Kaczyński i jego PiS zadłużają nas i skracają nam życie

Na co liczy Jarosław Kaczyński? Wiadomo. Posiada władzę, jakiej nikt po 1989 roku nie posiadał, a do tego prawnie nie odpowiada za jej sprawowanie, bo  jej brzemię wzięli na siebie jego akolici: Beata Szydło, Mateusz Morawiecki i Andrzej Duda. Pełnia władzy rozpisana na innych, ale Kaczyńskiemu – mało jej. Pełnię władzy prezes PiS chce przekuć w formę dyktatury, która musi się źle skończyć dla Polaków i Polski.

Czy uda się Kaczyńskiemu chwycić naród za twarz? Czy Polacy dobrowolnie w wyniku wyborów zgodzą się na nałożenie kagańca? Przy czym ta „dobrowolność” będzie sterowana przez PiS – nie tylko poprzez partyjną Państwową Komisję Wyborczą.

Tymczasem mamy kampanię wyborczą, która w wykonaniu partii Kaczyńskiego polega na zachęcie, aby samemu nałożyć na siebie kaganiec. Służy do tego kiełbasa wyborcza, która oględnie nazywana jest „piątką Kaczyńskiego” i nie ma za wiele wspólnego z dobrem wszystkich Polaków, jest kupczeniem adresowanym do jak największej grupy elektoratu. Kaczyński kupuje wyborców za ich pieniądze, a nawet więcej – za te przekupstwa będą płacić przyszłe pokolenia, które dzisiaj nie głosują.

Czy Kaczyński się ocknął, że przeholował? Piątka Kaczyńskiego przechodzi trasformację semantyczną i zwana będzie Piątką Plus.

Do tej piątki prezes dorzuci (zaplusuje) jeszcze jedną obietnicą. Na co liczy Kaczyński? Wiemy. Świadomi Polacy ponadto wiedzą, że Kaczyński nie potrafi liczyć –  a w zasadzie: nie chce poprawnie liczyć. I nie chodzi tylko o to, że piątka plus nowa obietnica daje wynik szóstki. Więc ta kiełbasa wyborcza winna nazywać się – Szóstka Plus.

Czy ta nowa obietnica to podwyżki dla nauczycieli? A może dofinansowana zostanie służba zdrowia? Zwłaszcza zdrowie Polaków winno mieć szczególne uważanie polityków. Ta wiadomość powinna wstrząsnąć opinią publiczną – otóż kolejny rok z rzędu Polacy na emeryturze żyją krócej, statystycznie średnio o 1,5 miesiąca krócej niż rok temu.

A będzie jeszcze gorzej, bo Mateusz Morawiecki zagrabia resztki z Otwartych Funduszy Emerytalnych, zasilając nimi ZUS i ową Piątkę (poprawnie: Szóstkę) kwotą ok. 35 mld zł. A zatem, znowu skrócone zostanie życie Polaków.

Obietnice PiS sprowadzaja się do tego, że jesteśmy zadłużani i skraca nam się życie. Do tego sprowadza się każdy populizm. I bynajmniej – stwierdzam niezłośliwie – Kaczyński nie zadłuża siebie i nie skraca sobie życia.

 

 

Prezes PiS da jeszcze więcej. Nieoficjalnie: Zamiast Piątki Kaczyńskiego będzie Piątka Plus
pawk

29.03.2019

Nie Piątka PiS, a Piątka Plus – donosi portal 300Polityka. Prawo i Sprawiedliwość ma rozszerzyć w sobotę swój program o dodatkową obietnicę. – Wszystko ogłosi prezes – cytuje polityka PiS portal.

Piątka PiS albo Piątka Kaczyńskiego – tak nazywa się pakiet obietnic, które zaprezentował prezes PiS w lutym tego roku. Wśród nich są: 500 plus na każde dziecko, 13. emerytura, zniesienie podatku PIT dla osób poniżej 26. roku życia, obniżenie kosztów pracy i przywrócenie połączeń PKS.

Piątka Kaczyńskiego zamieni się w Piątkę Plus

Teraz jednak piątka ma stać się Piątką Plus. Według informacji portalu 300polityka w najbliższą sobotę, 30 marca, Jarosław Kaczyński ma zapowiedzieć jeszcze jedną obietnicę, która ma rozszerzyć ofertę PiS „w zupełnie nieoczekiwanym przez nikogo kierunku”.

Nikt się tego nie spodziewa i nic więcej nie powiemy. Wszystko ogłosi prezes

– mówił 300polityce jeden z polityków Prawa i Sprawiedliwości. Rozmówcy portalu podkreślali, że za tym dodatkiem stoi sam Kaczyński, który zobaczył, że jest jeszcze jedna przestrzeń warta zagospodarowania. Oceniają, że dotyczy ona „nieoczekiwanego segmentu elektoratu”.

Politycy PiS już się cieszą, ponieważ rozszerzona „piątka” ma ponownie dać im wiatr w żagle i spowodować, że znowu będą mogli dominować dyskurs publiczny.

gazeta.pl

 

Dokonają grabieży miliardów złotych, by wygrać wybory? Premier potwierdza bulwersujący scenariusz

Temat prywatnych środków ponad 2,5 mln Polaków, którzy w 2014 roku podjęli decyzję o pozostawieniu swoich środków w Otwartych Funduszach Emerytalnych, był za czasów “dobrej zmiany” wyciszany i marginalizowany. W PiS doskonale zdawali sobie sprawę, że po powszechnie krytykowanej reformie rządów PO-PSL przed OFE nie ma już przyszłości, ale żaden z przedstawicieli obozu władzy nie mógł sobie pozwolić na jednoznaczną deklarację, że trzeba je zlikwidować, a pozostające w funduszach środki przenieść do ZUS, by te wsparły budżet państwa.

W zwlekaniu, co z tym fantem zrobić, pomagały świetna sytuacja gospodarcza kraju oraz bardzo dobre efekty tzw. uszczelnienia systemu podatkowego, będącego de facto wprowadzeniem permanentnej kontroli przedsiębiorców na nieznaną dotąd w Polsce skalę. Co jakiś czas premier Morawiecki lub jego najbliżsi współpracownicy, tacy jak Piotr Borys, prezes Polskiego Funduszu Rozwoju, co prawda wspominali, że sprawę OFE będzie trzeba jakoś rozwiązać, ale nikomu nie zależało, by ten temat był specjalnie nagłaśniany. W końcu w 2014 roku to PiS najgłośniej krzyczało, że to grabież prywatnych oszczędności Polaków, więc by to samo powtórzyło się za rządów partii Jarosława Kaczyńskiego, co do zasady nie wchodziło w grę. Do czasu.

Pogłębiające się problemy ze sfinansowaniem szumnych zapowiedzi prezesa PiS, najwyraźniej nieskonsultowanych z główną księgową rządu, minister Teresą Czerwińską sprawiły, że temat likwidacji OFE musiał powrócić, a pokusa, by tymi “zaskórniakami na czarną godzinę” wspomóc “nową piątkę”, stała się bardzo wielka. O takim źródle sfinansowania hojnych obietnic przypomniał owy Piotr Borys, który w ubiegłym tygodniu spotkał się z inwestorami w Londynie. Stwierdził tam, że sprawę Otwartych Funduszy Emerytalnych najlepiej byłoby zakończyć przez 1 lipca tego roku, a więc przed wejściem w życie pisowskiej reformy systemu emerytalnego, czyli wprowadzeniem Pracowniczych Planów Kapitałowych. Szeroką analizę w tej kwestii przeprowadzili Marek Chądzyński i Bartek Godusławski z Dziennika Gazety Prawnej.

Okazuje się bowiem, że nawet przy wcześniej planowanym podziale środków z likwidacji OFE do Funduszu Rezerwy Demograficznej mogłoby trafić dodatkowe 35 mld złotych (pozostałe 75% środków ma trafić na indywidualne konta Polaków w ZUS). W ten sposób aktywa FRD prawie by się podwoiły, co przy założeniu optymistycznego scenariusza pozwoliłoby albo zwiększyć poziom przychodów budżetu (co pomagałoby zwiększyć radykalnie wydatki dziś blokowane przez stabilizacyjną regułę wydatkową), albo zmniejszyć dotację do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (czyli na dopłaty z budżetu do emerytur), co zmniejszyłby  potrzeby pożyczkowe i pomogło utrzymać rosnący deficyt w ryzach.

Przedstawiciele rządu początkowo tematu komentować nie chcieli, zapewniając, że żadne prace w tej sprawie się nie toczą. Dziś jednak głos w tej sprawie zabrał sam premier Morawiecki, który potwierdził że jeszcze przed wyborami parlamentarnymi sprawa OFE zostanie “załatwiona”. Kto wie czy najważniejszym powodem nie jest potrzeba utrzymania minister Czerwińskiej na fotelu ministra finansów, w czym tak niestandardowe działania jak likwidacja OFE i przejęcie dodatkowych miliardów złotych z pewnością by pomogło.

Pozostaje oczywiście pytanie, w jaki sposób przekonać ten sam elektorat, który w 2014 roku uznał reformę OFE za grabież ich oszczędności i z autorów ustawy zrobił “złodziei z PO-PSL”, dziś nie nazwał tak samo ekipy “dobrej zmiany”. Wygląda na to, że ta operacja zostanie polana populistycznym sosem o “oddaniu Polakom ich oszczędności”, oczywiście w postaci wirtualnych zapisów w IKZE lub PPK. Taki los ma czekać 75% środków zgromadzonych w OFE. Pozostałe 25%, szacowane na ok. 35 mld miałoby pomóc rządowi sfinansować obietnice z tzw. “piątki Kaczyńskiego” w tym, tak ważnym wyborczym roku. Co potem? To przecież dla polityków obozu władzy nieistotne.

Źródło: Rzeczpospolita

crowdmedia.pl

 

Godusławski: Ch.., d..a i kamieni nagrobnych kupa

Właściwie nie wiadomo, dlaczego PiS postawił na takie, a nie inne obietnice wyborcze. Nie stoi za nimi żadna głębsza analiza, badanie czy sens.

Kosztują dużo, ale wydawanie nie jest dla polityków trudnym wyzwaniem, nawet jeśli idzie o miliardy. Szczególnie że to nie są miliardy należące do polityków i jeszcze żaden z nich nie został ukarany za bezmyślne rozdysponowanie publicznych środków. Jeszcze jedna kadencja PiS i może prokurator generalny, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro na to wpadnie, ale na razie się nie zanosi.

W redystrybucji nie ma nic złego. Odpowiednio przeprowadzana wystawia jak najlepsze świadectwo polityce społeczno-gospodarczej i świadczy o postępie cywilizacyjnym. Jednak obserwując konstrukt wyborczo-korupcyjny pod nazwą piątka Kaczyńskiego, trudno nie odnieść wrażenia, że albo jesteśmy już społeczeństwem niezwykle zamożnym, gaz łupkowy wypełnia dochodami specjalny fundusz dobrobytu, z którego będziemy czerpali pełnymi garściami, albo rządzących nic już nie ogranicza w „kupowaniu” sobie głosów.

Najjaskrawszym dowodem takiego „zakupu” 9,5 mln głosów jest 13. emerytura. Jest to jednocześnie najgłupsza ze złożonych obietnic, chociaż konkurencja była duża i zerowy PIT dla młodych do 26. roku życia przegrywa tylko o psi pazur. Głupota – nie bójmy się tego słowa – najlepiej objawia się w tym, że nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, dlaczego emeryci mają dostać jednorazowy dodatek pieniężny w wysokości minimalnej emerytury, dlaczego dzieje się to tak nagle i co politycy chcą tym przelewem osiągnąć oprócz zmotywowania seniorów do stawienia się przy urnach podczas majowych wyborów do Parlamentu Europejskiego.

Przekonałoby mnie tłumaczenie – dajemy pieniądze babciom i dziadkom przed sezonem komunijnym, żeby mieli na prezent dla wnuczków. Ale ten argument nie pada. Pada za to argument z danych GUS, ale na ten akurat rządzący są głusi. Emeryci są przeciętnie lepiej sytuowani niż inne grupy społeczne. Ich dochód rozporządzalny jest wyższy niż dla ogółu populacji – 1630 zł wobec 1598 zł, a skrajne ubóstwo w grupie 65+ jest niższe niż w tej 18–64 lata. Populacja Polski jest wciąż relatywnie młoda, chociaż starzeje się szybko. Przy tej młodości jednak dużo wydajemy na emerytury. Wszystko to zauważył Jakub Sawulski, ekonomista z Instytutu Badań Strukturalnych. Dostrzegł też, że nierówności dochodowe są u emerytów najniższe. Ważniejszą chyba rzecz odnotował jednak inny ekonomista Michał Brzeziński – nasza polityka nie jest oparta o wiedzę, badania, ale widzi mi się i pseudonaukową publicystykę.

Na przykładzie 13. emerytury dochodzimy do smutnego wniosku, że ponad 10 mld zł rocznie będziemy wkładali do kieszeni grupie, która potrzebuje czegoś innego niż banalny transfer społeczny. Można te pieniądze spożytkować znacznie lepiej, efektywniej dofinansowując służbę zdrowia. Ta już dzisiaj jest w fatalnej kondycji. Sprawa dotyczy ogółu społeczeństwa, ale wraz z jego szybkim starzeniem się będzie zyskiwała na znaczeniu i dla osób starszych będzie to rzecz kluczowa.

Do niedawna cieszyliśmy się z rosnącej przewidywanej długości życia. Ta jednak kolejny rok z rzędu maleje, a Polacy żyją na emeryturze średnio o ok. 1,5 miesiąca krócej niż rok temu. Jeśli chodzi o życie w zdrowiu, to statystyki pokazują, że w dobrej formie pozostajemy znacznie krócej niż mieszkańcy wielu krajów Europy Zachodniej. Bezmyślne transfery społeczne zamiast robić z nas drugą Skandynawię, będą nas pchały w stronę państwa, które nie jest w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb obywateli. Wtedy dopiero będzie ch.., d..a i kamieni kupa. Kamieni nagrobnych.

%d blogerów lubi to: