VIVA senior

Polityka senioralna w kraju dopiero – nomen omen – raczkuje. Choć seniorzy mają niewątpliwie przewagi nad młodszymi od siebie w kwestii doświadczenia i tym bezcennym dobrem dzielą się z innymi, to sami winni podlegać swoistej ochronie. Wszak to, co cenne, powinno być zabezpieczone, podlegać szczególnemu baczeniu społeczeństwa i władz.

Poznań należy do miast, w którym polityka senioralna leży samorządowi na sercu, zaś od ubiegłego roku została usystematyzowana w pakiecie propozycji, który został nazwany „Poznań VIVA senior”. To pierwsza w kraju tak kompleksowo ujęta propozycja. Stolica Wielkopolski dała przykład innym samorządom, jednocześnie zapraszając do wspólnego działania 20 innych miast, w tym Warszawę.

Czym się wyraża oryginalność Poznania w tej kwestii? Mianowicie takimi oto projektami, jak „Złota rączka dla seniora”, „Taksówka dla seniora”, „Pudełko życia”, czy też dowóz książek z biblioteki.

„Złota rączka” to bezpłatna pomoc seniorom przy drobnych naprawach technicznych, zaś „Taksówka dla seniora” – dwukrotnie w miesiącu – ma 70-letnim poznaniakom pozwolić za darmo dostać się komunikacją publiczną do lekarza, bądź do urzędu.

Samorząd Poznania ponadto planuje służyć pomocą seniorom w zakresie dopłat do małych remontów, dotyczy to tych, którzy mieszkają w lokalach komunalnych. Termin „mały remont” jest rozumiany przez przystosowanie mieszkań dla osób starszych, a jest to np. likwidacja progów, badź wymiana głębokiej wanny na kabinę prysznicową.

Polityka senioralna w Polsce dopiero startuje, Poznań jest w awangardzie miast przyjaznych seniorom.

 

Wyszukiwania podobne do: poznań senioralni

http://centrumis.pl/senioralni.-poznan1.html

 

http://www.poznan.pl/mim/info/news/poznan-dla-seniorow,111213.html

taniec

https://slowoseniora.pl/taniec-towarzyski-doskonala-forma-rehabilitacji-dla-seniorow/

http://seniorwolontariusz.org.pl/portale

https://slowoseniora.pl/

Galopujący Major: Instrukcja obsługi Holocaustu, czyli poradnik dla premiera Morawieckiego

Galopujący Major, 19.02.2018

 

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,23042162,galopujacy-major-instrukcja-obslugi-holocaustu-czyli-poradnik.html#Z_MT

Krystyna Pawłowicz za Warszawską Syrenkę

Nawet Julia Przyłębska musiała ustąpić miejsca Krystynie Pawłowicz na okładce najnowszego numeru tygodnika Karnowskich „Sieci”, a przecież posłanka PiS nie została Człowiekiem Wolności. Wychodzi na to, że jest kimś lepszym, o czym mogą świadczyć gadżety, które na ilustracji Pawłowicz trzyma w rękach, zamiast tradycyjnego dla niej wachlarza japońskiego, dzierży miecz. Czyżby chodziło o to, że nie chce być już wcieleniem pisowskiego ninja płci żeńskiej, lecz jakąś Jedi z „Gwiezdnych wojen”, a może nawet księżniczką Leią?

Jednak miecz w jej rękach nie wygląda na świetlisty. Gdybyśmy założyli patriotyczne, iż Pawłowicz pozuje na Piastównę, bo zdaje się, że na kogoś podobnego jest wystylizowana posłanka w dobie serialu TVP „Korona królów”, to poleglibyśmy w konfrontacji z twardymi faktami, mianowicie kobiety naszych pierwszych władców były porównywalne do królic – tak były płodne – i potrafiły trzymać miecz w dłoniach, a Pawłowicz trzyma narzędzie walki za ostrze – co jest zbrodnią na samym sobie – i jak prezes (na szczęście) nie zostawi po sobie żadnego potomstwa.

Pawłowicz udzieliła Karnowskim wywiadu. O tyle jest on istotny, iż zwykle posłanka PiS jest awangardą „dobrej zmiany”, które swoje źródło mają w głowie prezesa, Pawłowicz nam wieści, co prezesowi się wykreowało pod siwą czupryną. A że zaraz wejdziemy w czas kampanii wyborczej, to prezes musi kombinować bardziej intensywnie niż zwykle, aby wygrać wybory za cenę ich skręcenia, gdyż jako Mojżesz swego ludu nie pozwoli na to, aby przed Trybunałem Stanu stanęły jego marionetki, czy to Andrzej Duda (wielokroć złamał konstytucję), bądź Beata Szydło. Mateusz Morawiecki musi się trochę napracować, aby dorównać wymienionym.

Pawłowicz zapowiada, iż dojdzie do ostatecznego rozwiązania z niezależnymi mediami, albo zostaną tak sparaliżowane, iż nie będą mogły krytykować władzy PiS. Gdyby jednak krytykowały geniusz Kaczyńskiego, to odebrana im winna być koncesja (Pawłowicz: „Trzeba stosować środki takie jak ograniczenie lub cofnięcie koncesji, gdy łamane jest prawo”).

W głowie prezesa główny zamysł dotyczy tego, aby „by zmiany były nie do odwrócenia”,  gdyż „potrzeba nam więcej kadencji”. Przekładając na język wprost: by PiS nie oddał władzy. A więc „nasza” pisowska winna być Państwowa Komisja Wyborcza i podległe partiii Kaczyńskiego sądy, gdyby opozycji wpadło do głowy zaskarżyć wynik „ustalony” w PKW.

Nie łudźmy się, PiS nie odda władzy, nawet gdyby przegrało wybory. Kaczyński zabezpiecza się na najgorszą dla niego możliwość. Ba, walczy o swoje miejsce w historii, to jest zresztą jego główny motor działania pod koniec życia. O znaczeniu w historii narodu świadczą pomniki – i o to walczy prezes. Jacek Karnowski we wstępniaku właśnie im poświęca szczególną uwagę: „A co do zapowiedzi PO, że pomniki zostaną rozebrane, to można z pełnym przekonaniem powiedzieć, iż stanie się odwrotnie”.

W tym kontekście patrzę na okładkę „Sieci” i pisząc o tych abnegatach intelektu, wysnuwam takie oto podejrzenie: Pawłowicz z mieczem w rękach może zastapić Warszawską Syrenkę. Warszawiacy mają czego się bać.

 

Polityczne podsumowanie popołudnia: troje kandydatów do KBW, politycy o nowelizacji ustawy o IPN

19 min temu

Polityczne podsumowanie popołudnia: troje kandydatów do KBW, politycy o nowelizacji ustawy o IPN

— CORAZ GŁOŚNIEJ O NOWELIZACJI USTAWY O IPN. Poniedziałkowy poranek przyniósł wypowiedzi kolejnych rządzących na temat przyszłości ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, która czeka teraz na werdykt Trybunału Konstytucyjnego. Doradczyni prezydenta, Zofia Roamszewska, tłumaczyła, że „powinniśmy – po pierwsze – naprawić tę zupełnie niebywałą ustawę [o IPN]. Przykro mi, jest to dosadne określenie tego, czym ono rzeczywiście jest [że ustawa jest idiotyczna]”. O konieczności interpretacji ustawy mówił też szef MSZ-u.

— PIETRZAK, SANEK I SZROT KANDYDATAMI NA SZEFA KRAJOWEGO BIURA WYBORCZEGO. Do Państwowej Komisji Wyborczej wpłynęły już propozycje ministra spraw wewnętrznych. Joachim Brudziński jako kandydatów na szefa KBW przedstawił Magdalenę Pietrzak, Mirosława Sanka i Pawła Szrota. Teraz PKW sprawdza, czy zgłoszenia spełniają wymogi formalne. W środę mają się odbyć rozmowy z kandydatami.

— OPOZYCJA KRYTYKUJE PRZEDSTAWIONE KANDYDATURY. Według Platformy Obywatelskiej minister Brudziński zgłosił kandydatów, którzy są powiązani z Prawem i Sprawiedliwością. Marcin Kierwiński przekonywał na konferencji prasowej, że sędziów zastąpią „nominanci PiS-u, polityczni nominanci pana ministra Brudzińskiego, osoby, które od wielu lat związane są z PiS-em. Niektóre z tych osób pracowały nawet w klubie parlamentarnym PiS-u, a niektórym pan minister Brudziński gratulował skutecznej kampanii wyborczej w 2015 roku”. Zastrzeżenia wysuwa też Polskie Stronnictwo Ludowe, które domaga się przedstawienia innych kandydatów.

— KANDYDACI KRYTYKOWANI TEŻ PRZEZ PKW. Szef komisji wyborczej, sędzia Wojciech Hermeliński, pytany o ich ocenę odpowiadał, że „trzeba przyznać z ubolewaniem że te trzy osoby są w zasadzie związane ściśle z władzą wykonawczą, jakkolwiek oczywiście nie jest to okoliczność, która dyskryminuje automatycznie tych kandydatów.

— WIOSNĄ OFENSYWA POLITYCZNA PIS. Taką zapowiedź w wywiadzie dla tygodnika „Sieci” złożył wicemarszałek Ryszard Terlecki. Jak mówił: „Znów ruszymy w teren, będziemy w każdym powiecie i w każdej gminie. Będą spotkania, będziemy przekonywać do naszego programu”.

 

PSL: Domagamy się nowych kandydatur na szefa KBW, ludzi absolutnie bezstronnych politycznie

Z naszego punktu widzenia i w naszej ocenie te kandydatury są całkowicie nie do zaakceptowania i nie do przyjęcia, ponieważ, po pierwsze, wywodzą się na wprost z partii rządzącej. Poza tym cały czas sprawują funkcję w aparacie władzy – czy to w KPRM, czy w innych instytucjach związanych z władzą. Dlatego też nie gwarantują w żaden sposób tego przymiotu, który powinien być najważniejszy dla szefa Krajowego Biura Wyborczego, czyli przymiotu bezstronności. Nie doszukujemy się także w tych kandydaturach jakiegokolwiek doświadczenia, które mogłoby gwarantować prawidłowy proces wyborczy” – mówił podczas konferencji prasowej w Sejmie Piotr Zgorzelski z PSL-u.

Jak możemy mówić o zaufaniu, jeżeli przedstawione kandydatury na szefa Krajowego Biura Wyborczego, są związane wprost z obecnie rządzącą partią polityczną. Domagamy się nowych kandydatur, ludzi absolutnie bezstronnych politycznie. Najlepiej nie tylko z wykształcenie prawniczym, ale z doświadczeniem jakimkolwiek w procedurach wyborczych. Te osoby, które zaproponowano, w naszej ocenie nie gwarantują bezstronności, uczciwości wyborów” – dodawał marszałek województwa mazowieckiego, Adam Struzik.

 

PO o kandydatach na szefa KBW: Sędziów mają zastąpić polityczni nominanci PiS-u

Dziś okazało się, że wszelkie wątpliwości, wszelkie obawy, które mieliśmy podczas prac nad nowym prawem wyborczym, potwierdzają się. Można powiedzieć, że dziś cała władza w ręce partii, w ręce PiS-u. PiS chce za wszelką cenę upartyjnić proces wyborczy i dlatego wskazuje trzech kandydatów na szefa Krajowego Biura Wyborczego. Mieli to być niezależni fachowcy. Co do ich niezależności wszyscy możemy zobaczyć jak ta ich niezależność wygląda. To ludzi związani z z PiS-em, to ludzie, którzy nie mają żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o proces wyborczy” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie Marcin Kierwiński z PO.

Dziś sędziów zastąpić moją polityczni nominanci PiS-u, polityczni nominanci pana ministra Brudzińskiego, osoby, które od wielu lat związane są z PiS-em. Niektóre z tych osób pracowały nawet w klubie parlamentarnym PiS-u, a niektórym pan minister Brudziński gratulował skutecznej kampanii wyborczej w 2015 roku. Więc taka osoba, sekretarz sztabu w kampanii wyborczej PiS-u, ma teraz nadzorować proces wyborczy w Polsce” – dodawał Kierwiński.

 

Hermeliński o kandydatach na szefa KBW: Te trzy osoby są w zasadzie związane ściśle z władzą wykonawczą

– Mogę powiedzieć z ubolewaniem że spodziewaliśmy się że kandydaci będą pochodzili z sfery nie tak bardzo związanej stricte z polityką, bo niestety trzeba przyznać z ubolewaniem że te trzy osoby są w zasadzie związane ściśle z władzą wykonawczą, jakkolwiek oczywiście nie jest to okoliczność, która dyskryminuje automatycznie tych kandydatów. Jest to jedna z okoliczności, która będzie podlegała ocenie – stwierdził Wojciech Hermeliński na briefingu. Jak dodał:

„Liczyliśmy na to że być może będą kandydaci nie tak ściśle związani z rządzącą władzą, tylko będą to osoby bardziej oddalone od centrów politycznych. Tak się składa że wszyscy kandydaci mają za sobą i są w trakcie działalności zawodowej politycznej. To nie jest cecha, której oczekiwaliśmy, ale powtarzam, nie jest to jedyna cecha, okoliczność która będzie powodować że ci kandydaci zostaną uznani za osoby które nie spełniają wymogów”

– Spodziewałem się że to będą pewnie kandydatury w jakiś sposób związane politycznie z rządzącą władzą i zdawałem sobie z tego sprawę że pewnie tak będzie, chociaż z drugiej strony liczyłem że być może uda się władzom przedstawić, uzyskać kandydatury, które będą jakoś troszkę bardziej odległe od centrów decyzyjnych politycznych. Tak się nie stało, ale wszystko przed nami – mówił dalej przewodniczący PKW.

 

Spotkanie z kandydatami na szefa KBW w najbliższą środę

Jak poinformował przewodniczący PKW Wojciech Hermeliński, spotkanie z kandydatami na szefa KBW odbędzie się w najbliższą środę od 12:30. Będzie to posiedzenie PKW. – Chcemy zorientować się co do zasobu wiedzy kandydatów, w szczególności w zakresie prawa wyborczego, umiejętności i doświadczenia w zakresie zarządzania kadrami – mówił Hermeliński.

 

Schudrich: To najgorszy moment w relacjach polsko-żydowskich w ostatnich 30 latach. Mam złamane serce

– Mówienie w jednym zdaniu niemieccy, polscy, żydowscy „perpetrators” – sprawcy – to jest niehistoryczne, wbrew faktom – mówił o wypowiedzi Mateusza Morawieckiego, gość Radia ZET, naczelny rabin Polski.

Jego zdaniem premier powinien wytłumaczyć swoje intencje i to dlaczego użył takiego sformułowania. Pytany o to, czy premier powinien przeprosić za swoją wypowiedź, Schudrich odpowiedział: – Przeprosiny to musi być jego decyzja, ja nie będę mu mówił, co powinien robić. Polskie gminy żydowskie o „moralnej ślepocie” i „przekroczonej granicy, za którą jest tylko obłęd? – Podpisuję się pod tym. Przez ostatnie dwa tygodnie mam złamane serce – mówił gość Konrada Piaseckiego.

Naczelny rabin Polski uważa, że słowa premiera przejdą do historii. – Za 100 lat, jak ktoś będzie czytał takie zdania, to może ich nie rozumieć – komentował. Zaznaczył, że także jako obywatel Polski jest „oburzony” wypowiedzią Mateusza Morawieckiego, bo – jego zdaniem – użycie sformułowania polscy i niemieccy „sprawcy” to jest też „zafałszowanie historii i złamanie ustawy o IPN”. – Byli polscy szmalcownicy, ale porównywanie ich z niemieckimi sprawcami, w jednym zdaniu, to wygląda, jakby byli podobni – mówił rabin.

Zdaniem Schudricha relacje polsko-żydowskie są dziś bardzo napięte. – Niestety najbardziej napięte, odkąd pamiętam. To najgorszy moment w ostatnich 30 latach – uważa gość Radia ZET. –Rozumiem intencje nowej ustawy o IPN – bronienie dobrego imienia Polski, to nie jest antyżydowskie – ale problemem jest to, że za granicą ludzie widzą to źle – ocenił.

– Rozmawiałem wczoraj z bardzo dobrym przyjacielem z Jerozolimy. Powiedział: Michael, to pierwszy raz, kiedy nie wiem, jaki powinien być następny krok – mówi rabin. Jego zdaniem należy rozmawiać, a „każda ze stron, która powiedziała coś nieodpowiedniego, powinna tłumaczyć to i przeprosić”.

300polityka.pl

Bieńkowska: polski rząd ma w Brukseli reputację gorszą niż silniki diesla

– Niestety, w Polsce używa się argumentów dla celów polityki wewnętrznej, dla poszerzania swojego elektoratu. Efekty widzimy przy okazji nabrzmiewającego konfliktu polsko-izraelskiego – powiedziała w poniedziałek w Radiu Piekary Elżbieta Bieńkowska, unijna komisarz ds. rynku wewnętrznego i przemysłu. Jak dodała, rozmawiała kiedyś na ten temat z byłą premier Beatą Szydło.

Polsat News

Według Bieńkowskiej, polski rząd ma w Brukseli „na pewno gorszą reputację niż silniki diesla”, a opinia państw członkowskich UE „przekłada się i będzie się przekładać na różne rzeczy”. Unijna komisarz dodała, że mówiła o tym ówczesnej premier Beacie Szydło, gdy miały okazję spotkać się w Hanowerze.

„Nie wiem, po co to zrobiono”

 

Odnosząc się do podpisanej przez prezydenta i skierowanej do Trybunału Konstytucyjnego nowelizacji ustawy o IPN powiedziała, że „nie wie, po co to zrobiono (uchwalono – red.) i w jakim celu”.

 

– Niestety, w Polsce używa się argumentów dla celów polityki wewnętrznej, dla skonsolidowania i poszerzania swojego elektoratu, które odbijają się głazem i kamieniem w Europie. Efekty widzimy przy okazji nabrzmiewającego konfliktu polsko-izraelskiego – powiedziała Bieńkowska.

 

Nowelizacja ustawy o IPN wprowadza m.in. przepisy, zgodnie z którymi każdy, kto publicznie i wbrew faktom przypisuje polskiemu narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką lub inne zbrodnie przeciwko ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne będzie podlegał karze grzywny lub pozbawienia wolności do lat trzech. Prezydent podpisał nowelę we wtorek; postanowił jednocześnie – w trybie kontroli następczej – skierować ustawę do TK.

 

Nowela wywołała krytykę m.in. ze strony Izraela, USA i Ukrainy.

polsatnews.pl

Koniec z wolnymi mediami i kompletne czystki. Pawłowicz odsłania prawdziwe intencje ludzi dobrej zmiany

Krystyna Pawłowicz pełni w PiS funkcję posłańca wieści, których doły partyjne nie mają odwagi wypowiedzieć publicznie. W swoim najnowszym wywiadzie dla Tygodnika Sieci posłanka ujawniła oczekiwania swojego środowiska wobec dalszego kursu dobrej zmiany. Są to ambicje daleko idące i dla wielu szokujące.

Posłanka uderza m.in w niezależne od rządu media, poddaje miażdżącej krytyce decyzje Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji za cofnięcie kary dla TVN. Opinie na temat tego ruchu mogą być oczywiście podzielone, jednakprofesor posuwa się dwa kroki do przodu i oczekuje ograniczania lub nawet cofania koncesji dla nieposłusznych mediów.Oczywiście wszystko pod pojęciem “łamania prawa”, jednak w przypadku mediów jest to frazes, który można dla celów politycznych odpowiednio nagiąć. Świadczy o tym wypowiedź posłanki o TVP, której prezesowi składa radę: “powinien jeszcze bardziej zdecydowanie bronić polskich interesów, odkłamywać manipulacje innych mediów. Czyli robić to, co składa się na misję mediów publicznych. Pokaz politycznej hipokryzji w szczytowej formie, zarzucać innym nadawcom manipulacje i kłamstwa, a uważać TVP za ostoję medialnego obiektywizmu. Szczególnie kuriozalna jest zaś wypowiedź łącząca misję mediów publicznych z “odkłamywaniem manipulacji innych mediów”, z czym owe pojęcie nigdy nie miało mieć najmniejszego związku.

Powyższe wypowiedzi obrazują mentalność środowiska Prawa i Sprawiedliwości i ich stosunek do mediów. Są one dla ludzi władzy tylko narzędziem, które należy bez najmniejszego wstydu czy skrupułów wykorzystać. Widać bowiem wyraźnie, że w PiS nie istnieje coś takiego, jak różnica opinii. Są tylko opinie prawdziwe – nasze, a po drugiej stronie tylko kłamstwa i manipulacje. Demokracja w najlepszym wydaniu.

Jakby tego było mało Pawłowicz odniosła się także do tematu reformy sądów. Posłanka pokazała, że środowisko PiS wciąż pragnie krwi. Zdaniem profesor bowiem: “nie miejmy złudzeń – bez naprawdę dużej wymiany kadrowej wiele się nie zmieni. Potrzeba nam więcej kadencji, by zmiany były nie do odwrócenia”.

Jak widać obsesja czystki kadrowej jest wciąż żywa, a nawet daleko idące cięcia Zbigniewa Ziobro nie zaspokajają apetytu partyjnych dołów. Szczególnie znamienne jest stawianie priorytetu zmian jako “nie do odwrócenia”, czym posłanka nieświadomie pokazała, że w sądach trwa budowanie nowego układu. Czymże jednak różni się on będzie od słynnego układu III RP, którego “nieusuwalność” jest czymś, z czym PiS na co dzień obiecuje walczyć?

Krystyna Pawłowicz dała nam tym samym dowód, że proces ekspansji władzy będzie trwał, a elity rządzące są pozbawione w tym obszarze jakiekolwiek umiaru. Wróży to bardzo negatywnie na przyszłość, ponieważ jeśli nadzieje takich ludzi jak posłanka Pawłowicz się spełnią, to czeka nas jeszcze większa ingerencja władzy w elementarne wolności jednostki.

Źródło: Tygodnik Sieci/onet.pl

crowdmedia.pl

Krystyna Pawłowicz: potrzeba nam czasu, by zmiany były nie do odwrócenia

19.02.2018
Padały różne propozycje awansów, trybunałów. Nie chcę. Chcę walczyć tu, gdzie jest najtrudniej. Nie mam nic do stracenia – mówi w wywiadzie dla „Sieci” posłanka PiS Krystyna Pawłowicz.
Krystyna PawłowiczFoto: Andrzej Iwańczuk/Reporter / East News
Krystyna Pawłowicz

– Chamstwo, jakie wobec mnie jest uruchamiane, przekracza granice – twierdzi Pawłowicz, dodając, że pomimo „dobrej zmiany” w wielu miejscach życia publicznego nic się nie zmieniło.

– Na przykład na uniwersytetach. Dowiedziałam się ostatnio o istnieniu czegoś, co nazywane jest Katedrą im. Tadeusza Mazowieckiego na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie jeszcze niedawno Bronisław Komorowski głosił konieczność budowy ruchu obrony III RP – mówi Pawłowicz. – Dlaczego myśli i działania konserwatywne są na uczelniach niemile widziane – pyta.

Posłanka PiS krytykuje Krajową Radę Radiofonii i Telewizji za cofnięcie kary dla TVN. – Bardzo źle oceniam KRRiT za bezczynność w sprawie grand dziejących się na rynku medialnym. Trzeba stosować środki takie jak ograniczenie lub cofnięcie koncesji, gdy łamane jest prawo – uważa.

Pytana o sprawę sądową z Jerzym Owsiakiem, Pawłowicz stwierdza: jestem człowiekiem, który jest pozbawiony w Polsce ochrony prawnej i prawa do uczciwego sądu.

Jak posłanka ocenia Telewizję Polską? – Mam do prezesa Kurskiego jedną uwagę: powinien jeszcze bardziej zdecydowanie bronić polskich interesów, odkłamywać manipulacje innych mediów. Czyli robić to, co składa się na misję mediów publicznych – mówi posłanka PiS.

Pytana o zmiany w sądach, Pawłowicz odpowiada: nie miejmy złudzeń – bez naprawdę dużej wymiany kadrowej wiele się nie zmieni. Potrzeba nam więcej kadencji, by zmiany były nie do odwrócenia.

 

onet.pl

Bohater z przeceny

Niektórzy ludzie upadają bardzo nisko. Władysław Frasyniuk – w PRL uważany przez niektórych za legendę opozycji – stoczył się dziś do roli prowokatora, któremu zależy jedynie na tym, aby uchodzić w świecie za rzekomą ofiarę politycznych represji.

Wielka to zaiste odwaga przeciwstawiać się władzy, która nie tylko unika konfrontacji z ewidentnymi awanturnikami, lecz stara się odnosić do zatrzymanych – jak wynika z relacji Frasyniuka – z największą uprzejmością i kurtuazją. Przypominają się w tym kontekście publikowane w internecie obrazki z niedawnych zatrzymań Obywateli RP, którzy robili sobie rozradowane selfiki w policyjnym radiowozie, trzymając nogi na suficie. Niechby tak spróbowali z zomowcami za PRL.

Dziś odwagą wykazuje się nie Frasyniuk, nie opozycja, lecz ci, którzy potrafią się jej przeciwstawić. To np. sędziowie, którzy mimo środowiskowej presji są gotowi wziąć udział w reformie wymiaru sprawiedliwości. Albo – nie szukając daleko od samego Frasyniuka – ci, którzy – jak onegdaj młoda reporterka TVP nagrywająca materiał z antypisowskiej demonstracji – ryzykują, że podczas manifestacji zostaną pobici przez zaprzyjaźnionych z nim osiłków.

Trudno uznać, że dzisiejsza władza jest represyjna, a jej oponenci to gołąbki. Jeśli już, to jest raczej odwrotnie. I nie wiem, czy to jest powód do szczególnej dumy.

Konrad Kołodziejski

 

Czyja jest Warszawa?

Ruszyła budowa pomników smoleńskich na pl. Piłsudskiego. Wszystkie ofiary tragedii zostaną upamiętnione naprzeciw hotelu Viktoria, a śp. prezydent Lech Kaczyński przy budynku garnizonu.

Sprawa wywołuje wręcz furię opozycji, która zapowiada zburzenie monumentów po przejęciu władzy i podnosi dwa zarzuty: po pierwsze, pomniki nie powinny powstać bez zgody warszawiaków, a po drugie, rządzący znów bezwzględnie narzucili swoją wolę, nie oglądając się na nic.

W kwestii pierwszej sprawa jest jasna: Warszawa to stolica Polski i w tym sensie należy do wszystkich Polaków. Gdyby mieszkańcy miasta mieli prawo weta wobec pomników, oznaczałoby to, że kilka procent ludności naszego kraju może decydować o polityce pamięci całego narodu. Byłby to oczywisty absurd.

W sprawie rzekomej bezwzględności władzy trzeba przypomnieć, że komitet budowy pomników chciał upamiętnić ofiary tragedii na Krakowskim Przedmieściu, w bezpośredniej bliskości Pałacu Prezydenckiego. Wskazano nawet konkretne lokalizacje. Po bezskutecznych zabiegach stało się jednak jasne, że władze stolicy nawet nie myślą o rzeczowej rozmowie, oczywiście z powodów politycznych. Dopiero w tej sytuacji zdecydowano się na pl. Piłsudskiego. Zdecydowano się na lokalizację inną niż planowana właśnie z myślą o unikaniu konfrontacji.

A co do zapowiedzi PO, że pomniki zostaną rozebrane, to można z pełnym przekonaniem powiedzieć, iż stanie się odwrotnie: Platformy nie będzie, a one będą trwały, ciesząc wszystkich ludzi dobrej woli.

 

Jacek Karnowski

wsieci.pl

 

Anne Applebaum: Martwię się o Polskę

AGATA MICHALAK, 19.02.2018

Amerykańska dziennikarka i publicystka „The Washington Post” Anne Applebaum, laureatka nagrody Pulitzera oraz baczna obserwatorka zmian w Europie Wschodniej, swoją najnowszą książkę, „Czerwony głód”, poświęciła Hołodomorowi – ukraińskiej klęsce głodu z lat 30. XX wieku. Specjalnie dla Vogue.pl opowiada o tym, co tamte czasy mówią nam o dzisiejszej Rosji, a także o powinnościach współczesnych dziennikarzy.

Nie znamy wielu przypadków w historii, by klęska głodu dotknęła żyzny kraj, bez suszy czy innej katastrofy naturalnej. Czy może pani przypomnieć, co tak naprawdę wywołało masowy głód na Ukrainie w latach 1932-33?

To jeden z tych przypadków, gdy klęskę głodu wywołało działanie człowieka. Była skutkiem polityki Stalina wobec podległej ZSRR Ukrainy. Jednym z jej elementów była kolektywizacja przeprowadzona rękami aktywistów, którzy przeszukiwali ukraińskie wioski dom po domu, poszukując zapasów jedzenia. Wszystko następnie konfiskowali – i nie mówimy tu tylko o zbożu, które zabierano w głąb Rosji lub eksportowano poza granice kraju, lecz także o warzywach uprawnych, zwierzętach gospodarczych i tak naprawdę wszystkim, co nadawało się do zjedzenia. Następnym etapem było odcięcie ukraińskiej prowincji od świata, by uniemożliwić ludziom opuszczanie objętych głodem terenów. Dokonywali tego oficjele w Moskwie i ówczesnej ukraińskiej stolicy – Charkowie, świadomi, że w następstwie ich decyzji będą umierać ludzie. Zastanawiało mnie, co wtedy myśleli, dlaczego to zrobili.

 

voque.pl

Czy Kościół ma kłopot z nacjonalistami w sutannach?

19.02.2018

Jacek Międlar nie kryje dumy z tego, że jest nacjonalistą i antysemitą. Jeszcze kilka miesięcy temu był kapłanem. Zrzucił sutannę. Jego kolega, ks. Roman Kneblowski z Bydgoszczy również mówi otwarcie, że nacjonalizm jest cool. Wciąż jest proboszczem. Czy nacjonaliści w sutannach to tylko margines w szeregach duchowieństwa?

 

newsweek.pl

Konferencja w Monachium: Bezpieczeństwo w cieniu Holocaustu

Zachód nie ma już złudzeń co do Rosji, coraz ostrzej mówi o Chinach, bardzo obawia się rozwoju wypadków w Turcji. Ale to słowa polskiego premiera o „żydowskich sprawcach” Holocaustu stały się cytatem numer jeden z monachijskiej konferencji bezpieczeństwa.

Premier Mateusz Morawiecki odpowiada na pytania w czasie Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.

Alexander Pohl/Forum

Premier Mateusz Morawiecki odpowiada na pytania w czasie Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.

„Na skraj przepaści i krok wstecz?” – po polsku mniej zgrabnie niż po angielsku (To the brink and back?) brzmi motto 54. Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, ale oddaje jej klimat. Gospodarz obrad, były niemiecki dyplomata Wolfgang Ischinger, nigdy tak jasno nie wyrażał obaw, że świat znalazł się ryzykownie blisko bezpośredniego starcia wielkich mocarstw.

I nie chodzi tylko o „tradycyjne”, zimnowojenne ryzyko wojny światowej USA – Rosja – wciąż stosunkowo niewielkie – ale o całą mozaikę konfliktów, które w niebezpieczny sposób zbliżają do krawędzi wojny USA, Chiny, Rosję, Iran, Arabię Saudyjską, Koreę Północną, Turcję, Izrael, Unię Europejską – mocarstwa globalne lub regionalne, dysponujące niebagatelnym potencjałem wojskowym i ekonomicznym. Ostatnie wydarzenia z frontu syryjskiego – czy wojny trwającej w internecie – dostarczyły aż nadto dowodów.

Chiny szansą czy zagrożeniem?

Ale chyba największym zaskoczeniem była ostra wypowiedź niemieckiego ministra spraw zagranicznych Sigmara Gabriela na temat Chin. Przedstawiciel kraju, który poczynił w Chinach liczone w setkach miliardów euro inwestycje i dostarczył Pekinowi przełomowe technologie, stawiał pytanie o ryzyka związane z chińską ekspansją. „Pekin wdraża globalną strategię, która nie jest oparta na wolności i prawach człowieka” – ostrzegał Gabriel, konstatując, że Zachód nie tylko nie ma wspólnej odpowiedzi na działania Chin w sferze gospodarczej i politycznej, ale nie ma własnej strategii w ogóle. Co jeszcze bardziej zaskakuje, w obliczu rosnących wpływów Pekinu Gabriel zaapelował o bliższą współpracę Unii Europejskiej z USA, choć jeszcze niedawno to Europa krytykowała wojownicze wobec Chin zapowiedzi prezydenta Donalda Trumpa.

Słowom Gabriela wtórował szef komisji europejskiej Jean-Claude Juncker, który stwierdził, że Unia nie powinna po prostu poddawać się chińskim planom i pomysłom, takim jak inicjatywa „pasa i szlaku”. Mało tego, zapowiedział raport o ryzykach związanych z chińskimi inwestycjami. Na tle tych wypowiedzi przypomina się polski spór o potencjalne finansowanie przez Chiny rozmaitych projektów – od węzła kolejowego kończącego transkontynentalny szlak transportowy po centralny port komunikacyjny. Jeśli Unia uzna, że z Chińczykami jej nie po drodze, trudniej będzie wydobyć europejskie fundusze na pokrycie inwestycji z udziałem Pekinu.

Zachód wspiera destabilizację na Bliskim Wschodzie?

Taki zarzut postawił gen. H.R. McMaster, doradca Donalda Trumpa do spraw bezpieczeństwa. Stwierdził, że wszelkie inwestycje w Iranie służą wojskowej i politycznej kampanii Teheranu w regionie – w Syrii, Iraku, Libanie i Jemenie. „Trzeba przerwać prowadzenie interesów powiązanych z irańskim korpusem Strażników Rewolucji” – wezwał McMaster. Wytknął, że w czołówce zagranicznych inwestorów w Iranie są Chiny, Japonia, Korea Południowa i Niemcy. Jako przykład firmy podlegającej kontrolującym sytuację w kraju Strażnikom Rewolucji Islamskiej wskazał linię lotniczą Mahan Air, docierającą na lotnisko w Monachium.

Zachód zaczął masowo inwestować w Iranie po podpisaniu tzw. porozumienia nuklearnego w 2015 roku, ale od tego czasu daje się też obserwować wzrost aktywności Iranu w krajach Bliskiego Wschodu, która z reguły prowadzi do dostarczania uzbrojenia i wsparcia wojskowego dla szyickich ugrupowań zbrojnych. Efekty tego najbardziej widać w Syrii, Iraku i Jemenie, gdzie Iran – często w sojuszu z Rosją – prowadzi swoje „zastępcze wojny”, skierowane głównie przeciwko wpływom sunnickiego mocarstwa regionalnego – Arabii Saudyjskiej. W Monachium nie było słychać bezpośredniej reakcji na apel Amerykanów, ale już widać kierunek, w jakim administracja Trumpa będzie chciała „poprawiać” porozumienie atomowe z Teheranem.

Turcja przeciw USA?

Bliskowschodni kocioł grozi nie tylko pogłębieniem sporów między USA a Europą, ale może też wywołać pęknięcie w NATO. Niemal szokująco zabrzmiały słowa najwyższego rangą przedstawiciela Turcji. Premier Binali Yildirim zarzucił bowiem Stanom Zjednoczonym wspieranie terrorystów działających przeciw Turcji. „USA współpracują z ugrupowaniami YPG-PYD, odłamami organizacji terrorystycznej” – mówił turecki premier. Chodziło mu o Kurdów ze zbrojnych oddziałów powiązanych ze zdelegalizowaną w Turcji Partią Pracujących Kurdystanu, biorących czynny i istotny udział w wojnie domowej w Syrii i w walce z dżihadystami na iracko-syryjskim pograniczu.

Yildirim dowodził, że zakończywszy działania zbrojne w północnym Iraku, Kurdowie przechodzą przez góry Sindżar do północnej Syrii, stwarzając realne zagrożenie u granic Turcji. Stąd konieczność potępianej na świecie ofensywy, przewrotnie nazwanej Operacją Oliwna Gałąź. Kłopot w tym, że wśród kurdyjskich oddziałów przebywają amerykańscy doradcy i instruktorzy, z reguły z sił specjalnych. O tym, jak poważne rodzi to ryzyko dla ich przeciwników, przekonali się rosyjscy najemnicy z grupy Wagnera, zmasakrowani kilkanaście dni temu przez lotnictwo i artylerię przy próbie ataku na pozycje Kurdów na ich terenach na wschód od Eufratu. Jeśli turecka ofensywa natknie się na Amerykanów, rezultaty na polu walki mogą być podobne, a ich skutki polityczne trudne do przewidzenia.

Konfrontacja wisi na włosku. Turcja pokazała wcześniej, że nie waha się strącić rosyjskiego myśliwca. Jak zachowa się wobec Amerykanów? Czy czeka ich „ottomański policzek”, o którym niedawno wspominał prezydent Erdoğan? Premier zapewniał, że chodzi wyłącznie o wymierzenie go terrorystom.

Korea problemem NATO

„Pjongjang jest bliżej Monachium niż Waszyngtonu” – sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg przypomniał geografię świata, dodając, że wszystkie kraje Sojuszu są w zasięgu pocisków balistycznych Korei Północnej. Nie poszedł ani krok dalej, nie zapowiedział żadnych konkretnych działań politycznych czy wojskowych. Zaapelował jedynie o jak największą presję na reżim w Pjongjangu poprzez politykę, dyplomację i sankcje gospodarcze, ze szczególną odpowiedzialnością za skuteczność tych działań Rosji i Chin.

Słowa Stoltenberga należy jednak odbierać jako wsparcie dla rozbudowy systemu antyrakietowego NATO, z kluczowym udziałem baz budowanych przez USA w Europie. Mimo ogromnego sprzeciwu Rosji uzyskały one właśnie dodatkowe, bardzo wiarygodne uzasadnienie. Już nie tylko chodzi o Iran, którego zdolności rakietowe, gdy chodzi o zasięg zagrażający Europie, są wątpliwe, ale o nieprzewidywalnego dyktatora, który najprawdopodobniej ma już pocisk międzykontynentalny.

Oczywiście o skuteczności baz w Europie przeciwko takiemu potencjalnemu uderzeniu szef NATO się nie zająknął i na szczęście nikt go o to nie spytał – bo jak wiadomo, konfiguracja systemów nie pozwala na strącanie pocisków wymierzonych w ich sąsiedztwo. Na pewno jednak zbrojenia antyrakietowe zyskają priorytet, co jest kierunkiem słusznym, nie tylko z uwagi na zagrożenie koreańskie.

Rosja widzi faszyzm

„W niektórych krajach na północy Unii Europejskiej zrównuje się nazistów z wyzwolicielami i burzy się pomniki tych drugich” – mówił rosyjski minister spraw zagranicznych, coroczny gość monachijskiej konferencji, co zostało odnotowane i docenione przez Ischingera. Nie sposób było jednak nie zauważyć, że w tym roku Rosja generalnie straciła na znaczeniu w Monachium. Zachód wyzbył się już złudzeń i traktuje Moskwę jako przeciwnika, chociaż takiego, z którym na różnych forach jeszcze się rozmawia. Wiadomość, że w kuluarach konferencji Sigmar Gabriel spotkał się z Ławrowem i mówił o zniesieniu sankcji, wywołała niesmak, ale nikogo nie zszokowała. Bo wiadomo, że w przypadku Gabriela to stara śpiewka i wiadomo równie dobrze, że do niczego nie doprowadzi.

Siergiej Ławrow nie ukrywał zresztą żalu i zgorzknienia, jego wygłoszone z szybkością karabinu maszynowego przemówienie pełne było zarzutów wobec Zachodu, powtarzały się sformułowania o wrogiej ekspansji NATO, finansowanym przez Unię i USA zamachu stanu w Kijowie i szantażu wobec krajów bałkańskich. Ławrow użył też zarzutu o odradzaniu się faszyzmu w Europie. Nie powiedział, o które kraje chodzi, ale jego wypowiedź odebrano jako atak na Polskę i kraje bałtyckie. Ławrow zarzucił wprost używanie nazistowskiej symboliki Ukrainie, nawiązując do emblematów ochotniczego batalionu Azow, walczącego z rosyjską agresją. Mówił też o świętowaniu w niektórych krajach związanych z faszyzmem rocznic – to w kontekście polskich wydarzeń wydaje się dość oczywistą wycieczką.

Pytania o udowodnioną przez specjalnego prokuratora Roberta Muellera rosyjską ingerencję w wybory w USA nazwał bzdurami i stwierdził, że Zachód pogrąża się w rusofobii. Przemawiający zaraz po nim generał McMaster jasno zapowiedział, że USA nie będą się wahać w odsłanianiu i ściganiu tych, którzy w internecie i innymi środkami będą próbować podważać demokratyczne procesy.

Więcej czołgów, nie think tanków

Na tle wypowiedzi kreślących skomplikowaną światową mozaikę konfliktów polski premier Mateusz Morawiecki postawił na kwestie praktyczne. „Trudno rozmawiać o europejskim bezpieczeństwie i obronie, gdy większość krajów Europy nie spełnia wymogu 2 proc. PKB na obronę” – wytykał sojusznikom w krótkim przemówieniu. Morawiecki stwierdził, że należy znaleźć sposób na uniknięcie „jazdy na gapę” przez tych, którzy sądzą, że są bezpieczni pod parasolem USA.

Trudno nie odebrać tych słów jako przytyku do Niemiec, które mają na swoim terytorium najwięcej amerykańskich wojsk stacjonujących na stałe w Europie i które nie mają zamiaru wydawać na obronność wymaganego przez NATO odsetka narodowego bogactwa. Niemiecka minister obrony dzień wcześniej akcentowała, że wydatki obronne to nie wszystko, i podkreślała potrzebę uzupełniania ich wydatkami na pomoc humanitarną i odbudowę krajów wychodzących z konfliktów. Kilka godzin wcześniej Sigmar Gabriel pytał, czy reszta Europy na pewno chce, by Niemcy wydawały co roku 70 mld euro na wojsko. Morawiecki na to zaproponował lepiej brzmiącą po angielsku frazę, że „potrzeba więcej stalowych tanków, a nie think tanków”. Ale wspomniał, że bezpieczeństwo to też walka z biedą, wykluczeniem, zmianami klimatu. Zaproponował nowy układ z Bretton Woods dotyczący wspólnej reakcji Zachodu na ataki cybernetyczne, problemy na granicach zewnętrznych, migrację.

Do tego momentu występ polskiego premiera w Monachium był świetny – Morawiecki mówił sprawnie, ze swadą, publiczność była go ciekawa. Dzień wcześniej był w Berlinie i odbył pozytywnie oceniane spotkanie z kanclerz Angelą Merkel. Decyzją układu rządzącego w Warszawie w tym roku to premier, a nie prezydent, miał reprezentować Polskę w Monachium i to on miał nieść przesłanie normalizacji. Zapowiadał się więc kolejny wizerunkowy sukces.

Wpadka czy klęska?

I polski premier mógłby zaliczyć monachijski wyjazd do sukcesów, gdyby nie dwa słowa, których użył w odpowiedzi na pytanie izraelskiego dziennikarza. Pytanie – o zmianę ustawy o IPN – z bezpieczeństwem ma niewiele wspólnego, ale musiało paść, skoro sprawa jest głośna na całym świecie, a konferencja jednym z najważniejszych wydarzeń początku roku w Europie.

Ronen Bergman długo mówił o swych korzeniach, opowiadał o jego urodzonych w Polsce rodzicach, o wydaniu rodziny matki Gestapo przez sąsiadów, o tym, że po wojnie poprzysięgła, że nigdy więcej nie wypowie słowa po polsku. Stwierdził, że o ile dobrze rozumie, po wejściu w życie ustawy spotkałaby go w Polsce kara za opowiedzenie tej historii. I zapytał, jaki jest cel tej legislacji, skoro na świecie wzbudza efekt przeciwny do zamierzonego – skupiając uwagę na aktach zdrady Żydów przez Polaków. Pytanie nie było emocjonalne ani agresywne, wypowiedziane zostało z całkowitym spokojem. Uwagę zwrócił tylko aplauz, jaki uzyskało, najgłośniejszy i najdłuższy w czasie porannej sobotniej sesji, świadczący o tym, że postawienie tej kwestii było wyczekiwane i potrzebne.

„Żydowscy sprawcy”

Premier Morawiecki odpowiadał w kolejności – najpierw więc na pytanie o zmiany w polityce klimatycznej. Na scenie siedział z młodym austriackim kanclerzem Sebastianem Kurzem, ale tak się złożyło, że nawet jedyne pytanie skierowane do Austriaka też pośrednio dotyczyło Polski – w kontekście Nord Stream 2. Pytanie izraelskiego współpracownika „New York Timesa” było drugie w kolejności, a polski premier wydawał się dobrze przygotowany. Bez żadnej pauzy zaczął od wyjaśnienia – mówiąc cały czas po angielsku – że „oczywiście nie ma mowy o tym, by karane było stwierdzenie, iż byli polscy sprawcy (zbrodni Holocaustu), tak samo jak byli żydowscy sprawcy, rosyjscy sprawcy czy ukraińscy – nie tylko niemieccy sprawcy”.

Fakt, iż Morawiecki nie zastanowił się nad użytym sformułowaniem przed ani nie zawahał po jego wygłoszeniu nawet na sekundę, może sugerować, iż jest to komunikat przygotowany w ramach kampanii wyjaśniającej polskie stanowisko światu. Premier szedł dalej, przypominając że tylko w 2017 roku polskie ambasady musiały reagować setki razy na sformułowanie „polskie obozy śmierci, polskie obozy koncentracyjne”. „Proszę państwa, nie było żadnych polskich obozów koncentracyjnych, nie było polnische Vernichtungslager – mówił Morawiecki, zgrabnie przeskakując z angielskiego na niemiecki, co zapewne zostało odnotowane jako znaczący postęp wobec zdolności językowych poprzedniej pani premier. Trwającą w sumie ponad cztery minuty odpowiedź zakończył zapewnieniem, że „oczywiście nie będzie ścigania za stwierdzenie, iż byli polscy sprawcy, bo byli”.

Racja to nie wszystko

Jednak to sformułowanie o „żydowskich sprawcach” zostało natychmiast zauważone, podchwycone i rozpowszechnione na Twitterze i w innych mediach, co – zdaje się – zniweczyło skądinąd sprawnie wygłoszony wykład Morawieckiego o celach polskiego ustawodawstwa. Reakcja premiera Izraela Benjamina Netanjahu potwierdza, że Morawiecki zamiast pomóc, zaszkodził relacjom z tym krajem.

„Uwagi polskiego premiera wygłoszone w Monachium są skandaliczne. Mamy do czynienia z problemem niezdolności do pojmowania historii i brakiem wrażliwości na tragedię naszego narodu” – wypalił Netanjahu w specjalnie nagranym oświadczeniu, zapowiadając, że wkrótce rozmówi się z Morawieckim. Jeszcze dalej poszedł polityk, który w pewnym sensie wywołał całe światowe zamieszanie – Yair Lapid. NaTwitterze określił słowa Morawieckiego jako „przejaw antysemityzmu w najstarszym wydaniu”. Pisał, że państwo żydowskie nie pozwoli nikomu na nazywanie ofiar mordercami, i znowu wezwał do odwołania izraelskiej ambasador z Polski.

Dwa tygodnie po pierwszej odsłonie awantury o udział Polaków w Holocauście mamy więc drugą, i to na własne życzenie. Każdy, kto choć trochę zna historię, oczywiście wie, że w sensie historycznym premier Morawiecki ma rację – z zastrzeżeniem, że zamiast słowa „sprawcy” lepsze byłoby „kolaboranci”. Każdy, kto zna choć trochę dyplomację, wie jednak, że sama racja nie wystarczy, a nieumiejętne użycie języka może zniweczyć skuteczność skądinąd słusznego przesłania. Zdaje się, że z takim przypadkiem mamy właśnie do czynienia.

polityka.pl

Clown

18.02.2018
niedziela

Wprowadził nas w korkociąg. To, co dzieje się z wizerunkiem Polski po kolejnej prawotwórczej aktywności ministra Jakiego, jest nie do odrobienia w żyjących pokoleniach. Jest twarzą zmiany prowadzącej do tego, że Szewach Weiss – aż nieprzytomny w swej wspałaniomyślności były szef Knesetu, były ambasador państwa Izrael w Warszawie, profesor polskiego uniwersytetu – mówi, że jest zdruzgotany. Dziesiątki lat pracy dla lepszej Polski w oczach świata diabły wzięli.

Wiem, że Jaki nie jest sam w tym rządzie. Trudno nie pamiętać wypowiedzi minister Zalewskiej o Jedwabnem i Kielcach, odpowiedzialnej za to, co najważniejsze – zawartość mózgów i serc młodego pokolenia Polaków. Jak ona kręciła w sprawie Jedwabnego! Jak umykała od odpowiedzi w sprawie zbrodni kieleckiej 1946! A przecież nie o strachliwość minister edukacji narodowej chodzi. Ona władczo odpowiada za podstawę programową nauczania historii w szkole! Z tą mentalnością?

Przy okazji wszedłem na nieswoje strony. Pooglądałem sobie profile rządzącej gromadki i ich fanów. Linki zaprowadziły mnie do domen Kościoła katolickiego. Groza! Na głównych stronach ulubionych, sponsorowanych, nawiedzanych pism widać jawnie antysemickie wpisy, tytuły, wykrzykniki, fotografie.

Zaczęło się niewinnie. Chciałem sprawdzić, czy Romuald Rajs tak się właśnie pisze: „Rajs” czy, jak mi się zdawało, Reiss. I poszedłem po linkach. Wielokrotnie tu pisałem, pytałem: co się dzieje z Kościołem? I czasem już po wysłaniu tekstu myślałem, czy mnie nie poniosło. Nie, nie poniosło. Jest gorzej. Antysemityzm i złość na każdego, kto nie jest „swój”, to tam chleb powszedni. Pierwszostronicowy. I bardzo prymitywny. Więcej o tym dzisiaj nie napiszę. Nie stać mnie na rzetelną analizę. Temat polecam młodym, dociekliwym.

Oglądam z jednej strony urzędowego, z innej samozwańczego strażaka relacji polsko-izraelskiej. Premier musi gasić pożary. Ale wiedza cieniutka i na dodatek całkowity brak empatii. Czyli wiedza tak uboga, że nie wskrzesze empatii. Nie ma na czym. Premier Morawiecki po prostu nie rozumie, z czym ma do czynienia. A dumę ma jak stodoła. I ego. Więc nie zapyta, nie posłucha. Gdybym miał jego wiedzę i taki konflikt, i tak bezdurnego ministra jak Jaki, jeślibym zajmował się kasą, a nie bezpieczeństwem, a już na pewno nie polityczną pozycją Polski, to poprosiłbym Mariana Turskiego, albo kogokolwiek z tego poziomu, o godzinę korepetycji. No, ale trzeba mieć charakter, by o korepetycje prosić. Polska okazała się mniej ważna.

Tym razem („Fakty po Faktach” TVN, 18 lutego 2018 roku) zgodny jestem z Pawłem Śpiewakiem, niedawno tu przeze mnie za kunktatorstwo chłostanym (był zresztą świetny, łatwo mi się więc zgodzić!). Deficyt wiedzy premiera nie pozwala mówić o braku empatii. On nie wie, co mówi. Polski premier, historyk!

Jakie były te jego studia historyczne, można by zapytać. Czy Wrocław był w tej dyscyplinie aż tak słaby? Prawda, w TKN, w Uniwersytecie Latającym, gdzie Dolny Śląsk był silnie reprezentowany, historyków nie było. Inaczej niż w Warszawie, Krakowie, Lublinie, Poznaniu. Czepiam się wrocławskiej historii. Ale jaki inteligent z niego?

Owszem, we Włoszech szykują sobie premiera kelnera. Wolałbym, żebyśmy w Polsce unikali eksperymentów. Ale nie o nim ten tekst. Napisałem: clown.

I przypomnę, co kiedyś pisałem o posłanicach „Samoobrony”. One szumiały falbanami na głównych schodach Sejmu. Jakby Pniewski specjalnie dla nich je skonstruował. Przyszły, pobiegły do sklepów i pozakupywały suknie. Takie, jakie pasowałyby do ich nowej pozycji. Dziesiątki metrów tkaniny. Upięte w jedną kreację. I chodziły, niepewne jednak swojej pozycji, w tej świątyni blichtru. Było to bardzo zabawne.

Jaki nie jest w tym swoim golfie, marynareczce włoskiego kroju, opiętych spodenkach i poszetce kontrastowej tak zabawny. On tworzy prawo. Dlaczego? Nie wiem. Może ktoś jest nim tak zauroczony, że rozum wyłącza? A może ktoś nie wie, co robi? Naprawdę nie wiem. Wiem za to, że jeślibym ja obsadzał rolę clowna w tym współczesnym pisowskim cyrku, to Jakiego w tym stroiku bym tam obsadził. I tyle w kwestii empatii.

celinski.blog.polityka.pl

Monachijska katastrofa premiera

18.02.2018
niedziela

Nie wszystko da się usprawiedliwić brakiem doświadczenia. Premier Morawiecki nie powinien zabierać głosu, kiedy nie panuje nad językiem.

W odpowiedzi na pytanie izraelskiego dziennikarza podczas konferencji prasowej w Monachium wymienił jednym tchem żydowskich obok niemieckich i polskich sprawców (perpetrators) Holokaustu. W Izraelu odebrane to zostało jako zrównanie katów z ofiarami. Oburzenie wyraził premier Netanyahu, pojawiły się żądania zerwania stosunków dyplomatycznych z Polską. Podobne zgorszenie wywołały słowa Morawieckiego w USA.

To naprawdę klęska. Dorobek trzech dekad dialogu i pojednania polsko-żydowskiego, w tym prezydenta Kaczyńskiego, niszczą dziś „dyplomatołki”. Pisowskie wzmożenie narodowe wyrządza niepowetowane straty w naszych relacjach zagranicznych. W ciągu kilkanstu dni amatorska i infantylna polityka rządu Morawieckiego wydobyła z lamusa historii najgorsze antypolskie stereotypy.

Ręce opadają. Czemu oni to robią Polsce? Kto właściwie rządzi naszym krajem? Bo z obecnej sytuacji mogą się tylko cieszyć wrogowie Polski wolnej, demokratycznej, proeuropejskiej i prozachodniej.

Niech nas nie zmyli „ofensywa uśmiechów”. Zmieniła się fasada, i to też tylko na użytek zewnętrzny, treść polityczna pozostaje ta sama i jest sprzeczna z rzeczywistymi interesami państwa polskiego. Mimo to prezydent Duda podpisuje nowelizację ustawy o IPN, źródło kryzysu dyplomatycznego w stosunkach Polski z najważniejszymi naszymi partnerami. Na dodatek ustawa zabrania kłamstw na temat zbrodni wołyńskiej, a nie wspomina o „kłamstwie katyńskim”. Dlaczego? Co tu jest grane?

PS W nocy rzeczniczka rządu p. Morawieckiego wydała obszerne oświadczenie, że premier bynajmniej nie powiedział tego, co powiedział. Skoro tak, to po co te wywody? Niech premier na ważne spotkania chodzi z biegłym tłumaczem na angielski, to wtedy uniknie kompromitujących urząd sprostowań.

Z kolei prof. Zybertowicz radzi niektórym środowiskom żydowskim, by się miarkowały z histerią. Te inne środowiska to było nie było premier Izraela. Może lepiej,żeby się miarkował raczej doradca polskiego prezydenta i „niektóre polskie środowiska”, które spowodowały swą głupią polityką kryzys międzynarodowy?

szostkiewicz.blog.polityka.pl

Frasyniuk: Nie mam pretensji, że rządzi PiS

Jacek Nizinkiewicz

Nie mam pretensji, że PiS rządzi. Partia Kaczyńskiego została wybrana w demokratycznych wyborach, ale nie do tego, żeby łamać konstytucję, ale do tego, żeby rządzić państwem. PiS nie dostał mandatu na dewastację państwa prawa. I przeciwko temu będę protestować – mówi Władysław Frasyniuk.

„Rzeczpospolita”: Spodziewał się pan, że policja przyjdzie po pana o świcie i wyprowadzi w kajdankach?

Władysław Frasyniuk, opozycjonista PRL: Tak. Oczywistym było, że przyjdą po mnie, po tym jak dobrowolnie podjąłem decyzję, że nie stawię się na wezwanie prokuratora. Prokurator nie miał innego wyjścia, jak przysłać policję, celem doprowadzenia mnie przed jego oblicze. Każdy kto decyduje się działać publicznie, musi podejmować ryzyko i spodziewać się konsekwencji.

Czy będzie pan skarżył się na procedurę zatrzymania?

Nie, nie będę się skarżyć.

A czy pan…

Od razu panu wejdę w słowo. To nie jest sprawa Frasyniuka. To jest sprawa konstytucji i konsekwentnego jej łamania w ciągu ostatnich dwóch lat przez PiS, to jest sprawa władzy, która zdemolowała trójpodział władzy i bezczelnie stawia się ponad prawem. Przede wszystkim jednak to jest sprawa wielu bardziej lub mniej anonimowych obywateli, którzy protestując ryzykują swoim zdrowiem i bezpieczeństwem życiowym. Na tych bezbronnych, którzy stają przeciwko państwu z gołymi rękoma, należy się skupić. Państwo polskie może obecnie każdego protestującego przeciwko władzy wdeptać w ziemię. Mandatami, szykanami, doprowadzeniem do zwolnienia z pracy. Jeśli państwo użyło całej swojej mocy przeciwko Waldemarowi Żurkowi, prawnikowi, sędziemu, to jak ma sobie poradzić przeciętny Kowalski. W Polsce panuje dziś totalitarne myślenie, kto ma władzę, ten może wszystko.

Joachim Brudziński powiedział, że założenie kajdanek na ręce skierowane do tyłu było niezbędne, tym bardziej gdy pamięta się sprawę Blidy.

Pewnie szef MSWiA wie co mówi, bo jest moim „koleżką spod celi”, jak to się mówi o ludziach, którzy mieli problem z prawem. Tak go pewnie traktowano, więc uważa, że tak trzeba.

Nie żałuje pan, że naruszył nietykalność cielesną policjantów?

To absurd! Miałem w PRL sprawę, za naruszenie nietykalności. Z przyjemnością spojrzę w oczy policjantom, których nietykalność cielesną miałem naruszyć. Zapytam o obdukcję i czy czują się przeze mnie pobici, poturbowani. Przecież to jest groteska.

Jeśli zostanie pan skazany, to zapłaci pan grzywnę, czy wybierze pan więzienie?

Przypomnę, iż od dwóch lat władza konsekwentnie łamie konstytucję. Zniszczono Trybunał Konstytucyjny, zniesiono trójpodział władzy zawłaszczając sądy i wprowadzając niekonstytucyjne zapisy dotyczące sędziów Sądu Najwyższego.

Proszę zwrócić uwagę, iż nawet obecnie, przy tworzeniu nowej KRS politycy PiS będą musieli złamać konstytucję, gdyż powołanie sędziów z sądów rejonowych, a właściwie tylko takich mamy wśród kandydatów, jest wprost sprzeczne z jej zapisami. W przypadku zaś mojego procesu, to zacznijmy od przyczyny, dla której znalazłem się na Krakowskim Przedmieściu. Rządzący politycy uchwalili niezgodną z konstytucją ustawę o tzw. zgromadzeniach cyklicznych, którą napisali wyłącznie dla Jarka Kaczyńskiego. Moja droga w tym procesie nie zakończy się zatem na ewentualnej grzywnie lub więzieniu, ale w instytucjach międzynarodowych. Jeżeli nie ma w Polsce obecnie niezależnej instytucji, która mogłaby stwierdzić, iż naruszono podstawowe prawa człowieka i demokratycznego państwa prawa, wprost wynikające z zapisów konstytucji, to zadamy to pytanie tam, gdzie niezależne instytucje istnieją.

Nie lepiej było zgłosić się na wezwania prokuratury?

Gdyby było tak, że respektuje się łamanie praw i wolności bez szmeru protestu, to może dziś wciąż żylibyśmy w komunie. Ponoszę cenę za sprzeciw. Dziś jest podobnie jak za PRL-u. Wtedy części ludzi również nie przeszkadzało, że mamy do czynienia z komunistycznym system, który pozbawia swobód obywatelskich. Władysław Kosiniak- Kamysz powiedział, że jeżdżąc po Polsce słyszy, że ludzie nie interesują się konstytucją i swobodami obywatelskimi, ale problemem kolejek do lekarza. A to przecież wolność decyduje o jakości naszego życia. Bez wolności nie ma równości, przyzwoitości, szacunku wobec drugiego obywatel, gwarancji uczciwej pracy, uczciwego wynagrodzenia, sprawiedliwych sądów.

Dzisiaj nie ma wolności w Polsce?

Nie ma. Cała grupa obywateli, która wyszła na ulicę, po to, żeby zaprotestować przeciwko temu, że władza faworyzuje samą siebie poprzez cykliczne manifestacje, i ogranicza wolność zgromadzeń, jest dzisiaj szykanowana. W krajach demokratycznych można swobodnie protestować. W Polsce PiS przegłosował dla siebie ustawę ograniczającą wolność zgromadzeń innym. Nowe prawo o zgromadzeniach, czyli cykliczne manifestacje, to przywileje dla rządzących wprowadzone kosztem reszty społeczeństwa. Nie mogę milczeć gdy PiS zawłaszcza sądownictwo, likwiduje trójpodział władzy, łamie konstytucję, ogranicza naszą wolność.

Państwo już nie pamiętają, ale parę miesięcy wcześniej wraz z trójką byłych prezydentów oraz kilkoma wybitnymi postaciami sceny politycznej, opublikowaliśmy list ostrzegający przed działaniami władzy: „W obliczu zagrożenia wynikającego z serii antydemokratycznych i niekonstytucyjnych decyzji rządu PiS stajemy w obronie podstawowych wolności należnych każdemu człowiekowi i obywatelowi RP.” Ten apel jest wciąż aktualny. Ludzie życia publicznego nie mogą milczeć. Dlatego protestuję. Ważne, że coś się udaje.

Co?

10 czerwca, kiedy nas zatrzymano za protest, Jarosław Kaczyński uświadomił sobie, że paliwo w postaci religii smoleńskiej się kończy. Kontrmanifestacje smoleńskie rozpoczęte przez Pawła Kasprzaka i Obywateli RP pokazały, że król jest nagi. W lipcu Kaczyński zapowiedział, że rezygnują z miesięcznic, i moim zdaniem już w lipcu wiedział, że zdejmie Macierewicza z urzędu ministra. To jest sukces obywateli, którzy 10 czerwca siedli.

Inni obywatele, którzy siedli, nie mają nazwiska Frasyniuk, a policja zaczęła wzywać około 800 osób w całym kraju za udział w rozmaitych „nielegalnych zgromadzeniach”.

Kiedy ja siadłem razem z protestującymi obywatelami, oni mieli już postępowania za protesty. Media o nich nie pisały lub pisały znikomo. Przyszedłem wesprzeć Obywateli RP i powiedzieć: w państwie prawa, takie rzeczy są niedopuszczalne. 10 czerwca były nas setki, a 10 lipca była nas już 2-3 tysiące. Nasza siła był już tak duża, że nie musieliśmy siadać. Wystarczyło, że odwróciliśmy się plecami do „religijnej” uroczystości smoleńskiej. Kaczyński trafnie odczytał naszą siłę.

Prezes powiedział, że kończy z miesięcznicami i kwietniowa będzie ostatnią, która złoży się na uczczenie każdej z ofiar katastrofy.

Kaczyński próbuje wyjść z twarzą. Koniec miesięcznic nie powinien uspokoić społeczeństwa, gdyż są zapowiadane kolejne cykliczne manifestacje 11 listopada, są fragmenty Warszawy wyłączone z obywatelskiej równowagi. Mam pretensje do opozycji, mediów i obywateli, że nie krzyczą wystarczająco głośno o panoszących się w Polsce faszystach. Prezydent, premier, prezes powiedzieli, że nie ma miejsca w Polsce dla faszyzmu i rasizmu, a rasistów z Marszu Niepodległości do dzisiaj nie wręczono wezwania na przesłuchanie.

Nęka się Obywateli RP, a faszyści i rasiści pozostają bezkarni. Pamiętam czasy PRL, gdzie w „Tygodniku Mazowsze” była rubryka: represjonowani, po to żeby ich rodziny miały sygnał, że nie są same i społeczeństwo przyjdzie im z pomocą. Byłem przekonany, że przy każdym biurze poselskim partii, które rwą się do wolności, powstaną biura prawne, pomagające osobom represjonowanym, a partie polityczne stworzą fundusz pomocy represjonowanym. Tak się nie dzieje. W Polsce brakuje wartości.

Dzisiaj koledzy z „Solidarności” krytykują pana, jak Andrzej Gwiazda czy Krzysztof Wyszkowski.

Szanuję Andrzeja Gwiazdę i uważam go za jednego z tych, któremu zawdzięczamy wolności. Różnica między nami polega na tym, że oni uznali, że nareszcie są przy władzy. Nagle Andrzejowi Gwiaździe nie przeszkadza brak szacunku dla konstytucji, kabaretowy TK, zamach na sądy.

Gwiazda idzie krok dalej i insynuuje, że był pan agentem bezpieki, tylko „papiery się nie zachowały”.

Uważam, że Gwiazda jest jedną z ważniejszych postaci w polskiej historii. Staram się o ludziach, którzy mają swoje zasługi w obalaniu komunizmu, mówić z szacunkiem. Jednak przestrzegam Andrzeja Gwiazdę, że kiedy ja miałem „ruską obstawę” i sadzano mnie „na dołkach”, on siedział w USA. I to na Gwiazdę jest papier, który nazywa się paszport. Warto więc wrócić do zasady, która wiązała „Solidarność”- odpowiedzialności za słowo.

Pojawiają się głosy, że wykorzystuje pan swoje przeszłe dokonania i chce się stawiać ponad prawem.

To nie jest prawda. Poddam się konsekwencjom prawnym. Zgadzam się z ministrem Ziobro, że wszyscy są równi wobec prawa. Niech zatem PiS i jego funkcjonariusze opublikują wyrok Trybunału Konstytucyjnego z czasów prof. Rzeplińskiego dotyczący sędziów dublerów, niech zniosą ustawę o zgromadzeniach cyklicznych, niech przywrócą trójpodział władz pisząc ustawy o sądownictwie zgodne z konstytucją. Wtedy będziemy mówić, że rzeczywiście wszyscy są równi wobec prawa. Jeśli ktoś natomiast czyni mi zarzut za przeszłe dokonania, to odpowiem mu: każdy mógł być Frasyniukiem! Każdy mógł być Wałęsą. Każdy mógł pójść siedzieć. Każdy mógł wyciągnąć 80 milionów z banku za komuny pod czujnym okiem bezpieki. Rozumiem, że krytykują moje pokolenia za kombatanctwo, ale od czasu „Solidarności” nic lepszego w Polsce się nie wydarzyło.

Zamierza pan wrócić do polityki?

Jestem w polityce, choć nie zamierzam wracać do polityki partyjnej. Nie będę kandydował w wyborach. Nie tworzę partii politycznej. Chciałbym żyć swoimi sprawami, mieć czas dla siebie i bliskich i żyć w kraju, w którym toczy się merytoryczna debata. Tylko mamy takie czasy, w których albo się sprzeciwimy albo zaczniemy urządzać się w tej „d…” Z jednej strony są represje wobec osób broniących konstytucji, a z drugiej pobłaża się faszystom. Żyjemy w państwie, w którym rządzący obnosili się znajomością z antysemitami. Dzisiaj okazuje się, że jedynymi potencjalnymi sojusznikami Polski może być Rosja i Turcja. Z pozostałymi mamy konflikt. Przed Pałac Prezydencki przychodzą nacjonaliści z napisem: „Ściągnij jarmułkę, podpisz ustawę.” i prezydent ją podpisuje. Wie pa czego najbardziej się boję?

Czego?

Tłumu tchórzy po tamtej stronie. Brak reakcji na obrażanie prezydenta, strach przed narodowcami i blokowanie ulicy na której znajduje się izraelska ambasada to przejawił słabości i tchórzostwa państwa. Dzisiaj rządzący pracują na łatkę antysemitów dla Polaków, której nie ściągniemy z siebie przez kolejne trzy pokolenia. Przez Kaczyńskiego Polska jest postrzegana jako naród „żydożerców”. I tego piętna nie pozbędziemy się przez kolejne pokolenia. Ustawa o IPN to rekonstrukcja marca 1968 roku. Nie mam pretensji, że PiS rządzi. Program 500+ jest świetny, mimo że warto go skorygować. Partia Kaczyńskiego została wybrana w demokratycznych wyborach, ale nie do tego, żeby łamać konstytucję, ale do tego, żeby rządzić państwem. PiS nie dostał mandatu na dewastację państwa prawa. I przeciwko temu będę protestować.

Co by pan powiedział dzisiaj prezesowi Kaczyńskiemu, gdyby go spotkał?

Wziąłbym Jarka Kaczyńskiego do kina na „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”. Powiedziałbym Jarkowi, że wierzę w demokrację i przemianę człowieka: „Demokracja każdego dnia daje ci szansę. W każdym są pokłady dobra. W tobie Jarku, też. Rozumiem twoje pretensje do mojego środowiska, ale szukaj w sobie pokładu dobra i odwołaj się do Solidarności.” Z przyjemnością porozmawiałbym oko w oko z Jarosławem Kaczyńskim o tym, co można zrobić, żeby Polaków łączyć i przekonywałbym go, że to jest nasze państwo, a wyborca PiS nie jest lepszy od wyborcy, który na PiS nie głosuje. Gigantyczna robota czeka przyszłe pokolenia, żeby zbudować społeczeństwo obywatelskie, które jak będzie problem, to dziesiątki tysięcy ludzi wyjdzie na ulicę. W sytych i bogatych krajach, dziesiątki tysięcy ludzi wychodzi na ulicę, bo mają poczucie, że to co dzieje się w kraju, to ich wspólna sprawa. Brakuje mi Polaków, którzy mają odwagę cywilną. Brakuje mi dialogu, edukacji i szacunku dla drugiego człowieka. To są fundamenty budowania dobrobytu i bezpieczeństwa społeczeństwa.

rp.pl

%d blogerów lubi to: