Monthly Archives: Sierpień 2018

Morawiecki nie słyszał o Lechu Wałęsie

Zwykły wpis

Nie jest prawdą, że w naszej historii rodacy byli podobnie podzieleni jak dzisiaj. Prawda, różniliśmy się, co prowadzilo do rokoszów i do tak spektakularnego zdarzenia, jak zamach majowy 1926 roku, który był w istocie mini wojną domową, ale nigdy Polak przeciw Polakowi nie występował w polityce z pozycji kłamstw rządowych.

W tej chwili mamy rząd ufundowany na fundamencie kłamstwa, a rządząca partię na żałożycielskim micie katastrofy smoleńskiej, które w wydaniu PiS jest kłamstwem w każdym elemencie. Do czego takie kłamstwo prowadzi? Zawsze do jednego i obawiam się, że innego wyjścia dla naszego kraju już nie ma.

Wcale nie było przypadkowe zdarzenie, do którego nie doszło, ale pokazuje jak kreowane jest kłamstwo. Mianowicie chodzi o tablicę pamiątkową ku czci braci Kaczyńskich, którzy jakoby przebywali wśród protestujących stoczniowców w 1988 roku i domyślnie przyczynili się do zrzucenia kajdanów reżimu komunistycznego.

Inicjatorowi tego kłamstwa – Karolowi Guzikiewiczowi – jeden z internautów wskazał właściwy adres i właściwą tablicę, mianowicie część ciała na cztery litery Jarosława Kaczyńskiewgo, w której „ma zostać odsłonięta tablica, upamiętniająca przebywającego tam Karola Guzikiewicza”. Cztery litery jeszcze raz pojawią się w tym felietonie, tym razem wprost.

Jakie kłamstwa funduje nam rząd, niech świadczy premier Mateusz Morawiecki, który w tej dyscyplinie bije wyśrubowane rekordy samego prezesa PiS. Portal Oko.press udowodnił mu rekord 5 kłamstw na 2 dwa wygłoszone zdania, a więc przeciętna 2,5 kłamstwa na jedno zdanie. Goebbels nawet nie zbliżył się do tak znakomitego rekordu.

Podczas uroczystości obchodów 38. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych w Gdańsku wśród publiczności nie było nikogo ze znaczących postaci Sierpnia 80, a Morawiecki w swojej mowie nie zająknął się o Lechu Wałęsie, o którym słyszał cały świat, tylko nie Morawiecki. Za to wspomniał o matce chrzestnej Annie Walentynowicz, która winna wszak mieć przynajmniej jedno dziecko.

Kłamcy nie przekonują do siebie bohaterów, co precyzuje pomysłodawca zrywu strajkowego Sierpnia 80 Bogdan Borusewicz: „Po stronie władzy nie ma znaczących postaci Sierpnia”. Kłamcy więc nie zagarniają do siebie prawdy o zdarzeniu, tylko tworzą kłamstwa polityki historycznej.

Władysław Frasyniuk odnosi się do kłamców na uroczystościach rocznicowych: „31 sierpnia to dobry dzień, żeby powiedzieć tym wszystkim, którzy przebywali, pocałujcie nas w dupę.” A dla Wałęsy ma to, co przyznaje mu świat i historia: „Lechu, byłeś i pozostaniesz największym przywódcą we współczesnej historii Polski.”

Niestety, stoimy naprzeciw kłamstwa rządowego, które ubrało się w togę państwa, a to zawsze kończy się jednym – i najprawdopobniej może nie być w którymś momencie innego wyjścia dla naszego kraju – rozlewem krwi. Straszne!

Nie zakłamywać Sierpnia 80

Zwykły wpis

Uroczystości pod hasłem ‚Porozumienie. Zaczęło się w Gdańsku’ rozpoczęły się 31 sierpnia 2018 roku o godz. 9.45 na pl. Solidarności. Kwiaty pod pomnikiem Poległych Stoczniowców złożył pierwszy przywódca ‚Solidarności’ Lech Wałęsa, a towarzyszyli mu przedstawiciele władz Gdańska, samorządu województwa pomorskiego, politycy PO i Nowoczesnej oraz działacze Komitetu Obrony Demokracji. W uroczystości udział wzięli także opozycjoniści z czasów PRL, którzy po godz. 10 otworzyli historyczną stoczniową Bramę nr 2.

„Będziemy pracować, żeby odbudować wspólnotę, musimy szukać wspólnych rozwiązań. Polską powinni rządzić ludzie, dla których praworządność jest ważna” – powiedział Lech Wałęsa przed bramą Stoczni. W Gdańsku rozpoczęły się obchody rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych.

Z tej okazji w Gdańsku odbywają się dwie osobne uroczystości. – „Kiedy kończyliśmy tą wielką walkę mówiłem, że będziemy się w tym miejscu spotykać i mówić o stanie Rzeczpospolitej i dyskutować, co robić, by nie zniszczyć tego zwycięstwa. To przykre, że nie możemy dzisiaj wspólnie składać kwiatów pod pomnikiem Poległych Stoczniowców 1970” – stwierdził były prezydent.

Wspominając czasy strajku, Wałęsa stwierdził: – „Jestem przekonany, że Kaczyńskiego tam nie było. Gdyby był, załapałby się na zdjęciu. Albo był zbyt tchórzliwy i nie chciał być na zdjęciu. Bo wtedy było niebezpiecznie. A to, że jest na innym zdjęciu? Byliśmy tam tyle razy, że te zdjęcia można dopasować”.

Razem z Lechem Wałęsą w Gdańsku pojawili się liderzy PO i Nowoczesnej. – „Dla nas Sierpień 80 to wielkie zobowiązanie. Dzisiaj ta wielka spuścizna polskiej wolności jest w naszych rękach, dlatego traktujemy te wybory i wyborcze wyzwania bardzo poważnie. Zrobimy wszystko, żeby obronić samorząd, obronić wolności obywatelskie, demokrację i obecność Polski w Unii Europejskiej” – powiedział Grzegorz Schetyna.

„38 lat temu właśnie tutaj zrobiono pierwszy krok do wolności, której niektórzy nie szanują i niszczą. Nadchodzące wybory samorządowe są pierwszym krokiem do udowodnienia, że my tę wartość szanujemy, że staramy się ją odzyskać. Mamy wiele wyzwań, żeby uczynić Polskę krajem jeszcze lepszym do życia, krajem, w którym nie zdarzą się takie przypadki jak obecna władza” – dodała Katarzyna Lubnauer.

Wiedzieliśmy, że musimy postępować rozważnie, aby nie posunąć się za daleko. Musieliśmy stworzyć przestrzeń do rozmów, dociskać drugą stronę, ale z umiarem, aby nie zapędzić władzy w kąt, z którego nie będzie się mogła ruszyć, bo wówczas zostanie jej tylko agresja – mówi nam Bogdan Borusewicz, uczestnik Porozumień Sierpniowych, główny inicjator strajku, legenda „Solidarności”, dziś senator PO. Pytamy o przebieg tamtych wydarzeń, ale też o to, co dzieje się dzisiaj, i czy dostał zaproszenie na oficjalne obchody z udziałem prezydenta. – Nie dostałem, być może zaproszenie leży w Warszawie, ja jestem w Gdańsku, ale nie sądzę. Zresztą nie wydaje mi się, abym był tam oczekiwany – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: 38 lat temu zostały podpisane Porozumienia Sierpniowe, pamięta pan tamten dzień?

BOGDAN BORUSEWICZ: Oczywiście, pamiętam bardzo dobrze. To był ciepły dzień, ale chyba nikt na to nie zwracał uwagi, bo byliśmy bardzo zmęczeni po wielodniowych strajkach, które miały okresy mniej, ale i bardziej dramatyczne. W ostatnich dniach byliśmy dodatkowo zaniepokojeni podpisaniem porozumień w Szczecinie, bo umówieni byliśmy, że wszyscy tego samego dnia podpiszemy porozumienie. Umowa nie została dotrzymana i były obawy, że delegacja rządowa z Warszawy nie wróci do Gdańska. Powiedzą, że przecież porozumienie już zostało podpisane w Szczecinie. Dla nas były najważniejsze dwie kwestie, które nie zostały załatwione w Szczecinie: zgodna na wolne związki zawodowe i zwolnienie kolegów zatrzymanych w czasie strajku. Oprócz kilku z nas, którzy byli na terenie Stoczni, jak Konrad Bieliński, Ewa Milewicz z KOR-u czy ja, cały „młody” KOR siedział.

Kiedy delegacja z wicepremierem na czele wróciła do Gdańska, poczuliśmy ulgę, bo wiadomo było, że wróciła po to, aby podpisać z nami porozumienie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że szybko trzeba je podpisać i zakończyć strajk, bo ludzi nie można dłużej trzymać w zakładach pracy.

Był plan, co wtedy zrobicie, jak nie podpiszą?
Ja miałem koncepcję, że wówczas należy przeprowadzić wybory do struktur związku i wtedy dopiero zakończyć strajk.

Czy wiedzieliście wtedy, jak ważny to moment w historii Polski, że 9 lat później odbędą się pierwsze częściowo wolne wybory, potem runie Mur Berliński, upadnie ZSRR, Tadeusz Mazowiecki zostanie premierem?
Wtedy nie rozmawialiśmy na ten temat. Chcieliśmy po prostu wygrać i na to byliśmy ukierunkowani. Natomiast jeżeli pani pyta o mnie i moją ocenę, to uważałem wtedy, że zmieni się kształt Polski, że sam fakt, że władza nie rozjechała nas czołgami, tylko podpisała z nami porozumienie, oznaczało uznanie strajku i jego kierownictwa.

Proszę pamiętać, że ówczesna propaganda wmawiała, że strajk został wywołany przez nie wiadomo jakie siły zewnętrzne. Uznanie, że strajk był wywołany przez autentyczny ruch społeczny, było bardzo istotne. To także utrudniało późniejsze represje.

Sukces Porozumień Sierpniowych był ogromny. Zdawałem sobie wówczas sprawę, że osobiście już nic większego w życiu nie osiągnę jak udział w tym strajku; przygotowanie go, odpalenie i udział.

Sukcesu Porozumień Sierpniowych można dopatrywać się także w sojuszu robotnika z inteligentem. Wcześniej, jak protestowali studenci, to klasa robotnicza nosiła sztandary „studenci do nauki”, z kolei jak protestowali robotnicy, to inteligencja nie stawała po ich stronie. Tu mieliśmy do czynienia z sojuszem. Dzisiaj tej jedności już nie ma?
Dzisiaj nie mamy konfliktu na tle klasowym, on ma w tej chwili inny charakter. Porozumienia nie ma, dlatego że wtedy po drugiej stronie była władza totalitarna, w tej chwili jesteśmy w zupełnie innej sytuacji. Od 30 lat jesteśmy państwem demokratycznym, niepodległym i nikt nam nie narzuca rozwiązań. To sami wyborcy ustalają, kto rządzi, oddając głosy na tę czy inną partię polityczną.

Ale od 3 lat dryfujemy w kierunku władzy autorytarnej.
To prawda, ale Sierpnia ’80 nie można porównywać do sytuacji, jaką mamy dzisiaj. Proszę pamiętać, że

wówczas była poważna obawa użycia siły przez ZSRR. To miało ogromne znaczenie, bo zdawałem sobie sprawę, że gramy nie tylko z Warszawą, ale i z Moskwą. Tego nie można było bagatelizować, ani o tym zapominać.

Rozmawiało się o tym podczas strajków?
Tak, o tym rozmawialiśmy. Wiedzieliśmy, że musimy postępować rozważnie, aby nie posunąć się za daleko. Wiedzieliśmy, że ten strajk musimy samoograniczać, aby nie stanął cały kraj. Była dyskusja na ten temat między mną a Andrzejem Kołodziejem, który uważał, że należy wezwać do strajku generalnego. Ja uważałem, że strajk generalny doprowadzi do użycia siły w ciągu 2-3 dni. Musieliśmy stworzyć przestrzeń do rozmów, dociskać drugą stronę, ale z umiarem, aby nie zapędzić władzy w kąt, z którego nie będzie się mogła ruszyć, bo wówczas zostanie jej tylko agresja. To była również sprawa postulatów. Proszę zwrócić uwagę, że one zostały ułożone według gradacji. Na pierwszym miejscu postulat o wolnych związkach zawodowych, bo dla nas to było najważniejsze. Wolne związki zawodowe oznaczały niezależną strukturę od partii  i władzy.

To rozwalało cały system scentralizowany i kontrolowany przez jeden ośrodek władzy, który kontrolował wszystko; prasę, telewizję, sądownictwo, prokuraturę. Ten związek zawodowy niekontrolowany przez władzę był bardzo ważny. Dla mnie to było jasne, że to maksimum, co możemy osiągnąć.

Nie kusiło, żeby sięgnąć jednak po więcej? Po władzę?
Gdy pojawiały się sugestie idące dalej, były szybko wygaszane. Ja skreśliłem z postulatów punkt dotyczący wolnych wyborów, bo wiedziałem, że na taki postulat władza nie pójdzie. Żądanie wolnych wyborów oznaczało żądanie: oddajcie władzę teraz, natychmiast. Na to wtedy nie było szans, dlatego świadomie się ograniczaliśmy i wywalczyliśmy o to, co było do osiągnięcia. Proszę też zwrócić uwagę, że wśród postulatów nie ma zniesienia cenzury, tylko jej ograniczenie. To też było świadome. Długo analizowaliśmy doświadczenia czeskie, węgierskie.

W Czechosłowacji punktem zapalnym był postulat zniesienia cenzury, stąd u nas było tylko ograniczenie. Zresztą w Polsce też mieliśmy swoje doświadczenia. To wszystko było analizowane wcześniej, przecież nie w czasie samego strajku. Byliśmy grupą, która dobrze się znała, często dyskutowaliśmy, wiedzieliśmy, czego chcemy.

Od początku wiedzieliście, że będziecie się samoograniczać?
Oczywiście, od początku mieliśmy świadomość, że ludzie powinni pozostać w zakładach pracy, a nie wychodzić na ulice. Pamiętaliśmy, co stało się w grudniu 1970 roku, kiedy ludzie wyszli, były starcia, strzały do robotników. Wszystko mieliśmy wcześniej przemyślane i przedyskutowane. Ja akurat skreśliłem postulat o wolnych wyborach; jeden z kolegów z ROPCiO  Tadeusz Szczudłowski dopisał, zresztą samowolnie. Pamiętam, że kazałem wtedy zniszczyć kilkaset ulotek z tym postulatem. Zresztą parę dni później w rządowej prasie ukazał się artykuł polemizujący z tym, co oznacza, że bezpieka o nim wiedziała.

Panie marszałku, tegoroczne obchody znowu podzielone, z jednej strony Lech Wałęsa i KOD, z drugiej prezydent Duda i „Solidarność”. Pan z kim będzie obchodził rocznicę?
Oczywiście z Lechem Wałęsą i z KOD-em.

Nie zamierzałem brać udziału w tych rządowych obchodach.

Władza dziś próbuje część tej historii zawłaszczyć, część zdezawuować, jak np. obrady Okrągłego Stołu?
Władza prowadzi własną politykę historyczną, która nie jest historią, tylko dobieraniem faktów według profilu potrzeby politycznej. To nie jest już historia, tylko manipulacja. Zresztą nie tylko w historii, ale i w polityce powinny obowiązywać pewne standardy. Tutaj one nic nie znaczą. Pewnych ludzi się eksponuje, innych ukrywa. Problemem jest to, że po stronie dzisiejszej władzy praktycznie nie ma znaczących postaci z tamtego okresu, którzy brali udział w tych wydarzeniach.

No jak to, przecież Lech i Jarosław Kaczyńscy, jak miała głosić tablica, „przebywali na terenie hali nr 26 w czasie strajku w 1988 roku”.
Na szczęście ktoś rozsądny się z tego wycofał.

A dostał pan oficjalne zaproszenie na obchody od „Solidarności” albo prezydenta?
Nie dostałem, być może leży w Warszawie, ja jestem w Gdańsku, ale nie sądzę. Zresztą nie wydaje mi się, abym był tam oczekiwany.

Przykro panu, że tak to teraz wygląda?
Przyzwyczaiłem się. Wiem, jaka jest obecnie sytuacja i jakie są stosowane metody.

Władysław Frasyniuk usiadł ponownie na ławie oskarżonych za „wprowadzenie w błąd policji”. Chodzi o podanie nieprawdziwych danych podczas zatrzymania manifestacji Obywateli RP. Sąd ostatecznie Frasyniuka uniewinnił, ale władza tłumaczy całe zajście tym, że nikt nie może być bezkarny, nawet legenda „Solidarności”. Rozumie pan tę argumentację?
To jest kompromitacja władzy PIS-u.

Doprowadzili do sytuacji, że Władysław Frasyniuk siedział na ławie oskarżonych. Natychmiast nasuwają się tu analogie. Władek jest bardzo dzielnym człowiekiem. W stanie wojennym był szczególnie prześladowany, siedział kilka lat w więzieniu.

To niestety też świadczy o naszej policji, skoro, jak twierdzą, nie byli w stanie zidentyfikować człowieka, który jest bohaterem i który jest powszechnie znany.

Do Sądu Rejonowego w Nowym Targu wpłynął akt oskarżenia przeciw księdzu Mariuszowi W., który miał molestować dziewczynki w wieku 9-12 lat. O nadużyciach duchownego nikt by się nie dowiedział, gdyby nie nauczycielka, która na lekcji opowiedziała dzieciom, czym jest pedofilia.

Jak informuje „Gazeta Krakowska„, Prokuratura Rejonowa w Nowym Targu zakończyła śledztwo w sprawie 13 sierpnia 2018 roku. – W ten dzień do nowotarskiego sądu trafił bowiem akt oskarżenia przeciwko księdzu. Zarzucamy mu iż dopuścił się „innych czynności seksualnych na nieletnich”. Grozi za to od 2 do 12 lat więzienia – powiedział Józef Palenik, szef nowotarskiej prokuratury.

Długie i żmudne śledztwo

Wcześniej przez półtora roku prokuratura prowadziła śledztwo, które miało wykazać, czy zarzuty wobec księdza są prawdziwe. W tym celu przesłuchiwano zarówno dziewczynki, które miały doświadczyć molestowania, jak i samego księdza Mariusza W. Postępowanie było długie i żmudne, ponieważ każde z dzieci musiało być przesłuchane w obecności sędziego i biegłego psychologa, który miał stwierdzić, czy te nie kłamią. Co więcej, niektórzy rodzice nie wykazywali chęci współpracy, obawiając się, że udział w śledztwie będzie dla ich dzieci dodatkowym stresem.

Ostatecznie w akcie oskarżenia znajdują się zeznania dziewięciu dziewczynek. – Do przestępstwa miało dochodzić w okresie od czerwca 2014 do września 2016 roku. Poszkodowane dzieci miały wówczas od 9 do 12 lat. Biegli ustalili ponad wszelką wątpliwość, że dziewczynki opowiadając o tym, co robił im ksiądz, nie zmyślały – dodał Józef Palenik.

Ksiądz Mariusz W. nie przyznaje się do winy. Jak podaje „Gazeta Krakowska”, twierdzi, że dzieci go lubiły, więc się do niego przytulały i nie było w tym żadnego podtekstu seksualnego.

Sprawa wyszła na jaw dzięki nauczycielce

Nikt prawdopodobnie nie dowiedziałby się o postępowaniu księdza, gdyby w grudniu 2016 roku na jednej z lekcji wychowawczych nauczycielka ze Szkoły Podstawowej nr 1 w Nowym Targu nie rozpoczęła tematu pedofilii. Opowiedziała dzieciom, na czym ona polega, podając jako przykłady próby zaczepek przez dorosłych, dotykanie w intymnych miejscach czy całowanie bez pozwolenie. W pewnym momencie ręki podniosło kilka dziewczynek, które przerażone stwierdziły, że dokładnie to robił im ksiądz Mariusz W., były katecheta, podczas wycieczek przez niego urządzanych. Zabierał na nie dzieci należące do parafialnej scholi.

Nauczyciele natychmiast powiadomili prokuraturę. Zanim jednak śledczy dowiedzieli się o sprawie, ksiądz Mariusz W. został przeniesiony do parafii Miłosierdzia Bożego przy osiedlu Oficerskim w Krakowie, gdzie przez pewien czas również pracował z dziećmi. Dziś już tam nie pracuje. Jak powiedział ks. Tomasz Szopa z krakowskiej kurii dla „Faktu„: – Ksiądz Mariusz W. został odsunięty od jakiejkolwiek działalności duszpasterskiej, w szczególności z dziećmi, dlatego nie pracuje przy żadnej z parafii. Do czasu wyjaśnienia sprawy przebywa w odosobnieniu.

>>>

Gdzie Kaczyńskiemu należy się tablica?

Zwykły wpis

ja tylko tak gwoli przypomnienia historii i wyciągania wniosków

Wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin chce usunąć astronomię z listy samodzielnych dyscyplin naukowych. W rozporządzeniu, które pojawiło się na stronach resortu nauki, została ona zaliczona w poczet „nauk fizycznych” wraz z fizyką i biofizyką. Natomiast na listę jako odrębną dyscyplinę wpisano teologię! Rozporządzenie o nowym podziale dyscyplin naukowych wchodzi w życie 1 października 2018 r.

Polskie Towarzystwo Astronomiczne zaapelowało do Jarosława Gowina o przywrócenie astronomii jako odrębnej dyscypliny. – „Astronomia jest jedną z najstarszych nauk na Ziemi i w naszym kraju ma ona wspaniałe, wielowiekowe tradycje. Ośmielamy się twierdzić, że jest to wręcz dyscyplina NARODOWA! To przecież nasz rodak, kanonik warmiński Mikołaj Kopernik, wstrzymał Słońce i ruszył Ziemię. Współcześni polscy astronomowie kontynuują tę wspaniałą tradycję, z wielkim powodzeniem umacniając markę, jaką jest Polska Astronomia. Dowodem jest statystyka prowadzona w światowym serwisie Web of Science, według której poziom cytowalności prac naukowych polskich astronomów jest o ok. 25% wyższy od średniego poziomu światowego. Podkreślamy, że jest to jedyna dyscyplina w Polsce, która lokuje się tak wysoko w światowych rankingach” – napisali astronomowie w petycji do Gowina. Polskie Towarzystwo Astronomiczne zbiera podpisy pod swoją petycją.

Internauci kpią z wicepremiera Gowina i krytykują pomysł wykreślenia astronomii. – „Nie dziwię się. @Jaroslaw_Gowin jest zapewne przekonany, że Ziemia jest płaska. Nie potrzebuje do tego jakiejś astronomii”; – „On nie ma potrzeby odkrywania tajemnic kosmosu, jego przeszłości i przyszłości, na nic mu zderzacz hadronów. On wie swoje, ziemia jest płaska”; – „Po co jeszcze zajmować się astronomią, kiedy sekta PiS udowodniła, że ich ciemnogrodowi przyświeca tylko jedno najjaśniejsze słońce narodu…”; – „Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że astronomia jest jedyną chyba gałęzią nauki, która się w Polsce autentycznie rozwijała. Miała osiągnięcia klasy światowej. Ale w państwie PiS-u nie wolno nikomu się wychylać przed peleton bez błogosławieństwa toruńskiego prymasa i żoliborskiego bęcwała, więc przywołano astronomów do szeregu”.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o sondażach.

Ech, te sondaże. Ekscytują się nimi ludzie, analizują z wypiekami na twarzy, cieszą się z ich wyników lub smucą, a prawda jest taka, że nieźle tymi sondażami jest społeczeństwo manipulowane. Nie od dzisiaj wiadomo, że są one często narzędziem w walce politycznej.

Trudno nie przyznać racji Jerzemu Głuszyńskiemu, socjologowi z instytutu badawczego Pro Publicum, byłemu szefowi Pentora, „Istnieje zjawisko firm, które kreuje się pod kampanie wyborcze. One po wyborach znikną, tak jak znikają gazetki, które pojawiają się w kampaniach. Nikt nie wie kto jest wydawcą, ale nakład jest ogromny i tak się dziwnie składa, że na okładce jest jeden, drugi, albo trzeci kandydat. Tak to się kręci. (…) Niestety sondaże weszły w ten sam korkociąg tego samego zjawiska. Nie tyle nawet sondaże, ale to co się sondażami nazywa, bo to są często wyroby sondażopodobne, tak jak były kiedyś wyroby czekoladopodobne ”.

Przyjrzyjmy się walce o fotel prezydenta Warszawy. Co chwilę pojawiają się nowe sondaże, a ich wyniki znacznie się od siebie różnią. Część badań skupia się tylko na walce między Patrykiem Jaki, a Rafałem Trzaskowskim. Ostatni sondaż IBRiS dla Faktu i Onetu pokazuje, że w I turze Trzaskowski może liczyć na poparcie 42,2% badanych, a Jaki na 32,7%. W II turze kandydat PO wygrywa z przewagą 15,6% głosów. Sondaż przeprowadzono telefonicznie w dniach 27-28 sierpnia 2018 r. na próbie 500 osób

Z kolei inaczej wyglądają wyniki sondażu przeprowadzonego przez Ariadnę dla portalu wp. I turę wygrywa zdecydowanie Jaki (23%), a Trzaskowski dopiero na drugim miejscu (16%), a w drugiej Jaki prowadzi 30% do 25%. Warto zwrócić w tym sondażu uwagę na fakt, że przeprowadzony on został na grupie ogólnopolskiej, a pytanie brzmiało „kto twoim zdaniem wygra wybory”, choć powinno „na kogo zagłosujesz”.

Kolejny sondaż, tym razem ABR SESTA dla portalu „Informator Stolicy”, obejmujący już wszystkich kandydatów, daje również zwycięstwo Jakiemu (31%) przed Trzaskowskim (25%), a w II turze Jaki może liczyć na 54%,Trzaskowski natomiast na 46%. Sondaż przeprowadzono w dniach 16-23 sierpnia wśród 1001 dorosłych respondentów zameldowanych w Warszawie, ale brak informacji o losowym i reprezentatywnym doborze próby. Mało tego, w sondażu tym 7% zdobył Marek Jakubiak, który dopiero 23 sierpnia, a więc w dzień, gdy badanie sondażowe się kończyło, zgłosił swoją kandydaturę na prezydenta stolicy.

Świetnie podsumował to Marcin Palade, który zajmuje się analizowaniem sondaży. Rozumie on, że „ABR Sesta współpracuje z miesięcznikiem „Wróżka”? Śmierdzi na odległość” i jednocześnie zaznacza, że „ABR Sesta, Ariadna, Pollster. Nowi uczestnicy wojny na sondaże. Mogę obiecać, że nie będę cytował wyników pomiarów żadnej z wymienionych firm”.

Mieliśmy jeszcze sondaż pracowni CBM Indicator dla „Wiadomości” TVP, w których Trzaskowski prowadzi tylko 2%. i sondaż SW Research dla Rzeczpospolitej, gdzie pytano, czy to miejsce urodzenia powinno decydować o zwycięstwie kandydata na prezydenta.  Trzaskowskim w tym badaniu by wygrał, bo aż 51% respondentów było za wyborem rodowitego Warszawiaka.

Dr Głuszyński tłumaczy, że „W psychologii politycznej są prawa, które mówią, że ludzie mają tendencję przyłączania się do silniejszego. Że jak się jest w mocno rywalizacyjnym układzie, to trzeba znaleźć sposób na przełamanie narracji o faworycie, która funkcjonuje.(…).

 Tak więc, nie należy się zbytnio przywiązywać do sondaży. Ostatnio nieźle zakpił sobie z nich Roman Giertych, którego bardzo rozbawiły takie rozbieżności w wynikach. Jak poinformował na Twitterze, po przeprowadzeniu sondażu na reprezentatywnej grupie kobiet, mieszkających w jego domu, kochają go wszystkie przedstawicielki płci pięknej. Na tak zagłosowało 100% respondentek.

Tak naprawdę pozostaje nam jedno. Zmobilizować się, wziąć udział w wyborach i zagłosować, a sondaże traktować z lekkim przymrużeniem oka,

>>>

Kaczyńskim należy się tablica w Magdalence

Zwykły wpis

Jeżeli Jarosław Kaczyński jest tak łasy na splendory w postaci tablic w miejcach, gdzie Polacy walczyli z komuszym reżimem, ma wyjście, aby jego nazwisko zostało wykute w spiżu.

Prezes PiS powinien się cieszyć, że w hali 26 Stoczni Gdańskiej na wyspie Ostrów nie zaiwśnie tablica informująca, że przebywał wraz z bratem bliźniakiem w czasie strajku w 1988 roku, nie tylko z tego powodu, że nie zachowało się selfie ze stoczniowcami, ale przede wszystkim dlatego, iż hala należy do cudem ocalałej, cud, że jeszcze stoi.

Zaprasza Kaczyński jakiegoś gościa do hali, aby pochwalić się swoim bohaterstwem, mówi do Orbana: „Viktor, tutaj swoja piersią broniłem 18 tysięcy stoczniowców przed Jaruzelskim”, a przyjaciel Putina pyta: „Dlaczego ich nie widzę, tylko jakieś puchy”.

I miałby rację Orban, bo z kilkunastu tysięcy stoczniowców dzisiaj zatrudnionych jest 100 ludzi. Czyli ostał się ze stoczni ino sznur. A gdyby Wegier dalej grzebał, dowiedziałby się, że stocznia została sprzedana przez władze PiS i odkupiona przez tenże PiS, bo nikt nie chciał jej nabyć.

Ale Kaczyński ma szansę na inna tablicę – w takiej Magdalence, obydwaj bracia w tym słynnym miejscu przebywali, gdy komuchy zostali ograni do imentu. Nie tylko zachowały się fotografie, ale ruchome obrazki z wąsatymi Kaczyńskimi, którzy pili wódkę i „zakanszali” polskimi patriotycznymi korniszonami.

Nic straconego. W Magdalence kuratorem wystawianej tablicy mógłby być Leszek Miller, bądź Aleksander Kwaśniewski. Nikt by się nie naigrywal z prezesa PiS, iż mu kadzą z powodu wątpliwej bohaterszczyzny. Możliwe, że zachował sie nawet jakiś kieliszek, choć wówczas z byle czego nie pito, tylko ze stakana.

Nie ma się czego wstydzić, z takim przesłaniem można trafić do szarego Polaka, wszak naszym idiomem narodowym jest, iż „Polak za kołnierz nie wylewa”.

Tymczasem nadeszła natychmiastowa i zła dla PiS wiadomość z Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE), który zareagował na pisowski przekaz, iż władza w razie niekorzystnego werdyktu może go zignorować. Jak podaje RMF FM do swego wyroku TSUE podejdzie w sposób bezkompromisowy. Każdy obywatel , którego sprawa będzie się toczyć w Sądzie Najwyższym obsadzonym przez PIS, będzie mógł żądać w przyszłości odszkodowanie. Tą drogą może pójść także Komisja Europejska, z żadaniem nałożenia kar finansowych za nieprzestrzeganie unijnego prawa.

Jak PiS. Tak pazernej, złodziejskiej, korupcyjnej, nepotycznej władzy nie było w Polsce także w PRL i po 89 roku

Zwykły wpis

Waldemar Kuczyński odniósł się do tzw. układu radomskiego, o którym poinformowała dzisiaj Gazeta Wyborcza.

Aferę skrzętnie zamieciono pod dywan na początku 2016 roku, czyli w pierwszych miesiącach rządów PiSu.  Jak się okazuje CBA miało zebrany już materiał do postawienia zarzutów dwóm posłom partii rządzącej z Radomia. Pierwsze zatrzymania planowane były na wiosnę, jednak nic takiego się nie stało, bo zmiana władzy i odejście ze służby funkcjonariusza, który sprawę prowadził, aferę uciszyły.

Dziennikarze Wyborczej i radia Zet dysponują materiałem, z którego wynika, że układ korupcyjny w Radomiu miał działać od 2007 roku, że byli w niego zamieszani Andrzej Kosztowniak, wieloletni prezydent Radomia i jego doradca Krzysztof Sońta, a także krewny Krzysztofa i radny Karol Sońta oraz wiceprezydent Igor M., który jest szwagrem Karola. Korumpować natomiast miał Roman S. – właściciel firm prowadzących zlecenia budowlane.

Łapówki miały być wręczane w formie gotówki i nieruchomości. W jednym przypadku Igor M. miał otrzymać mercedesa CLA o wartości 200 tys. złotych, a także mieszkanie. Andrzej Kosztowniak miał dostać dom, którego budowę sfinansowała firma Romana S. oraz mieszkanie „do dyspozycji” w zamian za ustawienie przetargu na szkołę muzyczną. Krzysztof Sońta miał przyjmować „zróżnicowane kwoty majątkowe” a także dwa mieszkania i pięć działek budowlanych.

Sprawa była na tyle bliska rozwiązania, że Kosztowniak i Marek Suski musieli się z niej tłumaczyć przed Jarosławem Kaczyńskim.

Według informatora dziennikarzy, prezes PiS miał wezwać ich na dywanik na Nowogrodzką, a tam Kosztowniak miał się dowiedzieć, że nie jest już kandydatem PiS na prezydenta miasta, a Suski – że jego pozycja w PiS jest zagrożona. Kaczyński miał im dać dwie godziny na znalezienie notariusza i złożenie oświadczenia, że z korupcją nie mają nic wspólnego.

Dziennikarze GW i radia Zet próbowali kontaktować się i z funkcjonariuszem, który prowadził sprawę, ale odmówił rozmowy i z Kosztowniakiem, który nic ponoć nie wie o operacji CBA, a o spotkaniu z Kaczyńskim nie chce mówić. Wiadomo, że nadal jest posłem PiS, ale nie kandyduje na prezydenta Radomia. Bezskutecznie próbowali też kontaktować się z Sońtą, który nie znalazł się na listach PiSu i z Markiem Suskim.

Wiadomo, że ostatecznie zarzuty usłyszała tylko jedna osoba, czyli były wiceprezydent Igor M. Wraz z nim przed sądem staną cztery inne osoby – urzędnicy niższego szczebla i jeden przedsiębiorca.

Polexit. Zauważają wszyscy, że PiS wyprowadza Polskę z UE

Zwykły wpis

Dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” odnotowuje słowa ministra Gowina o ignorowaniu wyroków Trybunału w Luksemburgu.

„Kurtyna w górę przed następnym aktem walki o praworządność w Polsce” – zaczyna swój tekst warszawski korespondent dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Gerhard Gnauck. Autor przytacza słowa wicepremiera Jarosława Gowina, który ogłosił, że w przypadku niekorzystnego dla rządu PiS wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) w sprawie reformy Sądu Najwyższego, wyrok ten trzeba będzie zignorować. „W ten sposób osiągnięto kolejne apogeum sporu o reformę sądownictwa, który wybuchł od razu po wyborczym zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości” – czytamy.

„Imposybilizm” w demokracji

Gnauck dodaje, że motywem przewodnim tego sporu mogą być słowa Jarosława Kaczyńskiego, który uskarżał się w przeszłości na „imposybilizm” w demokracji. „Chciał przez to powiedzieć, że żmudne postępowania, prawne kruczki, które składają się na państwo prawa, uniemożliwiają (pożądane przez niego) sprawne rządzenie”.

Korespondent ocenia, że nowa runda sporu pokazuje też, jak ważne jest dla obozu rządzącego przeprowadzenie reformy wymiaru sprawiedliwości i usunięcie „rzekomych starych układów” w sądownictwie. „Nawet dla takich ludzi jak historyk i były student Cambrigde Jarosław Gowin, który nie uchodzi w rządzie za podżegacza”.

Krok do Polexitu

Gnauck pisze, że wypowiedź Gowina wywołała oburzenie w szeregach liberalnej opozycji, która obawia się, że to krok w kierunku wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Autor zauważa jednocześnie, że niektórzy przedstawiciele rządu, choćby Morawiecki, odnieśli się do całej z sprawy z większą ostrożnością. Autor przytacza też opinię, że w wyścigu między polskim rządem a TSUE, ten ostatni skazany jest na porażkę, bo nawet w trybie pilnym postępowanie przed Trybunałem może potrwać rok. „Kaczyński nazwałby to zapewne »imposybilizmem«” – zauważa z ironią korespondent FAZ.

PiS wraz z Kościołem katolickim mogą nam na długo fundnąć Średniowiecze

Zwykły wpis

Minister Jarosław Zieliński (PiS) udał się do Czerwonego Boru do miejscowego więzienia, aby otworzyć halę produkcyjną.

PiS ma coraz większy problem w nadchodzącej kampanii wyborczej. Akcja billboardowa opozycji, pokazująca prawdziwą twarz obozu dobrej zmiany, w ramach której w całej Polsce pojawiło się kilka tysięcy banerów, wywołała spodziewaną reakcję obozu władzy. Rozpaczliwy spot o “złodziejach, którym odebrano pieniądze, by dać dzieciom” zawierał tak toporny przekaz, że aż trudno uwierzyć w to, że stoi za nim ten sam obóz, który przez ostatnie trzy lata skutecznie kontrolował i narzucał obowiązujące tematy w debacie publicznej. Mleko jednak się rozlało, a machina obrazująca rozpasanie obozu władzy, tak sprzeczne z przedwyborczymi deklaracjami, dominuje w przestrzeni publicznej i daje opozycji amunicję na dobrych kilka tygodni kampanii wyborczej, podając dalej bardzo niewygodny dla PiS przekaz.

Widać zresztą gołym okiem, że obóz władzy niespecjalnie ma pomysł, jak skutecznie przeciwstawić się kampanii opozycji. Zarzut, jaki kierowano pod adresem Koalicji Obywatelskiej, że oto wydała miliony złotych na kłamliwą kampanię billboardową, dziś bardzo umiejętnie zbił przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Ujawniając koszt jej przeprowadzenia (kilkadziesiąt tysięcy złotych) zauważył, że był on mniejszy, niż roczna kwota “drugich pensji” w 2017 roku, jakie ministrowie dostali od Beaty Szydło za to, że “im się należało”. Faktów obfitego żerowania na państwowych posadach zakwestionować się już nie da.

Problem w tym, że jeśli opozycji uda się narzucić temat wzrostu wydatków “na siebie” czy “na władzę”, znacznie łatwiej będzie przeforsować środowiskom antyklerykalnym przekaz olbrzymiego wzrostu wydatków “na panów w sutannach”, bo i ten jest za “dobrej zmiany” pokaźny. Jak donosi portal ciekaweliczby.pl, o prawie o 40 mln zł zwiększyły się wydatki na Fundusz Kościelny zapisane w Ustawie Budżetowej na 2018 r. w porównaniu do 2015 r. Od 2011 r. wydatki zwiększyły się prawie o 68 mln zł to jest o 76% (wzrost z 89 mln do prawie 157 mln zł). Dla porównania w latach 2012-2014 wydatki te kształtowały się na poziomie 94 mln złotych rocznie.

Inaczej mówiąc, lista grzechów tej władzy jest długa i wiele jeszcze w tej kampanii wyborczej można im wyciągnąć.

WYZWANIE 2: Nowe podatki i droższa energia

Popularności rządzącym nie przysporzą też na pewno rosnące ceny energii i paliw. Pod koniec lipca „Fakt” informował, że tegoroczna jesień może być dla kieszeni Polaków wyjątkowo dotkliwa. W górę już w pierwszej połowie sierpnia poszły ceny gazu (o ok. 6 proc.). O ile dla tych, którzy tylko gotują na błękitnym paliwie oznacza to utratę mniej więcej 10 zł rocznie, o tyle ci, którzy gaz wykorzystują przede wszystkim do podgrzewania wody i ogrzewania w skali roku stracą 36 zł. To jednak nic przy kosztach, które czekają na Polaków, ogrzewających gazem swoje domy. Dla nich podwyżka to rocznie nawet 200-300 zł mniej w portfelu.

Droższy będzie także prąd – o 10-15 proc. Na przestrzeni roku przekłada się to na dodatkowy wydatek rzędu ok. 200 zł. Powodów podwyżki cen jest wiele. Główne z nich to rosnące ceny węgla (w Polsce produkuje się z niego aż 78 proc. prądu), coraz droższe prawa do emisji dwutlenku węgla, (to prawie 15 proc. kosztów wytworzenia prądu) i spowodowana suszą oraz upałami mniejsza produkcja prądu w Skandynawii.

Wreszcie od stycznia 2019 roku podwyżki dotkną także kierowców, bowiem obowiązywać zacznie tzw. opłata emisyjna. Nowa danina przełoży się na droższe paliwa – o 10 gr na litrze. Co prawda kiedy projekt ustawy spotkał się z miażdżącą krytyką posiadaczy samochodów, minister energii Krzysztof Tchórzewski zapewniał, że koszty wezmą na siebie koncerny paliwowe. Ostatecznie tak się jednak nie stało i to podatnicy będą musieli dorzucić się do państwowej kasy.

WYZWANIE 3: Droższy chleb i mięso

Energia i paliwa to niejedyne podwyżki, które czekają Polaków tej jesieni. W nadchodzących miesiącach na naszych kieszeniach odbiją się też skutki tegorocznej suszy. Dodając je do wysokich cen paliw (czytaj: transportu) oraz słabego złotego, dostajemy bardzo niebezpieczną mieszankę, która przełoży się na skokowy wzrost podstawowych produktów żywnościowych. Marcin Bustowski, przewodniczący Związku Zawodowego Rolników Rzeczpospolitej „Solidarni”, w połowie sierpnia przestrzegał na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”, że tej jesieni cena bochenka chleba może osiągnąć 8-10 zł, natomiast ceny drobiu, wieprzowiny i wołowiny wzrosną nawet o 30-40 proc.

Główny Urząd Statystyczny podaje, że zbiory pszenicy będą o 16 proc. mniejsze niż przed rokiem. To dodatkowo zawyży ich cenę. Ratunku próżno szukać także na światowych rynkach, bo tam pszenica i kukurydza są najdroższe od trzech lat. Nie lepiej jest z mięsem. Ceny wołowiny śrubują rekordowe wartości. Akurat w tym przypadku w Polsce tak źle jeszcze nie jest, ale uśrednione ceny mięsa (drobiu, wieprzowiny, wołowiny) i tak konsekwentnie rosną – o 12 proc. od 2015 roku. Sytuację nieco wyhamował Afrykański Pomór Świń (ASF), który spowodował nadpodaż wieprzowiny, ale kiedy ten problem zostanie rozwiązany, wieprzowina cenowo ma się zrównać z wołowiną.

WYZWANIE 4: Starcie z Brukselą

Politycznie nadchodzące miesiące również szykują się dla „dobrej zmiany” bardzo pracowicie. Na forum międzynarodowym tematem numer jeden będzie z pewnością spór polskiego rządu z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) o przyszłość polskiego Sądu Najwyższego. Oliwy do ognia dolały niedawne słowa wicepremiera Jarosława Gowina na łamach tygodnika „Do Rzeczy”. – Jeżeli Trybunał dopuści się precedensu i usankcjonuje zawieszenie prawa przez Sąd Najwyższy, to nasz rząd zapewne nie będzie miał innego wyjścia jak doprowadzić do drugiego precedensu, czyli zignorować orzeczenie TSUE jako sprzeczne z traktatem lizbońskim oraz z całym duchem integracji europejskiej – stwierdził polityk, czym wywołał prawdziwą burzę, nie tylko zresztą w Polsce.

Taka deklaracja ze strony jednego z najważniejszych polityków w kraju w momencie, gdy negocjacje dotyczące nowej perspektywy budżetowej (2021-27) wchodzą w decydującą fazę, to dyplomatyczne harakiri. Za jednym zamachem wskrzeszają z niespotykaną dotąd siłą dyskusję o możliwym polexicie, utwierdzają Unię w tym, że Polsce nie wolno odpuścić nawet na centymetr (już dziś Bruksela finiszuje z pracami nad tzw. mechanizmem warunkującym, który ma być batem na łamiących unijne zasady gry) i dają potężne polityczne paliwo opozycji na czas kampanii samorządowej. A przecież przeciwko Polsce cały czas toczy się postępowanie z art. 7. Traktatu o Unii Europejskiej, czyli tzw. opcja atomowa, spowodowane podejrzeniami o naruszenie praworządności w naszym kraju.

WYZWANIE 5: Walka o małe ojczyzny

Patrząc na powyższe problemy, zaplanowane na 21 października wybory samozrądowe wydają się być najmniejszym kłopotem partii Jarosława Kaczyńskiego. Jednak tylko pozornie. Dotychczas zwycięstwo PiS-u w walce o „małe ojczyzny” wydawało się niemal pewne i niczym niezagrożone. Teraz rozwój wypadków na czterech pozostałych frontach może mieć istotny wpływ na to, ile PiS ugra w samorządach. A chce ugrać bardzo dużo, bo tylko tak zdoła przekonać elektorat, że wysokie notowania sondażowe nie były jedynie polityczną sztuką dla sztuki. To także swego rodzaju plebiscyt wobec „dobrej zmiany” i kursu, na jaki pchnęła Polskę jesienią 2015 roku. Politycy partii rządzącej mówią więc o przejęciu władzy w przynajmniej połowie województw (dzisiaj rządzą w zaledwie jednym – na Podkarpaciu). Do tego marzy im się zdobycie przynajmniej kilku dużych miast, w których od lat nie potrafią uporać się ze środowiskami liberalno-lewicowymi. Jednak, żeby dopiąć swego najpierw muszą wygasić niepolityczne fronty, na których walki trwają w najlepsze. A to nie będzie łatwe i może Nowogrodzką słono kosztować.

Jeżeli opozycja się nie zjednoczy, to partia rządząca zafunduje nam demokrację bezprzymiotnikową albo oligarchię. To jest krytyczny moment, dlatego wybory samorządowe będą czymś więcej, staną się formą plebiscytu. Jeżeli nie będziemy mieli nadziei, że potrafimy zrobić przynajmniej krok do przodu, aby zatrzymać PiS, to obawiam się, że duch walki zgaśnie i następne wybory parlamentarne doprowadzą do wygranej PiS. Wtedy nawet nie chcę myśleć o tym, co będzie… – mówi w rozmowie z nami prof. Tadeusz Gadacz, filozof, religioznawca, były pijar i bliski współpracownik ks. prof. Józefa Tischnera. I dodaje: – Przypomina mi się taki dowcip z PRL-u, tzw. pięć przykazań: po pierwsze, nie myśl; po drugie, jak już musisz myśleć, to nie mów; po trzecie, jak już musisz mówić, to nie pisz; po czwarte, jak już musisz pisać, to się nie podpisuj; po piąte, jak się podpisujesz, to się nie zdziw. Aktualne?

KAMILA TERPIAŁ: Zdecydował się pan na wejście do polityki. Będzie pan kandydował w wyborach samorządowych do Sejmiku Małopolskiego z listy Komitetu Obywatelskiego. Zapytam przewrotnie: po co to panu?

TADEUSZ GADACZ: Pochodzę z takiej szkoły myślenia, która zawsze zwracała uwagę na to, że człowiek wykształcony ma pewne powinności społeczne. Są one różne w zależności od sytuacji politycznej i życia społecznego. To jest moment, w którym stwierdziłem, że muszę się włączyć. Tym bardziej, że – też powiem przewrotnie – wielu kolegów, z którymi kiedyś współpracowałem na niwie naukowej, przyczynia się po tamtej stronie do destrukcji państwa. Dlatego czuję podwójną odpowiedzialność.

Wierzy pan w to, że uda się zatrzymać PiS?
Na razie widzę entuzjastyczne reakcje na informację o tym, że będę kandydował w wyborach samorządowych. Oczywiście mam świadomość, że to jest grupa tych, których przekonywać nie trzeba. Pytanie tylko, jak dotrzeć do pozostałych.

Na sercu leży mi jeszcze inna kwestia – co się stanie, jak PiS zostanie odsunięty od władzy? Jak pozszywać tę pękniętą Polskę?

To jest bardzo głębokie pęknięcie?
Tak, są nawet rodziny, w których ludzie się do siebie nie odzywają, przestają się spotykać, podawać sobie rękę. Nie było w polskiej polityce w ostatnich latach wylewu takiej nienawiści, pogardy i bardzo wielu złych uczuć. Padło wiele słów, które poraniły społeczeństwo i które będą jeszcze przez wiele lat pracować. Jak to wszystko poskładać? Obawiam się z jednej strony odwetu, a z drugiej nienawiści. Ale nie stworzymy sobie przecież dwóch krajów, chociaż mentalnie radykalnie się różnimy. Staniemy w końcu przed pytaniem, jak tworzyć dialog społeczny i jak budować kraj, żeby pomimo różnic móc ze sobą rozmawiać.

To będzie w ogóle możliwe?
A jakie mamy wyjście? Jeżeli nie będziemy rozmawiać i nie będzie dialogu, to pozostaje tylko obojętność, brak tolerancji, a dalej nienawiść i walka. Albo ten proces będzie się pogłębiał, albo spróbujemy go jakoś wyhamować. Problemem jest tylko to, z kim rozmawiać. Jeżeli ktoś nie jest otwarty na dialog, to sam się wyklucza.

Przede wszystkim, żeby móc wrócić do dialogu, ktoś, kto doprowadził do destrukcji, powinien przynajmniej umieć przeprosić.

Ale PiS nie przeprasza.
Trzeba szukać takich osób, które mają odmienne poglądy, ale można z nimi rozmawiać. Ludzie mają przecież różne poglądy, ale to nie jest powód do tego, żeby kłamać, oszukiwać, obrażać innych i naciągać historię, tylko dlatego, żeby spełnić niewyrażone myśli pana prezesa. To jest chory typ prowadzenia polityki, który prowadzi do radykalnej destrukcji.

Ludzie władzy kłamią z premedytacją, czy uwierzyli już w swoje kłamstwa?
Inteligentni ludzie oczywiście nie wierzą, tylko kłamią cynicznie i używają propagandy. Wyraźnie widać, że pewne figury retoryczne są powtarzane tylko po to, aby osiągnąć skutek. Często używają zmitologizowanego języka, który nie informuje, tylko próbuje wywrzeć nacisk prowadzący do zmian społecznych. Wystarczy odwołać się do takiej figury jak historyzacja – czyli coś dzieje się w historycznym albo przełomowym momencie. Takiego sformułowania użyła na przykład premier Beata Szydło, gdy zdecydowała się pozostać w rządzie.

Dlaczego ludzie PiS-owi uwierzyli i wierzą nadal?
Należałoby się zastanowić, które grupy społeczne.

Musimy mieć świadomość tego, że jesteśmy społeczeństwem, które nie przeszło przez Oświecenie europejskie. Dlatego myślimy kategoriami romantycznymi, a nie myślenia krytycznego. PiS, choć bezpośrednio ich nie cytuje, odwołuje się do romantyków polskich – Polska Chrystusem narodów, wstawanie z kolan, duma narodowa – to wszystko już było.

Popatrzmy także na kształt patriotyzmu, on nie jest pozytywny i pozytywistyczny, czyli taki, który mówi o pracy, płaceniu podatków, rozwoju kraju, dominuje patriotyzm romantyczny. Najważniejsze są powstania i Żołnierze Wyklęci, odwoływanie się do historii, w której nie myśli się kategoriami rozwagi i namysłu. Ksiądz Józef Tischner powiedział kiedyś, że „Polacy nie są odważni, tylko zadzierzyści”. I to bardzo dobrze obrazuje stan ducha.

Poza tym w polskich przemianach ekonomicznych zostały zmarginalizowane całe grupy i trzeba im pomóc. Tylko że taka pomoc powinna być zracjonalizowana, a nie polegająca tylko na rozdawnictwie, którego celem jest kupowanie elektoratu. Dlatego ważne są polityki społeczne, które rozwiązują konkretne problemy, ale powinni prowadzić je ludzie, którzy się na tym znają, fachowcy, bez względu na poglądy polityczne.

Chciałbym żyć w kraju, który jest normalnie rządzony, który jest normalnym, cywilizowanym, europejskim krajem, w którym pomimo zróżnicowań działają mechanizmy społeczne.

A w jakim kraju pan żyje?
Żyję w kraju, w którym działa polityka, którą kiedyś stoicy nazywali „imperium” – ja tu rządzę, ponieważ mam stołek, a jak mam stołek, to nie muszę się z nikim konsultować i mam rację. Żyję w kraju, w którym nie rozwiązuje się problemów społecznych, tylko politykę rozumie jako grę chorych ambicji, gdzie nawet przywódcy ugrupowań politycznych gotowi są topić kraj, aby tylko wygrały ich ambicje.

Do czego kraj mogą te „chore ambicje” doprowadzić?
Do tego, do czego doszło na Węgrzech. Opozycja nie będzie w stanie się porozumieć, bo są ugrupowania, które nie rozumieją, że można się różnić, ale dopiero jak odzyskamy demokrację. A do odzyskiwania jest wiele: wolne sądy, wolne media, telewizja publiczna. Jeżeli opozycja się nie zjednoczy, to partia rządząca zafunduje nam demokrację bezprzymiotnikową albo oligarchię. To jest krytyczny moment, dlatego wybory samorządowe będą czymś więcej, staną się formą plebiscytu. Jeżeli nie będziemy mieli nadziei, że potrafimy zrobić przynajmniej krok do przodu, aby zatrzymać PiS, to obawiam się, że duch walki zgaśnie i następne wybory parlamentarne doprowadzą do wygranej PiS. Wtedy nawet nie chcę myśleć o tym, co będzie…

Ten duch walki i oporu już nie gaśnie?
Myślę, że nie. Przykładem jest także porozumienie PO i Nowoczesnej i wystawienie wspólnych list. Widzę też na portalach społecznościowych, że ludzie mają jeszcze nadzieję.

Pytanie zasadnicze brzmi: co zrobi grupa, która nigdy nie chodziła na wybory w Polsce. To, co się stało, było możliwe przez tych, którym było wszystko jedno. A musimy zdać sobie sprawę, że skończyły się czasy, w których może być wszystko jedno.

Widział pan obrazki obywateli wynoszonych przez policję po to, aby nowa KRS mogła rozpocząć obrady?
Tak, widziałem.

Co pan sobie myślał?
Nic nowego, to jest czysty makiawelizm. W „Historiach Florenckich” Machiavellego jeden z przywódców rewolty mówi wyraźnie do swoich towarzyszy: gdybyście mnie dzisiaj zapytali, czy powinniśmy tę walkę zacząć, to miałbym wątpliwości, ale skoro zaczęliśmy, to musimy ją skończyć, bo inaczej to z nami marnie skończą. Tyle zostało już zniszczone, że w tej chwili nie ma wyjścia. Władza nie ustąpi.

Nowa KRS idzie jak burza. Za chwilę Sąd Najwyższy zostanie przejęty. Obudzimy się w innej rzeczywistości?
Niestety, może być jeszcze gorzej. Możemy zacząć się dowiadywać, że jak komuś nie podoba się Polska dla Polaków, z licencjonowanym przez władzę patriotyzmem, to niech sobie wyjedzie. To nie jest wykluczone… Dlatego też proszę się nie dziwić, że

zdecydowałem się włączyć w politykę, bo nie chcę sobie później wyrzucać, że stałem z boku. Nie mam złudzeń, że sam coś radykalnie zmienię, ale gdyby więcej ludzi chciało się włączyć, to siła sprawcza byłaby większa.

Co by pan odpowiedział komuś, kto myśli: po co mi sądy i demokracja, chcę mieć pieniądze w portfelu?
Rok temu uczestniczyłem w konferencji zorganizowanej przez fundację międzynarodową, która pomaga uczonym w opresji, prześladowanym za poglądy. W debacie uczestniczyła pani psycholog z Turcji, która podpisała list w obronie kurdyjskich kobiet i dzieci, umierających na południu Turcji, ponieważ prezydent zabronił udzielania im pomocy jako terrorystom. Wszyscy sygnatariusze listu też zostali oskarżeni o terroryzm. Ona uciekła i to wszystko opisała, a na koniec powiedziała bardzo ważne zdanie: kiedy nam odbierano i ograniczano poszczególne wolności, wydawało nam się, że to nas nie dotyczy, ale jak się obudziliśmy, to okazało się, że jest już za późno.

Możemy mówić, że nie obchodzi nas SN czy KRS, ale potem może przyjść pora na media, uczelnie… I obudzimy się w rzeczywistości, z której nie będzie wyjścia.

Ostatnio znalazłam taki cytat z George’a Orwella: „Im dalej społeczeństwo dryfuje od prawdy, tym bardziej nienawidzi tych, którzy ją głoszą. Prawda jest nową mową nienawiści. Mówienie prawdy w epoce zakłamania jest czynem rewolucyjnym”. Pasuje do naszych czasów?
Taka jest też diagnoza Hanny Arendt o prawdzie i polityce; przekonywała, że kiedyś wymazywano fakty, a teraz nie trzeba tego robić, bo pojawiają się fakty alternatywne. Istnienie prawdy w takiej sytuacji jest groźne. Dlatego powinniśmy bronić prawdy, mówić prawdę i w każdej formie demistyfikować kłamstwa. Chociażby ostatnie twierdzenie pana premiera, że to on negocjował wstąpienie Polski do UE. Są sytuacje, w których pozostaje tylko ironia.

To skuteczna broń?
Od czasów PRL-u nie pamiętam tylu dowcipów, a obecnie też i memów. Ciekawe, że

wracają dowcipy z PRL-u, które odzyskują swoją dawną żywotność. A to pokazuje, że metody wprowadzane przez obecną władzę, są metodami znanymi z przeszłości.

Chociażby zarządzanie przez konflikt, które w dialektyce marksistowskiej nazywało się walką przeciwieństw. Chodzi o konfliktowanie różnych środowisk, żeby ludzie sami skakali sobie do gardeł.

Przypomina mi się taki dowcip z PRL-u, tzw. pięć przykazań: po pierwsze, nie myśl; po drugie, jak już musisz myśleć, to nie mów; po trzecie, jak już musisz mówić, to nie pisz; po czwarte, jak już musisz pisać, to się nie podpisuj; po piąte, jak się pospisujesz, to się nie zdziw. Aktualne?

Niestety tak. Teraz podobne rzeczy mogą nas zdziwić?
Oczywiście.

Nie obawia się pan brudnej kampanii wyborczej, chwytów poniżej pasa i procesów politycznych?
Władza będzie wykorzystywała wszystkie narzędzia. Szczególnie skupi się zapewne na prezydentach dużych miast, a nie lokalnych sejmikach. Jak nic nie znajdą, to będą snuli insynuacje i przedłużali procesy. Nieprzypadkowo zaczęło się od przejmowania sądów. Ostatnio dużo mówi się o tym, że kampania minister edukacji była finansowana z pieniędzy PCK i że dowody są w prokuraturze, ale co z tego…

„Pan Zbigniew Ziobro jak Feliks Dzierżyński. Obstawę ma. Brak mu tylko pancernego pociągu i pistoletu” – napisał pan na Facebooku. Przerażające.
To jest ironia, ale

chodzi o tzw. sprawiedliwość ludową – mściciel będzie decydował o wszystkim w zależności od własnego poczucia sprawiedliwości. Niepotrzebne będą sądy, sędziowie, kodeksy prawne, skoro można samemu rozdzielać sprawiedliwość na prawo i lewo. Moje skojarzenie nie jest przypadkowe.

Dlaczego władza otwiera swój świat przed środowiskami nacjonalistycznymi?
Władzy potrzebni są ze względu na poparcie wyborcze. To nie jest silna grupa, ale lepiej jest mieć ich pod kontrolą niż poza kontrolą. Poza tym mogą się przydawać do różnych innych rzeczy – czytałem, że ostatnio zdejmowali buciki z ogrodzeń kościelnych, powieszone tam jako znak protestu przeciwko pedofilii. Poza tym podgrzewają patriotyzm romantyczny, wspierają lansowaną przez władzę wersję historii. Tylko to może się źle skończyć.

Dlaczego historia w tej sprawie nas niczego nie uczy?
Uczy ludzi myślących, ale my żyjemy w czasach radykalnej bezmyślności. Myślenie boli, wymaga podejmowania decyzji, a jak ktoś nie chce tego robić, to zwalnia się z myślenia i nie chce wyciągać wniosków. Tak jest łatwiej. Dlatego

niektórzy żyją w kłamstwie, aby mieć spokój. Dlatego PiS zmienia język, a to jest właśnie efekt bezmyślności.

PiS to wyczuł.
Jestem im w stanie oddać to, że narzędzi współczesnej polityki używają bardzo sprawnie. Choćby to, że esencja polityki PiS-u polega na tym, że dokonują pełzającej rewolucji za zasłoną pomocy socjalnej. Większość oczu zatrzymuje się na tej zasłonie i nie widzi, co jest za nią, a tam dokonuje się właściwa polityka, do której docierają tylko krytycznie myślący.

Dlaczego władza chce „rozwalić” nasz świat?
To jest sprawa jednego człowieka, który wyznacza to, jak członkowie „dobrej zmiany” myślą, co robią, jak kłamią. Tam nikt nie może się wyłamać. Chyba nawet jak śpią to się boją, by nie mieć niewłaściwych snów. Dlaczego właśnie taki kształt polityki pasuje prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu? Należałoby zapytać psychoanalityka. Albo myśli historycznie i chce stworzyć nowy rodzaj mitu Polski opartego na nowych bohaterach mitycznych, historii i patriotyzmie, albo buduje politykę, która jest efektem nieprzeżytej żałoby.

Ta polityka jest absolutną destrukcją elit i instytucji elitarnych i to destrukcją ośmieszającą. Wydaje mi się, że czasami zza kotar centrali władzy słychać ironiczny śmiech.

Do śmiechu będzie im także, jak wyrzucą nas z UE? To w ogóle realne zagrożenie?
Oni liczą na to, że będzie tak jak w przypadku Węgier – zrobimy swoje, a i tak nas nie wyrzucą. Widać, że władza chce mieć następną kadencję i większość, która pozwoli zmienić konstytucję. To jest następny etap. Dopiero wtedy zrealizuje się model „prawdziwej” Polski.

Jak namawia pan ludzi do udziału w wyborach?
Liczy się postawa każdej jednostki, każdy głos. Zsumowane dają skalę. Pamiętam, że jak byłem dzieckiem i mama upiekła na Święta Bożego Narodzenia indyka, to był rarytas. Dzieci podchodziły i skubały, jedno przed drugim, bo przecież jak jedno skubnie, to się nic nie stanie. A jak przyszło do obiadu, to indyka prawie nie było. Nie można myśleć tylko skalą swojej własnej osoby. To cały czas powtarzam.

Może dojść do tego, że to ulica obali władzę? To będzie straszak, który zadziała na Jarosława Kaczyńskiego?
Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby miliony wyszły na ulice… Nie wykluczam tego, ale nie ukrywam, że to nie jest kierunek, który będę popierał. Zdecydowałem się wejść do polityki po to, aby prowadzić dialog, oczywiście z tymi, z którymi da się rozmawiać.

Wszyscy powinniśmy mieć świadomość tego, że będziemy musieli żyć na tej samej ziemi. Można próbować rozmawiać.

Pan próbuje?
Będę próbował. Na portalach społecznościowych też rozmawiam z tymi, którzy chcą rozmawiać. Ale jak widzę, że ktoś jest zaślepiony, to argumenty będą go tylko jeszcze bardziej rozwścieczać. Wtedy rozmowa nie ma sensu. Rozmowa zakłada pewne otwarcie, skupienie na rozwiązywaniu problemów, a nie destrukcji państwa i wymianie kadr.

Waldemar Mystkowski pisze o powracającym Kaczyńskim.

Musi stać się prawo i sprawiedliwość, aby ten promotor upadku Polski odpowiedział za czyny swoje i tych, którymi się wysługuje.

Co z Jarosławem Kaczyńskim? Niedługo dowiemy się, ile jest w nim Breżniewa (mam na myśli genseka, który występując na Placu Czerwonym, był poruszany jak pacynka). Niedługo, czyli w najbliższą niehandlową niedzielę, którego to dnia po mszy świętej na konwencji PiS prezes wygłosi przemówienie programowe.

Najpierw tę nowinę ogłosił protoplasta postaci Mariusza z „Ucha prezesa”, znany powszechnie jako Mariusz Błaszczak. Potwierdziła Beata Mazurek, znana z tego, że jej najbliższy przyjaciel partyjny Ryszard Terlecki wybiera dla niej suknie w butikach, nawet podała miejsce i dokładny czas akcji: „o godz. 12.00 w Warszawskim Centrum EXPO”.

Z kolei szef sztabu wyborczego PiS na tę kampanię Tomasz Poręba, którego naród poznał bliżej kilka dni temu, bo wpisał się w kroniki medialne, odzywając się do dziennikarza TVN24: – „Odejdź stąd, powiedziałem ci coś, tak? Szczylu jeden”. Nie od rzeczy Porębę należy nazywać ksywką Szczyl. Oto podał filozofię kampanii PiS, godną samego Stanisława Barei z „Misia”, iż partia Kaczyńskiego w samorządach będzie występowała jako opozycja przeciwko „totalnej opozycji”: – „Występujemy z pozycji właśnie partii opozycyjnej w regionach, ponieważ nie rządzimy w 15 na 16”.

Poręba zatem wskazał, co jeszcze dla PiS zostało do zdemolowania – mianowicie 15 województw. Polska jest zniszczona na poziomie centralnym, prawnym i mediów publicznych. PiS-owi potrzebne są sejmiki do dokończenia dzieła zniszczenia.

Wracając do naszego „barana” (za Szekspirem: wracając do tematu) Kaczyńskiego. Jego podręczna (dama do towarzystwa) Joachim Brudziński nie będzie mogła użyć Photoshopa. Raczej w używaniu będzie pani od make-up, będzie miała ręce pełne roboty, aby twarzy prezesa przywrócić używalność.

Prezes ma już pierwszy sukces, od kiedy zachorował na kolano. Oto poszła do Gdańska iskrówka, aby Karol Guzikiewicz, z Solidarności w Stoczni Gdańskiej, wstrzymał się przed odsłonięciem tablicy pamiątkowej w rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych, iż w „sierpniu 1988 roku strajkowali razem ze stoczniowcami o przywrócenie NSZZ Solidarność śp. Lech Aleksander Kaczyński oraz premier RP Jarosław Kaczyński”. Czy prezes posłuchał Władka Frasyniuka, który zareagował na dictum Guzikiewicza: – „Jarek pierdo…isz, nie było cię tam”? Wątpliwe! Wygrany jest Guzikiewicz, który może wystawić tablicę na Allegro i zgarnąć sporą kasę.

Oczywiście, w niedzielę prezes potwierdzi stanowisko PiS w sprawie wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, bo Mateusz Morawiecki sam by z siebie nie wydukał, że w razie niekorzystnego wyroku dla PiS jego rząd nie zastosuje się do orzeczenia. Na tyle premier nie jest odważny.

W jakiej pogardzie Kaczyński ma instytucje Unii Europejskiej zależy od jego kondycji psychofizycznej, wszak „mordy zdradzieckie, gorszy sort, element animalny” formułował w lepszych zdrowotnych czasach. A że prezes popluje na Brukselę jest pewne, jak amen w jego niedzielnym pacierzu. Niech Frans Timmermans i Donald Tusk nie martwią się, jeżeli dawka jadu będzie mniejsza niż zwykle. Usprawiedliwieniem jest to, że prezes wchodzi w etap Breżniewa.
Może też dowiemy się więcej o spowinowaceniu Kaczyńskich i Morawieckich, na ślad pokrewieństwa tych rodzin wpadł genealog Marek Jerzy Minakowski. Zastanawia mnie, dlaczego ów Minakowski nie znalazł związków rodzinnych także z Andrzejem Dudą, wszak związki nie tylko krwi łączą wszystkich łajdaków, takich w Polsce szlacheckiej nazywano swojsko – zaprzańcami.

W każdym razie w sferze publicznej ma ożyć prezes Kaczyński, sprawca demolowania Polski, Łazarz – że tak go nazwę. Musi stać się prawo i sprawiedliwość, aby ten promotor upadku Polski odpowiedział za czyny swoje i tych, którymi się wysługuje.