Macierewicz chce mieć pociąg

Macierewicza chce mieć pociąg

Nie wyszło ze śmigłowcami, diabli wzięli tysiąc dronów i wcale nie wiadomo jeszcze co będzie z patriotami, to może chociaż pociąg uda się Macierewiczowi. Minister zamierza kupić wojsku specjalny pociąg.

Polskie Koleje Państwowe zachciankę szefa MON traktują poważnie i uważają, że skoro armia chce mieć taki pociąg, to firma musi wystosować odpowiednie zapytanie ofertowe. Tak też się stało.

Na wniosek MON, PKP Intercity wysłało do producentów taboru kolejowego zapytanie o wagony specjalnego przeznaczenia, z których miałoby korzystać wojsko. Wiadomo z pewnością, że do tej pory takich pociągów przewoźnik nie posiadał.

Co się marzy szefowi resortu obrony? Pociąg, ma się składać z 8 wagonów, w tym 6 bezprzedziałowych, które pomieszczą 72 żołnierzy. Każdy wagon powinien mieć dwie toalety, klimatyzację oraz generatory do zasilania umieszczonych w środku urządzeń kuchennych i oświetleniowych. W każdym system audio-wideo, z monitorami LCD, nagłośnieniem, czytnikami kart i portami USB i obowiązkowo wózek kelnerski.

W dwóch pozostałych wagonach ma się zmieścić po sześć przedziałów z łóżkami, przedział dowódcy oraz przedział narad z aneksem kuchennym a także szafka na broń. Na dodatek w zapytaniu PKP jest mowa o tym, że wagony powinny móc się poruszać po wszystkich krajach europejskich, gdzie są standardowe tory o szerokości 1435 mm. Co więcej, wagony powinny być gotowe już w 2018 roku.

Jak informuje „Rynek Kolejowy”, w Europie po prostu nie ma tego typu pociągów specjalnych zaś termin i warunki ewentualnego kontraktu wyglądają na trudne do realizacji.

koduj24.pl

Krzesło, na którym siedział Kaczyński jak relikwia

Krzesło, na którym siedział Kaczyński jak relikwia

Nie jednemu marzyłoby się spocząć na krześle, na którym wcześniej siedział naczelnik naszego państwa. I jest okazja. Wystarczy się udać do wsi Łążek Garncarski, województwo lubelskie, powiat janowski, gmina Janów Lubelski. O tym miejscu, gdzie spokojnie dotąd żyło 200 osób robi się teraz głośno.

Mebel, na którym kiedyś miał okazję odpoczywać lider Prawa i Sprawiedliwości, zostało specjalnie oznaczone i jest otoczone czcią niczym najświętsza relikwia. W rzeczywistości to zwykły, drewniany stołek z oparciem, do którego przyczepiono pamiątkową tabliczkę.

Unikatowe zdjęcie tego urządzenia pokazał na Facebooku pisarz Michał Cichy i to on podał dokładny adres miejsca, w którym można to cudo zobaczyć na własne oczy.

I nie jest to żadna kaczka dziennikarska. Bo faktycznie Kaczyński jako premier w 2007 r. wieś odwiedził, co utrwalono na uroczym zdjęciu: z kaczorem o wdzięcznym imieniu… Jaruś.

Portal naTemat odwiedził wioskę i trafił do właścicielki gospodarstwa Elżbiety Kurzyny. Wszystko potwierdziła. Mało tego, oświadczyła, że „każdy polityk, który odwiedzi to miejsce może mieć takie krzesło”. Nawet opozycyjny.

koduj24.pl

Dokąd zmierzasz Polsko?

Źle się dzieje w Państwie Polskim, kiedy buta i lekceważenie sąsiadów mają coraz większy wpływ na naszą pozycję międzynarodową

Źle się dzieje w Państwie Polskim, kiedy buta i lekceważenie sąsiadów mają coraz większy wpływ na naszą pozycję międzynarodową.

Niby sezon ogórkowy, niby posłowie na wakacjach, a jednak dzieje się. Oj, dzieje… Dzisiaj biorę pod lupę politykę zagraniczną, a konkretnie, relacje z sąsiadami Polski, które są przecież tak ważne. Niemcy, Litwa, Ukraina. Państwa, z którymi łączy nas bardzo trudna historia i wiele lat trzeba było, byśmy mogli mówić o pewnej stabilizacji we wzajemnych stosunkach. Udało nam się wypracować naprawdę niezłe relacje i chwała za to poprzednim ministrom spraw zagranicznych. Tylko szkoda, że możemy już chyba mówić o tym w czasie przeszłym. Niestety, obecny minister spraw zagranicznych, pan Waszczykowski i jego koledzy robią wszystko, by zepsuć lata starań, rozmów i znowu doprowadzić do…no właśnie, do czego?

Nie od dzisiaj wiadomo, że nasz sąsiad zza Odry stoi wielkim gnatem w gardle PiSu. Poseł K. i spółka po prostu Niemców nie lubią i tyle. Niemcy są źli, to wciąż naziści tylko teraz w skórze baranków. Ich psim obowiązkiem jest żyć pokornie i w poczuciu winy za II wojnę światową, a nie szarogęsić się w UE i uważać, że bardziej się liczą na arenie międzynarodowej od nas. Ostatnie dwa tygodnie mocno pokazały co PiS myśli o Niemcach i jak chce ich traktować.
Najpierw „dziwne” posunięcie Błaszczaka, który poświęcił bardzo dużo czasu, by „ugotować” festiwal Woodstock. Kiedy już nie miał się do czego przyczepić, zaświtał mu w głowie pomysł, by zrezygnować z pomocy niemieckich sił porządkowych i strażaków. Dlaczego? Oficjalna wersja mówi, że powodem takiej decyzji jest „zagrożenie terrorystyczne” i brak możliwości zagwarantowania bezpieczeństwa niemieckim służbom. Szok dla wszystkich, bo do tej pory obie strony chwaliły sobie współpracę na festiwalu i traktowały ją jak element przyjaźni polsko – niemieckiej. Na prośbę koordynatora stosunków z Polską rządu federalnego i premier Brandenburgii Dietmara Woidke, by rząd polski przemyślał swoją decyzję, padła odpowiedź sekretarza stanu MSZ, Jakuba Skiby, że impreza „odbywa się w Polsce i podlega polskiemu prawu” – koniec tematu. Wszelki komentarz zbędny.

Bartosz Kownacki, wiceminister MON i jego słowa, które padły podczas obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego. Słuchając go nie mogłam uwierzyć, że przedstawiciel Państwa Polskiego może pokazać takie dno. Odnosząc się do zbrodni hitlerowskich na naszych ziemiach, powiedział „Dziś dzieci i wnuki tych zwyrodnialców pouczają nas, co to jest demokracja. A powinni zamilknąć!”. Nie mam pojęcia, czy Bóg mu rozum odebrał, ale jedno jest pewne. Ktoś taki nigdy nie powinien nas, Polaków XXI wieku reprezentować, bo jak widać; ani wiedzy ani kultury, ani dobrej znajomości realiów, ani wyczucia dyplomatycznego.

No i najnowszy pomysł PiSu. Biuro Analiz Sejmowych ma przygotować informację dotyczącą prawa Polski do ewentualnego żądania odszkodowania za straty wojenne. To pomysł posła Arkadiusza Mularczyka, choć temat ten wraca co jakiś czas. Pamiętam, gdy Lech Kaczyński był prezydentem Warszawy również zastanawiał się, by wyciągnąć od Niemców ok 45,3 mld dolarów za zniszczenie stolicy Polski. Wprawdzie wtedy było to tylko ostrzeżenie, by Niemcy wiedzieli, że jeśli będą od nas żądać odszkodowań w ramach powiernictwa pruskiego to i my nie odpuścimy…ale jednak. No i teraz sprawa wraca. Rozumiem, że PiS potrzebuje pieniędzy, bo rozdawnictwo socjalne sporo kosztuje, jednak chyba nie tak się powinno rozmawiać. My chcemy odszkodowania, a co zrobimy, gdy Niemcy zażądają od nas, byśmy zapłacili kasę za utracony przez nich Śląsk, Szczecin, ich część Warmii i Mazur?

Polskie „pany”, którzy teraz rządzą Polską mają również w nosie i innych naszych sąsiadów; Litwę i Ukrainę. Za rok obchodzimy 100- lecie odzyskania niepodległości Błaszczak postanowił z tej okazji rozpisać konkurs na najlepszy projekt Polski Paszport 2018. Internauci, biorący udział w konkursie będą mogli wybrać sześć z trzynastu proponowanych motywów. No i tu pojawia się problem. Wśród propozycji znajduje się Ostra Brama z Wilna i cmentarz Orląt Lwowskich. Informacja o „genialnym”pomyśle dotarła do władz Litwy i już 1. sierpnia, litewskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wezwało na dywanik zastępcę ambasadora polskiego. MSZ Litwy uznał, że „takie zamiary są niezgodne z przyjaznymi relacjami sąsiedzkimi i są uważane przez stronę litewską jako nie do przyjęcia”. Niestety, trudno Litwie nie przyznać racji. Jestem ciekawa, jak by nasz rząd zareagował, gdyby np. Niemcy wybili jakiś medal rocznicowy i zamieścili na nim herb Wrocławia czy wizerunek Zamku Książąt Piastowskich ze Szczecina. Ależ byłaby jatka.

Również Ukraina nie pozostaje obojętna wobec pomysłu paszportu z wizerunkiem cmentarza Orląt Lwowskich. Dr Olena Babakowa, ukraińska dziennikarka i publicystka, nie ukrywa, że ta sprawa może położyć się cieniem na dość trudnych dzisiaj stosunkach polsko – ukraińskich. Nikt nie neguje na Ukrainie polskości Lwowa, ale to już przekroczenie pewnej granicy, za którą podejrzliwość, niejasne intencje i, co za tym idzie, budowanie kolejnych barier.

Źle się dzieje w Państwie Polskim, kiedy buta, lekceważenie sąsiadów, przekonanie o swojej racji mają coraz większy wpływ na naszą pozycję międzynarodową. Źle się dzieje, gdy w imię swojej prawdy, polski rząd przekreśla wszystko, co udało nam się wypracować na arenie międzynarodowej.

Czy to już czas na „żelazne” granice?

koduj24.pl

Poseł PiS Tarczyński w tureckiej Russia Today

Poseł PiS Tarczyński w tureckiej Russia Today

Poseł PiS Dominik Tarczyński w tureckiej telewizji TRT World zapewnił mnie i rodaków, że „nie strzelamy do ludzi jak PO”. Nie wiedziałem, że PO strzelało, ba! – nie wiedziałem, że byłem zabity. Pewnie na wieść, że władzę przejmuje PiS – zmartwychwstałem.

TRT Word to odpowiednik Russia Today, Polska ma kanał dla Polonii, nie ma dla świata w języku angielskim (ale to może się ziścić), za to publiczne media dla Polaków są jak kanał Russia Today, choć i tutaj opinie są podzielone, bo niektórzy twierdzą, że to gadzinówki (nazistowskie media Goebbelska dla Polaków).

Tarczyński do takich mediów idealnie się nadaje. Estetycznie prezentuje się, jak Casanova z remizy Kacza Wólka – nawet gdyby ubrał się u Armaniego i Gucciego – a w głowie słowa mu się przekładają na szczekanie, jak to miało miejsce w Sejmie podczas przemówienia posłanki PO Kingi Gajewskiej-Płochockiej.

Po prostu prezes spuścił Tarczyńskiego z łańcucha, a ten nie omieszkał dać głos swej naturze. Jest ona prosto z Żoliborza, bo prezes o wyborcach niePiS mówi „kanalie” i „mordy zdradzieckie”, Casanova Tarczyński zaś, gdy zwrócono mu uwagę, że leci Lufhansą, a nie LOT-em szczeknął: „zamknąć gęby”.

Taki to osobnik Tarczyński, który zapewnił w tureckiej gadzinówce, że demokracja ma się dobrze. To skąd wzięły się setki tysięcy protestujących na ulicach? „Bo demokracja w Polsce ma się dobrze”. Znowu powrócił więc łańcuch.

Tarczyński klepał pisowskie komunały o trójpodziale władzy, który „powinien polegać na równowadze tych sił”. Tę równowagę pilnować będzie PiS. Jak sędzia wyda wyrok, którego równowaga nie będzie po myśli PiS, polityk tej partii zmusi sędziego do równowagi.

A ciekawe jest inne zjawisko w kwestii tej równowagi, mianowicie Tarczyński ze swego łańcucha był powiedzieć: „Mamy sędziów, którzy zabijają ludzi, kierując samochodami po pijaku. Mamy wciąż sędziów przyłapanych na kradzieży ze sklepów”.

Jak rozumieć powyższe zdanie urodzone w umyśle Tarczyńskiego? Sędziom zabierze się prawo jazdy? Czy: sędziowie przed jazdą będą badani alkomatem? A poza tym sędziów nie będzie się wpuszczać do sklepów, bo z ich strony grozi kradzież?

Nie nazwę Tarczyńskiego idiotą, bo niektórzy pacjenci z Tworek mogliby czuć się obrażeni, ale wynika z tego, że stan sędziowski w Polsce zostanie zlikwidowany, gdyż zabijają i kradną oraz nie przestrzegają trójpodziału władzy.

Tak ze swego łańcucha rzekł w tureckiej Russia Today Tarczyński, a poza tym „zamknąć gęby”.

koduj24.pl

Samobójczy gen prezesa

PiS wycofuje się z wstecznej dwukadencyjności dla samorządowców

Czy Kaczyńskiemu naprawdę wydaje się, że może wygrać w wojnie przeciw całemu światu?

Jest w PiS-ie czy osobiście w Jarosławie Kaczyńskim jakiś samobójczy gen politycznej autodestrukcji. W niespełna dwa lata po zwycięskich wyborach parlamentarnych, które dały mu możliwość samodzielnego sprawowania władzy, Prezes Tysiąclecia zmierza wprost ku upadkowi. Wiele osób jeszcze tego nie dostrzega, biorąc za oznaki siły to, co w istocie jest symptomem słabości PiS-u. Zawłaszczanie kolejnych sfer życia i budowa swoistego imperium bynajmniej nie wzmacnia partii rządzącej. Jedynie przysparza jej wrogów i konsoliduje opór. Doświadczenia historyczne dowodzą, że wypowiadanie wojny całemu światu i otwieranie wielu frontów naraz prowadzi do klęski.

PiS zwyciężył w demokratycznych wyborach i spokojnie mógłby sprawować normalne rządy, stopniowo wcielając w życie swoje wizje Polski, uwzględniając przy tym ograniczenia wynikające z konstytucji i z faktu, że jednak większość obywateli Polski ani do PiS-u nie należy, ani nań nie głosowała.

To normalny los każdego demokratycznego rządu – musi lawirować pomiędzy sprzecznymi oczekiwaniami społecznymi, musi zatrzymywać się przed czerwoną linią wyznaczoną przez prawo, musi uwzględniać opór różnych środowisk i grup interesu. Z postulatów zapisanych w programie i haseł głoszonych w kampanii wyborczej na ogół udaje się zrealizować 50 procent, albo i mniej. Wyborcy to wiedzą i w gruncie rzeczy akceptują, choć psioczą na rządzących i wytykają im niespełnianie obietnic lub małą skuteczność. Zdają sobie jednak sprawę, że w demokracji stuprocentowa skuteczność jest niemożliwa.

Jednak Kaczyńskiemu to nie wystarcza. On nie chce sprawować demokratycznych rządów w państwie prawa, chociaż mógłby to robić, bo wyborcy dali mu do tego mandat. On chce panować w sposób absolutny. Sprawować władzę nieskrępowaną więzami prawa i nieuwzględniającą oczekiwań tych, którzy myślą inaczej niż on. Chce, by rzeczywistość społeczna i polityczna w pełni poddała się jego woli.

To oczywiście oczekiwanie nierealistyczne, naiwne i dziecinne. W Europie zachodniej w epoce internetu tylko polityczny samobójca może myśleć, że zdoła sięgnąć po władzę absolutną.

A jednak Prawo i Sprawiedliwość najwyraźniej tego nie rozumie. Po opanowaniu mediów państwowych, prokuratury i po zniszczeniu Trybunału Konstytucyjnego podjęło próbę przejęcia całego wymiaru sprawiedliwości z Sądem Najwyższym i Krajową Radą Sądownictwa. Na razie mu się to nie udało, ale na pewno podejmie kolejne próby. Teraz zaś szykuje się do ataku na prywatne media i przygotowuje posunięcia mające podporządkować władzy państwowej sektor obywatelskich organizacji pozarządowych. Cała władza musi należeć do mnie – mówi Kaczyński.

Już raz się na tym przejechał – w 2007 roku stracił władzę właśnie dlatego, że nie chciał się pogodzić z ograniczeniami rządów koalicyjnych. Rozpętał więc aferę gruntową (wiele wskazuje, że była to policyjna prowokacja) mającą wyeliminować jego koalicyjnego partnera – Andrzeja Leppera – i w efekcie doprowadził do przyspieszonych wyborów, które przegrał. Mając władzę podlegającą demokratycznym ograniczeniom, chciał sięgnąć po władzę nieograniczoną – i w efekcie stracił władzę całkowicie.

Teraz też tak będzie. Oczywiście nie wiem, jak konkretnie dokona się upadek awanturniczych rządów Jarosława Kaczyńskiego, ale co do tego, że się dokona, nie mam najmniejszych wątpliwości. Trzaski w obozie władzy i stopniowa emancypacja prezydenta już wskazują, że przynajmniej w części obozu rządzącego dojrzewa myśl, że tzw. dobra zmiana znalazła się w ślepym zaułku i zaraz walnie głową w mur.

Znacznie ważniejsze jest jednak to, co widać na zewnątrz obozu władzy – wielotysięczne demonstracje w obronie niezależności sądów, które w lipcu rozlały się po kraju, wskazują, że Kaczyński przekroczył czerwoną linię, za którą obywatele powiedzieli: Dość tego! Nie zamierzamy dłużej tolerować budowania rządów absolutnych.

By odzyskać kontrolę nad sytuacją prezes PiS zarządził więc przyspieszenie: zaraz po wakacjach trzeba przejąć media prywatne i zadusić społeczeństwo obywatelskie, pozbawiając je dopływu środków finansowych z zagranicy.

Czy naprawdę wierzy, że przebudzeni i zaktywizowani obywatele podporządkują się temu i nie będą bronić swoich konstytucyjnych praw i swobód? Że zagraniczni partnerzy Polski zaakceptują bolszewickie praktyki i potulnie się zgodzą na sprzeczne ze standardami cywilizowanego świata eliminowanie ich przedsiębiorców z rynku medialnego w Polsce? Że społeczność międzynarodowa bez szemrania podporządkuje się zakazowi wspierania polskiego społeczeństwa obywatelskiego? Że Unia Europejska będzie bezczynnie się przyglądać, jak rząd PiS-u ignoruje wyroki Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu?

Dziś PiS ma przeciw sobie potężną koalicję polskiego społeczeństwa, instytucji Unii Europejskiej i międzynarodowej opinii publicznej. W przypadku uchwalenia ustawy o „dekoncentracji” mediów do tego sojuszu dołączy też rząd USA. Nie ma najmniejszych szans, by w tym starciu Kaczyński odniósł zwycięstwo.

Ale walka będzie zacięta. Wypocznijmy w sierpniu, bo czeka nas naprawdę gorąca jesień.

koduj24.pl

Poseł PiS Tarczyński w tureckiej Russia Today

Poseł PiS Dominik Tarczyński w tureckiej telewizji TRT World zapewnił mnie i rodaków, że „nie strzelamy do ludzi jak PO”. Nie wiedziałem, ze PO strzelało, ba! – nie wiedziałem, ze byłem zabity. Pewnie na wieść, że władzy przejmuje PiS – zmartwychwstałem.

TRT Word to odpowiednik Russia Today, Polska ma kanał dla Polonii, nie ma dla świata w języku angielskim (ale to może się ziścić), za to publiczne media dla Polaków są kanał Russia Today, choć i tutaj opinie sa podzielone, bo niektórzy twierdzą, że to gadzinówki (nazistowskie media Goebbelska dla Polaków).

Tarczyński do takich mediów idealnie się nadaje. Estetycznie prezentuje się, jak Casanova z remizy Kacza Wólka – nawet gdyby ubrał się u Armaniego i Gucciego – a w głowie słowa mu się przekładają na szczekanie, jak to miało miejsce w Sejmie podczas przemówienia posłanki PO Kingi Gajewskiej-Płochockiej.

Po prostu prezes spuścił Tarczyńskiego z łańcucha, a ten nie omieszkał dać głos swej naturze. Jest ona prosto z Żoliborze, bo prezes o wyborcach niePiS mówi „kanalie” i „mordy zdradzieckie”, Casanova Tarczyński zaś, gdy zwrócono mu uwagę, że leci do Mami na Florydzie Lufhansą, a nie LOT-em szczeknął: „zamknąć gęby”.

Taki to osobnik Tarczyński, który zapewnił w tureckiej gadzinówce, że demokracja ma się dobrze. To skąd wzięły się setki tysięcy protestujących na ulicach? „Bo demokracja w Polsce ma się dobrze”. Znowu powrócił więc łańcuch.

Tarczyński klepał pisowskie komunały o trójpodziale władzy, który „powinien polegać na równowadze tych sił”. Tę równowagę pilnować będzie PiS. Jak sędzia wyda wyrok, którego równowaga nie będzie po myśli PiS, polityk tej partii zmusi sędziego do równowagi.

A ciekawe jest inne zjawisko w kwestii tej równówagi, mianowicie Tarczyński ze swego łańcucha był powiedzieć: „Mamy sędziów, którzy zabijają ludzi, kierując samochodami po pijaku. Mamy wciąż sędziów przyłapanych na kradzieży ze sklepów”.

Jak rozumieć powyższe zdanie urodzone w szczekającym umyśle Tarczyńskiego? Sędziom zabierze się prawo jazdy? Czy: sędziowie przed jazdą będą badani alkomatem? A poza tym sędziów nie będzie się wpuszczać do sklepów, bo z ich strony grozi kradzież?

Nie nazwę Tarczyńskiego idiotą, bo niektórzy pacjenci z Tworek mogliby czuć się obrażeni, ale wynika z tego, że stan sędziowski w Polsce zostanie zlikwidowany, gdyż zabijaja i kradną oraz nie przestrzegają trójpodziału władzy.

Tak ze swego łańcucha był rzec w tureckiej Russia Today Tarczyński, a poza tym „zamknąć gęby”.

Poseł PiS w tureckiej TV: „Nie strzelamy do ludzi jak PO”. A sędziowie? „Zabijają ludzi prowadząc po pijaku”

tps, 05.08.2017

Dominik Tarczyński w tureckiej TV

Dominik Tarczyński w tureckiej TV (Fot. TRT World)

Poseł Dominik Tarczyński po raz kolejny broni PiS w zagranicznych mediach. Tym razem mogli go zobaczyć widzowie tureckiej telewizji TRT World. To, czego się od niego dowiedzieli, było momentami zaskakujące nawet dla nas.

TRT World jest tureckim odpowiednikiem kanału Russia Today. To rządowa telewizja nadająca po angielsku, masowo krytykowana za swoją postawę podczas zeszłorocznej próby zamachu stanu w Turcji. Z pracy w stacji zrezygnowało wówczas 35 dziennikarzy, w tym dyrektor ds. informacji.

Telewizja wciąż cieszy się jednak dużą oglądalnością. Kilka dni temu do jednego z jej programów został zaproszony Dominik Tarczyński, który całkiem niedawno – dzięki swojej nienagannej angielszczyźnie – reprezentował już PiS we France24 czy na antenie radia BBC World Service.

Tarczyński: Nikt nie strzela do protestujących

Tym razem polityk odpowiadał na pytania związane z sądową rewolucją PiS. Tarczyński przekonywał, że jego partia cieszy się w Polsce ogromnym poparciem – dużo większym niż poprzednie rządy. Wtedy padło pytanie: to skąd na ulicach wzięły się te dziesiątki tysięcy protestujących?

– To znaczy, że demokracja w Polsce ma się dobrze – odparł bez mrugnięcia okiem.

Ludzie mogą protestować, mogą mówić: nie zgadzamy się z tym. Stąd cieszę się, że nikt do nich strzela tak, jak do protestujących strzelała poprzednia władza. Nasi poprzednicy mówili wtedy, że to nic takiego, bo to tylko gumowe kule.

– kontynuował Tarczyński, czego dziennikarka nie mogła już zweryfikować.

Przypomnijmy: to prawda, że w lutym 2015 roku policja użyła gumowych kul przed kopalnią w Jastrzębiu Zdroju. Zrobiła to jednak dopiero wtedy, kiedy w trakcie protestu górników wybuchły regularne zamieszki.

Fragment programu z udziałem Dominika Tarczyńskiego:

W ciągu zaledwie kilku minut wywiadu Tarczyński podzielił się też osobliwym uzasadnieniem, dlaczego PiS bierze się za wymiar sprawiedliwości.

Mamy sędziów, którzy zabijają ludzi, kierując samochodami po pijaku. Mamy wciąż sędziów przyłapanych na kradzieży ze sklepów

– przekonywał poseł PiS. – Nie można ich w żaden sposób ukarać. Dziś sędziowie są ponad prawem, są wyżej niż posłowie i parlament. To niedopuszczalne, bo trójpodział powinien polegać na równowadze tych sił – dodał Tarczyński.

 

gazeta.pl

Intercity chce kupić wagony z szafkami na broń i niezależnym zasilaniem. Dla wojska?

Michał Szymajda  04.08.2017

Intercity chce kupić wagony z szafkami na broń i niezależnym zasilaniem. Dla wojska?

Transport żołnierzy Bundeswehry w PolsceFot. Youtube, kanał: Morfeusz120
PKP Intercity wysłało do producentów zapytanie o wagony specjalnego przeznaczenia. Treść specyfikacji sugeruje, że będą to szybkie wagony do transportu… wojska. Takich wagonów w swoim taborze do tej pory przewoźnik nie posiadał.

Przed właściwym postępowaniem przetargowym PKP Intercity zwraca się do producentów taboru o udzielenie informacji na temat możliwości dostawy i przedstawienia ceny 8 wagonów pasażerskich, „dotychczas nie eksploatowanych”. Wagony mają mieć standardową długość 26,4 metra, przy czym 6 z nich ma być wagonami bezprzedziałowymi, a 2 „wagonami przedziałowymi specjalnymi do przewozu konwoju”.

Wagony bezprzedziałowe z ogólnie dostępną kuchnią

6 wagonów bezprzedziałowych ma mieć możliwość przewiezienia 72 osób na miejscach siedzących. Tylko dwie pary siedzeń przy końcu pojazdu mają być oparciami zwrócone do siebie. Mają mieć dwie toalety, klimatyzację oraz specjalne urządzenia, które pozwolą na działanie przynajmniej oświetlenia, ogrzewania i lodówek w środku, bez zasilania zewnętrznego. Bo lodówka, płyta grzejna i mikrofala także znajdą się na wyposażeniu wagonów, podobnie jak np. „wózek kelnerski”. PKP Intercity pyta też producentów ile kosztować będzie instalacja dość bogatego systemu audio-wizualnego, z monitorami LCD, nagłośnieniem, czytnikami kart i portami USB.

Szafka na broń i pomieszczenie dowódcy

Dwa kolejne wagony, które zamierza kupić PKP Intercity, nie pozostawiają wątpliwości, że adresatem zamówienia będzie armia. Znajdzie się w nich 6 przedziałów z wygodnymi łóżkami, „przedział dowódcy” oraz „przedział narad z aneksem kuchennym” a także szafka na broń.

PKP Intercity zwraca się do producentów z prośbą o wstępne określenie kosztów produkcji takich wagonów dla prędkości 160 km/h i 200 km/h. Chce też, aby producent zadeklarował wykonanie ich zgodnie z TSI oraz uzyskał możliwość wjazdu nimi do niemal wszystkich europejskich krajów, gdzie istnieje tor o szerokości 1435 mm. Nawet do Albanii, w której ruchu kolejowego niemal się nie prowadzi. Pierwsze z wagonów miałyby być przyjęte na stan PKP Intercity już w 2018 roku, a całość zamówienia skończona w 2019. PKP Intercity będzie czekało na wstępne wyceny wykonania wagonów przez kilkanaście następnych dni.

Producenci zaskoczeni

Polscy producenci taboru, z którymi rozmawiał „Rynek Kolejowy” są zaskoczeni zamówieniem. – Nie wiem o żadnych wagonach tego typu, wykorzystywanych na europejskich kolejach. Z drugiej strony, tego typu tabor specjalnego przeznaczenia może być zamawiany w sposób niejawny – mówi przedstawiciel jednego z nich. Jak podkreśla, szczególnie wymagania dotyczące dopuszczeń do eksploatacji w kilkunastu krajach będą trudne do spełnienia.

W związku z zapytaniem ofertowym skierowaliśmy do PKP Intercity pytania. Pytamy m.in. o przeznaczenie ww. wagonów. Czekamy na odpowiedź. Warto przypomnieć o innych wagonach, które będą pojawiać się w PKP Intercity. Piszemy o nich tutaj.

rynek-kolejnowy.pl

Patryk Jaki odpowiada Gronkiewicz-Waltz: „Nie będzie takich żartów i machlojek. Nie przyjmę przelewu ze strony miasta”

05.08.2017

https://wpolityce.pl/polityka/351915-patryk-jaki-odpowiada-gronkiewicz-waltz-nie-bedzie-takich-zartow-i-machlojek-nie-przyjme-przelewu-ze-strony-miasta

Macierewicz chce wszystko mieć pod kontrolą

Macierewicza chce wszystko mieć pod kontrolą

Media rządowe przypuściły kolejny szturm na organizacje pozarządowe. Dzielnie je wspiera w tym dziele szef resortu obrony Antoni Macierewicz. Komentując w Telewizji Trwam sprawę Fundacji Otwarty Dialog, (oskarżanej o handel bronią – podczas gdy chodziło o kamizelki i hełmy dostarczane walczącej o wolność Ukrainie) – minister pokusił się o bardziej systemowe wnioski.

„Regułą powinno być, że fundacje są sprawdzane przez służby specjalne” powiedział. W opinii Macierewicza „Powinny zostać dostosowane do wymogów bezpieczeństwa państwa regulacje związane z kontrolą tych właśnie instytucji i ewentualnie możliwością odbierania tym instytucjom możliwości funkcjonowania na terenie Rzeczypospolitej. Dzisiaj sytuacja jest taka, że w istocie na przykład służby specjalne nie są obowiązkowo konsultowane z punktu widzenia dawania gwarancji bezpieczeństwa państwa przez te instytucje” – tłumaczył szef MON.

Macierewicz ubolewał nad niedostatecznymi uprawnieniami służb.  „Problematyka, która jest zadana służbom specjalnym jest czysto formalna, nie dotyczy analizowania działalności tych instytucji i ewentualnego zagrożenia tych instytucji dla bezpieczeństwa państwa. Mówię o tym dlatego, że gdyby te kwestie były uregulowane i gdyby takie zagrożenia stanowiły podstawę do odebrania możliwości tym instytucjom, to wtedy nie byłoby potrzeby stosowania odrębnej regulacji dotyczącej finansowania. Dlatego, że finansowanie wtedy, jeśli nie jest związane ze źródłami podejrzanymi, jeśli nie jest związane ze źródłami, które mogą działać na szkodę państwa polskiego, nie musi być, a może nawet nie powinno być przedmiotem dodatkowej analizy. Ale bywa takie finansowanie, które w sposób oczywisty ma na celu działanie na szkodę Polski. I wtedy powinna być interwencja” – oświadczył z naciskiem Antoni Macierewicz w TV Trwam.

Co na to tzw. „III sektor”, czyli ogół organizacji pozarządowych? Przewodniczący Rady Programowej Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych Piotr Frączak mówi bez ogródek: „To jest bardzo zły pomysł. I głupi”. W rozmowie z Wirtualna Polską, stwierdził z nadzieją, że nie sądzi by, został zrealizowany. „Proszę pamiętać, że większość fundacji, które działają i nawet dostają pieniądze z innych krajów, to małe organizacje. One nie zagrażają nikomu i niczemu. Angażowanie służb specjalnych do ich kontroli jest pomysłem chybionym” – dodaje.  Frączak całkiem słusznie zwraca uwagę na fakt, że społeczeństwo obywatelskie zawsze znajdzie sobie formę niezależnego działania, „nawet w bardzo restrykcyjnych formach prawnych. Jeśli nie fundacje, to stowarzyszenia, jeśli nie stowarzyszenia, to spółki non-profit” – ocenia.

Z drugiej strony Piotr Frączak uważa, że dążenie do ograniczenia swobody działania organizacji pozarządowych jest widoczne. „Nie ma wątpliwości, że to w tym kierunku idzie. W III sektorze to traktowane jako oczywistość. Sygnały z rządu, z mediów narodowych i organizacji, które ich wspierają są jasne” – ocenia przewodniczący Rady Programowej Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych.
(Źródło: wp.pl)

koduj24.pl

Z dedykacją dla Magdy Ogórek

Piotr Witwicki

Wyświetlił mi się na Youtubie taki program TVP Info, gdzie ludzie na siebie krzyczą i wychodzą ze studia. Prowadziła go Magda Ogórek, która stwierdziła, że w kampanii wyborczej była straszliwie i niesprawiedliwie atakowana przez media w tym Polsat. Jako, że w Polsat News zajmowałem się prezydencką kampanią wyborczą, a oprócz mnie robili to ludzie, których lubię, ufam i wiem, że są po prostu uczciwymi dziennikarzami chciałbym krótko odpowiedzieć.

Zacznijmy od podstaw. Otóż mamy analizę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji dotyczącą mediów w czasie kampanii prezydenckiej. Co z niej wynika? Kanałem, który najbardziej bezstronnie relacjonował wybory był Polsat News. Dodam tylko, że w niemal wszystkich badaniach społecznych podobnie opinie wyrażają widzowie. Dla przykładu aktualny raport Centrum Badania Opinii Społecznej dowodzi, że jako najbardziej bezstronnie w Polsce są postrzegane programy Polsat News.

Najciekawsze jest jednak to, że żadnych zastrzeżeń nie miała też do nas sama Magda Ogórek. Po zakończeniu kampanii, a przed tym jak zaczęła pracować w TVP Info była wielokrotnie gościem Polsat News. Rozmawiałem z nią wtedy kilka razy i nie słyszałem żadnych zastrzeżeń.

I tu mógłbym skończyć, ale niestety wiem do czego mają prowadzić takie wrzutki. Za chwilę nikt nie będzie pamiętał, jak wyglądała kampania Magdy Ogórek, a ona będzie dalej opowiadać o tym, jak została skrzywdzona. Kandydatka wyklęta, którą zniszczyły media. W tym zły Polsat. Pewnie na czyjeś zlecenie albo jeszcze z jakiś innych powodów.

Przejdźmy więc do samej kampanii i znów zacznijmy od podstaw. Byłem w siedzibie SLD, gdy w dzień śmierci Józefa Oleksego ogłaszano start Magdy Ogórek na prezydenta. To było naprawdę niesmaczne i jednoznacznie źle odebrane praktycznie przez wszystkich komentatorów. No ale kampania ruszyła. Ogórek wywołała początkowe zainteresowanie mediów. Moim zdaniem nawet dość życzliwe, bo jako dziennikarze zawsze czekamy na nowe pomysły, osoby i niespodziewane zwroty akcji (są nawet moje tweety z tego czasu, że trzeba dać jej szansę itd) Sama Ogórek dość szybko stała się jednak kandydatką niszową. I nie dlatego, że ktoś ją prześladował tylko dlatego, że postanowiła na przykład się nie wypowiadać. Dość ciekawe rozwiązanie w skali świata. Zwłaszcza, jak na kogoś, kto chce pozyskiwać głosy. Sam próbowałem wielokrotnie zaprosić ją do studia, ale bez skutku. W końcu Ogórek zaczęła mówić. Oczywiście bez możliwości zadawania pytań. Wtedy usłyszeliśmy o postulacie napisania „prawa od nowa” . Tak po prostu „od nowa” bez żadnych szczegółów. Do dziś nie do końca wiadomo o co chodziło. Tak zaczął się etap w którym przeciwko Ogórek zaczęła się otwarcie buntować partia, która ją wystawiła. Ale nawet nie to było najbardziej absurdalne. Najdziwniejszy był ten drewniano trywialny styl w jakim to się odbywało. Pamiętam, jak Ogórek w jakimś kosmicznie białym płaszczu przechadzała się wśród mieszkańców jednego z mniejszych miast. Zdezorientowani ludzie stali z otwartymi ustami i próbowali się zrozumieć, co się wokół nich dzieje. Robiłem wtedy poważny materiał polityczno-wyborczy i pamiętam, jak groteskowo to wydarzenie wyglądało obok działań innych kandydatów. Było tak nie dlatego, że operator manipulował obrazem, a ja treścią tylko dlatego, że tak to po prostu wyglądało.

Osobnym rozdziałem jest dla mnie Magda Ogórek 2017 w koszulce „Red is Bad”. Serio czerwone jest złe? Długo chodzę do Sejmu, ale jeszcze pamiętam, jak Magda robiła kawę politykom SLD i dbała o ich konferencje prasowe. Potem startowała, bez sukcesu z ich list do Sejmu. Jak mi wygrażał Leszek Miller, to ona stała z nim w jednym szeregu i szykowała się do kampanii wyborczej. Gdzie wtedy było jej „Red is bad”? Nie mam nic do ludzi, którzy zmieniają poglądy, ale to chyba też powinno mieścić się w jakiś ramach. A nie: zabiegasz o staż u Aleksandra Kwaśniewskiego, a za kilka lat podważasz jego wybór na prezydenta. Albo szczerzysz się do kogoś, a potem pytasz kim był jego ojciec.

Na marginesie pragnę zauważyć, że TVP zaczęła ostatnio dużo miejsca poświęcać prywatnym mediom i ich działaniom. Rozumiem, że sygnał został wydany, a teraz szukamy czegoś do czego można się przyczepić. Zostawię ten wątek na razie w spokoju.

W każdym razie niech sobie Ogórek zmienia sympatie od SLD po PiS, a telewizje od TVN do TVP Kurskiego i z powrotem. Tylko niech winy za swoje nieudane rewolucje, kampanie i wystąpienia nie zrzuca na innych. A walkę ze stronniczością mediów proponuję zacząć od tego o czym mówią wszyscy. Czyli od pasków własnej stacji.

SOBOTA, 5 SIERPNIA 2017

STAN GRY: Zandberg: Wspólna lista i Giertych to prezent dla PiS, Niesiołowski: Nie przeszkadza mi Miller na liście, Bielecki: Timmermans otwiera rany

— W NIEDZIELĘ MINĄ DWA LATA OD ZAPRZYSIĘŻENIA ANDRZEJA DUDY NA URZĄD PREZYDENTAhttps://www.youtube.com/watch?v=cfD2vO1B1oQ

— NAJWAŻNIEJSZE WYDARZENIA PREZYDENTURYhttp://www.prezydent.pl/aktualnosci/wydarzenia/art,698,dwa-lata-prezydentury-andrzeja-dudy.html

— DO ŚCIĄGNIĘCIA ALBUM ZDJĘĆ Z 2 LAT ANDRZEJA I AGATY DUDY W PAŁACUhttp://www.prezydent.pl/aktualnosci/wydarzenia/art,699,album-andrzej-duda-dwa-lata-prezydentury-pdf.html

— KATARYNA O KIEPSKICH PROPAGANDYSTACH TVP: “Czasami jeszcze się trochę dziwię, że młodzi w większości dziennikarze dali się obsadzić w rolach kiepskich propagandystów, których telewizyjne kariery potrwają tyle, ile potrwa obecna władza. Ale może według jakichś nieogarnialnych dla mnie kryteriów było warto”. https://opinie.wp.pl/kataryna-tego-wszystkiego-nie-dowiecie-sie-z-wiadomosci-o-propagandzie-tvp-6151557763344001a

 DUTKIEWICZ JEDNAK WYSTARTUJE? – jak pisze Magdalena Kozioł w lokalnej GW: “Tymczasem coraz głośniej w mieście słychać, że Dutkiewicz powinien zmienić zdanie i ponownie kandydować. Paweł Wróblewski, przewodniczący sejmiku związany z DRS: – Jeżeli PiS zmieni ordynację i będziemy mieli jednostopniowe wybory na wójtów, burmistrzów i prezydentów, to sam będę namawiał Rafała Dutkiewicza, żeby startował. To będzie jedyna szansa, aby obronić Wrocław przed partiami politycznymi. Marszałek Przybylski w środę przyznał, że zrobiłby to samo, bo Dutkiewicz ma – jego zdaniem – dużą szansę na reelekcję”. http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/7,35771,22194342,dutkiewicz-znow-prezydentem.html#sondaz

— BERLIN MUSI ZAPŁACIĆ – Ryszard Czarnecki w GPC: “Już w przyszłym tygodniu ma być gotowa analiza prawna dotycząca reparacji od RFN-u. Berlin podkreśla, że wszystko już wypłacił, powołując się m.in. na umowy podpisane przez rząd w Bonn i władze PRL-u. Ciekawe, że ci sami Niemcy nie chcą uznać wielu decyzji władz komunistycznej NRD, ale powołują się na decyzje komunistycznych władz w Polsce! Pieniądze z tytułu reparacji Polsce się należą – i będziemy się ich zdecydowanie domagali”.

— MUST READ! MACRON TO LAICKOŚĆ OTWARTA – ks. Andrzej Draguła o wystąpieniu Macrona po mszy w rocznicę męczeńskiej śmierci księdza zamordowanego przez dżihadystów: “Wygłoszone po Mszy świętej przemówienie było dla Macrona okazją do wyrażenia swojego stanowiska wobec kwestii relacji między Republiką a religią, w tym relacji państwa z Kościołem katolickim. Można powiedzieć, że był to przykład tzw. laïcité ouverte – laickości otwartej, która przyznaje religii ważne miejsce w strukturze państwa. Republika – jak mówił Macron – nie chce ani walczyć z religią, ani nie pragnie jej zastąpić, a prawo do wiary jest takim samym prawem jak prawo do niewiary. W swoim przemówieniu prezydent przyznaje też, że religia niesie wartości ważne dla całego społeczeństwa, jakimi są choćby zdolność do przebaczenia i wyrzeczenie się pragnienia zemsty. Proponuje nawet, by słowa wypowiadane przez Kościół uznać za swoje. Poza tym jest wiele wartości, które mogą podzielać razem ludzie religijni i niereligijni. Interesujące jest także to, że prezydent nie boi się użyć określeń typowo religijnych jak ołtarz, wiara, wiatyk, męczennik, modlitwa itd. Nie próbuje ukryć religijnych źródeł postawy księdza, nie pomija jego kapłaństwa”. http://laboratorium.wiez.pl/2017/07/29/francja-zjednoczona-przy-grobie-meczennika/

— TE SZPETNE POMNIKI KACZYŃSKIEGO WYWIEZIE SIĘ DO KOZŁÓWKI – Stefan Niesiołowski w rozmowie ze Stanisławem Skarżyńskim w GW: “Mam nadzieję, że żadna z tych młodych osób nie pójdzie w ślady moich pomysłów wysadzania, bo to by była straszna głupota. Ja uderzałem w symbole – zrzuciłem tablicę Lenina na Rysach, ale aresztowali mnie, zanim wysadziłem muzeum Lenina – bo wtedy to się wydawało jedyną możliwością. Wtedy, w 1970, gdybym usłyszał: poczekaj, najpierw obalimy komunizm, a potem zlikwidujemy jego pomniki, tobym się w głowę pukał. 20 lat później to się stało i lekcja z tego płynie taka, że prawidłowa kolejność to najpierw obalić dyktaturę, a potem likwidować jej symbole. Nie ma potrzeby atakowania symboli PiS, to im by tylko dodało siły. Te szpetne pomniki Lecha Kaczyńskiego wywiezie się do Kozłówki już po pokonaniu PiS. Przemoc to nie jest opcja. Ja wiem, że aż kusi, żeby wejść do gmachu przy Nowogrodzkiej i zobaczyć, jak skaczą z okien ci tchórze, ale to byłby wielki błąd i nie wolno tego zrobić Żadnej okupacji Sejmu, przeganiania Dudy z Pałacu, bo nie tylko nie wiadomo, do czego to mogłoby doprowadzić, ale byłby to polityczny błąd. Dyktatury upadają bez użycia siły”.

— W NAJMNIEJSZYM STOPNIU NIE PRZESZKADZA MI MILLER NA WSPÓLNEJ LIŚCIE – mówi Niesiołowski Skarżyńskiemu: “- W najmniejszym stopniu mi to nie przeszkadza. Ja nie mogę być na liście z Beatą Szydło, która ubliża Polsce i ją niszczy, ale lewica zapisała wspaniałą kartę w historii polskiej demokracji. Dwa razy przejęła władzę, dwa razy ją oddała i nie naruszyła demokracji ani w 1993, ani w 2001 roku. Robili błędy, każdy robi, ale lewica zmazała hańbę czasów PRL. Ma pełne prawo z podniesionym czołem stanąć do wyborów”.

— GASIUK PIHOWICZ WSZYSCY WEZMĄ W CIEMNO, A SCHETYNĘ NIE – dalej Niesiołowski: “- Tak. Nie ma w parlamencie partii ani lidera, który mógłby stanąć na czele takiego ruchu. Na pewno nie jest to Grzegorz Schetyna. Zgrzytając zębami, Nowoczesna i Platforma będą musiały na jedną listę wejść, i to bez zużytych ludzi. Bo Kamilę Gasiuk-Pihowicz wszyscy wezmą w ciemno, ale Schetynie będzie trudno. Tak samo Frasyniukowi… A był moment, że cała Polska czekała na Frasyniuka. Chyba przegapił”. http://wyborcza.pl/osiemdziewiec/7,159012,22179497,niesiolowski-wiem-ze-kusi-zeby-zobaczyc-jak-ci-tchorze-skacza.html#TRNajCzytSST

— NIE PISZĘ SIĘ NA POLSKĘ GIERTYCHA I SCHETYNY – ADRIAN ZANDBERG w rozmowie ze Stanisławem Skarżyńskim, której nie ma w GW ale jest na wyborcza.pl: “Nie kupuję Polski Kaczyńskiego, ale nie piszę się też na Polskę z marzeń Grzegorza Schetyny i Romana Giertycha. Taką, w której wszystko zostaje po staremu, a zmienia się tylko to, że to nie Kaczor siedzi na górze”.

— ZJEDNOCZONA OPOZYCJA – O TYM MARZY PIS – mówi Zandberg Skarżyńskiemu: “Przecież w ten sposób zrobilibyśmy największy prezent Jarosławowi Kaczyńskiemu. Kiedy przyjdzie ten 2019 r., do urn wyborczych pójdą ludzie, którzy z różnych przyczyn nie zagłosują na sejmową opozycję. Choćby ze względu na te wszystkie polityczne dinozaury, które zafundowały społeczeństwu politykę niesprawiedliwą społecznie i bardzo okrutną wobec słabszych. Co z tą wiedzą robi zjednoczona opozycja? Czyni Leszka Balcerowicza twarzą demonstracji w obronie praworządności! Przecież to było jak prezent gwiazdkowy dla Prawa i Sprawiedliwości. Nie przypadkiem TVP Info konsekwentnie potem tłukło te obrazki. Ich przekaz był prosty: „Albo my, albo Balcerowicz”. „Albo my, albo skompromitowani platformersi”. Gdyby nie organizacje pozarządowe, które zaproponowały sensowną formę protestu, to Sąd Najwyższy byłby dziś pozamiatany. Zjednoczona opozycja to jest to, o czym marzy PiS, bo to scenariusz z Węgier. Tam ten okrzyk został wysłuchany, nieskompromitowani skleili się ze skompromitowanymi, a Fidesz wyszedł z tego z większością konstytucyjną. Więc my tej uprzejmości Kaczyńskiemu nie zrobimy”.

— SKLEJENIE TO POWIEDZENIE LUDZIOM: WASZE SPRAWY SĄ NIEWAŻNE – jeszcze Zandberg: “Sklejenie wszystkich partii w jedną masę byłoby powiedzeniem ludziom: wasze życiowe sprawy są nieważne, program jest nieważny, dla nas liczy się tylko to, żeby odsunąć Kaczora od władzy”.

— ZANDBERG KRYTYKUJE LISA: “Myślę, że mało kto zrobił tak złą robotę dla demokracji, jak pismo Tomasza Lisa rozpisujące się o tym, jak to się chamstwo rozbestwiło się na 500 plus i teraz przyjeżdża nad morze, psując wielmożnym państwu urlop i sikając na wydmach. Jak się tak pisze – i co gorsza, tak myśli – to się nikogo do niczego nie przekona”.

— ZANDBERG O BRAKU LEWICY, KURONIU I “TAMTEJ ZJEDNOCZONEJ OPOZYCJI: “No i skończyliśmy z niskim zaufaniem do polityków, brakiem lewicy i demokracją, która się chwieje. Gdyby Jacek Kuroń posłuchał wtedy Jana Józefa Lipskiego i – zamiast tkwić w tamtej „zjednoczonej opozycji” – wziął się za odbudowę Polskiej Partii Socjalistycznej, polska demokracja byłaby dziś bezpieczniejsza”. http://wyborcza.pl/osiemdziewiec/7,159012,22191329,zandberg-zjednoczona-opozycja-to-jest-to-o-czym-marzy-pis.html

— RAZEM Z NAJBARDZIEJ RADYKALNYMI CZŁONKA I RZĄDU PIS PRZYCZYNIŁ SIĘ DO ODTWORZENIA HISTORYCZNYCH RAN – Jędrzej Bielecki w RZ o Timmermansie: “Dlatego dziś wydaje się przesądzone, że Komisja Europejska będzie wnioskować o pozbawienie Polski prawa do głosowania w Radzie UE. I choć jest równie prawdopodobne, że kraje Unii, na czele z Niemcami, nie dopuszczą do tak drastycznej decyzji, a nawet do głosowania nad nią, efekt psychologiczny będzie ogromny. W ten sposób Timmermans, ten zdeklarowany Europejczyk, przejdzie do historii jako człowiek, który razem z najbardziej radykalnymi członkami rządu PiS wydatnie przyczynił się do ponownego otworzenia historycznych ran, które pozostały po konfliktach między „starą” i „nową” Europą”. http://www.rp.pl/Plus-Minus/308039926-Antypolska-krucjata-komisarza-Fransa-Timmermansa.html

— ZAPROSIĆ TIMMERMANSA DO KRYNICY – INSTYTUT JAGIELLOŃSKI – jak pisze Marcin Kędzierski: “Każdy rząd powinien prowadzić niezależną politykę, idącą naprzeciw oczekiwaniom wyborców oraz interesowi narodowemu. Chodzi o to, aby tę politykę skutecznie komunikować europejskim partnerom i przekonywać ich do swoich racji. W ostatnich dniach ze strony Brukseli i Warszawy padło wiele niepotrzebnych słów. Na szczęście mamy trochę czasu, by ostudzić politycznie rozgrzane głowy. Weźmy konkretny przykład z Viktora Orbana, który pomimo wprowadzania na Węgrzech o wiele bardziej kontrowersyjnych zmian niż te w Polsce utrzymuje bliską relację z przewodniczącym Komisji Jean-Claudem Junckerem. Jak to zrobić? Warto choćby uczynić z tegorocznego Forum Ekonomicznego w Krynicy miejsce dialogu i zaprosić na nie m.in. Fransa Timmermansa”. http://jagiellonski24.pl/2017/08/04/zaprosmy-timmermansa-do-krynicy/

 NAJPOWAŻNIEJSZY DOTĄD KONFLIKT PREZYDENT – MON – jak pisze Paweł Wroński w GW: “To kolejny – i chyba najpoważniejszy w ostatnim czasie – kryzys w relacji ministra obrony z prezydentem, który jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. Nawet za czasów trudnej koegzystencji między prezydentem Lechem Kaczyńskim a ministrem Bogdanem Klichem z PO nie dochodziło do takich sytuacji. Prezydent utrącał niektóre kandydatury generalskie, ale nie pozostawiał ich bez rozpatrzenia”. http://wyborcza.pl/7,75398,22194240,macierewicz-kontra-duda-bitwa-o-generalow.html

— KACZYŃSKI PROSIŁ ŁAPIŃSKIEGO O RAPORTY I ANALIZY – fragment tekstu Agaty Kondzińskiej o Krzysztofie Łapińskim jaki publikuje GW: “Politolog, autor partyjnych analiz, badacz trendów. – Jest w stanie przerobić niezliczoną ilość tekstów, wyciągnąć wnioski, przewidzieć, jak uderzy przeciwnik, a nawet zgadnąć, jakie pytania padną w debacie politycznej – opowiada pracownik z Nowogrodzkiej. W siedzibie PiS Krzysztof Łapiński dzielił pokój z Anną Krupką, ulubienicą prezesa odpowiedzialną kiedyś za makijaż Kaczyńskiego, dziś awansowaną do Sejmu. – Siedzieli biurko w biurko, ale chemii nie było. On żartował, ona nie rozumiała – wspomina poseł PiS. Do prezesa miał stały dostęp, w jego gabinecie bywał praktycznie codziennie. Dobrze go zna. Podobnie jak Brudzińskiego. Wołali go za każdym razem, gdy potrzebowali danych i raportów”.

— DUDA ROZEGRAŁ MODELOWO – Kondzińska: “Kryzys wokół sądownictwa Duda rozegrał modelowo. Decyzję podejmował w Juracie, z dala od Nowogrodzkiej. – Telefonu można nie odebrać, a jak ktoś stoi u drzwi, trudniej go nie wpuścić – słyszymy od współpracownika Dudy. Gdy już ogłosił weta, ponownie wyjechał na Hel, zostawiając w Warszawie rzecznika”. http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22193994,krzysztof-lapinski-to-on-zbuntowal-andrzeja-dude.html

 O POWROCIE DO POŁOŻENIA MIĘDZY NIEMCAMI I ROSJĄ – Agnieszka Magdziak- Miszewska we WIĘZI: “I wreszcie, po raz kolejny, tym razem przy okazji 73. rocznicy Powstania Warszawskiego, pojawiło się żądanie odszkodowań za straty materialne powstałe w wyniku niemieckiej agresji na Polskę. Konsekwentnie (mimo chwil „ocieplenia”) antyniemiecka retoryka i realna polityka rządu PiS (choćby odmowa udziału niemieckiej straży pożarnej i służb medycznych w zabezpieczeniu Przystanku Woodstock) musi niepokoić. Świadome tym razem prowokowanie rządu w Berlinie jest niesłychanie groźne nie tylko dla relacji dwustronnych czy pozycji w Brukseli. Przede wszystkim może to prowadzić do  geopolitycznej zmiany sytuacji Polski: powrotu do położenia „pomiędzy Rosją a Niemcami”.  Do geograficznej pułapki, z której – dzięki zmianom geopolityki – udało nam się z sukcesem uciec”. http://laboratorium.wiez.pl/2017/08/04/polska-pis-kontra-reszta-swiata/

— OLGIERD DZIEKOŃSKI O KAMPANII KOMOROWSKIEGO – mówi Elizie Olczyk w RZ: “W pewnym momencie zacząłem się oczywiście orientować, że coś z tą kampanią jest nie tak. Wówczas trzeba było albo zdecydować się na jakąś aktywność, albo robić swoje. (…) Czasem żałuję, że tylko robiłem swoje. Nie wiem, co mógłbym doradzić prezydentowi czy sztabowi, ale mam poczucie, że w tej sprawie popełniłem grzech zaniechania. Może mogłem lepiej tłumaczyć idee Bronisława Komorowskiego? Bo to wszystko polega na tłumaczeniu. Od początku mojej pracy w Kancelarii Prezydenta starałem się otwierać ten urząd na różne środowiska. Organizowaliśmy debaty, które były nagrywane, umieszczane w internecie. Ale to wszystko się nie przebijało do opinii publicznej. Nie wiem, może było to robione za mało ciekawie, być może dobór tematyki debat był zły? Trudno powiedzieć”. http://www.rp.pl/Plus-Minus/308039902-Olgierd-Dziekonski-Problemy-z-Januszem-Palikotem.html?template=restricted

— MAX ŁUBIEŃSKI, TWÓRCA POŻARU W BURDELU O RZECZYWISTOŚCI POLITYCZNEJ – mówi w rozmowie z GW: “Komedia się skończyła. Trzy, cztery lata temu nasi bohaterowie mieli problem z kredytem, etatem i rowerami Veturilo. Dziś zajmują się trójpodziałem władzy…” http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22193648,maks-lubienski-i-michal-walczak-z-pozaru-w-burdelu-podobnie.html

— AGNIESZKA POMASKA ZREALIZOWAŁA AUKCJĘ WOŚP I PRZEPROWADZIŁA WYLICYTOWANĄ LEKCJĘ WINDSURFINGUhttps://www.instagram.com/p/BXaIfIdDraT/?taken-by=pomaska

— 6 LAT TEMU Andrzej Lepper został znaleziony martwy. 

300polityka.pl

Poseł, który bada dochody ojca Rydzyka: niech PiS płaci mu z własnej kieszeni [WYWIAD]

http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/mariusz-witczak-niech-pis-placi-rydzykowi-z-wlasnej-kieszeni-wywiad/11lb6bv?utm_source=tw&utm_medium=social&utm_campaign=onetsg_fb_twitter_info

Łążek Garncarski, województwo lubelskie, powiat janowski, gmina Janów Lubelski.

Świetny wywiad ze S.Niesiołowskim „Potrzebna jedna lista antypisowska. To byłaby masakra – koniec PIS”

Pół wieku po liście biskupów polskich do biskupów niemieckich w Polsce znów antyniemiecka histeria. A milczy. ODEZWIJCIE SIĘ!

Krzysztof Łapiński. To on zbuntował Andrzeja Dudę

Agata Kondzińska, Iwona Szpala, 04 sierpnia 2017

Andrzej Duda i Krzysztof Łapiński

Andrzej Duda i Krzysztof Łapiński (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Dotąd Andrzej Duda się nie buntował, bo nie miał przy sobie nikogo, kto by mu powiedział, że dobrze robi i był z nim, jak zaczną padać ciosy. Dziś już kogoś ma – Krzysztofa Łapińskiego.

– Trzeba wrócić do wzorców z kampanii. Wtedy Andrzej Duda miał wizerunek osoby odpowiedzialnej, która potrafi walczyć, choć jest spisana na straty – mówi w Radiu ZET Krzysztof Łapiński, szeregowy poseł PiS.

Cztery godziny później odbiera nominację. Jest trzecim rzecznikiem prezydenta, ale pierwszym w randze ministra. Wprowadza się do pałacowego skrzydła zarezerwowanego dla wysokich rangą urzędników kancelarii. Jego poprzednicy rezydowali w ciaśniejszych gabinetach.

Duda wysyła sygnał Kaczyńskiemu: kancelarię mebluję teraz po swojemu.

wyborcza.pl

Kataryna: Tego wszystkiego nie dowiecie się z „Wiadomości”. O propagandzie TVP

04.08.2017
Sama się z marzeniami o „polskim BBC” dawno pożegnałam, ale nie lubię, gdy obraża się moją inteligencję. „Wiadomości” TVP już dawno odpuściły sobie informowanie na rzecz formowania – a to jest właśnie ta wcale nie tak cienka granica między dziennikarstwem a propagandą. Ale my wszyscy, narzekający na żenujący poziom takiego dziennikarstwa, nie jesteśmy jego grupą docelową. Czasami tylko trochę się dziwię, że młodzi w większości dziennikarze dali się obsadzić w rolach kiepskich propagandystów, których telewizyjne kariery potrwają tyle, ile potrwa obecna władza – pisze Kataryna w felietonie dla WP Opinie.

Irena Szafrańska: Propaganda nie ma być adresowana do intelektualistów, powinna być ludowa i na takim poziomie, żeby mogła dotrzeć nawet do najgłupszych.

Tak prawicowa influenserka skomentowała niedawno jakość programów informacyjnych i publicystycznych Telewizji Polskiej, i bynajmniej nie była to krytyka. Takie są oczekiwania sporej części elektoratu PiS i telewizja publiczna w te oczekiwania idealnie trafia.

„Wiadomości” – jej sztandarowy program informacyjny – z pewnością nie są adresowane do intelektualistów, na pewno są mocno ludowe, ale, niestety, jeśli chodzi o docieranie, to zamiast „nawet do najgłupszych” jest coraz bardziej „wyłącznie”. Z niezrozumiałych względów telewizyjni decydenci odpuścili sobie zupełnie już nie tylko widzów niechętnych PiS-owi, ale także tę część elektoratu PiS, która ma wymagania ciut większe niż pani Irena.

Sama się z marzeniami o „polskim BBC” dawno pożegnałam, ale nie lubię, jak się obraża moją inteligencję. Ale cóż, nie jestem targetem. Więc choć widzów „Wiadomości” tracą powoli i pewnie jeszcze długo będą się cieszyć niezasłużenie wysoką oglądalnością, to ich wpływ na rzeczywistość będzie znacząco malał, trafiając już tylko do tych, których do czarno-białej wizji świata i tak przekonywać nie trzeba.

„Obrońcy pedofilów i alimenciarzy twarzami oporu przeciwko reformie sądownictwa”

Nie ma takiej rzeczy, której rządowa telewizja oszczędzi krytykom władzy. „Ciesz się, że Wiadomości nie zajmują się prawicowymi blogerkami” – napisała mi na twitterze szefowa „Wiadomości” Marzena Paczuska po tym, jak wytknęłam jej błąd merytoryczny w materiale o rzekomej „aferze” z mieszkaniem córki Bronisława Komorowskiego. Długo się nie cieszyłam, bo władza – a, niestety, ekipę „Wiadomości” mam za jej przedłużenie – ciężko znosi obywatela choć trochę krytycznego.

A gdy takich obywateli są tysiące i obnoszą się ze swoim niezadowoleniem na ulicy, medialni ochroniarze władzy muszą się nimi zająć. „Wiadomości” i kilka najważniejszych programów publicystycznych TVP można dziś rozpatrywać wyłącznie z punktu widzenia propagandowej skuteczności, bo z dziennikarstwem nie ma to nic wspólnego i nawet nie ma takich ambicji.

„Kto pisze scenariusz rebelii?”, „Przyjaciele Sorosa radzą, jak obalić polski rząd”

„Nikt nie chce Majdanu i rozlewu krwi w Polsce”, „Czerwona linia dla nas musi być bardzo wyraźna: to agresja, przemoc i krew”, „Pewne jest natomiast, że musimy za wszelką cenę utrzymać pokojowy charakter protestów” – to fragmenty ze słynnego manifestu Bartosza Kramka z Fundacji Otwarty Dialog, w którym przedstawił swoją propozycję „wyłączenia rządu”. W całym tekście nie ma ani słowa o nieleganych działaniach, wszystko co proponował, to dość standardowe formy dialogu obywateli z władzą wielokrotnie wykorzystywane także przez środowiska prawicowe. Jedyną kontrowersyjną formą protestu zaproponowaną przez Kramka było niepłacenie podatków, ale też z zastrzeżeniem, że trzeba się będzie liczyć z ewentualnymi konsekwencjami. Ale nawet to ciągle jeszcze mieści się w katalogu obywatelskiego nieposłuszeństwa i z puczem nie ma nic wspólnego.

Poza głupim tytułem („wyłączmy rząd”), który jest przecież tylko metaforą, nie zaproponował Kramek nic szczególnie groźnego. Ot, trochę urozmaicenia działań i ich lepszą koordynację. Gdyby taki tekst opublikował w prasie czy na blogu, nikt by go nie zauważył, zwłaszcza, że sam Kramek był znany tylko w dość wąskim kręgu i na barykady by nikogo nie powiódł. Na szczęście dla PiS i podsuwających mu narrację „Wiadomości”, Kramek swój plan przedstawił jako przewodniczący fundacji, a jego żona ma zdjęcie z Sorosem, więc kolejne wydania „Wiadomości” pisały się już same , dostarczając będącej w potrzebie władzy kolejnych dowodów na pucz.

Krytyczny widz „Wiadomości” – wiem, to oksymoron – powinien sobie zadać pytanie, dlaczego – jeśli tekst Kramka był faktycznie planem siłowego obalenia rządu – autor nie ma jeszcze prokuratorskich zarzutów, bo przecież na to akurat są paragrafy. No nie ma, bo nawet najbardziej gorliwy prokurator nic z takiego materiału nie wyrzeźbi, więc tak jak przy poprzednich kampaniach wymierzonych w aktualnych krytyków władzy, muszą go zastąpić „dziennikarze”, bo oni nie potrzebują ani paragrafów, ani dowodów, żeby się z wrogami władzy rozprawić.

„Generał z zarzutem współpracy z FSB dał zgodę na produkcję broni fundacji, która chce obalić rząd”

Na pasku robi wrażenie, a widz nie po to ogląda telewizję podającą mu do wierzenia atrakcyjne i proste narracje, żeby się jeszcze wczytywać w dokumenty. Nie dowie się więc, że „zgoda na produkcję broni” sprowadzała się do pozwolenia na wywóz na Ukrainę kamizelek kuloodpornych i hełmów tak bardzo potrzebnych podczas Majdanu. Jacek Kurski powinien to akurat wiedzieć, bo pamiętam jego selfie z kijowskich barykad, gdy Majdan wspierali wszyscy ci, którzy go dzisiaj próbują zohydzić. Nie wiem, czy Jacek Kurski korzystał wtedy ze wsparcia fundacji Kramka, ale korzystali z niego jego partyjni koledzy. Niektórzy nawet – jak Małgorzata Gosiewska – mają jeszcze tyle przyzwoitości, żeby tamtej działalności fundacji bronić. A tak wspomina ją Agnieszka Romaszewska.

Agnieszka Romaszewska: Fundacja robiła masę rzeczy realnie pożytecznych i ileś bez większego znaczenia, ale przede wszystkim zabiegała o ludzi, ludzi, ludzi. I po ukraińskiej stronie i po polskiej. Między innymi zajmowała się obsługą posłów wszystkich absolutnie partii jeżdżących na Majdan, albo próbujących doradzać po Majdanie oraz rozmaitego rodzaju postaci publicznych. Sama brałam udział w organizowanej przez ODF konferencji w Kijowie poświęconej lustracji. Wraz ze mną był tam na przykład Radosław Peterman dziś szef biura kadr MON, a wtedy wiceszef biura lustracyjnego IPN. Potem brałam jeszcze udział w konferencji w Warszawie współorganizowanej z jakimś chyba udzialem ODF przez Annę Fotygę i warszawskie biuro Parlamentu Europejskiego na temat rosyjskiej propagandy, na której prezentowano ciekawy film dokumentalny na ten temat. Oczywiście fundacja nieustannie „obskakiwała” Małgorzatę Gosiewską i Marcina Święcickiego, jako osoby szczególnie sprawami ukraińskimi zainteresowane. Po stronie ukraińskiej specjalnym zainteresowaniem Fundacji cieszył się Igor Sobolew, szef Komisji Lustracyjnej, czyli de facto antykorupcyjnej ukraińskiego parlamentu.

Tego wszystkiego się z „Wiadomości” nie dowiecie. Nie usłyszycie też, że sam minister Błaszczak kontrolował wydane fundacji pozwolenie na broń (czyli wspomniane kamizelki i hełmy) i nie dopatrzył się nieprawidłowości.

„Kur*a, no nie manipulujcie aż tak”

„Wiadomości” już dawno odpuściły sobie informowanie na rzecz formowania – a to jest właście ta wcale nie tak cienka granica między dziennikarstwem a propagandą. Nie ma sensu zżymać się na żenujący poziom manipulacji, choć chciałoby się trochę więcej subtelności. Ale my wszyscy, narzekający na żenujący poziom takiego dziennikarstwa, nie jesteśmy jego grupą docelową. Kolejne materiały „Wiadomości” o fundacji Kramka nie mają funkcji informacyjnej, dlatego widz nie dowie się z nich niczego o faktycznej działalności fundacji. Chodzi wyłącznie o zaspokojenie potrzeby bieżącej (obrzydzenie ulicznych protestów) oraz długofalowej (przygotowanie gruntu pod spacyfikowanie organizacji pozarządowych). Nie bez powodu sprawa jednej fundacji staje się dla polityków partii rządzącej pretekstem do rozważań o zakazie finansowania z zagranicy czy – jak wspomniał wczoraj minister Macierewicz – kontroli przez służby. I tak się niewątpliwie stanie, jesienią poznamy projekt ustawy dyscyplinującej organizacje pozarządowe i dopiero wtedy będzie widać po co te wszystkie kuriozalne paski były.

Czasami jeszcze się trochę dziwię, że młodzi w większości dziennikarze dali się obsadzić w rolach kiepskich propagandystów, których telewizyjne kariery potrwają tyle, ile potrwa obecna władza. Ale może według jakichś nieogarnialnych dla mnie kryteriów było warto.

Kataryna dla WP Opinie

Niestety, Owsiak został złapany na wykroku. Błąd. Trzeba się do niego przyznać. Ja przyznałbym się. Mam nadzieję, że Owsiak to zrobi.

Otóż.

Podwyżki cen masła to nie koniec. Podrożeją jeszcze mleko, drób, wieprzowina, warzywa i owoce

Marta Piątkowska, 04.08.2017

GRZEGORZ SKOWRONEK

Masło podrożało już o 30 proc., za czereśnie w tym roku zapłaciliśmy rekordową cenę, truskawki były najdroższe od lat, a to dopiero początek podwyżek.

Najgorzej wygląda sytuacja z owocami. Przez przymrozki, które przeszły nad Polską późną wiosną zbiory owoców będą nawet o 40 proc. niższe niż w ubiegłym roku.

– W niektórych odmianach owoców plony mogą być na poziomie 20 proc. – mówi Newserii Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Co to oznacza w praktyce? Odczuliśmy to chociażby na przykładzie czereśni, których cena osiągnęła swoją historyczną wysokość zatrzymując się w szczycie sezonu na średniej stawce w wysokości 16-17 zł, podczas gdy w zeszłym roku płaciliśmy za nie ok. 9-10 zł.

Podobnie sytuacja wygląda z wiśniami, jabłkami i brzoskwiniami, których co prawda będzie nieco więcej niż czereśni, ale na pewno nie tyle, ile byśmy oczekiwali. Na rynku hurtowym w Broniszach ceny wiśni są nawet o 200 proc. wyższe niż przed rokiem, ceny jabłek są dwukrotnie wyższe, a brzoskwini o ok. 50 proc.

Dodatkowo możemy spodziewać się podwyżek cen mleka, drobiu, mąki, pieczywa i wieprzowiny. Te ostatnie związane są z afrykańskim pomorem świń, którym jest jednym z powodów, dla których nastąpił 40 proc. wzrost ceny prosiąt w UE.  Drób był w maju tańszy niż przed rokiem o 14 proc., ale w czerwcu podrożał o 10 proc.

W najbliższym czasie wciąż będziemy się dziwić, widząc rosnące ceny masła, choć dynamika tego wzrostu nie będzie już tak wysoka. „Dalszy wzrost cen masła będzie hamowany barierą popytu. Jednak zwiększony globalny popyt na masło będzie prawdopodobnie utrzymywał ceny tego produktu na wysokim poziomie. Zespół Ekspertów przewiduje, że ceny zbytu masła we wrześniu 2017 r. mogą być o 20-26% wyższe niż rok wcześniej, a w grudniu – o 1-9% wyższe” – piszą eksperci w raporcie Agencji Rynku Rolnego.

next.gazeta.pl

Marcin Napiórkowski: Powstanie Warszawskie pożerają ”żołnierze wyklęci”

Angelika Swoboda

05.08.2017

Gdyby to była giełda, postawiłbym na akcje „żołnierzy wyklętych”. One będą zwyżkować – tak o polskiej polityce historycznej mówi Marcin Napiórkowski z Uniwersytetu Warszawskiego.

Co ma wspólnego Powstanie Warszawskie z katastrofą smoleńską?

– Zacznę od nawiązania do naszych sąsiadów z Ukrainy. Niedawno spotkałem się z ukraińskim politykiem, który opowiadał mi o Majdanie. Majdan wymusił współdziałanie tradycjonalistów i proeuropejskich liberałów. Zawarli pewien kompromis, w ramach którego podzielili się różnymi obszarami społecznymi, także historycznymi. Liberałom wydawało się, że zrobili świetny interes, bo tradycjonaliści wzięli sobie obszar polityki historycznej i tożsamościowej, który, jak się wydawało, nikogo nie interesował. Liczy się przecież przyszłość.

Nie znam się na Ukrainie i nie wiem, na ile ten podział faktycznie wszedł tam w życie, ale mam wrażenie, że ta diagnoza jest niesamowicie prawdziwa, jeśli chodzi o Polskę.

Proszę dokładniej wyjaśnić, co ma pan na myśli.

– Pokazuje to ogólny trend, w ramach którego prawica konserwatywna bierze i zagospodarowuje niechciane przez innych poletko. Liberałowie powiedzieli: „My się zajmiemy gospodarką”, lewica: „My się zajmiemy sprawiedliwością społeczną, a prawica niech się bawi w przeszłości, która nikogo nie obchodzi”. I nagle się okazuje, że ta przeszłość jest bardzo ważna, bo stanowi klucz do zrozumienia teraźniejszości. I tu możemy przejść do meritum sprawy.

Przejdźmy.

– Wykorzystywanie pamięci w polityce jest niezbędne. Największy błąd, jaki można popełnić, to mówienie, że nie powinniśmy czy nie możemy tego robić. Ilekroć zdarza się w teraźniejszości coś, z czym nie potrafimy sobie poradzić, coś wyjątkowego, bezprecedensowego, to próbujemy to sobie wyjaśnić właśnie poprzez analogię z przeszłością. Taki mechanizm możemy postrzegać jako zawłaszczanie czy cyniczne wykorzystywanie historii, pamięci w bieżącej polityce. Ale bez niego trudno się obyć.

Połączenie apelu smoleńskiego z obchodami rocznicy Powstania Warszawskiego jest tego przykładem. Mamy wydarzenie współczesne, czyli katastrofę smoleńską, które można interpretować na różne sposoby – jako nieszczęśliwy wypadek, zamach czy zbrodnię porównywalną ze zbrodnią katyńską.

{24.04.2017 Kielce . Uroczysty marsz i otwarcie wystawy w ramach Tygodnia Katynskiego .Fot. Pawel Malecki / Agencja Gazeta
Kielce. Uroczysty marsz w ramach Tygodnia Katyńskiego (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)

Nie do końca rozumiem.

– Z mojej perspektywy, jakkolwiek to może być gorszące czy obrazoburcze, zestawianie powstania i katastrofy to logiczne działanie. To taki rodzaj metafory czy wręcz zagadki – katastrofa smoleńska, mimo że wydaje wam się zupełnie różna, jest zarazem podobna do Powstania Warszawskiego. Musicie tylko  znaleźć wspólny element, czyli zgadnąć dlaczego.

No właśnie – dlaczego?

– Na przykład – w proponowanej przez PiS wersji – w oba wydarzenia były zaangażowane jakieś siły obce. Możemy zbudować analogię między katastrofą smoleńską, w tym przypadku rozumianą jako zamach smoleński, a Powstaniem Warszawskim, sugerując, że o Smoleńsku nie można mówić prawdy, tak jak przez lata nie można było mówić o Powstaniu Warszawskim. Ten topos pamięci wykluczonej, pamięci zabronionej, wydaje mi się kluczowy w zrozumieniu mechanizmu wykorzystanej tu pamięciowej analogii.

Czy ten mechanizm nie funkcjonuje na granicy cynizmu i manipulacji?

– Nie wiem, jakimi kryteriami można oceniać cynizm i manipulację. Ja mogę tylko ocenić, czy to jest działanie skuteczne, czyli czy powiększa elektorat, czy też nie. Czy istnieją podobne analogie w przeszłości. Czy to jest cynizm, czy nie, każdy musi rozważyć sam.

A co w sytuacji, kiedy analogiom, które pan opisuje,  są przeciwni uczestnicy tamtych wydarzeń? Mam na myśli Powstańców Warszawskich.

– Oczywiście, poddawanie Powstania Warszawskiego pod takie czy inne dyktando polityczne jest znacznie trudniejsze niż w przypadku bitwy pod Grunwaldem. Ale z mojej perspektywy mamy do czynienia z pewną ciągłością, jeśli przyjrzymy się chociażby temu, w jaki sposób Powstanie Warszawskie było rozgrywane po wojnie, w latach 60. czy 80. Za każdym razem mamy rywalizujące ze sobą interpretacje. Zaraz po wojnie mówiono, że Powstanie było zrywem wspieranym z Londynu. Cała ówczesna historiografia czy propaganda były podporządkowane właśnie tej tezie.

Z kolei w latach 60. mamy do czynienia ze wzmożeniem patriotycznym podobnym w gruncie rzeczy do tego, co się teraz dzieje. Oczywiście była wtedy narzucona pewna interpretacja Powstania Warszawskiego, która wpisywała je w propagandową narrację, ale mówiono o nim i je celebrowano. Podporządkowując je bardzo antyniemieckiemu nurtowi pamięci.

01.08.2017 Warszawa . Marsz Powstania Warszawskiego organizowany przez srodowiska narodowe .Fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta
Obchody 73. rocznicy Powstania Warszawskiego w Warszawie (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Nie zaskakuje to pana?

– Wielu współczesnych działaczy politycznych, aktywnych także w czasach Solidarności, mocno wyraża swoje oburzenie, gdy na Powązkach pojawiają się gwizdy i buczenie. To jest niesamowicie smutne – ja w ogóle nie lubię buczenia i gwizdania gdziekolwiek – a na cmentarzu nosi to już wszelkie znamiona profanacji, ale nie jest prawdą, co mówi wiele osób, że coś podobnego nigdy nie miało miejsca.

W latach 80. 1 sierpnia na Powązkach regularnie urządzano silne manifestacje polityczne, na których upamiętnianie Powstańców łączono z Katyniem i ofiarami pacyfikacji strajków. A skandowano na przykład „Lech Wałęsa”. Zdarzało się, że buczano czy gwizdano na oficjalne delegacje. Ta ciągłość, z punktu widzenia badacza, jest fascynująca.

Czyli to, co się dzieje dziś, nie jest nowe.

– Tak. Choć my lubimy myśleć: „Mój Boże, czegoś takiego jeszcze nie było”.

A było.

– I są na to źródła. Dzięki uprzejmości SB, która starannie nagrywała tamte wydarzenia. Można to zobaczyć również na materiałach wideo dostępnych w IPN. W zeszłym roku, kiedy po raz pierwszy włączono do obchodów apel smoleński, powiedziałem, że to rodzaj „wampiryzmu pamięciowego”.

Nie znam tego określenia.

– To znaczy, że katastrofa smoleńska w symboliczny sposób wbija kły i żywi się energią, którą zbudowano wcześniej wokół Powstania. Zresztą bardzo umiejętnie.

Z kolei gdy prześledziłem hasła wyszukiwane w internecie 1 sierpnia, zaobserwowałem coś, co można nazwać „kanibalizmem pamięciowym”. W jego ramach Powstanie Warszawskie pożerają „żołnierze wyklęci”. W niektórych kręgach Powstanie jest postrzegane jako zbyt centrowe.

Gdzie jeszcze prowadzi pan badania?

– Lubię jeździć na festyny i obserwować stragany z koszulkami. Dziesięć lat temu rządziły takie z napisami „Piwo to moje paliwo” albo „Kocham swoją żonę” czy „Lubię disco polo”. Pięć, sześć lat temu zaczęła się pojawiać odzież patriotyczna. Na początku królowała kotwica Polski Walczącej, nie wiedzieć czemu utożsamiana tylko z Powstaniem Warszawskim.

Od dwóch lat tę przestrzeń przejmują Narodowe Siły Zbrojne oraz wilk z mottem z wiersza Zbigniewa Herberta: „Ponieważ żyli prawem wilka, historia o nich głucho milczy”. Trudno o lepszy przykład kanibalizacji Powstania nawet w sferze handlu koszulkami patriotycznymi.

01.08.2017 Warszawa . Marsz Powstania Warszawskiego organizowany przez srodowiska narodowe .Fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta
Marsz Powstania organizowany przez środowiska narodowe (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

To dla pana niepokojące czy normalne?

– Nie potrafię się ustosunkować do tego, jak wygląda norma. Z moich rozmów z ukraińskimi znajomymi wynika, że tam mechanizm jest podobny – Bandera na przykład funkcjonuje jako taki Che Guevara – symbol buntu, choć wielu młodych ludzi nie wie, kim był. To trochę tak jak u nas – do worka z napisem „żołnierze wyklęci” wrzuca się rotmistrza Pileckiego i zwykłych bandytów.

Wie pani, możemy odnieść mylne wrażenie, że w polityce historycznej chodzi tylko o bliskie nam wydarzenia. Że Powstanie elektryzuje, bo żyją jeszcze jego ostatni weterani. „Żołnierze wyklęci” elektryzują, bo nie oddano im hołdu. Przyjrzyjmy się Grunwaldowi – dlaczego odniesienia do niego mogą się pojawić w reklamie operatora komórkowego? Dlaczego każdy rozpoznaje dwa nagie miecze? Może nam się wydawać, że to bezpośrednia ciągłość między nami a Grunwaldem, ale to oczywiście nieprawda. W XVII czy XVIII wieku Grunwald wcale nie był punktem odniesienia. Potem niby Matejko go namalował, ale przecież namalował też dziesiątki innych obrazów.

Dlaczego Grunwald wciąż jest dla nas ważny?

– Polityka pamięci PRL-u była silnie zbudowana na antyniemieckości i na wizji „odwiecznego konfliktu”. Jeśli się pojedzie do Szczecina czy na  Ziemie Odzyskane, co druga ulica nawiązuje tam do historii. A to Wały Chrobrego, a to plac Grunwaldzki, jak nie Piastowska, to Jagiellońska. To budowało odpowiednią narrację. Choć bitwa pod Grunwaldem w gruncie rzeczy niczego nie przesądziła, była niesamowicie ważna jako symboliczny punkt, który pokazuje coś, co jest odwieczne. Polacy od zawsze walczyli z Niemcami, ci Krzyżacy to prawie naziści, prawda?

No a poza tym pod tym Grunwaldem wygraliśmy, prawda?

– Wygraliśmy, ale jak widać na przykładzie Powstania Warszawskiego czy „żołnierzy wyklętych” wygrana wcale nie jest aż tak superważna, nie jest kluczowa. Można przecież odnieść „zwycięstwo moralne”, mając po prostu rację. Chodzi o ciągłość narracji historycznej. My sobie nawet nie zdajemy sprawy, jak to, że każde dziecko zna datę 1410, jest produktem polityki historycznej, która nawarstwiała się przez długie lata.

Potrafi pan przewidzieć, jaką rolę w polityce historycznej odegra za jakiś czas katastrofa smoleńska?

– To jest bardzo trudna sprawa. Katastrofa przedstawiana jest za pomocą silnej narracji powstańczo-narodowowyzwoleńczej, do której jednak nie będzie nigdy pasować. Bo o ile łatwo daje się zestawić powstanie kościuszkowskie z listopadowym i styczniowym, a nawet z Solidarnością, o tyle z katastrofą smoleńską już nie bardzo. Być może z Katyniem, z oczywistych względów.

Jest jeszcze jednak płaszczyzna form celebracji. I na niej to, co obserwujemy, na przykład w formie miesięcznic, jest bardzo wyraźną kontynuacją pewnych historycznych praktyk.

01.08.2017 Warszawa , Plac Defilad . Wspolne spiewanie piesni powstanczych przez Warszawiakow w dniu 73. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego .Fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta
Warszawa. Wspólne śpiewanie pieśni powstańczych (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

To znaczy?

– Polska polityka pamięci tworzyła się w bardzo specyficznych okolicznościach. Kiedy w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii w XIX wieku powstawały zręby pamięci narodowej poprzez budowanie pomników czy naukę w szkołach, z oczywistych względów w Polsce, która wtedy na mapach nie istniała, ta polityka musiała być budowana inaczej. Niesamowicie ważne były oddolne formy kultywowania pamięci. Ludzie wychodzili na ulice i manifestowali swoje przywiązanie do różnych wydarzeń historycznych. Ale nie znaczy to, że nie byli manipulowani przez różne siły.

Gdy prześledzi się zwłaszcza okres późnego PRL-u, szokujące jest, jak bardzo opozycja demokratyczna budowała swoją tożsamość na ulicznym upamiętnianiu 11 listopada czy Powstania Warszawskiego. To był w zasadzie jedyny środek, jakim mogli budować konkurencyjną dla rządowej politykę historyczną. „Prawdziwą” pamięć robiło się na ulicy i na cmentarzach, zawsze w opozycji do jakichś „obcych”. Wydaje mi się, że dziś padamy ofiarami tego dziedzictwa, tego brzemienia.

Jak to dziedzictwo na nas wpłynęło?

– Ponieważ przez 200 lat uczyliśmy się, że zawsze ktoś z zewnątrz robi oficjalną politykę pamięci, to nie ufamy pomnikom. Nie ufamy muzeom, choć może Muzeum Powstania Warszawskiego jest tutaj wyjątkiem. Wydaje nam się, że taka prawdziwa pamięć „od serca” jest na koszulkach, na naklejkach, na zderzakach, w przestrzeni publicznej po prostu.

Ale jak się mają do tego miesięcznice smoleńskie?

– Jakiś czas temu, jeszcze za rządów poprzedniej ekipy, zestawiałem wszystkie przemówienia Jarosława Kaczyńskiego z miesięcznic. Ta analiza była dla mnie niesamowicie ciekawa, bo one w pewnych obszarach zachowują ciągłość. Zastanawiałem się, co się stanie, gdy Prawo i Sprawiedliwość wygra wybory, bo przecież ich narracja była prosta: my tworzymy oddolną pamięć, bo jacyś „oni” nie pozwalają nam na uroczystości państwowe.

10.07.2017 Warszawa , Krakowskie Przedmiescie . 87. miesiecznica smolenska . Wieczorne uroczystosci przed Palacem Prezydenckim z udzialem prezesa Jaroslawa Kaczynskiego i politykow PiS . Fot . Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta
Warszawa, Krakowskie Przedmieście. 87. miesięcznica smoleńska (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Władza się jednak zmieniła.

– Niestety, trzeba bardzo uważać, gdy jako badacz wypowiada się życzenia. I co się stało, gdy PiS wygrało wybory? Nic się nie stało. To niesamowite, prawda? Dalej można opowiadać tę samą historię. Przejęliśmy już wszystko w Polsce, ale „oni” są jeszcze potężniejsi. Wcale nie zniknęli. Jest jeszcze jakiś wróg. Zewnętrzny czy wewnętrzny. Może Soros, może Unia? W każdym razie wciąż stoją na przeszkodzie temu magicznemu, rytualnemu dotarciu do prawdy.

Ale żeby było zupełnie jasne – jestem jak najdalszy od oskarżania  o manipulację jakichś konkretnych polityków. Z mojej perspektywy, badacza, politycy po prostu wsiadają do łódki, która i tak płynie z prądem. A ten prąd jest dużo silniejszy od nich. W najlepszym wypadku – mądrze wykorzystują do swych celów istniejące trendy. W najgorszym – są tylko pacynkami, którymi poruszają potężne siły historii. To nie Jarosław Kaczyński pisze linie swoich przemówień. To pewna historia pamięci napisała je za niego. A on tylko wychodzi na plac i przemawia.

Teraz rozumiem, dlaczego moje pytanie o cynizm czy manipulację polityków było nieco chybione.

– Nie do końca. Pewnie jest gdzieś jakaś grupa cwaniaków, która być może czytała moją książkę – na coś by się wreszcie przydała – albo  śledzi te same historyczne trendy. I może oni kombinują, że aby zdobyć dodatkowe 2 procenty poparcia, muszą włączyć w swoją politykę na przykład Romana Dmowskiego, bo on pozwoli przejąć część niezagospodarowanych jeszcze prawicowych wyborców. Ale działania tych cwaniaków są bardzo ograniczone, bo by były skuteczne, muszą się wpisać w skumulowaną przez kilka wieków pamięć historyczną.

Czy wśród tych „cwaniaków” jest na przykład Jarosław Kaczyński?

– Nie sądzę. Może moje wyobrażenie jest naiwne, rodem z „House od Cards”, ale wydaje mi się, że zdobywaniem wyborców raczej zajmują się sztaby specjalistów. A stoją one za wszystkimi stronami politycznymi. Może taki sztab specjalistów od pamięci przydałby się właśnie dzisiejszej opozycji?

Bo najgłupsze, co mógłby zrobić ktoś, kto chciałby mądrze i poważnie rywalizować z Jarosławem Kaczyńskim, to wyśmiewać miesięcznice, mówiąc: „Jacy oni są głupi, że tak każdego 10 wychodzą, że się tak fiksują na tej przeszłości”, czy obrażać ich słowami „niech się idą leczyć”. To totalny strzał w stopę.

Oczywiście, jeśli ktoś chce obrażać prezesa PiS, jego sprawa. Ale jeżeli jego przeciwnikom politycznym zależy nie na samym obrażaniu, a na wygraniu wyborów, to muszą zrozumieć mechanizmy rządzące zbiorową pamięcią i zacząć budować mądrą politykę w tym zakresie. Politykę pamięci, która pokazuje jako wartość demokrację, równouprawnienie, która uczy szacunku do instytucji państwowych, demonstruje, dlaczego teraz milionom ludzi jest lepiej niż np. w fetyszyzowanej szlacheckiej Rzeczpospolitej.

Wbrew pozorom nietrudno pokazać, dlaczego – właśnie z punktu widzenia pamięci – powinniśmy budować Polskę sprawiedliwą, wrażliwą, otwartą na świat. Żeby wygrać, trzeba mieć dla wyborców równie atrakcyjną propozycję. Jeżeli opozycja chce zwyciężyć, musi odzyskać pamięć, zdominowaną dziś przez konserwatywno-narodową prawicę.

10.07.2017 Warszawa , Krakowskie Przedmiescie . 87. miesiecznica smolenska . Wieczorne uroczystosci przed Palacem Prezydenckim z udzialem prezesa Jaroslawa Kaczynskiego i politykow PiS . Fot . Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta
87. miesięcznica smoleńska. Wieczorne uroczystości przed Pałacem Prezydenckim z udziałem Jarosława Kaczyńskiego i polityków PiS (fot. Sławomir Kaminski / Agencja Gazeta)

Potrafi pan przewidzieć, jakie wydarzenia historyczne będą nowym paliwem dla polityków?

– Oczywiście. Może to zabrzmi dziwnie, ale da się to zmierzyć wykresami. Posługuję się narzędziem, które nazywa się kommemogram. Dokładnie na nim widać, co jest w danym momencie chętniej upamiętniane, co właśnie pikuje, a co ma słabszą pozycję. Gdyby to była giełda, postawiłbym na akcje „żołnierzy wyklętych”. One będą zwyżkować. Będzie się też pewnie pojawiać kryzys migracyjny, który prawica próbuje wyjaśniać przy pomocy kalek historycznych. Polska jawi się więc jako przedmurze chrześcijaństwa, a w tej narracji pojawiają się dwa wydarzenia o gigantycznym potencjale.

Proszę zdradzić jakie.

– Odsiecz wiedeńska, która już jest eksploatowana w debacie o uchodźcach, i bitwa warszawska, której stulecie się zbliża. Mam silne przeczucie, że wizja nadciągających nad Polskę bolszewickich hord z czerwoną gwiazdą i nożem w zębach z plakatów propagandowych z roku 1920 może niebawem zdominować naszą politykę historyczną.

Polska jest w tej narracji ratunkiem dla nieświadomej zagrożenia Europy. Przecież gdyby, jak mówi popularny w naszej pamięci mit, Piłsudski i Matka Boska nie zatrzymali nad Wisłą tej hordy, to cały świat poddałby się bez walki. Zresztą kiedy marszałek Piłsudski sam się zastanawiał, jak budować politykę pamięci o bitwie warszawskiej, sięgnął do Sobieskiego. Medale upamiętniające tę bitwę miały na awersie właśnie tego króla.

Po co?

– Wpisywało się to w topos, że oto po raz kolejny uratowaliśmy Europę przed siłami z zewnątrz. I kiedy przychodzi kryzys, można liczyć na prawdziwych Polaków.

Książka Marcina Napiórkowskiego „Powstanie umarłych” jest dostępna w Publio.pl

Dr hab. Marcin Napiórkowski. Semiotyk kultury z Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się mitologią współczesną, pamięcią zbiorową i kulturą popularną. Autor książek „Mitologia współczesna”, „Władza wyobraźni” oraz „Powstanie Umarłych. Historia pamięci 1944-2014”. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. Prowadzi bloga www.mitologiawspolczesna.pl.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w „Gazecie Wyborczej”, pracowała też w „Super Expressie” i „Fakcie”. Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.

weekend.gazeta.pl

„Łapówka plus” dla wyborców. Tak wygląda polityka socjalna rządu PiS

05.08.2017

Polityka wydatków socjalnych to polityka wyborcza – ma zapewnić reelekcję, a nie dobrobyt. Na szczęście dla gospodarki nie zawsze działa tak, jak chcieliby tego rządzący.

Pewnie już wiecie, że szykuje się kolejna odsłona likwidowania biedy za pomocą ustawy? Minister pracy Elżbieta Rafalska zadeklarowała, że rząd „bardzo poważnie traktuje problemy seniorów” i rozważa wprowadzenie corocznej zapomogi dla najbiedniejszych emerytów w wysokości 500 zł (to dla polityków magiczna kwota). Mieliby ją otrzymywać ci, których emerytura nie przekracza 1500 zł brutto, a można szacować, że w naszym systemie emerytalnym (jeśli liczyć KRUS) takich osób jest ok. 2 mln.

W zasięgu wprowadzonych przez rząd PiS programów socjalnych znajduje się już też ponad 2,6 mln rodzin pobierających zapomogę na dzieci w ramach 500+ i spora, bo potencjalnie idąca w setki tysięcy, liczba beneficjentów programu „Mieszkanie plus”. W sumie mowa o 5 mln uszczęśliwionych Polaków. Niektórzy zdążyli już uwierzyć, że prawdziwą intencją programów z plusem jest poprawa ich życia, albo, jak ktoś to kiedyś górnolotnie ujął, „przywrócenie im poczucia godności osobistej”.

Czas na zimny prysznic: wspomniane polityki społeczne realizowane są w ramach jednego „metaprogramu”, który mógłby nazywać się po prostu „Łapówka plus”.

Cykl polityczny

Plan jest – przynajmniej z pozoru – sprytny.

Czy gdybyś był politykiem, to nie chciałbyś ubiegać się o reelekcję? No właśnie. Ekonomiści od mniej więcej połowy lat 70. XX w. (pierwsze ważne publikacje w tym zakresie) intensywnie przypatrują się intencjom oraz skutkom zwiększania i mnożenia wydatków budżetowych w kontekście szans na ponowną wygraną w wyborach.

Fundamentem analiz jest ogólne założenie, że chęć utrzymania władzy raz zdobytej jest tak mocna, iż wydatki budżetowe projektowane są w taki sposób, by jak największa grupa wyborców doceniła hojność rządzących, a nie by w optymalny gospodarczo sposób wykorzystywać powierzone im przez podatników zasoby. Najmocniej wydatki rosną w roku wyborczym (w przeciwieństwie do pierwszych lat kadencji, gdy dominuje zapał reformatorski) i dlatego właśnie ekonomiści mówią o „cyklu politycznym” czy „cyklu budżetowym”. Bywa, że kończy się on zwiększeniem rządowego deficytu, a w konsekwencji rosnącym długiem publicznym.

Profesor Kenneth Rogoff z Harvardu, specjalista od zadłużenia publicznego, przekonuje, że przedwyborcze wzrosty wydatków wynikają ze swoistej asymetrii informacji: realne, a nie formalne kompetencje polityków do rządzenia są w pewnym sensie niewidoczne dla wyborców i muszą być jakoś im sygnalizowane. Dodatkowe wydatki to właśnie sposób na zasygnalizowanie, że jest się w stanie zapewniać coraz większą ilość „dóbr publicznych”. I nie zawsze chodzi tylko o wydatki socjalne, lecz także o nakłady na infrastrukturę czy edukację, czyli o wszystkie te rzucające się w oczy, widzialne, odczuwalne natychmiast – takie, którymi po prostu można się pochwalić.

Już teraz wiadomo, że polski rząd nie wpisuje się w prosty sposób w ten ogólny schemat cyklu budżetowego. Zamiast czekać ze zwiększaniem wydatków do ostatniego roku kadencji, zaczął robić to właściwie natychmiast i nie zostawił sobie za dużego buforu w budżecie na dodatkowe prezenty w przyszłości. Ale zrobił tak nie bez kozery – programy, które wprowadził, mają charakter długofalowy i z punktu widzenia ich beneficjentów mocno odczuwalny. Trudno zignorować dodatkowe 500 złwpływające co miesiąc na konto i trudno byłoby pogodzić się z sytuacją, gdyby wpływać przestało, prawda?

Teraz niespodzianka: ci, którzy sądzą, że wspomniane 5 mln osób automatycznie zamieni się w elektorat partii rządzącej, mogą się mylić. Słowo klucz tutaj to deficyt. Ekonomiści przekonują, że wyborcy są generalnie konserwatystami fiskalnymi. Nie lubią, gdy rząd w ich imieniu zaciąga nadmierne długi, a w konsekwencji tej ogólnej postawy rząd taki ma mniejszą szansę na reelekcję.

Masło i pistolety

Powyższe twierdzenie jest zaskakująco dobrze ugruntowane.

Adu Brender z Banku Izraela i Allan Drazen z Uniwersytetu Maryland w pracy „Jak deficyty budżetowe i wzrost gospodarczy wpływają na szansę reelekcji?” przebadali w tym kontekście historię polityczną 74 krajów z okresu 1960–2003 i okazało się, że nie ma „żadnych dowodów na to, że deficyty pomagają ponownie wygrać wybory” oraz „przeciwnie – deficyty roku wyborczego redukują szansę na reelekcję”, co ich zdaniem zadaje kłam intuicyjnym mądrościom, które każą politykom projektować wydatki pod kątem wyborów. Więcej – przekonują, że tym, co pomaga w ponownym wygraniu, są nadwyżki budżetowe. „1 punkt procentowy nadwyżki w relacji do PKB więcej zwiększa szansę na reelekcję o 3–4,5 pp., a 1 dodatkowy pp. nadwyżki w roku przedwyborczym to nawet o 7–9 proc. większa szansa na reelekcję” – piszą, zastrzegając, że chodzi tu głównie o rozwinięte i stabilne państwa demokratyczne, czyli stare demokracje.

W ten obrazek wpisują się także wnioski, do których dochodzą Klaus Armingeon i Nathalie Giger z Uniwersytetu w Bernie w pracy „Wyborcze konsekwencje ograniczenia wydatków socjalnych w krajach OECD”. „Nie istnieje coś takiego, jak systematyczne karanie przez wyborców rządów, które ograniczają świadczenia socjalne. Rządy, które zredukują wzrost czy też absolutny poziom wydatków w tym zakresie, są wręcz nagradzane” – piszą w pracy, której ewidentnie nikt z naszego rządu nie czytał.

No właśnie. Niektóre badania wskazują, że w nowych demokracjach – np. państwach Europy Wschodniej – sytuacja wygląda trochę inaczej niż w starych. „Cykl polityczny” jest tam silniejszy, lepiej widoczny i mniej wysublimowany. Niektórzy tłumaczą to np. brakiem świadomości ekonomicznej wśród obywateli, którzy nie zawsze uzmysławiają sobie, że każdy nowy wydatek państwowy musi być koniec końców sfinansowany z ich podatków. I tak biedni Nowakowie, którzy odchowali czwórkę dzieci, finansują nieświadomie 500+ biednym Kowalskim, którym właśnie urodziły się czworaczki i którzy wierzą, że otrzymują darmowy obiad od rządu. Możliwe, że to dlatego niektórzy Polacy oklaskują prezydenta Andrzeja Dudę, który mówi, że „państwo coś wreszcie daje, a nie zabiera”, a licznik długu publicznego zainstalowany w Warszawie przez prof. Leszka Balcerowicza et consortes pozostaje ciekawostką.

W starych demokracjach, gdzie zarówno świadomość ekonomiczna obywateli, jak i poziom patrycypacji w życiu wyborczym są wyższe, politycy nauczyli się, że zamiast zwiększać ogólny poziom wydatków pod kątem wyborów poprzez zaciąganie długów i podkładać się w ten sposób opozycji, która będzie krytykować ich za brak fiskalnego umiaru, lepiej wydatki przeorganizować tak, by jak największa grupa wyborców dostrzegła je i uznała za korzystne. Nie liczy się suma wydatków, a ich kompozycja. To podejście wygląda na zdrowsze z punktu widzenia budżetu, chociaż nie ograniczyło ogólnego wzrostu długu w krajach Europy. Chyba że mowa o Niemczech, które notują budżetowe nadwyżki i dzięki racjonalnej polityce w ciągu ostatniej dekady zeszły z zadłużeniem z ponad 80 proc. do 68 proc. PKB.

A jak dokładnie wygląda mechanizm przesuwania wydatków z jednego miejsca w inne?

Vincenzo Bove z Uniwersytetu Essex i Georgios Efthyvoulou z Uniwersytetu Sheffield w pracy „Polityczne cykle w wydatkach publicznych: masło vs pistolety” zauważają, bazując na doświadczeniach 22 państw OECD, że na wyborczym cyklu traci często armia. W czasach pokoju wyborcy nie chcą łożyć na generałów i rządy przesuwają wydatki miliatrne na społeczne. I ciekawy niuans: jeśli jesteś w NATO, manipulujesz wydatkami w latach poprzedzających rok wyborczy; jeśli jesteś poza Sojuszem – manipulujesz w roku wyborczym. U nas armia ma mocną pozycję i na razie jej budżet rośnie.

Wyborcy jak rowerzyści

Intryguje pytanie, dlaczego właściwie wyborcy są fiskalnymi konserwatystami.

Jeśli uznamy ich za w pełni racjonalnych, to trzeba będzie powiedzieć, że rozumieją, iż wydawanie więcej, niż się ma, jest nierozsądne. Tyle że takie wytłumaczenie jest sprzeczne z tym, co obserwujemy na co dzień. Z jednej strony ludzie faktycznie nie chcą podwyżek podatków, z drugiej niezwykle chętnie przyjmują subsydia i zapomogi.

Niektórzy ekonomiści tłumaczą te sprzeczne tendencje zaburzeniem poznawczym, które nazywają „problemem rowerzysty” pokonującego pagórkowaty teren. Gdy zjeżdża z górki, jazda jest komfortowa, przyjemna i szybka, a to, że mknie bez problemu, przypisuje nie korzystnemu nachyleniu drogi, ale sobie i swoim umiejętnościom. Natomiast gdy wjeżdża pod górę, jego percepcja się zmienia: nagle to nie jemu brakuje sił i wprawy, to nachylenie jest zbyt mocne. Innymi słowy, jeśli gospodarka działa dobrze, ludzie przypisują tę zasługę sobie, jeśli coś się wali – winią rząd. „Problem rowerzysty” wskazuje nie tylko na nieracjonalność elektoratu, lecz także ilustruje, dlaczego dobre wskaźniki gospodarcze nie gwarantują reelekcji i dlaczego wyborcy krzywo patrzą na deficyty. Jeśli gospodarka działa dobrze i jednocześnie rząd prowadzi politykę utrzymywania wysokiego deficytu, wyborcy uznają to za objaw jego niekompetencji. Rozumują tak: skoro PKB rośnie, a bezrobocie jest małe, to przychody podatkowe też powinny, skąd zatem konieczność zwiększania deficytu? Nie zdają sobie sprawy, że deficyt ten jest napędzany ich własnymi żądaniami kolejnych świadczeń, bo ich apetyt na socjal stale rośnie, a nie maleje.

To właśnie nie całkiem racjonalne rozumowanie wyborców jest powodem, dla którego nie możemy powiedzieć, że stare i rozwinięte demokracje są wolne od manipulowania wydatkami pod kątem reelekcji. Po prostu tworzy ono pod nie grunt. W dojrzałych demokracjach strategia przesuwania wydatków jest bardzo popularna, a jej fundamentalną zasadą jest to, że wydatki nie są przesuwane do przypadkowych grup społecznych, ale do grup konkretnych. Łatwo się domyślić, co jest tutaj kryterium wyboru: liczebność grupy oraz koszt danego świadczenia przypadający na jej członka. Nie można wesprzeć grupy zbyt licznej, bo świadczenie będzie zbyt małe, by ktokolwiek je docenił, i nie można brać grupy zbyt małej, bo nie da to oczekiwanego efektu wyborczego. W skrócie: lepiej podnieść pensje czy zaoferować dodatki pielęgniarkom niż górnikom.

W tym kontekście rząd PiS prezentuje podejście hybrydowe: stosuje „targetowanie” beneficjentów polityki społecznej, ale finansuje je nie poprzez przesuwanie wydatków, lecz głównie poprzez ich zwiększanie. I trzeba przyznać, że próba zainkasowania głosów 5 mln ludzi jest naprawdę odważna, biorąc pod uwagę środki, które trzeba na nią przeznaczyć, i deficyt, który jest tego rezultatem. Planowany na koniec tego roku deficyt to 59,3 mld zł. Nawet jeśli – jak zapowiada rząd – będzie on koniec końców mniejszy o 10 mld zł, to i tak będzie to jeden z największych deficytów w historii Polski (jeśli mierzyć w wartościach nominalnych) i granicznie wysoki, jeśli chodzi o dopuszczalność deficytu określoną przez kryteria z Maastricht (można 3 proc., a będzie ok. 2,9 proc. w relacji do PKB). Zatem jakieś niebezpieczeństwo, że wyborcy przy urnie ukarzą rząd za to, za co on sam chciałby być nagrodzony, istnieje. Możliwe, że zamiast wręczyć społeczeństwu „Łapówkę plus”, rząd sam sobie podkłada świnię.

Oni wam zabiorą

Ale nie. Nasz rząd nie jest – przynajmniej pod tym względem – w ciemię bity i stosuje sprytną strategię, by ten scenariusz się nie ziścił. Mówiąc szczerze, zachowuje się tak, jakby dla odmiany dokładnie przeczytał cytowaną już tu pracę Klausa Armingeona i Nathalie Giger.

Badacze ci zauważają w niej pewien niuans. Wyborcy przy urnie nie myślą z konieczności o tym, że są beneficjentami programów socjalnych wprowadzonych przez dany rząd, nie są więc z konieczności mu wdzięczni. Wyborcy myślą o tym, co „w danej chwili, gdy podejmują decyzję, wysuwa się na pierwszy plan w ich głowie”, co jest często dziełem przypadku, a „ocena partii i kandydata nie jest rezultatem całościowej i kompleksowej oceny ich polityki”, jeśli więc „uwaga wyborców nie jest skierowana na kwestie polityki społecznej, ograniczenie jej zakresu nie będzie prowadziło do utraty głosów”. Badacze za przykład podają czas kampanii wyborczej w Niemczech w 2002 r., gdy można było spokojnie obcinać socjal, bo głównym tematem debaty społecznej była nadchodząca wojna w Iraku czy naprawa zniszczeń powodziowych we wschodniej części kraju. Jednak w trakcie kolejnej kampanii związki zawodowe stworzyły tak gorącą atmosferę wokół planowanego cięcia socjalu, że politycy nie mogli zrealizować go na zamierzoną skalę.

W kontekście działań naszego rządu wnioski są dość oczywiste. Żeby „Łapówka plus” zadziałała, wyborcy, po pierwsze, muszą mieć świadomość, komu zawdzięczają te wspaniałe dary, których wcześniejsze ekipy im poskąpiły. Po drugie, muszą być przekonani, że partie opozycji te dary w razie wyborczej wygranej im odbiorą. Po trzecie, muszą wierzyć, że owe dary nie obciążają ich kosztami podatkowymi, a deficyt jest przejściowy. Tu pomaga rządowa narracja, w której po prostu nagle pojawiają się w budżecie dodatkowe pieniądze (a to z banku centralnego, a to z walki z wyłudzeniami VAT): zobaczcie, dajemy, bo po prostu, co za szczęście, wpada więcej.

I wreszcie po czwarte, trzy poprzednie punkty muszą być „myślą numer jeden” Polaków w czasie przyszłych wyborów. Ten punkt jest najtrudniejszy do spełnienia, ale – gdy dysponujesz sprawną maszyną propagandy – wszystko da się zrobić. To, jak rząd traktuje media publiczne (a traktuje je właściwie jako przedłużenie własnego biura prasowego), to niezbyt subtelny, ale skuteczny sposób na dotarcie do świadomości milionów Polaków. W odrzuceniu konkurencyjnych narracji na pewno pomaga dyskredytowanie innych źródeł informacji jako „niepolskich”, a w przyszłości – konsekwentne działania w kierunku cenzury internetu.

Oczywiście nikt żadnemu rządowi nie da gwarancji, że kombinacja socjalu i kontroli nad informacją da dobry wynik wyborczy. W tym kontekście staje się jasne, dlaczego w Polsce wciąż rośnie liczba urzędników i dlaczego wstrzymano prywatyzację, a nawet zaczęto rozbudowywać sektor publiczny o kolejne spółki – to zamierzone i wyrachowane okopywanie swoich pozycji na wszelki wypadek, czyli zdobywanie dodatkowych głosów osób tam zatrudnionych.

Pamiętajmy jednak, że polscy politycy nie są wyjątkiem w, bądźmy szczerzy, cynicznym traktowaniu polityki budżetowej. To się robi wszędzie. Nie chciałbym też, byście odnieśli wrażenie, że cynikami są wyłącznie politycy PiS. Zbyt dobrze przecież pamiętamy słynne rozmowy z taśm „U Sowy”, w których były już prezes NBP Marek Belka oferował rządowi PO wsparcie gospodarki za pomocą polityki pieniężnej, które miałoby przełożyć się na większe poparcie dla rządu.

Cynizmu nie zwalczymy, możemy się jedynie nań zaszczepić. Tak naprawdę jedyną szczepionką jest rozpowszechnianie przekonania, które sformułował krótko amerykański konserwatywny ekonomista Thomas Sowell: „W ekonomii politycznej nie istnieją bezkosztowe rozwiązania, zawsze jest coś za coś”.

dziennik.pl

Antypolska krucjata komisarza Fransa Timmermansa

 

Unijny komisarz do spraw praworządności całe życie był niezwykle ambitny, mierzył wysoko. Ale trampoliną do politycznej kariery stał się dla niego dopiero konflikt z polskim rządem.

Z ultimatum dla polskich władz w sprawie zmian w sądownictwie Frans Timmermans był najwyraźniej tak dumny, że chciał, aby Róża Thun usłyszała je osobiście. Znana z radykalnych poglądów eurodeputowana Platformy Obywatelskiej znalazła się więc w środę 26 lipca w sali prasowej Komisji Europejskiej, do tej pory zarezerwowanej dla dziennikarzy.

– Czasami komisarz mówi, że można tego posłuchać – przyznała dwa dni później w Radiu Kraków, pytana, czy nie ma nic niezwykłego w tym, że polityk zapraszany jest do udziału w konferencji i siedzi wśród dziennikarzy. Czy nie zyskuje w ten sposób możliwości wpływania na interpretację przez zagraniczne media sporu między Warszawą i Brukselą?

Timmermans zażądał „naprawienia” w ciągu 30 dni niezawetowanej przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawy o ustroju sądów powszechnych, czego u progu wakacyjnej kanikuły spełnić się nie da, bo Sejm, podobnie jak Komisja Europejska, w tym czasie nie pracuje.

Dwa dni wcześniej, ku zaskoczeniu nie tylko zachodnich dyplomatów, ale i samego Jarosława Kaczyńskiego, prezydent zawetował ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Powstała zupełnie nowa dynamika, chyba pierwsza szansa na powstrzymanie polityki rządu w Warszawie, która zdaniem wielu zepchnęła Polskę na margines zjednoczonej Europy.

Niemcy od razu to zrozumieli, w przeciwieństwie do Fransa Timmermansa: Angela Merkel, choć na wakacjach, została o nowej sytuacji w Polsce powiadomiona natychmiast. A jej rzeczniczka jeszcze tego samego dnia przyznała, że decyzja Dudy powinna być punktem wyjścia do „wznowienia dialogu politycznego” między Warszawa i Brukselą.

Komisarz z przypadku

Spór Timmermansa z Polską toczy się już od kilkunastu miesięcy: najpierw o Trybunał Konstytucyjny, a potem o wiele innych ustaw przeforsowanych przez PiS. Dlatego Holendra w Warszawie znają dobrze, a jego postawa nie dziwi.

– Mimo że jest holenderskim katolikiem, ma niezwykle północną, żeby nie powiedzieć: kalwińską, mentalność, co oznacza bardzo duże przywiązanie do norm, reguł. To niezwykle utrudnia politykę, bo polityka jest od tego, żeby szukać kreatywnych rozwiązań, a nie normatywnych – mówi „Plusowi Minusowi” osoba związana z procesem europejskim w Brukseli. – Nie trzeba być Metternichem, aby zrozumieć, że prezydent Duda wprowadził cały układ władzy w Polsce w drganie, a to stwarza zupełnie nowe możliwości porozumienia – dodaje.

Irytacja Timmermansem po polskiej stronie jest tak duża, że niektórzy marzą wręcz, aby negocjacje o praworządności w Polsce poprowadził szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, eurofederalista, znany przecież ze wsłuchiwania się w oczekiwania Francji i Niemiec, który tak nisko ceni nowe kraje członkowskie, iż przez trzy lata urzędowania na czele europejskiej egzekutywy nie znalazł czasu, aby odwiedzić najważniejszy z nich – Polskę. To jednak marzenie ściętej głowy. Spór z Polską zaszedł tak daleko, został tak wyczerpująco opisany przez zachodnie media, że odebranie Holendrowi uprawnień do prowadzenia rozmów z naszym krajem nie wchodzi w grę. Zostałoby po prostu uznane za kapitulację Brukseli pod naciskiem rządu w Warszawie, który przez wielu na Zachodzie jest uważany za „nacjonalistyczny” i „skrajnie prawicowy”.

To, że Frans Timmermans ma możliwość użycia „guzika atomowego” – uruchomienia procedury, która po raz pierwszy w historii integracji może doprowadzić do pozbawienia jednego z krajów członkowskich prawa głosu w Radzie UE, a więc częściowo wykluczyć go z Unii – jest jednak zupełnym przypadkiem.

Na przełomie 2013 i 2014 r., gdy robiono przymiarki do nowej Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera, kandydatem Holandii na komisarza był Jeroen Dijsselbloem, ceniony przez Angelę Merkel ortodoksyjny minister finansów. Miał dostać niezwykle ważny dla wychodzącej z kryzysu Europy fotel komisarza ds. unii walutowej. Ale gdy wszystko już było uzgodnione, Dijsselbloem w programie telewizyjnym nieopatrznie nazwał szefa KE „nałogowym palaczem i pijakiem”. Juncker tak się obraził, że premier Mark Rutte musiał go osobiście przepraszać, a kandydatura Dijsselbloema została utopiona. Na jego miejsce Holendrzy wysunęli więc ministra spraw zagranicznych Fransa Timmermansa, ale dostali, jak się wówczas wydawało, znacznie mniej ważne stanowisko komisarza ds. praworządności i relacji międzyinstytucjonalnych.

– Wtedy nikt sobie przecież nie wyobrażał, że poza małymi Węgrami jakikolwiek kraj będzie miał kłopoty z respektowaniem podstawowych wartości europejskich – mówi „Plusowi Minusowi” Karel Lannoo, kolega Timmermansa ze studiów na Uniwersytecie Radbouda w Nijmegen, a dziś dyrektor Centrum Europejskich Analiz Politycznych (CEPS), jednej z najbardziej wpływowych instytucji w Brukseli.

Timmermans całe życie był niezwykle ambitny, mierzył wysoko. Jego ojciec, policjant z Limburgii, kiedyś ukarał mandatem lokalnego prokuratora, na co wcześniej nikt się nie odważył. Najwyraźniej to więc po nim Frans odziedziczył stanowczy, żeby nie powiedzieć: zadziorny, charakter – mówi portalowi Politico Paul Depla, zaprzyjaźniony z obecnym komisarzem polityk Partii Pracy (PvdA) i burmistrz holenderskiego Heerlen.

Timmermansa, podobnie jak jego ojca, cechują też kosmopolityzm, niezrozumienie przywiązania do narodowych wartości. – W jednej z audycji radiowych oświadczył wręcz, że musimy się pogodzić z fuzją naszych różnych tożsamości, że taka jest przyszłość, jeśli chcemy uniknąć wojny. A więc zasadniczo stwierdził, że musimy zapomnieć o tym, kim jesteśmy – mówi „Plusowi Minusowi” Thierry Baudet, inicjator referendum o odrzuceniu umowy stowarzyszeniowej z Ukrainą z 2016 r. i przywódca ugrupowania Forum na rzecz Demokracji.

Włoska trauma

Timmermans urodził się w 1961 r. w Holandii, w Maastricht, ale do szkoły podstawowej chodził już w Brukseli. Jego ojciec zajmował się ochroną holenderskich ambasad i przez to wraz z rodziną zmuszony był podróżować po świecie. Gdy Frans miał 11 lat, pojechał do Włoch, gdzie uczył się z dziećmi innych dyplomatów w Saint George’s English School w Rzymie. Ale i to nie trwało długo. Gdy rodzice się rozwiedli, wrócił do Holandii. Absolwent najpierw Uniwersytetu w Nijmegen (romanistyka), a potem Uniwersytetu w Nancy (prawo europejskie), Timmermans stał się w końcu poliglotą. Do tego stopnia, że gdy objął go pobór do wojska, armia uznała, że najlepiej przyda się do przesłuchiwania radzieckich jeńców, którzy mogliby trafić do niewoli, gdyby doszło do konfliktu z ZSRR.

– Jego rosyjski był po prostu znakomity. Gdy w sierpniu 1991 r. beton partyjny próbował przeprowadzić zamach stanu, Frans przedostał się do otoczonego przez wojsko parlamentu i przez dwa i pół dnia relacjonował nam na bieżąco przebieg kryzysu – wspominał wiele lat później były ambasador Holandii w Rosji Jaris Vos, który pracował wcześniej jako drugi sekretarz w Moskwie.

Z lat szkolnych Frans wyniósł jednak nie tylko znajomość świata, ale także głęboką traumę. Martin Mevius, dziennikarz Politico, opisuje, jak dopiero w wieku 41 lat, w 2002 r., Timmermans wyjawił swój wielki sekret: był seksualnie molestowany przez księdza w czasie szkolnej wycieczki do włoskiego regionu Abruzzo. To był moment, gdy w Holandii zaczęła wychodzić na jaw skala wykorzystywania dzieci przez kler. Miał być w nie zamieszany jeden z biskupów, a Timmermans swoim dramatycznym wyznaniem chciał go nakłonić do wyznania win.

Doświadczenie z dzieciństwa niewątpliwie sprawiło, że Holender ma niejednoznaczny stosunek do Kościoła, co może nie pozostawać bez wpływu na jego podejście do konserwatywnego rządu w Warszawie. – Chrześcijaństwo jest dla mnie inspiracją, podobnie jak życie Chrystusa i jego nauki, ale mówiąc szczerze, nie jest to coś, o czym myślę każdego dnia – przyznał w jednym z wywiadów telewizyjnych.

W tym samym czasie, kiedy ujawnił, że był molestowany przez księdza, jako deputowany z entuzjazmem poparł ustanowienie w Holandii, pierwszym kraju na świecie, małżeństw homoseksualnych. Inspiracją miała być dla niego powieść z młodości, „Pamiętniki Hadriana” Marguerite Yourcenar o miłości młodego mężczyzny.

Dziś Timmermans, mąż i ojciec czwórki dzieci, mieszkający w zamożnym miasteczku pod Brukselą – Tervuren – opowiada się już nie tylko za prawem do małżeństw homoseksualnych, ale także za adopcją przez nie dzieci. I to w całej Unii Europejskiej.

Polacy wyzwalają Bredę

Wielka kariera Timmermansa zaczęła się niedawno. I to niezbyt ładnie. Gdy w 2012 r. lider Partii Pracy (PvdA) Job Cohen chciał przesunąć swoje ugrupowanie zdecydowanie na lewo, światło dzienne ujrzał bardzo krytyczny wobec Cohena, wręcz ubliżający mu e-mail autorstwa przyszłego komisarza. Czy został on ujawniony mediom umyślnie, czy bez wiedzy autora? Do dziś nie wiadomo. Ale faktem pozostaje, że dzięki zmianie na czele ugrupowania Timmermans został desygnowany na szefa holenderskiej dyplomacji. Funkcję pełnił krótko, tylko dwa lata. Ale pełnił znakomicie. Gdy odchodził, nie było w Holandii polityka, który miał większe poparcie wśród wyborców – sięgało ono 75 proc.

Niewątpliwie w świadomości Holendrów pozostał obraz Timmermansa przemawiającego w siedzibie ONZ 23 lipca 2014 r., sześć dni po katastrofie na Ukrainie lotu MH17, w którym zginęło 193 jego rodaków. – Od czwartku nie przestaję myśleć, jak straszne musiały być ostatnie chwile ich życia, kiedy już wiedzieli, że samolot spada. Czy wzięli za ręce ukochanych, czy trzymali przy sercu swoje dzieci? Czy patrzyli sobie w oczy, po raz ostatni, w pożegnaniu bez słów – mówił z drżącym głosem, a sala Zgromadzenia Ogólnego pogrążyła się ciszy. Postawa Timmermansa niewątpliwie przyczyniła się do odzyskania od rosyjskich separatystów w Donbasie wraku samolotu i ustalenia, kto jest odpowiedzialny za zamach. Ale także do przekształcenia Holandii w jeden z najbardziej asertywnych wobec Rosji krajów zachodniej Europy.

Ja jednak zapamiętałem Timmermansa z czasu, gdy miesiąc przed jego wystąpieniem na forum ONZ przyjął mnie z grupą polskich dziennikarzy w holenderskim MSZ. To był czas, gdy napływ 200 tys. polskich emigrantów sprawił, że wiatr w żagle złapała holenderska skrajna prawica Geerta Wildersa. Timmermans przekonał wtedy króla Wilhelma Aleksandra, że powinien pojechać z wizytą państwową właśnie do Polski. Było to wielkie wyróżnienie, bo nowy król Holandii zaledwie rok wcześniej wstąpił na tron.

– Szybki wzrost nastrojów antyeuropejskich ma głębokie przyczyny – tłumaczył wtedy Timmermans „Rzeczpospolitej”. – Po poszerzeniu Unii staliśmy się relatywnie małym krajem, z czym trudno się pogodzić. Ale najważniejszy jest strach ludzi, którzy nie potrafią się odnaleźć w warunkach globalizacji. Z powodu kryzysu po raz pierwszy od II wojny światowej Holendrzy obawiają się, że ich dzieci będą żyły gorzej – dodał.

Timmermans miał też bardzo osobisty stosunek do Polski. Kojarzyła mu się z krajem, który ucieleśniał walkę z faszystowskim najeźdźcą, którego żołnierze walczyli o wolność innych, także Holendrów. To zapewne w istotnym stopniu tłumaczy zawód zmianami politycznymi w Polsce po 2015 r. i bardzo osobiste zaangażowanie w obronę demokracji w naszym kraju.

To z jego inicjatywy holenderskie MON zrehabilitowało generała Stanisława Sosabowskiego, któremu Brytyjczycy niesłusznie odebrali dowództwo brygady powietrzno-desantowej po porażce operacji Market Garden w okolicach Arnhem we wrześniu 1944 r.

– Gdy front stanął w Bredzie na wiele tygodni, polscy żołnierze zatrzymali się w domu mojej babki. Jeden z nich był z zawodu krawcem i uszył mojemu ojcu, który miał sześć lat, malutki mundurek. Ojciec w ten sposób stał się maskotką oddziału. Polacy obiecali babce, że gdy skończy się wojna, wrócą, aby ją odwiedzić. Ale żaden nie wrócił. To był czas, kiedy polscy żołnierze walczyli i ginęli za wolną Polskę, ale doczekać się jej nie mogli – wspominał holenderski minister.

Holandia skręca na prawo

Joaquin Almunia, który w latach 2004–2014 pracował w ekipie José Manuela Barroso najpierw jako kluczowy komisarz ds. walutowych, a później wiceszef KE odpowiedzialny za konkurencję, pamięta Timmermansa z czasów, gdy był ministrem ds. europejskich, a potem szefem holenderskiej dyplomacji.

– Jest Europejczykiem z przekonania, chce posunąć możliwie daleko integrację. Mówi zawsze jasno, logicznie. A gdy jest zagrożona demokracja, jak to jest na Węgrzech i w Polsce, nie można iść na kompromisy. Mam nadzieję, że Rada UE i Parlament Europejski zatwierdzą propozycje Timmermansa i całej Komisji Europejskiej, aby obronić podstawowe wartości Unii w tych krajach – mówi „Plusowi Minusowi” Almunia.

Już 15 lat temu Timmermans przyznał: „jest jasne, że taki kraj jak Holandia ma interes w budowie federalnej Europy z silnymi instytucjami”. Dlatego referendum w 2005 r., w którym Holendrzy, zaraz po Francuzach, odrzucili projekt europejskiej konstytucji, było dla niego szokiem.

Ale jak tłumaczy Jan Marinus Wiersma, ekspert holenderskiego instytutu spraw zagranicznych Clingendael, fiasko referendum to nie był epizod. Od tej pory Holendrzy stopniowo zaczęli się odwracać od idei integracji. Z kraju, który forsował budowę federalnej Europy, Holandia stała się państwem wobec Brukseli nieufnym, czasem nawet wrogim. Taki był skutek kryzysu finansowego i rosnącej polaryzacji dochodów, coraz większych trudności z integracją imigrantów i problemów z zapewnieniem bezpieczeństwa holenderskich miast.

Ale Timmermans nigdy chyba tej zmiany u swoich rodaków nie zrozumiał, a przynajmniej się z nią nie pogodził. – W styczniu 2014 r. zostałem zaproszony do parlamentu, aby wypowiedzieć się w imieniu 63 tys. ludzi, którzy wystąpili o organizację referendum w sprawie dalszego poszerzenia Unii. Tłumaczyłem, że im większa jest Wspólnota, tym możliwości działania naszego kraju bardziej ograniczone. Ale wtedy odezwał się Timmermans: „to nie ma sensu, ludzie nie rozumieją, co to oznacza więcej lub mniej suwerenności”. Mówił to z wyższością, wręcz z pogardą dla zwykłych ludzi – wspomina Thierry Baudet.

Rewolucja polityczna w Holandii pożarła nie tylko euroentuzjastów, ale także tradycyjną lewicę. Kraj mocno przechylił się na prawo. – Partia Pracy (PvdA) była kiedyś największą siłą polityczną w kraju, dziś spadła na piątą–szóstą pozycję. Timmermans zdecydował się na wyjazd do Brukseli, bo wiedział, że nie ma szans na karierę polityczną w Holandii, że premierem nigdy tam nie zostanie – uważa Karel Lannoo.

Pasztet z Polski

Ale to, co miało być wyłącznie ostatnią deską ratunku przed politycznym niebytem, okazało się dla Timmermansa trampoliną do kariery politycznej o międzynarodowym zasięgu. I to dzięki Polsce. Już od przełomu lat 2015/2016 Holender stał się twarzą Brukseli w sporze o Trybunał Konstytucyjny. Wolną rękę dali mu w tej sprawie zarówno Niemcy, jak i szef europejskiej egzekutywy Jean-Claude Juncker. – Po prostu tak długo, jak się da, nikt nie chce się zajmować tym pasztetem – mówi w Brukseli osoba zaangażowana w proces europejski.

Nad Wisłą uważa się, że spór o Trybunał Konstytucyjny na wczesnym etapie konfliktu wiosną ubiegłego roku można było rozwiązać polubownie. To był okres, gdy kontakty między rządem PiS a Komisją Europejską były bardzo intensywne, obie strony jeszcze nie zabrnęły zbyt daleko we wzajemnie wrogich deklaracjach. Ale dziś jest na to za późno. – Pacjenta trzeba ratować na wczesnym etapie choroby, nie kiedy zjeżdża ze stołu – mówi „Plusowi Minusowi” zachodni dyplomata.

Mimowolnie Timmermans stał się nieoczekiwanym sojusznikiem najbardziej radykalnej frakcji w polskim rządzie, tych, którzy grają pod twardy elektorat PiS i względy prezesa Kaczyńskiego. Jest wyraźnym wrogiem, idealnym celem do ataku w procesie „wstawania Polski z kolan”. „Ciągłe powtarzanie w korespondencji bezpodstawnych stwierdzeń o rzekomym braku wykonania wyroków TK nie służy dialogowi, który powinien być oparty na faktach i wzajemnym zaufaniu. Dlatego stanowczo proszę o wskazanie punktu sentencji w wyrokach TK z 3 lub 9 grudnia, który w opinii Pana Przewodniczącego nie został wykonany, lub zaprzestać formułowania pod adresem rządu bezpodstawnych zarzutów” – pisał już w marcu ub.r. do Timmermansa szef MSZ Witold Waszczykowski.

Później było już tylko gorzej. W lutym tego roku, na dorocznej konferencji bezpieczeństwa w Monachium, organizatorzy dość prowokacyjnie posadzili na jednym z paneli dyskusyjnych obu panów koło siebie.

– Kiedy Holandia, zgodnie ze standardami europejskimi, powoła Trybunał Konstytucyjny? – pytał retorycznie Waszczykowski. – Gdy w Holandii niezależność sądownictwa będzie podważana, sam wyjdę na ulice – odparł Timmermans. – Proszę nam pozwolić przestrzegać naszej konstytucji, a nie waszego wyobrażenia o niej – nie dał za wygraną szef MSZ. – Sami zwróciliście się do Komisji Weneckiej o opinie w tej sprawie – przypomniał Holender epizod, który omal nie kosztował Waszczykowskiego utraty ministerialnego stanowiska. – Oni dali wam bardzo jasną odpowiedź. Jedyną rzeczą, którą otrzymali w zamian, była wasza obraźliwa odpowiedź – dodał.

To nie był ton godny dwóch dyplomatów, rozmowa, która mogłaby prowadzić do kompromisu, porozumienia. Trzy miesiące później polski minister zarzucił Holendrowi, że „prowadzi osobistą krucjatę” przeciw Polsce, i uznał, że „nie jest odpowiednim partnerem” dla Polski, na co rzecznik KE Margaritis Schinas zarzucił Waszczykowskiemu, że „nie rozumie roli, struktury i kompetencji Komisji”.

Od tej pory kontakty, przynajmniej oficjalne, między obiema stronami właściwie zamarły. Pozostała „dyplomacja megafonowa”. – Chciałbym poprosić Fransa Timmermansa, żeby przestał z taką butą i arogancją wypowiadać się o Polsce i do Polski, do Polaków – mówił w ubiegłym tygodniu minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Komisarza, który wielokrotnie się chwalił, iż został Człowiekiem Roku „Gazety Wyborczej”, i który, choćby w sporze o Trybunał Konstytucyjny, ma tendencję do czerpania informacji tylko z jednej strony sporu politycznego w naszym kraju, rzecz jasna to tylko utwierdziło w przekonaniu, że „z Polską trzeba grać twardo”. Podstawowa zasada, którą świetnie rozumiała Margaret Thatcher, a dziś rozumie Victor Orbán, iż z Brukselą trzeba przede wszystkim negocjować, została w tym wypadku chyba ostatecznie zaniechana.

– Frans Timmermans nie rozumie swojej tragicznej roli. Z powodu jego postawy na naszych oczach pęka konsensus europejski na prawicy. To oznacza w dłuższej perspektywie trwałe osłabienie zaufania do Unii znacznej części Polaków. Timmermans jest dziś głównym sprawcą tego procesu, który jest groźny dla UE i dla Polski – mówi „Plusowi Minusowi” mający umiarkowane poglądy minister ds. europejskich Konrad Szymański.

– Inni komisarze zarzucają Timmermansowi, że jest zbyt elastyczny. Ostatnio sprzeciwił się np. pozwaniu Belgii za łamanie niektórych zasad jednolitego rynku. Ale w sprawie Polski przyjął pryncypialne stanowisko – zauważa Karel Lannoo.

Dlatego dziś wydaje się przesądzone, że Komisja Europejska będzie wnioskować o pozbawienie Polski prawa do głosowania w Radzie UE. I choć jest równie prawdopodobne, że kraje Unii, na czele z Niemcami, nie dopuszczą do tak drastycznej decyzji, a nawet do głosowania nad nią, efekt psychologiczny będzie ogromny. W ten sposób Timmermans, ten zdeklarowany Europejczyk, przejdzie do historii jako człowiek, który razem z najbardziej radykalnymi członkami rządu PiS wydatnie przyczynił się do ponownego otworzenia historycznych ran, które pozostały po konfliktach między „starą” i „nową” Europą.

rp.pl

Joanna Szymula

PiS nie lubi elity, dlatego niszczy edukację

30 lipca 2017

Organizacje obywatelskie i politycy składają w Sejmie podpisy za zorganizowaniem referendum edukacyjnego

Organizacje obywatelskie i politycy składają w Sejmie podpisy za zorganizowaniem referendum edukacyjnego (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

W Polsce trwa męczące dręczenie edukacji, wolności i szczęśliwego życia. Nie trzeba już pytać o przyszłość polskiej szkoły. Wystarczy uważnie słuchać polityków Prawa i Sprawiedliwości. To jest właśnie przyszła szkoła i model nauczyciela.

Wyznacznikiem początku edukacji w Polsce są słynne, pogardliwe słowa Jarosława Kaczyńskiego ze zwycięskiego wyborczego wiecu: „Teraz idźcie się bawić, a my będziemy pracować”. To do nas. To nam, wszystkim rozumnym, aktywnym, pracującym i niepracującym Polkom i Polakom ów poseł zaśmiał się w twarz: – Teraz wam pokażę.

Żaden język nie opisze tej podłości komunikacyjnej, zamachu na myślenie i rozsądek.

Wszystkie zmiany szkolne PiS przeprowadził w pył przed wakacjami. Jakby chciano właśnie powiedzieć: idźcie, bawcie się, my was teraz nauczymy. I stało się.

 Kto uczy się najgorzej

Po każdym występie polityków PiS oblewa nas, obywatelki i obywateli, wyjątkowa pogarda i szyderstwo. Można pytać w nieskończoność, czy to możliwe, aby społeczeństwo nabierające przez 28 lat odwagi w demokracji tak łatwo dało się ukołysać i nie odczytało groźby nadchodzącej od 2015 r. dyktatury, mimo że dzień w dzień ciągle słyszymy wyszlifowane strofy wyjątkowego zakłamania.

Dlaczego liczna część Polek i Polaków tak posłusznie reaguje na aktorszczyznę stojących przy mikrofonach polityków PiS (i prezydenta), którzy w żywe oczy wymawiają pewne dźwięki, uważając je za znaczące słowa?

Jeśli odpowiedź trudno znaleźć, to niech dewizą nowej, demokratycznej i wstrząsowej edukacji będą słowa Emila Zoli: „W polityce cała sztuka polega na tym, aby mieć dobre oczy i umieć wykorzystać ślepotę innych”.

Co będzie z polską szkołą? Ona już jest: część narodu ma w niej piątki, ale większość jedynki. Kto uczy się najgorzej?

Zbliżają się do prawdy

Może niektórzy odbiorcy dziwią się jeszcze, dlaczego posłowie PiS potrafią identycznie wszystko powtarzać w różnych częściach dnia? Nie, to nie ich telepatyczna inteligencja. Dla nieznających tego fenomenu podpowiedź: to tylko wgrane w tablety gotowe myśli i tematy, które powtarzanie we wszystkich wystąpieniach medialnych powoduje u słuchaczy przekonanie („Wycinka drzew uzdrawia Puszczę Białowieską”), że to jest jednak prawda. Nad językiem politycznym PiS pracują bowiem zręczni nauczyciele retoryki (PR-u). Pierwszą rzeczą, którą wpoili swoim uczniom – klasowym koleżankom i kolegom minister Anny Zalewskiej i marszałka prof. Ryszarda Terleckiego – to to, żeby korzystać z mętliku znaczeniowego, a nie samych argumentów (Bartosz Jóźwiak, Kukiz’15: „Broń jest prawem przyrodzonym człowieka. Nie może być tak, że człowiek musi udowadniać, że na broń zasłużył”).

Już filozofowie w starożytnej Grecji odkrywają, że pewne schematy myślenia można zamieniać w swoiste sztuczki oratorskie, aby osiągnąć pożądany cel dla zabawnej, własnej satysfakcji, a nie realnego, szlachetnego skutku.

Właśnie w tym stylu wyuczeni posłowie PiS łamią wszystkie zasady komunikacji tak żmudnie zbudowane demokracją, a posługując się nierzeczowymi, z zasady nieuczciwymi chwytami, z premedytacją i podstępem językowym zwabiają publiczność (uczniów). To jeszcze nie wszystko – chwyty należy tak regularnie powtarzać, aż odbiorcy na ich mglistość się zgodzą i bezwiednie uczynią własnym myśleniem (J. Kaczyński: „Powoli zbliżamy się do prawdy”, „Opozycja mówi o zamachu stanu. A czy grożenie ulicą nie jest czasem zamachem stanu?”).

Ktoś zapyta, dlaczego przesunięto wiek szkolny do siedmiu lat? Właśnie po to, żeby zdominować logiczny umysł dziecięcych dociekań i tym samym szybko wyrobić zgodę na kłamstwa.

Usypianie rozumu

To zjawisko nakierowania przekazu myśli na gry słowne (J. Kaczyński i J. Brudziński: „Cała Polska z was się śmieje /komuniści i złodzieje!”) rozkwitło w XIX wieku, by udoskonalić się w okresie międzywojennym wraz z rozwojem powszechnej komunikacji i reklamy, a także propagandy totalitarnej (Kornel Morawiecki: „Wszystko, co służy narodowi, jest prawem, wszystko, co mu szkodzi – jest bezprawiem”). Dzisiaj w dobie internetu i zróżnicowanych mediów święcimy triumf naśmiewania się z rozumu. Taka ma być nasza polska szkoła. Polski PiS celuje w tym.

Jesteśmy w szkole PiS-u, więc zobaczmy, jak trzeba rozwijać nierzeczowość, aby uśpić ludzki rozum i pozwolić mu gnuśnieć na warunkach nadawcy. Oto kilka przykładów.

Chwyt odwołujący się do poczucia strachu z elementami groźby (słowa premier B. Szydło podczas uroczystości Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Niemieckich Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych w Auschwitz-Birkenau: „Auschwitz to lekcja tego, że należy uczynić wszystko, aby uchronić swoich obywateli”). Potoki składniowe mieszające w dowolny sposób układność wobec zwierzchniej władzy, arogancję i prostactwo językowe (np. wypowiedzi bez zatrzymania posłów J. Sasina, R. Czarneckiego, B. Kempy).

Powtórzenia w poezji politycznej ministra M. Błaszczaka („totalna opozycja, totalna opozycja, totalna opozycja”, „żołnierze wyklęci” zamiast tradycyjnego określenia „leśni” itd.). Uderzanie w majestat autorytetów, podważanie czyichś poglądów przy jednoczesnym obniżaniu szacunku do danych osób („Sędziowie to klika”, „pokomunistyczne elity” – w domyśle artyści, intelektualiści, urzędnicy i pracownicy spoza PiS).

Stosowanie prymitywnych i groźnych paradoksów (K. Pawłowicz: „Państwo [środowisko sędziowskie] powinniście, jak w Korei, przejść reedukację w obozach uczących demokracji”).

„Wszystko jest nasze”

Ale najbardziej perfekcyjnie partia wyuczyła się argumentum ad populum, populistycznego chwytu argumentacyjnego, poprzez który bazując na potrzebach, uprzedzeniach i próżności odbiorców, pozyskuje ich przychylność dla swoich działań. W ten sposób uczyniła pewną część społeczeństwa gorliwymi lub nieumyślnymi sprzymierzeńcami, uczniami.

Dlatego że „naród nas wybrał”, „suweren tak zdecydował”. Ot i cała szuka PiS-u rozpisana na identyczne role: sztuka obojętności na znaczenie słów.

Trzeba tu zmartwić kilka milionów osób: to zwyciężanie się udaje, bo w języku PiS zawarło się przekonanie o niekompetencji odbiorców (też chwyt), co, jak się okazuje, nie budzi już zażenowania ani w PiS (nauczycielach), ani w dużych grupach społecznych (uczniach).

Wygląda na to, że partia opisuje świat od początku: posłowie jakby wychylili się z jaskini i krzyknęli „to!”, czyli wszystko nasze. Jeśli tak jest, to jaka teraz będzie polska szkoła? PiS na siłę identyfikuje swoje zamiary z wolą społeczeństwa, bo traktuje nas jako ciemną, nieinteligentną masę głów. Posługuje się nami, żeby udowadniać swoją słuszność. Dlatego polska szkoła ma być ich modelowym tworem fikcji intelektualnej, w której nadrzędne będzie policzenie do trzech (kiedy np. demonstruje 50 tysięcy), uznanie nauki jako tajemnicy pewnej kasty (nieufność do teorii ewolucji, zmian klimatycznych, Harry’ego Pottera, bajek Ezopa, W. Gombrowicza, O. Tokarczuk), a wiedzy o społeczeństwie jako wesołego, patriotycznego jarmarku.

PiS nie lubi „elity”, bo każdy do niej aspiruje. Każdy znajduje swój ważny świat. Każdy.

Obrońmy polską szkołę przed upadkiem języka, niemoralnością wzajemnych postaw i bezmyślną egzystencją.

wyborcza.pl

Bitwa hybrydowa i lewacy z fejsbuczka, a w tle ubekistan. Dr Targalski tłumaczy, jak było

raq, 04.08.2017

 

Jerzy Targalski w TV Republika

Jerzy Targalski w TV Republika (TV Republika / YouTube)

Historyk dr Jerzy Targalski w kilka minut szczegółowo objaśnił genezę protestów w obronie sądów. A dokładnie, jak mówił, „ubekistanu”. Tak, było o pieniądzach Sorosa i sieciach powiązań, ale nie tylko.

Tematem najnowszego odcinka „Geopolitycznego Tygla” w TV Republika była „międzynarodówka lewacka sponsorowana przez George’a Sorosa”. Temat bardzo aktualny, bo nazwisko amerykańskiego finansisty pochodzenia węgiersko-żydowskiego w ostatnich dniach pada setki razy w prorządowych mediach.

Formuła programu, trzeba przyznać, oryginalna – ekspert z kotem na kolanach, głaszczący go tym intensywniej, im ważniejsze dla światowego porządku kwestie akurat poruszał.

Dr Targalski, historyk, współautor „Resortowych dzieci”, szybko przeszedł do konkretów, by objaśnić widzom, o co chodziło z ostatnimi ogólnopolskimi protestami.

Tajna, zaplanowana bitwa hybrydowa

Jednym z działań tajnych i przygotowanych jest tzw. ostatnia bitwa hybrydowa w Polsce, która jest elementem wojny hybrydowej, którą Niemcy, Soros i rodzima ubecja toczą przeciwko Polsce

Ostatni bunt młodzieży z fejsbuczka był organizowany przez grupę Akcja Demokracja. Ta grupa powstała w 2015 roku, dziwnie przypadkowo, kiedy zmieniała się władza w Polsce

– mówił dr Targalski.

Dalej tłumaczył, że szefowa tej organizacji zaczynała od tego, że „zwalczała smog, ale zwalczała przede wszystkim uniewinnienie Mariusza Kamińskiego”.

– Więc jeżeli walczyła o to, żeby sądy ubeckie mogły skazywać ludzi walczących z korupcją, to czy jest dziwne, że potem starała się zapewnić tym ubeckim sądom bezpieczeństwo i dalszą bezkarność? – pytał Targalski.

Pajęczyna powiązań

Akcja Demokracja oczywiście nie powstała przypadkiem, tylko została sfinansowana przez niemiecką organizację, która z kolei jest finansowana przez Sorosa – tłumaczył dr Targalski.

Dalej mówił o tropach prowadzących do Stanów Zjednoczonych i Australii. Podał bardzo dużo nazwisk i nazw organizacji. Podobnie jak TV Republika, nie byliśmy w stanie ich spisać. Tu przydałyby się plansze z „Wiadomości”.

W każdym razie w całej tej historii, której kluczowi gracze rozsiani są po różnych kontynentach, chodziło o utworzenie międzynarodówki lewackiej, m.in. w internecie.

Przestraszony prezydent

Po co to wszystko? Dr Targalski odpowiada:

Stworzono pozór rewolucji, której zadaniem było tak przestraszyć decydentów, z prezydentem na czele, żeby naprawdę uwierzył, że za chwilę cała Polska stanie w obronie ubekistanu

Pomiędzy kolejnymi ujawnianymi elementami układanki dr Targalski wyznał:

Ja tu jestem odpowiedzialny za moje koty, a nie za kulę ziemską

W jednym z poprzednich występów w TV Republika dr Targalski zdradził, dlaczego prezydent Andrzej Duda zawetował ustawy o KRS i SN. Mianowicie omotała go bezpieka „Uchem prezesa”.

„Timmers-sramers niech nas proszę pana wywali z Unii”. Wojciech Cejrowski daje popis w TVP

http://www.gazeta.tv/plej/19,150682,21770256,video.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,22194516,bitwa-hybrydowa-i-lewacy-z-fejsbuczka-a-w-tle-ubekistan-dr.html

%d blogerów lubi to: