Na co choruje Kaczyński i jak poważnie?

Poczta pantoflowa w dobie internetu ma śmietelną moc informacji. Jednostki wrażliwe na krytykę mogą nie wytrzymać ataków na siebie. Wrażliwości powinni być pozbawieni politycy, nawet jeżeli uzywają jej w debacie, jako waloru społecznego.

Doszło do dziwnej ze wszech miar sytuacji dotyczącej prezesa partii rządzącej, człowieka, który w swoich rękach trzyma wszystkie lejce władzy, a jego nominaci – prezydent i premier – chodzą w postronkach.

Ten prezes od niemal miesiąca przebywa w szpitalu. Najpierw była kupa śmiechu, że kolano nawaliło, bo dociskane nim były pisane na tymże kolanie ustawy antysądownicze, antydemokratyczne, antykonstytucyjne.

Ale na kolano nie leży się w szpitalu aż miesiąc, nawet jeżeli przeprowadzona została operacja. Politycy PiS, którzy jakoby mają kontakt z pacjentem coś tam niewyraźnie twierdzą, że to jeszcze potrwa. Jest to zasnute taką mgiełką tajemnicy, iż należy sądzić, że mamy do czynienia z dezinformacją.

Pojawiają się spekulacje – i  nie jest to dziwnym – o poważnej chorobie. Lekarze prowadzący nie wydają komunikatów o zdrowiu prezesa. A media – nawet te zawłaszczone przez PiS – nie są dopuszczone do łóżka szwankującego na zdrowiu.

Co jest? Prezes PiS Jarosław Kaczyński może przeżywać fizyczne katusze, a jego zwolennicy i przeciwnicy niczego o tym nie wiedzą. Wszyscy w wypadku kogokolwiek (lubimy takiego, czy też nie) z empatią pytamy: „A czy cierpi?” To jest ludzkie, humanitarne.

Pojawiło się przypuszczenie, iż Kaczyński ma raka trzustki. Kto puszcza tę farbę? Każdy wszak może to uczynić, włącznie z najważniejszymi politykami PiS. Dlaczego zatem lekarze milczą?

Coś jest na rzeczy. Brzydkim jest cieszyć się, że prezesa mogła dorwać tak wredna odmiana nowotworu. Jest złym człowiekiem, lecz nie można postrzegać go w eschatologicznej bliskiej przyszłości.

Serwis internetowy „Rzeczpospolitej” zlecił przeprowadzenie sondażu: czy należy ujawnić stan zdrowia Kaczyńskiego? Niemal połowa rodaków – 45,2 proc. – jest za jawnością stanu zdrowia tego, który trzyma nas wszystkich za twarz za pomocą swoich mianowańców. Przeciwnego zdania jest 28,3 proc. Nie wiem, co o tym sądzić – 26,5 proc.

Dziwne, że trzeba pytać nas, czy mamy prawo wiedzieć o stanie zdrowia swego satrapy. Mogę Kaczyńskiego nie lubić, nie szanować – bo tak naprawdę nie mam za co, nie cenię jego inteligencji – ale mam prawo jako obywatel wiedzieć o jego zdrowiu, bo ten człowiek ma wpływ decyzyjny na nasze życie.

Spekulacji nie powstrzyma się. Taka jest natura człowieka. Niewiedza zawsze snuje czarne scenariusze i jest glebą dla wszelkich teorii spiskowych.

Czy lekarze nie powiedzieliby na temat zdrowia prezesa PiS, gdyby to było coś niegroźnego, np. kolano? Czy Kaczyński zabronił wyższemu personelowi szpitala przy Szaserów informować o swoim stanie zdrowia?

Pytanie najważniejsze: czy wraz z chorym prezesem ma chorować państwo, Polska?

 

 

Sondaż: Czy należy ujawnić stan zdrowia Jarosława Kaczyńskiego

Czy stan zdrowia lidera partii rządzącej powinien być znany publicznie? Odpowiedź w sondażu SW Research dla serwisu rp.pl.

Kaczyński od kilku tygodni nie pojawia się publicznie – PiS informował, że ma to związek z kłopotami lidera partii z kolanem. Media informowały, że problem jest na tyle poważny, że prezes być może będzie musiał przejść operację, która może się wiązać nawet z sześciomiesięczną rehabilitacją. Czytaj więcej

Do pewnego stopnia stan zdrowia prezesa partii rządzącej, a zarazem najbardziej wpływowej osoby w państwie, jest sprawą prywatną. Ale trudno nie zauważyć, że ta sprawa zaczyna być jedną z osi, wokół których kręci się życie publiczne – zauważa Michał Szułdrzyński. 

Prof. Jacek Knopek z Wydziału Politologii i Studiów Międzynarodowych UMK w Toruniu w rozmowie z serwisem rp.pl przypomina, że stan zdrowia najważniejszych politycznie osób w państwie od zawsze budził zainteresowanie i wywoływał nadmierne emocje. Czytaj więcej

Prawie połowa badanych uważa, że stan zdrowia lidera partii rządzącej powinien być znany publicznie. 28 proc. ankietowanych jest przeciwnego zdania a częściej niż co czwarty nie ma opinii w tej sprawie. Wśród badanych to częściej mężczyźni (48 proc.) oraz ankietowani o dochodzie netto od 2001 do 3000 zł (53 proc.) uważają, że takie informacje powinny być publiczne.

 

– Tego zdania są też najczęściej badani z miast od 200 do 499 tys. mieszkańców (55 proc.). Wraz ze wzrostem wieku rośnie odsetek osób, które są za upublicznianiem takich informacji – od 37 proc. wśród badanych do 24 lat do 59 proc. wśród ankietowanych powyżej 50. roku życia – zwraca uwagę Piotr Zimolzak z agencji badawczej SW Research.

rp.pl

„O rzekomym raku trzustki u Kaczyńskiego czytam od rana”. Dobrzańska-Frasyniuk komentuje spekulacje

tokfm.pl, 

Długa nieobecność przewodniczącego PiS spowodowała wysyp domysłów dotyczących jego stanu zdrowia. Plotki o rzekomym raku trzustki szefa partii rządzącej skomentowała Magda Dobrzańska-Frasyniuk.

Choć członkowie partii powtarzają, że pobyt Jarosława Kaczyńskiego w szpitalu to tylko kwestia chorego kolana, w internecie mnożą się spekulacje dotyczące „prawdziwej” przyczyny nieobecności szefa PiS w życiu publicznym. Jedną z najpopularniejszych hipotez jest rak trzustki, na który miałby cierpieć przewodniczący Prawa i Sprawiedliwości.

Do plotek o rzekomym nowotworze odniosła się na Facebooku Magda Dobrzańska-Frasyniuk, zdecydowana przeciwniczka polityki partii i żona Władysława Frasyniuka.

„Rozpacz po stronie antypisowskiej”

„Chciałabym się podzielić refleksją. Mój własny tato zmarł na raka trzustki 12 lat temu, to straszna i bardzo szybko wyniszczająca choroba, nie zyczę jej nikomu, również Jarosławowi Kaczyńskiemu” – napisała opozycjonistka. „Martwi mnie gdy osoby publiczne z „naszej” strony sceny politycznej puszczają takie info na fejsie pro publico, nawet jeśli mają 100% pewności” – ocenia Dobrzańska-Frasyniuk. Jej zdaniem rozpowszechnianie takich treści świadczy o słabości opozycji, która szansę na pokonanie PiS widzi w śmiertelnej chorobie przewodniczącego partii.

„Najbardziej martwi mnie ta radość, która czytam w komentarzach. Jestem absolutnie przekonana że to głos jakiejś rozpaczy po stronie antypisowskiej, że jak my sobie nie poradziliśmy, to chociaż nowotwór da radę..! Jakaś kurczę słabość z nas wychodzi. NIE!” – pisze opozycjonistka. „JK życzymy powrotu do zdrowia i oby to nie był rak. A sobie życzmy mobilizacj, woli walki i wygranej opozycji w demokratycznych wyborach” – podsumowuje.

Magda Dobrzańska-Frasyniuk

O rzekomym nowotworze trzustki u JK czytam dziś na FB od rana, zaraz obok życzeń z okazji Dnia Dziecka. Chciałabym się podzielić refleksją. Mój własny tato zmarł na raka trzustki 12 lat temu, to straszna i bardzo szybko wyniszczająca choroba, nie życzę jej nikomu, również Jarosławowi Kaczyńskiemu. Martwi mnie gdy osoby publiczne z „naszej” strony sceny politycznej puszczają takie info na fejsie pro publico, nawet jeśli maja 100% pewności. Ale najbardziej martwi mnie ta radość, która czytam w komentarzach. Jestem absolutnie przekonana że to głos jakiejś rozpaczy po stronie antypisowskiej, że jak my sobie nie poradziliśmy, to chociaż nowotwór da radę..! Jakaś kurczę słabość z nas wychodzi.. NIE! JK życzymy powrotu do zdrowia i oby to nie był rak. A sobie życzmy mobilizacj, woli walki i wygranej opozycji w demokratycznych wyborach.

TOK FM

Dziennikarz „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz pisze o „osiągnięciach” władzy PiS.

wyborcza

Choroba nie jest tematem, o którym łatwo się mówi, a co dopiero pisze. A jeśli jest to stan związany z ogromnym cierpieniem i świadomością nieuniknionego końca, to rzecz staje się jeszcze trudniejsza.  

Choroba jest jednak elementem naszego życia. Wpływa na nasze decyzje i aktywność. Jeśli dotyka ona kluczowych osób w Państwie, to zaczyna dotyczyć także nas. A jeśli dodatkowo ciężko chory jest ten jedyny, od którego woli albo widzimisię zależą polityczne decyzje, to już żartów nie ma, bo choroba przywódcy staje się chorobą całego kraju.

Tak to funkcjonuje w systemach totalitarnych i quasi demokratycznych, gdzie informacja o stanie zdrowia przywódcy jest strzeżona jak najściślejsza tajemnica państwowa. Gdzie, żeby ukryć prawdę, ukrywa się przed ludźmi człowieka.

Przez lata próbowano doskonalić ten system ukrywania prawdy o zdrowiu wodzów w komunistycznej Rosji. Zawsze, w tle tego zjawiska, na Kremlu rozgrywała się brutalna walka o sukcesję.

Lenin też miał przejściowe problemy zdrowotne

Lenin ciężko chorował przez ostatnie dwa lata swego życia. Po pierwszym z wylewów na nowo uczył się pisać. Pod okiem nie tylko sowieckich, ale i zagranicznych neurologów próbowano go usprawniać. Miał problemy z najprostszymi działaniami matematycznymi. I co z tego? Nic. Dalej podejmował, albo próbował podejmować polityczne decyzje.  W marcu 1923 roku doszło do ataku, wskutek którego stracił mowę i władzę w prawej stronie ciała. Ale sowiecka propaganda radośnie informowała, że towarzysz Lenin miał przejściowe problemy zdrowotne i wraca do normalnego stanu zdrowia.

Stalin znany z hulaszczego trybu życia dostał wylewu 1 marca 1953 roku. Ale konał kilka dni. Beria i Malenkow stwierdzili, że wódz po prostu śpi i zabronili wzywać jakiejkolwiek pomocy lekarskiej. Kiedy pojawili się lekarze to w ramach terapii stawiano mu pijawki. Cały ten cyrk wokół śmierci i cierpienia trwał, bo na Kremlu toczyła się przecież bezwzględna walka o władzę, a w tej walce potrzebny był czas.

Ukrywanie przez długi czas faktycznego stanu zdrowia Ukochanego Przywódcy zawsze przeradza się w opinii publicznej w kpinę. Pękają bariery. Wszyscy albo wiedzą albo się domyślają, że władza kłamie. Tak było z Breżniewiem, który chorował od połowy lat 70-tych. Żartów w całym bloku sowieckim była cała masa. „Związek Radziecki przeprowadził demonstrację siły. Breżniew zrobił 10 kroków bez niczyjej pomocy”. Breżniew miał nowotwór szczęki, chorobę wieńcową, przeszedł kilka wylewów. I dalej podejmował decyzje. Nawet jego śmierć była powodem do żartów: „Jakie były ostatnie słowa Breżniewa przed śmiercią w 1982 roku? Iwan, zejdź z moich przewodów od tlenu”.

Na schedę po nim od kilku lat czekał szef KGB Jurij Andropow. W międzyczasie sam ciężko zachorował na niewydolność nerek. Trzy miesiące po tym jak został szefem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego zaczął być regularnie dializowany. Latem tego samego roku trafił do szpitala i już z niego nie wyszedł. W następnym roku zmarł.

Po Andropowie władzę przejął 83-letni Konstantin Czernienko, który na pogrzebie poprzednika nie mógł samodzielnie wejść na trybunę, a przemówienie sprawiało mu ogromne trudności. I znowu pojawiły się żarciki: „Ilu ludzi rządzi ZSRR? Półtora. Lenin wiecznie żywy i półżywy Czernienko”. Trafił do sanatorium z zapaleniem płuc. Po powrocie kierował państwem z wózka inwalidzkiego. W jednej z biografii jego następcy Michaiła Gorbaczowa czytamy „Sam Czernienko odmawiał komukolwiek prawa do prowadzenia posiedzeń Politbiura. Dosłownie wnoszono go półżywego do sali,  usadzano za biurkiem pełnym papierów i dopiero wtedy mogli wejść pozostali członkowie.” Czernienko zmarł w 1985 roku.

Informacje o stanie zdrowia to „moralne barbarzyństwo”?

A tymczasem, w jednym z krajów współczesnej Europy rozgrywa się dramat jak w sowieckiej Rosji. Wszyscy wiedzą albo domyślają się, że jest źle. A jest bardzo źle, bo nowotwór prostaty, który zdążył się już przerzucić na inne organy wewnętrzne, powoduje ból. Ogromny ból i cierpienie. W samej partii trwa wojna o schedę. Modlą się, żeby tylko dotrwał do 11 listopada. Ukochany Przywódca jednak trwa w przywództwie. I podejmuje nadal decyzje. A narodowi oficjalnie wmawia się, że „przeszedł zabieg, ale nie dolega mu nic poważnego i wkrótce wróci do pracy”, za chwilę inny, który chyba nie czytał pierwszego, twierdzi, że „na tym etapie nie ma mowy o operacji”, a wódz ma pełną kontrolę nad tym, co się dzieje w partii. A wszyscy ci, którzy upowszechniają informacje o rzekomo złym stanie zdrowia wodza, popełniają „moralne barbarzyństwo”.

Historia uczy, że wszystkie tego typu teksty, zakłamujące rzeczywistość, działają przeciw skutecznie na opinię publiczną. One są za to objawem „moralnie barbarzyńskiej” walki o tron z użyciem wszelkich, nawet najbardziej brudnych metod. Zatem opinia publiczna, w tym niewymienionym z nazwy kraju Europy, przez najbliższe pół roku będzie świadkiem brutalnych gier, w których ofiary będą słały się gęsto wewnątrz obozu władzy. Jak oni w całości przetrwają bez wodza?

Magda Dobrzańska-Frasyniuk o zdrowotnych spekulacjach.

Działacz partii rządzącej: – Putin też czasem znika z życia publicznego, staje z boku, przygląda się, jak wszystko funkcjonuje i kto jak się zachowuje. To właśnie robi Kaczyński. Lepiej się więc nie odkrywać

Polityk PiS sięga po serwetkę z kawiarnianego stolika, kreśli koło. Opowie, co stanie się z partią, gdy Jarosław Kaczyński nie będzie już mógł nią rządzić: zacznie się szarpanina, której i dziś jest mnóstwo. – Największy serek jest dla Joachima Brudzińskiego, jego wskazał Jarosław Kaczyński, zrobił pierwszym wiceprezesem – stuka długopisem w serwetkę.

To było jesienią 2016 r. Dziś działacze partyjni upatrują nadzwyczajnego zbiegu okoliczności w słowach Kaczyńskiego, bo powiedział: – Gdybym złamał nogę, gdyby coś mi się stało, to chciałbym, by zastępował mnie właśnie on.

Brudziński chodzi więc jak człowiek namaszczony. To ważna pozycja, bo wcześniej Kaczyński tylko raz oddał partię. Po katastrofie smoleńskiej rolę szefa przejął Adam Lipiński, druh jeszcze z Porozumienia Centrum, pierwszej partii lidera PiS.

Kolejny kawałek z kawiarnianej serwetki dostaje Zbigniew Ziobro. Minister sprawiedliwości i prokurator generalny, polityk o potężnych ambicjach, który pamięta, że za „pierwszego PiS” był delfinem.

O swoje upomni się też Jarosław Gowin, bo choć nie ma takich zasług jak Ziobro, to Kaczyńskiego nie zdradził. Jeśli już, to porachunki ma w Platformie, tam wcześniej robił karierę.

Kawałek serwetki przypada Antoniemu Macierewiczowi – jego dymisję tzw. kręgi patriotyczne przyjęły jak tragedię narodową i zdradę Polski.

Do gry może jeszcze wejść prezydent Andrzej Duda, gdy zdobędzie drugą kadencję. – Jeśli nie ma ośrodka lojalności, to ludzie szukają naturalnego lidera, jednoczą się wokół zwycięzcy – uważa nasz rozmówca.

Brudziński dba, by nikt się nie wychylił

Partyjna centrala na Nowogrodzkiej sufluje, że choć Kaczyński leży w szpitalu, to ma się dobrze. Przez rzeczniczkę partii Beatę Mazurek śle pozdrowienia, dziękuje zwolennikom za troskę. Marek Suski mówi, że „zdrowie prezesa jest żelazne”. Brudziński – że ma problem z kolanem, ale nie wybiera się na polityczną emeryturę. – Ci wszyscy, łącznie z delfinami czy tymi, którym być może roi się w głowie coś na kształt zmiany premiera Kaczyńskiego na stanowisku szefa partii, muszą się uzbroić w długą, i to bardzo długą cierpliwość – ostrzegał w TVN 24.

Za słowami idą czyny. Na ostatnim posiedzeniu, tydzień temu, komitet polityczny PiS zatwierdza kolejnych kandydatów na prezydentów miast. Główną rolę gra Brudziński, wyciąga glejt z podpisem prezesa: „Patrzcie, to jest upoważnienie”. – Brudziński się wtedy uśmiechał, podszedł do sprawy z właściwym sobie poczuciem humoru – opowiada uczestnik obrad.

Ludzie z Nowogrodzkiej opowiadają jednak, że Brudziński potrafi być bardzo brutalny w kontaktach z działaczami. – Jako szef komitetu wykonawczego partii przez lata kontrolował struktury PiS. Teraz Kaczyński wysłał go do MSWiA, ale wpływy w terenie minister zachował, podlegają mu PiS-owscy wojewodowie – mówi jeden z naszych rozmówców.

>>>

%d blogerów lubi to: