Szydło kłamszydło

Manuela Gretkowska, każdy szanujący się Polak winien wiedzieć, kto to zacz. Pisarka.

Gretkowska odniosła się do słów ministra Piotr Glińskiego na temat Lecha Wałęsy. Polityk PiSu nazwał Wałęsę Myszką Miki”.

Nader trafnie – Kłamszydło.

Jask najszybciej trzeba ich odegnać od koryta, bo odbierają nadzieje na normalność.

Szokujące ustalenia. Oto prawda o polskim kibicu pobitym w Danii

Polak pobity w Danii

4ZOBACZ ZDJĘCIA
Polak pobity w Danii 

Na ramieniu wytatuował sobie portret Adolfa Hitlera. Na plecach dwie swastyki, na ramieniu trzecią i jeszcze jedną na piersi. Od lat jest znany w środowisku gdańskich skinheadów. A teraz… właśnie zyskał osobiste zainteresowanie ministra spraw zagranicznych! Informacje o nim podała TVP i to w czasie najwyższej oglądalności. W sieci ruszyła ogólnopolska zbiórka na pomoc prawną, bo zamknięto go w duńskim areszcie. Sprawa polskiego kibica pobitego i zatrzymanego w Kopenhadze przez duńską policję odbiła się szerokim echem nie tylko w świecie sportu. Tymczasem Fakt24 ustalił, kim jest mężczyzna, który postawił na nogi m.in. MSZ i telewizję publiczną.

Awanturę z duńską policją i wydarzenia z ostatniego piątku – kiedy polska reprezentacja rozgrywała eliminacyjny mecz z Duńczykami w Kopenhadze – nagłośnili sami kibice. W sieci pojawiły się nagrania, na których duńscy policjanci biją i zatrzymują jednego z polskich kibiców. Mężczyzna odbywa obecnie karę 26 dni pozbawienia wolności w areszcie Vestre Faengsel. Później czeka go jeszcze rozprawa.

 

Upublicznione przez polskich kibiców nagrania budzą wątpliwości, co do środków zastosowanych wobec niego przez duńskich stróżów prawa. Polak nie wydawał się agresywny, a został dotkliwie pobity przez policję. Ta sprawa bezsprzecznie powinna zostać jak najszybciej wyjaśniona przez sąd. Tym bardziej, że duńscy dziennikarze dotarli do innych nagrań, na których widać Polaka atakującego tamtejszych stróżów prawa.

Po ustaleniu jego tożsamości rodzi się jednak pytanie – dlaczego wśród kibiców reprezentacji Polski znalazł się człowiek z nazistowskimi tatuażami? Kilkoma swastykami na całym ciele?

Poszkodowany to Grzegorz H.. W przeszłości skazywany za brutalne pobicia i kradzieże, gdański skinhead powiązany ze środowiskiem neonazistów. W 2001 r. Sąd Rejonowy w Sopocie skazał go na 4,5 roku więzienia za napaść na młodego chłopaka. „Uderzał w głowę, kopał po całym ciele. Ukradł telefon” – brzmi cytowany przez portal naszemiasto.pl fragment oskarżenia. Przed odbyciem kary H. unikał stawienia się w areszcie. Kolejną odsiadkę zaliczył kilka lat później. Jak opowiadał portalowi gk24.pl, był skazany m.in. „za posiadanie broni bez zezwolenia i za bójkę z policją”. Na wolność miał wyjść w marcu 2015 r.

Więzienie to jednak nie wszystko. Gdański kibic nie ukrywa swoich poglądów. Na portalach społecznościowych chętnie pokazuje się nagi od pasa w górę, prezentując tatuaże. Wśród nich swastyki, m.in. na ramionach i na plecach.

Na plecach H. ma również wytatuowane motto nazistowskich zbrodniarzy z SS – Meine Ehre heißt Treue (Moim honorem jest wierność – red.). Chętnie fotografuje się z wpisanym w nazistowską flagę krzyżem celtyckim. Pod niektórymi z jego zdjęć pojawia się podpis „828”. Te trzy cyfry to kod „Heil Blood and Honour”, używany przez przestępczą, neonazistowską organizację „Krew i honor”. Państwo polskie przez kilka lat toczyło bezskuteczną batalię o zawieszenie strony neonazistów powiązanych z tą grupą, a w sprawę zaangażowane było nawet FBI.

We wtorek sprawie pobitego i zatrzymanego w Danii H. poświęcono fragment programu „Minęła 20” w TVP Info. Prowadzący zaprosił m.in. przedstawiciela kibiców drużyny, której kibicuje Grzegorz H. Ten krytykował m.in. podejmowane przez rządzących próby „uporządkowania sytuacji na stadionach” i „wzywał do większego solidaryzmu społecznego”. Nie wspominał o wyrokach i poglądach prezentowanych przez zatrzymanego. W innym z programów w telewizji publicznej wystąpiła konkubina H.

– W związku z tym, że jeden Polak został pobity, zainterweniujemy w tej sprawie u władz duńskich – zapowiadał minister Witold Waszczykowski.

Później MSZ zapewniało także o udzieleniu H. pomocy konsularnej w miejscu odbywania kary. Zapytaliśmy w biurze rzecznika prasowego MSZ o sprawę Grzegorza H., jego poglądów oraz przeszłości. Ministerstwo odmówiło udzielenia komentarza, prosząc o przesłanie maila z opisem sytuacji.

fakt.pl

Sejm zostanie na stałe ogrodzony płotem za 600 tys. zł?

Sejm zostanie na stałe ogrodzony płotem za 600 tys. zł?

Policyjne bariery już PiS nie wystarczają. Marszałek Sejmu Marek Kuchciński chce ogrodzić budynek parlamentu od obywateli płotem. Ma mieć 2,25 m wysokości i kosztować ponad 600 tys. zł.

Jak ustalił portal wp.pl, Kancelaria Sejmu wystąpiła już o pozwolenie na budowę do stołecznego konserwatora zabytków. – „Po uzyskaniu pozwolenia na budowę Kancelaria Sejmu ogłosi przetarg na roboty budowlane związane z budową ogrodzenia” – napisano na stronie Centrum Informacyjne Sejmu.

Nie ma jeszcze decyzji stołecznego konserwatora. Magdalena Łan z warszawskiego ratusza powiedziała wp.pl, że dopuszcza on możliwość postawienia takiego płotu. – „Zalecił, aby przebieg ogrodzenia do minimum ograniczało ingerencję w rosnące na tym terenie drzewa i krzewy oraz zastosowanie ogrodzenia, które nie będzie stanowiło bariery wizualnej, a więc na przykład z prętów, a nie z litego materiału np. muru” – stwierdziła Łan.

W PiS chyba już zacierają ręce. Wielokrotnie powtarzali (m.in. ustami rzeczniczki partii Beaty Mazurek), że ogrodzenie parlamentu jest konieczne. „Gorszy sort” już nie zakłóci im spokoju.

koduj24.pl

Duda jest skazany na konflikt z Kaczyńskim

Duda jest skazany na konflikt z Kaczyńskim

Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski

Na prezesa Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Andrzeja Dudę należy patrzyć w szerokich kontekstach i wzajemnych współzależnościach, które nie muszą być kompetencjami ich funkcji. Zadałem pytanie: kim jest Kaczyński, gdy wiadomo, iż na Macierewiczu ciążą konkretne podejrzenia?

Renata Grochal z „Newsweeka” o tych dwóch politykach PiS mówiła w TOK FM: „Macierewicz realizuje politykę, którą Jarosław Kaczyński chce realizować”. I trudno nie zgodzić się z publicystką. Ba, nastręczają się bardzo konkretne pytania. Co chce Kaczyński zrobić w Wojskiem Polskim, z polską obronnością?

A w związku z tym pojawią się od razu trzy następne pytania. Czy Kaczyński rękoma Macierewicza chce rozbroić Polskę (nie zakupiono przez dwa lata żadnego sprzętu, bo trudno zaliczyć do niego samoloty dla VIP-ów, zaś najważniejszy kontrakt na śmigłowce bojowe Caracale został zerwany, w zamian niczego nie zaproponowano)?

Drugie pytanie. Czy Kaczyński chce wyrzucać z wojska najbardziej kreatywny element w postaci generałów, jak generał Mirosław Różański, co przypomina czystki Stalina w latach 30-tych? I trzecie pytanie: Czy Kaczyński chce stworzyć z Wojsk Obrony Terytorialnej prywatną armię PiS?

Kaczyńskiego z Macierewiczem łączą szczególne związki. Nikt nie jest mu tak bliski, nawet nie był brat Lech Kaczyński, ani też trzeci bliźniak Ludwik Dorn, ten ostatni dzisiaj pozostaje jego wrogiem. Beata Szydło szybciej przestanie być premierem niż Macierewicz ministrem. Ta ostatnia myśl jest autorstwa Grochal, acz podobnie myślałem.

I teraz nałóżmy te powinowactwa zamiarów Kaczyńskiego z Macierewiczem na postać Andrzeja Dudy. Konflikt prezydenta z prezesem jest nieunikniony, a nawet w dalszej perspektywie rozrywający PiS.

Chyba podobnie myślą generałowie – i to wyborni dowódcy w sile rozwoju zawodowego – jak wspomniany już Różański, ale też dziesiątki innych, którzy zawiązali Fundację Stratpoints z nadrzędnym celem, aby najlepsi generałowie – cenieni np. w NATO – nie marnowali się. Generałowie zwrócili się nawet z przesłaniem do prezydenta: „Jesteśmy otwarci na współpracę z prezydentem Andrzejem Dudą”.

Ciągle miejmy w tyle głowy, że Kaczyński wysługuje się Macierewiczem, a Duda powiedział tym zamiarom stop, nie podpisując listy awansów na generałów.

Następna sprawa, która nabiera rumieńców, acz nie musi nam się podobać, ale na pewno nie będzie podobać się prezesowi i jego otoczeniu. Na medialne światło wyciekły zręby dwóch prezydenckich ustaw sądowniczych, które mają być procedowane w Parlamencie na miejsce zawetowanych w lipcu.

Nie spodobają się rządowi PiS, bo kompetencje ministra sprawiedliwości zostaną cedowane na prezydenta, który przyznaje sobie w ten sposób rolę bezpiecznika. Np. gdy w Sejmie większość trzech piątych posłów nie wyłoni kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, prezydent wskaże własnych kandydatów. Przeciek do mediów ma służyć głównie wzmocnieniu politycznemu prezydenta.

Duda więc skonfliktowany jest nie tylko z Macierewiczem, a w istocie z Kaczyńskim, dorzućmy do tego konflikt ze Zbigniewem Ziobrą, nie piszę o Szydło, bo ta marionetka nie ma narzędzi na usamodzielnienie, zresztą byłoby ono niemożliwe przy jej kompetencjach intelektualnych.

Duda nie musi się nam podobać. Widać, iż zaczął bać się o swoją przyszłość, przecież nie chce skończyć przed Trybunałem Stanu, a jeżeli tak myśli i choć trochę o Polsce, to jest skazany na konflikt z Kaczyńskim. Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Europejski Trybunał Sprawiedliwości oddala skargę Słowacji i Węgier w sprawie uchodźców. Koniec z wymówkami

Trybunał przemówił: decyzja Rady Europejskiej o relokacji uchodźców była zgodna z prawem europejskim.

Trybunał odrzucił skargi Słowacji i Węgier, wspieranych po dojściu do władzy PiS przez Polskę. Polska (wtedy z rządem PO-PSL) głosowała za relokacją. Rządy naszych państw, uporczywie i dla celów polityki wewnętrznej odmawiające współpracy, nie mają od dziś wymówki. W każdym razie prawnej.

Odmowa jest zawstydzająca, bo Słowacja i Węgry (a także oczywiście Polska) jednocześnie korzystają z funduszy unijnych związanych z wyzwaniem migracyjnym: na ochronę granic i programy integracyjne.

Większość unijnych ministrów spraw wewnętrznych we wrześniu 2015 r., w środku kryzysu migracyjnego, postanowiła, że Unia powinna solidarnie pomóc Włochom i Grecji poprzez relokację 120 tysięcy uchodźców do innych państw członkowskich według ustalonych limitów.

Rozczarowująca reakcja ministra Waszczykowskiego

Teraz Trybunał orzekł, że decyzja z września miała podstawę prawną, a system relokacji przyjęty przez Radę był ważny bez względu na to, że nie przyniósł oczekiwanego skutku. Słowacja i Polska nie przyjęły ani jednej osoby, Czechy kilkanaście.

Pierwsza reakcja ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego rozczarowuje. Zamiast powiedzieć, że wspólnie z rządem zastanowi się nad nową sytuacją prawną, skwitował orzeczenie insynuacją, że w Unii stosuje się wobec Polski podwójne standardy. Jakie podwójne? Wszystko jest jasne: wystarczy przeczytać komunikat Trybunału. Jego wymowa jest przecież taka, że każde państwo unijne powinno respektować unijne prawo. W Parlamencie Europejskim nie brakuje głosów ubolewania, że w całej Unii udało się dotąd relokować z Włoch i Grecji zaledwie 28 tys. osób. W całej, nie tylko w „nowej”.

Orzeczenie dotyczy materii prawnej, ale ma skutki polityczne, a także finansowe. Bo podpiera ewentualne nałożenie sankcji finansowych za odmowę wykonania prawidłowej decyzji Rady Europejskiej.

Wskutek polityki obecnego rządu premier Szydło Polska jest już zagrożona sankcjami podwójnie, bo także z powodu odmowy wzięcia pod uwagę zastrzeżeń Komisji Europejskiej do tak zwanej reformy sądownictwa. Trudno to uznać nie tylko za sukces, ale i za tytuł do chwały, bo kary mogą dotkliwe, a plamy na wizerunku naszego kraju szybko się nie da usunąć.

polityka.pl

Duda jest skazany na konflikt z Kaczyńskim

Na prezesa Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza i Andrzeja Dudę należy patrzyć w szerokich kontekstach i wzajemnych współzależnościach, które nie muszą być kompetencjami ich funkcji. Zadałem pytanie: kim jest Kaczyński, gdy wiadomo iż na Macierewiczu ciążą konkretne podejrzenia?

Renata Grochal z „Newsweeka” o tych dwóch politykach PiS mówiła w TOK FM: „Macierewicz realizuje politykę, którą Jarosław Kaczyński chce realizować”. I trudno nie zgodzić się z publicystką. Ba, nastręczają się bardzo konkretne pytania. Co chce Kaczyński zrobić w Wojskiem Polskim, z polską obronnością?

A w związku z tym pojawią się od razu trzy następne pytania. Czy Kaczyński rękoma Macierewicza chce rozbroić Polskę (nie zakupiono przez dwa lata żadnego sprzętu, bo trudno zaliczyć do niego samoloty dla VIP-ów, zaś najważniejszy kontrakt na śmigłowce bojowe Caracale został zerwany, w zamian niczego nie zaproponowano)?

Drugie pytanie. Czy Kaczyński chce wyrzucać z wojska najbardziej kreatywny element w postaci generałów, jak generał Mirosław Różański, co przypomina czystki Stalina w latach 30-tych? I trzecie pytanie: Czy Kaczyński chce stworzyć z Wojsk Obrony Terytorialnej prywatną armię PiS?

Kaczyńskiego z Macierewiczem łączą szczególne związki. Nikt nie jest mu tak bliski, nawet nie był brat Lech Kaczyński, ani też trzeci bliźniak Ludwik Dorn, ten ostatni dzisiaj pozostaje jego wrogiem. Beata Szydło szybciej przestanie być premierem, niż Macierewicz ministrem. Ta ostatnia myśl jest autorstwa Grochal, acz podobnie myślałem.

I teraz nałóżmy te powinowactwa zamiarów Kaczyńskiego z Macierewiczem na postać Andrzeja Dudy. Konflikt prezydenta z prezesem jest nieunikniony, a nawet w dalszej perspektywie rozrywający PiS.

Chyba podobnie myślą generałowie – i to wyborni dowódcy w sile rozwoju zawodowego – jak wspomniany już Różanski, ale też dziesiątki innych, ktorzy zawiązali Fundację Stratpoints z nadrzędnym celem, aby najlepsi generałowie – cenieni np. w NATO – nie marnowali się. Generałowie zwrócili się nawet z przesłaniem do prezydenta: „Jesteśmy otwarci na współpracę z prezydentem Andrzejem Dudą”.

Ciągle miejmy w tyle głowy, że Kaczyński wysługuje się Macierewiczem, a Duda powiedział tym zamiarom stop, nie podpisując listy awansów na generałów.

Następna sprawa, która nabiera rumieńców, acz nie musi nam się podobać, ale na pewno nie będzie podobać się prezesowi i jego otoczeniu. Na medialne światło wyciekły zręby dwóch prezydenckich ustaw sądowniczych, które mają być procedowane w Parlamencie na miejsce zawetowanych w lipcu.

Nie spodobają się rządowi PiS, bo kompetencje ministra sprawiedliwości zostaną cedowane na prezydenta, który przyznaje sobie w ten sposób rolę bezpiecznika. Np. gdy w Sejmie większość trzech piątych posłów nie wyłoni kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, prezydent wskaże własnych kandydatów. Przeciek do mediów ma służyć głównie wzmocnieniu politycznemu prezydenta.

Duda więc skonfliktowany jest nie tylko z Macierewiczem, a w istocie z Kaczyńskim, dorzućmy do tego konflikt ze Zbigniewem Ziobrą, nie piszę o Szydło, bo ta marionetka nie ma narzędzi na usamodzielnienie, zresztą byłoby ono niemożliwe przy jej kompetencjach intelektualnych.

Duda nie musi się nam podobać. Widać, iż zaczął bać się o swoją przyszłość, przecież nie chce skończyć przed Trybunałem Stanu, a jeżeli tak myśli i choć trochę o Polsce, to jest skazany na konflikt z Kaczyńskim. Na tym nie skorzysta PiS, ale to dobra wiadomość dla Polski.

Generałowie odeszli z armii, powołali fundację. Liczą na współpracę z prezydentem Dudą

Marcin Sztandera, 05 września 2017

General Mirosław Różanski

General Mirosław Różanski (Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta)

Generałowie, którzy ostatnio odeszli z wojska, oraz były prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej zainaugurowali w Kielcach działalność fundacji Stratpoints. Nie ukrywali, że są otwarci na współpracę z prezydentem RP Andrzejem Dudą.

Fundację Bezpieczeństwa i Rozwoju „Stratpoints” powołał generał Mirosław Różański, były dowódca sił zbrojnych, który w połowie grudnia ubiegłego roku złożył dymisję. W zarządzie znalazł się także inny generał, który odchodził z wojska w atmosferze konfliktu z MON – Adam Duda, były szef Inspektoratu Uzbrojenia, odpowiedzialny za zakupy dla polskiej armii. Wiceprezesem zarządu został Wojciech Dąbrowski, były prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej, odwołany z funkcji w grudniu 2015 roku.

Silny ośrodek ekspercki ponad podziałami

Fundacja ma się zajmować „bezpieczeństwem i rozwojem” oraz pomocą weteranom.

Chciałbym, by kwestie bezpieczeństwa państwa nie były regulowane listami prezydenta i szefa MON – mówi w 3×3 generał Mirosław Różański

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,22292424,video.html

– Chcemy ponad podziałami politycznymi stworzyć platformę wymiany poglądów i zbudować silny ośrodek ekspercki mogący być zarówno zapleczem intelektualnym instytucji, jak i partnerem przemysłu w budowaniu ich potencjału produkcyjnego. Nie chcemy się skupiać na krytyce istniejących rozwiązań, ale na przedstawianiu alternatyw. Zamierzamy proponować pozytywne i konstruktywne rozwiązania – mówił we wtorek w Kielcach generał Duda.

Wojciech DąbrowskiWojciech Dąbrowski JAROSŁAW KUBALSKI

Stwierdzono, że fundacja jest otwarta na współpracę ze wszystkim, w tym MON. – A także z prezydentem Andrzejem Dudą – zaznaczył generał Różański.

Pytać ministra nie można

W kuluarach spekulowano, że minister obrony narodowej Antoni Macierewicz specjalnie opóźnił własną konferencję prasową, żeby pokrywała się ona ze spotkaniem inaugurującym działalność Stratpoints.

Faktycznie, wystąpienie szefa MON bardzo się opóźniło, ale przedstawiciele resortu zwracali uwagę nieoficjalnie, że to efekt dłuższej uroczystości otwarcia MSPO.

Dziennikarze ministra Macierewicza zapytać o to nie mogli. Podczas briefingu szefa MON nie było możliwości zadawania pytań. Antoni Macierewicz mówił m.in. o podpisaniu umowy na dostawę 53 tys. karabinów MSBS za ponad pół miliarda złotych dla Wojska Polskiego i współpracy Polskiej Grupy Zbrojeniowej z Ukrainą.

Poinformował również o powołaniu spółki Qbit, która ma koordynować działania wszystkich spółek PGZ zajmujących się bezpieczeństwem w cyberprzestrzeni. Poinformował również, że zdecydował o utworzenie biura ds. polskiej armii cybernetycznej.

wyborcza.pl

Trybunał z cicha pęk, czyli rozprawy nie będzie

6.09.2017
środa

Nie będzie w najbliższy wtorek rozprawy przed Trybunałem Konstytucyjnym w sprawie, czy Sąd Najwyższy może badać legalność wyboru Julii Przyłębskiej na prezesa TK. Choć miała być. Zamiast tego będzie ogłoszenie wyroku, który już prawdopodobnie zapadł. Taka informacja pojawiła się właśnie na stronie TK.

A więc zamiast rozprawy Trybunał Dobrej Zmiany obwieści po prostu urbi et orbi swoją wolę.

Cóż się dziwić? Za wysokie progi na plebsu nogi (oczy i uszy). Poza tym mogłoby się okazać, że sędziowie nie bardzo umieją zadać pytania stronom, że „przesłuchanie” wygląda jak wywiad z premier Beatą Szydło czy Jarosławem Kaczyńskim w tygodniku „Sieci Prawdy” lub TV Trwam. Bo i czegóż się spodziewać, skoro i prokurator generalny, i marszałek Sejmu poparli wniosek posłów PiS do TK, w którym posłowie uznali za niekonstytucyjne te przepisy kodeksu postępowania cywilnego, które pozwoliły Sądowi Apelacyjnemu zadać pytanie prawne o ważność wyboru Julii Przyłębskiej na prezesa TK. Sąd Najwyższy postanowił do sprawy nie przystępować, żeby swoim udziałem nie autoryzować wyroku TK.

No więc byłaby żałosna gra do jednej bramki, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, co Trybunał orzeknie – w pięcioosobowym składzie jest tylko jeden „stary” sędzia: Leon Kieres.

Ale sam fakt, że sędziowie wstydzą się wychodzić do ludzi, jest pocieszający. To znaczy, że mają jednak poczucie wstydu.

Wyjść jednak będą musieli, bo w ustawie o Trybunale Dobrej Zmiany PiS nie był na tyle przewidujący, by uwolnić swoich sędziów od świecenia twarzą podczas ogłaszania wyroków. A wystarczyło napisać, że „wyrok ogłasza się w formie pisemnej na stronie internetowej TK”.

Nie pomyśleli też, by uwolnić sędziów Trybunału Dobrej Zmiany od konieczności uzasadniania wyroków. A to straszna praca. Po drugie, wiadomo, że Trybunał Dobrej Zmiany ma zawsze rację, więc nie musi jej wykazywać. A po trzecie, te uzasadnienia (fakt, nieliczne, bo nieliczne są wyroki Trybunału Dobrej Zmiany) dają potem prawnikom okazję do podziwiania niewyobrażalnych dotąd przykładów prawniczej akrobacji. Niewyobrażalnych nie ze względu na finezję. Raczej na odwagę i bezkompromisowość we wdrażaniu słusznej linii naszej władzy.

Jako się rzekło, Trybunał Dobrej Zmiany rzadko dostarcza nam tej rozrywki. Raczej specjalizuje się w odwoływaniu terminów ogłoszenia wyroków (bo rozprawy niemal już w trybunalskiej przyrodzie nie występują). Tak może być zresztą i tym razem. Choć to mało prawdopodobne, bo wyrok umyślnie Trybunał ma ogłosić w przeddzień rozpatrzenia przez Sąd Najwyższy sprawy legalności wyboru na prezesa TK Julii Przyłębskiej. Ma orzec, że SN nie ma prawa się tą sprawą zajmować, i tym samym zmusić SN do umorzenia postępowania ze względu na niedopuszczalność orzekania.

A więc raczej wyrok usłyszymy. A Trybunał Dobrej Zmiany podbije swoją, żałosną jak dotąd, statystykę. Bo od przejęcia TK przez duet Muszyński-Przyłębska Trybunał Dobrej Zmiany wydał, przez sześć miesięcy, 17 wyroków, podczas gdy przez sześć miesięcy 2014 roku – 34. A więc dwa razy więcej.

Sama Julia Przyłębska nie wydała od swojego przyjścia do Trybunału, 20 miesięcy temu, ANI JEDNEGO WYROKU w sprawie, w której była sprawozdawcą. Wydała za to aż cztery postanowienia – czyli jedno co 5 miesięcy. W tym trzy o umorzeniu sprawy (czyli że nie będzie się nią dalej zajmować) i jedno postanowienie o odmowie wyłączenia sędziego (chodziło o wniosek RPO o wyłączenie z sądzenia sprawy dwóch dublerów).

Choć wsparcia merytorycznego można jej pozazdrościć. Ma dwie asystentki (przywiozła je ze sobą z Poznania, każda, wbrew prawu, ma jeszcze inne zatrudnienie: jedna w sądzie, druga w kancelarii adwokackiej) i aż pięciu doradców. Nie wiadomo, co te osoby robią, skoro nie ma efektów. Wiadomo natomiast, że pobierają pensję.

No więc w przyszły wtorek dowiemy się, że Sąd Najwyższy nie ma prawa zajmować się legalnością wyboru Julii Przyłębskiej na prezesa TK. Co następnego dnia zrobi z tym wyrokiem Sąd Najwyższy?

Nie może nie uznać wyroku TK. Tym bardziej że w pięcioosobowym składzie TK, który go wyda, nie ma żadnego dublera. Czy znajdzie jakiś sposób, by jednak ocenić legalność wyboru Przyłębskiej mimo wyroku TK?

 

siedlecka.blog.polityka.pl

Marszałek Senatu ostro o rzeczniku prezydenta: Gdybym był jego szefem, zwolniłbym go. Łapiński odpowiada

06.09.2017

Gdybym był szefem rzecznika prezydenta Krzysztofa Łapińskiego, zwolniłbym go – tak marszałek Senatu Stanisław Karczewski komentuje słowa Łapińskiego dotyczące wpływu premier Beaty Szydło na skład rządu. Według marszałka jest to „wyskok” rzecznika prezydenta.

Słowa @kplapinski o wpływie PBS na skład rządu świadczą o braku kompetencji albo złym wychowaniu. Gdybym był jego szefem zwolniłbym go – napisał w środę na Twitterze marszałek Senatu.

Łapiński we wtorek był pytany przez dziennikarzy w Krynicy o doniesienia medialne mówiące o tym, że prezydent Andrzej Duda zażądał od premier Beaty Szydło dymisji szefa MON Antoniego Macierewicza.

Trudno mi się odnosić do różnego rodzaju spekulacji medialnych. Oczekiwania, co do zmian w rządzie to poważna sprawa – odparł minister. Jeśli prezydent miałby oczekiwania co do zmian w składzie Rady Ministrów, to na pewno wyraziłby je prezesowi Kaczyńskiemu, a takiej informacji nie mam, żeby takie propozycje formułował – oświadczył Łapiński. Dodał, że zgodnie z Konstytucją, prezydent dokonuje zmian w rządzie na wniosek prezesa Rady Ministrów.

W środę w TVP Info marszałek Senatu ocenił, że jest to „wyskok pana rzecznika pana prezydenta”.

Świadczy to albo o nieznajomości przepisów, niekompetencji, albo po prostu o złym wychowaniu. Ja gdybym był szefem pana rzecznika zwolniłbym go z pracy. (…) Przecież wie, jakie są uwarunkowania prawne i z kim pan prezydent rozmawiałby, z kim będzie rozmawiał, jeśli będzie chciał na ten temat rozmawiać. (…) Ja osobiście gdybym miał takiego rzecznika to bym zmienił rzecznika – oświadczył Karczewski.

Marszałek pytany, czy jego zdaniem była to inicjatywa samego rzecznika, czy inicjatywą „oddolną, odgórną, odśrodkową, boczną” ocenił, że konsekwencje takiej wypowiedzi powinien ponieść rzecznik pana prezydenta.

Łapiński: Moim zwierzchnikiem jest prezydent Andrzej Duda

Moim zwierzchnikiem jest prezydent Andrzej Duda, to on decyduje o obsadzie stanowisk w Kancelarii Prezydenta – w ten sposób prezydencki rzecznik Krzysztof Łapiński odniósł się do środowej wypowiedzi marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego na jego temat.

Łapiński podkreślił w rozmowie z PAP, że jego zadaniem jest „przekazywać decyzje i stanowiska prezydenta Andrzeja Dudy”.

dziennik.pl

Przecieki ws. prezydenckich ustaw o KRS i SN. Karczewski: Zaskakujące i do przemyślenia

06.09.2017

Propozycje prezydenta dotyczące rozwiązań ws. Krajowej Rady Sądownictwa są zaskakujące i „do przemyślenia” – powiedział w środę marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Chodzi m.in. o możliwość wskazania przez prezydenta i Senat kandydatów na członków KRS, gdy nie będzie większości w Sejmie.

RMF FM podało w środę, że prezydent chce wzmocnić swoją pozycję i przejąć część kompetencji, które w zawetowanych projektach PiS były przypisane ministrowi sprawiedliwości; ma pełnić rolę „bezpiecznika”, na przykład przy wyłanianiu sędziów do KRS. Jak podaje radio, przy ich wyborze konieczna będzie większość trzech piątych głosów w Sejmie, co ma umożliwić ponadpartyjny wybór. Jeżeli uzyskanie takiej większości nie będzie możliwe, to m.in. głowa państwa będzie mogła wskazać własnych kandydatów. Taką możliwość prawdopodobnie będzie miał też Senat.

– To jest zaskakujące, jest to do rozważenia, do przemyślenia i (to) bardzo ciekawa inicjatywa. Jest to interesujące dla mnie i jest to duże zaskoczenie, bo o takich propozycjach wcześniej nie słyszałem – skomentował to Karczewski w TVP Info.

Jak dodał, propozycji dot. przejęcia części kompetencji, które w zawetowanych projektach PiS były przypisane ministrowi sprawiedliwości, należało się spodziewać. – O trzech piątych, zgodziliśmy się przecież w trakcie procedowania i tak uchwaliliśmy w ustawie. (…) O Senacie słyszę po raz pierwszy. Jestem zaskoczony, a jeśli miałbym powiedzieć jak, to powiem że miło zaskoczony – powiedział Karczewski.

Zapytany, czy myśli, że te propozycje uspokoją Komisję Europejską powiedział, że „pośrednio tak”. – Bezpośrednio myślę, że przede wszystkim rozwiązują pewne problemy. Tak jak mówiłem, przecież pochodzimy z tego samego środowiska politycznego, mieliśmy taki sam pogląd na funkcjonowanie i Sądu Najwyższego i w ogóle wymiaru sprawiedliwości, więc to są rozwiązania, które idą w dobrym kierunku. Wymagają na pewno jeszcze zastanowienia i analizy – dodał marszałek Senatu.

Zmiany w Sądzie Najwyższym

Według RMF – według nowych propozycji – Sąd Najwyższy będzie mógł rozpatrywać sprawy merytorycznie, a prawo do wniesienia kasacji nadzwyczajnej będzie miał m.in. prezydent, Rzecznik Praw Obywatelskich czy Prokurator Generalny; w projekcie zaś nie będzie zapisu że sędziowie SN przejdą automatycznie w stan spoczynku.

Prezydent Andrzej Duda w lipcu zdecydował o zawetowaniu ustawy o Sądzie Najwyższym i nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Zapowiedział też wtedy podjęcie własnej inicjatywy legislacyjnej w tym obszarze w ciągu dwóch miesięcy.

Datowane na 31 lipca wnioski prezydenta do Sejmu o ponowne rozpatrzenie ustawy o SN oraz noweli ustawy o KRS stwierdzają m.in., że reformę wymiaru sprawiedliwości, w tym SN, uważa on za niezbędną, ale wskazuje na zastrzeżenia wobec obu regulacji.

W ustawie o SN prezydent zakwestionował „dyskwalifikującą wadę”, jaką jest sprzeczność co do liczby kandydatów na I prezesa SN (w jednym artykule jest mowa o trzech, a w innym o pięciu kandydatach). Ponadto za „iluzoryczny” uznał jej zapis przewidujący udział prezydenta we wskazywaniu sędziów SN, którzy mieliby pozostać w stanie czynnym, gdyż jedynym uprawnieniem prezydenta byłoby zatwierdzenie lub odmowa sędziów wskazanych przez Ministra Sprawiedliwości. Dodał, że przyjęcie ustawy nie było poprzedzone upowszechnieniem tekstu projektu i konsultacjami.

Co do noweli o KRS, Duda podkreślał, że nowa zasada wyboru sędziów do KRS przez Sejm wymaga wprowadzenia wymogu większości 3/5 głosów, co będzie „wyrazem konsensusu różnych ugrupowań zasiadających w parlamencie”. Powołał się też na brak kryteriów, jakimi powinno się kierować Prezydium Sejmu lub grupa posłów przy ostatecznym wyborze kandydatów do KRS, a także na zbyt krótki czas na wyrażenie przez KRS sprzeciwu aby asesor sądowy, powołany wcześniej przez Ministra Sprawiedliwości, mógł pełnić obowiązki sędziego.

Prezydent podpisał zaś wtedy trzecią ustawę – nowelę Prawa o ustroju sądów powszechnych, która m.in. zmieniła zasady powoływania i odwoływania prezesów sądów przez zwiększenie uprawnień ministra sprawiedliwości oraz wprowadziła zasady losowego przydzielania spraw sędziom.

dziennik.pl

Intelektualne harakiri

Intelektualne harakiri

Obecna władza co rusz zalicza wpadkę za wpadką. Mistrzem jest pan Waszczykowski, twórca nowego państwa San Escobar, ale nie zapominajmy o premier Szydło która troszczy się o nieistniejące województwo środkowopomorskie. Warto przypomnieć sobie również o żołnierzach MON, wysłanych z pomocą po nawałnicach do gminy Rydel, która została zlikwidowana w 1975 roku.

Do tego szacownego grona dołączył wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki. Napisał na facebooku „Skoro Niemcy za zniszczenia wojenne płacą Francji czy Wielkiej Brytanii dlaczego nie Polsce, która poniosła większe straty. Przecież, gdybyśmy te biliony złotych zamiast na odbudowę Polski po niemieckiej hatakumbie – przeznaczyli na rozwój naszego państwa – to Polska była by dziś 2razy silniejsza ekonomicznie”. Wprawdzie po jakimś czasie wypatrzył pomyłkę i ją poprawił na „hekatombę”, ale „hatakumba” poszła już w Polskę.

Czy to jakaś odmiana harakiri, a może mutacja w wersji PiS? A może to tylko dosłowne tłumaczenie z języka suahili, co oznacza „nigdzie nie jeździ” (tak twierdzi Google Translator)? A jeśli pan Jaki nie jeździ, to co ma to wspólnego z reparacjami? Ciekawe, na jakie inne pomysły wpadną internauci, bo nie zapowiada się, by mieli już wiceministrowi odpuścić.

Jedno jest pewne. Cokolwiek by pan Jaki sobie nie pomyślał, to jednak politykowi takie wpadki nie powinny się zdarzać.

koduj24.pl

Prof. Michał Królikowski o współpracy z prezydentem

6 września 2017

– Prezydent zwrócił się do mnie w sprawie ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym jako do eksperta. Moja rola polega na tym, żeby przedstawić pomysł i argumentację – mówi w wywiadzie z reporterem RMF FM profesor Michał Królikowski. Były wiceminister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL w rozmowie z Patrykiem Michalskim przyznaje, że dwa miesiące na napisanie dwóch ustaw to termin krótki i dyscyplinujący, ale pozwalający na stworzenie konstytucyjnych ustaw.

– Zwrócił się do mnie prezydent mojej ojczyzny, więc nie ma jakichkolwiek powodów, żebym się krygował z podzieleniem się swoim stanowiskiem. Ale też zwrócił się do mnie Andrzej Duda, któremu osobiście jestem bardzo oddany – mówi w rozmowie z reporterem RMF FM prof. Michał Królikowski.

 

Jak podkreśla, o ostatecznym kształcie ustawy zadecyduje kancelaria prezydenta, a on cieszy się z roli doradcy, bo dzięki temu ma pełną wolność. – Teza o tym, że ustawy, które przedstawi pan prezydent, będą takie jak je napisałem, jest tezą mylną. Te ustawy pisze pan prezydent ze swoim zapleczem. Fajnie i bardzo dziękuję za to panu prezydentowi, że zechciał się zwrócić do mnie z pytaniem, jak szukać rozwiązania merytorycznego. Natomiast ja zachowuję sobie prawo do tego, żeby projekty, które pan prezydent przedstawi, objąć oglądem krytycznym – tłumaczy prof. Królikowski. Zaznacza, że jego współpraca jako eksperta z kancelarią prezydenta trwa, ale ma różne etapy intensywności – w zależności od tego, jaka jest potrzeba.

Prawnik zaznacza, że jego zdaniem w kancelarii prezydenta formalnie nie powstały zespoły ekspertów pracujących nad ustawami. Dlatego zaprzeczył doniesieniom, że ma kierować jednym z trzech zespołów. Jak mówi, nie wie, czy prezydent zwrócił się do kogoś jeszcze z podobną propozycją współpracy w roli eksperta.

Jak ustalili dziennikarze RMF FM, co najmniej dwa niezależne ośrodki pracują nad prezydenckimi projektami ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. Z informacji, które przedostały się do mediów, w propozycjach, które prezydent ma zaprezentować w połowie września, ma być wzmocnienie pozycji głowy państwa i przejęcie przez prezydenta części kompetencji, które w zawetowanych projektach Prawa i Sprawiedliwości były przypisane ministrowi sprawiedliwości.

Patryk Michalski 

W rozmowie z reporterem RMF FM Krzysztofem Zasadą, wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł oznajmił, że stanowisko resortu w sprawie prezydenckich ustaw poznamy, kiedy ministerstwo otrzyma jakiekolwiek informacje dotyczące choćby zrębów proponowanych zmian. Jak dodał, do tej pory między Pałacem Prezydenckim a resortem Zbigniewa Ziobry nie było w tej sprawie żadnych kontaktów. – Nikt nie konsultował jeszcze, nie wiemy, kto się będzie konsultował i wtedy coś powiemy. Nie mamy żadnych informacji z Pałacu Prezydenckiego– mówi Warchoł.

http://fakty.interia.pl/polska/news-prof-michal-krolikowski-o-wspolpracy-z-prezydentem,nId,2436983

Tak to widzę: to PiSowska pic-polityka na użytek wewnętrzny. Szkodliwa dla prawdziwych polskich interesów.

https://earldrzewolaz.wordpress.com/2017/09/06/chodzi-o-to-zeby-mobilizowac-swoj-elektorat-byly-ambasador-o-reparacjach-wojennych/

Kaczyński – samotny i przegrany człowiek narzuca nam format Polski

Za Kaczyńskiego przyjdzie nam zapłacić ogromną cofkę cywilizacyjną. Zemdli nas w pisowskim skansenie.

Kaczyński jest w Europie sam jak palec. Nie zdoła spolonizować Europy, tym bardziej zamierza odeuropeizować Polskę.

A to świadczy, że Kaczyński jest niedoczytany. Nie zna polskiej kultury i tradycji. Takie jest z nim nieszczęście.

Polska musi relokować uchodźców

Trybunał Sprawiedliwości UE odrzucił skargę Węgier, Słowacji i Polski na decyzje o przymusowej relokacji uchodźców.

Wsparcie rządu nie pomogło. Trybunał Sprawiedliwości UE odrzuca skargę Węgier i Słowacji na decyzję UE ws. uchodźców

Aleksander Doba witany przez władze i mieszkańców Polic po trzecim przepłynięciu kajakiem przez Atlantyk. Więcej n…

„Macierewicz robi w armii to, czego chce Kaczyński. Dlatego ciągle jest ministrem”

As, 06.09.2017

Antoni Macierewicz i Jarosław Kaczyński

Antoni Macierewicz i Jarosław Kaczyński (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Tylko wybory mogą zmusić prezesa PiS do „schowania” Antoniego Macierewicza. Póki do wyborów jest dużo czasu, to zdaniem Renaty Grochal, trudno spodziewać się zmiany w MON. Bo Macierewicz realizuje marzenia Kaczyńskiego o polskim wojsku.

Krytyka, oskarżenia, masowe odejścia dowódców, konflikt z prezydentem Dudą, ani brak śmigłowców dla polskiej armii nie doprowadzą do dymisji Antoniego Macierewicza.

– Nie widzę w obozie PiS drugiej osoby, która mogłaby zmieniać armię tak, jak chce tego Jarosław Kaczyński. Myślę że Antoni Macierewicz robi w armii dokładnie to, czego chce Kaczyński. Dlatego ciągle jest ministrem – mówiła Renata Grochal w „Poranku Radia TOK FM”.

Zdaniem dziennikarki „Newsweeka”, praktycznie jedynym powodem, dla którego prezes PiS mógłby zdecydować się na zdymisjonowanie szefa MON, byłby przedterminowe wybory parlamentarne.

– W interesie PiS byłoby to, żeby schować te radykalne twarze i wystawić twarze łagodne, by wyborca się znowu nabrał.

A że do wyborów zostały dwa lata, chowanie radykałów nie jest Prawu i Sprawiedliwości potrzebna.

Czy za Macierewiczem stoi armia wyborców?

Macierewicz to jeden z ulubieńców o. Tadeusza Rydzyka, stały bywalec Radia Maryja i Telewizji Trwam.

On także stoi za stworzeniem zjawiska, które często nazywane jest „religią smoleńską” – praktycznie jako pierwszy polityk głośno powiedział, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Opowiadał o dziwnej mgle, a nawet o tym, że katastrofę prezydenckiego tupolewa przeżyło kilka osób.

To Macierewicz stworzył w poprzedniej kadencji Sejmu parlamentarny zespół, dzięki któremu poznawaliśmy coraz to nowe teorie dotyczące wydarzeń z 10 kwietnia 2010. I oglądaliśmy doświadczenia z puszkami i parówkami w roli głównej.

Po wygraniu przez PiS wyborów, i objęciu przez Macierewicza stanowiska ministra obrony, zespół przeniósł się do MON. I jako Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych pracował dalej. Dzięki czemu usłyszeliśmy o wybuchu bomby termobarycznej.

Ale brak sukcesów komisji też pozycji Macierewicza nie osłabił.

– Kwestia smoleńska jest coraz mniej istotna, bo spada odsetek osób które wierzą w zamach smoleński. W tym kontekście myślę że „zdjęcie” Macierewicza ze stanowiska szefa MON nie byłoby takim politycznym problemem dla Kaczyńskiego. Bo ubytek elektoratu nie byłby taki znaczący – uważa Renata Grochal.

TOK FM

Rytel. TK. Sąd Najw. Puszcza. Wolfgang. 27:1. Sebastian z seicento. Konfetti. Igor Wrocław. Armia. A wszystko to ogarnia kto? Człowiek Roku.

ŚRODA, 6 WRZEŚNIA 2017

Karczewski o słowach Łapińskiego: Gdybym był jego szefem zwolniłbym go

08:46

Karczewski o słowach Łapińskiego: Gdybym był jego szefem zwolniłbym go

08:29

 

Schetyna: Utrzymamy 500+

– Nie zlikwidujemy tego programu. Bardzo wyraźnie o tym mówię. Utrzymamy 500+. Rozszerzymy go o samotne matki, samotnie wychowujące dzieci i pierwsze dziecko – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM.

08:20

 

Schetyna: Jeżeli byłaby potrzeba nowej partii, to zapraszam, można ją zakładać

– Słyszę, że jest potrzeba partii lewicowej, że jest przestrzeń na nową partię lewicową. Partia centrowa, jaką jest Platformy, według mnie wyczerpuje oczekiwania Polaków na takiego typu partie. Jeżeli byłaby potrzeba nowej partii, to zapraszam, można ją zakładać – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM.

08:20

 

Schetyna: Budka autoryzował wersję polską po wywiadzie, a nie niemiecką po tłumaczeniu

– Takie sprawy zawsze załatwia się w wewnętrznej, bezpośredniej rozmowie. Szczególnie o tym powinni pamiętać parlamentarzyści. Może okres wakacyjny temu nie pomagał. Rozmawiałem z szefem regionu. Ta sprawa jest zamknięta. Kwestia została wyjaśniona i intencje Borysa Budki zostały wyraźnie przez niego opisane. Doszło do przekłamania czy zmiany jego intencji – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM, pytany o sprawę wywiadu Borysa Budki dla „Die Zeit” i krytykę senatorów PO.

– On autoryzował wersję polską po wywiadzie, a nie niemiecką po tłumaczeniu. To wynika z braku doświadczenia – dodał. Przewodniczący Platformy podkreślał, że nie chce bronić Budki, bo ten powinien robić to sam.

08:10

 

Schetyna o reparacjach: To oszustwo na użytek wewnętrznej polityki

– Nie jesteśmy w stanie w ogóle wprowadzić do agendy międzynarodowej kwestii reparacji. To tylko oszustwo na użytek wewnętrznej polityki, pokazując, że my będziemy domagać się, wykorzystując trudne historyczne relacje polsko-niemieckie – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM.

08:07

 

Schetyna: Liczę i wierzę w to, że PAD przygotuje projekt, który będzie nowym otwarciem

– Nie ma tego projektu [dot. sądów]. Na razie jest ekskluzywny wywiad Michała Królikowskiego i tylko tyle. Czekam na ten projekt. To ważne, żeby po tych haniebnych projektach, które produkował Ziobro i które naprawdę łamały kręgosłup polskiej praworządności i po wetach potrzebne jest nowe otwarcie. Liczę, że prezydent Duda przygotuje projekt, który będzie nowym otwarciem. Wierzę w to – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM.

07:51

 

Waszczykowski o reparacjach: To nie jest jeszcze sprawa, która jest podejmowana przez rząd

– To nie jest jeszcze sprawa [reparacji], która jest podejmowana przez rząd. Na razie na spotkaniu politycznym naszego ugrupowania 1 lipca padła taka dyrektywa polityczna. Rozpoczęliśmy pewne prace. To przede wszystkim kwerenda stanu prawnego. Myśmy dokonani takiej kwerendy, zestawienia, kto i jak przez te 70 lat w Polsce się zachowywał, jakie stanowiska były – mówił Witold Waszczykowski w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w „Jeden na jeden” TVN24. Jak dodał:

„Jeszcze nie ma [stanowiska MSZ]. Pan Magierowski dostał notatkę, która rzeczywiście mówi, że w 2004 roku rząd premiera Belki taką decyzję podjął i w oparciu o to urzędnicy przygotowali odpowiedź na interpelację. Rzeczywiście ostatnia odpowiedź rządu z 2004 roku jest taka. Natomiast my musimy wziąć pod uwagę całokształt stanu prawnego”

Jak podkreślił, muszą być ocenione straty, a ponadto przy podejmowaniu decyzji musi być brany pod uwagę kontekst polityczny. Waszczykowski dał też do zrozumienia, że prace mogą potrwać kilka miesięcy.

07:46

 

Waszczykowski: Rafalska została zaproszona na 20 września na rozmowy do Paryża

– Nikt nie jest przeciwnikiem polskich interesów. Polska nie ma ani przyjaciół ani wrogów. Ma swoje interesy. Państwa nie mają przyjaciół ani wrogów, może poza tymi, które wchodzą na ścieżkę wojenną. Wszystkie państwa mają interesy. Do każdego interesu dobieramy koalicjantów czy przyjaciół – jak pan mówi. Są interesy, które nas łączą, są interesy, które nas dzielą – mówił Witold Waszczykowski w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w „Jeden na jeden” TVN24. Jak dodał:

„Myśmy zaproponowali stronie francuskiej, jeśli ze względów wewnętrznych prezydent Macron musi toczyć jakąś walkę, jakiś własny dżihad nt. sytuacji gospodarczej, wewnętrznej we Francji, to proponujemy odejście, zejście z tej dyskusji polityczno-ideologicznej i zaproponowaliśmy rozmowy techniczne, eksperckie. Już minister Rafalska została zaproszona w tym miesiącu, 20 września do Paryża na rozmowy z minister pracy, aby te problemy dot. dyrektywy o pracownikach delegowanych omówić”

07:36

 

Waszczykowski: Nie słyszałem żadnych informacji o jakichś konfliktach na linii prezydent-rząd

– Czytałem takie bajki w jednym z tabloidów [o tym, że prezydent Duda chciał dymisji Antoniego Macierewicza], ale to są bajki. Na 100% – mówił Witold Waszczykowski w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w „Jeden na jeden” TVN24.

Pytany o wczorajszą wypowiedź Krzysztofa Łapińskiego, szef MSZ stwierdził: – To by zgłosił. Ale nie słyszałem, aby zgłaszał. Widziałem się z prezydentem, ponieważ trwa narada ambasadorska w w Warszawie (…) Nie słyszałem żadnych informacji o jakichś konfliktach na linii prezydent-rząd.

Waszczykowski mówił też o konfabulacjach tego czy innego tabloidu.

07:29

 

Błaszczak: Pani premier zachowała się z klasą. Wykazała się skromnością

– Chciałbym podkreślić, że pani premier – jak zawsze – zachowała się z klasą, wykazała się skromnością. Rzeczywiście jesteśmy biało-czerwoną drużyną, która zobowiązała się w kampanii wyborczej do realizacji programu, który został przez naród poparty w wyborach. Konsekwentnie realizujemy program. Pani premier została laureatem tej nagrody [człowieka roku Forum Ekonomicznego w Krynicy], ale rzeczywiście w swoim wystąpieniu podkreślała właśnie to, że pracujemy zespołowo – mówił Mariusz Błaszczak w „Sygnałach dnia” PR1.

300polityka.pl

Waszczykowski: Generałowie dowodzą, Polska się zbroi. Mówienie o dymisjach to konfabulacje

dafa, 06.09.2017

Szef MSZ Witold Waszczykowski

Szef MSZ Witold Waszczykowski (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

– W poniedziałek były bardzo dobre – mówi Witold Waszczykowski, pytany o relacje z prezydentem. Według szefa MSZ mówienie o konflikcie na linii Pałac – rząd to „konfabulacje”.

– Słyszałem takie bajki w jednym z tabloidów, ale to są bajki – stwierdził szef MSZ pytany w „Jeden na jeden” o doniesienia, że Andrzej Duda sugerował odwołanie Antoniego Macierewicza. We wtorek „Fakt” napisał, że w sierpniu prezydent miał nie tylko omówić wręczenia nominacji generalskich, ale też zażądać dymisji samego ministra obrony.

Na pytanie jak odebrał słowa rzecznika Dudy, który powiedział, że gdyby prezydent miał zastrzeżenia do ministrów, to by zgłosił je Kaczyńskiemu, Waszczykowski stwierdził: – To by zgłosił. Nie słyszałem o jakichkolwiek konfliktach na linii prezydent – rząd.

– Wszyscy słyszeli, a pan nie słyszał? Widzimy wszyscy, co się dzieje – nie dowierzał Bogdan Rymanowski.

– Wszystko funkcjonuje. Generałowie dowodzą polską armią, armia się zbroi. Wolałbym żeby widziano pozytywne aspekty, które toczą się w polityce, a nie konfabulacjach – próbował zamknąć temat.

W czasie rozmowy wielokrotnie podkreślał jak Andrzej Duda pomaga rządowi, a on sam o żadnym konflikcie z ministrem Szczerskim już nie pamięta.

gazeta.pl

Prezes Kaczyński nie odpisał na ważną prośbę prezydenta Dudy. A termin minął. „Przeoczyliśmy”

lulu, 05.09.2017

Antoni Macierewicz i Jarosław Kaczyński

Antoni Macierewicz i Jarosław Kaczyński (ADAM STĘPIEŃ)

Bez odpowiedzi pozostała prośba prezydenta Andrzeja Dudy, skierowana do prezesa Kaczyńskiego – donosi Wirtualna Polska. Termin na odpowiedź dawno minął.

Prezydent Andrzej Duda zaprosił liderów partii do komitetu, który miałby przygotować wspólne obchody 100-lecia odzyskania niepodległości. „Ufam, że stulecie odzyskania niepodległości jest rocznicą, którą będziemy obchodzić wszyscy razem, ponad podziałami, niezależnie od przekonań i poglądów, jakie reprezentujemy” – czytamy w liście do partii, do którego dotarła Wirtualna Polska.

Z pisma wynika też, że prezydent dał liderom czas do 16 czerwca. W tym terminie mieli przekazać nazwisko przedstawiciela, który wziąłby udział w pracach komitetu, bądź też informację o rezygnacji z udziału w pracach.

– Przeoczyliśmy termin – kwituje krótko w rozmowie z WP rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Dodała, że decyzja dopiero ma zostać podjęta. Tyle, że – jak wynika z pisma prezydenta – jest już na nią za późno, bo niezłożenie deklaracji jest równoznaczne z rezygnacją.

Jak pisze WP, z udziału w komitecie zrezygnowała póki co Nowoczesna.

Chcieliśmy o całą sprawę zapytać rzecznika prezydenta, ale na razie nie odebrał telefonu. Dodamy komentarz, gdy tylko się pojawi.

Przeciwnicy reformy szkolnictwa protestowali przed MEN

gazeta.pl

Plagi, dyby, kajdany, czyli jak dawniej karano młodzież, gdy złamała prawo

Anna Golus, 04 września 2017

Na XIX-wiecznej rycinie dorośli i małoletni skazani stoją w jednej kolejce do londyńskiego więzienia Newgate. Całe lata w tych kazamatach siedzieli razem dorośli, kobiety oraz dzieci. Wielokrotnie przebudowywane więzienie działało ponad 700 lat, od 1188 do 1904 r.

Na XIX-wiecznej rycinie dorośli i małoletni skazani stoją w jednej kolejce do londyńskiego więzienia Newgate. Całe lata w tych kazamatach siedzieli razem dorośli, kobiety oraz dzieci. Wielokrotnie przebudowywane więzienie działało ponad 700 lat, od 1188 do 1904 r.

Przez całe stulecia kar za przestępstwa nie traktowano jako środka resocjalizacji, ale jako formę zemsty, odwetu, zastraszenia i napiętnowania. Także wobec dzieci.

Ulpianus, rzymski jurysta z przełomu II i III w. n.e., uważał, że nie ma różnicy między szkodą wyrządzoną przez dziecko a spowodowaną przez spadającą dachówkę. Dzieci nie powinny więc odpowiadać za swe czyny. Zresztą już w pierwszej kodyfikacji prawa rzymskiego – „Prawie XII tablic” (lex duodecim tabularum) z 445 r. p.n.e. – znalazł się zapis, żeby nieletnich karać łagodniej. Długo ustawodawstwo rzymskie nie precyzowało jednak pojęcia nieletności – ustalano je indywidualnie, oceniając rozwój narządów rozrodczych. Jeśli stwierdzono, że przestępca nie jest zdolny do spłodzenia potomstwa, wyznaczano mu łagodniejszą karę.

Dopiero w VI w. n.e. wyodrębniono prawnie granice nieletności, przyjmując następujące przedziały wiekowe: dzieci – do 7. roku życia – nie ponosiły odpowiedzialności karnej; niedojrzali – chłopcy od 7 do 14 lat i dziewczęta w wieku od 7 do 12 lat – jeśli rozumieli znaczenie swych czynów, ponosili odpowiedzialność, ale korzystali ze złagodzenia kary; dojrzali niedorośli – chłopcy od 14 do 25 lat, dziewczęta od 12 do 25 lat – z reguły odpowiadali jak dorośli, lecz niekiedy również łagodzono im kary; za w pełni dorosłych uważano wszystkich, którzy skończyli 25 lat.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Gangsterzy na kozłach, czyli chłopcy z ferajny z XVIII wieku

Dzieci w rękach kata, na szubienicę trafiały nawet ośmiolatki

Kategorie te nie przyjęły się w średniowieczu, gdy dzieci popadające w konflikt z prawem odpowiadały jak dorośli. Wprawdzie zwykle wymierzano im łagodniejsze kary, ale sprowadzało się to właściwie do tego, że rzadko skazywano je na śmierć, tortury i okaleczenie, choć i to się zdarzało. Poza tym repertuar kar dla nieletnich nie różnił się zbytnio od stosowanych wobec dorosłych. Jednych i drugich mogły spotkać chłosta oraz więzienie. W średniowieczu, a nawet później, nieletnich i dorosłych zamykano w tych samych lochach, skutych takimi samymi łańcuchami. Siedzieli w potwornych warunkach higienicznych, stłoczeni w celach po kilkunastu lub kilkudziesięciu, bez segregacji ze względu na wiek, a niekiedy również płeć. Bez wystarczającej ilości powietrza, światła, pożywienia i wody.

Nie może to dziwić, skoro na zwolnienie z odpowiedzialności karnej nie mogły liczyć nawet zwierzęta. Po przestępstwach – np. morderstwie czy kradzieży – również stawały przed sądem, były przesłuchiwane, skazywane i karane. W XV w. we Francji uniewinniono np. sześcioro prosiąt, które wraz z maciorą zagryzły pięcioletniego chłopca, bo obrońca przekonał sąd, że „nieletni” zostali nakłonieni do przestępstwa przez dorosłych, więc nie ponoszą winy.

Natomiast ludzkie dzieci jeszcze długo nie mogły liczyć na uniewinnienie. Mimo że z reguły karano je łagodniej, zdarzały się sytuacje drastyczne. W Konstancy w 1384 r. wyrwano chłopcu język za bluźnierstwo. W 1555 r. w Niemczech ścięty został 11-latek. W 1629 r. w Anglii powieszono ośmiolatka, a w 1670 r. w Dreźnie kat ściął 14-latkę. Jej rówieśnik z Wrocławia w XVI w. został skazany na śmierć przez łamanie kołem, ale złagodzono mu karę i został ścięty.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Śmierć dziecka była w średniowieczu zjawiskiem tak powszechnym, że zaledwie co trzecie dożywało 16 lat

Egzekucje nieletnich wykonywano jeszcze w XIX w., m.in. w Londynie. W 1814 r. sąd skazał tam na śmierć pięcioro dzieci w wieku od 8 do 12 lat, a w New Jersey w 1828 r. powieszony został 13-letni chłopiec. Zdarzały się również procesy bardzo małych dzieci, np. w Anglii w 1852 r. przed sądem stanęli dwu- i sześciolatek za stawianie sideł na króliki. Skazano ich na grzywnę i poinformowano, że jeśli jej nie uiszczą, zostaną uwięzieni na 30 dni.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Rodzinna cela za długi. Jak w XIX-wiecznej Anglii rozprawiano się z dłużnikami

Przymusowa praca i nauka drogą do moralnej poprawy

Już w XVII w. zauważono demoralizujący wpływ dorosłych przestępców na uwięzione z nimi dzieci i zaczęto tworzyć domy poprawy. Ale dopiero w następnym stuleciu nastąpił wyraźny podział więźniów ze względu na wiek. Dostrzeżono też, że nieletni z racji niedojrzałości powinni być traktowani inaczej niż dorośli również przez prawo. Dla społeczeństwa lepiej będzie reedukować ich i resocjalizować – „poprawiać” – a nie karać. W 1890 r. kongres kryminologów w Berlinie przyjął rezolucję, zgodnie z którą dzieci do 14. roku życia nie powinny być sądzone na mocy prawa karnego, lecz objęte publicznym wychowaniem opiekuńczym.

Pierwsze takie placówki – nie tylko dla nieletnich, ale też dla dorosłych i młodocianych włóczęgów, żebraków, prostytutek, sierot i dzieci kierowanych tam przez rodziców – powstały w Anglii już w 1553 r., w Holandii w 1595 r., a od XVII w., głównie z inicjatywy kleru, zaczęto je tworzyć w innych krajach, np. w 1629 r. w Gdańsku. Miały poprawiać moralnie wychowanków i przywracać ich na łono społeczeństwa. Najczęściej stosowanymi metodami były: przymusowa praca (zapewniająca dochody zarówno zakładom, jak i miastom), ostry rygor i surowe warunki bytowe.

W Warszawie pierwszy Dom Poprawy został założony w 1736 r. Przyjmował dzieci i dorosłych obu płci złych, krnąbrnych, swawolnych, zalotnych, niewiernych, pijanic, próżniaków, (…) hultajów niespokojnych, ludziom się naprzykrzających, spokojność publiczną mieszających. A także złe żony, których mężowie w domu ukarać i naprawić nie mogą. Miał też poskramiać i poprawiać złych ludzi. Oprócz przymusowej pracy i praktyk religijnych poprawę miały zapewniać: plagi, dyscyplina, dyby, kajdany, szczupły wikt, zimno, ciemnica, zakaz rozmowy. Wychowanków kierowały do zakładu zarówno sądy, jak i rodziny.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Zniósł karę śmierci i zakazał tortur. Kodeks karny Leopolda Habsburga z 1786 r. zrewolucjonizował prawo

Podobną placówką stworzoną wyłącznie dla dzieci był założony w 1830 r. Instytut Moralnej Poprawy Dzieci w Mokotowie. Przeznaczony był dla chłopców w wieku od 6 do 14 lat, których kierowali tam rodzice, policja lub sądy. Miał wychowywać dzieci moralnie zaniedbane i się nimi opiekować. Ale panujące w nim warunki były iście więzienne – chłopcy nie mogli opuszczać zakładu, przyjmować gości ani paczek żywnościowych. W ciągu dnia przebywali wspólnie pod ciągłym nadzorem, nawet podczas czynności higienicznych. Noce spędzali w osobnych, zamykanych z zewnątrz celach. Nie mieli imion, lecz numery, które naszywano im na ubraniu.

Regulamin IMPD nie zakładał nagród za dobre sprawowanie, jedynie kary za wszelkie niedociągnięcia. Ich system wywodził się z więzienia i obejmował: chłostę, pozbawianie posiłków, izolację od 24 do 48 godzin w celi z twardym łóżkiem o chlebie i wodzie. Pozbawienie i ograniczenie posiłków stanowiło surową karę, gdyż jadłospis i tak był skromny. Środkami prowadzącymi do moralnej poprawy były praca i nauka, które wypełniały wychowankom całe dnie.

Pod koniec XIX w. warunki w instytucie stały się bardziej humanitarne – zezwolono na odwiedziny rodziców i przyjmowanie paczek, zmniejszono czas pracy, zwiększono liczbę godzin nauki, zabaw i czasu wolnego oraz racje żywnościowe. Instytut przekształcił się z zakładu karnego, jakim w istocie był, w placówkę rzeczywiście wychowawczą. Niestety, już na początku XX w. system represji powrócił, wzbogacony o przymusową rusyfikację wychowanków.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wilkołak z Bedburga – średniowieczny seryjny morderca

Pierwsze poprawczaki w Studzieńcu i Puszczy Mariańskiej

Pierwszą na ziemiach polskich placówką wychowawczą dla nieletnich przestępców (chłopców) był otwarty w 1876 r. dom poprawczy w Studzieńcu pod Skierniewicami. Zakład, wzorowany na podobnych instytucjach we Francji i Szwajcarii, składał się z mieszkających w osobnych domach kilkunastoosobowych zespołów („rodzin”) znajdujących się pod opieką wykształconego wychowawcy („ojca”). Życzliwa atmosfera i motywujące, nierepresyjne środki wychowawcze, a także opieka nad wychowankami po opuszczeniu domu (do 21. roku życia) sprawiły, że zakład mógł się pochwalić sukcesami resocjalizacyjnymi. Uchodził za wzorowy i był chwalony na arenie międzynarodowej za postępowe metody i osiągnięcia.

Poziom zakładu zaczął się obniżać na początku XX w., gdy zabrakło w nim wykwalifikowanej kadry z odpowiednim podejściem i predyspozycjami. Kara chłosty, która nie figurowała w regulaminie i była rzadko stosowana, zaczęła być wymierzana powszechnie. Według instrukcji z 1903 r. ucieczkę karano 25 uderzeniami bata, kłótnię i bójkę – siedmioma, kłamstwo – pięcioma, samowolę – czterema, tyle samo dostawało się za lenistwo i opór, a za kradzież – dwa. Czterech dorosłych mężczyzn trzymało chłopca za ręce i nogi, rozciągano go na specjalnym zydlu, a dwóch kolejnych biło na zmianę do krwi.

Takie metody doprowadziły najpierw do buntu w 1906 r., a następnie do głośnego procesu w sprawie o znęcanie się nad wychowankami. Toczył się w latach 1927-31 i zakończył wyrokami więzienia dla niektórych pracowników. Prokuratorzy udowodnili, że w zakładzie bito te nieszczęsne dzieci, kazano klękać na grochu, oblewano je wodą, kaleczono, dręczono z sadystycznym zamiłowaniem, używano drucianych plecionek – butów, rozkazywano jednym chłopcom, aby bili innych (…). Zeznania świadków demaskowały ohydę (…) metod, które zakład poprawczy w Studzieńcu przekształciły w obóz koncentracyjny dla dzieci i młodzieży (…). Sama nazwa „Studzieniec” wywoływała w społeczeństwie uczucie grozy. Wiedziano bowiem, że uzbrojeni strażnicy i wychowawcy biją i terroryzują stale przetrzymywane tam dzieci i młodzież. Była to podówczas znana powszechnie katownia nieletnich.

Placówka przechodziła później różne koleje losu, zmieniali się dyrektorzy i systemy wychowawcze, ale istnieje do dziś. Jest teraz jednak jedynym zakładem wychowawczym w Polsce, który nie jest ogrodzony. Resocjalizacja opiera się na szacunku do wychowanków i zrozumieniu ich.

Pierwszy na ziemiach polskich zakład poprawczy dla dziewcząt został utworzony w 1891 r. w Puszczy Mariańskiej. Choć podobnie jak ośrodek w Studzieńcu założyło go Towarzystwo Osad Rolnych i Przytułków Rzemieślniczych, to warunki panujące w obu placówkach znacznie się różniły. Dziewcząt nie poddawano tak drastycznym represjom: Już na pierwszy rzut oka nie widać tu cech jaskrawo więziennej natury, jakie posiada Studzieniec. Dziewczęta nie noszą szarych szat więziennych, nie stają na głos trąbki kilka razy dziennie do apelu, nie widać tu nachmurzonych twarzy, spoglądających spode łba nieufnie oczu (…) raczej może wyglądają na nieszczęśliwe i przygnębione niż na złe i zepsute.

Zakład w Puszczy Mariańskiej nie istniał długo. W 1924 r. został zamknięty z powodu remontu, a po ponownym otwarciu trzy lata później przeznaczono go dla przebywających dotychczas w Studzieńcu chłopców do 13. roku życia.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Gilles de Rais: marszałek Francji i seryjny morderca. Był francuskim bohaterem narodowym, towarzyszem broni Joanny d’Arc, sławnym wojownikiem, magnatem i dygnitarzem. Ale prowadził też drugie życie. Mroczne

Dzieci zaczęto resocjalizować dopiero w XX wieku

Rozdzielenie dorosłych i nieletnich przestępców, które nastąpiło w XIX w., nie było na naszych ziemiach powszechne. W zaborze austriackim dopiero w 1905 r. odseparowano jednych od drugich, tworząc w więzieniach oddziały dla nieletnich do 18 lat. A pierwszy i jedyny zakład poprawczy w Galicji powstał w 1913 r. w Przędzelnicy.

Prawdziwy przełom nastąpił po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i reformie sądownictwa. W 1919 r. utworzono w Warszawie, Łodzi i Lublinie specjalne sądy pokoju dla nieletnich. Artykuł 2. rozporządzenia ministra sprawiedliwości w przedmiocie urządzenia sądów dla nieletnich przyjął następujące brzmienie: Przy postępowaniu karnem przeciwko nieletnim winien sędzia pamiętać stale o stronie wychowawczej i dążyć do tego, by nieletniego skierować na drogę poprawy, a usuwać go od wpływów, które by go mogły spowodować do nowych czynów karygodnych. W tym celu należy bacznie przestrzegać wszystkie obowiązujące przepisy, dotyczące nieletnich. Urządzenie zewnętrzne sądu, sposób prowadzenia spraw powinny wykluczać surową oficjalność i ostentację sądów dla pełnoletnich. Sędzia winien postępować z nieletnim, mając ciągle i zawsze na względzie pozyskanie w przyszłości w nieletnim pożytecznej jednostki społecznej, oraz jego rozwój i wiek.

Stosunek do nieletnich przestępców zmieniał się bardzo wolno. Na dobrą sprawę dopiero w XX w., wraz z powstaniem odrębnego sądownictwa dla dzieci, zaczęto je resocjalizować, podejmując wobec nich działania wychowawcze i poprawcze, zamiast karać jak dorosłych. Wiązało się to z rozwojem praw dziecka, u których źródeł znalazło się przekonanie, że dzieci z racji niedojrzałości i niesamodzielności wymagają odmiennego traktowania, przede wszystkim opieki i ochrony, również wtedy, gdy wejdą w kolizję z prawem.

Korzystałam m.in. z: Marian Balcerek „Prawa dziecka”, Warszawa 1986; Czesław Czapów, Stanisław Jedlewski „Pedagogika resocjalizacyjna”, Warszawa 1971; Marian Kalinowski, Jerzy Pełka „Zarys dziejów resocjalizacji nieletnich”, Warszawa 2003; Marianna Korcyl-Wolska „Postępowanie w sprawach nieletnich”, Warszawa 2008; Kazimierz Pytko „Historia procesów sądowych z udziałem zwierząt”, „Focus” 2014, nr 4, www.zpstudzieniec.pl

wyborcza.pl

w ostatnim czasie przechodzi dynamiczne zmiany poglądów i ocen,więc nie ma sensu oceniać jego hipotez”

Generałowie odeszli z armii, powołali fundację. Liczą na współpracę z prezydentem Dudą

Marcin Sztandera, 06 września 2017

General Mirosław Różanski

General Mirosław Różanski (Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta)

Generałowie, którzy ostatnio odeszli z wojska, oraz były prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej zainaugurowali w Kielcach działalność fundacji Stratpoints. Nie ukrywali, że są otwarci na współpracę z prezydentem RP Andrzejem Dudą.

Fundację Bezpieczeństwa i Rozwoju „Stratpoints” powołał generał Mirosław Różański, były dowódca sił zbrojnych, który w połowie grudnia ubiegłego roku złożył dymisję. W zarządzie znalazł się…

wyborcza.pl

Starcie Ryszarda Petru z Moniką Olejnik w „Kropce nad i”. „Niech pan nie obraża mojego kraju”

05.09.2017

Z reparacjami będzie tak samo jak z wrakiem Tupolewa – będą dużo gadali, i nic nie robili – powiedział we wtorek w TVN24 lider Nowoczesnej Ryszard Petru. Jego zdaniem nikt z polityków PiS nie mówi o reparacjach za granicą, to temat tylko w Polsce.

Pamiętam, że gdy Beata Szydło jechała na jakąkolwiek ważną Radę Europejską nigdy nie mówiła tego, co gadała w Polsce. Reparacje są dobrym przykładem – mocni w gębie w Polsce, cisza za granicą – podkreślił Ryszard Petru. Z reparacjami będzie tak samo jak z wrakiem Tupolewa – będą dużo gadali, i nic nie robili – ocenił polityk. Według niego powodem wprowadzenia tego tematu do dyskusji w kraju są wyłącznie potrzeby wewnętrzne, przygotowanie gruntu na wielkie porażki międzynarodowe.

Nie ma sensu podnosić spraw, które są przegrane, bo to jest głupota. Po pierwsze czas, po drugie niepoważne, a można w tym momencie negocjować lepszy budżet europejski – powiedział Petru pytany, czy nie warto wcale podnosić tej sprawy – reparacji wojennych od Niemiec.

Na antenie doszło też do starcia między szefem Nowoczesnej a Moniką Olejnik.Kraj, który jest bezczelny, który kłamie jak Beata Szydło – powiedział w trakcie programu Petru. Wtedy Monika Olejnik przerwała jego wypowiedź, apelując, by jej rozmówca nie obrażał jej kraju. Przepraszam, użyłem skrótu myślowego – przepraszał lider Nowoczesnej.

dziennik.pl

Szydło Człowiekiem Roku Forum Ekonomicznego w Krynicy. Premier dziękuje Kaczyńskiemu

06.09.2017

Jestem zaledwie kapitanem drużyny, która ma za zadanie zmieniać Polskę – mówiła premier Beata Szydło odbierając nagrodę Człowieka Roku XXVII Forum Ekonomicznego w Krynicy. Podziękowała też Jarosławowi Kaczyńskiemu. „To jego wizja i determinacja zaowocowało zwycięstwami, które odnieśliśmy – dodała.

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński, wręczając nagrodę szefowej rządu podkreślił, że „jest to nagroda za to, kim jest Beata Szydło„, a więc „nagroda za osobowość”.

Kuchciński dodał, że jest to również „nagroda za odwagę” oraz „nagroda za konsekwencję”. Bo program, który pani premier realizuje, jest to program, którego główne zręby powstały na początku 2014 r., szlifowany, opracowywany przez 2015 r. i realizowany konsekwentnie do dzisiaj, mamy nadzieję, dalej będzie realizowany – mówił marszałek Sejmu.

Szydło odbierając nagrodę podkreśliła, że „chce przede wszystkim podziękować panu premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu„. To jego wizja, jego determinacja i stworzenie drużyny, która ruszyła w Polskę zaowocowało potem zwycięstwami, które odnieśliśmy – mówiła. Wygraliśmy, bo byliśmy drużyną – dodała szefowa rządu.

Dziękowała też ludziom, którzy pisali program PiS, pomagali, wspierali, byli ekspertami i kolegom z klubu PiS. Ja jestem zaledwie tylko i wyłącznie kapitanem drużyny, która ma zmieniać Polskę. Bo tak naprawdę to jest nagroda wszystkich – moich koleżanek i kolegów, którzy siedzą tutaj na sali, którzy pracują na co dzień w rządzie bardzo ciężko, którzy wprowadzają te projekty, programy” – podkreśliła premier. I to jest też nagroda dla całego naszego środowiska – dodała szefowa rządu.

Premier podziękowała również wszystkim zaangażowanym zarówno w kampanię wyborczą prezydenta Andrzeja Dudy jak i w kampanię, która poprzedziła ostatnie wybory parlamentarne. Wyborcy obdarzyli nas zaufaniem, powiedzieli: „spróbujcie, my wam ufamy, zrealizujcie to, o czym mówicie” – mówiła.

Naszym wielkim zobowiązaniem jest to, żeby ten projekt doprowadzić do końca. Ale żeby tak się stało ta drużyna musi cały czas być razem, musimy konsekwentnie i z uporem dążyć do tego, do czego się zobowiązaliśmy – oświadczyła premier. Mogę śmiało powiedzieć, że nie ma tej chwili w rządzie ministra, który nie ma się czym poszczycić – zaznaczyła.

Wszystkie resorty wspaniale pracują i dzięki temu możemy powiedzieć, że tak dużo dobrego się dzieje – dodała premier. Szczególne podziękowanie skierowała do wicepremiera, ministra finansów i rozwoju Mateusza Morawieckiego, za Plan na rzecz odpowiedzialnego rozwoju.

Myśmy poszli po to z tym programem, żeby zmienić życie zwykłych Polaków, żeby dać poczucie godnego życia. To jest ogromna rola (minister rodziny, pracy i polityki społecznej) Elżbiety Rafalskiej. Program 500 Plus, który okazał się rewolucyjnym, nie dlatego, że jest to program pomocowy. On zmienił faktycznie życie wielu polskich rodzin – mówiła Szydło. Dodała, że program Rodzina 500 Plus jest także programem napędzającym polską gospodarkę.

Premier dziękowała także ministrowi energii Krzysztofowi Tchórzewskiemu i wiceministrowi resortu Grzegorzowi Tobiszowskiemu za „uratowanie polskiego górnictwa”. Skierowała także podziękowania do wszystkich, którzy pracują w różnych instytucjach w całej Polsce, wprowadzając w życie projekt dobrej zmiany.

Musimy pamiętać, że to jest zaledwie początek drogi, a przed nami długa praca. Najważniejsze to, co pozostaje do zrealizowania – wskazała Szydło. To jest moja rola, żeby ta drużyna cały czas była razem – dodała.

Premier podkreśliła, że przyjeżdżała na Forum Ekonomiczne w Krynicy w różnych rolach jako samorządowiec i parlamentarzysta.

Za każdym razem, kiedy tutaj przyjeżdżałam widziałam i słyszałam dyskusje o Polsce, o Europie, o tym co zrobić, jak zrobić, żeby wszystkim nam żyło się po prostu lepiej, żebyśmy byli państwem, które jest w awangardzie nowoczesnej Europy – powiedziała premier.

Szefowa rządu wyraziła nadzieję, że Forum Ekonomiczne w Krynicy będzie łączyć wszystkich w dyskusji o przyszłości, która ma być „bezpieczna i dawać poczucie satysfakcji młodym Polakom”.

Możemy się różnić, możemy mieć różne zdania, możemy mieć różne poglądy, bo jest to rzeczą naturalną, ale powinna nas łączyć Polska. Myślę, że każdy z nas siedzących tutaj na sali ma takie przekonanie, że właśnie to są bardzo ważne momenty, chwile w życiu naszego narodu, że zmieniamy Polskę, po to, by Polakom lepiej się żyło, byśmy byli zadowoleni z tego miejsca na ziemi, w którym żyjemy – mówiła szefowa rządu.

Premier podziękowała również założycielowi Forum Ekonomicznego w Krynicy Zygmuntowi Berdychowskiemu.

Dodała, że 5 września jest dla niej szczególną datą także ze względów prywatnych. Chcę podziękować osobie, dla której ta data jest tak samo ważna jak dla mnie, bo to dzięki mojej rodzinie, dzięki miejscu na ziemi, które mam jestem tym, kim jestem – podkreśliła premier Szydło.

Laudację na cześć premier Szydło wygłosił dziekan wydziału finansów i prawa Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie Mariusz Andrzejewski. Przypomniał, że w 2010 r. kiedy została ona wiceprezesem PiS, objęła obowiązki związane z sprawami gospodarczymi i podjęła „pracę na ciągłym doskonaleniem i opracowywaniem programu gospodarczego”.

Ponadto – jak mówił – wieloletnia praca Szydło w komisji finansów powoduje, że „myśląc i mówiąc o Beacie Szydło myślimy jak najbardziej o tej stronie gospodarczej i ugrupowania politycznego i obecnego rządu”. To powoduje, że jesteśmy w pełni przekonani, że nagroda Forum Ekonomicznego należy się osobie, która tak naprawdę uprawia realną gospodarkę i zmienia tę gospodarkę. Jest głównym liderem zmian gospodarczych w kraju – mówił Andrzejewski.

Zaznaczył jednocześnie, że ta nagroda jest dla szefowej rządu, ale splendor musi też spadać na tych, którymi ona dowodzi, czyli na członków rządu za poszczególne osiągnięcia.

Wśród osiągnięć Andrzejewski wymienił m.in. Program 500plus oraz Mieszkanie plus. Wskazywał też na repolonizację polskiej energetyki, czy uzdrowienie polskiego górnictwa, które „dzieje się na naszych oczach”. Zwracał też na tworzenie Wojsk Obrony Terytorialnej, co wpływa na polskie bezpieczeństwo.

Premier Beata Szydło nie boi się odważnie zmierzać realizacji postawionych celów przed rządem, że dokonała wspólnie z wicepremierem Mateuszem Morawieckim repolonizacji banków polskich, które są bardzo ważnym elementem na przyszłość, ażebyśmy mogli się rozwijać i ażeby akcja kredytowa w naszym kraju nie pozostawała co do decyzji nie w naszych rękach. Brawo za tę odwagę i to pozostaje też podkreślone w dokonaniach pani premier i pana premiera Mateusza Morawieckiego – mówił Andrzejewski.

Rada Programowa Forum Ekonomicznego przyznaje nagrodę Człowieka Roku wybitnym osobom, które swoją postawą i dokonaniami wywarły największy wpływ na bieg spraw w Europie Środkowowschodniej.

W poprzednich latach tytuł Człowieka Roku trafił do m.in.: papieża Jana Pawła II, Lecha Wałęsy, Donalda Tuska, Jarosława Kaczyńskiego czy premiera Węgier Viktora Orbana.

W trakcie uroczystej gali we wtorek przyznano również nagrody: firmy roku 2016, którą otrzymał Alior Bank oraz nagrodę specjalną dla prezydenta Gruzji Giorgi Margwelaszwili.

Jak zaznaczył w swojej laudacji dyrektor Studium Europy Wschodniej UW Jan Malicki, gruziński prezydent postawił sobie za cele „dbałość o niepodległość, niezależność Gruzji, o wolność Gruzji, o bliskość Gruzji do Zachodu, Gruzję będącą jak najbliżej Europy”. „Ci, którzy myśleli, że nowy prezydent zmieni kierunek myślenia Gruzji bardzo, bardzo się pomylili” – dodał.

Odbierając nagrodę z rąk b. prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki Margwelaszwili podkreślił, że „Gruzja obrała swoją drogę w kierunku tych samych wartości, które również dla was są ważne, wartości, które były ważne dla naszych przodków, wartości dotyczących swobód obywatelskich, praw człowieka, państwa prawa”.

Zapewnił również, że jego kraj jest zdeterminowany, aby cele te zrealizować. Chcemy być razem, iść z wami ramię w ramię i chcemy aktywnie integrować się z Unią Europejską, aktywnie promować tę integrację, chcemy przyjąć pewne zobowiązania związane z globalną stabilnością, to, co robimy od czasu odzyskania naszej niepodległości – powiedział gruziński prezydent.

dziennik.pl

Andrzej Talaga: Raczej do piaskownicy niż do szachów

Foto: Fotorzepa, Robert Gardziński

Polsce brakuje strategii.

Zbliżają się wybory do Bundestagu. Po nich nowe przywództwo Niemiec – zapewne ponownie Angela Merkel – zakończy okres geopolitycznej pasywności i przejmie z rąk Paryża inicjatywę w reformowaniu Unii Europejskiej. Nadchodzą więc kluczowe lata dla określenia miejsca Polski w Europie, tymczasem ani nie widać planu rozegrania tej batalii, ani myślenia strategicznego na dekadę do przodu. Przeciwnie, polskie państwo brnie w napięcia z UE oraz najsilniejszymi krajami Unii.

Jeśli Polska ma rację co do pożądanego kształtu UE (a ma), jak zamierzamy przeforsować naszą wizję? Skoro Niemcy nie są do końca zainteresowane planem zaproponowanym przez Macrona (korzystniejsza jest dla nich szeroka Unia 28 państw niż ograniczona do strefy euro), jak złożyć im lepszą ofertę? Skoro chcemy budować Trójmorze, jak zamierzamy zdobyć lojalność tworzących je państw? To pytania, na które trudno szukać odpowiedzi. Lepsze wszak podniecanie się rzezią wołyńską i reparacjami wojennymi od Niemiec. W obu sprawach Polska ma zresztą rację, tak jak w przypadku przyszłości Unii i przyjmowania imigrantów. To jednak nie wystarczy. Trzeba jeszcze umieć wcielić ją w życie. Te, których nie da się zrealizować, są bezwartościowe.

Jeśli chcemy być silnym podmiotem europejskiego koncertu, musimy umieć grać. Nie na emocjach, ale w politykę, chłodną, wyrachowaną, która niechaj będzie nawet amoralna, byle skuteczna. Na razie bardziej przypominamy przedszkolaka siadającego do partii szachów, który obraża się, gdy przeciwnik zbije mu pionka lub figurę.

Plansza, na której przyjdzie toczyć grę o przyszłość, nie wygląda dobrze. Iskrzy w kontaktach z instytucjami UE (reformy sądowe), Niemcami (odszkodowania), Francją (pracownicy delegowani), Litwą (szkolnictwo i projekt paszportów), Ukrainą (polityka historyczna). Nasz największy sojusznik – Węgry – jest jawnym koniem trojańskim Rosji w Unii, działającym przeciw europejskiej niezależności energetycznej, Słowacja chce wejść do twardego jądra projektowanego przez prezydenta Macrona, Czechy chcą koordynować politykę europejską i bezpieczeństwa z Niemcami. Bułgaria i Rumunia z kolei, choć o „jądrze” nie mają co marzyć, ani myślą ginąć za Trójmorze, jeśli Francja zaoferuje im inwestycje gospodarcze. Jesteśmy osamotnieni i mamy znikomą zdolność budowania wewnątrzunijnych koalicji.

Aby sprawie dodać pikanterii, Polska pozostaje bardzo atrakcyjnym partnerem ze względu na dynamicznie rosnącą gospodarkę, sporą populację i jej siłę nabywczą oraz jedną z najsilniejszych armii w Europie. Nikt nie wypycha nas z pierwszego kręgu UE, robimy to sami.

Gdyby potraktować poważnie przekaz publiczny, gdziekolwiek spojrzeć: na wschód, zachód, południe, północ – nie mamy wiarygodnych przyjaciół.

To sytuacja nie do przyjęcia. Czas na otrzeźwienie. Przy naszym położeniu geopolitycznym Polska nie ma potencjału ani środków, by przetrwać samodzielnie. Musimy być odpowiedzialnym członkiem wiarygodnych wspólnot polityczno-obronnych: UE i NATO. Tymczasem można odnieść wrażenie, że nasz przeciwnik to Bruksela i Berlin. Nie. Jest nim wyłącznie Moskwa, im słabsza pozycja Polski w UE, tym lepiej dla niej. Tego właśnie chcemy?

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcą firm zbrojeniowych

rp.pl

Błaszczak: tezy „Polityki” o podsłuchach i zbieraniu haków na opozycję, to bezpodstawne teorie

Foto: PAP/Tytus Żmijewski

Minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Błaszczak pytany o raport tygodnika Polityka, z którego wynika, że służby za chętnie i za łatwo podsłuchują oraz że zajmują się zbieraniem haków na opozycję powiedział, że są to „bezpodstawne teorie”.

„Są to bezpodstawne teorie prezentowane na łamach gazety, która jest zaangażowana w spór polityczny” – powiedział Błaszczak w środę w porannym wywiadzie dla radiowej Jedynki.

„Cieszę się z tego, że gazety nie są miałkie, tylko mają swój charakter, prezentują pewne poglądy polityczne. Ta gazeta jest gazetą, która bardzo mocno atakuje rząd, bezpodstawnie zupełnie” – ocenił. „Bezpodstawnie, jeżeli popatrzymy na to, co się dzieje w naszym kraju, to proszę popatrzeć na sytuację u naszych sąsiadów” – dodał.

 

W jego ocenie „służby są przygotowane, mają odpowiednie narzędzia, żeby przeciwdziałać zagrożeniu”.

„Mówiono o ustawie antyterrorystycznej, tymczasem dzięki ustawie antyterrorystycznej doprowadziliśmy do tego, że z Polski zostało deportowanych kilku ludzi, którzy mieli związki z islamskimi organizacjami terrorystycznymi” – zaznaczył szef MSWiA.

rp.pl

Krzysztof Łapiński: jeśli prezydent oczekiwałby zmian w rządzie, to by je wyraził

Foto: PAP/Darek Delmanowicz

Jeśli prezydent miałby oczekiwania co do zmian w składzie Rady Ministrów, to na pewno by je wyraził prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu. Nie mam informacji, by takie propozycje formułował – powiedział dziennikarzom rzecznik prezydenta Krzysztof Łapiński.

Łapiński był pytany przez dziennikarzy w Krynicy o doniesienia medialne mówiące o tym, że prezydent Andrzej Duda zażądał od premier Beaty Szydło dymisji szefa MON Antoniego Macierewicza.

„Trudno mi się odnosić do różnego rodzaju spekulacji medialnych. Oczekiwania, co do zmian w rządzie to poważna sprawa” – odparł minister. „Jeśli prezydent miałby oczekiwania co do zmian w składzie Rady Ministrów, to na pewno wyraziłby je prezesowi Kaczyńskiemu, a takiej informacji nie mam, żeby takie propozycje formułował” – oświadczył Łapiński.

Dodał, że zgodnie z Konstytucją, prezydent dokonuje zmian w rządzie na wniosek prezesa Rady Ministrów.

Łapiński został też spytany, czy dojdzie do spotkania prezydenta z szefem MON Antonim Macierewiczem ws. Raportu Strategicznego Przeglądu Obronnego.

Resort obrony poinformował w piątek, że nowa wersja Raportu Strategicznego Przeglądu Obronnego, przedstawiona ostatnio prezydentowi (poprzednią przesłano pod koniec maja), uwzględnia m.in. zmienioną prognozę budżetową i nowe szacunki wzrostu PKB.

Również piątek minister Macierewicz ponowił zaproszenie dla prezydenta Dudy do wspólnej dyskusji o systemie dowodzenia i ewentualnych wątpliwościach związanych ze Strategicznym Przeglądem Obronnym.

„Faktycznie dostaliśmy kilka dni temu bardzo obszerny dokument, ale żeby o nim dyskutować to trzeba się najpierw z nim zapoznać, przeanalizować go. Muszą to zrobić eksperci Biura Bezpieczeństwa Narodowego” – powiedział rzecznik prezydenta.

„Odpowiednikiem ministra obrony narodowej wśród współpracowników prezydenta jest szef BBN Paweł Soloch” – przypomniał minister. Podkreślił, że „to jest najlepszy kontakt do uzgadniania kwestii dotyczących prac nad SPO, czy nad nową ustawą o kierowaniu i dowodzeniu armią”.

Łapiński dodał, że prezydentowi dobrze współpracuje się z rządem, bo utworzyła go formacja polityczna, z której sam się wywodzi.

rp.pl

WICEPREMIER GLIŃSKI WYCHODZI DO LUDZI!

Ogólnopolska Konferencja Kultury ma być odpowiedzią na potrzeby środowisk twórczych, nadzieją dla zubożałych artystów i sposobem na partycypację społeczeństwa przy tworzeniu nowego prawa o kulturze. A także odpowiedzią na Kongres Kultury z października 2016, który ministerstwo zignorowało. Co wyniknie z rozpoczętej właśnie imprezy resortu kultury?

Przed ubiegłorocznym Kongresem Kultury byłem względem tego wydarzenia bardzo sceptyczny – obawiałem się celebrytozy, samozadowolenia, pustosłowia i elitaryzmu. Jednak organizowana oddolnie – przy finansowym wsparciu stołecznego ratusza – impreza okazała się nie tylko zdolna do krytycznej autorefleksji, ale też dużo bardziej propracownicza, niż można było się spodziewać po firmujących ją nazwiskach luminarzy. Kongres był wydarzeniem na ogromną skalę – jeśli chodzi o liczbę wydarzeń czy gości, wśród których znalazło się miejsce zarówno dla znanych intelektualistów, jak i animatorów, pracowników instytucji i społeczników z całej Polski. Z jednym ale  – ubiegłorocznego Kongresu, po raz pierwszy w historii tego typu imprez, nie odwiedził minister kultury. Zapowiedział za to własną imprezę – rozpoczynającą się właśnie Ogólnopolską Konferencję Kultury, która miała być nie „warszawska”, a pójść „w Polskę”, zajmować się kulturą „od dołu”.

http://krytykapolityczna.pl/kultura/po-kongresie-kultury-zakasac-rekawy-i-do-pracy/embed/#?secret=O5eMafHK3M

Po niespełna roku okazało się jednak, że ministerialna Ogólnopolska Konferencja Kultury to impreza wybitnie branżowa, zorientowana na zawodowych artystów. Poświęcona jest wyłącznie instytucjom artystycznym – teatrom, galeriom czy filharmoniom. Pisarze nie mają zbyt wielu publicznych instytucji – więc spotkania dla nich nie będzie. O czytelnictwie, bibliotekach, domach kultury, NGO-sach zajmujących się inną działalnością kulturalną niż tworzenie sztuki – zgodnie z programem też nie będzie mowy. Podobnie jak o wyrównywaniu szans w dostępie do kultury.

Fot. konferencjakultury.pl/conference

Na ministerialnej imprezie nie przewidziano też debaty o kinie – pewnie dlatego, że istnieje osobna ustawa o kinematografii, a inicjatorka całego wydarzenia, wiceminister Wanda Zwinogrodzka, zapowiedziała wprost, że Ogólnopolska Konferencja Kultury ma pełnić rolę konsultacji do nowej ustawy o prowadzeniu działalności kulturalnej (w grę wchodzi też jej ewentualna gruntowna nowelizacja). To ważne słowa – ta ustawa wyznacza ramy działania samorządowych instytucji kultury, a w Polsce na kulturę najwięcej pieniędzy wydają właśnie samorządy. Przy wszystkich patologiach Polski samorządowej – właśnie ta decentralizacja broni nas przez zbyt łatwym przejęciem całości życia kulturalnego przez „dobrą zmianę”. Wszyscy zgadzają się, że obecne prawo ma wiele mankamentów. Ministrowi Glińskiemu trudno jednak ufać, że zdoła je naprawić, a nie zastąpić innymi.

Ogólnopolska Konferencja Kultury to szczególne konsultacje – ministerstwo nie przedstawiło żadnych konkretnych propozycji rozwiązań legislacyjnych, które miałyby być konsultowane. Resort Glińskiego twierdzi, że chce rozwiązywać problemy „środowiska” – dlatego na Konferencji wysłucha jego głosu. W swoich działaniach resort uporczywie nie dostrzega jednak tego, co w poruszanych przez Konferencję tematach zostało już rękami i głowami „środowiska” zrobione i przemyślane – np. pracy grupy roboczej przy Instytucie Teatralnym, która razem z samorządowcami przygotowała założenia dobrych praktyk ws. konkursów dyrektorskich. Albo pracy Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej czy Komisji „Pracownicy Sztuki” przy związku zawodowym Inicjatywa Pracownicza, zajmujących się od lat sytuacją społeczną, wynagrodzeniami artystów czy brakiem ubezpieczeń społecznych dla tej grupy zawodowej – do żadnej z tych organizacji nikt z przygotowujących Konferencję się nie zwrócił.

http://krytykapolityczna.pl/kultura/janion-szczerze-nienawidze-naszego-mesjanizmu-list-do-kongresu-kultury/embed/#?secret=fA1StqrZKd

Czy Konferencja to zatem sensowna dyskusja, wyważanie (niekiedy) otwartych drzwi, czy po prostu polityczna szopka? Z pewnością wydarzeniu warto się przyglądać. Nie jest tak, że stoją za nim sami pisowscy hunwejbini, artyści smoleńscy i kandydaci na politycznych komisarzy. Konferencyjne stężenie „dobrej zmiany” różni się w zależności od branży. Największe jest chyba w sztukach wizualnych, których przedstawiciele spotkają się 14–15.09 w krakowskiej ASP. Wśród współtwórców wydarzenia jest m.in. Związek Polskich Artystów Plastyków, który od lat ustawia się w konserwatywno-spiskowej opozycji do wiodących instytucji życia artystycznego. Jednym z gospodarzy paneli dyskusyjnych jest Andrzej Szczerski, twórca wystawy „Dziedzictwo” w kierowanym przez siebie Muzeum Narodowym w Krakowie. Moderatorem innego kurator Piotr Bernatowicz, znawca i promotor sztuki smoleńskiej, kurator ostatniego podejścia do stworzenia „prawicowej sztuki zaangażowanej” – wystawy „Historiofilia” oraz były dyrektor poznańskiej galerii Arsenał. Ciekawe, jak w tym gronie odnajdzie się Hanna Wróblewska, dyrektorka warszawskiej Zachęty?

Muzyka poważna traktowana jest… najpoważniej – poświęcona jej konferencja zgromadziła dyrektorów ważnych instytucji i rozpoczyna całą serię spotkań. Może dlatego, że całą Konferencję koordynuje Narodowy Instytut Fryderyka Chopina. Inauguracja Konferencji – a zarazem zjazd poświęcony muzyce – odbywa się w okazałym nowoczesnym gmachu wrocławskiego Narodowego Forum Muzyki. Jego dyrektor, Andrzej Kosendiak odgrywa również istotną rolę w ministerialnej Radzie ds. Instytucji Artystycznych, która też zgłasza swoje propozycje do nowej ustawy.

Na tle tych dwóch dużych „zjazdów” – plastycznego i muzycznego – spotkania poświęcone teatrowi, tańcowi i „kulturze ludowej” prezentują się skromniej. Warto jednak zauważyć, że jednym z organizatorów teatralnej konferencji w Gdańsku jest specjalista od polityki kulturalnej Paweł Płoski, który przygotowywał też poświęcony systemowi teatrów publicznych w Polsce panel październikowego Kongresu Kultury. Podobnie jest przy spotkaniu „tanecznym” – tam też wydarzenia współtworzą ludzie od dawna aktywni w środowiskowych debatach.

„Udało się przekonać oponentów” – triumfuje wiceminister Wanda Zwinogrodzka, autorka pomysłu konferencji, na łamach Niezaleznej.pl. Zwinogrodzka stara się wykazywać zbieżność postulatów „środowiska” i kulturalnej opozycji z programem konferencji. A jako swój sukces zaprezentować nawet… zgłoszone przez inicjatywę Kultura Niepodległa alternatywne obchody stulecia odzyskania niepodległości.

http://krytykapolityczna.pl/kultura/kultura-niepodlegla/embed/#?secret=r6y2obPAuS

Zwinogrodzka w swoich ostatnich wypowiedziach gra przede wszystkim kartą socjalną – powtarza, że społeczeństwo nietrafnie utożsamia „artystów” z „celebrytami” i nie zdaje sobie sprawy z ich złej sytuacji materialnej. Sporo w tym prawdy – pilnie pracują na to m.in. niepokorni publicyści i szczujące wraz z nimi na twórców media narodowe. Tyle tylko, że resort kultury ma dość nikły bezpośredni wpływ np. na to, ile zarabiać będą artyści w samorządowych instytucjach – a tych jest najwięcej.

Sprawą, o której chętnie mówią zarówno ministerialni, jak i „społeczni” organizatorzy, jest „status artysty”. Rozumiany jest on tutaj nie tylko jako warunki społeczno-ekonomiczne, w których przychodzi artyście pracować, czy prestiż, jakim cieszy się w społeczeństwie (lub nie), ale także prawne dookreślenie, kto artystą danej sztuki jest, a kto nie jest – i jakie powinny iść za tym ułatwienia podatkowe czy np. opcje ubezpieczeniowe. Taki „status” chcą formalnie doprecyzowywać i minister Zwinogrodzka, i przewodniczący ZPAP Janusz Janowski – jak mówił ten ostatni w Telewizji Republika, pomoże to odróżniać sztukę od działań „amatorów”.

Czasem formalizowanie statusu artysty ma bardzo realne znaczenie – ministerstwo chętnie szermuje np. faktycznie drastycznym przykładem podniesienia wieku emerytalnego tancerzy baletowych, którym w 2009 r. nagle kazano pracować do sześćdziesiątki i dłużej. Tyle, że znów – prace nad tym zagadnieniem trwają od dawna, podjęte zostały niemal natychmiast po kontrowersyjnej decyzji rządu PO przez Związek Artystów Scen Polskich i Instytut Muzyki i Tańca. Ale żeby zmieniać przepisy emerytalne, potrzebna byłaby wola polityczna wykraczająca daleko poza teren wpływów ministerstwa kultury.

Gra ze „statusem” ma też aspekt resentymentalny – w prawicowym dyskursie wyciąganie temu czy innemu docenianemu przez zgniły salon twórcy, że nie legitymuje się tytułem „magistra sztuki”, ma długą tradycję. Wreszcie, rozważania nad „statusem” mogą też przydać się przy puszczaniu oka w kierunku zaciekłych przeciwników „sztuki zdegenerowanej”. Niekoniecznie musi się to dziać podczas obrad branżowej konferencji, ale już przy ich medialnej konsumpcji w skrajnie prawicowych mediach – jak najbardziej. Wystarczy parę uproszczeń – i będzie można opowiedzieć, jak to wreszcie ministerstwo wzięło się za legislacyjne ustalenie, co jest „prawdziwą sztuką”, a co „prymitywną hucpą” czy „tandetną prowokacją”.

http://krytykapolityczna.pl/kultura/spolecznie-odpowiedzialne-instytucje-kultury/embed/#?secret=tqlCSNX61T

Że najprawdopodobniej wiele z tych statusowych ustaleń nie wyniknie – o to mniejsza. Kierownictwo resortu o konkretnych pomysłach zmian w ustawie wypowiada się póki co wyjątkowo ostrożnie. Uważnych obserwatorów polityki kulturalnej PiS oględność deklaracji ministerstwa nie powinna zaskakiwać. To groteskowy paradoks – mimo wszystkich skandalicznych działań i wypowiedzi – Piotrowi Glińskiemu bliżej do dobrozmianowych „liberałów” (a może raczej „mienszewików”) niż do Macierewicza. Owszem, jeśli w grę wchodzą sprawy o istotnym bieżącym politycznym znaczeniu dla radykalnego elektoratu prawicy, jak sprawa Olivera Frljića i festiwalu Malta, Teatru Polskiego we Wrocławiu, albo najbardziej eksponowanych przedstawicieli kulturalnego establishmentu późnej III RP na dyrektorskich stanowiskach (Potoroczyn, Merczyński…) czy kwestia dyrekcji Jana Klaty w Starym Teatrze w Krakowie – minister nagina albo wręcz łamie zasady. Odbiera przyznane już dofinansowanie mimo podpisanej umowy albo przerywa dyrekcję przed końcem kontraktu… A jednak mimo wszystko w założeniach jest to wciąż ten sam system polityki kulturalnej. Gliński psuje standardy – nie robi jednak demolki na skalę Zalewskiej czy Szyszki. Mała to pociecha, ale warto to zauważyć.

Tymczasem spora część politycznego zaplecza oczekuje od Glińskiego znacznie więcej, stawiając mu wymagania tyleż radykalne, co niezbyt realne. Fascynaci Donalda Trumpa i Mariusza Maksa Kolonko nie mieliby nic przeciwko likwidacji ministerstwa kultury na wzór anglosaski – niech za te fanaberie płacą widzowie i prywatni mecenasi. Z kolei członkom klubów „Gazety Polskiej”, fanom Radia Maryja, ale i wielu zasłużonym tuzom niepokornej publicystyki marzyłoby się objęcie instytucji artystycznych znacznie surowszym komisariatem politycznym oraz przyspieszenie procesu „wymiany elit”. To im z właściwym sobie poczuciem humoru profesor Gliński tłumaczył w jednym z wywiadów, że nie zadekretuje nieistnienia Paszportów „Polityki”, Nagrody Nike i Adama Michnika ustawą.

Jakaś ustawa jednak w końcu powstanie. I trudno sobie wyobrazić, by PiS nie próbował wykorzystać jakoś do swoich celów dwóch kluczowych pomysłów powracających przy wypowiedziach o zmianie najważniejszego dla środowiska kultury prawa – nowego, bliżej niedookreślonego mechanizmu centralnego dofinansowania samorządowych instytucji artystycznych i reformy sposobu powoływania ich dyrektorów. Co konkretnie zostanie zaproponowane, tego wciąż nie wiemy – tym pilniej Glińskiemu i Zwinogrodzkiej trzeba patrzeć na ręce.

BIO

Witold Mrozek

| Krytyk teatralny, publicysta
Krytyk teatralny i publicysta. Dziennikarz „Gazety Wyborczej”, wcześniej „Przekroju”. Studiował na MISH UJ.

http://krytykapolityczna.pl/kultura/wicepremier-glinski-wychodzi-do-ludzi/?utm_source=dlvr.it&utm_medium=twitter&utm_campaign=krytyka

Wicepremier Gliński wychodzi do ludzi!

KOLONIZACJA NA PRAWIE MORAWIECKIEGO

Cała Polska stanie się Specjalną Strefą Ekonomiczną.

Jak informuje Puls Biznesu, Mateusz Morawiecki w Krynicy zaprezentuje nowe propozycje zachęcające inwestorów do rozwijania swojej działalności w Polsce. Pomysł ministra rozwoju opiera się na rozszerzeniu zasad działania Specjalnych Stref Ekonomicznych (SSE), które do polskiej gospodarki wprowadził rząd Waldemara Pawlaka w 1994. Rozszerzeniu radykalnym – na „specjalnych zasadach” państwo będzie mogło dotować biznes prywatny w całym kraju. Oznacza to, że w praktyce cała Polska stanie się Specjalną Strefą Ekonomiczną.

Zachęty dla kapitału to m.in. zwolnienia i ulgi podatkowe na okres nawet do 20 lat, pomoc specjalnie oddelegowanych doradców, a także różne uproszczenia i ułatwienia (np. w korzystaniu z gruntów). Ministerstwo deklaruje, że zamierza wspierać lokowanie firm w regionach z najwyższym bezrobociem. Strefy będą, tak jak teraz, otwarte także dla rodzimego biznesu. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce relacja obecności w nich kapitału zagranicznego do polskiego to dziś 4:1.

Ci, którzy oczekiwali od rządu Prawa i Sprawiedliwości zmiany polityki gospodarczej na bardziej suwerenną mogą czuć się rozczarowani. „Wstawanie z kolan” i dążenie do wyjścia z  „pułapki średniego rozwoju” słabo się bowiem rymuje ze ściąganiem kapitału za wszelką cenę. Bo aby liczyć zyski w przyszłości (nabycie technologicznego know-how, wpływy z podatków i składek pracowniczych, promocja regionu) trzeba do tego interesu słono dopłacać z budżetu poprzez liczone w miliardach zwolnienia podatkowe. „Bardziej zrównoważony” charakter mają mieć rozwiązania szczegółowe: wsparcie dla mniejszych firm ma być proporcjonalnie największe, a biznesy będą mogły się ubiegać o pomoc publiczną dla inwestycji już od wartości 200 tys. zł. Niestety, w rządowych zapowiedziach nie ma mowy np. o preferencji dla firm zatrudniających na umowę o pracę, czy wykazujących duży poziom członkostwa w związkach zawodowych. Elementem welcome pack dla inwestorów będzie za to – podobnie jak w dotychczasowych SSE – możliwość elastycznego zatrudniania i zwalniania pracowników.

„Wstawanie z kolan” i dążenie do wyjścia z  „pułapki średniego rozwoju” słabo się rymuje ze ściąganiem kapitału za wszelką cenę.

Skąd takie działania? Wydaje się, że Morawiecki coraz bardziej przejmuje się naszym impasem inwestycyjnym. Ogólne wskaźniki makroekonomiczne (PKB, bezrobocie, dynamika płac) wyglądają dobrze, co odnotowała niedawno agencja Moody’s, podwyższając prognozę wzrostu PKB z 3,2 do 4,3 proc. Od dojścia do władzy Prawa i Sprawiedliwości Polska gospodarka zmaga się jednak z poważnym problemem. Nasz wzrost oparty jest przede wszystkim na wzmożonej konsumpcji – ten efekt wzmocnił m.in. program 500+ czy wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej. Mimo ogólnego prosperity, bardzo słaby pozostaje poziom inwestycji, zwłaszcza prywatnych. Coraz więcej ludzi ma coraz więcej pieniędzy, ale przedsiębiorcy nie chcą inwestować. Ma to wpływ na stopę inflacji, która ostatnio przyspieszyła, a to powoduje groźny dla każdej władzy wzrost cen – jak ostatnio w lipcu i sierpniu, kiedy nawet w trakcie protestów w obronie sądów polski internet żył przede wszystkim historycznym rekordem cen masła.

Ekonomiści różnych orientacji zgadzają się, że długofalowy wzrost gospodarczy i podniesienie stopy życia obywateli zależy przede wszystkim od inwestycji – publicznych i prywatnych. Polska gospodarka wymaga intensywnego skoku jakościowego – potrzebujemy miejsc pracy i firm wytwarzających wysoką wartość dodaną. Iphony, nie europalety, mówiąc skrótowo. Inwestycje, o których w ostatnim czasie było najgłośniej – Daimler, Mercedes czy Amazon – są tego przeciwieństwem. To montownie, które przenoszą się do Polski ze względu na niższe niż na zachodzie koszty pracy. Co gorsza, są konstruowane tak, żeby maksymalnie szybko dawało się je spakować i przewieźć w jeszcze bardziej konkurencyjne miejsce. To, że Minister Morawiecki sięga po to przestarzałe narzędzie polityki gospodarczej świadczy o braku wiedzy lub – co zdecydowanie bardziej prawdopodobne – desperacji.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/amazon-nikt-nie-chce-byc-trybem-w-maszynie/embed/#?secret=0MmueC5uho

NAJNOWSZE DZIEJE SSE

SSE sprowadzono do Polski na fali świecącej wtedy triumfy ideologii wolnorynkowej (tzw. Konsensu Waszyngtońskiego), w myśl której obniżanie podatków dla inwestorów to najlepsze, o ile nie jedyne skuteczne narzędzie polityki gospodarczej państwa. W najgorszych okresach III RP bezrobotny był nawet co piąty Polak. Polska gospodarka faktycznie potrzebowała wówczas kapitału – i z braku tego krajowego walka o inwestora zagranicznego miała pewien sens rozwojowy. Pozyskiwanie zagranicznego kapitalisty za wszelką cenę było zatem jedną z podstaw rozwoju Polskiej gospodarki po 1989. Jeden z naszych pionierów gospodarki rynkowej, Jan Krzysztof Bielecki nazwał ten okres „polowaniem na kapitalistę”.

Mało kto jednak mówi wprost, że wzrost gospodarczy budowany był wówczas kosztem pracowników – niskich pensji, wydłużonego czasu i gorszych warunków pracy. Od tego czasu podobno miało się w Polsce sporo zmienić. Gospodarka urosła 2,5 krotnie, w dużych miastach mamy de facto pełne zatrudnienie, a bez ponad miliona Ukraińskich pracowników nasza gospodarka prawdopodobnie już byłaby w fazie recesji. W tej sytuacji dziwaczna jest decyzja, aby dalej subsydiować biznes prywatny z podatków szczególnie, gdy wiąże się to z akceptacją patologicznych relacji pracy.

Spór o Specjalne Strefy Ekonomiczne trwał w Polsce przez lata. Stronę SSE trzymali kolejni ministrowie gospodarki, dla których każda kolejna inwestycja, szczególnie zagraniczna była okazją do zrobienia pamiątkowych zdjęć przecinania wstęgi i brylowanaa w mediach. Natomiast przeciwnikami stref nie byli wbrew pozorom tylko działacze pracowniczy czy lewicowe ekonomistki.

Krytycznie o polityce przemysłowej opierającej się na SSE wypowiadało się ministerstwo finansów, a z czasem także pracy i polityki społecznej. Ci pierwsi pilnowali budżetu zwracając uwagę, że do każdego miejsca pracy w SSE budżet państwa dopłaca osiemdziesiąt tysięcy złotych i więcej (według moich kolegów i koleżanek z Fundacji Kaleckiego w latach 2010-12 ta kwota ta wynosiła nawet 140 tys. zł). Tylko między 1998 a 2013 r. skarb państwa utracił z tytułu ulg podatkowych dla firm w SSE wpływy rzędu 14,6 mld zł. Z kolei resort pracy i polityki społecznej zwracał uwagę na patologiczne łamanie praw pracowniczych, którego dopuszczają się firmy ulokowane w strefach. Standardem jest tam stosowanie umów śmieciowych, czy korzystanie z agencji pracy tymczasowej. Jeśli zaś celem działania SSE ma być walka z regionalnym bezrobociem, to nie sposób zrozumieć, czemu firmy ściągają do pracy w nich tanią siłę roboczą z innych krajów. Już w 2013 poważnie rozważano ich zamknięcie. Ostatecznie rząd Donalda Tuska zdecydował się na przesunięcie daty ich zamknięcia z roku 2020 na 2026.Tym bardziej teraz, niemal trzy dekady od rozpoczęcia transformacji ustrojowej przychylna Strefom polityka ekonomiczna rządu musi budzić zdziwienie.

DŁUGIE TRWANIE „SPECJALNEJ” PRACY

Minister Morawiecki z wykształcenia jest historykiem. Nie można odmówić mu wyobraźni historycznej, często mówiąc o gospodarce elokwentnie żongluje anegdotami, analogiami, czy cytatami z przeszłości. Na pewno więc zdaje sobie sprawę, jak nazwanoby jego pomysły na rozwój Polski w perspektywie długiego trwania. Polska obszarem „specjalnej pracy” nie jest bowiem od wczoraj. Pierwsze SSE w Polsce w postaci tzw. kolonizacji na prawie niemieckim powstały bowiem już w XII wieku na Śląsku. Przez kolejne stulecia ten model kwitł w najlepsze, obejmując pozostałe regiony Korony.

Piastowska Polska była krajem peryferyjnym, bez silnej władzy centralnej, w stanie ciągłych konfliktów zewnętrznych i wewnętrznych. Pod względem gospodarczym nasz region był zapóźniony, a rozwój jego miast ograniczony zdecentralizowaną i chaotyczną organizacją handlu czy transportu. Także rolnictwo tkwiło w poprzednich stuleciach, co było źródłem nie tyle nawet braku bogactwa, co zwyczajnego niedostatku żywności, owocujących niższą niż w Europie Zachodniej gęstością zaludnienia, a więc i znaczeniem gospodarczym i politycznym.

W takiej sytuacji lokalni feudałowie próbując przełamać gospodarczą niemoc sięgali po pomoc z Zachodu. Przedsiębiorczy wójt (niem. Vogt) – zasadźca opłacał ekipę śmiałków (zazwyczaj z Zachodu, czyli Niemiec) by po przybyciu na ziemie polskie zbudować czy zreorganizować wieś lub miasto. W zamian za przywieziony know-how(najczęściej w postaci zbioru regulacji wywodzących się z Magdeburga czy Lubeki), ekspertów i kapitał zakładowy otrzymywał tzw. „wolniznę”, czyli zwolnienie podatkowe oraz dziedziczne prawo do zarządzania domeną. Odpowiadał tylko przed lokalnym feudałem lub Kościołem. Podobnie jak w wypadku współczesnej akceptacji dla wyłączeń spod powszechnie obowiązującego prawa pracy, średniowieczny inwestor miał też uprawnienia w pełnieniu funkcji administracyjnych: pobierał daniny i opłaty, podejmował decyzje organizacyjne, wymierzał sprawiedliwość i nakładał kary, z karą śmierci włącznie. Wszystko to według prawa niemieckiego (ius teutonicum) i z całkowitym immunitetem od władzy księcia i jego urzędników. Z czasem zasadźcami zostawali także Polacy, a praktyka przyjęła się na wiele stuleci – tak m. in. został ufundowany renesansowy Zamość. Proces ten niewątpliwie przyczynił się do wzrostu kultury polskiej kultury materialnej w średniowieczu.

NEOFEUDALIZM W GARNITURZE

No właśnie. Istotnym elementem zarówno Specjalnych Stref Ekonomicznych jak i kolonizacji na prawie niemieckim jest ich decyzjonistyczna arbitralność: powstają tam, gdzie władca zezwoli i gdzie łaskawie nie będzie egzekwował prawa, które obowiązuje innych. Współcześnie nazywa się to łamaniem zasad równej konkurencji. Każdy przedsiębiorca, których chce inwestować w Polsce będzie zainteresowany tym, aby jego biznes znalazł się w obrębie strefy. Ci, którzy nie znajdą się na liście, lub mają zakłady w innych lokalizacjach będą w gorszej sytuacji, bo pozostaną bez wsparcia środków publicznych. Oczywiście o tym, kto otrzyma pomoc, zdecyduje urzędnik podległy ministrowi rozwoju.

http://krytykapolityczna.pl/gospodarka/ksiezycowy-plan-morawieckiego/embed/#?secret=lgapbAxpju

To wszystko nie musiałoby być problemem, gdybyśmy mieli pewność, co do przejrzystości i sprawiedliwości podejmowanych w ministerstwie decyzji. Można sobie wyobrazić, że pomoc publiczna faktycznie byłaby przydzielana perspektywicznym firmom ze strategicznie ważnych sektorów: IT, bio-i-nano-technologii, odnawialnej energii, transportu bezspalinowego etc. Dotychczasowa działalność Ministra Morawieckiego pokazuje jednak, że bez wahania wspiera inwestycje w technologie i sektory przestarzałe, czego najlepszym dowodem jest dotowanie energetyki węglowej przy jednoczesnym odwróceniu się od energii odnawialnej. Nawet jego strategia oparta jest w dużej części na anachronicznych przynajmniej od czasów kryzysu teoriach. Prawdopodobnie więc zwycięzcy nowego rozdania polskiej gospodarki będą wybrani przez funkcjonariuszy partii władzy. Po dwóch latach rządów obecnej koalicji mniej więcej wiadomo, co to oznacza.

W tych warunkach wydaje się, że w roku 2017 Polska gospodarka nie dokona jakościowego skoku. Wręcz przeciwnie: w drodze do budowania polskiego modelu rozwojowego utwierdzamy się na dotychczasowych, prastarych i sprawdzonych metodach feudalizmu. Strach tylko pomyśleć, jak będą wyglądać nasze katedry.

http://krytykapolityczna.pl/felietony/piotr-kuczynski/co-sie-dzieje-na-warszawskiej-gieldzie/embed/#?secret=Sg6eLEpna4

***

Filip Konopczyński – członek Zarządu i analityk Fundacji Kaleckiego, Ekspert oraz współautor analiz w projektach badawczych i społecznych m. in. dla Narodowego Banku Polskiego, Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej (NASK), Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Praw Dziecka. Publikował m. in. w Gazecie Wyborczej, Przekroju, Oko.press, Dzienniku Opinii, Kulturze Liberalnej, Res Publice Nowej, czy magazynie Kontakt. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji oraz Instytutu Kultury Polskiej w ramach Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych (MISH) Uniwersytetu Warszawskiego.​​

http://krytykapolityczna.pl/gospodarka/kolonizacja-na-prawie-morawieckiego/?utm_source=dlvr.it&utm_medium=twitter&utm_campaign=krytyka

Kolonizacja na prawie Morawieckiego

Fiasko planu Morawieckiego? Wicepremier oddala się od rzeczywistości

Dane o gospodarce za pierwsze półrocze 2017 r. były bardzo dobre, ale nie dla wszystkich.

Wszystko wskazuje, że plan Morawieckiego został odłożony ad acta.

Ministerstwo Rozwoju/Facebook

Wszystko wskazuje, że plan Morawieckiego został odłożony ad acta.

Dane te mogły zasmucić wicepremiera Mateusza Morawieckiego, gdyż pokazują, jak daleko jesteśmy od celów zapisanych w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju.

Od kiedy półtora roku temu zostały przedstawione kierunki polityki gospodarczej w Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju (SOR), wskaźniki makroekonomiczne zamiast przybliżać się do wyznaczonych w niej na 2020 r. celów, zaczynają coraz bardziej od nich odbiegać.

Kluczowy zarówno politycznie, jak i ekonomicznie cel zapisany w SOR, czyli osiągnięcie stopy inwestycji na poziomie 25 proc. PKB, jest dalej niż kiedykolwiek w ostatnich latach. Stopa ta liczona narastająco za ostatnie cztery kwartały spadła do 17,7 proc., gdy pod koniec 2015 r. wynosiła 20,1 proc. To rezultat oddziaływania szeregu czynników, od jednorazowych, jak kryzys w branży górniczej, aż po globalne, jak obawy przedsiębiorców o trwałość ożywienia w Europie.

Dlaczego Morawiecki oddala się od założonych celów?

Większość z nich leży poza wpływem rządu, ale dwa – tempo rozdysponowania środków unijnych na finansowanie dużych projektów inwestycyjnych oraz obawy firm przed niestabilną polityką gospodarczą – są bezpośrednio uzależnione od działań wicepremiera Morawieckiego.

Uszczelnienie systemu podatkowego, walka z nieuczciwymi przedsiębiorcami, wprowadzanie podatków sektorowych czy w końcu wybiórcze podejście do wspierania inwestorów zagranicznych zniechęcają firmy do ponoszenia nakładów na środki trwałe. Przedsiębiorcy boją się bowiem, że na skutek zmian w otoczeniu regulacyjnym projekt inwestycyjny, który dzisiaj wydaje się opłacalny, stanie się deficytowy i zamiast pomóc w rozwoju biznesu, będzie tylko kulą u nogi.

Co więcej, również te cele SOR, które wydawały się jeszcze w 2016 r. prawie pewne do osiągnięcia, już teraz tak pewne nie są. Chodzi o trwały rozwój przemysłu i wsparcie polskich firm eksportowych. W II kwartale eksport bardzo mocno spowolnił i rośnie wolniej od importu.

Jeżeli te tendencje będą kontynuowane, to ponownie będziemy mieć w Polsce do czynienia z deficytem w handlu zagranicznym. Taka sytuacja to rezultat w dużej mierze ciągłej stymulacji popytu krajowego przez rząd, co napędza import. Równocześnie eksporterzy radzą sobie gorzej – ich sprzedaż zagraniczna rośnie coraz wolniej, podczas gdy koniunktura u naszego największego partnera handlowego, czyli w strefie euro, jest najlepsza w tej dekadzie.

Z kolei przemysł, chociaż wciąż rośnie w tempie całej gospodarki, to mimo bardzo dobrej koniunktury zaczyna coraz bardziej buksować. We znaki dają się braki inwestycyjne (wykorzystanie mocy wytwórczych w przemyśle jest najwyższe w historii) oraz brak rąk do pracy – wiele firm może się obecnie rozwijać tylko dzięki zapełnianiu wakatów imigrantami ekonomicznymi z Ukrainy i innych krajów.

Polacy nie garną się do pracy

Rząd jednak zamiast aktywizować zawodowo Polaków, prowadzi politykę skutkującą spadkiem ich skłonności do pracy. Od października reforma emerytalna wyłączy z rynku co najmniej kilkadziesiąt tysięcy zatrudnionych, a program 500+ w ciągu ostatniego roku doprowadził do dezaktywizacji około 65 tys. kobiet w wieku 25–49 lat, głównie z wyższym wykształceniem.

Wszystko to wskazuje, że SOR został odłożony ad acta, a zapisane w nim cele raczej nie zostaną osiągnięte. Rząd skupia się bowiem na realizacji celów polityki socjalnej czy zmianach w ładzie legislacyjnym, a nie na wsparciu rozwoju gospodarki. Szkoda, bo osiągnięcie wysokiej stopy inwestycji czy utrzymanie dodatniego bilansu handlowego stanowiłyby mocną stronę polskiej gospodarki na nadchodzącą dekadę, kiedy trapić ją będą spadek populacji, obniżenie napływu środków unijnych czy nieuniknione podwyżki stóp procentowych.

polityka.pl

Beata Szydło „Człowiekiem Roku” za nieznane zasługi dla gospodarki

Broszka roku

Tegoroczna nagroda Forum Ekonomicznego w Krynicy niewiele mówi o tym, kto jest ważny dla polskiej gospodarki, ale dużo o walkach podjazdowych w partii rządzącej.

Beata Szydło otrzymała na Forum Ekonomicznym w Krynicy nagrodę „Człowieka Roku”. To zaskoczenie, ponieważ spodziewano się, iż laureatem zostanie Mateusz Morawiecki. Okazało się, że po raz kolejny dostał od swoich kolegów partyjnych prztyczka w nos.

Idea nagrody jest taka, że powinna trafiać w ręce kogoś, kto zrobił wyjątkowo dużo dobrego dla polskiej gospodarki. Od kilku jednak lat tak się nie dzieje. Ani Victor Orbán, laureat z ubiegłego roku, ani tym bardziej Jarosław Kaczyński, który został „Człowiekiem Roku” jeszcze przed wygranymi wyborami w 2015 r., żadnych zasług dla gospodarki nie mieli. W tym roku kandydatura Mateusza Morawieckiego wydawała się niekontrowersyjna. Jest szefem kilku resortów gospodarczych, ma nad gospodarką władzę ogromną, więc także jej obecne sukcesy można przypisać jemu. Prezes Kaczyński również niejednokrotnie podkreślał, że to on odpowiada za stan gospodarki.

Mateusz Morawiecki nie ma władzy

Ale władza Morawieckiego jest jednak o wiele bardziej nominalna niż realna. Realna bowiem jest w wielkich spółkach, kontrolowanych przez państwo. To tam są konfitury, czyli tysiące świetnie nagradzanych stanowisk do obsadzenia. To one dysponują potężnymi funduszami reklamowymi. To ich szefowie są w jury przyznającym „Człowieka Roku” – nagrodę polskiego biznesu. Jak widać, to nie wicepremiera chcieli uhonorować, ale panią premier, której zasługi dla gospodarki nie są znane, odpowiada bowiem za resorty, które raczej pieniądze wydają, niż je zarabiają.

Nie jest tajemnicą, że pani premier i wicepremier za sobą nie przepadają. Za Morawieckim nie przepadają też starzy działacze Prawa i Sprawiedliwości. Jest dla nich ciągle kimś z zewnątrz, zarzucają mu liberalne poglądy i bliskie kontakty z wrogiem, czyli ludźmi związanymi z Platformą Obywatelską. Dla Beaty Szydło jest też człowiekiem, z którym rywalizuje wcale nie na polu gospodarczym, ale o względy prezesa. Może się czuć przez wicepremiera zagrożona, nie brakuje spekulacji, że Mateusz Morawiecki przymierza się do funkcji premiera. To najwyraźniej stało się powodem, że zawiązała nieformalny sojusz ze Zbigniewem Ziobrą, mający osłabiać wpływy Morawieckiego w spółkach kontrolowanych przez państwo.

Premier Szydło jest w rządzie górą

Na razie są górą. Morawiecki od roku nie jest w stanie obsadzić fotela prezesa Giełdy Papierów Wartościowych, choć giełda nominalnie podlega jemu. Przegrał też z panią premier batalię o PZU i w zarządzie narodowego ubezpieczyciela dominują osoby wskazane przez ministra sprawiedliwości. W Komisji Nadzoru Finansowego wicepremier też zwolenników nie posiada, a to ona musi zaakceptować zmiany w zarządach wszystkich spółek sektora finansowego. W innych dużych spółkach też, jak widać, więcej jest zwolenników Beaty Szydło niż wicepremiera, który odpowiada za gospodarkę. To oni w końcu przyznają nagrodę „Człowieka Roku”, ponieważ jej kapitułę także objęła dobra zmiana.

Tegoroczna nagroda Forum Ekonomicznego w Krynicy niewiele mówi o tym, kto jest ważny dla polskiej gospodarki, ale dużo o walkach podjazdowych w partii rządzącej.

polityka.pl

Hakuna matata

Straszak niemiecki zastępuje mit smoleński – w ‚3×3’ były szef MON o żądaniu przez PiS reparacji wojennych od Niemiec

Tomasz Siemoniak, Dorota Wysocka-Schnepf, Zdjęcia: Anna Czuba, Montaż: Katarzyna Dworak, 05.09.2017

Kończy się paliwo smoleńskie, ma je zastąpić straszak niemiecki – mówi w ‚3×3’ Tomasz Siemoniak. Zdaniem rozmówcy Doroty Wysockiej-Schnepf PiS będzie mówić o tym przez najbliższe miesiące, ale tylko po to, by mówić, a nie by coś załatwić. Pojawiają się informacje o tym, że prezydent Andrzej Duda zwrócił się do premier z wnioskiem o dymisję Antoniego Macierewicza. Czy konflikt na linii Pałac Prezydencki – MON będzie trwał? – Spodziewam się wielu miesięcy wojny pozycyjnej prezydent Duda – minister Macierewicz ze szkodą dla wojska i Polski, blokowanie nominacji generałów, połajanki przez media, brak kluczowych decyzji, a to jest fatalne – przyznaje Tomasz Siemoniak.

wyborcza.pl

Straszak niemiecki zastępuje mit smoleński -w ‚3×3’ były szef MON o żądaniu przez PiS reparacji wojennych od Niemiec.

%d blogerów lubi to: