Pisowski dzień śrubokręta

Dzień świstaka ponoć zdarza się raz na rok, ale jego charakterystyką jest powtarzalność i może trwać bardzo długo, jeżeli nie potrafimy sobie z nim poradzić. W Polsce dzień świstaka trwa circa 3 lata. Dzień świra – wiadomo, dzień w dzień, acz natężenie świrowania jest różne.

Dzisiaj 17 października 2017 przeżywamy dzień śrubokręta, który najzgrabniej podsumował Donald Tusk, bo to on symbolicznie został zaatakowany śrubokrętem.

Najpierw wieść gruchnęła, że Zbigniew Ziobro używa śrubokrętu, aby jak najszybciej odkręcić Polskę od Unii Europejskiej, bo tym jest skierowanie wniosku do pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niekonstytucyjności prawa polskich sędziów do zadawania pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

A to znaczy, iż minister sprawiedliwości i prokurator generalny pyta o potwierdzenie, iż w Polsce nie obowiązuje prawo unijne, więc nie trzeba go przestrzegać, ani nie jest nadrzędne do prawa stanowionego w kraju. Ziobro w konsekwencji tak naprawdę stwierdza we wniosku, że traktat akcesyjny jest nieważny.

Konsekwencją odpowiedzi TK – nie wątpimy, że magister Julia Przyłębska przyzna Ziobrze rację – jest nieuznanie wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, czyli w Polsce obowiązuje tylko bezprawie PiS, a bezprawiem nazywam takie obowiązywanie prawa, w którego przestrzeni sądy są zależne od partii i przestały być niezależną władzą sądzenia – jednym z trzech filarów systemów demokratycznych. Prof. Wojciech Sadurski w krótkiej tweeterowej analizie wniosek Ziobry scedował na jego „znajomość” prawa i określił ministra i prokuratora określeniem „Panie Nieuku”.

Ziobro jednak po południu obudził się z ręką w nocniku, opublikował komunikat na stronach Prokuratury Krajowej, odkrywając Amerykę: „Polska należy i będzie należeć do Unii Europejskiej. Jej unijny status musi być silny, nie gorszy niż innych państw. Nie możemy mieć mniej praw niż Niemcy czy inne kraje członkowskie”.

Co mają Niemcy do nieznajomości prawa Ziobry, nie wiem, ale fajerka mu pod siedzeniem przypiekła, tym bardziej, że jego zwierzchnik Mateusz Morawiecki jedzie do Brukseli, aby mamić władze unijne. Lecz tam doszło do naprawdę śmiesznej sytuacji mrożkowskiej, ambasador Andrzej Sadoś został złapany in flagranti z śrubokrętem w dłoni podczas wykręcania śrub przy tablicy w siedzibie Stałego Przedstawicielstwa Polski przy UE, ponieważ na niej jest nazwisko Donalda Tuska. Tablica upamiętnia ceremonię otwarcia Przedstawicielstwa, na którą premier Tusk zaprosił wierchuszkę unijnych instytucji – przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka, przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya i przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barroso. No i popatrzcie wszyscy się wówczas zjawili.

A więc – dzień jak co dzień – dzień świra przemienił się w dzień śrubokręta. Donald Tusk ma cierpliwość lekarza zakładu zamkniętego, opublikował na Twitterze diagnozę Polski: „Mniejsza o tabliczkę. Ważne, żeby Polski nie odkręcili od Unii Europejskiej”.

 

 

Oświadczenie Prokuratora Generalnego

Polska należy i będzie należeć do Unii Europejskiej. Jej unijny status musi być silny, nie gorszy niż innych państw. Nie możemy mieć mniej praw niż Niemcy czy inne kraje członkowskie. Nikt nie może naszych praw kwestionować. Dlatego w związku z medialnymi doniesieniami na temat mojego wniosku jako Prokuratora Generalnego do Trybunału Konstytucyjnego oświadczam, że nieprawdą jest, jakoby wniosek ten był próbą wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Nieprawdą są także twierdzenia, jakoby Polska chciała zakwestionować kompetencje Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, nieprawdziwe również są insynuacje, jakoby polski rząd chciał wypowiedzieć traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej.

Istotą mojego wniosku jest zbadanie przez Trybunał Konstytucyjny kompetencji polskich sądów do występowania z pytaniami prejudycjalnymi w sprawach, które nie są objęte regulacją prawa europejskiego.

Stanowisko, że to tylko prawo krajowe reguluje ustrój sądów w danym kraju, zajął polski rząd w odpowiedzi na zarzuty Komisji Europejskiej dotyczące reform sądownictwa. Wniosek Prokuratora Generalnego jest konsekwencją tego stanowiska. Takie samo stanowisko, a nawet dalej idące, zostało wyrażone w orzeczeniu trybunału konstytucyjnego w Niemczech.

Oceniając traktaty europejskie, niemiecki trybunał podkreślił, że to niemiecka konstytucja ma pierwszeństwo przed tymi traktatami. Wbrew rozpowszechnianym dzisiaj w Polsce opiniom tak zwanych niezależnych ekspertów trybunał wyraźnie też wskazał, że krajowe sądy konstytucyjne mają prawo badać zgodność norm unijnych z przepisami konstytucyjnymi. Niemiecki trybunał podkreślił także, że państwa członkowskie Unii nie zrzekły się swoich kompetencji do stanowienia własnych ustrojów sądów.

”Kompetencje Państwa Członkowskiego w zakresie wykonywania władzy sądowniczej stanowią jeden z obszarów przyznany co do zasady Państwu Członkowskiemu w ramach federalnego stowarzyszenia Unii Europejskiej. (…) Sądy Państw Członkowskich posiadające funkcję konstytucyjną nie mogą być pozbawione, w ramach przyznanych im kompetencji – zgodnie ze stanowiskiem Ustawy Zasadniczej – odpowiedzialności za granice ich konstytucyjnego prawa do integracji i ochrony nienaruszalnej konstytucyjnej tożsamości” – brzmi fragment orzeczenia niemieckiego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego z 30 czerwca 2009 r. Przedmiotem postępowania przed federalnym trybunałem była niemiecka ustawa o ratyfikacji traktatu z Lizbony. W uzasadnieniu trybunał dokonał oceny przepisów samego traktatu, bowiem przedmiotem zarzutów wobec traktatu były jego skutki dla systemu prawnego Niemiec.

Wcześniej niemiecki trybunał konstytucyjny wielokrotnie oceniał zgodność traktatów europejskich z niemiecką konstytucją. I zawsze konsekwentnie stał na stanowisku, że niemiecka konstytucja jest nadrzędna nad unijnym prawem.

Również polski Trybunał Konstytucyjny w swoim orzecznictwie przyjmował konsekwentnie zasadę nadrzędności polskiej ustawy zasadniczej ponad unijnymi traktatami. Przykładem są wyroki: z 2005 r., gdy przewodniczącym składu trybunału był sędzia Marek Safjan (syg. K 18/04), oraz z 2010 r., gdy w składzie był ówczesny prezes trybunału sędzia Andrzej Rzepliński (syg. K 32/09). Także w wyroku z 2011 r. (syg. SK 45/09), gdy przewodniczącym składu był sędzia Rzepliński, trybunał uznał, że „Konstytucja RP zachowuje natomiast nadrzędność i pierwszeństwo wobec wszystkich aktów prawnych obowiązujących w polskim porządku konstytucyjnym, w tym także prawa unijnego. Taka pozycja Konstytucji wynika z art. 8 ust. 1 Konstytucji i została potwierdzona w dotychczasowym orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego”.

Z uzasadnienia mojego wniosku do Trybunału Konstytucyjnego wynika wyraźnie, że Prokurator Generalny nie kwestionuje możliwości zadawania przez polskie sądy pytań prejudycjalnych w sposób zgodny z unijnym traktatem. Więc wszędzie tam, gdzie dotyczy to wykładni prawa europejskiego.

Tymczasem ostatnio niektóre polskie sądy kierowały swoje pytania na podstawie art. 267 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Pytania te z reguły nie dotyczyły istoty spraw rozpatrywanych przez te sądy, a były próbą obrony przywilejów zawodowych. Tymczasem zdaniem polskiego rządu, który całkowicie podziela stanowisko niemieckiego trybunału, o ustroju sądów powszechnych, jak i Sądu Najwyższego, decyduje wyłącznie prawo krajowe. Państwa członkowskie nie przekazały takich kompetencji, w żadnym zakresie, Unii Europejskiej.

Pytania prejudycjalne tylko w zakresie ustroju i organizacji sądownictwa są wątpliwe konstytucyjnie. I dlatego mój wniosek o zbadanie tej sprawy. Wniosek zmierza do tego, aby wyeliminować nadinterpretację unijnych przepisów, która pojawiła się ostatnio w orzecznictwie niektórych polskich sądów, a która jest niezgodna z polską konstytucją i samym traktatem.

To właśnie kwestionowanie nadrzędności polskiej konstytucji nad prawem unijnym i podważanie prawa Trybunału Konstytucyjnego do wypowiadania się na ten temat jest próbą osłabienia Polski w Unii Europejskiej. Takim próbom trzeba się sprzeciwiać, bowiem silna Polska w Unii Europejskiej to Polska z takimi samymi prawami jakie mają inne kraje Wspólnoty.

Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny
Zbigniew Ziobro

Jedna tablica a na niej cztery nazwiska: Tusk, Buzek, Van Rompuy i Barroso. Wisiała w siedzibie Stałego Przedstawicielstwa Polski przy UE przez ponad siedem lat. W weekend 13-14 października nadszedł jej koniec. Do akcji ze śrubokrętem w dłoni wkroczył ambasador Andrzej Sadoś

Stały Przedstawiciel Polski przy Unii Europejskiej ambasador Andrzej Sadoś pokazał się w Brukseli z zupełnie nowej strony – jako złota rączka. Jak donosi Politico, w weekend dyplomata postanowił pozbyć się kompromitującej tablicy przytwierdzonej do budynku Stałego Przedstawicielstwa przy Rue Stevin 139.

Tablica niepoprawna politycznie

Tablicę upamiętniającą otwarcie Stałego Przedstawicielstwa pod tym adresem powieszono w hallu budynku w maju 2011 r. Polska budowała wówczas swoją pozycję w Unii Europejskiej – w lipcu 2011 roku polski rząd miał po raz pierwszy objąć prezydencję w Radzie UE.

Ówczesny premier Donald Tusk na ceremonię otwarcia Przedstawicielstwa i odsłonięcia tablicy zaprosił wierchuszkę unijnych instytucji – przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka, przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya i przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barroso. Zjawili się wszyscy.

Ambasador Andrzej Sadoś, 46 lat, Stały Przedstawiciel od stycznia 2018 r., postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i wysłać to wydarzenie na śmietnik historii. W poniedziałek 15 października na ścianie miały być jeszcze widoczne dziury po odkręconych przez Ambasadora śrubkach (według innej wersji – odkręcali pracownicy na jego polecenia, a on tylko doglądał). Zostały szybko wypełnione i zamalowane. We wtorek po tablicy pozostało już tylko wspomnienie.

Tablica najwyraźniej musiała zniknąć przed wizytą premiera Mateusza Morawieckiego na szczycie UE w sprawie Brexitu w dniach 17-18 października. Ambasador zapewne nie chciał, by nazwiska politycznych konkurentów – Tuska i Buzka – raziły w oczy przełożonego podczas odwiedzin w Stałym Przedstawicielstwie. Politico nie uzyskało oficjalnej odpowiedzi, czy akcja Ambasadora to pisanie historii na nowo, czy też była podyktowana względami estetycznymi.

Ambasador ministerstwa sprawiedliwości

Ambasador Sadoś dał się ostatnio poznać jako zausznik ministra Zbigniewa Ziobry. To on, na polecenie ministerstwa sprawiedliwości, torpedował obrady Komitetu Stałych Przedstawicieli przy UE (COREPER) na początku października. COREPER opracowywał wówczas tekst konkluzji z kontroli realizacji Karty Praw Podstawowych w krajach członkowskich do przegłosowania przez Radę UE na szczycie 11-12 października.

Ambasador kluczył. Najpierw chciał usunięcia zapisów o prawach osób LGBTI, następnie dodania tekstu o prześladowaniach chrześcijan i Żydów. Z informacji OKO.press wynika, że bez oporów wystąpił w roli tuby ministra Ziobry.

Polska ostatecznie zawetowała przyjęcie konkluzji przez Radę UE 11 października. Nie chodziło jednak ani o LGBTI, ani o chrześcijan i Żydów, a, jak dowiedliśmy w OKO.press, o poparcie dla roli TSUE w obronie rządów prawa w poszczególnych krajach, a więc  – przeciw „reformie” sądownictwa PiS.

Ambasador Sadoś to drugi Stały Przedstawiciel przy UE powołany za rządów PiS. Stanowisko objął 22 stycznia 2018 roku. Zastąpił ambasadora Jarosława Starzyka, który zrezygnował w październiku 2017 r. po doniesieniach, że zataił prawdę o współpracy ze służbami wojskowymi PRL w swoim oświadczeniu lustracyjnym. Oficjalnie chodziło o „względy osobiste”.

Wybitny konstytucjonalista prof. Wojciech Sadurski podsumowuje Zbigniewa Ziobrę: NIEUK.

>>>

Ostatnie, czego obóz rządzący w kraju by sobie życzył w finale kampanii wyborczej przed wyborami samorządowymi, to sprowadzenie niedzielnej elekcji do kwestii przyszłości Polski w Unii Europejskiej. To na poziomie gmin, powiatów i województw polska obecność w UE jest najbardziej zauważalna i to właśnie na poziomie regionów ewentualny Polexit byłby informacją tragiczną dla drobnych przedsiębiorców czy rolników. Obóz opozycyjny konsekwentnie promuje narrację, że działania rządu, zwłaszcza w obszarze pseudoreformy wymiaru sprawiedliwości to de facto stopniowe doprowadzanie do wyjścia Polski z europejskiej wspólnoty, taka z pewnością będzie też oś sporu zarówno w wyborach do Parlamentu Europejskiego, jak i w wyborach parlamentarnych w 2019 roku. Możliwość utraty unijnych dotacji bezpośrednich czy wsparcia dla działalności rolniczej z pewnością przemówiłaby do wyborców dużo skuteczniej, niż abstrakcyjne pojęcie praworządności czy obrony demokracji.

Nikt chyba nie spodziewał się jednak, że do grona polityków straszących “polexitem” dołączy minister sprawiedliwości w rządzie PiS Zbigniew Ziobro, który nie wiedzieć dlaczego postanowił w samy finale kampanii wyborczej obnażyć kłamstwa polityków obozu władzy, które co rusz pojawiają się na regionalnych konwencjach. Wszyscy czołowi politycy Zjednoczonej Prawicy przekonują, że Polska chce być częścią UE, że nasze miejsce jest w UE, że opozycja mówiąc o “polexicie” ordynarnie kłamie. Tymczasem portal Onet właśnie poinformował o tym, że do Trybunału Konstytucyjnego wpłynął wniosek o stwierdzenie niekonstytucyjności prawa polskich sędziów do zadawania pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Co to oznacza? Ano nic więcej, że minister Ziobro chciałby potwierdzenia, że Polska nie jest związana unijnym prawem, nie musi go przestrzegać, ani nie istnieje coś takiego jak nadrzędność unijnego prawa, na które Polacy zgodzili się w 2003 roku głosując tłumnie “za” w referendum akcesyjnym.

Jak pisze Magdalena Gałczyńska, takie orzeczenie TK oznaczałoby jedno – że Polska zrobiła pierwszy, ogromny krok na drodze do opuszczenia Unii Europejskiej. – No to możemy pożegnać się z Unią – powiedział jej anonimowo jeden z sędziów, specjalista od prawa międzynarodowego. – Taki ruch Prokuratora Generalnego oznacza jedno. To zaawansowany ruch w stronę polexitu – skwitował.

Działanie Zbigniewa Ziobro wywołało gorące komentarze internautów i komentatorów.

Prof. Matczak z Uniwersytetu Warszawskiego stwierdził wręcz, że Zbigniew Ziobro decydując się na taki krok, bawi się prawem jak zapałkami, a gdy dojdzie do pożaru z pewnością obwini za niego sędziów.

Pozostaje wobec powyższego zasadnicze pytanie, dlaczego Ziobro postanowił rozbić w pył narrację Prawa i Sprawiedliwości i na kilka dni przed wyborami uruchomić bombę, która sprowadzi finał kampanii wyborczej na temat niezwykle dla obozu władzy niewygodny. Być może doszły do niego słuchy, że mimo afery podsłuchowej, która miała uderzyć w skonfliktowanego z Ziobrą premiera (według niektórych teorii minister sprawiedliwości miał być jej inspiratorem), premier szykuje się do kontrofensywy, wymierzonej właśnie w szefa Solidarnej Polski. Kontrowersyjny ruch z wnioskiem do TK ma być jego odpowiedzią.

%d blogerów lubi to: