Podpowiedź pisowskich orłów na kryzys dyplomatyczny z Izraelem

Ustawa o IPN, która wg marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, ma jakoby nie działać (być martwym prawem), odniosła „sukces”. Oto mamy wojnę dyplomatyczną Polski z Izraelem oraz innymi państwami, globalne media dotychczas nam wielce sprzyjające (np. „New York Times”) odkrywają, iż antysemityzm w Polsce ma się dobrze, bo PiS dziwnym trafem uwolnił demony przeszłości, wojna przechodzi na kolejny poziom – najgroźniejszy – bo społeczny.

Oto wpływowa amerykańska organizacja żydowska Ruderman Family Foundation w akcji „Never Deny” zbiera podpisy pod petycją do Białego Domu o zawieszenie stosunków dyplomatycznych z Polską.

Co na to nasi? Nie mogę spamiętać nazwiska szefa polskiej dyplomacji, który na szczęście nie zaapelował do amerykańskiej Polonii o reakcję na „Never Deny”. Acz znając pokraczność pisowskich polityków nie można zakładać kolejnej ich głupawki. Wszak niepytany może poczuć wzmożenie patriotyczne Mateusz Morawiecki i kolejny raz zaserwuje bigos po polsku, którego świat nie chce spożywać i wywala do kubła na śmieci.

Rozpoczęły się już podpowiedzi orłów, co mógłby w tej styuacji zrobić polski rząd. Wzbił się na wyżyny intelektu naczelny „Do Rzeczy”, Paweł Lisicki, który w wywiadzie dla swego portalu, postrzega: „Polskie władze w żadnym wypadku nie powinny robić wrażenia, jakby ustępowały pod wpływem siły i szantażu”.

I zachęca rząd do dogmatycznej metodologii pisowskiej: „Odpowiedzią na to, co się dzieje, powinno być na przykład wznowienie ekshumacji w Jedwabnem, które wreszcie by do końca wyjaśniło, co się tam tak naprawdę wydarzyło”.

Polityka funeralna, polityka hien cmentarnych, ta łopatologia jest bliska sercu każdego sympatyka partii Jarosława Kaczyńskiego. Inny orzeł – naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz – wpadł na „genialny” pomysł (nacjonalizmu oralnego – in pectore), jak dowiedzieć się, czy ktoś jest Polakiem, czy nie: „Jeżeli nie wiesz, czy Twój rozmówca jest Polakiem, zapytaj go, co czuje. Takie kryterium to najwspanialszy spadek po naszej historii, która daje nam powód do dumy”.

Tak robią nam koło pióra „orły” pisowskie. Oj, będzie co sprzątać przez wiele, wiele lat po tych nielotach. Robią nam w gniazdo.

 

Amerykańskie organizacje żydowskie domagają się zawieszenia wszelkich stosunków z Polską (film)

Amerykańskie organizacje żydowskie domagają się zawieszenia wszelkich stosunków z Polską

Wpływowa amerykańsko-żydowska organizacja charytatywna Ruderman Family Foundation wyprodukowała wideo, w którym Żydzi oskarżają Polskę o ustanowienie prawa, które może spowodować, że trafią do więzienia. Wraz z filmem, rozkręcona została również akcja „Never Deny” – „Nigdy nie zaprzeczaj”. W jej ramach rozpoczęto zbieranie podpisów pod petycją wzywającą Biały Dom do zawieszenia stosunków z Polską, do czasu odrzucenia ustawy o IPN.

Na stronie internetowej neverdeny.org autorzy akcji piszą: „Polsko, nigdy nie pozwolimy ci zaprzeczyć Holocaustowi”.

Na wideo, które – według informacji Onetu – jest już rozpowszechniane w USA i innych krajach, młodzi amerykańscy Żydzi mówią, że „za to, co za chwilę powiem, mogę pójść do więzienia”, po czym mówią „Polski Holocaust „.

„To bez wątpienia najbardziej agresywny projekt, który powstał na bazie kryzysu polsko-izraelskiego. Trudno nawet skomentować samą skalę półprawd i jawnych nadużyć, pojawiających się w wideo, którego autorzy sugerują polską odpowiedzialność za wymordowanie milionów Żydów na świecie” – czytamy w portalu wp.pl.

aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaedodkodkoedeo

Ogłaszając publicznie wstrzymanie działania Pan S.Karczewski potwierdza, że PL nie jest już państwem prawa.
Nie znam przepisu konstytucji ani ustawy, który takie prawo przyznawałby Marszałkowi Senatu.
A może jestem w błędzie, bo prawo PIS tak szybko zmienia prawo?

 

Panie marszałku, czy Pan dobrze się czuję? Jak to ustawa o IPN nie będzie działać? Wnioskował Pan by głosować bez żadnych zmian nad „świetną” ustawą o IPN, która wchodzi 14 dni od podpisu prezydenta. https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/karczewski-w-jeden-na-jeden-ustawa-o-ipn-nie-bedzie-dzialac,816548.html 

„Nie będzie działać”. Marszałek Karczewski o ustawie o IPN

Premier Mateusz Morawiecki powiedział w Monachium prawdę, ale jego słowa wyrywane są z kontekstu – stwierdził w „Jeden na jeden” Stanisław Karczewski, marszałek Senatu. Jak dodał, nowelizacja…

tvn24.pl

Tomasz Sakiewicz wyjaśnia, czy Żyd albo Niemiec może być prawdziwym Polakiem

Na kanwie debaty nad nowelizacją ustawy o IPN zaczął się znowu przewijać wątek narodowy. Co to znaczy być Polakiem? Kto jest Polakiem? Wspaniałą lekcję dało nam wielu Polaków, którzy mają korzenie żydowskie. Bardzo mocno stanęli w obronie Polski, w czasie gdy nasi współobywatele niemający takiego pochodzenia, atakowali nasz kraj nawet na arenie międzynarodowej. Kto okazał się lepszym Polakiem? Ten, kto z dziada pradziada udowadnia swoje słowiańskie korzenie, czy ten, co Polski broni?

Tradycja I Rzeczypospolitej wprowadziła w świadomość naszego narodu wieloreligijność i wielokulturowość. Nie ma to nic wspólnego z poprawnym politycznie ruchem multi-kulti forsowanym w wielu stolicach Europy. Wielokulturowość I Rzeczypospolitej nie oznaczała unicestwienia własnej tożsamości, języka czy wiary. Tożsamość Polaka była poszerzana o obyczaje Litwinów, Rusinów, Żydów, Niemców, Ormian i innych nacji zamieszkujących nasze państwo. Stawała się elementem polskiego patriotyzmu, a to powodowało, że te nacje czuły się w I RP po prostu „u siebie”. Bronili swojego państwa, które stało się wspólną Ojczyzną. Wielka Rzeczpospolita promieniowała na inne narody przyjaźnią i tolerancją. Przykładem jest tu choćby przyjaźń polsko-węgierska.

Patriotyzm polskiego Żyda, Rusina czy Niemca bywał równie gorący, a często nawet bardziej niż rodzimego mieszkańca Małopolski czy kolebki Rzeczypospolitej – Wielkopolski. Znam przykład polskich oficerów pochodzenia niemieckiego, którzy zginęli w Katyniu tylko dlatego, że nie chcieli potwierdzić swojej przynależności do Niemiec.

Ten unikalny rodzaj patriotyzmu powodował, że łatwo mogliśmy rozbudowywać nasze państwo, i tego najbardziej bały się ościenne mocarstwa. To, co oni robili siłą, my uzyskiwaliśmy w drodze porozumień. Projekt I Rzeczypospolitej zaczął się walić, gdy doszło do sporu między rusińską oligarchią a Kozakami nierzadko o polskich korzeniach. Konflikt społeczny szybko stał się sporem narodowym. Nie zmienił tego fakt, że na czele wojsk polskich stał Rusin Jeremi Wiśniowiecki, a kozackim przewodził Bohdan Chmielnicki, potomek polskiej szlachty.

Projekt I Rzeczypospolitej był niszczony przez zaborców do korzeni. Chodziło nie tylko o rozbiór terytorium czy likwidację instytucji państwa, lecz o rozebranie ze wspólnych korzeni tożsamości tworzących ją narodów. Ten rozbiór okazał się najtrwalszy. Rosja, ale nie tylko ona, doszła do mistrzostwa w napuszczaniu na siebie Polaków i Ukraińców, a także Polaków i Żydów. To dzisiaj jej najgroźniejsza broń, gorsza od cyberataków czy tysięcy czołgów. Rodzi chaos, w którym wielu ludzi czuje się zagubionych.

Rada jest na to prosta. Jeśli chcesz wiedzieć, czy jesteś Polakiem, nie sprawdzaj tego w urzędzie ani w genach swoich przodków. Posłuchaj swojego serca. Jeżeli nie wiesz, czy Twój rozmówca jest Polakiem, zapytaj go, co czuje. Takie kryterium to najwspanialszy spadek po naszej historii, która daje nam powód do dumy.

Tomasz Sakiewicz

Gazeta Polska 8/20018, 21 II 2018

fronda.pl

Lisicki: To szantaż. Polski rząd nie może ustąpić

„To jest przykład bardzo brutalnej, antypolskiej kampanii propagandowej. Obawiam się, że polski rząd nie był na nią przygotowany” – powiedział Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”.

Odnosił się tym samym do skandalicznego filmu stworzonego i zamieszczonego w serwisie YouTube przez bostońską Ruderman Family Foundation. Pojawiający się na filmie aktorzy powtarzają frazę „polish holocaust”, co ma być rzekomo odpowiedzią na nowelizację ustawy o IPN, która penalizuje przypisywanie polskiemu narodowi udziału w holokauście.

W rozmowie z portalem dorzeczy.pl Lisicki podkreślił:

„Polskie władze w żadnym wypadku nie powinny robić wrażenia, jakby ustępowały pod wpływem siły i szantażu. Odpowiedzią na to, co się dzieje, powinno być na przykład wznowienie ekshumacji w Jedwabnem, które wreszcie by do końca wyjaśniło, co się tam tak naprawdę wydarzyło”.

Stwierdza też, że mimo iż sam film jest skandaliczny, to może okazać się pomocny jeśli chodzi o osiąganie konkretnych celów politycznych. Podkreśla, że film jest kłamliwy, skandaliczny i obrzydliwy. Dociera jednak do masowego odbiorcy w USA i jest dobrze zrobiony, przez co ma niemałą siłę jako narzędzie polityczne – zaznacza Lisicki.

Według niego mamy do czynienia z próbą zaszantażowania polskiego rządu, który według Lisickiego popełnił wiele błędów jeśli chodzi o przygotowanie ustawy. Rozmówca dorzeczy.pl nie jest pewien, co teraz powinno się zdarzyć, bo jak dodaje – „nie ma w tej chwili dobrego rozwiązania”.

 

Więcej o samym filmie przeczytać można u nas pod TYM adresem. Zapraszamy również raz jeszcze do wzięcia udziału w akcji mającej na celu zablokowanie tego kłamliwego filmu. Instrukcja jak tego dokonać dostępna TUTAJ.

dam/dorzeczy.pl,

Fronda.pl

 

Witold Jurasz – kto sieje wiatr, ten zbiera burzę

Jeszcze o ustawie

20.02.2018
wtorek

Gdyby latem 1939 roku w Polsce zrobić zdjęcie setce ludzi w kościele, to po sześciu latach 90 osób z fotografii wciąż by żyło. Kilka osób miałoby za sobą działalność w konspiracji, kilka ratowałoby Żydów, ktoś przeżyłby obóz, znalazłby się także jakiś volksdeutsch, szmalcownik, kolaborant czy żołnierz Wehrmachtu. Trzy czwarte ludzi ze zdjęcia (może dwie trzecie, a może siedem ósmych, w każdym razie znakomita większość) miałoby za sobą zaś sześć lat biernego poddawania się losowi okropnemu, ale jednak dającemu żyć.

Gdyby latem 1939 roku w Polsce zrobić zdjęcie setce ludzi w synagodze, to po sześciu latach 90 osób z fotografii byłoby martwych. Dobrzy i źli, bogaci i biedni, wykształceni i analfabeci, kolaboranci i bojownicy – bez różnicy; na dłuższą metę żadna cecha i żadne zachowanie nie wpływały na szanse przetrwania.

Bez zrozumienia (i czucia) tej fundamentalnej różnicy nie można w ogóle zaczynać rozmowy o tej idiotycznej, ale groźnej ustawie i wszystkich późniejszych głupstwach, w tym wykraczającym poza skalę pomyśle budowy muzeum „Polokaustu”.

A teraz po kolei.

Ustawa jest idiotyczna, bo zamiast poprawiać wizerunek Polski w świecie – pogarsza go. Nie odpowiada przy tym na żaden istotny problem społeczny, nie mówiąc o jego rozwiązywaniu. Nikt nie uważa, że państwo polskie czy naród polski współorganizowały Holokaust, a jeśli ktoś tak uważa, to żadna groźba więzienia go nie powstrzyma. Trzeba być Świrskim, żeby wierzyć, że ktoś, kto przed ustawą pisał „polskie obozy śmierci”, teraz podrapie się po głowie i napisze „niemieckie obozy śmierci”. Nie mówiąc już o tym, że zazwyczaj taka fraza to efekt skrótu myślowego, a nie wiary, że obozy stworzyli Polacy.

Zastanawia też użyta w ustawie fraza „wbrew faktom”, bo kto te fakty będzie ustalał – IPN? Sejm? Naród w referendum?

Sądzę poza tym, że nie należy ograniczać wolności słowa. Przepisy penalizujące „kłamstwo oświęcimskie” też są niemądre.

Napisałbym pewnie, że ustawa jest martwa – żaden GROM nie będzie wysyłany, by odrywać niedouczonych amerykańskich dziennikarzy od klawiatur i wlec ich na pokazowe procesy w Polsce – ale obawiam się, że przepis może jednak działać i że nie chodzi tu bynajmniej o żadne obozy śmierci, lecz o blokowanie debaty o naszych, polskich nieczystych sumieniach. Czy debata o Jedwabnem z początku tego wieku mogłaby się odbyć za rządów PiS i po wejściu w życie ustawy? Czy, powiedzmy, lokalny dziennikarz z Białegostoku, który natrafiłby na zakurzone akta zapomnianego procesu, przebiłby się z publikacją?

Ustawa jest zatem idiotyczna, ale i groźna, bo służy nie historii, lecz jej wulgaryzacji. „Nikt nie będzie karany za mówienie o polskich sprawcach”, powiada premier, ale przecież zupełnie coś innego widzieliśmy przez ostatnie dni w telewizji publicznej i zupełnie inną wizję historii przedstawiają nam od lat politycy PiS; nie do zapomnienia jest wywiad Moniki Olejnik z panią Anną Zalewską od edukacji, która nieprzytomnie bredziła w sprawie Kielc i Jedwabnego.

Ustawa wytycza koleiny, którymi ma pędzić nasza – państwowa i dominująca medialnie – narracja o polskiej historii. Ma być pięknie i heroicznie, Polacy nadają się na ofiary i bohaterów. I tak to idzie: Polska została napadnięta i zdradzona przez sojuszników, dwa totalitaryzmy, Polacy byli mordowani, wypędzani, pozbawiani majątków, okupacja była straszniejsza niż gdzie indziej, nie daliśmy się złamać, nie było kolaboracji, kraj bez Quislinga, Armia Krajowa, powstanie, Żegota, miliony Polaków pomagały Żydom, Ulmowie, kara śmierci dla szmalcowników, Sendlerowa, Pilecki, Karski, Zachód się wypiął i tak w kółko, ad mortem defaecatam.

Ale to tylko pół prawdy o II wojnie na ziemiach polskich, a pół prawdy to – jak dobrze wiadomo – całe kłamstwo. Historia jest znacznie bardziej skomplikowana niż słodka papka, którą raczą swoich widzów „Wiadomości”.

Dzieje Brygady Świętokrzyskiej należy zgłębiać, ale nie jestem przekonany, że premier państwa polskiego powinien odwiedzać groby żołnierzy oddziału współpracującego z Niemcami i mającym na koncie potyczki nie tylko z Armią Ludową, lecz i Batalionami Chłopskimi.

Polacy mordowali Żydów nie tylko w Jedwabnem. Liczne i przerażające świadectwa z tamtych czasów przytacza zresztą w ostatnich „Sieciach” Piotr Skwieciński. Polski antysemityzm – krzewiony m.in. w periodyku Maksymiliana Kolbego – nie zawsze prowadził do zbrodni, ale nieraz do kibicowania Niemcom (powtarzają się wspomnienia w rodzaju „Ten Hitler to paskudny typ, ale przynajmniej robi porządek z Żydami”); czasem zaś antysemici – nie wyrzekając się zresztą swoich uprzedzeń – ratowali Żydów, jak Zofia Kossak-Szczucka.

Ok. 400 tys. Polaków służyło w AK, ok. 300 tys. – w Wehrmachcie; w większości zostali tam wcieleni przymusowo, ale było też ok. 20 tys. ochotników.

„Miałem dwóch wybitnych dowódców – Rommla w Afryce i Andersa pod Monte Cassino” – wspominał uczestnik badań nad pamięcią II wojny.

Nikt nie zliczy, ilu Polaków ratowało Żydów, a ilu ich mordowało; nie wiadomo nawet, ilu Polaków zginęło za pomoc Żydom. Medali Sprawiedliwych – dwa przypadły mojej prababci i dziadkowi – jest z pewnością za mało. Oceny – płynące z Zachodu lub Izraela – polskiego państwa podziemnego i polskiego narodu bywają niesprawiedliwe, a czasem po prostu przeraźliwie głupie, ale to nie jest jeszcze argument za forsowaniem ustawy.

Polska historia jest fascynująco skomplikowana i nie widzę potrzeby, by ją upraszczać, zwłaszcza karnymi paragrafami w służbie aktualnie rządzących. Prawdziwa cnota krytyki się nie boi.

szacki.blog.polityka.pl

Rząd PiS naprawia to, co zniszczył kolejnym knotem

Rząd PiS naprawia to, co zniszczył kolejnym knotem

Jak dementują, to coś musi być na rzeczy. W PiS wszak syndrom „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” jest dogmatem partyjnym. Przecieki z centrali Nowogrodzkiej wypływają następującej treści: – „Kaczyński jest wściekły na Morawieckiego za jego długi język”. Po co więc rzecznik PiS Beata Mazurek dementuje: – „Mówienie czy pisanie, że Prezes Jarosław Kaczyński jest wściekły na Premiera Mateusza Morawieckiego to totalna bzdura. Nie skłócicie nas bez względu na to do czego będziecie się posuwać”? Pomijam nielogiczność ostatniego zdania i interpunkcję.

Takie komunikaty nie powstają w próżni. Oto kolejny lapsus (nazywam eufemistycznie) Morawieckiego w wywiadzie dla „Der Spiegel”: – „Polska jest demokratycznym państwem narodowym”. Ufff… ciarki przechodzą po plecach. A jeżeli ma się na uwadze, w jakich pochodach depcze tatuś premiera Kornel Morawiecki i kto z ugrupowania Kukiz’15 wszedł do Sejmu obecnej kadencji, ciarki zamieniają się w podejrzenia i to o barwie brunatnej.

Czy może nas uspokoić sytuacja – o czym zawiadomiła publikę w radiowej Trójce rzecznik rządu Joanna Kopcińska – iż „powstał zespół ds. walki z faszyzmem”? Czujecie tę pisowską mietę przez rumianek? Wszak o tej mięcie niedawno Joachim Brudziński mówił w Sejmie, że w Polsce nie ma faszyzmu, a Mariusz Błaszczak – bywszy ministrem spraw wewnętrznych – utrzymywał, że to margines marginesu.

A teraz powołuje Brudziński zespół. To z kim będzie ten zespół resortowy walczył? Z faszyzmem, który jest „narodową demokracją” (wszak to definicja politologiczna)? Wynika z tego, że PiS będzie częściowo walczył ze sobą, bo w obowiązującej Konstytucji RP mamy zapisany inny ustrój niż twierdzi Morawiecki: demokratyczne państwo prawa.

Poprzednik Brudzińskiego, Błaszczak, rozmontował system zwalczania przestępstw z nienawiści i faszyzmu. w listopadzie 2016 roku rozwiązany został Zespół ds. Ochrony Praw Człowieka, który był kluczową rządową komórką ds. walki z rasizmem, antysemityzmem czy homofobią. Wycofano podręcznik dla policjantów do rozpoznawania przestępstw motywowanych nienawiścią i dyskryminacją, bo wg sławnego wiceministra od konfetti Jarosława Zielińskiego, policjanci uczyli się z niego nienawiści do środowisk prawicowych, jakoby niesłusznie symbol falangi znalazł się na liście symboli nienawiści.

Oj, skrzeczy pisowska rzeczywistość. Zajmują się naprawianiem tego, co sami sknocili, a że inaczej nie potrafią, tylko knocić, można spodziewać się, że nie będą walczyć z faszyzmem, tylko przy okazji rozszerzą definicję faszyzmu i tę walkę przekierują na społeczeństwo obywatelskie.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Premier Morawiecki zmienił definicję ustroju RP

20.02.2018
wtorek

Nie ma już „państwa prawnego”. Jest „narodowe”. Raczej etniczne – kryterium krwi i wiary – niż obywatelskie. Do tej pory PiS zmieniał konstytucję ustawami. Teraz zmienia ją wypowiedziami premiera. Morawiecki ogłosił zmianę ustroju Polski w wywiadzie dla „Der Spiegel”. „Polska jest demokratycznym państwem narodowym” – ogłosił premier w poniedziałkowym wywiadzie.

Artykuł drugi konstytucji mówi: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym”. Nie sądzę, by w zmianie tej definicji ustroju RP należało się doszukiwać nie do końca przemyślanego sformułowania, jak spekuluje się na temat jego wcześniejszej wypowiedzi na temat „żydowskich sprawców”.

Od początku swoich rządów PiS pomijał komponent „prawne” w definicji ustroju Rzeczpospolitej. Akcentował „demokratyczność” rozumianą jako rządy większości niezwiązanej prawem. A więc przeciwstawiał „demokratyczność” (w sensie woli ludu) prawu. Taki wywód znalazł się np. w sporządzonej przez tzw. zespół Kuchcińskiego odpowiedzi na opinię Komisji Weneckiej w sprawie „dobrej zmiany” w Trybunale Konstytucyjnym. Pisowscy eksperci dowodzili tam, że eksperci Komisji nie rozumieją polskiej konstytucji, która przewiduje prymat woli ludu wyrażonej w wyborach nad prawem stanowionym, w tym nad samą konstytucją.

Teraz premier Morawiecki modyfikuje konstytucję jeszcze głębiej. Nie tylko pomija komponent „państwa prawnego” w definicji ustroju RP, ale dodaje komponent „państwa narodowego”.

Co to znaczy „państwo narodowe”?

Konstytucja z 1997 roku odwołuje się do pojęcia narodu w preambule: „my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i niepodzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł”.

Jest mało prawdopodobne, że taką właśnie definicję narodu ma na myśli premier Morawiecki, ogłaszając nową definicję ustroju RP. Przeciwko tej „kosmopolitycznej” i „antynarodowej” definicji narodu protestowała prawica, łącznie z dzisiejszymi politykami PiS, gdy uchwalano obecną konstytucję. Prawica, w tym PiS, podkreślała, że o przynależności do „narodu polskiego” decyduje kryterium krwi i wiary. Czyli polskie pochodzenie etniczne i katolicyzm.

Preambuła pisowskiego projektu konstytucji zaczyna się od słów „w imię Boga wszechmogącego” i nie przewiduje już miejsca dla „osób niepodzielających tej wiary”. Odwołuje się wyłącznie do „tysiącletnich dziejów związanych z chrześcijaństwem”. A więc kryterium wiary katolickiej jako element przynależności do narodu jest silnie eksponowany.

Co do kryterium krwi nie ma w pisowskim projekcie konstytucji jednoznacznego odniesienia. Jednak jego art. drugi stanowi: „Rzeczpospolita Polska strzeże swej suwerenności, która jest warunkiem zachowania dziedzictwa wszystkich pokoleń Polaków oraz rozwoju osoby we wspólnocie narodowej”. A więc można przypuszczać, że przynależność do narodu polskiego będzie oceniana poprzez „rozwój osoby we wspólnocie narodowej”.

Jeśli ktoś się w tej wspólnocie nie „rozwijał”, może mieć problemy z uznaniem go za Polaka. Nawiązując do sporu pisowsko-izraelskiego o ustawę o IPN, można będzie mieć wątpliwość, czy osoba „rozwijająca się” we wspólnocie kulturowej i wyznaniowej żydowskiej, choć od pokoleń w rodzinie obywateli polskich, uznana będzie za pełnoprawnego członka „narodu polskiego”. Nie w sensie etnicznym, ale politycznym: tego „narodu”, który przewiduje pisowska wizja konstytucji.

 

siedlecka.blog.polityka.pl