Zmierzamy do wojny domowej

Chciałoby się wierzyć, że śmierć prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza czegoś nas nauczy. Byłem sceptyczny po śmierci Jana Pawła II i katastrofie smoleńskiej. Czy można dzisiaj mieć inne oczekiwania?

Mamy prawo do złudy, ale by na niej coś budować, potrzeba rzeczywistych czynów, a nie obrony tylko swojej pozycji, iż ma się rację. Nie możemy zwalać na historię, która z nami kiepsko się obeszła (bo jako naród do tego dopuściliśmy), nie jest dzisiaj usprawiedliwieniem nieumiejętność debaty, tego najważniejszego mechanizmu demokracji, w której ucierają się racje i powstają kompromisy.

Już, już wydawało się, że dokonał się ten cud demokratycznej agory w czasach Solidarności 80-81, ale dzisiaj widzimy, że to działo się w enklawie, w otoczonej twierdzy, byliśmy tylko skazani na siebie i mechanizmy dopuszczające różne racje były warunkiem przetrwania.

Dzisiaj możemy wszystko, lecz z tego wszystkiego wybieramy złe rozwiązania, zamknięcie, ucieczkę od nowoczesnych wyzwań. Definiujemy się przez wrogów, a nie przyjaciół. Tu i teraz winę ponosi jedna opcja polityczna, nie zwalnia nas jednak z szukania wyjścia z tego mroku, w który weszliśmy, bądź zostaliśmy wepchnięci.

Śmierć prezydenta Gdańska Adamowicza powinna być dzwonem na trwogę, bo może nie być ostatnią, śluza została otwarta, którą mogą popłynąć kolejne ofiary. Jeżeli tego nie przetrwawimy w debatach, we wspólnym uczestnictwie, niekoniecznie z udziałem polityków, to pozostanie wziąć się za łby.

Inercją polityczną stron zmierzamy do wojny domowej. a po niej ktoś, albo swój, weźmie nas za mordę. Złe emocje degradują społeczeństwo, cofają aspiracje. Wychodźmy sobie naprzeciw i wołajmy o prawo, które ma powstrzymać inspiratorów morderczych czynów. Adamowicz padł z ręki takiej właśnie takich kalumni, którą morderca – niezrównoważony? a który morderca jest zrównoważony? – przekuł w krwawy czyn. Niech on nie rozleje się dalej i wszerz, bo to nam grozi. Nie załatwią tego żadne modlitwy, ale słowa porozumień, kompromisów, a jak potrzeba wybaczeń, bo to jest siła, która buduje.

 

 

Frasyniuk: Śmierć Adamowicza to głośny dzwon na opamiętanie. Bo zmierzamy ku wojnie domowej

Beata Maciejewska, 

– Paweł Adamowicz nie chciałby, żeby ten zamach został wykorzystany do wojny narodowej, ale oczekiwałby, że usiądziemy do debaty. Czas na otrzeźwienie, żadne dzwony już głośniej nie zadzwonią – ostrzega Władysław Frasyniuk, legenda Solidarności, współtwórca Sierpnia ’80.

Rozmowa z Władysławem Frasyniukiem

Beata Maciejewska: Zanim nożownik zaatakował prezydenta Pawła Adamowicza, były tysiące słów i zdarzeń. „Media narodowe” wylewały wiadra jadu, politycy PiS-u przedstawiali Adamowicza jako germanizatora, mafiosa, komunistę i obrońcę „układu”, a Młodzież Wszechpolska wystawiała „akt zgonu”. Wszyscy zostaliśmy podzieleni na lepszy i gorszy sort, staliśmy się krajem dwóch plemion. Czy w ogóle mamy szansę zatrzymać tę spiralę nienawiści?

Władysław Frasyniuk: Nie ulega wątpliwości, że granice tego, co wolno w przestrzeni publicznej, coraz szybciej się przesuwają. Propaganda, która wylewa się z programów TVP, jest coraz bardziej jadowita. Ostatni odcinek „Plastusiowej dobranocki” Barbary Pieli wręcz mną wstrząsnął, choć znam przecież doskonale esbeckie metody niszczenia przeciwników politycznych. To nie satyra, tylko pomówienia wykorzystujące antysemickie kalki.

A władze telewizji narodowej zareagowały tylko dlatego, że autorka programu użyła jako rekwizytu banknotów, na których oprócz gwiazdy Dawida był wizerunek Lecha Kaczyńskiego. Nie wystąpiły w obronie wartości, tylko partykularnych interesów politycznych.

Wszystko wolno podeptać, liczy się tylko, jakie korzyści można z takich działań wyciągnąć. Nie mamy już żadnych świętości, wszystko można odrzucić – konstytucję, Trybunał Konstytucyjny, porządek prawny.

Emocje wśród obywateli są coraz mocniej rozhuśtane. Redaktor Mikołaj Chrzan, wieloletni naczelny „Gazety Wyborczej” w Gdańsku, zastanawia się, czy można było zapobiec atakowi. I odpowiada: „Nie wiem, ale wiem, że nie zrobiliśmy praktycznie nic, by uświadomić sobie, że taki tragiczny scenariusz jest możliwy”. A pan brał go pod uwagę?

– Byłem w szoku po tym ataku, nie mogłem w nocy zasnąć. Jestem myślami przy Pawle Adamowiczu. Fantastyczny człowiek, przedstawiciel tego młodego pokolenia, które przekonało komunistów, że nie wygrają, bo walka będzie trwała. Współwydawca i drukarz podziemnego pisma studenckiego, współorganizator strajku okupacyjnego na uczelni, zaangażowany w tworzenie pierwszych jawnych stowarzyszeń opozycyjnych wobec władz, a teraz w rozwój demokracji lokalnej. To, co go spotkało, sprawia, że powinniśmy zamilknąć.

Zamilknąć?

– Zamilknąć. Mowa nienawiści jest sterowana przez polityków, hejt idzie z góry. Musimy zmusić polityków, żeby przestali nakręcać emocje, a zaczęli debatować. O państwie, o jego fundamencie, wartościach, zasadach, których żaden uczestnik demokratycznej gry politycznej nie powinien łamać.

Może i przykład idzie z góry, ale czy nie za szybko ściąga pan odpowiedzialność z obywateli? Komentarze czytelników prawicowych portali rozgrzeszają napastnika albo wskazują jako winnego Owsiaka i Platformę Obywatelską. Pod publikacją tweeta Joachima Brudzińskiego, zapowiadającego zatrzymanie internauty, który nawoływał na Facebooku do kolejnych politycznych mordów, pojawiły się wpisy porównujące zamach nożownika do akcji terrorystycznych młodego Piłsudskiego i „żołnierzy wyklętych”, a także komentarze grożące politykom „gniewem ludu”.

– Nakręcanie tej spirali nienawiści trwa od dawna, więc nie oczekujmy, że nagle nastąpi zmiana. To nie jest kwestia tygodnia czy dwóch, to będzie długi i bolesny proces. Ale jeśli nie zaczniemy normalnie rozmawiać, to w końcu dojdzie do wojny domowej. Powtarzam: potrzebny jest reset polityków. My, obywatele, mamy prawo do emocji, a oni nie.

I bardzo często nie ma w nich tych emocji. Okładają się w mediach społecznościowych, strzelają do siebie w studiach telewizyjnych, a gdy gasną światła jupiterów i suweren ich nie ogląda, idą razem na piwo. Ale suweren z tymi emocjami zostaje i coś z nimi musi zrobić.

Wiceminister MSWiA Paweł Szefernaker powiedział w TVN24, że dla „osób, które dolewają oliwy do ognia, nie ma miejsca w polityce, bez względu na to, po której stronie sceny politycznej”. Wierzy pan w takie deklaracje?

– Chciałbym zaznaczyć, że o ile szanuję postawę Joachima Brudzińskiego, to do wypowiedzi Pawła Szefernakera mam zastrzeżenie. Najpierw trzeba zrobić porządek po swojej stronie, a potem pouczać innych. I ta zasada dotyczy wszystkich.

Ale partie uwielbiają harcowników. Im większą awanturą zrobią, tym lepiej.

– Wierzę, że ta tragedia przeora w końcu naszą świadomość. Nie możemy dzielić się wciąż na lepszy i gorszy sort, esbeków i prawdziwych Polaków. Musimy być razem. To jest ten moment, w którym musimy wrócić do wartości Sierpnia ’80. Politycy muszą to zrobić!

W tamte dni nikt nikogo nie pytał, skąd przychodzi. Byliśmy razem. I rozmawialiśmy. Poczuliśmy, że możemy się porozumieć. Zaczęliśmy prostować karki, decydować o sobie. Ciągle gadaliśmy, w fabrykach, kościołach, na uczelniach. Stawialiśmy pytania, uczyliśmy się od siebie nawzajem, a nie atakowaliśmy.

Słowa mają moc zmieniania rzeczywistości. Mogą zmniejszyć strach, wzmocnić więź między ludźmi, zbudować lub umacniać porządek demokratyczny. Ale mogą też spotęgować lęk, zniszczyć wspólnotę, rozwalić demokrację, doprowadzić do przelewu krwi. Zastanówmy się bez emocji, czy tego chcemy.

Wiem, że Paweł Adamowicz nie chciałby, żeby ten zamach został wykorzystany do wojny narodowej, ale oczekiwałby, że usiądziemy do debaty. Czas na otrzeźwienie, żadne dzwony już głośniej nie zadzwonią.

wyborcza.pl

 

 

Publikacja: 

Chrabota: Koniec wieku niewinności

Zabójstwo prezydenta Gdańska pokazuje, że jako społeczeństwo przekroczyliśmy Rubikon. Jeśli nie dojdzie do systemowej walki z hejtem, wszyscy będziemy mieli krew na rękach.

Trudno po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza nie czuć się zdruzgotanym. Polska straciła nie tylko wybitnego samorządowca, wieloletniego lidera lokalnej społeczności, dobrego i życzliwego człowieka, ale również ostatnie skrawki poczucia politycznej niewinności. Bo przecież jeszcze do wczoraj patrzyliśmy na naszą scenę publiczną mając w pamięci dziedzictwo bezkrwawej rewolucji, która w 1989 r. wyniosła do władzy opozycję antykomunistyczną. Szczyciliśmy się, że może i polska polityka jest pełna złości i werbalnej agresji, ale jednak to wciąż w większości przypadków polityka, a nie akty fizycznej przemocy.

Niedzielny atak nożownika na Pawła Adamowicza podczas finału WOŚP w Gdańsku jest ostatecznym kresem tego naszego wieku niewinności. Zabójstwo prezydenta Gdańska jest bez wątpienia aktem terroru kryminalnego o podłożu politycznym. Świadczą o tym zarówno wybór okoliczności zamachu, jak i słowa, które zamachowiec wykrzyczał do mikrofonu. Paweł Adamowicz nie był przecież w żadnym sensie sprawcą „cierpień” zamachowca. Miał stać się za to symboliczną ofiarą zemsty niezrównoważonego zapewne psychicznie człowieka. Nie mnie rozstrzygać, jakie były szczegółowe motywy czy okoliczności tej zbrodni. Stefanem W. zajmą się profesjonalnie prokuratorzy i psychiatrzy. Ustalą stopień jego poczytalności w czasie dokonywania zamachu, a sąd rozstrzygnie o odpowiedzialności karnej.

Nie mam wątpliwości, że Temida zadziała w tej sprawie równie skutecznie jak niemal przed stu laty, przy osądzaniu Eligiusza Niewiadomskiego, czy w 2011 r., podczas procesu skazanego ostatecznie na dożywocie Ryszarda Cyby, mordercy pracownika biura poselskiego PiS Marka Rosiaka. Proszę wybaczyć suchy ton tej części komentarza, ale pragnę wyraźnie oddzielić fakty związane z tym indywidualnym aktem terroru od naszej zbiorowej zań odpowiedzialności. Bo niewątpliwie odpowiedzialność za takie zdarzenia – jako społeczeństwo, a w szczególności media – ponosimy.

Przed wiekiem Niewiadomski, po nim Cyba, a dziś Stefan W. nie żyli w jakimś wyizolowanym eremie, daleko na pustyni – tylko wśród ludzi. Czytali te same gazety, wysłuchiwali tych samych debat, wyrastali w rzeczywistości emocjonalnej, którą wszyscy współtworzymy i jesteśmy za nią odpowiedzialni. Nie byłoby zabójstwa Narutowicza, gdyby nie zbiorowy hejt, którego doświadczył jako głowa państwa wybrana przez mniejszości. Analogicznie mam prawo sądzić, że Stefan W. nie ośmieliłby się targnąć na życie prezydenta Gdańska, gdyby nie nasze przyzwolenie na wyjątkową eskalację nienawiści, jaką fundują nam współczesne media, zwłaszcza społecznościowe – instrument o nieznanym w historii ludzkości zasięgu i mocy.

Nie chcę jednak zrzucać wyłącznej winy na media. Równie winna jest nasza nieczułość w wymiarze publicznym na skandaliczne i groźne w swoim wydźwięku zachowania antagonistów politycznych, by przypomnieć choćby akt zgonu wystawiony Pawłowi Adamowiczowi w 2017 r. przez Młodzież Wszechpolską, spalenie kukły Żyda we Wrocławiu czy symboliczne „wieszanie” zdradzieckich europosłów PO w Katowicach przez narodowców. Władza publiczna przymyka oko na takie rzekomo nieszkodliwe happeningi, zamiast pokazać w tej sprawie wyjątkową stanowczość i nieprzejednanie. W tym sensie za wydarzenia w Gdańsku jest równie odpowiedzialna jak internetowi hejterzy i autorzy pełnych nienawiści okładek tygodników opinii.

Ryzyko nasilenia się fali agresji niesie na dodatek sama współczesność, gdzie powoli zaciera się granica między pełnym patologii i brutalności światem wirtualnym i rzeczywistym. W takim środowisku zasadna staje się obawa, że nasilenie walki politycznej przy okazji trzech następujących po sobie kampanii wyborczych może dać pole kolejnym Niewiadomskim, Cybom czy Stefanom W. Tym większa nasza obywatelska odpowiedzialność za standardy polskiego życia publicznego.

W tym sensie tragiczna śmierć Pawła Adamowicza musi się stać punktem zwrotnym, po którym nastąpi otrzeźwienie i przywrócenie jakości polskiej polityki i publicystyki. Nie mam złudzeń co do poziomu hejtu w internecie, ale jakość standardów życia państwowego i partyjnego jest w rękach polityków. Wzywam organa sprawiedliwości do stanowczego tępienia przejawów nienawiści w życiu publicznym. Wzywam polskie partie do eliminacji brutalności i agresji we własnych szeregach. Dotychczasowe metody dyscyplinarne się nie sprawdzają, może więc czas, by stworzyć w strukturach wewnętrzne komórki do zwalczania mowy nienawiści. Tylko konsekwencja w tych kwestiach zapobiegnie fali nieszczęść, która wydawała się dotąd dość abstrakcyjna. Zamach i tragiczna śmierć prezydenta Gdańska pokazują, że jako społeczeństwo przekroczyliśmy Rubikon. Jeśli nie dojdzie do systemowej walki z hejtem, wszyscy jednako będziemy mieli krew na rękach.

rp.pl