Mierzyńska o „13 punktach na PiS”: Czy opozycja zna się tylko na łataniu dziur w fundamentach, czy potrafi też budować

PiS to poważny konkurent, ale nie ma potrzeby robić z niego niezwyciężonego. Konieczna jest więc zdroworozsądkowa ocena sytuacji. To nie będzie wojna na kilka miesięcy ani na 2-3 lata. Trzeba wytrwałości, strategii i motywacji, by takiego przeciwnika pokonać. Ale – da się to zrobić. Jak zawsze w polityce – pisze dla OKO.press Anna Mierzyńska

„Dziś jedną z najbardziej poszukiwanych wartości u polityków jest autentyczność, a co za tym idzie – spójność deklaracji z czynami. Polacy tropią intensywnie wszelkie przejawy niespójności i hipokryzji – zaś kiedy je znajdą, z coraz większym trudem wybaczają. Np. wspólna lista lista wyborcza całej opozycji. Jeśli powstanie ze względu na presję społeczną, ale nie zostanie zaakceptowana przez członków partii – sytuacja w trakcie kampanii wyborczej będzie gorsza niż gdyby każde ugrupowanie utworzyło swoje listy. Na zachowania kandydatów raczej nie będziemy w stanie patrzeć” – pisze dr Anna Mierzyńska w odpowiedzi na nasze „13 punktów na PiS”.


3 grudnia 2017 roku ogłosiliśmy projekt „13 punktów na PiS”. Taki list wysłaliśmy do 14 adresatów: „Prosimy Was o udział w obywatelskiej ankiecie pod nazwą »13 punktów na PiS«.

Zastanówmy się, jak opozycja – organizacje polityczne w parlamencie i poza nim, ruchy społeczne i grupy zaangażowanych obywateli – ma odpowiedzieć na  antydemokratyczny zamach, który konsekwentnie przeprowadza PiS. Jak reagować na propagandę obozu władzy? Jaką wizję przyszłości przedstawić wyborcom? Jak wygrać wybory parlamentarne 2019?

Za punkt wyjścia prosimy przyjąć tekst »Plan dla opozycji w 13 punktach«, który opublikowaliśmy 28 listopada 2017″.

Przeczytaj też:

Plan dla opozycji w 13 punktach, czyli jak wygrać z PiS. Przeprosić, proponować, nie lamentować, uderzać celnie, grać swoją grę

AGATA SZCZĘŚNIAK  28 LISTOPADA 2017

Jako pierwszą opublikowaliśmy odpowiedź Katarzyny Lubnauer. Nowa przewodnicząca Nowoczesnej pisała: „Dla mnie kluczowe jest zrozumienie, czego brakowało Polakom po 1989 roku. W czym zawiodła ich III RP, jakie potrzeby nie zostały zaspokojone i jak te potrzeby jako opozycja w najbliższych dwóch dekadach możemy zaspokoić. A także to, jakie potrzeby Polaków PiS zaspokaja dzisiaj. Jako matematyk lubię posługiwać się ścisłą wiedzą. Na niej można budować fundamenty swoich planów”.

Opublikowaliśmy także odpowiedź Doroty Łobody – jednej z liderek ruchu „Rodzice Przeciwko Reformie Edukacji”. Jest wiceprzewodnicząca Komitetu Referendalnego, który zebrał 910 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie reformy edukacji. PiS podpisy wyrzucił do kosza i nie pozwolił Łobodzie przemawiać w Sejmie.

Przeczytaj też:

Weźmy na siebie odpowiedzialność. Dorota Łoboda odpowiada na „plan dla opozycji w 13 punktach”

OKO.PRESS  27 GRUDNIA 2017

Dorota Łoboda m.in. pisała: „Nie mówmy ciągle innym, co mają zrobić. Nie oczekujmy, że ktoś zrobi coś za nas.
Pokażmy, że mocne strony PiS są często pustymi hasłami. Troska o najsłabszych to frazes. Reforma edukacji miała wyrównywać szanse, tymczasem wyklucza dzieci najsłabsze. Państwo nie wspiera słabszych, za to hojną ręką wypłaca olbrzymie wynagrodzenia „swoim” i marnotrawi publiczne pieniądze (mnożenie stanowisk w rządzie i administracji publicznej, nepotyzm, wysokie kwoty na ochronę…). … Akcentujmy lokalne sukcesy – finansowanie in vitro przez samorządy, bezpłatne przejazdy dzieci komunikacją miejską, budżet partycypacyjny. Nie dajmy sobie narzucić PiS-owskiej retoryki. Nie obracajmy w żart języka pogardy.
Przeciwstawiajmy się mowie nienawiści. Nie mówmy o sobie: „gorszy sort”, „oderwani od koryta”, „ubeckie wdowy”, „szmaty”, „wichrzyciele”, „resortowe dzieci”, „złodzieje”, „zdradzieckie mordy”… Jesteśmy wartościowymi obywatelkami i obywatelami. Nie dajmy się obrażać i nie uważajmy, że obelgi płynące z drugiej strony uprawniają nas do obrażania innych.
Żyjemy i będziemy żyć we wspólnej Polsce. W demokratycznej Polsce, przyjaznej wszystkim obywatelom i obywatelkom.

Dziś publikujmy odpowiedź na 13 punktów Anny Mierzyńskiej*. Dr Mierzyńska prowadzi blog o wizerunku, social media i zjawiskach społecznych w sieci. Niedawno opublikowaliśmy jej ciekawy tekst „»Najedzone, aroganckie ugrupowanie«, czyli 10 grzechów głównych PiS, które mogą zachwiać władzą Kaczyńskiego”

Przeczytaj też:

„Najedzone, aroganckie ugrupowanie”, czyli 10 grzechów głównych PiS. Ekspertka marketingu wylicza błędy, które mogą zachwiać władzą Kaczyńskiego

ANNA MIERZYŃSKA  4 GRUDNIA 2017

Poniżej tekst dr Anny Mierzyńskiej.


Czy opozycja może być skuteczniejsza?

Szeroko dyskutujemy dziś o tym, co może robić opozycja, by lepiej mierzyć się z PiS-em – to świetnie! Kiedy dokładamy własne pomysły do planu osiągnięcia wspólnego celu, tak naprawdę budujemy wspólnotę. Zaczynamy identyfikować się nie tylko z celem, ale i z ludźmi, którzy chcą go zrealizować. A właśnie poczucia wspólnoty bardzo nam dziś w Polsce brakuje.

Jak skuteczniej może działać opozycja w Polsce? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie z punktu widzenia marketingu politycznego. Z większością punktów zawartych w programie „13 punktów na PiS”, opublikowanym przez OKO.press, zgadzam się bezdyskusyjnie (zwłaszcza z postulatem, by postawić na kobiety). Parę punktów chciałabym jednak dodać od siebie.

Co może dziś zrobić opozycja, by była skuteczniejsza?

1. Bądźcie spójni i autentyczni

Z analizy badań przeprowadzanych wśród młodych wyborców, a także z obserwacji reakcji wyborców nieco starszych, widać wyraźnie, że dziś jedną z najbardziej poszukiwanych wartości u polityków jest autentyczność, a co za tym idzie – spójność deklaracji z czynami. Polacy tropią intensywnie wszelkie przejawy niespójności i hipokryzji – zaś kiedy je znajdą, z coraz większym trudem wybaczają.

Autentyczność to poważne zobowiązanie w polityce, bo jest przeciwieństwem typowych dla tej przestrzeni gier, ustawek i para-negocjacji. Autentyczność realnie zmienia politykę i ma konsekwencje dalej idące niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Weźmy choćby często ostatnio powtarzany postulat tworzenia jednej listy wyborczej przez całą opozycję.

To świetny pomysł – pod warunkiem, że będzie prawdziwy. Czyli: pod warunkiem, że działacze partyjni będą chcieli taką listę naprawdę stworzyć, poprzeć i potem na nią pracować.

Jeśli postulat zostanie zrealizowany ze względu na presję społeczną, ale nie zostanie zaakceptowany przez członków partii – sytuacja w trakcie kampanii wyborczej będzie gorsza niż gdyby każde ugrupowanie utworzyło swoje listy.

Zmuszenie kandydatów do startu ze wspólnej listy wywoła ogromną wewnętrzną konkurencję, a nawet agresję. Lista więc co prawda będzie jedna, ale na zachowania kandydatów raczej nie będziemy w stanie patrzeć.

Autentyczność nie jest łatwa ani dla polityków, ani dla wyborców – ale gwarantuje spójność przekazu, wewnętrzną spójność ludzi, których będziemy wybierać; daje podstawy do zbudowania zaufania. To wielka wartość – i dlatego jako wyborcy tak intensywnie jej szukamy.

2. Twórzcie własną narrację. Bądźcie kreatywni, nie reaktywni.

Opozycja nie może tylko reagować na to, co robi PiS. I na szczęście już o tym wie – coraz częściej prezentuje swoje programy, nowe rozwiązania. Jednocześnie pojawia się tak dużo bieżących tematów, narzucanych przez PiS, że opozycji trudno jest się od nich zdystansować, aby zyskać przestrzeń do prawdziwie strategicznego, długoterminowego myślenia. Mówił o tym ostatnio Jakub Bierzyński w wywiadzie z „Gazetą Wyborczą”.

Trudno jest myśleć o wizji Polski za 10 lat, gdy ta Polska, która jest, właśnie się rozpada, łącznie z fundamentami. Dlatego warto tworzyć w partiach zespoły: jeden niech ratuje fundamenty, drugi niech planuje, jaka ma być Polska, gdy już fundamenty będą stały mocno i solidnie.

Po co o tym myśleć?

Bo wyborcy chcą głosować na Polskę, która wyłoni się po zakończonej odbudowie; chcą wiedzieć, jaki kraj politycy zamierzają im zbudować – i czy znają się na budowaniu, czy tylko na łataniu dziur w fundamentach.

I w ogóle – czy budują na piasku, czy na skale…

Wyborcy potrzebują wyraźnego obrazu Polski – zagłosują na ten obraz, który będzie im się bardziej podobał. Opozycjo, zwizualizuj swoim wyborcom odbudowaną Polskę!

3. Dajcie ludziom poczucie sprawstwa i nadziei

To konieczne! Dajcie poczucie sprawstwa i nadziei tym ludziom, którzy dziś wyrażają swoją niezgodę na to, co robi obóz władzy. Podczas protestów widać, że ludzie tracą nadzieję. Ogarnia ich poczucie straty, do którego dołącza bezsilność – bo nie widać żadnego światełka w tunelu. Rolą opozycji w takiej sytuacji jest dać nadzieję i pokazać, że mimo trudności coś jednak zrobić można.

Np. zorganizować szerokie konsultacje społeczne w całym kraju na ważny, poruszający ludzi temat. Zbierać podpisy pod nowymi projektami. Organizować działania wspólnotowe, integrujące tych, którzy nie dołączając do partii chcą poczuć, że nie są sami ze swoim protestem przeciwko zmianom w Polsce.

Można tego typu działań powymyślać całkiem sporo, oczywiście – z sensem, tak, by ludzie czuli, że coś jednak mogą zrobić. Na razie takie działania częściej podejmują organizacje pozarządowe niż partie – a szkoda. Zresztą, czasem wystarczy być z ludźmi – być dostępnym, na miejscu, blisko.

Wydaje się, że politycy często nie doceniają tego, jak wiele zmienia fakt „bycia razem” – nie tylko podczas protestu, ale też pomiędzy jedną a drugą manifestacją.

Ten, kto zrozumie, jak istotne w takim okresie są relacje (znowu: autentyczne relacje) z ludźmi – wygra.

4. Zacznijcie profesjonalnie wykorzystywać media społecznościowe

Profesjonalnie, czyli strategicznie, z szerokim, marketingowym planem – dokładnie tak, jak robi to biznes. Wyborcy są Waszymi klientami, którzy mają kupić Wasz produkt – program, rozwiązania, Was samych. Polskie ugrupowania muszą się nauczyć, że duży zasięg hashtagu to nie jest szczytowe osiągnięcie sieciowe. Trzeba korzystać z najnowszych trendów marketingowych, wprowadzać nowe narzędzia i rozwiązania, tworzyć obrazy skojarzeniowe i symbole, dawać mocny kontent, dbać o timing – a wszystko to w oparciu o rozpoznane i przebadane potrzeby odbiorców.

Bez tego dziś nie da się osiągnąć zamierzonego efektu! Wie o tym biznes, powinni nareszcie wiedzieć także politycy. To nie jest dziś przestrzeń, w której można oszczędzać czy zadowalać się prowizorycznymi rozwiązaniami.

5. Bądźcie wytrwali

PiS to poważny konkurent, wszyscy to wiemy. Nie ma potrzeby go mitologizować, robić z niego niezwyciężonego – Platforma Obywatelska swego czasu też nie miała z kim przegrać. Ale też – konkurenta trzeba szanować i doceniać jego mocne strony. Konieczna jest więc zdroworozsądkowa ocena sytuacji. To nie będzie wojna na kilka miesięcy ani na 2-3 lata. Trzeba wytrwałości, strategii i motywacji, by takiego przeciwnika pokonać. Ale – da się to zrobić. Jak zawsze w polityce.

Więc jeszcze raz: wytrwałość, strategia, motywacja. One są kluczowe. Żadnego z tych trzech elementów nie można zaniedbać.

*Anna Mierzyńska, specjalistka marketingu sektora publicznego, pracuje dla instytucji publicznych, uczelni wyższych i organizacji pozarządowych, jest szefową promocji Uniwersytetu Białostockiego. Poprzednio była dyrektorką biura białostockiego posła PO Roberta Tyszkiewicza.

oko.press

Czy w 2018 roku czeka nas wojna?

Rok 2018 przyniesie więcej zagrożeń dla świata. Polska nie może sobie pozwolić na oddalanie się od Unii i NATO.

Mapa świata aż pulsuje od ryzyka wojny. Co się wydarzy?

DVIDSHUB/Flickr CC by 2.0

Mapa świata aż pulsuje od ryzyka wojny. Co się wydarzy?

Choć bardziej prawdopodobna jest wojna daleko od naszych granic, nie powinniśmy się łudzić, że dystansowanie się od struktur europejskich i upajanie wizją samowystarczalności obronnej zwiększą nasze bezpieczeństwo.

Mapa świata 2018 roku aż pulsuje od ryzyka wojny – wybuchu nowej czy eskalacji jakiejś trwającej, choćby w politycznej nowomowie była „zamrożona”. W roku stulecia końca Wielkiej Wojny, która ukształtowała nowy ład świata, całkiem realną perspektywą staje się nowy konflikt z użyciem – podobnie jak wtedy – najbardziej śmiercionośnej broni, w który siłą bezwładu włączyć się mogą światowe potęgi.

Nikt nie wie, co zdarzy się po przekroczeniu atomowego progu w sytuacji, gdy broń taką posiada nie jedno – jak było przy jedynym do tej pory bojowym użyciu bomby A – a tuzin krajów świata. Łatwo napisać wezwanie, że takiego scenariusza (nawet po ewentualnym „samobójczym” ataku Korei Północnej) trzeba za wszelką cenę uniknąć, ale nikt nie jest w stanie zagwarantować, że uniknąć się go da. Nuklearna wymiana ciosów miałaby nieobliczalne skutki dla całego globu, ale nawet ograniczony konflikt w północno-wschodniej Azji byłby dla świata potężnym szokiem.

Zaburzony zostałby nie tylko handel z uszczerbkiem dla producentów, konsumentów i tzw. zachodniego stylu życia. Na wstrząsie paliwowym zyskaliby oczywiście eksporterzy i tych niewielu, którzy są energetycznie samowystarczalni, co wzmocniłoby narzędzia wpływu Rosji w Europie. Nawet jeśli żadna północnokoreańska rakieta nie dotarłaby w nasze pobliże, ucierpielibyśmy bardzo.

Niepokoje na Bliskim Wschodzie

Ale ta symboliczna rakieta nie musi być z Dalekiego Wschodu. Styk Europy, Azji i Afryki, zwany MENA (Middle East-North Africa), to kilka trwających wojen na raz i kilka potencjalnych konfliktów, które w każdej chwili mogą wybuchnąć – znacznie bliżej naszych granic i naszych interesów, choćby tych paliwowych. Arabia Saudyjska i Iran już toczą ze sobą „wojnę zastępczą” w Jemenie, której rykoszety – w postaci pojedynczych na razie rakiet – spadają nawet na Rijad.

Saudowie wprost oskarżyli Teheran o inspirowanie i techniczne wspieranie tych ataków, otwarta wojna dwóch regionalnych potęg wisi więc na włosku. Po ostatniej decyzji USA o przeniesieniu ambasady do Jerozolimy powstańcze nastroje odżyły wśród Palestyńczyków – mówi się o groźbie nowej intifady. Izrael jest co prawda silny jak nigdy wcześniej, ale eskalacja starć grozi nową wojną arabsko-żydowską. Tel Awiw bacznie też obserwuje poczynania Iranu, czy ten (jak to twierdzi Donald Trump) pod parasolem porozumienia atomowego nie rozwija broni jądrowej.

Izrael już dawno deklarował, że na to nie pozwoli i nie zawaha się zaatakować. W Syrii ostatnie miesiące to pozorny „spokój cmentarza” – Rosjanie obronili Asada przed obaleniem w zbrojnym powstaniu, ale polityczna przyszłość kraju jest zagadką.

Interwencja Moskwy skłoniła do podobnego ruchu Turcję i Iran, wspierani początkowo przez USA Kurdowie (i dla interesów USA przelewający krew) czują wściekłość, że nie zdołali wywalczyć własnego państwa. Bliskowschodni kocioł wciąż wrze, a para z niego rozgrzewa też afrykański Sahel. To tam trwa największa obecnie wojna Unii Europejskiej, to tam giną żołnierze elitarnych oddziałów USA. To stamtąd nadal przypływają do Europy uchodźcy, wśród których – czego nie sposób stuprocentowo sprawdzić – mogą być „żołnierze ISIS”.

Putin ponownie prezydentem w Rosji?

Jeśli ostatnie cztery lata, od prozachodniej rewolucji w Kijowie i rosyjskiej interwencji odrywającej de facto wschodnią część Ukrainy, upłynęły nam w strachu przed Putinem, to rok 2018 przyniesie tylko przedłużenie tego stanu.

W marcowej operacji, której datę wybrano tak, by była rocznicą zajęcia Krymu, władca Kremla ogłosi się prezydentem na kolejne sześć lat. Celowo nie używam słowa „wybrany”, bo przecież o żadnych wyborach nie ma mowy, kiedy nawet konkurencyjna kandydatka jest wykreowana przez system władzy. Przed wyborami uruchomiono operację „deeskalacja” – Putin ogłosił (po raz drugi) koniec wojny w Syrii, narodowi obiecał większy socjal, obniżył formalnie wydatki budżetowe na wojsko, a do światowych liderów co rusz śle apele o pokój.

Maskirowka, to oczywiste, ma mu zapewnić spokój na wiosenną kampanię i najważniejszy międzynarodowy „event” roku – Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Czy po nich zabrzmią sierpniowe salwy? Wiele będzie zależeć od układu sił w Europie, osłabionej brakiem trwałego rządu w Niemczech i nawarstwiającymi się sporami między eurostrefą i krajami spoza niej. Ale najwięcej od wydarzeń za oceanem.

Niepewna sytuacja w USA Donalda Trumpa

Bo najbardziej nieoczekiwanym i potencjalnie najgroźniejszym ogniskiem niestabilności stał się Waszyngton. Pierwszy rok prezydentury Donalda Trumpa był pasmem wydarzeń bez precedensu w zewnętrznych relacjach USA i polityce wewnętrznej. Rok kolejny może okazać się jazdą bez trzymanki, jeśli – na co wiele wskazuje – wokół prezydenta zacieśniać się będzie pętla podejrzeń, oskarżeń i dowodów na potwierdzenie zarzutów o współpracę lub spisek z Rosją w celu wpłynięcia na wynik poprzednich wyborów.

Atmosfera polityczna będzie gęstnieć nie tylko wraz z postępem śledztwa nadzorowanego przez byłego szefa FBI – i weterana wojny wietnamskiej – Roberta Muellera, ale przede wszystkim ze zbliżaniem się wyborów uzupełniających do Senatu i Izby Reprezentantów. Na szali jest republikańska większość w Kongresie, bo wybory obejmą całą niższą i jedną trzecią wyższej izby.

A że przewaga partii Trumpa w kluczowym Senacie stopniała właśnie do jednego głosu, wszystko może się zdarzyć. Emocjonalny, wybuchowy prezydent z trudem będzie znosił tę presję. Dla ratowania swej pozycji albo w impulsywnym odruchu może podejmować decyzje o dramatycznych dla świata skutkach i nie wiadomo, czy tzw. dorośli ludzie w pokoju, jak nazywa się generałów w jego otoczeniu, będą w stanie nad nimi zapanować.

Jak będzie wyglądała sytuacja w Polsce w 2018 roku?

Na tle takiego obrazu świata w 2018 roku nasze problemy są niemal nieistotne. Wszak póki jesteśmy w NATO, Rosja nie ośmieli się nas zaatakować, a póki jesteśmy w Unii, chroni nas najsilniejsza jednolita strefa ekonomiczna na świecie – tak zwykliśmy myśleć.

Ale właśnie zdajemy się dystansować od Europy i pokładać wiarę w obronną samowystarczalność, jednocześnie wykonując ruchy, które w czasie kryzysu mogą nas słono kosztować. Nie patrząc na strategiczne konsekwencje, rozpętaliśmy w kraju „wojnę o wojsko” między dwoma konstytucyjnymi ośrodkami decyzyjnymi.

W wojsku przeprowadziliśmy czystkę kadrową na niespotykaną skalę, gdy chodzi o najwyższe szczeble dowodzenia. Obronność jest już wyłącznie kolejnym ringiem politycznej walki, a nie ponadpartyjnego konsensu, co może jest pojęciem wyświechtanym i utopijnym, ale które zwłaszcza w obliczu kryzysu odzyskuje wartość.

Politykę zbrojeniową sprowadziliśmy do oskarżeń o lobbing, korupcję, oszustwo, za nic mając to, że priorytety zakupów określiło samo wojsko, przeglądając własne luki i potrzeby, również w sojuszniczym kontekście. Mało tego, obraziliśmy przy tym kilku ważnych partnerów, nie tylko z Europy. Celowo używam liczby mnogiej – my to zrobiliśmy, Polska. Z perspektywy globalnych problemów nie ma bowiem większego znaczenia, czy przy władzy jest ta czy inna partia.

Ma jednak znaczenie, jak ta partia z władzy korzysta. Tylko politycy o ograniczonym horyzoncie mogą twierdzić, że nie ma związku między położeniem strategicznym kraju a prowadzoną przez niego polityką i relacjami zewnętrznymi. Osłabienie pozycji Polski w Unii czy fala krytyki poczynań rządu płynąca z USA w oczywisty, choć nie zawsze od razu widoczny sposób przekłada się na siłę naszego głosu w NATO czy sposób postrzegania przez zagranicznych partnerów, nie zawsze nam sprzyjających.

Niedawny, niezwykle ostry atak na Polskę w publicznym wystąpieniu Władymira Putina przeszedł niemal bez echa, a nie powinien być słyszalny. Przez lata kremlowski tyran nie pozwalał sobie na tak brutalne wypowiedzi. Ale może wyczuł, że na jego słowa w obecnej sytuacji nikt w Europie czy USA nie zareaguje. I się nie pomylił. Nikt nie bronił Polski, ba, sama Polska jakby z obrony zrezygnowała.

Trudno bowiem liczyć, że ściskający się z Putinem Victor Orbán będzie jakimś wsparciem. Wobec Rosji – ale i innych tematów – nie ma spójności w grupie V4. Powoli, lecz systematycznie stajemy się osamotnieni. Na to nakłada się oficjalnie promowana narracja o samowystarczalności obronnej jako ostatecznym celu zmian i inwestycji w wojsku, celu tyleż ambitnym, co utopijnym, w skrajnym scenariuszu wręcz groźnym. Na szczęście na razie nikt nie mówi, by budując własną siłę, osłabiać więzy z NATO, choć takie tezy odnośnie do Unii Europejskiej są na porządku dziennym.

Czy stoimy u progu wojny?

Formalnie jednak wszystko jest w najlepszym porządku. Polska armia rośnie w siłę, żołnierzom żyje się coraz dostatniej, a polski przemysł zbrojeniowy już za chwilę będzie dorównywał światowym potęgom.

Propagandowe hasła rządu oczywiście nie oddają całej skomplikowanej rzeczywistości, ale propagandę – tym razem porażki, a nie sukcesu – uprawia też opozycja. Armia i struktury bezpieczeństwa państwa poddawane są dynamicznym zmianom, ale czy wszystkie idą w złym kierunku? Czy obrona terytorialna to istotnie „prywatna armia”? Czy budowa strzelnic zagrozi strzelaninami? Czy czołgi na wschodzie kraju nie odstraszą wroga? Aż się prosi o dyskusję na argumenty, a nie hasła. Bezsprzeczne jest to, że NATO i USA wreszcie mają w Polsce „buty na ziemi”, a rok 2018 będzie początkiem funkcjonowania najważniejszej sojuszniczej inwestycji obronnej – bazy systemu antyrakietowego w Redzikowie.

O tę instalację walczyło kilka ostatnich rządów, ale czy ich członkowie staną razem na jej otwarciu? Polski prezydent do swoich sukcesów zaliczy wizytę na lipcowym szczycie w Brukseli, a jesienią Warszawa będzie gościć szefów obrony państw NATO na obradach Komitetu Wojskowego Sojuszu, z dumą pokazując wydane 2 proc. PKB na obronę i jeszcze wyższy cel, najdalej w 2030 roku. Jeśli szczęście dopisze, MON zrobi klip o przełomowych zakupach uzbrojenia, przy okazji których zainwestuje nie tylko w ultranowoczesną broń, ale i relacje przemysłowe z USA, Europą i może jeszcze kimś. Tyle że nad tym wszystkim wisieć będą pytania o stan demokracji, rządów prawa, sądownictwa, wolność mediów i klimat polityczny, zmierzający coraz bardziej w stronę systemu jednopartyjnego, z marginalnym (nie bez jej winy) udziałem opozycji.

A ten klimat będzie się zaostrzać, bo Polska wejdzie w bezprecedensowy w ostatnim ćwierćwieczu cykl wyborczy z czterema głosowaniami z rzędu. Polityczna huśtawka będzie nami bujać przez dwa lata, co przy obecnym poziomie emocji będzie do zniesienia wyłącznie dla ludzi o najmocniejszych nerwach. Będą w 2018 roku potrzebne.

polityka.pl

Joanna Szczepkowska: PiS tworzy nową formę komunizmu

Ja na swoim Facebooku piszę listy do PiS-owców. Zaczynam je bardzo przyjaźnie: „Kochany elektoracie PIS”. I dalej: „Czy nie wydaje się wam, że Sala Kolumnowa w Sejmie jednak była blokowana?” „Czy nie uważacie, że prezydent łamie konstytucję?” – aktorka Joanna Szczepkowska, która w 1989 roku ogłosiła koniec komunizmu, tłumaczy, jak żyć w czasach PiS.

Newsweek: Ogłosi pani koniec demokracji?

Joanna Szczepkowska: Można ogłosić, ale komu? Tym, którzy to widzą, nie potrzeba ogłaszać. Ci, którzy wolą nie widzieć, nie wysłuchają, a ci którzy tego nie widzą, powiedzą: wróg ojczyzny. Tymczasem nie ma już trójpodziału władzy, a jedna partia przejęła kontrolę nawet nad sądami. Nie o taki ustrój walczyliśmy.

Szef MSWiA Mariusz Błaszczak widzi to inaczej: w Polsce dopiero teraz skończył się komunizm.

Trzeba wyjątkowego cynizmu, żeby coś takiego powiedzieć po przejęciu sądów. O ile sobie przypominam, za komunizmu opozycja nie mogła istnieć. Po ’89 roku w Polsce był demokratyczny Sejm, gdzie PiS przez wiele lat był legalną opozycją i na dobrych poselskich posadach, jakoś nie brzydził się tych „komunistycznych pieniędzy”.

Bardzo ostro odpisała pani na Facebooku ministrowi Błaszczakowi.

A jak inaczej? Oni robią rewolucję, kompletną zmianę ustroju w kierunku wschodnich standardów. O opozycji nie wyrażają się inaczej jak „wrogowie narodu”, więc rozmawiamy na poziomie rewolucji, a nie „dobrej zmiany”. Nigdy nie powiedziałabym tak do do wyborców PiS, ale polityków nie ma co oszczędzać.

I trzeba aż nazwać ich policyjnymi pieskami? Trzeba Błaszczakowi pisać: „Jedyne, co umiesz, to łasić się i podawać łapę”? Trzeba go nazywać komunistycznym aparatczykiem?

No umówmy się, że takie słowa są niczym w stosunku do słów, jakimi nazywana jest opozycja. Kiedy protestujemy na ulicach, to nie spieramy się o drobiazgi, tylko o to, czy w Polsce jest łamana konstytucja, czy nie. Czy jesteśmy wyprowadzani z Unii czy nie jesteśmy? Czy należymy jeszcze do Zachodu czy już do Wschodu. Polityk, który temu hołduje, ciągnie Polskę w dół i jest szkodnikiem. Trzeba to mówić wprost.

I z pełną odpowiedzialnością powtórzy pani, że PiS tworzy nową formę komunizmu?

Tak. Tworzenie ustaw nocami bez konsultacji i naprędce, zamykanie ust opozycji, zawłaszczanie przez jedną partię wszystkich instytucji i niszczenie trójpodziału władzy, to jest nowa forma komunizmu. Oni używają określenia „totalna opozycja” jako przykład braku patriotyzmu. Czym byli w takim razie za PO? Czym innym, jak nie totalną opozycją?

A kiedy pani się zorientowała, że to nie będzie zwyczajny rząd? 

Kiedy wbrew zapowiedziom wyborczym zrobiono Macierewicza ministrem obrony i dano mu władzę nad wojskiem. Od tego momentu już widoczny był cynizm, jedynowładztwo Kaczyńskiego. Od momentu nieopublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego zaczęło być oczywiste, że to jest po prostu demontaż państwa. I że tak naprawdę ludzi to nie bardzo obchodzi.

Dlaczego?

Za PRL-u ludzie też wypierali świadomość zniewolenia, zadowalali się małą stabilizacją, aż przepaść między Polską a Zachodem stała się nie do zniesienia. Na razie społeczeństwo nie jest przejęte problemem demokracji, zwłaszcza jeśli dostaje rekompensaty, na przykład 500 plus.

Wydaje się pani, że Polacy już nie mają siły się buntować?

To naturalne. Trudno codziennie chodzić na demonstracje. Dobrze posłuchać biskupa Pieronka, który piętnuje sytuację polityczną, ale mówi, że trzeba po prostu normalnie żyć, nie dać się zniewoleniu.

newsweek.pl

Manuela Gretkowska z mroczną wizją Polski w noworocznych „nieżyczeniach”. Nie zostawiła suchej nitki na Rydzyku i Kaczyńskim

02.01.2018, 

Manuela Gretkowska© Facebook.com/ lula.palula.75 Manuela Gretkowska

 

Manuela Gretkowska dodała na Facebooka długi wpis z „nieżyczeniami”, w których odniosła się do aktualnie panującej sytuacji w Polsce.

Manuela Gretkowska znana jest z tego, że otwarcie mówi to, co myśli. Teraz w najnowszym wpisie na Facebooku skomentowała sytuację polityczną w Polsce i przedstawiła bardzo pesymistyczną wizję przyszłości kraju. Pisarka nie zostawiła suchej nitki na Kaczyńskim, Rydzyku, czy prezydencie Andrzeju Dudzie.

Obudziliście się w kraju rządzonym przez dwóch najmniej męskich mężczyzn. Nie dlatego, że jeden ubiera się w małą czarną do kostek. A drugi, może co najwyżej dla przyjemności, włożyć palec w tyłek kota. Jak ktoś chce celibatu czy lubi sodomię, jego sprawa.

Odniosła się do prawa kobiet o decydowaniu o sobie.

Mizoginia pozbawia kobiety szacunku. Jeżeli ktoś na szacunek nie zasługuje, nie zasługuje też na traktowanie jak człowiek. Można go pozbawić ludzkich praw. Pozbawić decydowania o sobie. O macierzyństwie – decyzji zmieniającej życie na wiele lat.

Skomentowała też walkę o wolne sądy. Tutaj oberwało się Andrzejowi Dudzie, któremu Gretkowska zarzuciła bezrefleksyjne i odruchowe podpisywanie ustaw.

Rozwalono sądy, więc niebawem obudzimy się po pracowitej w sejmie i senacie nocy, z nową ustawą przeciwko kobietom. Czasu by wyjść na ulice nie będzie, bo prezydent podpisze, odruchowo przez sen.

Wpis pisarki zakończony jest czarną wizją ojca Tadeusza Rydzyka jako papieża. Gretkowska zwraca uwagę na to, że jest on „dobrze nastawiony na fale średniowiecza” i doprowadził do stworzenia państwa religijnego.

Tylko fajerwerki zwycięstwa odpalą nad Toruniem. I cieszmy się, że nie biały dym. Papieżem może być każdy katolik, niekoniecznie kardynał. Jeżeli następne konklawe zasadą wahadła zawróci z „lewicującego” kursu, mają idealnego kandydata. W środku Europy zbudował imperium finansowe, więc dogada się z włoską mafią. Doprowadził do stworzenia państwa religijnego. Tego nie ma nawet w katolickich krajach Afryki. Nie życzę światu, a najbardziej nam, Jana Pawła Marii Radyja Pierwszego, tak dobrze nastawionego na fale średniowiecza.

W komentarzach internauci zgadzają się z Gretkowską i chwalą ją za jej szczerość, chociaż większość zgodnie przyznaje, że ta wizja jest co najmniej przykra.

Z całym szacunkiem dla tekstu, śmieję się, bo ta wizja zalęgła mi się też w głowie. Będzie się działo.

Karnawał idiotów.

Przykre, ale w ‚samo sedno tarczy’…

A ludzie pytają: jak to jest, że wyratowaliśmy z komunizmu kawal Europy a siebie pozwoliliśmy zniewolić?

Także tego nie życzę ani sobie ani nikomu… Ale obawiam się, że niestety jest to tak trafne i tak będzie trafione, że nie uda się nie przegrać.

My życzymy wszystkim tego, żeby ponura wizja pisarki nigdy się nie spełniła.

 

msn.pl

Dr Jacek Kucharczyk: Za sukcesem PiS stoją kompleksy drobnomieszczaństwa

Dr Jacek Kucharczyk: Za sukcesem PiS stoją kompleksy drobnomieszczaństwa

Poparcie dla partii Jarosława Kaczyńskiego nie bierze się przede wszystkim – tak jak twierdzi wielu publicystów i ekspertów – z niesprawiedliwości III RP i z nierówności społecznych. Z badań wynika, że trzonem poparcia nie jest klasa, która została pokrzywdzona podczas transformacji, a wręcz przeciwnie. To są ludzie, którzy obiektywnie rzecz biorąc są beneficjentami okresu przemian, ale trafia do nich narracja populistyczna i nacjonalistyczno-ksenofobiczna. Małomiasteczkowa klasa średnia, która wini wszystkich oprócz siebie i której władza dostarcza moralnego rozgrzeszenia. To nie ekonomia, a ideologia i charakter jest kluczem do władzy PiS-u – mówi w rozmowie z nami dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych

KAMILA TERPIAŁ: Pytanie na czasie na początku 2018 roku: kiedy w Polsce skończył się komunizm? Minister Mariusz Błaszczak twierdzi, że w dniu, w którym prezydent podpisał tzw. ustawy sądowe.

JACEK KUCHARCZYK: Komunizm w Polsce skończył się dokładnie wtedy, kiedy ogłosiła to Joanna Szczepkowska, czyli 4 czerwca 1989 roku. To jest rzecz oczywista. Uważam, że ten dzień powinien być świętem narodowym i żałuję, że prezydent Bronisław Komorowski nie zdecydował się takiego święta ustanowić. Wtedy trudno byłoby to odkręcić, to miałoby trwały wpływ na społeczną świadomość. Tak właśnie działa PiS. Nawet kiedy straci władzę, kto będzie miał odwagę likwidować te wszystkie ulice Lecha Kaczyńskiego? To jest batalia o  pamięć społeczną, którą PiS próbuje przeorać. Wypowiedź Mariusz Błaszczaka jest takim elementem walki i budowy nowego człowieka.

Sowieci chcieli wychować nowego człowieka sowieckiego, a PiS próbuje stworzyć nowego pisowskiego Polaka.

Koniec walki z komunizmem pod koniec 2017 roku? To brzmi raczej absurdalnie.

Rzeczywiście, to wszystko „nie trzyma się kupy”. Absurdalna wydaje się cała napisana na nowo historia walki z komuną, gdzie Lech i Jarosław Kaczyńscy grają pierwsze skrzypce, a dla Lecha Wałęsy i Jacka Kuronia nie ma miejsca. Ale biorąc pod uwagę monopolizację przekazu adresowanego dla pewnej części społeczeństwa i raczej żałosną świadomość historyczną młodego pokolenia, to może zadziałać i doprowadzić do „skrzywienia” pewnej części społeczeństwa. Oni mogą albo w to uwierzyć, albo stwierdzić, że tak naprawdę nie wiadomo, jak było.

Ktoś jest w stanie na poważnie potraktować te słowa?

Antykomunistyczny dyskurs pod hasłem „antykomunizmu po komunizmie” rezonuje w pewnej części Polaków.

„Komunistami” nazywa się przedstawicieli wszystkich elit, których pisowski lud nie lubi. To ma konkretne polityczne cele, czyli m.in. uzasadnienie walki z sądami.

PiS przekonuje, że to, co robi, to nie jest skok po władzę, tylko właśnie proces dekomunizacji. Chodzi o zaoferowanie społeczeństwu alternatywnej narracji, która koresponduje ze świadomością tej części społeczeństwa, która jest przepełniona różnymi kompleksami i resentymentami.

I to do nich przede wszystkim mówią politycy PiS?

Narracja Prawa i Sprawiedliwości tłumaczy wszystko, co się Polakom nie udaje, albo co myślą, że im się nie udaje; nobilituje niechęć do elit, prawników, sędziów czy lekarzy. Obowiązujący ma być przekaz – to nie Michnik i Kuroń obalali komunizm, tylko wy, naród, głosując na PiS. Partia rządząca odwołuje się do „ludowego antykomunizmu”, tworząc swoje narracje, co okazuje się skuteczne bardziej niż można się było spodziewać. Dlatego uważam, że

kluczem do zrozumienia poparcia dla PiS-u jest uwznioślenie, nadanie moralnego wymiaru resentymentom i kompleksom drobnomieszczaństwa. Zasadniczą sprawą wcale nie był program 500 Plus.

Kto jest w takim razie wyborcą PiS-u?

Poparcie dla partii Jarosława Kaczyńskiego nie bierze się przede wszystkim – tak jak twierdzi wielu publicystów i ekspertów – z niesprawiedliwości III RP i z nierówności społecznych. Z badań wynika, że trzonem poparcia nie jest klasa, która została pokrzywdzona podczas transformacji, a wręcz przeciwnie. To są ludzie, którzy obiektywnie rzecz biorąc są beneficjentami okresu przemian, ale trafia do nich narracja populistyczna i nacjonalistyczno-ksenofobiczna. Małomiasteczkowa klasa średnia, która wini wszystkich oprócz siebie i której władza dostarcza moralnego rozgrzeszenia.

To nie ekonomia, a ideologia i charakter jest kluczem do władzy PiS-u.

Kolejnym elementem populistycznego i nacjonalistyczno-ksenofobicznego języka jest zła UE, przed którą trzeba bronić naszych wartości. Ten przekaz też trafia na podatny grunt?

To jest drugi element pisowskiej narracji. W pierwszym władza przekonuje, że nie niszczy demokracji, tylko wprowadza prawdziwą demokrację przez dekomunizację. W drugim twierdzi, że ci, którzy ją krytykują, robią to, bo nie podoba im się, że Polska wstała z kolan i broni swoich interesów. Uruchomienie tzw. broni atomowej, czyli artykułu 7 jest przełomowym momentem, także dla takiej narracji. Ataki na UE rozpoczęły się jeszcze przed wyborami, szczególnie w sprawie uchodźców i narzuconych odgórnie kwot. To był dla PiS-u wymarzony prezent, bo uzasadniał przekaz, że Niemcy poprzez Unię narzucają Polsce niebezpieczne rozwiązania.

Gdyby nie ten kryzys, PiS zapewne uzyskałby w wyborach parlamentarnych kilka punktów procentowych mniej.

PiS cały czas zapewnia, że nie chce wyprowadzać Polski z UE.

Władza boi się w tej sprawie opinii publicznej. Dlatego prowadzi dwutorową retorykę wobec UE. Z jednej strony zaprzecza, że chce Polski poza Unią, a z drugiej nie rezygnuje z języka antyunijnego. PiS przecież cały czas przekonuje, że to, co złe, przychodzi z Unii, która próbuje narzucać nam obce rozwiązania, a rząd musi nas przed tym bronić. Według PiS-u, Unia Europejska staje się zagrożeniem wielowymiarowym, próbując teraz uniemożliwić także dekomunizację i zmiany w wymiarze sprawiedliwości. Artykuł 7 ma być karą za to, że PiS sprzeciwia się obcym interesom.

Dlaczego z jednej strony Polacy są jednym z bardziej prounijnych narodów, a z drugiej taka retoryka trafia na podatny grunt?

To jest pewna schizofrenia.

Ludzie wierzą, że członkostwo w UE jest dobre dla Polski, ale jednocześnie mniej więcej połowa z nich wierzy, że Unia zagraża naszej suwerenności i trzeba się przed nią bronić.

A to jest bardzo niebezpieczne, bo na przykładzie brytyjskim widać, jak w krótkim czasie można „urobić” społeczeństwo i wygrać referendum w sprawie wyjścia państwa z Unii. To przecież była konsekwencja rozgrywania problemów wewnątrzpolitycznych antyunijną retoryką.

Opozycja powinna starać się przekonać wyborców PiS-u, czy na to nie ma żadnej szansy?

Opozycja przede wszystkim powinna skupić się na mobilizacji wyborców, którzy okazują się odporni na retorykę PiS-u, ale też nie mają do końca poczucia, z jakimi zagrożeniami wiążą się te rządy.

Mam na myśli ludzi, według których sytuacja nie jest na tyle groźna, żeby wymagała pewnej mobilizacji. Duża część społeczeństwa nie ufa generalnie żadnej partii. Oni wierzą w demokrację, ale nie wierzą w politykę – i to jest też kolejny przejaw społecznej schizofrenii. Głównym wyzwaniem dla opozycji jest przekonanie tych ludzi, że polityka to nie jest miejsce, gdzie się szuka ideału, tylko wybiera spośród tego, co jest na politycznym rynku, a sytuacja jest na tyle poważna, że trzeba działać.

Ważne jest mobilizowanie wyborców, którzy stoją w rozkroku.

Trzeba przeciągnąć na swoją stronę tzw. symetrystów?

To jest główne wyzwanie. Odbicie elektoratu PiS-u jest mało prawdopodobne. Może można postarać się dotrzeć do części pisowskiego elektoratu, ale nie może robić tego kosztem zrażania  społeczeństwa niepisowskiego. Dlatego uważam, że opozycja nie powinna na przykład godzić się na przyjęcie uchwały w 75-lecie powstania Narodowych Sił Zbrojnych, a PO powinna w Parlamencie Europejskim głosować za rezolucją potępiającą antydemokratyczne działania PiS-u. Wygląda na to, że w tych sprawach partie dały się zastraszyć nacjonalistycznej retoryce Prawa i Sprawiedliwości. Dlaczego opozycja nie krytykuje Kościoła, który prawie jednogłośnie popiera PiS?

Najważniejsze musi być nie to, co pomyślą wyborcy PiS-u, a potencjalni wyborcy partii opozycyjnych.

Opozycja, a szczególnie PO, stanowczo sprzeciwiła się nacjonalistycznej polityce i hasłom, które pojawiły się podczas tzw. marszu niepodległości. Zgłoszony został nawet wniosek o konstruktywne wotum nieufności. To nie wystarczy?

To było słuszne działanie, ale powinno stać się zasadą. Potrzebne jest nie tylko potępienie jakiejś wypowiedzi albo działania, ale jasne i kategoryczne odcięcie się od nacjonalizmu i izolacjonizmu. To jest w tej chwili główny nurt ideologii Prawa i Sprawiedliwości. Opozycja ma w tej sprawie szerokie pole do popisu, bo poparcie dla UE jest cały czas bardzo wysokie.

Teraz ten przekaz nie wybrzmiewa? Ja słyszę go bardzo często…

Nie wybrzmiewa tak jak powinien, a czasami przeczą mu czyny. Potrzebna jest mądra taktyka działania.

Opozycja powinna się zjednoczyć?

Nie widzę możliwości stworzenia jednego bloku, od PO do Partii Razem. Powinny powstać dwa, czyli centrowo-liberalno-konserwatywny i lewicowy. Dla szeroko pojętej lewicy wyzwaniem jest teraz dogadanie się między sobą i stworzenie w najbliższych wyborach jednej wspólnej listy. Lewica myśli, że PiS zagarnął ich elektorat, ale to nie jest do końca prawda.

Bardzo dziwi mnie przekaz niektórych lewicowych publicystów i polityków, że należy poczekać, aż PiS rozwali III RP, a na jej gruzach zbudować nowy, wspaniały, lewicowy świat. To jest oczywiście polityczna utopia.

Pierwszym i najważniejszym sprawdzianem będą wybory samorządowe?

To jest ogromne wyzwanie dla całej opozycji. PiS po zmianach w Kodeksie wyborczym oraz sądownictwie trzyma wszystkie karty i nie wiadomo, jak daleko będzie chciał ingerować w proces wyborczy. Dlatego opozycja powinna się przebudować. Partie centrowe nie powinny zapominać o PSL-u, a ludowcy powinni pamiętać, że od poprzednich wyborów samorządowych wiele się zmieniło.

Budowanie szerokiej platformy od liberałów do umiarkowanie konserwatywnej prawicy jest potrzebne wszystkim.

Co było politycznym punktem zwrotnym w mijającym roku?

Myślę, że jednak weta prezydenta, które rozbroiły opozycję i spowodowały, że wytraciła się energia społecznych protestów.

Taki był cel?

Nie wiem, czy to wszystko zostało aż tak sprytnie zaplanowane, ale tak to wyszło. Okazało się, że dzięki wetom to nie opozycja, tylko Andrzej Duda i paradoksalnie PiS stali się sondażowymi beneficjentami tego kryzysu politycznego. Kiedy niedawno ustawy o SN i KRS uchwalono niemal w takiej samej wersji, zabrakło już energii do wychodzenia na ulice.

Niektórzy uwierzyli, że prezydent zorientuje się, że został oszukany i znowu ustawy zawetuje lub je wycofa z Sejmu. Ale stało się inaczej.

Andrzej Duda ustawy podpisał i to w dniu uruchomienia przez Komisję Europejską artykułu 7.

Specjalnie?

To był przede wszystkim gest lojalności wobec swojego obozu politycznego. Poczuł mocne wsparcie opinii publicznej i uwierzył, że mu to nie zaszkodzi, a jednocześnie zdał sobie sprawę ze słabości swojego zaplecza politycznego. Nie wiadomo, co by było, gdyby protesty były masowe i konsekwentne, tak jak latem. Czy zachowałby się inaczej? Podejrzewam, że jednak nie.

Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, nie ma pan wrażenia, że to jednak była polityczna gra? I tak jest, jak być miało…

To była przemyślana walka Andrzeja Dudy o własną pozycję, a nie o pryncypia – pod tym względem to była gra. Ale nie sądzę, żeby ktokolwiek przypuszczał, że wzrośnie dzięki temu poparcie dla prezydenta i partii rządzącej. To chyba była jednak nieoczekiwana konsekwencja. Pytanie też, na ile sondaże odgrywają rolę samosprawdzającej się przepowiedni.

Propaganda PiS bardzo skutecznie manipuluje dobrymi wynikami sondaży, aby przekonać opinię publiczną o masowym poparciu społecznym dla PiS. To poparcie realnie dotyczy około jednej trzeciej społeczeństwa, ale PiS nieustannie twierdzi, że wyraża wolę powszechną.

Był też jeden moment, w którym PiS-owi spadło sondażowe poparcie – wygrana Donalda Tuska i przegrana rządu 27:1.

To było tylko chwilowe. Partia rządząca bardzo szybko się odbiła. To pokazuje dwie rzeczy: prestiż i pozycja Polski na arenie międzynarodowej dla wielu wyborców są ważne; ale maszyna propagandowa PiS-u potrafi wszystko sprawnie przykryć. Najlepszą przykrywką okazał się – znowu paradoksalnie – kryzys wokół zmian w sądownictwie. Skok na demokrację umocnił PiS.

Skok na demokrację PiS rozpoczął już ponad rok temu. Wtedy też mówiliśmy o łamaniu konstytucji, upolitycznianiu Trybunału Konstytucyjnego i sądownictwa, walczyliśmy o wolne media. Co się tak naprawdę przez ten rok wydarzyło i zmieniło?

Okazało się, że

PiS dokończył dzieła przejmowania TK i nie poniósł za to żadnych konsekwencji politycznych. To umocniło przekonanie, że łamanie konstytucji, niszczenie niezależności sądownictwa czy ataki na media można kontynuować bezkarnie, w sensie reakcji opinii publicznej.

Polityka polaryzowania opinii publicznej sprzyja cały czas bardziej rządzącym niż opozycji. Politycy PiS-u poczuli, że nie tylko retorycznie wola ludu jest po ich stronie, ale także sondaże dały im poczucie bezkarności i niezatapialności. PiS łatwo władzy nie odda.

A co mogłoby do tego doprowadzić? Czy jest coś, czego przestraszy się Jarosław Kaczyński?

Przede wszystkim spadku poparcia w sondażach. A do tego może doprowadzić skuteczność działań polityki komunikacyjnej ze strony opozycji i ruchów organizujących protesty. Jak dotąd, ta skuteczność była słaba.

W tym roku przetrącono kręgosłup KOD-u i okazało się, że to jednak miało swoje konsekwencje.

To podcięło nogi odradzającemu się społeczeństwu obywatelskiemu?

Propaganda PiS-u i w tej kwestii okazała się skuteczna. Oni udowadniają, że wszelka opozycja jest niewiarygodna, interesowna i moralnie skorumpowana.

Powinniśmy bardziej liczyć na siebie, czy na Europę?

Osoby stające w obronie demokracji w Polsce mają wszelkie prawo oczekiwać wsparcia z zagranicy. Przede wszystkim jednak musimy liczyć na siebie. UE patrzy także na to, jak działania PiS odbierane są w kraju. Artykuł 7 można było uruchomić już rok temu, ale długo przeważały obawy, że Polacy potraktują takie działania jako zamach na niepodległość i to napędzi eurosceptycyzm.

Najbliższy rok pokaże, czy Polacy odwrócą się od Unii. To będzie bardzo ważny sprawdzian dla naszej proeuropejskości.

W jakim kraju żyjemy na przełomie 2017 i 2018 roku?

Cały czas jesteśmy hybrydą. Nie jesteśmy jeszcze Turcją, ani Rosją, a nawet Węgrami, ale jesteśmy niestety na takiej drodze. To, co się będzie działo w roku 2018, pokaże, czy PiS zapewni sobie władzę na długie lata.

To pytanie specjalnie zostawiłam na koniec, bo myślę, że nie ma to większego znaczenia: czy coś może zmienić rekonstrukcja rządu i nowy premier Mateusz Morawiecki?

To nie zmieni istoty wyzwania, przed którym stoi Polska, czyli zejścia z demokratycznej drogi i pogłębiającej się izolacji od zachodnich partnerów. Kiedy nowy premier wygłaszał exposé, Sejm zajmował się nową ordynacją wyborczą, a Senat przegłosowywał ustawy o SN i KRS. Nie sądzę, żeby ta personalna zmiana pozwoliła Polsce lepiej prowadzić rozgrywkę w UE, co było widać na pierwszym szczycie, w którym uczestniczył Mateusz Morawiecki. Tu liczą się fakty, nie wystarczy znajomość angielskiego. Morawiecki nie przekona naszych partnerów, że czarne jest białe. Ale

socjologicznie na to patrząc, to zmiana premiera jest próbą przemiany PiS-u w tzw. catch-all party, czyli partię, która chce trwale rządzić przez to, że przyciąga najróżniejsze grupy społeczne, często o sprzecznych światopoglądach, bo ma dla każdego coś miłego.

To jest też próba utrwalenia poparcia w klasie średniej, która staje się kluczowa dla kontynuacji rządów PiS-u. Mateusz Morawiecki przedstawiany jest jako „nowa elita”, czyli ta, która się u władzy rozgościła i próbuje zbudować swoje szersze zaplecze społeczne. Na ile wyborcy PiS-u to kupią i czy uda się przyciągnąć nowych wyborców? Dowiemy się tego zapewne już w tym roku.

wiadomo.co