Morawiecki i jego kozy

Mateusz Morawiecki jest dobry w wyprowadzaniu kozy. Jego rola jako premiera sprowadziła się głównie do tej dyspozycji. Taką kozą była ustawa o IPN, kolejną kozą ustawa o Sądzie Najwyższym. Morawiecki te ustawy wyprowadził, ale czy zmieniła się atmosfera wokół Polski.

Smiem wątpić. Pod koniec roku dopadła rząd pisowski afera KNF, której przerzut SKOK Wołomin pokazał, jak zrakowaciała jest ta władza. Aby przykryć aferę KNF, trzeba było wprowadzić jeszcze jedną kozę i przy fanfarach własnych ją wyprowadzić. Przy tym obdarzyć się oklaskami, jacy to fajni jesteśmy.

Drożyzna to koza wymarzona, bo kto lubi, aby uszczuplano mu portfel. O podwyżkach prądu zakomunikował minister energetyki Krzysztof Tchórzewski, przy tym kłamliwie zapewnił, że państwo zrekompensuje. Nikt na taką manipulację się nie nabrał. Do tego opozycja zapowiedziała wotum nieufności dla Morawieckiego z powodu afery KNF i nie tylko..

Jedna koza własna i druga koza opozycji, ta ostatnia nawet groźniejsza, bo wotum nieufności pozwala opozycji wyartykułować, jakim marnym politykiem jest Morawiecki.

Morawiecki mimo swej charakterologicznej bufonady musi mieć tego świadomość, bo to jednak dorosły człowiek, ale w pijarowskie klocki jest lepszy od opozycji, całe życie w to się bawi. Więc za jednym zamachem postanowił wyprowadzić kozy. Poprosił Sejm o wyrażenie wotum zaufania. Niby to samo, co opozycyjne wotum nieufności, lecz diametralnie inne.

Morawiecki nie pozwolił zatem na debatę nad swoją osobą, a przy okazji obiecał publice, że podwyżek pradu nie będzie. Nawet więcej – poprawi się stan portfeli Polaków. A zatem kozy zostały wyprowadzone. Niestety, wrócą szybciej niż Morawieckiemu się wydaje, bo publika nie zapomni obietnic, a afery i tak będą się ciągnąć za PiS jak kozie smrody.

Gdyby Polska była pastwiskiem to Morawiecki byłby najlepszym pastuchem w roli premiera, niestety tak nie jest – i niedługo ten pijarowiec o tym się przekona. Choć dzisiaj ku swej chwale może strzelić z bicza.

 

 

Premier Mateusz Morawiecki: Nie będzie podwyżek cen energii elektrycznej

ISB News/ RK, 12.12.2018

Premier Mateusz Morawiecki podczas wystąpienia w Sejmie ogłosił, że w Polsce nie będzie podwyżek cen za energię elektryczną.

Mimo, że polska energetyka znalazła się w trudnej sytuacji w efekcie przyjęcia unijnej polityki klimatycznej w obecnym kształcie, nie będzie podwyżek cen energii elektrycznej w 2019 r. – wynika z wypowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego.

Mieliśmy energetykę opartą prawie w 100 proc. o węgiel i transformacja jej musi przebiegać 20-30 lat, a łącznie od roku 1990 r. licząc – 50 lat albo nawet trochę dłużej. Nasi partnerzy to rozumieją, ale dzisiaj nasza pozycja negocjacyjna jest bardzo trudna. Jednak mimo tych waszych błędów z przeszłości chcę powiedzieć: nie będzie podwyżek cen energii

– powiedział Morawiecki podczas wystąpienia w Sejmie.

Zarzucił opozycji, że w 2008 r. nie zawetowała wówczas negocjowanej polityki klimatycznej, prowadząc do tego, że dziś Polska znalazła się w bardzo trudnym położeniu.

Ministerstwo Energii zapowiedziało kilka dni temu, że rekompensaty dla gospodarstw domowych oraz dla małych i średnich przedsiębiorstw związane z planowanymi przez przedsiębiorstwa energetyczne wyniosą w przyszłym roku ok. 4-5 mld zł. Minister energii Krzysztof Tchórzewski informował, że część tej kwoty – ok. 1 mld zł – zostanie pokryte dzięki oszczędnościom w spółkach energetycznych.

gazeta.pl

 

Show Morawieckiego. Premier ośmiesza opozycję, ale też obiecuje drugie wejście do UE [ANALIZA]

Jacek Gądek, 12.12.2018

Nie tylko zepchnąć na margines, ale po pierwsze ośmieszyć opozycję – taki wist wykonał premier Mateusz Morawiecki. Najpierw PiS chciało zrobić z opozycji warchołów, ale ostatecznie obóz władzy postanowił uczynić z niej błaznów. A wyborcom obiecuje wręcz drugie wejście do Unii Europejskiej – nie Polski, ale Polaków.

Niespodziewanie Morawiecki poprosił Sejm o wyrażenie jego rządowi wotum zaufania. To szczwany fortel.

Pierwotny plan Prawa i Sprawiedliwości zakładał zepchnięcie wniosku opozycji o wotum nieufności dla premiera na margines. I tyle. Tak byłoby najprościej, ale – dla PiS – wcale nie najlepiej.

PiS chciało zrobić z opozycji warchołów

Pierwotnie marszałek Sejmu zepchnął punkt „wotum nieufności dla Morawieckiego” na porę, która już lekko trąciła drwiną. Harmonogram jeszcze rano zakładał, że debata nad wnioskiem opozycji odbędzie się w piątek w nocy, w godz. 21:00 – 22:45. Uwaga: tuż po spotkaniu opłatkowym w Sejmie.

W takim scenariuszu opozycja – nota bene wśród nocnej ciszy – byłaby wtedy kreowana na warchołów. Jednak spychanie punktu obrad na piątkową noc stwarza jednak wrażenie, że PiS chce ukryć przed opinią publiczną groźny dla siebie wniosek. A przede wszystkim byłoby to granie na polu narzuconym przez opozycję: skoro Grzegorz Schetyna zgłasza chęć bycia szefem rządu, to Morawiecki musi się bronić. A każdy spin doctor powie: gdy się gra tak, jak pozwala przeciwnik, to się przegrywa.

Fortel opozycji

PiS odwróciło więc tę logikę. Obóz rządzący sięgnął po fortel: po co tkwić w defensywie i bronić przed opozycją, skoro można przejść do kontry i pokazać swoją siłę? Stąd niespodziewany wniosek premiera o wyrażenie przez Sejm wotum zaufania.

Co lepiej brzmi – „premier wygrał” czy „premier się obronił”?

Mając – policzoną co do głowy – większość w Sejmie sięgnięcie po taki fortel jest zyskowne. Posłowie mogą szybko przegłosować wotum zaufania dla Morawieckiego. Wówczas wniosek opozycji rozpatrywany w piątkową noc będzie już tylko kapiszonem, a nie salwą. PiS ośmiesza opozycję jej własną i to najsilniejszą bronią. Dodając do tego fakt, że do przegłosowania wniosku o konstruktywne wotum nieufności jest potrzebnych co najmniej 231 głosów na „tak”, a opozycja ich przecież nie ma, to klub PiS może nocną debatę zwyczajnie zignorować. Po opłatku posłowie PiS mogą się rozjechać do domów albo przygotowywać do konwencji partii.

To o konwencję PiS-u, a nie szczyt UE chodzi

Frapujący jest kontekst fortelu PiS. Premier „sprzedaje” konieczność uzyskania już teraz wotum zaufania, bo lada chwila jedzie do Brukseli na szczyt Unii Europejskiej w sprawie Brexitu. A tam przecież, aby zabiegać z całą siłą o polskie i unijne interesy, musi mieć silny mandat. Skoro opozycja właśnie teraz ten mandat chce premierowi odebrać, to znaczy że osłabia nie tyle jego, co państwo polskie w ważnym dla Unii momencie. Teza to efektowna, ale dęta. Szczyt UE to tylko pretekst.

O wiele istotniejsza jest perspektywa zwiastuna nowego otwarcia PiS-u: konwencji obozu rządzącego w ten weekend. To konwencja, która – przesadzając z lekka – oddzielić ma grubą linią to, co było, od tego, co ma być. To, co było PiS-owską rewolucją w państwie, od tego, co jest już kampanią przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i Sejmu.

Śmiechem w opozycję

Z przemówienia premiera biło szyderstwo i chęć ośmieszenia opozycji. W tym i Donald Tuska, którego w ostatnich dniach znów zaczęli przywoływać i premier, i prezes PiS. – My, rząd PiS zrealizowaliśmy również waszą obietnicę – drwił z b. premiera i opozycji Morawiecki, gdy mówił o ograniczeniu deficytu budżetowego. A ten, chwalił się, może spaść poniżej 1 proc., co kiedyś Tusk obiecywał.

Wyśmiewał opozycję i tezę o izolacji Polski w świecie. Przywoływał tu dane o wzroście o 3 mln liczby turystów, którzy – drwił – „przedarli się przez zasieki na granicach”. Szydził z rzekomej dyktatury, w której opozycja rządzi w wielu samorządach.

O może najważniejszym dziś temacie przy stołach, a więc perspektywie wzrostu cen prądu i tego, jak to się przełoży na koszty życia, wspomniał tylko, że „nie będzie podwyżek cen energii”. Sam resort energetyki ocenił, że na rekompensaty z tytułu podwyżek za energię państwo wyda 4-5 mld zł i to tylko w jednym roku. Nie ma innej możliwości: prąd będzie droższy, pośrednio dotknie to wszystkich, nawet jeśli premier zapewnia, że nie.

Opozycja nazywa szarżę premiera „kinderbalem”, „kabaretem” i „Alternatywami 4”. Samochwalstwo szefa rządu faktycznie jest posunięte do granic wytrzymałości. A już trąci komedią, gdy Morawiecki chwali tych ministrów, których sam wykopywał z rządu i tych, których ma za kule u swoich nóg.

Big idea PiS-u: Polacy mają mieć Unię w swoich portfelach

Obok szyderstw jest i twardy przekaz. Premier zarysował bardzo wyraźnie, co będzie obiecywał wyborcom przez najbliższy rok. Parafrazując hasło PO sprzed 11 lat: By żyło się lepiej, jak na zachodzie Europy, wszystkim.

Koalicja Obywatelska rosła w siłę dzięki narracji o Polexicie – (jak mówił szef RE Donald Tusk) lunatycznym wyprowadzaniu Polski z Unii przez PiS. Ta opozycyjna narracja, mimowolnie napędzana zresztą przez obóz PiS, była skuteczna w czasie kampanii samorządowej. Główny macher od liczb, sondaży i analiz socjologicznych prof. Waldemar Paruch wprost mówił, że straszenie Polexitem zabrało PiS-owi kilka punktów procentowych.

Teraz Morawiecki wyśmiewa wizję Polski wychodzącej z UE. A co więcej: obiecuje, że pod względem pensji Polska pójdzie na zachód.

Teraz Morawiecki mówi, że pod rządami PiS do Unii dopiero wejdziemy. Nie politycznie, bo to stało się faktem w 2004 r., ale finansowo, bo Unia ma być nie na sztandarach, ale w portfelu przeciętnego Polaka.

Kasa, a nie flaga

Do wyborców najbardziej przemawia zasobność własnego portfela. Filarem takiej narracji PiS-u są – chłodno patrząc – bardzo dobre wyniki polskiej gospodarki: rekordowo wysoki w UE wzrost PKB i rekordowo niskie bezrobocie w naszej historii po 1989 r., a także rekordowe transfery pieniędzy dla ludzi najbiedniejszych. Ile w tym zasługi PiS, a ile to efekt prosperity w Europie? To już nie jest rozróżniane dla szeregowego wyborcy.

W myśl tej narracji Morawiecki obiecuje z mównicy, że doszlusujemy do „poziomu zachodnioeuropejskiego”. To zapewne będzie gwóźdź programu PiS na najbliższy rok. „Podnoszenie poziomu życia” to dla Morawieckiego „główne zadanie”, „historyczna szansa”, bo „nie ma ważniejszej sprawy”. W 10 lat premier chce więc dogonić Włochy – statystycznie to zresztą cel realny, przynajmniej pod względem dochodów, a nie klimatu. I jeszcze Hiszpanię. – Naszą aspiracją jest, aby pensje Polaków były wyższe – podkreślał premier.

Zwrot tożsamościowy

Co ciekawe, Morawiecki obiecał nie tylko finansowy kurs na Zachód, ale także tożsamościowy – przynajmniej w warstwie celebry. Chodzi o świętowanie rocznic wejścia Polski do Unii Europejskiej (to będzie już 15 lat), NATO (20 lat) i rocznicy Okrągłego Stołu (30). Co frapujące: 4 czerwca (pierwsze częściowo wolne wybory) Morawiecki określił mianem „rocznicy odzyskania wolności”. Dla twardogłowych z obozu „dobrej zmiany” to raczej pomiot parszywego spółkowania komuny i agentury.

To swoiste odnowienie europejskich, natowskich i demokratycznych ślubów państwa polskiego. Sposób na sparowanie krytyki, że oto Polska pod wodzą PiS maszeruje ku putinowskiemu modelowi władzy.

Show pójdzie w zapomnienie, obietnice – nie

Wystąpienie premiera zapełni dzisiejsze ramówki w telewizjach i sloty na portalach. Ale to tylko show obliczone na jeden dzień, o którym większość wyborców zapomni po tygodniu. Łajanie opozycji i narcystyczne zachwycanie się sobą to łatwizna, która nie zmienia stanu gry.

Istotniejsze jest to, jakimi konkretnymi obietnicami Morawiecki na spółkę z J. Kaczyńskim wypełnią świetlaną wizję wstąpienia już nie tylko Polski, ale także Polaków do Unii.

gazeta.pl