto oskarżenie: „nie zachował należytej ostrożności „. Co to znaczy? Wiadomo – nic, ale działa jako oskarżenie. A w gruncie rzeczy winą młodego kierowcy jest to, iż śmiał jechać drogą publiczną.

Umorzenie w sądzie ma ten walor prawny, iż prokurator nie chce sądzić Sebastiana K., ale zwala winę na niego, uznaje go winnym bez skazania. W ten sposób prokuratura sama siebie ustanawia sądem. Zauważmy, iż bez porozumienia stron. Ale „winny nieskazany” nie godzi się na takie potraktowanie. Obrońca Sebastiana K., mec. Władysław Pociej zapowiada walkę o prawdę przed sądem.

I słusznie! Prawne państwo polskie zostało sknocone do imentu, odbiera się honor niewinnym osobom, uznając ich łaskawie za winnych nieskazanych. Ale to Beata Szydło walnęła w przysłowiowe drzewo i znalazła się na śmietniku historii. Oby tam została na zawsze.

iustitia.pl

Miesięcznica – dzień świra

Zwykły wpis

Dziś 10 marca. Z tej okazji na Krakowskim Przedmieściu ruszyły obchody 95. miesięcznicy smoleńskiej. W teorii miała to być uroczystość o charakterze modlitewnym, pełna zaduma, mająca oddać cześć i pamięć ofiarom katastrofy prezydenckiego tupolewa.

W praktyce jednak mamy do czynienia z niskich lotów comiesięcznym przedstawieniem, mającym na celu zbicie kapitału politycznego, poróżnienie Polaków i obrzucenie przeciwników błotem.

Od czasu wejścia w życie nowelizacji prawa o zgromadzeniach miesięcznica smoleńska jest tzw. zgromadzeniem cyklicznym o celach religijnych. Jednak prawdziwych wartości chrześcijański na próżno podczas kolejnych obchodów szukać.

Sytuację, która ma miejsce na kolejnych miesięcznicach, świetnie ilustruje poniższy obrazek. Oddaje on w dużej mierze charakter wydarzenia, a już na pewno stosunek Jarosława Kaczyńskiego do swoich przeciwników politycznych i pełnię kultury prezesa PiS w trakcie tzw. “comiesięcznej modlitwy”…

Mówi się, że obraz mówi więcej niż tysiąc słów. Nie inaczej jest w tym wypadku. Miesięcznice smoleńskie na stałe weszły do rodzimego kalendarza politycznego, pomimo że sondaże pokazują, że nawet wśród elektoratu PiS przeciwników jest więcej niż zwolenników.

Nie ma to jednak dla prezesa i spółki najmniejszego znaczenia. Ważne jest, żeby się spotkać, poudawać zadumę i przy okazji obrzucić wszystkich, z którymi dobrej zmianie jest nie po drodze gównem.

Zresztą już przy okazji poprzednich obchodów, które miały miejsce w lecie 2017 roku, internauci uchwycili jak bardzo Kaczyński i jego dwór naprawdę są w żałobie

Jak widać kolejne obchody miesięcznic smoleńskich to jedna wielka hipokryzja, przedstawienie polityczne mające na celu podzielić i tak mocno już poszatkowaną opinię publiczną w naszym kraju. Bo z pewnością nie chodzi tu o uczczenie pamięci ofiar…

PiS z policji robi ZOMO

Zwykły wpis

Do ochraniania organizowanych przez PiS miesięcznic smoleńskich warszawska policja musi korzystać z funkcjonariuszy z innych rejonów Polski.

Potrzebnych jest bowiem każdorazowo ponad 2 tysiące policjantów.

„Jeśli znów będą chcieli nas wysłać do Warszawy na zabezpieczenie miesięcznicy smoleńskiej, to weźmiemy zwolnienia lekarskie”

– zapowiedzieli policjanci ze Śląska.

Twierdzą, że nie chcą czuć się jak ZOMO:

„Dowódcy operacji wydali rozkaz zatrzymywania spokojnie siedzących na ulicy uczestników kontrmanifestacji zorganizowanej przez Obywateli RP. Czuliśmy się jak zomowcy w czasie stanu wojennego”

– opowiadali w rozmowie z gazeta.pl o wyjeździe przed wakacjami, gdy musieli zatrzymywać protestujacych, w tym Władysława Frasyniuka.

Co miesiąc ok. 100 funkcjonariuszy z oddziałów prewencji z Katowic, Bielska-Białej i Częstochowy musi jeździć do stolicy. Jak wylicza gazeta.pl, to ponad 10 procent stanu prewencji w garnizonie śląskim.

Za każdym razem trzydniowy wyjazd do Warszawy oznacza wydanie 42 tys. zł na paliwo oraz 121 tys. zł na wynagrodzenie policjantów. Za nocleg i jedzenie płaci komenda stołeczna.

Były szef chorzowskiej policji Józef Kogut zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt wyjazdów śląskich policjantów:

„Skoro oni jeżdżą na miesięcznice, to siłą rzeczy na ulicach śląskich miast musi być mniej policjantów. Matematyki się nie oszuka”.

Twierdzi, że mieszkańcy dłużej czekają na reakcję patroli, co może też wpływać na większą liczbę przestępstw. Rzeczniczka prasowa Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach – oczywiście – temu zaprzecza.

Zaprzeczają rozumowi, to logika PiS. Spieprzyć państwo.

Puchy na miesięcznicy Kaczyńskiego

Zwykły wpis

Na Krakowskim Przedmieściu Kaczyński ochodzi swoją 91. miesięcznicę. Pustki. Tylko tysiące policjantów.

Miesięcznica jest połączona ze Świętem Niepodległości. Kaczyński ze swoją ferajną 11. 11.2017 ucieka do Krakowa, boi się nacjonalistów i faszystów, których niejako powołał do życia.

Będzie problem z tym motłochem. Oj, będzie.

A to zdjęcie historyczne – koresponduje z obchodami prezesa.

A Kaczyńskiego brak. Jednego i drugiego.

Kaczyńskiego korytarz humanitarny na Krakowskim Przedmieściu. Dziecinada

Zwykły wpis

Tak wychowywane są dzieci. Przedszkolaki w „korytarzu humanitarnym Kaczyńskiego” na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie w dniu miesięcznicy.

Tchórz Kaczyński oddziela się od narodu.

„Zobacz synku, tak wygląda wyspa wolności” – może rzec przedszkolanka do maluchów.

Z Polski zrobiono Tworki.