Przez rok rządów Morawiecki pogłębił dno

Równo rok temu Mateusz Morawiecki wymienił Beatę Szydło w roli surogatki premiera Jarosława Kaczyńskiego. Szydło była wyjątkowo przaśna, Morawiecki miał dać PiS-owi nieco poloru, światowości i fachowości. Wymienił na początku bardzo nielubianych ministrów Szyszkę I Macierewicza.

I na tym zasługi się kończą, choć zapowiadał w expose cywilizacyjne skoki w każdej dziedzinie życia. Ba, „polska polityka musi być ambitna. Dryfowanie, czy płynięcie z prądem to nie jest nasze DNA”.

Co osiągnął przez rok Morawiecki? Pogłębił międzynarodową pozycję Polski, którą poprzedniczka spozycjonowała na dnie. Komisja Europejska skierowała do Trybunału Sprawiedliwości UE skargę kasowania niezależności Sądu Najwyższego. Na te dictum Morawiecki odpowiedział, że ma w małym paluszku kompromisy z instytucjami europejskimi, bo negocjował przyjęcie Polski do Unii Europejskiej. Faktycznie, przyjęta została nowa nowela ustawy o Sądzie Najwyższym, ale nie zadowoliła KE, która nie wycofała pozwu do TSUE.

W zasadzie Morawiecki gasi pożary, które poprzedniczka wywołała, bądź wybuchły pod jego rządem, jak słynna ustawa o IPN, ta postawiła na baczność rządy Izraela i USA, Morawiecki podkulił ogon i powrócił na kolana.

Skoki cywilizacyjne Morawieckiego okazały się skokami w przepaść. „Arcyważnym zadaniem” miała być poprawa w służbie zdrowia. Lecz kolejki do lekarzy jak były, tak się wydłużyły, leki zaś podrożały. Nie udał się program Mieszkanie+, który nie chce się realizować za pomocą pstryknięcia palcami, bo trzeba mieć pomysły na ich oryginalne rozwiązanie, ponadto szmal i ludzi, którzy zrealizują.

Morawiecki to mistrz banialuk, rozdymanego ego i zwalania winy na poprzedników. Robiła to Szydło, ale Morawiecki powinien dać spokój wytartej frazie „a PO-PSL przez 8 lat…” i zapomnieć, trochę czasu minęło. Miało dojśc do rewolucyjnej walki z mafiami VAT, ale żadnego procesu rzekomym mafioso nie wytoczono.

Morawiecki obejmował rządy, gdy słupek poparcia sondażowego szczytował i miał się około 50 proc., po roku zjechał tak, że Koalicja Obywatelska ma tyle samo co PiS – 34 proc. Tendencja jest w dół i nic nie wskazuje, że miałaby się odwrócić.

Przyszła kryska na Matyska Kaczyńskiego, rząd wywala się na aferze KNF, która pokazała, jakie są faktyczne zamiary rządu Morawieckiego i do czego został powołany, mianowicie do stworzenia własnej klasy oligarchicznej. Ważne w tym są dwa sektory – finansowy i medialny.

Medialny – zakulał z powodu zdecydowanej postawy ambasador USA Georgette Mosbacher, lecz widać, że PIS zechce tę przeszkodę obejść i wykupić media. Takim przykładem może być chęć kupienia Radia ZET, które warto jest 220 mln zł. Nabywający bracia Karnowscy w poprzednim roku osiągnęli saldo 3 mln zysku, ale od czego są państwowe banki? Każdy bankowiec na świecie puknąłby się w łeb, lecz w Polsce mamy do czynienia z pierwszym etapem putynizacji. Wszystko pokryje budżet, bądź klient banku.

Przez przypadek nie wyszedł geszeft z bankiem za złotówkę z powodu afery KNF. Ale to też postarają się obejść. PiS chce uwłaszczać na państwowym i prywatnym, jak to miało miejsce na Węgrzech. Afera KNF ma swój odprysk, może nawet społecznie groźniejszy niż ona sama, mianowicie upadek SKOK Wołomin i ścigającego tę kasę Wojciecha Kwaśniaka.

Morawiecki swój pierwszy rok rządów kończy aferalnie i zjeżdżając sondażowo w dół. Nie podda się tak łatwo, bo PiS nie jest partią szczególnie zapatrzoną w demokrację. Wiele wskazuje, że Kaczyński postawił na Morawieckiego jako swego nastepcę, lecz nie wszyscy są z tym faktem pogodzeni, a nawet mają ambicję, by zagarnąć prawicowy elektorat dla siebie, do takich należy Ziobro i Duda, to pod nich szyje swoją partię Tadeusz Rydzyk – Ruch Prawdziwa Europa.

 

 

Rok Morawieckiego: dryfowanie zamiast zmiany [OPINIA]

Mateusz Morawiecki przejmując rok temu stery rządu po Beacie Szydło miał poprowadzić kraj do wielkiego modernizacyjnego skoku, z którego pozostały głównie płomienne przemówienia pełne samochwalstwa, gry liczbami i obietnic bez pokrycia.
Mateusz MorawieckiFoto: Jacek Turczyk / PAP
Mateusz Morawiecki
  • Przez blisko rok premier Morawiecki wracał do pomysłów już wcześniej podjętych przez gabinet Beaty Szydło oraz powtarzał, jak zdartą płytę osiągnięcia PiS w uszczelnianiu VAT-u, czy w ramach programu 500 plus
  • Własnych innowacyjnych pomysłów jednak często brakowało, a jak się już pojawiały to nie znajdywały odzwierciedlenia w dotychczasowym dorobku rządu
  • Mateusz Morawiecki dał się poznać jako polityk, który spełnia się w płonnych przemówieniach, dbający przede wszystkim o swój wizerunek dobrodzieja i wizjonera
  • Pierwszy rok premierostwa Morawieckiego naznaczony był jednak przede wszystkim gaszeniem pożarów wywołanych głównie przez krótkowzroczność partyjnej polityki
  • Zamiast wielkiego skoku czeka nas dryfowanie i odejścia od najbardziej modernizacyjnych ambicji wygłoszonych w expose, czy w tzw. planie Morawieckiego

11 grudnia mija dokładnie rok od objęcia przez Morawieckiego funkcji Prezesa Rady Ministrów. W swoim expose Morawiecki, żonglując cytatami z Wyspiańskiego, Piłsudskiego, czy Kaczmarskiego zapewniał, że chce, aby Polska pod jego rządami stała się krajem solidarnym, sprawiedliwym, „na pożytek nam i przyszłym pokoleniom, na chwałę Bogu”. – Nie ma dla mnie ważniejszej sprawy niż odbudowanie tego, co straciliśmy w wyniku zaborów, w wyniku wojen, w wyniku komunizmu – zapewniał, podkreślając, że „teraz mamy w rękach unikalną szansę i nie możemy jej zmarnować”. – Dlatego właśnie polska polityka musi być ambitna. Dryfowanie, czy płynięcie z prądem to nie jest nasze DNA – przekonywał z mównicy sejmowej.

Miał być to rząd zmiany

Rząd Morawieckiego miał być „rządem kontynuacji”, jeśli chodzi o wartości i kierunek nakreślony przez gabinet Beaty Szydło, lecz także i „rządem zmiany”, który zapewni Polkom i Polakom cywilizacyjny oraz modernizacyjny skok niemal w każdej dziedzinie życia. Jednak wraz z upływem kolejnych miesięcy coraz trudniej jest go dostrzec, by nie powiedzieć, że mamy do czynienia ze zjawiskiem wręcz przeciwnym tj. z wyhamowywaniem i odwrotem.

Kolejki do lekarzy wciąż trapią pacjentów

Wśród najważniejszych obietnic wygłoszonych w expose dwanaście miesięcy temu „arcyważnym zadaniem”, jakie przed swoim rządem postawił Morawiecki, była poprawa sytuacji w ochronie zdrowia. Stwierdził wręcz, że „nie ma godnego życia bez sprawnej służby zdrowia”, zapowiadając przy tym m.in przeznaczenie już w 2018 roku 4 miliardów złotych na zlikwidowanie kolejek do lekarzy specjalistów i wykup zobowiązań szpitali z ostatnich 10 lat, a także zwiększenie w ciągu kilku lat finansowania do 6 proc. PKB, co miało być odpowiedzią na głosy środowiska lekarskiego i pielęgniarek. Wystarczy zostać pacjentem, aby stwierdzić, że kolejki do gabinetów wcale nie zniknęły, a na niektóre badania specjalistyczne czeka się wciąż miesiącami. Ponadto szef rządu zapowiedział budowę Narodowego Instytutu Onkologii, którego koncepcja w ciągu minionego roku w zasadzie upadła.

Zwrot ws. węgla

Jeszcze rok temu Morawiecki przekonywał, że rząd „nie może i nie chce” rezygnować z węgla. – To ważne dla Śląska, Zagłębia, ale również dla całej Polski – mówił szef rządu, zapowiadając długofalowe reformy oraz rozwój alternatywnych źródeł energii. Rzeczywiście w ciągu ostatnich miesięcy największe przedsięwzięcia resortu energii dotyczyły właśnie sektora węglowego lecz zapowiedź podczas szczytu klimatycznego COP24 o odchodzeniu od węgla musiała wielu wprawić w osłupienie. Tym bardziej, że zupełnie przeciwne słowa o przyszłości polskiej energetyki węglowej wygłosili w tych samych dniach zarówno prezydent Andrzej Duda i wicepremier Beata Szydło. Ponadto trudno zrozumieć, dlaczego rząd nie skupia się na promocji energii ze źródeł odnawialnych, gdy za chwilę do drzwi gospodarstw domowych i firm zapukają podwyżki energii nawet do 30 proc.

Budowa dróg opóźniona

Ważnym akcentem w expose Morawieckiego była wizja rozwoju infrastruktury, którego kluczowym elementem miał być Centralny Port Komunikacyjny. Premier przekonywał, że chce, by Polska była centrum logistycznym Europy. Obiecywał m.in. kontynuację budowy dróg ekspresowych i autostrad, przypomniał o projekcie Via Carpatia oraz zapowiedział przeznaczenie więcej środków na budowę komunikacji gminnej i powiatowej. Obecnie jednak, z racji spiętrzenia zamówień i poważnego kryzysu na rynku budowlanym, wiele projektów drogowych i kolejowych jest mocno opóźnionych. A projekt CPK wciąż jest tak odległy, jak był rok temu.

„Mieszkanie plus” na minus

Rządowi przez miniony rok nie udało się także rozkręcić sztandarowego programu „Mieszkania plus”, dzięki któremu Morawiecki niczym jego poprzedniczka chciał sobie zapewnić miejsce w historii polskiej polityki socjalnej. Mimo szumnych zapowiedzi premiera Morawieckiego, który mówił, że „w ramach programu będzie powstawać nawet sto tysięcy lokali rocznie” rewolucja na rynku mieszkaniowym jest wciąż daleka. Wkrótce miną trzy lata od ogłoszenia założeń programu, a jak na razie w całym kraju powstało tylko kilkanaście osiedli w ramach tego programu.

Mistrz obietnic, reformatorskiej retoryki i lania wody

Premier Morawiecki przez dwanaście miesięcy dał się poznać jako polityk, który spełnia się w płomiennych przemówieniach, często manipulując faktami i liczbami. Przez blisko rok wracał do pomysłów już wcześniej podjętych przez rząd Beaty Szydło oraz powtarzał, jak zdartą płytę osiągnięcia PiS w uszczelnianiu VAT-u, czy w ramach programu 500 plus. Własnych innowacyjnych pomysłów jednak często brakowało, a jak się już pojawiały, to nie znajdywały odzwierciedlenia w dotychczasowym dorobku rządu.

Za to kontynuowane były projekty wcześniej rozpoczęte, które ubrano w różnego rodzaju konstytucje, czy to dla biznesu (pakiet zmian dla przedsiębiorców), czy dla nauki (reforma szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina). Podobnie rzecz ma się ze sławnymi już „piątkami Morawieckiego”, czyli średnio atrakcyjnymi propozycjami dla samorządów, które same w sobie raczej nie wzbudziłyby zainteresowania, lecz po okraszeniu ich odpowiednim sosem, przybrały wizerunek wręcz pomysłów reformatorskich.

Przez mijający rok powołano także różnego rodzaju państwowe nowe instytucje i fundusze, a także stworzono kilka długofalowych strategii. Na plus należy zapisać postępującą cyfryzację (e-dowody, e-recepty), prorodzinne programy („Mama plus”), dość stabilną politykę fiskalną, niskie bezrobocie, a także przełamanie impasu w wykorzystaniu funduszy unijnych.

Priorytetem gaszenie pożarów i zarządzanie odwrotu

Pierwszy rok premierostwa Morawieckiego naznaczony był jednak przede wszystkim gaszeniem pożarów wywołanych głównie przez krótkowzroczność partyjnej polityki „dobrej zmiany”. Tak było choćby z nowelizacją ustawy o IPN, z której obóz władzy musiał się wycofać pod naciskiem USA i Izraela. Kolejny sygnał do odwrotu Morawiecki musiał ogłosić w związku z naciskiem Brukseli na czystki, jakie PiS przeprowadził w Sądzie Najwyższym. Ostatnio na jego barki spadło gaszenie pożaru po tzw. aferze KNF, gdzie jednego dnia wymusił na byłym już szefem tej instytucji rezygnację ze stanowiska. Za każdym razem o Morawieckim pisano, że stanął na wysokości zadania lub, że jest głosem rozsądku w obozie władzy.

Właśnie w budowie wizerunku i w autopromocji Morawiecki odniósł swój największy sukces, co pozwoliło zbudować mu wizerunek dobrodzieja i wizjonera, nadszarpnięty mocno ujawnionymi przez Onet tzw. „taśmy Morawieckiego”, które pokazały milionom Polaków zupełnie inną twarz obecnego premiera. Ta wiara w wykreowany własny wizerunek, być może większa niż niegdyś u Donalda Tuska, sprawiła, że mimo wszystkich niedociągnięć Morawiecki przed tygodniem z dumą ogłosił, że praktycznie wszystko co PiS obiecało Polakom, to już zrobiło.

POLECAMY: Taśmy osłabią Morawieckiego [ANALIZA]

Zamiast wielkiego skoku czeka nas zatem rok dryfowania i odejścia od najbardziej modernizacyjnych ambicji wygłoszonych w expose, czy w tzw. „planie Morawieckiego”. W końcu już za niecały rok wybory parlamentarne, a wcześniej europejskie. Zapewne rząd sypnie znowu groszem, obiecując za sprawą premiera Morawieckiego kolejne socjalne przywileje. Pytanie tylko, czy wyborcy ponownie dadzą się kupić „dobrej zmianie”, która jak się okazało niewiele różni się od swych poprzedników, a nawet w niektórych kwestiach jak choćby w skali nepotyzmu i upartyjniania państwa, bije rządy Platformy o dwie długości.

onet.pl

 

Andrzej Stankiewicz: Mateusz Morawiecki, polityczny syn prezesa [OPINIA]

Gdy zdrowie szwankuje i słabną witalne siły, to w Mateuszu Morawieckim lider PiS pokłada swe strategiczne nadzieje. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że Jarosław Kaczyński zdecydował, iż to Morawiecki zastąpi go na czele PiS.
Mateusz MorawieckiFoto: Radek Pietruszka / PAP
Mateusz Morawiecki
  • Mija rok premierostwa Mateusza Morawieckiego
  • Przez ten czas premier nie stał się politykiem w pełni samodzielnym. Wciąż jego pozycja zależy w zasadniczej mierze od Jarosława Kaczyńskiego
  • Rok Morawieckiego to czas najpoważniejszych kryzysów politycznych, od objęcia władzy przez PiS. Chodzi o burzę wokół nowelizacji ustawy o IPN, nagrania Morawieckiego z restauracji „Sowa i Przyjaciele”, wycofanie się ze zmian w sądach, a także aferę KNF
  • Mimo tych tąpnięć i słabszego od oczekiwań wyniku PiS w wyborach samorządowych, Kaczyński niezmiennie stawia na Morawieckiego jako przyszłego lidera PiS. Ich relacje to fenomen, którego nie pojmuje wielu ludzi w partii
  • Taki wybór prezesa budzi kontrowersje w PiS i podsyca konflikty, zwłaszcza między Morawieckim a Zbigniewem Ziobrą

 To był groteskowy moment w polskiej polityce. Rano 7 grudnia 2017 r. w Sejmie trwała debata nad wnioskiem Platformy Obywatelskiej o odwołanie premier Beaty Szydło. Szefowa rządu broniła się jak lwica, choć PiS ma większość i opozycja nie mogła jej odwołać. — Za co chcecie mnie odwołać? Za to, że Polacy dzisiaj godnie żyją? To was boli? To wam przeszkadza? — grzmiała.

Tak naprawdę jednak Szydło broniła się nie przed liderem PO Grzegorzem Schetyną, tylko przed swym szefem Jarosławem Kaczyńskim. Tamtego właśnie poranka ważyły się jej losy — ostatecznie wieczorem podczas posiedzenia władz PiS, prezes skierował kciuk do dołu. Szydło irytowała go od dłuższego czasu, za to urzekał wicepremier Mateusz Morawiecki. Prezes nakazał więc obojgu zamienić się miejscami. W ten sposób Szydło została wicepremierem w swym własnym rządzie, na którego czele stanął jej podwładny. Początkowo nawet ministrowie się nie zmienili.

Zobacz także: Rok Morawieckiego: dryfowanie zamiast zmiany

Pod dyktando młokosa

Morawiecki został premierem dokładnie rok temu — 11 grudnia 2017 r. A po Nowym Roku gruntownie przebudował gabinet. Wówczas po raz pierwszy można było się przekonać, jak silne są jego notowania u Kaczyńskiego.

Nie było wielką sztuką usunąć z rządu ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła czy szefa MSZ Witolda Waszczykowskiego — oni nie mieli silnej pozycji politycznej w partii. Sztuką było wyrzucić takich ministrów jak szef MON Antoni Macierewicz czy Jan Szyszko od ochrony środowiska, którzy stali przy Kaczyńskim od dawna i cieszyli się wsparciem Radia Maryja.

Morawiecki tego dokonał, czy też — by być precyzyjnym — wymógł to na Kaczyńskim. Usuwając wieloletnich, partyjnych druhów pod dyktando politycznego młokosa, Kaczyński pokazał, że Morawiecki jest czymś więcej, niż tylko kolejnym premierem, który wyszedł spod jego ręki. Od tego momentu w partii zapanowało przekonanie graniczące z pewnością, że to polityczny syn prezesa – wybrany, by przejąć po nim stery prawicy.

Wyjątkowe zaufanie Kaczyńskiego

Jeśli coś pokazał ten mijający rok, to właśnie nade wszystko ogromny wpływ, jaki na Kaczyńskiego ma dziś Morawiecki. Bez cienia przesady można powiedzieć, że jeszcze nikt nigdy — poza bratem, rzecz jasna — nie miał takiego politycznego wpływu na Kaczyńskiego. Biorąc pod uwagę, że Kaczyński ufa tylko sprawdzonym, wieloletnim, najczęściej już sędziwym druhom, Morawiecki jest fenomenem. Bodaj nikt nigdy — a na pewno nikt w ostatnich latach — nie zyskał zaufania prezesa tak szybko.

Przyczyn jest kilka. Po pierwsze, słuszne urodzenie — Kaczyński pamięta zasługi jego ojca Kornela Morawieckiego w opozycji antykomunistycznej, a także jego krytykę prezydentury Lecha Wałęsy. Po wtóre, docenia jego zagraniczne wykształcenie i obycie w świecie — czym na głowę Morawiecki bije Szydło. Po trzecie, docenia karierę z biznesie bankowym i finansową niezależność.

Zobacz także: Tandem przejmie partię

Najtrudniejszy czas dla PiS

Entuzjazmu Kaczyńskiego nie osłabiło nawet to, że — patrząc na chłodno — rządy Morawieckiego to najtrudniejszy politycznie czas dla PiS. Zaraz po tym, jak Morawiecki umeblował swój gabinet, wybuchła potężna awantura z USA i Izraelem.

Poszło o głośną nowelizację ustawy o IPN z początku roku. Miała służyć walce z używanym czasem w Zachodzie określeniem „polskie obozy koncentracyjne”, tyle, że jej zapisy zostały drastycznie oprotestowane przez Izrael i USA. Władze obu państw uznały, że to przepisy naruszające wolność słowa, a nawet wymierzone w ocalonych z Zagłady, z których niektórzy obwiniają za swój los nie tylko Niemców, ale i Polaków.

W atmosferze ogromnego politycznego napięcia, dolał oliwy do ognia swym lutowym wystąpieniem w Monachium, gdzie mówił o „żydowskich sprawcach Holokaustu”.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu się wściekł, w rozmowach telefonicznych z Morawieckim zarzucał mu chęć ukrycia współodpowiedzialności Polaków za Holokaust.

Pierwszym poważnym sukcesem Morawieckiego jest to, że w tej wyjątkowo trudnej i delikatnej sytuacji nie dał się pogrzebać. Przekonał Kaczyńskiego, że ustawę o IPN należy wyrzucić do kosza i przeprowadził to w ciągu jednego dnia, uzyskując w zamian od Netanjahu wspólną deklarację historyczną, korzystną dla PiS z politycznego punktu widzenia.

Nagrany przez kelnerów

Kiedy ten skandal został zażegnany, przyszły następne. Na początku października Onet ujawnił materiały ze śledztwa dotyczącego afery taśmowej, czyli nagrywania przez kelnerów z restauracji „Sowa i Przyjaciele” oraz Amber Room ich gości — polityków i biznesmenów. Do materiałów zyskaliśmy legalny dostęp dzięki decyzji Sądu Najwyższego. W aktach śledztwa znajdują się zeznania kelnerów obciążające Morawieckiego — w momencie nagrania w 2013 r. prezesa banku BZ WBK. Kelnerzy twierdzili, że nagrali Morawieckiego podczas spotkania, na którym miał mówić o kupowaniu nieruchomości na podstawione osoby. Ujawniliśmy też znajdujące się w aktach nagranie jednej z biesiad Morawieckiego, na której mówił rzeczy w dużej mierze sprzeczne z tym, co twierdzi dziś jako polityk PiS. To uderzyło bezpośrednio w starannie pielęgnowany przez PiS wizerunek Morawieckiego. I — jak twierdzą niektórzy przedstawiciele PiS, choćby Patryk Jaki — miało negatywny wpływ na wynik wyborczy obozu władzy, demobilizując twardy elektorat.

Co prawda PiS wybory samorządowe na poziomie sejmików wygrało, ale osiągnęło rozczarowujące dla liderów 34 proc. W wyborach parlamentarnych w 2015 r. PiS zdobyło prawie 38 proc. głosów. I właśnie ten wynik był dla PiS punktem odniesienia. Ostra, konfrontacyjna polityka okraszona solidnym socjałem, który trafia do wyborców od niemal 3 lat, miały być receptą na zdemolowanie opozycji w samorządzie.

Nie udało się. A Morawiecki stał się twarzą tej zwycięskiej porażki.

Nawet to nie zachwiało polityczną miłością prezesa do premiera — i to mimo, że Kaczyński zawsze znajdował i publicznie ścinał winnych wyników wyborczych słabszych od oczekiwań. Dwukrotnie wystąpił w telewizji, by przekonywać, że Morawiecki z taśm jest nieprawdziwy, a prawdziwy jest taki, jak on mówi.

Zobacz także: Nowe otwarcie Morawieckiego. PiS zmieni kurs na „ciepłą wodę w kranie” [ANALIZA]

PiS może stracić władzę

I wtedy wybuchła afera KNF. Skandal ów sam w sobie nie uderza bezpośrednio w Morawieckiego. Paradoksalnie, to dla niego dar od niebios. Do tej pory największy wpływ na obsadę instytucji finansowych w państwie miała tzw. „spółdzielnia”, czyli sojusz prezesa NBP Adama Glapińskiego, ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry oraz polityków PiS związanych z kasami SKOK. Premier nie był w stanie z nimi wygrać. Narzędziem tej grupy był prezes KNF Marek Chrzanowski, czyli bohater najnowszej afery korupcyjnej. Po wymuszeniu jego dymisji, Morawiecki powołał do KNF swojego człowieka, marginalizując w ten sposób „spółdzielców”. Teraz to on poprzez KNF będzie obsadzał stanowiska w finansach.

Jednak nawet jeśli afera KNF buduje Morawieckiego wewnątrz obozu władzy, to nie można zapominać, że PiS jako formacja traci.

Na posiedzeniu klubu PiS kilka dni temu Jarosław Kaczyński — po raz pierwszy od objęcia rządów w 2015 r. — zasugerował wręcz, że partia może stracić władzę. W ciągu tego roku, po serii wpadek i skandali, po słabszych od oczekiwań wyborach, bezpowrotnie zniknął tak powszechny w wierchuszce PiS polityczny hurraoptymizm.

A jeszcze wiosną minionego roku Kaczyński mówił tak w rozmowie z Onetem: — Będziemy rządzić długo. Mateusz Morawiecki mówi, że do 2031 r. Ale to defetysta.

Premier na czele radykałów

Jakim premierem okazał się po roku Morawiecki? Nawet odkładając na bok tarapaty PiS — z których część wszak nie jest winą Morawieckiego — i tak widać, że premier nie stał się nową polityczną jakością. O ile Beata Szydło do końca swej kariery politycznej będzie mówić o tym, że wprowadziła 500 Plus i obniżyła wiek emerytalny, to Morawiecki takich widowiskowych, uchwytnych dla wyborców osiągnięć nie ma.

Co więcej — Morawiecki nie przysporzył PiS żadnego nowego elektoratu. Gdy zostawał premierem, wyglądało to na mistrzowski ruch prezesa PiS. Po zamknięciu kontrowersyjnych politycznych frontów, rozpętanych za rządów swej poprzedniczki, Morawiecki — spekulowano — stanie się uśmiechniętą twarzą PiS. Łagodząc politykę, miał przyciągnąć wyborców środka. No i Morawiecki — władający angielskim, wykształcony za granicą — miał zakończyć spór z Brukselą, zarzucającą PiS naruszanie praworządności.

Albo Kaczyński miał zupełnie inny plan, albo też Morawiecki swej roli nie podołał. Za jego rządów PiS nie złagodniał, wręcz przeciwnie — stał się jeszcze radykalniejszy. Zaś konflikt z Brukselą nie tylko nie wyhamował, ale wręcz wszedł w nową, ostrzejszą fazę. Po decyzji unijnego Trybunału Sprawiedliwości PiS z podkulonym ogonem musiało się wycofać z próby zmian w sądownictwie.

Widać gołym okiem, że to PiS zmieniło Morawieckiego, nie zaś Morawiecki zmienił PiS. Co prawda są symptomy tego, że Morawiecki wyłamuje się z niektórych, co bardziej kontrowersyjnych działań PiS — choćby właśnie w sprawie sądów. Wszak to on spotykał się z nieuznawaną przez PiS szefową Sądu Najwyższego Małgorzatą Gersdorf, próbując z nią negocjować kompromis.

Z drugiej jednak strony, Morawiecki nigdy publicznie nie zdystansował się ani od tej reformy, ani od żadnego innego ważnego dla PiS projektu. Nigdy nie odszedł na krok od ewangelii politycznej PiS, wszystkie jego wypowiedzi co najmniej mieszą się w ostrej retoryce obozu władzy, a czasem są wręcz najbrutalniejsze.

W kręgu Platformy

Stawianie na radykalizm to dla Morawieckiego próba uwiarygodnienia się w twardym elektoracie PiS. Choć jako bankier znany był z konserwatywnych poglądów, to twardym w deklaracjach pisowcem stał się wtedy, gdy Kaczyński objął władzę i pozwolił mu wejść do polityki od razu na sam szczyt.

Wcześniej był blisko związany z Platformą, zasiadał w Radzie Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku. Ba, dał się nagrać na taśmach kelnerów w knajpie u „Sowy” dlatego właśnie, że obracał się w kręgu nagrywanych ludzi z wierchuszki Platformy.

Tak, Morawiecki jest pisowskim neofitą. Ciągle uwiarygodnianie się, stałe pilnowanie twardości partyjnej linii, uniemożliwia mu marsz ku centrum. Premier będzie najtwardszym z twardych tak długo, jak będzie się czuł niepewnie w swej adoptowanej polityczne rodzinie.

onet.pl

 

Krzysztof Brejza ujawnia miażdżące dokumenty

Jeśli atak na byłe kierownictwo Komisji Nadzoru Finansowego miało pomóc odwrócić uwagę od wpływowego senatora Prawa i Sprawiedliwości Grzegorza Biereckiego i jego związków z polityką kadrową KNF za kadencji Marka Chrzanowskiego, to wygląda na to, że efekt będzie odwrotny od zamierzonego. Wykorzystanie do tego celu sprawy funkcjonowania kasy SKOK w Wołominie może się bowiem Biereckiemu odbić czkawką znacznie mocniej, niż nierozumiana przecież przez sporą część opinii publicznej sprawa z ostatnich tygodni.

Im częściej bowiem w mediach pojawia się kwestia opieszałości KNF w sprawie przestępczego procederu w kasie w Wołominie, tym więcej mówi się o tym, co działo się przed 2013 rokiem, czyli zanim system SKOK udało się wprowadzić pod “opiekę” państwowego nadzorcy. Tu natomiast fakty dla Kasy Krajowej, do 2012 roku zarządzanej przez Grzegorza Biereckiego, są miażdżące.

Przede wszystkim, raport KNF w tej sprawie pt. “Harmonogram działań KNF ws. SKOK Wołomin” pokazuje, jak bardzo układ dotychczas kontrolujący kasy rzucał kłody pod nogi m.in. Wojciechowi Kwaśniakowi i Andrzejowi Jakubiakowi.

Gdy w 2013 roku urzędnicy KNF zaczęli przyglądać się finansowemu imperium SKOK-ów, zaczęły wypadać pierwsze trupy z szafy. W marcu pojawiły się wyniki kontroli związane z praniem brudnych pieniędzy w SKOK Wołomin. W kolejnych tygodniach złożono doniesienia do prokuratury. Dalej w harmonogramie czytamy, jak Kasa Krajowa SKOK miesiącami torpeduje przez swoich pełnomocników próby wprowadzenia do SKOK Wołomin zarządcy komisarycznego. Szefowie SKOK Wołomin mieli natomiast czas na podpicowanie swoich raportów finansowych, tak by wyglądały lepiej niż w rzeczywistości. W tym czasie trwał na potęgę proceder udzielania pożyczek na podstawione osoby, lumpów i bezdomnych, z których nie da się ściągnąć nawet złotówki. Jak wiemy z późniejszych wydarzeń, setki milionów rozpłynęły się nie wiadomo gdzie i stały się przyczyną upadku SKOK Wołomin.

Warto tutaj przypomnieć słowa Zbigniewa Ziobro z minionego czwartku, gdy ten grzmiał o braku koniecznych działań KNF i stawiał publicznie pytanie, jak to było możliwe. Wiemy, że ówczesne kierownictwo KNF dysponowało wystarczającą wiedzą, która w pełni uzasadniała podjęcie działań ws. przerwania przestępczego procederu w SKOK Wołomin; chcemy się dowiedzieć, dlaczego tak się nie stało – mówił minister sprawiedliwości. “Oni (PO) mówili, że to PiS za to odpowiada.Tylko problem polega na tym, że ta historia działa się wtedy, kiedy całą władzę w państwie, wszystkie instytucje, które odpowiadały za nadzór, za kontrole skarbowe, za działanie policji, służb, prokuratury; wszystko to było w rękach tych, którzy dzisiaj krzyczą, że my niesłusznie prowadzimy to śledztwo – oświadczył Ziobro.

W kontekście tych słów bardzo istotne dokumenty ujawnił dzisiaj poseł PO, Krzysztof Brejza.

Okazuje się, że już w 2005 roku, a więc za poprzednich rządów Prawa i Sprawiedliwości i ery Zbigniewa Ziobry na czele polskich prokuratur, Kasa Krajowa SKOK miała już świadomość istnienia ryzykownych umów w SKOK Wołomin. Wiemy też, że przez wiele lat pozostawała bierna w tej sprawie, nie złożyła też ani jednego zawiadomienia do prokuratury. Jeśli zatem lider Solidarnej Polski chciałby dzisiaj być konsekwentny, to lada moment senator PiS Grzegorz Bierecki powinien zostać wezwany do szczecińskiej prokuratury i w tej samej sprawie, którą objęto byłe kierownictwo KNF, również usłyszeć zarzuty karne. Tak się rzecz jasna stać nie może, jednak jeśli opinia publiczna utrwali sobie tę wiedzę, to notowania Zbigniewa Ziobry w obozie władzy spadną jeszcze bardziej i nie pomoże w tym nawet najszerzej zakrojona propaganda mająca odwrócić uwagę od głównych winnych w tej sprawie.

Źródło: Wirtualna Polska/Twitter

crowdmedia.pl

%d blogerów lubi to: