Prof. Paweł Śpiewak: Mam wrażenie, że jesteśmy mentalnie w latach 30. przed wojną

Prof. Paweł Śpiewak: Mam wrażenie, że jesteśmy mentalnie w latach 30. przed wojną

W książce Zofii Nałkowskiej „Medaliony” pada kilkukrotnie określenie „polskie obozy śmierci” i nigdy nikomu nie przyszło do głowy, aby pomyśleć o tym inaczej niż jak o określeniu geograficznym. Oczywiste jest, że Nałkowska nie przypisuje winy za Holocaust Polakom. Czy wydając teraz „Medaliony” Nałkowskiej mamy ją poprawiać? – pyta w rozmowie z nami prof. Paweł Śpiewak, socjolog i historyk idei, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego. Rozmawiamy o ustawie IPN, która spowodowała największy od lat kryzys w stosunkach polsko-izraelskich. O samej ustawie mówi: „To jakiś koszmar i pokaz pychy tych, którzy tak pomyśleli. Pewny jestem jednego. Ta ustawa nie ma nic wspólnego z obroną dobrego imienia Polski”. A o nasileniu się akcentów antysemickich: „Momentami mam wrażenie, że znowu jesteśmy mentalnie w latach 30. przed wojną, kiedy poziom antysemityzmu w Polsce był bardzo wysoki i  gorący. Bardzo wiele prawicowych środowisk wykazuje tu całkowity regres”.

JUSTYNA KOĆ: W Jedwabnem Żydów mordowali Polacy… Czy za takie zdanie, zgodne z prawdą, mogę być pociągnięta do odpowiedzialności?

Prof. PAWEŁ ŚPIEWAK: Oczywiście! Ta ustawa jest od początku do końca nieporozumieniem. Nadaje się w całości do kosza. Apeluję do prezydenta i senatorów o to, żeby całkowicie wycofano się z tej ustawy; jest też w całkowitej sprzeczności ze sztuką prawniczą, pozostawia bardzo dużo czynników nieprecyzyjnych, począwszy od definicji faktu: co to jest fakt, kto ma rozstrzygać, co jest faktem prawdziwym, a co nie. I jeszcze nie było tak w historii, żeby o takich rzeczach rozstrzygał sąd lub prokurator. To raczej jest kwestia badań naukowych.

W badaniach naukowych jest wiele punktów, które są nierozstrzygalne i to wymaga czasu. Ustalanie tego przez sąd jest nie do przyjęcia.

Badać historię będzie można, ale za zgodą.

Ustawa dopuszcza tak zwaną działalność naukowo-artystyczną, ale w istocie rzeczy nie wiadomo, co to jest. Mam wrażenie, że najciekawsze są książki na temat stosunków polsko-żydowskich w czasie wojny, które pisali wcale nie naukowcy, ale osoby jak Anna Bikont, która nie ma tytułu naukowego i napisała świetną książkę o Irenie Sendlerowej. Wedle tej ustawy, powinna zostać uwięziona za tę książkę. Ta ustawa jest bezsensowna także dlatego, że zostawia kwestie edukacji całkowicie na boku, a już absurdem absolutnym jest to, że ona odnosi się do cudzoziemców. To tak, jakby Arabia Saudyjska wydała ustawę, że w Polsce należy przestrzegać prawa szariatu. Wówczas mielibyśmy poczucie nieuprawnionego mieszania się kogoś innego w nasze życie osobiste.

Nie mam tu ani jednego dobrego słowa o tej ustawie, niestety. Jest sprzeczna zarówno z polską tradycją, jak i kulturą polityczną i kulturą naukową na całym świecie.

Po co zatem ta ustawa? Czy to ruch na potrzeby polityki wewnętrznej, kolejne „wstawanie z kolan”? Przecież wiadomo, że Polska ma ogromne zasługi w ratowaniu Żydów, ale ma też swoje czarne karty w historii.

Nie wiem, chyba tylko po to, aby sobie samemu strzelić w kolano. Ta ustawa zaostrza stosunki polsko-izraelskie, które uchodziły za jedne z najlepszych. Opinia Żydów i środowisk żydowskich będzie na pewno bardzo zaniepokojona. W Polsce z kolei podzieli ona społeczeństwo na ludzi, którzy będą mieli poczucie, że to zagrożenie dla wolności słowa czy wręcz wprowadzenie cenzury, inni będą uważali, że należy tak robić.

Pewny jestem jednego. Ta ustawa nie ma nic wspólnego z obroną dobrego imienia Polski w sensie, żeby nie mówić o polskich obozach koncentracyjnych. Tam nie ma takiego punktu, on się nie pojawia. Tym bardziej

nie mogę pojąć, że ta ustawa została przyjęta na dzień przed obchodami światowego dnia Holocaustu. To strzał w stopę,

i to w najbardziej z możliwych fałszywy sposób pojmowania patriotyzmu i obrony polskiego imienia.

Mamy obecnie do czynienia z największym od lat kryzysem w stosunkach polsko-izraelskich, które przez wiele lat udało się wypracować, mimo takich wydarzeń jak pogrom kielecki czy właśnie wydarzenia w Jedwabnem.

I to jest właśnie bezmyślność naszych ustawodawców, którzy nie przeanalizowali dokładnie konsekwencji tego, co robią. To jest dobry przykład, jak nie należy stanowić prawa.

Jak należy o tym mówić?

Prawdziwie.

Czyli?

My wydajemy teraz książkę napisaną w czasie wojny przez Emanuela Ringelbluma o stosunkach polsko-żydowskich, który pisząc tę książkę ukrywał się po stronie aryjskiej. Pisząc ją autor bazował na informacjach, które wówczas miał, nie wszystkie musiały być sprawdzone, zweryfikowane, opierał się pewnie w dużej mierze na swojej wiedzy, intuicji. Jeżeli my wydamy tę książkę teraz, która jest niezwykle ważna z punktu widzenia historiografii, mówi o tym, jak Żydzi postrzegli w czasie wojny relacje polsko-żydowskie, to nagle się okaże, że ja obrażam naród Polski wydając tę książkę, nawet z przypisami i słowem wstępu?

Może się okazać, że te moje wypowiedzi zostaną zablokowane, mimo że to wypowiedzi historyczne.

W polskiej znanej książce Zofii Nałkowskiej „Medaliony” pada kilkukrotnie określenie polskie obozy śmierci i nigdy nikomu nie przyszło do głowy, aby pomyśleć o tym inaczej niż jak o określeniu geograficznym. Oczywiste jest, że Nałkowska nie przypisuje winy za Holocaust Polakom. Czy wydając teraz „Medaliony” mamy ją poprawiać? To jakiś koszmar i pokaz pychy tych, którzy tak pomyśleli. Podobnie rzecz dotyczy Jana Karskiego.

À propos pychy, premier Morawiecki o rozmowach z premierem Izraela Binjaminem Netanjahu mówi „że widzi pole do dialogu”.

To proponuję, żeby od razu wrzucił ustawę do kosza i zastanowił się, czy taka ustawa w ogóle jest potrzebna. Takie stanowisko polecam panu premierowi.

Prof. Barbara Engelking uważa, że tak naprawdę postawa Polaków wobec zagłady Żydów była bierna. Jakie jest pana zdanie?

Tu nie da się uogólnić. Wojna trwała pięć lat, prawie sześć. Nasilenie mordowania Żydów to lata 1942-43, ten ostatni rok to największa eskalacja, gdzie zamordowano prawie wszystkich polskich Żydów. W tamtym okresie możliwości niesienia pomocy były bardzo ograniczone i inaczej wyglądała sytuacja w 1942. Dlatego ja uważam, że takie uogólnienia nie powinny być stosowane, bo zawodzą. Nie powinny być przedmiotem dyskusji politycznych i skrótowych komentarzy.

Uczmy się, czytajmy, szukajmy przykładów, jest bardzo dużo dzienników, pamiętników, tekstów historycznych, aby można było to dobrze przeanalizować.

Skrótowe komentarze, o których mówił pan przed chwilą, wylały się ostatnio na paskach telewizji publicznej. To pokazuje prawdę o nas? Jesteśmy antysemitami?

Badania socjologiczne mówią wyraźnie, że 1/3 Polaków skłonna jest do sięgania po różnego rodzaju stereotypy antysemickie. To i tak dobry wynik, bo przez wiele lat było gorzej.

Jednak 1/3 to bardzo dużo.

Tak, to sporo i

mamy tu jeszcze jeden element, czyli pojawienie się języka nienawiści, który zawsze może być skierowany na inną grupę; a to przeciwko ludziom islamu, a to przeciwko „pedałom”, a raz przeciwko „Żydom”. Ta sama postawa agresji, poniżania, dezawuowania jest czymś silniejszym niż sam antysemityzm.

To bardzo niepokojące, i rozumiem moją córkę, która mówi, że dla niej to moment do emigracji.

Wśród tych haseł agresji pojawia się również ostatnio zapomniane przez wiele lat hasło „żydokomuna”.

Jeżeli nikt z tzw. autorytetów publicznych nie reaguje, to później mamy takie skutki. Możemy powiedzieć niestety, że cała ta lekcja, którą wydawało się, że polski naród odrobił od czasu ujawnienia zbrodni w Jedwabnem, kiedy odbyła się pierwsza poważna rozmowa o polskim antysemityzmie, tę lekcję możemy wyrzucić do kosza. Momentami mam wrażenie, że znowu jesteśmy mentalnie w latach 30. przed wojną, kiedy poziom antysemityzmu w Polsce był bardzo wysoki i  gorący. Bardzo wiele prawicowych środowisk wykazuje tu całkowity regres.

Dokąd nas to zaprowadzi, jak to się skończy?

Izolacją w świecie, świecie, do którego aspirujemy, kultury i cywilizacji zachodniej. Tam ten typ mowy, tzw. hate speech, jest bardzo potępiany i nie ma tu usprawiedliwienia. W Polsce każdy może pozwolić sobie na powiedzenie najgorszego świństwa, a szczególnie w Internecie, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

wiadomo.co

Seweryn Blumsztajn: Kaczyński dał znak do antysemickiej kampanii

Seweryn Blumsztajn: Kaczyński dał znak do antysemickiej kampanii

Czekam niestety, aż rozpęta się nagonka antysemicka, może nie w takiej skali jak w marcu 1968 roku, ale po tylu latach trudno nam to sobie w ogóle wyobrazić. To jest okropne. I to jest świadoma decyzja Jarosława Kaczyńskiego. Nie obchodzi mnie, czy jest, czy nie jest antysemitą, ale dla utrwalenia swojej władzy pójdzie na wszystko – pokazał to już wiele razy. Teraz wyciąga się z ludzi to, co najgorsze, atmosfera robi się koszmarna – mówi w rozmowie z nami Seweryn Blumsztajn, dziennikarz, działacz opozycji w PRL, uczestnik wydarzeń marcowych

KAMILA TERPIAŁ: Ambasada Izraela alarmuje, że wzrosła fala ataków o podłożu antysemickim. Tak to musiało się skończyć?

SEWERYN BLUMSZTAJN: Nic się nie musiało tak skończyć. To, co się dzieje, nie jest problemem relacji Polska-Izrael, tu chodzi o grę wewnętrzną. PiS wyciągnął z zamrażarki nowelizację ustawy o IPN, którą konsultowali z Izraelem rok temu. Dlaczego? Trudno jest znaleźć racjonalne powody. Ale dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że chcą coś dać „naziolom”, na których krzyczą, że bawili się w lesie w urodziny Hitlera.

To jest gest do tej części społeczeństwa, która podziela nadętą narrację na temat skrzywdzonej Polski, niesprawiedliwie osądzonej, świętej i niewinnej.

Nie wiem, kto zdecydował o wyciągnięciu tego projektu z zamrażarki.

Ale później była też decyzja o szybkim przyjęciu ustawy bez poprawek w Senacie.

I to niewątpliwie była decyzja Jarosława Kaczyńskiego – uchwalamy to w ciągu jednej nocy i nie ustępujemy. Taką decyzję odebrałem jak znak do kampanii antysemickiej. Kojarzy mi się to wyłącznie z tym, co działo się 50 lat temu. To jest koszmar analogii.

Natychmiast jak wybuchła ta sprawa, w mediach społecznościowych ruszyła fala antysemickich wpisów i gróźb. Jarosław Kaczyński musiał wiedzieć, jak wyczulony jest na to nie tylko Izrael, ale także cały świat, i że będzie z tego poważna awantura.

To była jego świadoma decyzja, chciał przemówić do swojego elektoratu.

I jest w stanie zapłacić za to taką cenę?

Czekam niestety, aż rozpęta się nagonka antysemicka, może nie w takiej skali jak w marcu 1968 roku, ale po tylu latach trudno nam to sobie w ogóle wyobrazić. To jest okropne. I to jest świadoma decyzja Jarosława Kaczyńskiego. Nie obchodzi mnie, czy jest, czy nie jest antysemitą, ale dla utrwalenia swojej władzy pójdzie na wszystko – pokazał to już wiele razy.

Teraz wyciąga się z ludzi to, co najgorsze, atmosfera robi się koszmarna. Pamiętam atmosferę marca 1968 roku. Wtedy ludzie uciekali z Polski. Statek „Batory” w ogóle przestał przybijać do wybrzeży Polski.

Młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy, co dzieje się w kraju, w którym normą stają się antysemickie bluzgi.

Wiemy, co działo się po marcu 1968 roku – wizerunek Polski na świecie został odbudowany dopiero za czasów KOR-u. To bardzo dużo kosztuje.

Premier Mateusz Morawiecki był w Muzeum im. Rodziny Ulmów w Markowej, chyba starał się trochę łagodzić nastroje. Jak pan odebrał jego słowa?

To wszystko jest dwuznaczne.

Premier opowiadał o heroizmie Polaków, którzy ratowali Żydów. Ale obok Markowej, po tym jak zabili Ulmów i Żydów, których ukrywali, znaleziono 29 żydowskich trupów. Lokalni chłopi przerażeni tym, co się stało, pozabijali ich i wyrzucili ciała. To jest prawda o tym czasie. A o tym na pewno Mateusz Morawiecki nikomu nie powiedział.

Musimy mieć świadomość tego, że istnieje narracja polska o heroicznych Polakach, którzy dzielnie walczyli podczas wojny, przeciwstawiając się Hitlerowi, zbudowali Państwo Podziemne i ukrywali Żydów; jest też narracja żydowska, w której Polacy byli dla nich największym zagrożeniem, bo Niemcy ich nie rozpoznawali. Jak mówiła Irena Sendlerowa, łatwiej było ukryć pod dywanem czołg niż żydowskie dziecko. To nie przekreśla oczywiście heroizmu tych, którzy Żydów ukrywali, a nawet bardziej go podkreśla.

Jeżeli polskie społeczeństwo nie przyjmie do wiadomości żydowskiej narracji, to będziemy się z tym „bawić” jeszcze nie wiadomo jak długo.

Czy zapisy nowelizacji ustawy o IPN mogą rzeczywiście prowadzić do fałszowania historii i negowania Holocaustu?

W kraju, w którym zniszczono system prawny i niezależność sądownictwa, możemy się obawiać wszystkiego. Prokuratura jest podporządkowana politykom, a IPN stał się instytucją do budowania innej opowieści o Polsce – wszystko jest możliwe. Mogą na przykład rozwiązać największą chlubę polskiej historii, czyli Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Praca tych ludzi najbardziej skutecznie zwalczała stereotyp Polaka antysemity. To

wszystko zależy od oporu społecznego, atmosfery i tego, co prezes wymyśli. Chociaż Jarosław Kaczyński uruchomił już takie mechanizmy, nad którymi ciężko będzie zapanować jemu i jego ludziom. Oni są jak uczniowie czarnoksiężnika.

„Prawda nie obroni się sama, więc trzeba uruchomić machinę” – to słowa Jarosława Kaczyńskiego.

Takich bredni powinien się wstydzić. Ta ustawa z góry była skazana na niepowodzenie, wiadomo było, że będzie nieskuteczna. Jak mamy sobie wyobrazić karanie np. dziennikarzy gazety „New York Times”? Tym bardziej, że ma o tym decydować IPN. Jaką oni stworzyli machinę? Wizerunek Polski może poprawić tylko prawda historyczna i badania naukowe.

Prezydent Andrzej Duda będzie się w ogóle zastanawiał, co zrobić? Czy decyzję już podjął?

Prezydent osobiście i ideowo jest za tą ustawą. Nie weźmie na siebie aż takiej odpowiedzialności. Dlatego uważam, że ustawę podpisze. A to będzie miało fatalne skutki także dla naszej pozycji w UE, w kontekście art.7, i na świecie.

„Dyplomacja uśmiechu” nie ma szans w sytuacji, w której wszyscy będą znowu mówili o Polakach antysemitach. Nie jesteśmy potrzebni Izraelowi, bo jesteśmy w Europie złym ambasadorem.

Nam Izrael potrzebny jest do tego, aby świadczył, że nie jesteśmy antysemitami. Ale tym razem nie wyszło.

I to wszystko chwilę przed 50. rocznicą Marca 1968 roku…

To jest niewiarygodne. Boję się tego, co może się wydarzyć. Wracają najstraszliwsze teksty antyżydowskie. W takim kraju jest bardzo trudno i nieprzyjemnie żyć, nie tylko Żydom, ale także każdemu przyzwoitemu człowiekowi. W takim kraju się okropnie żyje i tego się najbardziej boję.

wiadomo.co

Dlaczego PiS popełnił polityczne samobójstwo

Dlaczego PiS popełnił polityczne samobójstwo

Na świecie nie ma już nikogo, kto z aprobatą odnosiłby się do poczynań PiS-u. Może poza Autonomią Palestyńską.

Nie sposób pojąć, co właściwie PiS chciał osiągnąć nowelizując ustawę o IPN. Żeby nikt nie przypisywał Polakom odpowiedzialności za Auschwitz? A kto przypisuje? Nie jest mi znany ani jeden przypadek. Owszem, w mediach zagranicznych czasami trafia się niefortunne sformułowanie „polskie obozy śmierci”, ale używający go mają na myśli geograficzną lokalizację, a nie sprawstwo. Polskie, bo znajdowały się na terytorium Polski, a nie dlatego, że Polacy je zakładali. Czy ktoś z państwa spotkał osobę uważającą, że Auschwitz zbudowali Polacy?

Mimo to wszyscy w Polsce zgadzamy się, że dobrze byłoby to sformułowanie wyrugować, bo jego używanie może sączyć do świadomości, a przede wszystkim do podświadomości odbiorców, nieprzyjemne dla nas skojarzenia. Pytanie tylko, jak to zrobić skutecznie.

Grożąc 3 latami więzienia? Wolne żarty. Czy naprawdę ktoś w PiS-ie wierzy, że dziennikarz lokalnej gazety z Ontario czy Tasmanii przejmie się polską ustawą o IPN? Zwisa mu ona kalafiorem. Zbigniew Ziobro z zastępami swoich prokuratorów budzi w nim tyle samo respektu, ile np. we mnie prokurator generalny Tajlandii, uzbrojony w kodeks karny zakazujący pod karą więzienia wypowiadania negatywnych opinii o królu tego pięknego kraju.

Misja: dopaść Grossa?

Może więc nie o niekompetentnych i posługujących się językowymi kliszami żurnalistów chodziło, lecz o tych, którzy demaskują ciemne karty naszej historii i ujawniają zbrodnie i przestępstwa popełniane przez Polaków na Żydach. Przeciwko nim ta ustawa? Czyżby na celowniku był Jan Gross i wszyscy ci historycy i publicyści, którzy zajmują się mordem w Jedwabnem, pogromem kieleckim i tysiącami antysemickich przestępstw mniejszej i większej rangi?

Można by mieć takie podejrzenia, zwłaszcza że po wybuchu międzynarodowego skandalu natychmiast uaktywniły się tłumy nacjonalistycznych i antysemickich oszołomów, kwestionujących fakty i podważających historyczną prawdę. Najwyraźniej uznali, że oto wybiła ich godzina i mogą przystąpić do kontrofensywy, przepisując historię na nowo. – „Skoro mamy wojnę, proszę, błagam, apeluję do IPN – wykorzystajcie ten moment do przeprowadzenia ekshumacji w Jedwabnem!” – wzywa na Twitterze Rafał Ziemkiewicz. – „A w Muzeum Historii Żydów Polskich powinna pojawić się wystawa o Żydach z MBP, UB czy tych w prokuraturach i sądach PRL-u, którzy mordowali Polaków, oraz Żydach pomagających podczas II wojny światowej przy eksterminacji swoich pobratymców” – dopowiada w komentarzu niejaki Marcin Janoska.

Jest tylko jeden szkopuł: uważna lektura artykułu 55 a. znowelizowanej ustawy o IPN przekonuje, że nie da się tego zapisu wykorzystać przeciw Grossowi czy ludziom powtarzającym jego ustalenia. „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie…” – czytamy w ustawie. Zbrodnia w Jedwabnem nie została popełniona przez III Rzeszę, a mówienie o tym nie jest „wbrew faktom”. Ujawnianie współodpowiedzialności polskich szmalcowników, pomagających hitlerowcom w zagładzie Żydów w czasie II wojny światowej, też nie kłóci się z faktami. Tak więc znowelizowanej ustawy raczej nie da się użyć w charakterze bata na osoby ujawniające wstydliwe karty polskiej historii. Szukajmy zatem innego wyjaśnienia.

Misja: podburzyć tłum przeciw Żydom?

Może chodziło o podburzenie mas, podsycenie antysemickich nastrojów i wykreowanie atmosfery paniki moralnej i zagrożenia. To dla rządzących znakomite paliwo polityczne. „Trzymajmy się razem i popierajmy dzielny rząd, bo obcy nas atakują” – głosi dziś szeptana propaganda, a paski w TVP Info szczują przeciw Żydom.

Tyle tylko, że nie ma żadnych przesłanek pozwalających stwierdzić, że władzom od początku przyświecał taki cel i że z rozmysłem, na zimno wznieciły falę antysemityzmu. Przecież zaledwie kilka miesięcy temu Jarosław Kaczyński rozmawiał z przedstawicielami organizacji żydowskich i starał się temu spotkaniu nadać jak największą rangę i rozgłos. Wygląda raczej na to, że wybuch afery zaskoczył rządzących i dopiero teraz, post factum, starają się z tej wizerunkowej klęski wyciągnąć jakieś korzyści, mobilizując elektorat podatny na nacjonalistyczne emocje. Zresztą nawet dla władz musi być oczywiste, że straty wynikające z kompromitacji Polski w świecie znacznie przewyższają płynące z tego korzyści. Od Warszawy odwracają się ważni partnerzy i sojusznicy, przede wszystkim USA. Właściwie nie ma nikogo (może poza Autonomią Palestyńską), kto z aprobatą i sympatią odnosiłby się do poczynań PiS. Znamienne jest milczenie Budapesztu.

Nie było misji, były tylko kompleksy

Może więc – to już ostatnie z możliwych wytłumaczeń – PiS sam do końca nie wiedział, co chce osiągnąć, nowelizując ustawę o IPN. Być może politykę zagraniczną rządzących należy analizować nie przez pryzmat celów, lecz przyczyn. A najważniejszą z tych przyczyn jest mentalność i intelektualny poziom kadr.

W dawnych czasach autorami polskiej polityki wobec Żydów, Niemców, Ukraińców i całego świata zewnętrznego byli ludzie pokroju Jerzego Giedroyca, Tadeusza Mazowieckiego, Władysława Bartoszewskiego, Jacka Kuronia czy Adama Michnika. Teraz jednak zastąpiły ich postacie w rodzaju Patryka Jakiego, Arkadiusza Mularczyka czy Macieja Świrskiego. Nic więc dziwnego, że w polskiej debacie na tematy międzynarodowe głos światłego i wyrafinowanego intelektu został wyparty przez tępe stukanie młotków, zaś miejsce strategicznej myśli o potrzebie pojednania z sąsiadami, gwarantującego Polsce bezpieczeństwo, zajmuje odruch bezwarunkowy zakompleksionego i niezbyt rozgarniętego osiłka, któremu ciągle się wydaje, że inni go nie szanują, więc na każdy przejaw krytyki odpowiada w ten sam sposób: „Coś ci się nie podoba? A wp****dol chcesz?”.

Wojciech Maziarski

koduj24.pl

Gdy rozum śpi, budzi się PiS

Gdy rozum śpi, budzi się PiS

PiS znowelizowaniem ustawy o IPN spuściło ze smyczy demony antysemityzmu.

Zawsze, gdy już wydaje mi się, że limit „dobrych działań” polityków PiS jest wyczerpany, to nagle… buch… i znowu mnie czymś zaskakują. Negatywnie, oczywiście. Tym razem swoją nowelizacją ustawy o IPN rozpalili do czerwoności emocje nie tylko Polaków, ale i świata.

Przyjrzyjmy się uważnie, czego dotyczą te zmiany. W ustawie z 18 grudnia 1998 roku mowa jest o zbrodniach nazistowskich, komunistycznych i innych przestępstwach, stanowiących zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne, dokonane na obywatelach narodowości polskiej oraz Polakach innych narodowości w okresie 1 września 1939 – 21 grudnia 1989.

Teraz pod lupą IPN znajdą się działania od 8 listopada 1917 – 31 lipca 1990. Jednocześnie następuje pewne uszczegółowienie, kogo IPN będzie mógł ścigać i karać, w postaci dodatkowego artykułu 2a, który stanowi wyraźny „ukłon” w stronę Ukrainy, wyjaśniając dokładnie, czym zajmą się pracownicy tej szacownej instytucji. – „Zbrodniami ukraińskich nacjonalistów i członków ukraińskich formacji kolaborujących z Trzecią Rzeszą Niemiecką, w rozumieniu ustawy, są czyny popełnione przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1925–1950, polegające na stosowaniu przemocy, terroru lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności. Zbrodnią ukraińskich nacjonalistów i członków ukraińskich formacji kolaborujących z Trzecią Rzeszą Niemiecką jest również udział w eksterminacji ludności żydowskiej oraz ludobójstwie na obywatelach II Rzeczypospolitej na terenach Wołynia i Małopolski Wschodniej”.

Czy można się dziwić, że taki zapis wywołał na Ukrainie wielkie oburzenie? Szef MSZ w Kijowie Pawło Klimkin napisał na Twitterze: – „Decyzja polskiego parlamentu nie jest zwrócona ku dyskusji o prawdzie historycznej, lecz budowie historycznej mitologii. Wprowadzenie na poziom prawny terminu „zbrodnie ukraińskich nacjonalistów” wzmacnia jednostronne stereotypy i prowokuje reakcję w odpowiedzi. Idea uznania jakichś narodów za zbrodnicze donikąd nie prowadzi”. Hanna Hopko, szefowa komisji parlamentarnej ds. zagranicznych, oświadczyła, że poprzez upolitycznianie historii Polska szkodzi swoim własnym interesom. – „Czy musimy przypominać o obozie koncentracyjnym w polskim Jaworznie? Czy my, Ukraińcy, musimy po raz kolejny przypominać Polakom o akcji „Wisła” czy traktacie ryskim? (…) Wybaczyliśmy i poprosiliśmy o wybaczenie. Jest to nasza strategia, którą pobłogosławił moralny autorytet Jan Paweł II. My patrzymy w przyszłość, w której politycy nie budują swojej popularności na kościach i grobach”. I tak, zamiast poważnej dyskusji zaczęło się „odbijanie piłeczki”, co tylko podkręca emocje i psuje relacje polsko-ukraińskie. Czy właśnie o to chodzi?

Dodane kolejne artykuły – 55a i 55b to już w ogóle majstersztyk. „Art. 55a. 1. Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie określone w art. 6 Karty Międzynarodowego Trybunału Wojskowego załączonej do Porozumienia międzynarodowego w przedmiocie ścigania i karania głównych przestępców wojennych Osi Europejskiej, podpisanego w Londynie dnia 8 sierpnia 1945 r. (Dz. U. z 1947 r. poz. 367), lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Wyrok jest podawany do publicznej wiadomości.
2. Jeżeli sprawca czynu określonego w ust. 1 działa nieumyślnie, podlega grzywnie lub karze ograniczenia wolności.
3. Nie popełnia przestępstwa sprawca czynu zabronionego określonego w ust. 1 i 2, jeżeli dopuścił się tego czynu w ramach działalności artystycznej lub naukowej.
Art. 55b. Niezależnie od przepisów obowiązujących w miejscu popełnienia czynu zabronionego niniejszą ustawę stosuje się do obywatela polskiego oraz cudzoziemca w razie popełnienia przestępstw, o których mowa w art. 55 i art. 55a”.

Zapis tak niejednoznaczny, tak ogólnikowy, że światowa opinia publiczna szaleje i tylko politycy PiS nie rozumieją, o co chodzi. Przecież to tylko obrona przed krzywdzącymi dla Polski określeniami typu „polskie obozy koncentracyjne”. To tylko sposób na zapobieganie szkalowania naszego dobrego imienia. Co się ten świat czepia?

Ano czepia się, bo zapisy są bardzo nieprecyzyjne i pozostawiają otwarte drzwi dla nadinterpretacji, co może wywołać więcej szkody niż pożytku. Czy nauczyciel, który nie jest artystą ani pracownikiem naukowym, będzie mógł mówić o Holokauście, o haniebnej postawie wielu Polaków, którzy tak chętnie podłączyli się do nazistów, by donosić na swoich żydowskich sąsiadów, mordować ich w celu osiągnięcia korzyści majątkowych? Zgodnie ze znowelizowaną ustawą, może to już podlegać karze. Czy ukarani zostaną rodzice, którzy w ramach poznawania trudnych kart historii Polski zabiorą swoje dziecko tam, gdzie Polacy wymordowali Żydów? Czy przewodnikom, oprowadzającym wycieczki po miejscach, gdzie dokonywano mordów na Żydach nadal będą mogli opowiadać o niechlubnej roli Polaków w tym procederze? Podobnie na baczności muszą się mieć dziennikarze, publicyści, ci, których obecna władza uzna za winnych, bo w jej mniemaniu, nie są ani artystami, ani naukowcami, więc wara im od wyrażania swego zdania w tej kwestii.

PiS znowelizowaniem ustawy o IPN spuściło ze smyczy demony antysemityzmu, które, jak się okazuje, tyko przysnęły na pewien czas, a teraz… teraz rozszalały się na całego. Hula więc sobie teraz ten antysemityzm, a człowiekowi aż włos się jeży, gdy czyta i słucha. Gdy widzi, jak czarna strona ludzkiej natury bierze górę i zaczyna dominować w przestrzeni publicznej, na jej kolejnym obszarze. Gdy groteskowo wykrzywione nienawiścią twarze moich rodaków pokazują, jakie potwory wciąż w nich drzemią.

Poseł Jakubiak, broniąc ustawy, pyta: – „Pokażcie mi choć jednego Polaka uratowanego przez Żyda” i od razu odwraca kota ogonem, przypominając, jak zachowali się przedstawiciele społeczności żydowskiej, gdy Armia Czerwona wkroczyła 17 września 1939 roku na polskie ziemie. No przepraszam, a co ma piernik do wiatraka? Są to zupełnie dwie różne kwestie. Owszem, wymagające rzetelnej oceny, ale absolutnie nie można jednej usprawiedliwiać drugą, nie można ich ze sobą mieszać i wmawiać Polakom, że mamy prawo zrobić tak, bo oni nam tak…

Również pan Ziemkiewicz nagle wyskoczył ze stwierdzeniem na Twitterze: – „Przez wiele lat przekonywałem rodaków, że powinniśmy Izrael wspierać. Dziś przez paru głupich, względnie chciwych parchów, czuję się z tym jak palant”. Ma rację, że czuje się jak palant, bo takim określeniem idealnie wpisuje się w tak szalejący dzisiaj polski antysemityzm. W TVP Info wraz z panem Wolskim nieźle bawili się, wyśmiewając zaistniałą sytuację. – „Skoro można mówić o „polskich obozach”, to wolno je też nazywać „żydowskimi obozami” – ironizowali z uśmiechem na ustach, dorzucając jeszcze jakieś kiepskie żarty o komorach gazowych.

W programie „Studio Polska” znanej kandydatki lewicy na prezydenta, pani Ogórek i Jacka Łęskiego na pasku pojawiły się szokujące wypowiedzi internautów. – „Dlaczego napływu Żydów nikt nie chce kontrolować? To gorsza plaga, niż islamiści i komuchy w jednym” czy – „Powiem krótko – zasłona z Żydów opadła i pokazali swoją prawdziwą twarz – przemysł Holokaustu służy im do wyłudzania nieustannie od Polski – wielomilionowych wyimaginowanych roszczeń”. Dodajmy do tego takie rewelacje jak np. „Niech zydzi odpowiedza sobie sami kto finansowal hitlera ijego armie?.Sami sobie zgotowali taki losq.Ale jest takie przyslowie,,swinia worek drze ikwiczy”,to samo sie tyczy zydow sami rozpetali to pieklo. I niechnie szukaja wInnych tylko sami siebi niech osadza” [pisownia oryginalna – przyp. TO] i wyłania nam się klasyczny „Homo PiSus”.

Ech, partio rządząca… Nieźle narozrabiałaś. Brak wyczucia, taktu dyplomatycznego, empatii politycznej, przekonanie o własnej nieomylności, jakieś dziwne pomysły, które niedoprecyzowane i tak wieloznaczne, postawiły nas w fatalnym świetle. Po latach ciężkiej pracy nad budową szacunku dla Polski, przełamaniem krzywdzących nas stereotypów, wystarczyło dać tobie władzę i wszystko idzie w diabły. Ta „wyspa wolności”, obiecana przez prezesa coraz bliżej, tylko jak na tym wyjdziemy? W czym nam pomoże ta coraz wyraźniejsza izolacja na arenie międzynarodowej?

Wracamy do kraju wstecznictwa, zabobonów i dzikich fobii. Dlaczego? Bo takim łatwiej się rządzi. Łatwiej trzyma się ludzi w ryzach. Łatwiej realizuje swoje „sny o potędze”. A naród to kupuje…

Tamara Olszewska

koduj24.pl

Prezes i jego pachołki

Jarosław Kaczyński bierze na klatę wojenkę o nowelizację ustawy o IPN. Pisowska wojenka – na razie dyplomatyczna – ma swój początek na Nowogrodzkiej, gdzie niejeden raz poległ rozum, ale tym razem dowiedział się o tym świat.

Zauważmy, jaka jest siła rażenia Izraela, nawet Bruksela uruchomieniem procedur związanych z artykułem 7 Traktatu UE nie spowodowała takiego upadku wizerunku Polski. W polityce za wizerunkiem idzie znaczenie kraju – słowo Polska zostało ośmieszone, za co odpowiada w pierwszym rzędzie prezes PiS.

Pokrętność Kaczyńskiego jest banalnana, jak zło, którego macki świetnie zostały opisane przez Hannah Arendt. Kaczyński za wywołaną przez siebie  wojenkę odpowiedzialnymi czyni innych, dopatruje się spisku mrocznych sił, spisku złych mocy przeciwko Polsce: „Nasi przeciwnicy są bardzo mocni, ale też wiemy, jakie mechanizmy tutaj funkcjonują. Mówię tutaj zarówno o mechanizmach społecznych, politycznych, jak i takich mechanizmach technicznych, jak na przykład w internecie, gdzie np. można za jednym razem skupić 100 tys. wpisów. Za jednym pociągnięciem”.

Pomijam znawstwo internetu przez Kaczyńskiego, PiS walczy ze wszystkimi na świecie i w kraju. Świat Kaczyńskim  raczej się nie przejmuje, bo zgniecie go jak chitynę nieprzyjemnego owada: był Kaczyński, nie będzie Kaczyńskiego. A że to on sprawuje władzę, możemy orzec, iż Polska zostanie potraktowana jak insekt.

Uruchomiony został w kraju antysemityzm, a raz uwolniona nienawiść rasowa nie jest do opanowania, będzie się ona przepoczwarzać w antyislamizm i podobne przemysły pogardy. Polakom zatem przyprawiana zostanie zbiorowa gęba wykrzywiona z nienawiści, jak w sejmowym wystąpieniu prezesa, gdy wypowiadał słynne słowa o kanaliach i mordach zdradzieckich.

Taki mamy wizerunek. Podobnie, jak w przypadku walki pisowskiej z niezależnością sądów, do boju stają naprędce sklecone szwadrony, a to Polskiej Fundacji Narodowej, czy Reduty Dobrego Imienia, tym razem ta ostatnia „pożal się boże” organizacja uruchamia nowy twór internetowy z funduszy resortu spraw zagranicznych – aplikację „Rycerz”.

Twórcy „Rycerza” spodziewają się milionów korespondentów i wolontariuszy, którzy mają bronić dobrego imienia Polski. W istocie chodzi o ściganie tych, którzy źle wyrażają się o rządzących. Co z tego wyniknie? Nic. Grube dziesiątki milionów zostana zmarnowane, bo taki szef RDI Maciej Świrski jest sam w sobie groteskowy, ośmieszający postać Polaka.

Ściganie „dobrego imienia Polski” pewnie skupi się, jak w sprawach sądów, na donosach w kraju, jak to było w przypadku wywieszenia na banerach informacji o sędzi, który ukradł z supermarketu pęto kiełbasy za 5 zł i niewdzięcznik umarł kilka lat wcześniej.

Będziemy mieli do czynienia z karykaturę dobrego imienia Polski. A że aplikacja nosi dumne odwołanie do polskiej rycerskosci, można rzec, iż mamy do czynienia z pachołkami. Moi przodkowie nawet nie używali szabli do płazowania takich „pożal się boże” groteskowych postaci.

Tak wygląda upadek wizerunku Polski w wydaniu „rycerza” Kaczyńskiego i jego pachołków. Waldemar Kuczyński we wpisie na Twitterze domaga się dla dobra Polski, aby zebrało się konsulium lekarzy i oceniło stan „rycerza”.

Kuczyński: „Moim zdaniem stan psychiczny Jarosława Kaczyńskiego powinien zostać oceniony przez miarodajne konsylium złożone z psychopatologów. Wymaga tego podstawowy interes Polski. Piszę poważnie”. Jeden z internautów (Szurum Burum) radzi, aby nie zawracać sobie głowy psychiatrami, jest skuteczniejsza metoda: „tu tylko taczki rozwiążą problem”. Tak! „Kaczyński osobiście wywołał światowe tornado przeciw Polsce. Jego stan psychiczny, zdolność do oceny rzeczywistości i podejmowania racjonalnych decyzji staje się podstawową kwestią racji stanu” (W. Kuczyński). I to jest problem Polski.

 

 

Internetowa „husaria” za rządowe pieniądze. „Robimy się coraz dziwniejszym państwem” 01 grudnia 2017

 (http://www.tvn24.pl)

 

Moim zdaniem stan psychiczny Jarosława Kaczyńskiego powinien zostać oceniony przez miarodajne konsylium złożone z psychopatologów. Wymaga tego podstawowy interes Polski. Piszę poważnie.

PO: Kaczyński nawet nie wzywa prezydenta, wydaje mu polecenia za pośrednictwem mediów

Tok FM, 03.02.2018
http://www.gazeta.tv/plej/19,103085,22972475,video.html?embed=0&autoplay=1
Platforma Obywatelska krytykuje prezesa Kaczyńskiego za jego słowa o tym, że prezydent powinien podpisać ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej.

To właśnie te przepisy doprowadziły do konfliktu polsko-izraelskiego i pogorszenia stosunków Warszawy z Kijowem i Waszyngtonem.

Nowelizacja ustawy zakłada karanie za umyślne lub nieumyślne przypisywanie współodpowiedzialności za nazistowskie zbrodnie popełnione w trakcie II Wojny Światowej.

Czytaj też: „Kaczyński za populistyczne zyski w kraju jest gotów płacić interesami Polski za granicą”

Szef Prawa i Sprawiedliwości przypominał dziś Andrzejowi Dudzie w radiu publicznym, że zobowiązał się podpisać ustawę.

Marcin Kierwiński z PO przekonuje, że takie słowa obnażają prawdziwą hierarchię w państwie.

– Widać, że Jarosław Kaczyński doszedł do wniosku, że nie będzie wzywał pana prezydenta, tylko powie mu co ma zrobić za pośrednictwem mediów. To pokazuje, że prezydent nie jest decydentem – komentował.

Zdaniem Kierwińskiego ewentualny podpis prezydenta pogorszy i tak już złą sytuację polskiej dyplomacji.

– Bardzo złe skutki mamy już teraz. Ten tydzień awantury, brak reakcji polskiej dyplomacji, obniża bardzo polską wiarygodność. Jeżeli departament stanu USA poddaje w wątpliwość strategiczny charakter sojuszu polsko-amerykańskiego, to znaczy, że zawetowane zostało 30 lat polskiej polityki zagranicznej – ocenił.

Prezes Kaczyński mówił też w wywiadzie, że jakiekolwiek łagodzenie sytuacji może być możliwe tylko wtedy, jeżeli uznamy, że jesteśmy państwem suwerennym.

ZOBACZ TAKŻE

TOK FM

Roma locuta, causa finita

Rzym przemówił, przyczyną jest zakończona

Jarosław Kaczyński odkrywa spisek mrocznych sił przeciw Polsce

Jarosław Kaczyński twierdzi, że konflikt dyplomatyczny z Izraelem i USA, to rezultat spisku złych sił przeciwko Polsce. Jeden z szefów Polskiej Fundacji Narodowej, Maciej Świrski puszcza wodze fantazji: „Ta linia narracyjna oplata polski kalendarz polityczny i dyplomatyczny jak wąż dusiciel”. W umysłach ludzi władzy odżywają stare antysemickie stereotypy

„Wiemy, że jesteśmy w pozycji słabszej, bo nasi przeciwnicy są bardzo mocni, ale też wiemy, jakie mechanizmy tutaj funkcjonują. Mówię tutaj zarówno o mechanizmach społecznych, politycznych, jak i takich mechanizmach technicznych, jak na przykład w internecie, gdzie np. można za jednym razem skupić 100 tys. wpisów. Za jednym pociągnięciem” – mówi 2 lutego Jarosław Kaczyński, autor polityki, która faktycznie zmobilizowała przeciwko Polsce sporą część światowej opinii publicznej.

„Trzeba też pamiętać, że niestety, prawda nie obroni się sama, że trzeba stworzyć mechanizm. I właśnie jesteśmy w trakcie tworzenia takiego mechanizmu, takiej – można powiedzieć – machiny, która będzie broniła tej prawdy”

– przekonywał szef PiS.

Podobnie, ale bardziej dosadnie mówi Maciej Świrski, jeden z szefów Polskiej Fundacji Narodowej (tej od bardzo drogich billboardów na temat patologii w sądach) na łamach prorządowego portalu wpolityce.pl:

„Od wyborów parlamentarnych w 2015 roku trwa agresywna ofensywa propagandowa przeciwko demokratycznie wybranemu rządowi polskiemu, podważająca reputację partii rządzącej w kraju i za granicą. (…) Miażdżące zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w wyborach 2015 roku i dojście do władzy sił antykomunistycznych w Polsce doprowadziło w krajowych i zagranicznych mediach do bezprecedensowego ataku na demokratycznie wybrany rząd polski. Na niespotykaną dotąd skalę, z wyjątkową werbalną wrogością i wysokim stopniem koordynacji przeprowadzana jest niesłabnąca, dobrze zorganizowana i wyjątkowo skuteczna międzynarodowa kampania dezinformacyjna, której udaje się podważać prawomocność rządu w oczach opinii publicznej”.

Kto zdaniem Świrskiego uczestniczy w tym światowym spisku? Po pierwsze: opozycja. Po drugie: międzynarodowe media. Razem starają się zohydzić Polskę PiS w oczach międzynarodowej opinii publicznej. Spisek jest potężny i ogarnia cały świat:

„Daleka jednak od spontaniczności, międzynarodowa opozycja udowadnia ciągle swoimi akcjami, że jest przemyślaną i dobrze dofinansowaną organizacją polityczną, jakby alternatywnym rządem powołanym nie w wyniku wyborów, lecz protestów, z własnym budżetem, ministrami, biurami, przedstawicielami, zjazdami, rzecznikami prasowymi i korpusem dyplomatycznym w miastach Europy i USA”.

W spisku, dodaje Świrski, uczestniczą „przeciwnicy polityki Polski” w Rosji, Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych. Rosja i Niemcy są wrogami Polski, ponieważ stara się ona blokować gazociąg Nordstream 2., a Rosja – ponieważ Polska przeciwstawia się jej dominacji w regionie. Unia – ponieważ Polska PiS nie chce przemiany Europy w superpaństwo.

W tej kampanii nie ma nic przypadkowego. Nawet emisja przez TVN reportażu o neonazistach nieprzypadkowo poprzedziła wizytę amerykańskiego sekretarza stanu Rexa Tillersona:

„Ta linia narracyjna oplata polski kalendarz polityczny i dyplomatyczny jak wąż dusiciel”.

Przeciwnik jest zamaskowany, przewrotny, „przebiegły i bezwzględny”. Są to, nawiasem mówiąc, kluczowe elementy starego antysemickiego stereotypu Żyda – ale bądźmy uczciwi wobec Świrskiego: w jego tekście ani o Żydach, ani o Izraelu nie ma wzmianki:

„Przeciwko Polsce prowadzona jest skoordynowana akcja dyfamacyjna. Przedstawiciele klasy politycznej muszą sobie wreszcie zdać sprawę z tego, że nie istnieją przypadki w tej materii. Przeciwnik, aby dotrzeć z antypolskim komunikatem, wykorzystuje kod kulturowy odbiorców w Europie Zachodniej i Ameryce. Podobnie nasza akcja przeciwdziałania musi być prowadzona w sposób skoordynowany i w kodzie (idiomie) kulturowym adresata.

Tak więc – potrzeba skoordynowanej akcji obserwacyjnej oraz skoordynowanego przeciwdziałania i akcji anty-dezinformacyjnej”.

Nie jest do końca jasne, jakimi kadrami Świrski chce zgłębiać „kod kulturowy” adresata, skoro nie udało się nawet przetłumaczyć prawidłowo na angielski krótkiego orędzia premiera Morawieckiego na Youtube.

O jakich konkretnie mechanizmach mówią Kaczyński i Świrski? Spiskowych, spi-sko-wych, ssssspissskowych – powtarzają, sugerują i głoszą politycy PiS i sprzyjające im media.


Przeczytaj też:

Morawiecki chce podzielić się z Żydami pamięcią Holocaustu, ale przemilcza polskie winy. O połajance USA ani słowa

PIOTR PACEWICZ  2 LUTEGO 2018


O co naprawdę chodzi Żydom

Spiskowa konstrukcja powraca w wielu wypowiedziach polityków PiS. Wracają sugestie, że protestującemu przeciwko nowelizacji ustawy o IPN Izraelowi chodzi naprawdę o co innego – w szczególności o reprywatyzację mienia żydowskiego. Mówili o tym politycy PiS i anonimowo (np. w wypowiedzi dla portalu „wPolityce” 28 stycznia),  i publicznie (np. Patryk Jaki, wiceminister sprawiedliwości i podobno autor oprotestowanych zapisów, 30 stycznia).

oświadczeniu z 2 lutego ambasada Izraela zaprotestowała przeciwko takim insynuacjom. Dyplomaci napisali:

„Na Twitterze 1 lutego TVP Info opublikowało wpis łączący reakcję Izraela na nowelizację ustawy o IPN z kwestią reprywatyzacji. Trudno o bardziej jaskrawy przykład antysemickiego fake newsa”.

Wyjaśnijmy: Izraelczykom może naprawdę chodzić o wolność słowa i badań naukowych, którym grozi znowelizowana ustawa, wprowadzając m.in. karę do 3 lat więzienia za przypisywanie Polakom „wbrew faktom” współudziału w niemieckich zbrodniach. Może naprawdę obawiają się, że ograniczane byłyby świadectwa prawdziwych żydowskich losów na ziemiach polskich w czasie II wojny?

Mówią o tym jednoznacznie i politycy, i media. Sugerowanie, że za moralnym protestem stoi ukryty, materialistyczny cel (odzyskanie żydowskiego mienia) odwołuje się do klasycznego antysemickiego stereotypu.

Według niego Żydowi nigdy nie może chodzić o wartości wyższe. Zawsze, nawet wtedy, kiedy mówi o wolności czy godności, naprawdę chodzi mu o pieniądze.

Powtarzając takie opinie wiceminister Jaki wpisuje się w długą tradycję polskiego antysemityzmu, sięgającego przynajmniej do czasów pisma „Rola” z lat 80 XIX w. (można je łatwo znaleźć w bibliotekach cyfrowych, np. tutaj).

Paranoidalny styl

Odżywają także teorie spiskowe, do których prawica – nie tylko polska – ma od wielu dekad skłonności. O „paranoidalnym stylu” uprawiania prawicowej polityki pisał w sławnym eseju z 1964 roku amerykański historyk Richard Hofstadter (całość można znaleźć tutaj):

„Nazywam ten styl myślenia paranoidalnym, ponieważ żadne inne słowo nie przywołuje w odpowiedni sposób gorącej przesady, podejrzliwości i konspiracyjnych fantazji, które mam na myśli”.

Hofstadter cytuje później przykłady teorii spiskowych w amerykańskiej polityce od XIX w. – obejmujących Żydów, bankierów, masonów, katolików (z papieżem na czele) oraz europejskich przywódców w różnych konfiguracjach. Amerykańskiemu historykowi doskonałego materiału dostarczyłby cytowany wcześniej Maciej Świrski.

Politycy PiS sprawiają wrażenie, iż nie są w stanie pojąć, że Izraelowi czy zachodnim mediom może naprawdę chodzić o pryncypia np. o prawdę. Ich krytyka to spisek, za którym stoją wyłącznie materialne interesy. Tylko Polska jest szlachetna, bezinteresowna i wiecznie skrzywdzona.

Stoimy nadzy i sami w obliczu okrutnego, światowego spisku.

oko.press

 

Jarosław w Polskim Radiu: jestem głęboko przekonany, że prezydent powinien iść tą drogą, którą zapowiadał, powinien podpisać ustawę

 

Proroctwo Donalda Tuska spełniło się tego samego dnia

Proroctwo Donalda Tuska spełniło się tego samego dnia

PiS jeszcze bardziej pogłębia mroki i ciemnotę Polaków

Prorokiem nie może zostać byle kto. Musi znać na wskroś przedmiot, do którego zastosuje przewidywanie – a tym materiałem jest partia PiS. Prorok musi znać rodaków lepiej niż najlepsi w narodzie. Przede wszystkim Tejrezjasz musi górować intelektualnie nad tymi, którym będzie przewidywał przyszłość.

Proroctwo jest wyrażaniem się o kierunku, w jakim potoczy się zło. Tusk przewidział rano, a zło sprawdziło się po południu. Gdyby prowadzono ranking proroków, to były premier – a obecny szef Rady Europejskiej – właśnie wysunąłby się na czoło.

Donald Tusk na Twitterze napisał: „Kto rozpowszechnia kłamliwe sformułowanie o „polskich obozach”, szkodzi dobremu imieniu i interesom Polski. Autorzy ustawy wypromowali to podłe oszczerstwo na cały świat, skutecznie jak nikt dotąd. A więc, zgodnie z ustawą…”

Jest to klasyka ironii. Np. z Jarosława Kaczyńskiego należy się śmiać poprzez cytowanie go in extenso, dosłownie, bez zmiany nawet przecinka. I wcale nie chodzi o słynne „nikt nam nie powie, że białe jest białe…” Kaczyński sam się obnaża. Jest kompromitujący w swoich prawdach, które są w istocie kłamstwami.

Tak samo jak z „polskimi obozami śmierci”, które stały się słynne na cały świat, bo politycy PiS sami się skompromitowali. W ustawie o IPN nie chodzi o prawdę, ani o język, ale chodzi o to, aby w imię mniemanej prawdy pisać historię na nowo, przekłamywać fakty historyczne.

„Polskie obozy śmierci” są pretekstem, bo PiS bierze się za cenzurę języka. Wszak żaden poważny historyk, bądź zainteresowany tematyką obozów śmierci przeczytawszy o „polskich obozach śmierci” nie pomyśli, że to Polacy są za nie odpowiedzialni. Taka jest zbitka językowa, która ma inne pole semantyczne niż wynikałoby z jej części składowych. Aby to jednak wiedzieć, trzeba mieć trochę oleju w łepetynie.

Wracam do naszych „baranów” (za Szekspirem: „baran” to rozpatrywany przedmiot). Tusk napisał rano na Twitterze, a po południu premier Mateusz Morawiecki wygłosił orędzie do… narodów świata. Orędzie wygłoszone po polsku zostało przetłumaczone na angielski, translację narody świata mogły czytać w postaci napisów pod wystąpieniem.

No i katastrofa, czyli przewidywanie Tuska sprawdziło się nim godzinowa wskazówka obiegła dookoła cyferblat w moim zegarku. Morawieckiemu w tłumaczeniu na angielski przypisano mianowicie frazę: „Camps where millions of Jews were murdered were Polish (czyli tłumaczenie z tłumaczenia: „obozy, w których wymordowano miliony Żydów były polskie”).

Walczą pisowcy z całym światem, iż obozy nie były polskie, a sami głoszą, że jednak polskie. To jest wpadka? Nie! Choć PiS będzie twierdził, że to wpadka. Oczywiście znaleźli winnych, zawiodło automatyczne tłumaczenie serwisu YouTube. Tak tłumaczą się patałachy, bo kto korzysta przy tak ważnym orędziu z jakiegoś automatu?

Morawiecki potwierdził więc proroctwo Tuska, iż „autorzy ustawy wypromowali to podłe oszczerstwo na cały świat…” I to sam premier wziął się za promowanie. Nawiasem, Morawiecki jest fatalnym mówcą, tak sztywny i nijaki, jakby był stworzony automatycznie. Obawiam się, że to może być prawdą: Morawiecki to martwa materia animowana na potrzeby telewizji i internetu.

Marek Kacprzak był wczoraj w Polsacie wydawcą anteny, poznał – pisze na Twitterze – „kulisy i wiedzę techniczną osób odpowiedzialnych za dostarczenie orędzia do stacji telewizyjnych”. Z niejakim sarkazmem ocenia potworkowate orędzie: „Nic mnie nie zdziwi”.

A do samej materii udziału Polaków w Holocauscie to zdanie Jana Karskiego, który pierwszy powiadomił świat o obozach śmierci na terenie Polski – jest dla nas jako całości kompromitujące: „W szerszych kręgach społeczeństwa stosunek do Żydów jest przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. To zbliża je w pewnym sensie do Niemców „. Najlepsi Polacy nie mają zbyt dobrego zdania o narodzie polskim, a PiS jeszcze bardziej pogłębia mroki i ciemnotę Polaków. I do tego w gruncie rzeczy ma służyć ustawa o IPN.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

NIESTETY! PARTIA BEZ LIDERA NIE JEST MOŻLIWA

pablo-iglesias-beppe-grillo

Choć nowe ruchy polityczne głoszą chwałę niehierarchicznych struktur i demokracji uczestniczącej, ich charyzmatyczni przywódcy coraz częściej przyznają: „nie da się sforsować bram nieba przez konsensus”. Tekst Jana-Wernera Müllera.

Według przewidywań wielu obserwatorów w 2017 roku jednym z najdonioślejszych zwrotów na europejskiej scenie politycznej miał być triumf populizmu. Tak się jednak nie stało. Politycznym zwrotem numer jeden okazały się za to nieformalne ruchy społeczne, które próbują osłabić wpływy tradycyjnych partii politycznych. Czy wręcz je zastąpić.

Jednym z nich jest ruch La République En Marche! Emmanuela Macrona, który ubiegłej wiosny przetoczył się przez Francję i wyniósł swojego lidera do władzy.

A pod koniec ubiegłego roku 31-letni Sebastian Kurz przekształcił konserwatywną Austriacką Partię Ludową (ÖVP) w ruch o nazwie „Lista Sebastiana Kurza – Nowa Partia Ludowa”.

Na kontynencie europejskim wyborcy nabierają przeświadczenia, że tradycyjne partie polityczne służą wyłącznie realizacji własnych interesów i parciu do władzy. Również w krajach globalnego Południa partie o długiej tradycji i szanowanym rodowodzie, takie jak Afrykański Kongres Narodowy (ANC) w Południowej Afryce, powszechnie uważa się za przesiąknięte korupcją. Wiele tradycyjnych partii przepoczwarzyło się w twory, które w politologii nazywa się „kartelami”: takie partie wykorzystują zasoby państwa do utrzymania się przy władzy i mimo różnic politycznych często sprzymierzają się ze sobą, byle tylko nowe, konkurencyjne partie nie mogły rozwinąć skrzydeł.

Szczególnie młodzi wyborcy są coraz mniej skłonni działać na rzecz tradycyjnych partii, uważając je za zbiurokratyzowane, a przez to nudne. Przywodzi to na myśl dowcipną uwagę Oscara Wilde’a o tym, na czym polega problem z socjalizmem: zabiera zbyt wiele wieczorów. Nic więc dziwnego, że w Europie najbardziej odkrywcze polityczne eksperymenty ostatnich lat mają swój początek w ulicznych demonstracjach i masowych zgromadzeniach, które wyrzekły się hierarchicznego modelu organizacji.

Lewicowa partia Podemos powstała na przykład po masowych demonstracjach hiszpańskich indignados w 2011 roku. Włoski populistyczny Ruch Pięciu Gwiazd (M5S), który uzyskał znakomity wynik w wyborach parlamentarnych z 2013 roku i według wszelkich przewidywań powtórzy ten sukces w roku bieżącym, również narodził się na tłumnych wiecach. Ich organizator, komik Beppe Grillo, wskazywał wroga: była nim la casta – rządząca krajem elita zawodowych polityków i ludzi mediów.

Między narodzinami tych spontanicznych, niewykluczających nikogo ruchów społecznych a ich późniejszymi sukcesami wyborczymi stało się jednak coś niepokojącego. Choć ruchy te nadal głoszą chwałę niehierarchicznych struktur i demokracji uczestniczącej, ich charyzmatyczni przywódcy zagarniają dla siebie coraz więcej władzy.

Idealistycznie nastawieni aktywiści wytykają sekretarzowi generalnemu partii Podemos Pablo Iglesiasowi „hiperwodzostwo” i „internetowy leninizm”. Iglesias odpiera ten zarzut, mówiąc, że „nie da się sforsować bram nieba przez konsensus”.

Beppe Grillo nie ma oficjalnego stanowiska w ruchu M5S, który sam określa się „nie-zrzeszeniem”, pozostaje za to właścicielem kluczowego dla sukcesu ruchu bloga i praw autorskich do jego oficjalnego symbolu. Zdarzało mu się odbierać członkom M5S prawo do używania tego symbolu w odwecie za rzekome „łamanie zasad” – czyli tak zwanego „antystatutu” jego „antypartii”. A każdy, kto pod flagą M5S chce startować w wyborach, musi podpisać kontrakt, w którym zobowiąże się do uiszczenia kary w razie naruszenia zasad partii.

Nie każdy ruch polityczny, rzecz jasna, musi być populistyczny. Jak dowiodły ruchy Zielonych i ruch feministyczny, można kontestować tradycyjne polityczne formy bez jednoczesnego kreowania się na wyrazicieli głosu „zwykłych ludzi” czy „milczącej większości”.

Dzisiejsze ruchy polityczne okazują się jednak mniej spluralizowane niż wielkie partie, jakie po II wojny światowej zdominowały europejską politykę. To w pewnej mierze zrozumiałe, bo pojęcie „ruchu” zakłada nie tylko pewien dynamizm, ale również powszechną zgodę wszystkich uczestniczek i uczestników co do drogi, którą należy obrać.

Szkopuł w tym, że kiedy wszyscy zgadzają się co do kierunku, nie zostaje zbyt wiele miejsca na demokratyczną deliberację. I tak ruchy, które ostatnimi laty pojawiły się w Europie po lewej i po prawej stronie, skupiają się na wzmacnianiu pozycji swoich przywódców zamiast na upodmiotowieniu szeregowych członkiń i członków, nawet jeśli podkreślają swoje przywiązanie do demokracji uczestniczącej.

Macron i Kurz zdołali spożytkować energię i poczucie celu, jakie zwykle cechują oddolne ruchy jednej sprawy. Kurzowi udało się nagiąć do swojej woli całą ÖVP. Nie tylko nadał jej nową nazwę, ale przebudował wewnętrzne struktury partii i zmienił oficjalny kolor z czarnego na turkusowy. Konserwatywna platforma partii nie zmieniła się za to ani na jotę, z czego można wnioskować, że w reformatorskich poczynaniach Kurza chodzi bardziej o marketing i silne przywództwo niż o jakiekolwiek idee.

Koniec końców, Podemos, La République En Marche! i Momentum – młodzieżowy ruch, który pozwolił Jeremy’emu Corbynowi przeobrazić platformę brytyjskiej Partii Pracy – nie dlatego są tak istotne, że powstały jako ruchy społeczne. Są istotne dlatego, że oferują szerszy wachlarz politycznych opcji – szczególnie tym obywatelom, których frustrują silnie zakorzenione duopole partii o niemal identycznym programie politycznym.

W przypadku Corbyna ruchowi politycznemu udało się przywrócić wiarę w postępowy wizerunek labourzystów i odwrócić neoliberalny kurs, na jaki skierował partię były premier Tony Blair. Naiwnością byłoby jednak sądzić, że ruchy społeczne zdemokratyzują europejską politykę same przez się. Jeśli cokolwiek w tym względzie zmienią, to na odwrót: referendalne formy przywództwa mogą tym bardziej oddalić je od demokracji.

**
Tekst ukazał się na stronie SocialEurope.eu. Z angielskiego tłumaczył nn.

krytykapolityczna.pl

Jarosław Kaczyński o ustawie o IPN: Andrzej Duda powinien ją podpisać

Michał Wilgocki, 

Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

– My nie twierdzimy, że nie było Polaków, którzy mordowali Żydów, bo byli tacy Polacy – powiedział w Polskim Radiu prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości był pytany o kryzys dyplomatyczny, który wywołała uchwalona przez Sejm i Senat ustawa o IPN. Wprowadza ona kary więzienia za przypisywanie narodowi polskiemu odpowiedzialności za nazistowskie zbrodnie.

– Z całą pewnością to sytuacja wymagająca głębokiej analizy. Trzeba rozumieć, co tutaj się stało. Nam odmówiono prawa do obrony własnej godności. Godności narodu, któremu się w sposób skandaliczny przypisuje winy innego narodu, narodu niemieckiego. Następuje zamiana ról i to w sytuacji, kiedy Polacy byli pierwszą ofiarą. Polacy, obywatele polscy, a więc także obywatele narodowości żydowskiej. Byli pierwszą ofiarą najazdu, ale nie…

wyborcza.pl

Niemcy winni zbrodni w Katyniu? Usunięty fragment orędzia

YouTube
    
W swoim orędziu Mateusz Morawiecki mówił o trwającym kryzysie na linii Polska-Izrael. W usuniętym fragmencie oświadczenia premier powiedział, że Niemcy są odpowiedzialni za zbrodnię katyńską.

– Polska była pierwszą ofiarą III Rzeszy; śmierć i cierpienie w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych były wspólnym doświadczeniem Żydów, Polaków oraz wielu innych narodów – mówił wczoraj w swoim orędziu premier Mateusz Morawiecki

Orędzie Morawieckiego pojawiło się również w języku angielskim. Nagranie umieszczono na profilu Kancelarii Premiera na YouTube. Materiał szybko został usunięty i zastąpiony nowym.

„Obóz Mauthausen-Gusen służy jako przykład. Gusen wraz z Katyniem były miejscem niemieckiego masowego mordu polskich intelektualistów” – mówi w pierwotnej wersji premier.

W poprawionej wersji usunięto słowo „niemieckiego”.

Wiosną 1940 roku radzieckie NKDW rozstrzelało co najmniej 21 tys. obywateli Polski. Przez lata władze ZSRR zaprzeczały swojej odpowiedzialności za tę zbrodnię. Egzekucji dokonywano strzałami w tym głowy. Ofiarami byli oficerowie, podoficerowie oraz szeregowi żołnierze Wojska Polskiego. Zabitych pogrzebano w masowych grobach w Katyniu pod Smoleńskiem.

 

rp.pl

Galopujący Major: „Gang Olsena” spotyka „Allo, Allo” u Monty Pythona, czyli Polska kontra reszta świata

Galopujący Major, 02.02.2018
http://www.gazeta.tv/plej/19,161770,22956539,video.html?embed=0&autoplay=1
Wbrew pozorom fakt, że BOR wsadził Andrzeja Dudę do limuzyny z trzema starymi oponami, ma wiele, ale to bardzo wiele wspólnego z tym, z czym obecnie mamy do czynienia w polityce zagranicznej.

Coś, co początkowo miało być tylko małym dyplomatycznym zgrzytem, przeistoczyło się w dyplomatyczny huragan – już nie tylko jesteśmy skonfliktowani z Izraelem, ale też szantażuje nas USA, poucza Ukraina, która rozważa oficjalne uznanie „polskich zbrodni przeciwko Ukraińcom w XX wieku”, głosy oburzenia słychać w Kanadzie, a o polskim antysemityzmie pisze się nawet w gazetach azjatyckich.

Jeśli to nie jest dyplomatyczną katastrofą, to co nią jest? Wejście na krzesło przez Bronisława Komorowskiego?

Mimo to rząd prze do przodu, umawia się z Izraelem na negocjacje, a potem w nocy bezczelnie Senat cichcem wszystko uchwala. W TVP puszczają antysemickie paski, zaś w programie „W tyle wizji” opowiadają żarty o komorach gazowych. Setki antysemickich twittów anonimowych trolli pisanych kaleczoną ziemkiewiczo-angielszczyzną trafia do członków Knesetu, a statystyki wyszukiwania „polish death camps” szybują pod niebiosa (z polskimi wyjaśnieniami, których niepolskojęzyczni oczywiście nie zrozumieją).

 „Gang Olsena” spotyka „Allo, Allo”

Premier dla ratowania sytuacji czyta z promptera przesłanie dla świata, ale automatyczne tłumaczenie na YouTubie zmienia znaczenie słów i okazuje się, że jednak obozy są polskie. Kancelaria próbuje prostować, ale – jak wychwytują internauci – prostuje tak, że mamy „shirt” zamiast „shared”, „dis” zamiast „this” i wreszcie „comes” zamiast „camps”. Być może zareagować powinien prezydent, ale prezydent akurat zwyczajowo na nartach, zresztą on też nie za bardzo „potrafi w angielski”. Potrafi za to Witold Waszczykowski, ale tutaj akurat wszyscy zgodnie się modlą, żeby broń Boże nie zabrał głosu. Na wiceministra MSZ wyznaczają więc faceta nie tylko oskarżanego publicznie o plagiat, ale też rettwitującego znanego antysemitę Międlara.

Jednym słowem: „Gang Olsena” spotyka „Allo, Allo” w sklepie zoologicznym Monty Pythona.

Gdy przemówią ofiary szmalcowników

A przecież Izrael jeszcze nie wyciągnął swojej najpotężniejszej broni: tysięcy wspomnień ofiar i świadków Holokaustu. Wyobraźmy sobie, że Izrael puszcza w świat przetłumaczone na kilka języków kolejne i kolejne świadectwa o tym, jak Polacy pomagali Niemcom. Ci, którzy interesują się literaturą przedmiotu, relacje te znają, ale dla wychowanych na męczeństwie i wiecznym bohaterstwie polskich czytelników może to być autentyczny szok poznawczy. I teraz nie tylko Polacy, ale też inne narody dowiadują się tego, o czym w raportach pisali Karski, Grot-Rowecki, co zeznawali w 1945 roku świadkowie pogromów. Zapewniam, tych wstrząsających historii jest mnóstwo.

Były szef MSZ Izraela na Haaretz.com twierdził: „Trzeba teraz upublicznić dokumenty o zbrodniach, które Polacy popełniali w czasie Holokaustu”. Czy Polska rzeczywiście jest gotowa na taką konfrontację? Czy dla zdobycia kilku punktów procentowych warto narażać kraj na takie ryzyko?

To będzie medialne samobójstwo

I jaką mamy broń w takiej konfrontacji? Polskich polityków, którzy ledwo dukają po angielsku, oraz Polską Fundację Narodową od billboardów z kiełbasą, która nawet po zmianie kierownictwa nie ma szans w starciu medialnym z Izraelem. Bo Izrael ma takich fundacji dziesiątki, bo dba o poprawne stosunki z naukowcami z całego świata od wielu, wielu lat. Polska w międzynarodowym środowisku naukowym jedyne, co ma, to listy oburzenia zachodnich historyków w sprawie nasyłania CBA na prof. Machcewicza oraz opinię kraju szykanującego prof. Grossa z prestiżowego Uniwersytetu w Princeton. Kto pójdzie na tę medialną wojnę z Izraelem: prof. Żaryn negujący zbrodnie pronazistowskiego gen. Franco? Magister Zychowicz, który przekonywał, że lepiej dla Polski było iść z Hitlerem na Rosję? Przecież to medialne samobójstwo.

Świrski z Jakim chcieli mieć kilka lajków więcej

Pokutuje w Polsce komiczne mniemanie, że gdy się ma przekonanie o własnej racji i uprawia się prostacką paskowo-billboardową propagandę, można zmienić myślenie zachodniej opinii publicznej, bo ona jest tak infantylna jak nasza opozycja. Że można tego dokonać bez wzajemnego szacunku, bez ustępstw przy kontrowersyjnych ustawach, bez setek i tysięcy godzin wspólnych projektów, bez grantów dla historyków z tego zgniłego, pogardzanego Zachodu. Otóż nie można i żaden okólnik MSZ albo fundacja tego nie zmienią.

Bez żadnego zaplecza i bez wsparcia Polska chce toczyć medialną wojnę z największymi. Za kilka lat będzie trzeba przekonywać, że większość Polaków naprawdę nie wymordowała Żydów. A wszystko dlatego, że Maciej Świrski z Patrykiem Jakim chcieli mieć kilka lajków więcej na Fejsie.

Opanujcie się, zawetujcie tę ustawę, jeszcze nie jest za późno!

gazeta.pl

%d blogerów lubi to: