Jak Morawiecki z przyjaciół robi wrogów Polski

Polityki nie da się uprawiać – zwłaszcza na zewnątrz – kłamiąc przyjaciołom w żywe oczy. A tak postępuje premier Mateusz Morawiecki, kontynuując sławetną linię zwycięstwa 1:27 Beaty Szydło, tj. Jarosława Kaczyńskiego. Oszukuje i zwodzi się wrogów.

A jeżeli tę samą miarkę moralną stosuje się do przyjaciół, tym samym ustawia się ich w szeregu nieprzyjaciół. I niedługo doświadczymy owoców dla Polski, odpowiednim potraktowaniem naszego kraju w organizacjach międzynarodowych, szczególnie w Unii Europejskiej.

„Ofensywa” europejska Morawieckiego bierze się tylko z jednego, rozpoczęcia gry o unijny budżet po 2020 roku. Karty przetargowe mamy żadne, same blotki o najniższych nominałach wiarygodności. Angela Merkel zapowiedziała, iż rozdział budżetu winien być powiązany z solidarnością w kwestii uchodźców, a komisarz Günther Oettinger uzależnić chce od praworządności.

Ofensywę Morawieckiego biorę w cudzysłów, jak jego samodzielność, pijarowcy podpowiedzieli mu, aby spory wokół Holocaustu spowodowane nieszczęsną ustawą o IPN przewekslować na antypolonizm, który jakoby zagraża tożsamości Polski. Takiego argumentu użył Morawiecki w rozmowie z amerykańskim portalem Bloomberg, co w komentarzu zostało potraktowane zdziwieniem, wszak antypolonizm na sztandarach noszą najbardziej radykalne nacjonalistyczne grupy w Polsce.

My w Polsce to wiemy, świat właśnie o tym się przekonuje. Na szczycie w Brukseli Morawiecki usłyszał od Donalda Tuska bardzo nieprzyjemne słowa: „Wszyscy ciężko pracowaliśmy w Polsce, ja też, przez ostatnie 30 lat, nad dobrymi relacjami Polski ze światem zewnętrznym, w tym z Izraelem i wspólnotą żydowską. Nie możemy pozwolić, żeby ktoś w kilka tygodni zrujnował całą tę robotę”.

Morawiecki przelotnie spotkał się z szefem Komisji Europejskiej Jean-Claudem Junckerem, zapowiedział, iż do czasu kolejnego z nim spotkania będzie gotowa „biała księga” w sprawie praworządności w Polsce. To ma być odpowiedź na uruchomienie artykułu 7 Traktatu UE, który może na końcu skutkować sankcjami wobec Polski.

W czasie, gdy Morawiecki w Brukselii mamił polityków europejskich i Junckera, profesor Uniwersytetu Middlesex w Londynie, Laurent Pech, przeanalizował inny niedawny wywiad Morawieckiego dla „Spiegla” i wykazał kłamstwa premiera polskiego rządu.

I tak Morawiecki powiedział, że wg sondaży 3/4 Polaków uważa sądownictwo za „złe” lub „bardzo złe”. Prof. Pech powołuje się na stałe badania Eurobarometeru zlecane przez Komisję Europejską, wykazuje Morawieckiego „kłamstwo w żywe oczy”. W 2017 roku 50 proc. Polaków uważało niezależność sądów za „dobrą” lub „bardzo dobrą”, wzrost zaufania do sądów podniósł się o 5 proc. w porównaniu z rokiem 2016, czyli za rządów PiS.

Inne kłamstweko Morawieckiego: „Nasze sądy są całkowicie nieskuteczne, podejmowanie decyzji zajmuje im mnóstwo czasu i nie są przejrzyste”. Prof. Pech przedstawia tabelki i wskazuje, że polskie sądy I instancji są na piątym miejscu w Unii (na 23 kraje, z których dostępne są dane) w rozstrzyganiu spraw.

Kłamstwo Morawieckiego o kosztowności sądów w kraju: „Polska wydaje trzy razy więcej na sędziów niż średnia wśród krajów UE”. Prof. Pech informuje, iż sądy w Polsce kosztowały w 2014 roku 49 euro w przeliczeniu na jednego mieszkańca, były więc poniżej średniej europejskiej, która wynosi 60 euro.

Prof. Pech zbija inne kłamstwa Morawieckiego do poziomu amoralnego przedstawiania faktów, włącznie z tym, że „nie doszło do zwolnienia sędziów skażonych przez czasy komunizmu”. Wniosek wypływa z tego jeden, Morawiecki mówi bajki, propaguje jakąś alternatywną Polskę – i tak niedługo bedziemy widziani na świecie, jako kraj z alternatywy. Najgorszą alternatywą zaś jest – znamy to już z historii – gdy naród jest, a nie ma państwa. I do tego może prowadzić kolejny po Szydło nominat Kaczyńskiego, Morawiecki.

Otóż w „białej księdze” zapowiadanej przez Morawieckiego powinna znaleźć się analiza prof. Pecha z Uniwersytetu Middlesex, ponadto podana w skondensowanych wpisach na Twitterze. Cytaty z prof. Pecha podaję za Politico. Białą księgę kłamstw PiS mógłby tez opublikować portal koduj24.pl, który od blisko dwóch lat tropi te wilcze ślady oszustw na Polakach. Jeszcze inna biała księga antypolonizmu mogłaby składać się z wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego na miesięcznicach, we wszelkich – o ironio! – „Gazetach Polskich” i elektronicznych mediach narodowych, byłby to całkiem solidny wolumen.

Co tymi kłamstwami zyska Morawiecki? Nic. Przedłuży agonię Polski. I gdyby był w miare uczciwy w stosunku do swego kraju i rodaków, po przyjeciu rozdziału unijnych pieniędzy – mam jednak nadzieję, że PiS do tego czasu nie będzie u władzy – Morawiecki za dawnym premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem zakrzyknie (jednak odwrotnie do „yes, yes, yes”): no, no, no!

 

Czy liberalizm ma być PiSem?

24/02/2018
inżynier, przedsiębiorca, publicysta

Nie będzie to felieton o liberalizmie gospodarczym. Spójrzmy dziś szerzej na liberalizm, choć trudno rzecz jasna być liberałem w sensie światopoglądowym, będąc jednocześnie antyliberałem gospodarczym. Według mnie trąci to fałszem, choć zakładam, że wiele jest osób, które deklarują poglądy światopoglądowo liberalne, ale gospodarczo socjalne. To typowa postawa lewicowa, dla mnie nie do pogodzenia, ale to w końcu indywidualne przekonania, a jako zdeklarowany liberał nie mam zamiaru narzucać komukolwiek swojej wizji świata.

Obserwując w miarę bacznie polskie życie polityczne, poczęła mnie nurtować myśl pewna, zgoła dość oczywista (zakładam, że nie będę tutaj Kolumbem współczesnych czasów), związana z chroniczną niemocą, jaką wykazują osoby o poglądach liberalnych względem pisowskiej nawałnicy. Szeregowy poseł, manipulując na swoją modłę, zwykł zamykać to w szerokim pojęciu imposybilizmu.

Snując dalej te rozważania, rodzi się oczywiste pytanie: jak mając poglądy liberalne walczyć z całą tą filozofią pisowskiego myślenia i działania? A problem ten jest tylko z pozoru akademicki. W istocie to sedno sporu między Polską ludzi wolnych a Polską ludzi ogarniętych wizją świata według Kaczyńskiego. Innymi słowy, jak będąc liberałem, a więc mając poglądy wolnościowe i otwarte na różnorodność, stawiać czoła propagandzie PiS i wszystkim tym świadomym, pisowskim chwytom poniżej pasa?

Jak na przykład odpowiadać na hejt? Jak reagować na świadome manipulacje i odwracanie ogonem kota? Jak wreszcie reagować na całą tę ichnią sztukę rozwalania świata, która dla każdego liberała (mówimy dziś o szerokim pojęciu tego słowa) jest tak absurdalna, że po prostu nie mieści mu się w głowie? Tu oczywiście odezwą się natychmiast głosy waleczne, które powiedzą: PiS zwalczać trzeba tą samą bronią. Kto mieczem wojuje od miecza musi ginąć. Tak, rzecz w tym, że w głębi serca i duszy, to postawa liberałom obca. Innymi słowy, liberał walczący bronią antyliberała nigdy z nim nie wygra. Tak jak nigdy nie przelicytuje PiS w niszczącej sztuce populizmu. Bo są to po prostu poglądy liberałom obce.

Kaczyński to oczywiście wie i rozgrywa liberalną Polskę w sposób wręcz szkolny. Co robi? Rękami prezydenta ułaskawia swoich, zanim uprawomocni się wyrok. Albo robi skok na Trybunał Konstytucyjny i zaprzysięga po nocy (znów rękami podległego mu polityka) osoby na miejsce prawidłowo wybranych sędziów. Albo bezczelnie opanowuje spółki skarbu państwa, likwidując uprzednio konkursy. Albo obezwładnia niezawisłe sądownictwo, robiąc zamach na Konstytucję i wprowadzając do KRS osoby z własnego nadania politycznego. Ale najnowszym hitem tej władzy jest przejmowanie placów w miastach lub zmiana nazw ulic rękami wojewodów z całkowitym pominięciem władz samorządowych. Taki właśnie ruch został teraz wymyślony w Poznaniu, gdzie wojewoda zarządzeniem zastępczym zmienił nazwę jednej z głównych ulic w mieście z 23 Lutego na Janiny Lewandowskiej. Perfidia i zarazem majstersztyk tego ruchu polega na tym, że 23 lutego 1945 roku Poznań został wyzwolony z rąk niemieckich, co kojarzy się jednoznacznie, a Janina Lewandowska to jedyna kobieta zamordowana przez NKWD w Katyniu. Wojewoda wykorzystuje rzecz jasna ustawę dekomunizacyjną, twierdząc, że Poznań wyzwalała tylko Armia Czerwona, co jest oczywistą nieprawdą, gdyż w wyzwoleniu Poznania brali także udział Poznaniacy, którzy groby swoje mają na poznańskiej Cytadeli. Mimo złożonego przez władze samorządowe sprzeciwu do Sądu Administracyjnego, Zarząd Dróg Miejskich zmieni wkrótce tabliczki trzech ulic w mieście.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Jak na to reagują liberalne władze miasta? Otóż tak samo jak władze liberalnej Warszawy w związku z zawłaszczeniem Placu Piłsudskiego. Czyli ograniczają się do złożenia skargi do Sądu. Dobrze, ale to przecież stanowczo za mało! Tak się z filozofią faktów dokonanych PiSu wygrać nie da w świadomości wyborców. Wyborca liberalny nie widzi cały czas najważniejszego: narracji opozycji. Co trzeba było zrobić w kontrze do działania wojewodów? W Poznaniu na przykład narzucić narrację o tym, czym dla Poznania był dzień 23 lutego i kto wtedy zginął z rąk Niemców. A może nad tabliczkami Janiny Lewandowskiej należy powiesić tabliczki z historyczną nazwą ulicy? A w Warszawie dlaczego miasto nie narzuciło swojej narracji w sprawie przejęcia przez rząd głównego placu w mieście? To jest problem opozycji. W swej liberalnej, praworządnej wizji świata jest całkowicie bezradna wobec zasady powszechnie stosowanej przez PiS: nie mamy twojego płaszcza i co nam zrobisz?

Co jest największym niebezpieczeństwem dla opozycji? To, że staje się nieuchronnie Unią Wolności dzisiejszych czasów. Każdy kto pamięta tamten okres, wie, dlaczego partia ta zniknęła ze sceny politycznej bezpowrotnie. Powód był prozaiczny, ówczesnym przywódcom Unii wydawało się, że tylko oni mają rację i tylko ich wizja Polski jest jedynie słuszna. Zamknęli się na głosy wyborców, poklepując się po ramionach we własnym gronie. Nagle obudzili się z poparciem na poziomie 3%. Tak skończył się całkiem dobry i potrzebny Polsce projekt polityczny, jakim była Unia Wolności (a może on nie był aż tak bardzo potrzebny, skoro upadł?). Mam nieodparte wrażenie, że dzisiejsza opozycja zbliża się do tamtej Unii. I mam też wrażenie, że nie jest to li tylko moje czcze gadanie, ale podparte jest ono głosami niektórych polityków z samej opozycji, z którymi rozmawiam.

No ale jaka jest odpowiedź na poruszane przeze mnie rozważania? Niezmiennie podpowiadam: słuchajcie wyborców i pokażcie im pomysł na nową Polskę. Z uporem maniaka będę powtarzał – dajcie Polakom V Rzeczpospolitę. Czyli po prostu: grajcie w swoją grę, nie w grę PiSu. Nie bójcie się pokazywać własnej, liberalnej twarzy. Różnijcie się od PiSu wyraźną i szczerą narracją szeroko pojętego liberalizmu. Krótko mówiąc – bądźcie prawdziwi.

Ciśnienie w żyłach podnosi tym bardziej fakt, że PiS wykłada się niemalże co chwilę. Nie ma dnia, w którym obóz władzy nie podrzuciłby opozycji kolejnej amunicji, jak choćby tej związanej z drastycznym obniżeniem znaczenia Polski w świecie. Okazuje się bowiem, że państwo Kaczyńskiego, to państwo niepoważne i wręcz śmieszne. W tempie ekspresowym, po nocy, uchwala nowelizację ustawy o IPN, którą od ręki podpisuje prezydent, po czym, gdy przez tę ustawę państwo PiS konfliktuje się z najważniejszymi sojusznikami, marszałek Senatu stwierdza rozbrajająco, że uchwalone właśnie prawo będzie martwe. To kpina i żart. Niestety tym razem nie z PiS, ale z Polski, z prawa i z Konstytucji. Pół kraju robi z Kaczyńskiego szachistę i demiurga polskiej polityki, gdy tymczasem to pogubiony w tym świecie polityk, co gorsza, mający obecnie wpływ na życie 38 milionów ludzi w środku Europy. Takiej Polski chcecie? Uwierzcie w końcu – można z nim wygrać! W marcu 1992 roku podczas zamkniętego spotkania Porozumienia Centrum, pierwszej partii braci Kaczyńskich, Jarosław Kaczyński powiedział te słowa: Gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne, tobyśmy nigdy niczego nie mieli. Spotykalibyśmy się, jak dawniej, na Puławskiej w 50 osób, Centrum dawno by nie było, a Geremek by tu rządził. Czyż nie są to słowa znamienne? Kilka lat później, cztery dni po przegranych przez PiS wyborach w 2007 roku, ówczesny minister skarbu Wojciech Jasiński (były już prezes Orlenu), umorzył 700 tysięcy złotych długów PC. Oficjalnie z powodu braku majątku. Pytanie nasuwa się oczywiste, skąd Prawo i Sprawiedliwość, następca Porozumienia, miało fundusze na start? I gdzie się podziały pieniądze z przejętego majątku po RSW Prasa Książka Ruch i co się stało z Fundacją Prasową Solidarności? PO nigdy nie miało, i pewnie mieć nie będzie, takiego majątku jaki ma PiS, ale to liberałom przypięto maski aferałów. I, co gorsza, ludzie w tę maskę uwierzyli.

Od miesięcy powtarzam też, jak mantrę, że mamy dziś opozycję, jaką mamy. Budowanie nowego bytu, to mrzonki. Po pierwsze nie ma dzisiaj polityka, który byłby w stanie zjednoczyć całą opozycję. Po drugie czasu jest za mało. I po trzecie – nie ma funduszy na zbudowanie szerokiej partii opozycyjnej, a potrzeba by na to naprawdę dużych pieniędzy. Przypominam casus partii Palikota i Nowoczesnej, która dziś boryka się z dużymi kłopotami finansowymi. Życzę jej jak najlepiej, aby jak najszybciej z nich wyszła. Mamy więc, to co mamy. I mamy też pracę do wykonania, bo zrzucić wszystko na polityków się nie da. I z taktycznego punktu widzenia to byłby błąd. Naszym zadaniem, wyborców liberalnych, jest naciskać na polityków z jednej strony i aktywizować siebie, z drugiej. Naciskać polityków można podczas Klubów Obywatelskich czy spotkań Nowoczesnej lub spotkań lewicy. Trzeba też szukać szerokiej współpracy ze wszystkimi aktywnościami po tej stronie sceny politycznej. Nowym pomysłem jest Klub Swobodnej Myśli, który nie ma walczyć z projektami, o których piszę wyżej, a je uzupełniać. Minusem dość znaczącym Klubów Obywatelskich i innych spotkań organizowanych przez parte, którego KSM jest pozbawiony, to łatka partyjności, a ona nie ułatwia przyciągnięcia do opozycji młodych ludzi. Klub Swobodnej Myśli jest ruchem oddolnym, organizowanym przez osoby niezwiązane z żadną partią, jest więc to próba powrotu do czasów, których dzisiaj brakuje, a do których wyborcy chyba tęsknią, czyli do przełomu lat 80/90, gdy sporej części społeczeństwa się chciało. A bez przyciągnięcia młodzieży do polityki, wygrana jest praktycznie niemożliwa. W polityce większą rolę muszą też odgrywać kobiety. Na spotkania KSM będą one zapraszane co najmniej w takim samym stopniu jak mężczyźni.

Rozmawiajmy ze sobą, rzucajmy pomysłami w polityków, aktywizujmy się, bez tego nie ma szans pokonać prawicy w wyborach. A pokonać ją można tym, czego prezes Kaczyński boi się najbardziej – jednością i aktywnością.

Good night and good luck Państwu.

liberski.liberte.pl

Morawiecki używa w wywiadzie dla „Der Spiegel” argumentów niezgodnych z faktami

Premier Mateusz Morawiecki udzielił wywiadu ważnemu niemieckiemu tygodnikowi „Der Spiegel”, powtarzając wielokrotnie słyszane w Polsce argumenty, uzasadniające konieczność dogłębnej reformy systemu sądownictwa. Argumenty te wziął pod lupę pewien profesor prawa z Londynu i wykazał, że wiele z nich pozostaje w niezgodzie z ogólnie dostępną informacją.
Premier Mateusz MorawieckiFoto: East News
Premier Mateusz Morawiecki
  • Wypowiedzi premiera sprawdził profesor prawa europejskiego z Uniwersytetu Middlesex w Londynie, Laurent Pech i opublikował swoje wnioski na Twitterze
  • Metodyczny wywód Pecha był małą sensacją w Brukseli, podczas gdy trwało tam spotkanie przywódców 27 krajów członkowskich Unii
  • Pech wykazał, że podane w wywiadzie dane dotyczące opinii Polaków na temat sądownictwa, przewlekłości procesów czy nadmiernych kosztów systemu są sprzeczne ze statystykami

Wywiad przeprowadzony był w języku polskim, ale opublikowany został po niemiecku i angielsku. Poniższe cytaty są tłumaczeniem z angielskiego, więc mogą odbiegać od dokładnego tekstu wypowiedzi premiera.

Uzasadniając przyczyny, dla których Prawo i Sprawiedliwość przeprowadza gruntowną reformę sądownictwa, premier użył w wywiadzie znanych argumentów, przytaczanych w Polsce zarówno przez polityków rządzącej partii, jak i bliskie im media.

Profesor prawa europejskiego z Uniwersytetu Middlesex w Londynie, Laurent Pech, wziął te argumenty po lupę i posługując się m.in. raportem Komisji Europejskiej na temat systemów sądowniczych w Unii („The 2017 EU Justice Scoreboard”  – link dostępny jest na końcu tego artykułu) stwierdził co następuje:

„Złe sądy”

Premier Morawiecki powiedział dziennikarzowi „Der Spiegel”, że według sondaży trzy czwarte Polaków uważa sądownictwo za „złe” lub „bardzo złe”.

Profesor Pech przedstawia wyniki badań przeprowadzonych przez Eurobarometer – stałego badania międzynarodowego, zlecanego przez Komisję Europejską. Wynika z nich, że w 2017 roku, 50 procent Polaków uważało niezależność sądów za „dobrą” lub „bardzo dobrą”, przy czym nastąpił tu wzrost o pięć punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2016. Stosunek Polaków do sądów, według tego badania, sytuuje nasz kraj w samym środku wśród wszystkich 28 krajów Unii.

„Przewlekłość procesu”

Morawiecki: „Nasze sądy są całkowicie nieskuteczne, podejmowanie decyzji zajmuje im mnóstwo czasu i nie są przejrzyste”.

Pech przedstawia badanie prezentowane we wspomnianym raporcie Komisji i wskazuje, że polskie sądy I instancji są na piątym miejscu w Unii (na 23 kraje, z których dostępne są dane) w rozstrzyganiu spraw. Raport dostarcza jeszcze kilku innych danych, które kompletnie przeczą tezie przedstawionej przez premiera Morawieckiego.

„Nadmiernie kosztowny system”

Morawiecki: „Polska wydaje trzy razy więcej na sędziów niż średnia wśród krajów UE”.

Pech przytacza dane dotyczące całej Europy i zebrane przez Europejską Komisję na rzecz Efektywności Wymiaru Sprawiedliwości (CEPEJ), która jest afiliowana przy Radzie Europy. Wynika z nich, że polskie wydatki na wymiar sprawiedliwości, w przeliczeniu na jednego obywatela, wyniosły w 2014 r. 49 euro i były dużo poniżej europejskiej średniej – 60 euro. I były też niewiele powyżej mediany – 45 euro.

„Nadmiar sędziów”

Morawiecki: „Mamy 10 tys. sędziów w porównaniu do 7 tys. we Francji, znacznie większego kraju”.

Pech przedstawia kolejną statystykę CEPEJ, z której wynika, że owszem ten wskaźnik się zgadza, ale dotyczy jedynie sędziów zawodowych. Jednak Morawiecki pomija fakt, że jeśli wziąć pod uwagę również ławników, to proporcje się wyrównują – w Polsce jest w sumie 24 tys. sędziów i ławników, a we Francji 32 tys.

Pech nie wspomina przy tym, że np. w Niemczech jest ponad 19 tys. sędziów, czyli proporcjonalnie podobnie jak w Polsce – odpowiednio 24 i 26 na 100 tys. mieszkańców.

Polemika w sprawie „demokratycznej kontroli” nad sądami

Morawiecki: „Polska chce ponownie poddać swoje sądownictwo kontroli demokratycznej” oraz „nasze reformy sprawiają, że aparat sądowniczy staje się bardziej przejrzysty, skuteczny i niezależny”.

Pech przedstawia tu argumenty polemiczne – czyli nie poparte statystyką, ale wypowiedziami rozmaitych autorytetów prawnych. Powołuje się m.in. na krytyczne opinie tzw. Komisji Weneckiej.

„Brak dekomunizacji w sądach”

Morawiecki: „Nie doszło do zwolnienia sędziów skażonych przez czasy komunizmu. W dawnych Niemczech Wschodnich, po weryfikacji przez Agencję Gaucka, tylko 58 proc. sędziów i prokuratorów mogło utrzymać pracę. W Polsce było to 100 procent”.

Pech powołuje się w odpowiedzi jedynie na materiały prasowe zadające kłam temu stwierdzeniu. Pomija przy tym świadectwo profesora Adama Strzembosza, który przewodniczył Sądowi Najwyższemu zaraz po obaleniu komunizmu i wielokrotnie informował w wywiadach, że w sądzie tym przeprowadzono najgłębszą z możliwych czystkę po roku 1989.

Strzembosz stwierdził, że z najbardziej skompromitowanej izby karnej Sądu Najwyższego usunięto 100 procent sędziów, a w całym jego składzie pozostało jedynie 20 procent dawnego składu orzekającego.

 

onet.pl

„ART-B. Made in Poland”, serial o głośnej aferze z lat 90.

Biedni chłopcy

To kolejna, modna ostatnio, czarna wizja okropnej III RP.

Biedni chłopcy z Art-B – taki tytuł powinien nosić serial pokazywany właśnie przez Canal+ Discovery. Tymczasem nazwano go, niestety, „ART-B. Made in Poland”. A jest to kolejna, modna ostatnio, czarna wizja okropnej III RP.

Przekaz opowieści o losach Bogusława Bagsika, Andrzeja Gąsiorowskiego oraz ich firmy Art-B, uznanej za winną wyprowadzenia z systemu bankowego ok. 400 mln ówczesnych złotych, sprowadza się do tego, jak to dwaj kierujący się chrześcijańskimi wartościami zdolni i ambitni chłopcy (kiedy zakładali firmę, nie mieli nawet trzydziestu lat) zostali wykorzystani, a w końcu bezlitośnie zniszczeni przez odrodzone po komunizmie polskie państwo. A przecież oni chcieli tylko lepiej żyć, wyrwać się z postpeerelowskiej szarości, dotkliwej zwłaszcza na prowincji. W tym celu sprytnie wykorzystali luki w prawodawstwie okresu ustrojowej transformacji III RP początku lat 90. I w efekcie zrobili wielkie pieniądze.

Szefowie Art-B mają głos

„To decydenci złamali prawo” – oskarża Bagsik. Sugeruje, że na operacjach Art-B zarabiał faktycznie Narodowy Bank Polski. Woła wręcz: „Order nam się należy!”. W podobnym duchu wypowiada się Gąsiorowski. Ba, właściciele Art-B domagają się zwrotu firmy. I co rusz podkreślają, że bez oczyszczenia wizerunku, zszarganego przez byłe władze i sądy RP, nie są w stanie rozpocząć nowego etapu życia.

I to mimo że autorzy filmu mocno im w tym pomagają. Pokazują sielankowe obrazki obu bohaterów, odwiedzających miejsca złotych czasów Art-B. A to suflują wspomnienia o religijnych inspiracjach szefów spółki (protestancka zasada działania „w imię Boże” oraz idea „mieć, by dać”). A to wyliczają ich – tu akurat niewątpliwe – dzieła charytatywne.

Tak się bowiem jakoś składa, że autorzy cyklu większość czasu oddają właśnie szefom Art-B. Owszem, pojawiają się też głosy innych osób, które mają pewnie wiele do powiedzenia w tej sprawie, choćby wpływowych postaci ówczesnych służb specjalnych: Andrzeja Milczanowskiego i Gromosława Czempińskiego. Tyle że ich wypowiedzi są ograniczone do paru zdań. Więcej czasu dano za to Witoldowi Gadowskiemu (opisanemu jako „dziennikarz śledczy”), który w swoim stylu sugeruje oczywiście, że sprawa Art-B była wielkim spiskiem postkomunistycznych elit i walki wciąż postpeerelowskich ponoć służb specjalnych.

Nie wypowiada się za to Leszek Balcerowicz, choć właśnie on i jego radykalny, lecz skuteczny, jak się okazało, plan ratowania gospodarki kraju przedstawiany jest jako źródło całej sprawy (Bagsik mówi: „Korzystałem z jego błędnych decyzji – kiedy zamroził kurs dolara, to dał mi pole do jazdy bez trzymanki”).

„ART-B. Made in Poland”

mat. pr.

„ART-B. Made in Poland”

O kim w serialu „ART-B. Made in Poland” się nie mówi?

W serialu nie pada nazwisko Macieja Zalewskiego (dlaczego? Zgadnij, Koteczku!), jednego z najbliższych współpracowników braci Kaczyńskich, współzałożyciela Porozumienia Centrum, zastępcy Jarosława w tygodniku „Solidarność”, członka Fundacji Prasowej Solidarności, a w końcu – obok Kaczyńskich – urzędnika Kancelarii prezydenta Wałęsy. A przecież to on prawomocnym wyrokiem sądu został uznany winnym (i skazany na 2,5 roku więzienia) ostrzeżenia szefów Art-B przed grożącym im zatrzymaniem (w ostatniej chwili uciekli za granicę).

Na dodatek pojawiają się bez żadnej kontry tezy oczywiście kłamliwe – choćby taka, że w pałacyku Art-B w podwarszawskich Pęcicach bywali wszyscy prominentni wówczas politycy, a każdy wyjeżdżał stamtąd z „prezentem”.

Kiczowaci bohaterowie widzom mogą się spodobać

Kłopot w tym, że taka właśnie konwencja i wymowa dzieła może się dziś rodakom spodobać. Rodzimym ideałem wydaje się wszak postać sprytnego cwaniaczka (bądź łagodniej: zaradnego biznesmena), który doszedł do wielkiego majątku sam (kapitał założycielski Art-B wynosił rzekomo 15 dolarów, a po dwóch latach roczne obroty sięgnęły 22 mld dolarów, miesięczny przyrost kapitału wynosił zaś 200 proc.), bez stosownego wykształcenia, lecz za to wykorzystując luki w prawie (cóż z tego, że czasem łamiąc przepisy), a na dodatek dając zarobić innym (obszerny wątek serialu to udowadnianie, ilu ludzi pożywiło się przy Art-B), i w końcu godnie utrzymuje rodzinę. Szacun narodu zyskać też mogą pokazane w serialu atrybuty bogactwa i stylu szefów Art-B – limuzyny, cekiny, helikoptery, rauty, rezydencje z basenem i wielką jadalnią (a raczej ze swimming pool i dining room – jak mówi do kamery małżonka p. Gąsiorowskiego). A że wali od nich kiczem – cóż to…

Serial wpisuje się też w obowiązującą wizję III RP. Państwa słabego, sterowanego w gruncie rzeczy przez byłych komunistów (i ich ludzi w specsłużbach), zblatowanych, co gorsza, z okrągłostołowymi elitami opozycji. Państwa pełnego przekrętów, absurdów i niesprawiedliwości. Państwa w sumie nie naszego. Wymagającego zmiany. Może najlepiej „dobrej zmiany”?

A że nie dowiedzieliśmy się z tego cyklu niczego nowego o faktycznie intrygującym epizodzie z dziejów wolnej Polski (nie pada na przykład słowo o ewentualnym zaangażowaniu Art-B w operację Most, czyli przerzut Żydów z Rosji do Izraela)? Trudno.

ART-B. Made in Poland, reż. Aneta Kopacz, Canal+ Discovery

polityka.pl

Aleksander Smolar: PiS wepchnie nas w szambo, z którego się nie wygrzebiemy

Aleksander Smolar: PiS wepchnie nas w szambo, z którego się nie wygrzebiemy

Jeżeli chodzi o atmosferę, to idziemy zdecydowanie w kierunku 1968 roku. Oczywiście nikt nie wyrzuca Żydów z Polski, nie rządzą komuniści, a ta sytuacja nie jest elementem walki o władzę między różnymi frakcjami komunistycznymi. Natomiast styl propagandy, wypowiedzi prawicowych publicystów i polityków niestety bardzo to przypominają – mówi nam Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego. Wypowiedź premiera Morawieckiego ocenia tak: – To było coś wstrząsającego w cywilizowanym świecie, absolutny horror i pokazanie totalnej abnegacji moralnej i ignorancji człowieka, który ma rzekomo historyczne wykształcenie.

JUSTYNA KOĆ: Amerykańska organizacja żydowska nakręciła kontrowersyjny spot, w którym powtarzane jest zdanie o „polskim Holocauście”. Film co prawda został skrytykowany przez izraelskie organizacje, ale odnoszę wrażenie, że ten konflikt zaczął się już nakręcać niczym kula śnieżna.

ALEKSANDER SMOLAR: To jest na pewno prawda, a co gorsza – nie wiadomo, jak daleko to pójdzie. Mieliśmy do tej pory liczne reakcje, często bardzo ostre ze strony Izraela, reakcje oficjalne ze strony Stanów Zjednoczonych, reakcje w Kanadzie, we Francji, prawdopodobnie było też wiele innych, o których nawet nie wiemy. Jaka będzie dalsza dynamika, trudno przewidzieć. Natomiast – jak wiemy z oświadczeń różnych władz Polski, z Jarosławem Kaczyńskim na czele – rządzący nie spodziewali się takiej reakcji ze strony Izraela i USA.

To świadczy o ich nieznajomości świata i braku wrażliwości na problematykę Holocaustu. Wygląda na to, że nie zdawali sobie sprawy, co wywołają, a teraz nie potrafią tego kryzysu zażegnać.

A można go jeszcze zażegnać?
Na pewno można próbować ograniczyć szkody, chociaż te już są ogromne. Tu potrzebna by była szybka decyzja, która oznaczałaby odwołanie prawa, o którym sami ludzie tej władzy mówią, że jest idiotyczne, że to partactwo, sami wskazują na fatalną jakość tego prawodawstwa.

Można by jeszcze dociekać w sferze moralnej i politycznej, jakie są w istocie intencje, jeżeli chodzi o ograniczenie wolności słowa. Na tym też polega groteskowość tego prawa, za granicą nie można niczego zabronić tą ustawą, czego ten filmik, niezwykle prowokacyjny w swojej formie, jest najlepszym dowodem.

Można w Polsce zastraszać ludzi i nie dopuszczać do tego, żeby podejmowali problematykę, która sama w sobie jest bardzo trudna, często bardzo bolesna, a dla tej władzy nieakceptowana.

Jako pierwszy skrytykował film Jonny Daniels, prezes Fundacji From the Depths. To coś oznacza?
Pan Daniels jest bardziej znany w Polsce niż w Izraelu, to człowiek o bardzo podejrzanej biografii, który w Polsce zaczyna odgrywać istotną rolę przy różnych prawicowych autorytetach, jest przyjmowany na salonach, ale jego znaczenie jest żadne.

Oczywiście nie jestem zaskoczony, że w Izraelu i w USA (nie mówiąc o organizacjach żydowskich w Polsce) wielu uznało ten film za niedopuszczalny i niebezpieczny. W tym filmie jest protest przeciwko ograniczeniu prawem mówienia o Holocauście i równocześnie prowokacyjnie powtarzane zdanie „polski Holocaust”. Za to zdanie, według nowego polskiego prawa, formalnie powinni zostać pociągnięci do odpowiedzialności. Ten film popularyzuje także ten zwrot, przeciwko któremu, jak twierdziły władze PiS-owskie, chciały przeciwdziałać. Jak wiemy,

już miliony razy to fałszywe stwierdzenie o „polskich obozach śmierci” zostało powtórzone dzięki tej nowelizacji PiS. W większości jako informacja o konflikcie, który ma miejsce, i inicjatywie ustawodawczej. Zresztą do tej pory to stwierdzenie było określeniem geograficznym, które padało zarówno w wojennych wypowiedziach Karskiego, jak i w „Medalionach” Nałkowskiej.

Ponad milion odsłon w ostatnich tygodniach. To dowód, jak działa PiS?
To niesamowite, że tej władzy udało się tak spopularyzować określenie, które do tej pory było używane rzadko i raczej przez niewyedukowanych dziennikarzy. Ono już zanikało dzięki oddziaływaniom adwokatów, którzy reprezentowali interesy cywilne, dzięki działaniom organizacji pozarządowych i Polonii. Największe pisma i agencje wpisały ten zwrot na listę zwrotów niedopuszczalnych. To, co zrobiła większość PiS-owska, to spopularyzowanie na ogromną skalę obrazu Polski jako kraju, w którym próbuje się walczyć ze słowem przy pomocy więzienia.

W Polsce stanowisko Izraela jest bardzo krytykowane, prawicowi publicyści i naukowcy mówią o histerii, ten film jeszcze to podkręcił. Za chwilę mamy rocznicę Marca ’68, a wygląda na to, że historia zatoczyła koło i mamy takie same antysemickie nastroje w Polsce.
Odwróciłbym tę zależność. To, co słyszeliśmy w narodowych mediach PiS-owskich, było absolutnie niedopuszczalne.

Jeżeli pan Ziemkiewicz z panem Wolskim żartowali sobie z obozów zagłady, mówiąc, że to były żydowskie obozy, bo to Żydzi Żydów wrzucali do pieca, to mamy do czynienia z takim poziomem dehumanizacji, że nie można tego porównywać nawet z Marcem 1968 roku.

W komunistycznej propagandzie, którą ja doskonale z tamtego okresu pamiętam, tego typu zwroty były niemożliwe. Wówczas walczyło się z wrogiem, ale nie próbowało się go dehumanizować. To, co ostatnio mówił pan Zybertowicz, doradca prezydenta, że kampania w Izraelu przeciwko temu prawu jest wyrazem problemów moralnych i wyrzutów sumienia z powody bierności Żydów podczas wojny, dla mnie jest dowodem niewrażliwości moralnej i prymitywizmu intelektualnego.

Sondażowe badania publiczne prof. Michała Bilewicza pokazują, że od 2009 roku następuje wzrost antysemityzmu, i to tzw. tradycyjnego, czyli związanego z wiarą chrześcijańską. Dramatyczny wzrost ilości ludzi przekonanych o tym, że Żydzi rzeczywiście używali krwi dzieci chrześcijańskich do produkcji macy! Przypisuje się też winę za ukrzyżowanie Chrystusa właśnie Żydom. Dziś prawicowi publicyści „reagują”, ale już wcześniej sami wywoływali różne akcje w Internecie, które były pokazywane i nagłaśniane przez TVP Info. Takich rzeczy w cywilizowanym świecie od czasów wojny się nie spotykało. Oczywiście działa tu mechanizm nakręcania się, ale

cała ta propaganda nacjonalistyczna, tzw. polityka historyczna prowadzi do klęski. Klęski wizerunkowej Polski za granicą i marginalizacji w UE, a także do konsekwencji nieprzewidywalnych, zważywszy na to, że mamy przed sobą dwie ważne rocznice związane z historią Polski i Żydów polskich: okrągła rocznica Marca ’68 i rocznica powstania w getcie warszawskim.

Wypowiedź premiera Morawieckiego w Monachium również wpisuje się w tę narrację?
To było coś wstrząsającego w cywilizowanym świecie, absolutny horror i pokazanie totalnej abnegacji moralnej i ignorancji człowieka, który ma rzekomo historyczne wykształcenie. Oczywiście wśród Żydów także były osoby, które zachowywały się w sposób przestępczy, niemniej ta wypowiedź na forum międzynarodowym pokazuje poziom nacjonalizmu, propagandy i braku wrażliwości na los innych. Pokazuje też kompletną nieznajomość problematyki, która ukształtowała w jakimś sensie świadomość Europy od czasów wojny. Jeden z wybitnych, nieżyjących już amerykańskich historyków, Tony Judt, twierdził, że Unia Europejska uformowała się poniekąd na tej tragedii. Holocaust był traktowany jako problem europejski, a nie niemiecki. Chociaż oczywiście Niemcy byli inicjatorami i głównymi wykonawcami masowego mordu. Jeżeli nie będzie minimum świadomości i dobrej woli, to ciężko będzie nam z tego wyjść.

Rządzący natychmiast powinni przynajmniej udać, że rozumieją, o co chodzi, szybko odwołać to prawo i powiedzieć światu, że został popełniony bardzo duży błąd. To powinno dotyczyć zarówno premiera, jak i całego obozu. Zdaję sobie sprawę, że to jest niesłychanie trudne, ale inaczej wepchną nas w niesłychane szambo, z którego ciężko będzie nam się później wygrzebać.

Pytała też pani o Marzec ’68. Jeżeli chodzi o atmosferę, to idziemy zdecydowanie w kierunku 1968 roku. Oczywiście nikt nie wyrzuca Żydów z Polski, nie rządzą komuniści, a ta sytuacja nie jest też elementem walki o władzę między różnymi frakcjami komunistycznymi. Natomiast styl propagandy, wypowiedzi prawicowych publicystów i polityków niestety bardzo to przypominają.

„New York Times” napisał, że Polska i jej „nieliberalna demokracja”, jak nazywa nasz ustrój ta gazeta, jest i będzie dużo większym kłopotem dla Unii niż Brexit. Czy to możliwe, jest aż tak źle?
Sprawa konfliktu wokół ustawy o IPN jest tu tylko małą cząstką problemu. Dwóch wybitnych publicystów „NYT”, Steven Erlanger i Marc Santora, twierdzą, że to głównie polski nacjonalizm zagraża europejskim wartościom. To nie jest nowa teza, pojawiała się tylko w innej formie.

Mówiono już przecież, że przyjęcie Polski i krajów Europy Wschodniej to był błąd, że Polska i kraje regionu być może nie nadają się do demokracji.

To samo pół roku temu napisano w „Foreign Policy”, który swoją publikacją wywołał wiele komentarzy. W tych artykułach jest wiele elementów krzywdzących. Natomiast trzeba wiedzieć, że w tej rewolucji, która zachodzi, Polska i Węgry są w awangardzie. Viktor Orbán skonstruował illiberal democracy, czyli demokrację nieliberalną, czyli odrzucenie wartości liberalnych, jako pewien wzór. W Polsce nigdy oficjalnie takie rozumowanie nie było formułowane jako program, ale w oczywisty sposób zostaje wdrażane. Zresztą już ponad 10 lat temu Jarosław Kaczyński nazywał w zasadzie to samo imposybilizmem, co oznacza, że trzeba likwidować ograniczenia prawne i instytucjonalne nałożone na władzę wykonawczą. To oznacza dokładnie to, co widzimy w Polsce: likwidację TK, praktycznie zlikwidowanie niezależności systemu prawnego, zmiany w systemie wyborczym, które nasuwają podejrzenia co do wyników przyszłych wyborów, kwestia niezależności urzędników państwowych, eliminacja wymogu bezpartyjności, upartyjnienie mediów publicznych.

To wszystko jest sprzeczne z zasadami demokratycznego państwa prawa, które obowiązują wszędzie na Zachodzie. Idziemy w kierunku innym niż Zachód.

Na Zachodzie również są partie populistyczne i UE boi się, żeby nie doszły do władzy w swoich krajach.
Prawdą jest, że również na Zachodzie istnieją populistyczne partie, które grzeszą przeciwko zasadom liberalnej demokracji. Jest to wynik różnych zjawisk, ale jednak te partie nie rządzą. Taką linię reprezentuje czasem także prezydent Trump, ale ponieważ instytucje amerykańskie są bardzo silne, blokują próby złamania prawa i konstytucji przez prezydenta. U nas te kontrolne instytucje zostały bardzo osłabione bądź wyeliminowane. Trudno jest doszukać się takich, które chociaż w małym stopniu byłyby niezależne od woli pana Jarosława Kaczyńskiego. To jest absolutnie sprzeczne z wartościami UE, która została uformowana nie tylko na wspólnocie interesów, aby się rozwijać i tworzyć wspólny rynek.

UE ukształtowały doświadczenia wojny i systemów totalitarnych, a także radykalnego nacjonalizmu. Unia została uformowana, aby zapobiec takim zjawiskom i strzec wartości demokratycznych.

Paradoksem jest, że nie stworzono żadnych formalnych zabezpieczeń przed tym, aby państwa nie porzucały drogi nowoczesnej demokracji. W okresie kandydowania do Unii były rygorystyczne warunki dotyczące prawa, demokracji, respektowania zasad gospodarki rynkowej. Po wejściu do UE mechanizmy kontroli są bardzo ograniczone. Nikt nie spodziewał się, że w niektórych krajach kierunek ich rozwoju może zostać odwrócony.

Bo ojcom założycielom nie śniło się, że ktoś może niszczyć demokrację.

Gdyby dziś Polska aplikowała o przyjęcie do UE, nie zostałaby przyjęta. Podobnie Węgry.

Zapewne też żadne inne państwo regionu, bo odrzucenie Polski oznaczałoby prawdopodobnie zablokowanie przyjęcia innych krajów Europy Środkowej, także tych, które respektują do dziś zasady liberalnej demokracji.

https://wiadomo.co/aleksander-smolar-pis-wepchnie-nas-w-szambo-z-ktorego-sie-nie-wygrzebiemy/

 

„Antypolonizm zyskuje na sile”. Mateusz Morawiecki w rozmowie z Bloombergiem broni ustawy o IPN

dbd, IAR, 

– Wszyscy ciężko pracowaliśmy w Polsce, ja też, przez ostatnie 30 lat, nad dobrymi relacjami Polski z Izraelem i wspólnotą żydowską. Nie możemy pozwolić, żeby ktoś w kilka tygodni zrujnował całą tę robotę – mówił dziś w Brukseli szef Rady Europejskiej Donald Tusk.

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk na konferencji prasowej podczas unijnego szczytu w Brukseli odniósł się do relacji Polska-Izrael. Te uległy w ostatnim czasie pogorszeniu po tym, gdy polski Sejm uchwalił kontrowersyjną ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej.

– Miałem okazję dziś porozmawiać z premierem Morawieckim na marginesie prac Rady Europejskiej, przedstawiłem mu moją ocenę sytuacji, w jakiej znalazła się Polska oraz wnioski, jakie płyną z moich spotkań z europejskimi liderami – mówił Tusk. Dodał, że w trakcie rozmów „starał się zadbać o dobre imię naszego kraju, co dzisiaj nie jest taką prostą sprawą”.

ZOBACZ TAKŻE: „Pożar” w relacjach Polska-Izrael. Premier i prezydent ostro potępiają polską ustawę o IPN>>>

– Powiedziałem to premierowi Morawieckiemu, że sytuacja jest bardzo poważna, dotyczy bezpośrednio polskich interesów, polskiej reputacji i polskiej pozycji w świecie – podkreślił szef Rady Europejskiej.

Donald Tusk o dwóch falach

– Trzeba zrobić wszystko, żeby zatrzymać dwie fale: po pierwsze falę złych opinii o Polsce, a ta fala przypomina już dziś wręcz tsunami. I drugą falę, falę niemądrych i nieprzyzwoitych ekscesów, antysemickich wypowiedzi w kraju. Obóz rządzący ma wszystkie narzędzia, by zatrzymać obie te fale, jeśli tego rzeczywiście tylko chce

 stwierdził Donald Tusk.

– Wszyscy ciężko pracowaliśmy w Polsce, ja też, przez ostatnie 30 lat, nad dobrymi relacjami Polski ze światem zewnętrznym, w tym z Izraelem i wspólnotą żydowską. Nie możemy pozwolić, żeby ktoś w kilka tygodni zrujnował całą tę robotę

– podsumował.

Tusk dodał, że „nie jest jeszcze za późno na konkretne działania, tak jak nie jest za późno na zwykłą ludzką przyzwoitość”.

Ustawa o IPN. Założenia

Nowelizacja przewiduje, że „każdy, kto publicznie i wbrew faktom przypisuje polskiemu narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką lub inne zbrodnie przeciwko ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne – będzie podlegał karze grzywny lub pozbawienia wolności do lat trzech”.

ZOBACZ TAKŻE: „Ustawa o IPN jest zła. Dlaczego nie przekonała pani prezydenta do weta? – Napisałam mu SMS-a”>>>

Taka sama kara ma grozić za „rażące pomniejszanie odpowiedzialności rzeczywistych sprawców tych zbrodni”.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23065465,fala-zlych-opinii-o-polsce-przypomina-tsunami-tusk-o-kryzysie.html#Z_MT2

„Antypolonizm zyskuje na sile”. Mateusz Morawiecki w rozmowie z Bloombergiem broni ustawy o IPN

dbd, IAR, 

Mateusz Morawiecki udzielił wywiadu Bloombergowi

Mateusz Morawiecki udzielił wywiadu Bloombergowi (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Mateusz Morawiecki udzielił wywiadu Bloombergowi. Premier mówił o rosnącym na świecie „antypolonizmie”. Dziennikarze Bloomberga przypomnieli, że Morawiecki miał poprawiać wizerunek Polski, a w ostatnim czasie tylko łagodzi spory.

W czwartek agencja „Bloomberg” opublikowała wywiad z polskim premierem. Mateusz Morawiecki w rozmowie z dziennikarzami bronił nowelizacji ustawy o IPN. Premier zapowiedział, że nic nie powstrzyma wysiłków na rzecz poprawy wizerunku Polski.

Szerzy się antypolonizm

Premier stwierdził, że szerzący się „antypolonizm” wymaga ostrzejszych działań. – Anty-polonizm na całym świecie zyskuje na sile z powodu braku reakcji ze strony Polski i słabości tej reakcji przez ostatnie 10 lat” – stwierdził Mateusz Morawiecki. Premier na potwierdzenie swoich słów przywołał słowa Baracka Obamy, który w 2012 r. przez pomyłkę nazwał obozy koncentracyjne polskimi. – Jeśli prezydent Stanów Zjednoczonych mówi takie rzeczy, to dla mnie alarm, że coś powinno się zmienić – powiedział. – Z naszego punktu widzenia sytuacja się pogarsza. Pojawiają się nawet głosy, że Polacy byli gorsi od nazistów – dodał.

Trybunał Konstytucyjny potrzebuje czasu

Premier stwierdził, że ustawa o IPN ma „bronić honoru i wizerunku Polski”, ale dodał też, że obecnie Trybunał Konstytucyjny potrzebuje czasu, by nałożyć na ustawę poprawki. Morawiecki ma nadzieję, że TK zwróci uwagę na „nieporozumienia” lub „niewłaściwe sformułowania ustawy”, które „bardzo szybko zostaną naprawione przez parlament”.

Morawiecki miał poprawić wizerunek polski

Dziennikarze „Bloomberga” stwierdzili w publikacji, że Mateusz Morawiecki został desygnowany na premiera przez Jarosława Kaczyńskiego. Morawiecki jako premier miał poprawić stosunki Polski z innymi krajami. Jednak jak podkreśla Bloomberg, w ostatnim czasie Morawiecki spędził najwięcej czasu na łagodzeniu sporów w związku z ustawą o IPN.

W artykule czytamy także, że Stany Zjednoczone ostrzegały Polskę, że ustawa IPN może zaszkodzić jej „strategicznym interesom oraz relacjom”.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23061181,morawiecki-dla-bloomberga-antypolonizm-na-calym-swiecie-zyskuje.html#Z_MTstream

W marcu kolejne spotkanie Morawieckiego i Junckera. „‚Biała księga” będzie gotowa”

mk, IAR, 

Mateusz Morawiecki

Mateusz Morawiecki (Sven Hoppe / AP / AP)

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział w Brukseli, że do czasu kolejnego spotkania z szefem Komisji Europejskiej Jean-Claudem Junckerem będzie gotowa „biała księga” w sprawie praworządności. – Temperatura sporu opadła – stwierdził szef rządu.

Premier Mateusz Morawiecki potwierdził na spotkaniu z dziennikarzami podczas unijnego szczytu w Brukseli, że 8 marca dojdzie do kolejnego spotkania z szefem Komisji Europejskiej Jean-Claudem Junckerem. Do tego momentu będzie gotowa „biała księga”, dotycząca praworządności w Polsce. Polski rząd ma odpowiedzieć na zarzuty Komisji Europejskiej w kwestii reformy sądownictwa.

– Analiza porównawcza wielu systemów, znajdą się bardzo szczegółowe, dobrze udokumentowane odpowiedzi na wszystkie uwagi i rekomendacje. Na pewno ten dialog jest konstruktywny, ale jak się on dalej potoczy, dziś jest za wcześnie, by prognozować – mówił szef rządu.

ZOBACZ TAKŻE: Artykuł 7 uruchomiony. „Robimy to z bólem serca, ale Polska nie dała nam wyboru” >>>

– To, jak dalej będzie przebiegał nasz dyskurs z Komisją Europejską, będzie zależało od spojrzenia na naszą „białą księgę” – dodał Morawiecki.

Mateusz Morawiecki i Jean-Claude Juncker

Spotkanie w marcu będzie drugim, dłuższym spotkaniem obu polityków. Pierwsza wizyta w Brukseli premiera i rozmowa z przewodniczącym Komisji miała miejsce na początku stycznia. Mateusz Morawiecki i Jean-Claude Juncker spotkali się także dziś. Rozmawiali krótko, na marginesie unijnego szczytu.

– Temperatura tego sporu opadła, bardziej rozmawiamy o faktach, porównaniach do innych systemów prawniczych w krajach członkowskich – przekonywał Morawiecki.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23065093,w-marcu-kolejne-spotkanie-morawieckiego-i-junckera-premier.html#Z_BoxNewsLink&a=66&c=96

Morawiecki skarży się na falę antypolonizmu. I nadziewa się na krytykę

W wywiadzie dla portalu Bloomberg premier Morawiecki broni stanowiska polskiego rządu wobec ustawy o IPN. Twierdzi też, że będące jej reperkusją międzynarodowe protesty obnażają narastającą falę „antypolonizmu”. Jednak Amerykanie diagnozują, że PiS sam dolał oliwy do ognia i teraz zamiast odmianą polskiej gospodarki premier zajmuje się gaszeniem pożaru. I robi to bezskutecznie.

Wywiad z premierem Mateuszem Morawieckim został opublikowany w czwartek w głównym portalu Bloomberg L.P., organizacji medialnej specjalizującej się w doniesieniach i analizach gospodarczych, utworzonej przez byłego burmistrza Nowego Jorku Michaela Bloomberga.

W wywiadzie zatytułowanym: „Przesłanie Polski do świata w dyskusji o Holocauście – chodzi o was, nie o nas” Premier Morawiecki podkreślił, że nowelizacja ustawy o IPN „jest konieczna, aby bronić honoru i wizerunku Polski”. Nie wykluczył, że sędziowie Trybunału Konstytucyjnego mogą wprowadzić pewne zmiany w ustawie, jednak – jego zdaniem – nie będą one miały zasadniczego znaczenia. – Mogą zwrócić uwagę na nieporozumienia, niewłaściwie sformułowania, czy poprosić o wyjaśnienie niektórych terminów – zaznaczył Morawiecki, dodając, że „usterki” nowelizacji zostaną szybko poprawione przez parlament.

Zapowiedział, też że nic nie powstrzyma wysiłków jego rządu zmierzających do naprawienia (wizerunku) Polski. Do tych zaliczył właśnie ustawę o IPN, która kryminalizuje stwierdzenia o odpowiedzialności Polaków za ludobójstwo.

– Z polskiego punktu widzenia sytuacja się pogarsza(…) Niektórzy ludzie mówią, że Polacy byli gorsi od nazistów co jest całkowicie błędnym przedstawieniem faktów, całkowitym niezrozumieniem historii tego co się stało na polskiej ziemi – podkreślił Morawiecki. to właśnie w tym kontekście premier użył terminu „antypolonizm”.

Antypolonizm, czyli Obama o polskich obozach śmierci

Morawiecki przypomniał, że poprzednik Donalda Trumpa w Białym Domu, demokrata Barack Obama, podczas ceremonii uhonorowania pośmiertnie Jana Karskiego najwyższym, amerykańskim odznaczeniem cywilnym Prezydenckim Medalem Wolności 29 maja 2012 r. użył określenia „polskie obozy śmierci”. – Jeśli prezydent Stanów Zjednoczonych mówi takie rzeczy, jest to dla mnie sygnałem alarmowym, że coś powinno być zmienione – podkreślił premier RP.

Według Morawieckiego użycie przez prezydenta Baracka Obamę określenia „polskie obozy śmierci” (ang. polish death camps) – jak powiedział Morawiecki – jest przykładem nabierania na sile antypolonizmu z powodu braku reakcji ze strony Polski, lub słabości takiej reakcji przez ostatnie 10 lat.

Po protestach władz Polski, prezydent Obama w liście wystosowanym do Prezydenta Rzeczypospolitej 31 maja 2012 r. napisał, że „żałuje tego błędu” i wyraził nadzieję, że „przyszłe pokolenia będą znały prawdę”. Obama podkreślił w swoim liście, że Polska była „krajem brutalnie okupowanym przez Niemcy”.

Kryzys Polska-Izrael przełoży się na stosunki Polska -USA?

Trzej dziennikarze Bloomberg L.P., którzy mieli okazję przeprowadzić wywiad z premierem Morawieckim, przypomnieli, że do tej pory Stany Zjednoczone pod administracją prezydenta Donalda Trumpa wspierały polskie działania będące wyzwaniem dla Unii Europejskiej. Jednak Departament Stanu stwierdził niedawno, że prawo o Holokauście może zaszkodzić strategicznym interesom Polski, która jest członkiem NATO. Dziennikarze wspomnieli także o internetowym spocie Fundacji Rodziny Ruderman, w którym wezwano aby Stany Zjednoczone z powodu „ustawy o Holokauście zawiesiły” stosunki dyplomatyczne z Polską.

„Odrzucenie stanowiska światowej opinii pokazuje jak daleko w ciągu ostatnich dwóch lat posunęli się nacjonalistyczni przywódcy Polski, aby odejść od głównego nurtu europejskiej polityki. Tego rodzaju narracja „my przeciwko nim”, wytworzona przez rządzącą Partię Prawo i Sprawiedliwość, pokazuje w ostrych zarysach w jaki sposób polityczne siły na wschodzie Europy – od Warszawy do Pragi i Budapesztu – utrwaliły ciągu prawie trzech dekad od upadku komunizmu nowy rodzaj podziału na kontynencie” – czytamy w komentarzu do wywiadu premiera.

Dobre teksty czytaj na dobrym sprzęcie. Oto oferta najnowszych tabletów 

Dziennikarze Bloomberga  argumentują , że do objęcia w roku 2015 rządów przez PiS termin „antypolonizm” był używany przez bardziej radykalne nacjonalistyczne grupy, aby pokazać podporządkowanie kraju zachodnim potęgom. Według Amerykanów mówienie o antypolonizmie przez przez przedstawicieli rządu to strategia na użytek wewnętrzny. Powód? Umacnia wizerunek rządzącej partii jako obrońców zwykłych obywateli przeciw globalnym elitom, co pomogło – ich zdaniem – Partii Prawo i Sprawiedliwość zyskać na popularności po pierwszych dwóch latach jej rządów.

Dziennikarze portalu napisali, że wykształcony na zachodnich uczelniach Mateusz Morawiecki, został desygnowany na premiera przez Jarosława Kaczyńskiego, który jest „głównym mocodawcą w Polsce” . Zadaniem Morawieckiego była poprawa zewnętrznych relacji Polski oraz stworzenie nowego modelu wzrostu polskiej gospodarki. – Zamiast (realizacji tych celów) spędził on większość swojego czasu w ostatnim okresie – bez większego powodzenia – na próbach złagodzenia zajadłych sporów wokół ustawy o Holokauście – czytamy w portalu.

Premier Morawiecki „nieumyślnie podsycił te spory w ubiegłym tygodniu wymieniając – razem z Niemcami, Ukraińcami, Rosjanami i Polakami – Żydów jako „sprawców„ zbrodni popełnionych w okresie nazistowskim – konstatują dziennikarze Bloomberg L.P.

http://www.newsweek.pl/swiat/mateusz-morawiecki-o-narastajacej-fali-antypolonizmu,artykuly,423738,1.html?src=HP_Section_2

Budżet UE na lata 2021-27. Polska jedzie do Brukseli po unijne pieniądze. To teraz „dobra zmiana” odbije się nam czkawką

Rozpoczęła się gra o unijny budżet po 2020 roku. Polska zasiada do stołu rozmów z bardzo słabymi kartami, zszarganą reputacją, obciążona fatalną polityką rządu PiS w sprawie uchodźców i w środku sporu z UE o praworządność. To źle wróży.

W Unii Europejskiej nie ma trudniejszych i bardziej skomplikowanych negocjacji niż te, które dotyczą tzw. ram finansowych na kolejne siedem lat. W końcu chodzi nie tylko o to, ile kto będzie wkładał do wspólnej kasy, ale też na co mają pójść otrzymane pieniądze. O kompromis trudno, bo Unia liczy 27 członków, których interesy są często sprzeczne. Wczoraj w Brukseli na nieformalnym szczycie przywódcy UE zaczęli dyskusję o budżecie na lata 2021-27. Największe dramaty – groźby weta, zrywane szczyty i rzucanie się Rejtanem – jeszcze przed nami. W maju Komisja Europejska przedstawi pierwszy projekt budżetu. Potem negocjacje toczyć się będą zapewne kolejne kilkanaście miesięcy do połowy 2019 roku, aż osiągnięty zostanie zgniły kompromis, z którego prawie nikt nie będzie zadowolony.

Negocjacje w sprawie najbliższej „siedmiolatki” budżetowej mogą być jeszcze trudniejsze niż te dotyczące budżetu 2014-2020. Szacuje się, że z powodu wyjścia Wielkiej Brytanii z UE roczna dziura w przyszłym unijnym budżecie będzie wynosiła ok 12-13 mld euro. Niemcy, Skandynawowie, Francja i kraje Beneluksu będą szukały więc oszczędności albo zmiany struktury budżetu, bo żaden z płatników netto nie zgodzi się dopłacać znacząco więcej. W dodatku Unia musi wysupłać skądś dodatkowe miliardy na poradzenie sobie z wyzwaniami, przed jakim stanęły państwa członkowskie – integracją uchodźców, ochroną granic, obronnością.

Finanse Unii nie są workiem bez dna, więc żeby związać koniec z końcem trzeba będzie mocno „przekopać” budżet pod kątem wydatków i dochodów. Na razie wiele wskazuje na to, że od 2021 roku wypłata unijnych funduszy będzie uzależniona od sprawnego systemu sądownictwa i praworządności. I być może od tego, czy dane kraje wykazują się solidarnością w kwestii przyjmowania uchodźców. O takiej warunkowości różni politycy w UE przebąkują od jakiegoś czasu. Niedawno bez ogródek przyznała to też kanclerz Angela Merkel. – Uważamy, że solidarność nie jest uliczką jednokierunkową. Wszystkie kraje członkowskie są zobowiązane do tego, by nie tracić nigdy z pola widzenia (interesów) całej Wspólnoty. Oczywiście należy do tego zachowanie naszych wspólnych europejskich wartości, na których opiera się Unia – mówiła w Bundestagu.

Zarówno premier Mateusz Morawiecki, jak i minister ds. europejskich Konrad Szymański sprzeciwiają się powiązaniu budżetu z praworządnością i przyjmowaniem uchodźców. W ostateczności Polska może sięgnąć po weto i zablokować na jakiś czas budżetowe negocjacje, ale to może jeszcze bardziej nastawić przeciwko nam partnerów. Problem polega na tym, że Polska pod rządami PiS-u zaczyna negocjacje z dużo słabszej pozycji niż zwykle. Jak dotąd byliśmy największym beneficjentem unijnego budżetu – w budżecie na lata 2014-2020 było to ponad 105 mld (z czego ponad 82,5 mld to fundusze strukturalne), zaś w latach 2007-2013 – 102 mld euro.

JACEK PAWLICKI, SZEF DZIAŁU ZAGRANICZNEGO „NEWSWEEKA”

„Newsweek”„W Unii Europejskiej nie ma trudniejszych i bardziej skomplikowanych negocjacji niż te dotyczące tzw. ram finansowych na kolejne siedem lat. W końcu chodzi nie tylko o to, ile kto będzie wkładał do wspólnej kasy, ale też na co mają pójść pieniądze”

Tak dobrych warunków finansowych nie udałoby się wywalczyć kolejnym ekipom, gdyby Polska – tak ja teraz – pozostawała w fundamentalnym sporze z Unią o wartości i nie wykazywała się solidarnością.
Kiedy 17 grudnia 2005 roku po kilkunastu godzinach szczytu w Brukseli zakończyły się negocjacje w sprawie budżetu UE na lata 2007-13 premier, Kazimierz Marcinkiewicz aż kipiał z radości. – Jestem młodym człowiekiem, przynajmniej tak mi się wydaje. Jak młodzi ludzie wygrywają, to robią tak: yes, yes, yes!

PiS dopiero co przejął władzę, a jego premier niemal z marszu mógł pochwalić się ogromnym sukcesem. Oczywiście budżet wynegocjowała w dużej mierze poprzednia ekipa, zaś PiS roku 2005 był wersją light obecnej partii „dobrej zmiany”. A jednak słynne „yes, yes, yes” Marcinkiewicza przeszło do historii jako synonim polskiego sukcesu w UE. Obawiam się, że ta historia już się nie powtórzy. I kiedy w połowie, a może i pod koniec, 2019 roku kończyć będą się unijne negocjacje w sprawie budżetu na lata 2021-27, premier Morawiecki, jeśli jeszcze będzie stał na czele rządu, zakrzyknie co najwyżej: no, no, no!

http://www.newsweek.pl/opinie/budzet-ue-na-lata-2021-27-negocjacje-budzetowe-w-ue-,artykuly,423785,1.html?src=HP_Section_1

%d blogerów lubi to: