Wybuch smoleński Macierewicza okazał się niewypałem

Za miesiąc odbędzie się największe święto partii Jarosława Kaczyńskiego i związany z tym festyn – 8. rocznica katastrofy smoleńskiej. Prezes z pewnościa da popis swojej elokwencji emocjonalnej, tego i owego obrazi – a jak będziemy mieli szczęście – cały naród zostanie opluty jakimś gorszym sortem, kanaliami, mordami zdradzieckimi. Ustawa o IPN jest nieprecyzyjna, więc postuluję, aby w następnej nowelizacji zawrzeć artykuły precyzujące antypolonizm, pod który podpada retoryka wiecowa Kaczyńskiego.

Niestety, na święto PiS nie otrzymamy dokumentu „ideologicznego”, którego autorem bywał Antoni Macierewicz – „Raport smoleńskiego”. Poprzednie raporty osiągały status wydawniczy bestsellerów, pewnie wydawca „Gazeta Polska” i Macierewicz sporo grosza na tym zarobili, bo elektorat PiS wierzy w pismo święte swego apostoła zamachu.

Wiara smoleńska miała się dobrze, gdy działała w opozycyjnych katakumbach, gdy Macierewicz mógł ogłosić każdą niestworzoną brednię, a prezes Kaczyński ze swojego stołka na Krakowskim Przedmnieściu potwierdzić, iż „idziemy i zbliżamy się do prawdy”.

Gdy wraz ze zdobyciem władzy przez PiS możliwości badania katastrofy smoleńskiej przez Macierewicza stały się wszechpotężne, gdy prezes ze swoim wiernym ludem odgrodził barierkami, ideologia katastrofy podupadła – żadnych dowodów na zamach nie ujrzeliśmy – zaś apostoł smoleński Macierewicz poszedł w odstawkę, ale za to przyszedł czas świątków – pomników Lecha Kaczyńskiego.

Pomnik smoleński na placu Piłsudskiego ma być wyższy niż Grób Nieznanego Żołnierza. Jeszcze pisowcy oficjalnie nie wpadli na pomysł monumentu brata prezesa wielkości Chrystusa w Świebodzinie, ale kto wie, czy obok pozostającego na razie w zamysłach największego portu lotniczego w tej części Europy nie zostanie posadowiony – jak w Rio de Janeiro – ogromny Lech Kaczyński, który będzie rozłożonymi ramionami witał i żegnał.

W 8. rocznicę Macierewicz ma zamiar zaprezentować tylko skromną prezentację mulitmedialną, przez niektórych określaną filmem. Znaczenie temu zdarzeniu może nadać tylko sam prezes, który albo przybędzie na premierę, albo nie przebędzie. A jak przybędzie, to z kim będzie dawał się fotografować na ściance. Wybuch w smoleńskim tupolewie okazał się niewypałem. A to pech!

 

Ekspertyz nie mamy i co nam zrobicie? Ciąg dalszy sprawy znikających ekspertyz Waszczykowskiego

https://siecobywatelska.pl/ekspertyz-nam-zrobicie-ciag-dalszy-sprawy-znikajacych-ekspertyz-waszczykowskiego/

Szwajcar obawia się o sytuację w Polsce, Syrii i Burundi

https://www.swissinfo.ch/eng/politics/human-rights-council_swiss-anxious-about-situation-in-poland–syria-and-burundi-/43956390

Skwieciński do anty-PiS-u: Totalnie … – Wiadomości – Gazeta.pl

wiadomosci.gazeta.pl › Wiadomości › a-opinie

1 dzień temu – To może być dla nas wszystkich – czytelników i redaktorów Gazeta.pl – szok poznawczy. Poprosiliśmy Piotra Skwiecińskiego, publicystę prawicowego tygodnika ‚Sieci’, żeby spróbował podjąć dialog z ludźmi po drugiej stronie barykady i napisać do nich list. Piotr się zgodził, jego naczelny – Jacek Karnowski …

Raport o smoleńskim wybuchu niewypałem. Klęska podkomisji Macierewicza

Newsweek Polska, 09.03.2018

© photo: Bartłomiej Zborowski/ ITAR-TASS / source: PAP

Podkomisja smoleńska powołana przez Antoniego Macierewicza miała do dyspozycji wszelkie środki, żeby udowodnić to, o czym jej eksperci od lat publicznie opowiadają – zamach w Smoleńsku. Mimo tego, nie byli w stanie swojej tezy obronić. Na ósmą rocznicę katastrofy smoleńskiej miał być gotowy przełomowy raport z badań podkomisji, jednak Polacy będą musieli zadowolić się prezentacją multimedialną.

– Są to twierdzenia niemające nic wspólnego z prawdą. Wygląda to jak promowanie narracji Macieja Laska na temat prac podkomisji – oburza się w rozmowie z „Gazetą Polską” Antoni Macierewicz, były minister obrony narodowej, a obecnie szef podkomisji smoleńskiej.

Zamiast raportu – prezentacja

Tak duże emocje wywołała u niego publikacja serwisu wPolityce.pl, który na swoich łamach pisze, że „w ósmą rocznicę katastrofy smoleńskiej badająca ją podkomisja przy MON nie opublikuje żadnego raportu”. Marek Pyza, autor artykułu, zaznacza, że zamiast jakiegokolwiek raportu, opinii publicznej zostanie przedstawiony film. „Gazeta Wyborcza” pisze z kolei o prezentacji multimedialnej.

Tyle że wciąż nie wiadomo, gdzie odbędzie się projekcja tego filmu bądź prezentacji. Wątpliwe, żeby Wojskowa Akademia Techniczna użyczyła podkomisji swojego gmachu czy choćby sali po tym, jak jej członkowie dla poparcia tezy o zamachu sfałszowali wyniki badań, przeprowadzonych przez ekspertów WAT.

Informacje o publikacji końcowego czy też całościowego raportu z prac podkomisji smoleńskiej zaczęły się pojawiać już późną jesienią 2017 roku. Później, po objęciu funkcji przewodniczącego podkomisji przez zdymisjonowanego z MON Macierewicza, zapowiedzi dość mocno ewoluowały w kierunku „raportu cząstkowego” bądź „technicznego”. Ujawniono nawet, że podkomisja udowodniła eksplozję w skrzydle tupolewa. Jak podaje wPolityce.pl, w ostatnich miesiącach różne osoby czy nawet zespoły tworzyły różne wersje „raportu cząstkowego”. Niedawno miało jednak dość do zaskakującego zwrotu akcji i podjęcia decyzji i niepublikowaniu żadnego raportu.

Co na to były szef MON, a obecnie przewodniczący podkomisji? – To będzie obszerny dokument, chociaż dążymy do tego, aby główna jego część składała się wyłącznie z konkluzji. Jest przecież bardzo wiele zagadnień – począwszy od opisu samolotu, poprzez opis lotu, poszczególnych przyrządów i samego technicznego przebiegu wydarzenia – zapewnił w rozmowie z „Gazetą Polską”. – Staramy się, aby sam raport nie przekroczył 100 stron, w związku z tym główne konkluzje będą wymagały kilkusetstronicowych załączników.

Prace wciąż trwają

W obecnej sytuacji można przypuszczać, że Macierewiczowi nie będzie zależeć na szybkim zakończeniu prac podkomisji, bo w jego sytuacji jest to jedyna rzecz, która utrzymuje go w głównym obiegu życia politycznego. Po rekonstrukcji rządu oraz „wycięciu” jego ludzi z MON i zależnych od ministerstwa spółek, został w partii mocno zmarginalizowany. Nie dostał też „na pocieszenie” żadnego eksponowanego stanowiska, chociaż wiele mówiło się o fotelu marszałka lub wicemarszałka Sejmu. Definitywne zamknięcie tematu katastrofy smoleńskiej mogłoby więc oznaczać dla niego polityczny koniec.

Antoni Macierewicz,
szef podkomisji smoleńskiej„Gazeta Polska”
„Są to twierdzenia niemające nic wspólnego z prawdą. Wygląda to jak promowanie narracji Macieja Laska na temat prac podkomisji”Są to twierdzenia niemające nic wspólnego z prawdą. Wygląda to jak promowanie narracji Macieja Laska na temat prac podkomisji.

Decyzji o dalszym przedłużaniu prac podkomisji broni też to, że część jej prac wciąż jest w toku. Chodzi m.in. o wirtualną rekonstrukcję samolotu na podstawie jego zdjęć, a także wykonanie modelu prezydenckiego Tupolewa na podstawie skanowania bliźniaczej maszyny, która znajduje się w bazie wojskowej w Mińsku Mazowieckim. Ostatnie z tych zdań może potrwać jeszcze nawet rok. Co więcej, dopiero w maju zakończą się ekshumacje ciał ofiar katastrofy smoleńskiej, a ich wyniki są dla podkomisji MON jedną z kluczowych składowych ostatecznej oceny okoliczności wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku.

Umów brak

To dopiero za rok, ale już dzisiaj wiadomo, że na projekcji wspomnianego filmu (bądź prezentacji multimedialnej) z prac podkomisji może nie pojawić się wielu jej członków. Wszystko przez umowy. A te wraz z początkiem marca skończyły się sporej części (niektóre źródła wPolityce.pl mówią nawet o większości) członków tego gremium. Wciąż nie wiadomo, czy ani ewentualnie kiedy zostaną przedłużone.

– Odbywa się to zupełnie normalnym trybem, płynnie, nie ma zagrożeń, że umowy nie są przedłużane. Jest decyzja ministra obrony narodowej powołująca podkomisję i ona obowiązuje do końca sierpnia. Tutaj nic się nie zmienia – wyjaśniała w rozmowie z wPolityce.pl rzeczniczka podkomisji Marta Palonek.

Jednak nie wszyscy członkowie podkomisji mają umowy do końca sierpnia. – Umowy to jest inna kwestia – odparła rzecznika. Ale szybko dodała, że „nie ma żadnych zagrożeń i problemów, jeśli chodzi o kontynuację współpracy”. Tyle że jeśli stare umowy wygasły, a nowe wciąż nie zostały zawarte, oznaczałoby to, że niektórzy (większość?) członków podkomisji pracuje dla niej nieformalnie. – Różne osoby dołączały do komisji w różnych okresach i tu jest kwestia tych umów, które rzeczywiście były do początku marca, ale jest wdrożona procedura ich przedłużania. Jest to naturalna kwestia, nie jest to nic nadzwyczajnego – uspokajała Palonek.

newsweek.pl

Piłka i Sprawiedliwość

09.03.2018

Dziś będzie o polityce inaczej. Przewrotnie bardziej, niż zazwyczaj. Dokonam przy okazji rzeczy strasznej, dorzucę bowiem swoje trzy grosze do świętej wojny między Lechem Poznań a Legią Warszawa. Jedni powiedzą, udając, że to tylko kompleksy Poznania (ci z Warszawy zawsze tak mówią, ale gdy dochodzi do starcia, to mobilizacja jest pełna), drudzy, że korzenie wojny sięgają PRL-u, gdy wojskowa Legia podbierała, niczym wędkarz ryby, bez żenady najlepszych graczy nie tylko Lechowi, ale każdemu klubowi w Polsce, z małymi wyjątkami, w ramach zasadniczej służby wojskowej. W taki właśnie sposób klub ten latami budował swą krajową potęgę, przyznać trzeba, w nie do końca czysty sposób. To jest powód dlaczego Legia na każdym podwórku w Polsce ma ostro przerypane. Nie płaczmy nad tym jednak. Całkiem zasłużenie.

Ale przecież sport, zwłaszcza kopana piłka, budziła, budzi i budzić będzie emocje, bo to niby nudna dyscyplina (dwudziestu gości lata po trawie coś jakby bez sensu, do tego jeszcze jakieś idiotyczne spalone). U nas na dworze, między blokami z płyty, grało się zawsze bez spalonych i wyniki były konkretne. Dwucyfrowe z każdej strony. A przecież bramki, to kwintesencja tego sportu. Pod wszakże jednym warunkiem, że zdobywane będą one zgodnie z przepisami, zapisanymi ponoć na 100 stronach regulaminu. Skoro już ten spalony jest, to niech nie będzie tylko jednym ze sposobów wygrywania meczów w majestacie prawa, którego przedstawicielem na stadionie jest pan samotnie biegający po boisku. Ale o tym za chwilę.

Od lat zespołem budowanym konsekwentnie i z biznesowym mozołem jest Lech Poznań, i tak się składa, że te dwie drużyny są w Polsce najbliżej siebie jeśli idzie o budżet, zaplecze i ogólne możliwości. Nie dziwi więc, że rywalizacja między nimi to od dziesiątek lat gorący temat i zarówno w Warszawie, jak i w Poznaniu, liczy się tylko mistrz kraju. Zrozumie to każdy, kto przyjdzie choć raz na Stary Rynek w Poznaniu, gdy drużyna świętuje zdobycie majstra.

Jako się rzekło, Legia nie jest lubiana także dlatego, że często w mocno kontrowersyjnych sytuacjach zdobywa trzy punkty, które czasem, w ogólnym rozrachunku, stają się trzema punktami na wagę tytułu mistrza. Nie zagłębiając się i nie przynudzając, sięgnę pamięcią tylko do dwóch lat wstecz.

Sezon 2015/2016. Pod koniec meczu napastnik Legii wyraźnie odpycha obrońcę Lecha na tyle mocno, że ten upada na własnym polu karnym, co ułatwia Legioniście zdobycie gola. Każdy to widzi i na stadionie i w telewizorze, ale nie sędzia. Legia wygrywa mecz i zdobywa cenne 3 punkty zamiast 1.

Sezon 2016/2017. W samej końcówce meczu napastnik Legii jest na metrowym spalonym (to niedawny piłkarz Lecha). Zdobywa gola. Każdy to widzi, tylko nie sędzia. Legia zdobywa 3 punkty zamiast 1.

Zeszły tydzień. 86 minuta meczu, stan 1:1. Legia gra u siebie. Obrońca Lecha rozwiera ramiona, żeby pokazać, że nie zamierza atakować przeciwnika rękoma, co byłoby naruszeniem przepisów, ale w nienaturalny sposób podczas wyskoku jedno ramię zawisa na moment w powietrzu, a opadająca piłka muska dłoń Lechity. Nie ma w tym geście żadnego zamiaru, starcie ma miejsce w narożniku pola karnego i nie może przynieść żadnych korzyści Legii. Mimo to sędzia wskazuje na rzut karny. Legia wygrywa mecz, zamiast dzielić się punktami.

Polski świat piłkarski natychmiast podzielił się na dwie części, wygląda na to, że nie po równo, a raczej po stronie Poznaniaków, bo choć oczywistym jest to, że piłka spadając, trąciła dłoń obrońcy, to jednak było to wynikiem sił grawitacji, które na Ziemi są czymś oczywistym. Zwolennicy Legii żadnej tutaj nie widzą kontrowersji, twierdząc twardo, że karny się należał i basta. Nie dziwi mnie to. Problem w tym, że komentatorzy i część sędziów byli i są zgodni, iż owszem piłka dotknęła ręki Lechity, ale gwizdanie karnego w takiej sytuacji było delikatnie mówiąc przesadą.

Sędzia meczu, który jakoś nie ma szczęścia do sędziowania tych starć, ograniczył się tylko do jednej interpretacji – ręka była ponad głową i koniec. Wapno się należało i szlus. Od pewnego czasu na polskich stadionach funkcjonuje system VAR, który ma być czymś na kształt challenge’u w siatkówce lub tenisie ziemnym. Te dyscypliny dawno już uporały się z błędami sędziów, wprowadzając zasadę, jak na przykład w siatkówce,że to trener zgłasza challenge. W meczu Legii z Lechem pan sędzia nie chciał skorzystać z tego systemu, ograniczając się jedynie do kontaktu z wozem sędziowskim w celu potwierdzenia czy ramię obrońcy było ponad głową. Zapytałem na Twitterze gości z Ekstraklasy, po co na stadionach jest ten system, skoro sędzia ma go w głębokim poważaniu? A może wystarczyło podbiec do monitora, obejrzeć jeszcze raz ze spokojem wszystkie okoliczności sprawy, dać sobie kilka chwil na refleksję i po prostu wycofać się z tej decyzji…? Kibice i właściciele Legii od zawsze powtarzają, że są najlepsi w kraju. Dlaczego zatem nie udowodnią swoją grą i postawą, że to prawda? Na miejscu napastnika, który jeszcze sezon wcześniej strzelał gole dla Lecha, po zdobyciu bramki z metrowego spalonego, spaliłbym się ze wstydu i zażądałbym powtórzenia meczu. Wiadomo, że nie ma takiej możliwości, ale w sporcie, jak w polityce, gesty, to rzecz ważna. Tyle tylko, że kibole Legii rozszarpaliby tegoż piłkarza na strzępy.

I tym sposobem dobrnęliśmy do polityki. Żyjemy dzisiaj w czasach, w których niemal wszystkie najważniejsze pojęcia, stanowiące fundament człowieczeństwa, uległy erozji i degradacji, niczym stal trawiona rdzą. Sędzia Marciniak pokazał nam się jako, nieświadomy zakładam, symbol polityki obozu władzy, który z uporem maniaka przeprowadza przez obie izby parlamentu ustawy, czyniące z Polski skansen w środku Europy, a następnie nie potrafi się z nich wycofać. Zresztą w sprawie nowelizacji ustawy o IPN PiS i spółki zakiwały się już tak głęboko, że wyjść z tego pata nie da się w żaden sposób, nie ponosząc dużych szkód. Pal licho szkody dla obozu władzy, najgorzej, że cierpi na tym Polska. Sytuacja jest bowiem taka, że cokolwiek nie zrobi Kaczyński, straci, co generalnie nie jest złą wiadomością. Gdy się wycofają, środowiska nacjonalistyczne zrobią z niego Żyda, co otworzy drogę Macierewiczowi do zagarnięcia tego elektoratu w upragnionej zemście na PiSie. Kaczyński rzecz jasna nie może sobie na to pozwolić. Dalszego trwania przy swoim nie zaakceptuje z kolei wolny świat i Europa, co pewnikiem przerzuci się na realną szkodę dla Polski. Nawet zagorzali zwolennicy PiS tego nie przełkną, zwłaszcza gdy poczują to w kieszeniach. Już nadchodzi podwyżka paliw i to wcale nie związana z cenami ropy na świecie czy wzrostami kursów walut, jak bywało za rządów poprzedników, a z powodu świadomego działania rządu, który rozpaczliwie szuka pieniędzy i to w czasach niewyobrażalnego tempa wzrostu PKB, jakiego ponoć nigdy nie było, oraz gigantycznych wpływów z VAT, niespotykanych w całej historii wolnej Polski. Skoro jest tak dobrze, po co rząd chce ściągnąć od ludzi kolejną kasę w postaci parapodatku? Nie stać go na sfinansowanie walki ze smogiem z tych cudownych wpływów do budżetu? Nawet suweren w końcu zacznie pytać: co do cholery jest? Zwłaszcza, że usłyszał właśnie o wielkich premiach, jakie urzędnicy rządowi i prezydenccy sobie wypłacili.

Patrząc na to wszystko, także analizując nowe sondaże, rzucę diagnozą następującą:

  1. Obóz władzy wie już doskonale, jaki może być (ostrożnie mówiąc) ich wynik wyborczy, zwłaszcza, że i Nadarzyn był pewnym symbolem. Dlatego rozpoczął się okres gigantycznego pompowania pieniędzy do wszystkiego, co ma związek z władzą. Idzie o to, aby przez te niecałe dwa lata uzbierać jak najwięcej, po to, by przetrwać w opozycji kilka kolejnych lat bez rozłamu. A co scala najlepiej, jeśli nie kasa?
  2. Opanowanie sądów i Trybunałów wcale nie służy pokazowym igrzyskom. Wepchnięcie wszędzie gdzie się da “niezawisłych sędziów” ma służyć zabezpieczeniu siebie i swoich pozycji. Sprawy takie jak Stanisława Gawłowskiego będą ciągnąć się aż do 2019 roku, umiejętnie podsycane dla zatuszowania kolejnych afer i wpadek władzy. Kaczyński doskonale wie, czym jest pewna słabość liberalnej demokracji – liczy na to, że sprawy utkną w wyniku niekończących się dyskusji i sporów, czy można zbudować nowy ustrój, idąc na skróty.

To dobry moment na przejęcie inicjatywy przez Opozycję. Taktyka “czekajmy cierpliwie, PiS będzie się wykańczał sam” zaczyna przynosić efekty. Jeśli nie będziemy Opozycji pozwalać, aby spoczęła na laurach, naciskając i żądając jeszcze większej pracy, plan wygrania wszystkich czterech wyborów wcale nie jest nierealny. Dwa warunki najważniejsze muszą się jednak spełnić – Opozycja musi się zintegrować i pokazać dokładny, realny plan, jak ma wyglądać Polska po PiSie. Za słowami Andrzeja Olechowskiego powtarzam od kilku miesięcy: dajcie Polakom wizję V RP!

Jakiś czas temu natknąłem się w mediach społecznościowych na pewien obrazek, którym jest fotografia tabliczki na drzwiach. Napis na tabliczce głosi: “drzwi proszę pchnąć do siebie”. Szybko pozwoliłem sobie go skomentować w ten oto sposób: to najkrótszy opis polityki PiS, jaki można sobie wyobrazić. I rzeczywiście, bardziej zwięzłego nie spotkałem.

 

Good night and good luck Państwu.

liberski.liberte.pl