Tag Archives: Radosław Sikorski

Na Dudzie czapka gore

Zwykły wpis

Dla PiS jedyną szansą na utrzymanie się przy władzy jest zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. Jak pokazują jednak ostatnie sondaże, poparcie dla Dudy spada, co bardzo niepokoi polityków partii rządzącej. Rzeczywiście, w I turze nie udałoby się Dudzie przekroczyć 50%, a w drugiej, gdyby jego rywalem był Władysław Kosiniak-Kamysz, to przegrałby stosunkiem głosów 43,9% do 45,9%.

Niebawem ukaże się wywiad z Jarosławem Kaczyńskim w „Gazecie Polskiej”, ale już wiadomo, że prezes, zaniepokojony takimi wynikami sondaży, zaapeluje do swoich kolegów partyjnych o maksymalne wsparcie.

Jak twierdzi Kaczyński, „wszyscy politycy naszego obozu muszą mieć świadomość, że teraz mają zapomnieć o własnych ambicjach, karierach politycznych czy jakichś planach rozbudowy swoich formacji. Prezydent Andrzej Duda wygra wybory tylko wówczas, gdy wszyscy będą ofiarnie pracowali na jego sukces, a nie rozglądali się za korzyściami dla siebie”.

Kaczyński przypomina, że priorytetem polityków obozu władzy jest program, „który obiecaliśmy naszym wyborcom zrealizować”, tak więc teraz, wszystkie ręce na pokład, koniec z gierkami i wojenkami.

Nawoływania Kaczyńskiego to jedno, ale chcemy wierzyć, że tym razem afery i wpadki partii rządzącej obudzą wielu Polaków i pójdą oni do urn wyborczych, pokazując Dudzie i prezesowi czerwoną kartkę. To już tylko nieco ponad dwa miesiące i przekonamy się, jaką Polskę wybierze naród.

Kmicic z chesterfieldem

Czy Polacy pozbywają się złudzeń i odkrywają, że rządzi w kraju mafia?

Że już niedługo ten kraj będzie dysfunkcjonalny z pokraką rządzącym zza kordonu ochroniarzy za pomocą ancymonków typu Mateusz Morawiecki?

Materiał TVN o agencie Tomku świadczy, iż staliśmy się republiką bananową i Unia Europejska taki twór musi wydalić, bo jest zbiorem państw demokratycznych.

Czy jest dla nas nadzieja? Wydaje się, że tak. I jedyna formacja, która może wykopać PiS od koryta to Platforma Obywatelska, która właśnie mieniła szefa. Nielubiany Grzegorz Schetyna został zastąpiony przez Borysa Budkę.

Kaczyński nauczył się, jak opozycję szczuć samą na siebie. I tutaj może być problem, iż zaraz przy nogawce Budki znajdzie się zaraz szczekający piesek pieprzący od rzeczy, w czym ostatnio specjalizuje się Zandberg.

Polska nie jest skazana na klęskę, lecz historia pokazuje, że nie potrafimy się bronić przed wrogami wewnętrznymi. Kiedyś była to Targowica, formacja toczka w toczkę podobna do dzisiejszego PiS, wówczas…

View original post 864 słowa więcej

 

Akt Odnowy Rzeczypospolitej

Zwykły wpis

Jednym z najczęściej powtarzanych sloganów, jakie pojawiają się z dużą regularnością w przekazach TVP i wieczornych wydaniach Wiadomości jest to, że sejmowa opozycja jest totalna, nie może się pogodzić w werdyktem wyborców z 2015 roku i w ogóle to poza byciem “antyPiS-em”, likwidacją 500+ oraz podniesieniem wieku emerytalnego nie ma żadnego programu. W materiałach reporterów wieczornego wydania flagowego serwisu informacyjnego “dobrej zmiany” nawet jeśli pojawiają się zapowiedzi wprowadzenia szeregu ustaw przez koalicję opozycji, to przedstawiane są one wyłącznie jako zapowiedzi “cofnięcia szeregu ustaw, przyjętych przez obóz Zjednoczonej Prawicy”. Widz zatem, karmiony na co dzień informacjami, że opozycja to, w przeciwieństwie do cudownego PiS-u, samo zło, ma oczywiście sam sobie dopowiedzieć, że skoro opozycja chce cofać reformy, to pewnie chodzi jej właśnie o programy rządowego rozdawnictwa pieniędzy. 

Tymczasem, to co Grzegorz Schetyna zapowiedział jako “Akt Odnowy Rzeczpospolitej” to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy oczywiście w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera jednak siedem punktów, które wcale nie dotyczą polityki społecznej, ale wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

W projekcie jest też mowa o przywróceniu niezależności Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądowniczej. Nie wiadomo, jak na tę propozycję zareagują członkowie obecnego TK, jednak posłowie PO obiecują, że ich partia nie posunie się do pisowskich metod. Jak podkreśla Bartosz Arłukowicz „To nie może być tak jak w tej kadencji się to działo , że w nocy przyjmowane ustawy dewastują całkowicie system”.

Wbrew rządowej propagandzie, program “Rodzina 500+” z pewnością zniesiony nie zostanie, gdyż wpisał się on trwale w polski krajobraz polityczny. Według zamierzeń Platformy Obywatelskiej, program może zostać wręcz rozszerzony na pierwsze dziecko w rodzinie, zwłaszcza w przypadku samotnych matek, które przypomnijmy lada moment, wskutek podwyżki płacy minimalnej, mogą trwale stracić szansę na świadczenie. 

Choć posłowie z pozostałych klubów opozycyjnych, tj. Polskiego Stronnictwa Ludowego i Nowoczesnej mówią, że “Akt Odnowy Rzeczpospolitej” to póki co projekt Platformy Obywatelskiej, nie konsultowany z pozostałymi klubami, to zgadzają się z nieuchronną potrzebą przywrócenia fundamentów demokracji i sprawnego funkcjonowania państwa, przez co rozumieją apolityczną służbę cywilną, suwerenną władzę samorządów oraz niezależny i niezawisły wymiar sprawiedliwości.

Depresja plemnika

Dwie sceny mogą być symbolem trzeciego roku rządów „zjednoczonej prawicy”. Konkretne do bólu. Policzek wymierzony przez funkcjonariuszkę obecnej władzy kobiecie domagającej się od prezydenta Dudy respektowania naszej konstytucji. I wyprowadzenie przez policję Władysława Frasyniuka w kajdankach z jego własnego domu.

View original post 4 890 słów więcej

 

Autorytaryzm PiS. Jak skończy Polska?

Zwykły wpis

Komentarz „Pod sąd” ukazał się w najnowszym wydaniu tygodnika „Der Spiegel”. Autor Jan Puhl ostro krytykuje rozwój sytuacji w trzech krajach w Europie Środkowej i Południowo-Wschodniej.

„Postkomunistyczny rząd w Bukareszcie tworzy system prawny, który ma chronić skorumpowanych polityków we własnych szeregach” – ocenia Puhl. Te „reformy”, jak pisze, cofają Rumunię pod względem praworządności do czasów sprzed wejścia do UE w 2007 roku. I właśnie ten kraj ma 1 stycznia przejąć przewodnictwo w UE – podkreśla autor.

„Na Węgrzech premier Wiktor Orban kontroluje media i aparat państwowy aż do najniższych struktur” – pisze Puhl. Jak dodaje, uchwalona w zeszłym tygodniu reforma sądownictwa dała mu kontrolę nad sądami administracyjnymi.

„W Polsce – kontynuuje dziennikarz „Spiegla” – narodowo-konserwatywny rząd znajduje się od dawna w klinczu z Brukselą, ponieważ pozbawił władzy Trybunał Konstytucyjny i chce kontrolować także inne sądy”.

Jak postępować z autokratami?

Jak Bruksela powinna postępować z autokratami na Wschodzie? – pyta Puhl. Jego zdaniem wskazówką może być sukces odniesiony przez Unię Europejską w tym tygodniu.

„Prezydent Polski Andrzej Duda podpisał ustawę przywracającą do pracy sędziów, którzy wcześniej zostali odwołani z Sądu Najwyższego. Głowa państwa zrealizowała tym samym wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE” – pisze autor. Jego zdaniem ta sprawa „wyznacza kierunek” postępowania w podobnych przypadkach. „Polska zareagowała na presję UE” – podkreśla Puhl.

„Spiegel” przypomina, dotychczasowe działania Komisji Europejskiej nie przynosiły rezultatów. Pomimo twardego stanowiska, przejawiającego się uruchomieniem wobec Polski i Węgier postępowania na podstawie art. 7 traktatów unijnych, ani Warszawa, ani Budapeszt i nie okazywały woli kompromisu.

Puhl tłumaczy, że postępowanie z art. 7 jest żmudne i wymaga jednomyślności, a Warszawa i Budapeszt wzajemnie się wspierają.

TSUE zamiast artykułu siódmego

Autor zwraca uwagę, że „narodowo-populistycznym rządom” łatwo przychodzi dyskredytowanie postępowania z art. 7 jako „politycznej intrygi europejskiej lewicy”. Część opinii publicznej w Europie Wschodniej „kupuje” ten argument, gdyż uważa, że europejskie elity są rzeczywiście aroganckie i wywyższają się.

Inaczej jest z wyrokiem TSUE, na który Polska zareagowała. Gdyby zignorowała orzeczenie, postawiłaby się „poza europejskim porządkiem prawnym”, co byłoby politycznie wysoce ryzykowne.

„Chociaż wielu Węgrów, Polaków i Rumunów narzeka na Unię, to większość społeczeństwa popiera ją. Być może są za tym, by ich kraje występowały w Brukseli z większą pewnością siebie, by „powstały z kolan”, jak mówi polski rząd. Nikt nie chce jednak wyjścia z UE. Ani Orban, ani narodowi konserwatyści w Warszawie, ani postkomuniści w Bukareszcie nie mają mandatu, by wyprowadzić swoje kraje z UE” – czytamy w „Spieglu”.

Przykład Polski pokazuje, że unijna egzekutywa, czyli Komisja i Rada, są „pozbawione zębów” wobec krajów naruszających unijne zasady. Obie instytucje nie powinny „mieszać się” do tych spraw. Zgodnie z zasadą podziału władzy, stanie na straży zasad prawnych należy do kompetencji władzy sądowniczej.

Kraje, które naruszają unijne prawo, muszą być zaskarżane do TSUE. To Trybunał powinien decydować, jakie przepisy w Polsce, na Węgrzech czy w Rumunii lub w innych krajach są sprzeczne z prawem i powinny być odwołane. „UE musi stać się zdolna do skutecznej obrony demokracji” – konkluduje Puhl.

O tym samym w „Washington Post” >>>

Depresja plemnika

Najważniejsze zadanie polityczne demokratycznej opozycji w nadchodzącym roku to jej wygrana w wyborach.

View original post 6 187 słów więcej

 

Ukraść – to najlepiej potrafią politycy PiS

Zwykły wpis

Droga naukowa skompromitowanego byłego szefa PiS – owskiej Komisji Nadzoru Finansowego przypomina jako żywo kariery „towarzyszy” z PRL- u.

37-latek piął się w błyskawicznym tempie po szczeblach kariery i to nie tylko w polityce, ale i w gremiach naukowych. Kiedy składał wniosek o habilitację, zajmował już ważne stanowiska – od października 2015 r. należał do zespołu koordynacyjnego Narodowej Rady Rozwoju, a od stycznia 2016 r. – był członkiem Rady Polityki Pieniężnej. Gdyby nie ostatnia wpadka, pewnie nie wyszła by na jaw haniebna kompromitacja towarzysząca jego procesowi habilitacyjnemu.

Ochraniany przez Adama Glapińskiego, mimo krytycznych recenzji – w jednym przypadku wręcz miażdżącej – oraz zarzutów o plagiat w monografii pracy habilitacyjnej, Chrzanowski tytuł uzyskał.

„Gdybym był na miejscu dr Chrzanowskiego wycofałbym wniosek habilitacyjny” – ocenił na posiedzeniu komisji habilitacyjnej powołanej przez Centralną Komisję Stopni i Tytułów jej przewodniczący prof. Stanisław Owsiak z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Ale Marek Chrzanowski nie wycofał wniosku.

„Wiele z kryteriów na stopień doktora habilitowanego nie zostało w pełni spełnionych przez habilitanta” – mówił tymczasem prof. Owsiak tłumacząc, dlaczego nie zagłosuje za „awansem”.

Nie był odosobniony w swojej opinii, bo trzy recenzje monografii habilitacyjnej zawierały krytyczne uwagi co do dorobku naukowego Chrzanowskiego. Podkreślały zaledwie 30 pozycji ani jednej publikacji za granicą, publikacje głównie w wydawnictwie własnej uczelni, zbyt mało prac w renomowanych czasopismach posiadających Impact Factor.

Jedna z trzech recenzji zawierała tak miażdżącą ocenę dorobku naukowego i samej monografii, że jej autor negatywnie zaopiniował wniosek habilitacyjny. „Oblanie habilitacji to już nie jest tylko kwestia honoru” – komentuje rozmówca „Rzeczpospolitej”… podkreślając, że Chrzanowski ma „anioła stróża” w osobie obecnego szefa NBP Adama Glapińskiego, który miał go „wymyślić” i ostatecznie rekomendował do Rady Polityki Pieniężnej

Miarą kontrowersji wokół oceny dorobku naukowego Chrzanowskiego była prawdziwa burza podczas posiedzenia Rady Kolegium Zarządzania i Finansów SGH. Z 51 głosujących aż 17 było przeciw lub wstrzymało się od głosu.

Na Radę Wydziału przybył również Adam Glapiński – dowiadujemy się z Rzeczpospolitej. „Anioł stróż był i pilnował do ostatniej chwili i kibicował, bo mogło być różnie” – ocenił rozmówca dziennika.

W piątek Adam Glapiński w rozmowie z dziennikarzami był konsekwentny i bez mrugnięcia powieką powiedział do kamer telewizyjnych: „Obyśmy mieli więcej takich 37-letnich profesorów w pełni profesjonalnych, uczciwych i szlachetnych.

„To jest miś na skale naszych możliwości. Ty wiesz co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie, mówimy, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!…. Pasuje idealnie, do słupka, do logo i do wielu innych pomysłów… Miś” – napisał czytelnik Dariusz Sędziak pod artykułem w Business Insider Polska, informującym o prezentacji logo CPK i Portu Lotniczego „Solidarność”.

To jest najlepszy komentarz do zaprezentowanej w czwartek 15 listopada wizualizacji nowego lotniska, mającego powstać między Warszawą i Łodzią, obliczonego na 100 mln pasażerów rocznie.

Logotyp przyszłego Centralnego Portu Komunikacyjny, którego budowa ma pochłonąć 35 mld zł, pokazano na grafice, nie uzyskawszy do niej praw autorskich. Agencja Podpunkt, która go przygotowała, idąc na łatwiznę po prostu ukradła grafikę przedstawiającą projekt lotniska Amsterdam Schiphol i bez skrupułów posłużyła się nią.

„W związku z powyższym wyciągniemy konsekwencje wobec naszego podwykonawcy” – zapowiada pokornie zespół projektowy CPK, a współpracująca z nim Agencja Podpunkt przeprasza za błąd… I co z tego, skoro zaliczamy kolejną kompromitację.  Agencja Podpunkt idąc na łatwiznę po prostu ukradła grafikę przedstawiającą projekt lotniska Amsterdam Schiphol, i bez skrupułów posłużyła się nią.

W odpowiedzi na to zawrzało w sieci, zwłaszcza że internauci kwestionują również autorstwo samego logotypu zwracając uwagę, iż plasuje się on niebezpiecznie blisko istniejących już logotypów i wskazują m.in. na Subway oraz Solaris.

„Jest jakoś znajome”… – piszą na Twitterze . Kpią i pytają czy to „znowu kolega prezesa zrobił Logo?? Ludzie, jak długo jeszcze? Przecież mamy w Polsce genialnych grafików!!! – napisał reżyser Redbad Klynstra.

>>>

Ukraść – czasownik, który na trwałe definiuje PiS.

Depresja plemnika

Nie wierzę w wymuszanie „indywidualnej” łapówki na sumę 40 mln, dlatego że takiej kwoty żadna osoba fizyczna nie ukryje. Wydaje się więc, że zaczął się systemowy proces wywłaszczania i szantażowania, że to jest odgórny plan, by w ten sposób gromadzić wielką fortunę na zapleczu tego obozu politycznego. To, co zobaczyliśmy, jest systemowe: władza PiS robi to, co kilka lat temu zaczął robić na Węgrzech Orbán – tam grupa skupiona wokół premiera zaczęła wywłaszczać ludzi z własności prywatnej – mówi prof. Radosław Markowski, politolog. – Od dawna tłumaczę, że ośrodki badania opinii publicznej, które pokazywały poparcie dla tej partii na poziomie 45-48 proc., mają kłopoty z bazową umiejętnością ważenia i szacowania poparcia dla partii politycznych. Takiego poparcia nigdy nie było. PiS miał w ostatnich wyborach 5 mln 700 tys. głosów, w październiku 2015, i takiego poparcia już dawno nie ma. Dziś mają ok. 5 mln, raczej z tendencją spadkową –…

View original post 3 111 słów więcej

Dla dobra Polski PiS należy przegnać od koryta kołkiem osikowym, tych wampirów wykrwawiających kraj

Zwykły wpis

Schetyna o sprawie KNF: Czysta korupcja. To są rzeczy i sprawy, przez które upadają rządy w krajach demokratycznych. Komisja śledcza z udziałem opozycji najlepszym pomysłem

Czysta korupcja. To jest przecież Komisja Nadzoru Finansowego – organizacja, która ma gwarantować depozyty Polaków. Tutaj jest wpisana w korupcyjną propozycję. Autorem jest osoba, która została nominowana przez premier Szydło. To jest skandal. To są rzeczy i sprawy, przez które upadają rządy w krajach demokratycznych. Mam nadzieję, jestem przekonany, że premier Morawiecki będzie reagował w tej kwestii. Najlepszym pomysłem dzisiaj jest powołanie komisji śledczej z udziałem także posłów opozycji, żeby zapoznać się z tymi kwestiami” – mówił w rozmowie z TVN24 przewodniczący PO, Grzegorz Schetyna.

Zamykanie tego tylko do poziomu prokuratorskiego, która jest prowadzona przez polityka rządzącej partii, jest niewystarczające. Ta sprawa bulwersuje i musimy usłyszeć, jaka jest odpowiedź i przyczyny takiego skandalu” – dodawał. 

Platforma daje premierowi i Kaczyńskiemu 24 godziny na złożenie wniosku o powołanie komisji śledczej. Neumann o działaniach KNF: Jak Vito Corleone. Tak działają gangsterzy

Dzisiaj wiemy o aferze, która jest o niebo większa [od poprzednich] i pokazuje gangsterski system działania tej władzy. Wiemy, że jeden z przedstawicieli władzy zajmującej się nadzorem nad rynkiem finansowym, próbuje różnego rodzaju sztuczkami prawnymi, przepisami doprowadzić do upadłości jeden z polskich banków, żeby go przejąć za złotówkę. Drugi z przedstawicieli władzy mówi szefowi tego banku, że za drobną opłatą kilkudziesięciu milionów złotych może pozbyć się tych kłopotów i będzie bezpieczny. Polacy, którzy oglądali film „Ojciec chrzestny”,  widzieli jak Vito Corleone za ochronę sklepów na ulicach Nowego Jorku taką opłatę pobierał. Tak działają gangsterzy. Jeden straszy, że zabierze komuś firmę, a drugi dobry mówi: jak zapłacisz, to tę firmę utrzymasz” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie szef klubu PO, Sławomir Neumann.

Oczekujemy, żądamy od Mateusza Morawieckiego, który ma usta pełne frazesów o uczciwym państwie, od prezesa Kaczyńskiego, który w co drugim słowie mówi o uczciwym państwie i ściganiu korupcji, złodziei. Nie chcemy dzisiaj sami składać wniosku o komisję śledczą. Oczekujemy, że ci dwaj ludzie, Kaczyński z Morawieckim, którzy tyle razy mówili o uczciwym państwie i ściganiu złodziei, sami zaproponują komisję śledczą, jak Leszek Miller kiedy, będąc premierem, przy aferze Rywina zaproponował komisję śledczą” – dodawał. Neumann oczekuje, że PiS wniosek złoży dziś lub jutro.

Więcej >>>

Czy afera z KNF okaże się Rywingate dla PiS, dla Matołusza Morawieckiego i jego sponsora Kaczyńskiego?

Depresja plemnika

Eliza Michalik na koduj24.pl pisze o pisowskich politykach legitymizujących faszystów

Ulicami stolicy maszerowali ludzie, których jedynym celem jest odebranie głosu, prawa do istnienia i swobodnej ekspresji i zniszczenie każdego, kto nie podziela ich fanatycznych poglądów.

Niezależnie od propagandowych przekazów prawda jest oczywista – po trzech latach przygotowań na 100-lecie Niepodległości PiS zafundował nam marsz z faszystami. Można bawić się w dzielenie włosa na czworo i kombinować, mówić o „incydentach” z nacjonalistami, rasistami, narodowcami w tle, dwóch sektorach, dwóch oddzielonych od siebie częściach pochodu (tym lepszym i tym gorszym – jakie to charakterystyczne dla PiS), bagatelizować napaść na dziennikarkę „Gazety Wyborczej” – i próbować złagodzić w ten sposób wydźwięk tego bezprecedensowego wydarzenia, jak robi to rząd i jego satelickie media, tylko że to nie zmienia faktów.

A fakty są dokładnie takie, jak opisał i podał dalej w świat Francis Fukuyama, jeden z najbardziej znanych i liczących się filozofów politycznych na…

View original post 5 116 słów więcej

Kubica może pogrążyć Morawieckiego, że puści bąbelki

Zwykły wpis

Na taśmach, opublikowanych dziś przez Onet, słychać, jak ówczesny prezes BZW BK Mateusz Morawiecki … cieszy się z wypadku Roberta Kubicy. Trudno użyć innego słowa, skoro ze strony obecnego premiera padają takie: – „Na szczęście złamał rękę, raz, drugi. Ja nie chcę, k…a, co roku pięć dych płacić”.

Z nagrania z restauracji „Sowa i Przyjaciele” wynika, że ówczesny szef BZ WBK uznał dramatyczny wypadek Roberta Kubicy za zdarzenie pozytywne z punktu widzenia interesów „własnego” banku. Dlaczego?  Gdyby bowiem do wypadku nie doszło, bank BZ WBK prawdopodobnie musiałby zostać sponsorem polskiego kierowcy, czytamy w portalu Onet.

Do treści nagrań odnieśli się politycy, dziennikarze i internauci. Zarówno w tonie żartobliwym, jak i poważnym.

Były minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak: „Już powoli da się rozpoznać premiera Morawieckiego po niepowtarzalnym wulgarnym stylu. Ale żeby tak o Kubicy!?”.

Wicemarszałek Sejmu i poseł Kukiz’15 Stanisław Tyszka: „Jakim trzeba być człowiekiem, by powiedzieć »na szczęście złamał rękę, raz, drugi…«?”.

Redaktor naczelny tygodnika „Newsweek”, Tomasz Lis: „różnych polityków i premierów Polska miała, ale pan Morawiecki jest nie do obrony. Po tekstach o kontuzji Roberta Kubicy, w oczach milionów Polaków pozamiatał się na wieki wieków amen.”

Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej”: „Nie ważne, czy Mateusz Morawiecki był wtedy osobą prywatną, szefem zagranicznego banku, a dziś jest premierem… To jest po prostu po ludzku złe.” – pisze.

Kamil Durczok na swoim profilu napisał: „A tak po ludzku, panie Morawiecki, to co pan wygaduje o Kubicy, to regularna chamówa”.

Rzecznik Platformy Obywatelskiej Jan Grabiec przypomniał, że wypadek Kubicy, który „podsumował” Morawiecki, kwalifikował się jako „zagrażający życiu”.

Z kolei popularna na Twitterze komentatorka Kataryna celnie skwitowała postawę premiera – inną wobec narażonego na kontuzje sportowca niż względem mogącego być przydatnym polityka. Jak podkreśliła, w tym kontekście nie potrafi zrozumieć postawy premiera.

Co interesujące, politycy PiSu ten „wątek taśmowy” potraktowali nadzwyczaj poważnie. Adam Bielan powiedział dziś w rozmowie z Moniką Olejnik, że Mateusz Morawiecki spotkał się z Robertem Kubicą. Ta troska również nie umknęła uwadze komentatorów.

Dziennikarz TVN24 Konrad Piasecki:„Jeśli taśmy są »odgrzewanym kotletem« i »znaną od paru lat prywatną rozmową bez znaczenia«, to dlaczego premier spotyka się nagle z Robertem Kubicą dziś, by się z nich wytłumaczyć?”.

Michał Kolanko: „Spotkanie PMM z Kubicą o którym mówił @AdamBielan najlepiej świadczy o powadze sytuacji i próbach „damage control” w wykonaniu PiS. Po ujawnieniu innych fragmentów reakcja była inna”

Afera podsłuchowa może pogrążyć Mateusza Morawieckiego. I tylko jeden wątek – z Robertem Kubicą.

Holtei

Ciąg dalszy afery taśmowej. Onet opublikował kolejne nagrania z Mateuszem Morawieckim. „Na szczęście złamał rękę” – mówi o Robercie Kubicy. Na premiera wylała się fala krytyki.

Onet opublikował kolejne taśmy z udziałem Mateusza Morawieckiego, gdzie premier wypowiada się na temat wypadku Roberta Kubicy z 2011 roku.

„Na szczęście złamał rękę” – powiedział o wypadku polskiego sportowca na nagraniach zafery taśmowej. Gdyby tak się nie stało, Robert Kubica najprawdopodobniej przeszedłby do Ferrari, w efekcie czego bank BZ WBK musiałby sponsorować sportowca. (BZ WBK należał do Santandera, który od był sponsorem teamu Ferrari – red.). ” Ja tego nie chcę, kur… Pięć dych co roku płacić. Sp…laj.” – mówił Mateusz Morawiecki.

Taśmy Morawieckiego. Premier o Kubicy: „Na szczęście złamał rękę”

Słowa Mateusza Morawieckiego o Robercie Kubicy wywołały lawinę krytyku pod adresem premiera.

Morawiecki cieszący się z poważnego wypadku wybitnego polskiego sportowca bo już nie musi mu płacić z pieniędzy banku…

View original post 3 492 słowa więcej

Morawiecki wsuwał ośmiorniczki, aż uszy mu się trzęsły

Zwykły wpis

W Toruniu Morawiecki podpiął się pod zespół Republika i Grzegorza Ciechowskiego. Odpowiada mu gitarzysta Republiki.

Janusz Gajos nie krył zaniepokojenia obecną sytuacją w naszym kraju. – „Polska w stulecie niepodległości podzielona jest w sposób karygodny. Karygodny, bo oczywiście każdy ma prawo wyznawać takie poglądy, a nie inne. Każdy ma prawo wierzyć lub nie wierzyć, ale jeżeli się celowo robi taki okropny gest, znany z historii od wieków, kiedy się mówi – jest ci niedobrze, bo ten cię okrada – to rzeczywiście ręce opadają, dla mnie to jest coś takiego, o czym aż strach pomyśleć. Należy się bać, jeżeli to pójdzie dalej w kierunku rządzenia jedną ręką, to cofamy się o setki lat” – powiedział w TVN 24.

Wielki aktor przyznał, że odczuwa wstyd i irytację, kiedy słucha i ogląda obecnie rządzących. – „Jako inteligentny człowiek czytam gazety, oglądam telewizję i widzę, że tam ludzie kłamią. I to jeszcze kłamią w takiej formie, która wywołuje czerwień na policzkach. Wstydzę się za „faceta”, który zajmuje wysokie stanowisko w naszym rządzie, który mówi jak małe dziecko do małych dzieci. Kłamie bez przerwy. Jak mam to traktować? Przyznaję się do pewnego rodzaju irytacji” –  stwierdził Gajos.

W rozmowie nie mogło zabraknąć najbardziej aktualnego tematu, czyli udziału aktora w „Klerze” Wojciecha Smarzowskiego. Janusz Gajos gra w nim jedną z głównych ról – biskupa Mordowicza. – „To nie jest film przeciwko wierze. Na pewno jest przeciw Kościołowi jako instytucji, która jest daleka od duchowości, że to jest rodzaj teatru, który ma swoją kurtynę, za którą dzieją się różne rzeczy. Jak się tam zagląda, to wywołuje wielki sprzeciw” – mówił w TVN24.

Gajos nie zgadza się z argumentami, że film Smarzowskiego jest atakiem na Kościół. – „Uważam, że to jest bardzo poważna rozmowa z ludźmi, którzy mają z tym kłopot, którzy chcieliby chodzić do kościoła, ale coś ich powstrzymuje. To daje możliwość otwarcia pudełka z prawdą. Wiemy o wielu przypadkach, które się określa, że nie mieszczą się w głowie, co wynika z tej kurtyny, pewnego rodzaju ochrony, której podlegają osoby dopuszczające się rzeczy strasznych. Ich się usuwa, chowa się gdzieś w kąt. Normalny człowiek byłby osądzony, poszedłby do więzienia czy zostałby surowo ukarany. To się jakoś rozmywa i jest to najbardziej irytujące dla ludzi, którzy się na to nie zgadzają, żeby jedna nazwijmy to „kasta” była zwolniona z obowiązków” – stwierdził Gajos.

>>>

Wielkopolska broni 🙂

Bardzo ciekawa lektura.

Morawiecki jest kłamcą. Wiemy, że jest lizusem i karierowiczem. Wiemy, że ukrywał swój majątek. Wiemy, że obiecuje mosty nad rzekami, których nie ma i remonty wyremontowanych dworców. Po ujawnieniu zeznań kelnerów nie wiemy już tylko, czy jest przestępcą.

Holtei

„Nie dostaliśmy do dzisiaj pozwu, który Komisja [Europejska – dop. Red.] miała zgłosić do Trybunału Sprawiedliwości” – powiedział w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w Polsat News Mateusz Morawiecki. Premier – w sprawie dialogu Polski z KE i zmianach w sądownictwie – podkreślił, że dopiero wtedy rząd się ustosunkuje do wątpliwości tego gremium, dotyczących reformy sądownictwa w Polsce. Przypomniał, że Polska toczy z KE dialog. Pochwalił się również, że już teraz za sprawą pewnych regulacji, m.in. losowemu przydziałowi spraw sądowych, „słyszy pozytywne komentarze”. – „Jestem chwalony, to zasada, która już dawno powinna być wdrożona” – powiedział.

Premier uważa, że UE nie rozumie historycznych uwarunkowań Polski. – „Jesteśmy krzywdzeni przez Brukselę” – stwierdził, na całego grając na antyeuropejskich sentymentach. – „To dlatego, że Bruksela, ale tak naprawdę też kilka krajów zachodnioeuropejskich, bardzo ważnych, zacnych, nie rozumie sytuacji w Polsce, która jest sytuacją systemu postkomunistycznego” – mędrkował Morawiecki. Zapewnił, że rząd PiS nie…

View original post 8 078 słów więcej

Macierewicz żegna się ze smoleńskim zamachem

Zwykły wpis

To, że Antoni Macierewicz przez blisko 8 lat żerował na tragedii smoleńskiej i wodził za nos prezesa Kaczyńskiego od kilku miesięcy nie jest już tajemnicą. Nikt jednak nie był gotów głośno powiedzieć tego, co w końcu wydusił z siebie jeden z publicystów tygodnika Sieci, który tematyką katastrofy smoleńskiej zajmuje się z dużą intensywnością. Marek Pyza, który w swojej pogoni za “smoleńską prawdą” sam wielokrotnie kolportował niesprawdzone i niepoparte faktami teorie, jednak tym razem postanowił wprost zaatakować Antoniego Macierewicza i związaną z nim redakcję Gazety Polskiej.

tekście o bardzo wymownym tytule “Bój o smoleńską palmę pierwszeństwa i złe porządki w podkomisji” ujawnia nie tylko to, co wielu demaskatorów ordynarnych kłamstw zespołu parlamentarnego, a obecnie podkomisji ds. ponownego zbadania katastrofy wytykało wielokrotnie, ale ujawnia też faktyczny, choć ukryty przed opinią publiczną faktyczny koniec pracy “międzynarodowych ekspertów Macierewicza”, na których wątpliwe eksperymenty i próby nauczenia się, jak się w ogóle bada katastrofy lotnicze wydano miliony złotych z polskich podatków.

Autor tekstu na portalu braci Karnowskich, którzy wiele miesięcy temu w otwarty sposób postawili się po stronie prokuratury Zbigniewa Ziobry, która wygrała bój o pierwszeństwo w dostarczeniu prezesowi PiS prawdziwych przyczyn katastrofy z 2010 roku, właśnie od oceny ostatniej wizyty śledczych na lotnisku w Siewiernyj rozpoczął swój wywód. Bardzo szybko przeprowadził jednak frontalny atak na byłego szefa MON, który w jego przekonaniu nie tyle dołączył do kolportowanego przez “przeciwników dojścia do prawdy” kontestowania współpracy z rosyjskimi prokuratorami, ale wręcz je zapoczątkował i przeprowadził w pełnym zakresie.

Ostatnich wypowiedzi Antoniego Macierewicza nie da się więc czytać inaczej niż jako kolejnej odsłony walki z prokuraturą o palmę pierwszeństwa w badaniu Smoleńska – pisze Pyza, wytykając głównemu kapłanowi religii smoleńskiej, że doskonale wie, że prokuratura działa w innym reżimie prawnym, oraz że sam nie widział sensu udziału jego “ekspertów” w badaniu wraku przez prokuratorów. Co więcej, bezlitośnie miażdży ubiegłotygodniowe rewelacje “Gazety Polskiej” o rzekomym podmienieniu czarnych skrzynek, wytykając im szkolne błędy, które powinno się nazwać wprost ordynarną manipulacją.

Najważniejszy z punktu widzenia końca Antoniego Macierewicza w kwestii dalszego ustalania “prawdy o Smoleńsku” jest jednak fragment dotyczący podkomisji i pytania, jakie Marek Pyza otwarcie i głośno stawia.

Wracając do podkomisji, zasadne jest dziś stawianie pytania: czy ona w ogóle istnieje? Jak słyszę od części jej członków: formalnie nie. A to dlatego, że wszystkim pracującym w niej osobom 31 sierpnia skończyły się umowy. Dotychczas nie podpisano nowych. Nie istnieje nawet aktualna lista członków podkomisji do zatwierdzenia. Nie jest zaaprobowana przez departament kadr MON, nie dotarła jeszcze nawet do Inspektoratu Bezpieczeństwa Lotów w Poznaniu, który uczestniczy w procesie powoływania składu podkomisji – zastanawia się publicysta, ujawniając gwoździa, którego do trumny tego ciała najwyraźniej niepostrzeżenie wbił minister Mariusz Błaszczak. Tak się bowiem składa, że aby wybrańcy Macierewicza pełnili dalej funkcję członków podkomisji, muszą być powołani decyzją szefa MON na kolejny rok (konkretnie od początku września do końca sierpnia). Taka decyzję wydał Antoni Macierewicz w 2016 roku, wydał też Mariusz Błaszczak w 2017 roku. Obecnie jednak takiej decyzji odnaleźć nie sposób, co może oznaczać, że obecny szef MON po cichutku, choć zapewne z polecenia Jarosława Kaczyńskiego “wygasił” tę nic nie wnoszącą podkomisję.

Ujawniona przez redaktora Pyzę faktyczna likwidacja podkomisji, bez formalnego zakończenia jej prac wyjaśniałaby dlaczego rzeczniczka tego ciała od blisko dwóch tygodni nie potrafi odpowiedzieć na o aktualny skład podkomisji, intensywność jej prac w 2018 roku, aktualne wynagrodzenie “ekspertów” czy postępy w przygotowywaniu raportu końcowego z ponownego badania katastrofy.

W ostatnich zdaniach swojego tekstu Marek Pyza sugeruje, że po opublikowaniu tego tekstu z pewnością ze strony medialnego środowiska Tomasza Sakiewicza posypią się na niego gromy. Podkreśla, że taki atak go nie zdziwi, bo koledzy Antoniego Macierewicz inaczej nie potrafią. Zastanawia go jedynie, kiedy “weszli w buty” tych, których za stawianie trudnych pytań o rzeczywiste intencje w badaniu katastrofy sekowano i krytykowano. Dość długo to trwało, ale wygląda na to, że w końcu niektórzy z nich poznali się na Macierewiczu. Najwyższy czas.

W grudniu 2002 r. zakończyły się negocjacje w sprawie warunków naszego członkostwa w UE. W czerwcu 2003 r. Polacy w referendum powiedzieli Unii „tak”. 1 maja 2004 r. Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Ale jeszcze w listopadzie 2002 r., gdy negocjacje z Unią były na ostatniej prostej, członkostwo Polski w UE nie było takie oczywiste. Jarosław Kaczyński zaczął wątpić w sens naszej akcesji.

>>>

Premier to miszczu także z geografii! W sobotę w Gorzowie obiecał dwa mosty; w Przytocznej (gdzie nie ma rzeki) i drugi „gdzieś na Odrze”.

Hairwald

Prawda wygląda tak 👇

Zgodnie z przysłowiem, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ta zasada zdaje się być szczególnie żywa w polityce, gdzie osoby z pierwszych stron gazet potrafią z dnia na dzień zmienić poglądy o 180 stopni. Szczególnym przykładem takiego koniunkturalizmu okazuje się być Mateusz Morawiecki i jego stosunek do Unii Europejskiej. Dziś – zwolennik teorii o neokolonializmie gospodarczym Polski, dyktacie Niemiec, czy braku suwerenności po 1989 roku, ale jeszcze kilka lat temu premier  miał zupełnie inne poglądy. Mateusz Morawiecki był im na tyle wierny, że zawarł je nawet w książce…

Poseł PO Krzysztof Brejza przypomniał opinii publicznej fragmenty podręcznika z 1999r., którego obecny premier jest współautorem. Treść publikacji zszokowałaby zapewne wielu zwolenników PiS. Mateusz Morawiecki tłumaczy w niej m.in., co powinni zrobić sędziowie, kiedy przyjmowane są ustawy niezgodne z prawem Unii Europejskiej. Premier stwierdza, że:

W innych fragmentach premier ku zdziwieniu uznaje, że podjęcie przez Polskę starań o przyjęcie…

View original post 2 118 słów więcej

Duda to tylko zdrajca? A nie prezydent

Zwykły wpis

Dziennikarz Adam Wajrak skomentował antyunijne słowa prezydenta Andrzeja Dudy.

Dorota Skrzypek, najbliższa współpracowniczka prezydentowej, złożyła wypowiedzenie. To właśnie ona towarzyszyła Agacie Kornhauser-Dudzie w oficjalnych spotkaniach. Była zatrudniona na stanowisku wicedyrektora Biura Gabinetu Prezydenta, gdzie nadzorowała zespół protokolarny. Formalnie podlegała Krzysztofowi Szczerskiemu. Powodem odejścia są podobno sprawy osobiste.

W ciągu zaledwie dwóch tygodni więc z pracy w Pałacu Prezydenckim odchodzi kolejna osoba. Jak wiadomo, wcześniej zrezygnował rzecznik prezydenta Krzysztof Łapiński.

„Jeszcze kilka dni i zostaną w Pałacu Prezydenckim sami…”; – „Ostatnio coraz dziwniejsze akcje u Dudy. Odejścia, wypowiedzi jeszcze głupsze niż kiedykolwiek… Może uciekają z tonącego okrętu?”; – „Źle się dzieje w państwie Du… ups, w Pałacu Prezydenckim” – komentowali internauci na Twitterze.

Unia Europejska to realna wspólnota, która przez 60 lat zapewniała pokój naszemu kontynentowi.

Hairwald

– Stawiamy bardzo jasne pytanie: czy służby rosyjskie miały wpływ na nagrywanie polityków PO w 2014 r. i czy w konsekwencji miały wpływ na wybory parlamentarne w 2015 r – mówi Joanna Kluzik-Rostkowska, kierująca zespołem śledczym Platformy Obywatelskiej ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa. W posiedzeniu brał też udział były szef ABW Krzysztof Bodnaryk: – Polska jest celem pierwszoplanowym dla działań rosyjskich służb specjalnych.

Jaka rola Falenty?

Powołany przez PO zespół śledczy ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa zajmował się dziś „rolą Marka Falenty i PiS w strategii rosyjskich służb specjalnych”. Gościem zespołu był były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego gen. Krzysztof Bondaryk.

Impulsem do analizy roli Marka Falenty i jego kontaktów z rosyjskimi służbami był zeszłotygodniowy numer „Polityki”, gdzie po wielomiesięcznym śledztwie tygodnik ustalił, że tzw. afera podsłuchowa, która doprowadziła do wygrania wyborów przez PiS, była rozgrywana przez rosyjskie służby.

Z ustaleń tygodnika wynika, że zleceniodawca podsłuchów biznesmen Marek Falenta miał dług wobec rosyjskiej…

View original post 2 139 słów więcej

Propaganda PiS godna czasów stalinowskich. Czy za tym pójdą represje?

Zwykły wpis

Prof. Małgorzata Gersdorf oświadczyła, że według Konstytucji jest I Prezes Sądu Najwyższego do 30 kwietnia 2020 roku.– „To formalnie, ale czy będzie mi dane sprawować tę funkcję, to zależy od sytuacji, jak się rozwinie” – powiedziała prof. Gersdorf w TVN 24. Dodała, że uchwalone przez PiS przepisy jej nie dotyczą. – „Uważam, że te ustawy w ogóle mnie nie dotyczą, bo nie mogą zmienić Konstytucji w żaden sposób. Konstytucja jest prawem nadrzędnym, umową społeczną, której nie może zmienić ani parlament w zwykłym trybie, ani pan prezydent. Można zmienić Konstytucję tylko w trybie określonym w tej Konstytucji” – podkreśliła.

Zapytana w TVN24, co zrobi, gdy zostanie wybrany jej następca, odpowiedziała: – „Na pewno nie przykuję się do kaloryfera. To nie przystoi. Mogę siedzieć dalej i zobaczyć, co będzie robić ta osoba, która przyszła. Różne rzeczy mogę zrobić. Zobaczymy, troszkę niepewności zostawię”.

Podkreśliła, że prawnicy, sędziowie stanęli – jeśli chodzi o środki – „pod ścianą”. – „My nie mamy więcej instrumentów na to, żeby pokazać ludziom, że dzieje się źle, że jest bardzo niedobrze”. Według prof. Gersdorf, Polska przestaje być państwem opartym na trójpodziale władzy. – „Władza ministra sprawiedliwości nad sądami powszechnymi jest tak olbrzymia i zaczyna on być Sądem Najwyższym przez ten wybór sędziów, że już tutaj trudno mówić, że to jest w pełni niezależny, niezawisły sąd” – oświadczyła.

Prof. Gersdorf skrytykowała też Julię Przyłębską, która po zawieszeniu przez SN stosowania przepisów pisowskiej ustawy do czasu wydania wyroku przez unijny Trybunał, stwierdziła, że działanie Sądu Najwyższego narusza przepisy Konstytucji i Kodeksu postępowania cywilnego. – „Julia Przyłębska nie ma kompetencji, by wypowiadać się o orzeczeniach Sądu Najwyższego. Nikt nie może być sędziami sędziów. Sąd Najwyższy to ostatnia instancja i on jest powołany, by rozstrzygać zagadnienia prawne. Mamy tu rozdźwięk między autorytetami naukowymi, sędziami Sądu Najwyższego, TSUE a władzą” – powiedziała I Prezes SN.

Połowę składu sędziowskiego nowej Izby Dyscyplinarnej stanowić będą podlegli ministrowi Zbigniewowi Ziobrze prokuratorzy. Jedna z takich osób … sama skazana jest wyrokiem dyscyplinarnym. Chodzi o mecenas Małgorzatę Ułaszonek-Kubacką, o tym też w artykule  „Tłumaczenie skandalu pośpiechem jest śmieszne„. Jak ustalili dziennikarze Czarno na Białym z TVN24,  o wyroku dyscyplinarnym Krajowa Rada Sądownictwa musiała wiedzieć wcześniej.

Wiceszef KRS Wiesław Johann twierdzi, że członkowie KRS nie wiedzieli o tej karze. – Ja się tutaj przyznaję, w imieniu kolegów, do błędu – powiedział Johann. Jednak dziekan Okręgowej Izby Radców Prawnych w Białymstoku, Andrzej Kaliński, ma inne zdanie w tej sprawie. Jak stwierdził, informacja o ukaraniu, czyli orzeczenie dyscyplinarne, zgodnie z przepisami znajdowało się w aktach osobowychJednocześnie poinformowałem o tym KRS, przesyłając te akta i załączając do nich opinię z tą informacją. Faktycznie informacje o nałożeniu kary na Ułaszonek-Kubacką dotarły do KRS 20 sierpnia. Mimo tego trzy dni później, 23 sierpnia, KRS rekomendowała ukaraną mecenas do Izby Dyscyplinarnej!

Dopiero 5 września biuro prasowe nowej KRS przyznało, że wysłuchując Małgorzatę Ułaszonek-Kubacką, Rada dysponowała jej aktami osobowymi. Zaznaczyło jednocześnie, że „praktyka jest taka, że aktami dysponuje sprawozdawca”. Sędzią sprawozdawcą w tej sprawie był, jak poinformował rzecznik KRS, poseł Stanisław Piotrowicz. Sama Małgorzata Ułaszonek-Kubacka, poproszona o komentarz, nie skorzystała z możliwości wypowiedzi.

Wiele wskazuje natomiast na fakt, że jest ona bardzo lojalnym pracownikiem ministra Ziobry. Ułaszonek-Kubacka w 2016 roku reprezentowała Zbigniewa Ziobrę przed sądem w procesie zdegradowanej prokurator Małgorzaty Wilkosz-Śliwy. Była pełnomocnikiem najbliższych ludzi prokuratora generalnego – Bogdana Święczkowskiego i Jerzego Engelkinga. Wiadomo też, że od sierpnia 2016 roku do końca lutego zatrudniona była w Prokuraturze Krajowej na pół etatu, a od marca na cały etat. Tymczasem  Prokuratura Krajowa przez siedem dni nie odpowiedziała na pytanie, czy kandydatka do Sądu Najwyższego nadal podlega ministrowi Zbigniewowi Ziobrze. Sędzia Johann, jak przyznał dziennikarzom TVN, nie wie, czy te związki są bliskie, „bo po prostu nie zna tych ludzi”.

Inną kandydatką do nowej Izby Dyscyplinarnej wybrana została Małgorzata Bednarek, która pracuje obecnie w Prokuraturze Krajowej. Gdy PiS pierwszy raz doszło do władzy w 2005 roku, Bednarek awansowała na szefową prokuratury okręgowej w Bielsku-Białej. Zasłynęła udziałem w konferencji dotyczącej zorganizowanej grupy przestępczej sędziów i prokuratorów w bielskim wymiarze sprawiedliwości. Gdy jednak oskarżeni o korupcje sędziowie pozwali miejscową prokuraturę, proces wygrali. Co więcej prokuratura bielska wypłaciła w związku z tymi postępowaniami około 500 tysięcy złotych zadośuczynienia.  Po przegranych przez PiS wyborach prokurator Bednarek założyła stowarzyszenie prokuratorów Ad Vocem skupiające bliskich współpracowników ministra Zbigniewa Ziobry.

Wkrótce dowiemy się zapewne, jaką decyzję w sprawie zasiadania w ID skazanej dyscyplinarnie radczyni prawnej i innych prokuratorów podległych Zbigniewowi Ziobrze podejmie prezydent Andrzej Duda – najcześciej przwidywalny w swoich działaniach.

– W PiS-ie nie ma schematu informacji zwrotnej – historyk prof. Piotr Osęka* w rozmowie z Gazeta.pl tłumaczy, dlaczego na Nowogrodzkiej nikt nie powstrzymał propagandy sukcesu „Wiadomości” TVP, która zaczyna obracać się przeciwko partii rządzącej.

Najpierw wpis na Facebooku, a niedawno komentarz na Gazeta.pl. Oba wywołały burzę, w obu porównuje pan „Wiadomości” TVP do stalinowskiej propagandy. Nie za mocno?

Nie. Jako historyk zajmuję się badaniem propagandy w XX wieku. To porównanie nie oznacza, że stalinizm wrócił. Jakby wrócił, nie mógłbym tego powiedzieć, a zamiast z panem, rozmawiałbym ze „smutnymi panami”, którzy byliby żywo zainteresowani, dlaczego szkaluję państwo polskie.

Na razie szkaluje pan „Wiadomości”.

„Wiadomości” są forpocztą procesu, który próbowałem opisać. Stały się łącznikiem między kulturą polityczną stalinizmu, a kulturą polityczną obecnej partii rządzącej.

Zwolennicy anty-PiS-u na pewno temu przyklasną, ale prawicowcy powiedzą: przecież TVN to też propaganda.

TVN nie ukrywa w swoich materiałach, że jest krytyczny i złośliwy wobec rządzących, ale jednak „Fakty” wciąż są serwisem informacyjnym. Nie występuje w nich zjawisko, które obserwujemy w „Wiadomościach” – że wszystkie informacje wzajemnie do siebie nawiązują, układając się w spójną, literacko skomponowaną całość. Co więcej, w „Wiadomościach” racje opozycji, jeśli w ogóle są przedstawiane, brane są w cudzysłów. Chodzi o to, żeby na wszystkie możliwe sposoby, w każdym zdaniu, w każdym słowie pokazać widzowi, gdzie jest racja i po której stronie my-dziennikarze stoimy.

Prezes TVP Jacek Kurski odpowiedział kiedyś na te zarzuty w wywiadzie dla tygodnika „W sieci”: „Nie możemy zaakceptować tezy, że dwie wielkie stacje prywatne, mające oficjalnie prawie połowę rynku, mogą być stronnicze i nie można nic z tym zrobić, a publiczna ma być pół na pół”.

Otóż to. Oni nawet nie ukrywają tego, że nie są obiektywni, że nastąpiło całkowite zerwanie z wcześniejszą formułą, która była zupełnie inna. Tutaj sam panu podrzucę kontrargument: TVP zawsze broniła władzy. Teraz PiS-u, wcześniej Platformy, a jeszcze dawniej SLD. Jednak to, co najważniejsze, dotyczy opozycji – po 2015 roku doszło do diametralnej zmiany przedstawiania jej w „Wiadomościach”. Jeszcze trzy lata temu politycy opozycji notorycznie skarżyli się na zbyt małą ilość czasu antenowego w „Wiadomościach”. Pewnie słusznie. Dzisiaj opozycji w „Wiadomościach” jest pełno. Gdyby porównać tylko ekspozycję Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego, dwóch głównych kandydatów na prezydenta Warszawy, to podejrzewam, że wyszłoby 65:35 na korzyść polityka Platformy.

Po co tak eksponować opozycję?

Żeby ją ośmieszyć, zdyskredytować. W czasach stalinowskich opozycji w zasadzie nie było, więc nie było o czym mówić. Z kolei w PRL-u o opozycji nie mówiono nawet, gdy na ulice stolicy wyszło 30 tys. ludzi. Dzisiaj taki Trzaskowski obrywa w sytuacji, gdy zdarzy mu się wypowiedzieć zgodnie z linią PiS-u. Od razu słyszymy, że „Oficjalnie Rafał Trzaskowski uważa…”, bo oczywiście tak naprawdę kłamie i knuje przeciwko Polsce. „Wiadomości” zawsze muszą dobitnie pokazać, gdzie jest racja ludowa, a gdzie wróg klasowy. Poza tym, w „Wiadomościach” całkowicie zmienił się garnitur gości i ekspertów. To przedziwne, jak bardzo nowe twarze pojawiły się w charakterze ekspertów i jak często jako eksperci przedstawiani są ludzie znikąd – bez żadnego dorobku, anonimowi, ale mówiący to, czego się od nich oczekuje.

To pana zdaniem kolejne nawiązanie do czasów stalinizmu?

Przy trwającej wówczas równolegle rewolucji następowała zasadnicza wymiana elit. Dzisiaj w „Wiadomościach” również obserwujemy ambicję wymiany elit, chęć pokazania wszystkim, że my też mamy elity po swojej stronie. Te prawdziwe elity. Uważam przy tym, że tych ekspertów w „Wiadomościach” jest znacznie więcej niż kiedyś. Do tego, rzecz jasna, dziennikarze, ale tylko mediów rządowych lub prorządowych – kilka, kilkanaście tych samych postaci, które w kółko mówią te same rzeczy.

Na naszych łamach stwierdził pan: „Bieżąca polityka staje się pretekstem do codziennego recytowania PiS-owskiego katechizmu. Jak wygląda ten „katechizm”?

Dotyczy każdego emitowanego w „Wiadomościach” materiału, bo każdy materiał musi reprezentować podstawowe prawdy wiary. Ów „katechizm” ma kilka stałych elementów.
Pierwszy – nastąpił przełom gospodarczy, Polakom żyje się dostatniej, a Polska rośnie w siłę.

Drugi – skoro jest sukces, to musi być też porażka. Tę porażkę znajdujemy w przeszłości, w rządach poprzedników. Bo chociaż jest dobrze, to kiedyś było źle – jest ciągła potrzeba podkreślania różnic między świetlanym dniem dzisiejszym i ponurą przeszłością. Złe informacje, jeśli już są podawane, muszą być neutralizowane i pokazywane jako element wrażych podchodów opozycji przeciwko Polsce.

Trzeci – czas mierzymy od jesieni 2015 roku, bo obecna władza w żadnym stopniu nie jest kontynuatorem działań poprzedników. Nawet nieprzerwany rozwój gospodarczy kraju nie jest efektem wejścia Polski do Unii, tylko są to osobiste sukcesy rządów „dobrej zmiany”, ewentualnie premiera lub któregoś z ministrów.

Z tym wiąże się element czwarty, czyli nieobecność Unii Europejskiej w serwowanej widzom narracji. Unia znika z tego obrazu, nie pomaga nam, a co najwyżej bruździ.

Element piąty – w 2015 roku po wygranych przez PiS wyborach rozpoczęła się rewolucja, dzięki której Polakom żyje się lepiej, a Polska rozwija się jak należy.

Wreszcie element szósty i najważniejszy – wszystko, co złe łączy się ze sobą. Na Polskę czyha opozycja, czyli Platforma i Nowoczesna, do tego Unia Europejska oraz George Soros, który chce do nas sprowadzać imigrantów. Zagrażają nam też liberalny permisywizm i zachodnie zepsucie obyczajów, przejawiające się m.in. w postulatach równouprawnienia dla mniejszości seksualnych, które potem będą się szarogęsić w katolickiej Polsce.

Wciąż nie widzę, jak to się ze sobą łączy.

Już tłumaczę. Opozycja albo geje działają za pieniądze Sorosa. Niestety nie sposób powiedzieć, że Soros jest gejem, ale za to sugeruje się między wierszami, że jest węgierskim Żydem. Żydem, znaczy wrogiem, bo przecież wątek antysemicki też wybija u nas cyklicznie co jakiś czas. Do tego opozycja zawsze jeździ na skargę do Angeli Merkel, która jest Niemką, a przecież Niemcy są naszym odwiecznym wrogiem. Zatem Grzegorz Schetyna jest drugim Konradem Mazowieckim, który znów zaprasza Niemców do Polski.

Brzmi to dość egzotycznie. Mam rozumieć, że dziennikarze, którzy robią materiały dla „Wiadomości”, wierzą w taką spiskową teorię dziejów? A może robią to cynicznie?

Z punktu widzenia propagandy jest to bardzo trudne pytanie, bo nikt tak naprawdę tego nie wie, tzn. propaganda polityczna nie działa jak prosty marketing proszku do prania. Jest osadzona w gęstej sieci uwarunkowań, dlatego góra pieniędzy i sztab najlepszych piarowców wcale nie gwarantują sukcesu. Propaganda komunistyczna nie była skuteczna poprzez swoją wyjątkową perswazyjność, tylko stopniowe budowanie w odbiorcach przekonania, że komunizm jest wieczny i że tak jak jest dzisiaj będzie już zawsze.

Patrząc historycznie – „Wiadomości” to lepsza czy gorsza propaganda od tej stalinowskiej?

Przede wszystkim przewidywalna.

To chyba cecha każdej propagandy?

Właśnie nie. Dobra propaganda powinna być nieprzewidywalna. W myśl zasady: nie wiadomo, czym Was zaskoczymy. Sprawna propaganda powinna też odwoływać się do rzeczywistych lęków i emocji odbiorców, wyczuwać je i nawiązywać do nich.

W PiS-ie jest sporo głosów krytyki wobec „Wiadomości”. Głosów, które mówią, że „Wiadomości” poszły za daleko. Sam prezes Kurski, w przytaczanym już wywiadzie dla „Sieci”, stwierdził, że takie informacje do niego „rzadko, ale docierają”.

To kokietowanie i gra pozorów. Być może raz na jakiś czas prezes Kurski mówi swoim ludziom: „Pamiętajcie o obiektywizmie i o tym, żebyście nie byli stronniczy w swoich materiałach”. Ale jaki jest tego efekt, wszyscy od dawna widzimy, także nie brałbym tych jego zastrzeżeń na poważnie.

Znów prezes Kurski dla „Sieci”: „Czasem dziennikarze przesadzają, ale wówczas staram się ich upominać, a nawet karać. Umiemy się przyznać do błędu”.

Bardzo chciałbym zobaczyć tę listę napomnień i kar, które zostały wymierzone dziennikarzom przez kierownictwo TVP.

Były takie przykłady: Ziemowit Kossakowski i jego artykuł o lekarzach-rezydentach, Filip Styczyński i Lucjan Ołtarzewski pokazujący do kamer obraźliwe gesty podczas protestów w obronie sądów czy wreszcie Łukasz Sitek, który miał się awanturować z konduktorem w pociągu, krzycząc przy tym, że jest z TVP.

Ale w tych przypadkach, choć brzydko to zabrzmi, spadły majtki na wizji. Tu już nie dało się nic zrobić. Kwestia manipulacji, czyli pokazywania fałszywego materiału, była w przypadku pana Kossakowskiego oczywista. W pewnym sensie to był ten poziom kompromitacji, któremu nie dało się zaprzeczyć, bo jednak cały czas silna jest strona przeciwna, która takie potknięcia natychmiast wychwytuje i nagłaśnia. Właśnie dlatego uważam, że dobre notowania PiS-u wcale nie są efektem działania propagandy. Można wręcz powiedzieć, że są dobre pomimo propagandy, bo w jej obecnym kształcie jest ona raczej obciążeniem dla hipoteki rządu niż wsparciem. Oczywiście rząd tego nie dostrzega, bo każdy rząd uważa, że im bardziej się go chwali, tym lepiej. Tyle że tutaj wszystkie granice zostały przekroczone i wszystkie bezpieczniki wykręcone.

Przekonuje mnie pan, że „Wiadomości” to współczesna wersja PRL-owskiej propagandy, a ja zastanawiam się, jak to możliwe, że te wszystkie „chwyty” z przeszłości działają w XXI wieku. Przecież mamy społeczeństwo informacyjne i wszechobecny internet.

Tylko wcale nie jest powiedziane, że te „chwyty” działają. To ich nadawcom wydaje się, że tak jest, bo są więźniami własnej wizji świata. Nie potrafią poza tę wizję wyjść. To nie jest cyniczna robota, w której ludzie z mediów publicznych wiedzą, że to wszystko nieprawda, ale chcą podejść widzów. To suma oddolnych gorliwości, mieszanina konformizmu z politycznym zacietrzewieniem. Jak pokazują wyniki Telewizji Polskiej i samych „Wiadomości”, mieszanina raczej nieskuteczna.

Porozmawiajmy o odbiorcach przekazu „Wiadomości”. Do kogo jest skierowany – do wszystkich, tylko do wyborców PiS-u, a może do określonego grona wyborców PiS-u?

Wydaje się, że w dużej mierze jest to komunikat, skierowany do żelaznego elektoratu PiS-u. Do tych, którzy chcą wysłuchać komunikatów z frontu i posłuchać, że nasi wygrywają. To ich cieszy i podbudowuje. Taki rytuał tożsamościowy, który zapewnia tym najwierniejszym widzom poczucie bezpieczeństwa w sensie psychologicznym i antropologicznym. Co ważne, odbiorcy, do których „Wiadomości” są skierowane w szczególności, to mieszkańcy polskiej prowincji. Nieprzypadkowo ciągle pojawiają się tam przykłady zwykłych ludzi spoza Warszawy, którym wiedzie się lepiej, odkąd PiS wygrało wybory.

I tym zwykłym ludziom można wcisnąć absolutnie wszystko? Propaganda nie ma ograniczeń?

Można im wciskać wszystko do momentu, do którego nie dostrzegą sprzeczności między tym, co podaje propaganda a rzeczywistością. Bo siłą rzeczy mają też dostęp do różnych innych źródeł informacji, więc mogą sami sprawdzić lub zweryfikować to, na czym im zależy. Weźmy sprawę wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. To było pierwsze poważne tąpnięcie wyników sondażowych PiS-u, chociaż przedstawiali to jako wielki sukces. Tyle że ludzie widzieli, co mówią o tym inne media i media w innych krajach. Do tego dochodzi aspekt, nazwijmy go, sportowy – podstawiliście nogę naszemu, Polakowi, a on walczył o historyczną rzecz.

Ale Tusk to dla żelaznego elektoratu PiS-u zdrajca, a nie Polak.

Mimo wszystko nasz, Polak. Dlatego działania rządu wyglądały jak gra przeciwko naszemu. Także to nie jest tak, że można ludziom wcisnąć absolutnie wszystko. Moim zdaniem wystarczy pierwsze poważniejsze tąpnięcie gospodarcze czy zachwianie koniunktury, żeby ta propaganda rozpadła się jak domek z kart.

W swoim poście na Facebooku napisał pan: „W gruncie rzeczy walka toczy się to, by widzowie zrozumieli, że w Polsce przyszłości dla przeciwników PiS nie będzie miejsca”. Wizja dość makiaweliczna – przejęcie kontroli nad umysłami Polaków. A co jeśli odpowiedź jest bardziej prozaiczna: władza nad mediami = władza nad wyborcami = wygrane wybory.

Rządzącym często tak się wydaje, ale to nie działa w ten sposób. Te mechanizmy są zupełnie inne, znacznie bardziej skomplikowane. W demokracji władza nad mediami wcale nie oznacza wygranych wyborów. Nawet w dyktaturze tak nie jest. Komuniści w ’89 roku mieli pełnię władzy nad mediami i armię propagandystów, a wybory przegrali straszliwie. Stosunek armat propagandowych PZPR i „Solidarności” wynosił 10:1, a nic to nie pomogło.

Zdecydowała fala społecznego oburzenia i potrzeby zmiany.

Otóż to, kluczem do sukcesu jest wyczuwanie społecznych emocji i umiejętne odnoszenie się do nich. W tym sensie propaganda potrafi być pomocna dla rządzących. Natomiast ma ona bardzo niewielką zdolność „urabiania” opinii społecznej. To jest możliwe tylko do pewnego stopnia. Tak jak było w stalinizmie, gdzie mieliśmy propagandę, cenzurę i policję polityczną. Z jednej strony jest przekaz, z drugiej policyjna pała i albo to popierasz, albo idziesz do mamra. Ludzie postawieni w takiej sytuacji przestają mieć możliwość komunikowania komukolwiek i jakkolwiek, że w ten przekaz nie wierzą, bo zwyczajnie się boją. W związku z tym zaczynają w niego wierzyć, ale też na krótko. Historia stalinizmu pokazuje, że gdy bezpieka słabnie, to propaganda robi się nieskuteczna. W Polsce nie mamy, oczywiście, żadnej bezpieki, więc w momencie, gdy wyczerpie się paliwo społecznego poparcia, propaganda również przestanie być skuteczna.

Wcześniej może narobić sporych szkód. Rozbudziła oczekiwania wielu grup społecznych i zawodowych, które też chcą trochę tego sukcesu dla siebie. Widzimy to w ostatnich tygodniach. Kolejne grupy interesu mówią: sprawdzam. I rząd znalazł się w kłopotach.

Tak, dlatego będziemy obserwować rozpaczliwe miotanie się dziennikarzy, którzy będą starali się pokazać konflikty społeczne w taki sposób, żeby widzowie uznali, że żadnych konfliktów nie ma, tylko z jednej strony jest efekt manipulacji, a z drugiej – rzeczowe i spokojne negocjacje członków rządu. Przy zachowaniu wszelkich proporcji będzie to sytuacja jak na przełomie 1944 i 1945 roku, kiedy w cotygodniowej niemieckiej kronice filmowej opowiadano o kolejnych sukcesach wojskowych i o tym, że Wehrmacht wycofał się na z góry upatrzone pozycje, z których przypuści miażdżące kontruderzenie na bolszewików.

Jeśli dojdzie do ogólnopolskich protestów przeciwko rządowi, będzie to chwila próby także dla „Wiadomości”. Podołają?

Ale co to znaczy, że podołają? Dziennikarze „Wiadomości” będą wychodzić i dalej serwować swoje informacje. To nie jest sytuacja z gatunku: przeskoczą albo nie przeskoczą. Nikt tego nie sprawdza. Oni skaczą i mówią, że skoczyli bardzo wysoko.

Chyba, że rząd albo Nowogrodzka uznają, że jednak wcale tak wysoko nie skoczyli.

Jeżeli dojdzie do tego, że sondaże będą spadać, możemy znaleźć się w sytuacji, że decydent – a ja nie wiem tak naprawdę, kto jest decydentem w PiS-ie: czy już Morawiecki, czy jeszcze cały czas Kaczyński – mruknie niezadowolony i powie: „Kurski, za mało się staracie”. Wówczas prezes Kurski chwyci za telefon i nawrzeszczy na swoich dziennikarzy, że za mało się starają, że coś muszą zrobić, że nie może tak dalej być. Wtedy obejrzymy, o ile to jeszcze w ogóle możliwe, „Wiadomości” na sterydach i jeszcze bardziej zmanipulowany przekaz w stylu: emerytury są niskie, bo kradnie je Trzaskowski.

Dlaczego przez 2,5 roku nikt nie skorygował kursu „Wiadomości”? Łatwo było przewidzieć, że permanentna propaganda sukcesu w końcu wpędzi rząd w kłopoty.

Nikt nie zareagował, bo w PiS-ie nie ma schematu informacji zwrotnej. Ciężko znaleźć w Polsce partię, w której ów schemat działa, ale PiS jest tą, w której brakuje go zdecydowanie najmocniej. Nie ma spotkań, dyskusji, burzy mózgów, tylko są polecenia idące z góry na dół. Tak było zawsze, ta partia dzielnie trzymała się, przegrywając kolejne wybory, a mimo to zachowując spójność i wciąż idąc do przodu. Wówczas prezes nie słuchał żadnych rad i komunikatów z dołu, więc teraz, kiedy wygrywają i są na fali, nie będzie ich słuchać tym bardziej. Obowiązuje wersja, że to dzięki jego geniuszowi i przenikliwości PiS dotarło tu, gdzie jest.

Czego spodziewa się pan po „Wiadomościach” w trakcie dwuletniego maratonu wyborczego, w który właśnie wchodzimy?

Spodziewam się dalszego zaostrzania linii.

To jeszcze możliwe?

Kultura polityczna ma konstrukcję mechanizmu zapadkowego – może obracać się tylko w jedną stronę. Także jeśli już tak nakręciliśmy temperaturę sporu, to nie możemy teraz nagle zacząć od tego odchodzić bez rewolucji, przegranych wyborów, wymiany ludzi etc. Nagły powrót do spokojnego, rzeczowego języka jest niemożliwy. A jeżeli będzie trzeba coś robić, pokazywać, że reagujemy na zaostrzającą się sytuację, to będzie trzeba to robić coraz mocniej, coraz ostrzej, coraz bardziej delegitymizować opozycję. Bo co prawda możemy mieć setki tysięcy widzów, ale musimy pamiętać, że niektórzy widzowie są dla nas ważniejsi od innych. Szczególnie ważni są zaś ci telewidzowie, którzy mogą nas zwolnić z pracy.

Jak zareagują na to ci zwyczajni widzowie?

Będą z tego, oczywiście, kpiny i żarty. Tak było pod koniec lat 70. z telewizją Szczepańskiego, gdy żartowano, kpiono i niemiłosiernie szydzono z opowieści o kolejnych wielkich sukcesach Polski i gospodarskich wizyt towarzysza Gierka. Ludziom po prostu już nic innego wówczas nie zostało. W sklepach były pustki, żyło się ciężko, zostały tylko żarty.

Śmieszność nie zabija propagandy?

Jeżeli ludzie nie boją się z niej śmiać, to propaganda jest przeciwskuteczna. Propaganda rządzących ma bardzo ograniczone pole działania. Zawsze jest grą możliwości i najczęściej jej skuteczność trafia w otwierające się na krótko okienko czasowe. Można w nie wejść i dobrze wykorzystać sprzyjające okoliczności, dzięki czemu czasami udaje się wygrać wybory. Ale nie jest to długoterminowy patent, który pozwala nam nieustannie zdobywać sympatię wyborców.

>>>

Dalsze trwanie polskiej polityki w obecnej postaci będzie nas słono kosztować. Nowe rozdanie geopolityczne może przesądzić o pozycji kraju na dziesiątki lat

Po ostatnich sygnałach z Niemiec i Francji, do szerszych kręgów polskich elit zaczyna się wreszcie przebijać przestroga, którą w środowisku „Nowej Konfederacji” powtarzamy już od sześciu lat: że tak korzystny dla nas obecny porządek światowy, w tym europejski, ma nikłe szanse na przetrwanie. Rozsadza go amerykańsko-chińska rywalizacja hegemoniczna, w której obaj aktorzy na dłuższą metę chcą świata innego niż obecny. Niedorozwój polskiej myśli strategicznej (i w ogóle rozumu politycznego) sprawia, że pozornie odległe kwestie, takie jak konflikt na Zachodnim Pacyfiku, traktowane są jak egzotyczne ciekawostki – do czasu, gdy ich skutki zaczną być bezpośrednio odczuwalne. Ten czas jest już blisko, co unaocznia ujawnienie się fundamentalnych konsekwencji owego procesu w Europie, której wiodące potęgi coraz wyraźniej wpisują się w przygotowania do nowego rozdania międzynarodowego.

Ku europejskiemu supermocarstwu

Zarówno Niemcy, jak i Francja udzieliły w ostatnich dniach ofensywnej odpowiedzi na politykę Donalda Trumpa wobec UE. Wizje przedstawione przez szefa dyplomacji Republiki Federalnej Niemiec, Heiko Maasa, i prezydenta Emmanuela Macrona różnią się, tak jak interesy obu krajów. Omawiali je w ostatnich dniach na łamach Nowej Konfederacji prof. Bogdan Góralczyk i dr Witold Sokała. Mają jednak te pomysły kluczowe cechy wspólne. Po pierwsze, silna i suwerenna – czyli najpewniej federalna i supermocarstwowa – Europa, samodzielna strategicznie, z własną armią i instytucjami władzy finansowej i strukturalnej (fundusz walutowy, system rozliczeń bankowych). Po drugie, sprzeciw wobec jednostronnej polityki amerykańskiej. Po trzecie, redefinicja relacji transatlantyckich na znacznie bardziej równoprawnych zasadach.

Musimy się więc liczyć z tym, że w ciągu kilku lat Unia Europejska w ten czy inny sposób przekształci się w państwo lub podobną państwu hybrydę

Dlaczego tym razem mielibyśmy traktować te pomysły poważnie, skoro w przeszłości niewiele z nich wychodziło? Jak słusznie wskazuje Sokała – dlatego, że wygłasza je nowe pokolenie europejskich decydentów, w nowych okolicznościach strategicznych: „Dzisiejsi politycy z Francji i Niemiec raczej już wiedzą, że jeśli chcą zachować wpływ na bieg spraw regionalnych i globalnych, muszą zbudować w Europie bardziej sprawiedliwy, a zarazem efektywny rynek, nowocześniejsze (czytaj: bardziej odporne na ksenofobię i populizm) społeczeństwo, przywrócić zaufanie mechanizmom demokratycznym, a wreszcie – porządnie zabezpieczyć ów twór od zewnątrz”.

Dodajmy, że odmienność kontekstu strategicznego ma trzy zasadnicze wymiary. Pierwszy, to nowa faza – galopującej już – erozji ładu światowego. Uosabia ją Donald Trump, jednostronnie zrywający porozumienia, wywołujący konflikty, ostentacyjnie lekceważący kolegialne instytucje. Jego polityka już powoduje szukanie przez inne potęgi równoważników dla (względnych) strat, które zadają im USA. Stąd na przykład ostatnie zbliżenie UE z Chinami i z Turcją. Drugi, to trwający już dekadę wielowymiarowy kryzys Unii. Dla wszystkich poważnie myślących o jej przyszłości jest już jasne, że w obecnym kształcie ma ona malejące szanse na przetrwanie i potrzebne są głębokie zmiany. Trzeci, to – po raz kolejny – doświadczenie rosnącej potęgi Chin. Po licznych próbach wykorzystania Pekinu do swoich celów (w tym równoważenia polityki USA) decydenci zachodnioeuropejscy widzą, że już teraz występując w imieniu państw narodowych są za mali i za słabi, żeby uniknąć rozgrywania przez nowe supermocarstwo. Wedle wszelkich prognoz, problem będzie narastał. Federalizacja dałaby skokowy wzrost negocjacyjnej mocy Europy.

Oczywiście, jak każde ambitne przedsięwzięcie, i to ma szanse niepowodzenia. Przeszkód jest wiele: tyrania status quo, wzrost eurosceptycyzmu, liczne rozbieżności interesów. Również USA raczej nie będą bezczynnie przyglądać się powstawaniu nowego konkurenta czy zbyt silnemu zbliżeniu UE z Chinami. Ale lekceważenie możliwości powstania europejskiej federacji byłoby dziś bardzo nieroztropne. Zwłaszcza, że ostatnie wystąpienia Maasa i Macrona dowodzą znacznego postępu w usuwaniu jednej z największych barier, jaką była przepaść między pomysłami francuskimi i niemieckimi.

Zła wiadomość dla Polski

Musimy się więc liczyć z tym, że w ciągu kilku lat Unia Europejska w ten czy inny sposób przekształci się w państwo lub podobną państwu hybrydę. Jak również z tym, że porażka tego nowego federalizmu przyniesie faktyczny (mniejsza teraz o to, czy także formalny) rozpad Wspólnoty. Są też poważne i rosnące – teraz już coraz częściej otwarcie wyrażane w debacie – wątpliwości co do dalszego trwania NATO i Światowej Organizacji Handlu. Wiele wskazuje na to, że świat jaki znaliśmy, ma się ku końcowi.

To zła wiadomość dla Polski. Obecny porządek – przy wszystkich jego słabościach – przyniósł nam wielkie korzyści, na czele z bezpieczeństwem i dobrobytem. Łatwość, z jaką przyszły, uśpiła dominujące w Polsce elity, wbijając je w niesłuszną pychę na tle cudzych przede wszystkim osiągnięć. Słabo rozumiejąc świat i grzęznąc w próżnych sporach, są one więc dziś źle przygotowane do ambitnego kierowania dużym krajem. Jednocześnie, nasz status przedmieścia Zachodu opiera się w przeważającej mierze na zewnętrznym kapitale i zewnętrznych gwarancjach bezpieczeństwa. Źródła siły własnej są wciąż słabe.

Sterowne państwo i silną armię można zbudować w ciągu kilku lat. Większym problemem niż (służący za dyżurną wymówkę) rzekomy brak pieniędzy jest deficyt woli politycznej i olbrzymie marnotrawstwo

Nie powinniśmy jednak panikować. Do jakiejkolwiek tragedii jest jeszcze daleko. A Polska ma w nadchodzącym, nowym rozdaniu międzynarodowym poważne atuty i może na nim zyskać. Mówiąc Jackiem Bartosiakiem, mamy niezły „hardware”, czyli położenie geopolityczne, i bardzo słaby „software”: państwo i politykę. Lokalizacja w „bramie Heartlandu”, na styku Wschodu i Zachodu, europejskich nizin i Wielkiego Stepu bywa przekleństwem, ale może być i błogosławieństwem.  To położenie kluczowe z punktu widzenia Niemiec i Rosji, Szwecji i krajów wyszehradzkich, ważne także dla USA i Chin. Niedocenianie go jest lustrzanym błędem przeceniania: Polska to niepomijalny i ważny czynnik w każdym ładzie europejskim.

Problem w tym, że w dziedzinie „oprogramowania” ostatnie 30 lat zostało niemal zmarnowane. Kalekie, bezmózgie państwo, słaba armia, dyplomacja oscylująca między przedstawianiem odnośnych decyzji mocarstw zachodnich jako historycznych sukcesów lokalnych elit, a podobnie beztreściowym – w drugą stronę – „wstawaniem z kolan”, rachityczność własnego kapitału, nauki i techniki – to problemy dobrze znane zainteresowanym. Nierozwiązane, spowodują, że w nowym rozdaniu będziemy grać poniżej swoich możliwości. Być może znów wystąpimy w roli listka, targanego to w jedną, to w drugą stronę przez wiatry historii. Na panikę jest za wcześnie, ale na mobilizację – już całkiem późno.

Skończyć z bezzębnym neoimperializmem

Na leninowskie „co robić” odpowiedź jest więc trzyczęściowa. Po pierwsze, jak najszybciej nadrabiać zaległości w dziedzinie „software’u”, czyli wszelkiego typu zasobów – i zdolności ich mobilizacji – tworzących międzynarodową siłę kraju. Ze szczególnym naciskiem na państwo i wojsko, ale też wspomniany kapitał finansowy i naukowo-technologiczny. Sterowne państwo i silną armię można zbudować w ciągu kilku lat. Większym problemem niż (służący za dyżurną wymówkę) rzekomy brak pieniędzy jest deficyt woli politycznej i olbrzymie marnotrawstwo. Podobnie ma się rzecz z naprawą – zasługującego na osobne potraktowanie – aparatu dyplomatycznego. W pozostałych sprawach można w ciągu kilku lat zrobić przynajmniej stopniowy postęp.

Polska potrzebuje zarówno USA, i UE, silnej pozycji w Europie Środkowo-Wschodniej, jak i maksymalnego wykorzystania szans, które daje wzrost znaczenia Chin

Po drugie, potrzebujemy nowej polityki zagranicznej. Opartej z jednej strony na doktrynie, jasno definiującej interes publiczny w zmieniającym się świecie, z drugiej – na permanentnej, drobiazgowej analizie szans i zagrożeń, wariantowych kalkulacjach możliwych scenariuszy. Z trzeciej – na przemyślanym zarządzaniu personelem dyplomatycznym, urzędniczym, analitycznym.

Nawet dotychczasowe, a więc bardzo korzystne, realia unijne obnażają elementarne braki w tych sferach. Gdy pojawiają się konkretne niebezpieczeństwa, jak w przypadku stoczni czy pracowników delegowanych, zawodzi tak system wykrywania i opisu zagrożeń, jak i przeciwdziałania im. Dezorganizacja wychodzi z poziomu konstytucyjnego (dwugłowa egzekutywa) i rządowego, z beznadziejnie słabym centrum rządu, z czterema głównymi departamentami ds. europejskich, dysfunkcjonalnie rozdzielonymi między trzech wiceministrów.

Tak więc jedną kwestią jest naprawa narzędzi, a drugą – umiejętność korzystania z nich. Jeśli Polska ma być poważnym graczem, musi wyjść poza inercyjne hasła w rodzaju „płynięcia w głównym nurcie”, „wstawania z kolan”, czy „silnej Polski w silnej Europie”. Musi zacząć wypełniać je treścią. A więc przekuwać na wielość konkretnych programów i projektów, uczestnictwa w niezliczonych debatach, propozycji i działań lobbystycznych.

Możemy musieć wkrótce zdecydować, czy przystąpić do nowej, głębiej zintegrowanej Unii Europejskiej, czy nie

Powinniśmy odejść od oscylowania między ostentacyjnym antyamerykanizmem a eurosceptycyzmem. Tak samo jak między bezzębnym, pastiszowym neoimperializmem regionalnym, a zarzucaniem polityki środkowoeuropejskiej. Również między – widocznym nawet w obrębie jednej kadencji – chaotycznym sinoentuzjazmem a sinosceptycyzmem. Akcenty mogą rozkładać się różnie w zależności od tego, która partia rządzi, ale Polska potrzebuje zarówno USA, i UE, silnej pozycji w Europie Środkowo-Wschodniej, jak i maksymalnego wykorzystania szans, które daje wzrost znaczenia Chin. Frontowe położenie powinno skłaniać – zwłaszcza w niespokojnych czasach – nie do stawiania na jednego konia, ale do „zarzucania kotwic, gdzie się da”, jak to określił Olaf Osica. W konfliktach między najważniejszymi dla nas graczami powinniśmy być bierni tak długo, jak się da; starać się opowiadać jako ostatni.

Po trzecie, możemy musieć wkrótce zdecydować, czy przystąpić do nowej, głębiej zintegrowanej Unii Europejskiej, czy nie. Alternatywy są wykuwane już teraz, na niezliczonych spotkaniach, debatach, w kolejnych „dealach” i specjalistycznych artykułach. To ta krzątanina zadecyduje o ich finalnym kształcie. Aktywność Polski jest tu – z powyższych względów – minimalna.  To do siebie powinniśmy więc przede wszystkim kierować pretensje, gdy pomysły na nową Europę przybierają (jak w wizjach Macrona, czy, do pewnego stopnia, Komisji Europejskiej) mało korzystny dla nas kształt, a kraje „Trójmorza” lgną w spornych sprawach raczej do zachodnich stolic niż do Warszawy. Pustkę można jednak wypełnić, a braki – nadrobić.

>>>

Czytam głosy oburzenia na słowa, że Polska po 89 roku straciła niezależność gospodarczą. A przecież nasza współpraca z ZSRR przed rokiem 89 była obustronnie korzystna. My dawaliśmy ZSRR mięso, a w zamian za to ZSRR brał od nas masło, żyto i owoce 😂

Hairwald

W polityce historycznej PiS dostrzegam próby promowania kilku postaci, które poparły tę partię – mówi politolog Antoni Dudek.

Rzeczpospolita: Czy braciom Kaczyńskim należałaby się specjalna tablica w Stoczni Gdańskiej upamiętniająca ich udział w wydarzeniach Sierpnia’88?

Prof. Antoni Dudek, politolog, były członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej: Jest faktem, że w trakcie tego strajku w Stoczni Gdańskiej obaj bracia byli obecni…

Rzeczywiście udział Jarosława i Lecha Kaczyńskich w Sierpniu był tak istotny?

…ale upamiętnianie tego w formie specjalnej tablicy było kuriozum, z którego prezes PiS natychmiast zdał sobie sprawę. W 1988 r. obaj bracia odgrywali istotną rolę w kierownictwie wałęsowskiej Solidarności, ale wciąż była to rola drugoplanowa. Do ścisłej czołówki Lech wszedł na początku 1989 r., gdy znalazł się w solidarnościowej delegacji prowadzącej rozmowy w Magdalence, a Jarosław w kilka miesięcy później, gdy Wałęsa zlecił mu prowadzenie – wraz z bratem – rozmów sondażowych z ZSL i SD nt. koalicji rządowej.

Wspomniał…

View original post 2 037 słów więcej