Przyjechali z Moskwy. Muszą tu być, bo inaczej nie da się tego wytłumaczyć

Kaczyzm jest uleczalny, czyli konwertyci z Nowogrodzkiej

Podpisze, nie podpisze, podpisze… Odpowiedź, w zasadzie, już znamy. Jeszcze tylko kilka dni hamletyzowania w pięknych okolicznościach Juraty i kolejne „ustawy agrarne” (służące zaorywaniu demokracji) wejdą w życie. No, chyba że – dla zachowania pozorów – zostaną najpierw odesłane do tak zwanego „Trybunału Konstytucyjnego”.

Wszak Prezydent Niektórych Polaków od początku kadencji myślą, mową i uczynkiem zaświadcza przywiązanie do partii aktualnie rządzącej, więc trudno – o czym zresztą wprost mówił minister Ziobro – podejrzewać, że zechce zawetować jedną z najważniejszych ustaw zapowiadanych w programie wyborczym.

Ludzie jednak zmieniają nie tylko frakcje partyjne, ale też poglądy. Sztandarowym przykładem takiej politycznej woltyżerki jest – na przykład – europoseł Ryszard Czarnecki. Chyba nie było po transformacji takiej partii (poza, zdaje się, SLD) której nie zaszczyciłby swoją obecnością na listach wyborczych.

Transfery w ramach tego samego obozu to skądinąd swoista norma, wynikająca z niedostatku„miejsc biorących”. W każdej partii jest ich zwykle mniej, niż ambitnych polityków. Niemniej, choć to nieliczne przypadki, zdarzają się także polityczne „konwersje”, czyli nawrócenia na ideologię przeciwnika. Tak, jak uczynił to – na przykład – Jarosław Gowin, który porzucił tekę ministra w rządzie PO, by zająć stanowisko szefa departamentu nauki w ekipie Beaty Szydło, a wcześniej minister Sikorski, który zaczynał rządową karierę w PiS, by kontynuować ją w PO. Podobną drogę, tylko z SLD, przeszedł w kierunku centrowo-liberalnym także Bartosz Arłukowicz. Rzecz ciekawa, większość tego typu wolt dokonuje się nad Wisłą od prawicowego fundamentalizmu w stronę centrum, a nawet liberalizmu. Rzadko kiedy odwrotnie. Można więc uznać, że uciekinierzy z obozu radykalnej prawicy przekonują się (lepiej późno, niż wcale) do postępu i nowoczesności. I – niejako – nawracają na wartości europejskie.

Polska scena polityczna widziała już niejedną głośną apostazję zatwardziałego „kaczysty” na demokrację i zdrowy rozsądek. Weźmy byłego premiera w pierwszym rządzie PiS – Kazimierza Marcinkiewicza. Tego od „yes, yes,yes!” i mówiącej wierszem małżonki Izabel. Kiedyś „twarz” obozu władzy braci Kaczyńskich, dziś jest jednym z najbardziej surowych i zarazem kompetentnych krytyków swoich byłych mocodawców i kolegów.

Jeszcze bardziej spektakularnego zerwania z „kaczyzmem – ziobryzmem” dokonał nazywany niegdyś „trzecim bliźniakiem” Ludwik Dorn. Ten sam, który jeszcze niedawno obiecywał zaganianie medyków w kamasze i – wyzywając ich z sejmowej mównicy od „łże elit” – postulował: – ”Lekarzu, pokaż, co masz w garażu”. To do niego, gdy jeszcze realizował dyktatorskie zapędy ekipy Prawa i Sprawiedliwości, Aleksander Kwaśniewski apelował: – ”Ludwiku Dornie i psie Sabo, nie idźcie tą drogą!”. I wiecie co? Saby nie ma już wprawdzie na tym świecie, ale Ludwik Dorn… rzeczywiście zawrócił. I dziś, podobnie jak Marcinkiewicz, jest surowym krytykiem poczynań Jarosława Kaczyńskiego, a dla mediów niewyczerpanym źródłem wiedzy o lękach, kompleksach i ukrytych motywacjach ekipy rządzącej.

Nic nie przebije jednak transformacji politycznej, jaką przeszedł jeden z największych ideologów i promotorów kaczyzmu – Michał Kamiński. Jego ostatnie, poruszające przemówienie w obronie sądów przejdzie zapewne do historii heroicznej walki Polaków o wolność i demokrację, choć tym, co pamiętają koleje jego politycznej kariery trudno zapomnieć, że to wszak ten sam Michał Kamiński, który jeszcze niedawno był naczelnym „piarowcem” PiS-u i składał hołdowniczą wizytę u Augusto Pinocheta.

Nie od rzeczy będzie tu także przypomnieć, że również autorka prezydenckiej kampanii wyborczej Jarosława Kaczyńskiego, Joanna Kluzik-Rostkowska, posypawszy głowę popiołem, przeszła na pozycje „wroga” i była potem ministrem edukacji w rządzie PO.

Warto też pamiętać, że w delegacji do Londynu (gdzie przebywał wtedy Pinochet), wiozącej krwawemu dyktatorowi ryngraf z Matką Boską, był jeszcze redaktor Tomasz Wołek, naczelny „Życia”, wówczas nieustraszony tropiciel związków ekipy prezydenta Kwaśniewskiego z rosyjskim wywiadem i wielki orędownik kaczyzmu – dziś należący do jego zagorzałych krytyków.

Tylko patrzeć, jak na pozycje liberalnej demokracji przejdzie też jeden z najbardziej rozpoznawalnych autorytetów naukowych otwarcie popierających dotąd poglądy, strategię polityczną i osobę prezesa Kaczyńskiego – profesor Jadwiga Staniszkis.

Tak więc – kaczyzm jest uleczalny, co dotyczy nawet – z pozoru – beznadziejnych przypadków. Czasem jest to skutek uboczny PTD (czyli stresu pourazowego w wyniku utraty pozycji w partii, ograniczenia wpływów i kompetencji, braku szacunku we własnych szeregach, decyzyjności, mocy sprawczej etc.), ale zdarzają się też przykłady spontanicznego samowyleczenia. Niektórym wystarczy spojrzeć w telewizor, zajrzeć do gazety lub – w ostatnich dniach – po prostu wyjrzeć przez okno.

Mógł Dorn, mógł Marcinkiewicz, mógł Kamiński, mogła prof. Staniszkis, to niby dlaczego nie miałby wreszcie przejrzeć na oczy także prezydent Duda? Więc słaba, bo słaba, ale wciąż jest nadzieja, że może jednak tym razem odłoży długopis.

koduj24.pl

Senatorowie przegłosowali niewłaściwy projekt ustawy o SN!

Dziennik Gazeta Prawna informuje, że na biurko prezydenta trafiła ustawa przyjęta w Senacie, ale nie w Sejmie. Innymi słowy – senatorowie przyjęli inny akt niż ten, który został przegłosowany w czwartek przez posłów w Sejmie. To złamanie art. 121 ust. 1 Konstytucji.

Niebywały wręcz pośpiech PiS może w tej sytuacji oznaczać, że Jarosław Kaczyński bardzo się na nich rozgniewa… Zdaniem ekspertów, na których powołują się dziennikarze DGP, ustawa jest niekonstytucyjna z samego już faktu szybkości prac nad nią.
Jak ustalił DGP, ustawa, nad którą pracował Sejm i ustawa, nad którą pochylił się Senat różnią się 11 miejscach. Tak było na przykład z treścią artykułu 88, który zmienił się w artykuł 91.

Dziennikarze chcieli skontaktować się z wiceministrem sprawiedliwości Marcinem Warchołem, który przedstawiał projekt w Senacie. Nie odbierał telefonów, tak samo zresztą jak rzecznik prezydenta Krzysztof Łapiński.

Szef Kancelarii Senatu Jakub Kowalski napisał, że – w jego ocenie – zarzuty gazety są bezpodstawne.

To jest prawna katastrofa… hm… smoleńska. Tymczasem Duda się odnalazł.

Ale nie będzie miał czego podpisać, bo Senat uchwalił co innego, niż uchwalił Sejm. Dwa różne dokumenty.

Sędziowie – zostańcie z nami!

Musicie nam podpowiedzieć, jak w legalny sposób odbudować system prawny, jak przywrócić państwo prawa.

„Akcja Demokracja” zbiera na FB podpisy pod apelem do sędziów Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa, by nie ustępowali ze swoich stanowisk. Społeczne poparcie dla tej akcji nie jest jednak, przynajmniej na moje oko, tak szybkie i spontaniczne, jak dla innych znakomitych inicjatyw tej fundacji, pilotującej m.in. wielotysięczny „Łańcuch światła”. Może dlatego, że bierny opór profesorów, dostojnych koryfeuszy prawa, okupujących swoje gabinety, to prezent dla chamskiej propagandy PiS, która niewątpliwie zatrąbi o sędziach przylepionych do stołków, których siłą odrywać trzeba od żłobów i zaszczytów. Poza tym trudno mi wyobrazić sobie Małgorzatę Gersdorf, Dariusza Zawistowskiego, prezesów Izb i sędziów Sądu Najwyższego oraz członków KRS wynoszonych przez policję i stawianych przed ponurym obliczem któregoś ze służalców Ziobry za zakłócanie porządku publicznego, za stawianie oporu i za dziesięć innych wykroczeń wymyślonych po drodze.

A jednak podpisałem ten apel. Kiedy jakiś bezczelny osiłek wtargnie do mojego domu i każe mi się wynosić, bo akurat ten dom jest mu potrzebny, to z pewnością nie założę czapki i potulnie wychodząc nie oddam mu kluczy, życząc miłego pobytu. Kiedy jutro w nocy parlament ogłosi Kaczyńskiego Naczelnikiem Państwa, któremu pod karą grzywny należy codziennie oddawać publiczny pokłon na Rynku, to nie podporządkuję się tej ustawie i nie spodziewam się, by zaakceptował ją ktokolwiek o zdrowych zmysłach, dysponujący choćby symbolicznym poczuciem godności.

Podobnie traktuję trzy ostatnie ustawy zawłaszczające władzę sądowniczą, które w oczywisty sposób są nielegalne. Te ustawy nie mogą istnieć w obiegu ani wywoływać jakichkolwiek skutków prawnych. Bo łamanie Konstytucji jest przestępstwem, prawo sprzeczne z Konstytucją jest bezprawiem, a bezprawia nie wolno milcząco przyjmować do wiadomości, stwarzając tym samym pozór akceptacji dla legislacyjnej anarchii.

Ustawy zasadniczej nie chroni już Trybunał Konstytucyjny. Strażnikiem Konstytucji nie jest też Prezydent – i nie był nim od chwili, gdy przysiągł jej bronić. Jarosław Kaczyński, któremu przypomniano, że Konstytucja to najwyższe prawo i niejako główny „suweren” – kpi w żywe oczy: –„To przecież tylko taka książeczka…”. No pewnie. Biblia też. A 10 przykazań to tylko takie dwa kamienie z wyskrobanymi słowami…

Kaczyński, promując swoją konstytucję – egzemplarz z powyrywanymi kartkami, upstrzony dopiskami i skreśleniami – pozbywa się ludzi, których autorytet może przekonać resztę Polaków, że mają do czynienia z falsyfikatem. Pozbywa się Was, sędziowie Sądu Najwyższego. Ostatnich prawowitych strażników oryginału ustawy zasadniczej. Ostatnich, ale nie osamotnionych. Bo jest jeszcze ulica, która na transparentach pisze „konsTYtucJA”. TY, JA i miliony Polaków nie straciło jeszcze nadziei. Bronimy najświętszego prawa do wolności, godności i demokracji. Bądźmy razem! Zostańcie z nami, sędziowie z najwyższym autorytetem. Na przekór bandyckiemu prawu kaduka pozostańcie naszym Sądem Najwyższym.

Nie musicie barykadować się w gabinetach ani użerać z policją. Ale przecież możecie nie przyjąć do wiadomości bezprawia. Możecie działać dalej. Spotykać się, podejmować uchwały w najważniejszych dla nas sprawach, rozstrzygać nasze wątpliwości, interpretować otaczającą nas coraz bardziej rzeczywistość prawną.

A poza tym – jest jeszcze jedno niezmiernie ważne zadanie: PiS nie będzie rządził wiecznie. Może nawet krócej, niż nam się wydaje. Pozostanie po nim zrujnowany Trybunał, zdemoralizowana prokuratura, zdemolowana struktura wymiaru sprawiedliwości, zarządzana przez niekompetentnych nominatów PiS i pozostaną zachwaszczone kodeksy. Kto podpowie Polakom, jak w LEGALNY sposób odbudować system prawny, jak przywrócić państwo prawa? Znów politycy?

Zostańcie z nami, sędziowie Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa! Do końca swojej kadencji nie ustępujcie przed bezprawiem. Jesteście nam teraz potrzebni jak nigdy dotąd. Prawdziwy Sąd Najwyższy i legalny KRS jest także potrzebny przyszłej, ponownie demokratycznej Polsce.

koduj24.pl

Miłosz Wiatrowski

Młodzi udowodnili, że tylko protesty skupione na wartościach mają siłę mobilizacji całego społeczeństwa

23 lipca 2017

Uczestniczki piątego dnia protestu w Lublinie

Uczestniczki piątego dnia protestu w Lublinie (Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Szanuję różnice międzypokoleniowe, ale nie ma we mnie zgody na czynienie z życia osobistego Jarosława Kaczyńskiego głównej osi narracji protestów. Nie chcę słuchać przydługawych przemówień skompromitowanych w naszych oczach polityków, którzy pozbawieni są autorefleksji i poczucia współodpowiedzialności za to, do czego doszło.

Miłosz Wiatrowski (1989) – historyk, ekonomista, politolog. Doktorant na wydziale historii Uniwersytetu Yale. Były konsultant Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju w Paryżu.  

Stało się – po półtora roku nawoływań, dyskusji, polemik, próśb i gróźb młodzi masowo dołączyli do protestów. Wystarczył zamach na ostatni z filarów demokratycznego państwa prawa – wolne i niezawisłe sądy, a w szczególności Sąd Najwyższy, by wciągu tygodnia na ulice polskich miast wyszły setki tysięcy ludzi.

Wśród nich wielu z mojego pokolenia. Dotychczas mieliśmy więcej chwytliwych łatek („generacja ’89”, „pokolenie JPII”, „milenialsi”) niż obywatelskich zasług, więc masowe przyłączenie się młodych do protestów jednocześnie zdominowało narrację opozycyjną i obnażyło fałsz propagandy rządowej, bo marsz „odsuniętych od koryta bolszewickich upiorów i ubeckich wdów” ma twarz uśmiechniętych dwudziesto- i trzydziestolatków śpiewających hymn w jego całym, czterozwrotkowym majestacie, intonujących „Odę do radości”, dzierżących flagi Polski i Unii Europejskiej.

Ostatni tydzień pokazał w jaskrawym świetle racje obu stron opozycji. Młodzi udowodnili, że tylko protesty skupione na wartościach i instytucjach mają siłę mobilizacji na skalę całego społeczeństwa.

Wiemy, że PiS nie skończy się dlatego, że będziemy skandować pod Sejmem. To partia z wielkim społecznym poparciem i mocną, szeroką bazą. Zamiast próbować ją obalać politycznie, młodzi skupiają się na obronie fundamentów – niezawisłe sądy i trójpodział władzy oraz wolne wybory są doskonałym przykładem walki nie z PiS, ale o wolną i demokratyczną Polskę.

Od Krakowa aż po Hel. Protesty przeciw ustawie o Sądzie Najwyższym w całym kraju

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,22137255,video.html

Młodzi dołączyli zbyt późno

Jednak również my, młodzi, zostaliśmy obnażeni. Zamiast znów narzekać na KOD, dołączyliśmy do jego protestu. Wprowadziliśmy do niego nasze myślenie, nasze priorytety oraz nadzieje. Nie spaliliśmy komitetów ani nie założyliśmy nowych, bo okazało się, że można zmieniać od środka KOD i inne organizacje, który od półtora roku mobilizują obywateli i obywatelki do oporu przeciwko niebezpiecznym zapędom obecnej władzy. Wniosek jest jeden – czekaliśmy za długo.

Zamiast kręcić nosem i narzekać na przesadne upolitycznienie protestów, „niewinne” seksistowskie żarty oraz jałowość i agresywność języka, pokolenie młodych powinno było dołączyć do KOD wcześniej i tą drogą wpłynąć na jego kształtowanie.

Szkoda tych straconych miesięcy, bo Trybunał Konstytucyjny zasługiwał na taką samą obronę jak Sąd Najwyższy – dla wielu z nas miarka przebrała się dopiero wówczas, gdy niezależny Trybunał jest już jedynie wspomnieniem.

Młodzi stanęli przeciw PiS, bo przekroczono trzy fundamentalne granice: ściemy, rozumu i Europy

Protest przeciwko przejęciu Sądu Najwyższego przez PiS, ŁódźProtest przeciwko przejęciu Sądu Najwyższego przez PiS, Łódź Tomek Ogrodowczyk / Agencja Gazeta

Młodzi odrobili lekcje, odróbcie je i wy

W ciągu ostatnich parunastu miesięcy wielokrotnie i często bez skutku namawiałem do dołączenia do odbywających się protestów oraz wspierania opozycji pomimo jej nieudolności i partyjniactwa. Aż do teraz, bo w końcu odrobiliśmy tę lekcję – wiemy, że zamiast czekać na „lepszy KOD”, musimy sami zadbać o poprawę istniejących ruchów obywatelskich.

Obawy moje i moich znajomych potwierdziły się niejednokrotnie w tym tygodniu. Masowy udział młodych i formułowana przez nich krytyka powinien być źródłem refleksji liderów protestów oraz opozycji:

Szanuję różnice międzypokoleniowe, ale nie ma we mnie zgody na czynienie z życia osobistego Jarosława Kaczyńskiego głównej osi narracji protestów. Nie chcę słuchać przydługawych przemówień skompromitowanych w naszych oczach polityków, którzy pozbawieni są autorefleksji i poczucia współodpowiedzialności za to, do czego doszło.

Nie uważam, żeby wyzywanie prezesa Kaczyńskiego go od „Kaczora” lub „Dziobaka” oraz nazywanie „Adrianem” prezydenta Andrzeja Dudy mogło pomóc obronić sądy albo przekonać zwolenników rządu, że bronimy również ich praw i interesów.

Nie uważam, żeby rolą protestujących było grożenie parlamentarzystom PiS więzieniem.

Nie mogę w spokoju wysłuchiwać seksistowskich komentarzy – i tych atakujących kobiety w rządzie PiS, i tych niestosownie komplementujących opozycyjne posłanki i protestujące dziewczyny.

Chcę wspierać polityków opozycji, gdy w budynkach Sejmu i Senatu stoją na straży praworządności, ale oczekuję od nich dostrzeżenia realnie istniejących w Polsce problemów i propozycji ich rozwiązania.

Jako obywatel oczekuję od polityków poważnego traktowania, bez protekcjonalności. Chcę bronić praw, a nie służyć interesom polityków, którzy nie zgadzają się z PiS.

Straszenie więzieniem i retoryka rozliczeń to język PiS. Demokraci, nie idźmy tą drogą

Protest 'łańcuch światła' pod Sądem Okręgowym w KrakowieProtest ‚łańcuch światła’ pod Sądem Okręgowym w Krakowie fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta

Weto albo walka

Pomimo ogromnej społecznej mobilizacji trzy ustawy demontujące podstawowe zasady ustroju RP zostały przegłosowane przez obie izby parlamentu. Jeśli ostatnie dwa lata czegoś nas nauczyły, to tego, że na prezydenckie weto nie mamy co liczyć – prezydent Andrzej Duda od dnia zwycięskich dla PiS wyborów parlamentarnych jest jednym z kluczowych aktorów demontażu państwa prawa.

Jednak w ciągu ostatnich dni hasłem cieszącym się największą popularnością jest „3 x weto. Jesteśmy realistami – żądamy niemożliwego”. Wielu z nas potrzebowało ponad półtora roku, żeby wziąć odpowiedzialność za kraj i ruszyć na ulice pomimo rozczarowania całą klasą polityczną. Chcielibyśmy wierzyć, że prezydent Andrzej Duda pójdzie w nasze ślady i zda egzamin politycznej dojrzałości, do którego przygotowywał się przez ostatnie dwa lata.

Jeśli prezydent potwierdzi nasze obawy i obleje egzamin, nie pozostanie nam nic innego niż dalsza walka. Król jest dziś nagi – walczmy więc dalej o uznanie naszych praw i naszej podmiotowości jako obywateli i obywatelek. Stawką jest przekreślenie relacji państwo – człowiek opartych na skrajnym lekceważeniu, które dominowało w III RP i osiągnęło apogeum podczas obecnych rządów PiS.

Bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego.

wyborcza.pl

Martin Pollack

Sprawa Piątka to papierek lakmusowy dla polskiej demokracji. I test dla Europy

23 lipca 2017

Antoni Macierewicz, Orzysz, 16.06.2017.

Antoni Macierewicz, Orzysz, 16.06.2017. (Fot. Arkadiusz Stankiewicz / Agencja Gazeta)

Brudne kampanie, zastraszenia i pozwy. W ważnym kraju członkowskim Unii Europejskiej depcze się wolność prasy. Jeśli Unia szybko nie zareaguje, to Polska będzie stracona dla Europy – pisze Martin Pollack w austriackim dzienniku „Der Standard”

Jakiś czas temu swój artykuł dla „Der Standard” zatytułowałem: „Czy moja Polska już zginęła”. Wtedy mnie samemu ta parafraza pierwszej strofy polskiego hymnu narodowego wydała się nieco przesadzona, nazbyt alarmistyczna.

Wywiad z Martinem Pollackiem. „Przyzwyczajenie jest najcięższym grzechem społecznym, prowadzi do odrętwienia”

Dziś widać, że rozwój wydarzeń w Polsce w znacznym stopniu przekroczył moje najgorsze oczekiwania. Mimo ostrych protestów społeczeństwa obywatelskiego, setki tysięcy ludzi na ulicach, rząd prawicowo-populistycznej partii PiS zdołał naruszyć najistotniejsze filary demokracji, z Trybunałem Konstytucyjnym na czele. I pokierował Polskę w stronę państwa autorytarnego idąc za swym silnym przywódcą Jarosławem Kaczyńskim. To on sam podejmuje wszelkie decyzje, bez udziału krajowych ani zagranicznych doradców. Nie zważa na żadne ostrzeżenia, nie troszcząc się o zachowanie reguł praworządności i podziału władzy.

Chowa się za plecami innych, nie odważył się zarzucić mi kłamstwa – w „Temacie dnia” Tomasz Piątek o reakcji szefa MON na swoją książkę

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,22090971,video.html

Podobieństwo do Putina i Erdogana jest jasne. To, że w Polsce, inaczej niż w Rosji, Turcji czy także na Węgrzech, istnieją jeszcze krytyczne media, które protestują przeciwko postępującemu niszczeniu demokracji, oczywiście Kaczyńskiego i jego świtę kole w oczy. Publiczne media, radio i telewizja zostały już zglajchszaltowane, zwolniono wielu krytycznych wobec rządu dziennikarzy, innych zastraszono.

Teraz przychodzi kolej na media prywatne, mające często większy zasięg niż publiczne, prawicowe, zdegradowane przez rząd do nudnych narzędzi propagandy jak w czasach komunizmu.

Dobrać się Piątkowi do skóry

Tego, jak to działa i jaką presję wywiera się na krytycznych dziennikarzy, żeby zamknąć im usta, doświadczył na sobie w ostatnich dniach reporter i pisarz Tomasz Piątek, autor książki o ministrze obrony Antonim Macierewiczu, w której opisuje podejrzane powiązania jego otoczenia z otoczeniem Władimira Putina, rosyjskimi tajnymi służbami oraz kręgami mafijnymi.

Książka „Macierewicz i jego tajemnice” miała w Polsce moc bomby i stała się bestsellerem, mimo że współpracownicy ministra natychmiast zarzucili autorowi, że są w niej same kłamstwa. Większość z opisanych tam faktów ujawniono już wcześniej w liberalnej „Gazecie Wyborczej”, dla której pracuje Piątek, wtedy jednak nie wywołały żadnej reakcji ze strony ministra i jego ludzi.

Tym razem jednak należało się już dobrać do skóry autorowi. Nie szczędząc przy tym ataków personalnych. Tomasz Piątek, który jak twierdzi rzecznik ministerstwa, pisze o Macierewiczu samą nieprawdę, „jest od 1997 roku uzależniony od heroiny”. Nie ma to żadnego związku z ujawnionymi w książce faktami, przed wszystkim dlatego, że autor sam już opisał swoje uzależnienie w głośnej swego czasu powieści „Heroina”. I jak twierdzi, od tego czasu już wiele lat jest wolny od tego nałogu.

Publicznie skompromitowany minister obrony, którego bezkompromisowy antyrosyjski kurs objawił się nagle w podejrzanym świetle, nie skomentował osobiście ujawnionych w książce faktów, za to wytoczył natychmiast przeciwko dziennikarzowi najcięższe działo, jakim było złożenie doniesienia do prokuratury wojskowej. To metoda, jaką lubili się posługiwać wobec swych przeciwników komuniści. Od 1989 roku po raz pierwszy zdarzyło się, żeby funkcjonariusz państwowy w ten sposób potraktował swojego krytyka. Piątkowi postawiono zarzut „zastosowania przemocy lub karalnej groźby wobec funkcjonariusza publicznego w celu podjęcia lub zaniechania czynności służbowych”. Za to grozi kara do trzech lat więzienia.

Obwinia się go również o „znieważenie lub poniżenie konstytucyjnego organu RP”, za co dodatkowo grożą dwa lata więzienia. Pozew jest absurdalny i ani słowem nie nawiązuje do ujawnionych faktów na temat ministra. Stanowi tyleż prymitywną, co brutalną próbę zastraszenia dziennikarza oraz krytycznej wobec reżimu „Gazety Wyborczej”.

Putin czy Erdogan tak samo postępują ze swoimi krytykami, którzy z reguły zaraz potem lądują w więzieniu. W Polsce na razie jeszcze do tego nie doszło, ale Kaczyński i jego świta pilnie nad tym pracują, by w ich kraju było podobnie i by wykręcić wszystkie demokratyczne bezpieczniki, do których należy również wolność słowa i prasy.

Powinna interweniować Unia

W Polsce nie brakuje jeszcze krytycznych autorów i dziennikarzy, którzy nie są gotowi spotulnieć i podwinąć ogon, kiedy tupnie na nich nogą któryś z nowych władców. Przeciwnie. Bezprzykładny gest Macierewicza, mający zastraszyć dziennikarza, wywołał falę solidarności. „Wyborcza” wystosowała pilny apel do międzynarodowych mediów, by zaprotestowały przeciwko prześladowaniu i próbie pociągnięcia do odpowiedzialności karnej ich kolegi, co jest cynicznym atakiem na wolność prasy w Polsce.

Apel nie pozostał bez echa. Broniące wolności słowa organizacje pozarządowe – Reporterzy bez Granic, Global Editors Network, Freedom House, International Press Institute i inne – zaprotestowały ostro przeciwko prześladowaniu dziennikarza i ostrzegły przed demontażem demokracji. Upomnienie to za mało. Sprawa Piątka mogłaby się stać papierkiem lakmusowym dla polskiej demokracji. I wyzwaniem dla wolnej Europy, by dokładnie śledzić rozwój alarmujących wydarzeń w Polsce oraz zawczasu – a to stadium już się dokonało! – podjąć energiczne kroki przeciwko temu, że w ważnym kraju członkowskim Unii Europejskiej depcze się wolność prasy.

Żadne listy z wyrazami troski ani upomnienia, czym do tej pory zadowalała się UE, tego nie załatwią. Coś takiego na Kaczyńskim i Macierewiczu, jednym z jego najwierniejszych popleczników, nie robi żadnego wrażenia. Jeśli Unia Europejska nie przystąpi szybko do działania, Polska będzie faktycznie stracona dla wolnej Europy.

*Martin Pollack

ur. w 1944 r., tłumacz, publicysta i eseista. Przełożył na język niemiecki m.in. wszystkie książki Ryszarda Kapuścińskiego. Laureat Nagrody im. Karla Dedeciusa, Nagrody Kulturalnej Górnej Austrii w dziedzinie literatury i Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”. W ostatnich latach ukazały się w Polsce jego „Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji”, „Skażone krajobrazy” i „Topografia pamięci”

Austriacki dziennik „Der Standard”, 21 lipca 2017; tekst publikujemy za zgodą autora; tytuł i śródtytuły od redakcji. Tłumaczenie Karolina Niedenthal

wyborcza.pl

Rząd bije w sądy i nasze kieszenie. Sejm przepchnął kilka ważnych ustaw

Maciej Bednarek, 23 lipca 2017

Sejm przyjął ustawę o Sądzie Najwyższym

Sejm przyjął ustawę o Sądzie Najwyższym (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Wyższe rachunki za prąd i wodę, dobijanie zielonej energii oraz łatwiejsze eksmisje – takie będą efekty ustaw, które niedawno przeszły przez Sejm.

Przeciętny Polak mógł odnieść wrażenie, że w ostatnim czasie parlament – głosami posłów PiS – zajmował się wyłącznie rozmontowywaniem niezależności polskiego sądownictwa. Nic bardziej mylnego. W tle sporu o sądy rządzący przepchnęli ustawy (już je uchwalili bądź są na kolejnym etapie procedowania), które dotkną wszystkich Polaków.

Stawki za wodę w górę

Sejm uchwalił nowe prawo wodne. To dostosowanie polskich przepisów do unijnej dyrektywy wodnej. Wymusza ona wprowadzenie opłat za wodę, by jej koszty się zwróciły i by motywować do jej oszczędzania.

Dyrektywa nie narzuca jednak wysokości stawek za wodę, które już dziś należą do najwyższych w Unii Europejskiej – wynika z ubiegłorocznego raportu Najwyższej Izby Kontroli.

Rząd PiS zapewniał, że opłaty za wodę dla gospodarstw domowych nie wzrosną. Ministerstwo Środowiska zastrzega, że jeśli ceny wzrosną, to nie skokowo. „Pozostaną one na niezmienionym poziomie do 2020 r. Jeżeli zajdzie taka konieczność, to będą one wzrastały stopniowo, po wykonaniu analiz społeczno-ekonomicznych. Dostawca wody nie musi sprzedawać jej po maksymalnych stawkach przewidzianych w rozporządzeniu” – pisze resort.

– Podwyżek nie będzie tylko w teorii. W praktyce rosnące koszty przedsiębiorców i tak będzie musiała pokryć ludność – mówił „Wyborczej” Stanisław Gawłowski, poseł PO i były wiceminister środowiska.

Prędzej czy później politycy PiS odpowiedzą przed Trybunałem Stanu za łamanie konstytucji – w 3×3 poseł PSL Marek Sawicki

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,22120214,video.html

Cios w zieloną energię

Sejm przepchnął nowelizację ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE). Określono w niej maksymalną wysokość opłaty zastępczej, którą płacą koncerny energetyczne.

Subsydia dla producentów zielonego prądu polegają na tym, że wraz ze sprzedaną energią firmy mają prawo sprzedawać zielone certyfikaty, które poświadczają, że dana porcja energii pochodzi z odnawialnego źródła.

Certyfikaty kosztują ok. 25 zł za megawatogodzinę, a jeszcze kilka lat temu nawet kilkaset złotych. Wówczas producenci OZE podpisywali wieloletnie umowy z dużymi państwowymi koncernami na sprzedaż zielonego prądu.

Te mogą kupić określoną część zielonej energii wraz z certyfikatami albo zapłacić opłatę zastępczą, która wynosi 300 zł za megawatogodzinę. Ustawa drastycznie obniża jej wysokość – do 125 proc. rocznej średniej ceny certyfikatów. A to oznacza, że koncernom bardziej będzie się opłacać uiścić opłatę zastępczą niż kupić certyfikat, co zahamuje rozwój OZE.

Droższy prąd

7,5 zł miesięcznie – o tyle wzrosną opłaty za prąd dla gospodarstw domowych. To efekt ustawy o rynku mocy, która jest po pierwszym czytaniu. Ma ona zapewnić finansowanie elektrowniom węglowym. Ministerstwo Energii w ocenach skutków regulacji szacuje, że dzięki niej w ciągu dekady zbierze 27 mld zł. Odbiorcy indywidualni zapłacą 7 mld zł, duże zakłady przemysłowe – 2,1 mld zł, a 15 mld zł – małe i średnie firmy. Reszta spadnie m.in. na samorządy.

Przeciwna wspieraniu w takiej formie górnictwa i budowy elektrowni węglowych jest Komisja Europejska, która ma gotowy projekt rozporządzenia zakazującego dotacji na węgiel.

Eksmisje bez wyroku sądu

20 lipca przez Sejm przeszła też ustawa o Krajowym Zasobie Nieruchomości. To instytucja, która będzie zarządzać gruntami, na których prywatni inwestorzy wybudują mieszkania w ramach „Mieszkania plus”, programu budowy tanich mieszkań na wynajem.

Projekt zmienia obowiązującą ustawę o ochronie lokatorów. Osoby, które skorzystają z programu „Mieszkanie plus”, ale np. stracą pracę i nie będą w stanie płacić czynszu, mogą być eksmitowane bez wyroku sądu i bez prawa do lokalu zastępczego.

wyborcza.pl

Ponoć TVP chce pokazać film „Układ zamknięty”, aby uzasadnić potrzebę zniszczenia SN. Oddajmy więc głos reżyserowi tego filmu Ryszardowi Bugajskiemu:

Ziobro to psychopata. To wada, której się nie wyleczy.

Aktor Krzysztof Pieczyński jasno i precyzyjnie wyjaśnia, dlaczego Kościół katolicki nie zajmuje żadnego stanowiska wobec demolki Polski przez polityków PiS.

Jasne?

Bez tokowania i gulgotania, czyli więcej obywatela, mniej polityka

Bez tokowania i gulgotania, czyli więcej obywatela, mniej polityka

Na błoniach w parku Kasprowicza przed Areną w Poznaniu zebrało się poznaniaków ze trzy place Wolności. Poznańska policja w zmniejszaniu protestujących („Kochany Jarku, zmniejszyliśmy opozycyjny protest”) jest mniej twórcza, niż warszawska, podaje jednak liczbę 13 tysięcy. Na moje oko było nas przeszło 20 tysięcy.

W sobotę wieczorem po 21-szej to sporo. Organizatorzy mogą mieć problem ze znalezieniem większej przestrzeni do protestów, lecz główny organizator Franciszek Sterczewski jest architektem, więc winien wypatrzyć w razie czego odpowiednio większe otwarte kubatury, gdyby więcej poznaniaków chciało wieczór poświęcić trosce o Polskę.

Przecież to miasto ma w swoich municypalnych genach zapisany protest w czerwcu 1956 roku, gdy ulicami maszerowało 100 tysięcy. Stolica Wielkopolski jeszcze tym się różni od reszty kraju, iż protest „Łańcuch światła” jest obywatelski, swoją dezaprobatę wyrażają obywatele, a nie politycy, o czym mógł się przekonać Ryszard Petru, który stał w tłumie, a nie na wyróżniającej scenie.

Poznaniacy wraz ze znajdującym się wśród nich szefem Nowoczesnej Petru wybaczyli wielokroć („Wybaczamy! Wybaczamy!”) sędziemu Sądu Najwyższego i jego rzecznikowi Michałowi Laskowskiemu, gdy ten wyznał: – „Ośmieliłem się prosić o głos, bo kiedyś publicznie powiedziałem, że nie wierzę, by Polacy stanęli w obronie sądów. Strasznie się myliłem i chcę za to przeprosić”.

Z tego protestu w obronie władzy sądowniczej rodzi się nowa jakość publicznego uczestnictwa, wzrastają zupełnie nowe postaci polityczne. Bodaj ten rodzaj street politics jest nie do zatrzymania. „Spacerujący” to coraz młodsi ludzie, którzy z wcześniej „spacerującymi” np. z KOD i Obywatelami RP tworzą wspólnotę ponadpokoleniową.

Kwestią czasu – i to bliskiego – jest sformułowanie skuteczniejszych form nacisku obywatelskiego nieposłuszeństwa. Jeżeli politycy opozycji nie wyjdą z rzeczywiście demokratyczną debatą polityczną, to wraz z rządzącym PiS-em mogą być zmieceni.

Bloger Galopujący Major – jest absolwentem prawa UAM – tak się zamarzył i wyobraził polityków opozycji: – „Wyobraź sobie, że bezpośrednio zwracają się do właśnie rodzącego się ruchu protestów. Zwracają się z propozycją wspólnej reformy sądownictwa. Że co miesiąc w innym mieście spotykają się z obywatelami, nie wyborcami, a właśnie obywatelami. Spotykają na otwartych dyskusjach o wadach wymiaru sprawiedliwości. I tym razem politycy nie tokują, nie gulgoczą, nie przekrzykują. Tym razem obywateli słuchają, bardzo uważnie słuchają. Słuchają, dyskutują, a dopiero potem zabierają się za zmiany prawa”.

Major pyta i odpowiada: – „Poszedłbyś na takie spotkanie? Bo ja bym poszedł”. Sterczewski przed poznańską Areną zaproponował Petru i innym obecnym tam politykom: – „Mamy nadzieję, że mają notatniki i będą zapisywać to, co Wielkopolanie mają im do powiedzenia. A jeśli bardzo będą chcieli się zaangażować, to zapraszamy do służby porządkowej”.

Bez tokowania i gulgotania poznaniacy spotykają się w niedzielę przed Areną na siódmym już „Łańcuchu światła”, młodsi będą mogli zobaczyć „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy, czyli jak to drzewiej radzono sobie i walczono z prekaczystami.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Podobno Duda podjął już decyzję – nie będzie weta

Wygląda na to, że ani trwające od kilku dni protesty w obronie sądów, ani jutrzejsze wizyty I Prezes Sądu Najwyższego i szefa Krajowej Rady Sądownictwa, na nic się już nie zdadzą. Jak bowiem informuje portal braci Karnowskich wPolityce, prezydent decyzje już podjął.

Ustawa o KRS zostanie podpisana. Z kolei ustawa o Sądzie Najwyższym będzie skierowana do Trybunału Konstytucyjnego, którym dowodzi prezes Julia Przyłębska. – „Informację o odesłaniu ustawy o Sądzie Najwyższym do TK i podpisaniu ustawy o KRS potwierdzają wszystkie źródła, z którymi rozmawialiśmy” – podaje wPolityce.pl.

W tej sytuacji zastanawiające jest, do czego prowadzić ma ta gra pozorów z zapraszaniem na jutro Pierwszej Prezes SN prof. Małgorzaty Gersdorf oraz przewodniczącego Krajowej Rady Sądownictwa Dariusza Zawistowskiego?

 

Posłanka PiS do Schetyny i Neumanna: Przygotujemy procesy. Będziecie „siedzieć”!

23.07.2017

Krystyna Pawłowicz z Prawa i Sprawiedliwości oświadczyła na Facebooku posłom opozycji, że trafią do więzienia.

„Panie NEUMANN,SCHETYNA i reszta,w tym lewackie bojówki opozycji, To NIE MY,legalne władze wybrane DEMOKRATYCZNIE do stanowczej realizacji naszego wyborczego programu wskazanego przez Polaków, będziemy «siedzieć»” – zaczęła swój wpis na Facebooku (pisownia oryginalna – red.).

Posłanka w swoich oskarżeniach odniosła się do trwających w Warszawie i wielu miastach Polski protestach przeciwko zmianom w sądownictwie. „Będziecie «siedzieć» za ten terror i nienawiść,które wprowadzacie na polskie ulice i do różnych instytucji,za karalne groźby,naciski i zastraszanie legalnie działających urzędników i funkcjonariuszy,za namawianie,by wymawiali posłuszeństwo swym polskim przełożonym” – pisała.

Przy okazji posłanka nazwała protestujących „antypolskimi bojówkami”. „To NIE MY,Polacy «będziemy siedzieć»,ale to MY POLACY was i wasze zdrady naszego państwa uczciwie osądzimy.Sprawiedliwie. Tak więc panowie Schetyna,Neumann i wasza reszta oraz antypolskie bojówki,na nic się zda,że dziś złodziej krzyczy «łapaj złodzieja»,na nic wasze zastraszanie Polaków i groźby.Przygotujemy procesy.BĘDZICIE SIEDZIEĆ !” – pisała dalej.

„Ciężko na to zapracowaliście.I to nie wy będziecie «wsadzać» Polaków broniących swego państwa,ale to prawowici gospodarze polskiej ziemii «powsadzają» was.Być może odrzucając was ponownie od wpływu na naszą Ojczyznę w kolejnych wyborach.Co niech się stanie” – zakończyła. Pełny wpis posłanki dostępny jest na jej oficjalnym profilu na Facebooku.

KTO BĘDZIE SIEDZIAŁ…
Panie NEUMANN,SCHETYNA i reszta,w tym lewackie bojówki opozycji,
To NIE MY,legalne władze wybrane DEMOKRATYCZNIE do stanowczej realizacji naszego wyborczego programu wskazanego przez Polaków,będziemy „siedzieć”.
Nie będziemy „siedzieć” za odzyskiwanie Polski z rąk złodziejskich mafii i korupcji,z rąk handlarzy naszymi narodowymi interesami i naszą suwerennością dla indywidualnych interesów Nikodemów Dyzmów III RP,ich rodzin i układów.NIE będziemy „siedzieć” za przywracanie Polakom naszej tożsamości i historii,ani za to,że bronimy się przed waszą nienawiścią i agresją stosując tylko bierny opór.
TO WY będzie siedzieć za pobłażanie przestępczym układom bezkarnie łupiącym nas w czasie waszych rządów.Za kłamstwa smoleńskie i okradanie ludzi z ich własności nieruchomości,za niewykonywanie przez was waszych „psich” urzędniczych obowiązków.
Będziecie „siedzieć” za ten terror i nienawiść,które wprowadzacie na polskie ulice i do różnych instytucji,za karalne groźby,naciski i zastraszanie legalnie działających urzędników i funkcjonariuszy,za namawianie,by wymawiali posłuszeństwo swym polskim przełożonym.Jesteście zwykłymi zdrajcami Polski i niszczycie ją „za karę”,że Polacy was odrzucili i nie możecie już na zasobach naszej Ojczyzny ze swymi zagranicznymi wspólnikami dłużej pasożytować.
To NIE MY,Polacy „będziemy siedzieć”,ale to MY POLACY was i wasze zdrady naszego państwa uczciwie osądzimy.Sprawiedliwie.
Tak więc panowie Schetyna,Neumann i wasza reszta oraz antypolskie bojówki,na nic się zda,że dziś złodziej krzyczy „łapaj złodzieja”,na nic wasze zastraszanie Polaków i groźby.Przygotujemy procesy.BĘDZICIE SIEDZIEĆ ! Ciężko na to zapracowaliście.I to nie wy będziecie „wsadzać” Polaków broniących swego państwa,ale to prawowici gospodarze polskiej ziemii „powsadzają” was.Być może odrzucając was ponownie od wpływu na naszą Ojczyznę w kolejnych wyborach.Co niech się stanie.
Zob. też: http://telewizjarepublika.pl/krystyna-pawlowicz-dosadnie-o-…

wprost.pl

KRYTYKA POLITYCZNA APELUJE DO PREZYDENTA RP ANDRZEJA DUDY

Zwracamy się do Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej o zawetowanie trzech gwałcących niezawisłość sędziowską ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa, o ustroju sądów powszechnych i Sądzie Najwyższym.

Nie chcemy żyć w kraju niedemokratycznym. Nie jest demokracją państwo, w którym polityk będący jednocześnie Ministrem Sprawiedliwości i Prokuratorem Generalnym, decyduje także o nominacjach prezesów sądów powszechnych i członków Sądu Najwyższego.

Jeśli prezydent się temu nie przeciwstawi, każdy z nas znajdzie się w sytuacji, w której przedstawiciel władzy będzie mógł wszcząć śledztwo przeciwko niemu, wpłynąć na dobór sędziego do sprawy, a nawet zagrozić postępowaniem dyscyplinarnym adwokatowi oskarżonego. Każdy z nas stanie się zakładnikiem rządzących. Zatrzymać ten proces może już tylko prezydent Andrzej Duda. Niezależnie od tego, jak się zachowa, decyzje będzie podejmował z pełną świadomością jej konsekwencji dla państwa i społeczeństwa, a także dla swojego miejsca w historii.

Mentor Andrzeja Dudy, prezydent Lech Kaczyński, któremu Andrzej Duda – jak mówił podczas zaprzysiężenia – zawdzięcza całe wychowanie polityczne, miał w kwestii niezawisłości sądów stanowisko jednoznaczne: „Niezależność sądów w naszym kraju jest zagwarantowana bardzo solennie, bardziej niż w niejednej konstytucji innych państw europejskich, także tych, które są członkami Unii Europejskiej. To rozwiązanie, można powiedzieć, modelowe. Jego kształt wynikał z przemyśleń związanych z sytuacją w poprzedniej rzeczywistości ustrojowej naszego kraju”. To modelowe rozwiązanie prezydent Andrzej Duda może dziś przekreślić lub uszanować, respektując także stanowisko swojego najważniejszego autorytetu politycznego.

Warto przypomnieć i o tym, że Lech Kaczyński miał całkowicie odmienne zdanie o sędziach niż to, co słyszymy dziś od posłów i senatorów PiS. Prezydent, który nominował ponad trzy tysiące sędziów, w tym prof. Małgorzatę Gersdorf, nie dezawuował ani Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego, ani nie poniżał i nie wyzywał sędziów od „komunistów” czy „grupy kolesi”. Mówił natomiast: „jestem najgłębiej przekonany, że zdecydowana większość polskich sędziów, a mamy ich w naszym kraju dużo – bardzo dużo w porównaniu z innymi krajami – to ludzie, którzy znakomicie swoje obowiązki wypełniają”.

Nie jesteśmy naiwni, bo dobrze pamiętamy, jak prezydent zachowywał się dotychczas. Ale tym bardziej ma dziś dobre powody, by odzyskać honor i zahamować staczanie polskiej demokracji w przepaść. W naszej historii nie brakuje postaci, które potrafiły zawrócić ze złej drogi w krytycznym momencie. Polacy potrafią to docenić.

Prezydencie zachowaj się godnie, uszanuj polską demokrację i zawetuj te ustawy!

Zespół Krytyki Politycznej

krytykapolityczna.pl

Bez tokowania i gulgotania, czyli więcej obywatela, mniej polityka

Na błoniach w parku Kasprowicza pod Areną w Poznaniu zebrało się poznaniaków ze trzy place Wolności. Poznańska policja w zmiejszaniu protestujących („Kochany Jarku, zmniejszyliśmy opozycyjny protest”) jest mniej twórcza, niż warszawska, podaje jednak liczbę 13 tysięcy. Na moje oko było nas przeszło 20 tysięcy.

W sobotę wieczorem po 21-szej to sporo. Organizatorzy mogą mieć problem ze znalezieniem większej przestrzeni do protestów, lecz główny organizator Franciszek Sterczewski jest architektem, więc winien wypatrzyć w razie czego odpowiednio większe otwarte kubatury, gdyby więcej poznaniaków chciało wieczór poświęcić trosce o Polskę.

Przecież to miasto ma w swoich municypalnych genach zapisany protest w czerwcu 1956 roku, gdy ulicami maszerowało 100 tysięcy. Stolica Wielkopolski jeszcze tym się różni od reszty kraju, iż protest „Łańcuch światła” jest obywatelski, swoją dezaprobatę wyrażają obywatele, a nie politycy, o czym mógł się przekonać Ryszard Petru, który stał w tlumie, a nie na wyróżniającej scenie.

Poznaniacy wraz ze znajdującym się wśród nich szefem Nowoczesnej Petru wybaczyli wielokroć („Wybaczamy! Wybaczamy!”) sędziemu Sądu Najwyższego i jego rzecznikowi Michałowi Laskowskiemu, gdy ten wyznał: „Ośmieliłem się prosić o głos, bo kiedyś publicznie powiedziałem, że nie wierzę, by Polacy stanęli w obronie sądów. Strasznie się myliłem i chcę za to przeprosić”.

Z tego protestu w obronie władzy sądowniczej rodzi się nowa jakość publicznego uczestnictwa, wzrastają zupełnie nowe postaci polityczne. Bodaj ten rodzaj street politics jest nie do zatrzymania, spacerujący to coraz młodsi ludzie, którzy z wcześniej spacerującymi np. z KOD i Obywatelami RP tworzą wspólnotę ponadpokoleniową.

Kwestią czasu – i to bliskiego – jest sformułowanie skuteczniejszych form nacisku obywatelskiego nieposłuszeństwa. Jeżeli politycy opozycji nie wyjdą z rzeczywiście demokratyczna debatą polityczną, to wraz z rzadzącym PiS-em mogą być zmieceni.

Bloger Galopujący Major – jest absolwentem prawa UAM – tak się zamarzył i wyobraził polityków opozycji: „Wyobraź sobie, że bezpośrednio zwracają się do właśnie rodzącego się ruchu protestów. Zwracają się z propozycją wspólnej reformy sądownictwa. Że co miesiąc w innym mieście spotykają się z obywatelami, nie wyborcami, a właśnie obywatelami. Spotykają na otwartych dyskusjach o wadach wymiaru sprawiedliwości. I tym razem politycy nie tokują, nie gulgoczą, nie przekrzykują. Tym razem obywateli słuchają, bardzo uważnie słuchają. Słuchają, dyskutują, a dopiero potem zabierają się za zmiany prawa.”

Major pyta i odpowiada: „Poszedłbyś na takie spotkanie? Bo ja bym poszedł”. Sterczewski pod poznańską Areną zaproponował Petru i innym obecnym tam politykom: „Mamy nadzieję, że mają notatniki i będą zapisywać to, co Wielkopolanie mają im do powiedzenia. A jeśli bardzo będą chcieli się zaangażować, to zapraszamy do służby porządkowej”.

Bez tokowania i gulgotania poznaniacy spotykają się w niedzielę pod Areną na siódmym już „Łańcuchu Światła”, młodsi będą mogli zobaczyć „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy, czyli jak to drzewiej radzono sobie i walczono z prekaczystami.

MŁODZI TWORZĄ WŁASNY PONADPARTYJNY FRONT. BO JAK NIE TERAZ, TO KIEDY?

W czwartek 20 lipca został powołany Demokratyczny Front Młodych. Do tej pory niewiele o nim wiadomo, lecz już gromadzi wokół siebie młodzież z różnych środowisk. Rozmawiają o przyszłości opozycji, wymieniają się najnowszymi informacjami na facebookowym czacie, skrzykują się pod Sejmem. Są wyraźnie wkurzeni.

Od dawna słychać dwa zarzuty kierowane w stronę antyrządowych protestów. Po pierwsze, że opozycja nie potrafi się zjednoczyć. Po drugie, że wśród demonstrantów brakuje młodzieży. Naprzeciw tym zarzutom staje Demokratyczny Front Młodych – nowo powstała inicjatywa mająca na celu zrzeszenie młodzieżówek wszystkich partii i organizacji oraz tych, którzy nie chcą być politycznie zaszufladkowani. Czyli po prostu „miejsce, do którego zapraszamy wszystkich młodych, którzy chcą żyć w normalnym kraju” – mówi Adam Kądziela, inicjator Frontu oraz przewodniczący Młodych Nowoczesnych.

 

Wojtek Wieczorek: Czym jest „normalny kraj”, o który apelujecie?

Adam Kądziela: To nic nadzwyczajnego. To państwo, które respektuje konstytucję, w którym szanowane są podstawowe prawa obywatelskie, które podziela wartości Unii Europejskiej. To, o co apelujemy, to takie absolutne minimum, o które paradoksalnie musimy się dziś upominać. Napisany przez nas apel jest apelem o normalność. Pod tym apelem podpisali się przedstawiciele organizacji młodzieżowych, politycznych i studenckich.

Razem z tym apelem ogłosiliście powstanie organizacji nazwanej Demokratycznym Frontem Młodych.

To nie jest i nie będzie organizacja. Każda organizacja jest odrębnym bytem z własnym programem. A podczas naszego pierwszego spotkania okazało się, że różnimy się praktycznie na każdej płaszczyźnie szeroko pojętego życia publicznego. Na szczęście, szybko doszliśmy do wniosku, że to nie jest dziś kluczowe. Najważniejszy teraz jest spór wokół sądownictwa, co jednocześnie oznacza walkę o niezależność jednego z trzech organów władzy w naszym kraju. Nie ma szans, żebyśmy stworzyli coś poza nieformalną współpracą różnych środowisk, ale w obronie normalności będziemy działać razem.

W sferze idei brzmi to bardzo dobrze, ale co realnie planujecie w ramach waszej działalności?

Na początku chcemy usiąść i porozmawiać. To, co mi się podoba jak na razie najbardziej, to fakt, że jesteśmy w stanie zająć miejsca przy jednym stole i konstruktywnie dyskutować. Nie podchodzimy do tego tak jak nasi koledzy z PiSu czy Polski Razem, którzy, mimo że dostali zaproszenia, nie przyszli na spotkanie. Szkoda, bo chcieliśmy się dowiedzieć, co oni myślą. Ale zdaję sobie sprawę, że rozmowa to na chwilę obecną za mało. Z drugiej strony, nie wierzę też, że powstanie jakaś utopijna forma współpracy – tak wielce oczekiwana przez niektóre środowiska „nowa Solidarność”. Zrobię jednak wszystko, żeby ludzie się ze sobą komunikowali, wymieniali informację, spotykali na protestach i razem organizowali happeningi. Wspólnie planujemy też chodzić do programów telewizyjnych – dotychczas opozycja była w nich rozproszona, ale my chcemy to zmienić. Cały czas szukamy pomysłów na nowe formy sprzeciwu.

Jakie przewidujesz tego efekty? Nie boicie się, że mając w nazwie słowo „młodych” nie zostaniecie potraktowani poważnie?

Nie wiem, jakie będą efekty. Wiem za to, co już się udało. Po pierwsze, dzięki nam udało się rozdystrybuować film z dwójką młodych dziennikarzy TVP pokazujących środkowe palce podczas czwartkowego protestu. Godzinę po jego opublikowaniu Klaudiusz Pobudzin zawiesił z nimi współpracę. Po drugie, staliśmy dziś (w piątek – red.) bardzo długo pod Senatem prawie wydzierając się do okien Senatorów. Z drugiej strony, tonowaliśmy trochę nastroje wśród ludzi – nie chodzi o to, żeby linczować tych senatorów. Potrzebny jest mocny głos sprzeciwu, dzięki któremu będzie wiadomo, że młodzi ludzie stoją teraz tam, gdzie kiedyś stała część ich rodziców, a tam gdzie – jak powiedział kiedyś Jarosław Kaczyński – stało ZOMO, stoi dzisiejsza władza. Taki głos jest niezbędny i nie będzie wystarczająco silny jeśli nie będziemy współpracować na najbardziej podstawowym poziomie. Być może brzmi to trochę biernie, ale takie są nasze możliwości – nikt się przecież nie podpali pod sądem. Jeśli chodzi o branie nas na poważnie, to powiem jedno: przychodźcie na protesty. Tam widać, że to właśnie młodzi ludzi są motorem całego zamieszania.

„Normalny kraj” to państwo, które respektuje konstytucję, w którym szanowane są podstawowe prawa obywatelskie, które podziela wartości Unii Europejskiej.

Pomysł Frontu Demokratycznego został wysunięty przez Nowoczesną 14 lipca. Ty sam jesteś jej działaczem. Masz świadomość, że zostaniecie zaatakowani zarzutami o wszelkiego rodzaju powiązania partyjne i o sprzeczność z waszą ponadpartyjną ideą?

Tak, jestem tego całkowicie świadomy. Z tym, że Front Demokratyczny jest adresowany do społeczeństwa i był rzucony jako pomysł. Jest to niewątpliwie pomysł Nowoczesnej, ale nie jest w żaden sposób zinstytucjonalizowany. Ja wychodzę z inicjatywą zorganizowania takich spotkań i nigdzie nie mówię, że jest to Front Nowoczesnej.

I nie zamierza się w niego przeobrazić w przyszłości?

W żadnym wypadku. To byłoby nie fair w stosunku do osób przychodzących na spotkania. Dziś (piątek – red.) zorganizowałem konferencję prasową w odpowiedzi na wypowiedź młodych z PiSu – nie będę ukrywał, że pomogły mi w tym osoby z Nowoczesnej, ale oficjalnymi organizatorami i osobami wypowiadającymi się podczas tej konferencji byli ludzie z wielu środowisk. Co więcej, do tego momentu, miejscem spotkań był Nowy Świat 27, czyli siedziba Nowoczesnej. Dzieje się tak, dlatego że biuro jest dość otwarte na te spotkania, ale nie mam nic przeciwko zebraniu się w innej lokalizacji. Dopiero się uczymy, jak to wszystko powinno funkcjonować. A mamy coraz mniej czasu, bo sytuacja pogarsza się z minuty na minutę.

 

W sobotę, dzień po rozmowie z Adamem, odbyło się kolejne spotkanie Frontu. Tym razem w warszawskiej siedzibie SLD. Pojawiło się około 15 osób – członkowie Młodych Demokratów, młodego KODu, Federacji Młodych Socjaldemokratów, Młodych Nowoczesnych i Obywateli RP.

„Pomysł, żeby się w jakiś sposób połączyć, istniał już od dłuższego czasu, ale kryzys wokół sądownictwa dał nam do tego świetną okazję” mówi Natalia, mieszkająca na co dzień na Śląsku członkini KODu. Uczestniczący w spotkaniu zapraszają wszystkich młodych, którym nie po drodze z dzisiejszą władzą: „Nie chcemy się zamykać w kręgu młodzieżówek czy działaczy politycznych. Jesteśmy otwarci na ludzi spoza jakichkolwiek organizacji, bo teraz nie chodzi o przynależność do tej, czy innej grupy” dodaje Piotr z Młodych Demokratów.

 

Brakuje na pewno silniejszej lewej strony. Tym razem pojawił się chłopak z Młodzieżówki SLD. I tyle. Na pierwszym spotkaniu byli też członkowie Razem, ale na kolejne nie przyszli. „Piszą wiadomości, że nas wspierają, ale technicznie nie są w stanie być z nami na protestach” tłumaczy Adam i zaznacza też, że chce z nimi dalej działać.

Podczas spotkania jego uczestnicy zdradzili, że są już znaki spoza Warszawy, z miast, które też chcą działać – Toruń i Kraków zapowiedziały właśnie pierwsze spotkania Frontu. Słychać również głosy z innych miast, ale to nic oficjalnego. Poza tym, udało się uzgodnić plan na najbliższe dwa dni. Bez wątpienia jest nim udział w kolejnych protestach. W sobotę był to protest pod Sądem Najwyższym.

Widać potrzebę i chęci do działania. Widać też – podkreślaną na każdym kroku – ideę ponadpartyjności, wspólnej walki mimo wyraźnych różnic. Nie wiadomo, czy Front wytrzyma wewnętrzny ferment emocji i ataki z zewnątrz, z którymi najpewniej się spotka. Jednak warto dać im szansę. Co więcej, warto przyjść na choć jedno spotkanie i przekonać się o tym na własne oczy.

Z Demokratycznym Frontem Młodych, jak na razie, można kontaktować się przez facebookowe profile jego członków (między innymi: Adam KądzielaNatalia TarmasArtur Jaskulski). Niedługo zostanie utworzona ich oficjalna strona na tym portalu.

#FrontMłodych

***

Wojtek Wieczorek współpracuje z Krytyką Polityczną i kończy program Matury Międzynarodowej. Do jego zainteresowań należą: polityka europejska oraz sztuka, a w szczególności teatr.

Adam Kądziela jest inicjatorem Demokratycznego Frontu Młodych oraz przewodniczącym Młodych Nowoczesnych. Ukończył Politologię na UW i pracuje w biurze poselskim Ryszarda Petru.

krytykapolityczna.pl

 

Ustawa o Sądzie Najwyższym. Niedzielny „Łańcuch Światła” w Poznaniu z pokazem „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy

Paulina Nowicka, 22 lipca 2017

Ustawa o Sądzie Najwyższym. Protest w Poznaniu 21 lipca w parku Mickiewicza przed Operą

Ustawa o Sądzie Najwyższym. Protest w Poznaniu 21 lipca w parku Mickiewicza przed Operą (LUKASZ CYNALEWSKI)

Niedzielny protest w obronie niezależności sądów i demokracji w Poznaniu odbędzie się w parku Kasprowicza przy Arenie. Będzie to już siódmy „Łańcuch Światła” w Poznaniu.

W niedzielę – tydzień po pierwszym „Łańcuchu Światła” na placu Wolności – poznaniacy spotkają się w parku Kasprowicza przy hali Arena. A więc tam, gdzie w sobotę.

– Widzimy się w podobnej formule. Dodatkowo po całym spotkaniu będzie wyświetlony film „Człowiek z żelaza” – zapowiada Franciszek Sterczewski, inicjator „Łańcucha Światła” w Poznaniu. Projekcją filmu Andrzeja Wajdy zajmie się kino Muza. Będzie wyświetlony ok. godz. 22.

Kilkanaście tysięcy ludzi protestowało w piątek w Poznaniu. Apel do wyborców PiS: „Chodźcie z nami!”

Ryszard Petru? Zapraszamy, ale na widownię

Na profilu „Łańcucha Światła” na Facebooku pojawiła się informacja, że na sobotnim proteście w Poznaniu pojawi się Ryszard Petru, lider Nowoczesnej. – Doszły nas słuchy że wybiera się do nas Ryszard Petru. Zapraszamy, ale na widownię, z notatnikiem, by zapisywać co mówią poznaniacy, bo to oni mają głos. Akcja ma wymiar obywatelski – podkreślają organizatorzy.

To protest pokojowy, na którym obowiązują od niedzieli 16 lipca te same zasady. Uczestnicy nie powinni krzyczeć, buczeć, przynosić flag czy emblematów partyjnych. Podobnie jak na poprzednie protesty, najlepiej zabrać ze sobą lampki, latarki, świeczki, telefony komórkowe – wszystko, co świeci. Gdy zapadnie zmrok, zebrani po raz kolejny stworzą „Łańcuch Światła” w obronie niezawisłości sądów w Polsce.

AKO apelują do prezydenta Andrzeja Dudy o podpisanie ustaw niszczących niezależność sądów

Światło w obronie niezawisłości sądów

Poznaniacy tworząc „Łańcuch Światła” staną w obronie niezawisłości polskich sądów. Nie zgadzają się na zmiany w sądownictwie, które wprowadza rząd Prawa i Sprawiedliwości. Wzywają prezydenta Andrzeja Dudę do skorzystania z prawa weta. Pierwszy „łańcuch” odbył się w ostatnią niedzielę (wcześniej nieliczny protest odbył się w czwartek 13 lipca). Poznaniacy protestowali później przez cały tydzień z wyjątkiem poniedziałku.

Nie wiadomo jeszcze, gdzie odbędzie się protest w najbliższy poniedziałek. – Zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja – mówi Franciszek Sterczewski.

 

wyborcza.pl

Ustawa o Sądzie Najwyższym. Uczestnicy „Łańcucha światła” o tym, dlaczego uczestniczą w protestach

Paulina Nowicka, Tomasz Nyczka, 23 lipca 2017

Park Kasprowicza w Poznaniu. Protest w obronie niezawisłości sądów. Sobota 22 lipc

Park Kasprowicza w Poznaniu. Protest w obronie niezawisłości sądów. Sobota 22 lipc (LUKASZ CYNALEWSKI)

Takiego łamania demokracji jeszcze nie było, aż serce boli. Nie chcemy pozwolić na łamanie konstytucji na naszych oczach. To samo zdanie podzielają nasi znajomi dookoła. Nie spodziewaliśmy się, że można tak zmarnować dorobek tylu lat. Nie zgadzamy się, żeby z państwa demokratycznego, dumnego, europejskiego, nagle zrobił się kraj wyglądający jak dziwoląg – uczestnicy sobotniego „Łańcucha światła ” opowiadają, dlaczego uczestniczą w protestach
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

Bartek magdaBartek magda tn

Magda Witkowska (34 lata) i Bartek Sałbut (34) z synami Filipem i Szymonem

Trudno było nam się wybrać na poprzednie protesty. Przede wszystkim z uwagi na to, że mamy małe dzieci, które wieczorami zasypiają. Mieszkamy niedaleko parku Kasprowicza i dziś stwierdziliśmy, że już nie ma wymówek. Trzeba przyjść i powiedzieć, co nam się nie podoba. Na co dzień śledzimy politykę w kraju. Uważamy, że to, co się dzieje, to skandal. Zwłaszcza to, co się dzieje z sądami i w jaki sposób. Reformy sądownictwa można robić, ale nie w trzy godziny czy trzy dni. Nie podoba nam się zawłaszczanie państwa. Nie podoba nam się, że partia rządząca traktuje państwo jak prywatny folwark. Wydaje nam się, że dzieci są trochę za małe, żeby wyciągnęły dziś naukę na przyszłość. Ale dzisiejsza obecność na pewno im nie zaszkodzi. Na co dzień pracujemy jako freelancerzy, tłumaczymy książki.

Mariola i MarekMariola i Marek PN

Mariola (60 lat) i Marek (60) Błajet z wnuczkami Olą (7,5) i Alą (6 lat)

Co babcia dzisiaj mówiła? Że musi tutaj być. Bo demokracja, bo trzy razy weto. Generalnie przyjechaliśmy pokazać wnuczkom, jak się zachowywać w obecnych czasach. To nasza czwarta demonstracja, ale dziś pierwszy raz z wnuczkami. Byliśmy jeszcze w niedzielę, wtorek i czwartek. Na razie więc opuściliśmy tylko jedną.

Takiego łamania demokracji jeszcze nie było, aż serce boli. Nie chcemy pozwolić na łamanie konstytucji na naszych oczach. To samo zdanie podzielają nasi znajomi dookoła. Nie spodziewaliśmy się, że można tak zmarnować dorobek tylu lat. Nie zgadzamy się, żeby z państwa demokratycznego, dumnego, europejskiego, nagle zrobił się kraj wyglądający jak dziwoląg. Gdzie nie są respektowane ważne dla nas zasady.

Nam już nikt nic nie zrobi, ale dzieciom i wnukom – tak. Bardzo budujące jest to, że przychodzi coraz więcej młodych ludzi. Dotychczas czuliśmy, że jesteśmy pokoleniem, które zawsze pięło się w górę i zatrzymało się na górce sukcesu. Ale może wrócić to, co jeszcze pamiętamy: burość, smutek, brak optymizmu i perspektyw. Byliśmy w ogonie Europy, zależni od mocarstw na wschodzie zamiast jedności na zachodzie.

Jesteśmy na bieżąco z polityką, oczywiście staramy się zrozumieć, dlaczego inni myślą inaczej. Kraj pod tymi rządami od października 2015 r. zmierza w kierunku, który nam się nie podoba. Każdy ruch jest zaskoczeniem. Urąga nam brak logiki, wmawianie i manipulowanie w mediach, opluwanie, wyzwiska takie jak „gorszy sort”. Nic złego nie zrobiłam Polsce. Przypisywanie patriotyzmu tylko do jednej grupy jest dla mnie przykre. Wstydzę się, gdy mam kontakt z ludźmi w Europie. A najbardziej boję się o przyszłość.

Wacław i MartaWacław i Marta PN

Wacław Miziniak (62 lata) z córką Martą (31)

Przyszliśmy zamanifestować swoją dezaprobatę dla deptania konstytucji i działań naszych władz. Jako obywatele mamy obowiązek interesować się życiem publicznym. Mnie najbardziej martwią próby wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. To członkostwo jest naszym wielkim skarbem i dorobkiem. Zaprzepaszczenie tej szansy cywilizacyjnej i uczestnictwa we wspólnocie będzie dla Polski wielką tragedią. A dla Polaków – zwłaszcza dla młodego pokolenia – niepowetowaną stratą.

Jesteśmy częścią naszego wspólnego, unijnego domu. Kraje tzw. Starej Unii mają więcej doświadczeń w budowaniu państwa demokratycznego, stąd powinniśmy się wsłuchiwać w ich uwagi i poprawiać polskie państwo. Ale w sposób demokratyczny, nie siłą. Natomiast to, co teraz obserwuję, napawa mnie wielkim smutkiem.

Jestem już na czwartej manifestacji. Liczę, że rozmowy prezydenta Dudy z pierwszą prezes Sądu Najwyższego przyniosą konstruktywne informacje i prezydent nie podpisze tych trzech „reformatorskich” ustaw mających regulować polskie sądownictwo.

Zajmuję się nieruchomościami, a z wykształcenia jestem socjologiem. Dwie sprawy rzucają mi się w oczy. Mnóstwo młodych ludzi. Po drugie jest okres wakacyjny, sobota, wieczór. Można by zakładać, że ludzie przedłożą grill w ogródku nad przyjście tutaj. Jednak okazuje się, że tworzymy wspólnotę i dajemy sygnał, że nie ma zgody na te „reformy” w sądownictwie.

Perfidne jest to, że podjęto próby sforsowania ustaw w takim czasie. W obawie przed protestami przyjęto, że w okresie letnim nie będzie studentów w większych miastach, ludzie wyjadą na urlopy i uda się przepchnąć ustawy bez sygnałów oddolnych. A jednak są – mimo wakacji, mimo że nie ma studentów w Poznaniu.

Prof. Maciej GutowskiProf. Maciej Gutowski TN

Prof. Maciej Gutowski 45 lat, dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Poznaniu

Wprawdzie adwokatura nie ma barw politycznych, ale ma obowiązek stawać w obronie praw i wolności obywatelskich. Dlatego tu jestem. Problem polega na tym, że konstytucja jest zbudowana na dwóch filarach – kwestii wolnościowej i ustrojowej. Dziś ze sfery ustrojowej wycina nam się niezależne sądy, a ze sfery wolności – wolność zgromadzeń, mediów publicznych i prawo do informacji publicznej, prawo do społecznej kontroli. Jeśli połączymy ze sobą te dwa elementy, to widać, że nie ma innego wyjścia jak tylko szukać zrozumienia u ludzi. Ludzi, którzy czują się dziś zagrożeni. To ludzie są właścicielami państwa. A politycy, ograniczeni przez zasadę legalności, tylko jego zarządcami. Jeśli te zmiany wejdą w życie, to obywatel nie tylko będzie się zmagał z dotychczasowymi bolączkami wymiaru sprawiedliwości, ale jeszcze z politycznie podporządkowanymi sędziami. Z tego powodu musimy być na demonstracjach.

Maciej WilaszekMaciej Wilaszek TN

Maciej Wilaszek 56 lat, przedsiębiorca

Na demonstracji jestem drugi raz. Ale nasi znajomi, z którymi tu dziś jestem, chodzą na wszystkie od początku. Myślę, że prezydenckiego weta nie będzie, ale te masowe protesty na pewno pokażą coś reszcie Polaków. Powoli się budzimy. Przecież to widać. Manifestacje będą miały długofalowe skutki. Może nie dziś i nie jutro, ale w przyszłości na pewno. Szczególnie ważne jest to, że w końcu zaczęli protestować młodzi ludzie – gimnazjaliści, licealiści. Niech pan spojrzy, jak wielu ich dziś tutaj jest. Jak nigdy dotąd. A sporo młodzieży było już przecież w piątek i w poprzednie dni. Idę na kolejne protesty. I będę chodził do skutku. Do zobaczenia w niedzielę.

 

wyborcza.pl

Franciszek Sterczewski organizuje protesty w Poznaniu. Wyprowadza na ulice kilkanaście tysięcy osób, zabiera głos politykom

Piotr Żytnicki, 23 lipca 2017

Franek Sterczewski - organizator Pikniku pod Alfami

Franek Sterczewski – organizator Pikniku pod Alfami (Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Franciszek Sterczewski, rocznik 1988, architekt, społecznik i happener. To on stał się twarzą poznańskich protestów w obronie niezależności sądów.

Przed tygodniem za pomocą Facebooka zwołał mieszkańców na pl. Wolności, by wspólnie zapalili latarki i świeczki w ramach „łańcucha światła”. Liczył, że przyjdzie kilkaset osób. Przyszło kilka tysięcy. …

wyborcza.pl

Bogusław Chrabota: Ziobro – niszczyciel czy budowniczy

Foto: Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz

Nie ma pewnie w historii Państwa Środka ważniejszej postaci od Konfucjusza. Legendarny myśliciel i prawodawca jest intelektualnie w historii Chin bardziej znaczący niż razem wzięci Sokrates, Platon i Arystoteles dla naszego kręgu kulturowego.

A narodził się długo przed nimi. Czasy jego aktywności, nazywane barwnie Okresem Wiosen i Jesieni, wyprzedzały o półwiecze europejską epokę tak zwanej Grecji klasycznej, która jako pierwsza istotnie wpłynęła na procesy kulturowe w naszej części świata.

Czego nauczał Konfucjusz? Stał na straży tradycji, a w centrum jego zainteresowań była ludzka cnota. W pojmowaniu państwa nie odrzucał kategorii użyteczności czy nieuniknioności świata, ale nawoływał do prawości i humanitarności.

To ostatnia kategoria jest w jego myśleniu najważniejsza. Humanitarność („ren”) to miłość do innych ludzi. Niezbędna nie tylko do zachowania prymatu moralnego dobra, ale przede wszystkim do tego, by wyzwolić energię wypełniania społecznego obowiązku. W ten sposób społeczeństwo (i państwo) konfucjańskie wyrywa się z pułapki indywidualnego egoizmu i tworzy trwałe integrum.

Czyż konfucjanizm nie jest – w tym sensie – doktryną idealną dla systemów państwowych? Czyż nie musiał wydawać się doskonale użyteczny dla wszystkich imperiów, które miały zagościć nad rzekami Chin w kolejnych stuleciach? A jednak nie minęły trzy stulecia, kiedy dla Konfucjusza i jego dzieła nastały złe czasy. Jego księgi palono na stosach, wyznawców mordowano, a myśl próbowano na zawsze wykorzenić. To było dzieło innej wielkiej postaci, Pierwszego Cesarza, Qin Shi Huanga, wielkiego organizatora imperium. Człowieka, który położył inny rodzaj podwalin pod współczesne Chiny. Kronikarze jego czasów – inspirowani przez konfucjanistów – zostawili obraz bezwzględnego i cynicznego okrutnika. W walce z przeciwnikami nie tylko kazał spalić wszystkie księgi konfucjańskie, ale również, w obawie rewolty, zakopać żywcem czterystu sześćdziesięciu uczonych. Przy budowie wymyślonego przez niego Wielkiego Muru zmarło ponoć milion poddanych. Ale wcześniej dokonał zjednoczenia pięciu wojujących ze sobą chińskich królestw i kazał przetopić nieużyteczną broń na lemiesze. Zapobiegł w ten sposób bratobójczym walkom, ale też poprowadził armię Qin do dalszych brutalnych wojen. Przy okazji kazał zbudować pierwszy w Chinach kanał żeglugowy, łączący Jangcy z Rzeką Zachodnią.

To prawda, kazał palić księgi, ale również ujednolicił system miar i wag, alfabet, a nawet usystematyzował szerokość osi wozów. Od tej pory drogi miały służyć wszystkim. Z natury buntowniczą arystokrację przeniósł do stolicy, a szlachtę zastąpił mianowaną, niedziedziczną administracją, pierwszy zapewne w historii świata stworzył profesjonalny system biurokratyczny. Ale najbardziej szokuje jego reforma rolna. W całym kraju zniósł pańszczyznę (ponad dwa tysiące lat przed tym, zanim wpadliśmy na to nad Wisłą), uwłaszczył chłopów i wprowadził sprawiedliwy podatek od uprawianych gruntów. Na dekadę przed śmiercią wysłał w świat wielką flotę, a potem zwariował, każąc zbudować pilnującą jego grobowca wielotysięczną terakotową armię.

Historyk zapisał relację jednego z jego poddanych, Wei Liao, który tak go opisał: „Król Qinu jest człowiekiem o wystającym nosie i szeroko rozstawionych oczach. Ma pierś ptaka drapieżnego i głos szakala. Mało w nim łaskawości, a serce ma tygrysa lub wilka. Gdy się znajdzie w kłopotach, z łatwością podda się innym ludziom. Gdy cel swój osiągnie, z tą samą łatwością będzie ludzi pożerał”. Opis był na tyle trafny, że cesarz chciał autora nagrodzić. Ale ten przepadł bez śladu, pewnie w obawie przed zemstą za obrazę majestatu.

Wypada się zastanowić: kto miał rację i kto był większy? Konfucjusz czy Pierwszy Cesarz? Ten, kto pisał księgi, czy ten, co je palił? Ten, co konstruował i domagał się strzeżenia moralności publicznej, czy ten, kto ją zawzięcie niszczył? Wydaje się, że nie byłoby współczesnego Państwa Środka bez Qin Shi Huanga. Stworzył podwaliny. Ujednolicił, zwyciężył. A jednak jego dynastia trwała krótko, a jego rządy gloryfikowali później Hunwejbini i Mao. Też zostawili ślad – panie ministrze Zbigniewie Ziobro – i też minęli. A po Qin Shi Huangu przyszła dynastia Han, która trwała tyle, co Cesarstwo Rzymskie. Jej władcy odtworzyli księgi konfucjańskie i wrócili do idei ich autora. Idei wciąż aktualnych. ©?

rp.pl

Kto pisze scenariusz rebelii? TVP już znalazła odpowiedź. Jak relacjonuje protesty?

Piotr Żytnicki, 23 lipca 2017

Telewizja Polska jest głównym beneficjentem abonamentu RTV. Budynek TVP na Pl. Powstańców Warszawy, mieści m. in. redakcję 'Wiadomości'.

Telewizja Polska jest głównym beneficjentem abonamentu RTV. Budynek TVP na Pl. Powstańców Warszawy, mieści m. in. redakcję ‚Wiadomości’. (Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Uliczne protesty trwają tylko w kilku miastach, a stoją za nimi zachodni politycy, Donald Tusk i miliarder George Soros – usłyszeli w weekend widzowie TVP.

Co najmniej dziesiątki tysięcy ludzi demonstrują od tygodnia na placach i ulicach polskich miast w obronie niezależności sądów i przeciwko zamachowi PiS na Sąd Najwyższy. Wzmożenie widać także na antenie TVP, która raz deprecjonuje skalę protestów, a innym razem – nazywa je „uliczną rewoltą”, strasząc powtórką z kijowskiego Majdanu.

PRZECZYTAJ TEŻ: Nie wierzcie, durnie, że to wy sami protestujecie. Nie, to astroturfing! Co oznacza to jedno z najpopularniejszych słów w polskim internecie?

„Opozycja stawia sprawę na ostrzu noża. Mądrzejsza o doświadczenia z ostatniej, nieudanej próby zmiany rządu w Polsce, konsekwentnie realizuje nowy plan obalenia demokratycznie wybranego rządu” – tak swój materiał w sobotnich „Wiadomościach” TVP zaczął w sobotę reporter Marcin Tulicki.

„Wiadomości” TVP porównują protesty w obronie sądów do Majdanu

W roli eksperta wystąpił prawicowy dziennikarz Jacek Karnowski. Jego zdaniem w spontanicznych, ulicznych protestach widać „rękę specjalistów od produkcji telewizyjnych, agencji eventowych, PR-owych”. – To było przemyślane w każdym szczególe, dobór muzyki, dobór aktorów, język, jakim się posługują – ocenił Karnowski. A Tulicki dodał, że „to nie jest opinia na wyrost”.

Tulicki powołał się na internetowy wpis Bartosza Kramka z Fundacji Otwarty Dialog, który nazwał „instrukcją obalenia polskiego rządu” (Kramek wzywał m.in. związkowców do strajku). Tulicki przypomniał, że fundacja „czynnie wspierała kijowski Majdan”, a swoje słowa zilustrował zdjęciami Ukraińców biegnących z karabinami.

Widzowie dowiedzieli się, że prezes fundacji publikowała w internecie swoje zdjęcia z multimiliarderem Georgem Sorosem, „hojnym sponsorem lewicowych środowisk na całym świecie”. „To silne wsparcie i zagraniczne doświadczenie Kramek chce wykorzystać do zmiany rządu, a pretekstem jest reforma sądownictwa” – stwierdził Tulicki. A potem dodał, że demonstracjom towarzyszy „bogaty program artystyczny”, która ma utrzymać zainteresowanie protestami.

TVP Info zaniża liczbę protestów w obronie sądów

W sobotę wieczorem portal TVP Info podał, że „protesty trwają w kilku miastach”, choć w rzeczywistości jest ich grubo ponad 100 i wciąż dochodzą nowe. Na antenie TVP Info nie pokazano tysięcy demonstrantów, choćby z Poznania. Była za to relacja sprzed domu Jarosława Kaczyńskiego na Żoliborzu.W roli eksperta znów wystąpił Jacek Karnowski. Ocenił, że to „obrzydliwa akcja zakłócania miru domowego”, a takie metody były usprawiedliwione wobec generała Wojciecha Jaruzelskiego, bo „to nie był polityk, tylko dyktator”.

– To reżyserowana akcja, w której dystrybuuje się fałszywe informacje, straszy się ludzi – powiedział o protestach Karnowski. I dodał: – Przeorganizowano to zaplecze „kodowskie” bardzo starannie. Grupy młodych ludzi wyciągnięto na pierwszy plan. To próba podpalenia Polski. Politycy są schowani, ale to jest to samo – próba obalenia rządu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Zamach na Sąd Najwyższy. Protestowała cała Polska. „Zabraliście nam wakacje, nie zabierzecie nam wolności”[PODSUMOWANIE SOBOTY]

Z czego biorą się protesty? Karnowski przedstawił własną interpretację: – Myślę, że to jest związane z tym, że rząd ma naprawdę duże sukcesy. Do wielu Polaków zaczyna docierać, że polska może inaczej wyglądać, że może być porządne państwo socjalne. Opozycja zdaje sobie sprawę, że kompromituje się coraz bardziej praktyka rządzenia III RP i stąd ta wściekłość.

– Dziś o próbie ulicznej rewolty w Polsce, którą wspierają zagraniczni sponsorzy, a politycznego parasola udzielają zagraniczni politycy z Donaldem Tuskiem na czele – tak Piotr Pawelec zaczął wieczorny program „Nie da się ukryć” w TVP Info. W ciągu kolejnych 25 minut widzowie dowiedzieli się m.in., że Donald Tusk znów grozi Polsce, „konsekwencje” to jego ulubione słowo, a „jego rola sprowadza się do kolejnych prób destabilizacji sytuacji w naszym kraju”. Na czerwonym pasku pojawił się też napis: „Przyjaciele Sorosa radzą, jak obalić polski rząd”.

TVP Info łączy protesty w obronie sądów z… uchodźcami

Ale telewizja poszła jeszcze dalej. Gospodarz programu stwierdził bowiem, że „unijni liderzy chętnie wspierają uliczne protesty, które mają doprowadzić do obalenia rządu w Warszawie”, bo rząd PiS odmawia przyjmowania uchodźców z Bliskiego Wschodu. – Gdyby do władzy wróciła PO, to zgodnie z zapowiedziami jej liderów do Polski bez przeszkód mógłby popłynąć strumień islamskich imigrantów – powiedział Pawelec. W tym czasie na czerwonym pasku widzowie mogli przeczytać: „Uliczna rewolta sposobem na sprowadzenie do Polski islamskich imigrantów”.

wyborcza.pl

Prezydent Andrzej Duda w poniedziałek spotka się z prezesem Krajowej Rady Sądownictwa

Agata Kondzińska, 23 lipca 2017

Dariusz Zawistowski

Dariusz Zawistowski (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Prezydent Andrzej Duda spotka się w poniedziałek z prezesem Krajowej Rady Sądownictwa Dariuszem Zawistowskim – dowiedziała się „Wyborcza”. Sędzia Zawistowski jest też prezesem Izby Cywilnej w Sądzie Najwyższym.

Spotkanie zaplanowane jest na godz. 12, tuż po spotkaniu z I prezes Sądu Najwyższego Małgorzatą Gersdorf i sędzią Stanisławem Zabłockim, prezesem izby karnej w Sądzie Najwyższym. – Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, relację przedstawimy na konferencji w Radzie o godz. 14 – mówi „Wyborczej” sędzia Waldemar Żurek z KRS.

– Liczymy na weto we wszystkich trzech ustawach, ale też, że prezydent zostanie patronem okrągłego stołu, przy którym usiądziemy wspólnie, by zreformować wymiar sprawiedliwości. Bo mamy takie projekty, które poprawią szybkość postępowania, usprawnią pracę sądów i obywatel to realnie odczuje. Tylko musi ktoś z nami siąść – dodaje Żurek.

Prędzej czy później politycy PiS odpowiedzą przed Trybunałem Stanu za łamanie konstytucji – w 3×3 poseł PSL Marek Sawicki

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,22120214,video.html

O spotkanie KRS zaapelował w uchwale przyjętej w ubiegłym tygodniu: „Rada apeluje do pana prezydenta jako strażnika konstytucji o zabranie głosu w sprawie poselskiego projektu ustawy o Sądzie Najwyższym, który w wielu punktach narusza przepisy Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Krajowa Rada Sądownictwa ponawia prośbę o spotkanie Pana Prezydenta z Radą w możliwie najkrótszym terminie”.

Jaką decyzję podejmie Andrzej Duda?

Na biurku prezydenta, oprócz ustawy o ustroju sądów powszechnych, jest już ustawa o Krajowej Radzie Sądownictwa. Ustawa PiS przerywa kadencję KRS, która według konstytucji powinna trwać 4 lata. Teraz zasiada w niej 15 sędziów, ich następców wybierze już nie samorząd sędziowski, ale sejmowa większość. W ten sposób PiS uzyska wpływ na obsadę Rady decydującej o wyborze każdego sędziego w kraju – od sądu rejonowego po Najwyższy. KRS zostanie podzielona na dwa zgromadzenia. W jednym znajdą się sędziowie, w drugim większość będą mieli politycy. Kandydat na wolne stanowisko sędziowskie będzie musiał uzyskać zgodę obu izb, co umożliwi politykom blokowanie kandydatur.

Temu zapobiec chciał prezydent i w szczycie sądowego kryzysu w kraju zgłosił propozycję, by członków Rady wybierano 3/5 głosów w obecności ustawowej posłów. PiS propozycje przyjął, ale zapisał ją w ustawie o Sądzie Najwyższym, a nie o KRS. To oznacza, że na biurku prezydenta jest ustawa, która nie spełnia jego oczekiwań. Współpracownicy prezydenta nie zdradzają, jaką decyzję podejmie Andrzej Duda. Ma na to 21 dni. – Spodziewamy się, że wszystko może się zdarzyć – komentuje sędzia Żurek.

wyborcza.pl

MICHAŁ R. WIŚNIEWSKI: MAM NADZIEJĘ, ŻE LUDZIE NIE SĄ TACY GŁUPI

23.07.2017

Michał R. Wiśniewski do Jasia Kapeli: 98 proc. biurowej klasy średniej czuję się najbardziej uciemiężoną grupą społeczną w Polsce. Ty jesteś hipsterem na rowerze, który ma czas przykuwać się do harwesterów. Ale zrozum człowieka, który siedzi osiem godzin przed komputerem i przekleja cyferki z Worda do Excela. Dostaje pensję, widzi, ile poszło na podatek, i myśli o tych darmozjadach z 500+, którzy przepijają teraz jego pieniądze.

Jaś Kapela: Jak się masz? Jak ci się żyje?

Michał R. Wiśniewski: Wspaniale.

Niedawno pod Teatrem Powszechnym zapytał mnie o to samo chłopiec z Młodzieży Wszechpolskiej, a gdy odpowiedziałem podobnie, powiedział, że już niedługo… Masz wrażenie, że to już niedługo?

Mieszkam na prowincji. Ze Szczecina tego nie widać.

Nie macie tam ONR-u?

Pewnie tak, ale nie potrzebujemy. Mamy największy marsz życia w Europie, który wyrusza co roku z błogosławieństwem prezydenta miasta, więc nie potrzebujemy bojówek. Mieszkamy już w świętym mieście.

Słyszałem raczej, że Szczecin to mały Paryż.

Każda pipidówa, która ma więcej niż dwa ronda, lubi tak o sobie mówić. Faktycznie w Szczecinie jest trochę szerokich ulic, ale z Paryżem to nie ma nic wspólnego. Za to przyszły u nas dobre czasy dla informatyków, jak ktoś się chce przeprowadzić, zapraszam, jest dużo zieleni i blisko do Berlina.

Ale ty nie jesteś informatykiem?

Jestem. Informatykiem, który przestał programować, a zaczął pisać książki, więc robię wszystko nie tak, jak należy.

Myślisz, że dobre czasy jeszcze potrwają?

Mam nadzieję, że ta brunatna fala się jednak rozbije o jakiś falochron. Że ludzie nie są tacy głupi i wyciągniemy jakieś wnioski z przeszłości.

I nie będą strzelać do wrogów ojczyzny?

Ale czy to nie są jednak ciągle marginalne ruchy?

Jak mi nastolatkowie grożą śmiercią, to się trochę zastanawiam, czy rzeczywiście tak jest.

Na facebooku? Czy w realu?

Do tej pory na facebooku, dopiero pod Powszechnym pierwszy raz w realu.

Jeśli chodzi o facebooka, to technologia nas bardzo alienuje, więc nie traktujemy osoby po drugiej stronie kabla jak człowieka. Łatwiej jest kogoś zbluzgać, odhumanizować. To samo przecież robi telewizja. Oglądając obrazy w telewizji, nie widzimy różnicy, czy to są wiadomości, czy film. Jak byłem mały, to byłem przekonany, że policja non-stop zabija ludzi. Że to normalne, że policjant może kogoś zastrzelić podczas pościgu. Byłem bardzo zdziwiony, gdy się okazało, że nawet gdy zastrzeli przestępcę, to jest problem i prowadzone jest śledztwo.

Jednak w 98 proc. sprawy przeciwko policjantom są umarzane albo przez nich wygrywane.

Nawet jeśli to jest fasadowe, to ta fasada jest. A z filmów wyniosłem przekonanie, że policjant służy do strzelania do ludzi. Myślę, że wiele osób wychowanych na kinie może mieć wypaczony obraz świata.

Polityka niedawno przytaczała badania Bilewicza, pokazujące, że ludzie, którzy dużo korzystają z mediów, bardziej boją się uchodźców i zamachów.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/bilewicz-mowa-nienawisci/embed/#?secret=qdNsDzxTTD

Dlatego uważam, że badanie popkultury jest tak istotne. W popkulturze zawsze najlepiej będzie widać wszystkie nasze lęki. Nasza zbiorowa podświadomość jest wyrażana w serialach i w telewizji.

I co ta świadomość wyraża teraz?

Problem z popkulturą jest taki, że memy są żywe i podlegają ewolucji i rozmnażaniu trochę na podobieństwo organizmów. Popkultura trochę sobie żyje wbrew intencjom twórców. Świetnym przykładem jest Donald Trump. On wziął się z amerykańskiej popkultury, która bardzo kultywowała wątek nieufności wobec rządu. W świecie rzeczywistym grupy, które nie ufają rządowi, to są jakieś dziwne milicje, które siedzą w krzakach i uczą się strzelać, przygotowując się na to, że gdy przyjdzie Obama i zabierze im broń, odpowiedzą zbrojnie. Jeśli spojrzysz na dystopijne filmy dla młodzieży, to tam zawsze jest rząd, który gnębi obywateli. My byśmy chcieli, żeby to było ostrzeżenie przed faszyzmem: „Spójrzcie, co się stanie, jak przyjdzie Trump!”. Ale stało się coś innego. Filmy nauczyły młodzież, żeby nie ufać władzy, której uosobieniem była Hillary Clinton. Nagle się okazało, że w metaforze z Igrzysk śmierciTrump nie jest elitą, która będzie wszystkich gnębić, tylko zbawicielką Katniss, która z łukiem poprowadziła lud na barykady i obaliła stary porządek.

Popkultura jest strasznie niebezpieczna, bo nie ma nad nią kontroli. Twórcy za rzadko zadają sobie pytania, o czym mówi ich książka czy film i jaki to będzie miało wpływ na ludzi. Ci młodzi ludzie, którzy ci teraz grożą śmiercią, też wyrośli na jakiś grach, legendach. Na grach o Wiedźminie, książkach Kosika, na polskiej fantastyce, która jest strasznie kompensacyjna. Mamy książki o tym, jak w alternatywnych rzeczywistościach wygrywamy drugą wojnę światową, o Polakach w kosmosie, którzy toczą kosmiczne bitwy. To było odejście od tego Wiedźmina Sapkowskiego, który był bardzo kosmopolityczny. Sapkowski, który wychodził z tradycji arturiańskiej, bo uważał, że nie ma w Polsce tradycji fantasy umocowanej ludowo. Tradycyjnie wątki magiczne były w Polsce związane z katolicyzmem, w którym magia była kojarzona z szatanem. Zupełnie inaczej niż w legendach celtyckich czy arturiańskich, na których była zbudowana cała nowoczesna fantasy. Robiąc Wiedźmina,Sapkowski sięgnął właśnie po to. Wiedźmin był wspaniały, bo uczył Polaków, czym jest fantasy.

Popkultura jest strasznie niebezpieczna, bo nie ma nad nią kontroli.

Był też mocno postmodernistyczny.

I po prostu nie był polski. I jednocześnie był. Był tą Polską, która po transformacji na nowo uczy się świata.

I co się stało?

Wiedźmin – gra idzie już w zupełnie inną stronę. Jest bardzo słowiański, folklorystyczny. To oczywiście fajne, że możemy na świecie pokazać coś oryginalnego. Możemy wysłać na Eurowizję Donatana, żeby towarzyszące mu dziewczyny z wielkimi cyckami ubijały tam mleko na masło. Gra trochę poszła w tę stronę, zamiast uczyć nas tego, co Sapkowski, który jak na polskiego fantastę był dość lewicowy. W jego Wiedźminie znajdziesz prawa kobiet do stanowienia o swoim ciele, metafory uciskanej mniejszości. Sapkowski zawsze stawał po stronie słabszych. W grze jesteś uczestnikiem przemocy, w książce tylko obserwatorem.

A gry w ogóle mogą uczyć czegoś innego niż przemoc?

Oczywiście. Jest dużo gier, które dekonstruują przemoc, na przykład genialna seria NierWiedźmin zresztą też jest jedną z nich. Tam też jest pokazane, że nie ma dobrych wyborów. Z grami jest też jednak tak, że w pewien sposób formatują. Jednym z problemów współczesnej Polski, czy nawet świata, jest nastawienie na rywalizację. Gry uczą nas od małego, że musimy rywalizować, że ktoś nam daje punkty. Z wychowawczego punktu widzenia to bardzo niezdrowe. Z drugiej strony to wprowadza w życie element grywalizacji, prób sterowania człowiekiem poprzez dawanie mu gwiazdek za dobrą pracę albo dyplomu pracownika miesiąca. Dzięki temu nie trzeba mu więcej płacić, a on i tak jest zadowolony. Gry mogą też być niebezpieczne, więc trzeba się nimi interesować i pilnować, w co dzieci grają.

Z drugiej strony nie martwi cię, że dzieci spędzają godziny z nosami w ekranach smartfona.

Dzieci robią na telefonach różne rzeczy, na przykład oglądają seriale. Jeśli włączysz sobie kanał z filmami dla dzieci Minimini, zobaczysz, że większość tych produkcji jest mądrzejsza niż niektóre książki dla dzieci. Mamy ciągle fetysz czytelnictwa i gdy widzimy dziecko czytające, to myślimy, że to super sprawa. A to niekoniecznie jest prawda. Jest dużo książek, których treści są toksyczne. Uczą na przykład wstydu albo przestarzałych podziałów płciowych, zupełnie nie idą pod rękę ze współczesnymi osiągnięciami w dziedzinie wychowania. Tymczasem istnieją seriale edukacyjne, które uczą w atrakcyjny sposób, także rozwiązywania codziennych problemów.

Jednocześnie są badania, że studenci są coraz mniej empatyczni.

I przez co to jest spowodowane?

Chyba właśnie przez media. Rzadziej patrzą w twarz drugiego człowieka niż w ekran.

Wiadomo, że telewizor nie zastąpi ci kontaktu z człowiekiem. Ale też nie ma co demonizować. Najgorsze w telewizji nie są treści, tylko to, że ona pochłania dużo czasu. Dziecko mogłoby wtedy robić coś innego. Uczyć się, biegać, skakać, pływać.

Ale to, co się dzieje na ekranie, jest bardziej wciągające.

Dlatego trzeba to nadzorować, ale nie trzeba histeryzować, że dziecko sobie popatrzy na kucyki pony w telewizji.

Najgorsze w telewizji nie są treści, tylko to, że ona pochłania dużo czasu.

A jednak napisałeś książkę, a nie grę komputerową.

Chciałbym napisać grę, ale to nie takie proste. Do tego trzeba zespołu. A książkę można napisać samemu i dopiero później jest potrzebny zespół, do jej wydania i sprzedania. Gry to jednak trudniejsze medium.

O czym chciałbyś napisać grę?

O tym samym, co zwykle. Gry komputerowe są świetną platformą do opowiadania o sprawach obyczajowych. Mają tę cudowną zaletę – której nie będzie miała żadna książką – że dzięki temu, że gracz sam podejmuje działania, można go bardzo zaangażować. Czy będzie zabijał potwory, czy wdawał się w romanse, czy podejmował decyzje etyczne, jest w to zaangażowany. Czuje się tak, jakby naprawdę on sam to robił.

Czy gra może uczyć komunizmu?

Pewnie, że tak. Są gry, które opowiadają o tym, jak to jest żyć z depresją. Są gry opowiadające o umieraniu na raka. Gry, które starają się zaszczepić empatię. Są też gry uczące dzieci komunizmu. Gram teraz w taką, Gravity Rush 2. To japońska gra mocno inspirowana francuskim komiksem. Świat jest przedstawiony w postaci lewitujących wysp. Na samej górze siedzą bogacze, którzy żyją sobie w świetnych warunkach. Na samym dnie, na wyspach pogrążonych we mgle i ciemności, biedacy głodują, a kiedy próbują sobie coś wykraść, żeby przeżyć, bogacze wysyłają na nich wojsko. Ty – jako superbohaterka – możesz spuścić wpierdol żołnierzom i uratować wioskę biedaków przed przemocą wojska.

Ale to jednak ciągle przemoc.

Pewien typ gry, gdzie się lata i kopie, będzie zawsze grą o lataniu i kopaniu. Ale są też gry przygodowe, gdzie się po prostu coś przeżywa.

Może jest taka gra, w której się pomaga uchodźcom?

Można zrobić taką grę. Była na przykład gra Paper please, która pokazywała, jak okropnie wygląda życie celnika w totalitarnym państwie. Grało się jako człowiek, który wpuszcza lub nie wpuszcza ludzi przez granicę, a jednocześnie musi ze swojej pensji utrzymać rodzinę. Polacy z 11 bit studios zrobili zaś wspaniałą grę This war of mine, o losie cywilów w czasie wojennego oblężenia. Niestety gry ciągle są traktowane jako rozrywka. Niby są sztuką, ale ludzie grają w gry po prostu, żeby się dobrze bawić. Odstresować.

Po ciężkim dniu w pracy.

Postrzelać do mutantów. Nikt nie chce wracać do domu i jeszcze przeżywać cudzego raka. Albo tragedii uchodźców.

Niektórzy chcą. Niektórzy po godzinach pracują dla organizacji społecznych.

Ale sam wiesz, że to margines marginesu. 98 proc. biurowej klasy średniej czuję się najbardziej uciemiężoną grupą społeczną w Polsce. Ty jesteś hipsterem na rowerze, który ma czas przykuwać się do harwesterów. Ale zrozum człowieka, który siedzi osiem godzin przed komputerem i przekleja cyferki z Worda do Excela. Dostaje pensję, widzi, ile poszło na podatek, i myśli o tych darmozjadach z 500+, którzy przepijają teraz jego pieniądze.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/gromada-500-plus-ocena/embed/#?secret=NKvsVIN8po

Ale przecież często sam ma dzieci, na które pobiera 500+.

Oczywiście. To jest właśnie najśmieszniejsze w BKŚ-iach, że oni też by chcieli tych wszystkich przywilejów. Mam znajomych informatyków, którzy świetnie zarabiają, ale mają pretensje, że nie dostają żadnych zasiłków. Nikt im nic nie daje! I tutaj wchodzi PiS z 500+. To pierwszy zasiłek dla biurowej klasy średniej. Spełnienie jej marzenia, że też coś dostanie od państwa.

Przecież dostaje autostrady, darmową edukację. Firmy i banki dostają większe wsparcie niż bezrobotni czy kobiety samotnie wychowujące niepełnosprawne dzieci.

My jesteśmy lewakami i wiemy, jak działa świat. Ale zagraj sobie w grę „jestem BKŚ”. Wczuj się w człowieka, który o tym wszystkim nie ma pojęcia. Szkoła, którą miał za darmo, uczyła go, że do wszystkiego trzeba dojść samemu. Że jest kowalem swojego losu. Ma dobrą pracę, bo w przeciwieństwie do swoich kolegów pilnie się uczył, gdy oni balowali i spali. Mam takiego znajomego:  kiedy mu mówię, że powinien się przez podatki podzielić z ludźmi, którym się mniej poszczęściło, to pyta, czemu oni się nie uczyli. Problem kasjerki, która zarabia 700 złotych, ma zostać rozwiązany przez to, że powinna się nauczyć programować i zarabiać 7 tysięcy – bo przecież wszyscy mogą się nauczyć programować. Co oczywiście jest bzdurą, bo ktoś musi siedzieć na tej kasie. Chodzi o to, żeby osoby pracujące na kasie nie przymierały głodem.

Niedługo zastąpią je roboty. Co wtedy będzie z tymi ludźmi?

Nic. A co ma być? Powszechny dochód gwarantowany, telewizja jakaś lub inne wirtualne rozrywki i będą tak sobie żyć.

Będą grać w pomoc uchodźcom?

Może, ale myślę, że wtedy już nie będzie uchodźców.

Jak na razie wydaje się, że uchodźców będzie tylko więcej. Zmiany klimatyczne powodują wojny.

Pytanie, czy my jesteśmy w stanie dla całego świata zbudować przyszłość komunistyczną jak w Star Treku, czy tylko Festung Europa z wielkimi murami i dronami patrolującymi granice.

Jak myślisz?

Że będzie Festung Europa. Będziemy sobie tutaj żyli jak pączki w maśle, nie będziemy się w ogóle przejmować i dalej oglądać seriale. Dlaczego ludzi wyszli na ulice przeciw ACTA?

Bo się bali, że nie będą mogli oglądać seriali.

To system, który się sam utrzymuje. Nadal nie mogę zrozumieć, jakim krótkowzrocznym politykiem był Tusk i cała reszta PO, że chcieli ludziom zabrać jedyną rzecz, która trzymała Platformę przy władzy. Przecież oni mogli rządzić przez tysiąc lat, gdyby tylko dostarczali ludziom tych drobnych przyjemności: serialików i sukcesów sportowych, żeby było trochę godności.

Myślisz, że to przez ACTA upadło PO?

Potknęli się o własne nogi. Nie zapewnili ludziom poczucia, że nie muszą się codziennie zadręczać, czy im starczy na chleb. Jak wchodziłem na różne fora dla przegrywów, widziałem, że wbrew fantazjom nawróconych prawicowych publicystów nie jest tak, że młodzież spod kebabów nie ma świadomości, że to mali przedsiębiorcy ich bezpośrednio uciskają. Młodzi ludzi głosujący na PiS zdają sobie sprawę, że ich głównym wrogiem są właśnie te firemki z biznesplanem opartym na wyzysku.  Ale wiedzą też, że nikt nie jest w stanie tego zmienić i ten biznesmen dalej będzie dawał jedyną robotę w ich miasteczku. Boją się uchodźców, bo boją się, że oni zabiorą im tę jedyną gównianą robotę w okolicy. To, czego nie rozumiem, to dlaczego takie lęki przejawiają też informatycy z dużych miast.

A to nie jest po prostu zwykły rasizm?

To jest zwykły rasizm, ale on nie jest przecież wyssany z mlekiem matki. Ta narracja skądś przyszła, ktoś gra tym strachem.

Mieszkamy w jednym z najbardziej jednolitych narodowościowo krajów świata.

Polska jest tak biała, że to jest coś przerażającego. Najbielszy kraj świata. Niestety mam chów wsobny, a to nigdy nie jest nic dobrego. Potrzebujemy zastrzyków nowych idei.

Na okładce swojej ostatniej książki napisałaś, że ona jest o nadziei. Skąd ta nadzieja?

Głównie z potrzeby posiadania nadziei. Chciałbym mieć nadzieję, a my pisarze jesteśmy od tego, żeby zmyślać. Żeby napisać książkę, muszę zmyślić jakąś sytuację, a potem w nią uwierzyć. Żeby napisać wiarygodną postać, muszę uwierzyć, że ona istnieje. Na tej samej zasadzie wymyśliłem sobie nadzieję i w nią uwierzyłem. Nadzieja jest jak bańka mydlana. Dmuchasz i ona przez chwilę istnieje, aż pęknie i przypomnisz sobie, na jakim świecie żyjesz. Ale przez ten krótki moment, gdy bańka jest niesiona przez wiatr, masz tę nadzieję.

Ale czy nadzieja nie jest wrogiem działania? Na przykład czy przez to, że mamy nadzieję, że jakoś to będzie i wszystko się ułoży z tym globalnym ociepleniem, nie podejmujemy realnych działań na rzecz zmiany?

Nie, ty mówisz o optymizmie. To optymizm mówi, że jakoś to będzie. Myślę, że nie należy popadać w skrajności. Jest zły optymizm, który jest zasłonięciem sobie oczu i wiarą, że wtedy zniknie całe zło. Co oczywiście jest złudzeniem, bo świat będzie dalej istniał. Pesymizm jest zdrowszy w tych czasach. Ale też nie należy z nim przesadzać. Bo w skrajnie pesymistycznym podejściu najlepszym rozwiązaniem jest owinięcie się w prześcieradło i czołganie się w stronę cmentarza. Jednak pesymistycznie zakładając, że jest źle, możemy szukać metod zaradczych. Możemy jeszcze walczyć o tę planetę.

Ja nie mam specjalnie nadziei, ale wydaje mi się, że trzeba walczyć mimo wszystko.

Ale czy nie na tym polega ludzkość? Czy nie tego uczą nas wszystkie filmy o Rambo? Nie tego uczą nas żołnierze wyklęci?

Czyli można nauczyć się czegoś dobrego od żołnierzy wyklętych?

To, czego się uczymy, często zależy od tego, z czym przychodzimy. Jeśli ktoś jest zatwardziałym rasistą, to nawet Wiedźmin mu nie pomoże. Była afera, że w grze Wiedźmin nie ma w osób o innym kolorze skóry niż biały. W reakcji na to jakiś koleś w jednym zdaniu potrafił powiedzieć: „Czemu te murzyny się znowu czepiają? Przecież tam są inne rasy, są krasnoludy i elfy i jest pokazany mechanizm rasistowski”. Nie czuł tego przełożenia, że miał się z tej metafory czegoś nauczyć. Dlatego uważam, że metafora sama w sobie niczemu nie służy, jeśli ktoś nam nie wyjaśni, o czym ona jest. Każdą metaforę – czego uczy nas Žižek, pokazując, jak można wykorzystywać filmy do ilustracji swoich tez – możemy obrócić na swoją stronę. Możemy wziąć Batmana i zrobić z niego film o tym, że kapitaliści są źli. Możemy wyciąć jakiś fragment i pokazać coś dobrego.

To na co masz nadzieję?

Mam nadzieję, że będzie lepiej.

Czyli jak?

Że pokonamy faszyzm i zapanuje socjaldemokracja. Że zaczniemy bronić słabszych, że będziemy solidarni. Że przestaniemy nienawidzić kobiet. Że przestaniemy nienawidzić dzieci. Że przestaniemy rozjeżdżać miasta samochodami, że zwalczymy smog. Że uratujemy Puszczę Białowieską. Że przyjmiemy trochę uchodźców. Że przestaniemy się wygłupiać na arenie międzynarodowej. Że Polska w końcu po prostu dorośnie.

Ale jak mamy dorosnąć, skoro nienawidzimy się już od dziecka?

Musimy przejąć edukację. Ja jednak wierzę w to nowo pokolenie.

Na razie edukację przejmuje PiS.

I co? Mamy się spakować i wyjeżdżać? Oddać ten kraj faszystom?

Może. Może trzeba założyć jakąś lewacką kolonię na Madagaskarze.

To by było przykre, bo i tak dużo już im oddaliśmy. Kto powiedział, że faszyści mają większe prawo do Polski niż my?

Ziemkiewicz?

To dla mnie żaden autorytet.

Jednak są tacy ludzie jak on, dla których wcale nie jesteśmy Polakami, tylko wynarodowionym polactwem, które w żaden sposób nie jest związane z tym krajem i tylko mu szkodzi.

Polska nie jest wyspą na oceanie i powoli, ale będą się do nas sączyły wartości z krajów, które już dorosły. I Polska wstanie z kolan, ale nie w taki sposób, w jaki chciałby tego PiS. Polska zwyczajnie raczkuje. Ale mam nadzieję, że kiedyś nauczy się chodzić i będzie dużym, dojrzałym krajem, za który nie trzeba się wstydzić.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/sierakowski-sila-bezwstydnych/embed/#?secret=q4doLBaSM0

Za co jest ci wstyd w Polsce?

A jak ma mi nie być wstyd, kiedy gdzieś pojadę i ktoś mnie zapyta, ile Polacy przyjęli uchodźców? Co mam mu powiedzieć?

Że to imigranci zarobkowi i pomagamy im na miejscu.

Polska jako państwo nie zachowuje się w sposób, który napawałby dumą. To, że udało nam się wygrać jakiś mecz, nie zmienia faktu, że w innych dziedzinach się nie sprawdzamy. Wstyd. Wstyd to takie katolickie słowo, więc powinniśmy je znać.

Skąd ta niedojrzałość Polski?

Może stąd, że jesteśmy takim młodym państwem. Co chwilę ktoś nas resetuje. Ledwośmy się pozbierali po zaborach, już była druga wojna. Potem komunizm, teraz faszyzm. Ale wyrośniemy. Myślę, że nie będzie tak źle.

A dlaczego Polacy nienawidzą dzieci?

Nie mam pojęcia.

Może dlatego, że sami jesteśmy dziećmi?

Nie mów tak. To też jest problem, że się utożsamia ze sobą rzeczy, które nie są tożsame.

A jeśli chodzi o niechęć do dzieci… Znam co najmniej dwa rysunki Marka Raczkowskiego o tym, że dzieci są złośliwe i robią kupę na złość. Przecież dzieci robią kupę, bo są organizmami ludzkimi, które jak zjedzą, to wydalają. Dlaczego traktuje się dzieci jak takie złośliwe skrzaty? Pewnie dlatego, że można. Dlatego, że nikt nie powiedział, że trzeba się zachowywać inaczej. Jeśli chodzi o edukację, to jesteśmy strasznie w lesie. Przeglądałem szwedzkie książeczki dla dzieci z lat 70. Jesteśmy 40 lat do tyłu. Polska dopiero się nauczyła – a i to jeszcze nie cała – że klapsy są nie w porządku. Szczytowym osiągnięciem jest zastąpienie przemocy fizycznej przemocą psychiczną, firmowaną przez straszną Supernianię. Daleko nam do wniosku, że dzieci są ludźmi i można by im po prostu nie kłamać na każdym kroku. Ludzie są bardzo wygodni i chcieliby, żeby wszystko się działo po naciśnięciu przycisku. Superniania nie dlatego była w telewizji, że TVN miał wizję zbawienia świata, tylko dlatego, że to był szoł, gdzie było dużo krzyku i płaczu. Ludzie chętnie oglądali taką pornografię przemocy. Tak samo jak Gesslerową się ogląda, żeby popatrzeć, jak ci restauratorzy są pomiatani.

Jednak dużo ludzi martwi się o swoje dzieci, co widzimy na przykład w ruchu antyszczepionkowym.

Mam ci powiedzieć, skąd ten powrót myślenia magicznego i utrata zaufania do nauki? Przecież wiesz, na czym polega postprawda. Nie na tym, że ktoś kłamię, tylko na stworzeniu wrażenia, że wszyscy kłamią.

Mnie zawsze dziwi, że ludzie kłamią.

Mnie też. Ale dla patologicznych, populistycznych kłamców kłamstwo jest bronią. To było widać przy kryzysie uchodźczym, gdy powstawały kolejne zmyślone wiadomości, że uchodźcy osrali autobus czy kogoś zgwałcili. Jednak żeby te kłamstwa mogły działać, trzeba stworzyć przekonanie, że wszyscy kłamią. Gdy człowiek zagubiony we współczesnym świecie nie wierzy nikomu, musi polegać na swoich intuicjach. Intuicja to ta myśl, która ci przychodzi do głowy na podstawie tego, co już masz w głowie. Łapiesz się tej pierwsze myśli, która jest dla ciebie bezpieczna. Media są masażem, jak mówił MacLuhan. Czymś, co się otula, co się ukołysze. Antyszczepionkowcom wydaje się logiczne, że wszyscy kłamią. Na pewno kłamią lekarze, którzy mają w tym interes, bo przecież szczepionki są strasznie drogie. Masz tu też element straszenia klasy średniej.

Najbardziej przestraszonej klasy w Polsce, jak piszesz.

Polega to na tym, że możesz dostać refundowaną szczepionkę za darmo, ale możesz dopłacić kilka stówek, żeby dzidzia miała jedno nakłucie zamiast trzech. Generalnie klasa średnia żyje w strasznym strachu. Zamyka się na osiedlach strzeżonych ze strachu. Jeździ wszędzie samochodem ze strachu. Ze strachu, odwożąc dziecko do szkoły, trzeba wjechać SUV-em do samej szatni. Klasa średnia wszystkiego się boi.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/sutowski-gdula-klasy/embed/#?secret=jQRGxEG39q

Kapitalizm żywi się strachem klasy średniej, więc ją straszy, bo ma produkty dla przestraszonej klasy średniej. Skutki uboczne są takie, że klasa średnia jest tak przestraszona, że boi się własnego cienia albo uchodźców. Widzisz, gdziekolwiek byśmy spojrzeli, źródłem wszelkiego zła będzie neoliberalizm. Kapitalizm wystraszył ludzi i w efekcie przyszli inni ludzie, którzy się posługują tym strachem. Z tego, że jako społeczeństwo jesteśmy przestraszeni, wyrósł faszyzm. Po tym, jak społeczeństwo zostało zdemontowane, nie mamy oparcia we wspólnocie, jesteśmy przestraszonymi ludźmi w betonowej dżungli. I wszyscy mogą robić z nami, co chcą.

Jak mamy się przestać bać?

Wydaję mi się, że pierwszym krokiem do pokonania strachu jest nazwanie go. Tego się nauczyłem, oglądając jedną z bajek na Minimini. To serial, który służy sprzedawaniu zabawek Fisher Price’a, ale jednocześnie ma różne mądre morały, i był właśnie odcinek o strachu. Gdyby klasa średnia uświadomiła sobie, że jest przestraszona, już byłoby lepiej. Jeśli zda sobie sprawę jak jest manipulowana i przez kogo, to będzie pierwszy krok do uzdrowienia.

***

Michał R. Wiśniewski (1979) – publicysta, autor książek JetlagHello WorldGod hates Poland, redaktor naczelny magazynów upadłych „Kawaii” i „Anime+”, popularyzator japońskiej popkultury i fantastyki w Polsce. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, w magazynach „Pulp, „Nowa Fantastyka”, „Kmag”, „Arigato”, portalu next.gazeta.pl, a także w książkach Bond. LeksykonSeriale. Przewodnik Krytyki Politycznej i Berlin – Pascal Lajt. Prowadzi bloga: Pattern Recognition (mrw.blox.pl) oraz jetlag.com.pl

 

krytykapolityczna.pl

PiS, prowokując coraz większe protesty, prosi się o rewolucję. I to lewicową

Taka lewicowa wizja musi się narodzić już teraz – inaczej uruchomiony potencjał zmiany wpadnie w błędne koło.

Narastająca fala protestów przeciwko „deformie” sądownictwa wskazuje, że w ocenie coraz szerszych grup społecznych PiS przekroczył granice przyznanych mu przez społeczeństwo uprawnień do rządzenia. Dla polityków i działaczy, zwłaszcza tych, którzy już od dawna protestują przeciwko nadużyciom rządzących, jest to ważna informacja.

Granica społecznego rozumienia demokracji przebiega mniej więcej na gwarancji prawidłowej organizacji wyborów, które zatwierdza Sąd Najwyższy. Ponieważ już chodzą słuchy o analogicznych ustawach uderzających w Państwową Komisję Wyborczą, można zakładać, że sprzeciw będzie tylko narastać. Podobne wnioski zresztą wyciągają analitycy mediów społecznościowych – reguły propagowania treści wskazują, że impet protestów będzie trudno złamać.

Jednocześnie pojawia się pytanie, dlaczego dopiero teraz protesty osiągnęły taką masę krytyczną. Na przykład tzw. ustawa inwigilacyjna przeprowadzana przez Sejm i Senat w styczniu 2016 r. powtarzała, a nawet zaostrzała rozwiązania zawarte w umowie ACTA, przeciwko którym w styczniu 2012 r. wyszła w Polsce niewidziana wcześniej liczba młodych ludzi. Coś sprawiło, że cztery lata później wrażliwość na naruszanie tego typu się zmieniła.

Historia protestów w Polsce pokazuje sporo takich paradoksów

Demonstracje związkowe przeciwko reformie emerytalnej czy demontowaniu dialogu społecznego, choć zgromadziły setki tysięcy ludzi na ulicach Warszawy, w ogóle nie uzyskały społecznego oddźwięku i niemal nikt o nich nie wspomina, komentując liczebność obecnych protestów. Podobnie rzecz się miała z protestami nauczycieli na rzecz podwyżek płac.

Trudno jest intelektualnie pogodzić wczorajszą społeczną niechęć do „roszczeniowców” z popularną dziś tezą o społecznym przyzwoleniu na „miękki autorytaryzm” PiS przez wzgląd na bardziej „rozdawniczy” profil obecnego rządu. Na pewno jednak trzeba tę zmianę wziąć pod uwagę. Formacja, która w tej chwili będzie chciała przejąć władzę z rąk PiS i zdyskontować rosnącą falę poparcia, będzie musiała zrozumieć, że „do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja”. Nie ma powrotu do „taniego państwa”.

Zgadzam się więc z Michałem Szułdrzyńskim z dzisiejszej „Rzeczpospolitej”, że PiS, wkraczając na ścieżkę absurdalnych manipulacji sądownictwem, prosi się o rewolucję – i to właśnie lewicową. Nie w rozumieniu terminu „lewicy”, jakie Prawo i Sprawiedliwość usiłuje narzucać od kilku lat – czyli wszystkiego, co na lewo od twardego konserwatyzmu, i wszystkiego, co choć częściowo powołuje się na prawa człowieka.

Chodzi o lewicę z prawdziwego zdarzenia

Nie, tu chodzi o lewicę z prawdziwego zdarzenia – posługującą się wizją społecznej sprawiedliwości i pokazującą, jak mądrze zagospodarować środki uruchomione przez PiS do zbudowania społeczeństwa opartego na filarach równości, w tym równości praw, wolności (która, żeby była realna, wymaga równości szans) i sprawiedliwości. Ta wizja musi uruchomić marzenia o lepszym życiu – bez konsumpcyjnego wyścigu szczurów, ale z przyzwoitym poziomem życiowego bezpieczeństwa.

Taka lewicowa wizja musi się narodzić już teraz – inaczej uruchomiony potencjał zmiany wpadnie w błędne koło i będziemy obserwować taką samą karuzelę rządów, gdzie główna partia rządząca z główną partią opozycyjną zamieniają się miejscami, dokonują ryzykownych przetasowań, a społeczeństwo wciąż czuje się tak samo oszukiwane. Takie procesy obserwowaliśmy w innych krajach dawnego bloku wschodniego, w Bułgarii czy Rumunii. Warto uczyć się na błędach.

A co będzie po prorokowanej przez Szułdrzyńskiego lewicowej rewolucji? Na pewno zaobserwujemy pęknięcie między spadkobiercami przedwojennego PPS (dziś czasem zwanymi „lewicą patriotyczną”) a opcjami, którym bliżej będzie do Europy. Przewiduję, że ta oś sporu będzie motorem przyszłych dyskusji o Polsce. I bardzo mi się to podoba.

polityka.pl

Pożytki z lipcowego zamachu stanu

22.07.2017
sobota

Nie będę kwitował nielegalnych działań Jarosława Kaczyńskiego i jego popleczników. Sąd Najwyższy ciągle trwa, mimo że Senat podżyrował podpisany przez Sejm wyrok.

Walka więc trwa, a dołączają do niej również przedstawiciele obozu konserwatywnego. To przełom, jeszcze jednak ważniejszy przełom został ogłoszony w piątek pod Sądem Najwyższym przez Władysława Frasyniuka – abdykacja pokolenia styropianu.

Władysław Frasyniuk ciągle jeszcze w marzeniach wielu Polaków jawi się jako kandydat do pociągnięcia zjednoczonej opozycji. Pokazał ostatnio wielokrotnie swą autentyczność, odwagę i charyzmę. W piątek także pokazał, że obdarzony jest dobrą intuicją i wolny jest od nadmiaru próżności. Szybko przerobił lekcję czwartkowego przesilenia demonstracyjnego, kiedy ulice polskich miast zdominowali młodzi demonstranci. Nie wiem, czy przy okazji zaglądał do internetów, bo tam dominacja młodych obrońców wolności i demokracji była jeszcze bardziej widoczna. W każdym razie wyciągnął słuszne wnioski.

Po pierwsze, po odsunięciu od władzy PiS nie ma już powrotu do III Rzeczypospolitej, jaką pamiętamy.

Po drugie, nową Rzeczypospolitą ma budować „dobry rocznik 1989 r.”, czyli pokolenie dwudziestolatków. Starzy mogą im mogą co najwyżej radzić, powinni jednak usunąć się w drugi szereg.

Przy okazji też Frasyniuk wskazał potencjalnych młodych liderów, wspominając Borysa Budkę i rozpływając się nad Kamilą Gasiuk-Pihowicz. Z kurtuazją macho-seniora stwierdził, że pod jej rozkazami to byłby nawet gotowy śmieci wynosić. Dowcip o śmieciach został przyjęty z umiarkowanym rozbawieniem, wcześniejszy o przytulaniu młodych zmieniaczek Polski na lepsze – wręcz z irytacją wśród obecnych pod Sądem młodych.

Niektóre i niektórzy wręcz opuścili zgromadzenie. Na Facebooku skomentowałem wtedy na gorąco:

… wypowiedź Frasyniuka, jej szczery, wręcz wzruszający patriarchalizm i seksizm, potwierdziła słuszność [jego] decyzji.

Cóż, nie oczekujmy, że Władysław Frasyniuk zacznie mówić językiem Kazimiery Szczuki lub choćby Kamili Gasiuk-Pihowicz. Dzięki mu za to, że po tygodniach pompowania go na Zbawcę Narodu dostrzegł anachroniczność tej propozycji. To, co w czwartek wydarzyło się na ulicach i w piątek zostało szczerze, choć nieporadnie skwitowane przez Władysława Frasyniuka, pozwala na kilka hipotez odnośnie do dalszego rozwoju polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej (wczoraj zastanawiałem się nad czarnym scenariuszem, dziś próba spojrzenia bardziej optymistycznego).

Odejdźmy od polaryzacji PiS – anty-PiS, by uniknąć błędu prezentyzmu narzuconego przez medialny i polityczny główny nurt. Prawdziwa polaryzacja, która zdecyduje o przyszłości polityki, co zresztą (przepraszam za tę odrobinę próżności) przedstawiałem w „Miłości, wojnie, rewolucji” z 2009 r. i „Buncie Sieci” z 2012 r. – ma charakter genderowo-pokoleniowy. I właśnie siła tej polaryzacji ujawniła się najpierw podczas Czarnego Marszu, a teraz podczas protestów w sprawie Sądu Najwyższego. Jej wczesną manifestacją były z kolei protesty przeciwko ACTA w 2012 r.

Znamienne, że to właśnie taktyka „no logo” wypracowana właśnie w 2012 r., umożliwiająca współdziałanie w imię wspólnego celu różnym siłom, została powtórzona w czwartek m.in. pod Sejmem. Najwyraźniej nie jest tak, że mobilizowane za pomocą sieci ruchy i ich uczestnicy, gdy się rozejdą, zapominają, czego nauczyli się, praktykując bycie razem na ulicy. Nie twierdzę, że teraz protestowali dawni ACTA-wiści – twierdzę natomiast, że ich doświadczenie sprzed pięciu lat miało formacyjne znaczenie dla całego pokolenia.

Doskonale wiemy też, że tamto doświadczenie zostało zupełnie zapoznane przez mainstream polityczny i opiniotwórczy. W sumie chyba tylko Paweł Kukiz zdołał zagospodarować część jego energii.

Tymczasem napięcie pokoleniowo-genderowe ma w tej chwili wymiar strukturalny. Młodzi, a zwłaszcza młode kobiety, m.in. ze względu na swoje aspiracje edukacyjne dysponują zasobami najważniejszych kapitałów rozwojowych (wiedza, kreatywność, innowacyjność) poza władzą i kapitałem fizycznym. To tylko kwestia czasu, kiedy znaczenie strukturalne wzmożone przez odkrywanie nowych form podmiotowości w przestrzeni publicznej przełoży się na aktywne poszukiwanie podmiotowości politycznej. Wprost – walki o władzę (cokolwiek władza znaczy i będzie znaczyć). Czas nadszedł. A w tej rozgrywce Jarosław Kaczyński nie stoi naprzeciwko Władysława, tylko są razem po jednej stronie barykady. Frasyniuk to zrozumiał i zrozumiał, że jeśli chce odsunąć Kaczyńskiego, musi się także sam odsunąć, robiąc miejsce dla nowej siły.

Nic jednak pewnego, ktoś mi zarzucił na Twitterze, że przestrzeliłem, zachwycając się mobilizacją młodych. Być może, wolę jednak przestrzelić, niż nie dostrzec potencjalnej szansy. Szansy o wielu obliczach, bo wcale nie jest powiedziane, że generacyjno-pokoleniowa zmiana w polityce musi prowadzić nieuchronnie do polityki progresywnej i zmiany na lepsze. Równie dobrze w tym schemacie jawi się pojawienie i eskalacja przemocy, kiedy starsze, dominujące liczebnie pokolenie nie pójdzie za Frasyniukiem, tylko raczej poprze Jarosława Kaczyńskiego w konsolidacji gerontopatriarchatu. Do tego wszystkiego dochodzą wszystkie zagrożenia wynikające ze zbyt łatwych generalizacji, które gubią podziały klasowe, kulturowe etc.

Upływający tydzień i walka o Sąd Najwyższy otworzyły okno możliwości dla pojawienia się w Polsce nowej polityki, alternatywnej wobec dotychczasowej, wyniszczającej binarnej opozycji. Nie dajmy sobie tego okna zatrzasnąć, a roboty jest wystarczająco dużo dla młodych, starszych i jeszcze starszych.

Kilka zatem pytań:
1. Rządy PiS jako najwyższa forma patriarchatu, który musi upaść pod ciężarem własnych sprzeczności?
2. Obecny kryzys polityczny jako zapowiedź zmiany (a przynajmniej szansy zmiany) pokoleniowo-genderowej w polityce?

antymatrix.blog.polityka.pl

Obywatele już w przeszłości obalali dyktatorów. Z Kaczyńskim też może się udać

Żadna dyktatura i żaden autorytaryzm nie trwają wiecznie. Przykład? Ukraina, Gruzja i Serbia.

Jarosław Kaczyński też wystąpił na Majdanie przeciwko dyktaturze.

Marcin Pegaz/Gazeta Polska/Forum

Jarosław Kaczyński też wystąpił na Majdanie przeciwko dyktaturze.

Pamiętacie Państwo manifest PKWN z 1944 r., z 22 lipca zresztą? Jego autorzy, sygnatariusze i propagatorzy też obiecywali Polakom dobrą zmianę. Sprawiedliwe sądy ludowe, wpływ ludu na sprawowanie władzy, powszechny dobrobyt, równość, sprawiedliwość i wszechogarniającą demokrację.

Wszystko wiedzieli lepiej: co mamy jeść, w co wierzyć, co pić, co palić, jak się kochać, jak odpoczywać, co czytać i oglądać. Tak świetnie nam urządzili kraj i życie, że się od tej dobrej zmiany nie mogliśmy uwolnić przez całe 45 lat.

Duda jak Łukaszenka

Na szczęście żadna dyktatura i żaden autorytaryzm nie trwają wiecznie. A obywatele potrafią zmieść satrapów z powierzchni ziemi. Oto parę przykładów z nieodległej historii i nieodległych krajów.

Widziałam, jak narastał autorytaryzm na Białorusi. Jak odebrano wolność słowa, jak prezydent rozpędził parlament, ubezwłasnowolnił sąd konstytucyjny i praktycznie sam wybrał sobie deputowanych, którzy posłusznie podnosili ręce za wszystkim, co im nakazano.

Łatwo było to krytykować – z naszej, polskiej pozycji. Prezydent Łukaszenka lekceważył międzynarodowe oburzenie, za nic miał międzynarodowe instytucje, protestujące wobec tego, co się działo z praworządnością, nie przejmował się sankcjami. Niech sobie nakładają, mówił. Znalazł lepszy sposób – rozpędził dzielnicę zachodnich dyplomatów.

A kiedy w Mińsku demonstrowano, prezydent jeździł na nartach albo grał w hokeja. Brygady milicji i sił specjalnych bronią jego idei i pomysłów. Tak, teraz lepiej rozumiem bezsilność Białorusinów. Bezsilność, jaka dopada także nas, kiedy władza kpi sobie z prawa, konstytucji, ze społeczeństwa. Kiedy chce nam urządzać państwo po swojemu, otacza się szczelnym kordonem policji i odgradza barierkami, a prezydent Duda, lekceważąc sytuację, używa wakacji w Juracie.

Miloszewić też myślał, że jest nieusuwalny

A potem był Belgrad. Przez prawie trzy miesiące, dzień w dzień, Serbowie solidarnie demonstrowali przeciwko dyktaturze Slobodana Miloszevicia. Setki tysięcy ludzi na ulicach każdego popołudnia, w pogodę i niepogodę, żeby pokazać, jak bardzo nie chcą żyć w dyktaturze, pogardzie praw człowieka, pogardzie prawa, konstytucji, społeczeństwa obywatelskiego.

Miloszević i jego świta też udawali, że nie dostrzegają protestów, panoszyli się, jakby kraj należał do nich, lekceważąc społeczeństwo i opozycję, zamykając usta wszelkiej krytyce. Podporządkowując sobie sądy, media, parlament. Wysyłając dywizje milicji przeciwko obywatelom.

Ale nadszedł dzień, kiedy miarka się przebrała. To było po próbie sfałszowania wyborów w październiku 2000 r. Ale to był już inny tłum, rozsierdzony, wściekły, bo odebrano tym ludziom wiele lat normalnego życia. Serbski parlament też chodził na pasku Miloszevicia, dawał przyzwolenie na wszelkie zło, podnosił ręce w każdej narzuconej sprawie.

Widziałam, jak tłum wtargnął do budynku parlamentu i podpalił go, nie zapomnę tysięcy dokumentów, mebli wyrzucanych przez okna. A kilka miesięcy później Miloszević został przekazany Międzynarodowemu Trybunałowi w Hadze. Tak skończył karierę dyktator, który myślał, że jest nieusuwalny.

Ukraina, Gruzja, znowu Ukraina

Albo Leonid Kuczma, który za nic miał ruch protestu „Ukraina bez Kuczmy”, powstały po zabójstwie dziennikarza Georgija Gongadze. Na Ukrainie również proprezydencka większość lekceważyła opozycję w parlamencie, tam również sąd konstytucyjny miał knebel. Łatwo było go sparaliżować, nie powołując latami sędziów. I ludzie wyszli na Majdan w Kijowie. Kuczmie wystarczyło zdrowego rozsądku, żeby się cofnąć. Nie doszło do tragedii, ale ludzie nauczyli się, jak walczyć o swoje.

Potem była Gruzja. Micheil Saakaszwili miał powszechne poparcie, kiedy walczył z korupcją i Rosjanami. Szybko jednak zachwycił się pozycją lidera, łatwo przekroczył granicę, nadużywając swojej władzy, popularności, poparcia i powodzenia. Rozpędził opozycję, wprowadził stan wyjątkowy, podporządkował sobie krytyczna wobec władzy stację telewizyjną. Gruzini mu nie darowali. Stracił urząd, musiał wyjechać z kraju i niesława wciąż mu towarzyszy. Jest poszukiwany listem gończym.

I znowu Ukraina. Autorytaryzm Janukowycza przejawiał się tym samym zawłaszczeniem państwa. Nastąpiły: paraliż sądu konstytucyjnego, upolitycznienie sądów powszechnych, lekceważenie głosu opozycji. Parlament przeprowadzał głosowania nad ustawami metodą, jaką właśnie widzieliśmy w Warszawie: na Piotrowicza, Terleckiego, Brudzińskiego.

Kaczyński też był na Majdanie

Ale to też nie trwało wiecznie. Widzę Majdan, który krzyczał w stronę prezydenta i rządu: hańba, hańba! Jak w Warszawie, jak przed polskim Sejmem.

Jarosław Kaczyński też wystąpił na Majdanie przeciwko dyktaturze, wznosił nawet okrzyki: „Sława Ukrainie, bohaterom sława!”. I mówił Ukraińcom o prawie do życia w demokratycznym kraju i pod władzą demokratycznego prawa.

Przez wiele tygodni prezydent Janukowycz lekceważył to, co się działo na ulicach Kijowa. Może dlatego, że okna jego administracji nie wychodziły na Majdan? W końcu musiał uciekać z kraju w obawie przed sprawiedliwością i gniewem Ukraińców, jego dyktatorska władza upadła w niesławie.

I to jest bardzo optymistyczne zakończenie.

polityka.pl

Sędziokracja. Słowna manipulacja, która niszczy niezależność sądów

22.07.2017, Piotr Mgłosiek

Jakaż szkoda, że w listopadzie ub.r. w Senacie głosami większości upadł projekt ogłoszenia roku 2017 Rokiem Leśmianowskim. Ale czy na pewno? Czy aby słowotwórcza szarża prezydenckiego ministra Krzysztofa Łapińskiego – komentującego ogłoszoną 31 maja 2017 r. uchwałę Sądu Najwyższego dotyczącą prawnej skuteczności ułaskawienia przez prezydenta ministra Mariusza Kamińskiego jako przykładu sędziokracji – nie zdradza fascynacji twórczością Bolesława Leśmiana. Bo był on, nie licząc Cypriana Kamila Norwida, największym mistrzem neologizmów słownych w obszarze języka polskiego, wybitnym poetą i oddanym swojej pracy notariusza prawnikiem.

Minister Łapiński nie jest jedynym propagatorem pojęcia „sędziokracja”. To słowo obecne było częstokroć chociażby w wypowiedziach nieżyjącego już rzecznika praw obywatelskich Janusza Kochanowskiego. Co jakiś czas ów neologizm pojawiał się zatem w debacie publicznej, ale zawsze w dość specyficznym kontekście.

Otóż gdy przedstawiciele dwóch konstytucyjnych władz – ustawodawczej bądź wykonawczej – mieli problem z akceptacją budzącego po ich stronie emocje orzeczenia sądowego, kwitowali sprawę, wskazując, że jest to przykład właśnie sędziokracji. Wydaje się więc, że chodzi tutaj o przekonanie, iż władza sądownicza treścią konkretnego rozstrzygnięcia wkracza w dominium należne dwóm pozostałym władzom. Z kolei sama sędziokracja ma być zapewne formą wynaturzenia demokracji. W tym właśnie kierunku rząd ustami premier, a także przedstawiciele Kancelarii Prezydenta oraz większości sejmowej komentowali wzmiankowaną wyżej uchwałę Sądu Najwyższego z 31 maja 2017 r.

Najlepszym dowodem na poparcie stawianej tezy o konkretnym rozumieniu pojęcia sędziokracji jest wniosek marszałka Sejmu, któremu nadano już trybunalską sygnaturę Kpt 1/17, uznającego, że odpowiedź na pytanie prawne zadane przez trzyosobowy skład SN odnośnie do dopuszczalności ułaskawienia określonej osoby przed prawomocnym zakończeniem postępowania karnego jest przykładem sporu kompetencyjnego między centralnymi organami państwa, który w myśl art. 189 konstytucji władny jest rozpoznać Trybunał Konstytucyjny.

Tyle że żadnego sporu kompetencyjnego w omawianej materii, jak się wydaje, nie ma. Jako pierwszy jawi się problem definicyjny, który można sformułować tak: czy w istocie SN jest centralnym konstytucyjnym organem państwa? Kilka lat temu TK rozpatrywał głośny spór kompetencyjny co do właściwej reprezentacji kraju na jednym ze szczytów unijnych, gdzie jednoczesny akces zgłaszali premier i prezydent. Tu nie było wątpliwości, że definicja centralnych konstytucyjnych organów państwa była spełniona. Spór był jak najbardziej realny i groził wręcz kompromitacją dyplomatyczną, zatemTrybunał Konstytucyjny go rozstrzygnął. Niechaj jednak w kwestii spełnienia przez SN definicji centralnego organu państwa wypowiedzą się znawcy ustroju administracyjnego – z szacunkiem ustępuję im pola.

dziennik.pl

Prezydent toczy walkę o wyjście z przedpokoju

22.07.2017, Grzegorz Osiecki

Ultimatum Andrzeja Dudy nie dokonuje wprawdzie merytorycznego przewrotu w ustawach, ale polityczny w wewnętrznym układzie sił w Prawie i Sprawiedliwości już tak.

Czy też niewinna na pierwszy rzut oka kontra prezydenta okaże się kamykiem, który pociągnie pisowską machinę polityczną w dół? Za to wzmocni pozycję Andrzeja Dudy.

Dziś senatorowie zakończą to, co zaczęli posłowie we wtorek. Do końca dnia ustawa o Sądzie Najwyższym, którą przygotował PiS, zostanie przyjęta – zapewne bez poprawek. Należy do uchwalonych najszybciej w historii polskiego parlamentaryzmu, zwłaszcza jeśli brać pod uwagę wagę zagadnienia. Dla PiS to reforma wymiaru sprawiedliwości. Dla opozycji – jego demontaż.

Zamiast remontować dom wymiaru sprawiedliwości, naprawiać okna czy dach, podkładany jest pod budynek ładunek wybuchowy. Apeluję o nieprzyjmowanie tej ustawy – nawoływał do posłów tuż przed głosowaniem ustawy rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar.

Teraz decyzje w sprawie ustawy o Sądzie Najwyższym, ale także dwóch innych – o ustroju sądów powszechnych oraz o Krajowej Radzie Sądownictwa – będzie musiał podjąć prezydent Andrzej Duda. Prezydent może je zawetować, o co apelują opozycja oraz obywatele protestujący przed Pałacem Prezydenckim, albo może je wysłać do Trybunału Konstytucyjnego. Może także je podpisać – na co liczą rządzący. I to ostatnie wyjście wydaje się najbardziej prawdopodobne po tym, jak prezydent we wtorek poinformował o swoich oczekiwaniach wobec ustaw dotyczących SN i KRS. Działania Andrzeja Dudy pokazują, że obok gry PiS o sądy prezydent prowadzi swoją własną.

Rekontra

Po tym wejściu Andrzeja Dudy do gry o kształt ustaw o sądownictwie zapanowało duże zamieszanie. Z jednej strony pojawił się pogląd, że deklaracja Dudy nie ma najmniejszego znaczenia. Tak argumentowali ci, którzy oceniali ją pod kątem kompletu zmian wprowadzanych w wymiarze sprawiedliwości. Na przykład Sławomir Sierakowski przekonywał w TVN24, że według niego wprowadzone na skutek prezydenckiego ultimatum korekty w gruncie rzeczy nie zmieniają ani intencji, ani rezultatów działań rządzącego ugrupowania wobec sądownictwa.

Jeśli tak patrzeć na tę kwestię, to faktycznie można ocenić zagrywkę prezydenta jako spór w rodzinie nieniosący za sobą większych konsekwencji. Osoby wychodzące z tego założenia – i to niezależnie, czy były sympatykami, czy przeciwnikami PiS – podkreślały, że posunięcie prezydenta nie zapobiegnie innym, najważniejszym zmianom – bo w zawetowanie przez niego wszystkich trzech ustaw nie wierzył nikt. Sąd Najwyższy w obecnym kształcie zostanie zlikwidowany, Krajowa Rada Sądownictwa powstanie zupełnie w nowym kształcie, a decyzje o tym, którzy prezesi sądów powszechnych pozostaną na swoich stanowiskach, podejmie minister sprawiedliwości.

Ale jednocześnie pojawiły się skrajnie przeciwne opinie. I co ciekawe – także po przeciwnych stronach politycznych sympatii. To było zaskoczenie. I dla mnie, i dla wielu moich kolegów z klubu. Nie spodziewaliśmy się tego. Mnie osobiście było przykro, że zrobił to w tak emocjonalny sposób. Przy całym szacunku dla pana prezydenta, bo bardzo go szanuję, uważam, że można było to zrobić inaczej. Tak, by nas nie upokorzyć. Osobiście czuję się upokorzona – powiedziała portalowi wPolityce.pl posłanka PiS Krystyna Pawłowicz.

Z kolei Roman Giertych, którego nie można podejrzewać o miłość ani nawet życzliwość do obecnej władzy, napisał na Twitterze: „Andrzej przestał być Adrianem. Mamy nową sytuację polityczną w Polsce”.

Przewrót kopernikański

Taka rozbieżność bierze się z innej optyki proponowanych zmian. Ruch Andrzeja Dudy nie dokonuje wprawdzie przewrotu merytorycznego w ustawach, ale polityczny w wewnętrznym układzie sił w Prawie i Sprawiedliwości już tak. Najważniejsza konsekwencja zauważona w innym tweecie przez Romana Giertycha dotyczy zakresu panowania nad politycznym imperium Jarosława Kaczyńskiego: „Koniec jednowładztwa JK”.

Po raz pierwszy od początku kadencji w istotnym fragmencie władza prezesa PiS została okrojona i zakwestionowana. Do tej pory jego pozycja była komfortowa. Rząd i parlament miały szykować odpowiednie rozwiązania, posłowie je przegłosowywać, prezydent podpisywać ustawy. Teraz ta wygoda znika. Już nie wystarczy powiedzieć „chcę”, aby tak się stało. I właśnie uszczuplenie możliwości i zasięgu tego przywództwa to sedno poprawki Andrzeja Dudy.

Zmiany w sądownictwie są jednym z kluczowych punktów programu PiS, jednocześnie osobiście są ważne dla Jarosława Kaczyńskiego. Do tej pory lider PiS panował nad reformą sądownictwa. Wprawdzie bezpośrednio odpowiedzialny za nie jest minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro i o nominacjach decydują jego rekomendacje, ale to Kaczyński decyduje, jak długo będzie pełnił tę funkcję. W dowolnej chwili może doprowadzić do jego odwołania i powołania innej osoby. Kaczyński mógł więc mieć poczucie pełnej kontroli nad sytuacją. Duda, stawiając swój warunek, że o wyborze sędziów członków nowej Krajowej Rady Sądownictwa będzie teraz decydować większość kwalifikowana trzech piątych posłów, wymusza na nim, by w tak istotnej dla prezesa kwestii układał się z parlamentarzystami. I to tymi spoza list wyborczych, które sam tworzył.

To kwestia nie tylko ambicjonalna, lecz także praktyczna: pierwszy raz od początku kadencji partia rządząca, by wdrożyć jeden ze swoich pomysłów, musi szukać poparcia na zewnątrz, nie może liczyć na własne siły. Politycy PiS starają się bagatelizować zagrywkę Andrzeja Dudy.

To dobry ruch. Prezydent się wzmacnia, a my pokazujemy elastyczność. Wyszło fantastycznie. Inna sprawa, czy i w jaki sposób uda się nam tę większość zebrać – mówi jeden z najważniejszych polityków PiS. Nie da się ukryć: zebranie większości będzie tu kluczową sprawą. W tym Sejmie kłopot z zebraniem trzech piątych poparcia miałby nawet Jan Paweł II – zauważa inny polityk prawej strony.

Hamowanie

Ponadto do tej pory ruch całego obozu odbywał się jednokierunkowo. PiS, a razem z nim Jarosław Kaczyński, zwiększał obszar swoich wpływów. Postawa Andrzeja Dudy oznacza, że przy powołaniu KRS będzie musiał się podzielić władzą. No i jeszcze jedna ważna rzecz: okazało się, że prezydent, na którego do tej pory zawsze mógł liczyć praktycznie bezwarunkowo, może w różnych istotnych kwestiach powiedzieć mu „nie”.

O tym, że to realny pojedynek o strefę wpływów, świadczy także proceduralna przepychanka, a może raczej zakulisowa gra, jaka się zaczęła zaraz po oświadczeniu Dudy. Stawką był wpływ na nominacje w Sądzie Najwyższym. Oraz o to, kto będzie decydować o tym, który z obecnie zasiadających tam sędziów będzie mógł zostać, a który będzie musiał przejść w stan spoczynku. Na ten temat debatowano podczas spotkania prezydenta Dudy z marszałkami Sejmu i Senatu.

W pierwotnym projekcie PiS o tych wszystkich wymienionych wyżej kwestiach oraz o tym, kto ma pełnić funkcję I prezesa i decydować o regulaminie sądu, miał stanowić minister sprawiedliwości. Można domniemywać, że prezydentowi Dudzie nie bardzo to się podobało. Jeszcze przed swoim słynnym ultimatum spotkał się z politykami Kukiz’15. I zapewne w wyniku tego spotkania klub Pawła Kukiza zgłosił poprawki, w których minister sprawiedliwości został zastąpiony przez prezydenta. Z sygnałów z Pałacu Prezydenckiego, a także ze słów polityków PiS w Sejmie można było wnioskować, że poprawki mogą liczyć na przyjęcie i to prezydent, a nie Ziobro, będzie rozdawał karty w SN. To wzmocniłoby jego pozycję o kilka poziomów, gdyż prezes Kaczyński i Zbigniew Ziobro z nim musieliby pertraktować i uzgadniać, kogo by chcieli, a kogo nie chcieliby widzieć w składzie tego ciała. Ale się nie udało: PiS przygotował i przegłosował wczoraj własne, niekukizowskie poprawki. A te są dla Andrzeja Dudy dużo mniej korzystne.

Wprawdzie art. 87 rzeczywiście mówi, że w momencie wejścia ustawy w życie sędziami Sądu Najwyższego pozostają tylko ci, których zatwierdzi prezydent. Ale wprowadza jednocześnie trzystopniową procedurę z udziałem ministra sprawiedliwości, KRS i prezydenta na samym końcu. Przepisy przewidują, że najpierw minister sprawiedliwości wskazuje, kto z obecnego składu ma pozostać w Sądzie Najwyższym, potem uchwały w sprawie wskazanych przez niego osób przyjmuje nowa Krajowa Rada Sądownictwa i dopiero na końcu decyzje podejmuje prezydent.

W praktyce decyzja prezydenta może dotyczyć tylko tych sędziów, których wcześniej zaakceptował minister sprawiedliwości, w ten sposób prezydent ma głos decydujący, ale tylko w zakresie, który wyznaczy mu minister sprawiedliwości. Nie może więc obronić sędziego przed przeniesieniem w stan spoczynku – może jedynie nie zgodzić się na pozostanie któregoś. Teoretycznie można sobie wyobrazić sytuację, w której minister Ziobro decyduje, że nikt ze starego składu SN nie zasługuje na pozostanie w nowym – wówczas prezydent nie ma już żadnego ruchu. Co ważne, tej samej procedurze podlega I prezes Sądu Najwyższego. Na tę kwestię zwrócił uwagę również Sąd Najwyższy w komunikacie przedstawionym jeszcze przed sejmowym głosowaniem nad ustawą.

Budowanie marki

To pokazuje, że PiS, choć niby postulaty Dudy poparł, to robi wszystko, by w tak drażliwej kwestii nie dzielić się władzą z prezydentem. Co sugeruje duże obawy przed polityczną emancypacją prezydenta. Ta sytuacja może uruchomić dwa procesy. Pierwszy to wzmocnienie prezydenta. Andrzej Duda postawił się już dwa razy, poczuł siłę, może więc chcieć swoją pozycję jeszcze podbudować.

Ostatnio między Pałacem Prezydenckim a Nowogrodzką wiało chłodem. Andrzej Duda już wcześniej zawetował ustawę o Regionalnych Izbach Obrachunkowych, która miała dać rządzącym instrumenty nacisku na samorządy. A gdy PiS wyszedł z pomysłem opłaty paliowej, rzecznik prezydenta aluzyjnie mówił, że nie było jej w wyborczym programie Andrzeja Dudy.

To by świadczyło, że ten proces budowania silniejszej, bardziej niezależnej od partii matki pozycji już się rozpoczął. A to w obecnym układzie oznacza, że prezydent musi odróżniać się od PiS, a jednocześnie balansować ostrożnie w ten sposób, aby nie zrazić do siebie ani elektoratu, ani działaczy tej partii.

Każdy prezydent jest pomiędzy elektoratem z I i II tury. Musi pamiętać o lojalności wobec partii, ale robić jednocześnie coś, co spodoba się opozycji – tłumaczy Rafał Chwedoruk, politolog. Co będzie oznaczało polityczną ekwilibrystykę. I zdaje się, że początek tej gimnastyki był całkiem udany.

Ta propozycja wyboru KRS większością trzech piątych głosów jest gestem pod adresem ugrupowania Kukiz’15 i jego elektoratu, który to – oprócz wyborców PiS – stał za jego wyborem na fotel prezydenta. Natomiast fakt, że poprawki Dudy są zaledwie niewielką korektą, oraz to, że odmówił spotkania nie tylko z Donaldem Tuskiem, ale także Małgorzatą Gersdorf, I prezes Sądu Najwyższego – to czytelne sygnały dla elektoratu PiS i samej partii. Mają świadczyć o tym, że prezydent nie tylko nie kwestionuje sensu zmian w wymiarze sprawiedliwości, ale wręcz je popiera.

Próba budowy pozycji będzie się więc odbywała na centroprawicowym polu. A to, czy będzie skuteczna, zależeć będzie także od jego stanowczości. A żelazna konsekwencja nie jest cechą Andrzeja Dudy, która najbardziej rzuca się w oczy – komentuje nieco złośliwie politolog Jarosław Flis.

Na koniec najważniejsze pytanie: Jak daleko posunie się prezydent w tym szukaniu swojej politycznej samodzielności? Wszelkie próby poprzednich prezydentów tworzenia swoich formacji politycznych zakończyły się fiaskiem. Tak było z Wałęsą i BBWR, Kwaśniewskim i próbą budowania jakiejś formacji z resztek SLD i Unii Wolności – zauważa Rafał Chwedoruk. Ale na razie na politycznym widnokręgu nie ma nawet śladu takiej możliwości. I to, na co wydaje się liczyć prezydent i do czego zmierza, to zbudowanie takiej swojej siły, aby stać się ważnym punktem odniesienia dla polityków PiS i jego prezesa.

dziennik.pl

Zebrani pod domem Jarosława Kaczyńskiego, na warszawskim Żoliborzu, wznosili okrzyki: Precz z Kaczorem-dyktatorem. Ponieważ protest odbywa się nielegalnie, zebrani tam ludzie informują również, że tylko spacerują.

dziennik.pl

Twórca „House of Cards” śledzi wydarzenia w Polsce. „Pokazują nam, jak to się robi”

Wprost, 22.07.2017
Beau Willimon© WENN Beau Willimon

 

Beau Willimon, odpowiedzialny za scenariusz w serialu politycznym „House of Cards”, odniósł się na swoim Twitterze do wydarzeń z ostatnich dni w Polsce. Opublikował zdjęcia z kilku demonstracji w polskich miastach i opatrzył je podpisem: „Polska pokazuje nam teraz, jak to się robi. Zwykli obywatele przeciwsawiają się autorytarnej władzy”.Scenarzysta odpowiedzialny za wydarzenia w najpopularniejszym obecnie politycznym thrillerze zdobywał wcześniej doświadczenie w prawdziwej polityce. 1998 pracował jako wolontariusz w kampanii Charlesa Schumera w wyborach do Senatu. Współpracował także z Hillary Clinton, Billem Bradleyem i Howardem Deanem. Scenariusz do pierwszego odcinka hitowego serialu Netflixa napisał w 2012 roku.

Poland is currently showing us how it’s done. Regular citizens standing up to an authoritarian regime.

Serial „House of cards” opowiada o karierze bezwzględnego amerykańskiego polityka – Franka Underwooda. Chwytając się różnego rodzaju podstępów, a nawet posuwając do przestępstw, grany przez Kevina Spacey Underwood zdobywa coraz większą władzę, która stanowi jedyny cel jego życia.

msn.pl

Sędzia Sądu Najwyższego przeprasza Polaków. Odpowiedź? „Wybaczamy”

Piotr Żytnicki, 23 lipca 2017

Rzecznik Sądy Najwyższego Michał Laskowski

Rzecznik Sądy Najwyższego Michał Laskowski (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

W sobotę wieczorem w proteście w obronie niezawisłości polskich sądów protestowało w Poznaniu co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi. Głos zabrał m.in. sędzia Sądu Najwyższego i jego rzecznik Michał Laskowski

Kilkanaście tysięcy poznaniaków broniło niezależności sądów [GALERIA ZDJĘĆ]

W sobotę w poznańskim parku Kasprowicza odbyła się kolejna demonstracja w obronie niezawisłości sądów oraz w geście sprzeciwu wobec nowej ustawy Sądu Najwyższego, która wszystkich sędziów tego sądu przenosi w stan spoczynku. To część prowadzonego przez PiS zamachu na niezależność sądownictwa. Z tego powodu od tygodnia na ulice polskich miast, w tym Poznania, wychodzą tysiące ludzi. I jest ich oraz więcej.

Podczas protestów w Poznaniu nie ma szyldów partyjnych. Codziennie protestuje co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi (według policji w piątek w parku Mickiewicza było 10 tys. ludzi, a w sobotę w parku Kasprowicza przy Arenie – 13 tys.).

Wśród zabierających głos znalazł się również Michał Laskowski, sędzia i zarazem rzecznik prasowy Sądu Najwyższego.

– Ośmieliłem się prosić o głos, bo kiedyś publicznie powiedziałem, że nie wierzę, by Polacy stanęli w obronie sądów. Strasznie się myliłem i chcę za to przeprosić – powiedział przywitany owacjami sędzia Laskowski. Tłum odpowiedział: „Wybaczamy! Wybaczamy!”.

Laskowski przypomniał, że jest poznaniakiem: – Gdy obserwuję te spotkania, słucham regulaminu, jestem pełen uznania dla przebiegu tych zgromadzeń, dla organizatorów, dla Franka, dla was wszystkich. Jestem dumny z Poznania i chcę w imieniu sędziów i własnym podziękować.

Spotkanie zakończyło już szóste w ciągu tygodnia zapalenie świec i latarek w ramach „łańcucha światła”.

W niedzielę kolejna demonstracja w parku Kasprowicza. Tradycyjnie o godz. 21. Będzie połączone z wyświetleniem filmu Andrzeja Wajdy „Człowiek z żelaza”.

wyborcza.pl

Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]

1/34

>

Łukasz Cynalewski, 2017.07.22

Zdjęcie numer 0 w galerii - Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]

LUKASZ CYNALEWSKI

Park Kasprowicza w Poznaniu. Protest w obronie niezawisłości sądów. Sobota 22 lipc
  • Zdjęcie numer 1 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 2 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 3 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 4 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 5 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 6 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 7 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 8 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 9 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 10 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 11 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 12 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 13 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 14 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 15 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 16 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 17 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 18 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 19 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 20 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 21 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 22 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 23 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 24 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 25 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 26 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 27 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 28 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 29 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 30 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 31 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 32 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 33 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]
  • Zdjęcie numer 34 w galerii Łańcuch światła w sobotę. Tysiące osób protestowało w obronie wolnych sądów w Parku Kasprowicza [ZDJĘCIA]

Protesty w Poznaniu nie gasną. Znów kilkanaście tysięcy ludzi broniło niezależności sądów. „Chcemy weta!”

Piotr Żytnicki, 22 lipca 2017

Park Kasprowicza w Poznaniu. Protest w obronie niezawisłości sądów. Sobota 22 lipca

Park Kasprowicza w Poznaniu. Protest w obronie niezawisłości sądów. Sobota 22 lipca (LUKASZ CYNALEWSKI)

Kilkanaście tysięcy poznaniaków zebrało się w sobotę w parku Kasprowicza, by po raz kolejny bronić niezależności sądów przed zamachem PiS.

WIELOTYSIĘCZNY TŁUM PROTESTOWAŁ W SOBOTĘ W PARKU KASPROWICZA [ZDJĘCIA]

W nocy z piątku na sobotę Senat przyjął ustawę o Sądzie Najwyższym, która wszystkich sędziów tego sądu przenosi w stan spoczynku. Wcześniej PiS uchwalił dwie inne ustawy zagrażające niezawisłości sądownictwa (o Krajowej Radzie Sądownictwa i ustroju sądów powszechnych).

Od blisko tygodnia na ulice polskich miast wychodzą tysiące oburzonych Polaków, którzy domagają się od prezydenta Andrzeja Dudy zawetowania tych ustaw. Protesty organizowane są również w Poznaniu, spontanicznie, bez szyldów partyjnych, najpierw na placu Wolności, a w piątek w parku Mickiewicza, gdzie zgromadziło się kilkanaście tysięcy ludzi.

„Nie ma zgody na takie metody!”

W sobotę demonstracja przeniosła się do parku Kasprowicza na poznańskim Łazarzu. Przed poznańską Areną zgromadziło się co najmniej kilkanaście tysięcy poznaniaków (według policji było 13 tys. ludzi). W tłumie byli politycy (m.in. prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak i lider Nowoczesnej Ryszard Petru), ale żaden z nich nie zabierał głosu. Taką zasadę wprowadził organizator protestów, miejski aktywista i happener Franciszek Sterczewski.

Rozmowa z inicjatorem protestów Franciszkiem Sterczewskim

– Bo wypowiadają się tu mieszkańcy – mówił Sterczewski w sobotę. – Doszły mnie słuchy, że są z nami posłowie i politycy. Dziękujemy im za obecność. Mamy nadzieję, że mają notatniki i będą zapisywać to, co Wielkopolanie mają im do powiedzenia. A jeśli bardzo będą chcieli się zaangażować, to zapraszamy do służby porządkowej. Walka toczy się w świecie informacji i dezinformacji, naszą szablą jest smartfon, dzięki niemu udaje nam się porozumieć. Internet wrze! Snapchaty i Instagramy są zapchane „łańcuchami światła”. To pierwszy protest od czasu październikowego „czarnego protestu”, który zmobilizował szerokie masy ludzi, przede wszystkim młodych. Wołamy dziś do rządu tak jak wtedy: „Nie ma zgody na takie metody!”.

Tłum odpowiedział: „Nie ma zgody na takie metody!”, „Nie ma zgody na takie metody!”. A potem skandował do prezydenta Andrzeja Dudy: „Chcemy weta! Chcemy weta!”.

„Wolne sądy!”

Maciej Gutowski, dziekan rady adwokackiej w Poznaniu: – Uważam, że adwokatura tu musi być, choć jest daleka od polityki. Adwokatura staje w obronie praw i wolności obywatelskich. Dzieje się coś niedobrego. Pakiet ustaw, który jest forsowany dziś, wycina nam prawa i wolności obywatelskie. To ustawy, które uderzają w każdego z nas. Politycy związani zasadą legalizmu mogą robić tylko to, na co im prawo zezwala. I tylko to. Ani kroku więcej!

– Kiedy widzę ustawy, które pod fałszywym hasłem demokratyzacji powodują podporządkowanie politykom sądownictwa, zastanawiam się, gdzie jest ta demokratyzacja. Politycy tylko mówią, że myślą o suwerenie. Jeśli chcą mieć wpływ na obsadę sądów, prezesów, wiceprezesów, na wskazanych palcem przez ministra sprawiedliwości sędziów Sądu Najwyższego, to trzeba sobie zadać pytanie: po co to robią? Władza sądownicza jest niezależna, odrębna, a sądy mają być niezależne i niezawisłe – mówił Gutowski. I dodawał: – Sądy zostaną takie, jakie były, z bolączkami, ale jeszcze dodatkowo politycznie podporządkowane. A sądy to nie tylko rozstrzyganie spraw między ludźmi. To przede wszystkim rozstrzyganie spraw między obywatelami a państwem. Odpowiedzcie sobie, czy sprawy takie jak odszkodowanie za niezgodne z prawem działanie organów władzy państwowej, za niesłuszne aresztowanie, za zamęczenie za pomocą paralizatora na komisariacie, czy to może być rozstrzygnięte przez sąd politycznie nominowany? Dlatego musimy się spotykać!

Tłum odpowiedział: „Wolne sądy!”, „Wolne sądy!”.

„Brawo, młodzi!”

Głos zabrała także Florentyna Piotrowska, uczennica gimnazjum: – Chciałabym zwrócić uwagę na nas, na nastolatków. Za kilka lat pójdziemy głosować i od nas będą zależeć losy państwa. Ale musimy interesować się tymi losami już dziś. Niesłusznie uważamy, że politykę należy oddać dorosłym. A kogo dotyka reforma edukacji? Naszych rodziców, nauczycieli i nas samych. Dlatego apeluję do rówieśników: protestujmy, nie bójmy się udzielać.

Tłum: „Brawo, młodzi!”, „Brawo, młodzi!”.

Piotr Gąsiorowski, nauczyciel akademicki: – Dziś 22 lipca, nie wiem, czy do rządzących dociera ironia historii. Nasza wolność i przewidywalne rządy prawa zostały brutalnie pogwałcone.

Tłum: „Hańba! Hańba!”.

Gąsiorowski: – Władza, nie używając czołgów, lecz parlamentarnej maszynki do głosowania, dokonuje pełzającego zamachu stanu. Próbuje zmieść trójpodział władzy, chce wprowadzić partyjną dyktaturę. Pokazując skrajną arogancję, kpiąc z prawa, sami podarli mandat do rządzenia otrzymany od narodu. Czy mamy czekać bezczynnie dwa lata do wyborów, które mogą sfałszować? Mamy czekać, aż uderzą w niezależne media, wyższe uczelnie, zniszczą resztę dorobku demokratycznego państwa?

Tłum: „Nieeeeee!”.

„Konstytucja to umowa między nami wszystkimi”

Paweł Stefanowicz, 31-latek: – Miałem dziewięć lat, gdy w skrzynkach na listy zostawiono takie książeczki formatu A5. To była konstytucja. Pracowano nad nią pięć lat, kłócono się o każde słowo, bo wiedziano, jakie będzie miała znaczenie dla Polek i Polaków. Polki i Polacy byli za przyjęciem konstytucji. Czytaliśmy jej postanowienia. To była umowa między nami wszystkimi. W tej umowie określiliśmy, kto ma tworzyć prawo i w jaki sposób, kto ma je wykonywać i jak ma to robić. Zapisaliśmy w niej też niezależne sądy.

Sędzia Sądu Najwyższego przeprasza

– Ośmieliłem się prosić o głos, bo kiedyś publicznie powiedziałem, że nie wierzę, by Polacy stanęli w obronie sądów. Strasznie się myliłem i chcę za to przeprosić – powiedział przywitany owacjami sędzia Sądu Najwyższego i jego rzecznik Michał Laskowski.

Tłum odpowiedział: „Wybaczamy! Wybaczamy!”.

Laskowski przypomniał, że jest poznaniakiem: – Gdy obserwuję te spotkania, słucham regulaminu, jestem pełen uznania dla przebiegu tych zgromadzeń, dla organizatorów, dla Franka, dla was wszystkich. Jestem dumny z Poznania i chcę w imieniu sędziów i własnym podziękować.

Spotkanie zakończyło już szóste w ciągu tygodnia zapalenie świec i latarek w ramach „łańcucha światła”.

W niedzielę kolejna demonstracja w parku Kasprowicza. Tradycyjnie o godz. 21.

Poznaniacy bronią niezależności sądów

Protesty w Poznaniu trwają od ponad tygodnia. W czwartek na pl. Wolności do zebranych przemawiał m.in. Tomasz Piątek, autor głośnej książki „Macierewicz i jego tajemnice”, na którego minister obrony złożył zawiadomienie do prokuratury. – Sądy podlegające politykom będą mogły zakazywać publikacji, niszczyć gazety, prześladować dziennikarzy absurdalnymi zarzutami. Wiem coś o tym, ale nie myślę tu o sobie. Myślę tu o wszystkich dziennikarzach, czytelnikach, których partia rządząca najwyraźniej chce odciąć od prawdy – mówił.

W środę – gdy Sejm kolejny dzień zajmował się ustawą o Sądzie Najwyższym autorstwa PiS – poznaniacy przyszli na pl. Wolności. – To trzeci w tym tygodniu „łańcuch światła” w Poznaniu. Sytuacja jest dramatyczna i wymaga tego, żebyśmy spotykali się teraz co wieczór. To piękne, że dzieją się takie rzeczy. W Poznaniu nie ma zgody na zawłaszczanie sądów przez polityków. Poznań mówi „weto” – mówił do zebranych Franciszek Sterczewski.

Na wtorkowym proteście przemawiał m.in. prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak. – Brońmy razem demokracji i wolności. Bo je obronimy! Dajmy szansę tym, którzy dali się zwieść prezesowi Kaczyńskiemu. Dajmy szansę Andrzejowi Dudzie. Może on zatrzyma to szaleństwo. Trzymajmy kciuki – mówił Jaśkowiak.

Pierwszy protest, który zwołał aktywista miejski Franciszek Sterczewski, odbył się w niedzielę. Zachęcał poznaniaków, żeby stworzyli „łańcuch światła” – Dzisiaj nie będziemy skandować, nawoływać, klaskać. Dziś zjednoczymy się w milczeniu, bo to milczenie jest wymowne – mówił w niedzielę Sterczewski.

Po raz pierwszy poznaniacy na ulicę wyszli jednak tydzień temu, w czwartek. Wtedy organizatorem protestu był KOD.  – Czuję się winny, bo jako obywatel być może nie zrobiłem wszystkiego, by zatrzymać tę sektę przed rozkładem państwa. Pisałem, krzyczałem, rozmawiałem. Okazało się, że to zbyt mało – mówił wówczas Sławomir Majdański, szef wielkopolskiego KOD.

wyborcza.pl

„Polska nie jest PRL-em, ani Białorusią. I najpewniej nie będzie. Więc czym?”

Galopujący Major*, 22.07.2017

Jarosław Kaczyński, prezes PiS

Jarosław Kaczyński, prezes PiS (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

– Logika obozu władzy sprowadza się do jednej, jedynej myśli: skoro my, wrogowie III RP tyle lat musieliśmy żyć w tej waszej Polsce i daliśmy radę – to teraz wy, wrogowie IV RP, będziecie ileś lat żyć w tej naszej Polsce. I też dacie radę – pisze dla Gazeta.pl bloger Galopujący Major.

 

Dochodzi właśnie dwudziesta druga. Wracasz z kolejnego protestu. Nogi zaczynają ciążyć, to trzeci marsz w tym tygodniu. A w pracy przecież też rzadko możesz przysiąść. Nikt cię nie niepokoi, nikt nie zaczepia. Poza jednym facetem, który pyta, czy masz może powerbanka. Oczywiście nie masz. Ruszasz dalej. Mijani policjanci ziewają i spoglądają w czarne niebo. Jeden przysnął w furgonetce. Zakurzone buty wystają z auta na wysokości kolan, o mało nie zahaczyłeś. Wyjmujesz smartfona ze zbitą, pajęczą szybką. Zerkasz na moment na fejsa, kilka lajków, dwa serduszka – szkoda, że zlikwidowali tęczę. Tęcza jest zawsze na propsie.

Dzwonisz do swojej dziewczyny. Dzwonisz, bo lubisz słuchać jej ciepłego, bawełnianego głosu. Zawsze lubiłeś. Mówisz, że jednak się spóźnisz. Ona nie mogła przyjść, ona wieczorami sprzedaje „lody naturalne z naturalnych składników”. Pojutrze wylatujecie do Egiptu. Matka trochę wam dołożyła. Ma nadzieję, że się wreszcie pobierzecie. Zawsze o tym mówi, nie tylko w twojej obecności. Wsiadasz do Ubera. Kierowca z automatu nadaje coś o cenach benzyny – „dwadzieścia groszy na litrze, da pan wiarę?”.

Chciałbyś go wyciszyć, ale świat tak przecież nie działa. Stajecie pod domem. Wjeżdżasz na górę, przekręcasz klucz i nagle z telewizora słyszysz, że w Polsce jest właśnie komunizm jak w PRL-u.
Nie, nie jest.
I najpewniej nie będzie. Jest kwestią dyskusyjną, czym w rzeczywistości był PRL. Czy małą stabilizacją, czy rozwodnionym stalinizmem? Czy bardziej wakacjami w Jugosławii, czy może bardziej stanem wojennym? Ale ty i wielu, wielu innych kojarzy go jednoznacznie, prawda? Jako czas zamordyzmu, braku wolności, pałowania, strzelania do robotników i octu na półkach. Może przede wszystkim octu.

Polska nie będzie Białorusią

Nie, nie jest Polska PRL-em. Nie jest też Białorusią, nie jest Turcją. I najpewniej nie będzie. Czym więc będzie?

Z perspektywy makro Polska będzie krajem, gdzie, owszem, są wolne media, ale największy koncern właśnie został „odzyskany”. To przykre, ale to jeszcze nie dyktatura. Krajem, gdzie owszem są wolne wybory, ale ordynacja wyborcza napisana jest tak, że dziwnym trafem wspiera tylko dwa największe ugrupowania. To też jeszcze nie dyktatura. Krajem, gdzie, owszem na uczelniach możesz zgłaszać dowolne pomysły na badania, ale pieniądze znajdują się tylko na te zakorzenione w wartościach chrześcijańskich narodu polskiego. Tak, to nie dyktatura. Krajem, gdzie możesz założyć NGO-sy, ale te NGO-sy są częściej monitorowane, mimo iż od roku nie dostały od państwa złotówki dotacji. Krajem, gdzie każdy może kandydować, ale na dwa miesiące przed wyborami, akurat ktoś tymczasowo aresztował trzech asystentów z dwóch opozycyjnych partii. To – mimo wszystko jeszcze nie dyktatura.

Z perspektywy mikro, z perspektywy zwykłego szarego obywatela, będzie Polska krajem, o którym mówi Adam Bodnar, pytając retorycznie w Senacie: „czy rodzina ofiary przemocy ze strony policji będzie mogła liczyć na pełne wyjaśnienie sprawy, a następnie na zasądzenie pełnego zadośćuczynienia – jeśli sprawa będzie budziła napięcie polityczne i zainteresowanie polityków? Czy matka dziewczyny zmarłej w areszcie ze względu na zaniedbania służby więziennej będzie mogła liczyć na sprawiedliwość i osądzenie winnych, jeśli sprawa będzie mogła nieść konsekwencje dla osób odpowiedzialnych za więziennictwo?”.

Polska będzie III RP podniesioną do patologii pierwszej

Taka będzie właśnie Polska. Tylko, czy część, a może nawet wszystkie powyższe punkty czegoś ci nie przypominają? Czy – dajmy na to – problemy ze sprawiedliwością w sprawie śmierci w areszcie nie przypominają ci sprawy Olewnika? Czy problemy z pełnym wyjaśnieniem okoliczności sprawy nie przypominają ci sprawy Jolanty Brzeskiej? Czy wreszcie odkupywanie mediów nie przypomina ci sprawy Hajdarowicza?
Przypominają, prawda? Przypominają III RP. I tym właśnie będzie teraz Polska – III RP podniesioną do patologii pierwszej. Wszystko, co najgorsze po 1989 roku, będzie spotęgowane. Wszystko co, mimo lepszych lub gorszych chęci się nie udało, wszystko, co było większym lub mniejszym marginesem teraz będzie stało w centrum. PiS-owski model polega bowiem na (trafnej) identyfikacji danej patologii, potem jej (błyskawicznej) absorpcji i wreszcie finalnym spotęgowaniu. Przyjrzyj się Trybunałowi. Nie, profesor Rzepliński krzyczący na Monikę Olejnik, czy profesor Zoll z jego karkołomnym orzeczeniem w sprawie aborcji nie byli moim zdaniem ideologicznie, a w konsekwencji i politycznie bezstronni. I gdy PIS (trafnie) zidentyfikował pewne upolitycznienie Trybunału, to zamiast go odpolitycznić, błyskawicznie owe upolitycznienie zaabsorbował. A potem spotęgował tak, że dziś już Trybunału faktycznie nie ma. Gdy PiS (trafnie) narzekał, że PO nie słucha innych obywateli, to sam nie tylko praktykę wyrzucania podpisów do kosza przejął, ale fundamentalne ustrojowe ustawy przepycha nocami, nie pozwalając nie tylko na konsultacje społeczne, ale nawet na zadawanie pytań (!) przez opozycję.

Czy myślisz, że PiS o tym nie wie? Czy myślisz, że wyborcy PiS o tym nie wiedzą? Otóż być może zaskoczę cię, ale wiedzą. Dokładnie wiedzą. Tylko, że oni teraz chcą być tą III RP. Logika obozu władzy sprowadza się do jednej, jedynej myśli: skoro my, wrogowie III RP tyle lat musieliśmy żyć w tej waszej Polsce i daliśmy radę, to teraz wy, wrogowie IV RP, będziecie ileś lat żyć w tej naszej Polsce. I też dacie radę.
Jak z tego uciec? Jak się uwolnić?
Wyobraź sobie, że politycy opozycyjni przestają przebierać się w pasiaki, krzyczeć o Kołymie, biegać ze studia do studia. Wyobraź sobie, że przestają chować głowę w piasek, mówiąc, że przecież wszystko było super, wszystko się udało, porównajcie sobie z latami 80.

Wyobraź sobie, że bezpośrednio zwracają się do właśnie rodzącego się ruchu protestów. Zwracają się z propozycją wspólnej reformy sądownictwa. Że co miesiąc w innym mieście spotykają się z obywatelami, nie wyborcami, a właśnie obywatelami. Spotykają na otwartych dyskusjach o wadach wymiaru sprawiedliwości. I tym razem politycy nie tokują, nie gulgoczą, nie przekrzykują. Tym razem obywateli słuchają, bardzo uważnie słuchają. Słuchają, dyskutują, a dopiero potem zabierają się za zmiany prawa.
Poszedłbyś na takie spotkanie? Bo ja bym poszedł.

 *absolwent prawa UAM, publicysta, bloger (galopujacymajor.wordpress.com)

ZOBACZ TAKŻE: Ustawa o SN jest procedowania w trybie pendolino

gazeta.pl

Idzie nie tylko o Sąd Najwyższy, ale o polską demokrację. Czas na Postulaty Lipcowe.

Bartosz T. Wieliński

Nie wierzcie, durnie, że to wy sami protestujecie. Nie, to astroturfing!

22 lipca 2017Protest przeciwko reformie sądownictwa przed Pałacem Prezydenckim

Protest przeciwko reformie sądownictwa przed Pałacem Prezydenckim (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Dziś PiS już nie straszy wyświechtanym puczem. Sięga po „astroturfing”, tajemnicze wyrażenie z marketingu politycznego. Można go użyć przeciwko młodym ludziom, którzy wyszli na ulice bronić w Polsce demokracji. Ich rodziców propaganda określa mianem ubeków. Młodych – ofiarami oszustwa, astroturfingu.

Propaganda w Polsce podąża dawno wytyczonymi drogami. Władza ludowa straszyła kiedyś Polaków amerykańskim żukiem z Kolorado, „dobra zmiana” przestrzega przed wynalezionym w USA astroturfingiem.

Nie słyszeliście jeszcze państwo o „astroturfingu”? To w tej chwili jedno z najpopularniejszych słów w polskim internecie. Zawierają je tysiące tweetów i postów na Facebooku. A ludzie masowo wpisują je w Google’a. Bo nie wiedzą, co „astroturfing” oznacza.

Ale jeśli zajrzą na prorządowy serwis wPolityce.pl czy inne prorządowe medium, to dowiedzą się, że chodzi o to, co dzieje się w Polsce. Anglojęzyczny termin oznacza zasianie w głowach tysięcy Polaków zamętu, w wyniku czego, zamiast leżeć na plaży, wyszli na ulice i demonstrowali przeciwko „dobrej zmianie”. Kto to zrobił? Oczywiście antypolska opozycja.

Zimą, gdy trwała blokada sejmowej mównicy przez opozycję, spin doktorzy PiS najpierw ukuli hasło „ciamajdanu”, próbując przekonać Polaków, że protest nieudolnej opozycji, ciamajd z Platformy i Nowoczesnej, nie jest w stanie zaszkodzić władzy. To jakoś nie chwyciło, więc zawłaszczone przez PiS media publiczne i stado trolli w mediach społecznościowych zaczęło za Jarosławem Kaczyńskim trąbić o próbie puczu. TVP nakręciła nawet film o próbie zamachu stanu i puszczała go wówczas w kółko.

„Wszyscy razem pięści w górę, obalimy dyktaturę”. Nocny protest pod Senatem

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,22133939,video.html

Propagandowy powrót do przeszłości

Jednak gdyby w latach 50. propaganda PRL trąbiła tylko o „stonce”, efekt byłby mniejszy. Owad i spustoszenia, jakich potrafi dokonać, były przecież doskonale Polakom znane. Ale żuk z Kolorado był określeniem nowym, wokół którego można było zbudować spiskową legendę i przekonywać ludzi, że za plagę niszczącego plony owada odpowiadają Amerykanie, którzy zrzucali go z samolotów. Dowodem na winę Ameryki była zresztą jego nazwa.

Dlatego dziś PiS już nie straszy wyświechtanym puczem. Sięga po „astroturfing”, wyrażenie, którego do tej pory używali fachowcy od marketingu czy politolodzy. Jest nieznane, można napełnić je treścią i użyć przeciwko protestującym. W szczególności przeciwko młodym ludziom, którzy ku zaskoczeniu PiS wyszli na ulice bronić w Polsce demokracji. Ich rodziców propaganda określa mianem oderwanych od koryta ubeków. Młodych będzie zaś przekonywać, że padli ofiarą oszustwa, manipulacji. Czyli astroturfingu.

Astroturfing, czyli pomówić opozycję

Astroturfing oznacza tworzenie przez polityków czy wielkie koncerny fałszywych inicjatyw społecznych. Termin pochodzi od nazwy sztucznej trawy, zaprzeczenia tzw. grass roots, prawdziwych korzeni trawy, czyli w przenośni poziomu, od którego wzrost zaczynają prawdziwe oddolne inicjatywy.

Po astroturfing w przeszłości sięgały koncerny tytoniowe, tworząc grupy oburzonych obywateli protestujących przeciwko forsowanym ograniczeniom w sprzedaży papierosów i paleniu. Sieć supermarketów Walmart, która za pośrednictwem firmy PR stworzyła grupę rodzin pracowników stanowczo zaprzeczających zarzutom związków zawodowych skarżących się na wyzysk. Rosja tworzyła w Europie grupy przeciwników wydobywania gazu z łupków, by chronić interesy Gazpromu.

W USA opracowano specjalne algorytmy wyłuskujące ze strumienia tweetów, postów czy wpisów przekazy, które z pozoru wyglądają na głosy zatroskanych obywateli, ale w rzeczywistości mają taką samą treść i stoją za nimi sztaby polityków. Propaganda „dobrej zmiany” najwyraźniej takich narzędzi nie posiada. Właściwie ich nie potrzebuje. Wystarczą jej, tak jak zimą, jedynie pomówienia.

– Dezinformacji uległa spora grupa ludzi. Inżynierowie tej zbiorowej histerii zrobią wszystko, by użyć ich do walki o utrzymanie przedwyborczego status quo – pisze Marzena Nykiel, naczelna powiązanego ze SKOK-ami i PiS portalu wPolityce.pl.

– Jest to sztucznie napędzany rozgłos, który dokonuje się w sieci, pozwala stworzyć wrażenie prawdziwej organizacji o szczerych intencjach, jednocześnie ukrywając swoją prawdziwą tożsamość pod enigmatycznymi tożsamościami. To nowoczesna, bardzo precyzyjna działalność socjotechniczna sieci – tak w Radiu Maryja sprawę przedstawiał poseł PiS Jacek Kurzepa.

Przed skutkami astroturfingu przestrzegał też Marek Król, niegdyś sekretarz KC PZPR i naczelny „Wprost”, dziś prorządowy publicysta, oraz Anita Gargas, sympatyzująca z PiS dziennikarka. A to dopiero początek. Zapewne wkrótce medialni funkcjonariusze PiS znajdą kolejne kanapki dla demonstrantów, za które miała zapłacić opozycja. Albo nazwiska jej polityków wyczytają z kompilacji tweetów i postów?

Wiele wskazuje na to, że w tej chwili w PL mamy do czynienia z mechanizmem .u.

Astroturfing „dobrej zmiany”

Co ciekawsze, zarzuty o astroturfing padają ostatnio zawsze tam, gdzie ludzie wychodzą protestować na ulice w obronie demokracji, praworządności i praw człowieka. Od USA po Węgry o ciche wspieranie tych inicjatyw i sterowanie nimi oskarża się właśnie George’a Sorosa. Spin doktorzy „dobrej zmiany” nie musieli więc długo szukać, wystarczy, że przejrzeli serwisy amerykańskiej alt-right (skrajnej prawicy). Albo poczytali oskarżenia, jakie przeciwko Sorosowi wytaczają zwolennicy Orbána na Węgrzech.

Cała kampania PiS mająca na celu zdemaskowanie astroturfingu podejrzanie śmierdzi astroturfingiem. Zaczęła się bowiem w mediach społecznościowych i propisowskich portalach. Śmiem wątpić, że autorzy wpisów, których poziom określały obelżywe epitety pod adresem opozycji, KOD-u, niezależnych mediów, byli zaznajomieni z tym terminem. A ich podejrzenia na tapet bezzwłocznie biorą prorządowi dziennikarze. Tak właśnie ma działać astroturfing.

wyborcza.pl

%d blogerów lubi to: