Duda z Macierewiczem walczą pod dywanem

Duda z Macierewiczem walczą pod dywanem

Zablokowanie harcmistrza na Westerplatte przez ludzi podległych Macierewiczowi, aby nie przeczytał Apelu Poległych, bo nie było w nim wzmianki o Smoleńsku, daje Andrzejowi Dudzie kolejną możliwość, aby uniezależnić się od ministra obrony. Ten spór z rządem PiS jest równie ważny, jak praca nad ustawami sądowniczymi, które są pisane w Kancelarii Prezydenta pod przewodem byłego wiceministra sprawiedliwości rządu PO-PSL Michała Królikowskiego.

Może przydajemy tym sprawom nazbyt wielkie znaczenie, mogą być tylko pisowską wojenką pod dywanem o dostęp do ucha prezesa. Rzecznik Dudy Krzysztof Łapiński powiadomił, iż do Macierewicza został wysłany list, aby wyjaśnił kwestię incydentu na Westerplatte. Jednocześnie Łapiński zapowiedział, że prezydent będzie o tym rozmawiał z harcerzami w nieokreślonej przyszłości. Niemniej stanowisko Dudy wydaje się być jasne, bo chciałby, aby tradycja czytanie Apelu Poległych przez harcerzy była zachowana. Tym samym Duda śpiewa, że kit apelu smoleńskiego mu się nie podoba. Ale mógł przeciwdziałać temu zjawisku w Wieluniu, gdzie równolegle do Westerplatte doszło do uroczystości związanych z wybuchem II wojny światowej.

Cieniutkie to sprawy, ale takiego mamy prezydenta – cienkiego. Zarówno on, jak pisowscy ministrowie uprawiają specyficzną retorykę w stosunku do siebie. Do opozycji walą jak do największych wrogów z grubej armaty (Kaczyński: kanalie, mordy zdradzieckie; Szydło o Platformie: reprezentant interesów niemieckich), ale siebie głaszczą z włosem, albo pod włos, czyli uprawiają mowę-trawę, która nazywa się też kazuistyką.

Gdy Łapiński informował o „krokach” w stosunku do Macierewicza, ten pojechał sobie w teren – lubi jeździć limuzynami i latać wojskowymi CASA-mi – i był w Borowej (Łódzkie), gdzie pochylił się swoim emfatycznym słowem nad obrońcami z 1939 roku (apel smoleński musiał być pewnikiem przeczytany), ale pożalił się. – „Napotykamy jednak na działania, które próbują uniemożliwić odbudowę silnej armii”.

Kto zatem próbuje uniemożliwić? Na razie to Macierewicz zerwał kontrakt na Caracale, Autosan nie wyprodukuje pojazdów dla wojska, bo nie potrafi, ponoć oferował amfibie, ale te dzisiaj są zbędne. Szykuje się zakup Stoczni Marynarki Wojennej z 40-krotnym przebiciem jej wartości. Jedyny zakup, jakiego dokonało MON to samoloty dla VIP-ów.

I wcale nie opisuję kraju operetkowego księcia Himalaj z „Operetki” Gombrowicza, ale tu i teraz Wojsko Polskie. Wychodzi na to, że odbudowę silnej armii uniemożliwia sam Duda, który nie podpisał nominacji generalskich, a których listę przedstawił Macierewicz. Mógłbym wyjąć cytaty z przemówienia Macierewicza w Borowej, ale nie mam w pogardzie języka polskiego i rozumu, jak minister obrony.

Niestety, dzisiaj polska polityka jest skazana na mniemanologię Macierewicza o swojej wielkości i Dudy o niezależności od Kaczyńskiego. Przesilenie jednak nadchodzi, bo nie da się utrzymać prowizorki PiS. Polska na zewnątrz jest osamotniona, a wewnątrz osłabiana przez Macierewicza i innych ministrów rządu PiS. Nasze państwo coraz bardziej staje się teoretyczne.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Kto rządzi Polską?

Kto rządzi Polską?

Nie chcę nikogo obrażać, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że rządzą nami prymitywni prowincjonalni gówniarze.

Z zaciekawieniem i rozbawieniem, a równocześnie z rosnącą irytacją obserwują Europejczycy pokraczne łamańce polskiego rządu, który próbuje udowodnić, że czarne jest biało-czerwone. Okazuje się, że demolowanie instytucji demokratycznych to w gruncie rzeczy przywracanie demokracji, trójpodział władzy polega na tym, że trzy władze nadzoruje jedna partia, a najlepszym sposobem uratowania puszczy przed zniszczeniem jest jej zniszczenie. Ludzi cywilizowanych zaskakuje bezczelna pewność siebie, z jaką rząd Beaty Szydło plecie banialuki o tym, że zawłaszczanie sądów służy ich naprawie. Poraża cynizm, z jakim władza indoktrynuje społeczeństwo propagandowymi kłamstwami, głosząc w ukradzionych narodowi mediach, że niniejszym udostępnia Polakom i światu krynicę prawd objawionych. Przytłacza chamska buta, z jaką PiS-owscy rządcy „przywracają narodową godność”, obrzucając adwersarzy chamskimi wyzwiskami. Powala knajackie cwaniactwo, gdy wyjaśniają, że obelgi i impertynencje to naturalne efekty akustyczne towarzyszące wstawaniu z kolan…

Zagraniczni korespondenci zwracają uwagę, że działania polskich władz noszą znamiona chorobliwej aberracji. Bo z jednej strony partia rządząca, dla zwiększenia poparcia, gotowa jest rujnować budżet, budzić upiory nacjonalizmu, szczuć jednych Polaków na drugich, kłamać, oszukiwać, dzielić naród i gwizdać na rację stanu. A z drugiej strony, PiS nieustannie naraża się swoim potencjalnym zwolennikom oraz wszystkim, którzy mogliby poprawić wizerunek tej partii. Bez żadnego sensownego powodu powiększa grono swoich przeciwników – ostatnio o harcerzy, których po raz pierwszy w historii udało się poróżnić z wojskiem! Partia rządząca idzie na czołowe zderzenie z unijnymi instytucjami i przywódcami, mimo że UE cieszy się w Polsce poparciem najwyższym wśród wszystkich krajów członkowskich. PiS, który tak bardzo potrzebuje środków na przekupywanie elektoratu, demoluje równocześnie dobre dotychczas relacje z największymi płatnikami do europejskiej kasy, która niedługo dzielona będzie przecież przez tych samych ludzi, których obrażają polskie władze. Równocześnie PiS-owscy reprezentanci polskiego parlamentu umizgują się do Białorusi, wiedząc, że dla Polaków Łukaszenka jest tyranem, jego rządy są zaprzeczeniem demokratycznych swobód, a rządzony przez niego kraj to państwo zniewolone.

W europejskich mediach (z wyjątkiem węgierskich, jakoś słabo w Polsce czytanych) trudno o poparcie dla polityki rządu Beaty Szydło. Nawet w życzliwej dotąd prasie amerykańskiej można dzisiaj przeczytać, że Polska zmierza wielkimi krokami do politycznego samobójstwa. PiS-owska władza pręży muskuły, ogłaszając nas państwem znaczącym i potężnym jak nigdy dotąd, ale równocześnie rząd staje na głowie, by zrazić do siebie sąsiadów i historycznych przyjaciół. Znikają fora, gdzie głos Polski coś znaczył i gdzie mogliśmy liczyć na wsparcie. Nie ma już Trójkąta Weimarskiego, rozłazi się w szwach Grupa Wyszehradzka, narody krajów Partnerstwa Wschodniego to dla PiS-u OBCY, a idea Międzymorza, odkurzona formacja przedwojennej ligi ABC, straciła szanse realizacji już w chwili, gdy polski rząd zgłosił aspiracje do przewodzenia tej federacji…

Światowe agencje, informując o tym, co wyprawia PiS, snują rozmaite domysły w poszukiwaniu przyczyn aberracji polskich władz. Również w kraju roi się od wzajemnie sprzecznych wyjaśnień motywów samobójczej polityki. Całkiem sporo komentatorów twierdzi, że Kaczyński robi to, w co wierzy – on sam albo jego wierni – przekonani o słuszności misji ratowania zrujnowanej Polski i ucywilizowania zdegenerowanej Europy, bez względu na konsekwencje. Wielu jednak głosi, że zarówno Kaczyński, jak i jego świta, zdają sobie sprawę z fatalnych skutków prowadzonej polityki zagranicznej. Gotowi są jednak poświęcić opinie zagranicy dla utrzymania zwartości krajowego elektoratu, któremu podoba się tromtadracka polityka godnościowa. Spotkać też można opinię, że Kaczyński stracił panowanie nad swoim elektoratem, że realną władzę w Polsce przejęli awansowani na wysokie stołki rozmaici pomocnicy aptekarzy, kierowcy partyjnych bonzów oraz fryzjerki ich żon – ludzie słabo wykształceni, którzy dla utrzymania zdobytych pozycji ścigają się teraz w okazywaniu niezłomności, pryncypialności i oddania rewolucyjnym ideom „dobrej zmiany”. Słychać też, że Kaczyński i jego partia tak intensywnie dbali, by po prawej stronie nie wyrosła im żadna konkurencja, że wchłonęli w końcu cały nacjonalistyczny „katonarodowy” margines i stali się zakładnikami swojej politycznej ekstremy.

Nie potrafię ocenić trafności którejś z wymienionych i niewymienionych opinii. Wszystkie wydają mi się ciut przekombinowane. A poza tym – patrząc na panów Kaczyńskiego, Brudzińskiego, Błaszczaka i kilku im podobnych – nijak nie potrafię dostrzec w nich mężów stanu ani polityków. Widzę natomiast watażków i politycznych chuliganów. Przypominają mi wiejskich łobuzów, którzy demolują wiaty przystankowe, wyrywają lusterka z samochodów i ścigają się w zawodach, kto dalej rzuci koszem na śmieci. Odporni na zdrowy rozsądek i pewni swej bezkarności, bo przecież każdy, kto wyda swojaka, zasłuży na miano kapusia. Kochają rządzić i nie mają litości dla tych, którzy podważają ich pozycję. Zakochani w sobie, przekonani o słuszności własnych opinii, ślepi na racje innych. Bezwzględni dla obcych, którzy ośmielą się pojawić na ich terenie. Brutalni w słowach i czynach – prostacy z kategorii tych, o których moja babcia mawiała: – „Cham chamem, na wieki wieków, amen”.

Naprawdę nie chcę nikogo obrażać, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że rządzą nami prymitywni prowincjonalni gówniarze.

Andrzej Karmiński

koduj24.pl

PiS już wie, jak odzyskać bilion dolarów od Niemiec. Ma tajną broń i nie zawaha się jej użyć

PiS już wie, jak odzyskać bilion dolarów od Niemiec. Ma tajną broń i nie zawaha się jej użyć

Flickr.com/KPRM

Sprawa reparacji wojennych rozgrzewa od kilku tygodni umysły polskich i niemieckich polityków. Ta niezwykle delikatna kwestia staje się w coraz większym stopniu najważniejszym tematem w przekazach polityków partii rządzącej, a opozycja nie pozostaje głucha na wezwania do odszkodowań płynące ze strony prawicy, wskazując na potencjalne niebezpieczeństwo wyłaniające się z tej niebezpiecznej gry Kaczyńskiego i spółki. Widać, że prominentni politycy Prawa i Sprawiedliwości nie próżnują w tym temacie. Minister Spraw Wewnętrznych, Mariusz Błaszczak, musiał spędzić wraz z pracownikami swojego resortu wiele pracowitych godzin, by w końcu policzyć, ile tak naprawdę Niemcy są dłużni Polakom. Okazuje się, że to niebagatelna kwota biliona dolarów, czyli 3,5 biliona złotych. Skąd ta kwota, nie wiadomo, ale jej pochodzenie z pewnością pozostanie tajemnicą tego rządu, podobnie jak inne istotne odkrycia dotyczące np. przyczyn katastrofy smoleńskiej.

Obecnie w Sejmie trwają pracę nad analizą prawną, która ma odpowiedzieć na pytanie o formalne możliwości ubiegania się Polski o reparacje od Niemiec. Równolegle najbardziej tęgie głowy muszą zastanawiać się, jak odebrać naszemu zachodniemu sąsiadowi to, co nam niewątpliwie należne. Jednak dzisiaj z odsieczą ruszył im niezawodny wiceszef Parlamentu Europejskiego Ryszard Czarnecki, który w programie Radia Zet i Polsat News wskazuje na tajną broń, która powinna dać gwarancję zmuszenia potężnych Niemców do wypłacenia nam żądanych pieniędzy:

-Jeżeli Niemcy chcą mówić „nie” i chcą twardo mówić, że nie będą płacić reparacji, to my tę sprawę umiędzynarodowimy i nie będzie to z korzyścią dla wizerunku Niemiec – powiedział Czarnecki. Przypomniał, że 1 stycznia 2018 r. Polska rozpocznie swoją dwuletnią kadencję w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. – Na pewno w Parlamencie Europejskim, ja mogę sobie wyobrazić jako wiceprzewodniczący, zarówno interpelacje składane zarówno do Komisji Europejskiej i do Rady, jak i publiczne wysłuchania w tej izbie, jak też wnioski w naszej frakcji europejskich konserwatystów i reformatorów ws. zgłoszenia tego do porządku obrad – wskazał.

Wyobrażam sobie, że po usłyszeniu tych słów załamana kanclerz Merkel musiała wziąć pod uwagę nad odwołaniem dzisiejszej debaty z Martinem Szulzem, a BILD już wylicza, ile pociągów z forsą dla Polski trzeba będzie załadować. Bezlitosny europoseł Czarnecki dorzucił jednak jeszcze do przysłowiowego pieca mówiąc, że gdyby były jakiekolwiek dokumenty potwierdzające, że Polska zrzekła się reparacji, to Niemcy natychmiast by je przedstawiły– A więc skoro nie ma dokumentów, że Polska się tych reparacji zrzekła, to jest to bardzo dla nas ważny moment i nasze roszczenia, rewindykacje, kwestia reparacji wojennych ze strony Niemiec dla Polski i Polaków, nabiera nowego kształtu – powiedział. Szach i mat. Już minister Morawiecki może zastanawiać się, na co wydać dodatkowe 3,5 biliona złotych, a premier Szydło przymierzać się do 10000 plus dla każdego, kto zagłosuje na PiS.

Poseł Czarnecki po raz kolejny wykazał się nietuzinkowym i przenikliwym myśleniem, tym razem stając się tajną bronią partii rządzącej. Może liczy na jakąś prowizję od otrzymanych reparacji?

Źródło: Money.pl

crowdmedia.pl

Jacek Karnowski chce medialnej rewolucji. Namawia PiS do… zamknięcia wszystkich telewizji

03.09.2017
Jacek Karnowski ma pomysł na odpolitycznienie TVP: zamknięcie pozostałych stacji telewizyjnych. Dzięki temu państwowy nadawca nie musiałby już równoważyć przekazu liberalnych mediów i mógłby być bezstronny. Ale do tego potrzebne jest – według współtwórcy otwartej niedawno telewizji wPolsce.pl – rozdanie na nowo koncesji telewizyjnych.

Jednym z głównych argumentów obrońców TVP w obecnym kształcie, jest konieczność równoważenia pozostałych mediów. Przekonują, że co prawda kierowana przez Jacka Kurskiego stacja jest stronnicza, ale tylko dlatego, że sama jedna musi równoważyć „lewackie” media, niechętne wobec PiS. O tym, jak to robi, pisaliśmy w WP: w głównym programie publicystycznym TVP w sierpniu 19 razy występowali politycy PiS, a polityka opozycji zaproszono raz.

Coraz więcej mszy w Telewizji Polskiej

Jacek Karnowski ma pomysł, jak skończyć z tą niezbyt zręczną sytuacją. Chce wywrócić medialny stolik. „Może więc warto wszystko zacząć od nowa? Ale tak zupełnie” – pisze na portalu wPolityce. „Telewizję publiczną usamodzielnić, oddzielić od polityki tak bardzo jak to możliwe, wyważyć światopoglądowo jej władze, ale jednocześnie wygasić wszystkie koncesje mediów prywatnych i rozdać jej od nowa? Oczywiście w sposób gwarantujący realny pluralizm. Wprowadzając rozwiązania gwarantujące dekoncentrację rynku, np. zasadę, że pierwsza koncesja jest niemal za darmo, ale już druga, trzecia i kolejna kosztują bardzo, bardzo dużo?” – postuluje.

To oznacza, że zamknięto by wszystkie działające dzisiaj telewizje. Oczywiście będą one się mogły starać o nową koncesję, ale tylko część ją dostanie jako formę licencji na bycie anty-PiS. Za to prawo do nadawania na ogólnopolskich falach zyskałyby niszowe dzisiaj podmioty prawicowe. Na przykład telewizja wPolsce.pl, którą kilka tygodni temu uruchomił koncern medialny braci Karnowskich.

źródło: wPolityce.pl

wp.pl

Tak będzie wyglądała medialna rewolucja według PiS?

Tak będzie wyglądała medialna rewolucja według PiS?

PiS od dłuższego czasu mówi o zmianach dotyczących mediów. Być może będą one przebiegały tak jak to opisuje w portalu wpolityce Jacek Karnowski – jeden z czołowych „dobrozmianowych” dziennikarzy.

Karnowski chce wszystko zacząć od nowa. Co to znaczy? Ni mniej, ni więcej tylko wygaszenie (to też ulubione słowo PiS) wszystkich koncesji mediów prywatnych i przyznanie ich na nowo. – „Oczywiście w sposób gwarantujący realny pluralizm. Wprowadzając rozwiązania gwarantujące dekoncentrację rynku, np. zasadę, że pierwsza koncesja jest niemal za darmo, ale już druga, trzecia i kolejna kosztują bardzo, bardzo dużo” – pisze Jacek Karnowski.

Realny pluralizm to też słowo wytrych, którym posługuje się PiS, zapowiadając zmiany w mediach, a praktycznie oznaczający zamykanie ust niewygodnym dla partii rządzącej mediom.

Pomysł jest skrojony także pod otwartą niedawno przez braci Karnowskich własną telewizję. Towarzyszy temu znana już od wielu miesięcy pisowska mantra, że TVP musi równoważyć przekaz tzw. liberalnych mediów, niechętnych wobec PiS. Pewnie dlatego w telewizji Jacka Kurskiego w „Gościu Wiadomości” w sierpniu 19 razy występowali politycy PiS, a polityka opozycji zaproszono raz…

koduj24.pl

Duda z Macierewiczem walczą pod dywanem

Zablokowanie harcmistrza na Westerplatte przez ludzi podległych Macierewiczowi, aby nie przeczytał Apelu Poległych, bo nie było w nim wzmianki o Smoleńsku, daje Andrzejowi Dudzie kolejną możliwość, aby uniezależnić się od ministra obrony. Ten spór z rządem PiS jest równie ważny, jak praca nad ustawami sądowniczymi, które są pisane w Kancelarii Prezydenta pod przewodem byłego wiceministra sprawiedliwości rządu PO-PSL Michała Królikowskiego.

Może przydajemy tym sprawom nazbyt wielkie znaczenie, mogą być tylko pisowską wojenką pod dywanem o dostęp do ucha prezesa. Rzecznik Dudy Krzysztof Łapiński powiadomił, iż do Macierewicza został wysłany list, aby wyjaśnił kwestię incydentu na Westerplatte. Jednocześnie Łapiński zapowiedzial, że prezydent będzie o tym rozmawiał z harcerzami w nieokreślonej przyszłości. Niemniej stanowisko Dudy wydaje się być jasne, bo chciałby, aby tradycja czytanie Apelu Poległych przez harcerzy była zachowana. Tym samym Duda śpiewa, ze kit apelu smoleńskiego mu się nie podoba. Ale mógł przeciwdziałać temu zjawisku w Wieluniu, gdzie równolegle do Westerplatte doszlo do uroczystości związanych z wybuchem II wojny światowej.

Cieniutkie to sprawy, ale takiego mamy prezydenta – cienkiego. Zarówno on, jak pisowscy ministrowie uprawiają specyficzną retorykę w stosunku do siebie. Do opozycji walą jak do największych wrogów z grubej armaty (Kaczyński: kanalie, mordy dradzieckie; Szydło o Platformie: reprezentant interesów niemieckich), ale siebie głaszczą z włosem, albo pod włos, czyli uprawiaja mowę-trawe, która nazywa się też kazuistyką.

Gdy Łapiński informował o „krokach” w stosunku do Macierewicza, ten pojechał sobie w teren – lubi jeździć limuzynami i latać wojskowymi CASA-mi – i był w Borowej (Łódzkie), gdzie pochylił się swoim emfatycznym słowem nad bohaterszczyzną obrońców z 1939 roku (apel smoleński musiał być pewnikiem przeczytany), ale pożalił się.

„Napotykamy jednak na działania, które próbują uniemożliwić odbudowę silnej armii”. Kto zatem próbuje uniemozliwić? Na razie to Macierewicz zerwał kontrakt na caracale, Autosan nie wyprodukuje pojazdów dla wojska, bo nie potrafi, ponoć oferował amfibie, ale te dzisiaj są zbędne. Szykuje się zakup Stoczni Marynarki Wojennej z 40-krotnym przebiciem jej wartości. Jedyny zakup jakiego dokonało MON to samoloty dla VIP-ów.

I wcale nie opisują kraju operetkowego księcia Himalaj z „Operetki” Gombrowicza, ale tu i teraz Wojsko Polskie. Wychodzi na to, że odbudowę silnej armii uniemożliwia sam Duda, który nie podpisał nominacji generalskich, a których listę przedstawił Macierewicz. Mógłbym wyjąć cytaty z przemówienia Macierewicza w Borowej, ale nie mam w pogardzie języka polskiego i rozumu, jak minister obrony.

Niestety, dzisiaj polska polityka jest skazana na mniemanologię Macierewicza o swojej wielkości i Dudy o niezależności od Kaczyńskiego. Przesilenie jednak nadchodzi, bo nie da się utrzymać prowizorki PiS, Polska na zewnątrz jest osamotniona, a wewnątrz osłabiana przez Macierewicza i innych ministrów rządu PiS. Nasze państwo coraz bardziej staje się teoretyczne.

Macierewicz: Polska musi mieć silną armię. Napotykamy jednak na działania, które próbują nam uniemożliwić jej odbudowę

03.09.2017

Polska musi mieć armię, która będzie w przyszłości zdolna sama obronić ojczyznę. To jest warunek wpisany w Konstytucję RP – mówił szef MON Antoni Macierewicz w niedzielę w Borowej (Łódzkie), gdzie upamiętniono bohaterską obronę Gór Borowskich na początku II wojny światowej.

W swoim przemówieniu minister zaznaczył, że ten warunek wojsko polskie pod rządami Prawa i Sprawiedliwości spełni.

– Siła gospodarki, ale przede wszystkim siła wojska, siła polskiej armii, zdolność do obrony niepodległości państwa polskiego – dziś możemy powiedzieć, że żyjemy w takim szczęśliwym czasie, że te warunki rzeczywiście są spełniane – podkreślił minister Macierewicz.

Dodał, że „napotykamy jednak na działania, które próbują uniemożliwić odbudowę silnej armii”. – Słyszymy głosy, że nie są potrzebne wojska obrony terytorialnej, chociaż to one spajają armię polską z narodem. To one sprawiają, że wszędzie tam, gdzie są polscy żołnierze naród może czuć się bezpieczny i silny – wyjaśnił.

 Jeżeli mamy zagwarantować bezpieczeństwo narodu, wyciągnąć wnioski z przeszłości i sprawić, by nigdy więcej żaden wróg nam nie zagroził; by ta nawała, która coraz bardziej i w coraz większym stopniu nasila się od Wschodu została skutecznie zatrzymana na wschodniej granicy NATO to niezbędna jest nam jedność narodowa i siła, która wyrasta ze wspólnego myślenia i działania całego narodu polskiego – powiedział szef resortu obrony narodowej.

Minister Macierewicz wziął udział w uroczystościach związanych z upamiętnieniem 78. rocznicy wybuchu II wojny światowej i bohaterskiej obrony Gór Borowskich. Pamięć poległych tam w pierwszych dniach wojny ponad 600 polskich żołnierzy uczczono w położonej w okolicach Piotrkowa Tryb. wsi Borowa, gdzie znajduje się pomnik Obrońców Gór Borowskich 1939 r.

dziennik.pl

Prezydent żąda wyjaśnień i rujnuje narrację rządu

Duda i Szydło łączą siły w walce przeciwko...

fot. flickr/ KPRM

Prezydenckie weta dla rządowych projektów ustaw reformy sądownictwa okazują się nie być końcem rewolty Pałacu Prezydenckiego przeciwko środowisku Prawa i Sprawiedliwości. Wielu obserwatorów spekulowało, że prezydent karnie wróci pod but Jarosława Kaczyńskiego, jednak na nic takiego się nie zanosi. Prezydent rozbił właśnie budowaną starannie od 1 września retorykę mediów prorządowych, że incydentu na Westerplatte nie było, ponieważ odsunięcie harcerzy od odczytania apelu pamięci było zastosowaniem się do ceremoniału wojskowego.
Jest to kolejny raz kiedy Andrzej Duda staje w poprzek planów swoich, wydawałoby się, sojuszników z rządu. Już pisaliśmy na naszym portalu o zleceniu przez prezydenta stworzenia projektów ustaw nowej reformy sądownictwa prof. Michałowi Królikowskiemu, byłemu wiceministrowi sprawiedliwości za rządów PO-PSL. Wydaje się, że nie są to wydarzenia przypadkowe, a początek nowej tendencji. Pałac Prezydencki próbuje zacząć budować wizerunek niezależności.

 

Po incydencie na Westerplatte harcerze zwrócili się do Prezydenta o pomoc w wyjaśnieniu sytuacji. Dziś rzecznik prezydenta Krzysztof Łapiński poinformował, że Kancelaria Prezydenta zwróciła się do MON z pisemną prośbą o wyjaśnienie zaistniałej sytuacji. Łapiński odniósł się do sprawy dyplomatycznie. Z jednej strony postawił zarzut próby upolityczniania zdarzenia dokonywane przez prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza. Równocześnie jednak wyrażał uznanie dla wieloletniej tradycji, że to właśnie harcerze odczytywali apel pamięci. Rzecznik prezydenta tak podsumował sprawę:

– Szkoda, że w tak ważną rocznicę, w tak ważnym wydarzeniu, takie rzeczy miały miejsce. Teraz przyjdzie czas na spokojne wyjaśnienie, może ochłodzenie emocji, żeby za rok do takich sytuacji nie dochodziło

Oznacza to, że Kancelarii Prezydenta zależy, aby za rok to harcerze odczytywali apel. Tym samym prezydent wchodzi w spór z promowaną na wszystkie sposoby linią PiS, że zgodnie ze zmianami w ceremoniale wojskowym przyjętymi w 2014 roku, to oficer z jednostki wojskowej wystawiającej asystę odczytuje apel.

Dla TVP to wyjaśnienie zamyka sprawę i wskazuje jasno kto ma rację. Jednak jak widać nawet dla Pałacu Prezydenckiego powoływanie się na kruczki prawne okazało się niewystarczające. Takie ruchy ze strony prezydenta oznaczają, że czuje on swobodę podejmowania decyzji. Kancelaria nie zaatakowała stanowczo PiS, ale jej postawa poddaje w wątpliwość solidność linii obrony rządu, która była kreowana do tej pory jako niepodważalna, a wszystkie sprzeciwy to tylko histeria opozycji. Takie granie na nosie partii rządzącej nie wróży prezydentowi przychylności Jarosława Kaczyńskiego, co powinno oznaczać, że Andrzej Duda postanowił rozpocząć w końcu prezydenturę na własny rachunek. Czy będzie to prezydentura reprezentująca wszystkich Polaków? Prezydencka gra wokół zmiany Konstytucji poddaje to jednak w wątpliwość. Z tego powodu pytanie, na ile owa niezależność prezydenta będzie realna, a na ile papierowa, wciąż pozostaje otwarte. Aby sobie na nie odpowiedzieć warto zatem uważnie obserwować kolejne ruchy Pałacu Prezydenckiego.

Źródło: dziennik.pl

crowdmedia.pl

NIEDZIELA, 3 WRZEŚNIA 2017

„Wszystkie kłamstwa Wałęsy” – DoRze zapowiada temat okładkowy

13:16

„Wszystkie kłamstwa Wałęsy” – DoRze zapowiada temat okładkowy

300polityka.pl

NIEDZIELA, 3 WRZEŚNIA 2017

Łapiński: PAD spotka się z harcerzami

Łapiński: PAD spotka się z harcerzami

– Faktycznie ZHP zwrócił się z takim pismem do prezydenta i w imieniu prezydenta minister Kolarski zwrócił się do MON z pismem z prośbą o wyjaśnienie tej sytuacji, która zaistniała na Westerplatte i spokojnie czekamy. Myślę, że kwestia tego, co wydarzyło się na Westerplatte pewnie też w jakiś sposób będzie omawiana czy będzie tematem spotkania prezydenta z harcerzami, bo takie spotkanie jest planowane. Nie wiem czy to jest dokładnie wrzesień czy następne tygodnie, ale prezydent jako patron spotka się ze środowiskami harcerskimi. Takie spotkanie po wakacjach będzie, niezależnie od tej kwestii i pewnie ta sprawa zostanie postawiona – mówił Krzysztof Łapiński w śniadaniu Radia Zet i Polsat News.

300polityka.pl

Czy Korea Północna rzeczywiście zdetonowała bombę wodorową? To była dotąd największa eksplozja jądrowa Kima

Piotr Cieśliński, 03 września 2017

Kilka godzin przed próbnym wybuchem jądrowym, koreańska agencja prasowa pokazała zdjęcie, na którym przywódca Korei Północnej Kim Dżong Un dokonuje inspekcji rzekomej bomby wodorowej, przeznaczonej do instalacji w rakietach balistycznych

Kilka godzin przed próbnym wybuchem jądrowym, koreańska agencja prasowa pokazała zdjęcie, na którym przywódca Korei Północnej Kim Dżong Un dokonuje inspekcji rzekomej bomby wodorowej, przeznaczonej do instalacji w rakietach balistycznych (Korean Central News Agency)

Moc dzisiejszego wybuchu szacuje się na 60-80 kiloton TNT, czyli kilka razy więcej, niż miała bomba zrzucona na Hiroszimę. Niewykluczone, że ładunek miał „wkład” wodorowy, ale – jak twierdzą eksperci – to raczej na pewno jeszcze nie była bomba wodorowa, która jest najpotężniejszą bronią w arsenale ludzkości. Niewątpliwie jednak prace nad nią trwają w Korei Północnej.

Korea Północna przeprowadza testy z ładunkami jądrowymi od 2006 roku. Dzisiejszy był już szóstym. Każdy kolejny eksploduje z coraz większą siłą. Ten z września zeszłego roku dorównywał już bombie zrzuconej na Hiroszimę. A kilka miesięcy wcześniej – w styczniu 2016 roku – Koreańczycy zdetonowali, jak twierdzili, swoją pierwszą bombę wodorową. Dzisiaj także miał eksplodować wodorowy ładunek.

>>Silne wstrząsy sejsmiczne w Korei Północnej. Reżim: Zdetonowaliśmy bombę wodorową

Kilka godzin przed dzisiejszym wybuchem koreańska agencja prasowa pokazała zdjęcie, na którym przywódca Korei Północnej Kim Dżong Un dokonuje inspekcji rzekomej bomby wodorowej, przeznaczonej do instalacji w rakietach balistycznych.

Kim Dzong Un nie ma dokąd uciec, wojny jednak nie będzie – w „Temacie dnia” o tym, dlaczego Korea Północna straszy świat

http://www.gazeta.tv/plej/19,149607,22312520,video.html

Przed rokiem jednak zarówno wywiad, jak i analitycy z Korei Płd. wątpili w doniesienia władz Korei Północnej, że udało im się skonstruować i przeprowadzić próbę najstraszliwszej broni masowego rażenia.

Czym jest bomba wodorowa

Energię jądrową można wyzwolić na dwa sposoby: albo rozszczepiając jądra ciężkich pierwiastków, jak uran czy pluton (tak się robi w klasycznej bombie atomowej, takiej jaka została zrzucona na Hiroszimę w 1945 r.), albo łącząc ze sobą jądra lekkich pierwiastków, np. wodoru lub jego izotopów (deuteru i trytu). Bomba wodorowa wykorzystuje ten drugi sposób, nazywany syntezą jądrową, która zachodzi też we wnętrzu gwiazd i jest głównym źródłem ich energii.

Niezwykle trudno jest doprowadzić do syntezy pierwiastków. Dodatnio naładowane jądra atomów odpychają się wzajemnie i aby doszło do ich sklejenia, trzeba piekielnej temperatury oraz ogromnej gęstości.

Edward Teller, który po drugiej wojnie światowej kierował budową pierwszej bomby wodorowej w USA, chciał sprężyć jądra atomowe za pomocą fali uderzeniowej z eksplozji zwykłej rozszczepialnej bomby atomowej. Obliczenia wskazywały jednak, że to nie wystarczy. Zanim cały wodór ulegnie syntezie, zdąży się rozproszyć, a reakcje wygasną.

Dopiero polski matematyk Stanisław Ulam wpadł na właściwy pomysł konstrukcji. W jego wersji do zapłonu wodoru także jest wykorzystywana eksplozja zwykłej bomby atomowej. Ale kluczową rolę odgrywa nie fala uderzeniowa, lecz promieniowanie rentgenowskie z tego wybuchu.

Ładunek wodorowy zostaje otoczony specjalną warstwą, która pochłania promieniowanie X z wybuchu konwencjonalnej bomby, błyskawicznie się ogrzewa, przekształca w plazmę i wybuchowo się rozpręża. Jednocześnie następuje skierowana do środka implozja, która spręża wodór. Ulam obliczył, że taka idealnie symetryczna implozja doprowadzi do syntezy większości jąder wodoru, a w efekcie – do superwybuchu.

>>Stanisław Ulam (1909-1984), matematyk jądrowy

To wydaje się proste tylko w takim uproszczonym opisie, w rzeczywistości zbudowanie bomby wodorowej jest technologicznym wyzwaniem, któremu sprostały dotąd tylko największe światowe potęgi.

To była klasyczna bomba atomowa na sterydach?

Koreańczycy prawdopodobnie wciąż tego nie osiągnęli. Eksperci sądzą, że mogli co najwyżej opracować klasyczną bombę atomową, w której głównym ładunkiem jest rozszczepialny uran, a deuter i tryt byłyby tylko dodatkiem wspomagającym eksplozję.

Podczas eksplozji zwykłej bomby atomowej część jąder deuteru i trytu uległaby syntezie, której produktem ubocznym są neutrony, a te z kolei przyspieszą reakcje łańcuchowe rozszczepienia uranu. Byłaby to więc atomówka na sterydach dająca kilka, kilkanaście razy większą moc niż zwykła bomba atomowa. I rzeczywiście, ten ostatni wybuch był wyjątkowo silny na tle poprzednich testów Koreańczyków – sześć razy silniejszy niż ten z września 2016 roku i 11 razy mocniejszy niż w styczniu 2016.

Prawdziwa bomba wodorowa eksplodowałaby z energią nawet tysiąc razy większą. Bo wbrew pozorom dużo trudniej jest zrobić niewielki ładunek wodorowy niż duży.

Dlatego eksperci jeszcze mocniej wątpią w doniesienia władz Korei Północnej, że ich ładunek wodorowy ma rozmiar umożliwiający zamontowanie go na rakiecie balistycznej. Na pokazanym zdjęciu najprawdopodobniej widać lipną makietę.

Z pewnością jest to w tej chwili przedmiotem gorączkowych rozważań w agencjach wywiadowczych przede wszystkim Chin, USA, Japonii, Korei Południowej, bo jeśli Kim Dżong Un wszedł w posiadanie kompaktowej bomby wodorowej, można się spodziewać najgorszego.

>>Jakie skutki miałaby dzisiaj wojna atomowa między Koreą Płn. a USA?

>>Atomowe grzyby. Czy wyrosną jeszcze na Ziemi?

wyborcza.pl

Szydło u Karnowskich odpowiada Unii: Nie złamiecie nas. „Mamy silne argumenty”

dafa, 03.09.2017

Beata Szydło

Beata Szydło (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Domagamy się przestrzegania traktatów unijnych i nie akceptujemy dyktatu największych państw. Mamy po swojej stronie silne argumenty – mówi w wywiadzie dla tygodnika „Sieci” Beata Szydło.

Część najnowszego wywiadu z premier, który ukaże się w poniedziałek, opublikował portal wpolityce. Rozmowa poświęcona jest konfliktowi na linii polski rząd – Unia Europejska. Szydło po raz kolejny odnosi się w niej do kwestii odmowy przyjęcia uchodźców:

Nie możemy być szantażowani tym, że obetnie nam się część środków unijnych za karę, bo nie godzimy się na przymusową relokację migrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu – tłumaczy.

Jednocześnie dodaje, że Polska ma takie samo prawo do korzystania w pełni z unijnych funduszów, które są takim samych filarem Unii Europejskiej jak swoboda przepływu towarów i usług.

Mamy do nich po prostu prawo. One nam się należą. Dlatego domagamy się przestrzegania traktatów unijnych i nie akceptujemy dyktatu największych państw. Mamy po swojej stronie silne argumenty. Chcemy być w Unii, cenimy ją i dlatego właśnie mamy prawo upominać się o przestrzeganie zasad, o prawdziwie wspólny rynek, o bezpieczeństwo, o rozwój – mówi Szydło.

Oskarża opozycję o straszenie europejczyków, że rząd PiS zamierza wyprowadzić Polskę ze Wspólnoty.

Dokonywano dużej manipulacji, wmawiając Polakom, że nasz rząd chce wyprowadzić Polskę z UE. To jest kłamstwo kłamstw, potworna manipulacja- podkreśla

Pod adresem Platformy padają też mocne oskarżenia o współpracę z rządem Niemiec. Jak twierdzi premier, „jeżeli w interesie Niemiec będzie osłabienie Polski, to PO zrobi wszystko, czego od niej zażądają. Zlikwiduje 500+, rozłoży budżet”.

gazeta.pl

Jarosław Rymuje. Tak jeden internauta podpisuje swoje rymy.

 

Poznań – stolica obywatelskiego buntu?

To tu w lipcu ze świec ułożono gigantyczny napis „veto”, który wykorzystano później na pocztówkach wysyłanych do prezydenta Andrzej Dudy. Teraz miasto wzięło na siebie organizację Kongresu Kobiet, który pierwszy raz w historii nie odbędzie się w Warszawie. Wcześniej Jacek Jaśkowiak jako pierwszy prezydent wziął udział w Marszu Równości, rozwieszając przy okazji na lampach w sercu miasta szereg tęczowych flag. Czy w dobie konserwatywnych rządów PiS, Poznań przejmuje po Warszawie rolę społeczno-kulturalnej stolicy Polski?

Kiedy Franciszek Sterczewski zakłada na Facebooku wydarzenie „Łańcuch światła Poznań”, liczy najwyżej na obecność kilkuset osób. Nagłośnienie potrzebne do protestu pożycza z lokalu obok, na scenie pojawia się jedynie z prawniczką ze stowarzyszenia sędziów Iustitia. Kilka dni później ciągle nie dowierza, że stoi już przed kilkunastotysięcznym tłumem.

Jedyny taki napis

Największe wrażenie w czasie strajku robi ułożony z kilku tysięcy świec i smartfonów olbrzymi napis „veto”. Sterczewski z pomocnikami maluje wcześniej na chodniku kredą specjalne ślady, by Poznaniacy wiedzieli, gdzie stanąć. Zdjęcia z placu Wolności obiegają całą Polskę. Później drukowane są jako pocztówki – wiadomość wysyłana do prezydenta Andrzeja Dudy, symbol niezgody Poznania na reformę sądownictwa.

– Napis robił ogromne wrażenie, ale na równi z powiewającymi obok siebie flagami: Polski, tęczową i UE. W końcu poczułem się jak obywatel kraju, który nie chce być zapchlonym zaściankiem, tylko stać się nowoczesnym i otwartym. „Łańcuch światła” odczarował patriotyzm i zwrócił go wszystkim – opowiada nam Kuba Wojtaszczyk, pisarz mieszkający w Poznaniu.

Utworzony ze świec i telefonów podczas „Łańcuch Światła” w Poznaniu napis „veto”.

Utworzony ze świec i telefonów podczas „Łańcuch Światła” w Poznaniu napis „veto”. / Łańcuch Światła Poznań

Choć napis rzeczywiście mógł zjednoczyć demonstrujących – każdy czuł się potrzebny, to zdaniem Sterczewskiego, nie tylko z powodu ułożonych w „Veto” świec protest w Poznaniu różnił się od tych organizowanych w Warszawie i innych miejscach Polski. Sukcesu działacz dopatruje się przede wszystkim sprawnej organizacji i przemyślanej konwencji. – Na scenie nie było żadnych polityków, emblematów partyjnych ani obraźliwych haseł. Ludzie są zmęczeni językiem polityki. Też chcieliśmy z niego zrezygnować, żeby nie zagaszać ognia ogniem – wylicza działacz w rozmowie z „Newsweekiem”. W czasie, gdy w Poznaniu Sterczewski proponuje demonstrującym 10 minut ciszy, w Warszawie na scenę wchodzą kolejni politycy.

Jednak strajki w Poznaniu wyróżnia jeszcze coś. – Nasza formuła przyciągnęła ludzi, bo bardziej przypominała obywatelski festiwal niż protest. Zdecydowaliśmy się demonstrować maksymalnie godzinę dziennie. To idealny czas, żeby zamknąć w nim energię tłumu, ale nie stracić jej przeciąganiem demonstracji za długo. Postanowiłem, że poprowadzę wydarzenie tak, jak konstruuje się serial, by każdego dnia, jak w każdym odcinku, wydarzyło się coś innego – przywitanie, kilka minut ciszy, hip-hopowy hałas – wylicza aktywista.

Jedynym politykiem, który został wpuszczony na scenę podczas demonstracji był prezydent miasta Jacek Jaśkowiak. Jednak protest organizował wówczas KOD. – Sam mimo wielokrotnych próśb, czasem kilka razy dziennie od różnych osób, nie wyraziłem zgody na obecność prezydenta na organizowanych przeze mnie akcjach – mówi Sterczewski.

Poznań docenia kobiety

Teraz przed Poznaniem kolejne wyzwanie, a nawet, jak twierdzi Jaśkowiak, najważniejsze w tym roku wydarzenie w mieście. Pierwszy raz w historii to właśnie w Poznaniu odbędzie się Kongres Kobiet, do tej pory osiem razy organizowany w Warszawie. Oficjalnie organizatorki „ruszają ku regionom”, w których działają regionalne Kongresy Kobiet. Nie jest jednak tajemnicą, że od momentu zmiany władzy w Polsce, wydarzenie nie może liczyć nawet na minimalne wsparcie rządu. W zeszłym roku nie pojawiły się na nim, mimo zaproszeń, ani premier, ani pierwsze dama, ani ministry z rządu PiS. Agata Kornhauser Duda bawiła się w tym czasie z Kołem Gospodyń Wiejskich. Na pamiątkę Kongresu, na którym zabrakło Beaty Szydło, organizatorki wysłały jej broszki. Nietrudno domyślić się, czy pierwsza dama i pani premier pojawią się w tym roku w Poznaniu. Obie dostały zaproszenia, obie na nie nie odpowiedziały. Przedstawicielki poprzedniego rządu uczestniczyły w Kongresie Kobiet regularnie. Ba, Maria Kaczyńska zasiadała nawet w jego radzie programowej.

Dlaczego akurat Poznań? Agata Jankowska z Biura Prasowego KK tłumaczy w rozmowie z „Newsweekiem”, że gdy prezydent Poznania w listopadzie podpisywał Kartę Różnorodności (dokument, o uznanie którego we władzach samorządowych Kongres ubiega się od kilku lat), oficjalnie zaprosił wówczas kobiety do Poznania. – Wyraził swoje uznanie dla naszych działań i zadeklarował chęć uczestniczenia w inicjatywie. Poza tym w swojej polityce realizuje postulaty Kongresu dotyczące równości i demokracji, a sam Poznań jest miastem otwartym, nowoczesnym, postępowym. To też idzie w parze z naszymi postulatami otwartości, równości i emancypacji – zachwala Jankowska. Zarząd Kongresu nie zastanawiał się długo nad organizacją IX Kongresu w innym mieście. – Decyzja o Poznaniu, jako o pierwszej lokalizacji poza Warszawą zapadła szybko. Teraz to dla nas nowe miejsce, nowa formuła, nowe wyzwanie, które mobilizuje – opowiada działaczka.

AGATA JANKOWSKADecyzja o Poznaniu, jako o pierwszej lokalizacji dla Kongresu Kobiet poza Warszawą zapadła szybko. Teraz to dla nas nowe miejsce, nowa formuła, nowe wyzwanie

Jaśkowiak potwierdza, że podczas podpisywania Karty Różnorodności spotkał się z działaczkami i usłyszał od nich wiele pochlebnych słów. – Podziękowałem i stwierdziłem, że wolałbym pomóc przez konkretne działania, czyli przez organizację Kongresu Kobiet w Poznaniu – mówi nam prezydent. Jaki będzie efekt tej współpracy przekonamy się w weekend 9 i 10 września.

Pierwsza Dama Maria Kaczyńska podczas Kongresu Kobiet w Warszawie, czerwiec 2009 rok.

Pierwsza Dama Maria Kaczyńska podczas Kongresu Kobiet w Warszawie, czerwiec 2009 rok. / Tomasz Gzell

„Tak” dla mniejszości

Na organizacji Kongresu Kobiet i „Łańcuchu światła” otwartość Poznania się nie kończy. W zeszłym roku głośno o niej było także w kontekście „tygodnia równości”. To tutaj jako w pierwszym mieście w Polsce prezydent zgodził się, by na kilka dni udekorować je tęczowymi flagami. – Napawały mnie dumą. To było wspaniałe, historyczne wydarzenie. Chciałbym, żeby zawisły też w innych miastach w Polsce – wspomina Kuba Wojtaszczyk. Wcześniej próżno było szukać podobnej inicjatywy w kraju. A prezydent Poznania poszedł jeszcze o krok dalej, maszerując jako pierwszy z prezydentów miast w Marszu Równości. Warszawa zapraszała na Paradę Równości prezydent Hannę Gronkiewicz-Waltz od ośmiu lat. Nie przyszła ani razu.

Tolerancja niektórych mieszkańców Poznania miała jednak swoje granice. Tęczowe flagi szybko zostały skradzione z lamp. Pytamy Anny Szymkowiak, transpłciowej mieszkanki Poznania, czy czuje się w mieście bezpiecznie. – Z racji na moją fizyczność, trudno mi zniknąć w tłumie. Ale poruszam się po mieście bez stresu i strachu. Czasem zdarzy się, że ktoś krzywo na mnie popatrzy, skomentuje coś pod nosem, albo wymownie spojrzy w moją stronę. Do rękoczynów na szczęście nie dochodzi – mówi, zapewniając, że nawet jeśli osobę ze społeczności LGBT spotka w mieście agresja, nie ma na nią w Poznaniu przyzwolenia, a władze stanowczo ją potępiają.

Szymkowiak zakłada właśnie fundację wspierającą osoby LGBT. Jest po podpisaniu umowy z Urzędem Miasta, dzięki której będzie mogła liczyć na wsparcie finansowe. – Kiedy rok temu szukałam funduszy na działalność, zmieniła się władza. Usłyszałam, że w Warszawie mogę zapomnieć o jakiejkolwiek pomocy. Myślałam, że gdzie indziej też nikt nie będzie chciał wesprzeć działalności na rzecz osób transpłciowcych. Ale okazało się, wbrew moim obawom, że w Poznaniu stało się wręcz odwrotnie Nie tylko dostałam pieniądze, ale w żadnym urzędzie czy instytucji, nie spotkały mnie z tego powodu trudności czy uprzedzenia.

„Z racji na moją fizyczność, trudno mi zniknąć w tłumie. Ale poruszam się po mieście bez stresu i strachu” – mówi Anna Szymkowiak, transpłciowa mieszkanka Poznania.

„Z racji na moją fizyczność, trudno mi zniknąć w tłumie. Ale poruszam się po mieście bez stresu i strachu” – mówi Anna Szymkowiak, transpłciowa mieszkanka Poznania. / AMS

„Nie” dla cenzury

Jacek Jaśkowiak ostatnio nie zgodził się za to na odczytanie tzw. apelu smoleńskiego w czasie obchodów 60. rocznicy Powstania Poznańskiego Czerwca 1956 roku. Za przykładem Poznania poszły inne miasta. – Nie dopuściliśmy do mieszania bieżącej polityki z uroczystościami rocznicowymi – wyjaśnia prezydent.

Rok wcześniej miasto sprzeciwiło się także cenzurowaniu sztuki, gdy Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego cofnęło, wbrew zawartej umowie, dotację dla poznańskiego festiwalu Malta. Powodem wycofania dofinansowania imprezy miała być zapowiadana obecność kuratora Olivera Frljića, reżysera kontrowersyjnego spektaklu „Klątwa”, który minister resortu kultury uznał za „niemający nic wspólnego ze sztuką”. Patronatem festiwalu nie objęły wówczas TVP Poznań ani TVP Kultura.

Mimo braku dotacji wydarzenie się odbyło, także dzięki wsparciu mieszkańców, którzy wspólnymi siłami zebrali 300 tys. złotych. – To, co zrobiliście dla festiwalu, jest nie do przecenienia – mówił wówczas, dziękując mieszkańcom dyrektor Malty Michał Merczyński.

Jacek Jaśkowiak przy pomniku Poznańskiego Czerwca '56, w 61. rocznicę wydarzeń.

Jacek Jaśkowiak przy pomniku Poznańskiego Czerwca ’56, w 61. rocznicę wydarzeń. / Marek Zakrzewski

Niewypełniona luka

– Mam nadzieję, że wybór nowego prezydenta to początek zmian, (…) że miasto się ożywi i zacznie przyciągać coraz więcej ludzi na chwilę i na dłużej – mówił Franciszek Sterczewski dwa lata temu tuż po wyborach samorządowych. Choć jeszcze kilka tygodni wcześniej Ryszard Grobelny, rządzący miastem od 16 lat, wydawał mu się „niezatapialny”.

Czy Poznaniak uważa, że jego nadzieje się spełniły? – I tak, i nie – mówi – widać oczywiście, że wiele się zmieniło na plus. Miasto jest bardziej otwarte światopoglądowo, sporo jest wydarzeń kulturalnych, prezydent osobiście w wiele działań się angażuje. Ale gorzej już, jeśli mówimy o sposobach zarządzania czy podejmowania decyzji. Dwa lata zmieniali się wiceprezydenci, panował chaos, dużo czasu zostało zmarnowane na działania kadrowe. Dobrze, że sporo się mówi o zrównoważonym rozwoju miasta, ale wydaje mi się że brakuje woli lub pomysłu na to, by przekuć tę ideę w rzeczywistość. Jednostki miejskie odpowiedzialne na transport, zieleń, lokalne komunalne czy urbanistykę, podobnie jak za Grobelnego, działają jak osobne księstewka, a nie jak jeden zintegrowany organizm – wylicza rozczarowany aktywista.

FRANCISZEK STERCZEWSKIW Poznaniu wiele się zmieniło na plus. Miasto jest bardziej otwarte światopoglądowo, sporo jest wydarzeń kulturalnych, prezydent osobiście w wiele działań się angażuje. Gorzej, jeśli mówimy o sposobach zarządzania czy podejmowania decyzji

Kuba Wojtaszczyk o polityce nie chce mówić, bo nie śledzi tego, co dzieje się w Ratuszu. Nie do końca zgadza się za to z opinią o intensywności wydarzeń kulturalnych. – Może się wydawać, że dla artystów – opowiada pisarz – Poznań to idealne miejsce do pracy, bo mało tu rozpraszaczy. Ale brakuje środowiska, np. prozatorskiego. Nawet organizowane od czasu do czasu festiwale nie dają wrażenia przebywania w grupie podobnych sobie osób, tylko pogłębiają tymczasowość, bo pomiędzy jednym a drugim wydarzeniem pozostaje niewypełniona luka.

Sterczewski krytykuje także sposób działania Jaśkowiaka w kwestii komunikacji z mieszkańcami. – Mam czasem wrażenie, że prezydent Jaśkowiak ma podobne podejście do PiS. Wygrywa wybory i skoro „suweren” go wybrał, to ma pełną legitymację do rewolucji. A pierwszy dzień pracy prezydenta powienien być początkiem procesu edukacji i tłumaczenia, dlaczego taka i taka wizja opłaci się poznaniakom. Tymczasem w sytuacji, gdy zmiany są wprowadzane bez informacji, bądź współpracy z lokalną społecznością, to budzi się złość. Przerabialiśmy to zarówno przy Strefie Tempo 30, jak i na Słowackiego. Nie wiem, czy prezydent zdaje sobie z tego sprawę – pyta retorycznie.

„Po protestach w obronie sądownictwa w końcu poczułem się jak obywatel kraju, który nie chce być zapchlonym zaściankiem, tylko stać się nowoczesnym i otwartym” – mówi pisarz Kuba Wojtaszczyk mieszkający w Poznaniu.

„Po protestach w obronie sądownictwa w końcu poczułem się jak obywatel kraju, który nie chce być zapchlonym zaściankiem, tylko stać się nowoczesnym i otwartym” – mówi pisarz Kuba Wojtaszczyk mieszkający w Poznaniu. / Kamila Szuba

Dobry PR nie zaszkodzi

Franciszek Sterczewski podkreśla przy tym, że otwartość miasta zasługuje na pochwałę, ale nie powinna ona zastępować wizji prezydenta. – Cieszę się, że Poznań kojarzony jest jako stolica tolerancji, że pokazuje, że można inaczej myśleć o wspólnocie, że liczy się z głosem mniejszości tak samo, jak z każdym innym. Ale zaangażowanie w sprawy społeczne nie powinno wykluczać twardego zarządzania miastem – mówi działacz.

Wojtaszczyk: – Prezydenta kilkakrotnie słuchałem podczas wspomnianych protestów. Trudno uwierzyć, że polski polityk wypowiada się o wartościach, takich jak tolerancja czy równouprawnienie, a do tego to nie są puste słowa. Jaśkowiak faktycznie działa, choćby wspomniane wieszanie tęczowych flag i udział w marszu równości, ale też wsparcie dla uchodźców. Co więcej, zdają się mu obce te wszystkie szowinistyczne żarciki, które padały chociażby z ust antypisowych koalicjantów na marszach w Warszawie. Nie sądzę, że u Jaśkowiaka to wszystko jest zabiegiem PR-owym.

Rzeczywiście prezydent jednoznacznie potępia dyskryminację i rasizm. Tak było w 2015 roku po brutalnym pobiciu Syryjczyka w centrum Poznania przed Starym Browarem. „Jest mi bardzo przykro z powodu pobicia w Poznaniu obcokrajowca z rasistowskich pobudek” – pisał najpierw Jaśkowiak na Facebooku, a potem odwiedził ofiarę w szpitalu z koszem owoców i listem z przeprosinami napisanym po arabsku.

KUBA WOJTASZCZYKJaśkowiakowi obce zdają się te wszystkie szowinistyczne żarciki, które padały chociażby z ust antypisowych koalicjantów na marszach w Warszawie. Nie wierzę, że u niego to wszystko jest zabiegiem PR-owym

Nieformalna stolica Polski

Czy swoją otwartością i aktywnością mieszkańców Poznań nie aspiruje do zdobycia miana społeczno-kulturalnej stolicy Polski? O opinię pytamy prezydenta. – Poznań w okresie PRL-u był określany jako polskie okno na świat – opowiada. – Mieszkańcy, dzięki Międzynarodowym Targom Poznańskim, mieli bezpośredni, regularny kontakt z gośćmi z Europy Zachodniej i dalszych krajów. To były cenne doświadczenia. Poznaniacy w trochę większym stopniu niż mieszkańcy wschodniej Polski identyfikują się z wartościami europejskimi. Chciałbym, by w przejściowym, mam nadzieję, okresie rządów prorosyjskiego Prawa i Sprawiedliwości, Poznań był dla Polski takimi drzwiami do Zachodniej Europy. Będę się starał, by Macierewicze, Błaszczaki i inni tych drzwi do Zachodniej Europy nam nie zatrzasnęli.

Ania Szymkowiak: – Na naszej grupie wsparcia osób transpłciowych śmiejemy się, że historia zatacza koło. Przecież Poznań to w zasadzie kolebka polskości. Może powinniśmy otoczyć Wiejską w Warszawie murem, niech tam sobie rządzą jaką chcą, a my zrobimy stolicę w Poznaniu? Kto chce, niech dołącza do nas!

– Nie chcę się kłócić z Warszawą – mówi Sterczewski – kto powinien być stolicą wolnej Polski. Wiem tyle, że Poznań jest bardzo różnorodny. To też kwestia historii, Wielkopolanie specjalizowali się kiedyś w pracy u podstaw i pracy organicznej. Ten duch ciągle tu panuje i procentuje. Mamy doświadczenie nie tylko w walce na barykadach, ale pozytywnego, codziennego działania. Jestem dumnym Poznaniakiem, w czasie protestów ta duma była wyrażana przez wiele osób. Byliśmy na początku wystraszeni, ale dzięki protestom pokazaliśmy, że możemy być razem i że odwaga cywilna wygrała. Mam nadzieję, że ta odwaga będzie pchała naprzód nie tylko Poznaniaków, ale wszystkich mieszkańców naszego kraju.

Czytaj także: Co szykuje nam PiS tej jesieni?

newsweek.pl

Abp Jędraszewski na tropie „zdrady”

2.09.2017
sobota

Trudno pojąć, za jakie grzechy papież Franciszek ukarał Kraków abp. Jędraszewskim. Metropolita ma predylekcję do wypowiedzi społecznie jątrzących. Tym razem uczcił rocznicę porozumień sierpniowych na Wawelu insynuacją, że byli tacy, którzy zrobili na Solidarności karierę, zdradzając robotników. Dobił „zdrajców” przywołaniem „filmów z Magdalenki”, które mają być przestrogą przed „możliwą zdradą tych, którzy najbardziej cierpieli, i tych, którzy zostali odtrąceni i zapomnieni”.

To typowa kościelna nowomowa. Taka jak słowa wypowiedziane w tym samym czasie przez abp. Głódzia, że potrzebna jest nowa konstytucja dla obywateli, nie dla elit. Nie wiadomo, o co chodzi, lecz wiadomo: trzeba przypodobać się pisowskiej władzy i walnąć w opozycję.

Przywoływanie z okazji rocznicy Sierpnia późniejszych o osiem lat rozmów Okrągłego Stołu może mieć sens. Ale nie taki, jak insynuuje Jędraszewski. Zapomniał lub przemilczał, że w Magdalence bywali też obserwatorzy z ramienia Kościoła, a zatem także ich powinien zaliczyć do rzekomych zdrajców. Przemilczał, że wiele osób w delegacji solidarnościowej na rozmowy z ówczesną władzą wcześniej, po 13 grudnia, było więźniami politycznymi, wśród nich robotnik Wałęsa. O jakiej zdradzie robotników mówił więc biskup? Nie wiadomo, ale insynuacja idzie w obieg kościelny, a za jego pośrednictwem w obieg polityczny.

Nie było żadnej zdrady. Była transformacja, która odebrała sens istnienia wielkoprzemysłowej klasie robotniczej stworzonej na potrzeby gospodarcze i militarne bloku radzieckiego. W swoim peerelowskim kształcie ta klasa nie miała sensu w gospodarce rynkowej. Likwidacja planowej gospodarki niedoboru była kosztem za radykalną zmianę systemu gospodarczego. Kosztem dotkliwym, bolesnym społecznie, lecz nieuniknionym. Te straty kolejne rządy posolidarnościowe, w tym PO, starały się wyrównać, choć z pewnością za mało energicznie.

Liderzy historycznej Solidarności w większości zmianę poparli, choć zdawali sobie sprawę, że będą atakowani za sprzeniewierzenie się dążeniom do socjalizmu z ludzką twarzą, dość powszechnym w pierwszej Solidarności. Wystarczy przeczytać jej program gospodarczy, bliski modelowi jugosłowiańskiemu. Stan wojenny i delegalizacja Solidarności zradykalizowały jej  działaczy. nie chciano już socjalizmu bez wypaczeń, chciano niepodległości.

Kiedy abp Jędraszewski redukuje te dylematy do prostego i kłamliwego hasła o „zdradzie”, kiedy insynuuje w stylu populistycznej propagandy PRL i PiS, że ktoś zrobił na tej „zdradzie” karierę, popełnia intelektualną nieuczciwość graniczącą z obelgą. Jędraszewski z Głódziem to bratanki. Jeden insynuuje na temat Solidarności, drugi na temat elit. Kościoła w tym nie uświadczysz, za to PiS-u dostatek.

szostkiewicz.blog.polityka.pl

Dla Europy, a więc i dla Polaków, czas na: sprawdzam!

2.09.2017
sobota

Wszczęcie przez Komisję Europejską procedury monitorowania praworządności w ubiegłym roku, mimo że Polska jest pierwszym w historii krajem Unii objętym tą upokarzającą procedurą, nie zrobiło na Kaczyńskim wrażenia. Nie wierzy chyba w determinację państw członkowskich.

Zdawać się może, że Kaczyńskiemu jest nawet na rękę sytuacja, w której może przedstawiać swoim wyborcom Unię, a zwłaszcza Komisję, jako organizację wtrącającą się w nieswoje sprawy. Odświeża, a właściwie od nowa buduje, resentymenty polsko-niemieckie, odwołując się do pazerności części obywateli, łudzonym należnym w jego opowieści odszkodowaniom.

Opozycja czuje się skrępowana, kiedy powinna powiedzieć: basta! Dość tych manipulacji, dość tych bzdur. Chodzi przecież o pieniądze. A z wyborcami inaczej rozmawiać nie potrafi. Dla Kaczyńskiego zaś ten konflikt z Komisją, Francją, Niemcami to kolejny krok w stawaniu z kolan. Wciąż dobra sytuacja gospodarcza usypia klasę średnią, autorytety dawno pogrzebane, Kościół swój. Inteligencja zawsze była dla niego wrogiem, nie chciała pojąć wielkości tej wspaniałej rodziny Kaczyńskich. Zdumiewające, jak on jest podobny do Gomułki. Tyle że tamten walczył, tak jak potrafił i na ile wyobraźnia mu pozwalała, o odrobinę marginesu suwerenności od Moskwy. Ten pcha nas w jej ramiona, mimo że żadne zewnętrzne okoliczności do tego nie zmuszają.

Kto wie zresztą, co ważniejsze. I w jakim czasie. To, co Kaczyński i spółka wyprawiają z Unią, czy to, co robi Macierewicz z armią? Jedni rozbrajają nas, budując mur niechęci do Polaków, którzy udawali solidarnych, kiedy dla nich było to przede wszystkim interesem, inni odbierają wiarygodność jako poważnego uczestnika sojuszu dla pokoju i bezpieczeństwa. Zachód ma prawo pytać: o co chodzi tym Polakom, mało im historycznej traumy, własnego doświadczenia, gorzkiego smaku samotności?

To, że Kaczyński, Macierewicz i inni z premedytacją grają na wzbierającą falę nacjonalizmu, ksenofobii i roszczeń, jest oczywiste. Sami tę falę przecież wywołują. Nic nie wiadomo natomiast o tym, jaki jest cel tej gry. Chcę wierzyć, że jednak, ostatecznie, nie chodzi o wyprowadzenie Polski z Unii. Kaczyński wie chyba, że żadna, nawet najbardziej satysfakcjonująca go władza nie jest warta, aby jego imię zostało na wieki przeklęte. A zostanie, jeśli pisowsko-kukizowe szaleństwo i głupota wypchną nas z politycznej Europy.

Znamienne też, że w tej fazie gry Kaczyński właściwie milczy, wypuszczając raczej pomniejszych oficerów. Tak jakby badał, na ile może sobie pozwolić. Nie z Polakami, bo tu, także z uwagi na jakość opozycji, może pozwolić sobie na wiele, lecz z Zachodem, w szczególności z Europą.

Aktualnie stają przed Polską dwie kwestie. Przede wszystkim sprawa sankcji w postaci odebrania Polsce prawa głosu w Radzie Europejskiej. Prawda, że to ostatni etap procedury monitorowania praworządności, niezwykle mało prawdopodobny, ale nie niemożliwy. Wisieć zresztą na włosku spolegliwości Victora Orbána to też mało komfortowa sytuacja. Raz już wystawił Kaczyńskiego do wiatru. Za chwilę wystawi go drugi raz, tym razem boleśnie dla setek tysięcy Polek i Polaków żyjących z różnic poziomu zabezpieczenia materialnych interesów pracowniczych w Polsce i na Zachodzie. Kiedyś rządowi Platformy-PSL udało się oddalić to zagrożenie, mało nadziei w tym, że teraz PiS się uda.

Ale i sprawa kar finansowych (potrącanych z funduszów spójności i dopłat dla rolników) w przypadku porażki polskiego rządu przed Trybunałem Sprawiedliwości.

Obie sprawy, doprowadzone do ostatniego etapu, byłyby katastrofalne w skutkach nie tylko dla Polaków, ale i dla Kaczyńskiego i spółki. Nie tylko z uwagi na odebranie Polakom wpływu na politykę Unii i konsekwencje budżetowe, lecz także, przede wszystkim, byłyby dolaniem benzyny do ognia i tak zdumiewająco wysokiego płomienia nacjonalizmu, ksenofobii i rasizmu. Wtedy alternatywą dla PiS nie byłaby już jakaś forma liberalnej demokracji, lecz coś, co w historii XX wieku poznaliśmy jako faszyzm.

W każdym razie idzie o system niemający żadnego respektu dla praw człowieka ani wahań przed argumentem siły w politycznej debacie. Wtedy sprawa być albo nie być w politycznej Europie będzie już całkowicie nieaktualna. Mam nadzieję, że formułując tę obawę, jak na razie poddaję się bardziej emocjom, niż idę za wiedzą, ale przecież to, co najistotniej wpływa na przyszłość narodu, to zawartość jego mózgów. Zresztą można sobie jakoś poradzić. Nie wiem zaś, co dominuje dziś w mózgach Polaków, skoro tak oczywiście wybierają większość pisowsko-kukizowych szaleńców i głupców.

W czwartkowej (31 sierpnia) debacie na forum europejskiego parlamentu szef polskiej frakcji partii ludowej (PO-PSL) Janusz Lewandowski powiedział, że nie poprze ona ewentualnych sankcji. Mam szacunek dla wiedzy, doświadczenia i uczciwości Lewandowskiego. Mimo rezerwy wobec polityki społecznej, której był kiedyś w Polsce jedną z twarzy. Wysłuchałem też z uwagą wypowiedzi prof. Adama Rotfelda, ministra spraw zagranicznych w rządzie Marka Belki (Radio TOK FM, piątek, 1 września, rano), którego mam za największy autorytet w sprawach międzynarodowych. Lewandowski oświadczył, że jego frakcja nie poprze ewentualnego wniosku o sankcje. Rotfeld uznał tę wypowiedź za słuszną. Odwołał się do doświadczenia Lewandowskiego w polityce europejskiej i zasugerował, że oświadczenie Lewandowskiego rozumieć można jako sygnał, że idzie o bardzo wysoką stawkę, o Polskę w Unii. Adam Rotfeld mówił potem o wartości procesów dyplomatycznych, w których skuteczność zdaje się wierzyć, które muszą pozostawać poufne z uwagi na zachowanie twarzy stron.

Mam odmienną diagnozę sytuacji. Wydaje mi się, że dzisiaj jedynym czynnikiem mogącym powstrzymać Kaczyńskiego jest opór Polaków. To nie jest czas dyplomacji. Za późno i za wcześnie.

Za późno, bo Kaczyński złamał konstytucję. Formalna odpowiedzialność: prezydenta premier rządu, marszałków Sejmu i Senatu, szefa Kancelarii Premiera, chyba także ministra sprawiedliwości (tu akurat nie jestem pewien) – nie ulega wątpliwości. Prawnicy są kompetentni w sprawie odpowiedzialności Kaczyńskiego, faktycznie rządzącego, czy są tu wyczerpujące znamiona podżegania czy nie. Co ze sprawstwem kierowniczym? Nie znam się na tym. Tak czy inaczej Kaczyński kazał podwładnym, w tym prezydentowi i premier, palić za sobą mosty. Kiedy staną przed właściwymi Trybunałami, będą zeznawać.

Za wcześnie, bo żyjemy. Wciąż, przynajmniej formalnie, mamy wszelkie wolności. Nie jest to sytuacja graniczna. Trwa dopiero proces. Może doprowadzić do sytuacji granicznej, ale może się zatrzymać, a nawet cofnąć. Wtedy aktualną stanie się sprawa abolicji. Albo instrument… łaski.

Dzisiaj Polacy muszą wiedzieć, że Europa taka, jaką dzisiaj jest, Europa wyrosła z wielkich katastrof politycznych, społecznych, humanitarnych pierwszej połowy XX wieku, Europa czerwonego i brunatnego autorytaryzmów, Europa wojen, Holocaustu, pogardy dla jednostki ludzkiej, dla mniejszości, dla prawa, dla słowa i dla prawdy – jest świadomym jej wyborem. Zasady, na których została zbudowana, wprost wynikają z tej niewyobrażalnej traumy. I dlatego praworządność jest ostateczną czerwoną linią. Kaczyński nie zna Europy. Nikt nie śmie go oświecić. Ma wokół siebie lizusów, nie ma partnerów. Nie wie, że Europa, jej instytucje i państwa członkowskie demokratycznie działają właśnie dlatego, że są demokratyczne, powoli, z mozołem wykuwają kompromis w każdej, nawet najmniejszej sprawie. Tu nie idzie o małą sprawę. Tu idzie o przyszłość całości.

Polacy muszą być przez pozostałych partnerów wspólnej Europy powiadomieni. Ten watażka i jego polityka nie będą akceptowani. Jeśli wybierzecie ich politykę, do czego macie prawo, to my z wami nie chcemy być. Bo sprzeniewierzacie się wartościom, które uznaliście – więcej: którym daliście wielkie świadectwo w 1980 i 1981 roku, w 1989 roku i później.

Albo przyjdzie opamiętanie, albo nie przyjdzie. Jeśli nie przyjdzie, to albo nie będzie warto być w Europie takiej, jakiej chciała zawsze Moskwa, albo nie warto za Polskę i Polaków tracić Europy wartości. Dlatego jest czas dla mówienia wprost.

Europa Rydzyka, Kaczyńskiego, Macierewicza, Błaszczaka, Szyszki, Terleckiego, Kurskiego, Czarneckiego (choć to płotka, nikt się takim w Europie nie zajmuje), Kamińskiego, Ziobry to miejsce geograficzne. W polityce postawiliśmy na Polaków: Polskę Kuronia, Mazowieckiego, Wałęsy, Geremka, Michnika, Kuratowskiej, Krzyżanowskiej, Krzywonos-Strychalskiej, Staniszewskiej, Skubiszewskiego, Mellera, Bartoszewskiego.

Czas, jak w pokerze, powiedzieć SPRAWDZAM. Dla Europy, a więc i dla Polski.

celinski.blog.polityka.pl

Aż się wierzyć nie chce …

Prorocze słowa

Bogusław Wołoszański

Prof. Bohdan Góralczyk: Sami wypychamy się z Europy

Prof. Bohdan Góralczyk: Sami wypychamy się z Europy

Jeżeli Europa, instytucje europejskie, a właściwie Paryż i Berlin dojdą do wniosku, że Polska nie jest już państwem prawa, to pociągnie za sobą jakiegoś rodzaju tzw. Polexit. Nie mówię o pełnym wykluczeniu, ale docelowo właściwie będziemy, mówiąc potocznie, wyautowani – mówi w rozmowie z wiadomo.co prof. Bohdan Góralczyk, politolog, sinolog, dyplomata i publicysta z Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego

bg

Prof. Bohdan Góralczyk

KAMILA TERPIAŁ: „Nie odpuścimy” – mówi wprost wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans. Nie wiadomo jeszcze, jakie będą kolejne kroki wobec Polski, ale cały czas niewykluczone jest użycie art. 7, mówiącego o sankcjach. To realne zagrożenie? Unia traci cierpliwość?

BOHDAN GÓRALCZYK: To jest realne zagrożenie. Uważam, że jesienią dojdzie do zmian tektonicznych, które zresztą już się zarysowały. Czekamy na 24 września, czyli wybory w Niemczech, one nie powinny przynieść niespodzianki i najprawdopodobniej kanclerzem pozostanie Angela Merkel. Wtedy odbuduje się to, co zawsze było sednem, kośćcem i źródłem integracji europejskiej, czyli oś Berlin-Paryż. Kiedyś było nawet takie pojęcie Merkozy i teraz ten motor się odbuduje.

Elity francuskie i niemieckie doszły do wniosku, że jeżeli czas inercji nadal będzie trwał, to UE grozi kryzys egzystencjalny, czyli kryzys przetrwania. Nie ma innego sposobu niż ucieczka do przodu. Tamtejsze elity wreszcie to zrozumiały.

Wybór Emmanuela Macrona we Francji pokazuje kierunek – poszukiwanie nowych rozwiązań. Już podczas kampanii prezydenckiej, ale także w ostatnich dniach Macron wielokrotnie krytykował władze polskie. Poza tym ominął Polskę i Węgry podczas swojej niedawnej wizyty w naszym regionie. W ten sposób rozbił Grupę Wyszehradzką i postawił na tzw. Trójkąt Sławkowski, łączący Austrię, Czechy i Słowację. To mało znane u nas pojęcie. Ale wyraźnie widzimy, że najpierw premier Słowacji, ale także Czech ostatnio potwierdzili, że wolą iść z Francją i Niemcami niż z nami.

Jeżeli chodzi o Słowację, należącą przecież do strefy euro, nie jest to wielkie zaskoczenie, ale Czechy były zawsze eurosceptyczne i to, że teraz zmieniają front, powinno dać Warszawie i Budapesztowi do myślenia.

Do tego dochodzi otwarty konflikt na linii Węgry-Holandia. Po wypowiedzi odchodzącego ambasadora Holandii na Węgrzech stosunki dyplomatyczne tych krajów zostały obniżone do niższego szczebla na czas nieokreślony. I dzieje się to wewnątrz jednego ugrupowania, jakim jest UE. Mamy już otwarte zatargi na linii Budapeszt-Bruksela i Warszawa-Bruksela. Polska ma dodatkowo także zatargi z Niemcami i Francją.

Ale to jeszcze nie koniec układanki.

W Polsce nie rozumie się bardzo ważnej rzeczy, że niemiecka koncepcja integracji jest inna niż francuska.

Na czym polegają te dwie koncepcje?

Angela Merkel opowiedziała się za starą, wywodzącą się jeszcze z epoki Kanclerza Willy’ego Brandta, koncepcją zróżnicowanych prędkości. Czyli tak naprawdę za tym, co mamy dotychczas. Niektóre kraje są w strefie Schengen, inne nie są; jedni są w strefie euro, inni nie mają wspólnej waluty; jedni idą szybciej, drudzy wolniej… To dla Niemców jest wygodne, bo ze względu na własne interesy nie mogą sobie pozwolić na to, aby kraj tak duży jak Polska był poza integracją europejską. Ale ostatnio nawet kanclerz Niemiec po raz pierwszy skrytykowała władze polskie za to, że się izolują, i to odbiło się głośnym echem.

Koncepcja francuska ma swoje korzenie w epoce Jacques’a Chiraca, czyli lat 90. ubiegłego stulecia, i jest to koncepcja koncentrycznych kręgów. Ważne jest to, że w tej koncepcji zawsze musi być jakieś twarde jądro. Co nim będzie? Wtedy, kiedy premier Węgier przyjmował Władimira Putina, po raz kolejny doszło do spotkania kanclerz Niemiec, prezydenta Francji oraz premierów Włoch i Hiszpanii. Ja tę czwórkę nazywam „wersalską”. I to właśnie może być to twarde jądro. Może być nim też szóstka państw, która zaczynała integrację. Albo, o czym mówi się najczęściej, będzie to po prostu strefa euro. Kto nie będzie w tej strefie, ten będzie poza. Zwracam uwagę na nowy element: w tym tygodniu Angela Merkel po raz pierwszy przyznała, że dobrze byłoby mieć wspólnego ministra finansów dla strefy euro. Wtedy Polska i Węgry automatycznie znajdują się na peryferiach, w drugim albo trzecim kręgu. O tym trzeba wiedzieć i na ten temat trzeba rozmawiać, bo

wchodzimy w fazę decydującą debaty o tym, w jakim kierunku zmierza Europa.

I to bez Wielkiej Brytanii…

To jest kolejny bardzo ważny element. Dotychczas to Wielka Brytania była takim hamulcowym, spowalniającym i patrzącym inaczej na integrację. Oni mieli swoje koncepcje i rozwiązania, bo patrzyli na wszystko z perspektywy wyspy. Gdy ich nie ma i toczą się negocjacje w sprawie Brexitu, to tym bardziej wzmacnia się oś, o której mówiłem na początku rozmowy, czyli Paryż-Berlin. Musimy mieć tego świadomość.

Polska nie chce prowadzić dialogu z Europą, nie może się dogadać z Niemcami i Francją. Bronią nas za to Węgry.

Proszę zestawić PKB Niemiec i Francji oraz Węgier, to uzyskamy odpowiedź na pytanie: na kogo my stawiamy…

Na niewłaściwego gracza?

Jako osoba, która całe życie zajmuje się Węgrami, mogę powiedzieć jedno –

kiedy znowu przyjdzie do głosowania, Viktor Orbán będzie liczył szable. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby głosował znowu nie tak, jak Warszawa

(chodzi o sytuację podczas wyboru Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej – red.). To powinno już dać do myślenia rządzącym w Warszawie. Czyny Orbána potwierdzają, że jest to polityk zawsze kalkulujący na zimno, często cynicznie. To trzeba wiedzieć.

Ruchy tektoniczne wewnątrz UE, różne koncepcje integracji, złe sojusze – co w takim razie może czekać Polskę? I pytam o ten najgorszy scenariusz.

Najgorsze będzie, gdy większość rządząca w Warszawie rozmontuje przygotowane przez prezydenta projekty ustaw dotyczących wymiaru sprawiedliwości. Wtedy to tzw. twarde jądro, czy stara Europa, dojdzie do wniosku, że nie przestrzegamy zasad państwa prawa. Już teraz Emmanuel Macron zarzuca nam podważenie jednej z innych fundamentów integracji europejskiej, czyli zasady solidarności – ze względu na podejście do migrantów i uchodźców. To wszystko może prowadzić do uruchomienia art. 7.

Tajemnicą poliszynela jest to, że w Brukseli już się liczy, czy uda się zebrać 22 głosy wymagane do tego, aby uruchomić ten artykuł. To nie grozi natychmiastowym wykluczeniem Polski, ale może pociągać za sobą daleko idące konsekwencje finansowe.

Poza tym zaczniemy być także traktowani jak obywatele innej kategorii. I to jest chyba najgroźniejsze.

Będziemy, nawet jeżeli nie formalnie, poza UE?

Jeżeli Europa, instytucje europejskie, a właściwie Paryż i Berlin dojdą do wniosku, że Polska nie jest już państwem prawa, to pociągnie za sobą jakiegoś rodzaju tzw. Polexit. Nie mówię o pełnym wykluczeniu, ale docelowo właściwie będziemy, mówiąc potocznie, wyautowani.

Na czym konkretnie to „wyautowanie” będzie polegało?

To będzie izolowanie, traktowanie nas jak innego rodzaju zwierza w naszym ogrodzie zoologicznym. Będziemy traktowani jak ktoś, kto nie przestrzega podstawowych wartości. Często pytam moich studentów: jaka jest definicja UE? Najczęściej pada odpowiedź, że to jest organizacja międzynarodowa. A to jest nieprawda.

Unia jest procesem i to procesem „w trakcie tworzenia”.

Pierwotnie było założenie, że to będzie federacja, ale biorąc pod uwagę dzisiejsze nastroje społeczne, takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. Ale przede wszystkim jest to wspólnota wartości – to jest trzecia, najważniejsza definicja. Te wartości zostały zdefiniowane w postaci tzw. kryteriów kopenhaskich. Co to jest? Demokracja opierająca się na zasadzie „checks and balances” (równowaga i kontrola), i nie chodzi tylko o trójpodział władz, to są także niezależne media i silne społeczeństwo obywatelskie. To jest prawdziwa demokracja, plus gospodarka rynkowa, państwo praworządne i ochrona mniejszości. À propos tego ostatniego zagadnienia, to Grupa Wyszehradzka ma zupełnie inne stanowisko niż „stara Europa”. To jest kolejna sprawa, która dzieli. I to jest znowu bardzo niepokojące. To nie Unia nas wypycha, tylko my się z Unii sami wypychamy.

Unia ostrzega i chyba stara się jeszcze wyciągnąć rękę.

I słusznie. Gdyby UE przyjęła wojownicze stanowisko, to mogłaby być w swoim działaniu przeciwskuteczna, bo wzmacniałaby przeciwników Unii. Viktor Orbán cały czas na użytek polityki wewnętrznej powtarzał, że jego kraj nie chce być ponownie skolonizowany. Użył nawet porównania, że nie chce być podporządkowany dzisiejszym urzędnikom w Brukseli, w dobrze skrojonych garniturach, jak kiedyś innym, w dobrze skrojonych mundurach. Wiadomo przecież, o jakie mundury chodziło… Ale to było jeszcze przed mezaliansem i dużym zbliżeniem z Władimirem Putinem.

Świadczy o tym ostatnia wizyta Władimira Putina na Węgrzech?

Ona świadczy o poważnym zbliżeniu biznesowym;

o tym, że Węgry postawiły na współpracę z Rosją i Wschodem; o tym, że Viktor Orbán zbudował już w swoim kraju „nieliberalną demokrację”, której bliżej do realiów rosyjskich czy tureckich niż europejskich.

Uważam zresztą, że dopuszczenie do tego było kardynalnym błędem UE. Nie powinna się zgadzać na podważenie przez premiera Węgier podstawowych unijnych wartości, czyli do kryzysu aksjologicznego. Orbán stawia przede wszystkim na wielki biznes. Nie tylko 12 mld dolarów na elektrownię atomową w Paks, ale także podpisane niedawno, dokładnie wtedy, kiedy w Warszawie przebywał prezydent Donald Trump, porozumienia gazowe, które ponownie podporządkowują Węgry interesom Rosji. To się oczywiście nie podoba węgierskiej opozycji, ale ona przecież nie ma wpływu na realia w kraju.

Jarosław Kaczyński podobno wzoruje się na Viktorze Orbánie.

Jeżeli tak, to następnym krokiem prezesa PiS-u powinno być zaproszenie Władimira Putina do Warszawy!!!

A może prezes PiS-u myśli: skoro im się nic nie stało, to nam też nic UE nie zrobi? I nic wielkiego się nie stanie…

Stanie się.

Powtarzamy cały czas: Unia, Unia, ale ja już na początku mówiłem o tym, że odbudowuje się oś Berlin-Paryż. I to te stolice i kraje decydują. I dają wyraźne sygnały. Emmanuel Macron mówi otwarcie, że Polska jest już poza.

To powinno nam dawać do myślenia, że zaniepokojone są najważniejsze europejskie stolice, a nie tylko instytucje unijne.

Ostatnie słowa prezydenta Francji, ale także kanclerz Niemiec, powinniśmy traktować bardzo poważnie?

Tak. I to nie dlatego, że trzeba straszyć. Tylko dlatego, że Unia jest w złym stanie. Powtarzam: nie ma innego wyjścia. Musi uciekać do przodu. Jeżeli natomiast powstanie twarde jądro, to my natychmiast znajdziemy się poza nim. To jest podstawowy problem.

Zmieńmy temat. Czym mogą zakończyć się próby rakietowo-jądrowe prowadzone przez Koreę Północną?

To zupełnie inny temat! W tej sprawie wszyscy spekulują. Podstawowy problem jest taki, że zarówno przywódca Korei Północnej Kim Dzong Un, jak i, niestety, przywódca najsilniejszego mocarstwa na świecie, czyli Donald Trump, mają uzasadniony przydomek „polityków nieprzewidywalnych”. Dlatego skazani jesteśmy na nieprzewidywalność. Sytuacja jest poważna i nabrzmiała.

Wystarczy śledzić debatę wewnętrzną, czego w Polsce się nie robi, na terenie Korei Północnej albo Japonii, aby zdać sobie sprawę, jak poważny jest problem.

Z tego, niestety, może wyłonić się jakiś konflikt, nie mówię tu o wojnie, ale o poważnym problemie, który zwróci uwagę całego świata.

Donald Trump na Twitterze napisał, że w sprawie tego, co robi Korea Północna, „rozmowy to nie jest odpowiedź”.

Ale jednocześnie szef Pentagonu twierdzi, że opcja dialogu nie została zakończona. I tu jest kolejny problem: czy wierzyć samemu prezydentowi, czy jego administracji i otoczeniu? Warto zwrócić przy tym uwagę na to, że

w otoczeniu Donalda Trumpa jest coraz więcej generałów. Nie wiem, o czym to świadczy, ale warto na to zwrócić uwagę.

Jest jeszcze ta druga strona. Władimir Putin przekonuje, że presja na Pjongjang to jest rozwiązanie „mylne i pozbawione perspektyw”…

On nie jest w tej sprawie głównym rozgrywającym. Mogą nim być do pewnego stopnia Japończycy, bo to nad ich wyspami zaczynają przelatywać rakiety. Ostatnio w sondażach opinii publicznej większość Japończyków opowiedziała się za tym, aby aktywnie reagować na prowokacje i nawet zdecydować się na konflikt z Koreą Północną. Jeszcze do niedawna ten stan świadomości Japończyków był nie do pomyślenia.

Przez wiele lat głównym rozgrywającym na terenie Korei Północnej były Chiny, ale obecny przywódca północnokoreański urwał się im z postronka. Dlatego teraz Chiny mają kłopot, bo nie chcą mieć destabilizacji, nie mówiąc o wojnie przy swoich granicach. One mają inne cele strategiczne, a konflikt na terenie Półwyspu Koreańskiego nie leży w ich interesie. Dlatego Chiny będą robiły wszystko, aby sytuację uspokoić. Problem polega na tym, że, moim zdaniem, nie mają wszystkich niezbędnych dźwigni, a ekonomicznej nie chcą do końca wykorzystać, bo wolą jednak mieć Półwysep podzielony… Sytuacja jest jednak naprawdę poważna. Poważniej się już nie da. Można tylko ogłosić wojnę, ale to nie my ją będziemy ogłaszali.

wiadomo.co

%d blogerów lubi to: