Tag Archives: pedofilia

PiS przegrywa walką o sądownictwa. Skończy się oblężeniem kancelarii prezesa przy Nowogrodzkiej

Zwykły wpis

Naczelny Sąd Administracyjny postanowił o wstrzymaniu wykonania uchwały Krajowej Rady Sądownictwa z wnioskami o powołanie sędziów Sądu Najwyższego do Izby Karnej SN. Chodzi o uchwałę KRS z 24 sierpnia dotyczącą sędziego Wojciecha Sycha, który miał zostać powołany na jedno z miejsc w tej izbie.

Decyzja Naczelnego Sądu Administracyjnego ma związek z odwołaniami osób, które bezskutecznie kandydowały do Izby Karnej SN. Ich zdaniem procedura jest nieważna, bo pod obwieszczeniem prezydenta o wolnych miejscach w Sądzie Najwyższym brakuje podpisu premiera.

W tej sytuacji prezydent Duda nie będzie mógł powołać sędziego Sycha do Sądu Najwyższego przed rozpatrzeniem zapowiadanych dopiero odwołań przez KRS, choć wcale nie jest pewne, że prezydent się do tego zastosuje, bo podobne postanowienie samego Sądu Najwyższego Andrzej Duda wcześniej zignorował.

Wczoraj NSA rozpatrywał kilka podobnych wniosków, uznał jednak tylko dwa, dotyczące powołania sędziego na wakat w Izbie Karnej, bo stanowisko to istniało przed wejściem w życie reformy.

Sąd odrzucił natomiast wnioski o zatrzymanie procedury powoływania sędziów Izby Karnej i Izby Kontroli Nadzwyczajnej – prawdopodobnie dlatego, że przed wejściem reformy w życie nie istniały.

PiS zaczyna przegrywać „bitwę” o sądownictwo. Szturm na Kancelarię Rzeszy przy Nowogrodzkiej zakończony zostanie ostatecznie odejściem fuererka Kaczyńskiego.

Hairwald

Warszawski ksiądz Jacek Dunin-Borkowski w swoim wpisie na Twitterze ocenił, że „plaga pedalstwa w kościele nie jest związana a celibatem”.

Ksiądz w ten sposób, odniósł się do wpisu dziennikarza TVP Cezarego Gmyza, który na swoim Twitterze polecił tekst Tomasza Terlikowskiego o homoseksualizmie w kościele. W artykule postawiono tezę, że na obecny kryzys w kościele związany z nadużyciami seksualnymi duży wpływ ma homoseksualizm wśród księży. Gmyz dodał od siebie, że wpływ na problem ma również celibat.

Ksiądz Dunin-Borkowski skomentował słowa Gmyza. „Plaga pedalstwa w Kościele nie jest związana z celibatem. Tylko pedał jest trochę mniej widoczny, szczególnie jak się księża pieprzą ze sobą. No i nie mają dzieci”.

Wpis księdza wywołał dyskusję. Włączył się do niej Kazimierz Bem, zadeklarowany gej oraz pastor ewangelicko-reformowany, mieszkający w USA.

Komentarz diecezji warszawsko-praską. – W związku z głęboko niestosownymi publikacjami ksiądz Jacek Dunin-Borkowski zostanie wezwany na rozmowę do Kurii Warszawsko-Praskiej – mówi Jakub Troszyński, rzecznik diecezji.

View original post 2 682 słowa więcej

PiS wprowadza Średniowiecze, czyli o wyższości teologii nad astronomią

Zwykły wpis

>>>

W dwa dni Polskie Towarzystwo Astronomiczne zebrało pod deklaracją poparcia blisko 8 tys. podpisów. Chodzi o zablokowanie projektu resortu nauki, który chce wykreślić astronomię z listy oddzielnych dyscyplin naukowych.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego stworzyło projekt rozporządzenia, w którym łączy astronomię w jednej grupie z innymi naukami fizycznymi. Jakie ma to znaczenie dla naukowców?

– Głównym powodem zmiany jest ułatwienie pracy urzędnikom. Nic z tego nie wynika innego na plus – mówił dr hab. Michał Bejger z Centrum Astronomicznego im. M. Kopernika PAN,  zaznaczając, że nowa klasyfikacja może mieć wiele negatywnych konsekwencji dla astronomów.

– Może się to skonczyć tym, że dostaniemy mniej pieniędzy na badania – podkreślił ekspert oraz dodał, że „astronomia w Polsce bardzo dobrze sobie radzi, być  może właśnie dlatego, że miała do tej pory specjalną pozycję”.

Polska astronomia w czołówce

Polskie Towarszystwo Astronomiczne, które apeluje do wicepremiera Jarosława Gowina o niewprowadzanie zmian, na dowód szczególnego miejsca zajmowanego przez tę naukę podaje statystykę serwisu Web of Science. Według niej poziom cytowalności prac naukowych polskich astronomów jest o ok. 25 proc. wyższy od średniego poziomu światowego.

Petycję w tej sprawie w ciągu dwóch dni podpisało blisko 8 tys. osób.

Rząd chce rozwijać przemysł kosmiczny?

– Jak planowana zmiana ma się do deklaracji polskiego rządu o chęci eksploracji przemysłu kosmicznego? – pytała Karolina Głowacka.

– Wydaje się, że jest to krok w tył. Jeśli mówi się o tym, że powinniśmy innowacyjnie podchodzić do przemysłu kosmicznego, to powinniśmy zadbać o to, aby wysunąć [potrzebne do tego -red.] części nauki na specjalną pozycję – tłumacyzł gość TOK FM.

Naukowiec obawia się, że sytuacja astronomii polskiej się pogorszy i dodaje, że nawet nie słychać zapewnień o tym, że będzie lepiej

– W tym akcie prawnym jest takie okrągłe zdanie, że ta zmiana nie będzie prowadziła do dyskryminacji. To mowa-trawa, za którą nic nie stoi – [podsumował dr hab. Bejger.

Nowy Newsweek. Wstrząsająca opowieść o księżach pedofilach i ich ofiarach w Polsce. I odpowiedź na pytanie dlaczego ofiarom jest u nas trudniej niż w innych krajach, a sprawcom o wiele łatwiej o bezkarność. Plus 20 stron dodatku o drugiej wojnie światowej.

Ten mem prezydentowi Wałęsie wyszedł rewelacyjnie.

To już chyba tylko na spotkaniach #PiS i w kościołach Pan ⁦@AndrzejDuda⁩ może wygłaszać swoje przemówienia bez obawy, że obywatele przypomną mu o konstytucji.

Hairwald

Język Andrzeja Dudy jest pełen kiczu, śmiecia, który wygląda na patos, a jest zakłamaniem.

O. Paweł Gużyński do pana Dudy prezydenta: Jak długo będzie Pan uprawiał politykę w koalicji lub nieformalnym sojuszu z duchownymi, tak długo mam pełne prawo protestować przeciw temu jako ksiądz, będąc absolutnie wolny od zarzutu o uprawianie polityki.

A tymczasem w ultrakatolickiej Hiszpanii!

Wałęsa wychodzi z kościoła

Lech Wałęsa opuścił świątynię w Gdańsku, gdy głos miał zabrać prezydent Duda. Pierwszy demokratycznie wybrany prezydent odrodzonej Polski słusznie nie chciał słuchać, co ma do powiedzenia z okazji kolejnej rocznicy porozumień sierpniowych jego czwarty z kolei następca.

View original post 2 062 słowa więcej

Nie zakłamywać Sierpnia 80

Zwykły wpis

Uroczystości pod hasłem ‚Porozumienie. Zaczęło się w Gdańsku’ rozpoczęły się 31 sierpnia 2018 roku o godz. 9.45 na pl. Solidarności. Kwiaty pod pomnikiem Poległych Stoczniowców złożył pierwszy przywódca ‚Solidarności’ Lech Wałęsa, a towarzyszyli mu przedstawiciele władz Gdańska, samorządu województwa pomorskiego, politycy PO i Nowoczesnej oraz działacze Komitetu Obrony Demokracji. W uroczystości udział wzięli także opozycjoniści z czasów PRL, którzy po godz. 10 otworzyli historyczną stoczniową Bramę nr 2.

„Będziemy pracować, żeby odbudować wspólnotę, musimy szukać wspólnych rozwiązań. Polską powinni rządzić ludzie, dla których praworządność jest ważna” – powiedział Lech Wałęsa przed bramą Stoczni. W Gdańsku rozpoczęły się obchody rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych.

Z tej okazji w Gdańsku odbywają się dwie osobne uroczystości. – „Kiedy kończyliśmy tą wielką walkę mówiłem, że będziemy się w tym miejscu spotykać i mówić o stanie Rzeczpospolitej i dyskutować, co robić, by nie zniszczyć tego zwycięstwa. To przykre, że nie możemy dzisiaj wspólnie składać kwiatów pod pomnikiem Poległych Stoczniowców 1970” – stwierdził były prezydent.

Wspominając czasy strajku, Wałęsa stwierdził: – „Jestem przekonany, że Kaczyńskiego tam nie było. Gdyby był, załapałby się na zdjęciu. Albo był zbyt tchórzliwy i nie chciał być na zdjęciu. Bo wtedy było niebezpiecznie. A to, że jest na innym zdjęciu? Byliśmy tam tyle razy, że te zdjęcia można dopasować”.

Razem z Lechem Wałęsą w Gdańsku pojawili się liderzy PO i Nowoczesnej. – „Dla nas Sierpień 80 to wielkie zobowiązanie. Dzisiaj ta wielka spuścizna polskiej wolności jest w naszych rękach, dlatego traktujemy te wybory i wyborcze wyzwania bardzo poważnie. Zrobimy wszystko, żeby obronić samorząd, obronić wolności obywatelskie, demokrację i obecność Polski w Unii Europejskiej” – powiedział Grzegorz Schetyna.

„38 lat temu właśnie tutaj zrobiono pierwszy krok do wolności, której niektórzy nie szanują i niszczą. Nadchodzące wybory samorządowe są pierwszym krokiem do udowodnienia, że my tę wartość szanujemy, że staramy się ją odzyskać. Mamy wiele wyzwań, żeby uczynić Polskę krajem jeszcze lepszym do życia, krajem, w którym nie zdarzą się takie przypadki jak obecna władza” – dodała Katarzyna Lubnauer.

Wiedzieliśmy, że musimy postępować rozważnie, aby nie posunąć się za daleko. Musieliśmy stworzyć przestrzeń do rozmów, dociskać drugą stronę, ale z umiarem, aby nie zapędzić władzy w kąt, z którego nie będzie się mogła ruszyć, bo wówczas zostanie jej tylko agresja – mówi nam Bogdan Borusewicz, uczestnik Porozumień Sierpniowych, główny inicjator strajku, legenda „Solidarności”, dziś senator PO. Pytamy o przebieg tamtych wydarzeń, ale też o to, co dzieje się dzisiaj, i czy dostał zaproszenie na oficjalne obchody z udziałem prezydenta. – Nie dostałem, być może zaproszenie leży w Warszawie, ja jestem w Gdańsku, ale nie sądzę. Zresztą nie wydaje mi się, abym był tam oczekiwany – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: 38 lat temu zostały podpisane Porozumienia Sierpniowe, pamięta pan tamten dzień?

BOGDAN BORUSEWICZ: Oczywiście, pamiętam bardzo dobrze. To był ciepły dzień, ale chyba nikt na to nie zwracał uwagi, bo byliśmy bardzo zmęczeni po wielodniowych strajkach, które miały okresy mniej, ale i bardziej dramatyczne. W ostatnich dniach byliśmy dodatkowo zaniepokojeni podpisaniem porozumień w Szczecinie, bo umówieni byliśmy, że wszyscy tego samego dnia podpiszemy porozumienie. Umowa nie została dotrzymana i były obawy, że delegacja rządowa z Warszawy nie wróci do Gdańska. Powiedzą, że przecież porozumienie już zostało podpisane w Szczecinie. Dla nas były najważniejsze dwie kwestie, które nie zostały załatwione w Szczecinie: zgodna na wolne związki zawodowe i zwolnienie kolegów zatrzymanych w czasie strajku. Oprócz kilku z nas, którzy byli na terenie Stoczni, jak Konrad Bieliński, Ewa Milewicz z KOR-u czy ja, cały „młody” KOR siedział.

Kiedy delegacja z wicepremierem na czele wróciła do Gdańska, poczuliśmy ulgę, bo wiadomo było, że wróciła po to, aby podpisać z nami porozumienie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że szybko trzeba je podpisać i zakończyć strajk, bo ludzi nie można dłużej trzymać w zakładach pracy.

Był plan, co wtedy zrobicie, jak nie podpiszą?
Ja miałem koncepcję, że wówczas należy przeprowadzić wybory do struktur związku i wtedy dopiero zakończyć strajk.

Czy wiedzieliście wtedy, jak ważny to moment w historii Polski, że 9 lat później odbędą się pierwsze częściowo wolne wybory, potem runie Mur Berliński, upadnie ZSRR, Tadeusz Mazowiecki zostanie premierem?
Wtedy nie rozmawialiśmy na ten temat. Chcieliśmy po prostu wygrać i na to byliśmy ukierunkowani. Natomiast jeżeli pani pyta o mnie i moją ocenę, to uważałem wtedy, że zmieni się kształt Polski, że sam fakt, że władza nie rozjechała nas czołgami, tylko podpisała z nami porozumienie, oznaczało uznanie strajku i jego kierownictwa.

Proszę pamiętać, że ówczesna propaganda wmawiała, że strajk został wywołany przez nie wiadomo jakie siły zewnętrzne. Uznanie, że strajk był wywołany przez autentyczny ruch społeczny, było bardzo istotne. To także utrudniało późniejsze represje.

Sukces Porozumień Sierpniowych był ogromny. Zdawałem sobie wówczas sprawę, że osobiście już nic większego w życiu nie osiągnę jak udział w tym strajku; przygotowanie go, odpalenie i udział.

Sukcesu Porozumień Sierpniowych można dopatrywać się także w sojuszu robotnika z inteligentem. Wcześniej, jak protestowali studenci, to klasa robotnicza nosiła sztandary „studenci do nauki”, z kolei jak protestowali robotnicy, to inteligencja nie stawała po ich stronie. Tu mieliśmy do czynienia z sojuszem. Dzisiaj tej jedności już nie ma?
Dzisiaj nie mamy konfliktu na tle klasowym, on ma w tej chwili inny charakter. Porozumienia nie ma, dlatego że wtedy po drugiej stronie była władza totalitarna, w tej chwili jesteśmy w zupełnie innej sytuacji. Od 30 lat jesteśmy państwem demokratycznym, niepodległym i nikt nam nie narzuca rozwiązań. To sami wyborcy ustalają, kto rządzi, oddając głosy na tę czy inną partię polityczną.

Ale od 3 lat dryfujemy w kierunku władzy autorytarnej.
To prawda, ale Sierpnia ’80 nie można porównywać do sytuacji, jaką mamy dzisiaj. Proszę pamiętać, że

wówczas była poważna obawa użycia siły przez ZSRR. To miało ogromne znaczenie, bo zdawałem sobie sprawę, że gramy nie tylko z Warszawą, ale i z Moskwą. Tego nie można było bagatelizować, ani o tym zapominać.

Rozmawiało się o tym podczas strajków?
Tak, o tym rozmawialiśmy. Wiedzieliśmy, że musimy postępować rozważnie, aby nie posunąć się za daleko. Wiedzieliśmy, że ten strajk musimy samoograniczać, aby nie stanął cały kraj. Była dyskusja na ten temat między mną a Andrzejem Kołodziejem, który uważał, że należy wezwać do strajku generalnego. Ja uważałem, że strajk generalny doprowadzi do użycia siły w ciągu 2-3 dni. Musieliśmy stworzyć przestrzeń do rozmów, dociskać drugą stronę, ale z umiarem, aby nie zapędzić władzy w kąt, z którego nie będzie się mogła ruszyć, bo wówczas zostanie jej tylko agresja. To była również sprawa postulatów. Proszę zwrócić uwagę, że one zostały ułożone według gradacji. Na pierwszym miejscu postulat o wolnych związkach zawodowych, bo dla nas to było najważniejsze. Wolne związki zawodowe oznaczały niezależną strukturę od partii  i władzy.

To rozwalało cały system scentralizowany i kontrolowany przez jeden ośrodek władzy, który kontrolował wszystko; prasę, telewizję, sądownictwo, prokuraturę. Ten związek zawodowy niekontrolowany przez władzę był bardzo ważny. Dla mnie to było jasne, że to maksimum, co możemy osiągnąć.

Nie kusiło, żeby sięgnąć jednak po więcej? Po władzę?
Gdy pojawiały się sugestie idące dalej, były szybko wygaszane. Ja skreśliłem z postulatów punkt dotyczący wolnych wyborów, bo wiedziałem, że na taki postulat władza nie pójdzie. Żądanie wolnych wyborów oznaczało żądanie: oddajcie władzę teraz, natychmiast. Na to wtedy nie było szans, dlatego świadomie się ograniczaliśmy i wywalczyliśmy o to, co było do osiągnięcia. Proszę też zwrócić uwagę, że wśród postulatów nie ma zniesienia cenzury, tylko jej ograniczenie. To też było świadome. Długo analizowaliśmy doświadczenia czeskie, węgierskie.

W Czechosłowacji punktem zapalnym był postulat zniesienia cenzury, stąd u nas było tylko ograniczenie. Zresztą w Polsce też mieliśmy swoje doświadczenia. To wszystko było analizowane wcześniej, przecież nie w czasie samego strajku. Byliśmy grupą, która dobrze się znała, często dyskutowaliśmy, wiedzieliśmy, czego chcemy.

Od początku wiedzieliście, że będziecie się samoograniczać?
Oczywiście, od początku mieliśmy świadomość, że ludzie powinni pozostać w zakładach pracy, a nie wychodzić na ulice. Pamiętaliśmy, co stało się w grudniu 1970 roku, kiedy ludzie wyszli, były starcia, strzały do robotników. Wszystko mieliśmy wcześniej przemyślane i przedyskutowane. Ja akurat skreśliłem postulat o wolnych wyborach; jeden z kolegów z ROPCiO  Tadeusz Szczudłowski dopisał, zresztą samowolnie. Pamiętam, że kazałem wtedy zniszczyć kilkaset ulotek z tym postulatem. Zresztą parę dni później w rządowej prasie ukazał się artykuł polemizujący z tym, co oznacza, że bezpieka o nim wiedziała.

Panie marszałku, tegoroczne obchody znowu podzielone, z jednej strony Lech Wałęsa i KOD, z drugiej prezydent Duda i „Solidarność”. Pan z kim będzie obchodził rocznicę?
Oczywiście z Lechem Wałęsą i z KOD-em.

Nie zamierzałem brać udziału w tych rządowych obchodach.

Władza dziś próbuje część tej historii zawłaszczyć, część zdezawuować, jak np. obrady Okrągłego Stołu?
Władza prowadzi własną politykę historyczną, która nie jest historią, tylko dobieraniem faktów według profilu potrzeby politycznej. To nie jest już historia, tylko manipulacja. Zresztą nie tylko w historii, ale i w polityce powinny obowiązywać pewne standardy. Tutaj one nic nie znaczą. Pewnych ludzi się eksponuje, innych ukrywa. Problemem jest to, że po stronie dzisiejszej władzy praktycznie nie ma znaczących postaci z tamtego okresu, którzy brali udział w tych wydarzeniach.

No jak to, przecież Lech i Jarosław Kaczyńscy, jak miała głosić tablica, „przebywali na terenie hali nr 26 w czasie strajku w 1988 roku”.
Na szczęście ktoś rozsądny się z tego wycofał.

A dostał pan oficjalne zaproszenie na obchody od „Solidarności” albo prezydenta?
Nie dostałem, być może leży w Warszawie, ja jestem w Gdańsku, ale nie sądzę. Zresztą nie wydaje mi się, abym był tam oczekiwany.

Przykro panu, że tak to teraz wygląda?
Przyzwyczaiłem się. Wiem, jaka jest obecnie sytuacja i jakie są stosowane metody.

Władysław Frasyniuk usiadł ponownie na ławie oskarżonych za „wprowadzenie w błąd policji”. Chodzi o podanie nieprawdziwych danych podczas zatrzymania manifestacji Obywateli RP. Sąd ostatecznie Frasyniuka uniewinnił, ale władza tłumaczy całe zajście tym, że nikt nie może być bezkarny, nawet legenda „Solidarności”. Rozumie pan tę argumentację?
To jest kompromitacja władzy PIS-u.

Doprowadzili do sytuacji, że Władysław Frasyniuk siedział na ławie oskarżonych. Natychmiast nasuwają się tu analogie. Władek jest bardzo dzielnym człowiekiem. W stanie wojennym był szczególnie prześladowany, siedział kilka lat w więzieniu.

To niestety też świadczy o naszej policji, skoro, jak twierdzą, nie byli w stanie zidentyfikować człowieka, który jest bohaterem i który jest powszechnie znany.

Do Sądu Rejonowego w Nowym Targu wpłynął akt oskarżenia przeciw księdzu Mariuszowi W., który miał molestować dziewczynki w wieku 9-12 lat. O nadużyciach duchownego nikt by się nie dowiedział, gdyby nie nauczycielka, która na lekcji opowiedziała dzieciom, czym jest pedofilia.

Jak informuje „Gazeta Krakowska„, Prokuratura Rejonowa w Nowym Targu zakończyła śledztwo w sprawie 13 sierpnia 2018 roku. – W ten dzień do nowotarskiego sądu trafił bowiem akt oskarżenia przeciwko księdzu. Zarzucamy mu iż dopuścił się „innych czynności seksualnych na nieletnich”. Grozi za to od 2 do 12 lat więzienia – powiedział Józef Palenik, szef nowotarskiej prokuratury.

Długie i żmudne śledztwo

Wcześniej przez półtora roku prokuratura prowadziła śledztwo, które miało wykazać, czy zarzuty wobec księdza są prawdziwe. W tym celu przesłuchiwano zarówno dziewczynki, które miały doświadczyć molestowania, jak i samego księdza Mariusza W. Postępowanie było długie i żmudne, ponieważ każde z dzieci musiało być przesłuchane w obecności sędziego i biegłego psychologa, który miał stwierdzić, czy te nie kłamią. Co więcej, niektórzy rodzice nie wykazywali chęci współpracy, obawiając się, że udział w śledztwie będzie dla ich dzieci dodatkowym stresem.

Ostatecznie w akcie oskarżenia znajdują się zeznania dziewięciu dziewczynek. – Do przestępstwa miało dochodzić w okresie od czerwca 2014 do września 2016 roku. Poszkodowane dzieci miały wówczas od 9 do 12 lat. Biegli ustalili ponad wszelką wątpliwość, że dziewczynki opowiadając o tym, co robił im ksiądz, nie zmyślały – dodał Józef Palenik.

Ksiądz Mariusz W. nie przyznaje się do winy. Jak podaje „Gazeta Krakowska”, twierdzi, że dzieci go lubiły, więc się do niego przytulały i nie było w tym żadnego podtekstu seksualnego.

Sprawa wyszła na jaw dzięki nauczycielce

Nikt prawdopodobnie nie dowiedziałby się o postępowaniu księdza, gdyby w grudniu 2016 roku na jednej z lekcji wychowawczych nauczycielka ze Szkoły Podstawowej nr 1 w Nowym Targu nie rozpoczęła tematu pedofilii. Opowiedziała dzieciom, na czym ona polega, podając jako przykłady próby zaczepek przez dorosłych, dotykanie w intymnych miejscach czy całowanie bez pozwolenie. W pewnym momencie ręki podniosło kilka dziewczynek, które przerażone stwierdziły, że dokładnie to robił im ksiądz Mariusz W., były katecheta, podczas wycieczek przez niego urządzanych. Zabierał na nie dzieci należące do parafialnej scholi.

Nauczyciele natychmiast powiadomili prokuraturę. Zanim jednak śledczy dowiedzieli się o sprawie, ksiądz Mariusz W. został przeniesiony do parafii Miłosierdzia Bożego przy osiedlu Oficerskim w Krakowie, gdzie przez pewien czas również pracował z dziećmi. Dziś już tam nie pracuje. Jak powiedział ks. Tomasz Szopa z krakowskiej kurii dla „Faktu„: – Ksiądz Mariusz W. został odsunięty od jakiejkolwiek działalności duszpasterskiej, w szczególności z dziećmi, dlatego nie pracuje przy żadnej z parafii. Do czasu wyjaśnienia sprawy przebywa w odosobnieniu.

>>>

Dla PiS prawda jest nową mową nienawiści

Zwykły wpis

Szalenie aktualne niestety.

Wiele działań podejmowanych przez Prawo i Sprawiedliwość wydaje się chybionych – choćby te dotyczące gigantycznych zarobków działaczy partii ulokowanych w spółkach Skarbu Państwa – ale to przemyślana strategia. Chodzi o zbudowanie własnej elity, która zastąpi dotychczasową i zapewni prawicy rządy na długie lata – pisze Piotr Gajdziński w tekście, który pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Odra” (nr 7-8/2018)

Na początku kwietnia br. Jarosław Kaczyński ogłosił decyzję Komitetu Politycznego PiS o zwrocie nagród przez ministrów rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego oraz o obcięciu pensji parlamentarzystów i samorządowców. Oczywiście w praktyce – jak zawsze w najważniejszych sprawach – podjął tę decyzję sam. „Będzie w tej chwili dużo, dużo skromniej niż było dotychczas” – zapowiedział.

Decyzja Kaczyńskiego spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem – w sondażu przeprowadzonym dla TVN24 przez Kantar Millward Brown przyklasnęło jej 69 procent respondentów, przeciw było zaledwie 25 procent. Ale ten wynik z pewnością wierchuszki partii wcale nie ucieszył.

SKROMNOŚĆ, CZYLI GIGANTYCZNE ZAROBKI

Kaczyński zapowiedział nadejście ery skromności, ale na tym się skończyło. Skromniej nie jest. Po pierwsze, wcale nie wiadomo, czy ministrowie i inni wysocy urzędnicy państwowi, hojnie obdarowywani przez Szydło i Morawieckiego, rzeczywiście zwrócili pieniądze. Z enuncjacji Caritasu, który miał być beneficjentem decyzji Kaczyńskiego, wcale to nie wynika. Co zaskakujące, również rząd ani władze Prawa i Sprawiedliwości nie wydały żadnego oficjalnego komunikatu potwierdzającego zwrot dodatkowych, wypłaconych pod stołem pensji – bo w myśl prawa pracy nie były to premie. Później, dzięki akcji Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz publikacjom „Pulsu Biznesu” i „Gazety Wyborczej” z początku czerwca, poznaliśmy dochody lokalnych działaczy samorządowych należących do PiS. I to niemałe dochody, sięgające rocznie nawet 300 tysięcy zł i wypłacane przede wszystkim przez spółki Skarbu Państwa.

Albo więc Jarosław Kaczyński kłamał mówiąc, że będzie „dużo, dużo skromniej”, albo już nie kontroluje swojego środowiska politycznego. Trudno ocenić, który z tych wariantów byłby gorszy.

Polska prawica ma wielką umiejętność nadawania słowom nowego znaczenia. Podporządkowanie prezesów sądów ministrowi sprawiedliwości, a sędziów Sądu Najwyższego prezydentowi nazywa się teraz „zwiększeniem niezależności sędziowskiej”. Wszystko to, a na dodatek jeszcze postawienie na czele Prokuratury Generalnej szefa jednej z rządzących partii – czy raczej pisowskich przystawek – to dziś „zwiększenie niezależności wymiaru sprawiedliwości”. Wypadnięcie Polski z głównego nurtu polityki europejskiej to obecnie „budowanie podmiotowości Polski na arenie międzynarodowej”. Nie jest więc wykluczone, że gigantyczne zarobki polityków PiS i wybranych menedżerów oznaczać będą teraz „skromność”.

TRZEBA NAM ELIT CHRZEŚCIJAŃSKICH I KONSERWATYWNYCH

Chyba jednak nie o skromność tu idzie. Jarosław Kaczyński od wielu lat, konsekwentnie, mówi o konieczności stworzenia w Polsce nowych elit. Te obecne są, jego zdaniem, zbyt proeuropejskie, za mało konserwatywne, zbyt oddalone od wartości chrześcijańskich i nazbyt krytyczne wobec Kościoła katolickiego.

Zdaniem prezesa Prawa i Sprawiedliwości, obecne elity obciążone są również grzechem postkomunizmu.

Przez długie lata stworzenie nowych elit wydawało się fantasmagorią głównego lokatora Nowogrodzkiej, ale teraz, gdy PiS ma w rękach wszystkie instrumenty państwa, zapowiedź budowania „własnej” elity stała się znacznie bardziej realna.

Choć chyba raczej należałoby powiedzieć, że dzisiaj realizacja tej zapowiedzi przyspieszyła. Już wcześniej bowiem podejmowano takie próby, zresztą, z punktu widzenia PiS, całkiem udane.

Najważniejszą jest oczywiście budowa mitu Lecha Kaczyńskiego jako wybitnego działacza antykomunistycznego podziemia i „Solidarności”. Cała walka o pomniki „najwybitniejszego polskiego prezydenta Kaczyńskiego”, nieustanne podtrzymywanie mitu o zamachu w Smoleńsku, służy właśnie temu celowi. Temu służy również, zresztą już przez prawicę wygrana, wojna o pamięć historyczną. Zwycięstwo w tej wojnie powoduje, że większość Polaków ma już wrażenie, że spadkobiercami tradycji niepodległościowej są wyłącznie politycy Prawa i Sprawiedliwości. Nie jest to, mówiąc najdelikatniej, całkiem zgodne z prawdą. Ale nie prawda jest tu najważniejsza.

Od 27 lat prawica podtrzymuje przecież mit Jana Olszewskiego jako „najlepszego premiera” i „wybitnego polityka”, podczas gdy w istocie jego rząd był najsłabszym gabinetem okresu transformacji. I prezes PiS doskonale o tym wie, co udowodniły opublikowane niedawno przez Wojciecha Maziarskiego tzw. taśmy Kaczyńskiego.

Trwałego sukcesu nie sposób jednak budować tylko na przeszłości. Trzeba sięgać w przyszłość. Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że bez wsparcia społecznej elity rządy prawicy nie potrwają długo. Dwie, a może trzy kadencje – jak jeszcze niedawno roili sobie politycy PiS – to czas, ich zdaniem, pozwalający przynajmniej częściowo wykonać to zadanie. Dzisiaj marzenia o tym, że Prawo i Sprawiedliwość będzie rządziło do 2027 roku, wydają się już nieaktualne, także ze względu na stan zdrowia „naczelnika”, ale proces budowy „nowej elity” idzie pełną parą. Na razie jest to proces budowy elity finansowej. Ale to tylko pierwszy krok.

WŁASNY KOŚCIÓŁ, WŁASNE MEDIA

To bardzo pragmatyczne podejście, ale – wbrew powszechnemu przekonaniu o skrajnej ideologizacji prawicy, co to tylko Boga ma w sercu i brzydzi się dobrami doczesnymi – pragmatyzm w tym środowisku jest obecny od dawna, a bardzo widoczny przynajmniej od czasów powołania koalicji PiS z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin.

Chwilę później,

gdy Prawo i Sprawiedliwość znalazło się w opozycji, ludzie skupieni wokół Jarosława Kaczyńskiego wykonali tytaniczną pracę. Zaczęli budować w całej Polsce struktury partii oraz afiliowanych organizacji w rodzaju Klubów „Gazety Polskiej”, przyciągając do siebie ludzi, którzy czują się przez III Rzeczpospolitą pokrzywdzeni i zepchnięci na margines. PiS umiejętnie to poczucie podsycał, co zaowocowało podwójnym zwycięstwem w 2015 roku.

W tym czasie partia zbudowała też silne media, zupełnie zmieniając polityczny krajobraz rynku medialnego. Ma już również „swój” kościół w postaci „rodziny ojca Rydzyka”, a także sympatię wielu księży i hierarchów oficjalnego Kościoła katolickiego. Te nogi sukcesu PiS są teraz wzmacniane poprzez transfery finansowe, co widać choćby w dotacjach dla różnych przedsięwzięć ojca Rydzyka, a w „niepokornych” mediach – w kampaniach reklamowych instytucji publicznych i spółek Skarbu Państwa.

Te „nogi”, na których dzisiaj opiera się Prawo i Sprawiedliwość, mają jednak dwie słabości – krótką ławkę wykształconych, dobrze przygotowanych do pełnienia funkcji publicznych kadr oraz kiepskie fundamenty biznesowe. Dlatego PiS konsekwentnie stara się te słabości wyeliminować. I to jak najszybciej.

Czas odgrywa tu kluczową rolę, ale pośpiech bywa niebezpieczny i grozi dachowaniem. Dotyczy to zwłaszcza budowy fundamentów finansowych, bo prawica wspięła się do władzy pod sztandarami skromności i krytyki „rozpasania” rządów Platformy Obywatelskiej, której symbolem stały się słynne ośmiorniczki.

PiS wie, że akcja opozycji pod nazwą „Konwój wstydu” jest dla niej śmiertelnie niebezpieczna, ale nie ma wyboru. Musi szybko zbudować korpus bezwzględnie lojalnych terenowych działaczy, którzy będą zdolni kierować różnymi instytucjami zależnymi od państwa. Aby dobrze przygotować ich do tej roli, trzeba im pozwolić zdobywać doświadczenie na kierowniczych stanowiskach. Nawet kosztem niechęci części elektoratu, najbardziej wyczulonego na hasło o równych żołądkach.

Tak wysokie poparcie – 69 przeciwko 25 procentom – dla decyzji o obcięciu pensji parlamentarzystom i samorządowcom jest dla PiS niebezpieczne. W partii mają jednak nadzieję, że do wyborów parlamentarnych i prezydenckich jest jeszcze wystarczająco dużo czasu, aby sprawę podwójnych pensji jakoś „przykryć”. Choćby nawet kolejnymi prezentami dla elektoratu, w rodzaju 300 złotych dla każdego dziecka na wyprawkę szkolną.

KADRY SĄ WSZYSTKIM

Leninowska prawda głosząca, że „kadry są najważniejsze” znajduje na prawicy posłuch. W przeprowadzonej w połowie 1994 roku rozmowie z Tomaszem Grabowskim, politologiem z amerykańskiego Uniwersytetu w Berkeley, Jarosław Kaczyński z dużą szczerością mówi nie tylko o swojej i brata pozycji w solidarnościowej opozycji lat osiemdziesiątych, ale również o własnym środowisku politycznym. To specyficzny moment, wybory wygrała postkomunistyczna lewica, w kraju rządzi koalicja SLD i PSL, Kaczyński jest poza parlamentem.

Właśnie wtedy przyznaje: Uczciwie mówiąc, całe to ówczesne PC[Porozumienie Centrum, pierwsza partia braci Kaczyńskich – PG] to był straszny zoolog, w sensie: ogród zoologiczny. To było dziwne zbiorowisko. Dużo tam wtedy było różnych takich środowisk niesłychanie skrajnych, integrystycznych katolików, ludzi o uogólnionej pretensji do świata, także trochę ludzi niezupełnie zdrowych na umyśle.

O dzisiejszym podejściu władz Prawa i Sprawiedliwości do kadr, czyli członków partii, wiele mówią też słowa Adama Lipińskiego, wiceprezesa PiS. Tłumacząc wypowiedzi Kaczyńskiego dla Grabowskiego powiedział, że na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy na scenie politycznej dominował nurt lewicowo-liberalny powstał pomysł powołania partii politycznej o proweniencji bardziej prawicowej. W statucie wpisaliśmy, że Porozumienie jest partią chrześcijańsko-demokratyczną z równoprawnym nurtem konserwatywnym oraz ludowym. I zaczęli się do niego zapisywać wszyscy, którzy nie zgadzali się z nurtem lewicowo-liberalnym. Lipiński dodał, że dzisiaj weryfikacja osób chcących zapisać się do PiS jest znacznie ostrzejsza.

Nawiasem mówiąc, jeśli rzeczywiście dzisiaj weryfikacja chętnych jest tak staranna, to oznacza, że kariera w PiS byłego prokuratora stanu wojennego czy oficera Ludowego Wojska Polskiego wcale nie jest przypadkiem.

KRÓTKA ŁAWKA

Kadrowa słabość Prawa i Sprawiedliwości jest widoczna gołym okiem. Nie chodzi wyłącznie o ministrów, z których spora część nigdy nie powinna objąć tak eksponowanych stanowisk. Widać to przede wszystkim w rozprawie z wymiarem sprawiedliwości. Mimo ogromnych wysiłków, prawicy nie w pełni udał się skok na polskie sądy. Zbigniew Ziobro nie zdołał obsadzić swoimi ludźmi nawet wszystkich Sądów Okręgowych, nie mówiąc już o niższych szczeblach.

Na znaczną część stanowisk awansowano przypadkowe osoby, bez odpowiednich wyników i doświadczenia, a przede wszystkim niecieszące się w swoim środowisku autorytetem.

Dobrym tego przykładem jest Julia Przyłębska, mianowana prezesem Trybunału Konstytucyjnego, której prawnicze dokonania, zwłaszcza na tle poprzedników, są co najmniej mizerne. Gdy w 2001 roku, po kilkuletniej pracy w dyplomacji, Julia Przyłębska starała się wrócić do poznańskiego sądu, kolegium sędziów wydało druzgocącą opinię na temat jej pracy. Podkreślano jej „brak stabilności orzecznictwa”, częstą absencję, „przeterminowanie uzasadnień”. W konkluzji napisano, że Kolegium Sądu Okręgowego w Poznaniu przedstawia z opinią negatywną kandydaturę pani Julii Przyłębskiej na stanowisko sędziego Sądu Okręgowego i dodano, że powrót pani Julii Przyłębskiej na stanowisko sędziego nie będzie korzystny dla wymiaru sprawiedliwości. Tę opinię potwierdzają liczby – w 1995 roku w sądzie wyższej instancji uchylono ponad 38 procent wyroków wydanych przez Przyłębską, a w 1996 roku do ponownego rozpatrzenia zostało skierowanych 32 procent spraw, w których orzekała. W latach 1995-1996 w wydanych przez nią orzeczeniach znaleziono aż 43 błędy. Nic więc dziwnego, że Zgromadzenie Ogólne Sędziów Okręgu Poznańskiego podtrzymało decyzję Kolegium poznańskiego Sądu Okręgowego.

Kadrowa słabość prawicy ujawniła się również w najważniejszej dla niej sprawie po zdobyciu władzy – znalezienia dowodów potwierdzających, że w kwietniu 2010 roku w Smoleńsku doszło do zamachu na samolot prezydencki.

Po pierwsze, Antoni Macierewicz, mimo rozlicznych prób, nie zdołał powołać nowego składu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i musiał się ograniczyć do stworzenia podkomisji. Jej wywody zaś okazały się wręcz kabaretowe i doprowadziły do całkowitej kompromitacji tezy, która legła u podstaw zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych i Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. W efekcie sprawa katastrofy w Smoleńsku, która przez siedem lat rozpalała Polaków i do dziś stanowi oś podziałów, nagle zniknęła. Dosłownie wyparowała.

TERAZ MA BYĆ MNIEJ KRYTYCZNIE O PIS, KACZYŃSKIM I GENERALNIE O WŁADZY

Szczególnie mocno brak odpowiednich kadr na prawicy rzuca się w oczy w gospodarce. Z badań wynika, że większość właścicieli polskich firm ma raczej liberalne poglądy, więc z ich strony PiS nie może liczyć na zbyt duże wsparcie. Choć w Polsce, biorąc pod uwagę możliwości aparatu skarbowego oraz podporządkowanie sobie przez PiS sądów, nietrudno przewidzieć, że wielu właścicieli firm, odpowiednio naciskanych, zmieni przekonania, aby ratować swoje przedsiębiorstwa. Tu chodzi o wielkie pieniądze, a w tych sprawach pragmatyzm niemal zawsze wygrywa z ideałami.

Wzorce skutecznego działania na tym polu PiS łatwo znajduje w putinowskiej Rosji albo na Węgrzech, gdzie Viktor Orbán stworzył własną ekonomiczną oligarchię, która opanowała gospodarkę. Bezpośrednim następstwem była niemal kompletna marginalizacja mediów opozycyjnych wobec prawicy. Właśnie w dużej mierze dzięki temu Orbán tak łatwo i tak znacząco wygrywa kolejne wybory nad Dunajem.

Jaskółki tego samego mechanizmu pojawiają się i u nas. Przykładem zmiana frontu w polityce informacyjnej Polsatu. Zygmunt Solorz, który jeszcze niedawno twierdził, że fundamenty jego biznesu są tak mocne, że nie musi się obawiać żadnej władzy, nagle oddał nadzór nad wszystkimi newsami słynącej z dobrych kontaktów z prawicą Dorocie Gawryluk. Teraz to ona ma największy wpływ na polsatowskie serwisy i to ona decyduje, co w programach informacyjnych tej stacji zobaczą widzowie. Zmiana tonu jest już widoczna, a jeszcze bardziej widoczna jest ona w wewnętrznych decyzjach. „Teraz ma być mniej krytycznie o PiS, Kaczyńskim i generalnie o władzy” – wyjaśniał mi niedawno znajomy dziennikarz Polsat News, który twierdzi, że okręt zmienia kurs. Ta zmiana z pewnością nie nastąpi od razu, ale ma być konsekwentnie realizowana. Niebawem może się okazać, że spośród liczących się stacji telewizyjnych krytyczna wobec władzy jest wyłącznie TVN24.

Temu samemu celowi służyć będzie planowane przejęcie gazet regionalnych przez polskie podmioty. Sprawa nie będzie łatwa, bo jej rozpoczęcie oznacza wypowiedzenie wojny nie tylko zagranicznym właścicielom, ale również Brukseli. Dlatego na razie jest odłożona i czeka na bardziej dogodny moment.

Jarosław Kaczyński może na przykład uznać, że tym momentem będą zbliżające się wybory parlamentarne, gdy partii będzie zależało na skonsolidowaniu twardego elektoratu. A ten elektorat wszelkie działania mające „utrzeć nosa” zagranicy zawsze przyjmuje z entuzjazmem, jako dowód „wstawania z kolan”. Sprawa przejęcia, czyli repolonizacji mediów, jest cały czas w PiS obecna, o czym świadczą wypowiedzi parlamentarzystów tej partii na spotkaniach z wyborcami.

MIEĆ WŁASNEGO KULCZYKA

Nie jest wykluczone, że przygotowania do tej operacji już się rozpoczęły. Polska gospodarka, przede wszystkim dzięki znakomitej globalnej koniunkturze, notuje bardzo dobre wyniki, dzięki czemu dobrze zarabiają również spółki Skarbu Państwa. W takiej sytuacji powinny one wypłacać swoim akcjonariuszom sowite dywidendy, tym bardziej że warszawski parkiet w ostatnich latach notuje bardzo kiepskie wyniki, co grozi wycofaniem się kolejnych inwestorów. Dywidenda mogłaby poprawić ich nastroje. Tymczasem spółki Skarbu Państwa nie tylko nie zamierzają zwiększać dywidendy, a niektóre postanowiły nie wypłacać jej wcale. Należy do nich na przykład KGHM. Inny gigant, PGNiG, zapowiedział 2,5-procentową dywidendę, choć powszechne oczekiwanie analityków było – wobec dobrych wyników ekonomicznych – znacznie bardziej optymistyczne.

Żeby nie nudzić czytelnika wymienianiem wszystkich spółek napiszę, że stopa dywidendy dla spółek z indeksu WIG20 – to właśnie w nim ujęta jest większość spółek Skarbu Państwa – wyniesie w tym roku 2,3%. To najniższy poziom od trzynastu lat.

Jeszcze w 2013 roku stopa dywidendy była z górą dwukrotnie wyższa i oscylowała wokół 5%. Wniosek – państwowe spółki kiszą pieniądze. W jakim celu? Wypłata dywidendy oznacza, że również Skarb Państwa sporo by zarobił, co wobec stale zwiększających się wydatków socjalnych powinno być dla rządzących kuszące. Jeśli rząd tych pieniędzy nie chce, to na pewno ma jakiś powód.

A kto może odkupić media z rąk zagranicznych właścicieli? Chętni być może by się znaleźli, ale byłoby naiwnością wierzyć, że jeśli nawet taka operacja się uda, to gazety będą sprzedawane na wolnym rynku. To będzie specyficzny casting, którego triumfatorem będą podmioty związane z rządzącą partią. Dzisiaj przede wszystkim spółki Skarbu Państwa. To rozwiązanie nie bardzo satysfakcjonujące, ale obecnie, jak się wydaje, z punktu widzenia PiS jedyne możliwe.

Ta partia gwałtownie jednak potrzebuje „swojego Kulczyka”. Biznesmena, którego imperium będzie wystarczająco zasobne, a sympatie będą leżały po prawej stronie. Jarosław Kaczyński od dziesięcioleci narzeka, że polscy przedsiębiorcy mają „komunistyczne korzenie”, inni – ostatnio wicepremier Piotr Gliński – wprost mówią o „esbeckich korzeniach” polskich przedsiębiorców.

Aby więc zrównoważyć wpływy tego biznesu, trzeba stworzyć własny, gotowy do stałej współpracy z prawicą i do finansowego zasilania jej inicjatyw. PiS, lepiej niż ktokolwiek inny, zdaje sobie sprawę, że to niezbędne. Dowodem mechanizm Polskiej Fundacji Narodowej, na rzecz której łożą spółki Skarbu Państwa, czy też regularne wspieranie przez państwowych gigantów imprez organizowanych przez prawicowe media.

SZWADRONY OBAJTKÓW

Stworzenie prywatnego biznesu, który byłby wydatnie wspierany z państwowej kasy, nie jest jednak łatwe. Ale nie jest niemożliwe. Pierwszym krokiem jest przygotowanie odpowiedniej liczby menadżerów. I to się dzieje. W swojej „stajni” prawica nie dysponuje zbyt wieloma gwiazdami w rodzaju Michała Krupińskiego, obecnie prezesa Pekao SA, który już w 2008 roku, mając zaledwie 27 lat, został zastępcą dyrektora wykonawczego Banku Światowego. Później był jeszcze dyrektorem zarządzającym w Bank of America Merrill Lynch, przewodniczył Radzie Nadzorczej Alior Banku i kierował PZU, a dodatkowo pracował w Ministerstwie Skarbu Państwa oraz Parlamencie Europejskim. Więcej w tej „stajni” ludzi pokroju Daniela Obajtka, prezesa Orlenu, największej polskiej spółki. Przed wygraniem wyborów parlamentarnych przez PiS Obajtek był wójtem gminy Pcim. Nie największej i nie najlepszej polskiej gminy. Nie ulega najmniejszych wątpliwości, że Daniel Obajtek swój awans zawdzięcza wyłącznie zaangażowaniu w kampanię wyborczą PiS-u. Opłaciło się – najpierw szefował Agencji Modernizacji i Rozwoju Rolnictwa, a następnie gdańskiej Energii, jednej z największych firm energetycznych w kraju. Stąd przeskoczył do Orlenu, najbardziej strategicznemu ze wszystkich strategicznych polskich przedsiębiorstw.

Ale nowe kadry już się wykuwają. Po 2015 roku do spółek Skarbu Państwa powołano wielu lokalnych działaczy Prawa i Sprawiedliwości, którzy niespodziewanie chyba również dla siebie objęli eksponowane stanowiska dyrektorskie, weszli do zarządów lub zasiadają w radach nadzorczych. Odbywają przyspieszony kurs menedżerski, zdobywają wiedzę i doświadczenie. To na nich w przyszłości mają się oprzeć pisowskie kadry gospodarcze.

Przynajmniej na pewien czas, bo partia od dawna wysyła, przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych, młodych działaczy PiS, by tam budowali swoją karierę i zdobywali doświadczenie. Z czasem to oni mają zastąpić „szwadrony Obajtków”. A na razie członkowie „szwadronów” zarabiają gigantyczne pieniądze. Sytuacja jest rewolucyjna. Trwa głęboka zmiana w Polsce i w trakcie rewolucji mają miejsce działania także nie do końca sprawiedliwe – tłumaczył tę sytuację Stefan Pastuszewski, bydgoski radny PiS. Trudno powiedzieć, czy nieustannie przekupywane społeczeństwo przełknie homary zjadane przez nową elitę. Ośmiorniczek nie przełknęło.

LECH KACZYŃSKI I JAN PAWEŁ II – WSPÓLNA ROLA W ODBUDOWIE POLSKI

Stworzenie elity gospodarczej nie spowoduje jednak, że prawica obejmie w Polsce rząd dusz. To dopiero pierwszy krok. W dodatku najłatwiejszy. Kolejny będzie już znacznie trudniejszy. Ale i on się już dzieje. Uczniom z Podkarpacia władze zafundowały udział w konkursie Warto być Polakiem. Działalność społeczna i polityczna oraz rola prezydenta Lecha Kaczyńskiego w odbudowie niepodległej Polski.

Tematy w konkursie zostały tak sformułowane, że z góry narzucają narrację: Prezydent Lech Kaczyński jako lider państw Europy Środkowej i WschodniejNSZZ Solidarność, Lech Kaczyński, święty Jan Paweł II – wspólna rola w odbudowie Polski po 1989 roku. Jednym z organizatorów konkursu był asystent Marka Kuchcińskiego, marszałka Sejmu, a całe przedsięwzięcie wspierali posłowie i europosłowie PiS. Konkurs nie cieszył się jednak zbyt wielką popularnością – nadesłano 150 prac, wśród nich orła wyrzeźbionego z arbuza.

Takich działań będzie więcej.

PiS, realizując swój cel, będzie bez skrupułów korzystał z instrumentów przypisanych państwu i jego agendom. Również, a może nawet przede wszystkim, w dziedzinie kultury, co widać choćby w inicjatywach Instytutu Książki, który po 2015 roku „wygumkował” ze swojej oferty wielu dotychczasowych pisarzy zamieniając ich na Bronisława Wildsteina, Piotra Semkę czy Rafała Ziemkiewicza.

Widać to także w nagrodach Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego dla twórców i w dotacjach dla imprez kulturalnych. Organizatorzy poznańskiego Festiwalu Malta, jednej z najciekawszych imprez kulturalnych w Polsce, właśnie zdecydowali się podać zarządzany przez Piotra Glińskiego resort do sądu o wypłatę dotacji w wysokości 300 tysięcy złotych. Dotacja, objęta umową, została w ubiegłym roku cofnięta przez Glińskiego, bo jednym z kuratorów festiwalu był Oliver Frljić, reżyser wstawionej w Teatrze Powszechnym w Warszawie Klątwy.

Festiwale mają być patriotyczne, sławić prawicowych bohaterów, a nie krytykować kościół i epatować seksem.

KARP A SPRAWA POLSKA

Odgórnie zaprogramowane rewolucje są z reguły nieudane. Przećwiczyliśmy to w latach czterdziestych i pięćdziesiątych za sprawą Bieruta, Bermana i Minca. Temu ostatniemu, Żydowi i ortodoksyjnemu komuniście, zawdzięczamy przynajmniej karpia na wigilijnym stole. Hilary Minc znał go z rodzinnego domu, a gdy po wojnie władze próbowały znaleźć jakąś bezmięsną potrawę – bo mięsa w Peerelu brakowało zawsze – karp nadawał się do tego idealnie. Jego hodowla była tania, nie wymagała wielkich umiejętności i zniszczonej podczas wojny floty rybackiej.

Nie ma wielu przesłanek pozwalających sądzić, żeby po obecnej rewolucji zostało aż tak wiele.

Na płotach kościołów w całej Polsce zawisły dziecięce buciki. Jest to część akcji „Baby Shoes Remember”, której celem jest upamiętnienie ofiar pedofilii w Kościele katolickim. Dziś akcja po raz pierwszy odbyła się w polskich miastach.

nicjatywa “Baby Shoes Remember” narodziła się w Irlandii. Dziś po raz pierwszy pojawiła się w Polsce. W okolicach polskich kościołów pojawiły się dziecięce buciki, często przepasane czarnymi wstążkami. Organizatorzy podkreślają, że „Baby Shoes Remember” ma przypominać o losie szczególnie tych osób, które nigdy nie doczekały się sprawiedliwości.

Buciki pojawiły się na płotach kościołów między innymi w Krakowie, Warszawie, Szczecinie, Koszalinie, Lublinie, Grodzisku Mazowieckim, Poznaniu i Bydgoszczy.

Jedna z organizatorek akcji Nina Sankari podkreśla, że buciki będą potem zdejmowane z ogrodzeń przez samych księży. – To będzie symboliczne ukrywanie przemocy wobec dzieci w Kościele. Zdejmujący mają się poczuć osamotnieni. Mottem akcji jest: „Kiedy ci, którzy domagają się sprawiedliwości, łączą się, to ci, którzy chcą zaprzeczać, stają się wyizolowaną mniejszością” – mówiła radiu TOK FM. W tym samym czasie – w związku z przyjazdem papieża Franciszka – akcja trwa również w Irlandii.

Przede wszystkim jest to jednak protest przeciwko molestowaniu dzieci przez księży. Akcja ma również zwrócić uwagę Polaków na los ofiar pedofilii. Sam twórca idei „Baby Shoes Remember” wielokrotnie apelował, aby nie zdejmować samodzielnie bucików z ogrodzeń kościołów. Chciał, aby to księża musieli to zrobić i dzięki temu stanąć z problemem twarzą w twarz.

Gowin: Rząd może zignorować orzeczenie TSUE

– Jeżeli Trybunał dopuści się precedensu i usankcjonuje zawieszenie prawa przed Sąd Najwyższy, to nasz rząd zapewne nie będzie miał innego wyjścia, jak doprowadzić do drugiego precedensu, czyli zignorować orzeczenie TSUE jako sprzeczne z traktatem lizbońskim oraz z całym duchem integracji europejskiej. Mówię to z ubolewaniem jako zwolennik integracji. Unia Europejska jest śmiałym i dalekosiężnym projektem, ale może przetrwać tylko jako Europa ojczyzn – stwierdził Jarosław Gowin w rozmowie z Marcinem Makowskim w „Do Rzeczy”.

– Nie [to nie pierwszy krok do polexitu], to będzie pierwszy krok do autodestrukcji Unii Europejskiej. I wykona go nie polski rząd, lecz unijny Trybunał Sprawiedliwości – dodał.

Barbara Husiew jest zła na polityków za to, że żaden nic dla frankowiczów nie zrobił. Na premiera Morawieckiego, byłego prezesa BZ WBK, gdzie brała kredyt, nie może wręcz patrzeć. Tydzień temu w TVP Info oskarżyła go, że jest moralnie odpowiedzialny za samobójstwo jej męża.

Pamięta, że premier Morawiecki był prezesem Banku Zachodniego WBK, kiedy brała tam kredyt we frankach. A 10 lat później twierdził, że jego bank jako jeden z nielicznych nie udzielał tych kredytów. Kiedy to usłyszała, wezbrała w niej złość. Bo jeśli premier kłamie w takiej sprawie, to strach pomyśleć, jak bardzo oszukuje w innych kwestiach.

– Powiedziałabym to jeszcze raz – mówi z szerokim uśmiechem Barbara Husiew. Tydzień temu w programie Studio Polska w TVP Info ta 42-letnia wiceprezeska stowarzyszenia „Stop Bankowemu Bezprawiu” oskarżyła premiera Mateusza Morawieckiego o to, że jako były prezes banku BZ WBK jest moralnie odpowiedzialny za samobójstwo jej męża. I za to, że ona sama od 9 lat musi walczyć z bankiem, w którym ma kredyt hipoteczny we frankach szwajcarskich.

Prowadzący program dziennikarze próbowali jej przerwać, ale nie pozwoliła odebrać sobie głosu. – Ja mam taką naturę, że kiedy kogoś wysłucham, to oczekuję, że on wysłucha tego, co ja mam do powiedzenia. Więc kiedy mi przerywali, moja determinacja wzrastała, bo chciałam sprawić, żeby moje słowa wybrzmiały. I wybrzmiały – znowu się promiennie uśmiecha.

Jeszcze raz zapewnia, że dziś nie zmieniłaby ani słowa. Dodałaby nawet, że pan Mateusz Morawiecki (bo ciężko jej przechodzi przez usta słowo „premier”) ponosi odpowiedzialność nie tylko za to, co się stało się z jej rodziną, ale też za sytuację kilkuset tysięcy ludzi, którzy mają kredyty we frankach. I naprawdę nie spodziewała się, że jej wypowiedź w narodowej telewizji odbije się aż tak szerokim echem. Ludzie teraz gratulują jej odwagi, piszą, że jest dzielna, że ją podziwiają. Ale dostaje też wiadomości, żeby uważała na siebie, bo może skończyć tak jak Andrzej Lepper, niby samobójczą śmiercią.

Interes życia

Kredyt na mieszkanie w podwarszawskim Piastowie wzięli z mężem w Banku Zachodnim WBK, bo ona miała tam konto. – Sprzedawca obniżył mi za to marżę. Pomyślałam, że to interes życia – śmieje się Barbara Husiew.

Chcieli wziąć kredyt w złotówkach, ale doradca powiedział im, że mają zdolność kredytową tylko na franki szwajcarskie. Przekonywał, że to stabilna waluta, małe ryzyko. Kurs franka się nie zmienia, a raty kredytu są niskie. – A my już daliśmy ogromy zadatek na to mieszkanie, więc mieliśmy do wyboru albo stracić 170 tysięcy, albo wziąć to, co bank daje – opowiada Barbara Husiew.

Pamięta, że przed podpisaniem umowy chciała ją skonsultować z prawnikiem, ale usłyszała, że to dokument bankowy, nie wolno go wynosić. Nie dostała też symulacji wysokości rat, ani harmonogramu spłat. Nie upominała się, bo chciała jak najszybciej dostać kredyt. Dostała. Był październik 2008 roku.

W listopadzie do Polski dotarł wielki kryzys i kurs franka zaczął się wahać. – Rata kredytu rosła, nagle wynosiła 2,2 tys. złotych miesięcznie. Wtedy jeszcze nie mieliśmy problemów ze spłacaniem, ale mąż, który był zatrudniony w agencji ochrony, musiał pracować około czterystu godzin miesięcznie. Prawie się nie widywaliśmy. Kiedy ja byłam w domu, on był w pracy, i na odwrót. Zamiast cieszyć się nowym mieszkaniem, pracowaliśmy, żeby zarobić na kolejną ratę. A potem zaczęliśmy się nawzajem obarczać winą za to, że wzięliśmy ten kredyt. Mówiliśmy: po co właściwie nam to mieszkanie, skoro teraz trudno je utrzymać? Nie mamy czasu dla swojego dziecka – wspomina.

Jestem frajerem

W grudniu 2009 roku mąż się powiesił. Miał 36 lat. Zostawił list pożegnalny, jedno zdanie: „Przepraszam, nie dałem rady, jestem frajerem”.

Nie miała wątpliwości, że chodziło mu o kredyt. – To była jedyna myśl, jaka przyszła mi do głowy. Bo byliśmy dobrym, zgodnym małżeństwem, mieliśmy w miarę poukładane życie. Jaki miałby inny powód, żeby się zabić? Czy mąż cierpiał na depresję? – zastanawia się głośno. – Nic mi o tym nie wiadomo. Być może tak, bo jak trzeba być bardzo zdesperowanym człowiekiem, żeby targnąć się na swoje życie? – pyta i już się nie śmieje. Łzy płyną jej po twarzy, ale nawet ich nie wyciera.

Bo czy taki samobójca – pyta – nie zdaje sobie sprawy, że zrzuca problem na tych, którzy zostali? Że dla niego śmierć to jest wyzwolenie, a oni zostają ze wszystkim sami? Nie ma do kogo pójść i powiedzieć: „słuchaj, może zrobimy tak albo tak?” Cała odpowiedzialność za byt rodziny spada na jedną osobę. To jest potwornie ciężkie – Barbara Husiew płacze.

Na szczęście dostała odszkodowanie, bo mąż był ubezpieczony. – Całą sumę przeznaczyłam na spłatę kredytu. A potem wyprzedałam się ze wszystkiego: sprzedałam samochód, całe złoto, jakie dostałam od męża, łącznie z obrączką. A i tak brakowało na życie – wspomina.

Zadłużyła się wtedy we wspólnocie mieszkaniowej, bo po spłacie kredytu i uregulowaniu rachunków zostawało jej co miesiąc czterysta złotych. Miała wybór: albo kupić jedzenie, albo zapłacić czynsz. – Chodziłam do banku żebrać o pomoc, o wydłużenie czasu spłaty kredytu. Odmawiali, tłumacząc, że i tak jest na 30 lat – mówi.

A dług zamiast maleć, cały czas rósł. – W 2008 roku wzięliśmy z banku 260 tysięcy złotych. Po blisko dziesięciu latach spłacania mam do oddania 397 tysięcy złotych. Wartość mieszkania? Jakieś 300 tysięcy. Nawet gdybym je sprzedała, zostaję z długiem. I nie mam dachu nad głową, bo nie stać mnie na wynajem – mówi.

Kiedy pięć lat temu zmarła jej mama, wpadła w depresję. Były bardzo ze sobą związane, mama ją zawsze wspierała. – O ile po śmierci męża była ona, o tyle po jej śmierci nie było już nikogo. Zostałam całkiem sama.

Na szczęście ma teraz wsparcie od innych frankowiczów. – Mówimy czasem, że jedynym takim szczęściem w całym tym frankowym nieszczęściu jest to, że poznaliśmy naprawdę dużo fantastycznych ludzi. I że możemy na siebie liczyć. Wystarczy, że ktoś czegoś potrzebuje i od razu wszystkie ręce na pokład. Kilkanaście, kilkadziesiąt, kilkaset osób daje po grosiku i człowiek nie jest sam.

Nie mam gdzie iść

Ale już nie chce opowiadać o sobie, nie chce, żeby ktoś jej współczuł, żeby się nad nią litował. Wolałaby – mówi – skupić się na losie innych frankowiczów. Przez ostatnie trzy lata wysłuchała wielu tragicznych historii: o rozpadzie małżeństw, dramatach całych rodzin. Nie zna frankowicza, który by nie chodził do psychiatry, nie brał psychotropów, wielu ma za sobą próby samobójcze.

– W zeszłym roku powiesił się pan Roman Dańko z Krakowa. Kilka lat wcześniej jego żona zmarła na raka, została siedemnastoletnia dziewczyna, sierota. Człowiek zabił się, bo miał kredyt frankowy – Barbara Husiew znowu płacze.

I opowiada kolejną historię: bank chciał eksmitować samotną matkę z dwójką niepełnoletnich dzieci, która po rozstaniu z mężem przestała płacić raty kredytu. Komornik zlicytował jej mieszkanie i chciał ją wygonić na ulicę. – Kiedy powiedziała, że nie ma gdzie iść, dał jej adres noclegowni – opowiada Husiew.

Strasznie ją poruszyła tamta historia. Razem z koleżankami ze stowarzyszenia zbierała podpisy pod wnioskiem o powołanie komisji śledczej w tej sprawie. Udało się powstrzymać eksmisję. – Ja jestem bardzo wrażliwa na krzywdę dzieci. Czemu one są winne? To nie one podejmowały decyzję o kupnie mieszkania, a muszą ponosić jej konsekwencje – znowu płacze.

Albo ta frankowiczka z Warszawy: ma mieszkanie o powierzchni czterdziestu kilku metrów na warszawskiej Ochocie, jej rodzice wzięli ponad 400 tys. kredytu, a dzisiaj bank chce od niej miliona trzystu. – Przestała płacić i bank wystąpił z bankowym tytułem egzekucyjnym do sądu. Od czterech lat walczy z bankiem w sądzie.

PiS odebrał miliony Polakom, aby dać je Rydzykowi

Zwykły wpis

Ksiądz z Wielączy w województwie lubelskim nagrywał małoletnie dziewczynki w toaletach i przymierzalniach. Wpadł na wakacjach w Chorwacji. Swoje postępowanie duchowny tłumaczył stresem związanym z ciężką pracą.

Sprawę Łukasza P., księdza z Wielączy, który nagrywał z ukrycia nieletnie, opisał „Dziennik Wschodni„. Były już wikary trafił w ręce służb podczas wakacji w Chorwacji w ubiegłym roku. Tam z ukrycia nagrywał nagą dziewczynkę w przymierzalni.

Ksiądz z Wielączy nagrywał nieletnie. Liczba pokrzywdzonych wzrośnie

– W trakcie przeszukania mieszkania wikarego na plebanii znaleziono kilka miniaturowych kamer oraz komputery i dyski, na których znajdowało się siedem filmów i ponad 250 zdjęć o charakterze pornograficznym z osobami niepełnoletnimi – powiedział „Dziennikowi Wschodniemu” rzecznik prasowy zamojskiej Prokuratury Okręgowej.

Łukaszowi P. postawiono zarzut posiadania pornografii z udziałem nieletnich. Ksiądz przyznał się do winy. Zaskakujące jest jego tłumaczenie. Jak podaje lokalny dziennik duchowny stwierdził, że „podglądanie pomaga mu na stres związany z ciężką pracą”.

Prokuratura ustaliła już dane kolejnych osób, które ksiądz uwiecznił na nagraniach. Liczba pokrzywdzonych przez księdza może więc wzrosnąć. Za posiadanie pornografii z nieletnimi grozi do pięciu lat więzienia. Jeśli ksiądz publikowałby filmy, kara mogłaby wynieść 8 lat.

Łukasz P. znajduje się pod dozorem policji, ma zakaz opuszczania kraju.

Nowa KRS rekomendowała 12 osób do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Trudno w nich szukać osoby nie związanej z ministerstwem sprawiedliwości. Będzie ‚polowanie na czarownice’ w Izbie Dyscyplinarnej? Sędzia KRS: ‚To jest troszkę lapidarne…’.

„Dziś złożyłem pozew przeciwko PiS. Ich spot wyborczy bezprawnie publikuje wizerunek osób protestujących i przedstawia ich w bardzo złym świetle. Żądamy zakazu publikowania tego spotu” – napisał na swoim Twitterze Kaczyński.

Chodzi o PiS–owski spot pt. „Totalna awantura to nie program dla Polski”, w którym użyto wizerunku protestujących pod Sejmem zwolenników opozycji. Jak twierdzi prawnik – bez ich zgody.

Różnej maści ugrupowaniom partyjnym nie raz dotąd zdarzało się stosować taki „chwyt”, tylko nikt dotąd nie wpadł na pomysł, by zrobić z tego odpowiedni użytek – mówią komentatorzy i przypominają zwolenników PiS z krzyżem w spotach PO.

„Być może nikt nie pomyślał wcześniej o tym, by zgłosić się do prawnika. W takim razie rozstrzygnięcie w tej konkretnej w sprawie, w której interweniuję, będzie pewnego rodzaju precedensem” – ocenił Jarosław Kaczyński w rozmowie z Wirtualną Polską.

Po przepisaniu na nowo historii, “dobra zmiana” zabrała się za literaturę. Zanim jednak redaktor Ziemiec ogłosi, że to premier Morawiecki osobiście napisał „Trylogię” (dowodem cytat – „Jam to, nie chwaląc się, sprawił”) , a najważniejszym z narodowych wieszczów zostanie, decyzją sejmowej większości, twórca „Małej Apokalipsy” – Jarosław Kaczyński, „dobra zmiana” przystąpiła do korekty zawartości półek bibliotecznych. Pierwsze dzieło „przykrojone” na miarę aktualnych standardów czytelniczych będzie mieć premierę ósmego września, w związku z Narodowym Czytaniem klasyki. Padło na Żeromskiego i jego „Przedwiośnie”.

Na zlecenie patrona akcji – pana prezydenta – poprawianiem Żeromskiego zajął się krytyk Andrzej Dobosz, na początek wykreślając z tekstu „Przedwiośnia” połowę przymiotników. Bo – trzeba przyznać – z przymiotnikami, to autor zdecydowanie przesadził. No i wiadomo, że nic tak nie psuje stylu, jak mnożenie epitetów…

Jeśli więc bohater był – w oryginale – „zdrowy i zażywny”, pan krytyk pozwolił mu nadal cieszyć się dobrym zdrowiem, ale po „zażywności” nie zostało nawet śladu. I słusznie. Bo nadwaga nie sprzyja zdrowiu przecież. No i władza nie może pozwolić na tak oczywistą promocję otyłości.

Tak więc – na początek z tekstu wypadł co drugi przymiotnik. A zaraz potem pod ciosami cenzorskiego ołówka pana krytyka padły wszystkie słowa „archaiczne”. Oraz – dodatkowo – te, które wprawdzie archaizmami nie są, ale i tak mogłyby wprowadzić w konfuzję czytelników „Gazety Polskiej” i pasków z „Dziennika”. Na przykład „konfuzja” właśnie. Choć nie tylko ona , bo na pierwszy ogień poszedł w „Przedwiośniu” spójnik „tudzież”. A zaraz po nim partykuła „azaliż”. I inne tam „onegdaje”, „wszelakości” czy „mniemania”

„Dobra zmiana” promuje wszak nowoczesność, nie tylko na drogach (milion furmanek na stulecie niepodległości) ale również na półkach bibliotecznych!

No i przecież klasyka jest własnością wszystkich Polaków a nie tylko gardzących prostym ludem elit, z tymi ich „ą”, „ę” i „bynajmniej”.. Toteż – co chyba oczywiste – trzeba ją zmodernizować kreatywnie dostosowując do potrzeb i możliwości zwolenników „dobrej zmiany”. I o się właśnie dzieje!

Każdy może pomóc. Onegdaj portal „naTemat” stworzył listę ulubionych przez swoich czytelników archaizmów oraz „ słów trudnych”, którą w ciemno można rekomendować cenzorom klasyków z „dobrej zmiany”. No więc podpowiadam panu krytykowi, że z „Przedwiośnia” powinny zniknąć (o ile się tam w ogóle pojawiły) , takie słowa, jak: kokieteria, ladacznica, lubrykant, melancholia, absztyfikant, birbant, morowy, bisurman, łapserdak, rozchełstany oraz urwipołeć, wszelako i przeto.

Ewentualnie można też zlecić test w „Super Expressie”, i każde słowo którego rozpoznawalność będzie niższa niż 80 procent, też wykreślić. Tak prewencyjnie, żeby nie narażać czytelników na kryzys poznawczy.

Bo język literatury narodowej ma być prosty i zrozumiały dla każdego! Natomiast Żeromski w oryginale powinien się niechybnie znaleźć na indeksie ksiąg zbyt trudnych dla zwolennika „dobrej zmiany”. Natomiast dywagacje, że wszystkie huncwoty chędożące teraz konstytucję jak ladacznicę, to hultaje, co przeto powinny sczeznąć bez zwłoki, niech sobie czynią (do czasu, wszakże) rozbisurmanione elity gorszego sortu.

Bartłomiej Misiewicz. Piewca macierewiczowskiej pożogi. Anioł kadrowej śmierci. Wybitny strateg i demaskator fake newsów (głównie własnych). Pulchny rzecznik prasowy, któremu wydawało się, że jest ministrem. Człowiek, którego nazwisko jest synonimem nepotyzmu, korupcji politycznej i tego wszystkiego, co przypełzło kanałami razem z władzą PiS. Mimo tego, że Misiewicz został zmuszony do odejścia z Ministerstwa Obrony Narodowej przez samego prezesa Kaczyńskiego w marcu 2017 roku, to do chwili obecnej nie daje on o sobie zapomnieć i coraz to nowe fakty z jego życia prywatnego i służbowego wychodzą na jaw.

Jak już się zdążyliśmy przekonać, politycy PiS są pazerni na pieniądze. Dla nich nie ma najmniejszego znaczenia ich źródło pochodzenia. Ważne, żeby zarobić i się nie narobić, ukraść i nie dać się złapać, albo tak lawirować, żeby nie musieć oddawać. I ten ostatni przypadek dotyczy właśnie pana Misiewicza.

Historia zaczyna się od Jakuba B., szkolnego kolegi Misiewicza ze stolicy polskiego patriotyzmu, Łomianek. Otóż rzeczony pan Jakub w kwietniu 2013 roku zaciągnął kredyt w SKOK Wołomin w wysokości 15.300 zł na 1,5 roku. W tym samym SKOKu, który stał się sławny na całą Polskę, ponieważ działała w nim zorganizowana grupa przestępcza, która wyłudziła ponad 3 miliardy zł. Z uwagi na fakt, że pan Jakub urodził się w 1990 roku i jako 23-latek był gołodupcem, to SKOK Wołomin zażądał zabezpieczenia kredytu. Kredytobiorca zwrócił się zatem do swoich rówieśników, aby podżyrowali mu ten kredyt. Tymi kolegami byli Michał Ł. i właśnie Bartłomiej Misiewicz. Pożyczka została udzielona, a Jakub B. otrzymał pieniądze. Kiedy przyszło do spłaty okazało się, że żadna z rat nie wpłynęła na konto SKOK Wołomin. Półtora roku później, tj. kilka dni po tym jak minął termin spłaty zaciągniętej pożyczki, Komisja Nadzoru Finansowego zawiesiła działalność SKOK Wołomin, a dwa miesiące później sąd ogłosił jej upadłość. W tym czasie Misiewicz pełnił ważne funkcje państwowe za spore pieniądze. Drugi żyrant, jako funfel Miśka też nie zasypiał gruszek w popiele – ciężko pracował w Radzie Nadzorczej Wojskowych Zakładów Łączności nr 1 (z rekomendacji Misiewicza). Sprawa niespłaconego długu trafiła do sądu i po trzech latach zapadł wyrok. Koniec końców dług musiał spłacić drugi z żyrantów. Misiek wyszedł z całej sytuacji bez uszczerbku na swoim majątku.

Chciałbym wyciągnąć morał z tej historii, ale bardziej nurtują mnie pytania: kto polecił Jakubowi B. wziąć kredyt w SKOK Wołomin w czasie, kiedy działała tam zorganizowana grupa przestępcza z byłym członkiem WSI na czele i skąd mu do głowy wpadł pomysł niespłacania zaciągniętego zobowiązania? Czyżby już wtedy w środowisku PiS było wiadomo, że SKOK Wołomin będzie wkrótce niewypłacalny i warto w nim zaciągać zobowiązania, bo za chwilę przestanie istnieć? To tłumaczyłoby brak spłaty jakiejkolwiek raty przez Jakuba B.

Bartłomiej Misiewicz na stałe zagościł w naszej przestrzeni politycznej i tak szybko nie pozwoli o sobie zapomnieć. Pokuszę się jednak o morał z tej historii, choć wielu z was może się on nie spodobać: najwyraźniej warto iść w politykę. Tam się kradnie bezkarnie z gwarancją poklepania was po plecach przez kolegów, którzy będą Wam zazdrościć operatywności i mądrości życiowej.

>>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o wyborcach PiS.

Wrogów Ojczyzny” trzeba zniszczyć i nie odpuszczać. To nasz patriotyczny obowiązek

Nie chcę się czepiać. Nie chcę mówić, że elektorat PiS- u to ludzie, którzy mało wiedzą o mechanizmach władzy, słabo znają historię, a o gospodarce, finansach publicznych, prawie, sądownictwie, edukacji, znaczeniu konstytucji dla bezpieczeństwa państwa niewiele mają do powiedzenia. Nawet jeśli, to przecież nic złego. Każdy ma swoje zainteresowania i nie musi znać się na wszystkim. Dlaczego więc tak trudno z wyborcami PiS-u rozmawiać? Dlaczego z marszu zakładają oni, że każde słowo wypowiedziane przez kogoś, kto nie należy do „PiSolubnych” to kłamstwo, oszustwo, zło?

Jadę taksówką. Kierowca zagaja rozmowę, oczywiście o PiS i polityce. Zachwyca się, jak to teraz jest wspaniale, sprawiedliwie, uczciwie, a więzienia zapełniają się przestępcami z kliki PO. Pytam więc uprzejmie, czy orientuje się, ilu polityków z poprzedniej partii rządzącej, zostało już skazanych po audytach, jakie przeprowadziła nowa władza w ministerstwach. Pan mówi, że wszyscy. To znaczy, kto konkretnie i za co? … i zapada cisza. Informuję pana, że na 40 zgłoszonych „przestępstw do prokuratury, na chwilę obecną kilkanaście spraw już umorzono, dwie zostały przyjęte i kilkanaście wciąż się toczy, bo trudno w nich znaleźć sensowny punkt zaczepienia… nadal cisza. Pytam więc dalej, o czym świadczy fakt, że tylko dwa doniesienia okazały się warte zainteresowania prokuratury i słyszę, że to wina sędziów. Bo skorumpowani, złodzieje, współpracują z kliką i siedzą w układach z tymi zdrajcami narodu (czyli politykami PO). Na moje wyjaśnienie, że to nie sędziowie badają sprawę i przygotowują akt oskarżenia tylko prokuratorzy, znowu cisza. Dojeżdżam już na miejsce i na pożegnanie słyszę, że jestem tym „gorszym sortem”, ale może kiedyś zrozumiem, że nic lepszego od PiS-u nie mogło Polskę spotkać.

Umieszczam swoje teksty, komentujące obecną sytuację polityczną w Polsce na Facebooku. Pod jednym z nich mój oponent napisał – świat i ja zachwycony polską, bo polacy w 2015r z popiołu powstali i z zjednoczoną prawicą – pis polskę chrześcijańską odbudowali i prawo chrześcijańskie – sprawiedliwe wprowadzili, żeby wszyscy polacy i ludzie w polsce spokojnie i w dobrobycie żyli. dlatego w wyborach, tylko pis wybieramy, bo pokój i dobro w europie i polsce dopiero nastanie, kiedy zjednoczymy się z pisem my wszyscy polacy – patrioci, słowianie, chrześcijanie!!!” (zachowałam oryginalną pisownię). Proszę więc o podanie przykładów, które potwierdzają jego słowa i …cisza.

Kolejnego rozmówcę też proszę o konkrety. W odpowiedzi słyszę – „”Pirdolisz banialuki” i oczywiście sztandarowe „Mam pytanie co zbudowały rządy Po? Właśnie tam w stoczni, co?” Opowiadam więc, co się dzieje na terenie Stoczni Szczecińskiej, o firmach tam funkcjonujących, spółkach, które mają sporo kontraktów i nieźle działają i …cisza.

Rozmawiam z sąsiadem o tej nietrafionej ustawie o IPN. Człowiek w kwiecie wieku, ok. 40–tki. Zachwyca się dokonanymi w niej zmianami, bo „wrogów Ojczyzny” trzeba zniszczyć i nie odpuszczać. To nasz patriotyczny obowiązek”. Pytam więc spokojnie o tych „wrogów Ojczyzny”, kim są, co im konkretnie zarzucamy i …cisza, a potem padają słowa, „ni z gruszki, ni z pietruszki”, że ustawa jest super i pokazuje, jak bardzo zaczęliśmy się liczyć w świecie, wreszcie wyrastamy na światową potęgę. Proszę o przykłady i …cisza.

Zawsze jest tak samo. Ja pytam, a odpowiada mi milczenie. Pytam o zasadność reformy edukacji, nepotyzm, rozdawnictwo pieniędzy z naszych przecież kieszeni, słabość polskiej armii, brak sensownych programów rozwoju Polski, łamanie zasad Konstytucji, odejście od trójpodziału władzy. W odpowiedz dostaję tylko jedno… ciszę.

Za poprzednich rządów większość wyborców PiS nie odnalazła się w Polsce. Padły PGR-y, sprywatyzowano przemysł, na mapie Polski pojawiły się regiony tzw. białe, gdzie wzrastało ostro bezrobocie, zakładów pracy było jak na lekarstwo, a ich pozostawiono samym sobie. Nie pamiętam żadnego sensownego programu pomocy dla nich, projektu aktywizacji zawodowej, propozycji dla firm, by właśnie na tych terenach inwestowały i rozwijały swoją działalność. Jedyne, co funkcjonowało to Pomoc Społeczna, która zapewniała wsparcie na poziomie wegetacji, ale też przyzwyczaiła swoich klientów do bierności zawodowej i dość roszczeniowej postawy. Nieistotne, w jakim stopniu sami zapracowali sobie na to wykluczenie. Liczy się fakt, że czuli się gorsi, zbyteczni.

Teraz żyje się im lepiej, bo w Polsce PiS-u są najwyższą wartością samą w sobie i ten poziom wiedzy, jaką reprezentują, całkowicie wystarczy, by ich szanować, cenić i pozorować współudział w tworzeniu nowej Polski na każdej płaszczyźnie. Polski, gdzie to oni są panami, oni rządzą, decydują co i jak, a ta reszta to po prostu chłam, który do tej pory pasożytował na zdrowym organizmie, jakim jest tenże elektorat, wykorzystywał go, spijał śmietankę, która należała się właśnie pisowskim zwolennikom i tylko im.

Dostają od PiS-u na tacy wartości, które pozwalają poczuć się kimś ważnym, docenionym, wreszcie zauważonym. To dla nich jest ten Patriotyzm, Ojczyzna, Bóg i Honor. To im, do tej pory klepiącym biedę, żyjący na poziomie, który był w ich mniemaniu niewystarczający i niesprawiedliwy, PiS pokazuje, że zasługują na więcej.

Dlatego nie ma co liczyć na merytoryczną dyskusję i siłę argumentów. Jak to powiedział jeden z moich internetowych rozmówców – „ja już dawno znalazłem moje źródło, to Polska pod rządami PIS”. I taka jest właśnie puenta każdej rozmowy z wiernym wyborcą PiS. Mają głęboko w nosie konstytucję, demokrację, prawa rządzące finansami i gospodarką, historię, miejsce Polski w świecie. A po co im jakaś prawda? Ich to po prostu nie obchodzi. Ważne, że to jest ich czas i nikt, i nic, tego nie zmieni. Nawet jeśli czarne jest białe, a białe czarne, będą bronili pisowskiej Polski do ostatniej kropli krwi, bo taka Polska to dla nich prawdziwy Raj.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o Muszyńskim.

Julia Przyłębska nie jest zanadto lotna jako prawnik, o czym świadczy jej wcześniejsza kariera zawodowa. Nie dostała pracy w Sądzie Okręgowym w Poznaniu z uzasadnieniem: „nie nadaje się do orzekania”. O takiej osobie rzecze się: brak jej kompetencji zawodowych.

Ale te braki nie przeszkadzają partii PiS, aby wynieść ją najwyżej w hierarchii zawodowej, bo do najbardziej prestiżowej funkcji – prezes Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli zestawimy ją z poprzednikiem prof. Andrzejem Rzeplińskim, z autorytetem prawniczym z dużym dorobkiem naukowym i wieloma uznanymi publikacjami zwartymi, to nie od rzeczy będzie porównanie tych dwóch wielkości, jak mrówki do słonia.

Poza tym Przyłębska została mianowana przez prezydenta Andrzeja Dudę nieproceduralnie, co zaskarżone w sądzie mogłoby być orzeczone, iż w świetle prawa nie jest prezes TK. Ale nie tylko o niej możemy to powiedzieć. Bezprawnymi są inni sędziowie TK, w tym najgłośniejszy z nich Mariusz Muszyński.

W istocie to on rządził – i rządzi – w Trybunale Konstytucyjnym, bo nawet w machlojkach i przekazie retorycznym Przyłębska jest tak samo „kompetentna”, jak w uzasadnieniu, gdy odmówiono jej posady w Poznaniu: nie nadaje się.

Określając postać Przyłębskiej najwłaściwiej byłoby o niej powiedzieć: nie jest lotna intelektualnie, a na pewno nie nadaje się na funkcję prezesa TK. Żyjemy jednak w rzeczywistości pisowskiej, w której wartościowanie jest odwrotne niż w realności, niż nakazywałby rozum.

Robotę za Przyłębską w TK wykonywał Muszyński, a polegała ona na tym, iż demolkę ustawową PiS przetwarzał na demolkę administracyjną i spraw, które trafiały do TK. Czyli nie jest ważne prawo i nadrzędna do niego Konstytucja, ale interes PiS, a praktycznie wola prezesa I po to Muszyński został wysłany do TK.

Działał w interesie PiS. Jego ambicje demolowania sięgały jeszcze dalej, bo z punktu prawa – a nie pisowskiego bezprawia – był tylko dublerem, czyli nie był sędzią wg prawa. Zachciało się jednak ponadto Muszyńskiemu być sędzią Sądu Najwyższego. Zgłoszona została jego kandydatura i spodziewano się, że nawet może zostać I prezes Sądu Najwyższego, albo szefem nowej struktury w SN – bodaj ważniejszej niż I prezes SN – Izby Dyscyplinarnej.

Nagle dowiedzieliśmy się, że Muszyński zrezygnował z kandydowania do SN. Dlaczego? Czyżby tyle nabroił, iż z chwilą powrotu kraju do normalności, groziła mu wieloletnia odsiadka za kratami?

A może… i dzisiaj otrzymujemy jedną z możliwych odpowiedzi. Mianowicie Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wydał wyrok w jednej ze spraw, która dotyczyła zaskarżonego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, a w składzie orzekającym był  nasz „czarny charakter” Muszyński. WSA powołując się na sygnatury wyroków TK, uznał, iż w świetle wskazanych wyroków TK Muszyński jest osobą nieuprawnioną do orzekania w składzie Trybunału Konstytucyjnego.

A zatem Muszyński nie ma prawa do orzekania w TK. Logicznym jest, iż nie można uznawać go za sędziego TK. A uogólniając jeszcze szerzej w stosunku do kraju: w Polsce nie działa prawo, mamy sytuację samowoli prawnej, bezprawia.

Najprawdopodobniej – prawdopodobieństwo graniczące z pewnością – Trybunał Sprawiedliwości UE w Luksemburgu przychyli się zasadności pytań prejudycjalnych Sądu Najwyższego, a tym samym pośrednio stwierdzi, że prawo stanowione przez PiS określa Polskę jako państwo bezprawia, republikę bananową. Nieuprawniony Muszyński w TK był i jest prawniczym cynglem PiS. Prawo w Polsce zostało postawione pod ścianą, rozstrzelane.

Balcerowicz: Polexitu nie można wykluczyć

– Nikt się nie spodziewał, co zrobi PiS z polską demokracją, z polską praworządnością, to nikt teraz nie może wykluczyć, że w jakimś momencie szaleństwa czy szaleńczego wyrachowania oni nie spróbują utrwalić się przy władzy, przy wrogich hasłach wobec Unii Europejskiej i zrobienia Polexitu. Tego nie można po prostu wykluczyć na podstawie tych strasznych rzeczy, które PiS robi – mówił Leszek Balcerowicz w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po Faktach” TVN24.

Balcerowicz: Ci, którzy uchwalili ustawy o KRS i SN i je podpisali, obecny  prezydent to gwałciciele konstytucji

– Ci, co uchwalili te ustawy (o KRS i SN) i ją podpisali, obecny prezydent to są gwałciciele konstytucji, czyli najwyższego prawa, a ci, którzy dali się wybrać do KRS-u, czyli w gruncie rzeczy niekonstytucyjnego prawa, teraz się dają wybrać czy próbują dać się wybrać do Sądu Najwyższego to są także gwałcicielami konstytucji, wspólnikami – mówił Leszek Balcerowicz w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po Faktach

Balcerowicz: PMM po prostu kłamie

– On [premier Mateusz Morawiecki] po prostu kłamie. Trzeba używać słów adekwatnych do rzeczywistości. Nie wiem, czy u niego procesy psychiczne są tego typu, że nieświadomie kłamie, ale kłamie albo manipuluje. Manipulacja czasami polega na tym, proszę pamiętać, pewne stwierdzenia odnośnie faktów są prawdziwe, ale wnioski fałszywe. Można powiedzieć tak jak powiedział prezydent Erdogan w Turcji: Nasza gospodarka jest w świetnej sytuacji. Była. Na podstawie bieżących składników, ale jak się popatrzy na inne wskaźniki to widać było, że zmierza do katastrofy – mówił Leszek Balcerowicz w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po Faktach” TVN24.

Rząd PiS znów dofinansował telewizję publiczną: Ministerstwo Kultury zgodziło się na wznowienie emisji obligacji na sumę 300 mln zł. To prezes Jacek Kurski zabiegał o te pieniądze, bo – jak tłumaczy – rząd wciąż nie uregulował sprawy abonamentu.

Już raz TVP wyemitowała obligacje o wartości 300 mln zł, które Bank Gospodarstwa Krajowego kupił latem 2016 r. Ze sprawozdania finansowego dla Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wiadomo, że w 2016 r. spółka i tak odnotowała 180 mln zł straty (rok wcześniej 36,6 mln zł). I za taki wynik w całości odpowiada prezes Kurski, bo nominację na szefa TVP odebrał z rąk ówczesnego ministra skarbu Dawida Jackiewicza na początku stycznia 2016 r. Od tego czasu oglądalność programów w TVP spada (z „Wiadomościami” na czele), za to rosną wydatki. Spółka funkcjonuje głównie dzięki pomocy rządu.

Już w połowie 2016 r. TVP dostała zgodę na wyemitowanie obligacji o wartości do 300 mln zł. – To w rzeczywistości najtańsze finansowanie możliwe na rynku. Wcale nie jest powiedziane, że z niego w całości skorzystamy. To tylko furtka zabezpieczająca płynność – tłumaczył prezes Kurski w wywiadzie dla tygodnika „Sieci”. Potem przyznał, że „dzięki tym pieniądzom przeżyliśmy 2016 r”.

>>>

>>>

>>>

Duda marginalizuje Polskę, tak ten dudek robi z siebie Polaczka

Zwykły wpis

W niedzielę na murach warszawskich kościołów zawisną dziecięce buciki. W ten sposób zostaną upamiętnione ofiary księży pedofilów. Do akcji mogą włączać się inne miasta.

„Baby Shoes Remember” to akcja, która narodziła się w Irlandii. Wieszanie dziecięcych bucików na murach kościołów i kuriach ma przypominać o ofiarach księży pedofilów.

Chodzi w niej również o to, żeby duchowni musieli sami ściągnąć buciki z murów. Dlaczego? – To będzie symboliczne ukrywanie przemocy wobec dzieci w Kościele. Zdejmujący mają poczuć się osamotnieni. Mottem akcji jest: „Kiedy ci, którzy domagają się sprawiedliwości, łączą się, to ci, którzy chcą zaprzeczać, stają się wyizolowaną mniejszością” – mówi TOK FM jedna z organizatorek akcji w Polsce Nina SankarI z Fundacji im. Kazimierza Łyszczyńskiego.

USA. Pensylwania ujawnia gwałcicieli w sutannach. Na karę jest za późno

W Polsce o włączenie się do inicjatywy została poproszona broniąca ofiar pedofilii w polskim Kościele Fundacja „Nie lękajcie się”. Akcja jest organizowana w najbliższą niedzielę na całym świecie. Tego dnia papież Franciszek będzie w Dublinie na Światowym Spotkaniu Rodzin. Głowa Kościoła ma spotkać się z ofiarami pedofilii i modlić się za nie w dublińskiej katedrze.

Sabina Zalewska podtrzymuje decyzję o kandydowaniu na Rzecznika Praw Dziecka i odpiera zarzut plagiatu. Jej tłumaczenia kompromitują ją jeszcze bardziej.

>>>

Nie mam złudzeń…………

Wszystko przez fanfaronadę i głupie przechwałki na temat własnej roli w negocjacjach o przyjęcie Polski do Unii Europejskiej. Podczas konwencji wyborczej PiS, Morawiecki palnął w Sandomierzu: „Sam negocjowałem przystąpienie do Unii Europejskiej”. Nie tylko Internet odpowiedział mu nie szczędząc szyderstw… Leszek Miller napisał: „Nic Pan nie negocjował. Proszę choć poczekać do czasu, kiedy umrę”.

Z miejsca odezwały się też sondażownie. Z sondażu SW Research dla serwisu rp.pl. wynika, że Polacy do cna rozumu nie stracili i aż 54 proc. spośród nas, uważa, iż stwierdzenie premiera Mateusza Morawieckiego jest nieuprawnione. Tylko 14 proc. respondentów – choć nie wiadomo na jakiej podstawie – uważa, że miał prawo do takiej wypowiedzi.

Słowa premiera to zwykłe kłamstwo i przechwałka, bo pracował on w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej ledwie kilka miesięcy. I to jako zwykły urzędnik od papierologii. Pisaliśmy o tym powołując się na autorytety i świadków tamtej kariery Morawieckiego. Ulotnił się stamtąd do biznesu. Aż dziwne, że w obronę szefa rządu wziął m.in. minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz.

„Premier Mateusz Morawiecki doskonale wie, na czym polegają negocjacje z UE i swoją wypowiedzią w Sandomierzu chciał właśnie to wyrazić; natomiast oskarżanie go o to, że rzekomo przypisuje sobie nienależne zasługi w procesie akcesji Polski do UE jest absurdalne” – powiedział Faktowi Czaputowicz .

Jak komentują te opinię osoby znające ministra sprzed lat: „Kiedyś takich słów by nie wypowiedział. No. ale cóż, on ma pięć córek. Musi rodzinę utrzymać – opowiadają znajomi Czaputowicza sprzed lat i dodają, że nawet nie są na niego źli.  No, samo życie – wzdychają – cytuje Fakt.

„Tyle że premier Morawiecki podczas wiecu naprawdę rzucił proste hasło. A hasło, jak wiemy, jest po to, aby ludzie je zapamiętali.   Wiarygodność premiera jest żadna. I to każdy widzi” – powiedział dziennikowi szef sztabu wyborczego PSL poseł Piotr Zgorzelski. I dodał: „Taką samą miał wiarygodność, kiedy robił sobie zdjęcia w stodole, aby „chwycić” wyborców PSL i rolników. A przez całe lata był banksterem i bankierem, a nie żadnym negocjatorem”.

Opozycja drwi i zaciera ręce: „Cieszymy się, że Morawiecki jest twarzą kampanii PiS. Naprawdę. Bo jest tak niewiarygodny, że naprawdę nikt mu nie uwierzy” – skomentował słowa premiera szef sztabu wyborczego Platformy Tomasz Siemoniak.

Nieswojo poczuli się nawet PiS–owcy: „Moim zdaniem Mateuszek nie da rady. Nie ma takiego podejścia do wyborców, jakie miała Szydło” – ocenił członek władz Prawa i Sprawiedliwości.

Krystyna Pawłowicz zaapelowała do polskich do przedsiębiorców o postawianie na polskich pracowników:

„Polscy przedsiębiorcy! Patriotyzm gospodarczy to też wasz obowiązek! Zatrudniajcie przede wszystkim Polaków, a nie obcych niewolników za grosze. I GODNIE Polakom płaćcie. Nie róbcie ze swej Ojczyzny własnej biznesowej kolonii. Doceńcie pracę polskich rąk” – napisała na Twitterze PiS–owska funkcjonariuszka. Na odpowiedź długo nie czekała. Internauci zwrócili posłance uwagę na to, że swój apel kieruje do niewłaściwego adresata.

Ze swoim wnioskiem powinna się raczej udać do PiS-owskiego rządu, który swoimi działaniami ściąga do kraju coraz większe ilości pracowników z Ukrainy i innych krajów. „Przedsiębiorca, który Pani posłucha, straci przewagę na rynku, bo jego konkurent, który zatrudni tańszych Ukraińców lub innych z zagranicy, będzie miał niższe koszty” – napisał jeden z komentujących.

„A w tym wszystkim smaczki, jak chociażby Karta Polaka i wszechobecne zniżki. Sam takiej wyrobić nie mogę, bo jestem Polakiem… ot ironia” – zwrócił uwagę ktoś inny. „Złożyła już Pani tę interpelację, czy tylko akty strzeliste na TT?” – pytała internautka. „Niech Polakom obniżą podatki, wtedy Polacy będą więcej zarabiać. A takie apele to można sobie w buty wsadzić najwyżej” – dodawała kolejna osoba.

„Przecież to PiS dopłaca polskim przedsiębiorcom za każdego zatrudnionego Ukraińca! Czy Pani ma w ogóle świadomość co robi Pani partia?” – pytał inny komentujący.

„Mali przedsiębiorcy liczą każdy grosz, wielcy się nie patyczkują. Ukraińców pani spotka i na gospodarstwach rolnych na wsiach i w wielkich sieciowych restauracjach” – zwrócił uwagę internauta. „Mali liczą każdy grosz, bo koszty prowadzenia działalności są wysokie, duża biurokracja itp. Pis jakoś wydaję się tego nie zauważać… Ale z mojego doświadczenia wynika, że politycy są oderwani od rzeczywistości. Szkoda języka” – napisał pan Łukasz. To zaledwie kilka z kilkuset komentarzy pod postem Krystyny Pawłowicz. Trudno nawet znaleźć pozytywne komentarze broniące posłanki.

Na pierwszy rzut oka pomysł wydawał się atrakcyjny. Udało się znaleźć idealny przykład pod tezę, że Warszawa, podobnie jak Polska przed nastaniem dobrej zmiany, jest w ruinie i postanowiono z pełną parą ten przykład nagłośnić i wyeksponować. Sofia, stolica Bułgarii, z której aktywiści miejscy jeszcze niedawno gościli w polskiej stolicy, zachwycając się komunikacyjnymi rozwiązaniami, nagle ma się stać przykładem do naśladowania. Wszystko dlatego, że, jak tłumaczą pomagierzy Patryka Jakiego, w ciągu ostatnich trzech lat udało się tam zbudować więcej kilometrów metra niż w znacznie bogatszej Warszawie – czyli HGW jest do kitu, stolico Bułgarii bądź nam wzorem. W sam raz do wyborczego hasła kandydata PiS czyli “Nie mówcie, że się nie da”. Jak wspomniałem, plan wydawał się na tyle genialny, że postanowiono sfinansować zagraniczną wycieczkę kilku redaktorom spoza mediów prorządowych, by ten nadchodzący sukces dobrze rozgłosili. Coś jednak zdecydowanie poszło nie tak, a pomysłodawca tego eventu w stolicy Bułgarii może za niego słono zapłacić, bowiem pod koniec dnia widać już, że to pierwszy tak poważny i kompromitujący Patryka Jakiego fuckup jego kampanii wyborczej.

Po pierwsze, nie udało się wiceministrowi sprawiedliwości obalić narracji, że oto stawia Sofię, jako wzór do naśladowania dla Warszawy. Sieć od rana zalały zdjęcia rozwiązań komunikacyjnych i taboru z Bułgarii, przypominające obrazki z Warszawy sprzed 30 lat. Dumni Warszawiacy z pewnością w przeszłość cofać się nie chcą.

Po drugie, Patryk Jaki musiał zmierzyć się z lokalnymi aktywistami, wspieranymi na polskim internetowym podwórku przez stowarzyszenie Miasto jest nasze, którzy na bieżąco i bezlitośnie punktowali rzeczywiste koszty “wielkiego sukcesu Sofii”, podkreślając że budowa metra odbyła się kosztem innych rozwiązań, co pogorszyło dostęp do systemu transportu. Na dodatek rozmowa odbywała się w języku angielskim, co okazało się bardzo dużym problemem dla stojącego na co dzień pod blokiem wiceministra z Opola. Coś tam wydukał, pokiwał głową i westchnął ciężko na tego, kto go wkopał w ten event.

W ten oto sposób z wielkiego hitu został wielki kit, co nie uszło uwadze komentatorów, którym Jaki wycieczki nie ufundował.

Pora wracać pod blok na spotkania z warszawskim aktywem. I dalej obiecywać wszystko i wszystkim, na bezczela i traktując wyborców jak idiotów. W końcu do mediów głównego nurtu i tak bardziej niż bułgarska kompromitacja Jakiego przebije się taśma klejąca Trzaskowskiego i to, że to Komorowski bis. Aha, i zrobić dwa razy więcej tweetup’ów, by centrowi dziennikarze mogli się najeść i opić markowym alkoholem, by więcej było newsów, pokazujących obciachowość kandydata PO. To jest zdecydowanie bardziej opłacalne.

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

PiS-owi do zawłaszczania sądownictwa pozostała ostatnia instytucja – Sąd Najwyższy, gdy on zostanie zdobyty, kasta pisowskich prawników będzie strzegła bezprawia, nie pozwolą, aby PiS oddał komukolwiek władzę. Czy im się uda zamach na Sąd Najwyższy?

Krajowa Rada Sądownictwa z nominacji PiS dokonuje wyboru kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego. Odbywa się to w pośpiechu, kandydaci są wyjątkowo mierni, bo tylko tacy mogą być wierni.

Przed KRS protestowała dziesiątka aktywistów ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego UW i kilku członków Obywateli RP, mieli ze sobą transparent z napisem „Nie ma sprawiedliwości bez niezależności”. Przyznajmy, w tym haśle pobrzmiewa esencja demokracji, w rytm tego zdania winno bić serce społeczeństwa obywatelskiego.

Można zadać pytanie – ba, należy zadać to pytanie! – dlaczego tak niewielu jest świadomych wagi zdarzeń, które dokonują się na naszych oczach. Wszak po wyborze kandydatów i mianowaniu ich na sędziów Sądu Najwyższego Temidą będzie Jarosław Kaczyński, a nie bogini sprawiedliwości z zasłoniętymi oczami, czyli logo niezależności sądownictwa.

PiS spieszy się z proponowanymi kandydatami, a następnie z mianowaniem ich na sędziów Sądu Najwyższego, aby zdążyć przed wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który wypowie się, co do zgodności prawa unijnego z ustawą znoszącą Sąd Najwyższy w dotychczasowej konstytucyjnej postaci.

PiS załatwia sobie bezprawie poprzez fakty dokonane, aby stało się tak, iż orzeczenie TSUE miało dotyczyć instytucji, której już nie ma (Sądu Najwyższego w obecnym kształcie), aby wyrok stał się bezprzedmiotowy.

Wówczas egzekwowanie prawa unijnego, w gestii Komisji Europejskiej pozostanie tylko jedno narzędzie: nałożyć sankcje na Polskę rządzoną przez PiS.

Aby nie doszło do takich skrajnych sytuacji, do prezydenta Andrzeja Dudy apelują nasze największe organizacje sędziowskie i pozarządowe: „Przyłożenie ręki do tych nominacji oznaczać będzie początek faktycznego wyjścia z Unii Europejskiej”.

„Wciąż ma Pan ten wybór i to na Pana, a nie szeregowych polityków czy członków KRS, zwrócone są oczy całego świata”. Ogromna większość prawników i sędziów apeluje do Dudy, aby nie powoływał sędziów do Sądu Najwyższego.

Czy przebywający w Australii i Nowej Zelandii Andrzej Duda posłucha? Wszak tam spotkał się z rodakami, którzy witali go protestując w koszulkach z napisem Konstytucja.

Czy Duda nawróci się na prawo, na dobro Polski, na standardy demokratyczne i cywilizację zachodnią? Nadzieja umiera ostatnia, oby ta nadzieja nie była złudzeniem, bo Duda wydaje się być złudzeniem jako prezydent, a nadzieją, że jednak przypomni sobie, że powinien strzec konstytucji, jest warta funta kłaków.

Czyżbyśmy mieli prezydenta wartego funta kłaków? A może mniej.

Komorowski o nominacjach do SN: Rząd PiS-owski, prezydent Duda w moim przekonaniu niestety, przyczyniają się do marginalizacji Polski

– Decyzje prezydenta Dudy będą oznaczały, że albo Polska będzie istotnym elementem, wiarygodnym elementem rodziny europejskiej albo znajdzie się na marginesie. Niestety coraz bardziej rząd PiS-owski, prezydent Duda w moim przekonaniu niestety, przyczyniają się do marginalizacji Polski, do jej spychania na margines Unii Europejskiej – mówił Bronisław Komorowski w rozmowie z Justyną Pochanke w „Faktach po Faktach” TVN24.

Kościół katolicki to organizacja przestępcza. Tak uważają media w USA

Zwykły wpis

Raport jest „wstrząsający” – to słowa Watykanu, który go skomentował po dwóch dniach milczenia. Nie było łatwo go opublikować: jeszcze rok temu dwie diecezje próbowały zablokować jego publikację, ale musiały ustąpić pod naciskiem opinii publicznej. Dla jednego z najliczniejszych stanów w USA, gdzie katolicy stanowią ponad 25 proc. populacji, jest to głęboki szok.

Szokujące są również szczegóły raportu. Księża-pedofile molestowali i gwałcili dziewczynki i chłopców, kręcili także z ich udziałem filmy pornograficzne. Stworzyli siatkę, w ramach której „przekazywali” sobie ofiary. Znakiem, że dziecko zostało zmanipulowane i wykorzystane przez pedofila i może być „dostępne” dla innego członka siatki były charakterystyczne złote krzyżyki wręczane dzieciom przez księży.

Kto jest ofiarą, a kto przestępcą?

Widzimy, że biskupi nie doceniają skali problemu – nawet nie ma mowy by podobny raport powstał w którejkolwiek diecezji w Polsce. Polscy biskupi nie doceniają także jego wagi: księża są zawieszani, ale często nie pozbawiani kontaktów z dziećmi. Tak dzieje się tylko wtedy, gdy wymusi to prasa i rozgłos sprawy. Często brak jest zrozumienia kto jest ofiarą, a kto przestępcą. Pamiętamy pierwszą reakcję przewodniczącego episkopatu o dzieciach „prowokujących” księży. Albo biskupa który uważał, że przyczyną jest „rozerotyzowane społeczeństwo”, a nie duchowny-pedofil.

I co najważniejsze: w Polsce mamy wręcz patologiczną symbiozę władzy z kościołem, która sprzyja zamiataniu sprawy pod dywan.

Sprawa pedofili w kościele jest sprawą jednoznaczną etycznie. Jednak, jak pokazuje przykład Pensylwanii, dopóki w kościele dominować będzie mentalność plemienna i chęć ochrony „swoich” (a nie wiernych), i dopóki władze cywilne będą bardziej dbały o zdjęcie z biskupem w lokalnej gazecie – dopóty będziemy „zaskakiwani” takimi skandalami z druzgocącą regularnością.

>>>

Przez siedemdziesiąt lat 301 zwyrodnialców w sutannach w trakcie aktywnej posługi kapłańskiej molestowało albo zgwałciło około 1000 dzieci.

Raport wielkiej ławy przysięgłych dotyczący wykorzystywania dzieci przez duchownych stanu Pensylwania, który zreferował publicznie prokurator Josh Shapiro, to lektura porażająca. NBC NEWS, komentując sprawę, postawiło tezę, że Kościół katolicki jest organizacją przestępczą.

>>>

Krystyna Pawłowicz leci na Bońka

Zwykły wpis

Chyba pierwszy raz się zdarza, że „ekspertka” od wiedzy wszelakiej, posłanka Prawa i Sprawiedliwości Krystyna Pawłowicz znalazła poparcie mediów społecznościowych. Tym razem dodała swoje trzy grosze do dyskusji o osiągnięciach polskich drużyn piłkarskich oraz klęsce na Mundialu. Na celownik wzięła Zbigniewa Bońka, po tym jak teraz w europejskich rozgrywkach pucharowych kompletną klapę poniosły Legia Warszawa, Lech Poznań i Jagiellonia Białystok.

Na Twitterze kompromitację polskich drużyn Pawłowicz skomentowała jednoznacznie zaczepiając szefa PZPN:

„Panie Bońku
Po wynikach polskich piłkarzy we wszelkich ligach, od gminnych po światowe, jako kierownik PZPN „jawi się Pan dla mnie kierownikiem fascynującym”
 – napisała.

Tak z kpiną nawiązała do dyskusji, która zrodziła się przy okazji mistrzostw świata 2018. Posłanka zapytała wówczas, czy jest sens dalszej gry Polaków w mundialu, gdy stracili szanse na wyjście z grupy.

Prezes PZPN zaprosił wtedy Pawłowicz na kawę i dodał „po tym wpisie, jawi się Pani dla mnie kobietą fascynującą”. Tym razem Boniek jeszcze nie odpowiedział na zaczepkę Pis–owskiej posłanki.

W komentarzach pod swoim wpisem Pawłowicz stwierdziła, że jej zdaniem to szef PZPN odpowiada za wyniki polskich drużyn. Odpadnięcie Legii z Football 1991 Dudelange określiła mianem klęski, a rywali nazwała „kelnerami z Luksemburga”.

„Po raz pierwszy w życiu muszę się z Krysią Pawłowicz zgodzić” – podsumował „dyskusję” internauta. „Ja bym do Bońka napisał coś innego: Panie Bońku, czy pan już w końcu wie jakie były przyczyny kompromitacji i blamażu na Mundialu??? Bo jak pan nie wie to można oczekiwać na imprezach mistrzowskich powtórki z historii: mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor.”

Jak widać, „łaska pańska na pstrym koniu jeździ”. Po klęskach piłkarzy, miłość partii rządzącej szybko przeniosła się na lekkoatletów. Ze zwycięzcami lepiej wychodzi się na zdjęciu i można ogrzać się w promieniach triumfu.

To jest plebiscyt za Polską demokratyczną albo autorytarną, zaściankową, antyeuropejską, tandetnym reżimem totalitarnym. Teraz trzeba iść wspólnym frontem w obronie demokracji, bo to jest najważniejsze – mówi w rozmowie z nami Jan Ordyński, publicysta, wiceprzewodniczący Towarzystwa Dziennikarskiego. – Niech SLD pójdzie po rozum do głowy. Każdy musi trochę ustąpić. To nie jest czas na własne ambicje, fochy, strojenie min. Trzeba ratować Polskę – dodaje, stwierdzając, że wspólny front powinien obejmować także lewicę. – Skończyła się jakakolwiek debata. Posiedzenia Sejmu są farsą, tandetnym cyrkiem. Z nor wyłażą teraz męty polityczne i nadają ton życiu publicznemu – ocenia pisowskie praktyki

KAMILA TERPIAŁ: Zacznę od końca. Jak to wszystko się skończy?

JAN ORDYŃSKI: Najbliższe wybory, poczynając od samorządowych, przez europejskie i parlamentarne, nie będą rutynową elekcją odbywaną w demokratycznym państwie prawa. Wszyscy, także opozycja, muszą to zrozumieć. To jest plebiscyt za Polską demokratyczną albo autorytarną, zaściankową, antyeuropejską, tandetnym reżimem totalitarnym. Teraz trzeba iść wspólnym frontem w obronie demokracji, bo to jest najważniejsze. Są miasta, w których udało się przedstawić wspólnego kandydata: Łódź, Rzeszów, Kraków, także Wrocław.

Wygrana w dużych miastach będzie swego rodzaju manifestacją i efektem propagandowym. Z ostatniego sondażu wynika, że szeroka koalicja jest w stanie pokonać PiS. Jeżeli tak się nie stanie, czarno to wszystko widzę.

Dobrym zalążkiem może być powołana przez PO i Nowoczesną Koalicja Obywatelska?

Tak, ale powinna być rozszerzona w lewą stronę.

Do tanga trzeba dwojga…

Niech SLD pójdzie po rozum do głowy. Każdy musi trochę ustąpić. To nie jest czas na własne ambicje, fochy, strojenie min. Trzeba ratować Polskę.

Czyli jedyną szansą jest szeroka koalicja anty-PiS?

Wolę określenie szeroki blok demokratyczny.

Nie chodzi tylko o PiS, coraz bliżej partii są narodowcy i ugrupowania faszyzujące. Sytuacja staje się bardzo niebezpieczna. Można temu zapobiec.

Dlaczego dochodzi do takiego zbliżenia?

To są coraz bardziej tożsame ugrupowania. W praktyce politycznej filozofia obozu skrajnie antydemokratycznego i PiS-u zbliżają się do siebie. Partia władzy robi to, co na pewno zrobiliby także oni – porywa się skutecznie na instytucje, które miały gwarantować Polsce demokrację, likwiduje trójpodział władzy, majstruje przy ordynacjach wyborczych, likwiduje parlamentaryzm, tworzy państwo teokratyczne.

Rozczarowała cię postawa Kościoła?

Tak. Skoro stał się częścią sceny politycznej, to powinien zabierać głos w obronie demokracji. A milczy…

Proboszczowie za to zachowują się jak politycy, mieszają się do najbardziej intymnych spraw Polek i Polaków. Skrajnym tego przykładem jest zachowanie Tadeusza Rydzyka. Według mnie on nie wierzy w Boga, po prostu realizuje swoje cele.

Nie ksiądz, tylko biznesmen?

I to spod ciemnej gwiazdy. Episkopat byłby w stanie ukrócić jego działania, przecież ma jakieś możliwości. Może interweniować w Watykanie. To jest człowiek, który wywiera negatywny wpływ na życie moralno-polityczne w Polsce. Są biskupi i księża, którzy to widzą, ale tylko rozkładają ręce.

Czy jest jakaś granica, której PiS nie przekroczy?

Nie wiem, przekroczył już kilka granic. Wysadził w powietrze Trybunał Konstytucyjny i sądy, zabiera się za Sąd Najwyższy. Dzieje się tak w XXI wieku, w państwie europejskim. Przecież to się w głowie nie mieści!

Nawet Donald Trump nie odważył się „zabrać” za sądy, bo to świętość. Gdyby stało się to, co u nas, to w Ameryce wybuchłoby powstanie.

Dlaczego u nas na ulice wychodzi w sumie niewiele osób?

W Polsce demokracja jest znacznie młodsza i nie jest tak zakorzeniona. Wielu ludzi jej nie rozumie i myśli o sprawach państwa tylko przez pryzmat siebie i swojego życia. Nie mam do nich pretensji, bo taka jest nasza rzeczywistość, ale trzeba zrobić wszystko, żeby ją zmieniać.

Jak?

Trzeba tak budować państwo polskie, żeby coraz więcej osób się z nim utożsamiało.

Winą poprzednich ekip było to, że nie zwracały uwagi na los ludzi, którymi trzeba było się zająć. Dlatego dali się złapać PiS-owi. Liczyliśmy na sztafetę pokoleń, a przyszedł prezes i wszystko po kolei wysadził w powietrze.

Jak „rozmawiać” z populistami?

Nie można pozwolić narzucić narracji, że nawet tym, którym nie wyszło, żyje się gorzej niż 30 lat temu. Po transformacji było trzeba każdej grupie podać rękę. PiS prowadzi politykę najprostszymi metodami, ale są i na to jakieś sposoby. Trzeba zebrać grupę socjologów, ekonomistów czy psychologów i postarać się opracować jakiś program. Jeżeli są w stanie pomóc rodzinom, to mogą pomóc także grupom społecznym.

Jesteś na każdej demonstracji?

Staram się być na wielu demonstracjach.

Cieszę się, że są ludzie, którym zależy. Przypuszczałem, że z czasem będzie ich coraz mniej, ale są… Zdecydowani, zdeterminowani, z jednoznacznymi postulatami, domagający się po prostu przestrzegania konstytucji.

To jest siła, która może wpłynąć na PiS? Niektórzy mówią, że władzę może obalić ulica.

Mam nadzieję, że nie dojdzie do kryterium ulicznego. To byłoby najgorsze i najbardziej niebezpieczne rozwiązanie. Ale jeżeli PiS podniesie rękę na proces wyborczy, to rzeczywiście może być nieuniknione. Tyle że to wyeliminowałyby nas z kręgu europejskiego.

Włączasz czasami tzw. media publiczne?

Rzadko. Nie jestem w stanie. Propaganda jest tak nachalna, jakiej nie pamiętam. Takiej sytuacji nie było od 30 lat. Brakuje wszystkiego, po prostu cepem wali się na odlew, tylko w interesie jednej strony. Prowadzący stali się stroną i judzą. Wstyd!

Nie przypuszczałem, że niektórzy z moich dawnych znajomych będą się w stanie w ten sposób zachować. A ja domagam się tylko przyzwoitości.

Co dzieje się z politycznym językiem? Był już „gorszy sort”, „ubeckie wdowy”, „zdradzieckie mordy”…

Pamiętam, jak się oburzaliśmy, kiedy Andrzej Lepper stwierdził w Sejmie, że „skończył się Wersal”. Teraz muszę stwierdzić, że to wystąpienie było Wersalem w porównaniu do tego, co się teraz dzieje.

„Olać to mogę twoją matkę” – tak na Twitterze „dyskutuje” poseł PiS Dominik Tarczyński.

I to odbywa się za przyzwoleniem Jarosława Kaczyńskiego. Poza tym w ogóle skończyła się jakakolwiek debata. Posiedzenia Sejmu są farsą, tandetnym cyrkiem. Z nor wyłażą teraz męty polityczne i nadają ton życiu publicznemu.

Jak zachowałbyś się na miejscu Marcina Mellera? To do niego skierowany był ten wpis.

Powinien wytoczyć mu proces o zniesławienie i ochronę dóbr osobistych.

Ten poseł powinien też od razu stanąć przed komisją etyki w Sejmie i mieć wymierzoną surową karę. To jest polityczny żul, który powinien być bojkotowany i znaleźć się poza nawiasem.

Dlaczego prezes przymyka na to oko?

Widocznie mu to odpowiada. Przecież sam też wyskoczył na mównicę i zwyzywał posłów opozycji.

Jaki to ma wpływ na społeczeństwo?

Fatalny. W taki sposób ludzie uczą się „mowy żuli”, bo jest na to przyzwolenie.

Podział przypomina ci ten z czasów PRL-u?

Jest gorzej. Momentem przełomowym była katastrofa smoleńska i to, co z nią później zrobiono. Od tego momentu puściły hamulce przyzwoitości. Mam prawo o tym mówić,

pochodzę z Rodziny Katyńskiej, a ja sam przez przypadek do Smoleńska poleciałem nie 10, a 7 kwietnia. Z tej strasznej katastrofy zrobiono teraz pośmiewisko. Część ludzi na to złapano, a politycy PiS-u robią z tego teatr z pełną świadomością. Przecież oni zdają sobie sprawę z tego, że to była katastrofa, a nie żaden zamach. Także z tego powodu doszliśmy w naszej słabej demokracji do krytycznego momentu.

Przewidywałeś ostatnio, że Antoni Macierewicz będzie wygaszany. Okazuje się, że ma dostać nową misję – ocenę stanu polskiej armii. O co chodzi?

To jest znowu jakaś zagrywka, ale uważam, że do rządu nie wróci. Przecież to on doprowadził do upadku polską armię. Audyt mogą robić fachowcy, a nie szamani. Jarosław Kaczyński zdezawuował go kończąc misję smoleńską.

Przecież cały czas jesteśmy bliżej prawdy…

Ale prezes zasugerował już, że być może prawdy nigdy nie poznamy. On wie, że nie ma żadnych tajemnic. Dopóki Antoni Macierewicz był potrzebny do tworzenia kłamstwa smoleńskiego, to prezes trzymał go w rządzie, a jak przestał być potrzebny, to go odepchnął.

Nie sądzę, żeby przed Antonim Macierewiczem była jakaś świetlana polityczna przyszłość, może na osłodę dostanie miejsce na liście do Parlamentu Europejskiego.

Chciałabym, żebyśmy zakończyli rozmowę optymistycznie.

Jestem zbudowany postawą środowiska sędziowskiego, także, a może przede wszystkim tych z młodego pokolenia. Wydają wyroki sprawiedliwe, a nie zgodne z oczekiwaniami władzy i dają przykład, jak należy bronić demokracji. Tak powinniśmy zachowywać się w trudnych sytuacjach.

Kiedy ostatnio byłeś w Sejmie?

Czasami bywam…

Dziwne uczucie przedzierać się przez barierki.

Nawet w stanie wojennym tak nie było! Przecież

jeszcze niedawno teren Sejmu był otwarty dla wszystkich. Teraz jest zamknięty, problem z wejściem mają nawet dziennikarze. Straż marszałkowska stała się zbrojną armią.

Czego się boją?

Tego, co ich czeka w przyszłości. Dlatego stwarzają sobie pozory bezpieczeństwa.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o defiladzie.

A My trzymajmy mocno kciuki za to, by nikomu nie zechciało się na nas napadać

Wydawałoby się, że okres wakacyjny to taki klasyczny sezon ogórkowy. Politycy odpoczywają po „ciężkiej” pracy, rząd się nie wysila, bo też ładuje akumulatory. Cisza i spokój… A tu nic bardziej mylnego. Tyle się dzieje, newsy uderzają w nas z każdej strony i już nie wiadomo, gdzie ręce włożyć.

W minionym tygodniu na pewno na uwagę zasługuje Defilada Wojska Polskiego z okazji ich święta. Nie ukrywam, że już przed godziną 13.00 zasiadłam z kubkiem mocnej kawy w ręce przed telewizorem, by oddać się nastrojowi wydarzenia. Był to w końcu mój patriotyczny obowiązek, by wspólnie z partią panującą i żołnierzami przeżywać doniosłość tego dnia.

Nie rozczarowałam się. Było pięknie, dumnie i niezwykle patriotycznie. Nad głowami przeleciało nam 100 samolotów, począwszy od tych, z zespołu akrobacyjnego, skończywszy na śmigłowcach. Przed oczami przemaszerowały mi jednostki reprezentacyjnych Rodzajów Sił Zbrojnych,  pododdziały i poczty sztandarowe organizacji pro-obronnych, klas mundurowych, Szwadronu Kawalerii WP oraz Orkiestry Reprezentacyjnej WP.  I te Rosomaki, moździerze Rak, armatohaubice Krab, samochody humvee, transportery Stryker, czołgi Abrams, Twardy i Leopard,transportery minowania narzutowego Kroton oraz rampa szturmowa. Wow…

Nie zabrakło też żołnierzy amerykańskich, brytyjskich, rumuńskich i chorwackich. Wprawdzie oni nie tak całkiem nasi i ich wyposażenie nie jest polskim powodem do dumy, ale jak się nie ma co się lubi to warto było sięgnąć do Batalionowej Grupy Bojowej NATO stacjonującej w Orzyszu.

Trzeba przyznać, że miło było popatrzeć na dumnie prężących pierś żołnierzy Wojsk Lądowych, Marynarki Wojennej RP, Sił Powietrznych, Wojsk Specjalnych, Wojsk Obrony Terytorialnej i Żandarmerii Wojskowej. Chłopaki jak malowani. Czy w takim momencie warto było pomyśleć o problemach z umundurowaniem, kiepską jakością karabinów i innymi niedogodnościami, za które odpowiada MON? Ech…nie bądźmy drobiazgowi.

Był też czas na przemówienie pisowskich oficjeli, którzy już nawet nie zachowują pozorów, że są reprezentantami całego narodu. Wreszcie otworzyły mi się oczy na prawdę o bitwie warszawskiej. Według Dudy to „Pan Bóg stanął w obronie Polski, wsparł polskich żołnierzy, Matka Najświętsza wsparła swoich chłopców, swoje dzieci po to, żeby mogli się obronić przed sowiecką czerwoną nawałą, po to, żeby mogli obronić wolność, obronić niepodległość, ale przede wszystkim obronić chrześcijaństwo i życie”. Co my, biedni, bez tego Boga byśmy zrobili? Pewnie już by nas jako nacji, nie było. I czyż można się dziwić, że w kraju tak przez Boga umiłowanego, ewangelia powinna być ważniejsza od Konstytucji?

Padły też słowa o Ojczyźnie, Honorze. O wielkości, patriotyzmie, miłości ojczyźnianej. Padło tyle słów, które przyjęłam z pewnym niesmakiem. Jakże łatwo to, co wartościowe, zamienić w puste banały. Jakaż to hipokryzja, gdy ci, demolujący polski system, wycierają sobie gęby tym, co dla Polaków najważniejsze. Teraz, gdy społeczeństwo jest tak skażone politycznie, tak podzielone, pełne nienawiści i retoryki wręcz chamskiej, ten patos w ustach rządzących, odniesienie do symboli polskości, wydaje się tak miałki, że aż sztuczny. Ot taki erzac, co to nie ma nic wspólnego z prawdą.

Tak więc, miało być przebogato, wspaniale. Miała być pokazana siła polskiego wojska, której nasz ulubiony wróg ze Wschodu powinien przestraszyć się na Amen, podkulić ogonek i nigdy już nawet nie pomyśleć o zaatakowaniu nas. Szkoda tylko, że partia rządząca nie wpadła na to, iż znaczna część narodu nie da się nabrać na tego typu „igrzyska” Przecież od dawna wiadomo, że położyła ona nasze wojsko na obie łopatki. Sprzęt, który powoli bardziej nadaje się na złom niż do użytku. Leżące odłogiem programy modernizacyjne. Nominacje generalskie i pozostałe awanse tylko dla oddanych PiS-owi, a co za tym idzie, oddanie losów Polski w ręce prawie laików, których wiedza, umiejętności i doświadczenie wołają o pomstę do nieba. Jak mówi generał Waldemar Skrzypek „Polska zbrojeniówka jest zarządzana przez wrogów państwa polskiego Niech pan to koniecznie napisze! To wygląda jak działania rosyjskiej agentury wpływu. Polska armia nie spełnia żadnych warunków, żeby mówić o przygotowaniu bojowym. Sprzęt? Jaki sprzęt! Polska Grupa Zbrojeniowa ma długi, wszystko, co robią, to lipa i ściema. Zakupy amunicji leżą na łopatkach”.

No ale nic to. Defilada była piękna. Jak twierdzi MON aż 120 tysięcy ludzi oglądało ją na żywo. Jak widać, naród łaknie igrzysk. Szkoda tylko, że nie pojawia się tak tłumnie na ulicach stolicy, gdy odbywają się protesty wobec demolki państwa. A może po prostu tego nie widzą i nie rozumieją? Może górę bierze to zaufanie do PiS, które tak skutecznie wbiło im do głowy, że teraz wreszcie jest prawdziwa Polska, bo wcześniej to był chłam? I nikt im nie wmówi, że białe jest białe, a czarne czarne.

Akcentem wzmacniającym ten piękny, świąteczny dzień, był przemarsz narodowców. Trochę mnie chłopcy i dziewczynki rozbawili swoją niewiedzą. Darli się, składając hołd Piłsudskiemu, który do pewnego momentu był lewakiem (a nawet przywódcą Polskiej partii Socjalistycznej) i jednocześnie wygrażali tymże lewakom. Upajali się „cudem nad Wisłą”, nie mając pojęcia, jak bardzo Piłsudski nie znosił tego określenia. Plotka głosi, że termin ten wymyślił Roman Dmowski, chcąc w ten sposób nieco zminimalizować talent strategiczny wodza. Wydaje się też, że znacznie więcej było policji, pilnującej ich bezpieczeństwa niż samych maszerujących, ale to już drobiazg.

Niebawem wybory. Imprezka się odbyła. Jej rozmach przesłonił żenującą sytuację polskiej armii. Władza sobie pogratulowała, pokazała oblicze pełnego samozachwytu i… jest dobrze. Lud dostał to co chciał i zapewne w podzięce, odda swój głos właściwie, zgodnie z oczekiwaniem. A My? My trzymajmy mocno kciuki za to, by nikomu nie zechciało się na nas napadać, bo to dopiero będzie jatka.

W ocenie organizacji „Odpowiedzialność Biskupów” (Bishop Accountability) w latach 1950-2016 w Stanach Zjednoczonych około 6,7 tys. księży dopuściło się przestępstw seksualnych wobec nieletnich. Liczba dziecięcych ofiar molestowania szacowana jest na około 18,5 tys – informuje interia.pl

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim, Dydzie i fregatach.

W sile 60 chłopa, nie licząc wszak prezydentowej, poleciała do Australii delegacja prezydencko-rządowa, aby nie nabyć fregat rakietowych Adelaide, a jedynie podpisać list intencyjny, bo już raczej wiadomo, że do zakupu nie dojdzie. Tak zadecydował – jak media relacjonują – premier Mateusz Morawiecki, który nie kiwnie palcem w bucie, gdy mu na to nie pozwoli prezes Jarosław Kaczyński.

Jeszcze wczoraj szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch zarzekał się, że ten 30-letni pływający złom jest OK: „fregaty obronią nas na Bałtyku”, zaś szef kancelarii Andrzeja Dudy Krzysztof Szczerski wycierając pot z czoła zapewniał: „to „polsko-australijsko-amerykańskie porozumienie wojskowe”. Za to nic na ten temat nie mówił minister obrony Mariusz Błaszczak, bo był zajęty lekturą, co też prasa na świecie pisze o nim jako ekspercie od sodomitów.

Prezes Kaczyński mógł dojść do skądinąd słusznych uczuć patriotycznych, po kiego wyrzucać w błoto miliardy na złom australijski, kiedy za darmo jest rdzewiejąca stępka pod prom w Szczecinie.

Do pisowskiego wariatkowa przyzwyczailiśmy się, a nawet jesteśmy na takie newsy gruboskórni, impregnowani, nie wyzwala się w nas już większe oburzenie. Ot, kolejna głupawka rządzących. Australijczycy też mogą podobnie odczuwać, choć negocjacje były długie i wyczerpujące. Ale ambasadę mają przy Nowogrodzkiej, więc z tym klimatem absurdu są aż nadto zaznajomieni.

Prezydent Duda i tak nie miał w planach spotkania na antypodach z kimś ważnym, bodaj tylko z gubernatorem jednego ze stanów. Przynajmniej Agata Kornhauser-Duda będzie mogła zaprezentować kreację koktajlową. Jest problem, czym Duda ze swymi kompanami wypełnią czas, choć w dzień prezydent może poszusować na nartach wodnych. Mogę mu ponadto podpowiedzieć, by wybrał się na koncert Boba Dylana w Sydney, który jeszcze dziś i jutro koncertuje. Rozumiem, że Dylan to nie Doda i zadkiem nie zakręci.

Inny walor antypodów jest jeszcze taki, że na trasie kawalkady Dudy nie pojawią się protestujący z t-shirtami Konstytucja, ani nie będą w nie ubierać pomniki. Choć kto wie. Przy całej niezłomności Dudy można rzec, iż wybrał dobry kierunek rozwoju osobistego: coraz mniej w nim polityka, a więcej celebryty.

Parada wstydu. PiS zniszczył armię

Zwykły wpis

Warszawska parada Wojska Polskiego zgromadzi najnowsze bojowe urządzenia i maszyny polskiej armii. Jak mówią eksperci i komentatorzy z koszar i baz wyjedzie na ulice pewnie cały „stan posiadania” armii.

Na co dzień żołnierze używają bowiem sprzętu, który pamięta jeszcze czasy generała Jaruzelskiego – czytamy w Money.pl. Tylko szczęśliwcom trafia się ekwipunek 20 – czy 30-letni. W użytkowaniu są głównie 40-letnie hełmy i 50-letnie pojazdy.

Ulicami stolicy w ten świąteczny dzień przejadą się z pewnością Rosomaki, ale ów powód do dumy to wcale nie podstawy transporter polskich żołnierzy. Bo Rosomaki przypadły tylko jednostkom elitarnym.

„Armia znacznie częściej, niż Rosomaków, używa bojowych wozów piechoty, zwanych w skrócie BWP-1. Poza nowym lakierem nie mają one w sobie nawet cienia nowoczesności. Na stanie mamy ok. 1,2 tysiąca sztuk i wszystkie są w standardzie, w jakim wyszły z fabryki. W praktyce oznacza to tyle, że od momentu, gdy weszły do służby w 1973 roku nie zmieniono w nich dosłownie nic. Pracują w nich nawet stare radzieckie radiostacje z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku” – komentuje Juliusz Sabak, ekspert portalu Defence24.pl., dodając, że „powinniśmy je już dawno, jak wszystkie kraje, które mają je jeszcze na wyposażeniu, wymienić albo zmodernizować”.

Nie lepiej jest z osobistym wyposażeniem żołnierzy, którzy na głowach noszą hełmy tak wypiaskowane, że prawie przezroczyste. Prawie takie same, jakie nosili żołnierze w serialu „Czterej pancerni”. „Trzymają się chyba dzięki farbie. Ich skuteczność na polu walki już od dawna jest jedynie umowna. One nawet nie poprawiają samopoczucia żołnierzowi, on też się trochę głupio czuje z takim hełmem na głowie” – ocenia ekspert.

Ulicami stolicy przedefilują też pewnie słynne Honkery. To rodzima konstrukcja z końca lat 80. ubiegłego wieku. Samochód jest kompletnie pozbawiony właściwości terenowych. Nie tak dawno jedno z aut zakopało się w błocie, podwożąc Antoniego Macierewicza na poligon – przypomina portal.

„Honkery to przypadek sprzętu rolniczego, który został kupiony przez armię. Irak pokazał jak bardzo nie przystają one do potrzeb wojska” – krótko podsumowuje Juliusz Sabak.

Armia zaprezentuje też pewnie słynne karabinki MSBS Grot, które jak na razie trafiły przede wszystkim do Wojsk Obrony Terytorialnej, które jako pierwsze zamówiły dużą partię nowej broni. Inni nadal używają karabinów Kałasznikowa.

Najnowocześniejsze obecnie czołgi w naszej armii to niemieckie Leopardy2, które kupiono na wyprzedaży militariów za zachodnią granicą. Na poligonach w błocie i piachu jeżdżą jednak również wysłużone, radzieckie T72 spadek po Układzie Warszawskim.

Patrząc w niebo mamy co prawda F16, ale tylko dlatego, że MiG-i 29 zostały po ostatniej katastrofie uziemione, brakuje natomiast śmigłowców. Pozostające na stanie polskiej armii Mi-2, wprowadzono do służby w 1965 roku. Nowych bojowych śmigłowców nie ma i na razie nie będzie.

W razie ataku z powietrza polska armia nie za bardzo ma się czym bronić. „W jednostkach królują jednak Kub i Newa – wiekowe systemy przeciwlotnicze z lat 60-tych i 70-tych. To też nie jest sprzęt, który może być skuteczny przeciwko większości nowoczesnych środków napadu powietrznego” – podkreśla Sabak.

Ekspert dodaje, że lepiej nie pytać, o żołnierskie mundury. Tym bardziej, że armia od dawna nie ogłosiła żadnego przetargu na zwykłe mundury. Sytuacja jest na tyle dramatyczna, że niektórzy żołnierze kupują sobie sami mundury polowe na Allegro, bo inaczej musieliby biegać po poligonie w przydziałowych dresach.

Na defiladzie pokaże się też polska Marynarka Wojenna, która od 18 lat nie dostała nowego okrętu. Dwie fregaty kupione wówczas za symboliczną cenę od Amerykanów miały już za sobą 20 lat służby, a modernizacja tylko jednej z nich pochłonęła 120 mln złotych.

Polska defiluje, Duda wetuje, Europa strofuje.

Jedna Polska szykuje się do defilady, największej, najpiękniejszej, najbardziej zwycięskiej i najbardziej naszej, polskiej. Co tam wszystko zostanie pokazane, to się w głowie nie mieści. Cuda niewidy. Paryż i Moskwa niech się schowają. Władza obecna przykłada duże znaczenie do utrwalania ducha narodowego, tradycji patriotycznej, więc nie szczędzi grosza na celebrowanie, składanie wieńców, pochylanie głowy, poprawianie wstążki (chyba że chodzi o „ Motyla” – wtedy nie).

Tylko żaden ryk silników i chrzęst gąsienic nie zagłuszy wątpliwości, jak to jest: zaledwie dwa lata temu Polska była podobno bezbronna, armia pełna była osób niekompetentnych i niegodnych zaufania. Minister obrony PiS Antoni Macierewicz wyrzucał setki generałów i oficerów, czyścił stajnię Augiasza, zapowiadał śmigłowce, a to amerykańskie, a to polsko-ukraińskie, a premier Szydło stała za nim murem.

Macierewicz czyścił, czyścił, aż jego sczyścili. Nosił wilk razy kilka… Obecny minister, Mariusz Błaszczak, przyszedł uzbrojony w miotłę, którą wymachiwał kilka miesięcy. Tak jak jego poprzednik usuwał podobno „złogi postkomunistyczne”, tak nowy minister czyścił resort z ludzi swojego poprzednika. Wyrzuceni generałowie w pełni sił, których wykształcenie kosztowało miliony, wyrażają się o stanie polskich sił zbrojnych i przemysłu obronnego, delikatnie mówiąc, źle. Będzie to defilada dumy (do pewnego stopnia na kredyt) i oby było ku temu jak najwięcej powodów. Na razie jest to defilada nadziei, że będzie lepiej.

Prezydent Andrzej Duda spędził czas przed defiladą na budowaniu napięcia przed jego spodziewanym wetem wobec pisowskiego projektu zmiany ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego na bardziej dla siebie korzystną. Kiedy już wszystkie wróble ćwierkały, że będzie weto, prezydent się skłaniał, był skłonny, radził się, konsultował, budował emocje, stopniował napięcie, nie mógł znieść tego jaja, aż wreszcie chyba urodzi to weto lada chwila, bo czeka go to, co najbardziej lubi: defilada i Australia.

Z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości Komisja Europejska dała nam dziwny prezent: KE uznaje polską ustawę o Sądzie Najwyższym za niezgodną z prawem unijnym i robi kolejny krok w kierunku postawienia nas przed Trybunałem Sprawiedliwości. Polska jednak trwa przy swoim, licząc (może słusznie), że Europa się nie odważy. Na razie radujemy się, defilujemy, podróżujemy – hulaj dusza!

Na głowach noszą hełmy tak wypiaskowane, że prawie przezroczyste. Prawie takie same, jakie nosili żołnierze w serialu „Czterej pancerni”. „Trzymają się chyba dzięki farbie. Ich skuteczność na polu walki już od dawna jest jedynie umowna.

Raskolnikow

3 razy Waldemar Mystkowski.

Tematy w polityce są iście ogórkowe. Tygodnik „Wprost” kontynuuje wątek węża boa, który nie spłynął Wisłą do Bałtyku i nie rozmienił się na drobne – w sinice, ale przeistoczył się w Antoniego Macierewicza. Były minister obrony zdusił modernizację Wojska Polskiego, generałów fachowców wysłał na trawkę i emeryturę, a oficerowie NATO i Jankesi nie chcieli widzieć jego podejrzanej fizjonomii wśród siebie. Jednak chory Jarosław Kaczyński wysłuchał go przy łóżku. Czy Macierewicz groził, że mu powyrywa wenflony ze spływającymi lekarstwami do organizmu, nie wiemy. W każdym razie „Wprost” donosi, że prezes zlecił Macierewiczowi specjalne zadanie: ma on dokonać kompleksowej oceny obecnego stanu polskiej armii.

Czyli armia jakoś przeżyła, więc mamy sequel „Boa 2”. Będzie dalszy ciąg duszenia polskiej zdolności obronnej. Nie jestem przekonany do tego, aby Tomasz Piątek miał pisać drugą część „Macierewicza i jego tajemnic”, bo jeszcze bardziej aktualne są wnioski, które nieodparcie nasuwają się po lekturze –…

View original post 1 162 słowa więcej

Ksiądz kazał mi pić wódkę, a sam pił słabe wino. A potem mnie gwałcił

Zwykły wpis

Gdy rodzice chcieli zmieniać meble, dołożył 500 złotych do meblościanki. Dziś mówię gorzko, że zostałem sprzedany za 500 złotych – opowiada 32-letni dziś mężczyzna.

Wspominasz, że przez lata byłeś molestowany i gwałcony przez księdza. Dziś jesteś dorosłym mężczyzną, spodziewacie się z żoną drugiego dziecka. Może wreszcie uda ci się o tym koszmarze zapomnieć?

Zapomnieć? Nie… tego się nie da zapomnieć. Miałem wymazane z życia 13 lat.

Opowiedz więc, proszę, jak to się zaczęło.

Gdy miałem 11 lat, zostałem ministrantem. Jak miałem 14 lat, w naszej parafii pojawił się nowy ksiądz. Wszyscy chłopcy chcieli go poznać, a co najmniej zobaczyć. Szybko zaczęło się podszczypywanie, obmacywanie i łapanie za genitalia. Ksiądz K. po mistrzowsku wykorzystywał momenty, gdy przebieraliśmy się w alby. Podchodził do mnie i tak się sprytnie zasłaniał sutanną, że inni ministranci niczego nie widzieli.

Zareagowałeś?

Nie wiedziałem, co mam zrobić. Zachowanie księdza K. wydawało mi się trochę jednocześnie dziwne i zabawne. Początkowo mnie śmieszyło, niczego złego się nie spodziewałem. W domu nie rozmawiało się o seksie. To był temat tabu. Nikt mnie nie uświadamiał, żebym nie pozwalał się dotykać czy o siebie ocierać.

W dodatku ksiądz K. szybko został przyjacielem domu. Moi rodzice systematycznie chodzili na eucharystię. U nas w parafii był też zwyczaj, że zapraszało się duchownego do domu. Ksiądz K. zaczął do nas przyjeżdżać w soboty na ciasto, które mama piekła. Czasem tylko na kawę. Zażyłość nabrała tempa niczym pociąg pędzący od stacji do stacji.

Ksiądz K. dobrze poznał naszą rodzinę. Wiedział, że ojciec jest alkoholikiem, że często wszczyna awantury, że mnie bije. Dziś wiem, że badał grunt. Uznał, że będę łatwą ofiarą.

Bo rodzice nie poświęcają ci czasu i uwagi, a w dodatku w domu się nie przelewa?

Dzieliliśmy dom z dziadkami. Mama, tata, siostra i ja mieszkaliśmy na szesnastu metrach kwadratowych. W pewnym momencie ksiądz K. powiedział, że dojrzewam i muszę mieć własny kąt. Wszystko obiecał zorganizować i sfinansować.

I słowa dotrzymał.

Przegrodziliśmy kuchnię płytą pilśniową, wstawiliśmy tam biurko i tapczan tylko dla mnie. Dał na to pieniądze.

Dlaczego to zrobił?

Chciał się przypodobać mojej rodzinie. To już było po pierwszym razie, kiedy kazał się dotykać po członku. I stawał się coraz śmielszy.

Zresztą nie tylko urządził mi pokój, ale i kupował prezenty. Gdy kończyłem gimnazjum, okazało się, że nie mam żadnego garnituru na egzamin. Ksiądz zadeklarował, że mi kupi, i zabrał mnie swoim autem do Poznania. Pamiętam, że to był wtorek, miał wtedy wolne. Wybraliśmy marynarkę, spodnie i wyjściowe buty. W drodze powrotnej, w Stróżewie, nagle wjechał do lasu, zatrzymał samochód. Było już ciemno. Rozebrał się i zaczął się masturbować. I kazał mi się dotykać.

Nie protestowałeś?

Po trzecim takim razie nie wytrzymałem. Pojechaliśmy z kościelnym chórkiem na obóz do Błażejewa. Musiało to dziwnie wyglądać, bo dziewczynki spały na jednej sali, chłopcy na drugiej, a w trzeciej, równie dużej, ja sam. Żeby ksiądz mógł do mnie w nocy przychodzić. Poskarżyłem się opiekunom, a oni poradzili, żebym po powrocie powiedział o wszystkim rodzicom. Tak też zrobiłem.

Umówiono spotkanie na plebanii, w mieszkaniu księdza K. Do wszystkiego się przed rodzicami przyznał. Klęknął, zaczął przepraszać i błagać rodziców o wybaczenie. Zaklinał się, że już nigdy mnie nie dotknie. Tylko żebym poszedł do wychowawców z obozu i powiedział, że sobie to wszystko wymyśliłem.

I tak zrobiłeś?

Zrobiłem, zwłaszcza że rodzice mnie zachęcali. Zawarli z księdzem taki układ: oni mu wybaczają, a ja mam wszystko odwołać. I udawali, że nic się nie stało. Ksiądz jak gdyby nigdy nic przyjeżdżał do nas do domu. Gdy rodzice chcieli zmieniać meble, dołożył 500 złotych do meblościanki. Dziś mówię gorzko, że zostałem sprzedany za 500 złotych.

Potworne.

Od tego czasu ksiądz wpadał po mnie wieczorem i zabierał na przejażdżkę po sąsiednich miejscowościach. Zawsze domagał się jednego – żebym go masturbował.

Protestowałeś?

Prosiłem, żeby dał mi spokój, ale on twierdził, że skoro rodzice się zgadzają, by mnie dalej ze sobą zabierał, to ja nie mam nic do gadania. Straszył, że jeśli raz powiedziałem, że wszystko sobie wymyśliłem, to drugi raz już nikt mi nie uwierzy. Zabierał mnie też do swojego mieszkania na plebanii i tam podawał alkohol. Był tak cwany, że mi kazał pić wódkę, a sam pił słabe wino. A potem mnie gwałcił.

Dlaczego piłeś?

Żeby było mi to łatwiej znieść. W pewnym momencie stwierdziłem, że taki jest już chyba mój los, że tak musi być. Poza tym ksiądz szantażował mnie psychicznie. „Beze mnie nie dasz sobie rady” – straszył. Nękał mnie telefonami, pytał, gdzie jestem, co robię, do kogo idę. Zniewolił mnie.

W książce „Żeby nie było zgorszenia – ofiary mają głos” przeczytałam, że ksiądz zabierał cię też do swojej rodziny. Jego mama, siostra i szwagier naprawdę się niczego nie domyślali?

Trudno mi w to uwierzyć, bo spałem z księdzem w tym samym pokoju, na jednym tapczanie. Jak stare dobre małżeństwo. Bliscy duchownego nie reagowali. Dochodziło do sytuacji, że on się do mnie dobiera, a tu nagle wchodzi jego siostra. On się trochę speszył, ona też, ale nic nie powiedziała.

Dlaczego się nie poskarżyłeś?

Bałem się, że to znów nic nie da. Ksiądz mnie osaczył i mną kierował. Musiałem zrezygnować z własnych marzeń i planów. Chciałem zostać maszynistą, ale ksiądz namawiał mnie, abym poszedł do szkoły, w której sam uczył. Dzięki temu wciąż sprawował nade mną kontrolę, miał dostęp do dziennika, wiedział, czy się przypadkiem komuś nie poskarżyłem, bo miał kontakt z nauczycielami. Byłem kompletnie ubezwłasnowolniony.

Nie tylko ty. Z książki wiem także, że ksiądz w specyficzny sposób traktował również swojego psa. Mógłbyś o tym powiedzieć?

Ksiądz chwalił mi się, że pies ujeżdża mu nogę. Albo liże go po genitaliach. No po prostu chciało mi się rzygać na te opowieści.

Byłeś wykorzystywany do momentu, aż poznałeś swoją obecną żonę.

Było to na Spotkaniu Młodych pod Gnieznem. Miałem wtedy 17 lat. Gdy dowiedział się, że spotkałem fajną dziewczynę, zaczął się dopytywać, jak ona się nazywa i kim jest. I przystąpił do zniechęcania. Mówił, że ją zna, bo ją uczył, rzucał pod jej adresem różne obraźliwe epitety. Przekonywał, że to nie jest partia dla mnie.

Co nie przeszkadzało mu zapraszać was do siebie, gdy już się pobraliście.

Zabierałem żonę do niego, żeby była czymś w rodzaju tarczy. I tak do 2015 roku. Nasze kontakty skończyły się dopiero wtedy, gdy przestałem pić. Jestem po terapii. Trudno stwierdzić, kiedy dokładnie się uzależniłem, ale w wieku 18 lat byłem już czynnym alkoholikiem.

Nie ukrywam, że wciąż jestem osobą wierzącą. I to bardzo. Trzy lata temu dostałem od Boga moc, żeby się od tego koszmaru uwolnić. Potem poszedłem do spowiedzi. Jako pokutę otrzymałem polecenie, żebym zgłosił sprawę księdza do kurii. Przez dwa tygodnie walczyłem ze sobą, nie wiedziałem, co mam zrobić. Poszedłem do spowiedzi do innego księdza. Usłyszałem: „Albo jedziesz do tamtego księdza i on ci pokutę zmieni, albo musisz ją wykonać. Bo pokuta nie może wisieć w powietrzu”.

Zgłosiłeś się do kurii?

Zadzwoniłem do kurii w Poznaniu. Potraktowali mnie miło. Prosili, żebym opisał trzy sytuacje ze swojego życia. Postąpiłem według tej instrukcji i po jakimś czasie przyszło z kurii pismo z wezwaniem na przesłuchanie. Okazało się, że na podstawie tego, co opisałem, ułożyli sobie pytania. I mnie przemaglowali.

Potem poprosili, żebym wskazał świadków. Moja mama pojechała do kurii i o wszystkim opowiedziała. Ojciec nie pojechał, bo akurat był w alkoholowym ciągu. Wsparła mnie żona, która opisała, jak wyglądały moje relacje z księdzem.

Czy ksiądz poniósł jakąś karę?

Trudno póki co mówić o karze, bo sprawa w Watykanie toczy się od lipca 2015 roku i końca nie widać. Na jakim jest etapie, nie mam pojęcia, bo nie mam wglądu do akt. Gdy tylko wspomniałem o jakimś finansowym zadośćuczynieniu, kuria się na mnie po prostu wypięła. Przekazano mi tylko, że otoczą mnie modlitwą.

Szlachetnie. A czego ty byś oczekiwał?

Żeby ksiądz K. został odseparowany od dzieci. Żeby nie miał z nimi żadnego kontaktu, zarówno w parafii, jak i w szkole. Bo z tego, co wiem, wciąż odprawia msze. Domagam się też 300 tysięcy złotych zadośćuczynienia, ale nie dla siebie. Jeślibym te pieniądze wygrał, to i tak bym ich nie wziął dla siebie, tylko przeznaczył na cel charytatywny. Na przykład instytucji, która pomaga ofiarom pedofilów w sutannach. Na przykład dla Fundacji „Nie lękajcie się”, której prezes bardzo mi pomógł.

Do tego jednak potrzeba wyroku sądu.

Dlatego wynająłem pełnomocnika i zgłosiłem sprawę do Prokuratury Rejonowej w Chodzieży. Ta uznała jednak, że część zarzutów o molestowanie już się przedawniła. I umorzyła postępowanie. Ale gdy się odwołałem do Prokuratury Okręgowej w Poznaniu, sprawa wróciła do Chodzieży. Dostałem pismo, że ją wznowiono i będą przesłuchiwać kolejnych świadków. Tyle wiem. Czekam.

Nie boisz się mówić o tym, co cię spotkało?

A czego mam się bać? Żałuję tylko, że zamiast od razu pójść do prokuratury, udałem się do kurii. Zresztą w kurii mi o prokuraturze nie wspomniano. Ksiądz K. miał sporo czasu, by pozacierać różne ślady, na przykład w komputerze. Ale że pokazałem twarz, nie żałuję. Choć przyznam, że w 20-tysięcznym mieście, w którym mieszkam, łatwo mi nie jest. Po reportażu w TVN trudno mnie nie rozpoznać, zresztą tu, w Chodzieży, jest tylko jeden Szymon Bączkowski. Gdy powiedziałem, że chcę od Kościoła odszkodowania, zaczęto mnie wytykać palcami. Mówić, że chodzi mi tylko o pieniądze.

Jak ty to znosisz?

Nie potrafię się pogodzić z tym, że wciąż muszę się tłumaczyć z tego, co mi zrobił ksiądz. Niczym zgwałcona kobieta, o której mówi się często, że „sama chciała”. A przecież taka kobieta latami będzie miała uraz do mężczyzn. Ze mną jest podobnie. W dodatku jestem inwalidą po wypadku, bo po pijanemu uciekałem od swojego oprawcy.

Jak do tego doszło?

To stało się kilka lat temu. Byłem w parafii, coś tam wypiłem. Ksiądz K. właśnie wychodził ma mszę. „Jak wrócę, to się zabawimy” – powiedział. Odwróciłem się na pięcie, wsiadłem do samochodu. Oczywiście nic mnie nie usprawiedliwia, że siadłem za kierownicą pod wpływem alkoholu, ale to była reakcja obronna, wręcz desperacja. Powodował mną strach przed tym, co znowu się wydarzy. Dziś muszę żyć z wyrokiem w zawieszeniu.

Wiesz, co się dzieje z księdzem?

Mieszka w miejscowości pod Poznaniem, w domu dla księży w stanie spoczynku. Właściwie to dziwne, bo ma raptem 52 lata. W parafii jako oficjalny powód usunięcia go z probostwa podano zły stan zdrowia. Z różnych przecieków dowiedziałem się, że w kurii przyznał się do molestowania. Jednak żeby nie psuć wiernym atmosfery świąt – a przyznał się w połowie grudnia 2015 roku – podano powód zdrowotny. Pozwolono księdzu K. dokończyć kolędę i dopiero po niej odwołano go z posługi proboszcza.

Ostatni kontakt mieliśmy w zeszłym roku. Zadzwoniłem do niego na prośbę reportera TVN, gdy powstawał o mnie program „Uwaga”. Zapytałem, jak się dziś czuje z tym, co mi zrobił. Powiedział, że kuria zabroniła mu odpowiadać na jakiekolwiek pytania.

Czego od niego oczekujesz?

Oprócz tych 300 tysięcy złotych odszkodowania, które uważam za skromne, jak się weźmie pod uwagę, co mi zrobił, chcę, żeby opublikował przeprosiny w lokalnej gazecie. Na pierwszej stronie. Żeby ludzie przestali mnie osądzać. Mam wewnętrzne przekonanie, że jak zapadnie wyrok, wreszcie zaznam spokoju.

Pytałaś, czemu pokazuję twarz i opowiadam o tym, co mnie spotkało. Chcę przestrzec innych. Żeby rodzice, którzy pozwalają synom zostać ministrantami, byli czujni. Żeby z nim rozmawiali i reagowali, kiedy chłopak się poskarży, jak nie będzie chciał chodzić do kościoła.

Twoi rodzice cię przeprosili?

Nigdy. Mówią, że oddali mnie księdzu K. pod opiekę, że miał się zająć moim wychowaniem. Do dziś nie potrafią wziąć na siebie odpowiedzialności za to, co się stało. Tłumaczą: „A co my w tamtych czasach mieliśmy zrobić”.

Szymon Bączkowski. Mieszka w Chodzieży z żoną i 12-letnią córką. Prowadzi firmę ogrodniczą. Ma 32 lata.