Waszczykowski nie zrozumiał Macrona

Witold Waszczykowski nie zrozumiał tego, co powiedział Emmanuel Macron. Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem, ale mogę tylko odnieść się do walorów intelektualnych Waszczykowskiego – czyli niewielkich, a polityczne walory szefa dyplomacji polskiej są takie, jak „sukces” 1:27.

Jak to się dzieje, iż polska dyplomacja ma problem z kandydatem na prezydenta? A co będzie, jak on będzie prezydentem? Czy już słynne mistrale będą chodzić u pasera za pół dolara?

Taka jest wartość polskiej dyplomacji. Można ją tylko zbywać u pasera. Nikt poważnie nie potratuje złotych myśli Waszczykowskiego, może je upłynnić tylko u pasera, czyli elektoratu PiS. Kupią każdą brednię.

Kandydat (jakkolwiek murowany) Macron był się wyrazić o swojej konkurentce Marine Le Pen, iż ma sojuszników, to są „reżimy panów Orbana, Kaczyńskiego i Putina”.

W kraju możemy sprzeczać się (pisze o ludziach rozumnych), czy demolka Trybunału Konstytucyjnego to kontuzja demokracji? Jak poważna? Itd. Na pewno nie możemy sprzeczać się, co do mediów publicznych, bo ich nie ma, są media dawniej publiczne, dzisiaj partyjne. Jak Polacy nazywali partyjne media NSDAP obce Polakom, oprócz szmalcowników? No, jak? Gadzinówkami. I ja tak nazywam – TVP – to gadzinówka.

Jak można nazwać przymiarkę Zbigniewa Ziobry (nawiasem żaden z niego prawnik, a język polski jest mu przeszkodą), który zniszczy za chwilę władzę sądzenia (niezależną od rządu i władzy ustawodawczej w definicji standardu demokratycznego) – KRS, sądy? No, jak?

Jest tego więcej. Czy nie można nazwać tego rezimem? Można. Co? Jeszcze nie zabija się Polaków przez resorty siłowe? PRL też w dojrzałej fazie zabijał „niechętnie” i to bardzo sporadycznie. PiS już uruchomił narzędzie, które pozwolą używać siły. To się zawsze kończy jednako – rozlewem krwi. Ba, te narzędzie są nie do powstrzymania. ONR – już nie jest do powstrzymania, wspierane przez posłów PiS. I przede wszystkim najgorsze narzędzie – Wojska Obrony Terytorialnej.

O tym  mówił Macron. Kandydat na prezydenta Francji zestawił nazwiska. Powtórzę – zestawił. Co pisze Waszczykowski w odpowiedzi Macronowi?

Oto: Macron „nie ma prawa oskarżać Polaków o sympatię wobec imperialnej Rosji”. Macron nie powiedział o sympatii wobec Rosji. Wszelkie reżimy (zwłaszcza sąsiadujące ze sobą) znoszą się, walczą ze sobą, doprowadzają do wojny. Bo „Rusek jest ponad wszystkich. Rosja dla Rusków, tylko Rusek” stanie przeciw „Polak jest ponad wszystkich, Polska dla Polaków, zawsze Polak””.

Wojny to walka nacjonalizmów. I dlatego, że ich nie było po 1945 roku, dlatego nie było w Europie wojen, wszak na kontynencie, gdzie najwięcej wojen odbywało się w historii. To jest ogromna zasługa Unii Europejskiej. A oprócz tego dobrobyt. O tym mówi Macron. I z tym walczy PiS.

A Waszczykowski ma problem z podstawowym myśleniem, z mysleniem na poziomie szkoły podstawowej. Porównanie o zestawienie nazwisk nie jest „sympatią”.

Takie mamy niedouczone towarzystwo u władzy, manipulatorskie. Może Marine Le Pen nadużyła określenia, iż razem z Kaczyńskim dokona rozkładu Unii Europejskiej, może. Lecz w debacie publicznej używają tych samych argumentów, takiej samej są prowenciencji ideowej, taki sam marny styl jest im właściwy. Dzisiaj Kaczyńskiemu nie opłaca się mówić o opuszczeniu Unii, ale wszystko wskazuje, że do tego dąży. Przyjdzie taki moment, że plunie jakimś elementem animalnym, gorszym sortem, gestapo. Prezes PiS nie jest kimś szlachetnym, ani takie nie jest jego myślenie. To „czysty” tombak, którym można orżnąć pasera.

Ależ mamy bryndzę intelektualną u władzy. Tak mogę tylko zrecenzować „twórczość” dyplomatyczną Waszczykowskiego. Brr… Grafoman! To nie jest powstanie z kolan, to jest padnięcie na twarz. Żaden rozumny człowiek nie użyje takiego kiczu metaforycznego.

Więcej >>>

Wybitna badaczka teatru prof. Krystyna Duniec do ministra Glińskiego: Czy chce Pan bronić dziedzictwa Falangi i ZP Grunwald?

prof. dr hab. Krystyna Duniec, 02 maja 2017

Piotr Gliński, Krystyna Duniec

Piotr Gliński, Krystyna Duniec (Fot. Sławomir Kamiński, Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Jak Pan może godzić się w demokratycznej Polsce na ostracyzm polityczny wobec spektaklu na najwyższym artystycznym poziomie? – pyta ministra kultury prof. Piotra Glińskiego prof. Krystyna Duniec z Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk w liście nadesłanym także do redakcji „Wyborczej”.

Piszę do Pana Ministra jako polska obywatelka i badaczka współczesnej kultury, zwłaszcza teatru, zbulwersowana Pana Ministra Komunikatem ws. zajść przed Teatrem Powszechnym w Warszawie (26 kwietnia 2017).

Ubolewa Pan nad wypadkami, które miały miejsce w piątkowy wieczór 21 kwietnia w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera w Warszawie, wymagając od prezydent Warszawy ustosunkowania się wobec kontrowersji prawnych, leżących u podstaw piątkowych zajść, ponieważ „nie tylko zapewnia środki na utrzymanie i rozwój instytucji, ale też, wyłaniając dyrektora w trybie konkursowym, dokonuje wyboru określonego programu artystycznego”.

>>Ministerstwo Kultury: Za atak na widzów „Klątwy” odpowiada prezydent Warszawy

Jak to się stało, że dziś, kiedy teatr wymaga szczególnej państwowej ochrony i mecenatu, kierownictwo MKiDN oskarża twórców spektaklu o „wyreżyserowanie swoistego performansu teatralnego, wiodącego do ostrego sporu światopoglądowego”, o znieważenie religii i bluźnierstwo na podstawie „przekazów medialnych i recenzji”?

Panie Ministrze, z pewnością widział Pan czterdzieści lat temu w tym samym Teatrze Powszechnym prapremierę „Lotu nad kukułczym gniazdem” (30 czerwca 1977) w reżyserii Zygmunta Hübnera – legendarny symbol buntu przeciwko komunistycznemu zniewoleniu i życiu na granicy obłędu i stabilizacji. Hübner powiedział wtedy w wywiadzie: „jeżeli człowiek ma unormowane życie i włącza się w jakąś działalność, ryzykuje utratę dotychczasowej stabilizacji. Musi dokonać wyboru – co jest bardziej cenne: chronienie spokoju i względnego dostatku, czy włączenie się w sprawy, które uważa za ważniejsze, ale niosące za sobą straty w interesach osobistych. (…) Ten typ pytań, problemów moralnych, rozstrzygany był u nas w imię wartości istotniejszych niż tymczasowy interes osobisty”.

Kogo bolą przewiny Kościoła?

Obecnie dyrekcja Teatru Powszechnego i jego zespół dokonali podobnego wyboru, wystawiając „Klątwę” Wyspiańskiego w reżyserii Olivera Frljicia. Powstało bliskie klasykowi ideowo (proszę uważnie przeczytać raz jeszcze ten dramat) wybitne dzieło sztuki, a nie podejrzany performans. W PRL-u starcie się sztuki z polityką w spektaklu Hübnera nie zostało ocenzurowane, nikt z zespołu nie poniósł żadnych etycznych, moralnych, ekonomicznych i politycznych konsekwencji.

Jak więc Pan Minister może godzić się w demokratycznej Polsce na ostracyzm polityczny wobec spektaklu na najwyższym artystycznym poziomie?

Chyba nie dlatego, że podejmuje on, obok tematu mentalnych i egzystencjalnych zagrożeń neoliberalizmu, problem przewin Kościoła – instytucji, która choć przez wieki była substytutem państwa polskiego, nigdy nie była i nie jest niewinna moralnie, o czym dosadnie przekonywał m.in. Mikołaj Rej?

Mocne sceny pod Teatrem Powszechnym. Narodowcy blokowali wejście przed spektaklem „Klątwa”

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21672287,video.html

Sztuka zawsze miała, ma i musi mieć światopogląd, inaczej nie ma znaczenia, arcydzieła niejednokrotnie wywoływały wielkie skandale, składając się na społeczną historię sztuki i świata. Współczesny teatr realizuje dziś marzenie historycznej awangardy, zawsze subiektywnej, zindywidualizowanej, kreacyjnej, niestabilnej, niemimetycznej, przywrócenia sztuki życiu codziennemu w kategoriach „placu widowiskowego” – czyli ucieczki od odwzorowania realności na rzecz przedstawienia/kreacji.

Wyrwać Jezusa pustej retoryce

Represje i cenzura, jakie spotykają dziś teatr, niebezpiecznie przypominają przedwojenną utopię Katolickiego Państwa Narodu Polskiego, której twórcą był Bolesław Piasecki, powojenny twórca Stowarzyszenia PAX. Nacjonalistyczne Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald”, popierające stan wojenny i działające pod patronatem PZPR, wyrosło na gruncie Falangi. I taką tradycję kontynuuje dziś Młodzież Wszechpolska, która skupiona, tak jak przed wojną, wokół wartości „Bóg, Honor, Ojczyzna, Rodzina, Tradycja” stosuje raz po raz agresywną, ksenofobiczną i rasistowską przemoc w sferze publicznej.

>>Papież na szubienicy, czyli Frljić i „Klątwa” Wyspiańskiego. Tak mocnego politycznego spektaklu nie było w Polsce od lat [RECENZJA]

Czy chce Pan bronić w imię dobra Polski takiego właśnie dziedzictwa? Wierzę, że chce Pan raczej zadbać o społeczne emocje i napięcia, które proszą dla siebie o pieśni, o ruch, o to, żeby – taka kwestia pada w „Klątwie” – „wyrwać Jezusa pustej retoryce (…), otworzyć bramy świątyń i pałaców, wypędzić handlarzy miłosierdziem, ofiarą i Zbawicielem i rozliczać hierarchów z pogwałcania jego nakazów i zasad”.

Jeśli fikcja artystyczna wywołuje refleksję i krytyczną świadomość wobec publicznych zaniechań, błędów i niesprawiedliwości, to spełnia swoje zarówno artystyczne, jak i społeczne zadanie, wpisując się w najlepszą tradycję polskiego teatru publicznego.

W Teatrze Powszechnym fellatio czynione gipsowej figurze przypominającej papieża Jana Pawła II to fikcyjny Brechtowski gest/gestus odnoszący się do pedofilii wśród księży, niedostatecznie kontrolowanej i karanej przez Kościół.

W teatrze krzyż, który runął, to semiotyczny znak, sztuka zaś musi być w demokratycznym państwie niezależna względem zewnętrznych sił i ograniczeń. Nomos – niezależność, gwarantuje jej godność, o którą demokratyczne państwo polskie powinno dbać, dbając tym samym o swoją!

tytuł i śródtytuły od redakcji

wyborcza.pl

Sikorski i Giertych kpią z pomnika śp. Lecha Kaczyńskiego. Ziemkiewicz: Coraz głupiej i brzydziej…

02.05.2017

Pomnik Lecha i Marii Kaczyńskich w Białej Podlaskiej© Wojciech Pacewicz Pomnik Lecha i Marii Kaczyńskich w Białej Podlaskiej

 

„Jeśli będą dotacje, postawię w mojej wsi pomnik obu braci Kaczyńskich. Z napisem na cokole, ku przestrodze: TERRAIN AHEAD! PULL UP!” – napisał na swoim Twitterze Radosław Sikorski.

„Mój program budowy pomników Kaczyńskiego w każdej wsi będzie się nazywał: „Wieś Kaczyńskim stoi!” – napisał wcześniej Roman Giertych.

Skandaliczne zachowanie byłych polityków skomentował publicysta „Do Rzeczy” Rafał Ziemkiewicz: „Coraz głupiej i brzydziej…” – stwierdził.

Dziś w centrum odnowionego skweru przy placu Wojska Polskiego w Białej Podlaskiej odsłonięto pomnik pary prezydenckiej. Projekt wykonał Mirosław Milecki. Pomnik powstał w oparciu o zdjęcie wybrane przez Martę Kaczyńską, córkę pary prezydenckiej. – Ta wdzięczność jest naprawdę wdzięcznością serdeczną, osobistą, głęboką, taką wdzięcznością, jaką może odczuwać tylko ktoś, kto w Smoleńsku stracił kogoś bardzo bliskiego, najbliższego, kogoś, kto nie może być zastąpiony – mówił podczas uroczystości Jarosław Kaczyński

msn.pl

Waszczykowski, Czarnecki i Kaczyński na antypodach rozumu

Waszczykowski, Czarnecki i Kaczyński na antypodach rozumu

Witold Waszczykowski znowu wstał lewą nogą. Z samego rana odpowiedział Emmanuelowi Macronowi nie na temat, bo kandydat na prezydenta Francji nie powiedział, że „Polacy mają sympatię wobec imperialnej Rosji” (jak czytamy w komunikacie polskiego MSZ – która byłaby notą dyplomatyczną, gdyby Macron został prezydentem Francji), lecz Macron zestawił reżimy „panów Orbana, Kaczyńskiego i Putina”.

Waszczykowski powinien z rana odczekać, dojść do siebie, przemyśleć i dopiero wówczas odpowiedzieć. Acz najrozsądniej byłoby, gdy poczekał do wyboru prezydenta Francji. Już teraz zasuwa takie wpadki, co będzie, gdy Macron zostanie prezydentem?

Waszczykowskiemu wtórował Ryszard Czarnecki. Ten to mógł znowu spać w swoim krawacie czerwono-białym. Takie barwy w paski nosi od czasów służenia innemu geniuszowi Andrzejowi Lepperowi. Czarnecki pouczył Macrona via Telewizja Republika: „Popełnia poważny błąd. Jesteśmy liderem nowej Unii i lepiej dobrze z nami żyć”.
Czarnecki mógł się w ogóle nie wybudzić. Liderem, prymusem Unii już byliśmy, teraz najwyżej tej Unii jesteśmy osłem – bo tam nas posadzono, do oślej ławki dla liderów specjalnej troski. Czarnecki mógł też pomylić Unię, np. nową Unię z „ciepłym człowiekiem”.

Ale najlepszy jest jednak Jarosław Kaczyński. Przy odsłanianiu pomnika brata Lecha Kaczyńskiego (i Marii Kaczyńskiej) w Białej Podlaskiej był łaskaw się podzielić tym, czego nie podają jeszcze podręczniki historii: „Gdyby nie pozycja Lecha Kaczyńskiego w Solidarności, ta formacja nie miałaby żadnych szans”.

Tak brat Jarosława się zakonspirował, że norweski Komitet Noblowski przez pomyłkę przyznał pokojową nagrodę Lechowi Wałęsie.

To zdaje się główny powód reformy edukacji. Tylko czekać, gdy dowiemy się, że obydwu braci K. wykarmiła wilczyca i tak powstał Rzym. W kosmos zaś nie została wysłana Łajka, tylko kot Alik prezesa. W związku z wyznaniem Kaczyńskiego pod pomnikiem w Białej Podlaskiej dla wielu internautów zasadne jest pytanie: czy prezes bierze to samo, co Macierewicz?

„Ucho prezesa” to marny kabaret – wypowiedzi Waszczykowskiego, Czarneckiego i prezesa to poziom nie do osiągnięcia przez Kabaret Moralnego Niepokoju.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Kolejna rządowa limuzyna rozbita

Kolejna rządowa limuzyna rozbita

Trzeba mieć prawdziwego pecha, by eleganckim rządowym samochodem zderzyć się ze zwyczajną śmieciarką. Incydent miał miejsce w al. Niepodległości w Warszawie we wtorkowe popołudnie. Skoda Biura Ochrony Rządu zderzyła się z ciężarówką Służb Oczyszczania Miasta. Do wypadku doszło podczas nieprawidłowej zmiany pasa ruchu. Tym sposobem kolejna z rządowych limuzyn została zniszczona. Na razie nie wiadomo, który z VIP-ów był pasażerem i na szczęście było to jedno z tańszych rządowych aut.

Sprawca wypadku, kierowca samochodu służb miejskich, został ukarany mandatem wysokości 450 zł i 6 punktami karnymi. Oba samochody jechały w kierunku Mokotowa. Iveco środkowym, a skoda prawym pasem. Kierowca tego pierwszego samochodu zmienił pas i uderzył w auto Biura Ochrony Rządu. Jak poinformowała Komenda Stołeczna Policji, nikt w kolizji nie ucierpiał.

W ostatnim czasie w Polsce doszło do kilku wypadków samochodowych z udziałem tzw. VIP-ów. Kolizje drogowe mieli m.in. prezydent Andrzej Duda, premier Beata Szydło, minister i wiceminister obrony narodowej. Według BOR, liczba incydentów drogowych z udziałem limuzyn rządowych w ostatnich latach spadła, np. w latach 2015-2016 faktycznie doszło do 48 zdarzeń, ale tylko dwa z nich były z udziałem „osób ochranianych”. We wcześniejszych latach, kiedy liczba zdarzeń była bardzo podobna, o wiele więcej z nich odbywało się podczas transportu VIP-ów.

koduj24.pl

Kaczyński odsłonił kolejny pomnik brata. I chce więcej. „Patriota musi być przekonany…”

WB, IAR, 02.05.2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,114871,21757711,video.html?embed=0&autoplay=1
Jarosław Kaczyński odsłonił pomnik swojego brata i bratowej w Białej Podlaskiej. – Każdy, kto jest polskim patriotą, musi być przekonany, że warto, by jego pomniki stały w różnych polskich miastach – mówił.

Pomnik pary prezydenckiej Lecha i Marii Kaczyńskich, który od jakiegoś był ukryty w „klatce” z blachy falistej, został uroczyście odsłonięty przez prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Podczas ceremonii Jarosław Kaczyński dziękował inicjatorom powstania pomnika, ale przede wszystkim skupił się na zasługach brata.

Lechowi Kaczyńskiemu i jego małżonce należą się pomniki, bo wpisał się w polską historię, jak może nikt inny w ciągu ostatnich dziesięcioleci, bo był politykiem naprawdę polskim, bo nie musiał się niczego obawiać, bo walczył z komunizmem, ale nie miał z nich żadnych związków, nie było na niego żadnych teczek

– mówił ze sceny ustawionej na skwerze przy placu Wojska Polskiego, w którego centrum stanęły figury pary prezydenckiej.

Prezes PiS podkreślał, że dla jego brata najważniejsza była Polska i „Solidarność”. – I dla którego Polską byli Polacy, ci zwykli Polacy, których kochał, z którymi był związany. Ze wszystkimi, ale szczególnie tymi, którzy byli najważniejsi z „Solidarności”, czyli z polską klasą robotniczą, z polskimi pracownikami. I pozostał temu wierny do końca. Był – jak mówił ówczesny przewodniczący związku Janusz Śniadek na jego pogrzebie – człowiekiem „Solidarności”. Człowiekiem „Solidarności” do końca – mówił.

I dlatego powtarzam – wpisał się w naszą historię w ten sposób, iż każdy, kto jest polskim patriotą, musi być przekonany, że warto, by jego pomniki stały w różnych polskich miastach

– przekonywał Kaczyński. Pierwotnie część mediów podała błędny cytat z określeniem „w każdym polskim mieście”, co wywołało niemałe poruszenie wśród komentatorów.

 

gazeta.pl

Kaczyński o słowach Macrona: w Polsce jest pełna demokracja

02.05.2017

Biała Podlaska, 02.05.2017. Prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas odsłonięcia pomnika Marii i Lecha Kaczyńskich, 2 bm. w Białej Podlaskiej (Lubelskie). Pomnik, odlany z brązu, przedstawiający postacie prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego żony Marii, ma ponad dwa metry wysokości. Usytuowany jest na zrewitalizowanym ostatnio skwerze przy Placu Wojska Polskiego w Białej Podlaskiej. Inicjatorem powstania pomnika jest senator Grzegorz Bierecki. Monument powstał dzięki staraniom Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Lecha i Marii Kaczyńskich. Na budowę pomnika darczyńcy przekazali ponad 200 tys. zł. (mr) PAP/Wojciech Pacewicz© Wojciech Pacewicz Jarosław Kaczyński

W Polsce jest pełna demokracja, możliwe, że najlepsza ze wszystkich w Europie – powiedział we wtorek w Białej Podlaskiej prezes PiS Jarosław Kaczyński. Odniósł się w ten sposób do poniedziałkowej wypowiedzi kandydata na prezydenta Francji Emmanuela Macrona.

Dziennikarz TVN24 pytał prezesa PiS, jak skomentuje to, że Macron nazwał go „przyjacielem i sojusznikiem” liderki Frontu Narodowego Marine Le Pen, stawiając go w jednym szeregu z premierem Węgier Viktorem Orbanem i rosyjskim prezydentem Władimirem Putinem; wskazywali, że to „bardzo mocne słowa prawdopodobnie przyszłego prezydenta Francji”.

„W Polsce jest pełna demokracja, możliwe, że najlepsza ze wszystkich w Europie” – odpowiedział Jarosław Kaczyński.

Kandydat na prezydenta Francji Emmanuel Macron uznał w poniedziałek Jarosława Kaczyńskiego za „przyjaciela i sojusznika” swej rywalki, przywódczyni Frontu Narodowego Marine Le Pen, stawiając go w jednym szeregu z premierem Węgier Viktorem Orbanem i rosyjskim prezydentem Władimirem Putinem. „Znacie przyjaciół i sojuszników pani Le Pen. To reżimy panów Orbana, Kaczyńskiego i Putina. To nie są ustroje otwartej i wolnej demokracji. Codziennie łamane są tam liczne swobody, a wraz z nimi nasze zasady” – powiedział Macron na wiecu w Paryżu.

Wcześniej Macron, w opublikowanym w wywiadzie dla dziennika „Voix du Nord” powiedział, że jeśli zostanie prezydentem opowie się za sankcjami UE wobec Polski, która „naruszyła wszystkie zasady Unii”. Macron udzielił wywiadu po spotkaniu w Amiens ze strajkującymi pracownikami zakładów Whirlpool, które zostaną zamknięte ze względu na przeniesienie produkcji do Łodzi.

Według poniedziałkowego badania Instytutu OpinionWay na Macrona zagłosowałoby dziś 61 proc., a na Le Pen 39 proc. wyborców. W piątek sondaż tego instytutu dawał Macronowi 59 proc. głosów, a Le Pen 41 proc.

msn.pl

Waszczykowski, Czarnecki i Kaczyński na codziennych antypodach rozumu

Witold Waszczykowski znowu wstał lewą nogą. Z samego rana odpowiedział Emmanuelowi Macron nie na temat, bo kandydat na prezydenta Francji nie powiedział, że „Polacy mają sympatię wobec imperialnej Rosji” (jak czytamy w komunikacie polskiego MSZ – która byłaby nota dyplomatyczną, gdyby Macron został prezydentem Francji), lecz Macron zestawił reżimy „panów Orbana, Kaczyńskiego i Putina”.

Waszczykowski powinien z rana odczekać, dojść do siebie, przemyśleć i dopiero wówczas odpowiedzieć. Acz najrozsądniej byłoby, gdy poczekał do wyboru prezydenta Francji. Już teraz zasuwa takie wpadki, co będzie, gdy Macron zostanie prezydentem?

Waszczykowskiemu wtórował Ryszard Czarnecki. Ten to mógł znowu spać w swoim krawacie czerwono-białym. Takie barwy w paski nosi od czasów służenia innemu geniuszowi Andrzejowi Lepperowi. Czarnecki pouczył Macrona via Telewizja Republika: „Popełnia poważny błąd. Jesteśmy liderem nowej Unii i lepiej dobrze z nami żyć”.

Czarnecki mógł się w ogóle nie wybudzić. Liderem, prymusem Unii już byliśmy, teraz najwyżej tej Unii jesteśmy osłem – bo tam nas posadzono, do oślej ławki dla liderów specjalnej troski. Czarnecki mógł też pomylić Unie, np. nową Unię z „ciepłym człowiekiem”.

Ale najlepszy jest jednak Jarosław Kaczyński. Przy odsłanianiu pomnika brata Lecha Kaczyńskiego (i Marii Kaczyńskiej) w Białej Podlaskiej był się podzielić tym, czego nie podają jeszcze podręczniki historii: „Gdyby nie pozycja Lecha Kaczyńskiego w Solidarności, ta formacja nie miałaby żadnych szans”.

Tak brat Jarosława się zakonspirował, że norweski Komtet Noblowski przez pomyłkę przyznał pokojową nagrodę Lechowi Wałęsie.

To zdaje się główny powód reformy edukacji. Tylko czekać, gdy dowiemy się, że obydwu braci K. wykarmiła wilczyca i tak powstał Rzym. W kosmos zaś nie została wysłana Łajka, tylko kot Alik prezesa. W związku z wyznaniem Kaczyńskiego pod pomnikiem w Białej Podlaskiej dla wielu internautów zasadne jest pytanie: czy prezes bierze to samo, co Macierewicz?

„Ucho prezesa” to marny kabaret, wypowiedzi Waszczykowskiego, Czarneckiego i prezesa to poziom nie do osiągnięcia przez Kabaret Moralnego Niepokoju.

 

CZARNECKI POUCZA MACRONA: POPEŁNIA POWAŻNY BŁĄD. JESTEŚMY LIDEREM NOWEJ UNII I LEPIEJ DOBRZE Z NAMI ŻYĆ

 

List Kozieja do prezydenta i premier. Pyta, kiedy wyznaczony zostanie Naczelny Dowódca SZ RP

02.05.2017

Gen. Stanisław Koziej 

Były szef BBN, generał w stanie spoczynku, Stanisław Koziej opublikował na Twitterze trzeci list otwarty do prezydenta i premier. Koziej pyta w nim kiedy zostanie wyznaczony Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych RP na czas wojny.

List, adresowany do prezydenta Andrzeja Dudy i premier Beaty Szydło, rozpoczyna się od słów: „Bardzo mi przykro, że już trzeci raz w tym roku Piszę do Pana Prezydenta i do Pani Premier list otwarty w tej samej sprawie i to tak oczywistej jak zapewnienie możliwości skutecznego kierowania obroną Rzeczypospolitej Polskiej w razie wojny”.

Były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego wskazuje, że od pięciu miesięcy „Polska znajduje się w kuriozalnej sytuacji”. Jak wyjaśnia, minister obrony narodowej skierował do rezerwy kadrowej generała, który był wyznaczony do przygotowania się do objęcia funkcji Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych w czasie wojny. „Bardzo się dziwię, że Pan Prezydent na to pozwolił. Ale jeśli już tak się stało, to jeszcze dziwniejsze i w dodatku niezmiernie ryzykowane dla polskiej obronności jest wstrzymywanie się przez Panią Premier i Pana Prezydenta ze wskazaniem innej osoby do realizacji tych nakazanych ustawowo działań” – stwierdza Koziej.

Generał w stanie spoczynku pisze również, że istnieje wiele zagrożeń dla bezpieczeństwa Polski, dlatego też nie należy zaniedbywać własnych zadań dotyczących systemu kierowania obroną państwa. Na koniec Koziej ponownie apeluje do prezydenta i premier, by wskazali „niezwłocznie”, osobę przewidzianą do mianowania na stanowisko Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych w czasie wojny.

msn.pl

Anna Popiołek

Niespełnione obietnice PiS ratują gospodarkę?

02 maja 2017Posiedzenie rzadu N/z premier Beata Szydlo, minister rozwoju Mateusz Morawiecki

Posiedzenie rzadu N/z premier Beata Szydlo, minister rozwoju Mateusz Morawiecki (Jacek Dominski/REPORTER / REPORTER)

Mimo hucznych obietnic frankowicze zostali na lodzie. Podobnie z podatnikami czekającymi na podniesienie kwoty wolnej, seniorami liczącymi na darmowe leki, rodzicami czekającymi na pieniądze na każde dziecko. Na szczęście, bo nasza gospodarka nie wytrzymałaby takich perturbacji.

Gdyby politycy PiS rzeczywiście byli tak hojni, jak obiecywali dwa lata temu przed wyborami, wszyscy bylibyśmy bankrutami. Na razie jedynie, w dobrych humorach, nie odchodzimy zbyt daleko od krawędzi.

Czemu rząd PiS nie zdecydował się na przewalutowanie kredytów frankowych po kursie z dnia zaciągnięcia? Czy dlatego, że w takim wypadku upadłoby kilka banków, a cały sektor zapłaciłby czterokrotność rocznych zysków? Zresztą nie tylko banki poniosłyby miliardowe koszty. Z budżetu państwa trzeba by wypłacić klientom gwarantowane depozyty. To kolejne miliardy, za które na końcu zapłaciliby wszyscy podatnicy.
W opinii frankowiczów rząd stosuje półśrodki – prezydent chce nakazać bankom zwrócić część pobranych różnic kursowych, a bank centralny i nadzór finansowy pracują razem nad sposobami zachęcenia banków do „dobrowolnego” przewalutowania. To pokazuje, że tym razem przed prawdziwą katastrofą rząd jeszcze potrafi nas obronić.

Dla dobra podatników politycy PiS zrezygnowali też z kilku innych drogich obietnic. Choćby z jednolitego podatku, który zastąpiłby podatek PIT i składki na ubezpieczenie społeczne. Choć najubożsi mogli płacić nieco mniej, wszyscy pozostali – również ci, których pensja nie przekracza przeciętnego wynagrodzenia – musieliby oddać do budżetu dużo więcej niż obecnie. Jeśli jednak rząd uznałby, że narażać się średnio zamożnym nie warto, dziura w budżecie byłaby jeszcze większa.

To nie koniec. Zgodnie z zapowiedziami polityków w ciągu pierwszych 100 dni rządów PiS kwota wolna miała wzrosnąć do 8 tys. zł. – Nie wierzcie, że się nie da – mówił w sierpniu świeżo zaprzysiężony prezydent Andrzej Duda. Finalnie rząd podniósłby ją jedynie dla najuboższych, dla klasy średniej zostałaby bez zmian, a dla najbogatszych zostałaby mocno obcięta.

Mało przykładów? 500 plus miał być programem na każde dziecko, seniorzy mieli mieć za darmo wszystkie leki, a VAT spaść do 22 proc.

Każda z tych obietnic kosztuje. Od początku było więc jasne: albo ruina systemu finansów publicznych, albo rezygnacja z części obietnic wyborczych.

Ale nawet te, które zostały zrealizowane, są obwarowywane przepisami, które mają ograniczać koszty.

Weźmy obniżenie wieku emerytalnego. Ustawę przegłosowano, zacznie obowiązywać w październiku. I już w pierwszym roku będzie kosztować około 10 mld zł. Rząd więc kombinuje, jak zniechęcić do skorzystania z możliwości, którą dał ludziom.

Politycy PiS zachowali się jak rasowi populiści – naobiecywali gruszek na wierzbie, by po zdobyciu władzy wycofać się z obietnic. Możemy się pocieszać, że w ten sposób budżet to wytrzymał, ale czy rzeczywiście tak powinna być prowadzona polityka gospodarcza?

wyborcza.pl

„Nie lubiłam żadnego z naszych prezydentów, ale Duda przerasta wszystkich w beznadziei”

02.05.2017

- W obecnym rządzie panuje przekonanie, że kobiety zachodzą w ciążę tylko dlatego żeby dokonać aborcji - mówiła podczas spotkania w Białymstoku profesor Magdalena Środa© AGNIESZKA SADOWSKA – W obecnym rządzie panuje przekonanie, że kobiety zachodzą w ciążę tylko dlatego żeby dokonać aborcji – mówiła podczas spotkania w Białymstoku profesor Magdalena Środa

Magdalena Środa bardzo dobitnie pisze, co sądzi na temat prezydentury Andrzeja Dudy. Co prawda nie ukrywa, że nie przepadała za żadnym z dotychczasowych prezydentów, ale dla obecnego nie ma litości. 

„Nie lubiłam żadnego z naszych prezydentów. Żaden nie wydawał mi się godny tej roli. Wałęsa, mimo zasług, był histerykiem i intrygantem, do Kwaśniewskiego nie miałam za grosz zaufania (ten PZPRowski styl, to picie z Głódziem, jeżdżenie papamoblie), Lech Kaczynski był poczciwym człowiekiem ale tylko cieniem swojego brata, Komorowski leniwym szlachcicem (no i zabijał bezbronne zwierzęta)… ale Duda! Duda przerasta wszystkich w beznadziei” [pisownia oryginalna – red.] – napisała na swoim profilu na Facebooku prof. Magdalena Środa.

Zobacz też: Andrzej Duda ogłasza, że Andrzej Duda nie jest prezydentem wszystkich Polaków

Filozofkę oburzył ostatni wywiad Andrzeja Dudy dla kanału TVP Historia. Zdaniem Środy, słowa prezydenta o potrzebie polityki historycznej sprowadzają się do propagandy, która na co dzień stosuje partia rządząca. Publicystka wytyka Dudzie, że ten bezmyślnie zachwala żołnierzy wyklętych.

„Powiedział (Duda) ‚spór o żołnierzy wyklętych to spór o rząd dusz, o to czy kraj ma być nadal w rekach poskomunistów’ przy czym zapewne nie chodziło mu o Czabańskiego czy Piotrowskiego i wielu innych PZPRowców w PiSie. Tylko o tych, których PiS nie lubi” – zwróciła uwagę Magdalena Środa.

https://www.facebook.com

Na zakończenie apeluje też do premier Szydło, by ta „popracowała na godnością” głowy państwa.

 

msn.pl

Zuzanna Radzik*

Czy Państwu to nie przeszkadza, czyli upstander i patrioci

02 maja 2017

Marsz ONR-u w Warszawie

Marsz ONR-u w Warszawie (Czarek Sokolowski (AP Photo/Czarek Sokolowski))

Wszystko było bardziej wstrząsające, niż się spodziewałam. Na przedzie krzyż, a tłum krzyczy: „Ave, Christus Rex”. A potem zaraz: „Znajdzie się kij na lewacki ryj!”.

Mocuję się, szukając odpowiedniego tłumaczenia, i nic.

Słowniki wiele nie pomogą, bo dopiero w 2016 roku słownik oksfordzki języka angielskiego dodał słówko „upstander” do swojego zasobu, i to na żądanie legislatury stanu New Jersey.

Wszystko dzięki Sarah Decker i Monice Mahal, które trzy lata wcześniej rozpoczęły w swojej szkole akcję w tej sprawie. Temat podchwycił senator stanowy i w efekcie legislatura stanu New Jersey zobowiązała Oxford Dictionaries i Merriam-Webster Inc. do uzupełnienia słownika.

Słowo, o które chodzi, ukuła dyplomatka Samantha Power, a rozpropagowała amerykańska organizacja edukacyjna Facing History and Ourselves, która uczy nauczycieli, jak wyciągać z uczniami etyczne i obywatelskie wnioski z historii. Powtarzając, że „ludzie dokonują wyborów, a te wybory kształtują historię” (People make choices, choices make history), Facing History definiuje upstandera jako osobę, która podjęła decyzję, by wpływać na kształt świata przez występowanie przeciw niesprawiedliwości i wprowadzanie pozytywnej zmiany.

Efekt majówki?

Kto zacznie ze mną akcję, żeby ten termin zgrabnie przetłumaczyć i wprowadzić do słownika? Jakby tu oddać jego nieco rebeliancki, ale też obywatelski charakter? A może do ukucia neologizmu zainspirować się nazwiskiem Ireny Sendlerowej? W końcu to ona na wykładach stała na znak sprzeciwu wobec getta ławkowego, a szturchnięta przez bojówkarza ONR z pytaniem, czemu stoi, odpowiedziała: „Bo jestem Polką”.

No, upstander, jak się patrzy! O ratowaniu dzieci z getta nie wspominając. Może przetłumaczmy upstandera tak: sendler.

O upstanderze myślę od soboty. Od tego nieszczęsnego marszu ONR przez centrum stolicy, który przyszło mi oglądać, choć, niestety, nie udało się zablokować. I od dokumentu Episkopatu, który ostatecznie na tytuł „sendlera” nie zasłużył, bo chyba przestraszył się sam siebie.

Wydawało się, że nie będzie żadnych zaskoczeń. Blokujących jednak mniej, niż się spodziewałam. Może efekt majówki. To, że policja interweniuje w reakcji na taką blokadę, było przewidywalne, choć w którymś momencie wtargnęła w nasz tłum zaskakująco brutalnie.

Ma rację korespondent AP, że to była brutalność nieuzasadniona. Było nas tak niewiele, że można nas było i tak łatwo zepchnąć na chodnik. Czy przywidziało mi się, że policjant popychał i kopał chłopaka obok? Nie, same ledwo się uchyliłyśmy.

Wydarło się z gardeł

Chwilę potem nadeszli. W luźnym szyku, z teatralnie wysokimi sztandarami i flagami, jakby chcieli swój marsz zagęścić. I wtedy okazało się, że na przedzie idzie krzyż, a tłum krzyczy: „Ave, Christus Rex”.

„Co???” – wydarło nam się z gardeł.

Wszyscy wokół krzyczą. Marsz swoje, blokada stara się go przekrzyczeć słowami: „Warszawa wolna od faszyzmu”. Wbiło nas w chodnik. To nie może się dziać naprawdę! Z krzyżem? Z Chrystusem w okrzykach? Nie przeszło jeszcze nawet pół pochodu, gdy hasło zmienili na: „Znajdzie się kij na lewacki ryj!”.

I jakoś to wszystko: kolory, proporce, maszerujący w szyku, opaski na ramionach, okrzyki i ten krzyż było bardziej wstrząsające, niż się spodziewałam.

Najwspanialej reagowała Zuza, z którą byłam na blokadzie. Z tak spontanicznym oburzeniem, że aż zawstydzało. W końcu, gdy dogoniłyśmy czoło demonstracji (bo policja przypadkiem odcięła nas kordonem od naszej blokady), nie wytrzymała i wdała się w dyskusję z panami niosącymi krzyż.

Nie pomogło tłumaczenie policjantom, że to taka wewnątrzkatolicka dyskusja o nadużywaniu symboli religijnych. Odciągnęli nas i spisali.

A gdy spisywali, Zuza zagadywała przechodniów, wołając: „Nie wierzę! Czy państwu to nie przeszkadza?”.

„Przeszkadza” – nieśmiało i cicho odparła stojąca najbliżej nas kobieta z dziećmi.

I tu chyba jest sedno. Bo gdy marsz szedł ku placowi Zamkowemu, po obu stronach ulicy mijał mnóstwo spacerowiczów z lodami, dziecięcymi wózkami, balonikami. Wiadomo, Krakowskie Przedmieście w weekend.

Czy państwu to nie przeszkadza? – chciało się wołać. I pewnie niejeden powiedziałby, że tak. A jeśli by im przeszkadzało, jeśliby rozumieli, dlaczego powinno, to naprawdę spacerowiczów było tam więcej niż ONR-u. Trzeba było tymi wózkami dziecięcymi zajechać im drogę, a proporce zasłonić gęstwiną baloników z helem.

A może czas uczyć tak historii, żeby z niej wyciągać moralne i obywatelskie wnioski, a nie tylko się nią emocjonować. Zamiast być dumnym z wielkiej Polki Sendlerowej, zacząć rozmawiać, jak przygotować się do podjęcia takich decyzji, jakie one podjęła.

O tym, ile kosztuje, by zachować się tak jak ona? Jak kształtować charakter, wrażliwość i odwagę cywilną, zanim stanie się przed taką próbą? A przy okazji wspominania jej postawy warto przypomnieć, co to ten ONR. Pytanie, jak zamiast stojących w szeregu lub przechodzących mimo zrobić z nas i młodszych od nas „sendlerów/upstanderów”, jest być może najdonioślejszym, jakie staje przed wychowawcami i formatorami.

ONR świętował w Warszawie rocznicę swojego powstania. „Polska to kraj króla Ubu”

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21748702,video.html

Biskupi bezpiecznie, z boku

Cała ta demonstracja wydarzyła się tuż po tym, jak Konferencja Episkopatu Polski zebrała pochwały od prawa do lewa za swój dokument o patriotyzmie. Ale jeśli uważnie się wczytać, w gruncie rzeczy biskupi stanęli bezpiecznie z boku, jak tej soboty przechodnie na Krakowskim Przedmieściu. Trudno powiedzieć, co właściwie myślą.

Nawet jak wyrażają niepokój, to nie chcą go nazwać.

Nie było tego głosu, gdy zachodziliśmy w głowę, co robią sztandary ONR w białostockiej i łódzkiej katedrze i czemu ksiądz z wałów Jasnej Góry zakrzykuje: „Chwała wielkiej Polsce!”.

Brakowało, gdy polski Kościół nie miał sposobu, by opanować młodego księdza, który mienił się duszpasterzem narodowców i zyskiwał zwolenników również noszących sutanny. Chciałoby się usłyszeć lament biskupów, gdy Centrum Badań nad Uprzedzeniami przy UW prezentowało wyniki badań na temat uprzedzeń i mowy nienawiści, które pokazują znaczący wzrost nastrojów antysemickich i antyislamskich, zwłaszcza wśród młodzieży.

Badacze tłumaczyli, że następuje desentycyzacja, czyli spada uznanie nienawistnych wypowiedzi za obraźliwe, bo się do nich przyzwyczajamy. Ale przecież takich dosłowności i konkretów w tym dokumencie nie ma.

A może biskupi nie chcieli mówić wprost, ale swoim tekstem pragnęli stanąć w obronie właśnie pacyfikowanego politycznie Muzeum II Wojny Światowej, które niezbyt patriotycznie pokazuje, jak straszna jest wojna? W końcu o potwornościach wojny wspominają w swoim tekście.

Czy ogłaszając go właśnie teraz, pragnęli zwrócić uwagę na ignorowaną przez władze państwowe rocznicę akcji „Wisła”? Wszak piszą, o „poczuciu wspólnoty wobec wszystkich obywateli, bez względu na ich wyznanie czy pochodzenie”, co pewnie powinno obejmować również Ukraińców.

Czy może, wspominając, że miłość narodu nie może być powodem pogardy do innych, chcieli nas namówić do blokady idącego dwa dni później przez Warszawę rocznicowego marszu Obozu Narodowo-Radykalnego?

Zgaduję jednak, że nic konkretnego od nas nie chcieli, a już z pewnością nie w sprawach bieżących.

Co nam teraz po tym ostrożnym dokumencie? Podczas kiedy biskupi zbierają pochwały za swoją spóźnioną i wyważoną reakcję, po stołecznych ulicach z krzyżem na czele maszeruje nam ONR. Myślicie, że wyciągną wnioski z własnego dokumentu? Że biskup tej części Warszawy nazwie to, co się działo nieopodal jego kurii i katedry, nadużyciem? A może trzeba było zejść z biskupiej kanapy i zajrzeć, co się dzieje na placu Zamkowym? Może – jak apeluje Zbigniew Nosowski – sytuacja znajdzie odbicie w trzeciomajowych kazaniach naszych pasterzy? Chętnie dam się zaskoczyć, ale jakoś nie wierzę. A tych kazań okolicznościowych trochę się zwykle boję.

Nie mnożyć słów

Biskupi napisali w sumie rzeczy oczywiste, na przykład że egoizm narodowy jest niechrześcijański, a prawdziwy patriotyzm przejawia się w szacunku do prawa. Czy faktycznie potrzebujemy, żeby nam wyjaśnili, że niekatolik to też dobry Polak, i czy przypadkiem nie brzmi to protekcjonalnie?

To instrukcja bezpiecznego patriotyzmu, nie ma w niej specjalnie wyzwań. Po trzydziestu latach debat o również czarnych kartach historii słyszymy tu o potrzebie przebaczenia, ale nic o tym, jak robić rachunek sumienia i o przebaczenie prosić.

A chyba udowodniliśmy, że mamy z tym problem. Podobnie pewnie do wszystkich społeczeństw. Owszem, zwracają uwagę, by się uwolnić od własnego bólu, ale nie mówią, co mamy zaproponować tym, którzy z naszego powodu są zbolali.

Nasi pasterze nie dają wskazówek, jak budować swój patriotyzm bez zaprzeczania wyrządzanym przez współobywateli krzywdom, co jest tak często wyśmiewane jako „pedagogika wstydu”.

Daleko nie szukając, w tym duchu właśnie pisze w „Gościu Niedzielnym” rektor wydziału teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego, o. prof. Dariusz Kowalczyk SJ, który z przekąsem mówi o patriotyzmie ograniczającym się do kasowania biletu i sprzątania po psie, sam jednak z troską pochyla się nad tym, że nazwa „caffe latte” wypiera prawdziwie polską „kawę z mlekiem” z restauracyjnych menu.

A skoro rektor wydziału teologii złości się, że dofinansowanie dostało „Pokłosie”, a nie film o rodzinie Ulmów, wymordowanej za pomoc Żydom, to trudno się dziwić, że trudne rozmowy o pamięci i historii nie znajdą odpowiedzi także w dokumencie biskupów. Widać Kościół nie widzi swojej roli w formowaniu sumień i przygotowaniu rachunku sumienia, tylko dba o nasze dobre samopoczucie.

To istotne, że w dokumencie wspomniano o wieloetniczności obywateli dawnej Rzeczypospolitej, prawda jest jednak taka, że taką edukację ciągną zapaleni nauczyciele i organizacje pozarządowe, ale najczęściej nie katecheci.

Nie można było nie wymienić Holocaustu, ale cóż z tego, skoro niewielu metropolitów bywa na rocznicach tych tragicznych wydarzeń obchodzonych w ich miastach. Już nie mówiąc o inicjowaniu tej pamięci tam, gdzie jest trudna lub jej nie ma.

Jak wreszcie zobaczę metropolitę warszawskiego i alumnów seminarium 19 kwietnia pod pomnikiem Bohaterów i Męczenników Getta, to dopiero uwierzę.

Pociechę można znaleźć w tym, że życie rzuca tak wiele wyzwań (a jak wiemy, „people make choices, choices make history”), że jeszcze nieraz będziemy mogły i mogli dokonać wyborów, które pozwolą nam zostać „sendlerami/upstanderami”.

Właściwie wszystko jeszcze przed nami, tylko niech nas nie uśpi 13-stronicowy dokument Episkopatu. Zresztą dokumenty są łatwe, a potem można składować je w archiwum. Co jednak zrobić, by jak prawdziwy „sendler/upstander” wprowadzać w świecie zmianę, a nie tylko mnożyć słowa?

Takich sendlerowych/upstanderowych dylematów wszystkim nam życzę z okazji nadchodzącego narodowego święta.

Tekst z bloga Zuzanny Radzik >>>

* Zuzanna Radzik – teolożka, publicystka współpracująca z „Tygodnikiem Powszechnym”, autorka książki „Kościół kobiet”. Pisze o dialogu polsko-żydowskim i teologii feministycznej. Działa w Forum Dialogu. Jest nominowana w plebiscycie Ludzie Roku 2016 Czytelników „Wyborczej”.

wyborcza.pl

Katarzyna Kolenda-Zaleska, „Fakty” TVN

Władzo, uważaj. Wkurzony suweren chwyta za referendum

01 maja 2017

Referendum w sprawie przyłączenia Legionowa do Warszawy

Referendum w sprawie przyłączenia Legionowa do Warszawy (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

„Polacy mają prawo decydować o swoim państwie. Mają prawo decydować o swojej pracy, o przyszłości swoich dzieci”. Czy Beata Szydło już zapomniała, co obiecywała nam, gdy szła po władzę?

PiS wykorzystuje to, że w Sejmie ma większość, bez żadnych skrupułów. Władza chciała zniszczyć Trybunał Konstytucyjny, więc go zniszczyła, nie licząc się z opiniami wybitnych prawników, nie słuchając głosu opozycji. Tak jest z każdym projektem, bo Jarosław Kaczyński, podpierając się wolą suwerena, robi, co mu się podoba.

Ale suweren przemówił zaskakująco dla władzy zdecydowanie. W Legionowie w referendum przy imponującej frekwencji przytłaczającą większością głosów odrzucił pomysł stworzenia wielkiej Warszawy. Referenda zapowiedziały kolejne podwarszawskie gminy – i PiS postanowił się wycofać z kontrowersyjnej ustawy. Ma dość kłopotów ze spadającymi sondażami, aferami wokół ucieczki smoleńskiego eksperta Wacława Berczyńskiego, skandalicznymi wpisami na Twitterze – Tusk w mundurze SS – pani konsul honorowej. Obserwowanie, jak dzień po dniu tysiące ludzi będą mówiły władzy przy urnach „nie” – to już byłoby za dużo. Efekt społeczny byłby przytłaczający.

Tym samym PiS wpadł w pułapkę. Jego niechęć do referendów jest już widoczna gołym okiem. Niechęć do referendów w ogóle, bo choć obywatele zebrali prawie milion podpisów pod referendum w sprawie edukacji, usłyszeli „nie”. Władza powiedziała: Nie będziemy was słuchać, bo jest już na to za późno.

Władza się przestraszyła, bo mogło się okazać, że głos suwerena, na który bezustannie się powołuje, jest jednak sprzeczny z jej wizjami. Ale szkody zostały już poczynione i trendu nie da się zatrzymać. Dziś obywatel widzi, że rządzących nie interesuje jego opinia, jak zresztą niczyja poza jej własną.

Konfrontacja tych decyzji z deklaracjami nawet na cynikach, którzy wiedzą, że obietnice składane w kampanii wyborczej są nic niewarte, musi robić wrażenie. Nietrudno wyszukać pełne patosu cytaty z wystąpień pani premier. „Nazywam się Beata Szydło i będę słuchać ludzi” – to z konwencji, na której została namaszczona na szefową rządu. I dalej w tym samym przemówieniu: „Przyjedziemy do was, aby rozmawiać. Będziemy wszędzie tam, gdzie toczy się dyskusja o Polsce. Nie chcę, żeby dla celów wyborczych mówiono co innego, a potem robiono co innego. Czas polityków celebrytów się kończy. Czas na polityków rzemieślników, którzy będą pokornie słuchać Polaków”.

Potem w trakcie kampanii pani premier obecna wielokrotnie jeszcze powtarzała i obiecywała: „Obowiązkiem każdej władzy jest słuchać obywateli”. I: „Polacy mają prawo decydować o swoim państwie. Mają prawo decydować o swojej pracy, o przyszłości swoich dzieci”.

Z tych zapowiedzi nie zostało dosłownie nic. Okazało się, że dojmujący rozdźwięk między słowami a czynami nie musi być powodem do wstydu.

Jednak po sukcesie referendum w Legionowie i po strachu, który dopadł władzę na wieść o kolejnych, obywatele dostali do ręki potężne narzędzie sprzeciwu wobec rządów PiS. Referenda. W każdej sprawie. Lokalnej i państwowej. Władza postawiona pod ścianą musiałaby za każdym razem się tłumaczyć, dlaczego nie słucha suwerena, który chce coś jej powiedzieć.

Dla opozycji zbieranie podpisów nie powinno być problemem. Problemem może być wyłącznie frekwencja – czyli obywatelska świadomość. Bo jeśli mimo zarządzonego referendum – a zewsząd będą nas przekonywać, jakie to potworne koszty – obywatele nie przyjdą głosować, to władza będzie triumfować. Będzie mogła robić, co chce, a alibi damy jej my sami.

wyborcza.pl

Panie Prezydencie,Pani Premier: wskażcie wreszcie kandydata na Naczelnego Dowódcę SZ.Bo od 28.04 br. nie ma go już nawet w rezerwie kadrowej

Wielka bitwa o miliony niezdecydowanych Francuzów. Macron ma wiele do stracenia, Le Pen – przeciwnie

Piotr Moszyński (Paryż, RFI), 02 maja 2017

Emmanuel Macron opuszcza przeznaczoną do zamknięcia fabrykę Whirlpoola w Amiens, której załoga strajkuje

Emmanuel Macron opuszcza przeznaczoną do zamknięcia fabrykę Whirlpoola w Amiens, której załoga strajkuje (Thibault Camus (AP Photo/Thibault Camus))

Środa ma być kluczowym dniem w kampanii przed niedzielną drugą turą wyborów prezydenckich. Emmanuel Macron i Marine Le Pen zetrą się w telewizyjnej debacie. Czy Polska po raz trzeci stanie się tematem francuskiej kampanii?

W pierwszej turze niezależny centrysta Macron pokonał Le Pen ze skrajnie prawicowego Frontu Narodowego z przewagą prawie 3 pkt. proc., więc stworzył wrażenie, że wystarczy mu „pójść za ciosem” – a wygra. W dodatku wszystkie sondaże przewidują zwycięstwo Macrona w niedzielę z wynikiem mieszczącym się między 55 a nawet 65 proc. głosów.

To pierwszy problem Le Pen, drugi to perspektywa bezpośredniej merytorycznej dyskusji z Macronem o gospodarce, finansach czy Europie. Le Pen czuje się świetnie na wiecach i spotkaniach z własnymi wyborcami. Bez względu na to, jak demagogiczne, populistyczne byłyby głoszone przez nią hasła i propozycje, spotyka się tam zawsze z bezkrytycznym, gorącym aplauzem.

Nie jest przyzwyczajona do dyskusji, w której jest atakowana obszernie uzasadnionymi kontrargumentami, albo demagogią o innej orientacji politycznej. Było to doskonale widać w dwóch debatach przed pierwszą turą. Dała się kilkakrotnie zbić z pantałyku – nie tylko Macronowi, także Fillonowi i Melenchonowi – i było po niej wtedy widać, że jest bezradna, kiedy tylko ktoś ją zmusi do wyjścia poza krąg wykutych haseł i „pewników”.

Nie ma wątpliwości, że sztab kandydatki FN zdaje sobie sprawę, że bezpośrednia dyskusja z merytorycznie przygotowanym Macronem to dla Le Pen ryzyko. Dlatego postanowił zrobić wszystko, aby jeszcze przed debatą maksymalnie zdestabilizować przeciwnika i narzucić wygodną dla FN tematykę finiszu kampanii – tak, aby w dniu debaty to ona występowała z pozycji osoby dominującej, bardziej dynamicznej, dyktującej styl i tematy rozmowy, skutecznie spychającej rywala do defensywy.

Amiens rozpala kampanię

Pierwsze dwa dni po pierwszej turze były tak spokojne, że można było odnieść wrażenie, iż wszyscy, z nim samym na czele, uznali już, że Macron ma zwycięstwo w kieszeni i nic szczególnego się już w tej kampanii nie wydarzy. Ale trzeciego dnia, w środę 26 kwietnia, temperatura kampanii gwałtownie wzrosła.

Macron pojechał do swojego rodzinnego Amiens na spotkanie z delegacją związkowców z miejscowych zakładów firmy Whirlpool, strajkujących w proteście przeciwko przeniesieniu produkcji do Polski, co oznacza zamknięcie fabryki. W tym samym czasie Le Pen przeprowadziła brawurową akcję, którą zaskoczyła.

On nie dojechał jeszcze do Amiens, a ona już była na parkingu zakładów Whirlpool i spotykała się z załogą, która zgotowała jej entuzjastyczne przyjęcie. Nie przepuściła żadnej okazji, by powtarzać, że Macron jest kandydatem wielkiego kapitału i pracodawców, że jest zwolennikiem globalizacji i że jest uległym wobec dyktatu Brukseli ultraliberałem. Jednym słowem – że francuska klasa robotnicza nie może się po nim spodziewać niczego dobrego. A przy okazji – że to ona, Le Pen, działa w terenie, blisko ludu i jego problemów, a Macrona – niedoświadczonego biurokratę i byłego bankiera, który chodzi na pasku globalnej finansjery – stać jedynie na grzeczne spotkanie w mieście z delegacją związkowców.

Wszystko na żywo relacjonowały media.

Kaczyński na ustach Macrona

Uderzenie było mocne. Zaskoczony Macron musiał improwizować. Szybko ruszył do fabryki i przez godzinę stawiał czoło rozżalonym i rozdrażnionym robotnikom. W ogniu dyskusji pojawił się nawet akcent polski: Macron zapowiedział poparcie dla ewentualnych sankcji europejskich przeciwko Warszawie. Odbiło się to szerokim echem w Polsce, ale we Francji nikt na to nie zwrócił specjalnej uwagi. Podobnie jak na wspomnienie nazwiska Kaczyńskiego na poniedziałkowym wiecu w Paryżu, gdy Macron mówił: – Wszyscy znacie przyjaciół i sojuszników pani Le Pen. To reżimy panów Orbana, Kaczyńskiego i Putina. To nie są ustroje otwartej i wolnej demokracji. Codziennie łamane są tam liczne swobody, a wraz z nimi nasze zasady.

Macron ma refleks, więc rozmowa z robotnikami poszła nawet nieźle, ale pozostało wrażenie, że załoga przyjęła go o wiele chłodniej niż szefową FN. A przede wszystkim – że to nie Le Pen musi nadrabiać straty z pierwszej tury, tylko raczej Macron musi gonić za rywalką, by neutralizować skutki jej wyprzedzających inicjatyw.

Frexit znika z credo Le Pen

Le Pen kontynuowała tak dobrze rozpoczętą serię wyjazdów w teren. Już nazajutrz o świcie można było ją zobaczyć powracającą z rejsu połowowego kutrem rybackim. Macron natychmiast zareagował na Twitterze: „Pani Le Pen popłynęła kutrem. Miłej wycieczki. Proponowane przez nią wyjście z UE oznacza koniec francuskiego rybołówstwa. Warto to przemyśleć”.

Jego riposty na antyeuropejskie pomysły narodowców i sondaże wskazujące na niezmiennie wysokie (na poziomie 70 proc.) poparcie Francuzów dla członkostwa w UE i w strefie euro zmusiły Le Pen do złagodzenia kursu w tej kwestii – przynajmniej werbalnie.

Przed każdą turą wyborów kandydaci składają tzw. „wyznanie wiary”, w którym określają swoje główne cele programowe. Okazało się, że przed głosowaniem 7 maja z „wyznania wiary” Le Pen zniknęła zapowiedź wyprowadzenia Francji ze strefy euro, a postulat wyjścia z UE został obwarowany warunkami, które w praktyce uniemożliwiają takie rozwiązanie.

Jak rozegra to Macron

Macron musi jednak bardzo uważać. Owszem, sondaże dają mu stabilną przewagę, ale wskazują też, że jego elektorat jest o wiele bardziej chwiejny i o wiele bardziej skłonny do zmiany decyzji niż wyborcy Le Pen. Byle incydent może wystarczyć, żeby nagle cofnęli poparcie dla niego.

Nie tylko francuscy robotnicy nie podjęli jeszcze decyzji, co zrobią w niedzielę – zagłosują na nacjonalistkę obiecującą izolacjonizm gospodarczy, na liberała, którego poparli socjaliści, czy posłuchają lewicowego radykała Jean-Luca Melenchona (dostał prawie 20 proc. głosów w pierwszej turze) i zostaną w domach.

Na jego korzyść przemawia ewidentnie lepsze merytoryczne przygotowanie do debaty, ale takie przygotowanie trzeba jeszcze umieć sprzedać w dyskusji. Macron ma poza tym wadę, polegającą na mówieniu w tonie pedagogiczno-profesorskim, co może zrazić część widowni, jeśli odbierze to jako przejaw traktowania jej z góry.

Na tle brutalnej „swojaczki” Marine, głoszącej z żarliwym przekonaniem choćby największe niedorzeczności, może to zagrać na jego niekorzyść. Jednak z dotychczasowych debat wynika, że w bezpośrednich starciach z przeciwnikami radzi sobie pod tym względem znacznie lepiej niż w wystąpieniach indywidualnych. Ożywia się wtedy, jest stanowczy.

W środę wieczorem miliony Francuzów zasiądą przed telewizorami i bez wątpienia wielu z nich wtedy właśnie podejmie ostateczną decyzję, na kogo głosować w niedzielę.

wyborcza.pl

„Ależ skąd! My, PiS, nie mamy z faszystami z ONR nic wspólnego”

Macron piętnuje Polskę, MSZ mocno odpowiada. I bierze w obronę Kaczyńskiego

tps, 02.05.2017

Emmanuel Macron

Emmanuel Macron (Martin Bureau / AP)

Polskie MSZ zabrało głos w sprawie ostatnich wypowiedzi Emmanuela Macrona. Faworyt wyborów prezydenckich we Francji kolejny raz otwarcie oskarżył Polskę m.in. o łamanie demokracji.

Macron wziął na celownik Warszawę zaledwie wczoraj podczas jednego z pierwszomajowych wieców. Kandydat wymieniał wówczas „sojuszników” jego konkurentki Marine Le Pen ze skrajnie prawicowego Frontu Narodowego. – To reżimy panów Orbana, Kaczyńskiego i Putina – wskazał Macron.

Polskie MSZ w specjalnie wydanym oświadczeniu przyjęło słowa Macrona z „żalem”, a jego porównania uznano za „niedopuszczalne” i „wprowadzające w błąd opinię publiczną”.

Rząd RP nie jest sojusznikiem pani Marine Le Pen. Wskazywanie na rzekomy sojusz między panią Le Pen a prezesem PiS jest manipulacją, a zaliczanie Jarosława Kaczyńskiego do grona „łamiących liczne swobody przyjaciół Le Pen” niewłaściwe i wysoce niestosowne

– ocenia polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

W oświadczeniu zapewniono, że „wartości i zasady wolnej demokracji są w Polsce przestrzegane”. „Chcemy ponadto przypomnieć, że ktokolwiek zna historię i wewnętrzną scenę polityczną w Polsce, nie ma prawa oskarżać Polaków o sympatię wobec imperialnej Rosji” – podkreśla ministerstwo.

Komunikat zakończono oczekiwaniem, że przyszły prezydent Francji – ktokolwiek nim zostanie – „dokona pogłębionej analizy”, zanim sformuje swoją ocenę dotyczącą innego kraju.

Macron, który według badań opinii publicznej jest faworytem niedzielnych wyborów, nie pierwszy raz w tej kampanii skrytykował Polskę. W jednym z wywiadów zapowiedział już, że gdy zostanie prezydentem Francji, opowie się za sankcjami UE wobec naszego kraju, który – w jego ocenie – „naruszył wszystkie zasady Unii”.

Druga tura wyborów prezydenckich we Francji odbędzie się 7 maja.

Wybory prezydenckie we Francji. Le Pen w drugiej turze: zwolennicy się cieszą, przeciwnicy lamentują

http://www.gazeta.tv/plej/19,114927,21679625,video.html

gazeta.pl

Ucho prezesa 14. Prezydent przemawia, a prezesowi śnią się Piłsudski, Mussolini i Gomułka

bha, 02.05.2017

'Ucho prezesa 14' - kadr

‚Ucho prezesa 14’ – kadr (YouTube / Ucho prezesa)

Ucho Prezesa 14 wczoraj pojawiło się w sieci, dostępne dla wszystkich, bezpłatnie. W tym odcinku prezes obchodzi imieniny, z tej okazji oczywiście przyjmuje wielu gości z… pierogami.

– Zabraniam mnie papugować! Nie zgadzam się na mówienie tak, jak ja. Towarzyszu Jarosławie, towarzyszu prezesie! – krzyczy we śnie prezesa Gomułka.

kultura.gazeta.pl

Fabryka oficerów Macierewicza. Wszystkie siły w wojsku na obronę terytorialną

Wojciech Czuchnowski, Paweł Wroński, 02 maja 2017

Pokaz sprzętu dla Wojsk Obrony Terytorialnej z udziałem ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza

Pokaz sprzętu dla Wojsk Obrony Terytorialnej z udziałem ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

„Wyborcza” ujawnia: Antoni Macierewicz chce podporządkować polską armię obronie terytorialnej i stworzyć kadrę oficerską po „kursach doskonalących”.

21 kwietnia szef MON wydał „Decyzję nr 2” dotyczącą „zmian organizacyjnych na potrzeby formowania wojsk Obrony Terytorialnej”. Dokument liczy cztery strony. Minister zobowiązuje w nim szefa Sztabu Generalnego, by do końca maja opracował „program reorganizacji terenowych organów administracji wojskowej [chodzi głównie o wojskowe komendy uzupełnień], dostosowując ich strukturę do potrzeb WOT”. Do końca czerwca dowódca WOT ma z kolei przedstawić koncepcję Centrum Szkolenia WOT. W tym samym terminie dyrektor departamentu nauki i szkolnictwa wojskowego „opracuje założenia dla planowanych w uczelniach wojskowych kursów doskonalących dla oficerów – kandydatów do WOT”. Podobne zadania (z terminem do 31 lipca) dostali rektor Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych i rektor Akademii Sztuki Wojennej. Do 30 kwietnia na wojskowych uczelniach miały się zacząć kursy dla 200 podoficerów zawodowych przenoszonych z dotychczasowych struktur armii (głównie z sił specjalnych) do obrony terytorialnej. Według dokumentu również departament wojskowej służby zdrowia ma „dostosować wojskowe komisje lekarskie i pracownie psychologiczne do potrzeb WOT”. Termin: 31 maja.

Z „Decyzji nr 2” wynika, że utworzona w styczniu 2017 r. obrona terytorialna ma być priorytetem w armii. Kandydaci do WOT mają mieć ułatwione przejście badań kwalifikujących (w tym psychologicznych) oraz ścieżkę awansu oficerskiego, czyli „kursy doszkalające” zamiast studiów.

Obrona terytorialna z osobnym korpusem oficerskim?

W wojsku panuje przekonanie, że Macierewicz chce stworzyć na podstawie WOT własną kadrę oficerską – oficerowie po przyspieszonych kursach będą przenoszeni do wojsk operacyjnych. Przyspieszone kursy stosowano już za pierwszych rządów PiS. Oficerami w służbach specjalnych zostawali po kilkunastodniowych szkoleniach sympatycy partii i harcerze.

W grudniu konflikt o sposób tworzenia wojsk obrony terytorialnej był jednym z powodów odejścia kadry z Dowództwa Generalnego Sił Zbrojnych z szefem gen. Mirosławem Różańskim na czele. Wcześniej Macierewicz znowelizował tzw. ustawę pragmatyczną, dzięki której szef MON może awansować praktycznie na dowolny stopień osoby bez kursów i znajomości języka – umiejętności niezbędnej w armii należącej do NATO.

– Antoni Macierewicz chce stworzyć osobny korpus oficerski, gorzej przygotowany, ale szybciej awansowany. To niezwykle groźne dla armii – mówi „Wyborczej” gen. Stanisław Koziej, w latach 2010-15 szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Gen. Koziej zwraca też uwagę na plan wyprowadzania z innych rodzajów wojsk 200 podoficerów zawodowych rocznie na potrzeby WOT: – To koncepcja wysysania najlepszej kadry podoficerskiej z wojsk operacyjnych. Polskie siły operacyjne są ogołacane, żeby stworzyć WOT – mówi.

Armia na usługach obrony terytorialnej

Bogdan Klich (szef MON w latach 2007-11) podkreśla, że „tworzenie WOT od początku odbywa się kosztem potencjału bojowego wojsk operacyjnych. – Profesjonalna armia jest ofiarą idée fixe Macierewicza, czyli obrony terytorialnej – ocenia. Gen. Koziej zastanawia się, czy „Decyzja nr 2” jest znana prezydentowi. – To pismo wprowadza strukturalne zmiany, o których powinien być informowany prezydent. Antoni Macierewicz robi to prawdopodobnie bez wiedzy Andrzeja Dudy. Posługuje się aktami niższej rangi, by ominąć prezydenta.

Plany Macierewicza krytykuje też gen. Waldemar Skrzypczak, b. dowódca wojsk lądowych: – To podporządkowanie Sztabu Generalnego, Dowództwa Generalnego i całej armii dyrektorowi biura WOT. Obserwujemy przekształcenie przez Macierewicza jednostek armii, cenionej w NATO za profesjonalizm, w instytucję usługową wobec obrony terytorialnej.

Zobacz też:

Macierewicz tworzy prywatną armię? Rząd zgodził się na powołanie wojsk obrony terytorialnej

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,20891303,video.html

Według Klicha „Decyzja nr 2” pokazuje, że nabór do WOT nie spełnił oczekiwań, choć MON kusiło 500 zł miesięcznie i wyposażeniem (w tym bronią) w magazynie jednostki. – Program „500 plus karabin” nie wzbudził entuzjazmu w społeczeństwie, próbuje się go więc ratować kosztem drenażu armii zawodowej – mówi.

Jego następca Tomasz Siemoniak (szef MON 2011-15) dodaje, że terminy wykonania założeń „Decyzji nr 2” są nierealne. – Nikt odpowiedzialny nie jest w stanie w tak krótkim czasie przygotować tego, co zarządził minister obrony – ocenia.

A gen. Koziej mówi: – Ta decyzja jest z 21 kwietnia? Wcześniej słyszałem, że organizacja WOT idzie doskonale. Tymczasem z tego dokumentu wynika, że nie ma kadr ani struktur. Istotą tego dokumentu jest przykrawanie rzeczywistości do wyobrażeń różnego rodzaju fantastów i amatorów.

WOT mają do 2019 r. liczyć 56 tys. żołnierzy podzielonych na 17 brygad. Na razie w budowie są trzy brygady. Służba w nich polega na udziale raz w miesiącu w szkoleniach oraz w dorocznym zgrupowaniu.

Str. 1Str. 1 Arch

Str. 2Str. 2 Arch

Str. 3Str. 3 Arch

 

wyborcza.pl

Jacek Żakowski

Grzechy rodziców, krzywda dzieci. O czym rozmawiam z synem 1 maja

01 maja 2017

Prezydent Andrzej Duda podczas dnia pamięci Żołnierzy Wyklętych na terenie dawnego aresztu śledczego przy ul. Rakowieckiej w Warszawie: - To muzeum jest ostatecznym wypaleniem piętna zdrady na komunistycznych oprawcach, tak żeby ich nazwisk i imion nikt już nigdy nie wymieniał z szacunkiem

Prezydent Andrzej Duda podczas dnia pamięci Żołnierzy Wyklętych na terenie dawnego aresztu śledczego przy ul. Rakowieckiej w Warszawie: – To muzeum jest ostatecznym wypaleniem piętna zdrady na komunistycznych oprawcach, tak żeby ich nazwisk i imion nikt już… (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Kiedy władza krzywdzi tylu ludzi, szczuje jednych na drugich, plecie o krwi na rękach, zdrajcach, napięcia obecne w domach przenoszą się do szkół.

„Jackowi Żakowskiemu z okazji 1 maja gratuluję sukcesu. Może go mierzyć łzami dzieci” – pisze na stronach wPolityce.pl Michał Karnowski, jeden z pisowskich magnatów medialnych. Bo „Żakowski wprowadził do naszej debaty publicznej kategorię znaną dotychczas z reżimów totalitarnych: atak na dzieci politycznych polemistów”. Pretekstem do absurdalnego zarzutu jest mój komentarz sprzed roku, w którym przestrzegałem, że za nazwiskami ludzi uczestniczących w obalaniu polskiej demokracji poruta będzie się ciągnęła przez pokolenia i dotknie ich bliskich.

„Doświadczam osobiście, dochodzi do mnie też wiele sygnałów, że nakręceni tymi i innymi apelami rodzice niechętni obozowi zmiany zachęcają swoje dzieci do ataków na dzieci tych, którzy są z nią kojarzeni” – żali się Karnowski, choć o nic takiego nigdy nie apelowałem, przestrzegałem tylko, że lepiej zachowywać się przyzwoicie.

Publicysta używa poetyki bajek Zoszczenki o Leninie. „Jeden z rodziców przyznał, że ‚nakręcał’ dziecko pod wpływem publicystyki Żakowskiego. Na szczęście po rozmowie się zreflektował. Przeprosił, a dzieci zmieniły swoją postawę”. Następnie uczcili zbrodnie „Burego”, poszli na miesięcznicę, pobili uchodźcę niosącego mikroby i żyli długo i szczęśliwie w mlekiem i miodem płynącej Polsce… Nie znam przypadku napuszczania przez rodziców ich dzieci na inne dzieci. Gdybym znał, tobym go potępił. Ale kiedy władza krzywdzi tylu ludzi, szczuje jednych na drugich, plecie o krwi na rękach, zdrajcach, napięcia obecne w domach przenoszą się do szkół.

To jest złe. Zwłaszcza przed 10 maja, kiedy wielu uczniów nie pójdzie do szkoły, by protestować przeciw niszczeniu oświaty, trzeba swoim dzieciom tłumaczyć, że ich koledzy nie mogą być karani za rodziców. Odbyłem taką rozmowę z synem. Każdy powinien to zrobić, po którejkolwiek jest stronie. Bo dzieci czasem muszą się wstydzić za rodziców, ale zgadzam się z Karnowskim, że nie mogą być za nich karane i piętnowane.

Tym bardziej jestem ciekaw, jak Karnowski oceni słowa Andrzeja Dudy, który w TVP Historia powiedział: „Dzieci i wnuki zdrajców Rzeczypospolitej, którzy tutaj walczyli o utrzymanie sowieckiej dominacji nad Polską, zajmują wiele eksponowanych stanowisk. W różnych miejscach – w mediach, w biznesie. Oni nigdy nie będą chcieli się zgodzić, by prawda o wyczynach ich ojców, dziadków i pradziadków zdominowała polską narrację historyczną”.

Pomijam fałsz założenia, bo była Jałta, wiele osób znalazło się po złej stronie, nim się połapały, wiele walczyło o komunizm, a nie o dominację sowiecką, wiele dokonało ekspiacji i działało potem w opozycji, ich dzieci zrobiły dużo, by PRL obalić, wielu ludzi tamtej władzy jest w PiS… Ale teza, że krytyka pisowskiej historiografii wynika z dziedzictwa złej krwi, to pomówienie tworzące fałszywe podziały i krzywdzące dzieci, wnuki, prawnuki.

Katolikom powinna tu pomóc opinia Episkopatu: „Celem roztropnej polityki historycznej jest jednoczenie ludzi wokół wspólnego dobra (…) ponad różnicami i podziałami”. Panie Michale, ujmie się pan za prawnukami?

wyborcza.pl

 

UFO nad Polską – zaczęło się w Gdyni

01.05.2017

© source: Thinkstock

O pierwszym UFO nad Polską napisał w 1959 roku „Wieczór Wybrzeża”. Zaczęło się od notki w gazecie, a skończyło na spiskach tajnych służb PRL i ZSRR.

Kariera latających spodków w Polsce zaczęła się właśnie od tej notatki:

W numerze z 23 stycznia 1959 roku. „Wieczór Wybrzeża” napisał na pierwszej stronie: „Nasi Czytelnicy p. Włodzimierz i Jadwiga Poncze o godz. 6.05 rano ujrzeli na niebie od strony północno-zachodniej »latający talerz«. Zaobserwowany obiekt był dużych rozmiarów i miał kształt koła. Talerz ten był koloru pomarańczowego, jego brzegi zabarwione były na różowo. Po chwili zniknął za domami, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów na niebie. Chwilę później inni świadkowie zaobserwowali rozbicie się obiektu w gdyńskim porcie”.

„Gdyński incydent”  jak z czasem nazwano domniemaną katastrofę niezidentyfikowanego obiektu, idealnie ilustruje typowy dla UFO mechanizm narodzin legendy, kiedy na fundamencie jakiegoś wydarzenia powstaje konstrukcja budowana z coraz bardziej sensacyjnych historii. Szybko zrasta się ona w trudną do rozsupłania plątaninę faktów, interpretacji, opinii, plotek i zwykłej blagi. Jeśli impet zjawiska jest tak silny jak w Gdyni, ich suma po przekroczeniu swoistej masy krytycznej rodzi zupełnie nową jakość.

Ranna istota

W Gdyni miało być tak: kilkaset metrów od miejsca katastrofy, na plaży należącej do Marynarki Wojennej znaleziono ranną istotę. Miała metr pięćdziesiąt wzrostu, drobną, wiotką posturę i duże skośne oczy. Była ubrana w jednoczęściowy przylegający do ciała kombinezon. Przejął ją patrol marynarki i przewiózł do szpitala na Drelowie. Tam nastąpił zgon. Podczas sekcji okazało się, że istota ma zdumiewającą, całkowicie nieludzką budowę wewnętrzną, opartą na schemacie spirali.

Jeszcze w czasie reanimacji szpital został otoczony przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, później przyjechał samochód chłodnia, który wywiózł ciało w nieznane miejsce. Jednocześnie wojsko obstawiło miejsce katastrofy. Na dno basenu portowego wysłano ekipę nurków. To, co znaleziono, załadowano na ciężarówkę i wywieziono. Podobno na terenie katastrofy szybko pojawiła się też Armia Czerwona i KGB. Później wszystko działo się pod ścisłą kontrolą Sowietów i to oni przejęli zwłoki istoty.

© Dostarczane przez Newsweek Polska

Tyle legenda. Fakty są takie:

Notatka w „Wieczorze” kończyła się apelem do czytelników – świadków obserwacji obiektu – o zgłaszanie do redakcji wszelkich informacji o tym zjawisku. Zgłosiło się kilkunastu i gazeta zebrała materiał do artykułów, które ukazywały się regularnie przez dwa tygodnie, a przez kilka dni temat nie schodził z pierwszej strony. Naoczni świadkowie widzieli płonący beczkowaty kształt, który z dużej wysokości z impetem wpadł do portowego basenu. Relacji o obcej istocie i aktywności armii nie było ani jednej.

„Wieczór Wybrzeża” już nie istnieje. Zlikwidowano też archiwum gazety. Część egzemplarzy posiada Biblioteka Wojewódzka, część Uniwersytet Gdański, nie wszystkie wydania z tamtego okresu przetrwały. Nie żyje dziennikarka, która pilotowała sprawę, ani ówcześni jej szefowie. Trudno więc zrekonstruować mechanizm powstawania gdyńskiej sensacji i ustanowić granicę między faktami a legendą.

Lekarz z Gdyni

Ta legenda nieoczekiwanie zrobiła zawrotną międzynarodową karierę. W 1980 roku znany polski ufolog Bronisław Rzepecki ściągnął z Anglii brytyjską „The UFO Encyclopedia”, biblię ufologów. Ku zaskoczeniu Rzepeckiego encyklopedia wymieniała zdarzenie w Gdyni jako jeden z najbardziej spektakularnych na świecie kontaktów z obcymi. Anglicy pisali nie tylko o kraksie w porcie, ale także o wyłowieniu obcego i jego śmierci w trójmiejskim szpitalu. Rzepecki ustalił źródło tej informacji. Była nią wydana rok wcześniej, także w Anglii, książka Arthura Shuttlewooda „The Flying Saucerers”. Shuttlewood zaś powoływał się na Antoniego Szachnowskiego, prezesa polsko-angielskiego klubu badaczy UFO. Jemu wydarzenia z Gdyni opowiedział ich uczestnik – polski lekarz, który przysięgał, że w 1959 roku uczestniczył w sekcji zwłok obcego.

 

Tajne służby ZSRR i PRL

Historię gdyńskiego rozbitka z kosmosu w książce „UFO From Behind the Iron Curtain” opisał też kilka lat przed Anglikiem rumuński ufolog Ion Hobana. On z kolei miał ją usłyszeć na przyjęciu w polskiej ambasadzie od podpitego oficera wywiadu wojskowego. Obie relacje dla ufologów, traktujących źródła entuzjastycznie i raczej bezkrytycznie, wystarczyły aż nadto, by uznać gdyński incydent za fakt, a brak jakichkolwiek materialnych dowodów – za efekt działania służb specjalnych PRL i ZSRR.

© Dostarczane przez Newsweek PolskaPierwsze UFO nad Polską

Wkrótce po artykułach „Wieczoru Wybrzeża” prasa w Polsce zaczęła poświęcać tajemniczym zjawiskom na niebie coraz więcej uwagi. Rewelacja goniła rewelację. Publikowały je nie tylko popołudniówki, ale także poważne tytuły. Dzienniki oddawały im pierwsze strony i kolumny redakcyjne. Po latach okres ten zostanie nazwany „pierwszą falą UFO nad Polską”.

Latający talerz w Bielsku- Białej

Oto typowa notatka prasowa z 1959 roku. „Dziennik Zachodni” daje jej niezłe miejsce na trzeciej redakcyjnej stronie, dwie szpalty i spory tytuł: „Elżbieta Kuśnierz, pracownica fabryki Silników Elektrycznych nr 8 w Bielsku-Białej, mówi o zagadkowym zjawisku świetlnym, które oglądała wczoraj wraz z innymi świadkami: – Wracałam pociągiem z drugiej zmiany do domu. Wraz z jadącymi ze mną innymi kolegami z mojego zakładu pracy spostrzegliśmy blask na śniegu. Śnieg był bordowy. Na stacji Łodygowice ludzie wyszli z pociągu i patrzyli. Na niebie tuż nad szczytami wisiało coś czerwonego. Było okrągłe i przesuwało się”. Redakcja konkludowała: „Zachodzi podejrzenie, czy nie był to latający talerz”.

Pierwsze polskie zdjęcie latającego spodka opublikowało w 1959 r. „Życie Warszawy”. Nieżyjący już warszawski lekarz Stanisław Kowalczewski zrobił je przypadkiem na urlopie w Muszynie – sądził, że fotografuje odblask słońca. Gazeta komentowała: „Zdjęcie jest poprawnie naświetlone. UFO, choć niezbyt duże, jest bardzo wyraźne”.

– W tamtych latach pisaliśmy o UFO jako o niezidentyfikowanych obiektach latających, ale bez zmrużenia oka, na poważnie. Trudno się było zachowywać inaczej, bo do redakcji rzeczywiście napływały dziesiątki relacji z całego kraju – wspomina Marcin Kryst, dziennikarz rozchwytywanego i poważanego w latach 50. i 60. tygodnika „Dookoła Świata”.

© Dostarczane przez Newsweek Polska Kennedy i cała reszta

W Polsce skończyło się na gazetach, ale na świecie zabrały głos największe autorytety minionego wieku. Debaty o spodkach odbyły się w amerykańskim Kongresie, Bundestagu i parlamencie francuskim. Mówili o nich wszyscy amerykańscy prezydenci drugiej połowy XX wieku. W 1950 roku Harry Truman: – Jestem przekonany, że latające spodki, jeśli istnieją, nie są wytworem żadnej z ziemskich potęg. W 1954 roku gen. Dwight Eisenhower: – Nie wierzę, aby spodki przybywały do nas z jednej pojedynczej planety. W roku 1961 John F. Kennedy: – Doszedłem do wniosku, że to rzeczywiście muszą być statki kosmiczne, które przybywają do nas z innych światów. W 1976 roku Gerald Ford: – Jestem szczególnie zainteresowany wyjaśnieniem sprawy (spodków), bowiem szczególnie dużo obserwacji miało miejsce w moim rodzinnym stanie Michigan.

Dlaczego UFO zniknęło wraz z zimną wojną?

Książkę „Nowoczesny mit o rzeczach widywanych na niebie” ogłosił w 1958 roku sam Carl G. Jung. Zdaniem Junga UFO było nieświadomym wyrazem lęku ludzi żyjących w okresie globalnego kryzysu cywilizacji. „W groźnej sytuacji, w której znajduje się dziś świat, kiedy zaczynamy rozumieć, że stawką konfliktu staje się cały glob, fantazja dająca początek projekcjom sięga ponad sferę ziemskich organizacji i potęg w sferę nieba, tj. w kosmiczną przestrzeń międzygwiezdną, gdzie kiedyś władcy losu, bogowie mieli swą siedzibę na innych planetach” – pisał Jung. Wszechpotęga technicznej cywilizacji i zmierzch chrześcijaństwa zrodziły jego zdaniem nową formę odwiecznego boskiego archetypu, formę techniczną, latającego spodka właśnie, który człowiek współczesny akceptuje łatwiej niż eschatologię chrześcijańską.

 

Choć Jung swoje tezy sformułował pod koniec lat 50., fenomen UFO rzeczywiście przeminął wraz z zimną wojną. Faceci w czerni Kolejny polski boom na UFO w latach 1978–1980 sceptycy łączyli z wejściem na ekrany kin filmu Stevena Spielberga „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” (1977). Argumentowali, że na całym świecie liczba obserwacji spodków rośnie wprost proporcjonalnie do liczby sprzedanych biletów.

Pierwsza polska organizacja ufologiczna, Klub Kontaktów Kosmicznych, w 1979 roku zebrała 39 relacji prasowych o UFO: 23 obserwacje nocne, 9 dziennych, 6 spotkań, po których pozostały fizyczne ślady obecności spodków (wypalona trawa itp.) i jedną obserwację samych pilotów obcego pojazdu. To trzy artykuły w miesiącu. Czyli UFO co 10 dni.

© Dostarczane przez Newsweek Polska

Entuzjam ufologów

Wraz z pojawieniem się pierwszych polskich badaczy tematyka zyskała nową jakość. Nie tylko liczyli oni doniesienia prasowe i sami zbierali relacje naocznych świadków, ale stworzyli także UFO-publicystykę – suche doniesienia o pojawieniu się latających talerzy zostały wzbogacone o próby tworzenia pierwszych teorii o ich pochodzeniu. Dzięki nim UFO przeprowadziło się z kiosków do księgarni. Rekordy popularności biły miesięczniki „Fantastyka” i „Problemy”, które obok literatury science fiction zarezerwowały stałe miejsce dla UFO-tajemnic. Najgłośniejsza historia lat 70. – relacja rolnika z Lubelszczyzny Jana Wolskiego z wizyty na pokładzie pojazdu obcych – stała się częścią popkultury. Na jej kanwie powstało słuchowisko radiowe i komiks w popularnym magazynie „Relax”.

Wraz z rosnącą liczbą badaczy i entuzjastów w latach 80. rodziły się coraz bardziej fantastyczne koncepcje tłumaczące zjawisko. Większość charakteryzowała się swoistym synkretyzmem, nadając lokalny polski rys starożytnym mitom i współczesnym legendom znanym już na Zachodzie.

Krakowski ufolog Robert Leśniakiewicz, dziś emerytowany kapitan straży granicznej, w książce „Projekt Tatry” opisał np. spotkanie z MIB-ami, czyli facetami w czerni (z angielskiego „Men in Black”). Dziwnymi, nieprzyjaznymi osobami w czarnych strojach i przeciwsłonecznych okularach, które miały nękać świadków pojawienia się UFO i osoby interesujące się tym zjawiskiem. Grozili, straszyli i składali dziwne propozycje. W środowisku ufologicznym na poważnie rozgorzał spór, czy MIB to agenci wywiadu, czy też obcy we własnej osobie.

Bodaj najbardziej fantastyczna publikacja owych lat to „Tunele UFO spod Babiej Góry” autorstwa Antoniego Pająka. Profesor i wykładowca fizyki twierdził, że UFO potrafią podróżować nie tylko po niebie, ale także pod ziemią, gdzie są wytopione setki szklistych tuneli. Jeden z nich pod Babią Górą, co potwierdza wiele ludowych podań zebranych przez Pająka. O tunelu wiedzieli hitlerowcy, którzy szukali drogi do znanego z tybetańskich mitów podziemnego królestwa Agharty. Niestety, wejścia do tunelu wysadziła – donosi Pająk – Armia Czerwona w 1945 roku. Trzeba je więc dopiero odnaleźć.

Powstał też cały nurt ufologii, który uważał spodki za zaginioną tajną technologię III Rzeszy. Produkcja niemieckich latających talerzy miała być zlokalizowana właśnie na terenie dzisiejszej Polski – w podziemnym kompleksie w Górach Sowich.

 Na każdy temat

Wobec takiego kalibru UFO-legend nie wzbudził sensacji wyemitowany na początku lat 90. odcinek talk-show „Na każdy temat”. Pani Zofia Namilik ze Świebodzic ogłosiła w nim, że została porwana na statek obcych, gdzie wszczepiono jej implant niewiadomego przeznaczenia. Pani Zofia na dowód gotowa była nawet okazać stosowną dokumentację medyczną. Ale zainteresowanie widzów było nikłe, a wydawcy zawiedzeni – okazało się, że UFO spowszedniało. Nie budziło już takich emocji, mimo że u schyłku swej ziemskiej kariery stało się wyraźnie ludziom wrogie. Na całym świecie mnożyły się historie takie jak pani Zofii. UFO ludzi porywało, kolczykowało i maltretowało.

 

Lem ma dość

Zmęczeniu tematem dał wyraz Stanisław Lem, pisząc u schyłku lat 80. na łamach „Problemów”, że zajmowanie się kosmitami jest zajęciem całkowicie bezowocnym: „Hipotez dotyczących UFO jest dziś nieporównanie więcej i są one daleko bardziej skomplikowane, wyrafinowane, rozczłonkowane niż u startu tych dociekań. Jednocześnie w badaniach (…) nie można dostrzec żadnego rozwoju, żadnego ruchu postępowego, żadnych takich fenomenów, które nie są ani wariantem, ani powtórzeniem tylko fenomenów już uprzednio zauważonych. Nigdy też UFO nie pozostawiło po sobie żadnego materialnego śladu, który mógłby stać się przedmiotem poważnych badań”.

Pod koniec ubiegłego wieku latające spodki stopniowo znikły z dostępnego masom nieba, by współcześnie utrzymywać z ludźmi kontakty zdecydowanie bardziej intymne i elitarne. Jedni wybrańcy są porywani, inni doznają bezpośredniego przekazu do mózgu. (Polska jest reprezentowana głównie przez panią Barbarę Marciniak, która twierdzi, że weszła w bliższe relacje z mieszkańcami gwiazdozbioru Plejad).

Janusz Zagórski, badacz latających spodków młodszego pokolenia, ostatni raz czuł prawdziwy dreszcz ufologicznych emocji w Wylatowie, gdzie jego zdaniem trzy lata (2001-2003) z rzędu pojawiały się ślady UFO, choć nowego rodzaju – nie na niebie, lecz w zbożu – tzw. zbożowe kręgi. Może godzinami opowiadać o nocach, gdy polował na UFO, o ochotniczych patrolach przeczesujących wylatowskie pola, o kamerach, które rejestrowały całą okolicę i były podłączone do internetu, by cały świat mógł zobaczyć, jak powstaje zbożowy piktogram. Och, jakie to było napięcie, gdy tysiące czekały, aż pojawi się znak. Nigdy się jednak nie pojawił. Nic się też nigdy nie nagrało i nikt niczego nie zobaczył. Oprócz pogniecionego zboża.

msn.pl

„Wpuściliśmy do polskiego życia publicznego karygodną dawkę nienawiści”

01.05.2017

maria-szonert-16.jpg© Grzegorz Momot/PAP maria-szonert-16.jpg

– To jest przede wszystkim haniebne, to pokazuje, jakich ludzi MSZ wybiera. To jest wszystko odpowiedzialność ministra Waszczykowskiego – opozycjonista z czasów PRL Zbigniew Janas komentował w „Faktach po Faktach” sprawę honorowej konsul RP w Ohio Marii Szonert-Biniendy, którą resort spraw zagranicznych zawiesił w pełnieniu funkcji za skandaliczne publikacje w mediach społecznościowych.

W niedzielę MSZ poinformowało, że zawiesza w pełnieniu funkcji honorową konsul RP w Ohio Marię Szonert-Biniendę. Powodem są treści umieszczane na jej profilu w mediach społecznościowych, w tym fotomontaż przedstawiający przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska w mundurze SS.

Jeszcze w piątek Ministerstwo Spraw Zagranicznych podkreśliło, że „treści publikowane przez konsul na jej prywatnych kontach w mediach społecznościowych przed otwarciem konsulatu honorowego wyrażają jej prywatne poglądy”.

Zaś w sobotę po południu konsul honorowa Szonert-Binienda poinformowała w oświadczeniu, że jej konto na Facebooku zostało zhakowane.

Sprawę komentowali goście „Faktów po Faktach”.

– To jest przede wszystkim haniebne oczywiście. To pokazuje, jakich ludzi MSZ wybiera. MSZ nie wiedział kogo powołuje? Nie wiedział, jakie ta pani ma poglądy? To jest po prostu wpadka kolejna – stwierdził Zbigniew Janas. – To jest wszystko jego (ministra Witolda Waszczykowskiego – red.) odpowiedzialność. To jest po prostu wstyd, że takich ludzi uruchamia się w służbie państwowej – dodał.

„Jak kiepsko działa polskie państwo”

– Historia jest oczywiście żałosna, ale ona przede wszystkim pokazuje, jak kiepsko działa polskie państwo. Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie powinno dopuścić do mianowania nawet na konsula honorowego, osoby, która publicznie w ten sposób może kompromitować Rzeczpospolitą – powiedział Adrian Zandberg z partii Razem.

– PiS zachowuje się tak, jakby państwo i stanowiska publiczne to była nagroda, którą można obdzielać swoją nową szlachtę, swój nowy salon. Po prostu za to, że ktoś jest wierny, albo, że ktoś jest żoną bądź mężem kogoś wiernego. I to jest poważny problem, bo traktowanie w ten sposób państwa oznacza, że jakość funkcjonowania tego państwa będzie spadać, bo to nie są tylko i wyłącznie honorowe stanowiska, one też wiążą się z odpowiedzialnością – tłumaczył Zandberg.

Zandberg zwrócił również uwagę, że sprawa ta wystawia złe świadectwo poziomowi debaty publicznej w Polsce.

– Ta sprawa pokazuje, że wpuściliśmy do polskiego życia publicznego dosyć karygodną dawkę nienawiści. I – żeby była jasność – to nie dotyczy tylko i wyłącznie Prawa i Sprawiedliwości – ocenił Zandberg.

Jego zdaniem, o tym samym świadczą dawne wypowiedzi Romana Giertycha, który obecnie reprezentuje prawnie Donalda Tuska.

– W roli arbitra elegancji chce występować mecenas Giertych, który parę lat temu krzyczał na ulicach o „wstrętnych pederastach” – komentował Zandberg.

W obronie Giertycha stanął Zbigniew Janas.

– Ja jednak bym nie stawiał (znaku – red.) równości między panią konsul a Romanem Giertychem. To nie jest facet z mojej bajki, ja zawsze z nim walczyłem, ale trzeba powiedzieć, że jego ewolucja jeśli chodzi o poglądy – w sensie pozytywnym – jest zaskakująca. Pytanie oczywiście zawsze mamy, na ile ona jest grą, a na ile jest szczera – stwierdził.

– Mnie interesuje w tej sprawie jedno. MSZ ma psi obowiązek przedstawić teraz procedury, które uniemożliwią w przyszłości, przy kolejnych tego typu nominacjach podobną kompromitację – podsumował Zandberg.

msn.pl

„Juncker wstrząśnięty po spotkaniu z May”

01.05.2017

Premier Wielkiej Brytanii Theresa May i przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker© AFP Premier Wielkiej Brytanii Theresa May i przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker

Niedawne spotkanie Jean-Claude’a Junckera z premier Wielkiej Brytanii Theresą May było dla szefa Komisji Europejskiej wstrząsem i spowodowało, że ocenia on bardzo sceptycznie szanse na kompromis w negocjacjach na temat Brexitu – informuje niemiecki Frankfurter Allgemeine Zeitung.

Thomas Gutschker opisuje w niedzielno-poniedziałkowym wydaniu „Frankfurter Allgemeine Zeitung” dotychczas nieznane kulisy spotkania Junckera z May 26 kwietnia w Londynie.

„Juncker był do głębi wstrząśnięty i wcale tego nie krył” – pisze autor, przytaczając jego wypowiedź po zakończeniu rozmowy: „Opuszczam Downing Street dziesięć razy bardziej sceptyczny niż przed (spotkaniem)”. Jego doradcy nie słyszeli od swego szef tak pesymistycznej oceny, nawet w najbardziej dramatycznych chwilach – twierdzi autor.

Podczas rozmowy, w której udział brali także doradcy obu stron oraz główny negocjator KE ds. Brexitu Michel Barnier, poruszono m.in. temat praw obywateli UE mieszkających w Wielkiej Brytanii i Brytyjczyków w UE. Zdaniem May powinni oni być traktowani jak obywatele krajów trzecich. „Dla Junckera problem jest bardziej skomplikowany, gdyż korzystają oni teraz z wielu przywilejów, które powinny zostać zachowane” – czytamy na łamach „FAS”.

Obywatele UE korzystają na Wyspach Brytyjskich z bezpłatnej opieki lekarskiej i zdaniem Junckera przywilej ten powinien obowiązywać także po Brexicie. „Uważam, że nie doceniasz wagi tego problemu” – miał powiedzieć Juncker do szefowej brytyjskiego rządu.

May, obawiając się brytyjskich tabloidów, chce, by negocjacje prowadzone były za zamkniętymi drzwiami. Z punktu widzenia Brukseli jest to niemożliwe, gdyż każdy krok musi być uzgodniony z krajami członkowskimi i z Parlamentem Europejskim – czytamy w „FAS”.

Najpoważniejszym punktem spornym jest kolejność podejmowanych działań. Zdaniem UE najpierw powinny zostać uzgodnione „zasady rozwodu”, a dopiero później kwestie przyszłej współpracy. May chce natomiast rozpocząć natychmiast rozmowy o umowie o wolnym handlu, a o kosztach rozwodu porozmawiać na końcu procesu negocjacji. Brytyjska premier powtórzyła podczas spotkania hasło „Let us make Brexit a success”.

Juncker zwrócił uwagę, że Wielka Brytania będzie dla UE państwem trzecim, pozbawionym nawet wspólnej unii celnej, znajdzie się więc w sytuacji gorszej niż Turcja. „Brexit nie będzie sukcesem” – ostrzegł szef KE.

Spór dotyczy też kwestii finansowych. UE uważa, że Wielka Brytania będzie musiała ponieść koszty w wysokości 60-65 mld euro. May stoi na stanowisku, że Brytyjczycy nie są winni Unii ani pensa – pisze Gutschker. „UE nie jest klubem golfowym, gdzie zgodnie w własnym widzimisię można wstępować i występować” – mówił Juncker.

Juncker odniósł wrażenie, że May wyobraża sobie, iż Brexit będzie dla Londynu „oficjalnie ostrym cięciem, a w rzeczywistości relacje zostaną utrzymane tam, gdzie odpowiada to brytyjskim interesom”. „Im dłużej tego słucham, tym bardziej jestem sceptyczny” – miał powiedzieć Juncker, reagując na brytyjskie nadzieje, będące jego zdaniem złudzeniami.

Aby wzmocnić wagę swojej oceny, Juncker poinformował w czwartek rano Angelę Merkel o przebiegu rozmowy. Powiedział niemieckiej kanclerz, że May „żyje w innym układzie planetarnym” i jest „pełna złudzeń”.

Pod wpływem tej rozmowy Merkel zmieniła tekst swojego oświadczenia, które wygłosiła wkrótce potem w Bundestagu. Wymieniła trzy priorytety negocjacji: zachowanie praw Niemców w Wielkiej Brytanii, niedopuszczenie do tego, by UE poniosła straty i zachowanie jedności pozostałych krajów. Zgodnie ze stanowiskiem Junckera zastrzegła, że najpierw należy rozmawiać o rozwodzie, wraz z konsekwencjami finansowymi, a dopiero potem o nowych relacjach.

Fragment dodany przez Merkel po rozmowie z Junckerem brzmiał: „Drogie koleżanki, drodzy koledzy, być może myślicie, że mówię o sprawach oczywistych. Muszę niestety tak to wyraźnie powiedzieć, ponieważ czuję, że niektórzy w Wielkiej Brytanii ulegają złudzeniom, a byłaby to dla nich jedynie strata czasu”.

Jak zaznacza Gutschker, przesłanie z Bundestagu okazało się skuteczne: brytyjskie media poinformowały o twardej linii Merkel wobec Brexitu.

„FAS” zaznacza, że Juncker powrócił z Londynu „mocno zatroskany”, a jego otoczenie szacuje prawdopodobieństwo fiaska negocjacji na „więcej niż 50 procent”.

msn.pl

TAK DLA INFORMACJI DUDY.😬!! PRZYDA SIĘ w NASTĘPNYM WYSTĄPIENIU dot. KOMUNISTÓW… WIDAĆ SWOI to MAJĄ LICENCJĘ DOBREGO KOMUCHA

PONIEDZIAŁEK, 1 MAJA 2017

Joński: Chcemy uruchomić europejską inicjatywę ustawodawczą ws wolności praw kobiet i zebrać milion podpisów we wszystkich krajach UE

Joński: Chcemy uruchomić europejską inicjatywę ustawodawczą ws wolności praw kobiet i zebrać milion podpisów we wszystkich krajach UE

Dzisiaj za wcześnie o jakichkolwiek rozmowach zjednoczeniowych. Dzisiaj każdy podąża swoją drogą. My za chwilę ruszamy z taką inicjatywą społeczną. Chcemy uruchomić europejską inicjatywę ustawodawczą w sprawie wolności praw kobiet i chcemy zebrać milion podpisów we wszystkich krajach UE – stwierdził Dariusz Joński w rozmowie z Katarzyną Kolendą-Zaleską w „Faktach po faktach” TVN24.

300polityka.pl

PONIEDZIAŁEK, 1 MAJA 2017

Schnepf: Głosy nt. kontrowersyjnych zachowań Szonert-Biniendy wyszły od Polaków z USA

Schnepf: Głosy nt. kontrowersyjnych zachowań Szonert-Biniendy wyszły od Polaków z USA

– Co ciekawe, głosy na temat kontrowersyjnych zachowań pani Szonert-Biniendy nie wyszły z Polski, tylko spośród Polonii Amerykańskiej. To właśnie nasi rodacy w Ameryce znaleźli kompromitujące wpisy na Facebooku, żenujące i bulwersujące zachowania, które odbiły się już o media światowe – mówił Ryszard Schnepf w rozmowie z Katarzyną Kolendą-Zaleską w „Faktach po faktach” TVN24.

300polityka.pl

%d blogerów lubi to: