Błaszczak ma nie tylko deficyt, ale poważniejsze mankamenty

Mariusz „Deficyt” Błaszczak (Ludwik Dorn dał ksywkę ministrowi twierdząc, iż onże jest chodzącym deficytem inteligencji) w czasie miesięcznicy kroczył w procesji po Krakowskim Przedmieściu.

Jaka zatem to religia i czy jest zarejestrowana?

Religie mają swoje kościoły, meczety, badź bożnice. Gdzie ta religia zatem ma swoje ośrodki kultu? Jeżeli dowiemy się gdzie, będziemy wiedzieć, gdzie mają się odbywać rytuały, bo ulica do nich nie należy, jest przestrzenią zdesakralizowaną.

„Deficyt” w TVP Info był podzielić się zajęciem – nie tylko chodzeniem deficytowym – co też robił na Krakowskim Przedmieściu. „Szliśmy, odmawiając różaniec”.

Mam rozumieć, iż to rytuał zapośrednioczony z katolicyzmu, ale nie z chrześcijaństwa. W pobliżu wszak znajduja się kościoły, trzeba było wpaść do nich – wcześniej wynajmując przestrzeń – i „odmawiać różaniec”.

Może nawet fajniejsze jest, co „Deficyt” Błaszczak zobaczył i usłyszał.

Dojrzał Władysława Frasyniuka. Czyżby otarł się o niego? Tak! Bo przeczytał u Frasyniuka „wpięte w klapę, pisane chyba cyrylicą, po rosyjsku, wulgarne słowa dotyczące PiS”.

Nie wyjawił jakie to wulgarne słowa pisane cyrylicą przeczytał, ale tym samym pochwalił się, iż jest poliglotą.

Błaszczak też usłyszał (czyli poza sezonem „Ucha prezesa”, które dopiero na jesieni będzie kontynuowane) na własne uszy,  że „Frasyniuk groził Jarosławowi Kaczyńskiemu. Wyraźnie słyszałem”.

Też chcielibyśmy poznać owe groźby.

Dochodzę jednak do wniosku, iż Błaszczaka nie tylko znamionuje ów Dornowy „deficyt”, ale zwidy i słuchy właściwe chorobie o wiele poważniejszej niż braki w ilorazie inteligencji.

A tę chorobę nie leczy się w żadnym kościele, meczecie, bożnicy, ale w zakładach o rygorze, o które dbają pielęgniarze, a różaniec i sznurowadła są przechowywane w magazynie do czasu polepszenia się.

Więcej >>>

„Nie ma konstytucji, która potrafi się sama obronić przed zdeterminowaną despocją”

As, 12.06.2017

Prezes Kaczyński i premier Szydło w Sejmie

Prezes Kaczyński i premier Szydło w Sejmie (Źródło: Sławomir Kamiński Agencja Gazeta)

– Wygaszanie kadencje sędziów w KRS jest absolutnie sprzeczne z konstytucją. Równie dobrze można byłoby wygasić kadencje prezydenta czy członków Rady Polityki Pieniężnej – ocenia prof. Wojciech Sadurski. Wygaszanie kadencji KRS zakłada projekt PiS.

Zdaniem prof. Wojciecha Sadurskiego, ci którzy głosowali na PiS, „powinni się czuć szalenie winni za rozwalenie systemu demokratyczno-konstytucyjnego w Polsce”.

Kolejnym elementem „rozwalania” obowiązującego w Polsce porządku konstytucyjnego, są pomysły PiS na KRS. Krajowa Rada Sądownictwa ma zostać upolityczniona. Bo członków rady wybierać będą posłowie.

Według prof. Sadurskiego to niezwykle groźna zmiana. Bo to KRS wskazuje kandydatów do sędziowskiej nominacji.

– Właśnie więc KRS decyduje, kto nas będzie osądzał, decydował o naszym mieniu, wolności. Teraz tak konstruuje się wybory, że wszystko zależy od partii rządzącej. Bo to Sejm wybiera członków rady. PiS więc bierze wszystko – mówił konstytucjonalista w TOK FM.

Robią, co chcą

Jednym z fundamentalnych przepisów, przygotowanej przez PiS ustawy, jest regulacja przewidująca skrócenie kadencji członków z pracującej obecnie KRS. Choć ich długość ich kadencji zapisana jest w konstytucji.

– Wygasza kadencji jest absolutnie sprzeczny z konstytucją. Równie dobrze więc   można byłoby wygasić kadencje prezydenta czy członków Rady Polityki Pieniężnej. To  gest chuligański, z punktu widzenia konstytucji – ocenił prof. Sadurski.

Konstytucja sama się nigdy nie obroni

Działania PiS dotyczące szeroko pojętego wymiaru sprawiedliwości, to zdaniem konstytucjonalisty z uniwersytetu w Sydney, „totalny demontaż państwa prawa”.

– Nie ma takiej konstytucji, która potrafi się sama obronić przed determinowanej despocją. Bo konstytucja to papier z zapisanymi słowami. Jeśli rządzący nie wyznają jej norm, to ten papier przestaje być cokolwiek wart. Wszystko tkwi w kulturze politycznej i społeczeństwie obywatelskim – ocenił prof. Wojciech Sadurski w rozmowie z Jakubem Janiszewskim.

Coraz dłuższa droga

Choć pomysły dotyczące KRS poznaliśmy już na początku roku, ustawa cały czas nie został przegłosowana przez Sejm. A przecież rządzący wielokrotnie pokazali, że potrafią w ekspresowym tempie przepychać przez parlament regulacje, na których bardzo im zależy. Taki było m.in. z kilkoma ustawami dotyczącymi Trybunału Konstytucyjnego.

Nad ustawą posłowie mieli dyskutować podczas ubiegłotygodniowego posiedzenia. Ale tuz przed rozpoczęciem obrad, zmieniono plany. I to nie pierwszy raz.

Warto przypomnieć, że krytycznie o kontrowersyjnym zapisie dotyczącym wygaszenia kadencji członków KRS wypowiadał się prezydent Duda i wicepremier rządzie Beaty Szydło – Jarosław Gowin.

Żakowski ogłasza ”misiewizację sądownictwa”

http://www.gazeta.tv/plej/19,138242,21637534,video.html

Zobacz także

TOK FM

Prawica w pułapce pamięci?

W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia budziła emocje i bywała przedmiotem „nocnych rozmów Polaków”. Książki o niej wykupywano na pniu, nawet wtedy, gdy pełne były propagandowych ozdobników i cenzuralnych przemilczeń. W prasie drugiego obiegu terminy Narodowa Demokracja, PPS czy Piłsudczycy – pojawiały się ze sporą regularnością. Druga Rzeczpospolita, bo o niej mowa, przestała interesować Polaków w momencie narodzin Trzeciej. Prawie nie sięgamy do jej dorobku, poza dniem 11 listopada nie przywołujemy doświadczeń. Co więcej, tradycje polityczne, owe słynne trumny, które miały nami rządzić, umarły bezpowrotnie.

Sprawa jest oczywista gdy chodzi o świadomość potoczną. Żadne społeczeństwo nie powinno żyć historią. Co innego, gdy chodzi o szkolne programy, o świadomość elit, o ciągłość politycznego doświadczenia. Wraz z obumarciem zainteresowania Drugą Rzeczpospolitą odeszły w niepamięć ważne elementy tożsamości i samowiedzy politycznej. Ciągłości postaw czy kultury politycznej nie towarzyszy ciągłość refleksji.

By ją uzasadnić trzeba by najpierw pokazać Polakom, że mamy coś wspólnego ze światem naszych dziadków. Że jest jakiś głębszy wspólny punkt odniesienia – niesprowadzający się do „walki o niepodległość”. Że czas PRL nie jest jedynym okresem historycznym określającym przez przystosowanie bądź opór naszą tożsamość. Co więcej – właśnie wiedza historyczna daje możliwość ustanawiania wspólnego kodu pojęciowego, wspólnej wyobraźni danej elity narodowej. Postulat taki nie zamyka zdolności rozumienia współczesności, przeciwnie – impregnuje jedynie jej powierzchowną warstwę.

Spróbujmy przedstawić zatem zupełnie podstawowe argumenty przemawiające za tym, by dziedzictwo historyczne przemyśleć i przedyskutować na nowo. Pierwszy – dotyczy perspektywy krytycznej wobec współczesnej polityki. Nie powinna ona służyć odpowiedzi na jałowe, nadmiernie dziennikarskie pytanie: które państwo – Druga czy Trzecia Rzeczpospolita – bardziej nam się udało. Powinna być raczej stałym ćwiczeniem intelektualnym, pokazującym niedociągnięcia współczesności.

Drugi istotny argument to konieczność napisania historii bliższej egzystencjalnej perspektywie dzisiejszego młodego pokolenia. To obowiązek odkrycia na nowo dziejów polskiego kapitalizmu, tego „porozbiorowego” i tego z Międzywojnia. To przedstawienie zniekształconych przez doświadczenie komunizmu związków między sferą ekonomiczną a polityką i kulturą. Paradoksalnie bowiem wiedza o Drugiej Rzeczpospolitej mogła nas w znacznie większym stopniu uchronić od kosztownej naiwności w początkach Trzeciej.

Trzeci z argumentów jest coraz bardziej wiarygodny w wymiarze indywidualnym – a prawie nieobecny w publicznym. To chęć poznania i zrozumienia własnych korzeni i określenia, właśnie wobec nich, swojej aktualnej tożsamości. Śmieszna maniera tego nurtu intelektualnego, który tożsamość postrzega jako wierność rekonstruowanym ad hoc tradycjom, jest zaledwie karykaturą pracy, którą warto wykonać. Gdyby udało się pieczołowicie odtworzyć rodowody współczesnych elit – zarówno w wymiarze rodzinnym, jak i intelektualnym, zobaczylibyśmy zarówno elementy ciągłości, jak też bardzo ciekawe redefinicje.

Historia polityczna pisana według starej metody nie opowie nam niczego o tych zdarzeniach. Splot losów jest zbyt pogmatwany, ich logika zbyt zakłamana, byśmy mieli dostrzec coś istotnego w opisach walki reżimu z Kościołem, w analizach polityki Gomułki czy Gierka, czy nawet w rekonstrukcjach pisanych na bazie archiwaliów SB. To wszystko jest jakoś obok życia polskiego w okresie PRL. Tak jak obok były kiedyś rozbudowane opisy dziejów SDKPiL, przy prawie całkowitym przemilczaniu dziejów polskiej przedsiębiorczości.

Historię Polski ostatnich lat dwustu czy trzystu trzeba czytać na nowo, szukać odpowiedzi na pytania pominięte w dobie triumfu ideologii. Warto przeglądać zakurzone tomy klasyków myśli politycznej, raz po raz przeżywając zaskoczenie ich nowoczesnością, o której my – wyposażeni w komórki i laptopy – nie umiemy myśleć inaczej niż z wyrozumiałą wyższością.

Prawica i nowoczesność

Tymczasem przeważająca część myśli prawicowej była przeniknięta twardym postulatem nawiązania kontaktu z głównym nurtem europejskiej historii. To nie przypadek, że kanoniczny tekst narodowców nosił tytuł Myśli nowoczesnego Polaka i czytany w sto lat od pierwszego wydania nie traci swojej polemicznej dynamiki. Tradycjonalistom tłumaczył, iż „życie idzie naprzód, usuwając jedne, tworząc inne pierwiastki bytu narodowego”. I choć wielu martwi się, że „tracimy swą oryginalność, zostajemy powoli takim samym szablonowym skupieniem, jakimi są narody zachodniej Europy. Tymczasem – twierdził Dmowski – my raczej tracimy naszą monstrualność i zostajemy powoli zdolnym do życia, zdrowym, normalnym społeczeństwem”[1].

Krytyka dotknęła przede wszystkim najinteligentniejszej części społeczeństwa, przygniecionej imperatywami przeszłości, „obnoszącej uparcie stare ideały” i „wypłowiałe frazesy”. „Zerwać te strzępy, zajrzeć odważnie w oczy prawdzie, odsłonić zagadnienia naszego nowoczesnego bytu narodowego – to największe zadanie umysłowości polskiej” – puentował autor Myśli nowoczesnego Polaka[2].

Wzorem owej nowoczesności są społeczeństwa europejskiego Zachodu – przede wszystkim zaś Anglicy. To oni mieli stać się wzorcem osobistej odpowiedzialności, charakteryzującej stosunek elity do własnego kraju i własnego narodu. Pod wpływem Popławskiego, Dmowski inaczej opisał zakres pierwszego i drugiego: rozszerzył granice nowoczesnej Polski ku Górnemu Śląskowi, Mazurom, Prusom Królewskim. Inaczej definiował rolę miast i skutki ich słabości widoczne w niedostatkach rozwoju cywilizacyjnego, a nawet pewnych cechach umysłowości.

Dmowski byłby dziś mieszany z błotem nie tylko przez lewicę czy liberałów, ale przede wszystkim przez cały legion tradycjonalistów, którzy gotowi są uczynić cnotę ze wszystkiego co stanowi polską odmienność, nawet jeżeli zdrowy rozsądek odgaduje w tym istotną przeszkodę rozwoju. Mocne tony nowoczesności – obecne choćby w publicystyce „Dziennika” i „Europy” – budziły na prawicy taki sprzeciw, że Roman Dmowski z roku 1903 zostałby zapewne odsądzony od czci i wiary, oskarżony o lewicową dywersję, a gdy weźmiemy pod uwagę jego politykę rosyjską z lat następnych, zapewne także o narodową apostazję.

Jednak nie tylko ta tradycja afirmowania nowoczesności została przez główny nurt umysłowy i polityczny polskiej prawicy odrzucona. Nieobecne są także tradycje, które zamykały okres Drugiej Rzeczpospolitej, nie tylko marginalna i w istocie mało prawicowa „Falanga” Bolesława Piaseckiego, ale także pozostałe nurty tworzone przez ludzi, którzy – gdyby nie II wojna światowa – wywarliby istotny wpływ na polski wiek XX.

Ostatnia prawica

Prawie zupełnie nieznany pozostaje dorobek najmłodszej prawicy Drugiej Rzeczpospolitej. Prawicy budowanej przez ludzi, których całe niemal dorosłe życie przebiegło w wolnym już państwie, dla których inicjacją do życia publicznego było odzyskanie niepodległości lub wojna roku 1920. Wiedza o specyfice tych środowisk, snujących plany Polski „mocarstwowej”, „imperialnej”, była przez lata czymś niepotrzebnym. Nieużywanym nawet do projektowania scenariuszy alternatywnych, do zadawania pytania o to, jak wyglądałaby Polska lat 40-tych i 50-tych, gdyby nie zmiotła jej historyczna tragedia Drugiej Wojny. To znów nie zarzut – ale obserwacja. Nie można nawiązać ciągłości z kimś, kto jest dla nas na tyle nieinteresujący, że nie poznaliśmy go z imienia i nazwiska. Nie znamy jego wojennych losów, jego myśli i pism. Kogo traktujemy z wyniosłym przekonaniem o własnej wyższości.

Tę obojętność ostatnich lat należy zestawić z wielogłosowym chórem czczącym redaktora paryskiej „Kultury”, jakimś dziwnym zrządzeniem losu zaplątanego w dzieje tej „ostatniej prawicy”. Gdyby nie książka Kazimierza Ujazdowskiego, stanowiąca nie tylko opis, ale wręcz intelektualny hołd złożony Adolfowi Bocheńskiemu i ciekawa, choć wycinkowa książka Artura Górskiego o Stanisławie Mackiewiczu, moglibyśmy powiedzieć, że ludzie, których dzieliło od nas nieco więcej niż pół wieku, rówieśnicy znanych nam przecież doskonale Giedroycia i Kisiela, obchodzili nas mniej, niż którekolwiek inne pokolenie.

Co ciekawe zainteresowanie nimi nie pojawiło się także w dużych formacjach prawicowych – nawet w ZChN, którego liderzy znali osobiście Wojciecha Wasiutyńskiego, też „zaplątanego” w historię lat 30-tych. Nie szukało takich korzeni odwrócone wówczas plecami do takich tradycji Porozumienie Centrum, nie szukała ich też, co ciekawe, budowana w atmosferze kultu Piłsudskiego KPN.

A w tropach tamtej prawicy można było znaleźć rzeczy ważne: przekonanie o tym, że tylko Polska podniesiona do rangi „imperium” może obronić swoją odrębność w Europie. Przekonanie, którego rewersem jest głębokie przeczucie nadciągającej wraz z końcem lat 30-tych klęski. Można było znaleźć rozpoznanie odmienności duchowej chrześcijańskiej Polski od sił ideowych napędzających mechanizmy władzy dwóch totalitarnych sąsiadów. Obok krytyki Europy „demoliberalnej” można było odkryć afirmację porządku wolności. Afirmację nie gołosłowną, lecz praktyczną, znajdującą wyraz w sprzeciwie wobec autorytarnych praktyk sanacyjnych rządów. Można było przejść mostami pozostawionymi przez Bocheńskiego i Wasiutyńskiego, i potraktować je jako próbę rekonstrukcji i rewizji dwóch wielkich tradycji prawicy: konserwatywnej i narodowej.

Czwarte Pokolenie?

Most Wasiutyńskiego był dobrze przygotowany, jego autorowi dane było towarzyszyć zza Atlantyku nie tylko przemianom powojennej Polski, ale także narodzinom Trzeciej Rzeczpospolitej. Wierzył, że ruch narodowy nie jest epizodem historii politycznej zamkniętej między rokiem 1893 a 1939. Jego rekonstrukcja myśli narodowej dokonana w kilku ważnych broszurach miała pozwolić młodemu pokoleniu Polaków nawiązać do tradycji Narodowej Demokracji. Jak pisze w interesującej biografii Wasiutyńskiego Wojciech Turek, praca Wasiutyńskiego oparta była na przekonaniu, że sytuacja Polski końca XX wieku jest podobna do tej, jaka istniała na przełomie wieku XIX i XX, a zatem przywraca sens i ważkość tamtym tradycjom politycznym[3].

O ile w Źródłach niepodległości (1977) Wasiutyński próbował odbudować zręby endeckiej tradycji myślenia o Polsce, wykazując zasadniczo odmienne od tradycyjnego postrzeganie kwestii narodowej, granic państwa, jego geopolitycznych interesów, o tyle Czwarte pokolenie (1982) formułowało wprost pewną ofertę polityczną. Pisane nadal z intencją polemiczną[4], pokazywało pozytywną rolę, jaką odegrała cała formacja narodowa w pierwszej połowie XX wieku, wykazywało rangę inicjatyw politycznych, tekstów naukowych i literackich powstałych w tym kręgu.

Wasiutyński bronił postaw i poglądów własnego, trzeciego pokolenia narodowców. W tekstach o Adamie Doboszyńskim, Bolesławie i Stanisławie Piaseckim, Zbigniewie Stypułkowskim nie bez krytycyzmu przedstawiał racje i losy tego najbardziej tragicznego pokolenia, wychowanego w Polsce wolnej, ale przez całe dorosłe życie będącej świadkami upokarzającej niewoli. „I teraz – pisał z nadzieją w roku 1981 – wchodzi w szranki czwarte pokolenie nacjonalistów polskich, urodzone i wychowane ‘w socjalizmie’, nie pamiętające Polski niepodległej ani nawet okresu narzucania siłą władzy komunistycznej narodowi”[5].

Projekt polityczny nacjonalizmu „czwartego pokolenia” zawarł z kolei w dwóch ważnych tekstach. Pierwszy z nich, O program większości, ukazał się w roku 1986 i stanowił jedną z prób wytyczenia alternatywnej wobec głównego nurtu „Solidarności” drogi politycznego rozwoju opozycji
w Polsce. Komponentami programu większości miały być: katolicyzm, dążenie do niepodległości połączone z gotowością zawarcia kompromisu z Rosją, zerwanie z ekonomicznym socjalizmem i uruchomienie przemian demokratycznych.

Wskazywał przy tym drogę politycznego działania, która odrzuca zarówno program powstańczo-rewolucyjny, jak i program ugodowy. Krytykował również ludzi wychowanych w tradycji endeckiej, którzy w latach 80-tych reprezentują – jak np. Dobraczyński – wyrazistą tendencję ugodową. O polityce solidarnościowej pisał zaś, że „była poetycka. Pełna symboli i aktów symbolicznych, owiana wiarą w moc Prawdy i Jedności. Towarzyszyła jej na każdym kroku poezja zawodowa i amatorska, religijna i kabaretowa”[6]. Przeciwstawiał temu wywiedziony z tradycji Ligi Narodowej program walki cywilnej – poszerzania zakresu wolności, przede wszystkim w sferze oświaty, kultury, obiegu informacji. Po roku 1987 drogą tą poszła zresztą – porzucając ideę „społeczeństwa podziemnego” – także znacząca część „Solidarności”. Prawicy zaś zabrakło wówczas talentu, pracowitości i determinacji, by swoje stanowisko przenieść ze sfery publicystyki w przestrzeń politycznego działania.

Kolejna polityczna broszura Wasiutyńskiego, swego rodzaju testament rewizjonistycznego nurtu Narodowej Demokracji – Stronnictwo Wielkiego Celu – była projektem partii chrześcijańsko-narodowej, bardzo podobnej w swej tożsamości do ZChN. Eurosceptycznej, niewierzącej w szanse „Europy z Maastricht”, dekomunizacyjnej, opowiadającej się za gospodarką rynkową i podporządkowaną interesowi narodowemu prywatyzacją. Co ciekawe – wizje budowy na bazie ZChN stronnictwa stricte narodowego, spadkobiercy Narodowej Demokracji, snuto po raz ostatni jeszcze w roku 1998. A jednym z rzeczników takiego pomysłu był późniejszy premier – Kazimierz Marcinkiewicz.

Niespełniona kontynuacja

Projekt stronnictwa kontynuującego w poważny – a nie epigoński – sposób działalność przedwojennej endecji spalił jednak na panewce znacznie wcześniej. W roku 1998 było za późno by go ratować. Nie wiadomo zresztą, czy warto było w ogóle podejmować taki projekt na płaszczyźnie polityczno-organizacyjnej. Skoro bowiem prawica Trzeciej Rzeczpospolitej nie wyrosła z jakiejś odrębnej akcji politycznej lat 80-tych, skoro poczęła się w tyglu walki o szyld „Solidarności” toczonej między Wałęsą a salonem warszawsko-kra­kowskim, to racją bytu dużego stronnictwa było wpisanie się w ten nowy model działania.

ZChN stało się zatem w obrębie tej związkowo-kato­lickiej prawicy strażnikiem moralności, religijnym sumieniem, a zarazem skrzydłem wyraziście eurosceptycznym. Nie było tu mowy o polityce nowoczesności a la Dmowski, o duchu ofensywnej dyplomacji, o projektach ustrojowych. Raczej o obawie przed laicyzacją. W ZChN dominować zaczął – co przyznawali prywatnie niektórzy liderzy – typ działacza parafialnego, nie zorientowanego w szerszym kontekście polityki, zapalonego do moralizowania, zapamiętałego w klerykalizmie, raz szczerym, innym razem tylko instrumentalnym, wyborczym.

To, co w tej partii pasowało jeszcze do tradycji narodowej, zawdzięczała prawicy lat 80-tych: Wiesławowi Chrzanowskiemu czy Markowi Jurkowi. Szczególnie rola tego pierwszego – jako istotnego nośnika i interpretatora tradycji narodowej – zasługuje tu na odrębne miejsce. W latach PRL Chrzanowski głosił niezwykle oryginalny, choć w praktyce niezrealizowany projekt politycznego działania. Projekt – podobnie jak w tekstach Wasiutyńskiego i całej tradycji endeckiej – odrzucający scenariusz ugody (tak oceniał politykę środowiska Znak-u i Pax-u), jak też koncepcje insurekcyjne czy rewolucyjne (o takie skłonności oskarżał środowisko KOR).

Chrzanowski głosił nieco inną niż Wasiutyński wizję kontynuacji ruchu narodowego. Ciągłość miała dotyczyć politycznej metody, a nie sfery symbolicznej. On sam identyfikował się zaledwie z umiarkowanym nurtem endecji, inaczej niż rozpoczynający swą karierę w ONR Wasiutyński. Co więcej – sposób, w jaki kształtował ZChN, zapraszając doń środowiska skupione wokół Antoniego Macierewicza, Stefana Niesiołowskiego czy Jerzego Kropiwnickiego, sugerował raczej wizję budowy narodowo nastawionej chadecji, niż kontynuacji Stronnictwa Narodowego.

Tu zresztą trzeba wskazać najpoważniejszy problem związany z odczytaniem „dziedzictwa Narodowej Demokracji”. Zarówno bowiem Chrzanowski jak i Wasiutyński, a także znacznie od nich młodszy lider RMP – Aleksander Hall – zafascynowani byli przede wszystkim działaniami Ligi Narodowej z okresu poprzedzającego odzyskanie niepodległości. Był to wybór zrozumiały, bo w jakimś sensie adekwatny do sytuacji końca PRL. Jednak po 1989 roku w zasadzie nie sięgnięto poważnie do dorobku ZLN czy SN w okresie późniejszym. Polska po roku 1989 zdawała się bardziej różnić od Drugiej Rzeczpospolitej, niż rzeczywistość stanu wojennego od przełomu XIX i XX wieku.

Konserwatyzm ostatniej szansy

Można niekiedy odnieść wrażenie, że marginalny w Drugiej Rzeczpospolitej, nieznany szerszej publiczności konserwatyzm nie będzie miał żadnych szans na przetrwanie w politycznym i umysłowym życiu drugiej połowy wieku XX. Stało się jednak inaczej. Po krótkiej szansie, jaką na kontynuację tradycji endeckiej zdawało się dawać Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, okazało się, że dziedzictwo to ulega zapomnieniu i nie kształtuje już tożsamości żadnego intelektualnie lub politycznie żywotnego środowiska.

Konserwatyzm nie był receptą politycznego działania w stanie wojennym – choć już wówczas proponował pewien potencjał krytyczny, istniejący dzięki wspomnianym wyżej analogiom historycznym. Okazał się natomiast znacznie bardziej funkcjonalny jako język opisu sytuacji i system politycznych wartości w początkach nowego państwa. Po pierwsze dlatego, że niósł zakodowany w sformułowanym przez Stańczyków przesłaniu imperatyw silnej władzy wykonawczej, utożsamiany retorycznie z siłą państwa. Po drugie dlatego, że dzięki sile amerykańskiego neokonserwatyzmu podpowiadał sposoby krytyki współczesnej kultury, a także diagnozy stosunków międzynarodowych. Po trzecie wreszcie – zachowywał wyraźną odrębność od związkowej formuły prawicy.

To prawda, że skończyło się to poważnym ograniczeniem jego szans politycznych. Zarówno Partia Konserwatywna Aleksandra Halla, jak też Koalicja Konserwatywna Kazimierza Ujazdowskiego, a wreszcie Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe nie odegrały istotnej roli. Nie dotarły ze swym wyrazistym przesłaniem do szerszego kręgu odbiorców. Poważniejszą szansą było nadanie konserwatywnej tożsamości PiS, ale i tu – zwłaszcza po dojściu partii do władzy w roku 2005 – konserwatyzm okazał się stanowiskiem mniejszości.

Czy zachował – jak chce Kazimierz Ujazdowski – swoją żywotność, to sprawa dyskusyjna. Warto dostrzec, że tym razem „most” został wybrany spośród zamkniętych tradycji. Ważna książka Ujazdowskiego o myśli i spuściźnie intelektualnej Adolfa Bocheńskiego jest próbą dokonania selekcji materiału przemawiającego do nas z odległości kilkudziesięciu lat. Co więcej jest to materiał przemawiający także dzięki kilku istotnym analogiom. Tożsamość Bocheńskiego została ukształtowana przez szkołę konserwatywną, ale wyzwaniem, wobec którego stanął od lat najmłodszych, było już własne państwo. Stąd jego myśl rozważa zagadnienia polskiej polityki państwowej, a nie „sprawy polskiej”, którą trzeba postawić na porządku dziennym teatru europejskiego po to, by owo państwo przywrócić.

Ujazdowski przypisuje żywotność konserwatyzmu przede wszystkim jego zdolności do kształtowania myśli ustrojowej – w polemice z dominującym nurtem myśli konstytucyjnej[7]. Wybór Bocheńskiego uzasadnia takie właśnie skonfigurowanie tożsamości konserwatywnej. Ale czy nie skazuje go na bycie jednym z nurtów krytyki politycznej – inspirującym i nierzadko ważnym, ale niewykraczającym, podobnie jak wpływ Bocheńskiego w Drugiej Rzeczpospolitej, poza sferę ekspercko-publicystyczną? Pozostającym w pewnej sprzeczności z praktyką i dominującymi przekonaniami elit? Konserwatyzm stał się beneficjantem faktu, że pierwsza faza renesansu prawicy miała przede wszystkim charakter intelektualny a nie praktyczny. Że lata osiemdziesiąte odradzały nie tyle polityczną praktykę, ale przede wszystkim refleksję.

Powrót myśli politycznej

Było to zjawisko wykraczające poza ramy badań akademickich. Wobec skrępowania debaty publicznej teksty na ten temat bywały przestrzenią, w której odbudowywano kluczowe pojęcia i frazy myślenia politycznego. Inspirowały one pierwsze wystąpienia grup opozycyjnych nienawiązujących do marksistowskiego „rewizjonizmu”. Grup, które w dawnych tekstach znajdowały formę, przy pomocy której można budować własne opinie, znajdowały narzędzia analizy i sposoby politycznej perswazji.

Ten renesans – wyznaczony przez książki Marcina Króla, publicystykę Aleksandra Halla i Jacka Bartyzela, a wcześniej jeszcze przez inspirujące teksty pisarzy starszego pokolenia – Andrzeja Micewskiego czy Wojciecha Wasiutyńskiego – nie prowadził przy tym do prób odbudowy historycznych obozów. Tylko chwilowo można było odczytać go jako próbę dopisania sobie protoplastów, takiego ich „skonfigurowania”, by stali się swego rodzaju intelektualnymi patronami podejmowanych pod koniec lat 70-tych prób politycznych.

Historycy myśli, którzy chcieliby pisać opasłe tomy o wpływie Romana Dmowskiego, Adolfa Bocheńskiego czy krakowskich Stańczyków na idee przewodnie opozycji demokratycznej, srodze się jednak zawiodą. Przyjdzie im bowiem śledzić nie tyle losy myśli, ile formy. Największy wpływ, jaki wywarła literatura polityczna okresu Drugiej Rzeczpospolitej i walki o niepodległość polega bowiem nie na recepcji gotowych konceptów, ale na nawiązaniu do formy.

Formy, która nie bawi się literacką czy historyczną aluzją, nie jest sztuką moralitetu – tak lubianego w głównym nurcie opozycji – ale próbą zbudowania racjonalnego i falsyfikowanego dyskursu o polityce. Z Dmowskiego i Bocheńskiego brano chłód, krytycyzm, zamiłowanie do wnikliwej analizy położenia międzynarodowego. Brano też pewien zamiar kształtowania świadomej opinii publicznej, jako istotnego czynnika polityki. Polityki opartej nie na zaufaniu do przywódcy, ale na zrozumieniu przez możliwie szerokie kręgi realiów i celów działania.

Co ciekawe – forma poważnej publicystyki politycznej, zamykanej przynajmniej na kilkunastu stronach maszynopisu i rozważającej sprawy w perspektywie dłuższej niż aktualny sezon, straciła poczytność wraz z upadkiem systemu opresji. Nawet jeśli z nawyku pisano jeszcze długo – to bez odpowiedniego dystansu. Z czasem takiego pisania zaniechano, a pisma, które publikowały z determinacją długie teksty, traciły na znaczeniu i lokowały się gdzieś na marginesie tak zwanej debaty publicznej.

Zerwanie ciągłości

Czy w tej sytuacji renesans myśli politycznej, szczególnie prawicowej, z jakim mieliśmy do czynienia w ostatniej dekadzie PRL, miał jakikolwiek wpływ na to, co stało się po roku 1989? Czy też w warunkach zerwanej ciągłości pisma polityczne powstałe wówczas były jedynie intelektualnym ćwiczeniem? Czy słabość intelektualna głównych formacji wywodzących się z opozycji nie poświadcza, iż było to – parafrazując Norwida – jedynie „narzędzie potrzeby, która nie była”?

Wszak – jak już powiedziano – Trzecia Rzeczpospolita nie tylko nie doprowadziła do odbudowania więzi z dawnymi czasy, z tradycją swojej poprzedniczki (Drugiej Rzeczpospolitej), ale owo intelektualne zerwanie jeszcze pogłębiła. Nie dlatego, że nie zaistniały w niej prawomocnie Stronnictwo Narodowe czy Polska Partia Socjalistyczna, ale przede wszystkim dlatego, że umysły ówczesnych „sprawców” widziały początek wszystkich spraw w roku 1989. Ten zabieg miał jasny cel: zbudować nową wspólnotę, opartą na wybaczeniu i zapomnieniu. Wybaczeniu i zapomnieniu różnych rzeczy, od stanu wojennego poczynając, a na latach stalinowskich kończąc. Od przemocy stosowanej przez policyjne państwo do kompromitujących aktów lojalności części polskiej inteligencji.

Do chwili powołania IPN – placówki, która w pierwszym zamiarze nie była zresztą instytucją badawczo-naukową – nie uruchomiono żadnego istotnego programu badawczego zmierzającego do odzyskania pamięci, do nawiązania ciągłości instytucji państwowych. Nie tylko prawicowe próby nawiązań traktowane były ironicznie. Główny nurt opozycji niezwykle krytycznie przyjął inicjatywę Jana Józefa Lipskiego zmierzającą do odbudowy PPS. Bez sensu powtarzano tezę Giedroycia o dwóch trumnach – choć z wielkim trudem można było wskazać jakichkolwiek spadkobierców Dmowskiego czy Piłsudskiego.

Powyższe konstatacje nie są przy tym aktem oskarżenia. Wielu ludzi uważało wówczas, iż poważne magazyny intelektualne powinny uwolnić się od tematyki historycznej. W to miejsce weszły inne mody, inne tematy. Jedynym pismem, które się im oparły – zostały krakowskie „Arcana”. Liderzy nie całkiem nowoczesnej prawicy lat 1990-1997 mieli przy tym zwyczaj pokpiwać z historycznych inklinacji części publicystów, postrzegając samych siebie jako reprezentantów realnych interesów i swego rodzaju ducha dziejów, który każe złożyć do lamusa całą intelektualną historię Drugiej Rzeczpospolitej.

Prawica partyjna była jednak oddana polityce bieżącej, lekceważąc jakąkolwiek pracę programową, intelektualną czy formacyjną. Pojawiające się inicjatywy młodego pokolenia (Koalicja Konserwatywna, Kwartalnik Konserwatywny) traktowała raczej jako element kulturowego renesansu prawicy – analogiczne do Frondy czy Pampersów – niż jako propozycję budowania silniejszej tożsamości. Jednocześnie prawica kulturowa chętniej akcentowała religijne, a potem historyczno-wspólnotowe wątki własnej tożsamości, uznając – skądinąd słusznie – tradycję polityczną za „zbyt ciężką”. Niepasującą do jej marketingowo sformatowanej tożsamości. Język myśli politycznej nie przemówił. Uznano jego niszową atrakcyjność, dopuszczano go do głosu. Ale nie potraktowano poważnie.

Dawni mistrzowie

Tymczasem Dmowski i Bocheński na prawicy, a Brzozowski na lewicy, byli w istocie lepszymi mistrzami nowoczesnej polityki niż zdolni przede wszystkim do retorycznych popisów liderzy polityki lat 90-tych. Problem polegał jednak na tym, iż ważne odczytania myśli XIX i pierwszych dekad XX wieku – dokonane przede wszystkim przez Chrzanowskiego i Wasiutyńskiego, ale także przez Marcina Króla – naznaczone były manierą rewizjonistyczną, polemiką z odczytaniem dosłownym, wiernym literze tekstów. Były zarazem próbą udowodnienia nowoczesnej w swym mniemaniu inteligencji lat 70-tych czy 80-tych, iż tradycje polityczne nie są zamknięte w ich pokracznych, epigońskich formach. Że ich kontynuacja nie sprowadza się do noszenia orzełków lub mieczyków.

Nie uchylając wagi pracy, jaką wykonano by ocalić elementy myśli prawicowej w skrajnie nieprzyjaznej atmosferze PRL, wydaje się, że ów rewizjonistyczny zamiar czyni tę próbę równie anachroniczną, jak to, co próbuje ona „uaktualnić” i unowocześnić. Wypada zatem ponad tymi wysiłkami podjąć próbę czytania na nowo Dawnych Mistrzów, nie usprawiedliwiając na siłę ich błędów, nie bijąc się w cudze piersi i nie dopisując sobie fikcyjnych genealogii.

Nowa prawica, budowana w dialogu z realiami współ­czesności, ale także w ideowej rozmowie z całą polską tradycją intelektualną, powinna zastanowić się nad sensem podstawowego testamentu ostatniej prawicy, wyrażonego przez Adolfa Bocheńskiego, który pisał proroczo, iż „Polska, jeśli nie zostanie mocarstwem i nie zepchnie z mocarstwo­wego stanowiska jednego z dwu potężnych sąsiadów, ulegnie nowym rozbiorom”[8]. Warto pamiętać, że nasz udział w sojuszach zachodnich nie unieważnia podstawowych elementów sytuacji międzynarodowej Polski widzianych w perspektywie długiego trwania. Zwłaszcza, że obecna koniunktura geopolityczna trwa niespełna lat dwadzieścia.

Postulat silnego państwa – poważnie lekceważony przez pokolenie polityków „Solidarności” – szczęśliwie nie został wzmocniony żadnymi niekorzystnymi wydarzeniami. Polska nie stanęła przed żadnym wyzwaniem, które mierzy­łoby nasze zdolności obronne i dyplomatyczne w nierównej grze z którymkolwiek z sąsiadów. Dlatego też prawica uległa – wraz z całą postsolidarnościową elitą – złudnej wierze w stabilność międzynarodowej koniunktury i z rozkoszą skupiła się na sprawach światopoglądowych i wewnętrz­nych rozliczeniach. Pewien silny impuls polityczny – w kierunku budowy wewnętrznej i międzynarodowej siły państwa – wywołany przez rząd Jarosława Kaczyńskiego, miał swój kres w nieudolności taktycznej i skłonności do wewnętrz­nych kłótni. Nie został zrozumiany przez elity, nie podtrzymał go ani PiS w opozycji, ani nawet sprawujący urząd Prezydent.

Podobnie zatem jak nie ma dziś prawicy nowoczesnej, wolnej od tradycjonalistycznych skłonności, tak też nie ma prawicy państwowej, ani takiej, która uznawałaby bezwzględny prymat polityki zagranicznej i racji stanu nad wewnętrznym teatrem parlamentarnym i medialnym. Takiej prawicy można się uczyć z pism klasyków, nie próbując przy tym odtwarzać cieni politycznych stronnictw. Taką myśl warto prezentować młodemu pokoleniu, nie upiększając jej rewizjonistycznym makijażem i nie dopisując pocieszających puent do tego, co jest jej porażką.

 

 

(tekst z książki Geopolityka i zasady (praca zbiorowa), OMP, Kraków 2010)

 

[1]     R. Dmowski, Myśli nowoczesnego Polaka, wyd. 7, Londyn 1953, s. 35.

[2]     Tamże, s. 37.

[3]     W. Turek, Arka Przymierza. Wojciech Wasiutyński 1910-1994. Biografia polityczna, Kraków 2008, s. 363.

[4]     Odnoszącą się do wydanych w kraju artykułów ogłoszonych na łamach biuletynu PPN, „Res Publiki” i „Tygodnika Powszechnego” poświęconych tradycji endeckiej.

[5]     W. Wasiutyński, Czwarte pokolenie, [w:] tegoż, Dzieła wybrane, red. W. Turek, t. 1, s. 464.

[6]     W. Wasiutyński, O program większości, tamże, s. 223.

[7]     K. M. Ujazdowski, Żywotność konserwatyzmu. Idee polityczne Adolfa Bocheńskiego, Warszawa 2005, s. 255-257.

[8]     A. Bocheński, Ustrój a racja stanu, Lwów 1928, s. 7.

http://www.omp.org.pl/artykul.php?artykul=59

Błaszczak: Frasyniuk groził Kaczyńskiemu. Wyraźnie słyszałem

12.06.2017

Zadbam o to, aby Polska była krajem wolnym, aby każdy mógł prezentować swoje poglądy, ale będę eliminował zachowania, które prowadzą do konfrontacji, do bójek – tak minister SWiA Mariusz Błaszczak odniósł się do kontrmanifestacji i incydentu podczas miesięcznicy katastrofy smoleńskiej.

W sobotę grupa osób z ruchu Obywatele RP chciała zablokować trasę marszu pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej siadając w poprzek Krakowskiego Przedmieścia w okolicy kościoła św. Anny. Interweniowała policja, która pojedynczo podnosiła blokujących i przenosiła poza kordon funkcjonariuszy, m.in. Władysława Frasyniuka.

Odnosząc się do działań policji dodał, że nie ma specjalnych instrukcji, a „policjanci mają zachowywać się adekwatnie do zagrożeń, czyli używać takich sił i środków, jakie są potrzebne, żeby konflikt został rozwiązany, zagrożenie ustąpiło”. „I policjanci to robią” – mówił.

– Po pierwsze zgromadzenie tych, którzy chcieli uczcić ofiary katastrofy smoleńskiej, było legalne, ci, którzy chcieli je zablokować, działali nielegalnie. Oni sami mówili wcześniej, że nieważne, że jest nielegalne; oni i tak będą blokować. Tu jest istota. Im nie chodzi o to, by mogli manifestować swoje poglądy, bo mogą to robić. Im chodzi o to, żeby zabrać możliwość obchodzenia uroczystości ludziom, dla których jest to ważne. Dla mnie jest to ważne. Pamięć o tych, którzy polegli 10 kwietnia 2010 r. jest ważna – powiedział Błaszczak.

Podkreślił, że jako minister spraw wewnętrznych zadba „o to, aby Polska była krajem wolnym, żeby każdy mógł prezentować swoje poglądy”. – Ale będę eliminował zachowania, które prowadzą do konfrontacji, prowadzą do bójek – dodał.

– Dla kogoś innego, dla Frasyniuka, może to być nieważne i niech on sobie mówi, co chce; natomiast niech on nie zabiera nam możliwości uczczenia pamięci, bo my taką możliwość powinniśmy mieć – zaznaczył minister.

Powiedział też, że „Frasyniuk groził Jarosławowi Kaczyńskiemu. Wyraźnie słyszałem. Zresztą miał wpięte w klapę, pisane chyba cyrylicą, po rosyjsku, wulgarne słowa dotyczące PiS”. – To świadczy o poziomie tego człowieka – dodał szef MSWiA.

Frasyniuk tuż po zakończeniu manifestacji powiedział m.in.: „Jarek, widziałeś te filmy? Widziałeś? Byłeś kiedyś w takiej sytuacji? Ja już jestem kolejny raz. Zastanów się, co robisz. Dewastujesz polskie państwo. Dewastujesz państwo prawa. Dewastujesz nasz szacunek dla Lecha Kaczyńskiego. Lech Kaczyński, gdyby żył, byłby po tej stronie”.

dziennik.pl

Katastrofa smoleńska: Posłowie PO sprawdzają ustalenia MON. Podkomisja manipulowała wynikami badań WAT

Agnieszka Kublik, 12 czerwca 2017

Prezentacja wyników prac podkomisji dr. Berczyńskiego do spraw katastrofy smoleńskiej. Wojskowa Akademia Techniczna, Warszawa, 10.04.2017

Prezentacja wyników prac podkomisji dr. Berczyńskiego do spraw katastrofy smoleńskiej. Wojskowa Akademia Techniczna, Warszawa, 10.04.2017 (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Czwórka posłów PO potwierdziła, że smoleńska podkomisja w MON zmanipulowała wyniki prac ekspertów Wojskowej Akademii Technicznej. Chodzi o zderzenie tupolewa z brzozą.

Posłowie PO – Marcin Kierwiński, Cezary Tomczyk, Joanna Kluzik-Rostkowska i b. wiceszef MON Czesław Mroczek – pojechali w poniedziałek na WAT, by sprawdzić, czy smoleńska podkomisja zmanipulowała wyniki naukowych eksperymentów przeprowadzonych na uczelni. Posłowie nie dostali wyników badań, obejrzeli tylko przygotowaną dla nich prezentację. Spędzili na uczelni 3 godziny.

Wcześniej „Wyborcza” i TVN 24 informowali, że podkomisja fałszuje wyniki analiz naukowców z WAT. I to w niezwykle ważnej sprawie – czy samolot po zderzeniu z brzozą mógł bezpiecznie lecieć dalej.

Rządowa komisja Jerzego Millera badająca przyczyny katastrofy smoleńskiej orzekła, że nie, że utrata sporej części skrzydła zaburzyła równowagę samolotu, który zaczął się obracać i spadł. Takie same wnioski sformułowali biegli pracujący dla wojskowej prokuratury. Eksperci Macierewicza od lat twierdzili, że z powodu uderzenia w brzozę nie mogło dojść do tej katastrofy.

Podkomisja zamówiła analizy na WAT, uczelni od MON zależnej. Na tej podstawie miała dojść do wniosku, że samolot po utracie części skrzydła nie mógł się obrócić, a był w stanie lecieć dalej. Ale, jak opowiadała „Wyborczej” Joanna Kluzik-Rostkowska, WAT na zlecenie podkomisji badał problem zachowania się samolotu w sytuacji, gdy leci pod różnymi kątami, a nie ten konkretny przypadek tupolewa z 10 kwietnia 2010 r.

Naukowcy z WAT przekonywali posłów, że nadal są w trakcie badań, więc na wnioski za wcześnie, tłumaczyli, że nie mają dokumentacji dotyczącej tupolewa. Teraz szykują analizy, jak zachowuje się skrzydło po zderzeniu z brzozą.

Posłanka pytała naukowców, czy mają pretensje do podkomisji o przeinaczenie ich wniosków, ale powtarzali tylko, że nie mają wpływu na to, jak podkomisja interpretuje ich wyniki.

Nieoficjalnie pracownicy WAT nie ukrywają, że są przerażeni tym, jak podkomisja się zachowała i jak wykorzystała autorytet akademii, by przekonywać do swoich zamachowych hipotez. – Ale nikt tego publicznie nie powie, jesteśmy uczelnią ministerstwa. To jasne, że nikt nie zaatakuje MON – tłumaczy jeden z pracowników akademii.

We wtorek, za dwa tygodnie, 20 czerwca ma się odbyć posiedzenie sejmowej komisji obrony narodowej w sprawie podkomisji smoleńskiej. PiS już zapowiada, że utajni to posiedzenie.

wyborcza.pl

PO ujawnia manipulowanie badaniami WAT przez podkomisję Macierewicza

PO ujawnia manipulowanie badaniami WAT przez podkomisję Macierewicza

Posłom PO udało się prawdopodobnie odkryć ważny dowód na manipulowanie prawdą przez podkomisję smoleńską Macierewicza. W ubiegłą środę TVN24 podała, że dotarła do analizy naukowców Wojskowej Akademii Technicznej, dotyczącej przyczyn katastrofy smoleńskiej. Wynika z niej – jak twierdzi TVN24 – że TU-154M po stracie części skrzydła nie był w stanie dalej lecieć. Tymczasem, chociaż ekspertyza powstała na zlecenie podkomisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej, wnioski przedstawione przez nią w zaprezentowanym 10 kwietnia br. filmie były dokładnie odwrotne, niż głosiła zamówiona w WAT analiza.

Badania WAT-u wskazują na to, że TU-154M po stracie części skrzydła nie był w stanie dalej lecieć. Skąd to wiemy? Otóż posłowie PO Marcin Kierwiński, Cezary Tomczyk, Joanna Kluzik-Rostkowska i b. wiceszef MON Czesław Mroczek odwiedzili w poniedziałek WAT. Zapoznali się tam z analizami, które naukowcy z Akademii przeprowadzili za zlecenie rządowej podkomisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej. Z tego przeglądu wynika jasno, że… podkomisja je zmanipulowała! Poseł Kierwiński zaznaczył jednak po spotkaniu, że politycy Platformy nie mieli okazji zobaczyć całości badań WAT, a jedynie ich prezentację podsumowującą, która – według PO – potwierdza ubiegłotygodniowe informacje TVN24 w tej sprawie. Niemniej, zdaniem Kierwińskiego, „wnioski, które zostały przedstawione w filmie podkomisji 10 kwietnia 2017 roku, są nadużyciem”, gdyż „badania, które przeprowadził WAT w żaden sposób nie uprawniają do tego, aby wnioski przedstawić”. Od jednego z profesorów WAT posłowie usłyszeli, iż „układ symetryczny, który straci fragment swojej konstrukcji, musi zacząć się obracać”. – „To w sposób rażąco sprzeczne jest z tym, co mówi podkomisja” – powiedział Kierwiński.

Głos zabrała także rzeczniczka WAT Ewa Jankiewicz. Jak podkreśliła, WAT nie interpretuje wyników badań sporządzonych na zlecenie rządowej podkomisji. – „Natomiast dość odważnym jest stwierdzenie po dzisiejszych prezentacjach, że badania zostały zmanipulowane. Są to badania bardzo złożone i jesteśmy na pewnym etapie tych badań, także wszystko jeszcze przed nami” – zaznaczyła.

koduj24.pl

Wojna Stalina z Armią Czerwoną. Paranoiczna czystka ułatwiła Hitlerowi rozbicie sił radzieckich w 1941 r.

Wacław Radziwinowicz, 12 czerwca 2017

1 maja 1937 r., Józef Stalin (pierwszy z lewej na górze) z najbliższymi współpracownikami odbiera defiladę na placu Czerwonym. Poniżej pierwszy z lewej stoi marszałek Michaił Tuchaczewski, który 11 dni później został aresztowany, a 11 czerwca osądzony i rozstrzelany. Obok niego stoi dowódca Moskiewskiego Okręgu Wojskowego, komandarm I rangi Iwan Biełow. Był w składzie Kolegium Specjalnego, które skazało Tuchaczewskiego na śmierć, a sam został rozstrzelany rok później. Czwarty od lewej - marszałek Aleksander Jegorow stracony w lutym 1939 r. Starości dożyli jedynie marszałkowie Klimient Woroszyłow (w środku) i Siemion Budionny (pierwszy z prawej).

1 maja 1937 r., Józef Stalin (pierwszy z lewej na górze) z najbliższymi współpracownikami odbiera defiladę na placu Czerwonym. Poniżej pierwszy z lewej stoi marszałek Michaił Tuchaczewski, który 11 dni później został aresztowany, a 11 czerwca osądzony i rozstrzelany. Obok niego… (Fot. Getty Images)

80 lat temu stalinowskie Kolegium Specjalne Sądu Najwyższego skazało na śmierć marszałka i siedmiu innych wysokich dowódców. Zaczęła się rzeź, która w 1941 r. doprowadziła do wielkiej katastrofy Armii Czerwonej.

Przechodnie na dziwnie pustawej tego dnia ulicy 25 Października (wcześniej i dziś znów – Nikolskiej) nie domyślali się, że w niepozornym dwupiętrowym budynku pod numerem 23 zwanym dziś „rastrielnym domom” (domem rozstrzeliwań) ofiary i ich kaci krążą w tańcu śmierci, który dla jednych i drugich skończy się kulą w głowę.

Rura ze szczurami

11 czerwca 1937 r. przed Kolegium Specjalnym stanęli legendarny marszałek Michaił Tuchaczewski, do niedawna zastępca ludowego komisarza (wiceminister) obrony, komandarmowie (dowódcy armii) Jona Jakir, Jeronim Uborewicz, Awgust Kork, komkorowie (dowódcy korpusów) Robert Ejdeman, Borys Feldman, Witalij Primakow. Kwiat armii, czy raczej to, co z niego zostało po przejściu przez machinę tortur na Łubiance, w moskiewskim Lefortowie lub w Suchanowce, katowni w byłym klasztorze w pobliżu Moskwy.

Komandarm Tuchaczewski gazuje chłopów

Na ławie oskarżonych nie znalazł się dziewiąty podsądny, komisarz armijny 1. rangi Jan Gamarnik, naczelnik Wydziału Politycznego Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej, czyli jej główny politruk, który zawczasu zrozumiał, co mu szykują. 12 dni wcześniej, po tym jak marszałek Wasilij Blücher ostrzegł go, że ma być aresztowany, zastrzelił się. Szczęściarz.

Nie musiał więc jak zmasakrowany Tuchaczewski na protokołach przesłuchań zbryzganych swoją krwią podpisywać się, że należał do „antyradzieckiej trockistowskiej organizacji wojskowej”, przekazywał niemieckiemu sztabowi generalnemu tajne informacje i do tego opracował plan doprowadzenia do klęski Armii Czerwonej w starciu z wojskami Niemiec i Polski.

Dumnego, ambitnego dowódcę łamali fachowo. Jeremij Parnow w swej książce „Zagowor protiw marszałow” (Spisek przeciw marszałkom) przytacza opowieść szofera NKWD: Pewnego dnia kierowców wezwali do gabinetu śledczego i kazali nam nałowić szczurów. Szoferakom, którzy przywieźli pełną skrzynię, kazali ją postawić pod ścianą, z której sterczała rura.

Ciekawski szofer wyszedł na korytarz i przez judasza spojrzał do sąsiedniej celi. Na paraszy [więzienny kibel] siedział bez spodni przywiązany do niej Tuchaczewski. To właśnie do tego kubła prowadziła rura z sąsiedniego pomieszczenia, przez którą wrzucano do niego szczury – wspominał enkawudzista.

Od procesu Michaiła Tuchaczewskiego Stalin rozpoczął wielką czystkę w Armii Czerwonej

Kolegium sądzi kolegów

Marszałka i jego towarzyszy sądzili koledzy. Przewodniczył im armijny wojenny jurist (generał pułkownik pionu prawnego) Wasilij Ulrich, prezes Wojennego Kolegium Sądu Najwyższego, jeden z głównych wykonawców represji stalinowskich. Obok niego zasiadali marszałkowie Blücher, Siemion Budionny, komandarmowie Jakow Ałksnis, Borys Szaposznikow, Iwan Biełow, Pawieł Dybienko, Nikołaj Kaszyrin i komdiw (dowódca dywizji) Jelisiej Goraczew.

Dobrze wiedzieli, czego się od nich oczekuje. Po krótkiej rozprawie bez przesłuchania świadków i udziału obrońców skazali wszystkich na śmierć przez rozstrzelanie. Obowiązujące od 1 grudnia 1934 r. prawo nie przewidywało ułaskawień i drogi odwoławczej w sprawach „organizacji terrorystycznych, zamachów na pracowników władzy radzieckiej”. Egzekucje, jak zadekretowała Rada Komisarzy Ludowych (rząd), musiały być wykonane natychmiast po ogłoszeniu wyroku.

Skazanymi natychmiast zajął się Wasilij Błochin, wypróbowany kat Stalina. Tuż po północy 12 czerwca na cmentarz Doński na północnym zachodzie Moskwy (dziś prawie w centrum) wtoczyła się połutorka, półtoratonowa ciężarówka ZIS-5, z napisem: „Chleb” na plandece. Piotr Niestierenko, komendant nekropolii, przy bramie odbierał ładunek – osiem ciał z karkami przestrzelonymi między kręgami szczytowym i obrotowym kręgosłupa szyjnego. To firmowy znak Błochina, który wprawy w zabijaniu nabierał już od 13 lat, praktycznie codziennie.

Niestierenko miał do rana spalić trupy, a popioły wysypać do jamy gdzieś pod murem oddzielającym cmentarz od klasztoru Dońskiego.

Stalin zabija nocą. Uosobieniem czarnego humoru Stalina był trup. Najlepiej – trup przyjaciela

Sędziowie osądzeni

Kiedy z komina nad elektrycznym rusztem sprowadzonego z Niemiec krematorium wydobył się dym, dowódcy Armii Czerwonej, którzy skazali kolegów na śmierć, już spali. Ale niekoniecznie spokojnie. Byli to doświadczeni, rozumni ludzie i pewnie zdawali sobie sprawę z tego, że krwawa maszyna represji dopiero się rozkręca i z czasem porwie i ich samych.

Ałksnis, Biełow i Dybienko zostali rozstrzelani w lipcu 1938 r., Kaszyrinem Błochin zajął się półtora miesiąca wcześniej. Goraczew dożył do połowy grudnia. Zastrzelił się, kiedy i po niego przyjechał „czarny kruk”, limuzyna GAZ-M-1, którą NKWD po nocach zabierało swe ofiary do aresztów.

Na ruszcie krematorium znalazł się i marszałek Blücher – na Doński trafił 8 listopada 1938 r., ale bez rany postrzałowej. Trup był cały w siniakach i ranach. Oko miał wybite czy wyłupane, kości pogruchotane. Zakatowali go przesłuchujący oficerowie. Bił też sam komisarz bezpieczeństwa państwowego 1. rangi (odpowiednik komandarma) Ławrientij Beria, w tym czasie faktycznie kierujący NKWD.

Życie w państwie Stalina

Uszy Stalina

Ci, którzy doszukują się logiki w wielkiej czystce, która unicestwiła elitę Armii Czerwonej, mówią o osobistej zemście Stalina. Jedną z pierwszych ofiar okazał się aresztowany jeszcze w lipcu 1936 r. komdiw Dmitrij Szmidt (Dawid Gutman). Dziarski kawalerzysta, weteran wojny domowej, obcesowo obszedł się kiedyś ze Stalinem. Dowiedziawszy się, że ten wyrzucił z partii założyciela Armii Czerwonej Lwa Trockiego, zjawił się na Kremlu z potężnym pałaszem u boku i nakrzyczał na Gospodarza: „Uważaj, Koba, uszy ci obetnę!”.

Poważniejsze rachunki wódz miał z Jakirem. Kiedy komandarm dowodził Kijowskim Okręgiem Wojskowym, trafił w archiwach na pokaźną teczkę z donosami do carskiej ochrany podpisanymi Dżugaszwili I.W.

Już z więzienia Jakir przysłał na Kreml wiernopoddańczy list, błagając o łaskę. Stalin na prośbie napisał: łajdak i prostytutka. Swoje parafki szybko postawili obok i kremlowscy dworacy. Absolutnie słuszne określenie – przyklasnęli wodzowi marszałek Kliment Woroszyłow, ludowy komisarz (minister) obrony, i premier Wiaczesław Mołotow. Parszywiec, łajdak i kurwa zasłużył na jedno – karę śmierci – przebił ich Łazar Kaganowicz, ludowy komisarz przemysłu.

Na Tuchaczewskiego, byłego podporucznika carskiego elitarnego siemionowskiego pułku gwardii, ząb Stalinowi rósł od czasu, gdy ten – zaledwie jako 27-latek – prowadził wojska Frontu Zachodniego na Polskę i dalej, jak zakładali wodzowie bolszewików – na Berlin.

Stalin. Gruzin ze stali, kaukaski Lenin [MICHNIK]

Zawiść Ojca Narodu

Przyszły dyktator, usadzony w sztabie sąsiedniego Frontu Południowo-Zachodniego, sabotował, jak mógł, rozkazy głównodowodzącego armią Siergieja Kamieniewa (na ruszt krematorium cmentarza Dońskiego trafił w 1936 r.), który domagał się posłania 1. Armii Konnej spod Lwowa na pomoc Tuchaczewskiemu. Widać zazdrościł młodemu dowódcy wsławionemu już zwycięstwami nad Wołgą, na Syberii, Kaukazie i Krymie kolejnego pewnego, jak już się wydawało, sukcesu. Stalin sam chciał zostać zdobywcą Lwowa i stamtąd prowadzić bolszewików na Pragę i Wiedeń. A dowódcy polskich wojsk wykorzystali to, że pozbawione wsparcia z południa oddziały Frontu Zachodniego szły na stolicę z odsłoniętą lewą flanką, i rozbili wroga.

Tuchaczewski przegrał, ale Moskwa za klęskę Armii Czerwonej wytargała za uszy Stalina.

Zaraz po Cudzie nad Wisłą na konferencji partyjnej sam Włodzimierz Lenin i Lew Trocki, ludowy komisarz do spraw wojskowych i morskich, poddali Stalina miażdżącej krytyce za samowolę i nieudolność, które doprowadziły do katastrofy pod Warszawą. Kilka dni potem Trocki za karę usunął go z Rewolucyjnej Rady Wojskowej Frontu Południowo-Zachodniego.

A Tuchaczewski mimo polskiej przegranej uznawany przez bolszewickich prominentów za zdolnego i dzielnego dowódcę piął się w górę. Powierzano mu najtrudniejsze zadania, przy tym parszywe.

W marcu 1921 r. szturmował zbuntowaną bazę Floty Bałtyckiej w Kronsztadzie pod Piotrogradem, a potem rozkazał tysiącami rozstrzeliwać marynarzy, którzy – uwierzywszy jego słowu – poddali się bolszewikom.

Zaraz po Kronsztadzie Moskwa wysłała go w „delegację” do Tambowa, gdzie bestialsko stłumił powstanie chłopów dowodzonych przez Aleksandra Antonowa. Prawdopodobnie jako pierwszy dowódca w historii masakrował ludność cywilną gazami bojowymi. Masowo rozstrzeliwał zakładników, jeśli nie wydali partyzantów. Ale Stalin nie za okrucieństwo i zbrodnie nienawidził Tuchaczewskiego. Wyczuwał, że uwielbiany przez młodych oficerów i piękne kobiety konkurent ma ambicje „bonapartystyczne”. Podejrzewał, że spiskuje przeciw niemu.

Skala wielkiej czystki w armii była jednak zbyt wielka, by za jej motyw uznać osobistą nienawiść Gospodarza do ofiar. Od maja 1936 r. do końca następnego roku z armii wyrzucono ponad 40 tys. dowódców wysokiego, średniego i niskiego stopnia. Co czwarty znalazł się w więzieniu. Ponad 4 tys. rozstrzelano. Stalin nie mógł nawet znać ich wszystkich.

Prowokacja Hitlera?

Historyk Rafał Marceli Blüth w pisanym na gorąco, bo już w 1937 r., eseju (znalazł się w wydanym niedawno zbiorze jego pism „Likwidacja leninowskiej elity”) opowiedział, z jaką zgrozą i zdumieniem świat przyjął masakrę dowódców Armii Czerwonej: Powstało morze artykułów dziennikarskich, wzmianek, wywiadów z „dobrze poinformowanymi jednostkami”, wreszcie broszur i książek. A wynik tego? Dotychczas nikt nie wyjaśnił, na czym polega istota sprawy. Dawano wyjaśnienia całkiem dowolne i wykluczające się nawzajem. W rezultacie nic prawie nie wiemy w tej sprawie na pewno.

Dziś można to powtórzyć.

Niekryjący sympatii do Stalina Aleksander Kołpakidi i Jelena Prudnikowa w swej książce „Podwójny spisek. Tajemnice represji stalinowskich” starają się udowodnić, że Ojciec Narodów rzucił się na własną armię czy to sprowokowany, czy też w porę ostrzeżony przed buntem generałów przez Niemców. Ostrzeżenie miał przekazać wiosną 1937 r. Edvard Beneš, prezydent Czechosłowacji, rzekomo sam zaniepokojony zbyt bliskimi kontaktami Tuchaczewskiego i innych dowódców z Niemcami, którzy mieli ich przekonywać, że generałowie powinni stać ponad partyjnym kierownictwem.

Według Kołpakidi i Prudnikowej spisek miał być podwójny, bo dowódcy zwąchali się nie ze zwolennikami Hitlera w dowództwie Wehrmachtu, lecz z nastawionymi „liberalnie” generałami, którzy zamierzali zlikwidować Führera, a potem w sojuszu z Wlk. Brytanią (uchodziła wówczas za głównego imperialistę) wspólnie zniszczyć ZSRR. Niemcy mieliby więc wspierać dowódców rosyjskich w obaleniu Stalina, licząc na to, że ci w rewanżu pomogą im w rozprawie z przywódcą ich kraju.

Mocnym dowodem na istnienie tej zmowy ma być według autorów to, że zahartowani w okrutnej wojnie domowej czerwoni komandarmi i komdiwowie w czasie przesłuchań tak łatwo się przyznawali do winy, choć nie wszystkich torturowano.

Wykuwanie potęgi

Do dziś popularna jest wersja, że Stalin zadawał mordercze ciosy siłom zbrojnym po to, by je… wzmocnić.

Wiktor Suworow (właściwie Władimir Rezun), pisarz i zbiegły na Zachód oficer radzieckiego GRU, usiłował udowodnić prawdziwość tej tezy w książce „Oczyszczenie”. Wysocy dowódcy, dawni rewolucjoniści, do nowoczesnej wojny – jego zdaniem i ponoć też Stalina – się nie nadawali. Skorumpowani ignoranci mieli hamować reformy armii, wyposażanie jej w nowe rodzaje broni.

Tuchaczewski, jak twierdzi Suworow, mógł co najwyżej sprawdzić się w roli kata rozstrzeliwującego marynarzy lub trującego gazem mieszkańców wsi. Nawet z nieliczną chłopską armią pod Tambowem rozprawiał się ślamazarnie i nieumiejętnie. Gospodarz musiał więc „urwać głowę” Armii Czerwonej, by na miejsce zasiedziałych, zadufanych ignorantów wpuścić młode „orły”.

Świetny pisarz Dmitrij Bykow w swym „Uniewinnieniu” rozwija tezę o wzmacnianiu przez maltretowanie. W jego wizji katownie NKWD były kuźniami niezłomnych frontowych dowódców. Stalin kazał się nad nimi znęcać, by wyłowić tych, którzy nie dali się złamać oprawcom, do niczego się nie przyznali, niczego nie podpisali. A potem, już w czasie wojny, tych „żelaznych”, więc niezawodnych, wysyłał na najtrudniejsze odcinki frontu.

Ale książka Bykowa to tylko wizja literacka pokazująca, że Rosjanie do dziś nie mogą sobie poradzić z odpowiedzią na pytanie, czemu w przededniu wielkiej wojny Gospodarz tak okrutnie rozprawił się z armią.

Wehrmacht na radzieckich poligonach

Julia Kantor, historyczka z Sankt Petersburga, przestudiowała protokoły przesłuchań katowanych dowódców. Nie ma w nich odwołań do dokumentów świadczących o rzekomych knowaniach z Niemcami. Cały materiał dowodowy i oskarżenie śledczy oparli wyłącznie na zeznaniach przesłuchiwanych, wyrwanych z nich torturami wyznaniach wszelkich możliwych i niemożliwych grzechów.

Czerwoni komandarmi – przypomina Kantor – rzeczywiście przez lata blisko współpracowali z generałami niemieckimi. W ZSRR działały duże szkoły wojskowe, np. w Lipiecku, gdzie umiejętności szlifowali wspólnie radzieccy i niemieccy lotnicy. Pod Kazaniem szkolili się czołgiści z obu krajów. Pod Saratowem jednostki dwóch armii stale ćwiczyły na poligonie chemicznym. Moskwa zaopatrywała Berlin w surowce dla przemysłu zbrojeniowego, a kupowała technologie i nowoczesny sprzęt bojowy. Tak więc kontakty kwitły – bliskie i długotrwałe. Ale jawne, pod okiem służb specjalnych, które pola do spiskowania nie zostawiały.

A Stalin, czyszcząc armię, wcale nie pozbył się zacofanych, wierzących w szablę kawalerzysty i bagnet piechura dowódców, zwanych pogardliwie „konnikami” – takich jak marszałkowie Budionny i Woroszyłow ocalił. Do krematorium trafili właśnie zwolennicy rozwijania wojsk pancernych i artylerii rakietowej.

Wódz za potencjalnie niebezpiecznego uważał każdego, kto myślał samodzielnie. Tym bardziej jeśli chodzi o ludzi, którzy zawodowo potrafili posługiwać się bronią – tłumaczyła Kantor w specjalnym wykładzie poświęconym czystce w armii.

Sorge, najlepszy szpieg Stalina

Jeśli jutro wojna

W 1938 r., kiedy Armia Czerwona była brutalnie czyszczona, na ekrany kin wyszedł film „Jeśli jutro wojna”, w którym dziarską piosenką nawoływano „bądź gotów wyruszyć w pochód”. A walczyć przyjdzie, jak obiecywała inna piosenka z tej filmowej agitki, „na ziemi wroga i małą krwią”.

Tymczasem na swoim terytorium w wojnie wytoczonej jej przez Stalina armia krwawiła. Straciła trzech z pięciu marszałków, 10 z 14 komandarmów drugiej rangi, 62 z 69 dowódców korpusów, 153 z 201 dowódców dywizji, 247 z 474 dowódców brygad. W efekcie siły zbrojne zostały sparaliżowane – w 1938 r. nie przeprowadziły manewrów.

Drastycznie wzrosła liczba samobójstw wśród niepewnych jutra oficerów. W czwartym kwartale 1937 r. na ten krok zdecydowało się dwa razy więcej oficerów Floty Czarnomorskiej niż przez cały poprzedni rok. A kiedy tuż przed wojną latem 1940 r. na szkolenie zebrano z całego kraju 225 dowódców pułków, okazało się, że 200 ma za sobą tylko skrócone kursy podporuczników. Dywizjami kierowali kapitanowie, brygadami – porucznicy.

Wyniszczona przez Stalina armia skompromitowała się w 1938 r. w walkach z niewielkim japońskim oddziałem nad jeziorem Chasan na Dalekim Wschodzie. Prowadzona przez niekompetentnych dowódców brygada zmechanizowana utknęła w bagnach, zanim zetknęła się z wrogiem. Podczas wojny zimowej (listopad 1939 – marzec 1940 r.) liczące milion żołnierzy oddziały Armii Czerwonej w zmaganiach z 230-tysięczną, słabo uzbrojoną fińską armią straciły co trzeciego żołnierza. Co najmniej 130 tys. poległo, rannych zostało 250 tys.

I w końcu wojna z Hitlerem – wcale nie na ziemi wroga. I nie małą krwią. Latem 1941 r. Niemcy błyskawicznie rozbili potężne siły Armii Czerwonej skoncentrowane przy granicy zachodniej i zmusili je do panicznej, chaotycznej ucieczki pod Moskwę i Leningrad. Do grudnia wdarli się w głąb ZSRR na 850-1200 km. Wzięli do niewoli 3,3 mln jeńców.

Taka była cena wielkiego czyszczenia Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej ze wszystkich, którzy budzili podejrzenia paranoicznie bojącego się spisku Stalina.

O co walczymy? – pytał we wrześniu 1942 r. Adriej Własow, generał uznany w ZSRR za arcyzdrajcę

Korzystałem m.in. z: „Łańcucha śmierci” Pawła Wieczorkiewicza, „Archipelagu GUŁag” Aleksandra Sołżenicyna, „Pałaczi. Oni wypełniali zakazy Stalina” Nikity Pietrowa, „Likwidacji elity leninowskiej oraz innych pism sowietologicznych” Rafała Marcelego Blütha, „Dwojnoj zagawor” Aleksandra Kołpakidi i Jeleny Prudnikowej i „Oczyszczenia” Wiktora Suworowa

wyborcza.pl

http://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103454,21950956,nie-ma-konstytucji-ktora-potrafi-sie-sama-obronic-przed-zdeterminowana.html

Łebski Macierewicz i Mojżesz Kaczyński

Łebski Macierewicz i Mojżesz Kaczyński

Antoni Macierewicz ma łeb jak sklep? To porównanie mnie nie zadowala, bo ma łeb jak galeria handlowa. Tak! Macierewicz nie ma deficytu głowy (jak to ładnie ujął Ludwik Dorn w stosunku do Mariusza Błaszczaka), ma bez mała łeb konia (jeszcze jedna łebska metafora).

Dlaczego? Szybko śpieszę wyjaśnić. Powtórne wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej na kopyto PiS leży w gruzach, lecz minister obrony się nie daje. O, nie! Trwa przy swoich bredniach. Właśnie Macierewicz przeczytał wywiad z przewodniczącym Komisji Technicznej MAK Aleksiejem Morozowem na kremlowskim portalu Sputnik, opublikowanym w języku polskim, a powtórzonym przez agencję prasową RIA Nowosti. I Macierewicz doczytał, że – ogłosił to w swoim wideo felietonie w TV Trwam – „dobrze, że [Morozow – przyp. mój] przyznał się, iż doszło do rozpadu samolotu już przed uderzeniem w ziemię. Dobrze, że [Morozow] potwierdził analizy komisji smoleńskiej prowadzonej przez pana prof. Nowaczyka”.

Z wywiadu z Rosjaninem wynika, iż chodzi o rozpad po uderzeniu w brzozę, a jeszcze przed pierdyknięciem w ziemię, a oprócz tego Nowaczyk nie jest profesorem, tylko doktorem i szefem podkomisji, a nie komisji, bo ta byłaby w świetle prawa bezprawna.

Macierewicz na podstawie swego rozumienia wywiadu w kremlowskim Sputniku, w którym jakoby Morozow zgadza się z ustaleniami podkomisji (profesora) Nowaczyka (wcześniej Berczyńskiego), złożył do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez komisję Millera (powołaną przez Donalda Tuska). I tutaj ma zastosowanie łeb jak sklep, bowiem w ten sposób prokuratura przejmuje badanie przyczyn katastrofy smoleńskiej, gdyż musi ustalić, na czym polegają „wątpliwości co do rzetelności i prawdziwości” raportu Millera w zestawieniu do ustaleń podkomisji ekspertów Macierewicza i do rosyjskiego raportu MAK.

Prokuratura więc ma do zbadania dwa, a nawet trzy razy więcej materiału faktograficznego, a oprócz tego musi wydać jakieś postanowienie oskarżycielskie. Od katastrofy smoleńskiej minęło 7 lat, zapowiada się na kolejnych kilka i więcej lat.

Jarosław Kaczyński przez ten czas będzie zbliżał się do prawdy na Krakowskim Przedmieściu. Kiedyś po takich słowach mojżeszowych prezesa PiS napisałem, że czeka go 40 lat wędrówki po piaskach pustyni, zanim dotrze do prawdy, tj. ziemi obiecanej Kanaan. I się nie pomyliłem.

Cieszy się też członek komisji Millera Maciej Lasek, na Twitterze ogłosił: – „Bum! Stało się! Minister Macierewicz zarzuca Komisji Millera, że NIE PRZEPISAŁA raportu z raportu komisji MAK”. Taka jest logiczna przesłanka zawiadomienia do prokuratury, bo w zawiadomieniu Macierewicza czytamy: „wnioski wyrażone w raporcie końcowym [Millera] w znaczący sposób odbiegają od ustaleń MAK”.

A wracając do naszego Mojżesza na Krakowskim Przedmieściu, łatwo obliczyć, Kaczyński jak biblijna postać Mojżesza dojdzie do prawdy mając 120 lat. Ile prezes PiS będzie łaził po pustyni Krakowskiego Przedmieścia, tyle lat napotka kontrmiesięcznice. Nie łudźmy się, że taki łebski minister jak Macierewicz zostanie zdymisjonowany. Co się jednak stanie, gdy zmieni się rząd, gdy wybory wygra Platforma Obywatelska albo Nowoczesna?

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Czasy się zmieniają, a bolszewicy mówią zawsze tym samym językiem.

Tak Jerzy Urban relacjonował w 1985 roku pobicie Władysława Frasyniuka i Mirosława Andrzejewskiego w więzieniu. Z archiwum Andrzejewskiego.

A tu jak Kaczyński zwinął willę na Żoliborzu.

Jarosława Kaczyńskiego,bo uwłaszczył się na majątku skarbu państwa i przejął budynki,a ludzi wywalił,o willi na Żoliborzu nie wspomnę.

Łoziński: Kaczyński nie był członkiem „Solidarności”

Łoziński: Kaczyński nie był członkiem „Solidarności”

Przewodniczący KOD Krzysztof Łoziński, były opozycjonista w czasach PRL, stwierdził, że Jarosław Kaczyński nie zapisał się do „Solidarności”. – „Był pracownikiem biurowym u nas, w Mazowszu” – powiedział w Radiu Zet. Prowadzący rozmowę Konrad Piasecki dopytywał: – Jest pan absolutnie przekonany, że Jarosław Kaczyński nie był członkiem „Solidarności”. Łoziński jeszcze raz potwierdził: – „Nie był członkiem „Solidarności”, nie był, nie zapisał się. To jest dość jasne, ponieważ mógł się zapisać tylko w miejscu pracy, czyli na Uniwersytecie Warszawskim, no i Maciek Jankowski, który był szefem „Solidarności” na UW potwierdza, że się nie zapisał”.

Odnosząc się do ostatniej „miesięcznicy smoleńskiej”, powiedział: – „Ja też w sobotę siadałem na ulicy i blokowałem, ale nie doznałem zaszczytu wyniesienia. My się przeciwstawiamy temu, co robi ekipa rządząca i trzeba powiedzieć otwarcie i jasno, jest to przestępstwo z art. 127 kodeksu karnego, czyli próba nielegalnej zmiany ustroju państwa”. Według Łozińskiego, w „miesięcznicach smoleńskich” już „dawno nie ma żadnej próby uczczenia czegokolwiek. To jest nieustająca próba robienia politycznych awantur, ubliżania społeczeństwu, ubliżania przeciwnikom” – ocenił.

Zdaniem szefa KOD: – „W Polsce w ogóle nic nie idzie w tej chwili w dobrym i mądrym kierunku. Rządzi jeden facet, człowiek skrajnie nieuczciwy, człowiek, który jest nieukiem, ale za to wszechstronnym i rządzi w sposób bardzo niedobry, niszczy kraj” – powiedział Łoziński.

koduj24.pl

Raport NIK: górnictwo na równi pochyłej

Dominika Wantuch, 12 czerwca 2017

Górnicy

Górnicy (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

66 miliardów złotych włożyło państwo w ciągu 10 lat w sektor górniczy. Mimo to kopalnie odnotowują straty, sprzedaż węgla spada, właściciele spółek zatrudniają za dużo osób, a sektorem rządzą związki zawodowe – wynika z opublikowanego właśnie raportu NIK. Ale rząd nie widzi problemu.

W 2012 r. wydobycie węgla przez Kompanię Węglową zaczęło wyraźnie spadać. W ciągu trzech kolejnych lat spadło z 40 mln ton do ok. 27 mln ton. Przychody ze sprzedaży węgla w 2013 r. były po raz pierwszy niższe od kosztów sprzedanego węgla i na koniec roku wynik finansowy spółki wyniósł prawie minus 2 miliardy złotych. W tym samym czasie, mimo trudnej sytuacji spółki, zarząd KW podpisał ze związkami zawodowymi porozumienie, które zwiększyło o 1,5 tys. zł odprawy emerytalne dla górników. W efekcie każdy odchodzący pracownik otrzymał prawie 18,5 tys. zł. Rok wcześniej spółka zatrudniła 4950 nowych pracowników i podniosła wynagrodzenia o 7,9 proc., do prawie 6800 zł za miesiąc.

Ale kolejne porozumienia ze związkowcami i systematyczny wzrost płac dla górników, niezależnie od kondycji spółki, jest obserwowany nie tylko w KW. Mimo spadku wydobycia i coraz trudniejszej sytuacji górnictwa, płace rosną w całym sektorze.

Najwyższa Izba Kontroli wzięła pod lupę górnictwo węgla kamiennego i przeanalizowała sektor na tle założeń programu rządowego opracowanego w 2007 r. przez poprzedni rząd PiS i realizowanego potem przez rząd PO-PSL. Opublikowany w poniedziałek raport analizuje sytuację od 2007 do 2015 r. i nie pozostawia na sektorze górniczym suchej nitki.

Od 2007 do 2015 r. na wsparcie dla sektora górnictwa z budżetu państwa zostało przeznaczone prawie 66 miliardy zł. Aż 58,4 mld zł zostało przeznaczone na pokrycie deficytu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych na wypłaty emerytur i rent górniczych. – To nie przełożyło się wzrost rentowności kopalń. Co więcej, dodatnie wyniki ze sprzedaży węgla do 2012 r. nie były wynikiem dobrej strategii spółek górniczych, lecz wysokich cen węgla. Gdy w 2013 r. ceny spadły, sektor zaczął notować wysokie straty – podkreśla prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski. I dodaje, że rząd nie podjął żadnych sensownych działań pozwalających na restrukturyzację górnictwa. Efekt? Średni wynik finansowy na przestrzeni analizowanych przez NIK ośmiu lat wyniósł dla największych producentów węgla kamiennego skupiających 27 kopalni: Kompanii Węglowej -1,8 mld, dla Katowickiego Holdingu Węglowego -0,4 mld zł, a dla Jastrzębskiej Spółki Węglowej +1 mld zł. Łącznie te spółki średnio odnotowały wynik finansowy -1,2 mld zł. W 2015 r. wynik finansowy sektora górnictwa wynosił -4,5 mld zł.

Jednocześnie na przestrzeni ostatnich lat zużycie węgla spadło w Polsce o 16 proc., z 85 mln ton do 72 mln ton. Spada też systematycznie sprzedaż. Już przygotowany w 2000 r. rządowy program dotyczący węgla kamiennego zakładał, że sprzedaż powinna spadać z każdym kolejnym rokiem, z 90 do 60 mln ton, a zatrudnienie z 60 do 50 tys. osób. – Ani rządowy program z 2007 r., ani strategie spółek nie zakładały tego, a wręcz przeciwnie – wzrost sprzedaży z 81 do co najmniej 83 mln ton węgla – mówi Krzysztof Kwiatkowski. Jaki mamy stan na dziś? 73 mln ton wydobycia przy 85 tys. zatrudnionych w górnictwie. To wyraźnie pokazuje, że „rządowy program był nierzetelny, oparty na nierealnych założeniach, oderwanych od realiów rynkowych i koniunktury połączony z przerostem zatrudnienia. Plany naprawcze były tworzone na bieżąco, uzależnione od bieżącej sytuacji, co pogłębiało tylko trudną sytuację spółek górniczych. Zarządy spółek nie prowadziły sensownej polityki płacowej, tylko uspokajały sytuację godząc się na warunki związkowców” – czytamy w raporcie NIK.

Janusz Steinhoff, minister gospodarki w latach 1997 – 2001 podkreśla: – Mamy dziś do czynienia z sytuacją absurdalną. Górnictwo jest branżą wyjątkowo mocno upolitycznioną. Analizy tworzone przez spółki często nie są osadzone w realiach, a górnictwo od dłuższego czasu nie podejmuje sensownych działań restrukturyzacyjnych. Wskaźniki spółek nie od dziś pokazują trendy odwrotne od rzeczywistego zapotrzebowania na węgiel. Prawda jest taka, że spada wydobycie i wydajność pracy, a rosną wynagrodzenia dla zatrudnionych w górnictwie. W efekcie udział kosztów stałych przekracza 50 proc. To dlatego, że kolejne rządy nie podejmują żadnych rozmów z sektorem górniczym na temat zamykania nierentownych kopalni – komentuje Janusz Steinhoff. I dodaje: – Tymczasem o przyszłości kopalni decydują dwa czynniki: ekonomia i geologia. A nie polityka. Politycy przez lata zaklinali rzeczywistość, podpisywali kolejne porozumienia i w efekcie zamiast likwidować kopalnie, ograniczać przyjęcie nowych pracowników i dokonywać alokacji zwalnianych osób w dobrze prosperujących kopalniach, utrzymywali upadające kopalnie ze środków inwestycyjnych rentownych spółek. Ta nieroztropność doprowadziła do sytuacji, w jakiej dziś jesteśmy – wyjaśnia minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka.

– Bez głębokiej i rzetelnej restrukturyzacji, sektor górniczy będzie dalej drenował polski budżet. Jednocześnie górnicy – wbrew temu, co zapowiadają kolejne rządy – nie mogą w dłuższej perspektywie liczyć na utrzymanie swoich miejsc pracy, a wizji transformacji tego sektora wciąż brak. Wizja ta powinna być częścią strategii rozwoju energetyki, która będzie odpowiadać na globalne trendy w energetyce, wyzwania klimatyczne oraz konieczność ochrony zdrowia i życia obywateli. To oznacza stopniowe odchodzenie od węgla. Dalsze oszukiwanie górników, że „jakoś to będzie” jest po prostu moralnie niedopuszczalne. Niestety, także działania podejmowane już po okresie objętym raportem NIK-u, a więc powołanie Polskiej Grupy Górniczej w 2016 r. to kolejne posunięcie obliczone na doraźny efekt. Zamiast głębokiej, odpowiedzialnej społecznie reformy górnictwa zaproponowano wielką narodową zrzutkę na łatanie coraz większych dziur w finansach sektora – ocenia Magdalena Zowsik, ekspert Greenpeace ds. polityki energetycznej.

Anna Margis, dyrektor departamentu górnictwa Ministerstwa Energii zapowiedziała jednak w poniedziałek, że węgiel jest i będzie głównym motorem napędowym polskiej gospodarki i podkreślała, że od początku 2016 r. sektor górniczy odnotowuje wzrost sprzedaży, a ich wynik finansowy jest na plusie.

Zobacz także: Polska za węglem, przeciwko Polsce

wyborcza.pl

 

Katastrofa smoleńska: Macierewicz pisze do prokuratury w sprawie komisji Millera. „Podejrzenie przestępstwa”

Agnieszka Kublik, 12 czerwca 2017

Minister obrony narodowej Antoni Macierewicz

Minister obrony narodowej Antoni Macierewicz (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Szef MON Antoni Macierewicz donosi do prokuratury na rządową komisję Jerzego Millera, która badała przyczyny katastrofy smoleńskiej. Powód: raport komisji Millera różni się od rosyjskiego raportu MAK. Wcześniej zarzucał mu, że jest jego kopią.

Na stronie internetowej MON w poniedziałek zamieszczono komunikat, że ministerstwo podejrzewa „przestępstwo przeciw działalności instytucji państwowych, wymiarowi sprawiedliwości lub przeciwko wiarygodności dokumentów”. Chodzi o dwa dokumenty, oba dotyczą przyczyny katastrofy smoleńskiej z 10 kwietnia 2010 r. Pierwszy to rosyjski raport przygotowany przez Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK), drugi – raport rządowej komisji Jerzego Millera.

W komunikacie pada zarzut, że oba dokumenty różnią się między sobą: „Ustalenia poczynione przez Przewodniczącego Komisji Technicznej MAK w zakresie przebiegu zdarzeń w czasie lotu samolotu TU-154M w dniu 10 kwietnia 2010 r., przeprowadzone w tym zakresie dowody i ekspertyzy, były znane członkom KBWLLP podczas sporządzania raportu końcowego, a mimo to zarówno opis stanu faktycznego, jak i wnioski wyrażone w raporcie końcowym w znaczący sposób odbiegają od ustaleń MAK”.

„W związku z informacjami posiadanymi przez Podkomisję do Spraw Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego oraz opublikowanym przez agencję prasową Ria Nowosti wywiadem przeprowadzonym z Aleksiejem Morozowem z Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK), w którym przedstawiony został m.in. przebieg katastrofy samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem z dnia 10 kwietnia 2010 r., powstała uzasadniona wątpliwość co do rzetelności i prawdziwości raportu końcowego Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego działającej pod przewodnictwem Edmunda Klicha, a następnie Jerzego Millera” – zaznacza MON.

Morozow w wywiadzie dla rosyjskiej agencji miał powiedzieć, że samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie rozpadał się w powietrzu. O który moment wypadku może tu chodzić? W raporcie MAK jest opis uderzenia skrzydłem w brzozę. Potem odpadały kawałki skrzydła, więc można powiedzieć, że się rozpadał w powietrzu. Komisja Millera też opisała fakt zderzenia z brzozą i jego konsekwencje – utrata jednej trzeciej skrzydła, obrót i upadek.

W komunikacie MON przemilczano to, że Morozow stwierdził, iż na pokładzie samolotu nie było wybuchu.

Jeszcze we wrześniu zeszłego roku Macierewicz i jego podkomisja stawiali Millerowi odwrotny zarzut: że polski raport jest kopią rosyjskiego. Macierewicz ujawnił wtedy nagrania z jednego z pierwszych posiedzeń komisji Millera, by udowodnić, że Polacy sami nie mieli nic do gadania w sprawie przyczyn katastrofy. Wtedy Macierewicz wystąpił do prokuratury z wnioskiem o ściganie Millera za „poświadczenie nieprawdy” w raporcie.

Pretekstem do tych oskarżeń były słowa Millera, że „albo zadbamy o spójność raportów polskiego i rosyjskiego dot. katastrofy smoleńskiej, o jednolity przekaz, który nie sprzyja budowaniu mitów, albo sami sobie ukręcimy bicz”.

Członkowie komisji Millera wyjaśniali, że chodziło o ujednolicenie układu polskiego i rosyjskiego raportu, a nie ich treści.

Faktycznie, komisja Millera miała wiele zastrzeżeń do raportu MAK i nieco inaczej opisywała przyczyny, m.in. w sprawie obecności alkoholu we krwi gen. Błasika i zachowania kontrolerów na wieży. Bo autorzy raportu MAK całą winę zrzucili na stronę polską, głównie na pilotów. O błędach strony rosyjskiej, przede wszystkim kontrolerów na lotnisku Siewiernyj, nie wspomnieli.

Wreszcie w raporcie MAK jest mowa o incydencie gruzińskim (w sierpniu 2008 roku prezydent Lech Kaczyński bezskutecznie próbował nakłonić pilotów do lądowania w gruzińskim Tbilisi zamiast, jak planowano przed wylotem, w azerskim Gandżi. Piloci tłumaczyli odmowę względami bezpieczeństwa), który mógł mieć wpływ na załogę. A w raporcie Millera nie ma o nim mowy. Polska komisja uznała, że załoga mogła działać pod „presją pośrednią” związaną z rangą wizyty i przewożonych osób, rosyjska – bezpośrednią, m.in. gen. Błasika.

wyborcza.pl

Łebski Macierewicz i Mojżesz Kaczyński

Antoni Macierewicz ma łeb jak sklep? To porównanie mnie nie zadowala, bo ma łeb jak galeria handlowa. Tak! Macierewicz nie ma deficytu głowy (jak to ładnie ujął Ludwik Dorn w stosunku do Mariusza Błaszczaka), ma bez mała łeb konia (jeszcze jedna łebska metafora).

Dlaczego? Szybko śpieszę wyjaśnić. Powtórne wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej na kopyto PiS leży w gruzach, lecz minister obrony się nie daje. O, nie! Trwa przy swoich bredniach.

Właśnie Macierewicz przeczytał wywiad z przewodniczącym Komisji Technicznej MAK Aleksiejem Morozowem na kremlowskim portalu Sputniku publikowanym w języku polskim, a powtórzony przez agencję prasową RIA Nowosti.

I Macierewicz doczytał, że – ogłosił to w swoim wideofelietonie w TV Trwam – „dobrze, że (Morozow przyp. moj) przyznał się, iż doszło do rozpadu samolotu już przed uderzeniem w ziemię. Dobrze, że (Morozow) potwierdził analizy komisji smoleńskiej prowadzonej przez pana prof. Nowaczyka”.

Z wywiadu z Rosjaninem wynika, iż chodzi o rozpad po uderzeniu w brzozę, a jeszcze przed pierdyknięciem w ziemię, a oprócz tego Nowaczyk nie jest profesorem, tylko doktorem i szefem podkomisji, a nie komisji, bo ta byłaby w świetle prawa bezprawna.

Macierewicz na podstawie swego rozumienia wywiadu w kremlowskim Sputniku, w którym jakoby Morozow zgadza się z ustaleniami podkomisji (profesora) Nowaczyka (wcześniej Berczyńskiego), złożył do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez tzw. komisję Millera (powołaną przez Donalda Tuska).

I tutaj ma zastosowanie łeb jak sklep, bowiem w ten sposób prokuratura przejmuje badanie przyczyn katastrofy smoleńskiej, gdyż musi ustalić, na czym polegają „wątpliwości co do rzetelności i prawdziwości” raportu Millera w zestawieniu do ustaleń podkomisji ekspertów Macierewicza i do rosyjskiego raportu MAK.

Prokuratura więc ma do zbadania dwa razy- a nawet trzy – więcej materiału faktograficznego, a oprócz tego musi wydać jakieś postanowienie oskarżycielskie. Od katastrofy smoleńskiej minęło 7 lat, zapowiada się na kolejnych kilka i więcej lat.

Jarosław Kaczyński przez ten czas będzie zbliżał się do prawdy na Krakowskim Przedmieściu. Kiedyś po takich słowach mojżeszowych prezesa PiS napisałem, że czeka go 40 lat wędrówki po piaskach pustyni zanim dotrze do prawdy, tj. ziemi obiecanej Kanaan. I się nie pomyliłem.

Cieszy się też wiceszef tzw. komisji Millera Maciej Lasek, na Twitterze oglosił: „Bum! Stało się! Minister Macierewicz zarzuca Komisji Millera, że NIE PRZEPISAŁA raportu z raportu komisji MAK”. Taka jest logiczna przesłanka zawiadomienia do prokuratury, bo w zawiadomieniu Macierewicza czytamy: „…wnioski wyrażone w raporcie koncowym (Millera) w znaczacy sposob odbiegaja od ustaleń MAK”.

A wracając do naszego Mojżesza na Krakowskim Przedmieściu, łatwo obliczyć, Kaczyński jak biblijna postać Mojżesza dojdzie do prawdy mając 120 lat. Ile prezes PiS będzie łaził po pustyni Krakowskiego Przedmieścia, tyle lat napotka kontrmiesięcznice. Nie łudźmy sie, aby taki łebski minister jak Macierewicz został zdymisjowany. Co się jednak stanie, gdy zmieni się rząd, gdy wybory wygra Platforma Obywatelska, albo Nowoczesna?

 

Bum! Stało się! Minister Macierewicz zarzuca Komisji Millera, że NIE PRZEPISAŁA raportu z raportu komisji MAK.

Tego to też już nikt nie pamięta.

Macierewicz donosi do prokuratury na komisję Millera. Po wywiadzie z członkiem MAK-u

tps, 12.06.2017

Minister obrony w rządzie PiS Antoni Macierewicz

Minister obrony w rządzie PiS Antoni Macierewicz (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

MON składa do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez tzw. komisję Millera. Powodem mają być m.in. ustalenia nowej podkomisji smoleńskiej.

Według MON powstała „uzasadniona wątpliwość co do rzetelności i prawdziwości” raportu końcowego przygotowanego przez Komisję Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, która zajmowała się katastrofą smoleńską. Na jej czele stał początkowo Edmund Klich, później – ówczesny szef MSWiA Jerzy Miller.

Skąd wspomniane wątpliwości? Miały ich dostarczyć dotychczasowe ustalenia nowej podkomisji smoleńskiej oraz opublikowany niedawno wywiad z Aleksiejem Morozowem z Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK). W rozmowie miał powiedzieć, że samolot leciał i rozpadał się w powietrzu.

Analiza powyższego uzasadnia podejrzenia o zaniechania i zaniedbania, jakich mogli dopuścić się członkowie polskiej komisji

– twierdzi MON. Według resortu Macierewicza mogło dojść do popełnienia przestępstwa „przeciw działalności instytucji państwowych, wymiarowi sprawiedliwości lub przeciwko wiarygodności dokumentów”.

Agata Kaczyńska z Komisji Millera: Niech Macierewicz nie wstydzi się za mnie, ale za siebie >>>

Prokuratura w sprawie Smoleńska: „Błędy w 90 proc. rosyjskiej dokumentacji medycznej”

http://www.gazeta.tv/plej/19,114927,20954501,video.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,21949258,macierewicz-skarzy-do-prokuratury-komisje-millera-po-wywiadzie.html#BoxNewsLinkZ39&a=66&c=61

Prawa człowieka nie dla czeczeńskiego uchodźcy. Nawet trybunał praw człowieka nie ma wpływu na Polskę

Ludmiła Anannikova, 12 czerwca 2017

Czeczeni na dworcu w Brześciu rozmawiają z milicjantem Saszą - jednym z nielicznych, który stara się im pomagać

Czeczeni na dworcu w Brześciu rozmawiają z milicjantem Saszą – jednym z nielicznych, który stara się im pomagać (Fot. Jędrzej Nowicki)

Polska nie wykonała decyzji Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który zakazał jej odesłania czeczeńskiego uchodźcy. W Czeczenii mężczyźnie grożą tortury.

ETPC wystosował 8 czerwca w sprawie jednego z Czeczenów ubiegających się w Polsce o status uchodźcy interim measure – tymczasowe zarządzenie powstrzymujące deportację cudzoziemca, gdy powrót do kraju pochodzenia stwarza zagrożenie dla jego życia albo naraża na nieludzkie traktowanie. Kraj, który takiej decyzji nie wykona, łamie zapisy europejskiej konwencji praw człowieka, naraża się na postępowanie przed Trybunałem i konieczność wypłaty odszkodowania. Dokument ETPC nie nakazuje Polsce przyznania cudzoziemcowi ochrony, lecz jedynie rozpatrzenie jego sprawy.

Czeczeński uchodźca próbował złożyć wniosek 27 razy

Trybunał zainterweniował w sprawie uchodźcy, który na przejściu granicznym w Terespolu już 27 razy próbował złożyć wniosek o udzielenie mu ochrony międzynarodowej. Za każdym razem odmawiała straż graniczna. O sytuacji tego człowieka ETPC powiadomiła jego pełnomocniczka adwokat Sylwia Gregorczyk-Abram. 8 czerwca rano wysłała do Trybunału faks z dokumentacją mężczyzny, potwierdzającą, że był ofiarą tortur i prześladowań.

„Zamknąć! Na wieki wieków amen”. Problemy ośrodka dla cudzoziemców w Lininie

http://www.gazeta.tv/plej/19,93566,21920943,video.html

Decyzja o zastosowaniu interim measure była gotowa po kilku godzinach. Polskie MSZ otrzymało ją tuż po godz. 11. Choć mężczyzna znajdował się akurat w polskim Terespolu, został odesłany na Białoruś.

Dzień później z kopią decyzji ETPC podjął kolejną próbę przekroczenia granicy. Straż jednak ponownie go nie wpuściła. Zamiast tego – jak czytamy we wspólnym stanowisku Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, Stowarzyszenia Interwencji Prawnej i Izby Adwokackiej w Warszawie – wypytywała, kto mu pomagał sporządzić dokumenty i ile zapłacił adwokatowi. Zabrano mu również kopię pisma z Trybunału.

– Jesteśmy bardzo zaniepokojeni tą bezprecedensową sytuacją. Jeśli Polska nie respektuje dziś decyzji ETPC, to jakich wyroków nie będzie respektować jutro? – pyta Gregorczyk–Abram.

MSZ o sprawie Czeczena: Nie spełnił warunków

Co na to MSZ? W oświadczeniu potwierdza, że otrzymało zarządzenie Trybunału i zwróciło się do straży granicznej o jej wykonanie. Winą obciąża jednak cudzoziemca. Pisze, że jako powód wjazdu do Polski wskazać miał uchylanie się od wymiaru sprawiedliwości (czeczeński wymiar sprawiedliwości to służby Ramzana Kadyrowa, które więżą i torturują ludzi). Miał też dodać, że zamierza wyjechać do Niemiec, i nie wskazać, że szuka ochrony międzynarodowej.

– Nie wierzę, że mój klient 28 razy zapomniał powiedzieć o prześladowaniach i o tym, że poszukuje ochrony. Napisał przecież odręczny wniosek, w którym o nią prosi. Jego pierwszą stronę wysłaliśmy do Trybunału. Ma bardzo dobrze udokumentowaną historię prześladowań, dlatego ETPC zdecydował o zastosowaniu tego wyjątkowego środka – mówi adwokatka. Zweryfikować słowa MSZ jest jednak trudno, bo rozmowy z cudzoziemcami odbywają się bez świadków.

Resort twierdzi też, że cudzoziemiec nie przekroczył granicy Polski, a więc nie mógł być z niej wydalony. Gregorczyk-Abram zauważa jednak, że jego sprawę rozpatrywała polska straż graniczna, a więc w tym momencie znajdował się pod polską jurysdykcją.

Eksperci: Polska złamała prawo

– Polska musi wykonywać decyzje Trybunału – podkreśla dr Sylwia Spurek, zastępca rzecznika praw obywatelskich. – Niewykonanie zarządzenia może spowodować, że Polska będzie postrzegana jako państwo, które tylko teoretycznie przestrzega praw człowieka – ocenia.

– Nie spotkałem się dotychczas z taką sytuacją – przyznaje Jacek Białas z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. – Liczyłem, że Polska będzie wpuszczać osoby z takim zarządzeniem. Złamała prawo w otwarty sposób – mówi.

MSZ zaznacza, że zamierza wyjaśnić sytuację „wnioskowania przez skarżących o wydanie zarządzenia tymczasowego w celu wymuszenia zgody na wjazd do Polski”. Tydzień wcześniej polskie służby przychyliły się do interim measure wydanego w analogicznej sytuacji na wniosek białoruskiego prawnika. Czeczeńska rodzina, której dotyczyło zarządzenie, została wpuszczona. – Wtedy udało się przez zaskoczenie – mówi Maria Książak z fundacji Międzynarodowa Inicjatywa Humanitarna, która pomaga uchodźcom w Brześciu.

Gregorczyk-Abram mówi, że adwokaci będą dalej pisać wnioski do Trybunału w sprawie uchodźców. – To dla nich jedyna szansa. Po 90 dniach pobytu na Białorusi tym ludziom grozi deportacja do Rosji. Nie możemy na to pozwolić – mówi.

***

Ludmiła Anannikova: Interesują Cię tematy związane z polityką społeczną, mniejszościami, dyskryminacją? Lubisz o nich czytać i dyskutować? Zapraszam na mój profil na Facebooku!

wyborcza.pl

12 CZERWCA 2017

Macierewicz twierdzi, że MAK potwierdza teorię „rozpadu” tupolewa. Brawurowe przekłamanie smoleńskie

Antoni Macierewicz w niespotykany – nawet u tego polityka – sposób przekręca wywiad Aleksieja Morozowa, przewodniczącego Komisji Technicznej MAK. Rosjanie – twierdzi – zgodzili się z teorią, że rządowy Tu-154M rozpadł się w powietrzu. Zamiast tej szarży interpretacyjnej, powinien wyjaśnić, jak doszło do zatajenia przez komisję smoleńską ustaleń WAT

Minister obrony narodowej Antoni Macierewicz w cotygodniowym wideofelietonie dla TV Trwam ogłosił rewelacje na temat wywiadu, jakiego Aleksiej Morozow, przewodniczący Komisji Technicznej MAK do badania przyczyn katastrofy Tu-154M udzielił portalowi Sputnik.pl. Polskojęzyczny portal jest jedną z inicjatyw potężnej agencji informacyjnej, która eksportuje do wielu krajów kremlowski punkt widzenia.

Zdaniem ministra Rosjanin „przyznał się”, że „doszło do rozpadu samolotu już przed uderzeniem w ziemię”. A także „potwierdził analizy komisji smoleńskiej”.

Już sama teza, że organ rosyjskiej propagandy wspiera teorię smoleńskiego zamachu, a ekspert MAk zaprzecza ustaleniom własnej komisji może przyprawić o zawrót głowy. Zdumienie jeszcze rośnie, gdy zajrzeć do wywiadu Morozowa, który w jednoznaczny i klarowny sposób mówi coś dokładnie przeciwnego.

Macierewicz jest najwyraźniej gotów na przekłamania tej skali, w dodatku kompromitujące i potencjalnie kłopotliwe w skali międzynarodowej, byle tylko ratować w Polsce wiarę w spiskową teorię zamachu w Smoleńsku. A ta wiara spada, z 30 proc. i więcej w latach 2012-2015 do 18 proc. w kwietniu 2017.


Przeczytaj też:

„Smoleńsk”. To nie był zamach, to były zamachy

PIOTR PACEWICZ  10 WRZEŚNIA 2016


Morozow: „rozpad” zaczął się bo samolot uderzył w brzozę


Dobrze, że [Morozow] przyznał się, iż doszło do rozpadu samolotu już przed uderzeniem w ziemię. Dobrze, że [Morozow] potwierdził analizy komisji smoleńskiej prowadzonej przez pana prof. Nowaczyka

Antoni Macierewicz, TV Trwam – 08/06/2017

fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta


MINISTER ZMANIPULOWAŁ I CAŁKOWICIE ODWRÓCIŁ SENS WYPOWIEDZI MOROZOWA


Szef MON wyciągnął wypowiedź przewodniczącego MAK z kontekstu. Faktycznie Morozow mówi o rozpadzie samolotu, ale jako ostatnim etapie katastrofy wywołanej przez błędy polskich pilotów (tradycyjnie pomija rolę rosyjskich nawigatorów). Kluczową rolę w rozpadzie samolotu odegrała osławiona brzoza.

Morozow wyraźnie mówi, że „właśnie to uderzenie [w brzozę] zapoczątkowało rozpad statku powietrznego. Żadnych wątpliwości co do tego nie ma”.

W wyniku uderzenia w brzozę została oderwana część lewego skrzydła samolotu. Po utracie skrzydła „katastrofa była już nieodwracalna”. Samolot zaczął się odwracać, a piloci całkowicie stracili kontrolę.

„Pierwsze fragmenty samolotu zostały znalezione akurat w pobliżu brzozy i w niej samej” – stwierdza Morozow. Na potwierdzenie zaznacza, że w drzewie znaleziono szczątki skrzydła samolotu. A w skrzydle — drzazgi brzozy. „Z całą odpowiedzialnością oświadczam, że żadnych fragmentów zarówno w odległości 30, jak i 60 m nie było”.

W tym ostatnim Morozow się myli, bo jeden lub dwa fragmenty poszycia kadłuba samolotu rzeczywiście znaleziono w odległości kilkudziesięciu metrów przez brzozą. Było to wynikiem trzykrotnego zahaczania przez prezydencki samolot o wcześniejsze drzewa. To zahaczanie jest udokumentowane zdjęciami uszkodzonych drzew (zamieszczonymi w załącznikach do raportu Millera) oraz zapisem odgłosówtych zahaczeń nagranych w kokpicie.


Przeczytaj też:

Rozwiązanie zagadki 60 metrów. Nobel od Macierewicza dla OKO.press

PIOTR PACEWICZ  22 PAŹDZIERNIKA 2016


Morozow: wybuchu nie było

Przewodniczący MAK przypomniał, że przyczyną katastrofy było zejście samolotu na zbyt niską wysokość. Piloci sprowadzali maszynę w dół, poniżej bezpiecznej wysokości 100 metrów, choć nie widzieli znaków naziemnych lądowiska. „Dodam, że do podobnego wniosku doszła komisja Millera” – mówi Morozow. I tu ma rację.

Morozow wprost polemizuje z teorią wybuchu i kategorycznie ją wyklucza. „Ekspertyzy balistyczne i pirotechniczne przeprowadzone przez rosyjskich ekspertów nie wykryły żadnych śladów substancji wybuchowych”.

„Podczas katastrofy w Smoleńsku ani charakter rozrzucenia szczątków, ani ich stan (zadane uszkodzenia), ani charakter zapisów środków obiektywnej kontroli nie potwierdzają wersji wybuchu na pokładzie samolotu, ani jego rozpadu w powietrzu przed uderzeniem w przeszkodę” – argumentuje Morozow.


Przeczytaj też:

Katastrofa katastrofy smoleńskiej. Prokuratura Ziobry nie potwierdza wybuchu/ów Macierewicza

ROBERT JURSZO  4 KWIETNIA 2017


Czego Macierewicz nie wyjaśnia

Macierewicz – jak widać desperacko – szuka argumentów na rzecz teorii wybuchu. W ostatniej wersji były to trzy wybuchy ładunków termobarycznych: w centropłacie, na skrzydle i w kabinie. To te wybuchy a nie uderzenie w brzozę ostatecznie spowodowały katastrofę – głosił raport podkomisji smoleńskiej z 10 kwietnia 2017. „Oderwanie lewego skrzydła na długości 6 metrów nie może spowodować obrotu samolotu i przeszkodzić w jego dalszym locie” – mówił narrator filmu podsumowującego raport, wprowadzając w konsternację specjalistów.

OKO.press demaskowało już manipulacje podczas eksperymentów z wybuchającą makietą samolotu.


Przeczytaj też:

Namalowane okna nie tłuką się przy wybuchu. Genialny wynalazek podkomisji smoleńskiej

ROBERT JURSZO  11 KWIETNIA 2017


Rewelacje o bombie barycznej i inne wnioski raportu z 10 kwietnia 2017 miały być oparte na badaniach przeprowadzonych w Wojskowej Akademii Technicznej.

Ale dziennikarze TVN dotarli do oryginalnego opracowania naukowców WAT, z którego wprost wynika, że rządowy Tu-154M pod uderzeniu w brzozę się obracał. „Zamówiono ekspertyzę u fachowców i ci fachowcy tę ekspertyzę wykonali” – mówił TVN Robert Konieczko, wykładowca na Politechnice Ślaskiej i ekspert lotniczy.

„Jeżeli wynik ich pracy nie dość, że zatajono, nie podano do publicznej informacji, a w dodatku podano w zupełnie przeciwnym znaczeniu, czyli przekłamano, to jest coś strasznego. Tak się nie postępuje” – dodał.

I jeszcze kłamstewko: Nowaczyk nie jest profesorem

W wideofelietonie Antoni Macierewicz nazwał „profesorem” Kazimierza Nowaczyka, przewodniczącego Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego pod Smoleńskiem, po dymisji i „ucieczce do USA” Wacława Berczyńskiego. Macierewicz robił to już wcześniej.


Przeczytaj też:

Człowiek, który wymyślił wybuch. Dr Kazimierz Nowaczyk, nowy Berczyński ministra Macierewicza

ROBERT JURSZO  27 KWIETNIA 2017


Tymczasem Nowaczyk jest tylko doktorem. W latach 90. próbował się habilitować, ale jego rozprawa została odrzucona przez Radę Instytutu Fizyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

Profesorem tytułował również pierwszego przewodniczącego podkomisji smoleńskiej, dr. Wacława Berczyńskiego. On również nie ma habilitacji.


https://oko.press/macierewicz-twierdzi-ze-mak-potwierdza-teorie-rozpadu-tupolewa-brawurowe-przeklamanie-smolenskie/

Kempa: -Pojechałam z Warszawy do Oleśnicy na lody, bo tam są najlepsze, ale pomyliłam adres i trafiłam na komendę policji…

 

http://wpolityce.pl/smolensk/343913-medal-piety-smolenskiej-wreczony-ks-abp-markowi-jedraszewskiemu-zdjecia

PONIEDZIAŁEK, 12 CZERWCA 2017

PO pyta Kempę, co robiła na komendzie w Oleśnicy i apeluje o informowanie o nieprawidłowościach w policji

11:31

PO pyta Kempę, co robiła na komendzie w Oleśnicy i apeluje o informowanie o nieprawidłowościach w policji

Jak mówił Grzegorz Schetyna na konferencji w Sejmie:

„Spotykamy się, żeby opisać tę rzeczywistość ostatnich dni. Chcemy powiedzieć o informacjach, które przynoszą dzisiejsze media – „Newsweek”, a wcześniej prasa lokalna na Dolnym Śląsku. Mówię o tym w kontekście aktywności minister Kempy i tego wszystkiego, co słyszeliśmy przez ostatnie dni, włącznie z powiadomieniem i wnioskami do prokuratury przeciwko parlamentarzystom PO. Chcę bardzo wyraźnie powiedzieć, że aktywność – co jest powszechną wiedzą na Dolnym Śląsku – minister Kempy w polityce personalnej, kadrowej, ale nie tylko jej, ale też dolnośląskich parlamentarzystów PiS-u potwierdza zaangażowanie w politykę kadrową policji nie tylko ministra Zielińskiego, ale także wielu parlamentarzystów PiS z całym kraju. To kompletna patologia i trzeba to absolutnie przeciąć. Nie będzie zgody na to, aby partyjny wiceminister Zieliński poza komendantem głównym, razem z komendantami wojewódzkimi prowadził politykę kadrową. Powiem więcej: wymuszał pewne personalne decyzje związane z aktywnością czy opiniami polityków PiS. Nie jesteśmy w trzecim świecie. Wymagane są standardy i mówię to także jako były szef MSWiA”

Jak mówił dalej:

„Bardzo wyraźnie pytamy: co robiła minister Kempa tego krytycznego dnia, do czego nie chciała się przyznać, co robiła na komendzie powiatowej w Oleśnicy? Czy informowała, przywoziła informacje z narady, która odbyła się na Nowogrodzkiej? Czy rozmawiała o awansach kadrowych, czy też – jak mówią niektórzy – chciała przygotowywać funkcjonariuszy do postępowania wyjaśniającego i kontrolującego, które w policji istnieje? Chcę wyraźnie powiedzieć: tej sprawy nie zostawimy. Wiemy, że tych decyzji i tej aktywności było wiele. Dzisiaj [rozszerzamy działalność] Biura Interwencji Obywatelskiej, otwieramy aktywność naszych parlamentarzystów w skali całego kraju w biurach poselskich i senatorskich. Chodzi nam o informacje, żeby ci wszyscy, którzy mają informacje o nieprawidłowościach, które dzieją się w policji, ale także innych służbach, żeby informować parlamentarzystów. Jutro przedstawimy konkretne nazwiska ludzi parlamentarzystów, którzy koordynować tę aktywność w województwach i powiatach”

Schetyna – jak mówił – domaga się dymisji Beaty Kempy i informacji premier Szydło na następnym posiedzeniu o patologiach, do których doprowadziły rządy PiS w policji.

Z kolei Andrzej Halicki zapowiedział, że PO jeszcze raz złoży projekt zmian w Prawie o zgromadzeniach, które przywraca poprzednie przepisy.

300polityka.pl

Siedlecka i Frasyniuk a los Kaczyńskiego

Siedlecka i Frasyniuk a los Kaczyńskiego

Publicystka prawna „Polityki” i „Wyborczej” Ewa Siedlecka została wczoraj – podczas zorganizowanej przez Obywateli RP blokady miesięcznicy smoleńskiej – wyniesiona przez policjantów wcześniej niż Władysław Frasyniuk. Była drugą osobą, która przeniesiono z miejsca protestu na miejsce kontrolowane przez policję. Po chwili „dołączył”  do niej i innych przeniesionych legendarny lider „Solidarności”, też przeniesiony Frasyniuk.

Siedlecka opisała, jak przebiegał protest, także opowiedziała o tym portalowi OKO.press tuż po 2-godzinnym „zwolnieniu” jej przez policję. Policji na Krakowskim Przedmieściu było mrowie (zjazd policjantów z całego kraju), można tę ilość porównać do mrowia milicjantów w Grudniu 1970, gdy pacyfikowane były protesty robotników na Wybrzeżu. Nawiasem: przestępcy w tym czasie w całym kraju mają używanie.

Siedlecka opowiada, że nie dopuszczono do nich adwokatów, a to kolejne bezprawne działanie policji. Świadomie używam pojęcia „przeniesieni”, bo to faktycznie był areszt. Siedlecka i Frasyniuk byli izolowani od innych protestujących, byli otoczeni kordonem policji i adwokaci nie mieli do nich dostepu.

Jest to kwalifikacja aresztu. Zarówno Siedlecką, jak i innych postraszono 500 złotowym mandatem, odmówili przyjęcia, więc zostanie uruchomiona procedura sądowa. Frasyniukowi nawet grozi do 3 lat więzienia, bo PiS (przecież nie policja) dopatrzyło się naruszenia „nietykalności policjanta”.

To są strachy na Lachy, bo każdy ma prawo się bronić – szczególnie przed policjantem – gdy ten postępuje brutalnie, albo ofiara może obawiać się użycia paralizatora przez policjanta. Siedlecka zapowiada, iż weźmie udział w takim samym proteście za miesiąc.

Wchodzimy w kolejny etap państwa zarządzanego przez PiS. Magdalena Środa uważa, że pomału przechodzimy z ustroju dyktatorskiego w totalitarny. Nie jest to żadna przesada. Ale ta przemiana ustrojowa świadczy, iż zmierzamy do jakiegoś rozstrzygnięcia. Polska to jednak nie jest Rosja Putina, ani Turcja Erdogana, a to pokazuje kierunek, a w zasadzie los, jaki czeka Kaczyńskiego.

Waldemar Mystkowski

http://natemat.pl/210175,z-tej-strony-prezesa-nie-znaliscie-kaczynski-uwielbia-donosy-listy-a-szczegolnie-obyczaowe-ploteczki

http://natemat.pl/210191,brudzinski-klamie-porownano-zyski-pzu-z-kilku-poprzednich-lat-nie-wyglada-to-tak-dobrze-jak-mowi-wicemarszalek

To jest jednak niesamowite, że prezydent nie zna konstytucji i swoją słabość próbuje tłumaczyć słabością ustawy zasadniczej.

 

Duda: To absurd, że prezydent jest nazywany zwierzchnikiem armii

dafa, 12.06.2017

Prezydent Andrzej Duda

Prezydent Andrzej Duda (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Absurdem jest, że prezydent jest nazywany najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych, a w okresie pokoju całe swoje zwierzchnictwo wykonuje za pośrednictwem ministra obrony, czyli nie ma w zasadzie żadnej samodzielne kompetencji – mówi Andrzej Duda w wywiadzie dla „Super Expressu”.

Rozmowa z prezydentem poświęcona jest przede wszystkim planom przyszłorocznego referendum w sprawie urzędu prezydenta. Andrzej Duda zdradza w niej, że w referendum pojawi się kilkanaście pytań. Precyzuje też, o co chce zapytać Polaków. Jednym z pytań będzie kwestia modelu prezydentury.

„Polacy określą czy chcą wybierać prezydenta w wyborach powszechnych, tak jak jest teraz, czy przez Zgromadzenie Narodowe jak jest w innych krajach” – tłumaczy Andrzej Duda.

Jasno miałyby też zostać określone kompetencje głowy państwa m.in. w kwestii zwierzchnictwa nad armią. „Absurdem jest, że prezydent jest nazywany najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych, a w okresie pokoju całe swoje zwierzchnictwo wykonuje za pośrednictwem ministra obrony, czyli nie ma w zasadzie żadnej samodzielne kompetencji” – stwierdził Duda i dodał:

Uważam, że pozycja prezydenta powinna być silniejsza, bo albo to jest zwierzchnictwo, albo nie

Potwierdził także, że obok referendum, w którym Polacy mieliby opowiedzieć się za konkretnym modelem prezydentury, planuje zorganizowanie jeszcze jednego, dotyczącego kwestii przyjmowania uchodźców. „W 2019 roku mamy nowe wybory parlamentarne, nie wiemy, kogo wybiorą Polacy, nie wiemy, jaki będzie nowy rząd, dlatego chce, żeby przy tych wyborach Polacy odpowiedzieli na pytanie, czy zgadają się na przymusową relokację czy nie” – powiedział Duda.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114871,21948278,duda-to-absurd-ze-prezydent-jest-nazywany-zwierzchnikiem-armii.html#BoxNewsLinkZ39&a=66&c=61
PONIEDZIAŁEK, 12 CZERWCA 2017

STAN GRY: Duda o zbyt małych kompetencjach ws wojska i taśmach, Fakt: Sadurska robiła chaos, Gazety o Ukraińcach na rynku pracy

PREZYDENT ANDRZEJ DUDA NA PYTANIE NACZELNEGO SE O PYTANIA REFERENDALNE ZAPOWIADA KONSULTACJE Z SZEFEM SOLIDARNOŚCI: “Te pytania, które dotyczą urzędu prezydenta, mam, natomiast jest wiele innych dziedzin, o które można zapytać i chcę prowadzić szerokie konsultacje w tej sprawie. Jestem już na przykład umówiony wstępnie z przewodniczącym NSZZ „Solidarność” z panem Piotrem Dudą, bo z punktu widzenia tej organizacji broniącej i reprezentującej pracowników interesujące są kwestie choćby ochrony wieku emerytalnego. Dotychczasowa konstytucja nie uchroniła Polaków przed podniesieniem tego wieku. Zwykłą ustawą większość sejmowa mimo protestów społecznych podniosła wiek emerytalny”.

DUDA O REFERENDUM WS UCHODŹCÓW: “Dziś odpowiedź jest bardzo prosta, polski rząd absolutnie nie zgadza się na żadną relokację uchodźców. I ma tu moje pełne poparcie. Nie zgodzę się na to, żeby ludzie byli przymusowo do Polski przywożeni. W 2019 r. mamy nowe wybory parlamentarne, nie wiemy, kogo wybiorą Polacy, nie wiemy, jaki będzie nowy rząd, dlatego chcę, żeby przy tych wyborach Polacy odpowiedzieli właśnie na to pytanie, czy zgadzają się na taką przymusową relokację, czy nie. Takie referendum zarządzę właśnie w dniu wyborów parlamentarnych, ponieważ to najbardziej odpowiedni moment. Rozmawiałem już na ten temat z marszałkami Sejmu i Senatu”.

DUDA O KOMPETENCJACH PREZYDENTA W DZIEDZINIE SIŁ ZBROJNYCH: “Absurdem jest, że prezydent jest nazywany najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych, a w okresie pokoju swoje całe zwierzchnictwo wykonuje za pośrednictwem ministra obrony narodowej, czyli nie ma w zasadzie żadnej samodzielnej kompetencji”.

DUDA O TAŚMACH – ŻENUJĄCE ROZMOWY: “Słyszałem, czytałem. Ludzie związani z obecną opozycją, którzy wysłali na siedzibę tygodnika „Wprost” ABW, żeby skonfiskowała taśmy, teraz mówią o zagrożeniu wolności mediów w Polsce. Te tak zwane taśmy księdza Sowy, z bardzo niewyszukanym językiem, z rozmowami, które nie powinny mieć miejsca, oceniam jako żenujące”. http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/prezydent-andrzej-duda-w-specjalnym-wywiadzie-dla-se-beda-dwa-referenda_1000993.html

CZESKI PARLAMENT PRZECIW BESTIALSKIEMU ZABIJANIU ZWIERZĄT NA FUTRA: “Wstrząsające ujęcia lisów i norek uśmiercanych gazem nakręcone przez aktywistów walczących o zakaz działania ferm zwierząt futerkowych stały się kroplą, która przelała czarę goryczy. Czeski parlament przyjął kilka dni temu ustawę zakazującą funkcjonowania tej dochodowej działalności”. http://wyborcza.pl/7,75399,21946317,czeski-parlament-wydal-zakaz-funkcjonowania-ferm-futrzarskich.html

PLATFORMA TRACI 6 PKT. W BADANIU DLA SE: PiS 32 (+2), PO 22 (-6), KUKIZ 14, SLD 12, NOWOCZESNA 9, RAZEM 5. http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/sondaz-ekshumacje-pograzyly-platforme_1000897.html

PROSZĘ WSTAĆ! MIESIĘCZNICA IDZIE – tytuł w GW.

FRASYNIUK DLA WYBORCZA.PL: “Tak, jestem agentem, agentem polskiego społeczeństwa, które odwołuje się do pierwszej Solidarności, jestem agentem Unii Europejskiej, czyli liberalnej demokracji; Ty, Jarku, jesteś prostym parobkiem Putina, który destabilizuje nie tylko polskie państwo, ale i Europę”. http://wyborcza.pl/10,82983,21947170,wladyslaw-frasyniuk-do-jaroslawa-kaczynskiego-tak-jestem-agentem.html

EWA SIEDLECKA: SIEDZIAŁAM ZA WOLNOŚĆ I ZA MIESIĄC ZNÓW USIĄDĘ – PISZE W GW: “W sobotę usiadłam na Krakowskim Przedmieściu nie przeciw smoleńskiemu pochodowi, tylko przeciw nadużyciom władzy. Bo to władza działa bezprawnie, ograniczając wolność do zgromadzeń wbrew konstytucji i międzynarodowym konwencjom”. http://wyborcza.pl/7,75398,21945393,ewa-siedlecka-o-miesiecznicy-smolenskiej-na-krakowskim-przedmiesciu.html

NIE O DEMOKRACJĘ TU IDZIE – Przemysław Harczuk w SE: “Niezależnie od poglądów politycznych, warto pamiętać o jednym – w Smoleńsku naprawdę zginęli ludzie. A zakłócanie oddania im czci nie jest zgodne ani z naszą cywilizacją, ani nie ma nic wspólnego z walką o demokrację i praworządność”. http://www.se.pl/wiadomosci/opinie/harczuk-o-zadyme-nie-demokracje-tu-chodzi_1001139.html

LUDZI PLATFORMY ŁĄCZY JEDNO – KASA – Joanna Lichocka w GPC: “Opublikowane kilka dni temu kolejne nagrania z restauracji Sowa i Przyjaciele przywracają właściwy obraz postkomuny. Ludzi Platformy Obywatelskiej łączy jedno – kasa. Każda instytucja, każde stanowisko jest obsadzane z myślą o tym, ile z tego można wyciągnąć. Państwo dla tej ekipy to wielkie żerowisko. Rządzi się po to, aby mieć. Weźmy choćby taki przykład. Rozmówcy dzielą się wiedzą, że właśnie były skarbnik PO i sekretarz generalny tej partii szykowany jest do zarządu TVP i ma odpowiadać za dział reklamy”. http://gpcodziennie.pl/65058-kasaiprzyjacielezpo.html

ROBIŁA CHAOS W KANCELARII TERAZ MA RZĄDZIĆ W PZU? – Fakt: “– Wprowadziła biurokrację, kazała pisać raporty. Więcej czasu było na to potrzeba niż na pracę – opowiada nam polityk z otoczenia Andrzeja Dudy (45 l.). – Przez nią w Kancelarii panował jeden wielki zamęt, były nawet problemy z prezydenckimi delegacjami – dodaje”. http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/malgorzata-sadurska-nie-byla-najlepsza-szefowa-prezydenckiej-kancelarii/h9y79vr

KTO MA PRACOWAĆ NA DOBROBYT JEŚLI WSZYSCY PRZEJDĄ NA EMERYTURĘ? – Leszek Kostrzewski w GW: “Czym skończą się pomysły prezydenta? Morawiecki świata nie podbije. Nielicznym pracującym trzeba będzie podnieść podatki i ograniczać inwestycje, bo większość kasy z budżetu pójdzie na sztywne wydatki emerytalno-socjalne”. http://wyborcza.pl/7,155287,21947320,cuda-to-sie-nie-uda.html

DEMONTAŻ PAŃSTWA METODĄ NA TRYBUNAŁ – Barbara Kacprzycka w DGP: “Jeżeli Trybuna Konstytucyjny faktycznie uzna, że kierowanie pytań prawnych do Sądu Najwyższego (a rykoszetem dostanie też NSA) jest niezgodne z konstytucją, zdemoluje utrwalony mechanizm porządkowania prawa i ujednolicania jego stosowania”. http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/552020,sad-najwyzszy-trybunal-konstytucyjny-pis.html

POLSKA ZAPŁACI ZA TRUMPA – Jacek Żakowski w GW: “Polska zapłaci m.in. szerszym otwarciem na GMO, łatwiejszą obroną węgla i większym osamotnieniem w Unii, której zachodnia i południowa większość ze strachu przed Trumpem i jego sojuszem z Rosją bardziej się zintegruje, odsunie się od Ukrainy, uzna nas za strefę buforową. Wszystko to wiadomo od dawna. Od piątku wiemy coś jeszcze. Bo wiele wskazuje, że również PiS musiał zapłacić za Trumpa. Konkretnie za jego lipcową wizytę w Polsce. I to nie naszymi pieniędzmi, którymi próbuje przekupić Amerykanów, obiecując im zakupy militarne”. http://wyborcza.pl/7,75968,21946594,ile-kosztuje-trump.html

FIRMY WALCZĄ O UKRAIŃCÓW – jedynka RZ.

STWÓRZMY LEPSZE WARUNKI UKRAIŃCOM – Krzysztof Adam Kowalczyk w RZ: “Dlatego, jeśli chcemy zatrzymać Ukraińców w Polsce, musimy im zaoferować znacznie lepsze warunki niż dziś. Pierwszy krok to darmowe studia, np. w zamian za zobowiązanie do przepracowania pięciu lat nad Wisłą. Drugi, dużo ważniejszy, to karta stałego pobytu. Cudzoziemski pracownik będzie szukał legalnej pracy, płacił podatki i składki ZUS tylko wtedy, gdy zwiąże z naszym krajem swoje życiowe plany. Oznacza to także – nacjonaliści z obu stron granicy mnie przeklną – możliwość uzyskania z biegiem lat polskiego obywatelstwa. Stwórzmy podobną ścieżkę do tej, z jakiej korzystają Polacy w Wielkiej Brytanii, gdzie mają prawo do naturalizacji po pięciu latach. Bez takich warunków minimum pracujący u nas Ukraińcy z biegiem czasu wyjadą na Zachód”. http://www.rp.pl/Blogi/306119938-Krzysztof-Adam-Kowalczyk-Zanim-Ukraincy-wyjada.html

POLSKI RZĄD MA PROBLEM Z WYPRACOWANIEM STRATEGII MIGRACYJNEJ – Marek Chądzyński i Grzegorz Osiecki w DGP: “Ale na razie prace zamarły. Zgodnie z kompetencjami za politykę migracyjną odpowiada MSWiA, które kładzie największy nacisk na kwestie bezpieczeństwa, ochrony granic i polityki azylowej. Jeśli chodzi o temat wpływu na rynek pracy i spojrzenia na migracje, jako uzupełnienie niekorzystnych trendów demograficznych, decydującą rolę gra resort rozwoju. Jak wynika z naszych informacji, obie strony czekają na rozstrzygnięcie przez Radę Ministrów. Chodzi o ustalenie czytelnego podziału i danie zielonego światła do przygotowania obu filarów strategii. Kiedy decyzja zostanie podjęta, nie wiadomo”. http://forsal.pl/gospodarka/polityka/artykuly/1050078,ue-otwiera-granice-dla-ukraincow-strategia-migracyjna-polski.html

WS NORDSTREAM 2 POLSKA PRZEGRAŁA 27:1 – Karolina Baca-Pogorzelska w DGP: “Donald Tusk zaklinał Komisję Europejską, by nie godziła się na Nord Stream 2. W piątek jednak Polska przegrała w Brukseli znów stosunkiem głosów 1:27”. http://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/552026,donald-tusk-komisja-europejska-nord-stream-2.html

RZ O MOŻLIWYCH ROSZADACH W ORLENIE: “Chodzi m.in. o Sławomira Jędrzejczyka, wiceprezesa ds. finansowych, który tę funkcje sprawuje od dziewięciu lat. Niepewny może być los Piotra Chełmińskiego, członka zarządu ds. rozwoju i energetyki, który w ścisłym kierownictwie płockiego koncernu jest od 2012 r. Wreszcie Krystian Pater jest w zarządzie od 2007 r. Dziś pewny swojego stanowiska może być tylko prezes Wojciech Jasiński, przez lata bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego, prezesa PiS”. http://www.rp.pl/Energianews/306119945-W-Orlenie-moze-dojsc-do-zmian-w-zarzadzie.html#ap-1

MICHAŁ CHYCZEWSKI PREZESEM ALIORA? – GW: “W nocy z piątku na sobotę rada nadzorcza Alior Banku powołała do zarządu Katarzynę Sułkowską, Michała Chyczewskiego oraz Filipa Gorczycę. Z informacji „Wyborczej” wynika, że fotel prezesa zajmie Michał Chyczewski”. http://wyborcza.pl/7,155287,21942280,karuzela-kadrowa-w-panstwowych-bankach-jest-nowy-zarzad-alior.html

KRUPIŃSKI DO PEKAO? – Maciej Rudke w RZ: “Nie przedstawiono podczas piątkowych obrad kandydatury na następcę Lovaglio, ale jak wskazuje nasz rozmówca, w banku był widziany Michał Krupiński, odwołany nagle w marcu były prezes PZU i obecny szef rady nadzorczej Aliora, o którym mówiło się, że mógłby przejąć stery Pekao. Mówiło się, że były dwie opcje dotyczące losów zarządu tego drugiego co do wielkości banku w Polsce: albo polsko-włoski zarząd z Lovaglio na czele zostanie odwołany natychmiast (na co wskazywałby układ sił w radzie nadzorczej składającej się z przedstawicieli PZU, premier Beaty Szydło i PFR), albo zarząd będzie zmieniany stopniowo, aby nowi menedżerowie mieli czas na poznanie banku. – Jak widać, postawiono na tę pierwszą opcję. Zastanawiające jest to, że nadzór, mimo że nie ma w nim niezależnych członków, nie odwołał prezesa Lovaglio już w piątek – komentuje jeden z analityków. Z naszych informacji wynika, że sprzeciwili się temu przedstawiciele PFR (jest ich trzech)”. http://www.rp.pl/Banki/170619997-Nieudana-rewolucja-w-Pekao.html

ROCZNICA ŚMIERCI PROF. CEZAREGO WODZIŃSKIEGO.

300polityka.pl

PONIEDZIAŁEK, 12 CZERWCA 2017

08:58

Łoziński: Kijowski był człowiekiem słabym i trochę naiwnym. Otoczył się dość obrzydliwymi ludźmi

Mateusz [Kijowski] był człowiekiem słabym, trochę naiwnym, może nie do końca samego uczciwym, ale nie w jakimś dramatycznym stopniu. Otoczył się dość obrzydliwymi ludźmi po prostu, którzy stanowią jego bliskie otoczenie – mówił Krzysztof Łoziński w rozmowie z Konradem Piaseckim w Gościu Radia Zet.

08:46

Łoziński: Byłoby bardzo dobrze, gdyby Władek Frasyniuk stanął na czele zjednoczonej opozycji 

Władek przede wszystkim nie należy. To się od tego zaczyna. Gdyby on chciał stanąć na czele [KOD-u] i było to możliwe, czemu nie? Nie przyszedłem tu dla osobistej kariery. Mój osobisty interes jest dokładnie odwrotny niż angażowanie się w tę walkę. Przyszedłem z poczucia obowiązku – mówił Krzysztof Łoziński w rozmowie z Konradem Piaseckim w Gościu Radia Zet. jak stwierdził:

„Frasyniuk deklarował, że nie chce wracać do polityki. Rozumiem go, ale obawiam się, że rzeczywistość jest taka, że polityka przyszła do niego. Też nie chciałem wracać, a polityka mnie wciągnęła. Nie było to zaplanowane”

Byłoby bardzo dobrze, gdyby Władek Frasyniuk stanął na czele zjednoczonej opozycji – dodał.

08:41

Łoziński: Demokracji w Polsce już nie ma. Rządzi jeden facet – człowiek skrajnie nieuczciwy. Jest nieukiem, ale za to wszechstronnym

KOD ma w tej chwili za sobą 5 miesięcy ciężkiego kryzysu, z którego staram się ten ruch wyprowadzić – mówił Krzysztof Łoziński w rozmowie z Konradem Piaseckim w Gościu Radia Zet.

Jak dodał: – Demokracji w Polsce już nie ma. To warto zauważyć. Rządzi jeden facet – człowiek skrajnie nieuczciwy. Człowiek, który jest nieukiem, ale za to wszechstronnym i rządzi w sposób bardzo niedobry. Niszczy kraj.

08:37

Łoziński: Kaczyński nie był członkiem „Solidarności”. Nie zapisał się

Jarosław Kaczyński nie należał do „Solidarności”. Trzeba to jasno mówić. Kaczyński nie zapisał się do „Solidarności”. Był pracownikiem biurowym, nie był członkiem „Solidarności”. Nie zapisał się. To dość jasne, bo mógł się zapisać tylko w miejscu pracy, czyli na UW. Maciek Jankowski, który był szefem „Solidarności” na UW potwierdza, że się nie zapisał – mówił Krzysztof Łoziński w rozmowie z Konradem Piaseckim w Gościu Radia Zet.

08:34

Łoziński: Mamy próbę wprowadzenia dyktatury w Polsce. To bardzo ciężkie przestępstwo, zagrożone karą od 10 lat do dożywocia

To bardzo ciężkie przestępstwo, zagrożone karą od 10 lat do dożywocia. To nie jest drobiazg. To próba wprowadzenia w Polsce dyktatury w sposób całkowicie nielegalny, zorganizowany i przemyślany. Mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą przestępczą, która opanowała państwo – mówił Krzysztof Łoziński w rozmowie z Konradem Piaseckim w Gościu Radia Zet.

08:30

Łoziński: Nie doznałem zaszczytu wyniesienia. Robiłem to samo, co Władek, ale się nie przebiłem

Siadałem [w sobotę], blokowałem, natomiast nie doznałem zaszczytu wyniesienia. Robiłem to samo [co Władysław Frasyniuk], ale się nie przebiłem. Byłem krok za Władkiem. Władek się przebił, przeszedł pod liną, a ja zostałem oddzielony przez dużą grupę policjantów – mówił Krzysztof Łoziński w rozmowie z Konradem Piaseckim w Gościu Radia Zet.

08:01

Schetyna: Oczywiście, że byłbym przeciw referendum dot. uchodźców

Nie wiem, co zarządzi prezydent Duda. Jego deklaracje, jakbyśmy mieli przywoływać je z ostatnich 2 lat, to one były najróżniejsze. To absurdalne. Oczywiście, że byłbym przeciw [referendum dot. uchodźców]. Jestem za racjonalną, rzetelną i taką trzeźwą polityką. Trzeba wiedzieć, co chce się zrobić, a nie szukając po omacku tematu, który mógłby medialnie być interesujący – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w „Jeden na jeden” TVN24.

07:53

Schetyna: Obywatelskie nieposłuszeństwo i łamanie prawa jest ostatecznością, ale też trzeba to wziąć pod uwagę

Obywatelskie nieposłuszeństwo, łamanie prawa jest ostatecznością, ale też trzeba to wziąć pod uwagę. Uważam, że sytuacja będzie dojrzewać do tego, żeby ten system wypowiedzenia posłuszeństwa i przeciwko łamaniu prawa przez PiS… Ona [sytuacja] dojrzewa – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w „Jeden na jeden” TVN24.

07:45

Schetyna: Misiewicz i Sadurska to ten sam sposób prowadzenia polityki przez PiS. Wygraliśmy i możemy wszystko

Komentować mogę tylko udział szefowej Kancelarii Prezydenta w napaści na spółki Skarbu Państwa. Świetny tekst Janusza Lewandowskiego o symetrystach, którzy nie znają i nie pamiętając poprzedniej historii, piszą nową. Zupełnie było inaczej. WIdać to w wymiarze konkretu osoba do osoby. Gdyby ktoś za naszych czasów zrobił taką rzecz, jak robi szefowa kancelarii w taki sposób lądując, i to jeszcze tak na skróty, nie chcę używać rano brutalnych słów, to rzeczywiście nikt by nam tego nie odpuścił. Ta sytuacja pokazuje jak w soczewce politykę PiS. Polityka polityką, ale trzeba żyć – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w „Jeden na jeden” TVN24. Jak dodał:

„Jeżeli szef Kancelarii Prezydenta Tomasz Nałęcz przeszedłby do pracy jako wiceprezes PZU, gdyby jakikolwiek urzędnik Bronisława Komorowskiego wylądował w spółce Skarbu Państwa o takim zasięgu jak PZU, jako wiceprezes, bez doświadczeń, tylko po to, żeby zarabiać więcej pieniędzy, zostalibyśmy totalnie zaatakowani przez wszystkie media i opozycję. Dzisiaj mam zastanawiać się nad tym, kto zastąpi Sadurską? Chcę rozmawiać o pani Sadurskiej i o tysiącach Misiewiczów i Sadurskich w SSP. [Misiewicz i Sadurska] to ten sam sposób prowadzenia polityki przez PiS. Wygraliśmy i możemy wszystko”

Później Schetyna poprawił się – szefem KPRP za czasów Komorowskiego był Jacek Michałowski.

300polityka.pl

„Newsweek”: Co ukrywa minister Kempa w sprawie Igora Stachowiaka

12.06.2017

„Newsweek” dotarł do zdjęć, które potwierdzają, że 22 maja, Beata Kempa była w komendzie w Oleśnicy. Spotkała się z jej szefami Robertem Froniem i jego zastępcą Arturem Starmachem. Według rozmówców tygodnika spotkanie Kempy z policjantami trwało ponad pół godziny.

Politycy PO od kilku tygodni domagają się od szefowej Kancelarii Premiera Beaty Kempy odpowiedzi na pytanie, czy to prawda, że 22 maja, w dniu narady u prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego dotyczącej tragedii we wrocławskim komisariacie, odwiedziła oleśnicką komendę. Po tej naradzie zaczyna się seria dymisji w policji – pisze „Newsweek”.

Politycy PO sugerują, że Kempa zna się z szefami oleśnickiej policji. Zamiast odpowiedzieć na pytanie, Kempa w oświadczeniu napisała, że kieruje sprawę do Prokuratury Generalnej, bo poczuła się pomówiona sugestiami posłów PO.

Jednak „Newsweek” dotarł do zdjęć, które potwierdzają, że szefowa Kancelarii Premiera 22 maja była w komendzie w Oleśnicy. Spotkała się z jej szefami Robertem Froniem i jego zastępcą Arturem Starmachem, którzy o godzinie 13 odprowadzają ją do rządowej limuzyny (z tej godziny są zdjęcia). Według rozmówców „Newsweeka” spotkanie Kempy z policjantami trwało ponad pół godziny.

Odkąd PiS objął rządy, jesteśmy upokarzani. Za żadnej władzy nie było tak źle. Każe się nam trzymać mordy w kubeł i straszy zwolnieniem. Awansują znajomi Kempy, bo to ona rozdaje karty – mówi „Newsweekowi” jeden z funkcjonariuszy oleśnickiej komendy. Według policjantów, wizyta pani minister jest w komendzie szeroko komentowana, ale po cichu, bo nikt nie chce się narazić szefostwu. Ich zdaniem Kempa przyjechała po to, żeby się skonsultować w sprawie kandydatów na stanowiska odwołanych szefów wrocławskiej i dolnośląskiej policji.

dziennik.pl

Wybory we Francji. Kolosalna przewaga ruchu Macrona po pierwszej turze

Piotr Moszyński (Paryż, RFI)

12 czerwca 2017 | 06:47

Prezydent Francji Emmanuel Macron, 11 czerwca 2017.

Prezydent Francji Emmanuel Macron, 11 czerwca 2017. (Thibault Camus (AP Photo/Thibault Camus))

Stało się to, co się stać miało. Francuskie sondażownie zapowiadały wysokie zwycięstwo ruchu Republika w Marszu (REM) Emmanuela Macrona w pierwszej turze wyborów parlamentarnych i jest ono rzeczywiście przytłaczające. Sprawdziły się też zapowiedzi niskiej frekwencji i dotkliwej klęski dwóch partii od lat dominujących na francuskiej scenie politycznej.

Dopiero druga tura wyborów, przewidziana na najbliższą niedzielę 18 czerwca, zdecyduje o ostatecznym podziale miejsc w Zgromadzeniu Narodowym (odpowiedniku Sejmu). Jednak wyliczenia wyprowadzane z analizy wyników pierwszej tury wskazują, że ugrupowanie prezydenta Macrona nie tylko będzie tam miało większość, ale że będzie to większość bardzo komfortowa.

Ocenia się, że REM przypadnie od 390 do 430 miejsc w parlamencie liczącym 577 deputowanych, w którym próg większości absolutnej wynosi 289. Następna w tej klasyfikacji partia, Republikanie (umiarkowana prawica), może liczyć na umieszczenie w Zgromadzeniu Narodowym od 85 do 125 posłów, czyli praktycznie cztery razy mniej niż ludzie Macrona.

Ładunek oczekiwań jest ogromy, Macron musi zbudować swoją siłę polityczną – w 3×3 były polski ambasador w Paryżu o francuskich wyborach

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21778510,video.html

Partia Socjalistyczna prawdopodobnie rozpadnie się na mniejsze partyjki

Można jednak powiedzieć, że Republikanie i tak wychodzą obronną ręką z opresji, jeśli weźmie się pod uwagę wynik drugiego z ugrupowań, które dotychczas dominowały we francuskim życiu politycznym – Partii Socjalistycznej (PS). Była ona u władzy przez ostatnie pięć lat, dysponując ponad trzystoma miejscami w izbie niższej parlamentu. Teraz zanosi się na to, że będzie ich miała między 20 a 35. Dziesięciokrotnie mniej!

PS prawdopodobnie rozpadnie się na mniejsze partyjki prowadzone przez skłóconych ze sobą działaczy, których łączyło pełnienie władzy, ale których różnią ambicje osobiste i orientacje polityczne w ramach lewicy. Możliwy jest także rozpad prowadzący do przejścia części działaczy albo do socjalliberalnego ruchu Macrona, albo do radykalnie lewicowej Francji Niepokornej (FI) Jeana-Luca Mélenchona, sprzymierzonej z komunistami (PCF).

Francja Niepokorna, to nowe i dla części lewicy atrakcyjne zjawisko na francuskim firmamencie politycznym. Wprawdzie FI nie udała się próba wprowadzenia Mélenchona do drugiej tury wyborów prezydenckich, ale był tego całkiem blisko. Natomiast w wyborach parlamentarnych ma co prawda notowania niższe od PS, ale wchodząc po raz pierwszy do parlamentu, może jednak liczyć na 11 do 21 miejsc. Gdyby ich było po drugiej turze ponad 15, FI mogłaby nawet założyć własny, samodzielny klub parlamentarny.

Front Narodowy liczył na znacznie więcej

Nie ma na to większych szans skrajnie prawicowy Front Narodowy (FN), który według ocen opartych na wynikach pierwszej tury miałby wprowadzić do Zgromadzenia Narodowego od 3 do 10 deputowanych. To oczywisty postęp w porównaniu z jego dotychczasowym stanem posiadania – dwóch posłów – ale do założenia klubu parlamentarnego to nie wystarczy.

Poza tym ten postęp ma dla FN gorzki smak, bo Front liczył na znacznie więcej. To dla tej partii spore rozczarowanie po sukcesie jej szefowej Marine Le Pen w postaci przejścia do drugiej tury wyborów prezydenckich i po długim okresie uzasadnionych sondażami marzeń o przejęciu we Francji pełni władzy.

Wielu obserwatorów obawiało się, że wyraźnie widoczne znużenie dotychczasową klasą polityczną i jej coraz bardziej masowe odrzucenie przekształci się w równie masowy zwrot elektoratu ku faszyzującym populistom, którzy proponowali urzekająco (choć pozornie) proste remedia na wszystkie bolączki, a także nowe twarze nowych ludzi nieskażonych pełnieniem władzy i udziałem w dotychczasowym systemie.

Takie obawy nie były ani przesadzone, ani bezpodstawne. Jeszcze rok temu wyborcy chcący odwrócić się od owego systemu nie mieli w praktyce innego wyjścia jak pójść za populistami. Nie było dla nich wiarygodnej alternatywy. Pojawiła się ona dość niespodziewanie właśnie rok temu, wraz z założeniem przez Emmanuela Macrona ruchu En Marche! i pojawieniem się pierwszych pogłosek o jego planach odejścia z rządu i startu w wyborach prezydenckich.

Macron wykazał się rewelacyjnym instynktem i talentem politycznym, które pozwoliły mu precyzyjnie wyczuć i oczekiwania społeczeństwa, i moment przystąpienia do ich spełniania, i najskuteczniejsze metody budowania realnej alternatywy zarówno dla skostniałego systemu, jak i dla populistycznych, nacjonalistycznych, antyeuropejskich, a przez to groźnych dla Francji skrajności. Gdyby nie to, bylibyśmy zapewne obecnie świadkami przejmowania pełni władzy przez Front Narodowy.

Wyjątkowo niska frekwencja

Oprócz samych wyników pierwszej tury zwraca uwagę wyjątkowo niska jak na francuskie warunki frekwencja wyborcza. Do urn poszło tym razem tylko 48,41 proc. wyborców. Pięć lat temu, w poprzednich wyborach parlamentarnych, głosujących było znacznie więcej – 57,22 proc.

Liderzy partii, które pozostały daleko w tyle za ruchem Macrona, podnoszą tę kwestię, aby obniżyć wartość sukcesu REM i zmobilizować własnych wyborców. Marine Le Pen stwierdziła kąśliwie, że niska frekwencja świadczy o tym, iż ponad połowa elektoratu podeszła bez entuzjazmu do pomysłu głosowania na ludzi prezydenta. Zapomniała dodać, że jednak ci, którzy poszli, spowodowali, że REM jest na dobrej drodze do uzyskania w parlamencie ok. 40 razy więcej miejsc niż jej partia, FN.

Wydaje się jednak, że rzeczywiste przyczyny obniżonej frekwencji są inne. Przede wszystkim znużenie elektoratu wyjątkowo długą, a przy tym pełną zwrotów, niespodzianek, sensacji i afer, sekwencją operacji wyborczych. Kampania – najpierw przed prawyborami prawicy i lewicy, a potem przed kolejnymi etapami wyborów prezydenckich i parlamentarnych – trwa pełną parą już od wczesnej jesieni.

Kiedy zaś teraz zmęczony wyborca uznał, czytając wyniki wszystkich czerwcowych sondaży, że i tak wszystko jest pozamiatane, bo REM ma kolosalną przewagę nad wszystkimi innymi, to łatwo mógł dojść do wniosku, że nie ma po co się fatygować. Mogli tak pomyśleć zarówno zwolennicy Macrona, jak i jego przeciwnicy.

Niska frekwencja ma wpływa na wyniki w ten sposób, że powoduje, iż bardzo trudno jest wygrać od razu w pierwszej turze. Aby tak się stało, trzeba bowiem nie tylko uzyskać ponad 50 proc. oddanych głosów, ale też muszą one stanowić co najmniej 25 proc. ogólnej liczby wyborców uprawnionych do głosowania w danym okręgu. Im mniej ludzi głosuje, tym trudniej przekroczyć ten próg.

Świetna wiadomość dla Macrona

Wyniki pierwszej tury są świetną wiadomością dla Emmanuela Macrona. Praktycznie jest on już pewien, że uniknie zagrożenia, którego najbardziej się obawiał z punktu widzenia swoich planów działania na czele państwa. Nie będzie instytucjonalnej blokady wynikającej z braku popierającej prezydenta większości parlamentarnej. Macron będzie miał najprawdopodobniej tak solidną większość w Zgromadzeniu Narodowym, że będzie mógł bez zwłoki przystąpić do realizacji zadań, które sobie stawia.

Na pierwszy ogień pójdzie z pewnością ustawa o tzw. moralizacji życia politycznego (chodzi głównie o ukrócenie niby zgodnych z prawem, ale bardzo wątpliwych etycznie praktyk uprawianych przez polityków, a wydobytych na światło dzienne w formie afer podczas kampanii wyborczej – zwłaszcza w kwestii doboru i opłacania asystentów parlamentarnych), a także redukcja deficytu budżetu państwa zgodnie z regułami europejskimi oraz uelastycznienie przepisów prawa pracy tak, aby więcej decyzji w tej dziedzinie mogło być podejmowanych na poziomie przedsiębiorstw, a mniej na poziomie branżowym lub państwowym.

Większość parlamentarna to rzecz ważna, ale nie jedyna, która się liczy jako warunek spełnienia planów prezydenta. Szczególne trudności czekają Macrona i jego ludzi przy wprowadzaniu zmian w prawie pracy. Związki zawodowe już niedwuznacznie zapowiadają manifestacje i strajki, gdyby nowy prezydent i parlament poszli, ich zdaniem, za daleko.

Być może więc wysiłki i trudności związane z prowadzeniem długiej i trudnej kampanii wyborczej wydadzą się wkrótce nowemu szefowi państwa relaksującym spacerkiem. Emmanuel Macron obrał sobie jednak za punkt honoru wydobycie Francji (i Europy) z marazmu i usunięcie przeszkód ograniczających jej konkurencyjność i hamujących rozwój.

Francuzi najwyraźniej tego oczekiwali i udzielili mu ogromnego kredytu zaufania. Jeżeli ich zawiedzie, to za pięć lat, pod koniec jego kadencji, nie będzie już alternatywy dla populistów, nacjonalistów i innych krzykliwych skrajności. Wtedy już nic nie zahamuje marszu Frontu Narodowego lub podobnego ugrupowania po władzę.

wyborcza.pl

Agata Kaczyńska: Niech Macierewicz nie wstydzi się za mnie, ale za siebie

Jacek Gądek, 12.06.2017

Antoni Macierewicz

Antoni Macierewicz (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

– Antoni Macierewicz dwa razy to powtórzył: „jest pani naiwna”. Przykro mi się wtedy zrobiło. Minister zmusił mnie do rzeczy, której wcześniej bym się nie podjęła. Zawsze trzymałam się na dystans – mówi Gazecie.pl Agata Kaczyńska, która była członkiem komisji Millera, o katastrofie smoleńskiej.

Jacek Gądek: – Czytam o pani w „Gazecie Polskiej”: najbardziej tajemnicza postać z komisji Millera a potem zespołu Laska. To pani?

Agata Kaczyńska: – Tajemnicza? Jestem prawnikiem, a przez 16 lat pracowałam przy badaniu wypadków lotniczych.

To już przeszłość – na koniec pani podziękowano?

Owszem. „Podziękowano” mi w 2016 r., gdy Sejm głosami PiS zmienił prawo, aby pozbyć się członków Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych (PKBWL), cywilnej komisji w której pracowałam.

Mogła pani zostać?

Zaproponowano mi pozostanie. Nie mogłam się jednak zgodzić z takim wykorzystywaniem prawa. Miałam świadomość, po co te zmiany wprowadzono – aby usunąć dr. Macieja Laska, szefa PKBWL, bo on śmiał walczyć z Antonim Macierewiczem o prawdę na temat Smoleńska. Nie chciał, by nazywano go zdrajcą.

A panią nazywano „zdrajczynią”?

W 2011 r. posłanka PiS nazwała nas „komisją Burdenki” (radzieckiej komisji, która miała udowodnić, że zbrodnię w Katyniu popełnili Niemcy – red.). Dla mnie to policzek od osoby zza immunitetu, a zdarzyło się to jeszcze kilku osobom w tym pani poseł Małgorzacie Wasserman, a teraz jeszcze poseł Marek Suski mówi, że komisję Millera – nas – zmuszano do napisania w raporcie nieprawdy. Przepraszam bardzo, czy my jesteśmy dziećmi?! Nikt nikogo w tej komisji do niczego nie zmuszał.

Presja społeczna na tempo wyjaśniania katastrofy z 10 kwietnia była jednak duża.

Gdy prowadziliśmy badania, to wyłączaliśmy się z korzystania z informacji zewnętrznych. Sama nie oglądałam telewizji i nie czytałam prasy. Inni też tak robili. Dla nas czas wyjaśnienia przyczyn i okoliczności był ważniejszy z innego powodu: badanie wykazało konieczność wprowadzenia wielu zaleceń profilaktycznych.

A emocje?

Były, ale później – gdy kończyliśmy badanie. Jeśli ktoś buduje wrażenie – narrację – że polscy specjaliści niczego nie zrobili, ale przepisali raport rosyjskiego MAK-u, to moglibyśmy iść z pozwem do sądu. Ale po co? Cały czas ktoś od nas oczekuje, że będziemy się bić o nasze dobre imię. A ja pytam: po co nobilitować osoby, które nie są tego godne? Po co stawać na polu walki z ludźmi, którzy suflują teorie spiskowe?

Zespół Laska, który potem bronił – podpisanego również przez panią – raportu Millera, nie był takim stawianiem na polu walki? Do tego zespołu też pani należała.

W pewnym sensie był takim stanięciem do walki. A dlaczego? Bo podważanie naszych ustaleń ws. katastrofy smoleńskiej, zaczęło mieć wpływ na naszą działalność w badaniu cywilnych wypadków lotniczych.

W raporcie Millera pokazano wiele obszarów zaniedbań i błędów. Naszym celem było przede wszystkim wskazanie, co należy zmienić, aby nie doszło do podobnej katastrofy. Może naszym błędem było zbyt merytoryczne podejście do pracy – nie chcieliśmy traktować tej katastrofy jako czegoś absolutnie wyjątkowego. Wcześniej przecież nigdy nie wartościowaliśmy życia ludzi, którzy ginęli w katastrofach.

Komisja Millera pracowała kilkanaście miesięcy…

…a równolegle pracowaliśmy w PKBWL lub innych instytucjach, gdzie byliśmy zatrudnieni. W dzień chodziliśmy do swojej codziennej pracy, a popołudniami, w soboty i niedziele do drugiej – już przy katastrofie smoleńskiej. Nie było czasu na myślenie, jak nasza praca zostanie odebrana.

Rzadko się zdarza, aby badacze w życiu mieli do wyjaśnienia dwie duże katastrofy lotnicze. Przez całe zawodowe życie przygotowują się raczej do tej jednej, wielkiej. A potem mają doświadczenia, z których powinni skorzystać następcy. A do czego doprowadzono? Do destrukcji systemu badania zdarzeń lotniczych. Nie mówię, że nie ma ludzi nie do zastąpienia, ale niektórzy są niepowtarzalni dzięki doświadczeniu.

Proszę nazwać to wprost: zarzuca pani ministrowi Antoniemu Macierewiczowi, że zniszczył PKBWL.

Wielu ludzi ją zniszczyło – nie tylko on. Sam Macierewicz nie przegłosował w Sejmie zmiany ustawy o PKBWL. Ale nie jest moim prywatnym wrogiem, a kiedyś go nawet podziwiałam.

Bo jej członkowie nie stwierdzili zamachu, ale wskazali na błędy pilotów i zapaść polskiego lotnictwa.

Tak. I za to się ich niszczy. Trzeba pamiętać też, że nie raz wypowiedziane w emocjach słowa, powodują, że ludzie idą potem w zaparte. Niszcząc wszystko i wszystkich po kolei, aby nikt nie zarzucił im pomyłki.

Kogo ma pani na myśli?

Mówię o osobach, które zbyt szybko powiedziały o wybuchach i zamachu.

Kogo ma pani na myśli? Antoniego Macierewicza? Jarosława Kaczyńskiego?

Oni też o tym mówili. Jeśli doszło do jakiegoś zamachu, to do długiego zamachu na polskie bezpieczeństwo. W raporcie Millera wskazaliśmy przecież masę niedociągnięć, zaniedbań i błędów narastających przez lata – to jest obszar rzeczywistego „zamachu”. Jeśli już mamy użyć słowa „zamach”, to był to zamach państwa na państwo.

Antoni Macierewicz mówił: „Z przykrością trzeba powiedzieć, ze wstydem, że te instytucje państwowe, które zajęły się tym po 10 kwietnia, nie dopełniły swoich obowiązków”. Wstyd pani? Bo to zarzut także pod pani adresem.

Bardzo mocny, ale chciałabym jeszcze poznać jego argumenty. Czy nasz błąd polegał na tym, że przeprowadziliśmy badania i analizy? Czy niedopełnienie obowiązków polegało na tym, że pokazaliśmy, co i jak naprawić? Że wskazaliśmy czynniki, które wpłynęły na katastrofę i jej bezpośrednie przyczyny? Niech minister Macierewicz nie wstydzi się za mnie, wystarczy, że ograniczy się do wstydu za siebie.

Przepisaliście raport MAK – to też jest zarzut.

Śmieszny i nieprawdziwy. Jeśli grupa osób o podobnej wiedzy i doświadczeniu ma te same materiały i je analizuje, to dojdzie do podobnych wniosków. Mogą być inaczej sformułowane, ale konkluzje będą podobne. Rosjanie wyznaczyli swoich ekspertów, a my swoich. Ale to my  mieliśmy więcej materiałów i niczego nie ukrywaliśmy. Dlatego nasz, polski raport jest pełniejszy i nie ukrywa faktów.

Czy ciała ofiar są istotnym dowodem przy badaniu tej katastrofy?

Większą wagę przywiązuje się do badania ciał załogi i osób, które mogły mieć wpływ na katastrofę. Czasami prowadzi się też badania zwłok pasażerów, gdy ma się wątpliwości co do zamachu. A nie było niczego, co wskazywałoby na jakikolwiek wybuch na pokładzie. Badanie ciał pasażerów – choć brzmi to brutalnie – było dla nas rzeczą drugorzędną.

Ekshumacje, sekcje wszystkich ciał – to jest w stanie wnieść coś nowego do wiedzy o przyczynach katastrofy?

Dotychczasowe informacje i przecieki z tych badań pokazują, że nie. Pokazują jedynie, że nastąpiły pomyłki przy identyfikacjach i składaniu ciał do trumien. Dla jednych rodzin to, kogo w istocie ciało znalazło się w grobie bliskiej osoby, ma fundamentalne znaczenie, a dla innych nie, bo liczy się pamięć o człowieku. Nie oceniam, co jest właściwe.

Ważne wydaje mi się coś innego. Sama mam trójkę dzieci i aż trudno mi sobie wyobrazić, z jaką traumą będą żyć dzieci pilotów Tu-154M. Minęło siedem lat, one dorastają i będą narażone na kontakt z tymi nagraniami krążącymi w sieci. Ujawnienie nagrania ostatnich sekund lotu, a dopuścili się tego Rosjanie na konferencji MAK, było wymierzone w Polskę. O to mam wielkie pretensje do Rosjan.

 

Bo to była polityka?

Nie jestem rusofilem, ale ileż można słuchać, że się dokonało zamachu na przywódcę innego państwa? A to w Polsce sugeruje się Rosjanom. To brutalne, ale chłopcy w kokpicie nie ginęli z dobrym słowem na ustach. Gdyby jednak coś dziwnego działo się na pokładzie, to naprawdę brzmiałoby to inaczej.

Śledzi pani to, co teraz dzieje się wokół katastrofy?

Tak.

Dlaczego?

Po rozmowie z ministrem Antonim Macierewiczem nie mogę tego nie śledzić. To było jeszcze w grudniu 2015 r. Tylko raz w życiu z nim rozmawiałam.

Co pani powiedział?

Dwa razy to powtórzył: „jest pani naiwna”. Przykro mi się wtedy zrobiło, że moje idealistyczne spojrzenie na wyjaśnianie wypadków lotniczych, bierze za naiwność. Minister uświadomił mi, że muszę walczyć o profesjonalne spojrzenie na katastrofę już po jej wyjaśnieniu.

Antoni Macierewicz zmusił mnie do rzeczy, której wcześniej bym się nie podjęła. Zawsze trzymałam się na dystans i nie było potrzeby, bym się angażowała do obrony raportu, który podpisałam.

Powiedziała pani ministrowi, że będzie pani bronić ustaleń komisji Millera?

Tak, bo nie pojawiły się żadne nowe fakty i informacje, które miałyby cokolwiek zmienić w naszych ustaleniach albo być uzasadnieniem do powołania Podkomisji Smoleńskiej. Nie ma ich.

Otrzymała pani ofertę, by znaleźć się w składzie Podkomisji?

Nie.

Ale niektórzy pani koledzy z komisji Millera otrzymywali.

Stanowczo powiedziałam ministrowi, że nie widzę podstaw istnienia Podkomisji, trudno aby mi więc to proponował.

Pani kolegom sugerowano, że mogliby odwołać to, pod czym się podpisali będąc w komisji Millera. W ten sposób Macierewicz uwiarygodniłby nową podkomisję.

I ile osób z komisji Millera weszło do Podkomisji stworzonej przez ministra Macierewicza?

Ani jedna.

Bo wszyscy oni są pewni ustaleń komisji Millera. Te oferty z jednej strony mogą świadczyć o chęci dialogu. Albo być propagandową zagrywką, która miała wzmocnić Macierewicza. Ale faktycznie byłabym naiwna, gdybym sądziła, że naprawdę chciał dyskutować. Paru ludzi w sprawie katastrofy smoleńskiej postawiło wszystko na jedną kartę…

…kto?

Ci naukowcy, którzy zgodzili się zasiąść w Podkomisji Smoleńskiej. Postanowili swoimi autorytetami wesprzeć Macierewicza i jego wybuchowe teorie, a tego robić nie wolno. Na studiach uczy się, żeby nie wychodzić poza zakres swoich kompetencji. W Podkomisji architekt ma odwagę i czuje się upoważniony, by uczestniczyć w badaniu katastrofy lotniczej oraz oceniać procesy szkolenia pilotów. Mówię o panu Marku Dąbrowskim.

Ostatnio Dąbrowski zarzucił mi kłamstwo i nieznajomość własnego raportu. A we mnie rzuca obelgami. Ci, którzy są tak bardzo pewni swego i nie dopuszczają myśli, że mogą się mylić, są wręcz niebezpieczni.

Podkomisja prowadziła eksperymenty. Wysadzono w powietrze replikę kadłuba, choć przypominał on barak z namalowanymi oknami zamiast szyb.

Tę eksplozję pokazali w „strasznym filmie” – ostatnim dziele Podkomisji. Ale to jest jedynie zlepek wszystkich teorii, które wcześniej się pojawiały. Mam wrażenie, że treść tego filmu to kompromis między członkami Podkomisji, aby nikt nie poczuł się urażony, bo akurat jego wizja katastrofy została pominięta. To mnie przeraża.

Widzę, że oni walczą o przeżycie. Zaczynają się bać tego, jakie konsekwencje mogą ponieść za firmowanie szaleństwa Podkomisji Smoleńskiej. To jest strach. Jeżeli nie damy im wyjść z tego z twarzą, to będą walczyć bezwzględnie, nie zważając na nic.

Ci, którzy twierdzili, że w Smoleńsku był zamach, mieli szanse na wycofanie się z tego. I to nawet po tym „strasznym filmie” – nawet wtedy nie było jeszcze za późno. Ale nie zrobili tego. Brną.

Ale co ryzykują członkowie Podkomisji? Kariery naukowe mają już za sobą.

Ryzykują swoje nazwisko, swój dorobek życiowy. To nie jest nic.

Berczyński przestał być szefem Podkomisji. Ale nim zrezygnował, to stwierdził: „Blisko 100 proc., że samolot rozpadł się w powietrzu, a nie na skutek uderzenia w brzozę. Nie! Mam 100 proc. pewności, że rozpadł się w powietrzu”. On jest pewny.

On absolutnie mówi, że jest przekonany, ale ani nikt z Podkomisji nigdy nie badał wypadków lotniczych.

Ale on to mówi od samego początku. Nie zmienił zdania.

To by świadczyło o tym, że choć dotarł do materiałów źródłowych, to nie potrafi ich nawet przeczytać i zrozumieć. Podkomisja ma do dyspozycji wszystkie nasze materiały, więc jak może dalej opowiadać takie bzdury? Mówią o eksplozji na pokładzie, choć nigdzie się ona nie zarejestrowała – na żadnej czarnej skrzynce ani taśmie. Rzekomo był wybuch, ale nikt tego na pokładzie nie zauważył, i po którym nawet szyby w oknach pozostały.

Berczyński zbija pani argumenty: wybuch był tak szybki, że nie zdążył się nagrać.

Serio? Stoi to w sprzeczności z wynikami badań w innych katastrofach, np. prowadzonych przez Amerykanów (lot TWA800) Holendrów (MH17).

Takie tezy mają teraz status państwowy.

Ktoś do tego dopuścił.

Kto?

Za to odpowiedzialność ponosi szef MON. Podkomisja funkcjonuje już tak długo jak komisja Millera. Pojechali na miejsce zdarzenia? Nie. Wystąpili o zgody na badania wraku? Nie. Mimo głoszonych publicznie wątpliwości co do zapisów rejestratorów przez ten cały czas nie pojechali zrobić własnych kopii do badań. Prokuratura nie ma już takich wątpliwości.

Komu oni mydlą oczy, że niby pracują? Oni tak naprawdę analizują nasze materiały. Bo – przepraszam bardzo – budowanie sobie modeli i wysadzanie ich w powietrze czy zrzucanie „blaszanych ptaków” z drona, to nie są poważne badania prowadzone w celach profilaktycznych. To badania naukowców nad założonymi przez siebie problemami badawczymi – na to jest miejsce na uczelniach – badacze mogą skorzystać z takich wyników w przyszłości, o ile wniosą coś do bezpieczeństwa lotów.

Czeka pani na raport Podkomisji?

Z niecierpliwością.

Sądzi pani, że powstanie?

Mam wątpliwości, czy ten strach w końcu nie spowoduje rozbicia Podkomisji, bo ludzie będą się wycofywać z jej prac. Albo że raport końcowy to będzie tylko kolejny filmik. I tak będą ciągnąć to w nieskończoność.

Nowy szef podkomisji dr Kazimierz Nowaczyk też mówi o rozpadzie maszyny w powietrzu. Ten pogląd jest w Podkomisji silny.

Ale tak samo jak Berczyński nie ma żadnych dowodów.

Wniosek z próbnej eksplozji bomby termobarycznej był taki: tylko w jednej z wielu próbek stwierdzono ślady materiału wybuchowego. To był więc zamach bez śladu.

Brak dowodu na wybuch staje się dowodem na wybuch bomby. Przecież o to chodzi – taką narrację Podkomisja już buduje.

Ale podkreślam kolejny raz: jaki wpływ na zwiększenie bezpieczeństwa lotów i jakości nadzoru w wojsku mają działania Podkomisji? Niczego tu nie zaproponowali. Ileż możemy rozmawiać o bombie, nie narażając się na śmieszność na arenie międzynarodowej?

Szczerze? W nieskończoność.

I chyba tak będzie. Ale jednemu z moich kolegów po fachu, inny badacz z innego państwa, powiedział niedawno: u nas był wypadek z politykiem na pokładzie i teraz mamy siódmą komisję. Bo zmienia się partia, zmienia się rząd, zmienia się też komisja.

To my mamy dopiero drugą.

Komisja Millera zrobiła swoje, ale brakuje nam wskazania winnych katastrofy smoleńskiej – to rzecz prokuratury. Minęło siedem lat, ale czasami po katastrofach to trwa. Komisja ma identyfikować zagrożenia dla bezpieczeństwa lotów. Czasami w naszej pracy zajmujemy się drobiazgami – incydentami. Jeśli samoloty lądują bezpiecznie, to jest to wysiłek całego środowiska lotniczego, ciągłe poprawianie detali, przewidywanie kilku kroków do przodu, co może się wydarzyć.

A teraz to nie działa?

Rząd zburzył ten system. Po pierwsze: naruszono zaufanie do ludzi i ich zaleceń ws. bezpieczeństwa lotów. Nazywano ich – nas! – „zdrajcami”, kłamcami na usługach polityków, polskich i rosyjskich. Psia krew! Aż dostaję białej gorączki, jak to słyszę.

Sami wprowadziliśmy procedurę, że wszystkie nasze spotkania są nagrywane. Po to, żeby później można było prześledzić, dlaczego podejmowaliśmy konkretne decyzje. Podkomisja smoleńska później wyciągnęła te nagrania i upubliczniła. Kto będzie chciał pracować w kolejnych komisjach skoro nowa władza opublikuje wszystkie twoje wypowiedzi, czasami głupie pytanie albo odpowiedź?

Ale to nie członkowie Podkomisji są tu decydentami.

To kim oni w ogóle są i co firmują? Do komisji Millera nikt nie przychodził i nie mówił, co mamy pokazywać, a co nie. Jedynym wyjątkiem była decyzja o upublicznieniu stenogramów rozmów z kokpitu, które otrzymaliśmy od Rosjan. Badacze byli temu przeciwni.

Były już wezwania ze strony Macierewicza i Podkomisji, aby członkowie komisji Millera dyskutowali z nimi. I co? Nie podjęliście wyzwania?

A z kim tu dyskutować? Przecież to byłyby igrzyska na potrzeby mediów. Jak rozmawiać z ludźmi, którzy kłamią w żywe oczy?

Z Nowaczykiem, z Berczyńskim?

A jak oni rozumieją bezpieczeństwo lotów? I jakie mają doświadczenie w badaniu katastrof lotniczych? Żadnego. A pan prof. Jacek Rońda? On jest przykładem, że z ekspertami Macierewicza nie należy prowadzić dialogu. Nawet nie wolno.

On skłamał, a potem…

…jako jedyny się przyznał. Pytam: jak członkowie zespołu Macierewicza docierali do danych z akt śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej?

Przez pełnomocników części rodzin. Nieoficjalnie umożliwiali im wgląd do akt.

A wolno tak? To nie jest zgodne z prawem.

Rońda „blefował”, a w pani ocenie teraz to Podkomisja i MON blefuje?

Nigdzie nie znalazłam jakichkolwiek dowodów, które by wskazywały na konieczność wznowienia badań w celach profilaktycznych. Nie ma uzasadnienia innego niż polityczne dla działania Podkomisji. Może to realizacja obietnic wyborczych.

Nie wierzy pani Berczyńskiemu, że to była kilogramowa bomba?

Niech wskaże, kto ją podłożył – który z polskich oficerów? I to nas się oskarża o opluwanie polskiego wojska!

A może to Rosjanie podłożyli?

Przyjechali na Okęcie i podłożyli bombę? Czekam na dowody.

Czuje się pani ofiarą państwa?

Tak, bo ono nie potrafiło uszanować ludzi, którzy mu służyli. Uczestnictwo w badaniu wpłynęło na wiele relacji rodzinnych. Kto by pomyślał? To są nieznane odpryski katastrofy.

Pani w komisji Millera czym się zajmowała?

Byłam sekretarzem, więc między innymi sprawami organizacyjnymi.

Ktoś z rządu zadzwonił do sekretariatu i powiedział, że to ma być wina pilotów?

Nigdy. Nikt nawet sekundy dłużej by w komisji nie pozostał, gdyby kazano nam dowodzić czyjejś winy.

Po zmianie prawa każdy z nas otrzymał propozycję pozostania w komisji cywilnej (komisja Millera była wojskowa, a PKBWL cywilna – red.). Każdy z nas miał jakieś prywatne zobowiązania, niektórzy byli tuż przed emeryturą. Nie wahaliśmy się – poza kilkoma osobami – choć odejście z komisji oznaczało brak bezpieczeństwa finansowego. A nie pójście na współpracę z rządem oznaczało wilczy bilet. Warunkiem dla nas posiadania pracy jest brak zaangażowania w sprawy smoleńskie.

Tak pani krytykuje MON i Podkomisję, bo ma pani żal? Bo straciła pani pracę.

Pracy nie straciłam. Z pracy zrezygnowałam. Dostałam propozycję pozostania w komisji cywilnej, ale jej nie przyjęłam. Zmiana warunków zatrudnienia – zniesienie gwarancji niezależności – była nie do zaakceptowania.

Czy mam żal? Z boku można tak to postrzegać. Przez pierwsze pół roku po odejściu z komisji denerwowałam się, że tam leży robota, którą trzeba będzie kiedyś nadrobić. A przez trzy miesiące myślałam: dlaczego tak długo jestem na urlopie?

Depresja? Nie. Ale frustracja – tak, bo miałam przekonanie, że trudno będzie odbudować wiarę w tę komisję. Potem do mnie dotarło, że już za to nie odpowiadam. Teraz jestem na rencie, ale gdybym musiała, to pracowałabym jako sprzątaczka, żeby się utrzymać, to nie jest nic hańbiącego. Szkoda mi jednak mojego i moich kolegów doświadczenia.

Co może pani poradzić członkom Podkomisji?

Przeproście i odejdźcie. Tylko tak zachowacie twarz. Nie bierzcie się za rzeczy, na których się nie znacie. Gdybyście byli świetnymi specjalistami, to poprosilibyśmy was o pomoc – nie raz komisja badająca wypadki korzysta z zewnętrznych specjalistów.

Nie przeszło pani przez myśl, żeby w 2010 albo 2011 r. zaproponować: może zapytamy prof. Wiesława Biniendę z Uniwersytety w Acron (USA) o opinię?

A kiedy on się w ogóle objawił? Gdy nasza komisja już zakończyła prace. Już cztery lata temu został „złapany” na posługiwaniu się sfałszowanymi materiałami, czy używaniu niewłaściwych danych do obliczeń. Wiarygodność takiej osoby jest zerowa.

Znalazła się pani w środku nie wyjaśniania katastrofy, ale sprawy coraz bardziej politycznej.

Ktoś mi powiedział, że od Smoleńska nie uwolnię się już nigdy. I miał rację. Ale muszę żyć.

Zawsze będzie miała pani w głowie katastrofę…

…choć bardzo bym chciała o tym w końcu zapomnieć. Tak jak o innych zakończonych badaniach.

Jako badacz nie raz musiałam jechać do swoich przyjaciół, którzy zginęli w wypadku. Po zamknięciu badania musiałam o nich pamiętać jako o ludziach, a nie o pilotach, których działania oceniałam. W katastrofie smoleńskiej brakuje mi możliwości zamknięcia za sobą drzwi. Tak właściwie, to myśmy te drzwi zamknęli, ale potem Macierewicz je wyważył. Wywalił je z futryną.

Dla nas – komisji Millera – katastrofa smoleńska to też trauma. Każdy znał jakieś osoby, które zginęły.

Z dzisiejszej perspektywy: wejście w skład komisji było dobrą decyzją?

Byłam urzędnikiem, więc zrobiłam, co do mnie należało, dzisiaj podjęłabym takie same decyzje.

A praca wyglądała jak?

Od godz. 7 rano praca w Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych (cywilnej). A potem godzina, dwie przerwy i do MSWiA – tam praca do godz. 22, czasami do 1 w nocy, a czasami w ogóle nie wracaliśmy do domów szczególnie pod koniec, gdy pracowaliśmy nad raportem, protokołem i załącznikami. Byliśmy zmęczeni, ale i nakręceni.

Smoleńska II nie będzie?

W bezpieczeństwie lotów nie zastanawiamy się, czy dojdzie do wypadku, ale kiedy. Jeśli skutecznie działamy przy badaniu incydentów i identyfikacji zagrożeń, to mamy szanse odsuwać termin katastrofy, teoretycznie do nieskończoności. A jeżeli się uodparniamy, bo nic się nie dzieje i powtarzamy, że nic się dwa razy nie może się zdarzyć, to się właśnie zdarzy. Ludzie przecież ciągle popełniają błędy. Jak odchodzą ci z doświadczeniami, ryzyko jest większe. Każda zmiana personalna jest związana z ryzykiem wystąpienia kryzysu, czasami jest on mniejszy, a czasami większy.

Czy Podkomisja przyspiesza termin powtórki ze Smoleńska?

Nie odpowiem wprost na to pytanie. Gdyby zalecenia po katastrofie CASY zostały faktycznie wprowadzone w życie, to nie byłoby Smoleńska. Jeśli nie zrealizujemy zaleceń komisji Millera po katastrofie smoleńskiej, to będzie kolejny Smoleńsk. Nasza praca była uczciwa. Nie było żadnego oszustwa.

Macierewicz wierzy w zamach?

Mi powiedział, że Smoleńsk jest dla niego „ważny” – nie powiedział dlaczego. I że ja jestem „naiwna”.

Prokuratura w sprawie Smoleńska: „Błędy w 90 proc. rosyjskiej dokumentacji medycznej”

http://www.gazeta.tv/plej/19,114927,20954501,video.html

gazeta.pl

%d blogerów lubi to: