Gliński tworzy pisowski Mosfilm

PiS przygotowuje się na długie rządzenia, w związku z czym chce zawłaszczyć i uczynić sobie poddanymi tak wrażliwe dziedziny, jak kultura i sztuka. Gdyby miało dojść do drugiej kadencji rządów PiS najpierw padłyby media, ktore albo zostałyby kupione, badź doprowadzone do upadłości, a jak to by się nie udało, „zrepolonizowane”, czyli upisowione.

Co jednak zrobić z kulturą i sztuką, którą rządzi niezależny duch twórców, dziki, nie poddajacy się żadnym łańcuchom partyjnym? Tą działką zarządza jedna z byłych nadziei Jarosława Kaczyńskiego, niedoszły premier techniczny z tabletu Piotr Gliński, wprawdzie socjolog i profesor nauk humanistycznych, to jednak jego osiągnięcia na tym polu są wybitnie drugorzędne, czyli jest osobą bez żadnego autorytetu środowiskowego.

Gliński ma jednak ambicje odcisnąć swój ślad w kulturze, całkiem możliwe, iż jest to podyktowane kompleksem wyniesionym z domu rodzinnego, w którym zdominował go starszy brat Robert Gliński, reżyser filmowy, swego czasu nazwał go „idiotą”. Kompleksy to całkiem silny motor zdarzeń historycznych. Gdyby nie kompleksy Brutus nie dźgnąłby Juliusza Cezara.

Piotr Gliński głowił się nad mechanizmami podrządkującymi kulturę, jako socjolog znalazł, gdy kultura tłumaczyła polityczne wykładnie rządzących. Za wschodnia granicą, a następnie u nas w czasach słusznie minionego reżimu, w stalinizmu sformułowano ideę realizmu socjalistycznego, który nadzorował Andriej Żdanow.

W działaniach Glińskiego widać inspirację żdanowszczyzną, nie tylko w literaturze, w której jest promowana twórczość patriotyczna, ale i w pozostałych dziedzinach sztuki. Politycy PiS uważają, iż są na początku swej władzy nad Polakami, obserwujemy zatem zręby wykuwania realizmu ku chwale ich rządzenia.

Pomnik Lecha Kaczyńskiego jest dziełem jakiegoś pisowskiego Xawerego Dunikowskiego, nie udał się wprawdzie film o katastrofie smoleńskiej, ale nic straconego. Najważniejsza ze sztuk film – jak uważam Lenin – ma zostać w pierwszym rzędzie podporządkowana realizomowi pisowskiemu.

Żdanow Gliński ma „pomysła”, jak zgromadzić w jednym ręku rozproszone grupy realizatorskie i producenckie w kraju, państwowe studia filmowe mają zostać połączone w jeden „profesjonalny publiczny ośrodek produkcji filmowej”, ktory będzie operował rocznym budżetem ok. 100 milionów złotych.

Taki pisowski Mosfilm będzie mógł zrealizować superprodukcję, o jakiej marzy Jarosław Kaczyński. Prezes PiS swego czasu wyznal, iż chętnie oglądnąłby patriotyczny film o chwale Polaków zrealizowany w konwencji hollywoodzkiej.

I między innymi po to powstaje Mosfilm nad Wisła. Filmowcy zostaną pozbawieni niezależności twórczej, chyba że ta niezależność bedzie korelowała z pisowską wykładnią realizmu patriotycznego. Nie podskoczy Żdanowowi PiS Agnieszka Holland, ani Wojciech Smarzowski, którego przymusi się, aby zamiast „Kler 2” zrealizował np. „Wina Tuska”.

Smarzowski, czy Agnieszka Holland dadzą sobie radę, ale nie młodzi filmowcy na początku drogi twórczej, których kariery artystyczne są uzależnione od dofinansowania przez państwo. Czy ma szansę na zaistnienie ten pomysł Glińskiego? Raczej – nie, bo to znaczyłoby upadek polskiej sztuki filmowej, podobny do upadku stadniny koni w Janowie Podlaskim. Z Glińskiego powinien „koń sie uśmiać”, ale nie takie farsy i groteski ogladaliśmy w ciągu trzech lat ich rządów, więc mogą się posunąć do każdej katastrofy.

 

 

„Minister Gliński posunął się dalej niż decydenci PRL” – mówi dokumentalistka Agnieszka Arnold

Wejście rozporządzenia ministerialnego w życie oznaczać będzie koniec dokumentu i koniec ambitnego kina polskiego” – pisze dokumentalistka Agnieszka Arnold o tworzeniu filmowego molocha. Tymczasem minister Gliński „dowcipkuje” o głosach krytyki: „Pani Holland jako płachta [na byka]? Że czerwona to się zgodzę… Ale ja jako byk? Mimo wszystko przesada”

Chodzi o ogłoszony w ostatnich dniach 2018 roku pomysł Ministerstwa Kultury. Min. Piotr Gliński chce połączyć państwowe studia filmowe w jeden „profesjonalny publiczny ośrodek produkcji filmowej” o przewidywanych rocznych obrotach 100 milionów złotych. Minister kultury w istniejących studiach KADR, TOR, ZEBRA, KRONIKA i WFDiF widzi „pozostałości PRL„, których „kultywowanie” „doprowadzi do marginalizacji polskiej produkcji filmowej”.

Filmowcy mają zupełnie inne zdanie. Wyrażają je jednak po fakcie, bo największa zmiana w polskim przemyśle filmowym od powołania Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej nie była z zainteresowanymi konsultowana.

Arnold: Centralizacja ma pozbawić filmowców niezależności twórczej

Dokumentalistka Agnieszka Arnold (na zdjęciu – obok Glińskiego) w liście otwartym nazywa zamiary ministerstwa kultury „brutalnym zamachem na niezależność filmowców”, który zniweczy ich dorobek. – Nawet w PRL nikt się nie odważył zlikwidować Zespołów Filmowych – przypomina reżyserka. Centralizacja doprowadzi jej zdaniem do tego, że w państwowym przemyśle filmowym pozostaną tylko propagandziści.

Agnieszka Arnold jest autorką wielu filmów dokumentalnych o mniejszościach etnicznych oraz m.in. o Marii Janion i Karolu Modzelewskim. Była asystentką Janusza Morgensterna i Stanisława Barei przy filmie „Miś”. To ona zainspirowała Jana Tomasza Grossa do napisania głośnej książki „Sąsiedzi” o mordzie w Jedwabnem – wykorzystał w niej rozmowy, które przeprowadziła do filmu o tym samym tytule (2001).

Nakręciła też „Kongres niedokończony” – film o Kongresie Kultury z 1981 roku. Jego obradom przewodniczyli m.in. Gustaw Holoubek i Kazimierz Dejmek, a został on przerwany wprowadzeniem stanu wojennego.

Gliński chce konkurować z Hollywood?

„Zmiany można było skonsultować. Tymczasem minister OGŁASZA” – skomentowała w rozmowie z OKO.press Agnieszka Holland, zarzuciła ministrowi Glińskiemu, że nie skonsultował swojej decyzji ze środowiskiem filmowym. A Jacek Bromski, prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich, powiedział nam: „Nie wiadomo właściwie, kto tym będzie zarządzał, jaki ta instytucja będzie miała budżet, czy i jak będzie finansowana przez państwo”.

Plusy rozwiązania dostrzegał dr hab. Marcin Adamczak z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. „Mogę się zgodzić z tym, że konsolidacja może zaradzić słabej rentowności, jeśli rzeczywiście była ona problemem w niektórych studiach, jak słyszeliśmy od ministra” – mówił OKO.press.

Jednak przeważają głosy zdecydowanie krytyczne. Krzysztof Zanussi powiedział w „Kropce nad i”: „To jest pewna filozofia w zarządzaniu kulturą, ta filozofia już się po wielokroć nie sprawdziła. Myśmy już mieli taką centralizację za komuny. Był Mosfilm i Lenfilm, takie dwie wytwórnie, które miały konkurować z Hollywood. Nie udało się”. Zanussi kontruje ministerstwo: to nie masowe produkcje (takie jak „Krzyżacy”) zbudowały prestiż polskiego kina, ale filmy artystyczne (takie jak „Popiół i diament”).

Gliński o Holland: „Że czerwona na to się zgodzę”

Minister Gliński długo ignorował krytyczne głosy. Aż w końcu zareagował.

W poniedziałek „Fakty” TVN wyemitowały materiał o planach ministerstwa: „Minister Gliński buduje kolosa. Chce połączyć zespoły i studia filmowe w jeden narodowy. Z ludźmi kina pomysłu nie konsultuje, a nazwiska Smarzowski czy Holland działają na ministra jak płachta na byka” – komentowała Justyna Pochanke.

Minister odniósł się na Twitterze, w stylu mniej ostatnio obecnej Krystyny Pawłowicz:

„Jakiś funkcjonariusz TVN fantazjuje, że pp. Smarzowski i Holland działają na mnie „jak płachta na byka”. Pani Holland jako płachta? Że czerwona to się zgodzę… Ale ja jako byk? Mimo wszystko przesada…”.

Jeszcze kilka dni temu minister Gliński deklarował:


Nie można robić reformy kultury — która jest obszarem bardzo specyficznym, bardzo wrażliwym, delikatnym — wbrew środowisku. I trzeba zawsze ten dialog utrzymywać.

Piotr GlińskiTelewizja wPolsce – 02/01/2019

List Agnieszki Arnold w sprawie centralizacji studiów filmowych

Rozporządzenie Ministra Kultury rozwiązujące Zespoły Filmowe oraz WFDiF i
dokonujące centralizacji tych podmiotów ma na celu pozbawienie filmowców niezależności twórczej. Podporządkowanie całej kinematografii jednemu ośrodkowi decyzyjnemu, uzależnionemu bezpośrednio od władzy, nie pozostawia żadnych złudzeń.

W PRL nikt się nie odważył na likwidację Zespołów Filmowych

Filmowcy budowali struktury zapewniające wolność twórczą od początku lat 90., dzięki nim kino polskie odnośni sukcesy na świecie i zdobyło z powrotem rodzimą publiczność. Brutalny zamach na niezależność filmowców ten dorobek zniweczy. Co
więcej Minister w swoich zamiarach posunął się dalej niż praktykowali to decydenci PRL-u.

Wówczas nikt nie odważył się na likwidację Zespołów Filmowych. A w nich powstawały filmy odważne, krytyczne, wartościowe społecznie. Wszystkie po realizacji były kolaudowane, co równoznaczne z batalią z cenzorami i urzędnikami ministerialnymi, naprzeciw stawali kierownicy Zespołów i grono zrzeszonych w nich twórców. Odpowiedzialność, odwaga i solidarność środowiska powodowały, że o każdą zakwestionowaną scenę, o każdy kadr toczono walkę nie bacząc na utratę pozycji zawodowej i apanaży. Jako asystentka Janusza Morgensterna i Stanisława Barei pamiętam to doskonale. Zdarzało się, jak mówiono wtedy, że władza sterująca nastrojami społecznymi dopuszczała czasem do dystrybucji filmy jej zdaniem kontrowersyjne, ale mające stanowić swoisty „wentyl bezpieczeństwa”. Z reguły jednak wchodziły do kin filmy pokiereszowane przez cenzurę, z wyciętymi całymi scenami, zmienionymi zakończeniami.

Były filmy niedopuszczane do dystrybucji, ale przetrwały w magazynach i można je dziś oglądać. A te realizowane pod dyktat władzy, choć przetrwały, są bezwartościowe, chyba że traktować je jako kurioza epoki. Bo tak było i tak jest, że propaganda nie jest sztuką.

Obecne rozporządzenie nie zostawia nadziei. Decyzje będą podejmowane według kryteriów politycznych władzy, a teraz przecież każda sfera życia jest polityczna.

O takich subtelnościach jak rodzaj tematu, osiągnięcia twórcze reżyserki/reżysera czy nawet traktowanie filmu jako wentyla bezpieczeństwa nie będzie mowy, ponieważ reprezentanci władzy wielokrotnie dowiedli, że są ludźmi spoza kultury, nie reflektują jej znaczenia ani dla siebie ani dla społeczeństwa.

Zostaną sami propagandyści

W tym kontekście najgorzej rysuje się przyszłość polskiego dokumentu. Zawód dokumentalisty wymaga szczególnych predyspozycji, ciekawości świata i ludzi, etyki, empatii a przede wszystkim pasji. Pasji opisywania świata po to, by go zmieniać. I dlatego dokumentalista czy zajmuje się historią czy współczesnością, musi być subwersywny, odkrywać co zakryte, wywoływać refleksję, poszerzać widzenie i czucie. A to, sądząc po dotychczasowych dokonaniach realizowanych zgodnie z życzeniami władz, całkowicie się wyklucza. Zostaną więc sami propagandyści.

Etos zawodowy ukształtowany przez takich ludzi jak Karabasz, Brzozowski, Kosiński, Kamieńska, Gryczałowska, Kieślowski, Łoziński, Zajączkowski zostanie zaprzepaszczony.

A przecież trudno sobie wyobrazić dochodzenie do wolności Polaków bez ich twórczości czy filmów Wajdy, Barei, Falka Marczewskiego i innych wybitnych twórców.

Do niedawna robiłam filmy dokumentalne, starałam się sprostać wymaganiom nakreślonym przez poprzedników. Z satysfakcją muszę stwierdzić, że dekonstruując mity i stereotypy, miałam wierną publiczność, moje filmy współtworzyły debaty społeczne, inspirowały artystów z innych dziedzin a także młodych naukowców. Były lepsze i gorsze, ale zawsze wprowadzały ferment i pobudzały do myślenia. Nie byłam ulubienicą kolejnych władz, nie znalazłam też sympatii w środowisku. Każda próba zdobycia finansów na kolejny film była gehenną. Z jednej i z drugiej strony stykałam się z argumentacją wręcz nikczemną. Ale do ostatniej zmiany władzy w 2015 roku udawało mi się jednak zdobywać środki właśnie dzięki zagwarantowanej niezależności twórczej filmowców.

Na podstawie moich doświadczeń, z całą stanowczością muszę stwierdzić, że

wejście rozporządzenia ministerialnego w życie oznaczać będzie koniec dokumentu i koniec ambitnego kina polskiego.

Odważny głos Krzysztofa Zanussiego to za mało, musimy być solidarni i zdeterminowani w proteście, jeśli chcemy tworzyć.

Agnieszka Arnold

 

oko.press