Dlaczego Duda cierpi na bezsenność? Wyniki sondażu dużo mówią

Nocne korespondencje Andrzeja Dudy z Ruchadełkiem leśnym mogą być spowodowane jego strachem przed Trybunałem Stanu.

Strachem podszyte jest jego zachowanie publiczne, aż nadto nienaturalne, przesadzone. A jeżeli dodamy do tego sztampową retorykę, a więc braki intelektualne, to mamy taki, a nie inny obraz dysfunkcji głowy państwa – Adriana.

Już dzisiaj wyniki sondażu dla Dudy są niekorzystne, a gdy PiS odda władzę i opadnie z Dudy blichtr funkcji będą jeszcze gorsze. I postawiony Duda przed Trybunałem Stanu nie dostanie wsparcia protestującego społeczeństwa obywatelskiego, acz niektorzy takie coś, jak Kluby Gazety Polskiej nazywają li tylko szujnią.

Duda wszak może stanąć przed TS choćby za to, że wbrew prawu ułaskawił Mariusza Kamińskiego, faceta z 3,5 letnim wyrokiem nieprawocnym, bez zawiasów. Na miejscu Kamińskiego przygotowywałbym się na kraty, bo w Polsce kiedyś prawo będzie funkcjonować, a po orzeczeniu Sądu Najwyższego wyrok na Kamińskiego stał się prawomocny, bo zrzekł się apelacji. I nie pomoże kasacja.

Badania na zlecenie Wirtualnej Polski, kto w sprawie ułaskawienia Kamińskiego ma rację, ankietowani poparli Dudę w 15 proc., a Sąd Najwyższy w 42 proc.

Polacy więc niespecjalnie dają się robić w bambuko.

Czy Kamiński powinien się podać do dymisji? – to drugie z czterech pytań ankiety. 51 proc. uważa, że Kamiński powinien być wykopany (pośrednio iść do pierdla, bo kto chce rządów kryminalisty), a w obronie Kamińskiego staje tylko 18 proc.

Ankietowani wypowiedzieli się w kluczowej kwestii, czy za Kamińskiego Duda powinien stanąć przed Trybunałem Stanu. Otóż tak – odpowiedziało 36 proc. W obronie Dudy tylko 29 proc., czyli tyle, ile dzisiaj PiS uzyskuje w sondażach.

Wyniki będą jeszcze gorsze, gdy marność Dudy zostanie obnażona, gdy Adrian okaże się nagi. I w tym kontekście rozumiem Dudę, też strach by mnie obleciał i nie mógłbym spać po nocach.

Więcej >>>

Francuzi urządzili w wyborach rzeź starym partiom i nacjonalistom. Ale czy Macron ich nie zawiedzie?

PIS: Sekta czy korporacja?

PIS: Sekta czy korporacja?

Damy wam 500 plus, emerytury minus, plus setki obietnic i tysiące stanowisk, w zamian za waszą wolność, wasze demokratyczne prawa i wasze poparcie w wyborach.

W uczciwych mediach i na rozsądnych portalach wielu przytomnych komentatorów życia politycznego próbuje wyjaśnić fenomen poparcia ponad jednej trzeciej Polaków dla formacji, która jawnie drwi ze zdrowego rozsądku, oszukuje i kłamie w żywe oczy, a przy tym potyka się nieustannie o własne sznurówki, obnaża swoją bezradność i zalicza kolejne wtopy. Popularne są dwa poglądy, pozornie odległe, a w gruncie rzeczy uzupełniające się nawzajem.   Z jednej strony mamy więc ponoć do czynienia ze swoistym ogłupieniem tych Polaków, którzy mentalnie nie wyrośli jeszcze z dziecięcej fascynacji spiskowymi opisami rzeczywistości i nie pozbyli się naturalnego w małoletnich wspólnotach podziwu dla brutalnej siły podwórkowych watażków.  Ludzi takich łatwo było przekonać, że poprzednie rządy Polskę rozkradły, zdemolowały i podporządkowały Ruskim albo Niemcom i że tylko władza silnej ręki przywrócić może Ojczyźnie porządek i dobrobyt.

Druga teoria bliska jest naukom teologicznym: oto mamy do czynienia ze współczesną sektą grupującą ludzi, którzy uwierzyli w nadnaturalną moc nowego Mesjasza i jego wspaniały Plan uporządkowania świata – plan, którego realizacja wymaga rewolucyjnych, a więc także niszczących zabiegów uzdrawiających chorą demokrację. Cel uświęca środki, wiara przenosi góry, a mędrca szkiełko i oko tylko przeszkadza w osiągnięciu powszechnego zdrowia, szczęścia i pomyślności.

Oba te wyjaśnienia wydają mi się mocno ułomne. Mogę zrozumieć łatwowierność i bezkompromisowość młodej generacji wyborców PiS, trudniej uwierzyć w bezmyślne zdziecinnienie kierownictwa tej formacji, jej członków i wspierającego ich dorosłego środowiska. Jeszcze trudniej uwierzyć w to, że tylu Polaków tak łatwo i tak szybko można oczarować, ogłupić i uwieść podsuwając im fałszywe prawdy wiary.

To prawda, że ludzie są w stanie uwierzyć w najbardziej idiotyczne brednie. W USA, kraju cywilizowanym i stosunkowo trzeźwym, 12,5 miliona Amerykanów wierzy, że światem rządzi grupa zmiennokształtnych jaszczuro-ludzi, co dziesiąty ankietowany (11 proc.) jest przekonany, że rząd Georga Busha wiedział o planowanych atakach na WTC, ale pozwolił, by do nich doszło, 13 proc. Amerykanów uważa, że prezydent Obama był Antychrystem, a jedna piąta badanych twierdzi, że rząd ukrył fakt, iż w 1947 roku w Roswell rozbił się statek kosmiczny. Również kilkanaście procent mieszkańców krajów europejskich wierzy, że choroby wymyślają koncerny farmaceutyczne oraz że rządy kontrolują umysły wyborców poprzez specjalne sygnały nadawane w telewizji, a prawie 30 proc. wierzy, że globalne ocieplenie jest mistyfikacją wymyśloną przez naukowców.   Jednak te badania i sondaże wskazują równocześnie, że niemal wszystkie spiskowe teorie nie są bynajmniej aktami ślepej wiary, a wynikają po prostu z braku wiedzy. Dobrym przykładem jest sonda, w której co trzeci obywatel USA stwierdził, że nie pochodzi od małpy – i miał rację: pozostałe dwie trzecie badanych po prostu niewiele wie o teorii ewolucji.
Wracając na polskie podwórko: czy „religia smoleńska” jest naprawdę wytworem religijnego amoku? Czy naprawdę prawie trzecia część Polaków wierzy, że Tusk z Putinem wypuścili obłok helu, zadymili lotnisko smoleńskie sztuczną mgłą, podłożyli w samolocie dwa albo trzy ładunki trotylu i dla pewności jeszcze bombę termobaryczną, a na końcu dobijali ocalałych z zamachu? Czy co trzeci Polak naprawdę jest przekonany, że dr Andrzej Duda, mgr Kempa i mgr Ziobro są lepszymi prawnikami niż polscy i zachodni profesorowie znamienitych uniwersytetów i doświadczeni praktycy ze wszystkich liczących się gremiów prawniczych? Czy mityczny uchodźca uciekający spod bomb i prześladowany przez terrorystów sam jest potencjalnym terrorystą, groźniejszym niż kibol nacjonalista gotowy walić w mordę każdego, kto wygląda inaczej i ma podejrzaną dykcję, albo ośmielił się wywiesić przed domem unijną flagę? Czy biskup Pieronek, który apeluje o przyjęcie uciekających przed śmiercią i prześladowaniem, jest dla wyborców PiS „notorycznym szubrawcem i skończonym bydlęciem” – jak głosi Naczelny Polski Katolik Marian Kowalski?

Niemożliwe, żeby tak wielu ludzi święcie wierzyło w propagandowy PiS-owski bełkot. W spiskowe narracje nie wierzą nawet jej autorzy, nie tylko Macierewicz, który wyznał niedawno, że teorie smoleńskie to tylko niezbędne paliwo polityczne. Czołowi funkcjonariusze PiS porzucają dotychczasowe poglądy i na wyprzódki głoszą nowo objawioną Prawdę. Beata Kempa jeszcze kilka lat temu jak lwica broniła legalizmu i prawomocności orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Beata Szydło 10 lat temu stawała w obronie Nigeryjki, którą zamierzano deportować.  Pamiętam Kaczyńskiego, który po katastrofie smoleńskiej ogłosił, że czas już zakończyć wojnę polsko-polską i pojednać się z oponentami. Pamiętam też, że całkiem niedawno nepotyzm i kolesiostwo były dla niego krańcowym złem. Wyobrażam sobie, jak mówi teraz do Błaszczaka: – No i popatrz, kapciowy, całe życie się myliłem…

Moim zdaniem niesłabnące poparcie dla rządów PiS nie jest bynajmniej tańcem derwiszów, krążących w amoku wokół hipnotyzera Kaczyńskiego. Nie jest też przejawem ślepej wiary w nowoobjawioną Prawdę. Funkcjonariusze PiS, celebrujący swoją comiesięczną liturgię, to na ogół „niewierzący praktykujący” oraz chrześcijanie wyznania toruńsko-katolickiego, którzy  z Pisma Świętego wyczytali jedynie „oko za oko, ząb za ząb”, pomijając m.in. słowa Chrystusa „byłem przybyszem, a nie przyjęliście mnie”  , które zamknęły wrota Raju przed ludźmi, którzy nie okazali współczucia uchodźcom.  Ich wiara jest wybiórcza i jeśli w coś wierzą, to raczej w gipsową Matkę Boską pomalowaną na niebiesko i św. Krzysztofa na breloczku kluczyków samochodowych.

Mam wrażenie, że tej formacji bliżej do korporacji niż sekty.  Wyborcy PiS traktowani są nie tyle jak wierni, co raczej jak słabsi partnerzy biznesowi, z którymi jednak należy się układać, by zrobić dobry interes. – Damy wam 500 plus, emerytury minus, plus setki obietnic i tysiące stanowisk, w zamian za waszą wolność, wasze demokratyczne prawa i wasze poparcie w wyborach.  Ci, którzy się na to godzą, nie mają świadomości, że to interes szemrany, bo oferty PiS nie można negocjować. – Albo będziesz nasz – albo cię zdegradujemy i przestaniesz być Narodem – tym, który nas wybrał i uprawnił do sprawowania władzy wedle naszej woli. A na takich odszczepieńców czekają już Błaszczak i Ziobro. To jak będzie?  

Andrzej Karmiński

koduj24.pl

Wy jesteście formacją, z której w miarę przytomni i w miarę wykształceni ludzie nigdy nie będą zadowoleni.

NIEDZIELA, 18 CZERWCA 2017

PAD: Mnie to nie dziwi, że oni dzisiaj prowadzą antypolską politykę

20:08

PAD: Mnie to nie dziwi, że oni dzisiaj prowadzą antypolską politykę

Pani redaktor zakłada, że ci ludzie [Platforma] działali wcześniej w polskim interesie. Przyznam się otwarcie, w moim przekonaniu ja polski interes postrzegam zupełnie inaczej, niż oni to robili, kiedy rządzili. Ja się z tymi rządami nie zgadzałem, byłem im głęboko przeciwny, byłem wtedy w opozycji i wygrałem wybory prezydenckie jako polityk opozycji. Dla mnie ci ludzie nie rządzili dobrze Polską. to nie była propolska polityka, tylko w wielu przypadkach – wtedy, kiedy likwidowano polskie stocznie – uważałem, że to antypolska polityka. Mnie to nie dziwi, że oni dzisiaj prowadzą antypolską politykę – mówił prezydent Andrzej Duda w TV Republika

20:01

PAD: My nie jesteśmy formacją, z której liberalno-lewicowe władze UE i wielu państw europejskich są zadowolone

Przede wszystkim jest to kompletnie nieodpowiedzialne z jego strony [Donalda Tuska] i powiedziałbym szokujące, jeżeli on, były premier polskiego rządu, dzisiaj przewodniczący RE o słowach pani premier, która mówi, że państwo powinno być silne, żeby mogło dobrze chronić swoich obywateli i że to bardzo ważne, bo przecież do tego sprowadzała się to, co powiedziała, jeżeli takie słowa mu się nie podobają, to jakiego państwa on chce? Takiego, które nie chroni obywateli, czy może żeby nie istniało? Wtedy, kiedy nie istniało państwo polskie, to zdarzyło się Auschwitz – mówił prezydent Andrzej Duda w TV Republika. Jak mówił dalej:

„Są różne próby uderzenia w obecnie rządzących – we mnie jako prezydenta RP, w polski rząd, w większość parlamentarną, którą z decyzji Polaków tworzy dzisiaj PiS, Zjednoczona Prawica. Te próby są cały czas, ale to coś, czego wszyscy się spodziewali. My nie jesteśmy taką formacją, z której liberalno-lewicowe władze UE i wielu państw europejskich są zadowolone. Nie są zadowolone, bo my głosimy twarde poglądy propaństwowe, bo jasno mówimy o wartościach, bo mówimy, skąd się te wartości wzięły, że Europa wyrosła na korzeniach chrześcijańskich i że do tych chrześcijańskich korzeni należy wracać, a nie się od nich odżegnywać i się ich wyrzekać, bo to nas donikąd nie prowadzi, że mamy swoje wartości i musimy ich bronić, że kapitał ma narodowość, itd. itd. To poglądy, które nie każdemu się nie podobają, zwłaszcza jeśli naruszają jakieś wielkie interesy, jeżeli tworzą konkurencję dla wielkich interesów, a tworzą”

18:14

Wprost na okładce o złej passie Błaszczaka

300polityka.pl

Partia prezydenta Macrona wygrała wybory we Francji, w nowym parlamencie znajdzie się Marine Le Pen

Monika Rębała, 18 czerwca 2017

Emmanuel Macron

Emmanuel Macron (Thibault Camus (AP Photo/Thibault Camus))

Wedle sondażu exit poll REM zdobyła 355 mandatów w 577-osobowym Zgromadzeniu Narodowym. Czy opozycja przeniesie się teraz na ulice?

La République En Marche! (REM), partia prezydenta Emmanuela Macrona, oraz jej koalicjant MoDem odniosły sukces w wyborach parlamentarnych, zdobywając według sondażu exit poll 355 miejsc, czyli zdecydowanie więcej niż 289 mandatów potrzebnych do większości bezwzględnej. Konserwatyści otrzymali 125 miejsc, a rządzący przez ostatnie pięć lat socjaliści 49 miejsc. Skrajna lewica pod wodzą Jean-Luca Mélenchona znalazła się na czwartym miejscu z 30 miejscami, a skrajnie prawicowy Front Narodowy może liczyć na 8 miejsc. Jego szefowa, Marine Le Pen powiedziała agencji AFP, że dostała się do parlamentu. „Le Monde” podaje, że jej partner Louis Aliot też wygrał w swoim regionie.

Frekwencja była rekordowo niska. Według danych z godziny 17 do urn poszło zaledwie 35,3 proc. wyborców, czyli blisko 10 proc. mniej niż w 2012 r.

Kim Dżong Macron

Opozycja, zarówno z lewej, jak i prawej strony, coraz głośniej mówi, że mimo zwycięstwa Emmanuel Macron nie ma mandatu do wprowadzania kontrowersyjnych reform, które zapowiadał w kampanii wyborczej, m.in. radykalnych zmian w kodeksie pracy, które mają mocno ograniczyć wpływy związków zawodowych i uelastycznić rynek pracy.

Krytycy podkreślają, że system jednomandatowy, który zwycięzcy daje ogromną przewagę, nie odzwierciedla tego, jak w rzeczywistości głosowali wyborcy i należy go zmienić. Gdyby system był proporcjonalny, to po pierwszej turze REM razem z MoDem zdobyłoby 186 mandatów, samo REM – 162, a Front Narodowy – 76.

– Ta katastrofalna frekwencja podważa system wyborczy, który powoduje, że miliony rodaków nie chcą uczestniczyć w głosowaniu – mówiła Marine Le Pen do swoich zwolenników po ogłoszeniu wyników pierwszej tury.

Krytycy twierdzą także, że Emmanuel Macron będzie miał zbyt dużą władzę w swoich rękach. W mediach społecznościowych przezywany jest złośliwie „Kim Dżong Macronem”. Ale zarówno rządząca przez ostatnich pięć lat Partia Socjalistyczna, jak i będący przed nią u władzy konserwatyści również mieli swojego prezydenta i większość bezwzględną w parlamencie.

– Tak ogromna większość w Zgromadzeniu Narodowym jest przede wszystkim dużą zaletą, bo daje prezydentowi możliwość wprowadzenia swoich reform. Jednak w dłuższej perspektywie może być też problemem, szczególnie jeśli reformy nic nie zmienią i gospodarka będzie się słabo rozwijać, a bezrobocie nie spadnie. Nie mając więc silnej opozycji w parlamencie, przeciwnicy rządu przeniosą się na ulice i do mediów społecznościowych – mówi „Wyborczej” Rémy Oudghiri z paryskiej firmy konsultingowej Sociovision.

Wybory we Francji wygrali ludzie wykształceni i zamożni

Po raz pierwszy w Zgromadzeniu Narodowym pojawi się też wielu nowicjuszy, którzy nigdy wcześniej nie byli związani z polityką. – Ich zaletą będzie to, że nie będą marnować czasu na partyjne przepychanki, będą bardziej pragmatyczni i nie tak oderwani od prawdziwego życia jak zawodowi posłowie. Z drugiej jednak strony zawdzięczają swoje polityczne kariery Macronowi, bez niego nie mieliby większych szans na wejście do parlamentu, będą więc go bezwzględnie popierać i będą mu lojalni, przynajmniej na początku – mówi Oudghiri.

– Kandydaci REM nie oddają także różnorodności francuskiego społeczeństwa. Pochodzą w znacznej mierze z bardzo wąskiej grupy społecznej, tej wykształconej i zamożnej – mówi „Wyborczej” Romain Slitine, wykładowca paryskiej Sciences Po specjalizujący się w badaniu ruchów obywatelskich.

REM to także mieszanka ludzi związanych wcześniej z lewicą lub prawicą. Pytanie więc, czy partia będzie w stanie, i przez jak długi okres czasu, mówić w wielu kwestiach jednym głosem.

– W tym przypadku również wszystko zależy od tego, co wyjdzie z zapowiadanych reform. Jeśli nie przyniosą one rezultatów, to większość może się rozpaść. Nie sądzę jednak, że nastąpi to – jeśli w ogóle – wcześniej niż za 2-3 lata – mówi Oudghiri.

Nowi posłowie rozpoczną pracę we wtorek 27 czerwca. W trakcie posiedzenia wybiorą przewodniczącego parlamentu. Głosowanie zatwierdzające wybór premiera powinno się odbyć na początku lipca.

wyborcza.pl

Prawda nas wyzwoli.

Prawda nas wyzwoli.

Przyczyn katastrofy smoleńskiej nie poznamy wcześniej jak za rok. Potrzeba na badania jeszcze dużo pieniędzy, a naukowcy powinni odwoływać się nie tyle do swojej wiedzy, ile do sumienia. Takie stanowisko zasygnalizował w sobotę szef MON Antoni Macierewicz w płomiennym wystąpieniu na Zjeździe Klubów „Gazety Polskiej”.

Pełne wyjaśnienie przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu to dla Antoniego Macierewicza kwestia honoru państwa polskiego.  „A prawda nas wyzwoli’ – zapowiada minister. Ale żeby do tej prawdy dojść, wszyscy naukowcy badający przyczynę katastrofy, zdaniem ministra, będą musieli odwołać się do swoich sumień. Minister zastrzegł przy okazji, że nie prosi ich o patriotyzm, tylko uczciwe stwierdzenie, że samolot rozpadł się w powietrzu. Słowem, o potwierdzenie jego tezy.

Macierewicz podkreślał w trakcie zlotu, że to my powinniśmy dojść prawdy. Wyjaśnienie, jak doszło do katastrofy jest według szefa MON kwestią naszej niepodległości. Jeśli sami nie wyjaśnimy, jak to się stało, że samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie rozbił się podczas nieudanej próby lądowania, zrobią to za nas Anodina, Morozow i Putin.

Przemówienie Macierewicza jest jednoznaczne z tym, że jeszcze przynajmniej 12 razy będziemy świadkami awantur na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, gdzie Jarosław Kaczyński będzie miał okazję krzyczeć podczas miesięcznic smoleńskich, że jesteśmy coraz bliżej prawdy.

koduj24.pl

Zamach na Kaczyńskiego służy do tego, aby zamachnąć się na Polskę

Zamach na Kaczyńskiego służy do tego, aby zamachnąć się na Polskę

Teorie zamachowe PiS ma opanowane w małym palcu, do perfekcji sporządzanie teorii zamachu, zarządzanie teorią poprzez polityków własnej partii i kitowanie nią publiki poprzez swoje media, teraz doszły jeszcze media dawniej publiczne.

Tak przygotowana teoria zamachowa służy konkretnym rozwiązaniom politycznym, które mają podporządkować społeczeństwo, aby zaprowadzić reżim. Nie chcę wybiegać za daleko – acz najwyższa pora, aby jednak to robić – stoimy przed kolejnym przełomem, gdy już PiS zagryzie niezależność sądowniczą. A dokona tego w okresie kanikuły.

Następnie trzeba zniszczyć opozycję, a szczególnie społeczeństwo obywatelskie. Potrwa to jakiś czas, lecz PiS musi się spieszyć, Polacy uśpieni, to Polacy ulegli.

Piszę o najnowszej teorii zamachowej, mianowicie odkryto spisek na życie Jarosława Kaczyńskiego. Zanim przejdę do meritum, proponuje spojrzeć z lotu ptaka na KOD, który w przeciągu roku ze stutysięcznej manifestacji majowej w Warszawie w ubiegłym roku skurczył się do dzisiejszych manifestacji, w których nie można rozpoznać wczorajszej wielkości.

Jak do tego doszło? Po pierwsze, KOD nie składa się z ludzi proweniencji pisowskiej, czyli o skrzywieniu optyki na rzeczywistość, że za wszystkim kryje się jakiś spisek. Błąd? Nie. Ale to zwalnia z krytycznej oceny w stosunku do samego siebie, a gen samozagłady jest wpisany w każdy projekt.

Nie czynię żadnych wpisów na profilach kodowskich na Facebooku. Już w ubiegłym roku usłyszałem o kilku wpisach, o których powiedziałem, iż nie są napisane przez kodowiczów, a kogoś z zewnątrz, a także wyraziłem opinię, iż PiS na pewno zastosował metodę komuszą, wtykania swoich ludzi we wraże szeregi. I pewnie tak było i jest.

Drugie. Gdy wybuchła afera z kwitami Mateusza Kijowskiego, czytałem dwa pierwsze newsy Onetu i „Rzeczpospolitej, w których było widać niefachowość dziennikarską tych portali. Niska jakość biła po rozumie, iż to informacja niepełna i odpowiednio spreparowana. Pomyślałem, że kierownictwo KOD szybko znajdzie odtrutkę na niską jakość profesji żurnalistycznej.

Stało się tak, jak się stało. Ale to my wszyscy ponosimy winę za niską – by nie napisać: denną – jakość życia publicznego i pisania o nim. My, wszyscy, którzy, mamy świadomość słabości naszego społeczeństwa i demokracji.

Oto została zawiązana konstrukcja zamachu na Kaczyńskiego. Jest jakości jak deficytowy umysł Błaszczaka, obleśność Brudzińskiego i amoralność żon Gosiewskiego. W tej teorii zamachu nic nie trzyma się kupy, a nie użyję zwrotu: rozumu, bo obraziłbym największe osiągniecie ewolucji. Lecz przecież nie o to chodzi o żadne wyżyny i wyrafinowanie.

Prezesa życie jest zagrożone! Och, ach, bach! A przecież Kaczyński jest najlepiej chronionym człowiekiem w tej części Europy, a może w całej Europie. Nie dość, że ma prywatną ochronę, ale gdy tylko wyściubi nos z Nowogrodzkiej to ma ochronę, jak podczas ostatniej miesięcznicy, policjantów było więcej niż uczestników pisowskiego jarmarku funeralnego i kontrmanifestantów kontrmiesięcznicy razem wziętych.

„Newsweek” opublikował rzut poziomy pomieszczeń na Nowogrodzkiej, w tym gabinetu prezesa, przy tym opisując, jak wygląda życie codzienne Kaczyńskiego i jego kamaryli w tej twierdzy. Materiał dziennikarsko jest cienki, ale publika wszystko łyka, co dotyczy Kaczyńskiego. Sam też łyknąłem.

Jak „Newsweek” śmiał publikować taki materiał? Więc nie powinno być zdziwienia, że znowu mamy do czynienia, jak z wpisami na facebookowych profilach KOD, łatwo z tego sporządzić potrzebna PiS-owi strawę zamachową.

Partia Kaczyńskiego nie posługuje się żadnymi wyrafinowanymi metodami. Prostactwo – a nie prostota – widoczna już podczas afery podsłuchowej, która tej partii utorowała drogę do władzy była z wielkim prawdopodobieństwem stworzona przez Mariusza Kamińskiego i jego dawnych kolesiów z ABW. Dzisiaj „linie papilarne” – że posłużę się metaforą – także zostawił nieskomplikowany Kamiński i jego ludzie.

Na FB publikowany jest plan siedziby na Nowogrodzkiej, a obok przepis, jak dokonać zamachu na prezesa. Prowokacja czysto komusza, ale taki jest PiS. I padło jeszcze raz na Kijowskiego i jego schizmatyczny KOD – Odnowa. Dlaczego na niego? Bo jest w tej chwili słabszy od Krzysztofa Łozińskiego. Nie o to jednak chodzi, lecz by dopaść Kijowskiego, lecz obojętnie kogo, a następnie w nieodległej perspektywie osiągnąć potrzebne polityczne rozwiązania.

Służby specjalne mogą wejść do „Newsweeka” – przycisnąć dziennikarzy, skąd mają plany Nowogrodzkiej. Można postulować rozwiązanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego, najpierw Kijowskiego, a następnie wszelkie inne. Można napisać prawo, które ograniczy, a w rezultacie zniszczy organizacje pozarządowe.

Wzorcem dla PiS ciągle jest Viktor Orban, też zamierzył się na fundusze norweskie, z których finansowane są stowarzyszenia pozarządowe. Nie udało się premierowi Węgier – tak zresztą jak rządowi PiS – to sporządził Orban prawo o organizacjach pozarządowych, które nakłada taki kaganiec na nie, że praktycznie nie będą mogły funkcjonować.

I do tego zmierza Kaczyński i jego kamaryla. Zniszczyć wolność obywatelską i chwycić naród za mordę. Jednym ze środków jest teoria zamachu na Kaczyńskiego.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Trybunał Stanu dla prezydenta. Polacy chcą, by poniósł konsekwencje

18/06/2017, Michał Kuczyński

Choć współpracownicy prezydenta Andrzeja Dudy dwoją się i troją, aby sprawę uchwały Sądu Najwyższego zdezawuować i przedstawić jako nieistotną opinię kilku kolesi, to jak pokazuje najnowsze badanie opinii publicznej w tej sprawie, robią to bardzo nieudolnie. Wirtualna Polska donosi bowiem, że Polacy za złamanie konstytucji i ułaskawienie kolegi partyjnego widzą prezydenta przed Trybunałem Stanu.

Na nic gumkowanie strony internetowej prezydenta, na nic powoływanie się na opinie 13 prawników, wspierających rzekomo poglądy Andrzeja Dudy. Dla większości obywateli wciąż wiążąca uchwała Sądu Najwyższego jest wartością znacznie wyższą i bardziej przekonywującą niż partyjny przekaz z siedziby PiS przy ul. Nowogrodzkiej.

W badaniu przeprowadzonym na panelu Ariadna, na zlecenie Wirtualnej Polski, ankietowani odpowiedzieli na 4 pytania dotyczące kwestii ułaskawienia Mariusza Kamińskiego i jego współpracowników jeszcze przed ich prawomocnym skazaniem. Wyniki tego badania raczej prezydenta nie zachwycą.

Na pytanie kto ma rację w tej sprawie, zaledwie 15% uczestników poparło prezydenta z PiS, a aż 42% Sąd Najwyższy. Aż 43% nie potrafi jednak wskazać strony, którą popiera i trudno nie interpretować tego jako skuteczny efekt dezinformacji i włączania niezależnych sądów do sporu politycznego.

Dosyć jasno ankietowani wypowiadają się jednak w kwestii przyszłości Mariusza Kamińskiego, którego dymisji z funkcji ministra koordynatora służb specjalnych domaga się aż 51% spośród nich.

Kluczowe jest jednak ostatnie, 4 pytanie, w którym ankietowani mieli ocenić, czy po uchwale Sądu Najwyższego, stwierdzającej, że prezydent nie miał prawa ułaskawić osoby, która nie została skazana prawomocnym wyrokiem, Andrzej Duda powinien stanąć przed Trybunałem Stanu, 36% badanych odpowiedziało “tak” lub “raczej tak”. W obronie prezydenta Dudy stanęło zaledwie 29% ankietowanych, a więc mniej więcej tyle, na ile szacuje się poparcie Polaków dla Prawa i Sprawiedliwości.

Takie wyniki badań mogą być dla Andrzeja Dudy olbrzymim problemem, zwłaszcza wizerunkowym i ostatecznie zakończyć próby przekonywania, że jest prezydentem wszystkich Polaków, co zresztą ani przez moment jego prezydentury mu się nie udawało. Dalsze próby brnięcia w konflikt z autorytetem Sądu Najwyższego raczej nie pozwolą mu przekonać osób niezdecydowanych, że jego intencje były szczere i oparte na trosce o coś więcej niż dobro jego rodzimej partii. Bez zmiany postawy i przyznania się do błędu, pozostanie mu jedynie zamknąć się w Pałacu Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu i czekać do końca jego wstydliwej kadencji.

crowdmedia.pl

Zamach na Kaczyńskiego służy do tego, aby zamachnąć się na Polskę

Teorie zamachowe PiS ma opanowane w małym palcu, do perfekcji sporządzanie teorii zamachu, zarządzanie teorią poprzez polityków własnej partii i kitowanie nią publiki poprzez swoje media, teraz doszły jeszcze media dawniej publiczne.

Tak przygotowana teoria zamachowa służy konkretnym rozwiązaniom politycznym, które mają podporządkować społeczeństwo, aby zaprowadzić reżim. Nie chcę wybiegać za daleko – acz najwyższa pora, aby jednak to robić – stoimy przed kolejnym przełomem, gdy juz PiS zagryzie niezależność sądowniczą. A dokona tego w okresie kanikuły.

Następnie trzeba zniszczyć opozycję, a szczególnie społeczeństwo obywatelskie. Potrwa to jakiś czas, lecz PiS musi się spieszyć, Polacy uśpieni, to Polacy ulegli.

Piszę o najnowszej teorii zamachowej, mianowicie odkryto spisek na życie Jarosława Kaczyńskiego. Zanim przejdę do meritum, proponuje spojrzeć z lotu ptaka na KOD, który w przeciągu roku ze stutysięcznej manifestacji majowej w Warszawie w ubiegłym roku skurczył się do dzisiejszych manifestacji, w których nie można rozpoznać wczorajszej wielkości.

Jak do tego doszło? Po pierwsze, KOD nie składa się z ludzi proweniencji pisowskiej, czyli o skrzywieniu optyki na rzeczywistość, że za wszystkim kryje się jakiś spisek. Błąd? Nie. Ale to zwalnia z krytycznej oceny w stosunku do samego siebie, a gen samozagłady jest wpisany w każdy projekt.

Nie czynię żadnych wpisów na profilach kodowskich na Facebooku. Już w ubieglym roku usłyszalem o kilku wpisach, o których powiedziałem, iż nie są napisane przez kodowiczów, a kogoś z zewnątrz, a także wyrazilem opinię, iż PiS na pewno zastosował metodę komuszą, wtykania swoich ludzi we wraże szeregi. I pewnie tak było i jest.

Drugie. Gdy wybuchła afera z kwitami Mateusza Kijowskiego, czytałem dwa pierwsze newsy Onetu i „Rzeczpospolitej, w których było widać niefachowość dziennikarską tych portali. Niska jakość biła po rozumie, iż to informacja niepełna i odpowiednio spreparowana. Pomyslałem, że kierownictwo KOD szybko znajdzie odtrutkę na niską jakość profesji żurnalistycznej.

Stało się tak, jak się stało. Ale to my wszyscy ponosimy winę za niską – by nie napisać: denną – jakość życia publicznego i pisania o nim. My, wszyscy, którzy, mamy świadomość słabości naszego społeczenstwa i demokracji.

Oto została zawiązana kostrukcja zamachu na Kaczyńskiego. Jest jakości jak deficytowy umysł Blaszczaka, oblesność Brudzińskiego i amoralność żon Gosiewskiego. W tej teorii zamachu nic nie trzyma się kupy, a nie uzyja zwrotu: rozumu, bo obraziłbym największe osiągniecie ewolucji. Lecz przecież nie o to chodzi o żadne wyżyny i wyrafinowanie.

Prezesa życie jest zagrożone! Och, ach, bach! A przecież Kaczyński jest najlepiej chronionym czlowiekiem w tej części Europy, a może w całej Europie. Nie dość, że ma prywatną ochronę, ale gdy tylko wyściubi nos z Nowogrodzkiej to ma ochronę, jak podczas ostatniej miesięcznicy, policjantów było więcej niż uczestników pisowskiego jarmarku funeralnego i kontrmanifestantów kontrmiesięcznicy razem wziętych.

„Newsweek” opublikował rzut poziomy pomieszczeń na Nowogrodzkiej, w tym gabinetu prezesa, przy tym opisując jak wygląda zycie codzienne Kaczyńskiego i jego kamaryli w tej twierdzy. Materiał dziennikarsko jest cienki, ale publika wszystko łyka, co dotyczy Kaczyńskiego. Sam też łyknąłem.

Jak „Newsweek” śmiał publikować taki materiał? Więc nie powinno być zdziwienia, że znowu mamy do czynienia, jak z wpisami na facebookowych profilach KOD, łatwo z tego sporządzić potrzebna PiS-owi strawę zamachową.

Partia Kaczyńskiego nie posługuje się żadnymi wyrafinowanymi metodami. Prostactwo – a nie prostota – widoczna już podczas afery podsłuchowej, która tej partii utorowała drogę do władzy była z wielkim prawdopodobienstwem stworzona przez Mariusza Kaminskiego i jego dawnych kolesiów z ABW. Dzisiaj „linie papilarne” – że posłużę się metaforą – także zostawił nieskomplikowany Kamiński i jego ludzie.

Na FB publikowany jest plan siedziby na Nowogrodzkiej, a obok przepis, jak dokonać zamachu na prezesa. Prowokacja czysto komusza, ale taki jest PiS. I padło jeszcze raz na Kijowskiego i jego schizmatyczny KOD – Odnowa. Dlaczego na niego? Bo jest w tej chwili słabszy od Krzysztofa Łozińskiego. Nie o to jednak chodzi, lecz by dopaść Kijowskiego, lecz obojętnie kogo, a następnie w nieodległej perspektywie osiągnąć potrzebne polityczne rozwiązania.

Służby specjalne mogą wejść do „Newsweeka” – przycisnąć dziennikarzy, skąd mają plany Nowogrodzkiej. Można postulować rozwiązanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego, najpierw Kijowskiego, a następnie wszelkie inne. Można napisać prawo, ktore ograniczy, a w rezultacie zniszczy organizacje pozarządowe.

Wzorcem dla PiS ciągle jest Viktor Orban, też zamierzył się na fundusze norweskie, z ktorych finansowane są stowarzyszenia pozarządowe. Nie udało sie premierowi Wegier – tak zresztą jak rządowi PiS – to sporządził Orban prawo o organizacjach pozarządowych, ktore naklada taki kaganiec na nie, że praktycznie nie będą mogly funkcjonować.

I do tego zmierza Kaczyński i jego kamaryla. Zniszczyć wolność obywatelską i chwycić naród za mordę. Jednym ze środków jest teoria zamachu na Kaczyńskiego.

Władysław Frasyniuk mówi „Newsweekowi” czy i kiedy wróci do polityki

Newsweek Polska, Renata Grochal, 18.06.2018

© photo: Marek Szczepański / source: Newsweek

 

W PO i Nowoczesnej jest pokolenie 40-latków z wiedzą o państwie, gospodarce i potężnym potencjałem. Tylko szefowie starannie dbają, żeby za bardzo nie urośli – mówi Władysław Frasyniuk w rozmowie z „Newsweekiem”. Legendarny lider dolnośląskiej Solidarności deklaruje, że mógłby im pomóc, ale jest wstępny warunek.

Wielu sądzi, że to pan powinien stanąć na czele opozycji. 

Ale na czele czego mam stanąć? Po liberalno-demokratycznej stronie widzę kilkunastu przyzwoitych ludzi i jakbym siadł z kartką papieru, tobym napisał nazwiska z PO i Nowoczesnej i powiedział: zróbcie nową partię. Wtedy zaangażuję się 24 godziny na dobę. We wszystkim bym im pomógł, ale sam na czele nie stanę. Do polityki musi wejść nowe pokolenie. Siwe głowy to są siwe głowy, ale potrzebne są młode ręce.

Kto powinien założyć tę nową partię?

– Z PO: Rafał Trzaskowski, Joanna Mucha, Borys Budka. Z Nowoczesnej: Katarzyna Lubnauer, Joanna Scheuring-Wielgus, która skromnie przyszła na sobotnią kontrmanifestację na Krakowskim Przedmieściu, nie gwiazdorzyła. W obu tych partiach jest pokolenie 40-latków z wiedzą o państwie, gospodarce i potężnym potencjałem. Tylko szefowie starannie dbają, żeby za bardzo nie urośli. Gdyby Grzegorz Schetyna był mądrym człowiekiem, toby wziął młodych do pierwszego szeregu, żeby na niego pracowali. Ale jak ktoś ma mentalność autorytarną, żeby wszystko trzymać w ręku, to niczego nie utrzyma. Dwory, którymi otaczają się liderzy, zawsze źle się kończą dla królów, którzy są królami sezonu.

 Ale jaką oni mogą zrobić partię – kolejną centroprawicę?

– Nie. W Polsce jest potrzebna partia socjalliberalna, która odwołuje się do wolności – obywatelskich i gospodarczych. Po lewej stronie też są ciekawi ludzie – Barbara Nowacka i Robert Biedroń. Jest olbrzymia przestrzeń na partię i mnóstwo ludzi, którzy by się zaangażowali. Tylko powtarzam: zróbcie partię w oparciu o wartości, a nie o sondaże.

msn.pl

17 CZERWCA 2017

Tak Orban dobija społeczeństwo obywatelskie. Nikt nie będzie mu patrzył na ręce. PiS idzie tą samą drogą

Rząd Orbana i on sam używają wobec organizacji strażniczych coraz brutalniejszych określeń, z których „polityczni aktywiści opłacani zza granicy” należy do najlżejszych. Medialna nagonka czyni z NGO „wroga publicznego”. Zaczęło się jak w Polsce od próby przejęcia funduszy norweskich, skończyło jak w Rosji – na putinowskiej ustawie o agentach zagranicznych

Pomimo wielotysięcznych obywatelskich protestów węgierski parlament przyjął stosunkiem głosów 130-40 tak zwane Lex NGO, ustawę wymierzoną przeciwko węgierskim organizacjom pozarządowym. 16 czerwca podpisał ją prezydent János Áder. Organizacje, które otrzymują wsparcie finansowe ze źródeł zagranicznych w wysokości powyżej 7,2 miliona forintów (ok. 100 tys. zł) rocznie są zobowiązane pod karą grzywny i skreślenia z rejestru stowarzyszeń do zarejestrowania się jako „finansowane z zagranicy”, a przez to objęte surowszym reżimem kontroli finansowej i możliwych sankcji.

Ustawa jest jawnie dyskryminująca: spod jej działania wyłączone są fundacje i stowarzyszenia religijne, sportowe oraz polityczne.

Ma na celu utrudnić funkcjonowanie organizacji pożytku publicznego – na przykład monitorujących skalę korupcji, przejrzystość działań rządu, czy ochrony praw człowieka.

Na gruncie poprzedniej ustawy fundacje i stowarzyszenia zarejestrowane  na Węgrzech muszą podawać do publicznej wiadomości roczne sprawozdania finansowe. Nowa ustawa wprowadza dodatkowe, uciążliwe zobowiązania dla NGO uznanych za „organizacje finansowane z zagranicy”, m.in. szczegółowego raportowanie o wysokości i pochodzeniu każdego zagranicznego przepływu finansowego, a także obowiązek umieszczania adnotacji „finansowane z zagranicy” na wszystkich publikowanych materiałach i dokumentach.

Oficjalnym celem „Ustawy o przejrzystości organizacji otrzymujących finansowanie zagraniczne” (tekst ustawy w języku węgierskim tu) jest „przyłączenie się przez Węgry do międzynarodowej walki z praniem brudnych pieniędzy”. Cel szczytny, choć w szwajcarskim rankingu Basel AML Index, który mierzy stopień ryzyka prania brudnych pieniędzy i finansowania działalności terrorystycznej, Węgry, podobnie jak Polska, są uznawane za kraj, w którym ten proceder występuje w znikomym, w skali świata, stopniu.

Zarazem Węgry, określane przez niektórych politologów jako „państwo mafijne”, zajmują niechlubną 57. pozycję w Rankingu Postrzegania Korupcji 2016 opracowanym przez międzynarodową organizację Transparency International (Polska zajmuje 29. lokatę).

Raport Freedom House „Narody w czasie przemian” (Nations in Transit) przyznaje Węgrom pod względem przestrzegania praw i wolności 3.54 punktów w skali 1-7, gdzie 7 to najgorsza nota. Węgry zajęły najniższą pozycję w Europie Środkowej .

Stop Brukseli i jej pachołkom

W kwietniu 2017 roku węgierski rząd rozpoczął narodowe konsultacje społeczne pod hasłem „Stop Brukseli”. Jedno z sześciu pytań brzmiało: „Na Węgrzech funkcjonuje coraz więcej finansowanych z zagranicy organizacji, które mają na celu ingerowanie w wewnętrzne sprawy naszego kraju w nieprzejrzysty sposób. Te organizacje mogą zagrozić naszej niepodległości. Według Pana/Pani, co powinny zrobić Węgry? a) Ustanowić wymóg rejestracji, upublicznienie celów działalność i źródeł finansowania. b) Pozwolić im kontynuować ryzykowne działania bez żadnej kontroli.”

Poprzez lex NGO oraz nagonkę medialną rząd Viktora Orbana chce zwiększyć państwową kontrolę nad od lat zastraszanym i represjonowanym sektorem pozarządowym. Według Raportu o stanie społeczeństwa obywatelskiego w Unii Europejskiej i Rosji 2016 węgierskiego think tanku Political Capital, który badał opinię wśród pracowników organizacji pozarządowych, aż 71 proc.  ankietowanych na Węgrzech negatywnie oceniło warunki działania NGO, które stwarza im państwo (w Polsce – 48 proc.). Jednocześnie 65 proc. ankietowanych negatywnie oceniło prawne ramy działania organizacji pozarządowych na Węgrzech (w Polsce – 13 proc.). Tylko 44 proc. ankietowanych na Węgrzech uznało, że otoczenie medialne sprzyja funkcjonowaniu ich organizacji (w Polsce – 47 proc.).

Lex NGO skrytykowały światowe organizacje zajmujące się monitorowaniem praw i wolności obywatelskich oraz stanu demokracji. Komisja Wenecka, organ Rady Europy, przytoczyła swoją opinię o rosyjskiej ustawie o obcych agentach (2014): „[przyjęte prawo] nie powinno powodować stygmatyzowania i ostracyzmu niektórych organizacji społeczeństwa obywatelskiego wyłącznie na podstawie faktu ich zagranicznego finansowania.”

W swoim raporcie Komisja Wenecka podkreśliła również, że kontekst przyjęcia węgierskiej ustawy, w szczególności zaciekła kampania prowadzona przeciwko niektórym organizacjom społeczeństwa obywatelskiego otrzymującym finansowanie z zagranicy, przedstawianie ich działalności jako sprzecznej z interesami społeczeństwa węgierskiego, budzi obawy naruszenia Artykułu 14 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – zakazu dyskryminacji.

Opinia Freedom House„ustawa ma na celu stygmatyzowanie organizacji społeczeństwa obywatelskiego, które są krytyczne wobec rządu, a także uciszanie sprzeciwu.”

Opinia Human Rights Watch i wegierskiego Komitetu Helsińskiego: „ustawa ma na celu stygmatyzowanie niezależnych grup przez określanie ich mianem organizacji finansowanych z zagranicy. Ustawa nie zmierza do większej przejrzystości finansowania fundacji i stowarzyszeń ani ochrony interesów kraju, ale do uciszania krytycznych wobec rządu głosów w społeczeństwie.

Taktyka salami

Bulcsú Hunyadi i Veszna Wessenauer z Political Capital podkreślają,  że od 2010 roku węgierski rząd radykalnie zmienia prawne, polityczne i społeczne ramy funkcjonowania organizacji społeczeństwa obywatelskiego. M.in. przez wprowadzenie nowej definicji „pożytku publicznego” jako pożytku dla państwa i rządu.

Finansowanie ze strony państwa zostało znacząco zmniejszone i uzależnione od politycznej lojalności. Problemem jest też brak prywatnych inwestorów gotowych na finansowanie działalności, która wykracza poza wąsko rozumianą dobroczynność i może być przez władze interpretowana jako polityczna.

Medialna nagonka w kontrolowanych przez rząd stacjach telewizyjnych i kanałach prasowych ma uczynić z NGO kolejnego „wroga publicznego”. Rząd Viktora Orbana i sam premier wypowiadają się przeciwko organizacjom społeczeństwa obywatelskiego używając coraz silniej nacechowanych określeń, z których „polityczni aktywiści opłacani zza granicy” należy do najlżejszych.

Siedziby NGO są bez powodu kontrolowane i przeszukiwane przez służby państwowe. W 2015 roku wszczęto śledztwo podatkowe przeciwko siedmiu organizacjom częściowo utrzymującym się z tzw. środków norweskich (Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego). Po negocjacjach zainicjowanych przez rząd Norwegii, władze zamknęły śledztwo, które nie stwierdziło żadnych nieprawidłowości.

Według raportu amerykańskiej USAID w latach 2012-2014 liczba zarejestrowanych na Węgrzech organizacji społeczeństwa obywatelskiego spadła z 65 000 do 63 900. Furtką dla węgierskich aktywistów i aktywistek będzie, być może, zmiana modelu funkcjonowania organizacji i rejestracja jako przedsiębiorstwa społeczne, które operują na gruncie przepisów prawa gospodarczego.

Rosyjskie inspiracje

Węgierska ustawa jest wzorowana na rosyjskiej ustawie „o obcych agentach” z 2012 roku. W Rosji za „organizacje non-profit pełniące funkcję obcych agentów” uznawane są stowarzyszenia, które otrzymują bezpośrednio lub za pośrednictwem agencji państwowych finansowanie od zagranicznych rządów, organizacji międzynarodowych, zagranicznych obywateli lub bezpaństwowców.

Według Amnesty International w ciągu 4 lat obowiązywania ustawy na liście „obcych agentów” w Rosji znalazło się 148 organizacji, w tym słynny Memoriał, z czego 27 zostało zamkniętych. Zamknięto m.in. Centrum Polityki Społecznej i Gender Studies w Saratowie oraz moskiewskie stowarzyszenie Prawnicy na rzecz Konstytucyjnych Praw i Wolności.

Rosyjski rząd utrudnia działanie organizacji krytycznie wypowiadających się o polityce rządu odnośnie zwalczania dyskryminacji, ochrony praw kobiet, ochrony praw mniejszości seksualnych, ochrony pluralistycznej pamięci narodowej, wolności badań naukowych, poprawy systemu penitencjarnego, ochrony praw konsumentów oraz ochrony środowiska naturalnego. Rosyjskie Ministerstwo Sprawiedliwości interpretuje jako „działalność polityczną” każdą formę komunikowania się przez organizacje z rządem i administracją, co skutecznie uniemożliwia walkę rosyjskich organizacji non-profit o swoją reputację i interesy.

Z Rosji wycofali się wielcy darczyńcy – National Endowment for Democracy (NED), MacArthur Foundation, Mott Foundation, a także Open Society Foundations (OSF)węgiersko-amerykańskiego finansisty i filantropa George’a Sorosa. Zaangażowanie Sorosa na Węgrzech jest od kilku lat solą w oku Viktora Orbana – warto jednak przypomnieć, że premier Węgier w młodości dzięki wsparciu fundacji Sorosa przebywał na stypendium na Uniwersytecie Oksfordzkim.

Węgierski parlament przyjął w tym roku lex CEU, ustawę uniemożliwiającą funkcjonowanie ufundowanego przez Sorosa Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego (Central European University) w dotychczasowej formie. CEU  przyjął studentów na rok akademicki 2017/2018, jednak dalsze jego losy w Budapeszcie pozostają niepewne. Zoltan Kovacs, rzecznik prasowy rządu Orbana, który na CEU obronił pracę magisterską i doktorat z historii, publicznie używa dzisiaj określenia „mafijna sieć Sorosa”.

Spośród krajów Rady Europy, obok Rosji i Węgier podobne ograniczenia działalności organizacji społeczeństwa obywatelskiego występują w Azerbejdżanie. W Izraelu od 2016 roku organizacje pożytku publicznego, których główne źródło finansowania pochodzi z dotacji zagranicznych, są zobowiązane do publikowania bardziej szczegółowych rocznych sprawozdań finansowych niż pozostałe organizacje.

W Stanach Zjednoczonych zobowiązani do upubliczniania źródeł finansowania i związków z darczyńcą głównie lobbyści i reprezentanci obcych rządów (zob. Raport Komisji Weneckiej).

Rzecznik niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Martin Schaefer skomentował przyjęcie na Węgrzech lex NGO: „Węgry dołączyły tym samym do takich krajów jak Rosja, Chiny i Izrael, które oceniają fakt finansowania organizacji pozarządowych przez darczyńców z zagranicy jako wrogi lub co najmniej nieprzyjazny akt.”

Dla OKO.press komentują reprezentanci społeczeństwa obywatelskiego na Węgrzech

Zsuzsanna Vegh, Hungarian Europe Society

„Obawy wyrażone m.in. przez Komisję Europejską oraz przedstawicieli niemieckiego rządu świadczą o tym, że lex NGO nie jest wyłącznie wewnętrzną sprawą Węgier.

Przyjęta ustawa bezpośrednio uderza w organizacje strażnicze, które monitorują działania rządu i administracji, a także w organizacje zajmujące się promowaniem standardów praw człowieka i badają stan węgierskiej demokracji oraz przestrzegania praw podstawowych.

Wyraźnie polityczna motywacja stojąca za lex NGO nie mogła ujść uwadze czołowych europejskich instytucji, zwłaszcza, że Komisja Europejska prowadzi teraz kilka procedur przeciwko Węgrom: związanych z prawem azylowym oraz z niewywiązaniem się z obowiązku przyjęcia uchodźców w mechanizmie relokacji.

András Léderer, rzecznik prasowy węgierskiego Komitetu Helsińskiego :

„Przyjęta ustawa zmusza tysiące organizacji, w tym Komitet Helsiński, do wpisania się na listę „organizacji finansowanych z zagranicy”. Dodatkowe wymogi, które nakłada na nas przyjęta ustawa, mają na celu stygmatyzowanie naszej organizacji, osób, które zwracają się do nas po pomoc, osób, którym pomagamy, osób, które nam pomagają.

Uchylono furtkę do stworzenia odrębnych reguł działania dla NGO zarejestrowanych jako finansowane z zagranicy. To niebezpieczna droga i nie wkroczymy na nią, dopóki nie zmusi nas do tego wyrok sądowy. Świadczymy pomoc prawną ludziom, którzy nie mogą się zwrócić nigdzie indziej – osobom przetrzymywanym, osobom szukającym ochrony i azylu, osobom, które zostały źle potraktowane przez organy władzy państwowej. Ze względu na nie, nie możemy się poddać. Użyjemy każdego zgodnego z prawem narzędzia, aby zwalczać lex NGO.

Po wielu dyskusjach Komitet Helsiński zdecydował, że najlepszą strategią jest nie wpisywanie się na listę „organizacji finansowanych z zagranicy” dopóki nie dojdziemy do krytycznego momentu, w którym sąd wyda wyrok skreślający Komitet Helsiński z listy fundacji i stowarzyszeń zarejestrowanych na Węgrzech.

Po pierwsze, taka postawa ma wymiar symboliczny. Po drugie, pozwala nam na sprzeciwianie się i podważanie przyjętej ustawy w postępowaniu sądowym, w którym weźmiemy udział. Przygotujemy skargę konstytucyjną do węgierskiego Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ uważamy, że przyjęte prawo jest niezgodne z Konstytucją Węgier  z 2011 roku. Jeśli to nie pomoże, wystąpimy też do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który bada indywidualne skargi na naruszenie przez państwa Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Kiedy rozpocznie się wobec nas postępowanie administracyjne, będziemy mogli wystąpić z pytaniem prejudycjalnym do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu, który będzie musiał odpowiedzieć, czy lex NGO nie narusza praw podstawowych obywateli. Do czasu zakończenia rozpatrywania pytania przez Trybunał w Luksemburgu, węgierski sąd nie będzie mógł wydać wyroku skreślającego nas z rejestru.

Jednocześnie wraz z tysiącem innych NGO na Węgrzech będziemy informować węgierskie społeczeństwo o prawdziwym celu i naturze naszych działań: pracujemy na rzecz całego społeczeństwa, a nasze istnienia i działalność są niezbędną częścią zdrowej i silnej demokracji. Jesteśmy jedną z najstarszych i największych organizacji zajmujących się prawami człowieka na Węgrzech. Oprócz działalności badawczej i edukacyjnej, co roku świadczymy pomoc prawną tysiącu osobom w całym kraju. Z powodzeniem walczyliśmy przed sądami i trybunałami o prawa zwykłych ludzi. Nadszedł czas, żebyśmy zawalczyli przed sądem o własne prawa – i o nasze istnienie.”

PiS idzie śladami Orbana

Zwrotnym momentem w historii węgierskiego sektora pozarządowego był atak na organizacje otrzymujące środki z Funduszy Norweskich w latach 2014-2015. Teraz Lex NGO wprowadza dyskryminujący podział na „swoje” i „obce” organizacje pożytku publicznego.

W Polsce rząd PiS też próbuje przejąć kontrolę na funduszami norweskimi, na razie bez powodzenia z powodu oporu rządu Norwegii,  TVP prowadziła kampanie oczerniającą wobec kilku organizacji pozarządowych. Rząd chce tez scentralizować pod swoją kontrolą wszystkie fundusze publiczne płynące do organizacji pozarządowych i stworzyć Narodowe Centrum Społeczeństwa Obywatelskiego.

Funkcjonowanie niezależnych organizacji społeczeństwa obywatelskiego jest jednym z mierników stanu i jakości demokracji. Przykład Węgier pokazuje jak zmiany otoczenia prawnego, finansowego, a także zmiana nastawienia opinii publicznej przez wrogą propagandę mogą w szybkim czasie doprowadzić do paraliżu instytucji monitorujących działania rządu i jakość demokracji oraz przestrzeganie praw podstawowych.

Anna Wójcik pracuje w Poznańskim Centrum Praw Człowieka, placówce naukowej działającej w ramach Instytutu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk.

OKO.press

Zamach na życie prezesa – czy ta obsesja ma granice?

17/06/2017, Michał Kuczyński

Nie ma nic groźniejszego dla stabilnego i zdrowego funkcjonowania państwa jak umacnianie społecznego podziału i przeciwstawianie jednym obywateli drugim. Niestety, w historii Europy, mieliśmy wiele przykładów, gdy władza przekonana o swojej nieomylności w pewnym momencie całkowicie odrzucała wszelką krytykę pod swoim adresem, a posłuszeństwo obywateli starała się wymusić przy pomocy państwowego przymusu i aparatu represji. Zazwyczaj zaczynało się niepozornie, od drobnych posunięć prawnych, ograniczenia instytucji sprawujących kontrolę praw obywatelskich, ograniczając wolność zgromadzeń i manifestacji swojego niezadowolenia. Kolejnymi krokami było wykreowanie wrażenia, że władza, czyniąca w imieniu obywateli dobrą zmianę, realizująca narodowy interes napotyka na opór wewnętrznych i zewnętrznych sił, które mają na celu ochronę starego układu i patologicznych praktyk. Gdy wrażenie to na dobre zadomowiło się w umysłach obywateli, pojawiały się pogłoski o próbach obalenia rządu siłą, czy wręcz dybania na życie głównego lidera.

Widzieliśmy to w ostatnich latach wielokrotnie, co ciekawe zawsze w krajach o wyraźnie autorytarnym charakterze, z władcami absolutnymi, dla których demokracja to tylko fasada dla wszechwładzy. Pucz zza granicy miał przeprowadzić główny rywal Recepa Tayyipa Erdogana, ciągłe zagrożenie zamachem na życie Kim Dzong Ila czy Kim Dzong Una to też norma, w przekonaniu obywateli Korei Północnej. Zawsze w takich przypadkach odpowiedzią władzy było ograniczenie praw obywateli i srogie rozliczenie się z politycznymi przeciwnikami. Skrajnym przykładem takiej sytuacji jest pożar w Reichstagu, w nocy z 27 na 28 lutego 1933 roku, którego okoliczności podpalenia do dziś nie zostały wyjaśnione. Wiadomo natomiast, że fakt pożaru został wykorzystany do pełnego przejęcia władzy przez NSDAP i przekształcenie republiki parlamentarnej w monopartyjne, policyjne państwo totalitarne. Jak sytuacja się rozwinęła wiemy przecież wszyscy. Do dziś to najbardziej rażący przykład tego, jak w quasi demokratyczny sposób można doprowadzić do zrzeczenia się przez obywateli władzy nad swoimi umysłami i przekazanie władzy w ręce chorego z nienawiści polityka.

Dlatego też, gdy dziś przeczytałem artykuł o groźbie zamachu na Jarosława Kaczyńskiego, lidera partii rządzącej oraz nieformalnego przywódcę duchowego sporej części obywateli naszego państwa, zapaliła mi się po raz kolejny sporej wielkości czerwona lampka.

Chodzi o wpisy na portalach społecznościowych, w których można przeczytać pełne plany przeprowadzenia zamachu na życie Prezesa PiS, którymi miała się już zająć Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Niezależnie od tego, czy wpisy te są niezbyt wyszukanymi żartami, czy poważnymi rozważaniami, należy wziąć pod uwagę, że władza będzie takie przypadki nagłaśniać w oczywistym celu. Władza przyciśnięta do muru może wręcz posunąć się do zaaranżowania takiego zamachu, oczywiście nieudanego, by pokazać, że zagrożenie nie jest wyssane z palca. Pisaliśmycałkiem niedawno o tym, że w PiS już od dłuższego czasu panuje obsesja na punkcie puczu, jaki opozycja miałaby przeprowadzić w Sejmie, odbierając władzę w sposób niedemokratyczny. Im dłużej taktyka oblężonej twierdzy jest stosowana, tym bardziej może się ona radykalizować.

Blokada Facebook’a i Twitter’a?

Takie zarzuty są o tyle absurdalne, że to nie kto inny jak właśnie rządzący ustami swoich polityków przyznają sobie prawo do działania ponad prawem, przedstawiając interes stricte partyjny jako interes narodowy. Dzięki takie argumentacji dokonali już szeregu zmian w ustroju państwa, wbrew obowiązującej Konstytucji i wcale na tym nie zamierzają poprzestać. Takie wrzutki jak ta o zagrożeniu życia Prezesa PiS mają być natomiast pretekstem do dalszego ograniczania praw społeczeństwa, przy pomocy nowo budowanego Ministerstwa Bezpieczeństwa, którego stworzenie ogłosi zapewne Jarosław Kaczyński podczas lipcowego kongresu partii rządzącej. Wszechobecna inwigilacja, dalsze ograniczenie prawa do zgromadzeń, blokowanie czy wręcz zamykanie portali społecznościowych to naturalna konsekwencja obsesji na punkcie puczu i naturalna odpowiedź na zagrożenie, niezależnie od tego, czy jest ono realne czy wyreżyserowane. Społeczeństwo karmione strachem, samo dobrowolnie odda władzy prawo do decydowania o ich życiu a wolność poświęci w zamian za wrażenie bezpieczeństwa. Gdy jednak zda sobie sprawę, do czego ta władza absolutna prowadzi, będzie już za późno. Niesamowite jest to, że przecież znamy to nie tylko z obrazków z innych krajów, ale i z własnej historii. Niestety po raz kolejny okazuje się, że bardzo nie chcemy się od niej uczyć.

crowdmedia.pl

Dzięki takim płaszczkom jak Czarnecki jestesmy na dnie.

Pan Witek o mediach publicznych. Mam taką samą opinię.

NIEDZIELA, 18 CZERWCA 2017

„Powrót wojownika”. Frasyniuk na okładce Newsweeka

12:20

„Powrót wojownika”. Frasyniuk na okładce Newsweeka

Jeśli po naszej stronie powstanie sensowna partia, zaangażuje się 24 godziny na dobę – mówi Władysław Frasyniuk w rozmowie z „Newsweekiem”.

11:25

Łapiński o wizycie Trumpa: Trwają ostatnie ustalenia ze stroną amerykańską

Trwają ostatnie ustalenia ze stroną amerykańską. Pojawiają się czasami 2-3 lokalizacje pewnych wydarzeń. Plac Zamkowy raczej nie będzie. Na pewno to będzie w godnym miejscu, pewnie też historycznym – stwierdził Krzysztof Łapiński w „Kawie na ławę” TVN24.

11:17

Brudziński: Tusk jest niemieckim popychlem

Donald Tusk, który dzisiaj w mojej opinii, moje ocenie, a szczególnie po tych słowach w odniesieniu do premier polskiego rządu, jest takim niemieckim popychlem, który zareagował tak nerwowo i alergicznie na te słowa. Być może dlatego, że premier w swoim wystąpieniu odwołała się do tego, kto to piekło na ziemi zgotował, nazywając zbrodniarzy wprost niemieckimi nazistami, nie jakimiś ponadnarodowym towarzystwem, tylko mówiąc wprost, że to Niemcy – mówił Joachim Brudziński w TVP Info.

11:03

Łapiński: Tusk powinien się zdecydować, czy chce uprawiać politykę w Polsce

Sprawa się zaczęła de facto, kiedy Donald Tusk zaczął tę sprawę podgrzewać. Tusk powinien się zdecydować, czy chce uprawiać politykę w Polsce i ma ambicje, żeby zajmować w Polsce różnego rodzaju stanowiska, a jeśli tak, to proszę bardzo, niech zrezygnuje z funkcji przewodniczącego RE. Jeśli jest przewodniczącym RE, to też pewne zobowiązania ma, żeby nie wtrącać się w wewnętrzne sprawy danego kraju, jeśli one nie dotyczą żadnych spraw traktatowych – mówił Krzysztof Łapiński w „Kawie na ławę” TVN24, dodając, że nie jest to oficjalna propozycja prezydenta.

10:57

Jaki: Tusk wpisał się w politykę, która jest dobra dla Niemiec

Premier powiedziała rzecz oczywistą, że polskie państwo powinno chronić swoich obywateli i być zdolne do zapewnienia bezpieczeństwa obywatelom, również w dzisiejszych czasach i to było jasne nawiązanie do tego, że II RP nie dała rady – mówił Patryk Jaki w „Kawie na ławę” TVN24. Jak dodał:

„Skoro mówimy o światowej aferze, to na usta światowych mediów kto to wyniósł? Donald Tusk. Dopiero za Tuskiem inne media zaczęły to powtarzać i wpisał się niestety w politykę, która jest dobra dla Niemiec, ponieważ to Niemcy z każdego wydarzenia, które jest związane z Auschwitz i gdzie można nie pokazywać winy Niemiec prowadzą politykę relatywizowania winy”

10:29

Zandberg do PO: Wszyscy wiedzieli, że jesteście konserwatystami, inną prawicą, ale mit był taki że umiecie zarządzać

– HGW nie jest organem decydującym o konstytucyjności ustaw. Przez lata cale PO rządziła w Warszawie. Wszyscy wiedzieli, że jesteście konserwatystami, inną prawicą, ale mit był taki że umiecie zarządzać, a pod waszymi oczami wyrosło reprywatyzacyjne oszustwo – mówił Adrian Zandberg w Radiu ZET.

09:50

Tyszkiewicz: Polska jedzie na szczyt po kolejne 27:1

– Polska jedzie na szczyt po kolejne 27:1, bo pozostałe dwa kraje się z Unią dogadają. To zaprzeczenie moralnej tożsamości Polski, solidarności. Kilkaset kobiet i dzieci, które można wybrać. Zaczyna się tworzyć psychozę i na końcu wychodzi polityka Macierewicza by tworzyć spis mniejszości narodowych i religijnych – mówił Robert Tyszkiewicz w Radiu ZET.

09:49

Zandberg: To wyścig na prawo, w którym bierze udział PiS z Kukizem i Schetyna z PiS-em

– To wyścig na prawo, w którym bierze udział PiS z Kukizem i Schetyna z PiS-em. Jesteśmy dumnym, 38-mln narodem, mamy sprawne służby, w tej sprawie powinniśmy się zachować przyzwoicie. PiS które pozuje na kolanach w kościołach nie słyszy głosu ws szczucia i nienawiści waszych polityków padają ze strony Kościoła – mówił Adrian Zandberg w Zetce.

09:37

Zandberg: Co zrobicie, gdy na Ukrainie wybuchnie konflikt i milion ludzi stanie na naszej granicy?

– Wymówiliście solidarność europejską! Co zrobicie, gdy na Ukrainie wybuchnie konflikt i milion ludzi stanie na naszej granicy? – pytał Adrian Zandberg w Radiu ZET.

09:34

Sawicki: Nie wierzycie w służby tego państwa i siłę tego państwa

– Nie wierzycie w służby tego państwa i siłę tego państwa. Prawie 40-milionowy kraj nie jest w stanie przyjąć kilkudziesięciu osób! To jest cynizm – mówił Marek Sawicki w Radiu ZET.

09:30

Lubnauer: PiS boi się, że po prawej stronie urośnie mu konkurent, który mocniej zagra na uchodźcach

– PiS boi się, że po prawej stronie urośnie mu konkurent, który mocniej zagra na uchodźcach. PiS działa zupełnie niepragmatycznie nie ustępując nawet na milimetr. Nie rozumiem zupełnie dlaczego, pomimo próśb CARITAS nie uruchomiliśmy korytarza. Mowa jest o kilkuset osobach które moglibyśmy przyjąć. Nawet 12% realizacji programu to dla naszego 38-milionowego kraju to naprawdę jest nic.  – mówiła Katarzyna Lubnauer w Radiu ZET.

09:13

Zandberg ws tortur policji: Przez rok zamiatano pod dywan

– Widać, że jest problem z nadzorem. To jest jasne, że większość policjantek i policjantów postępuje zgodnie z prawem, ale problem brutalności w policji istnieje. To jest zamiatanie przez rok pod dywan – mówił Adrian Zandberg w Śniadaniu Radia ZET.

300polityka.pl

Policjanci z Lublina porazili paralizatorem turystę? Aresztowani

Dodano: 17.06.2017

Mundurowi z Lublina, którzy mieli porazić zatrzymanego paralizatorem zostali tymczasowo aresztowani i usłyszeli zarzuty. Jak ustaliliśmy – u jednego z nich znaleziono „prywatny” paralizator, którego nie powinien używać. Sprawą zajmuje się prokuratura. W sobotę policja wydała oświadczenie w tej sprawie.

O sprawie pisaliśmy w piątek.

Policjanci zamieszani w sprawę służą w trzecim komisariacie w Lublinie. Dwaj z nich mają za sobą po kilkanaście lat służby. Trzeci założył mundur w 2014r. W nocy z 3 na 4 czerwca wspólnie interweniowali w sprawie Francuza, który przyjechał do Lublina na „Noc Kultury”. 30-letni Igor C. wracał do hotelu taksówką i miał pokłócić się z kierowcą. Z relacji taksówkarza wynika, że Francuz nie chciał zapłacić za kurs.

Jak informuje policja, Igor C. miał. 1,8 promila alkoholu w organizmie. Mundurowi przewieźli go więc do izby wytrzeźwień. Następnego dnia mężczyzna zadzwonił na policję twierdząc, że policjanci bez powodu razili go paralizatorem w jądra. Miało do tego dojść w radiowozie oraz przed gmachem komendy miejskiej. W tym tygodniu Igor C. oficjalnie zawiadomił o sprawie prokuraturę. Przedstawił też zaświadczenia lekarskie, które mają potwierdzać jego wersję wydarzeń. Prokuratura wszczęła śledztwo pod kątem nadużywania przemocy i przekroczenia uprawnień przez policjantów.

Już po telefonicznym zgłoszeniu policja przekazała sprawę do Biura Spraw Wewnętrznych KGP. Mundurowi zapewniali jednocześnie, że na wyposażeniu III komisariatu nie ma paralizatorów, a Igor C. po zatrzymaniu w izbie wytrzeźwień nie skarżył się na nic lekarzowi. Zabezpieczonenagrania z kamer monitoringu również nie wskazywały, że doszło do przestępstwa.

Konsekwencje

Wobec policjantów z „trójki” wszczęto jednak postępowania dyscyplinarne. Wszyscy zostali zawieszeni do czasu wyjaśnienia sprawy. Teraz jednak okazuje się, że ich przyszłość może się rozstrzygnąć znacznie szybciej.

– W reakcji na nowe ustalenia prokuratury, natychmiast podjęliśmy decyzje administracyjne w kierunku wydalenia policjantów ze służby – przyznaje nadkom. Renata Laszczka – Rusek, rzecznik lubelskiej policji.

Jak ustaliliśmy, decyzje w tej sprawie mogą zapaść już w najbliższy wtorek. Przymusowe pożegnanie z mundurem oficjalnie jest motywowane „dobrem służby”. Z nieoficjalnych informacji wynika, że przyczyną nagłego zwrotu w sprawie są ustalenia policjantów z wydziału wewnętrznego. U jednego z zamieszanych w sprawę mundurowych mieli oni znaleźć prywatną latarkę z paralizatorem. Sprzęt ten nie był ujęty w żadnej ewidencji. Policjant nie miał prawa posługiwać się nim na służbie.

– Będą postępowania dyscyplinarne wobec przełożonych policjantów z trzeciego komisariatu, pod kątem sprawowania właściwego nadzoru nad służbą – dodaje nadkom. Laszczka – Rusek.

Prokuratura nie zaprzecza, że najnowsze ustalenia śledczych nie są pomyślne dla mundurowych z „trójki”. Prowadzący postępowanie nie odnoszą się jednak do szczegółów sprawy.

– Cały czas trwają intensywne przesłuchania świadków. Analizujemy zebrane dowody – kwituje Agnieszka Kępka, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

W sobotę prokuratura wydała komunikat. – Mając na względzie przesłankę wysokiej grożącej kary oraz obawę matactwa, skierowaliśmy do Sądu wobec 3 podejrzanych wnioski o zastosowanie wobec nich środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania – tłumaczy Agnieszka Kępka, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

Sąd przychylił się do wniosku prokuratury. 41-letni Marcin G., 38-letni Łukasz U. oraz 35-letni Piotr D. zostali tymczasowo aresztowani na 3 miesiące. Trwa wyjaśnianie okoliczności sprawy. Mężczyznom może grozić do 10 lat więzienia.

Oświadczenie policji:

Decyzją przełożonych podjęte zostały natychmiastowe kroki dotyczące wszczęcia postępowań dyscyplinarnych, zawieszenia w czynnościach służbowych, a w konsekwencji wydania postanowień o wszczęciu z urzędu także postępowań administracyjnych w sprawie zwolnienia ze służby trzech lubelskich funkcjonariuszy.

Zdecydowane i natychmiastowe decyzje dyscyplinarne to odpowiedź na ustalenia Wydziału w Lublinie BSW KGP w Warszawie, ich ścisłej współpracy z Prokuraturą Okręgową w Lublinie, w ramach wszczętego śledztwa dotyczącego funkcjonariuszy Zespołu Patrolowo – Interwencyjnego III Komisariatu Policji w Lublinie.

Śledztwo dotyczy interwencji przeprowadzonej 2 tygodnie temu, tj. dniu 4 czerwca 2017 r. przez wymienionych funkcjonariuszy wobec ob. Francji osadzonego w Centrum Interwencji Kryzysowej do wytrzeźwienia. Prokuratura Okręgowa w Lublinie w ramach czynności procesowych przeprowadzonych z funkcjonariuszami w dniach 15 i 16 czerwca przedstawiła im zarzuty, a sąd wczoraj zastosował środki zapobiegawcze w postaci tymczasowych aresztów.

Pierwszy sygnał o niewłaściwym zachowaniu funkcjonariuszy otrzymaliśmy 5 czerwca br. Z dyżurnym KMP w Lublinie skontaktował się obywatel Francji informując, że zamierza powiadomić prokuraturę o nadużyciach, których dopuścili się funkcjonariusze. Zaraz po zgłoszeniu telefonicznym wszczęte zostały czynności wyjaśniające. Ustalono funkcjonariuszy biorących udział w interwencji oraz jej przebieg.

Materiały mimo braku zawiadomienia przez pokrzywdzonego przekazane zostały do prokuratury oraz do Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji.

W trakcie czynności wyjaśniających, w których mogliśmy się odnieść tylko i wyłącznie do telefonicznego zgłoszenia, wykonanych zostało szereg czynności m.in.: rozpytano kierowcę taksówki na prośbę, którego policjanci podjęli interwencję wobec ob. Francji, rozpytano pracowników Centrum Interwencji Kryzysowej, zabezpieczono także zapis monitoringu z kamery, która obejmuje swym zasięgiem parking wewnętrzny znajdujący się pomiędzy budynkami KMP w Lublinie, dokonano zabezpieczenia i przeglądu nagrań monitoringu miejskiego z kamer umieszczonych w miejscu przeprowadzenia interwencji przez patrol oraz na trasie jego przejazdu.

Oficjalne zawiadomienie zostało złożone w prokuraturze w tym tygodniu. To dało funkcjonariuszom BSW KGP możliwość podjęcia dalszej weryfikacji, sprawdzeń i ustaleń oczywiście w uzgodnieniu i w porozumieniu z prokuraturą.

Nasza formacja zawsze poddaje się ocenie. To nam zależy na wyjaśnieniu wszelkich wątpliwości, które świadczyć mogą o naruszeniu prawa czy dyscypliny służbowej przez funkcjonariuszy. Każdy policjant musi mieć świadomość, że dla osób, które naruszają prawo nie ma i nie może być miejsca w naszych szeregach. Decyzje o wszczęciu postępowań dyscyplinarnych, a także decyzje Komendanta Wojewódzkiego Policji w Lublinie o wydaniu postanowień o wszczęciu z urzędu postępowań administracyjnych w sprawie zwolnienia ze służby tych funkcjonariuszy zostały podjęte jeszcze przed przedstawieniem zarzutów przez prokuratora. Także wobec osób odpowiedzialnych za właściwy nadzór i sposób realizowania zadań i poleceń służbowych wszczęte zostały cztery postępowania dyscyplinarne m. in. wobec Zastępcy Komendanta Komisariatu nadzorującego pion prewencji, Naczelnika Wydziału Prewencji tego komisariatu.

To bardzo jasny sygnał i przekaz, że każdy z funkcjonariuszy, który zakłada mundur ma obowiązek przestrzegania prawa i obowiązujących procedur.

nadkom. Renata Laszczka –Rusek

Rzecznik Prasowy

Komendanta Wojewódzkiego Policji

w Lublinie

dziennikwschodni.pl

Zamach na prezesa PiS w siedzibie partii? ABW wkracza do akcji i bada kontrowersyjny wpis

17.06.2017

ABW zajęło się wpisem zachęcającym do zamachu na Jarosława Kaczyńskiego. Ten pojawił się w kilku grupach na portalach społecznościowych razem z dołączonym planem siedziby PiS, a opublikowanym kilka dni temu w „Newsweeku”.

„Gdyby ktoś chciał dokładnie poznać biuro PiSu i panujące w nim zwyczaje, polecam artykuł: Pod kloszem partii” (Newsweek nr 24, 5-11.06.2017, s. 12-17) oraz związane z nim obrazki, które wklejam poniżej” – tak zaczyna się wpis opublikowany w grupie zamkniętej Odnowy, odłamu Komitetu Obrony Demokracji, stworzonej przez ludzi zbliżonych do Mateusza Kijowskiego.

„Mogą stanowić cenne wskazówki, gdzie i jakie przeszkody napotkamy, zanim dotrzemy do gabinetu naczelnika państwa. Wszystko jest do pokonania, gdy opracuje się dobry plan. Znamy przecież filmy pokazujące skuteczne wejścia do skarbców banków, strzeżonych w znacznie bardziej skomplikowany sposób. Wypada mi życzyć udanego wejścia, wykonania zadania i bezproblemowego zniknięcia. A co z łupem/nagrodą? Wdzięczność narodu! To nieprzeliczalne na pieniądze” – można też w nim przeczytać.

Dziennikarze „Rzeczpospolitej„, którzy zapytali administratorów grupy, jak to możliwe, że taki wpis mógł się tam w ogóle znaleźć, odpisali po około godzinie, że go nie widzą. Faktycznie, kontrowersyjnego wpisu już wówczas nie było.

 

Sprawą natychmiast zajęła się ABW.Tam chodzi o treść wpisu, nie sam artykuł – mówi osoba zbliżona do służb specjalnych – Nie mogę potwierdzić, ani zaprzeczyć, bo działania służb są niejawne, ale nie mogą one bagatelizować takich sygnałów – dodaje.

dziennik.pl

Tusk chciał obalić rząd skasowanym tweetem. Bezrozum w czystej postaci.

Masz się bać, bardzo bać. Strach udający rozum tworzy wiernego wyborcę.

W pierwszym zdaniu obrażać innych, a w kolejnej wypowiedzi krytykować innych za obraźliwe wpisy. 🚀

Patryk Jaki: Donald Tusk wpisał się w politykę dobrą dla Niemiec

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

– Nikt nie zwolnił Donalda Tuska od tego, by służyć również Polakom, a nie przede wszystkim Niemcom – mówił w TVN24 wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, nawiązując do skrytykowania przez Tuska wystąpienia premier Beaty Szydło w Auschwitz.

Szydło mówiła w Auschwitz m.in. że „tak straszliwe wydarzenia, jak te, które miały miejsce w Auschwitz, a także innych miejscach kaźni nigdy więcej się nie powtórzyły. Auschwitz to w dzisiejszych niespokojnych czasach wielka lekcja tego, że trzeba czynić wszystko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli”. Tusk komentując tę wypowiedź napisał na Twitterze: „Takie słowa w takim miejscu nigdy nie powinny paść z ust polskiego premiera”. – Pani premier powiedziała rzecz oczywistą, to nawiązanie do tego, że II RP nie dała rady chronić polskich obywateli – skomentował minister Jaki. Jaki ocenił, że Tusk komentując tę wypowiedź w taki sposób „wpisał się w politykę dobrą dla Niemiec”. – Ponieważ to Niemcy prowadzą politykę relatywizowania winy (ws. II wojny światowej i Holokaustu – red.) – dodał zwracając uwagę, że w kontekście II wojny światowej Niemcy używają terminów „naziści” i „hitlerowcy” w kontekście odpowiedzialnych za zbrodnie z tego okresu. – To celowa polityka niemiecka, którą zaczął realizować Donald Tusk i powinien się za to wstydzić – podsumował Jaki. Tuska skrytykował też Marek Jakubiak z Kukiz’15. – Tusk przegina, nakręcił spiralę złego toku mówienia (o wypowiedzi Szydło – red.). – Tusk powinien zająć się Europą, to urzędnik europejski pochodzenia polskiego – dodał.

Na uwagę Sławomira Neumanna z PO, że wypowiedź ta jest „głupstwem”, Jakubiak spytał: – A co? Niemcem jest? Przecież jest pochodzenia polskiego. Zdaniem Neumanna słowa Szydło w Auschwitz były „niepotrzebne” i „złe”. – Nie można grać tematem uchodźców, który budzi wielkie emocje i robić to na tle obozu koncentracyjnego – stwierdził dodając, że choć słowa „uchodźcy” w wypowiedzi nie padły to jednak „liczy się kontekst”.

rp.pl

Duda z czołowymi ministrami na zjeździe „Gazety Polskiej”. Tematy? Nienawiść do PiS, Smoleńsk…

jagor, tps, IAR, 17.06.2017

Prezydent Andrzej Duda

Prezydent Andrzej Duda (LUKASZ CYNALEWSKI)

XII Zjazd Klubów „Gazety Polskiej” w Spale zaszczyciła swoją obecnością spora grupa najważniejszych polityków w kraju – od prezydenta po szefa MON. Ten ostatni mówił o pracach nowej podkomisji smoleńskiej.

To dwunasty już Zjazd Klubów „Gazety Polskiej”. W tym roku na długiej liście gości wydarzenia pojawili się m.in. prezydent Andrzej Duda oraz najważniejsi ministrowie rządu PiS: wicepremier i minister finansów i rozwoju Mateusz Morawiecki, szef MSWiA Mariusz Błaszczak, szef MSZ Witold Waszczykowski czy minister środowiska Jan Szyszko. Premier Beata Szydło oraz Jarosław Kaczyński co prawda nie mogli przyjechać do Spały, za to przesłali organizatorom okolicznościowe listy. Prezes PiS napisał do uczestników zjazdu m.in. o przyczynach „nienawiści” do jego partii.

Rodzi się pytanie: dlaczego tak się dzieje, skąd bierze się ta nienawiść? Odpowiedź nasuwa się prosta: dlatego, że się nie poddajemy. Dlatego, że nie wyhamowujemy. Dlatego, że nie zbaczamy z wytyczonej drogi

– przekonuje w liście Kaczyński. Wśród gości zjazdu znalazł się również Antoni Macierewicz. Szef MON zwrócił uwagę podczas swojego przemówienia, że efektem dochodzenia ws. katastrofy smoleńskiej ma być przedstawienie pełnego materiału dowodowego.

– Nie tylko obrazującego jak przebiegał dramat, ale także pokazującego to w sposób uzasadniony badaniami najlepszych instytutów naukowych świata, niestety nie zawsze polskich. (…) Żeby to wszystko zostało zrobione będą potrzebne pieniądze i będzie potrzebny czas – mówił Antoni Macierewicz.

Ile potrwają badania?

Minister obrony narodowej dodał, że badania zmierzające do wyjaśnianie przyczyn katastrofy smoleńskiej „potrwają jeszcze co najmniej rok”. Jak podkreślał, wysiłek w jej wyjaśnianiu musi zostać zrealizowany po to, by „zamknąć tę straszliwą kartę, nie tracąc honoru narodowego oraz zdolności do rozwoju i wzmacniania państwa polskiego”.

Według Antoniego Macierewicza, jeśli państwo polskie nie wyjaśni tragedii z 10 kwietnia 2010 roku, to zrobi to – jak się wyraził – Władimir Putin czy członkowie rosyjskiej komisji MAK. – Oni to zrobią po to, żeby nas oskarżyć raz jeszcze. Tym razem w nazwiskach Tuska i pozostałych. Będziemy elementem rozgrywki (…) nie możemy do tego dopuścić – mówił minister obrony narodowej, dodając, że obowiązkiem państwa polskiego jest samodzielne wyjaśnienie katastrofy prezydenckiego tupolewa.

Macierewicz powtórzył też tezę, że katastrofa dokonała się w powietrzu, co skomentował na Twitterze Maciej Lasek, były przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.

Zgadza się! Brak treningu, niereagowanie na TAWS, nieustabilizowane podejście, przekroczenie minimów, zbyt późne odejście na 2 krąg. https://twitter.com/TOKFM_NEWS/status/876161744300892166 

Podkomisja a eksperci

Warto przypomnieć, że w 7. rocznicę katastrofy smoleńskiej podkomisja MON pokazała film podsumowujący jej dotychczasowe prace. Według ekspertów Macierewicza do destrukcji lewego skrzydła prezydenckiego tupolewa doszło kilkadziesiąt metrów przez przelotem nad słynną brzozą, a samolot mimo utraty potężnego fragmentu płata był w stanie zachować właściwy kierunek lotu. Niestety – jak zasugerowali w materiale filmowym eksperci – doszło do wybuchu bomby termobarycznej, która ostatecznie przerwała lot.

Podczas prezentacji podkomisja pominęła wyniki badania naukowców z WAT, które zaprzeczały przedstawionym wnioskom.

Kontrowersje wokół „Gazety Polskiej”

Periodyk Tomasza Sakiewicza niejednokrotnie wywoływał kontrowersje swoimi okładkami i treściami. Na okładkach zamieszczano już m.in. zdjęcie Donalda Tuska ubranego w mundur Wehrmachtu, ogłaszano, że prezydencki tupolew został zestrzelony czy pisano o „zabieraniu” polskich dzieci, ilustrując temat zdjęciem najmłodszych więźniów obozu koncentracyjnego.

Zobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na Twitterze

PAD obok Sakiewicza na zlocie klubów „GP”, wspierający tę polityczną aberrację. Na szczęcie „nie da się być prezydentem wszystkich Polaków”.

Na początku roku „Gazeta Polska” przygotowała kampanię reklamową, której osią był cytat z marszałka Józefa Piłsudskiego: „Bić k… i złodziei”. Plakaty z tym i innymi sloganami szybko wycofano z warszawskiej komunikacji miejskiej, jako „nawiązujące do nienawiści” i naruszające przyjęte zasady współżycia społecznego. CZYTAJ WIĘCEJ >>>

‚Coraz bliżej prawdy’. Od 6 lat Jarosław Kaczyński na miesięcznicach smoleńskich powtarza prawie to samo

http://www.gazeta.tv/plej/19,150682,21601847,video.html

gazeta.pl

Brexit. „Bardziej by się opłacało zbierać truskawki, niż robić doktorat. Teraz nie wiem, czy będę mieć pracę”

not. Edyta Bryła, 18 czerwca 2017

Joanna Bagniewska z puchaczem podczas kursu sokolnictwa w Stratford-upon-Avon

Joanna Bagniewska z puchaczem podczas kursu sokolnictwa w Stratford-upon-Avon (Fot. Archiwum prywatne)

– Żaden lekarz w Wielkiej Brytanii nie pyta o Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego. A okazało się, że bez niej siedem lat studiów nie liczy mi się do rezydentury – mówi Joanna Bagniewska, wykładowczyni zoologii na brytyjskiej uczelni University of Reading.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

Dla wielu z moich brytyjskich znajomych było szokiem, że będąc żoną Brytyjczyka, nie mam gwarancji dotychczasowych praw. Większe poczucie bezpieczeństwa daje mi kredyt na dom niż założenie tu rodziny. Bo dla rządu większe znaczenie ma to, bym została w Wielkiej Brytanii i spłacała kredyt, niż to, że zajmuję się swoim dzieckiem.

Bez karty nie ma praw

Coś zmieniłaby dopiero karta stałego pobytu, ale mam problem, by ją uzyskać, mimo że mieszkam tu już od 10 lat. Obecnie, by ją dostać, trzeba pracować w Wielkiej Brytaniiprzez pięć lat, a ja ma dopiero 3,5-letni staż, bo wcześniej studiowałam. Lata na studiach licencjackich, magisterskich i doktoranckich się nie liczą.

Z tym że to problem dopiero od 2011 roku. Wtedy, czyli w połowie mojego doktoratu, zmieniło się prawo i od tej pory, jeśli się nie pracuje i nie zarabia co najmniej 160 funtów tygodniowo, trzeba posiadać kartę Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ), czyli dokument poświadczający, że moje państwo płaci za moją opiekę zdrowotną.

Prawie nikt nie wiedział, że karta stała się obowiązkowa. I niezbędna, by starać się o kartę stałego pobytu. Z EKUZ przyjechałam do Wielkiej Brytanii, ale lekarz od razu mi powiedział, że jej nie potrzebuję. Więc nigdy jej nie przedłużyłam. I do tej pory żaden lekarz o nią nie pyta. Ale po 2011 roku urzędnicy zaczęli jej wymagać przy aplikacji o kartę stałego pobytu. Zrobiło się o tym głośno przed referendum, gdy wszyscy masowo zaczęli się starać o kartę stałego pobytu.

Jej brak to teraz problem dla wielu Europejczyków, którzy niedawno skończyli studia. Ale nie tylko ich. Chodzi też o osoby, które nie zarabiały tygodniowo co najmniej 160 funtów albo nie zarabiały w ogóle, bo na przykład opiekowały się chorą osobą w domu. Paradoksalnie, gdyby do Wielkiej Brytanii sprowadził mnie mąż Europejczyk, który spełnia warunki, by dostać kartę stałego pobytu, mógłby on dołączyć mnie do swojej aplikacji. Mąż Brytyjczyk już tak zrobić nie może.

Będzie twardy Brexit. Theresa May ujawniła szczegóły

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21257531,video.html

Bez karty nie ma pracy

Inny paradoks? EKUZ muszę wyrobić w innym kraju europejskim niż Wielka Brytania, bo urzędnikom chodzi tylko o udowodnienie, że nie jestem ciężarem dla brytyjskiej służby zdrowia. Ale to przecież nie wygląda dobrze, jeśli kartę wyrobię w Polsce, po to, by leczyć się w Wielkiej Brytanii.

Aplikowanie o kartę stałego pobytu jest żmudne. Trzeba na przykład zrobić listę wszystkich podróży zagranicznych w ciągu pięciu lat. Aplikacja przez internet jest krótsza do wypełnienia, ale mogą ją wypełnić tylko pracownicy. Jeśli w ciągu tych pięciu lat też studiowałam i miałam kartę EKUZ, to i tak muszę siedzieć nad papierami.

Jestem teraz na rocznym urlopie macierzyńskim, ale tuż po nim, bez względu na to, ile zarabia mój mąż, będę musiała wrócić do pracy, bo inaczej ten rok też nie będzie mi się liczył do rezydentury. A po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii boję się, że pracodawca mnie zapyta, czy mam kartę stałego pobytu. A skoro nie mam, to może mnie nie przyjąć. Bo będzie musiał najpierw udowodnić, że nie znalazł na stanowisko żadnego Brytyjczyka. Tak jest obecnie w przypadku wszystkich pozaunijnych narodowości.

Nie miałabym tych wszystkich problemów, gdybym przez te 10 lat pracowała na zmywaku albo zbierała truskawki, zamiast się kształcić.

I jeszcze jeden paradoks: nie wiem, czy w ogóle warto starać o obywatelstwo, jeśli chcę tu mieszkać. Bo jako Brytyjka, gdybym w przyszłości chciała sprowadzić do siebie chorych rodziców, to może nie będę mogła. Bo może oni będą musieli starać się o wizy. Ale jeśli zachowam tu prawa europejskiej obywatelki, to nie będzie mi można zabronić sprowadzenia rodziny.

 

wyborcza.pl

Stanisław Skarżyński

Masz się bać, bardzo bać. Strach udający rozum tworzy wiernego wyborcę

17 czerwca 2017

PiS produkuje strach, który przekuwa w kapitał polityczny

PiS produkuje strach, który przekuwa w kapitał polityczny (Karolina Skrzyniarz)

Strach zatrudniony do polityki okazuje się niezawodny, ponieważ uznanie, że nie było się czego bać, jest przyznaniem się do głupoty i ośmieszeniem

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

„Auschwitz w dzisiejszych, niespokojnych czasach to wielka lekcja tego, że trzeba czynić wszystko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli” – ogłosiła Beata Szydło w Oświęcimiu.

To zdanie jest nowym pomnikiem politycznej głupoty. I jeszcze jedno, również ze słownika dwudziestowiecznego faszyzmu, wypowiedziane tego samego dnia: „Mamy prawo, każdy naród, każda cywilizacja, w tym przypadku cywilizacja europejska, bronić się przed zagładą. To, co robią elity zachodniej Europy, jest wstąpieniem na drogę do samozagłady Europy”. Wygłosił je wicepremier Gowin po tym, jak Komisja Europejska wszczęła postępowanie przeciwko Polsce, Czechom i Węgrom za to, że nie przyjęły uzgodnionej liczby uchodźców.

Łapiemy się za głowy, a przecież to nie powinno dziwić w ogóle, bo polska polityka od lat ewoluuje w stronę nie-wesołego miasteczka, które całe jest tunelem strachów. Prawica bije w tej dyscyplinie wszystkie rekordy – przede wszystkim głupoty – ale na strachu budowany jest również przekaz obrońców demokracji.

Już Machiavelli pouczał, że „przezorny książę powinien obmyśleć sposób, aby obywatele zawsze i w każdej okoliczności odczuwali potrzebę jego rządu, wtedy stale będą mu wierni”.

Uzupełnił to spostrzeżeniem: „Miłość trzymana jest węzłem zobowiązań, który ludzie, ponieważ są nikczemni, zrywają, skoro tylko nadarzy się sposobność osobistej korzyści, natomiast strach jest oparty na obawie kary; ten więc nie zawiedzie nigdy”.

Polityczne wykorzystanie strachu jest możliwe, bo strach przekształca tchórzostwo w racjonalność. Bojąc się, trzeba decydować szybko, gwałtownie, bez sprawdzenia prawdziwości przesłanek, bez oglądania się na konsekwencje.

Stanąłbym po stronie prezydent Gronkiewicz-Waltz, gdybym pozwolił jej „pogłaskać się po główce”

Tchórz odważny

Wcieleniem postaci mądrego tchórza jest Mariusz Błaszczak, który twierdzi, że polityka PiS w sprawie uchodźców jest „głosem rozsądku”. „Rząd PO-PSL godził się na przyjmowanie tysięcy muzułmańskich emigrantów, godził się na to, by stworzyć w Polsce środowiska, zaplecze, bazy rekrutacyjne dla terrorystów” – opowiadał w radiowej Jedynce.

Przechwycona i wpleciona w strach racjonalność okazuje się w służbie polityki niezawodna, ponieważ uznanie, że nie było się czego bać, jest przyznaniem się do głupoty, ośmieszeniem. Zamieniając strach w racjonalność, angażuje się poczucie własnej wartości. Od tego momentu każdy atak na obiekt strachu jest atakiem na bojącego się.

To nie przypadek, że ci sami politycy, którzy żyją z produkcji strachu, najchętniej sławią odwagę obrońców Westerplatte, bohaterstwo warszawskich powstańców i niezłomność „żołnierzy wyklętych”. Im bardziej bohatera zawiodła racjonalność, tym większa jego wartość dla handlarza strachu. Dlatego nie można się zastanawiać, czy warto było w 1944 roku poświęcić setki tysięcy istnień i obrócić stolicę w gruz albo czy racjonalnie myśleli ludzie, który w 1946 roku chcieli prowadzić partyzancką walkę z ZSRR. Bo to w nich właśnie, nieracjonalnych bohaterów, reprezentantów racjonalnych tchórzy, wcielają się politycy.

Znów Błaszczak, tym razem dla „wSieci”: „Nie zabraknie nam odwagi, nie ściągniemy na Polskę zagrożenia. (…) Nawet jeżeli wyłączymy sprawę zamachów terrorystycznych, to zobaczmy co się dzieje we Francji, w Brukseli. Byłem we czwartek w stolicy Belgii. Na ulicach uzbrojeni żołnierze, opancerzone samochody wojskowe, to wszystko ze względu na zagrożenie, ze względu na to co wiąże się z konsekwencjami samobójczej polityki multi-kulti”.

W Warszawie nie ma Budapesztu. Ale Orbán może pozwolić sobie na więcej niż Kaczyński

Tchórz miłosierny

Udając akt rozumu, strach potrafi być aktem miłosierdzia. Niezwykła jest bezsilność papieża i biskupów wobec niechęci do uchodźców, niezdolność do przekonania wiernych, by dostrzegli człowieka w człowieku. Jarosław Mikołajewski słusznie stwierdził, że w procesjach Bożego Ciała idą „praktykujący niewierzący”.

Tajemnicą konfesjonałów pozostanie, czy podczas sakramentów spowiedzi w całej Polsce wszyscy ci, którzy nie chcą przyjęcia uchodźców, klęczą i szepczą księdzu, że zgrzeszyli strachem, nienawiścią do obcych, postawieniem siebie ponad potrzebujących. Czy przestali przyjmować komunię świętą, bo żyją w grzechu, którego nie potrafią pokonać?

Zapewne nie. Pomaga im w tym strach udający racjonalność, który nakazuje doszukiwać się w chrześcijaństwie wątków zwalczania zła oraz uprawnionej samoobrony – i nie słuchać choćby biskupa Pieronka, który w „Kropce nad i” mówił, że „moralnym obowiązkiem chrześcijan w Polsce jest być gościnnym dla tych, którzy uciekają przed śmiercią, przed nędzą, przed wszelkimi prześladowaniami”.

Odpowiedział mu na Facebooku polski katolik i patriota Marian Kowalski: „Ksiądz Pieronek jest notorycznym szubrawcem i skończonym bydlęciem i każdy, kto tego łajdaka traktuje poważnie jest człowiekiem nierozsądnym”.

Nie on pierwszy uznał niby-rozsądek za wartość chrześcijańską. Adolf Hitler w 1922 roku też powoływał się na Jezusa Chrystusa: „Chrześcijanin nie ma obowiązku pozwalać, by go oszukiwano. Ma obowiązek walczyć o prawdę, o sprawiedliwość. (…) Gdy widzę ludzi w kolejkach do sklepów i patrzę na ich zmęczone twarze, sądzę, że byłbym nie chrześcijaninem, ale diabłem, gdybym nie zwrócił się, jak nasz Pan dwa tysiące lat temu, przeciwko tym [miał na myśli Żydów] którzy do dziś wykorzystują i grabią tych biedaków”.

I jeszcze, na marginesie – akurat rozsądek nie należy do wartości chrześcijańskich.

Puszcza Białowieska jest starsza niż Polska. Oto krótka historia ostatniego skrawka naturalnego lasu Europy

Rozum obrażony

Prawicowi intelektualiści znaleźli się za burtą właśnie dlatego, że rozum nie pozwala im przyjąć kłamstw i bredni produkowanych na użytek władzy.

Ostatnio dotknęło to Bartosza Brzyskiego z Klubu Jagiellońskiego. W tekście „Nie mamy już o czym rozmawiać” wspomina innych prawicowych intelektualistów, Piotra Wójcika i Bartłomieja Radziejewskiego, którzy opowiedzieli się za przyjęciem, pod szeregiem warunków, 6142 uchodźców, za co zostali zjechani od góry do dołu.

„Szarańcza, horda, kozojebcy – te zwroty nie tylko odczłowieczającą, ale mogą stanowić pierwszy krok na drodze do społecznej akceptacji przemocy wobec adresatów tych wyrażeń. Pierwsze przypadki idiotycznych ataków na ciemnoskórych właścicieli kebabów w Polsce już odnotowaliśmy” – zauważył słusznie Brzyski.

Jeszcze półtora temu ten publicysta chwalił Orbána za mądrą politykę w sprawie uchodźców i podkreślał, że „żaden z niego faszysta”, bo premier „powiedział wprost, że Węgry przyjmą imigrantów, jeżeli taka decyzja zostanie przegłosowana przez kraje UE”.

Decyzja została przegłosowana, Węgry uchodźców nie przyjęły, więc Orbán okazał się jednak być faszystą. Brzyski ewoluował, bo zachował zdrowy rozum. Właśnie po to, żeby wyborcy tak nie ewoluowali, prawicowcy poszli w handel strachem.

Racjonalni są naiwni

Przypadki Brzyskiego, Radziejewskiego i Wójcika – konserwatystów skazanych, jak to konserwatyści, na ślizganie się po granicy między kulturową arbitralnością, a porządnym myśleniem – pozostaną jednak marginalne.

Również racjonalność ukradziono racjonalnym i zatrudniono w przemyśle nienawiści. Co zresztą Brzyski jasno dostrzega: „A niech się ciapate kurwy smażą – pisze pan Darek Kobra na profilu Marszu Niepodległości. Jego komentarz polubiło już prawie 130 osób. (…) Ludzie pod własnym nazwiskiem nie tylko życzą innym śmierci, ale wprost się cieszą, że obcy im ludzie płoną żywcem. Tych, którzy wzywają do opamiętania, nazywają »naiwnymi«”.

„Naiwność” to kolejne nawiązanie do rozumu, które rozgrywają administratorzy strachu, utwierdzając pożyteczne marionetki w przekonaniu o racjonalności ich prostych obskuranckich sądów. Pojawiło się choćby u kolejnego autorytetu naszych czasów, Mariusza Pudzianowskiego.

Siłacz i wojownik z klatki ostatnio napisał na Facebooku: „W Polsce gospodarzami jesteśmy my i nie zgadzamy się na przymusowe osiedlanie islamskich imigrantów, bo widzimy jakie są tego skutki!”. Dołączony, zupełnie idiotyczny materiał „Wiadomości” TVP o „islamskich imigrantach, prowadzących swoistą inwazję kulturową inwazję na nasz kontynent” obejrzało na koncie „Pudziana” milion ludzi, 10 tysięcy podało go dalej, polubiło 20 tysięcy, napisano ponad 800 komentarzy. 1,5 tysiąca reakcji zebrał Sebastian Marcinik, singiel z Sosnowca, który skomentował, że „Niemcy po raz kolejny zniszczyły Europę niestety ponownie przy śmierci wielu niewinnych ludzi”.

Wątpliwości miało niewielu, na przykład Oskar Zielewski, kibic z Bydgoszczy („mamy przyjąć imigrantów którzy nie są połączeni z państwem islamskim oraz nie są fanatykami tej religii”), ale szybko rozwiewali je – nieustannie w duchu racjonalizmu – inni. Kamil Tomasz Markiewicz, którego życie zmienił hip-hop: „Naprawdę wierzysz, że niemcy pozbędą się tego odsetka „uchodźców”, którzy są poprawnie sprawdzeni i teoretycznie bezpieczni, a sobie zostawią chodzące bomby zegarowe?”

***

Rozum sterowany strachem odbiera polityce wszelką racjonalność. Fakty przestają mieć znaczenie. A są one takie, że terroryzm to nasze ostatnie zmartwienie. Kamil Fejfer w OKO.press policzył kiedyś, że z rąk terrorystów zginęło w ostatnich piętnastu latach tyle Polek i Polaków, ile w 2011 roku utonęło w rowach przydrożnych i melioracyjnych.

wyborcza.pl

%d blogerów lubi to: