Monthly Archives: Marzec 2016

Kościół po stronie PiS, USA i Zachód po stronie KOD

Zwykły wpis

nowaTargowica

Dla hierarchów Kościoła katolickiego kruszejąca się władza PiS w kraju załamuje im nadzieję na zaprowadzenia przyczółka miękkiej teokracji.

Przewodniczący Episkopatu abp Stanisław Gądecki zauważył, że Jarosław Kaczyński podąża śladami Chrystusa, a to dlatego, że wyciąga ręce do pojednania. Kaczyński jednać się chce na gruzach demokracji.

Jeszcze silniejsze przekonanie do gruzów ma poprzednik na stanowisku przewodniczącego Episkopatu abp Józef Michalik, dla którego wstąpienie Polski do UE i do świata zachodniego jest równoznaczne z Targowicą, bystrzak z Przemyśla nazywa to nawet „nową Targowicą”.

Nie będą zajmował się treścią wypowiedzi Michalika, bo nie warto, niewiele w nich wartości intelektualnej, a chrześcijańskiej zero.

Proponuję obwołać lidera KOD Mateusza Kijowskiego Antychrystem, bo ten zostanie wyżej potraktowany w USA niż urzędujący prezydent Andrzej Duda – w najsilniejszej i najbardziej liberalnej demokracji na świecie.

Pisałem wczoraj o zaproszeniu Kijowskiego na spotkania z Kongresem i Departamentem Stanu USA.

Ten ostatni przykład pokazuje, jak polityka jest nieprzewidywalna i dynamiczna. Kijowski zaczyna być traktowany przez cywilizowany świat, jak Lech Wałęsa w latach 80. ubiegłego stulecia, gdy panował nam miłościwie panujący reżim PRL.

Kijowski jest przedstawicielem demokratycznej Polski.

Uśmiałbym się, gdyby PiS posunął się dalej w demolce demokracji, a Kijowski wytrwał w KOD (wraz ze mną), i wpadłby mu pokojowy Nobel w ręce. W ten sposób demokracja w kraju dostałaby najwyższe wyróżnienie.

Podpowiadam „niepokornym”, aby dokumentowali w życiorysie Kijowskiego niezapłacone raty za alimenty, a IPN i jakiś Cenckiewicz opisali go sikającego do chrzcielnicy.

Obawiam się najgorszego, nie tego, że abp Michalik walnie się ze swoją retoryką polskiego katolicyzmu, bo to facet Lapsus, ale gdzie prowadzi Kaczyński.

Ranny odyniec uderza na oślep i na oślep ucieka. Zaś wiem, do jakiego gestu ostatecznego dla polityka powinien się odwołać Duda.

Dobro zawsze zwycięża, acz różne są drogi do sukcesu. Brawo Kijowski, brawo my!

Więcej >>>

Andrzej Wielowieyski, wieloletni senator i poseł o kulisach obowiązującego do dziś kompromisu aborcyjnego z lat 90-tych [FRAGMENT WSPOMNIEŃ]

Zwykły wpis

Fragment wspomnień Andrzeja Wielowieyskiego – niegdyś bardzo władnego polityka. Fragment dotyczny, jak wyprawcowywano w latach 90. kompromis w kwestii aborcji. Podaję za 300polityka.pl >>>

Sprawami tymi zajmowałem się od dawna, ale, jak wspomniałem, impulsem stała się dla mnie rozmowa ze Stelmachowskim, który potraktował trochę lekceważąco te trudne i często dramatyczne problemy.

Społeczeństwo było w wysokim stopniu zdemoralizowane antyrodzinną polityką władz komunistycznych. Przez wiele lat opowiadano nam o „zalewającej Polskę fali bachorów”, a niski standard życia i brak mieszkań doprowadził do tego, że w miastach ludność przestała się odtwarzać już w latach 70. Antykoncepcja była jednak stosowana w ograniczonym zakresie, a bardzo wiele polskich rodzin regulowało urodzenia właśnie za pomocą aborcji. Tak więc trzeba było coś w tej sprawie zrobić.

Jeszcze kiedy byłem w Senacie, spędziłem z prof. Zollem parę godzin na dyskusjach, jak chronić życie dzieci nienarodzonych i wspomagać dzietność, szanując równocześnie godność i prawo decyzji kobiet. Dziś prof. Zoll stoi dość zdecydowanie na stanowisku obrony przede wszystkim życia dzieci. Wtedy jednak rozważaliśmy to szerzej.

Dyskutowaliśmy również całościowo tę sprawę z moim przyjacielem i sąsiadem prof. Michałem Troszyńskim, wieloletnim głównym specjalistą ds. ginekologii, który zresztą pomagał niektórym moim dzieciom i wnukom przychodzić na świat. Mieliśmy też dość różną orientację ideową. Troszyński był tradycyjny i autorytarny, a ja bardziej liberalny. W pewnym momencie doszedł jednak podobnie jak ja do wniosku, że kluczem do rozwiązania tego problemu powinno być możliwie najlepsze poradnictwo dla kobiet, które było wtedy na bardzo kiepskim poziomie, a z PRL-u odziedziczyliśmy postawy niechętne dzieciom. Byliśmy zresztą wtedy bardzo pesymistyczni. W sposób zupełnie niefundamentalistyczny mówił mi wtedy Troszyński, że kiedy ogarnie nas kultura antykoncepcyjna, to będzie gorzej, bo dziś niektóre kobiety decydują się na aborcję, ale bywa, że potem jednak decydują się na dziecko, a jeśli ulegniemy ideologii antykoncepcyjnej, to dzieci nie będzie w ogóle. I tak się stało. W 1997 r. utraciliśmy nawet reprodukcję prostą (odtwarzanie pokoleń przy wskaźniku średnio 2,1 dziecka na jedną kobietę). I od tego czasu brak jest nam rocznie 100-200 tys. dzieci, za 20-30 lat będziemy społeczeństwem zestarzałym i niedołężnym, a ludność zmniejszy się nam o 5 mln. Chyba że potra my pójść po rozum do głowy i podniesiemy wartość dzietności.

Podobnie jak w całej Europie przez kilka lat trwał u nas spór o zakaz aborcji, zakończony w 1993 r. kompromisem kwestionowanym przez obie strony dyskusji. Kompromis dopuszczał niekaralność aborcji w trzech przypadkach: zagrożenia życia matki, poważnego uszkodzenia poczętego dziecka i gwałtu. Karana byłaby osoba dokonująca nielegalnej aborcji, a nie kobieta w ciąży. Środowiska lewicowe popierane przez większość opinii społecznej ukształtowanej jeszcze przez klimat z PRL-u domagały się dopuszczenia aborcji ze względów społecznych. Sprzeciwiał się temu Kościół i większość sejmowa. W Unii Demokratycznej w Sejmie domagała się tego Frakcja Społeczno-Liberalna Kuratowskiej, Balickiego i Labudy, popieraliśmy ją w tej sprawie ostrożnie z Ziutą Hennelową i z grupą posłów z centrum Unii.

Sprawa nie wyglądała więc tak prosto, jak to opisują niektórzy historycy. To nie tylko dzielne feministki pod wodzą Basi Labudy walczyły o prawa kobiet. Próbowałem bowiem przekonać komisję sejmową, że można by zgodzić się na aborcję na wniosek kobiety, podobnie jak w Niemczech, ale po obowiązkowych konsultacjach w poradniach, które miałyby kwestionować aborcję i chronić życie dzieci. Miałem za sobą poparcie kilkunastu głosów Unii Demokratycznej i innych ugrupowań, ale niestety nie przekonałem kolegi klubowego Marka Balickiego, który sprawę prowadził i sprzeciwiał się tym obowiązkowym konsultacjom i „nękaniu” kobiet naciskiem na zachowanie ciąży. Gdybyśmy to byli wtedy uzgodnili, były pewne szanse na bardziej liberalne rozwiązanie, które dawało szanse na skuteczną obronę większej liczby poczętych dzieci, a równocześnie pozwalałoby kobietom na wybór i miałoby wówczas oczywiście szerszą akceptację społeczną. Moim głównym argumentem na rzecz obrońców dzieci było, że stosując głównie przymus karny w tej niezmiernie delikatnej sprawie życia i godności kobiet, tracimy z nimi kontakt, niknie wszelki dialog i możliwość pomocy wahającym się przyszłym matkom. Nie mieliśmy potem przez to prawie żadnego wpływu na część kobiet, na podziemie aborcyjne lub na aborcyjne wyjazdy zagraniczne. I w dalszym ciągu kilkadziesiąt tysięcy lub więcej aborcji rocznie było przez Polki dokonywanych. Według niedawnych badań okazuje się, że tak właśnie było: co trzecia lub co czwarta Polka co najmniej raz w życiu dokonała aborcji.

W mojej argumentacji opierałem się na doświadczeniach katolickich poradni niemieckich, które się bardzo rozwinęły. Niemcy twierdzili, że ok. 30 proc. kobiet zamierzających dokonać aborcji pod wpływem konsultacji w tych poradniach zmieniało zdanie. Interweniował jednak później Watykan, uznając, że niedopuszczalne jest uczestnictwo katolickich poradni w działaniach systemu, który może zezwalać na aborcję. Biskupi niemieccy bronili się kilka lat i musieli w końcu zrezygnować, a poradnie zrezygnowały z szyldu katolickiego, choć działały i działają dalej.

Broniąc przed Sejmem koncepcji ograniczonej liberalizacji aborcji powiązanej z systemem obowiązkowych konsultacji i organizacją wsparcia dla kobiet w ciąży, zacytowałem fragment przemówienia sejmowego kanclerza wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego, skierowanego do innowierców, który przytacza we wstępie do swego Katechizmu życia chrześcijańskiego ks. Jan Zieja. „Kiedy by to mogło być, abyście wszyscy byli katolikami, dałbym za to połowę zdrowia mego, żebym, drugą połowę żyjąc, cieszył się z tej świętej jedności. Ale jeśli kto będzie Wam gwałt czynił, dam wszystkie swoje zdrowie przy was, abym na tę niewolę nie patrzył”. Sprawa jest podobna, bo tak jak wtedy chodziło o podstawowe sprawy wiary religijnej, tak i w tym przypadku chodzi o wartości bardzo duże: życie dzieci, a równocześnie prawo kobiet do decydowania o swoim losie.

Nie przekonałem do tej koncepcji ani tradycjonalistów, ani radykalnych liberałów. W obu przypadkach mieliśmy do czynienia z przejawami fundamentalizmu, który jest zawsze groźny dla człowieka. Głosowałem więc w końcu za ustawą restrykcyjną, bo dawna peerelowska swoboda po prostu zabijała dzieci i w tamtym klimacie jakiś psychiczny wstrząs był potrzebny. Stanowisko Kościoła w tym kontekście społecznym miało pewien sens. Ale ten sens dziś już dawno się wyczerpał. Nie może prokurator i policjant pilnować ludzkiego powołania do rodzicielstwa. W ciągu kilkunastu lat klimat społeczny się trochę zmienił. Dziś, jak się zdaje, nieznaczna większość społeczeństwa jest za zakazem aborcji. Jest to skutek również ustawy, ale przede wszystkim działania Kościoła. Wskazuje jednak raczej na utrzymywanie się u nas anachronicznych postaw autorytarnych, które wcale nie świadczą o zdrowiu moralnym społeczeństwa. Bo jesteśmy przeciw aborcji, ale dzieci mieć nie chcemy.

Sprawdziły się pesymistyczne prognozy demogra czne prof. Troszyńskiego i do pewnego stopnia przyczyniła się do tego ustawa o planowaniu rodziny (a de facto o karalności aborcji) z 1993 r. Nie chcę za to winić fundamentalistów z obu stron, walczyli o swoje racje uczciwie, ale wywołali zbieg okoliczności, który doprowadził do gwałtownego załamania się dzietności w Polsce, a przy okazji wzmocnił elektorat SLD. Przedtem bowiem antykoncepcja była u nas mało stosowana. Po wejściu w życie ustawy w ciągu kilkunastu miesięcy sprzedaż środków antykoncepcyjnych wzrosła wielokrotnie. Ustawa zmusiła ludzi do antykoncepcji i prawie zaraz przestaliśmy się odtwarzać jako naród. Oczywiście to jest jakiś postęp, że Polki nie traktują już aborcji jako środka antykoncepcyjnego, ale płacimy za to dużą cenę, kryzys dzietności się pogłębia.

W czasie tych sejmowych debat zostałem też zaproszony na zebranie organizowane przez organizacje katolickie (chyba u oo. zmartwychwstańców na warszawskich Sielcach), które prowadził mój przyjaciel i uczestnik moich rejsów żeglarskich, ks. bp Stanisław Stefanek. Moje tezy zostały potraktowane niechętnie, ale panowała atmosfera poważnej debaty. Biskup Stanisław reprezentował bardzo tradycyjną postawę, przyjmował mnie jednak przyjaźnie i udzielał mi głosu. W kilka lat potem przekazałem mu moje rozważania na temat kryzysu rodziny i głębokich przeobrażeń w kulturze rodzinnej i proponowałem mu dyskusję, zwłaszcza na temat aktualnego rozpoznawania norm prawa natury, w jego Instytucie Rodzinnym w Łomiankach. Był w dalszym ciągu przyjacielski, ale na dyskusję się nie zgodził.

Myślę, że istota rzeczy polega na tym, że w rozwiązywaniu tego niezwykle trudnego dylematu trzeba umieć odchodzić od postaw fundamentalistycznych (zarówno tradycjonalistycznych, jak i libertyńskich) i osiągnąć szerszy społeczny konsensus w sprawie promocji rodzicielstwa. Jedyną szansą jest oparcie się na rozpoznawanym indukcyjnie (na podstawie ludzkich doświadczeń) prawie naturalnym, wynikającym z ludzkiej kondycji. Chcemy i musimy bronić wartości poczętego życia. Taka jest najdawniejsza tradycja wspólnot chrześcijańskich. Musimy jednak uwzględniać istotne elementy dzisiejszej ludzkiej kondycji. Tu zaś najważniejsze będą nie tyle np. „ciężkie warunki życia kobiet”, ile to, co jest istotne w rozwoju naszej cywilizacji od 1500 lat, gdy młode plemiona i narody zajmowały Europę, wypierając antyczny ustrój niewolniczy. Wiodącą ideą i siłą rozwoju tej cywilizacji było dążenie do wolności: przeciw Rzymianom i innym obcym ludom, przeciw władcom, feudałom, plebsu przeciw patrycjatowi i chłopów przeciw panom. Później doszło wyzwalanie się kobiet spod władzy ojców i mężów oraz dzieci spod władzy rodziców. Wiemy, jakie to było kosztowne, często bolesne i niebezpieczne.

Wiemy jednak również, że godność i rozwój człowieka wymaga dziś prawa wyboru, także w sprawie rodzicielstwa. I dlatego ochrona życia nie może być skutecznie realizowana środkami przymusu prawnego. Niektórzy tradycjonaliści ulegają złudzeniu, że można uzyskać w świadomości społecznej akceptację pełnej ochrony prawnej życia poczętego, tak jak z biegiem czasu zaakceptowano pełne potępienie niewolnictwa. Nie uzyskamy tego, bo byłoby to przeciwko głęboko już przeżywanej godności i wolnej woli człowieka decydującego o swoim losie.

I dlatego przy oczywistym dla chrześcijan założeniu i zadaniu obrony życia dzieci poczętych musimy tworzyć psychiczne i materialne warunki dla decyzji rodziców o swoim dziecku. Na razie, w każdym razie w naszym kraju, połowa społeczeństwa, a może znacznie więcej, jest poza taką inicjacją, argumenty i przesłanki przeciw dzieciom przeważają zdecydowanie. Ponad 30 proc. par nie ma dzieci, a większość rodzin ma jedynaków, mimo że faktyczny standard życia podniósł się w ciągu pokolenia ponaddwukrotnie. Ciągle patrzymy na bogatszy Zachód. Czasem może to być negacja doraźna: jak się poprawi, to urodzimy… Nie sądzę jednak, by można tu było dokonać istotnego przełomu i skutecznie zmniejszyć aktualny deficyt 25-30 proc. dzieci, jeśli nie będzie szerokiego społecznego porozumienia wokół sprawy dzieci. Jeśli go nie osiągniemy na przestrzeni najbliższego czy dwóch pokoleń, nie odbudujemy naszych rodzin, bez młodzieży skarlejemy jako naród i zostaniemy zalani lub wchłonięci przez ludzi innych cywilizacji. A ratowanie się nieuniknioną imigracją, zwłaszcza uchodźców z południa, będzie trudne, bo – w przeciwieństwie do Niemców i Skandynawów – mamy niewielkie doświadczenie w tej sferze, dużo ludzkiej niechęci wobec tzw. obcych i w efekcie niską sprawność asymilowania przybyszów z innych krajów.

Kaczyński dostał za dużo władzy, jak na swoją kiepską głowę

Zwykły wpis

lechPrzynosił

Weekendowa gazeta.pl publikuje obszerny fragment ksiązki Roberta Krasowskiego (naprawdę ciekawego publicysty, ścisła czołówka) o Jarosławie Kaczyńskim: „Czas Kaczyńskiego”.

Z wieloma tezami można się nie zgadzać, bo się nie zgadzam. Ale to nie miejsce na recenzję tej książki.

Publikacja na czasie, bo prezes PiS zagraża Polsce. I to dosłownie.

Fragment końcowy tego wybranego fragmentu. Uważam, że Kaczyński sam polegnie ze sobą. To typowy samobójca, jak jego brat Lech, który wybrał mimowolne samobójstwo pod Smoleńskiem.

Jarosław przegra sam ze sobą. Dostał za dużo władzy, jak na swoją kiepską głową:

„Plany na przyszłość też nie były drapieżne. Nie będzie WSI, więc układ straci głowę. Nie będzie nieujawnionych teczek, więc narzędzie nacisku na polityków zostanie zniszczone. Wszystkie kluczowe stanowiska obejmą politycy PiS, co da gwarancję, że będą spoza układu. A gdyby ich swędziały ręce, pilnować ich będzie CBA. Kto zna realia walki z mafią we Włoszech czy USA, wie, jak kruche były wybrane narzędzia. Kaczyński na wojnę z układem – który opisywał jako wielkie imperium – wziął pistolet na wodę i gumowe kajdanki.”

Cały fragment tutaj >>>

POWIĄZANE WPISY:

  1. Debata Kopacz-Szydło nic nie wniesie, winna się odbyć dużo, dużo wcześniej
  2. PiS zachowuje się tak, jakby nigdy nie miało oddać władzy
  3. Kaczyński z Orbanem, a naprzeciw wspólnota Polaków w KOD
  4. Czy Kaczyński stawi się na debatę z premier Ewą Kopacz?

Kaczyńskiego kłamstwo na kłamstwie – Polska pisowska

Zwykły wpis

załóżmy

Jarosław Kaczyński naprawdę ma coś z głową. Obnaża go świetny wywiad w „Rzeczpospolitej” przeprowadzony przez Andrzeja Stankiewicza i Michała Szułdrzyńskiego.

– Decyzję o tym, że potrzeba nowej ustawy o Trybunale, podjąłem przed wyborami, w czerwcu, po zamachu Platformy – mówi Kaczyński.

(PO się nie zamachnęła, bo Trybunał Konstytucyjny unieważnił jej zamach; takie kłamstewko Kaczyńskiego).

W programach Porozumienia Centrum, a później PiS, osłabienie TK było jednym z głównych projektów konstytucyjnych tych partii..

I to jest obecne clou.

Trybunał Konstytucyjny przeszkadza autokracji Kaczyńskiemu. Chce jego likwidacji.

Przypomnijmy, czym zajmuje się TK:

Art. 188 Konstytucji RP jasno i wyraźnie określa sprawy, którymi zajmuje się Trybunał Konstytucyjny i kto je może zgłosić. Sędziowie orzekają o:

– zgodności ustaw i umów międzynarodowych z Konstytucją,

– zgodności ustaw z ratyfikowanymi umowami międzynarodowymi, których ratyfikacja wymagała uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie,

– zgodności przepisów prawa, wydawanych przez centralne organy państwowe, z Konstytucją, ratyfikowanymi umowami międzynarodowymi i ustawami,

– zgodności z Konstytucją celów lub działalności partii politycznych.

I dalej dla przypomnienia: Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w sprawach wymienionych w art. 188 podlegają niezwłocznemu ogłoszeniu w organie urzędowym, w którym akt normatywny był ogłoszony. Jeżeli akt nie był ogłoszony, orzeczenie ogłasza się w Dzienniku Urzędowym Rzeczypospolitej Polskiej „Monitor Polski”.

Cały wywiad z Kaczyńskim tutaj >>>

POWIĄZANE WPISY:

  1. Do Kaczyńskiego: Polska to nie sen idioty
  2. Popęd Kaczyńskiego, przeszkoda: Trybunał Konstytucyjny
  3. Infantylna dyktatura Kaczyńskiego, Duda podpisał nowelę o TK
  4. Kaczyńskiego seans nienawiści 13 grudnia 2015 roku

obrazyDla

Toksyny Kaczyńskiego w TVP Info 16 marca 2016

Zwykły wpis

kaczyńskiMocno

Jarosław Kaczyński w TVP Info spóźnił się 3 minuty, jak na prezesa swej telewizji przystało i 5 minut za późno opuścił wizję (20.00 – 20.17, a powinno być 19.57 – 20.12).

Poza tym prezes PiS stanął na stanowisku w sprawie Trybunału Konstytucyjnego w miejscu, jakby nie było wydanej opinii Komisji Weneckiej. Prezes stoi na stanowisku przedweneckim.

Po co Komisja się trudziła? Klasyka: Komisja Wenecka odwaliła kawał dobrej nikomu niepotrzebnej roboty.

W sprawie Trybunału Konstytucyjnego prezes nie zmienił stanowiska. Wg niego orzeczenie w sprawie ustawy naprawczej jest prywatnym stanowiskiem osób.

Takie też kłamstwa i absurdalia opuściły usta prezesa: „Rzepliński mówi, że suwerenem jest TK. Suwerenem w Polsce jest naród”.

Kaczyński chyba nie wie, co to znaczy suweren. Ani Rzepliński nie powiedzieł tak o TK, ani naród nie jest suwerenem w stosunku do TK.

Przede wszystkim pojęcie suwerena jest hierarchiczne, a TK jest jedną z władz ustroju demokratycznego, sądowniczą. Ni przypiął, ni przyłatał owe stwierdzenie Kaczyńskiego.

Dziennikarka prowadząca rozmowę była beznadziejna, nie słyszała, co mówił Kaczyński i nie potrafiła zadać pytania, gdy prezes PiS się migał i chachmęcił.

W sprawie Trybunału Konstytucyjnego nie ma kompromisu, albo się przestrzega orzeczenia TK, albo nie. Czyli – albo łamie prawo, albo nie. Większość sejmowa złamała prawo, gdy podejmowała ustawę naprawczą.

Przestępca nie może orzekać o winie sądu. Sąd może sądzić inny sąd. Podstawy prawa rzymskiego. Na tym polega arbitraż.

I jeszcze jedna uwaga. Mianowicie jakiś sejmowy zespół ekspercki, który ma wydać opinię o opinii Komisji Weneckiej można tylko nazwać chorym pomysłem. Po co to? Po co eksperci mają wydawać ekspertyzy o niepotrzebności?

Kaczyńskiego umysł buksuje, nigdy nie był zanadto bystry. I jak sam zauważył „Niektórzy politycy powinni odejść”. W pierwszym rzędzie powinien odejść Jarosław Kaczyński, nikt nie ma tak długiej praktyki plucia na opozycję, jak on. Większego psuja od niego nie ma w polskiej polityce, a przy tym produkuje tylko toksyny, żadnej ożywczej myśli.

Więcej >>>