Magdalena Ogórek, kiedyś SLD, dzisiaj pisowski króliczek

Magdalena Ogórek to króliczek Leszka Millera wyciągnięty z wyborczego kapelusza, gdy SLD rywalizowało z ugrupowaniem Janusza Palikota. Ścigali się na wszystkich polach, nawet na takich wydawałoby się mało politycznych: który z nich ma ładniejsze kobiety. Miller wystawił do wyścigów prezydenckiego Ogórek, ta choć pod względem urody była niczegowata, to politycznie żadna.

Kiedy Miller zjednoczył się w koalicję wyborczą z Palikotem, było już jednak za późno, niewiele ułamków procenta zabrakło do 8-procentowego progu wyborczego, a dzięki temu PiS sięgnęło po pełnię władzy. Nie twierdzę, że Miller jest jednym z twórców sukcesu Kaczyńskiego, acz zostawił w spadku Ogórek, która odnalazła się w zawłaszczonych przez PiS działkach, w mediach i kulturze.

Wizerunek Ogórek może cieszyć oko, jej rozum raczej nie, a także pokraczne wypowiedzi, które od czasu do czasu przebijają się w mediach. Ogórek wyraża ciągoty intelektualne, co najczęściej w jej wydaniu śmieszy.

Dla PiS Ogórek jest jakąś wartością, faworytka Millera na bezrybiu PiS jest rakiem uchodzącym za rybę, choć chciałaby być kimś więcej, np. rusałką, syreną morską. Stąd od czasu do czasu będziemy mieli do czynienia z jej ambitnymi przedsięwzięciami takimi, jak z publikacją „Lista Wächtera. Generał SS, który ograbił Kraków”, właśnie ukazała się na rynku wydawniczym.

Temat iście pisowski, bo można bardzo wiele ugrać na patriotyzmie, antyniemieckości. Ogórek wstrzeliła się w oczekiwania prawej strony, której jest już integralną częścią. Bo generał SS Otto von Wächter to zbrodniarz nazistowski, gubernator dystryktów krakowskiego i galicyjskiego Generalnego Gubernatorstwa, który zagrabił wiele bezcennych polskich dóbr kultury.

Zaś syn esesmana Horst często odwiedza Kraków, stara sie wybielić ojca, twierdzi, że ten był dobrym człowiekiem. Magdalena Ogórek tę okoliczność wykorzystała, wkupiła się w łaski Wächtera, uzyskała dostęp do jego rodzinnego archiwum, przekazał jej materiały i informacje. A teraz Niemiec czuje się oszukany.

Ogórek orżnęła także Piotra Glińskiego. Ministerstwo kultury dofinansowało książkę 40 tys. zł. Ogórek zarzekała się, że dla niej z dotacji nie skapnie ani złotówka („Dotacja jest dla wydawnictwa, autor nie ma z niej ani 1 zł” – oburzała się Ogórek na Twitterze). Kandydatka SLD na prezydenta została sprawdzona przez portal Wirtualna Polska u źródeł, czyli w wydawnictwie Zona Zero, a tam w spisie wydatków z dotacji stoi, jak byk: 9 tys. zł – honorarium Magdaleny Ogórek.

Nie jest to suma powalająca, ale króliczek Millera kłamie jak z nut, co jest niejaką normą w środowisku PiS. Nie piszę o jakości prozy Ogórek, bo książki nie czytałem, jednak dostępne w internecie fragmenty nie wyrokują, abyśmy mieli z czymś więcej do czytania niż z grafomanią. Taki patriotyczny króliczek, który kica z kłamstewka na kłamstewko.

 

Magdalena Ogórek mówiła, że nie zarobi na dotacji z ministerstwa. Sprawdziliśmy

16.01.2017
Napisana przez Magdalenę Ogórek książka o generale SS Ottonie Waechterze dostała 40 tys. zł dofinansowania z ministerstwa kultury. „Dotacja jest dla wydawnictwa, autor nie ma z niej ani 1 zł” – oburzała się była kandydatka SLD na prezydenta, gdy media zaczęły pisać o sprawie. Jak wydano te pieniądze? Sprawdziliśmy.

„Lista Waechtera. Generał SS, który ograbił Kraków” to nowa książka Magdaleny Ogórek. O samej książce piszemy tutaj, czytamy też jej fragmenty. Wydawca książki Zona Zero dostał 40 tys. zł dotacji z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Jako, że to środki publiczne, poprosiliśmy o informację, w jaki sposób je wydano. W przeciwieństwie do wielu instytucji publicznych i państwowych firm, wydawnictwo Zona Zero szybko i obszernie odpowiedziało na nasz wniosek.

Czytamy książkę Magdaleny Ogórek – długa wersja

Jak poinformował Wirtualną Polskę prezes wydawnictwa Michał Jeżewski, dotacja jest rozłożona na trzy lata. W 2017 roku zostanie wydane 38 700 zł, w 2018 r. – 800 zł, a w 2019 r. kolejne 500 zł Na co zostaną wydane te środki? Wydawnictwo Zona Zero przesłało nam rozliczenie za 2017 rok.

9 tys. zł poszło na honorarium Magdaleny Ogórek. To zaskakujące, bo jeszcze w marcu 2017 roku autorka oburzała się na media, sugerujące jej zdaniem, że dotacja z ministerstwa to pieniądze, które trafią na jej konto. „Tak gra GW, z którą spotkam się w sądzie jak z każdym za szerzenie tego kłamstwa. Dotacja jest dla wydawnictwa, autor nie ma z niej ani 1zł” – pisała Ogórek 8 marca. Ten wpis wciąż jest na jej koncie na Twitterze. I budzić kontrowersje może nie sam fakt wypłaty wynagrodzenia autorce, ale to, że złamała ona publicznie dane słowo.

Pozostałe pozycje w spisie wydatków to: redakcja tekstu, skład, korekta składu, projekt okładki, opracowanie graficzne – 8 000 zł, druk – 19500 zł oraz koszty ogólnowydawnicze – koordynacja procesu wydawniczego – 2200 zł. W sumie cała zaplanowana na 2017 rok kwota 38 700 zł. Przypomnijmy, że te dane dostaliśmy od prezesa wydawnictwa Zona Zero Michała Jeżewskiego.

wp.pl

Poaborcyjny syndrom polityki polskiej

Kaczyński nie zmierza ku centrum, ale coraz mocniej bierze Polaków (i Polki) za mordę. Powstrzyma go tylko opozycja, która nauczy się dyscypliny i solidarności.

Coraz bardziej zblazowani komentatorzy liberalnych mediów (nie rozumiem tego poczucia bezpieczeństwa u ludzi, których Jarosław Kaczyński szczerze nienawidzi i obiecuje zniszczyć bliskie im wartości, instytucje, a nawet ich miejsca pracy), zachwycali się przez ostatni tydzień dokonaną przez Kaczyńskiego rekonstrukcją rządu Mateusza Morawieckiego. Uznali ją za „genialne”, realne lub wizerunkowe, „pójście w stronę centrum”, które „odbiera tlen opozycji” (ten PR-owy greps wymyślony parę dni wcześniej przez Adama Hofmana, który wciąż ma nadzieję wrócić do łask Kaczyńskiego, został podjęty przez wielu analityków i komentatorów, którzy sami są albo zbyt leniwi, albo za mało twórczy).

Jedyny dowód na „pójście w stronę centrum” to puknięcie Antoniego Macierewicza, którego jednak Kaczyński pozbył się nie dla tego, że ten jest fanatycznym wariatem, ale dlatego, że nie jest jego własnym fanatycznym wariatem, ale dysponując niebagatelnym narzędziem w postaci MON, spółek zbrojeniowych, a także własnych stosunków z Tadeuszem Rydzykiem, coraz mocniej pracował nad uniezależnieniem się od lidera PiS.

Inne dowody na „nowy centryzm” Kaczyńskiego trudno znaleźć. Lider PiS-u „szarpnął cugle” wszystkich resortów siłowych. Miękki Błaszczak, który potrafi tylko owijać się wokół nogawek Wodza Rewolucji, poszedł na MON, gdzie będzie raczej uspokajał sytuację po Macierewiczu, niż robił coś własnego. MSWiA przejął po nim Joachim Brudziński, najbrutalniejszy żołnierz Wodza, gotowy przelać dla niego krew – oczywiście nie własną, lecz wrogów.

Brudziński nie ma żadnych hamulców, ani w rozgrywkach z opozycją, ani w walce z konkurentami we własnej partii, ani nawet jeśli chodzi o styl wypowiedzi (patrz jego wpisy na Twitterze, gdzie używa najbardziej wulgarnego języka prawicowych trolli, pisząc np. ostatnio: „wszystkie róże w UE wykupują na gwałt feministyczne aktywistki w Niemczech. Szykują się do rozdawania ich po Sylwestrze młodym napalonym byczkom zwanym uchodźcami, którzy znów mogą poczuć się ‚sprowokowani’ do sylwestrowych gwałtów”.). Taki oto „centrysta” dostał od Kaczyńskiego najważniejszy resort siłowy, żeby z jego pomocą pacyfikować dla Wodza protesty społeczne i kontrolować wybory.

 

Cała struktura nowego rządu jest klasycznie Putinowska. Ci, którzy przeciwstawią się Kaczyńskiemu oberwą od Brudzińskiego, Kamińskiego i Ziobry. Ci, którzy będą potulni, dostaną od Mateusza Morawieckiego (jak oligarchowie w Rosji Putina, jeśli trzymają się z daleka od wszelkiej opozycji) prawo do zarabiania na kontrolowanym przez partię koncesjonowanym rynku – bez przetargów, bez zasad, bez prawa (bez stabilnego prawa podatkowego, a nawet bez prawa własności, bo czerezwyczajna komisja Jakiego właśnie się rozkręca).

W ramach „przechodzenia do centrum” Jarosław Kaczyński ma zamiar ofiarować Episkopatowi utwardzenie ustawy antyaborcyjnej, gdyż tym razem zostanie zlikwidowany kluczowy wyjątek nazwany przez prawicę i Kościół „likwidacją aborcji eugenicznej”. Ten Orwellowski zwrot ukrywa chęć prawnego zmuszenia przez Kaczyńskiego polskich kobiet do heroizmu rodzenia dzieci martwych lub ciężko okaleczonych.

Tak graniczna sytuacja życiowa powinna być dla kobiety wyborem, a nie prawnym przymusem, jednak Kaczyński – jak zwykle w kwestiach wartości podstawowych kompletnie cyniczny – ofiaruje ten dar Kościołowi i prawicy Jurkowej, żeby prewencyjnie spacyfikować Macierewicza i Rydzyka. Chce pokazać polskim biskupom i prawicowym sierotom po Marku Jurku, że to PiS pod jego przywództwem jest skuteczniejszym partnerem do odbierania praw polskim kobietom, niż różni prawicowi wariaci, którzy mogą co najwyżej wywołać w Polsce antyklerykalną rewoltę.

MSWiA przejął Joachim Brudziński, najbrutalniejszy żołnierz Wodza, gotowy przelać dla niego krew – oczywiście nie własną, lecz wrogów.

W ramach tego samego pakietu (pokazywania biskupom, że jest skuteczniejszy od Macierewicza i Rydzyka razem wziętych), Kaczyński zastąpił na stanowisku ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła człowiekiem, który co prawda nie jest znany z jakichkolwiek pomysłów na skrócenie kolejek czy utrzymanie w pracy pielęgniarek i młodych lekarzy, ale za to polskie kobiety też uważa za chodzące Lebensborny, a nie za jakichś tam ludzi mających jakieś tam prawa podstawowe.

Wszystkiemu i tak winien Schetyna

Jeśli jednak czytać niepisowską prasę, można dojść do wniosku, że winny tego wszystkiego będzie nie Kaczyński, ale Grzegorz Schetyna. To ponoć on i Platforma zmarnowały potencjał pierwszego czarnego protestu, to ponoć on i Platforma „zdradzili” sprawę polskich kobiet. Otóż to zwyczajnie nie jest prawdą. To Jarosław Kaczyński dokonując kontrolowanego odwrotu ograł przed rokiem pierwszy czarny protest, który był – przypomnijmy, bo ani Barbara Nowacka, ani wielu komentatorów medialnych nie mówi całej prawdy w tej sprawie – w 90. procentach protestem Polek i Polaków przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej, a nie na rzecz jej liberalizacji.

Dowodem na to jest los późniejszych czarnych protestów, które były organizowane już wyłącznie przez zwolenniczki liberalizacji i okazały się frekwencyjną oraz polityczną klęską. Tak jak nie było żadnej silnej partii, która miałaby na swoich sztandarach liberalizację aborcji przed rokiem, tak samo nie ma żadnej takiej partii dzisiaj. Dlaczego za tę bezsilność lewicy i feministek ma obrywać Platforma? Platforma zawsze broniła obecnego aborcyjnego status quo, które wielu jej starszych polityków zresztą współtworzyło. Broniła go przed prawicą, broniła go przed lewicą, nic się nie zmieniło.

Może tylko jedno – Schetyna zachował się twardziej, niż Tusk, bo wyrzucił z partii troje posłów, którzy zawsze głosowali za zaostrzeniem aborcji. Zawsze zrywali dyscyplinę partyjną w tej sprawie, ale wcześniej byli w Platformie bezkarni, bo ich Tusk nie ruszał, a Gowin zrobił wręcz w PO karierę na ich obsługiwaniu, dopóki nie postanowił zrobić większej kariery u Kaczyńskiego.

W dodatku Schetyna wyrzucając troje ludzi bardziej skłonnych słuchać swojego proboszcza, niż lidera własnej świeckiej partii, podjął większe ryzyko, bo Tusk kierował Platformą jako partią władzy, podczas gdy Schetyna kieruje PO jako partią opozycyjną. Jakie ta różnica ma ogromne znaczenie dla oportunistów, widzieliśmy już na przykładzie Jacka Saryusz-Wolskiego, dwóch senatorów Platformy i sporego grona jej samorządowców. A i tak Schetyna wyrzucając z PO trójkę fundamentalistów, którzy mogą wkrótce za pośrednictwem eleganckiego Gowina trafić do Kaczyńskiego, obrywa i z prawa, i z lewa, jakby zdradził jakąś sprawę, która nigdy nie była jego.

Oczywiście Schetyna wolałby „konserwatystów” z PO nie usuwać, a sprawę ich niesubordynacji zamieść pod dywan, jak to robił Tusk. Jednak kogoś musiał poświęcić, skoro kilkunastu innych posłów Platformy w ogóle nie zagłosowało pomagając Kaczyńskiemu rozegrać opozycję. Jeśli dodać do tego fakt, że podobnie postąpiła prawie połowa posłanek i posłów rzekomo bardziej od PO postępowej partii Nowoczesna, pokazuje, że podział elektoratu liberalnego na PO i Nowoczesną nigdy nie był racjonalny, nie miał żadnego (poza zemstą za OFE) sensu ideowego, programowego czy tożsamościowego.

Platforma zawsze broniła obecnego aborcyjnego status quo, które wielu jej starszych polityków zresztą współtworzyło. Broniła go przed prawicą, broniła go przed lewicą, nic się nie zmieniło.

Ten podział liberalną Polskę politycznie tylko osłabił, a Kaczyńskiemu dał pełnię władzy. Teraz w PO bardziej proboszcza niż swoich świeckich wyborców przestraszyło się 15 procent członków klubu, a w Nowoczesnej prawie połowa jej posłanek i posłów. W PO Schetyna zdołał ustabilizować partię po klęsce, podczas gdy w Nowoczesnej, po zwycięstwie, jakim było wprowadzenie sporej liczby ludzi do Sejmu, wszyscy kłócą się dziś ze wszystkimi o wszystko – liderzy i liderki, posłanki i posłowie.

Uczcie się polityki, choćby od Krystyny Pawłowicz

Krystyna Pawłowicz nienawidzi Barbary Nowackiej, a wyjątki w ustawie antyaborcyjnej uważa za zbrodnię. Potrafi też jeść drugie śniadanie z papieru na sali plenarnej w czasie obrad Sejmu. A jednak ona zrozumiała dowcip Kaczyńskiego i zagłosowała w dużej grupie posłów i posłanek PiS-u za posłaniem projektu Nowackiej do komisji. Wyłącznie po to, by skompromitować kierownictwa PO i Nowoczesnej, że swoich ludzi nie potrafią tak zdyscyplinować, jak Jarosław Kaczyński potrafi zdyscyplinować ją.

Posłanki i posłowie PO i Nowoczesnej mogą to oczywiście pokryć stwierdzeniem, że „my jesteśmy z liberalnego (liberalno-konserwatywnego, liberalno-socjalnego) centrum, mamy prawo do wyrażania różnych poglądów, głosujemy tak jak chcemy”. Kiedy jednak to „liberalne centrum” nie jest już partią władzy, ale kruchą łódeczką na środku wzburzonego morza, wszyscy muszą wiosłować w jedną stronę.

Kiedy to centrum jest osaczone przez bandę wilków (a Kaczyński, Brudziński czy Ziobro to nie są demokratyczni politycy, ale właśnie wilki), to ludzie w tym centrum skupieni powinni oprzeć się plecami jeden o drugiego i solidarnie walczyć z wilkami. O to jedno tylko, o zupełnie podstawową dyscyplinę i solidarność proszę Was dzisiaj – szlachetne damy i szlachetni gentlemani z ław poselskich liberalnej opozycji!

http://www.newsweek.pl/polska/polityka/rekonstrukcja-rzadu-kaczynski-bierze-polakow-za-mordy,artykuly,421755,1.html?src=HP_Opinions

Olbrychski: Nie podoba mi się ta Polska. Nie tylko obóz rządzących, ale i społeczeństwo, które tak zdecydowało

Marta Kawczyńska

Resort kultury nie jest zasiedlony przez najmądrzejszych ludzi. Kultura natomiast zawsze dawała sobie radę, nawet w czasach, kiedy próbowano podporządkować ją jedynie słusznej linii partyjnej – mówi w rozmowie z dziennik.pl aktor Daniel Olbrychski.

Otrzymał pan ostatnio nagrodę Yach Film Festiwal za kreację aktorską w teledysku „Polsko” do piosenki Krzysztofa Zalewskiego. Cieszy to pana?

Daniel Olbrychski: To najbardziej zdumiewające wyróżnienie, jakie otrzymałem w ostatnich latach mojej kariery. Tak samo zdumiewające, jak zaproszenie do tego teledysku.

Dlaczego?

Nie miałem pojęcia, czy się w ogóle nadaję do czegoś takiego. Kiedy zobaczyłem, o co chodzi, kiedy postawili mnie przed kamerą i coś tam wykrzyczałem, to nie spodziewałem się, że będą takie miłe tego konsekwencje, że to się będzie podobało, że będzie tak często oglądane, a do tego zostanie nagrodzone na tym festiwalu. Gdybym wiedział o tym wcześniej, to może bym pojechał osobiście tę statuetkę odebrać.

Skoro to zaproszenie od Zalewskiego było tak zdumiewające, to dlaczego pan się zgodził?

Bo młody człowiek mnie zaprosił (śmiech). A ponieważ jest synem mojego serdecznego przyjaciela Staszka Brejdyganta, uznałem, że jak młody, zdolny prosi i tak sobie mnie w tym swoim świecie wyobraża, to przyjechałem na godzinkę, bo tyle to nagranie trwało, i zagrałem, jak umiałem najlepiej.

I tylko dlatego, że młody człowiek poprosił? Za chwilę może się ustawić kolejka takich młodych, chętnych.

Może tak być, ale ja nie zawsze się będę nadawał (śmiech). No dobrze, poza tym, że poprosił młody i syn przyjaciela, stwierdziłem, że to bardzo ważny tekst, więc go wykrzyczałem.

„Musisz bardzo kochać mnie/Skoro mówisz mi/Co mam robić i z kim”. Mocne słowa.

Protest song, który bardzo dobrze rozumiem. Też nie podoba mi się to, co dzieje się w Polsce. Mimo że z autorem tej piosenki dzieli nas różnica pokolenia, to się z tymi słowami mocno utożsamiam. Jestem przeciwko temu, co dzieje się w naszym kraju, przeciwko ludziom, którzy uznają, że mają prawo dyktować innym spojrzenie na świat, na ojczyznę. To jest według mnie bardzo konkretny tekst polityczny.

To jak się panu żyje w tej współczesnej Polsce?

Nie podoba mi się ta Polska. Nie tylko obóz rządzących, ale i społeczeństwo, które tak zdecydowało, a jeszcze bardziej to, które wzruszyło ramionami i stwierdziło, że nie warto brać udziału w tak ważnych momentach, jakimi są wybory. Skoro ponad połowa Polaków nie skorzystała z tej możliwości, to nie jest społeczeństwo, z którym się utożsamiam. Jest zupełnie inne, niż z czasów mojej młodości, gdy to Solidarność decydowała, jaka Polska będzie. Mam wrażenie, że marnowane jest to, co się udało w 1989 roku. Społeczeństwo popiera tych, którzy w pewien sposób chcą wrócić do tego, co było.  To nie są moi politycy, nie są reprezentantami mojego sposobu myślenia, są mi kompletnie obcy a część społeczeństwa, która ich popiera, bardzo mnie rozczarowuje i zdumiewa swoją bezmyślnością, brakiem wiedzy historycznej, brakiem wyobraźni wreszcie.

Ale oddali swój głos w demokratycznych wyborach…

Ja też oddałem swój głos i mam prawo do wyrażania swoich poglądów, chociaż wydaje się, że jestem w mniejszości, której się to nie podoba, bez względu na to, czy to będzie trwało, czy ludzie się wreszcie obudzą i zdecydują inaczej.

Część się obudziła i protestuje, chodząc na marsze, stojąc pod Sejmem.

Ale widocznie nie umieją zmienić tej rzeczywistości, nie maja liderów.  Rzeczywistość zmieniają wybory, a w trakcie nich połowa wyborców została w domu albo na działce, bo było ciepło. Dlatego przyjemnie jest od czasu do czasu wziąć udział w proteście artystycznym, jak ten Krzysia. Przypomina mi się moment, gdy w moim domu Tadeusz Konwicki słuchał piosenek rosyjskiego pieśniarza Władimira Wysockiego. Słuchał, słuchał i nawet jego twarz wyrażała, że słuchał ze wzruszeniem, po czym stwierdził, że gdyby oni, czyli Rosjanie, zamiast śpiewać, wzięli kałasznikowy do ręki i ten ustrój zmienili, to by go to jeszcze bardziej wzruszyło. Miał rację. To piękne śpiewanie Wysockiego nie przekładało się na zmiany systemowe. A kiedy w końcu nastąpiły, kiedy przestał istnieć Związek Radziecki, to społeczeństwo rosyjskie dalej wyraźnie pokazuje, że lubi być brane za pysk, że bez cara, jakby on się nie nazywał, nie umie istnieć i decydować samo o sobie. Musi to ktoś robić za nich.

Pana zdaniem z nami Polakami jest podobnie?

U nas jest trochę inaczej. Jesteśmy raczej społeczeństwem anarchistycznym, trudnym do okiełznania, ale nasze wybory są czasem tak zasmucające jak w tej chwili sondaże przedwyborcze. Zasmucają mnie chyba bardziej, niż postawa konkretnych osób.

A bywa pan jeszcze na marszach KOD?

Często bywałem. Jeśli będzie jakiś, z którym się będę chciał mocniej utożsamić, to przypuszczam, że znajdę czas, aby się na nim pojawić.

A z tym, co teraz głosi, się pan nie zgadza?

Zgadzam, utożsamiam się, uważam, że należy chodzić, bo dobrze jest pokazywać i sobie, i innym, że jest nas wielu myślących podobnie. Pokazywać obserwatorom i władzy, że znaczna część społeczeństwa myśli inaczej niż wybrani rządzący.

A w zbiórce na Mateusza Kijowskiego wziął pan udział?

Nie dorzuciłem się, przegapiłem, bo też nie jestem człowiekiem, który jest aktywny w internecie i bierze udział w takich akcjach. Mateusz jest moim sąsiadem, więc go przy okazji zapytam, czy ma kłopoty i czy można mu pomóc.

A jak się pan zapatruje na reformę sądownictwa?

Na naszych oczach dzieje się skuteczna próba zmiany systemu z demokratycznego na autorytarny. Te wszystkie elementy, które budują zdrowe społeczeństwa, są nam po kolei odbierane, jak wynika z sondaży przy znacznej akceptacji społeczeństwa. Reforma sądownictwa idąca w celu zawłaszczenia niezależności sądów jest konsekwencją metod, jakimi ta władza operuje. Trzeba przeciwko temu protestować. Europa oceniła to jednoznacznie. Poza tym protestować trzeba, aby przygotować się do wyborów. Wie pani, jakie jest najczęściej zadawane mi pytanie na spotkaniach?

Jakie?

Co to jest „patriotyzm”?

I co pan odpowiada?

W moim pojęciu patriotyzm dziś to jak najszybsze odsunięcie od władzy partii, która niszczy kraj. To dla mnie dziś główne znaczenie tego słowa.

Myśli pan, że po wyborach władza się zmieni?

Mam taką nadzieję. Oczywiście prawdą jest, że inne partie, a głównie PO, się zagapiły. Zachowały jak syte koty, które uważały, że jesteśmy demokratyczni i wszystko zostanie po staremu. Nie zauważyli, że znaczna część społeczeństwa jest nie do końca z tego, co się dzieje, zadowolona. Konsekwencją tego była ich przegrana. No cóż, mądry Polak po szkodzie. Chociaż już raz odsunęliśmy PiS od władzy, niech więc inne przysłowie kto chce ode mnie kupi, że Polak i przed szkodą i po szkodzie głupi.

Pan pójdzie na kolejne wybory?

Oczywiście, że tak. To mój obowiązek.

A jeśli pana kandydat poprosi o wsparcie podczas kampanii?

Od dawna mam uporządkowane kierunki myślenia. Głosuję zgodnie z własnym sumieniem i tak jak uważam, że trzeba. Jeśli więc ktoś, kogo poglądy są mi bliskie, poprosiłby mnie o wsparcie, to pewnie bym się zgodził.

Syna znajomych, czyli Rafała Trzaskowskiego, w wyborach na prezydenta Warszawy?

Gdybym był z Warszawy, to bym na niego głosował. Wspierałem go w kampanii, gdy kandydował na europosła. To bardzo mądry młody człowiek. Jestem całym sercem za nim.

Więc uważa pan, że artyści, w tym aktorzy, powinni zabierać głos w takich sprawach?

Nie wiem, czy mają aż taki wpływ na obywateli, ale nie uważam, że powinni od tego stronić.

A jak ma się dziś dziedzina najbliższa pana sercu, czyli kultura?

Resort kultury nie jest zasiedlony przez najmądrzejszych ludzi. Kultura natomiast zawsze dawała sobie radę, nawet w czasach, kiedy próbowano podporządkować ją jedynie słusznej linii partyjnej. Ja się o nią specjalnie nie martwię, bo czy będzie taki, czy inny minioster kultury, to nie ma większego znaczenia.

A jak sprawdza się, według pana, minister Gliński?

Jest, moim zdaniem, jednym z najgorszych ministrów, jakich miałem okazję obserwować w swoim długim życiu, wliczając w to wszystkich ministrów kultury w PRL-u, w tym jednego z najlepszych w tym okropnym czasie dla Polski, czyli Józefa Tejchmę. To za jego czasów Wajda zrobił „Człowieka z żelaza” i „Człowieka z marmuru”.

Czego brakuje ministrowi Glińskiemu?

Wszystkiego. Inteligencji, charyzmy, uczciwości. Jest nijaki. Nie ma w sobie ani polotu, ani odwagi do podejmowania trudnych decyzji. Bardziej dba o to, co o nim pomyśli jego szef Jarosław Kaczyński, niż o to, co dobrego zrobić dla kultury. Ale to dotyczy chyba wszystkich resortów. A kultura da sobie radę i bez niego i z nim. Chociaż szkód narobił już sporo, a kto wie, co jeszcze przed nami.

Zastanawia się pan, jak pod nowymi rządami będzie działał PISF?

Pewnie będzie tak, że większe budżety będą miały te produkcje, które będą bliskie obozowi rządzącemu. Ale to już wiemy.

Pan na brak propozycji nie narzeka?

Mam ich dość dużo. Przychodzą z całej Europy, a to, że nie mam ich na przykład z TVP, to mnie jakoś specjalnie nie martwi, bo miałbym raczej kłopoty z tym, jak w grzeczny sposób odmówić. Mimo że odmówiłem występowania po aneksji Krymu na terenie obecnej Federacji Rosyjskiej, to Rosjanie znaleźli sposób, by ze mną pracować i ostatni film produkcji rosyjski-angielskiej z moim udziałem był kręcony na Łotwie.

Nie cieszyłby się pan, gdyby Jacek Kurski wyciągnął rękę na zgodę i powiedział: „Panie Danielu, zapraszam”?

Myślę, że nic takiego nie nastąpi. Nie szukam kontaktu z TVP. Miałem ostatnio propozycję udziału w „Pytaniu na śniadanie” i promocji najnowszego filmu”Studniówka”, w którym zagrałem. Odmówiłem, bo uważam, że chodzenie na Woronicza jest wstydem.

Zerka pan na to, co emituje TVP?

Bardzo lubimy z żoną oglądać stare polskie seriale i skoki narciarskie. Wiadomości nie oglądam. Programy informacyjne są w telewizji publicznej na haniebnym poziomie, więc przełączam na Polsat albo TVN. Podobnie jest niestety z radiową Trójką. Magda Jethon to nasza bliska koleżanka, bez niej Trójka to słaby program. Bez niej i wielu wybitnych dziennikarzy, którzy odeszli, albo których do tego odejścia nakłoniono.

Pan jest postrzegany jako ten, który stawia sprawy na ostrzu noża.

To był jeden skrajny przypadek. Mieliśmy z Anią Chodakowską zagrać w Teatrze Narodowym spektakl „Kwartet”. Wydawało się, że się dogadamy artystycznie, bo to znakomita aktorka. Ale nie da się próbować bez rozmów przy herbacie o tym, co się zdarzyło wczoraj albo co usłyszeliśmy w telewizji. Właśnie te rozmowy mocno nas poróżniły. Nie dało się dalej próbować.

Co, według pana, poza polityką należałoby zmienić w Polsce?

Od lat powtarzam, że należy usprawnić służbę zdrowia. Chociażby wprowadzić symboliczną opłatę za wizytę u lekarza, czy wypisanie recepty. W Czechach na przykład taki system dość dobrze funkcjonuje.

Będzie się pan przyglądał nowemu ministrowi zdrowia? Co według pana powinno być dla niego priorytetem?

No chociażby to, co powiedziałem przed chwilą. Ale nie sądzę, by miał odwagę. Zresztą może symboliczne nawet opłaty były by niekonstytucyjne. Konstytucja gwarantuje przecież bezpłatną opiekę zdrowotną.

A poza tym?

Oznakowanie polskich dróg! Jest ciągle skandaliczne. Dzięki temu mielibyśmy mniej ofiar na drogach. Próbowałem to wytłumaczyć ministrowi Nowakowi, ale zaraz po naszej rozmowie przestał być ministrem. Otrzymał ode mnie sześć stron odręcznie napisanych uwag, co jako kierowca widzę i co według mnie należałoby zmienić.

To może przekaże pan te notatki obecnemu ministrowi?

Niekoniecznie. Chociaż jako niegdyś kierowca rajdowy, w dodatku kierowca jeżdżący 50 lat bez wypadku, miałbym wiele do powiedzenia.

Odzyskał pan już prawo jazdy?

Będę je miał z powrotem za kilka miesięcy. Na razie moim kierowcą jest żona. Za swoją jazdę pod wpływem alkoholu przeprosiłem i nigdy już tego błędu nie popełnię. Radzę wszystkim, aby zanim wsiądą za kierownicę, kupili alkomat i sprawdzili, czy po wieczorze towarzyskim następnego dnia mogą prowadzić.

A co pan powie tym, którzy wysyłają pana na emeryturę albo do Skolimowa?

Dopóki mnie angażują, to się nigdzie nie wybieram. A do Skolimowa jeżdżę i odwiedzam znajomych.

Jak Pan wchodzi w ten Nowy Rok?

Mam dwie refleksje; wspaniałą i haniebną. Wspaniała to WOŚP Jurka Owsiaka, któremu należy się Pokojowa Nagroda Nobla.
Haniebna – to kwintesencja podłości europosła Czarneckiego w wypowiedzi na temat Pani Róży Thun. Podłości bronionej zawzięcie przez jego kolegów partyjnych i co gorsza, przez obecnego premiera. No ale: „Niech się rojami podli ludzie plemią, nie będę z nimi” Juliusz Słowacki.

http://film.dziennik.pl/news/artykuly/566608,rozmowa-z-aktor-daniel-olbrychski.html

WARUFAKIS: IMMANUEL KANT KONTRA ANGELA MERKEL

16 stycznia 2018

Janis Warufakis: Najlepszej znanej mi odpowiedzi na „świętą wojnę” między elitami Niemiec i Francji udzielił pewien Niemiec. Był to Immanuel Kant.

ATENY – Nim rozpoczął się rok 2016, niemal wszyscy w Europie już rozumieli, że europejskiego projektu nie da się ożywić bez radykalnych reform politycznych i instytucjonalnych. Jednak każdą poważną propozycję reform udaremniał odwieczny spór o to, co właściwie należy zrobić – spór, który dzisiejszy prezydent Francji Emmanuel Macron nazwał „świętą wojną” między elitami Niemiec i Francji.

A rok, który właśnie dobiegł końca i w którym prezydentura Francji przypadła politykowi cieszącemu się sympatią kanclerz Angeli Merkel, dowiódł, że tak naprawdę nie ma znaczenia, kto rządzi w Berlinie i Paryżu, ani jak kordialne są ich relacje. „Święta wojna” trwa nadal, nawet jeśli pociski, którymi jedna strona rozbija w pył propozycje drugiej, są owinięte w dyplomatyczny aksamit.

W samym centrum tej francusko-niemieckiej wojny leży fundamentalny konflikt między niemieckim przywiązaniem do tego, co słuszne a francuskim upodobaniem do redystrybucji. Na każdą propozycję francuskiego rządu gabinet Angeli Merkel ma jedną odpowiedź: wyliczenie, ile to będzie kosztować niemieckich podatników. Z kolei francuscy urzędnicy są zdania, że za każdą kontrpropozycją Niemiec, za gąszczem przepisów i regulacji, kryją się zakusy niemieckich elit, pragnących trwać w dobrobycie cudzym kosztem. Tymczasem – bo inaczej być nie może – Europa pogrąża się coraz głębiej w stagnacji i kompromituje się na oczach świata.

Możliwe, że Niemcy mają rację, upierając się przy tym, co słuszne, chociaż niekoniecznie w tym sensie, o jakim chodzi ich politykom. Osobiście nie mógłbym z czystym sumieniem poprzeć francuskich, włoskich czy greckich pomysłów na redystrybucję, jeśli naruszałyby one zasady słuszności. Bez wątpienia lepiej jest czynić to, co słuszne, niż czynić to, co niesłuszne, chociaż wygodne. Powstaje jednak pytanie: co jest słuszne? I jak dojść w tym względzie do zgody, skoro mamy tak odmienne interesy, usposobienia i uwarunkowania kulturowe?

Pewne jest jedno: nie dowiemy się, czego wymaga od nas „słuszność”, dopóki będziemy się kierować wyłączenie „interesami”. Europejski impas jest w dużej mierze efektem rozbieżnych pragnień, celów i niepokojów: z niemieckiego punktu widzenia obawy o naginanie zasad przez Greków i Włochów zawsze przeważą nad niepokojem Francuzów o to, że Niemcy budują w Europie swoje imperium. Z punktu widzenia Francuzów – odwrotnie. Jeśli jednak lęki i uprzedzenia prowadzą w ślepą uliczkę i nie wskazują właściwego kursu, to gdzie szukać drogowskazu?

„Wszyscy musimy wypełniać nasze obowiązki” – ta charakterystycznie niemiecka odpowiedź prowadzi donikąd, bo jeden spór zastępuje innym: o to, co jest naszym obowiązkiem. Każdy szaleniec u władzy był święcie przekonany, że wykonuje swój obowiązek. Zapytajmy więc: skąd wiedzieć, co jest moim obowiązkiem?

Na to pytanie lubią odpowiadać religie, ale tych odpowiedzi przyjąć nie możemy, pamiętając o straszliwych zbrodniach popełnionych przez fanatyków przekonanych, że wypełniają boską wolę.

Tak się składa, że najlepszej znanej mi odpowiedzi udzielił pewien Niemiec: Immanuel Kant. Zdaniem Kanta, który próbował zredefiniować etykę dla nowej ery społeczeństw rynkowych, nasz obowiązek można i należy wywieść z ludzkiej zdolności do racjonalnego myślenia. W dociekaniu tego, co jest naszym obowiązkiem, nie pomogą osobiste upodobania – te są zmienne i nie wskazują drogi ku szczęściu ani cnocie. Pomoże za to mechanizm logiczny, wspólny wszystkim ludziom.

Racjonalność oznacza coś więcej niż umiejętność użycia dostępnych środków do osiągnięcia założonych celów. Z tym radzą sobie znakomicie wszystkie zwierzęta. Jeśli człowiek jest wyjątkowy, jak twierdzi Kant, to dlatego, że w odróżnieniu od psów i kotów potrafi racjonalnie ocenić własne pragnienia. Umiemy zadać sobie pytanie: „Lubię X, ale czy powinienem?” Możemy też powiedzieć: „Mam obowiązek zrobić Y, chociaż konsekwencje Y mogą być dla mnie nieprzyjemne, biorąc pod uwagę, jak postąpią inni ludzie”.

Jeśli jednak cechą racjonalnego człowieka jest zdolność do kierowania się pobudkami wykraczającymi poza rachubę zysków i strat, to jak ustalić, co jest naszym obowiązkiem – w sposób bezstronny, wolny od osobistych względów i uprzedzeń?

Kant podsuwa swój słynny przykład: tym, co odróżnia człowieka od zwierząt, jest język. I chociaż okłamywanie innych ludzi nierzadko popłaca, to gdybyśmy kłamali nieustannie, język straciłby rację bytu. Racjonalni ludzie, konkluduje Kant, muszą rozumieć, że ich obowiązkiem jest powstrzymanie się od pewnych zachowań (tu: od kłamstwa), które, gdyby praktykowali je naraz, pozbawiłyby nas naszej najcenniejszej zdobyczy (języka).

Nie trzeba zatem odwoływać się ani do boga, ani do moralności, aby wykazać, że obowiązkiem człowieka jest mówienie prawdy. Wystarczy logiczne rozumowanie: świat, w którym wszyscy kłamią, to świat, w którym umiera ludzka racjonalność, bo nie ma racjonalności bez języka. Dlatego mówienie prawdy jest naszym racjonalnym obowiązkiem niezależnie od profitów, jakie w praktyce mogłoby nam przynieść kłamstwo.

Z zastosowania kantowskiej myśli do społeczeństwa rynkowego płyną fascynujące wnioski. Strategiczna obniżka cen wprowadzona po to, by wykończyć konkurenta, zdaje egzamin racjonalnego obowiązku (o ile cena towaru nie spada poniżej kosztów jego wytworzenia). Produkcja jak największej ilości dóbr za jak najniższą cenę to przecież święty Graal każdej ekonomii. Ale strategiczne obniżanie płac („uberyzacja” społeczeństwa) racjonalne być nie może, ponieważ prowadzi do katastroficznej zapaści przez zanik zagregowanego popytu.

Jeśli zaś spojrzymy na Europę, z zasady sformułowanej przez Kanta wynikają istotne obowiązki rządów i systemów politycznych. A Niemcy i Francja wyraźnie zaniedbują swoje obowiązki wobec dobrze funkcjonującej Europy.

Gdyby każda europejska gospodarka notowała taką nadwyżkę budżetową, jaką dziś cieszą się Niemcy (9% PKB) i gdyby każde państwo, każde przedsiębiorstwo i każde gospodarstwo domowe miało więcej oszczędności niż zobowiązań, kurs euro przebiłby sufit i zrujnowałby większość przemysłu wytwórczego w Europie. Gdyby zaś wszyscy notowali deficyty podobne do greckich czy włoskich, gospodarka Europy byłaby nie do odratowania.

Sztuka – i nasz racjonalny obowiązek – polega na prowadzeniu takiej polityki i tworzeniu takich instytucji, które będą sprzyjać zachowaniu równowagi wymiany towarowej i finansów. Ujmując to inaczej: nie da się, jak chcieliby Niemcy, czynić tego, co słuszne, bez takiej czy innej formy redystrybucji, która z pewnością naruszy interesy (dajmy na to) francuskiej lub niemieckiej oligarchii – zbyt rozleniwionej, by przyjąć do wiadomości, że Europy nie stać na jej dalsze utrzymywanie.

Krytycy tak sformułowanego niemieckiego pomysłu na reformowanie Europy mogliby zapytać: dlaczego właściwie ktokolwiek miałby postępować zgodnie z nakazami racjonalnego obowiązku zamiast uparcie kroczyć uświęconą ścieżką wąsko rozumianego własnego interesu? Jedyna rozsądna odpowiedź brzmi: ponieważ nie ma innej, prawdziwie racjonalnej drogi. Każda tak zwana alternatywa to zwykły… kant.

**
Janis Warufakis to były minister finansów Grecji i profesor ekonomii na Uniwersytecie w Atenach.

Copyright: Project Syndicate, 2018. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Marek Jedliński.

krytykapolityczna.pl

Deklaracja lekarza z Pomorza: Nie obsługujemy pacjentów PiS

Informacja na ten temat zawisła na drzwiach gabinetu Wojciecha Wieczorek, lekarza rodzinnego z Rumi.

W tym gabinecie nie obsługujemy pacjentów z PiS, ponieważ wyposażenie zostało zakupione z dotacji z funduszy WOŚP – tak dokładnie brzmi na kartce umieszczonej na drzwiach gabinetu.

Wojciech Wieczorek jest lekarzem NZOZ Panaceum w Rumi. Jego deklaracja spotkała się z ostrą krytyką. Wiele osób uważa, że w ten sposób łamie Kodeks Etyki Lekarskiej. Przypominają, że lekarz przed rozpoczęciem praktyki musi złożyć przyrzeczenie, którego jeden z punktów brzmi: „według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek”.

dziennik.pl

Poseł PO: Pokrzykujące panie z partii Razem na pewno zaostrzenia aborcji w Sejmie nie zablokują

oprac. Bartosz Dąbrowski, 16.01.2018

Marcin Kierwiński

Marcin Kierwiński (+Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

PO nie zachowała się jak powinna, ale to posłowie PiSu przegłosowali odrzucenie projektu Ratujmy Kobiety i przekazali do dalszych prac projekt zaostrzający prawo aborcyjne. Teraz trzeba rozmawiać, co zrobić, by w życie nie wszedł ten drugi – mówił w TOK FM Marcin Kierwiński z PO.

– Myślę, że z głosowania nad projektem Ratujmy Kobiety wyciągnęliśmy wnioski, choć jeszcze przed nami poważna rozmowa w ramach władz klubu – mówił Kierwiński w „Wywiadzie politycznym” TOK FM.

– A jakie to wnioski? – pytała prowadząca rozmowę Karolina Lewicka – Bo są pewne konsekwencje, oczywiście wobec trójki posłów (którzy głosowali za odrzuceniem projektu Ratujmy Kobiety – przyp. red.), wobec tych, którzy nie głosowali także mają być konsekwencje wyciągane. Ale ja pytam o wnioski, bo przypomnę dwa głosowania: rok 2014, kwestia uchylenia immunitetu panu ministrowi Kamińskiemu. Platforma Obywatelska: 7 osób przeciw, 16 wstrzymało się od głosu, 18 nie przyszło na głosowanie, w tym premier Donald Tusk. I przypomnę, że to ta partia, która obiecywała rozliczenie z rządami PiS z lat 2005-2007. Następne głosowanie? Dwa kanoniczne przykłady panie pośle, bo one naprawdę zostawiają duży znak zapytania. Zbigniew Ziobro, głosowanie ws. postawienia go przed Trybunałem Stanu 2015, zabrakło 5 głosów do 276 wymaganych, nie głosowali m.in. premier Ewa Kopacz, Radosław Sikorski czy Andrzej Biernat. Pytanie: dlaczego Państwo nie wyciągnęli wniosków z tych dwóch głosowań, po tym ostatnim Zbigniew Ziobro śmiał się wam w twarz mówiąc, że jesteście nieudacznikami – pytała Lewicka.

Czytaj też: Lempart: „Ktoś się naraził kobietom i poniósł konsekwencje”. W środę kolejny protest

Kierwiński odpierał, że przytoczone przez dziennikarkę przykłady są inne, niż ostatnie głosowania, bo inne były realia: wówczas PO miała większość, czyli od tej partii zależało, co będzie przegłosowane.

Teraz możemy sobie rozmawiać, że 60ciu posłów PiSu zagłosowało za skierowaniem projektu Ratujmy Kobiety do komisji, ale też 160 posłów PiSu zagłosowało przeciw. I jeśli ktokolwiek mówi, że jest winą Platformy, że ten projekt nie został skierowany do dalszych prac to jest to informacja nie do końca precyzyjna, powiem więcej: jest to informacja sprzeczna z prawami matematyki

– mówił Kierwiński i podkreślał, że najwięcej posłów spośród tych, którzy opowiedzieli się za skierowaniem tego projektu do dalszych prac to byli posłowie Platformy Obywatelskiej. I choć – jak mówił poseł PO – oczywiście bardzo niedobrze się stało, to teraz trzeba rozmawiać już nie o głosowaniu nad projektem Inicjatywy Polskiej.

To głosowanie odwraca uwagę od istotniejszego problemu: mianowicie od tego, że głosami PiSu do dalszych prac parlamentarnych skierowany został projekt, który naprawdę zagraża wolnościom kobiet. Przed nami naprawdę prawdziwa walka o to, żeby zachować kompromis aborcyjny, żeby nie zaostrzać prawa aborcyjnego

– mówił Kierwiński.

– A zauważył Pan protest przed Sejmem, ten sobotni? – nie odpuszczała Lewicka. – Tam między innymi Magdalena Malińska z „Razem” mówiła tak: nie spodziewałyśmy się niczego dobrego po partii rządzącej, ale zdradziła nas parlamentarna opozycja. Pani Anna Karaszewska z Komitetu Ratujmy Kobiety: opozycja parlamentarna zawiodła, jest niewydolna, nie reprezentuje nas. I powiem panu więcej: w środę będzie kolejny protest, będzie szedł tradycyjną trasą, sprzed Sejmu na Nowogrodzką ale będzie miał dwa przystanki: jeden przy siedzibie Platformy, drugi przy siedzibie Nowoczesnej – podkreślała dziennikarka.

– Ale czy chce pani powiedzieć, że jest czymś nadzwyczajnym, że partię polityczną krytykują inne partie polityczne? – pytał Kierwiński. – Środowiska skrajnie lewicowe, bo tak traktuję partię Razem poczuły wiatr w żaglach, poczuły, że mogą na tych kwestiach robić politykę i atakują opozycję. Ja się po nich niczego innego nie spodziewałem. Natomiast proszę też nie stawiać równości pod tym, że jeżeli coś uważa za słuszne partia Razem to od razu ma to być jakiś wyznacznik dla Platformy Obywatelskiej. Jesteśmy odrębną partią.

– Ale przecież to nie ja, Karolina Lewicka, mówiłam, o tym, że PO będzie głosować za projektem Ratujmy Kobiety, to mówili politycy Platformy Obywatelskiej – przypominała prowadząca rozmowę.

– I Platforma Obywatelska, w sile największej liczby posłów, zagłosowała za tym projektem – powtarzał Kierwiński. – Oczywiście, że  możemy rozmawiać o tych osobach, które nie były na tym głosowaniu, bądź o tych trzech osobach, które zagłosowały inaczej. Nie zmienia to faktu, że Platforma dołożyła największą cegiełkę do tego, by nad tym projektem nadal pracować. A my wszyscy toczymy taką dyskusję: jak to się fantastycznie stało, że Kaczyński i 60ciu pretorian Kaczyńskiego zagłosowali za tym projektem. Ale problem jest taki, że ten projekt został odrzucony głosami PiS, i trzeba to wyraźnie powiedzieć: głosami PiS ten projekt nie został skierowany do dalszych prac i głosami PiS do dalszych prac skierowany został projekt, który zaostrza prawo aborcyjne, i to jest przed nami, i nad tym warto się teraz zastanawiać, nie rozpamiętywać to głosowanie, bo za nie już przepraszaliśmy – mówił polityk PO.

Warto się zastanowić, co zrobić teraz, aby zablokować PiS przed zaostrzeniem prawa aborcyjnego, bo – proszę wybaczyć – pokrzykujące panie z partii Razem na pewno zaostrzenia aborcji w Sejmie nie zablokują

– mówił Marcin Kierwiński. Po chwili jednak postanowił złagodzić ton i ze swoich słów się wytłumaczyć. – Ja broń się panie Boże nie chciałem… Powiedziała pani o dwóch cytatach, stąd odniosłem się do tych cytatów, w żaden sposób nie chcę atakować tych pań, każdy z nas ma prawo do własnego zdania – dodał poseł PO.

Całej rozmowy posłuchasz tutaj:

TOK FM

Jerzy Surdykowski: Sedno demokracji

Demokracja wynika z umowy obywateli, nie z nakazu Bożego ani z jakiejkolwiek – uznanej za dogmat – ideologii.

Dlatego jest przedsięwzięciem świeckim. Religię traktuje przyjaźnie, ale nie opiera obowiązującego prawa na jednym z wyznań, nawet jeśli podziela je większość obywateli. Część z nich może przecież interpretować religię inaczej albo negować istnienie Boga. Demokracja dotyczy wszystkich, a nie tylko wiernych. Jeśli państwo narzuci prawo religijne, staje się despocją, nawet jeśli nadal pielęgnuje demokratyczną fasadę. Despocja nie potrzebuje bowiem obywateli, tylko poddanych. Obywatel ma rozum, wolną wolę i sumienie; nimi się kieruje, nie tylko regułami prawa. Poddany nie posiada takich walorów, a przynajmniej państwo ma go za niemoralnego głupka, któremu trzeba nakazać, co ma myśleć, co robić, w co wierzyć, i karać za odstępstwa. Państwo demokratyczne sięga po Dekalog jako podstawę prawa, ale tylko w zakresie zgodnie akceptowanym przez różne wyznania i ich interpretacje, a także niewierzących; tam, gdzie interpretacje są rozbieżne, ufa, że obywatelem pokieruje sumienie i ewentualnie dobra rada kapłana. Despocja mniema, że poddany jest z natury skłonny do złego, a okiełznać go może tylko policjant i prokurator pod okiem kościelnej albo ideologicznej hierarchii. Tak rosną despocje, tyranie i teokracje.

Nawet Stany Zjednoczone miały w swej historii taką pokusę. W purytańskich koloniach Nowej Anglii karano nie tylko złodziei, fałszywych świadków i morderców, ale też cudzołożników, łakomczuchów niedochowujących piątkowego postu i leniów nieobecnych na niedzielnym nabożeństwie. Może dlatego są one dzisiejszym supermocarstwem, bo nie zabrnęły na takie manowce.

Niedawno wybuchła awantura, bo minister Błaszczak splagiatował pamiętne słowa Joanny Szczepkowskiej: „właśnie skończył się komunizm”. Ale gdy w przyszłości będziemy wspominać, „kiedy w Polsce skończyła się demokracja”, to niedawne styczniowe dni 2018 roku okażą się bardzo poważną kandydaturą.

rp.pl

Brak Trybunału dla Ziobry rozzuchwalił partię rządzącą. Naprawimy to. Wywiad z Rafałem Grupińskim

Polityka to nie jest doraźna walka o własną pozycję. To walka o trwałość instytucji, które się stworzyło.

CM: Najczęstszy zarzut pod waszym adresem jest taki, że wobec PiS-u jesteście bezsilni. Nawet wasi wyborcy czy niepisowskie media mówią: „to przez was Kaczyński nami rządzi, przegraliście z nim w 2015 roku, minęły dwa lata i On ciągle rządzi”.

RG: Kiedy wracam myślą do 2015 roku, wydaje mi się mało prawdopodobne, by Platforma mogła rządzić przez trzecią kadencję, a potem przez czwartą i dłużej, a to – jak rozumiem – oddalałoby od nas zarzut „słabości”. Za rządzenie się płaci, szczególnie w czasach odbudowy społeczeństwa i państwa, a do tego w czasach globalnych kryzysów – finansowego czy uchodźczego. To, że PO straciło władzę po dwóch pełnych kadencjach nie było dla mnie zaskoczeniem. Niebezpieczne dla polskiej demokracji okazało się to, że najsilniejszą partią opozycyjną, a więc naszym zmiennikiem, było akurat PiS, i to pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego.

Może dałoby się tego uniknąć, gdybyście przez 8 lat rozliczyli Kaczyńskiego, Kamińskiego i Ziobrę za łamanie prawa w latach 2006-2007?

Akurat Grzegorz Schetyna i ja – będąc szefem klubu PO – o to zabiegaliśmy, ale nie mieliśmy do ich ukarania samodzielnej większości.

Donald Tusk osłabiał ten zapał, bo miał nadzieję, że w ten sposób będzie kontrolował konflikt i pozyskiwał umiarkowanych z prawicy. Przez jakiś czas pozyskiwał.

To prawda, jednak niepostawienie Kaczyńskiego, Kamińskiego czy Ziobro przed Trybunałem Stanu dało zarówno liderom, jak też partyjnym żołnierzom PiS-u poczucie bezkarności, co zaowocowało ich pełnym arogancji zachowaniem dzisiaj, kiedy zdobyli władzę. Proponowany przez nas Akt Odnowy Demokracji, przywracający obowiązywanie Konstytucji RP i znoszący ustawy, które Konstytucję łamią, zakłada też pociągnięcie do odpowiedzialności ludzi, którzy złamali zapisy Konstytucji.

Jeśli dożyjecie zwycięstwa.

Dożyjemy. A wracając do Pańskiego pierwszego pytania: być może – choć nie jestem tego wcale pewien – moglibyśmy utrzymać władzę w jakiejś koalicji, gdyby zmiana kierownictwa Platformy po wyjeździe Tuska do Brukseli odbyła się na drodze krótkiej, lecz autentycznej walki o przywództwo w partii, no i lewica nie popełniła tylu głupstw.

Czy rzeczywiście Schetyna zamiast Kopacz na czele Platformy, na rok przed wyborami, zapobiegłby porażce?

Schetyna, Kopacz, ktoś inny… ja nie krytykuję pani premier Ewy Kopacz, dzięki której PO zdobyło lepszy wynik, niż zapowiadały to ówczesne prognozy. Schetyna był wobec niej lojalny, a ona była i jest lojalna wobec Schetyny. Chodzi mi raczej o to, że gdyby następca Tuska nie był wówczas nieoficjalnie namaszczony, ale rzeczywiście wybrany – wymusiłoby to ożywienie Platformy na rok przed wyborami, wyartykułowanie przez uczestników mocnej wewnętrznej dyskusji nowych propozycji programowych, ba, pokusę rozliczenia błędów drugiej kadencji, pozyskanie zwolenników, także spoza partii, być może przyciągnięcie ludzi, którzy poszli do Nowoczesnej, zaproszenie do współpracy ruchów miejskich, tak jak to się częściowo udało w Poznaniu. A w konsekwencji, poprzez to ożywienie i pozytywny ferment, utrzymanie przy Platformie całego promodernizacyjnego i prodemokratycznego elektoratu.

Oznaką waszej słabości jest ucieczka oportunistów. Saryusz-Wolski, dwaj senatorowie, grupa samorządowców. Czy to krwawienie da się powstrzymać, kiedy Ziobro i Kamiński jeszcze mocniej przycisną, a Morawiecki będzie waszym ludziom machał przed nosem stanowiskami, kontraktami i plikami banknotów?

Nie boję się tego, że odchodzi Saryusz-Wolski czy jeszcze jakiś senator lub samorządowiec. W tym samym czasie więcej ludzi przychodzi do PO. W Poznaniu to są ludzie z rad osiedli, społecznicy, lekarze, dyrektorzy szkół. Zapisują się do opozycyjnej partii, bo chcą walczyć z PiS-em skuteczniej, niż tylko od czasu do czasu uczestnicząc w „łańcuchu światła”.

Saryusz-Wolski, dwaj senatorowie, a teraz troje znanych konserwatywnych posłów, których właśnie wyrzuciliście z partii i mogą pójść do Kaczyńskiego, a po drugiej stronie aktywiści z rad osiedlowych – to nie brzmi przekonująco.

Wręcz przeciwnie, jeśli ci ludzie przychodzą do Platformy dzisiaj, kiedy nie jesteśmy partią władzy, ale znaleźliśmy się pod ostrzałem. Zakorzenienie się wśród ludzi jest kwestią życia i śmierci, nie tylko naszej partii, ale całej demokratycznej Polski. Każdy taki działacz lokalny, który dzisiaj do nas przychodzi jest dla mnie ważniejszy i bardziej wartościowy, niż Jacek Saryusz-Wolski, który był w AWS, kiedy AWS rządziło, był w PO, kiedy PO rządziło, a teraz jest w PiS-ie, kiedy PiS rządzi. Ja nie martwię się tym, że ktoś odchodzi z ciągle blisko 40-tysięcznej Platformy. To jest oznaką słabości tych ludzi, a nie PO. Potrzebni nam są ludzie 100-procentowo pewni, którzy świadomie wybierają partię dziś opozycyjną. Szczególnie w wyborach lokalnych, aby – kiedy już zostaną wybrani – nie zaczęli zmieniać barw partyjnych przy tworzeniu koalicji w radach miast czy gmin…

…bo Ziobro pogrozi im paragrafem, a Morawiecki pomacha banknotem? Po wyborach samorządowych oni wciąż będą mieli rząd.

W praktyce wygląda to tak, że najczęściej grożą wyrzuceniem z pracy kogoś z rodziny albo oferują zatrudnienie. Ludzie, którzy dziś zapisują się do PO wiedzą, na co się piszą.

Jeszcze o waszym krwawieniu – kiedy ono jest jest czyszczeniem szeregów, a kiedy zaczyna zagrażać przetrwaniu partii?

Jak na sytuację, w której dzisiaj jesteśmy – tzw. sondaże czy ciągłe dokuczanie nam przez komentatorów, że nie potrafimy zrobić niczego, żeby już dziś, w połowie kadencji, PiS przestał rządzić, no i jak na szantaże Kamińskiego i Ziobro – trzymamy się dobrze. Krwawienia czy wręcz krwotoki były większe w PiS-ie, gdzie przez dwie kadencje pozostawania tej partii w opozycji odchodziły z niej całe środowiska – Polska XXI, PjN, Ziobryści, kluczowi PR-wcy Kaczyńskiego, część z nich zresztą pukała do nas.

I otwieraliście.

Moim zdaniem dobrze, że nie wpuściliśmy wszystkich, którzy pukali, bo wielu z nich później znów prosiło o łaskę Kaczyńskiego. I dziś byliby łatwym celem.

Czy nie jest oznaką słabości kierownictwa partii, kiedy nie jest w stanie zdyscyplinować europosłów albo klubu w Sejmie do jednolitego głosowania? Czy Schetyna jest słabszy, niż Tusk, czy może kierownictwo partii opozycyjnej zawsze jest wobec swoich członków słabsze, niż kierownictwo partii rządzącej?

Pamiętam dziennikarzy polujących na autobusy z konserwatywnymi posłami i posłankami PO przyjeżdżającymi do Kancelarii Premiera na niekończące się spotkania, gdzie Donald Tusk i ja jako szef klubu próbowaliśmy ich dyscyplinować. Byliśmy wtedy u władzy, ale też zawsze ktoś się wyłamywał. W sprawie in vitro, aborcji itp. Najlepszy wynik to było czworo posłów nie przestrzegających dyscypliny klubowej – ta sama trójka, która została teraz wyrzucona z partii i jeszcze posłanka Lidia Staroń. Do tego wielu i tak wstrzymujących się czy niegłosujących. Mając silne skrzydło konserwatywne, zawsze mieliśmy ten problem. Przez dłuższy czas zarządzał tym skrzydłem Jarosław Gowin, który nie budował siły partii, ale własną pozycję. W zamian za obietnicę dyscyplinowania konserwatystów dostał nawet od Tuska Ministerstwo Sprawiedliwości. My dziś takich haraczy nie płacimy, nie dlatego, że nie mamy czym płacić (śmiech), lecz dlatego, że wolimy stawiać na szczerą i pogłębioną rozmowę.

Więc czemu konserwatyści mają się dyscyplinować? I czemu, z drugiej strony, w Parlamencie Europejskim mają się dyscyplinować Róża Thun czy Michał Boni?

W opozycji jest trudniej o dyscyplinę, a ona i tak najczęściej jest daremna, gdyż mniejszości z natury rzeczy brakuje głosów. To stara prawda, dlatego uważam, że nie powinno się straszyć, lecz dyskutować, tłumaczyć ludziom, czym jest czysta polityka, czym ona się różni od spraw naprawdę tożsamościowych, od światopoglądowych decyzji. Żebyśmy – jako partia centrowa i wielonurtowa – nie dali się Kaczyńskiemu wciągnąć w pułapkę i skłócić.

„Wielonurtowość” to słabe alibi, kiedy nie potrafi się narzucić dyscypliny w kluczowych głosowaniach – najpierw w europarlamencie, teraz w Sejmie.

W Parlamencie Europejskim to była trochę inna sytuacja. W najbardziej antypisowskiej części naszego elektoratu ta szóstka, która zagłosowała za rezolucją EP dała nam plusy, choć wszyscy powinni postąpić zgodnie z decyzją klubu. Zarazem nasz bardziej umiarkowany elektorat rozumiał doskonale stanowisko większości, która się wstrzymała. Jeśli chodzi o ostatnie głosowania w Sejmie, mogę tylko powtórzyć, że naszą siłą jest szerokość dotarcia do różnych nurtów polskiego centrum. My nie chcemy się zawęzić do dawnego KLD albo ZChN, bo w ten sposób ani nie można sensownie rządzić Polską z centrum, ani nie można pokonać PiS-u.

Wyrzuciliście konserwatystów, których Tusk nie wyrzucał.

W sytuacjach granicznych trzeba to robić wobec jednych i drugich, bo inaczej partia się rozpadnie lub po prostu rozejdzie w szwach.

Inny aspekt waszego „grzechu słabości”. Czy będąc w opozycji potraficie obronić przed represjami zarówno ludzi uczestniczących w ulicznych protestach, jak też waszych działaczy – przed Ziobrą, przed Kamińskim, teraz jeszcze przed Brudzińskim? Podstawili wam nogę w Szczecinie, kiedy mieliście ogłosić kandydatów PO i Nowoczesnej w wyborach do władz miasta. Po przejęciu przez Ziobrę sądów dostaną cały „proces technologiczny” umożliwiający stosowanie „aresztów wydobywczych” wobec opozycji.

Pomysły prokuratorów Ziobro, kajdanki, kamery Jacka Kurskiego o 6.00 rano – na to nie poradzimy, ale to nie musi być wcale oznaka słabości. Byłoby naszą słabością, gdyby były uzasadnione przyczyny aresztowań.

Dla wielu ludzi przed telewizorami, człowiek idący za kraty, nawet bez sądu, to na pewno złodziej. A poza tym – jesteście pewni uczciwości każdego z waszych ludzi?

Wielu ludzi z wielotysięcznej rzeszy członków PO rządziło na poziomie centralnym albo lokalnym. Nie można być pewnym w każdym wypadku. Ale gdyby Kaczyński był tak przekonany o naszym zepsuciu, nie brałby do walki z nami Mariusza Kamińskiego, który sam nie przestrzega żadnych ograniczeń prawa i został za to skazany. Nie pozwalałby prokuratorowi Ziobro zniszczyć niezawisłych sądów, bo niezawiśli sędziowie uchylali wnioski prokuratury o aresztowania polityków opozycji. Uważali, że nie ma tam żadnych dowodów. Z drugiej strony nie wiemy, jak długo i na kogo zastawiana jest pułapka. Na Beatę Sawicką polowano przez ponad rok. Stworzono fikcyjny kurs do rad nadzorczych spółek, a potem rozkochiwano ją w agencie. Dziś ich możliwości są nieporównanie większe, a ograniczenia żadne. CBA traktowana jest przez Kaczyńskiego i Kamińskiego jak klasyczna policja polityczna. Naszą siłą będzie wyłącznie uczciwość naszych ludzi. A jeśli chodzi o uczestników antypisowskich protestów, to działa nasze Biuro Interwencji Obywatelskiej. Pomagamy prawnie, współpracują z nami świetni adwokaci. Tyle, że spraw niepokojąco przybywa w miarę, jak ta władza ośmiela się coraz bardziej.

Ostatecznym sprawdzianem siły partii są wybory – nie sondaże, ale wyniki. Jeśli Kaczyński nie rozpisze przedterminowych wyborów parlamentarnych, żeby się pozbyć z Sejmu ludzi Macierewicza, to pierwsze będą wybory samorządowe. Jakie są dla was kryteria wygranej, przegranej, czy remisu dającego szansę przetrwania?

Prognozy mówią dzisiaj o wyniku 8-8 na poziomie województw. Osiem koalicji z naszym udziałem kontra osiem koalicji z udziałem PiS. Moim zdaniem, naszym sukcesem byłoby obronienie 10-12 sejmików, choć w tej atmosferze, przy używaniu przez PiS resortów siłowych i propagandy, każde 8 plus będzie sukcesem. Do tego nie oddanie PiS-owi żadnego z dużych miast.

PiS wygra jako partia, szczególnie jeśli nie będziecie mieli wspólnej listy z Nowoczesną.

Już wybory do sejmików w 2014 roku wygrali z nami o 0.6 procenta. Ale nie zdobyli żadnego województwa, poza Podkarpaciem. Teraz zwycięstwo ich logo partyjnego może być przez nich propagandowo wykorzystane, ale w samorządach liczy się rządzenie miastami i województwami. Politycznym sukcesem demokratycznej Polski będzie, jeśli uda nam się stworzyć wspólne listy z Nowoczesną. To jest także w interesie Nowoczesnej, bo w wielu województwach czy miastach oni nie są w stanie skutecznie wystartować samodzielnie, a dzięki koalicji z nami mieliby radnych wszędzie tam, gdzie odnieślibyśmy wspólny sukces. Wciąż próbujemy namówić PSL do wspólnych list w sejmikach wojewódzkich. Jeśli się nie uda, będzie to zły prognostyk dla przyszłości ludowców. Jeśli PSL-oberwie w wyborach samorządowych lub osłabiony wejdzie, nie daj Boże, na wschodzie Polski w koalicje z PiS-em, będzie miał o wiele gorszą pozycję wyjściową do wyborów parlamentarnych. A nie wiem, nie rozumiem, dlaczego koledzy ludowcy uważają, że jeśli będą się od nas dystansować, to najbardziej radiomaryjni wiejscy proboszczowie przerzucą poparcie z PiS-u na nich. Nie przerzucą.

A może wobec zużycia PO przez osiem lat rządów, rzeczywiście, jak mówi wielu komentatorów – „stworzyć coś zupełnie innego”? Może nowe pokolenie potrzebuje nowej partii, także liberalnej?

Ja wierzę w trwałość instytucji. To ogromna, skrajnie niedoceniana w Polsce wartość. Jeśli Platforma powstała zaledwie kilkanaście lat temu, naszym zadaniem jest zrobienie wszystkiego, nawet radykalne zmienianie jej i reformowanie, ale tak, aby przetrwała następne 100 lat. Platforma to nie są wyłącznie ludzie – był Olechowski, nie ma Olechowskiego, a PO przetrwało, był Płażyński, Gilowska, Rokita… PO przetrwało ich odejście. Był Tusk, nie będzie Tuska, a PO będzie trwać jako partia, która zagospodarowuje środek polskiej sceny politycznej, raz będąc u władzy, a raz w opozycji.

Jest Schetyna, nie będzie Schetyny?

…Platforma też będzie trwać, zresztą to jest również stanowisko Grzegorza. Dlatego nie opuścił PO, kiedy przestał być sekretarzem generalnym, kiedy wielu w partii go atakowało i starało marginalizować. Uważał, że Platforma jako instytucja jest wartością bez względu na to, czy on jest jej sekretarzem generalnym, czy szeregowym posłem, czy kimś mającym silną frakcję…

…czy kimś tropionym i wypychanym przez Tuska?

Uznanie przez niego partii za wartość było jednym z powodów, dla których później ludzie PO zaufali Schetynie. Dlatego ja mam dosyć użerania się z komentatorami, którzy prześcigają się w dobrych radach w rodzaju: „trzeba stworzyć coś nowego, Platforma istnieje już tyle lat, wszyscy się znudzili”. Nie jesteśmy państwem i społeczeństwem wielu instytucji o trwałych podstawach i zasadach istnienia, jesteśmy raczej instytucjonalną pustynią. Mamy zresztą podstawowy, wręcz cywilizacyjny kłopot z długim trwaniem nie tylko instytucji, lecz także tożsamości, idei, społecznej pamięci. Owa instytucjonalna tymczasowość nie dotyczy wyłącznie partii politycznych, lecz wszystkich instytucji – redakcji czasopism, szkół, galerii, instytucji eksperckich, stowarzyszeń, banków, przedsiębiorstw, firm rodzinnych. Ciągłość instytucji to wartość, a nie przeszkoda. To jest credo „instytucjonalnego konserwatyzmu” Platformy, obok liberalnego szacunku dla wolności jednostki czy wrażliwości społecznej. Jeśli ktoś powie, że to mało atrakcyjne, przypomnę, że polityka ma inne kryteria. To nie jest cyrkowa arena, to nie jest doraźna walka o własną pozycję. To przede wszystkim walka o trwałość instytucji, które się stworzyło, na czele z wolnym Państwem. Naszym obowiązkiem jako pokolenia, które przeżyło stan wojenny, upadek PRL-u, które rozpoczynało na instytucjonalnej pustyni, gdzie nic nie utrzymywało się dłużej przy życiu, a ciągłość chociażby własności prywatnej została dawno zerwana, jest pozostawienie przyszłym pokoleniom trwałych instytucji, w tym także Platformy Obywatelskiej. A przede wszystkim odrodzonej z obecnych popiołów trwałej demokracji.

Rozmawiał Cezary Michalski

crowdmedia.pl

Czy Kaczyński wie, że Orban go okłamuje? Perfidna gra premiera Węgier

Czy Kaczyński wie, że Orban go okłamuje? Sprytna gra premiera Węgier

Fot. Shutterstock

Wiemy nie od dziś, że politycy kłamią. Niektórzy kłamią w sposób wyszukany, inni bezczelnie prosto w oczy. Na naszym krajowym podwórku kłamstw tego drugiego rodzaju było w ostatnich dwóch latach bez liku – Antoni Macierewicz nie będzie szefem MON, wprowadzony zostanie pakiet demokratyczny dla opozycji, sądy będą wydajniejsze, czy że w Polsce nie ma problemu rasizmu i ksenofobii. Jaki koń jest, każdy widzi – zresztą Prawo i Sprawiedliwość przy pomocy tych bezczelnych kłamstw buduje swoją polityczną pozycję i co najgorsze robi to bardzo skutecznie.

Okazuje się jednak, że bezczelnie i to prosto w oczy okłamuje Jarosława Kaczyńskiego oraz opinię międzynarodową jedyny obecnie sojusznik Polski w starciu z Unią Europejską czyli Viktor Orban. Co gorsza, okłamuje Kaczyńskiego w kluczowej kwestii przyjmowania uchodźców z Afryki czyli kwestii, w której wspólny przeciw na unijnych salonach był przez ostatnie miesiące najsilniejszy i najbardziej cementujący współpracę z pozostałościami po Grupie Wyszehradzkiej. Jeszcze niedawno w niemieckim tabloidzie “Bild” Viktor Orban mówił językiem polskich narodowców, że nie postrzega tych ludzi jako uchodźców, ale jako muzułmańskich najeźdźców i dlatego rządzone przez niego Węgry nie zgodzą się na przyjęcie 1 tys. 294 uchodźców. Dziś, po opublikowaniu danych ONZ-owskiej agendy ds. uchodźców UNHC wiemy już, że w całym ubiegłym roku Węgrzy pozytywnie zaakceptowali 1 tys. 291 wniosków azylowych (głównie od Afgańczyków, Irakijczyków i Syryjczyków) a Orban w kolejnym wywiadzie, tym razem dla dziennika “Welt am Sonntag” deklaruje gotowość przyjęcia kolejnych. Sprzeczność? Ależ oczywiście – ale niebywale opłacalna.

Tym jednak diametralnie różni się rząd Viktora Orbana od rządu Jarosława Kaczyńskiego (nie warto przecież udawać, że Beata Szydło lub Mateusz Morawiecki mają tu coś do gadania). Premier Węgier swoje bezczelne kłamstwa kieruje do brukselskich elit i liderów politycznych innych państw, jednak jednocześnie rozumie, że teatr jaki przed nimi odgrywa pozostaje teatrem a prawdziwa polityka to umiejętność zawierania rozsądnych kompromisów. Te z kolei są możliwe, gdy zarówno jedna jak i druga strona jest gotowa do ustępstw. Viktor Orban owszem okłamuje międzynarodową społeczność, że uchodźców traktuje jako zło wcielone, jednak rozumie prostą zależność, że jeśli od UE chce cokolwiek ugrać, to musi otworzyć swoje dla nich granice swojego kraju (nawet jeśli na własnych, restrykcyjnych warunkach). Stawką są bowiem miliardy euro z unijnego budżetu, o które lada moment rozpocznie się walka i polityczne targi. 

Jarosław Kaczyński natomiast najwyraźniej nie zorientował się, że jego ostatni sojusznik w UE, od którego zależy los polskiego głosu w Radzie UE jest tak perfidnym łgarzem. W wyścigu po unijne środki Węgry są bowiem dla Polski konkurencją, którą wciągając do anty-uchodźczej koalicji Orban zdecydowanie osłabił przed ostatecznymi negocjacjami budżetowymi. Co więcej, przekonując rząd w Warszawie by trwał w swoim postanowieniu o kategorycznym trzymaniu się sprzeciwu wobec przyjęcia choćby jednego uchodźcy spośród zadeklarowanych przez poprzedni rząd 7 tys. pozostawił Polskę na straconej pozycji, z której dziś nie za bardzo jest dobre wyjście.

A skoro okazuje się, że Orban nie ma żadnych oporów, by kłamać prosto w oczy w sprawie uchodźców i zmieniać o nich zdanie o 180 stopni w ciągu zaledwie jednego tygodnia, to skąd w PiS tak duże przekonanie, że jego (niebezpośrednie warto zaznaczyć) deklaracje w sprawie weta do unijnych sankcji na Polskę również nie są objazdowym teatrem? Gdy cena wycofania jego sprzeciwu w sprawie art. 7 będzie wystarczająco wysoka, z pewnością nie zawaha się wybrać rozwiązanie korzystniejsze dla Budapesztu. Bo on w nim Warszawy nie zamierza urządzać.

Źródło: GW

crowdmedia.pl

Zachodnie media: groźba pozbawienia Polski prawa głosu „może być bombą atomową”, która „rozsadzi UE”

Premier Morawiecki odziedziczył „jedną z najbardziej potencjalnie wybuchowych sytuacji w Europie” jaką jest spór Polski z Komisją Europejską o kształt polskiego sądownictwa – stwierdza w poniedziałek komentator dziennika Wall Street Journal w portalu tego dziennika.

Simon Nixon, komentator spraw europejskich dziennika Wall Street Journal, najpoczytniejszego dziennika Stanów Zjednoczonych, zwraca uwagę, że „trudno sobie wyobrazić spór, którego stawka jest wyższa od stawki trwającego od dwóch lat konfliktu Polski z Unią Europejską„.

Wszczęta przeciw Polsce procedura na podstawie Artykułu 7 Unii Europejskiej – jak wyjaśnia Nixon – jest pierwszą taką procedurą przeciw państwu członkowskiemu UE jaką wszczęła Komisja Europejska w swojej historii.

Nixon wskazuje, że przewodniczący Rady Europy i były premier Polski Donald Tusk w ubiegłym tygodniu ostrzegł, że procedura na podstawie Artykułu 7 może doprowadzić do opuszczenia Unii Europejskiej przez Polskę.

Komentator konserwatywnego dziennika cytuje – bez ujawnienia nazwiska – opinię wysokiej rangi przedstawiciela polskich władz, którego zdaniem groźba pozbawienia Polski prawa głosu w Unii Europejskiej „może być bombą atomową”, która „rozsadzi Unię Europejską”.

Celem misji Morawieckiegp – stwierdza Nixon – jest rozbrojenie tej bomby bez jednoczesnego rozmontowania reformy sądownictwa w Polsce, która jak utrzymuje rządząca partia PiS, jest niezbędna aby odbudować zaufanie społeczeństwa do sądownictwaPolskie sądownictwo  – dodaje Nixon – nie zostało poddane żadnym reformom od czasu upadku komunizmu.

Aby zrealizować ten cel premier Morawiecki „musi przekonać przynajmniej 6 z 27 państw członkowskich”, żeby głosowały przeciw zaleceniom KE, kiedy sprawa będzie dyskutowana przez Radę Europy, prawdopodobnie już w marcu b.r.

Zdaniem komentatora nowojorskiego dziennika polski premier zamierza użyć dwóch argumentów aby przekonać inne państwa UE, by poparły stanowisko Polski.

Pierwszym argumentem, zdaniem Nixona, jest przekonanie innych państw członkowskich, że traktaty założycielskie Unii Europejskiej nie dają KE prawa dyktowania państwom członkowskim w jaki sposób organizować swoje sądownictwo.

Zgoda na taki dyktat przez inne państwa UE stanowiłaby niebezpieczny precedens, stawiający organy UE ponad rządami państw członkowskich Sojuszu – wskazuje komentator Wall Street Journal.

Drugim argumentem, jakiego zamierza użyć premier Morawiecki, jest przekonanie innych państw członkowskich, że KE źle zrozumiała reformy sądownictwa w Polsce.

Zdaniem Nixona „konstytucyjna zasada, że tylko sędziowie mogą wybierać sędziów – wprowadzona po upadku komunizmu w Polsce w roku 1989 w celu zapobieżenia możliwości, aby sądy kiedykolwiek w przyszłości były użyte przez władze do terroryzowania społeczeństwa – doprowadziła w rezultacie do powstania wpływowej, prawie dziedzicznej kasty, która obejmuje ponad 100 (nadal – PAP) aktywnych sędziów odpowiedzialnych za zbrodnie w okresie komunizmu i nadal ochrania (przed odpowiedzialnością – PAP) byłych komunistów”(podkreślenie PAP).

Nixon, dziennikarz, który w przeszłości w swojej serii komentarzy „Europe File” (pol. Europejskie Archiwum) często wykazał rzadkie na Zachodzie zrozumienie problemów państw dawnego bloku sowieckiego, nie wyklucza możliwości kompromisu w sporze Polski z UE.

Zdaniem komentatora WSJ takim kompromisem byłoby przekonanie przez polskiego premiera innych przywódców UE, aby nie przeprowadzali żadnego głosowania w ramach procedury na podstawie Artykułu 7, a Rada Europy przedstawiła swoje własne zalecenia, rezygnując z „atomowej bomby” jaką byłaby groźba zawieszenia praw członkowskich Polski w UE.

W ten sposób – zdaniem Nixona – zarówno Bruksela jak i Warszawa mogłyby ogłosić „pewnego rodzaju zwycięstwo”. Premier Morawiecki – jak wskazuje już na wstępie swojego komentarza Simon Nixon – w „tej herkulesowej ofensywie” nie jest pozbawiony atutów.

Polski premier, oprócz odziedziczenia „jednej z najbardziej potencjalnie wybuchowych sytuacji w Europie”, odziedziczył także dynamicznie rozwijającą się gospodarkę, finanse publiczne w świetnym stanie oraz 20 punktową przewagę w sondażach opinii publicznej”.

dziennik.pl

„FT”: Bitwa dotycząca Polski przekształca się w przykładowy test siły populizmu

Spór z Polską jest „największym testem” dla Unii Europejskiej, a Polska i Węgry stawiają Wspólnotę przed „bardziej fundamentalnymi pytaniami” niż Brexit – ocenia w poniedziałek znany komentator „Financial Times” ds. polityki zagranicznej Gideon Rachman.

Polsce zaczęła się druga wojna światowa i upadek komunizmu, teraz spór Warszawy z Brukselą może prowadzić do kolejnego przełomowego momentu w europejskiej historii politycznej – pisze Gideon Rachman.

„Bitwa dotycząca Polski przekształca się w przykładowy test siły populizmu – nie tylko w Europie, ale na świecie” – ocenia publicysta. Lecz zastrzega też: „ci, którzy mają nadzieję na to, że Unia Europejska wygra to decydujące starcie z populistycznym autorytaryzmem w Polsce mogą być zawiedzeni (…). Połączenie polityki i strategicznych rozważań mogą doprowadzić do niechlujnego kompromisu”.

Rachman przypomina, że mimo szeregu zastrzeżeń – dotyczących między innymi mediów publicznych – główną przyczyną sporu pomiędzy Warszawą a Brukselą jest reforma sądownictwa.

Komisja Europejska długo ociągała się z podejmowaniem kroków wobec Polski. Wie bowiem, że w wielu ważnych obszarach nadal pozostaje ona prawdziwą demokracją. Państwowa telewizja przypomina kiepski żart, ale nadal istnieją silne, niezależne media i pełne energii partie opozycyjne. Rząd zaczął jednak utrudniać życie niezależnym mediom i naciskać na +reformy+ prawa wyborczego, które budzą obawy o uczciwość nadchodzących wyborów” – wylicza Rachman. Zdaniem komentatora unijne władze „uznały, że muszą w tym miejscu postawić granicę”.

Jeśli bowiem UE nie zareaguje, „to zostanie oskarżona o ignorowanie zagrożenia dla demokracji i rządów prawa”. Z drugiej strony, jeżeli podejmie kroki przeciw Warszawie, to polski rząd będzie „utrzymywać, że zagraniczni biurokraci próbują podkopać niezależność Polski” – ostrzega Rachman.

Przypomina, że „Węgry – które też osuwają się w kierunku autorytarnego populizmu – zagroziły, że zawetują każdy ruch przeciwko Polsce”. „Takie rozwiązanie sprawiłoby, że UE wyglądałaby na bezsilną, podzieloną i niezdolną do obrony swoich wartości” – ocenia. Zdaniem Rachmana polski rząd może oskarżyć unijnych przywódców o niesprawiedliwą krytykę, biorąc pod uwagę fakt, że „węgierski rząd Viktora Orbana poszedł jeszcze dalej, jeśli chodzi o podkopywanie niezależności mediów i sądów, ale uniknął bycia na cenzurowanym”.

„Jednym powodem może być to, że UE zwyczajnie zaspała, kiedy (premier Viktor) Orban podejmował decyzje, ale bardziej przykre wytłumaczenie jest takie, że podjął on środki ostrożności, zachowując członkostwo Fideszu w Europejskiej Partii Ludowej (EPL), która jest głównym ugrupowaniem w Parlamencie Europejskim. W rezultacie ma wpływowych przyjaciół w Niemczech” – wyjaśnia publicysta.

„Argument polskiego rządu, że jest na cenzurowanym ze względu na swój kulturowy konserwatyzm i krytykę UE może stworzyć wystarczającą zasłonę dymną, by przysłonić oczywiste zagrożenie dla praworządności w Polsce. W połączeniu z szerszymi naciskami geopolitycznymi może to skłonić Brukselę i Warszawę do kompromisu” – ocenia Rachman.

Pisze też, że „kompromis może być już przygotowywany”, i przypomina, że w Polsce w ramach rekonstrukcji rządu „usunięto niektórych ludzi, którzy byli uznawani w Brukseli za szalonych”, a wstępne rozmowy między obiema stronami o wyjściu z impasu odbyły się w dobrej atmosferze. Jak dodał, w Warszawie mówi się coraz głośniej o scenariuszu, w którym polski rząd zgodziłby się na drobne ustępstwa w nadziei, że to uspokoi obawy KE.

Unia Europejska, która jest już wystarczająco zajęta reformą strefy euro i Brexitem, może się skłaniać do przyjęcia gałązki oliwnej oferowanej przez Polskę, ale to byłoby błędem. Pytania, przed jakimi Polska i Węgry stawiają Unię, są tak naprawdę bardziej fundamentalne niż problemy wynikłe z Brexitu, bo kwestionują fundamenty UE jako wspólnoty demokratycznych, funkcjonujących zgodnie z prawem państw” – podsumowuje Rachman. I konkluduje: „jeśli UE uchyli się teraz od (rozwiązania) polskiej kwestii”, to problem ten będzie prześladował Unię w przyszłości.

 

dziennik.pl

%d blogerów lubi to: