Czarnecki leży jak statysta twarzą do ziemi

W polskiej polityce wszystko jest możliwe, pod tym względem jesteśmy wyjątkowo kreatywni. Mamy zastępy postaci, które niewiele potrafią, nie mają szczególnych osiągnięć, a sylwetki ich nie należą do nazbyt estetycznych – a mimo to zostają celebrytami politycznymi.

Taką postacią jest Ryszard Czarnecki, którego walorów intelektualnych bądź duchowych nie można się dopatrzeć, nawet gdyby zastosować jakąkolwiek taryfę ulgową. Jest on odpowiednikiem statystów na planie filmowym, którzy za dniówkę na planie biorą 50 zł, a mają odegrać trupa na polu bitwy i to koniecznie twarzą do ziemi.

Czarnecki gra takiego „trupa” politycznego w Parlamencie Europejskim, a jego gaża to dziesiątki tysięcy euro miesięcznie, nie gra twarzą do ziemi, ale wystawia swoją fizys wszędzie, gdzie może ją wetknąć, taki ma zug na szkło.

Czarnecki nawet potrafi odegrać „trupa” intelektualnego, a to pochwali się, że nabył biografię Talleyranda Jeana Orieux, albo nawet dotrzeć do cytatu z „Zaścianka” Faulknera. Taki z niego śliski piskorz.

Droga Czarneckiego do PiS jest usłana samymi śliskimi zachowaniami, przeszedł wiele partii, w tym Samoobronę Andrzeja Leppera, w której musiał chodzić pod czerwono-białym krawatem. Wychwalał lidera tej chłopskiej partii, jak dzisiaj Jarosława Kaczyńskiego. Płaszczenie wychodzi mu całkiem dobrze, jak owemu statyście na planie filmowym grającego trupa twarzą do ziemi.

To, że zasługuje na tłustą synekurę w Parlamencie Europejskim, musi od czasu do czasu zaświadczyć odddaniem pisowskiej sprawie. Okazji jest bez liku, PiS ma prasę w Europie i na świecie tak złą, jak komuchy w stanie wojennym. A uruchomienie artykułu 7 Traktatu UE jest dla naszego kraju największym od 1989 roku upokorzeniem na arenie międzynarodowej. To tak, jakby Gołota dostał wciry na ringu od mistrza bokserskiego Pigmejów, albo drużyna Nawałki z Robertem Lewandowskim w składzie przegrała 1:27 z jakimś Gibraltarem, bądź Lichtensteinem.

Taką „chwałę” przynosi nam władza PiS. Nic, tylko śpiewać hymn przegrańców „Polacy, nic się nie stało”.Więc nie dziwmy się, że przytomni Polacy bronią kraju na miejscu i na zewnątrz, jeżeli takie możliwości posiadają. Jak posłowie na Wiejskiej, europarlamentarzyści reprezentują nas w Brukseli – w stolicy naszej większej ojczyzny, w Unii Europejskiej.

W związku z obroną Polski Róża Thun z domu Woźniakowska została przez celebrytę Czarneckiego wyzwana od „szmalcowników”. Nie wnikam, czy ten polityk z intelektem „twarzą do ziemi” jest użycia rzeczownika świadomy, czy wie, co powiedział, tak jak nie wnikam, czy ktoś zrównoważony psychicznie może wypluć z siebie, określając rodaków kanaliami i mordami zdradzieckimi. Mniemać należy, iż to obowiązujący w tym ugrupowaniu idiom, plunąć na rodaków.

Kolejne zachowania Czarneckiego wobec Róży Thun są symptomatyczne dla tego statysty. Nie przeprosi europoslankę PO, bo nie dopatruje się niczego złego w poniżaniu jej. Ostatni tłumaczy się, iż porównywał tylko negatywne postawy – szmalcowników i Róży Thun. Szefowie czterech największych grup politycznych w Parlamencie Europejskim chcą odwołać Czarneckiego z funkcji wiceszefa PE, więc ten uważa, że to atak na Polskę. Skrzynki mailowe europosłów – a jest ich 751 – zostały zasypane spamem, podobno na każdą z nich Czarnecki i jego kolesie z „Gazety Polskiej” wysłali po 1600 maili.

Oczywiście, postawa Czarneckiego to dowód olbrzymiego megalomaństwa, pomylenia pojęć i zakłamywania rzeczywistości. Ten człowiek to upostaciowienie politycznego statysty, którego odpowiednikiem jest trup leżący twarzą do ziemi.

 

Ukarać Czarneckiego za określenie „szmalcownik” w stosunku do Thun (racja- nie na miejscu)? Zacznijcie,hipokryci z UE, od wywalenia z Waszego grona Róży Thun za stek chamskich, ordynarnych, prymitywnych i żałosnych kłamstw jakimi opluła ona Polskę (do czego odniósł się Czarnecki)

Czarnecki: Nie nazwałem Róży Thun „szmalcownikiem”, porównałem tylko negatywne zjawiska

Nie nazwałem europosłanki PO Róży Thun „szmalcownikiem”; nie mogę przepraszać za słowa, których nie wypowiedziałem, porównałem negatywne postawy w polskiej historii – powiedział w czwartek w Polsat News wiceprzewodniczący PE Ryszard Czarnecki (PiS).

W czwartek w Strasburgu planowane jest posiedzenie konferencji przewodniczących Parlamentu Europejskiego, na którym będzie omawiany wniosek przewodniczących czterech grup politycznych w sprawie Czarneckiego. Liderzy frakcji reprezentujących większość europosłów chcą procedury, która może zakończyć się odwołaniem polityka PiS z funkcji wiceszefa PE za jego słowa porównujące działania Thun do postawy szmalcowników, czyli osób wymuszających w czasie wojny okupy na ukrywających się Żydach.

Czarnecki powiedział, że oceniał, ocenia i będzie dalej negatywnie oceniał polityków, którzy atakują nasz kraj na arenie międzynarodowej. Dodał, że lojalność wobec Polski i utrata stanowiska, ma dla niego większą wartość, niż zachowanie stanowiska, przy zaprzeczeniu swoim poglądom. Uważam tą całą sytuację za pewną burzę medialną, polityczną, która nie odnosi się do tego, co powiedziałem, tylko odnosi się do wyobrażeń o tym co powiedziałem” – mówił europoseł PiS.

Jego zdaniem, czwartkowa konferencja w jego sprawie, to dalszy ciąg walki z Polską. Te same środowiska, ci sami politycy, którzy inspirowali i głosowali za antypolską rezolucją (dot. uruchomienia wobec Polski art. 7 traktatu UE) w listopadzie zeszłego roku, dzisiaj atakują mnie, jako polskiego wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego – podkreślił Czarnecki.

Czarnecki powiedział, że nie może przepraszać za słowa, których nie wypowiedział. Porównałem negatywne zjawiska, negatywne postawy w polskiej historii – wyjaśnił. Na pewno nie nazwałem +szmalcownikiem+ pani poseł z Platformy. Natomiast nie wycofuje się ze swoich słów, czy też oceny, skrajnie negatywnej w stosunku do tych ludzi, środowisk politycznych, które na przestrzeni polskich dziejów zwracały się do obcych tronów, obcych monarchów, do obcej władzy, aby ta władza interweniowała w Polsce – oświadczył europoseł PiS.

Róża Thun wystąpiła w materiale niemiecko-francuskiej telewizji Arte nt. sytuacji polityczno-społecznej w Polsce pod rządami PiS. Pokazano w nim m.in. fragmenty antyrządowych demonstracji. O demokrację w Polsce walczyliśmy od dekad, a oni (PiS) chcą to wszystko zniszczyć. Jak tak dalej pójdzie, w Polsce nastanie dyktatura (…). Jak się raz zniszczy demokrację i wolność, to nie wiem jak to odbudować (…). Jestem przekonana, że PiS chce wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej – powiedziała Thun w reportażu.

Czarnecki komentując wypowiedzi Thun, powiedział 3 stycznia w wywiadzie dla portalu niezalezna.pl: Pani von Thun und Hohenstein wystąpiła w roli donosicielki na własny kraj. (…) Podczas II wojny światowej mieliśmy szmalcowników, a dzisiaj mamy Różę von Thun und Hohenstein i niestety wpisuje się ona w pewną tradycję. Miejmy nadzieję, że wyborcy to zapamiętają i przy okazji wyborów wystawią jej rachunek. Wypowiedź ta potem została opublikowana na jego blogu.

Liderzy grup PE słowa Czarneckiego nazwali niedopuszczalnymi i poniżającymi, przekraczającymi granice dyskursu politycznego, na poziomie osobistym i instytucjonalnym. Zajadłe ataki, mające zdyskredytować szanowanych europosłów, którzy bronią europejskich wartości, stały się codziennością – napisali w liście. Autorzy listu chcą, żeby szef PE zastosował wobec Czarneckiego sankcje zgodnie z zasadami praworządności PE. Thun zapowiedziała w sobotę w radiu RMF FM, że złoży przeciwko Czarneckiemu pozew.

dziennik.pl

STAN GRY: Pyza: Na pewno dobra zmiana w obozie dobrej zmiany? Sakiewicz: Jeżeli władza się na nas obrazi, będzie trudniej komunikować

— EMILEWICZ WRACA DO OPŁATY ZA WJAZD DO CENTRUM MIASTA, Z KTÓREJ PIS SIĘ WYCOFAŁ W SEJMIE – jak mówiła w RMF: “Bardzo proszę przeczytać tę regulację, która była. Będziemy popierać możliwość tworzenia stref zeroemisyjnych. Dajemy taką możliwość w ustawie o elektromobilności samorządom. Będzie prezydent czy burmistrz mógł zamknąć centrum miasta, i my to będziemy wspierać. Będzie mógł z tego tytułu wprowadzić opłaty do 30 zł. Czy to drakońska opłata, panie redaktorze? Proszę zobaczyć, ile dzisiaj…” http://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/poranna-rozmowa/news-emilewicz-przedsiebiorcy-to-najciezej-pracujaca-i-najmniej-d,nId,2509778

— PIS PRZED PO NA POMORZU: “Do utrzymania władzy w samorządzie województwa Platforma Obywatelska potrzebuje głosów sympatyków Nowoczesnej, ale koalicja obu partii stoi pod znakiem zapytania. Największym poparciem Pomorzan cieszyło się w ostatnich miesiącach Prawo i Sprawiedliwość”. http://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,22910454,platforma-straci-pomorze-pis-z-najwiekszym-poparciem.html

— 300LIVE:
Emilewicz: My mówimy: do 30 zł. Mówimy: strefy ograniczonego ruchu. Nie mówimy o zamknięciu całego miasta
Klub PO składa wniosek do KRRiT o wstrzymanie finansowania TVP z budżetu
Gasiuk-Pihowicz: Będziemy namawiali Petru, aby plan został zaprezentowany i przygotowany pod szyldem Nowoczesnej
Karczewski o referendum: Moje środowisko polityczne nie jest zachwycone datą 11 listopada
http://300polityka.pl/live/2018/01/18/

— TOMASZ SAKIEWICZ O TYM DLACZEGO MACIEREWICZ MUSIAŁ ODEJŚĆ:“Rozumiem, że polityka wymaga kompromisów i nie zawsze jest zerojedynkowa. Nie jestem w stanie, nawet gdybym chciał, wiele zrobić w sprawie tego, jak potraktowano Macierewicza. Media, wbrew wyobrażeniom polityków, nie zmieniają ukształtowanych postaw. Są jedynie źródłem komunikacji. My podjęliśmy się roli komunikacji pomiędzy pewną, dla nas najbardziej wartościową, częścią społeczeństwa i ich przedstawicielami. Jeżeli władza się na nas obrazi, będzie trudniej komunikować. Jeżeli obrażą się czytelnicy, nie będzie komu”.

— SAKIEWICZ O OBRAŻONYM PREZYDENCIE: “Ja się na nikogo nie obrażam. Nawet prezydent może mnie próbować przekonać do siebie. Jak na razie to chyba on się obraził. Ma rację. To tylko jeden głos. A do pierwszej tury wyborów sondaże zapewne będzie miał świetne”. http://niezalezna.pl/214430-dlaczego-macierewicz-musial-odejsc

— WARSZAWA ŁAGODZI TON – RZ: “Reparacje znikają z listy bieżących polsko-niemieckich spraw spornych. Berlin liczy na więcej”. http://archiwum.rp.pl/artykul/1364196-Warszawa-lagodzi-ton.html

— CZAPUTOWICZ OCZAROWAŁ NIEMCÓW – Bartosz T. Wieliński w GW: “– Z nim można rozmawiać – tak według informacji „Wyborczej” opisywał wrażenia po spotkaniu z polskim gościem szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel. W porównaniu z poprzednikiem Witoldem Waszczykowskim, z którym Gabriel spotykał się w zeszłym roku, minister Jacek Czaputowicz jawił się Niemcom jako ktoś z innej planety”.

— OFENSYWA WDZIĘKU POWIODŁA SIĘ – pisze Wieliński: “– Ofensywa wdzięku powiodła się. Ministrowi udało się kupić Polsce trochę czasu – mówi nam jeden z niemieckich dyplomatów. Taka zresztą była misja ministra Czaputowicza”. http://wyborcza.pl/7,75399,22912018,polski-minister-oczarowal-niemcow-mimo-to-warszawa-nie-ma-raczej.html

— MAREK PYZA PYTA CZY TO NAPRAWDĘ DOBRA ZMIANA: “Na pewno dobra zmiana w obozie dobrej zmiany? Najwyżsi urzędnicy KE spotykają się na prywatnych kolacjach z polskim premierem i szefem MSZ, po których następuje odwilż. Parlament Europejski wycofuje się z uruchomienia wobec Polski procedury art. 7 traktatu o UE. W Berlinie wyjątkowo ciepłe rozmowy Jacka Czaputowicza z Sigmarem Gabrielem, po których słyszymy, że temat reparacji nie jest już problemem. (…) Czy odpuszczamy w sprawie uchodźców? Czy odpuszczamy temat reparacji? I co będzie dalej – odpuścimy też Nord Stream 2? W zamian za co? To nie są pytania histeryczne, ale naturalne poważne wątpliwości w sprawach, które dla polskiej polityki zagranicznej wydawały się do niedawna kluczowe”. https://wpolityce.pl/m/polityka/376995-tylko-u-nas-500-syryjskich-dzieci-czy-to-cena-za-zmiane-tonu-brukseli-wobec-polski-czy-odpuscimy-tez-reparacje

— JACEK KARNOWSKI O POLU DLA POLSKIEGO JOBBIKU: “Dotychczasowej linii PiS w tej sprawie starannie strzeże prezes partii Jarosław Kaczyński oraz grono liczących się polityków prawicy. Presja opinii publicznej w tej sprawie jest wyjątkowo silna. Zmiana stanowiska dotyczącego imigrantów mogłaby mieć poważne skutki polityczne; pojawiłaby się szansa dla jakiejś wersji Jobbiku”. https://wpolityce.pl/m/polityka/377029-juncker-do-morawieckiego-przyjmijcie-choc-dwa-tysiace-odpowiedz-imigranci-okazuja-sie-sprawa-ideologiczna

— OKO TWIERDZI, ŻE W POLSCE JUŻ SĄ UCHODŹCY: “Wbrew narracji PiS w Polsce są już uchodźcy – tak jak na Węgrzech, choć oba kraje odrzucają procedurę relokacji. W 2016 roku Urząd ds. Cudzoziemców wydał pozytywne decyzje tylko co czterdziestej osobie starającej się o status uchodźcy, ale wydał. 300 osób otrzymało ochronę międzynarodową, a 40 Syryjczyków – azyl”. https://oko.press/orban-kaczynski-takze-przyjmuje-uchodzcow-2016-r-osob-najwiecej-syrii/

— PAWEŁ BRAVO O BŁĘDZIE KALKULACJI PO: “Abstrahując od meritum sprawy można powiedzieć, że to zły moment dla polskiej demokracji, bo okazało się, że główni rozgrywający opozycji nie umieją szacować własnych sił i łatwo ulegają presji medialnej, która zawsze jest bardziej wyrazista niż średnia przekonań opinii publicznej. Decyzja władz Platformy, by odrzucić tzw. kompromis aborcyjny, nie wydaje się przemyślanym strategicznym zwrotem partii w lewo, wynika raczej z poszukiwania pola, na którym można się odróżnić od PiS. Błąd kalkulacji sprawił, że część posłów wolała wykonać unik, co jest świadectwem słabości i na pewno dezintegruje partię gorzej niż jasno artykułowany wewnętrzny spór”. https://www.tygodnikpowszechny.pl/opozycja-na-dnie-151633

— MICHAŁ SZUŁDRZYŃSKI O ABORCYJNEJ BOMBIE ZEGAROWEJ: “Ale frekwencja na środowych protestach wcale nie powinna pocieszać polityków. Bez względu na to, ile osób wzięło w nich udział, problem nie zniknie. Opozycja ma kłopot, ponieważ organizacje lewicowe nie wybaczą im przyłożenia ręki do odrzucenia ustawy legalizującej aborcję. Z kolei dla PiS ustawa, która została w Sejmie, jest polityczną bombą zegarową, która prędzej czy później wybuchnie. Rządzący będą w końcu musieli zdecydować, czy zaostrzyć obecną ustawę o ochronie życia, czy pozostać przy aborcyjnym konsensusie”. http://www.rp.pl/Komentarze/301179919-Szuldrzynski-Aborcyjna-bomba-wciaz-tyka.html

— PIS MA SZCZĘŚCIE W GOSPODARCE – mówi Marek Belka Jackowi Nizinkiewiczowi w RZ: “Jeśli Polakom będzie się żyło dobrze za dwa lata, będzie to już zasługa głównie PiS. Gdy budżet wytrzyma 500+ i inne „programy plus”, Morawiecki z Kaczyńskim będą triumfować przez kolejne lata”.

— PIS MOŻE DOPROWADZIĆ DO POLEXITU – MOWI BELKA: “Polexit trzeba brać pod uwagę. Nie za rok, dwa, ale za kilka lat PiS może doprowadzić do wyjścia Polski z Unii. Teraz robi się wszystko, żeby obrzydzić Unię Polakom, stawiając ją w roli okupanta. Gra się na emocjach Polaków. Ale prędzej czy później premier Morawiecki będzie musiał podjąć się poważnej debaty. Polska poza strefą euro będzie marginalizowana w Unii i zacznie na tym tracić”. http://www.rp.pl/Rozmowy-czwartkowe/301179932-Marek-Belka-PiS-ma-duzo-szczescia-w-gospodarce.html

— DOPUŚĆCIE DO GŁOSU NOWĄ OPOZYCJĘ – Jacek Wesołowski w GW: “Po wpadkach opozycji rozpaczliwie potrzebujemy nowych opcji politycznych. Jest w Polsce opcja poważna, konsekwentna i kompetentna, której się głosu odmawia. Nowa Opozycja – polska centrolewica oddolna”. http://wyborcza.pl/7,75968,22910378,dopusccie-do-glosu-nowa-opozycje.html

— STANISŁAW SKARŻYŃSKI O KIJOWSKIM: “Nie trzeba szczególnie wysilić głowy, żeby wyobrazić sobie, jak 11,7 miliarda długów alimentacyjnych w Polsce zwiększyło skuteczność PiS, gdy mówiło w kampanii o „państwie w ruinie”, namawiało, by oddać głos na partię zapowiadającą program 500 plus oraz by dziś nie bronić sądów, które od lat pracowicie ustanawiają alimentacyjną fikcję”. http://wyborcza.pl/osiemdziewiec/7,159012,22870754,zbiorka-na-kijowskiego-to-efekt-dostrzezenia-tych-wad.html

— JOANNA LICHOCKA O WYBORZE MIĘDZY POLSKĄ A KASTĄ: “To rozpaczliwa próba zablokowania reformy przez postkomunę. Ale ten szantaż nie może się udać, jeśli polskie państwo ma mieć uczciwy i demokratyczny system sprawiedliwości służący Polakom i Polsce, a nie korporacji wyjętej spod kontroli społecznej. Taki wybór mają dziś sędziowie – między Polską a kastą”. http://gpcodziennie.pl/78880-miedzypolskaakasta.html

— PAŃSTWO Z TEKTURY MA SIĘ DOBRZE – Grzegorz Wszołek w GPC: “Rządy PO-PSL przyzwyczaiły nas, że wszelkie wątpliwości były rozmywane, odpowiedzialności nie ponosił niemal nikt, nawet gdy w grę wchodziła śmierć 96 najważniejszych osób w państwie. Niestety PiS w kwestii bezpieczeństwa rządzących idzie ścieżką wytyczoną przez poprzednią władzę”. http://gpcodziennie.pl/78849-panstwoztekturywciazmasiedobrze.html

— PROFESOR ZYBERTOWICZ O TYM, ŻE KOLEJNA WOJNA BĘDZIE PRZERAŻAJĄCA, FACEBOOKU I TYM, CZY ANDRZEJ DUDA ZDRADZIŁhttps://wiadomosci.wp.pl/andrzej-zybertowicz-w-kto-nami-rzadzi-6210598966597761v

300polityka.pl

Macierewicz dzisiaj w TV Trwam i Radiu Maryja

Macierewicz dzisiaj w TV Trwam i Radiu Maryja

Kaczyński: Nie zmieniamy stanowiska ws. reparacji

– Powiem krótko, nie zmieniamy – stwierdził Jarosław Kaczyński, pytany przez dziennikarzy czy Polska zmienia swoje stanowisko, jeśli chodzi o reparacje.

Decyzja ws. Czarneckiego przełożona na kolejne posiedzenie konferencji przewodniczących PE

300polityka.pl

Magdalena Ogórek, kiedyś SLD, dzisiaj pisowski króliczek

Magdalena Ogórek, kiedyś SLD, dzisiaj pisowski króliczek

Wstrzeliła się w oczekiwania prawej strony, której jest już integralną częścią.

Magdalena Ogórek to króliczek Leszka Millera wyciągnięty z wyborczego kapelusza, gdy SLD rywalizowało z ugrupowaniem Janusza Palikota. Ścigali się na wszystkich polach, nawet na takich wydawałoby się mało politycznych: który z nich ma ładniejsze kobiety. Miller wystawił do wyścigów prezydenckiego Ogórek, ta choć pod względem urody była całkiem, całkiem, to politycznie żadna.

Kiedy Miller zjednoczył się w koalicję wyborczą z Palikotem, było już jednak za późno, niewiele ułamków procenta zabrakło do 8-procentowego progu wyborczego, a dzięki temu PiS sięgnęło po pełnię władzy. Nie twierdzę, że Miller jest jednym z twórców sukcesu Kaczyńskiego, acz zostawił w spadku Ogórek, która odnalazła się w zawłaszczonych przez PiS działkach – w mediach i kulturze.

Wizerunek Ogórek może cieszyć oko, jej rozum raczej nie, a także pokraczne wypowiedzi, które od czasu do czasu przebijają się w mediach. Ogórek wyraża ciągoty intelektualne, co najczęściej w jej wydaniu śmieszy.

Dla PiS Ogórek jest jakąś wartością, faworytka Millera na bezrybiu PiS jest rakiem uchodzącym za rybę, choć chciałaby być kimś więcej, np. rusałką, syreną morską. Stąd od czasu do czasu będziemy mieli do czynienia z jej ambitnymi przedsięwzięciami takimi, jak z publikacją „Lista Wächtera. Generał SS, który ograbił Kraków”, która właśnie ukazała się na rynku wydawniczym.

Temat iście pisowski, bo można bardzo wiele ugrać na patriotyzmie, antyniemieckości. Ogórek wstrzeliła się w oczekiwania prawej strony, której jest już integralną częścią. Bo generał SS Otto von Wächter to zbrodniarz nazistowski, gubernator dystryktów krakowskiego i galicyjskiego Generalnego Gubernatorstwa, który zagrabił wiele bezcennych polskich dóbr kultury.

Zaś syn esesmana Horst często odwiedza Kraków, stara się wybielić ojca, twierdzi, że ten był dobrym człowiekiem. Magdalena Ogórek tę okoliczność wykorzystała, wkupiła się w łaski Wächtera, uzyskała dostęp do jego rodzinnego archiwum, przekazał jej materiały i informacje. A teraz Niemiec czuje się oszukany.

Ogórek orżnęła także Piotra Glińskiego. Ministerstwo Kultury dofinansowało książkę 40 tys. zł. Ogórek zarzekała się, że dla niej z dotacji nie skapnie ani złotówka („Dotacja jest dla wydawnictwa, autor nie ma z niej ani 1 zł” – oburzała się Ogórek na Twitterze). Kandydatka SLD na prezydenta została sprawdzona przez portal Wirtualna Polska u źródeł, czyli w wydawnictwie Zona Zero, a tam w spisie wydatków z dotacji stoi, jak byk: 9 tys. zł – honorarium Magdaleny Ogórek.

Nie jest to suma powalająca, ale króliczek Millera kłamie jak z nut, co jest niejaką normą w środowisku PiS. Nie piszę o jakości prozy Ogórek, bo książki nie czytałem, jednak dostępne w internecie fragmenty nie wyrokują, abyśmy mieli z czymś więcej do czytania niż z grafomanią. Taki patriotyczny króliczek, który kica z kłamstewka na kłamstewko.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Major Żandarmerii Wojskowej: ta formacja nie stoi na straży prawa, lecz chroni przestępców w mundurach

Major Robert Pankowski może okazać się największym sygnalistą nieprawidłowości w polskiej armii. Ta robi wiele, aby go uciszyć. Aresztowano go, a wczoraj dostał wezwanie na badania psychiatryczne. Kiedy dziennikarze Onetu zaczęli zbierać materiały o nim, Żandarmeria Wojskowa wysłała nam pismo wzywające do zaprzestania publikacji. Czego boją się żandarmi?

1.

20 lutego 2017 roku major Robert Pankowski, były zastępca szefa Wydziału Wewnętrznego Komendy Głównej Żandarmerii Wojskowej opuszcza pałacyk przy ulicy Klonowej w Warszawie. Przed chwilą zameldował ministrowi obrony Antoniemu Macierewiczowi o nieprawidłowościach wewnątrz swojej formacji. Opowiedział o wyłudzaniu dodatków wojennych, mobbingu kobiet, wykorzystywaniu stanowisk do osiągania korzyści majątkowych, nielegalnych podsłuchach i działaniach operacyjnych wobec niewygodnych dla formacji osób. Minister zapewnia, że się tym zajmie i żeby nie zgłaszał sam tego do prokuratury. Mjr Pankowski wychodzi zadowolony.

22 marca 2017 roku o godz. 5.55 mjr Pankowski wychodzi z mieszkania do jednostki. Otwiera drzwi. Widzi kogoś na klatce schodowej. „Kto tam jest o tej porze” – zastanawia się. Robi parę kroków. Na półpiętrze stoi policjant Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji z legitymacją na łańcuchu.

– Robert Pankowski? – pyta. Major przytakuje. Wtedy policjant informuje go, że zostaje zatrzymany. Mjr Pankowski mówi, że zrozumiał i nie będzie stawiał oporu. W tym momencie z góry schodzą kolejni policjanci. – W samochodzie powiedzieli mi, że ten z legitymacją ma czarny pas karate, a ten z góry to bokser. Byli gotowi na użycie siły – wspomina mjr Pankowski.

Zakuwają go w kajdanki. – Po co? Przecież nie będę się stawiać – mówi im major. Oni: – Mamy takie polecenie.

Po drodze mijają innych policjantów, którzy wchodzą do mieszkania majora. Budzą żonę i dzieci. Zaczynają przeszukanie. Żona będzie potem obwiniać męża, że „porywa się z motyką na słońce, naraża na stres i niebezpieczeństwo ją i trójkę dzieci”.

Na dole policjanci wsadzają majora do auta na cywilnych numerach. Wiozą go najpierw do 1 Brygady Pancernej w Wesołej. Kilka tygodni wcześniej został przeniesiony do tej jednostki z żandarmerii. W Wesołej policjanci przeszukują gabinet, w którym pracuje major. On, cały czas zakuty w kajdanki, czeka, aż skończą. Wszystkiemu przyglądają się żołnierze jednostki.

Policjanci z Biura Spraw Wewnętrznych wiozą go do prokuratury wojskowej. Tam ma odbyć się przesłuchanie. Kajdanki wciąż zapięte, z tyłu, jak u szczególnie niebezpiecznego przestępcy.

Mjr Robert Pankowski Foto: Onet

Mjr Robert Pankowski

2.

Policjanci tego ranka wchodzą do mieszkań kilku innych osób, z którymi kontaktował się służbowo mjr Pankowski, gdy pracował w Wydziale Wewnętrznym Komendy Głównej ŻW. Przeszukają też domy osób cywilnych, m.in. ojca mjr. Pankowskiego i Krzysztofa Kopcia, pracownika IPN, który pomógł majorowi dotrzeć do ministra obrony Antoniego Macierewicza.

Antoni Macierewicz Foto: Onet

Antoni Macierewicz

– Przeżyłem dwa przeszukania w PRL-u. Muszę z przykrością stwierdzić, że poza tym, że funkcjonariusze byli grzeczni i kulturalni, nie widzę większej różnicy – powie potem historyk IPN.

– O godz. 6.00 rano weszli do internatu w Opolu, w którym mieszkałem. Inna grupa przeszukała moje mieszkanie służbowe w Przemyślu. Potem przewieźli mnie do Warszawy na przesłuchanie. Sądziłem, że tylko ja zostałem zatrzymany, ale potem dowiedziałem się, że 22 marca 2017 roku doszło do zatrzymań i przeszukań u kilku innych żołnierzy żandarmerii i osób cywilnych – mówi starszy sierżant Ernest Tadla, były żołnierz żandarmerii.

Przed tym zdarzeniem, w trybie pilnym, został przeniesiony do rezerwy kadrowej, a w grudniu ubiegłego roku zwolniony ze służby w armii. Odwołał się. Teraz odwołanie rozpatrzy już nowy szef resortu obrony w rządzie PiS – Mariusz Błaszczak.

Po akcji z 22 marca 2017 roku z armią musiało pożegnać się kilku innych żołnierzy żandarmerii, którzy kontaktowali się z mjr. Pankowskim.

– Najbardziej zabolało mnie, gdy dowiedziałem się, że wyrzucili kolegę, z którym graliśmy w siatkówkę i nigdy nic mi nie przekazywał. Zwykły żołnierz, szeregowy, bez emerytury, dziecko na utrzymaniu – mówi mjr Pankowski.

3.

Kiedy dziennikarze Onetu wysyłają pytania do żandarmerii w sprawie mjr. Pankowskiego, ta reaguje nerwowo. Wraz z odpowiedziami wysyła ostrzeżenie, że major jest osobą niewiarygodną, oskarżoną o ujawnienie tajemnic służbowych, oraz że pozostaje w sporze prawnym z Żandarmerią Wojskową.

Kilka dni później trójka dziennikarzy Onetu dostaje e-mailem pismo od płk. Grzegorza Krzywańskiego, radcy prawnego żandarmerii, który pisze je w imieniu gen. Połucha: „Wzywam Pana/Panią do zaprzestania publikacji dotyczących Żandarmerii Wojskowej, w szczególności w formie artykułów, reportaży, felietonów czy relacji – do czasu zakończenia wyjaśniania spraw poruszanych przez Onet przez powołane do tego instytucje i organy państwowe”.

Antoni Macierewicz i generał Połuch

4.

Niedawno mjr Pankowski dostał z prokuratury wojskowej orzeczenie o powołaniu biegłych, którzy mają określić jego poczytalność. Z treści postanowienia wynika, że stan zdrowia psychicznego żołnierza ma ocenić dwóch psychiatrów. Nie podano jednak ich nazwisk.

Wczoraj major miał stawić się na badanie. Jednak jego pełnomocnik, mecenas dr Andrzej Duś, dostał to wezwanie już po godzinie, na którą badanie wyznaczono. – Prokuratura ma prawo zlecić takie badanie, ale tylko w stosunku do oskarżonego. W tym przypadku może chodzić o podważenie wiarygodności pana majora jako świadka w innych postępowaniach. W stosunku do świadków takich badań nie można zlecić – wyjaśnia mecenas Duś.

5.

Czego tak bardzo boi się Żandarmeria Wojskowa, że próbuje zablokować teksty o panu? – pytamy mjr. Roberta Pankowskiego.

Prawdy. Żandarmeria boi się, że cała Polska usłyszy prawdę na temat tego, w jaki sposób funkcjonuje formacja, która powinna stać na straży prawa w armii, a chroni przestępców w mundurach. Pewnie dowódcy boją się też wstydu oraz utraty stanowisk, kiedy na jaw wyjdzie, w jaki sposób przez lata działa żandarmeria.

Archiwalne zdjęcie mjr. Pankowskiego Foto: Archiwum prywatne / Materiały prasowe

Archiwalne zdjęcie mjr. Pankowskiego

Jak trafił pan do tej formacji?

W 1994 roku zdałem egzaminy do Wyższej Szkoły Oficerskiej w Toruniu. To szkoła artylerii. Sporo matematyki. Potem był Pułk Artylerii w Bartoszycach. Skończyłem też pedagogikę na Akademii Bydgoskiej i dopiero wówczas zgłosiłem się do Żandarmerii Wojskowej. Ucieszyłem się, gdy mnie przyjęli, choć kolega, który odchodził do służb specjalnych, powiedział: „Nie masz się co cieszyć. Tam wcale nie jest tak pięknie”.

Nie chciałem mu wierzyć. Trafiłem do Gdyni. Już na początku okazało się, że praca żandarma to chodzenie po polu minowym. Chcieliśmy ukarać wysokiego rangą oficera Marynarki Wojennej za nieprzestrzeganie przepisów mundurowych. Ten najpierw nas zrugał, a potem zadzwonił do przełożonego. Znowu nam się oberwało.

Takich sytuacji było więcej?

Tuż po powrocie z podróży poślubnej “wrzucono” mnie na służbę. Miałem pod sobą patrol zmotoryzowany. Wyjeżdżaliśmy, gdy była interwencja. Wtedy zadzwoniła żona oficera marynarki, że mąż ją bije. Poinformowałem przełożonego. A on: „Działaj, znasz przepisy”.

Nie wiedziałem, że to koledzy. Pojechałem. Widok mnie zaszokował. Jedzenie z talerzy na ścianach, dzieci po kątach, żona ma siniaki na rękach, na twarzy. A pan pułkownik pijany w gaciach biega. Poprosiliśmy, by z nami wyszedł. Nie chciał. W końcu go wyprowadziliśmy. Trafił na izbę zatrzymań. Żonę zawiozłem na obdukcję.

Napisano, że zatrzymanie było zasadne. Rano zaczęło się piekło. Skończyło się tak, że dowódca poniżał mnie przy wszystkich na odprawach. Mówił, że „zamykam mu kolegów od kawy”.

Kolega, który odradzał panu żandarmerię, miał rację?

Powoli sobie to uświadamiałem. W 2004 roku komendant z Gdyni powiedział, że nie widzi możliwości współpracy ze mną. Stwierdził, że mogę iść do Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej, gdzie potrzebują takich, którzy skaczą przez płoty i walczą wręcz.

Ten oddział dopiero się tworzył?

Tak. Przyszedłem w lipcu, a oddział powstał w lutym 2004 roku. Praca super, ludzie też. Kumple. Wysoki poziom szkolenia, jeśli chodzi o strzelanie, szkolenie z walki wręcz.

Czym się pan zajmował?

Ochraniałem delegacje zagraniczne. Uczestniczyłem w zabezpieczeniach. Poznałem wielu ważnych ludzi, wszystkich poprzednich ministrów obrony. Na niezłym poziomie znałem angielski. Wówczas nie było nikogo, kto mógł jednocześnie ochraniać i językowo się sprawdzać. Dlatego byłem wysyłany do tłumaczenia czy po prostu rozmowy z przedstawicielami zagranicznych delegacji.

To dlaczego zmienił pan oddział specjalny na prewencję?

(śmiech)… po paru latach szybka jazda samochodem zaczęła mnie już trochę męczyć. Tym bardziej że miałem dziecko. Chciałem stabilizacji. Poszedłem do prewencji Komendy Głównej ŻW. Czas szybko leciał. Praca była spokojna i stabilna. Często byłem wysyłany za granicę, m.in. do Brukseli, by mówić o bezpieczeństwie w ruchu drogowym.

Spokój szybko się skończył…

Przyszedł do mnie szef Wydziału Wewnętrznego KGŻW, gdzie zwolnił się etat. Nikt specjalnie nie chciał z nim gadać. Ja nie miałem nic do ukrycia. Zresztą znaliśmy się. Razem graliśmy w siatkówką. Co tu dużo gadać, skusił mnie też wyższy etat, dodatek.

W 2009 roku przeszedłem do Oddziału Wewnętrznego i Ochrony Informacji Niejawnych KGŻW. Zauważyłem, że panuje tam stagnacja. Już na początku usłyszałem: „Nie ma co się angażować, bo to chwały nie przynosi. Będziesz się musiał tylko tłumaczyć”.

Posłuchał pan rady?

Ojciec tłumaczył mi, że ludzie ciężko pracują i płacą podatki, żebym miał pensję. Nie posłuchałem kolegów żandarmów, słowa ojca były ważniejsze. Zaczęło się od drobnych spraw; zniszczenie mienia wojskowego, wyłudzanie pieniędzy na przejazdach służbowych.

Potem zaczęli zgłaszać się informatorzy. Nie musiałem rejestrować osobowych źródeł. Nie mieliśmy też specjalnych funduszy na informatorów. Docierali do mnie ludzie, którzy byli świadkami przestępstw, mieli dość lub zostali zniszczeni przez system.

W 2011 roku przyszedł z Krakowa na stanowisko zastępcy komendanta głównego Żandarmerii Wojskowej wówczas pułkownik, dziś generał, Robert Jędrychowski. Nie wiedziałem, kim był. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że to on blokuje ujawnianie większości nieprawidłowości, kazał robić sprawy wybiórczo. Jak ktoś mu nie pasował, to „robimy gościa” i wysyłamy kwity do prokuratury.

Poda pan przykład?

Z Afganistanu dostałem informację, że żandarm widział przestępstwo i nie zareagował. Chodziło o pijaństwo. Sprawa trafiła do prokuratury, choć była małego kalibru. Ten oficer sam się zwolnił. Płk Jędrychowski był zadowolony.

Komendant główny ŻW generał Połuch i jego zastępca gen. Jędrychowski

6.

Złożył pan wiele zawiadomień do prokuratury w sprawie wyłudzania przez żandarmów dodatków wojennych tzw. mini maxów w Afganistanie. Chodziło o to, że wyjeżdżali tylko za bramę bazy, a następnie wpisywali, że uczestniczyli w patrolu bojowym.

W 2013 roku poszło grubo. Na każdej zmianie miałem swojego człowieka. Ludzie meldowali mi, że żandarmi wyłudzają dodatki w ramach mini maxów. Miałem wielu świadków. „Trafiłem” też dobrego kolegę płk. Jędrychowskiego. Wtedy kapitana, teraz już podpułkownika J. Ta sprawa zbiegła się z tym, że miał być awansowany na majora.

Przez rok sam dowodziłem wydziałem wewnętrznym, bo przełożony poszedł na emeryturę. W tym czasie do moich zadań należało rekomendowanie osób przedstawianych do awansów. Dostawałem arkusze i wpisywałem swoją opinię. Zazwyczaj rekomendacja była pozytywna, ale akurat w przypadku kapitana J. napisałem negatywną i meldunek wstępny na jego temat. No i znowu zrobiła się straszna awantura.

A co ze sprawami wyłudzeń dodatków wojennych? Żandarmeria w odpowiedziach na pytania Onetu zaprzecza „istnieniu nieprawidłowości w wypłacie dodatków wojennych w Polskim Kontyngencie Wojskowym”. Piszą, że postępowanie wyjaśniające prowadził dowódca kontyngentu, który również nie doszukał się uchybień.

Sprawy zostały zablokowane, nie trafiły do prokuratury. Dopiero teraz, gdy napisałem wypowiedzenie i wiedziałem, że odejdę ze służby, zgłosiłem je. Postępowanie wyjaśniające prowadzi dziś Prokuratura Okręgowa w Warszawie Wydział ds. Wojskowych. Wtedy informacje do mnie spływały, ale nie dało się ich ruszyć. Było jeszcze gorzej, gdy na szefa wydziału wewnętrznego przyszedł z Krakowa ppłk Sylwester Bełtowicz, kolega gen. Jędrychowskiego. Potem już sami informatorzy zaczęli ze mnie drwić. Pytali: „po co ty tam jesteś, przecież nic się nie dzieje, wszystko jest zamiatane pod dywan”.

7.

O jakie przestępstwa chodziło?

Część spraw dotyczyła mobbingu w samej Komendzie Głównej. Ludzie się zwalniali, przenosili, skarżyli. Przyjeżdżały karetki pogotowia. Doszło do jednego zawału serca. Ludzie leczyli się ze względu na przewlekły stres w pracy.

Były też sprawy związane ze znajdowaniem u funkcjonariuszy żandarmerii pornografii dziecięcej czy zwierzęcej. Chodziło m.in. o wysokiego rangą oficera żandarmerii.

Moja frustracja rosła. Tym bardziej że nawet prokuratura umarzała sprawy, w których przedstawiałem ewidentne dowody przestępstw.

8.

Komendantem głównym za śp. gen. Mirosława Rozmusa został wtedy gen. Piotr Nidecki. Coś się zmieniło?

Gen. Nidecki poprosił mnie do siebie, pomijając ppłk. Bełtowicza. Przedstawiłem mu problemy. Widziałem, że zależało mu na zmianach. Wezwał na przykład do siebie pułkownika, który mobbingował współpracowników (sprawę bada prokuratura) i powiedział mu, że jeśli nadal będzie dręczył podwładnych, pożegna się ze stanowiskiem. Pech chciał, że 24 grudnia 2015 roku gen. Nidecki sam stracił stanowisko.

To był moment, gdy do władzy doszło PiS. Liczył pan na zmiany w żandarmerii?

Miałem wielką nadzieję, że tak się stanie. Chciałem pójść do ministra Antoniego Macierewicza i zameldować mu o wszystkim, pokazać, że wydział wewnętrzny to fikcja. Mogą namioty z promocją ustawiać, a nie szukać przestępców.

9.

Wkrótce komendantem głównym został gen. Tomasz Połuch.

Tak. Czekałem na moment, kiedy mój przełożony ppłk Bełtowicz pójdzie na urlop. 26 lutego 2016 roku zameldowałem się u komendanta. Pokazałem dokumenty, opowiedziałem o sprawach, które prowadzi wydział wewnętrzny. Powiedziałem, że wiele jest zamiatanych pod dywan.

4 marca 2016 roku znowu zostałem wezwany do jego gabinetu. Był tam też ppłk Bełtowicz. Zapytali, czy jestem gotów poddać się badaniu na wariografie. Powiedziałem: „Jestem. Proszę mnie pytać”. Na tym stanęło.

Prawdopodobnie wówczas ruszyła procedura na mnie. Zaczęto mnie podsłuchiwać, czytać moje e-maile…

Muszę też przyznać, że nie jestem święty. Moją pasją jest giełda. Potrafiłem analizować dane, mądrze inwestować.

Miał pan na to zgodę przełożonych?

Taka zgoda nie jest wymagana. Zresztą wszystkie dodatkowe dochody zawarłem w oświadczeniach majątkowych. Niestety stres w pracy odreagowywałem na imprezach. Tego żałuję.

W październiku 2016 roku z rocznego opiniowania służbowego żołnierza dostałem pierwszy raz czwórkę.

Zwykle dostawał pan piątki?

Tak. Odwołałem się od tej opinii. Pomyślałem jednak, że za rok dostanę tróję i mnie zwolnią. Postanowiłem przyspieszyć działania. Zapytałem komendanta głównego, czy zamierza coś zrobić ze sprawami, które mu zgłosiłem. Sam jednak nie odpowiedział. Przysłał kolegę, który w zaufaniu powiedział mi: „Robert, daj spokój, Połuch się tym nie zajmie. To są za twarde sprawy. Wszyscy sobie zęby połamią”.

 Foto: Artur Zawadzki/REPORTER / East News

10.

Co zmierzał pan zrobić?

Dostać się do ministra Macierewicza. Ale to nie było proste. Za wysokie progi. Musiałem znaleźć kogoś, kto mnie zaanonsuje, wprowadzi.

Znalazł pan?

Tak. Był to Krzysztof Kopeć, działacz niepodległościowy i pracownik IPN, oraz Ryszard Majdzik, organizator miesięcznic smoleńskich. Okazało się, że to znajomi żandarma, który był moim informatorem. Przedstawiłem im sprawę oraz szereg informacji, ale takich, które nie były objęte klauzulami. Obiecali mi pomóc skontaktować się z ministrem. Zanim do tego spotkania doszło, żandarmeria wszczęła wobec mnie postępowanie dyscyplinarne za nieobecność na zajęciach z piłki nożnej.

Zajęcia były obowiązkowe?

Nie. Sam się zgłosiłem do drużyny. Grałem wszystkie mecze, ale na zakończeniu nie mogłem być. Zadzwoniłem do szefa drużyny. Powiedziałem, że nie dotrę. Nieobecność była więc usprawiedliwiona, ale żandarmeria chciała mi za to dyscyplinarkę wlepić.

Żandarmeria w odpowiedzi na pytania Onetu pisze, że miał pan postępowanie kontrolne takie, jakie SKW wszczęła wobec gen. Jarosława Kraszewskiego z BBN?

Tak, to prawda.

Na jakiej podstawie?

Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Teraz już wiem. Chodziło o ujawnianie informacji niejawnych osobom postronnym. To się nawet zgadza. Ujawniałem informacje, ale ministrowi obrony.

Nie do końca. Przekazał je pan też m.in. Krzysztofowi Kopciowi czy Ryszardowi Majdzikowi?

Informacje, które dostali ode mnie, nie były oklauzulowane. Nie było wśród nich żadnej informacji z klauzulą „ściśle tajne”, „tajne” ani nawet „poufne” i „zastrzeżone”. Były to ogólne informacje o nieprawidłowościach w żandarmerii. Chciałem, by dotarły do Antoniego Macierewicza. Myślałem, że ktoś z MON zaprosi mnie na rozmowę. Tak się nie stało.

Jestem też pewien, że wówczas nie trafiły one do ministra, tak samo jak skarga, którą do niego napisałem.

11.

Dlaczego napisał pan skargę?

4 stycznia 2017 roku zostałem wezwany do komendy głównej pod pretekstem remontu mojej kancelarii. Zaproszono mnie, gdyż byłem już na zwolnieniu od neurologa-psychiatry. Było to związane z nerwicą. Leczę się w Klinice Stresu Bojowego Wojskowego Szpitala u doktora Piotra Ilnickiego. To wspaniały lekarz, który pomógł wielu żołnierzom po misjach bojowych w walce ze stresem.

Choroba jest związana ze stresem w pracy, ze służbą?

Lekarz stwierdził, że był to czynnik decydujący.

Czy ta choroba może się przekładać na sposób postrzegania rzeczywistości? Tak sugerują pańscy przeciwnicy.

O tym, że się leczę, poinformowałem przełożonych w 2014 roku. Mimo to dostałem poświadczenia bezpieczeństwa. Wystawiający je był zresztą na rozmowie u doktora Ilnickiego. Tam dowiedział się, że nie cierpię na chorobę psychiczną, lecz mam zaburzenia nerwicowe, które nie wpływają na jakość mojej pracy oraz że nie ma żadnych przeciwwskazań, bym miał dostęp do informacji niejawnych. Co ciekawe, na początku 2017 roku dowiedziałem się, że moja dokumentacja medyczna ze szpitala wojskowego na Szaserów trafiła do moich przełożonych. A przecież to szczególnie wrażliwe dane i powinny być chronione. W jaki sposób żandarmeria przejęła te dokumenty? Tego nie wiem. Zrozumiałem jednak, że moi przełożeni będą próbowali mnie zdyskredytować za wszelką cenę.

12.

Wróćmy do 4 stycznia 2017 roku. Został pan wezwany do komendy głównej. Co było dalej?

Najpierw przekazałem moje akwarium, które znajdowało się w kancelarii, kolegom z oddziału specjalnego. Potem przyszedł ppłk Bełtowicz i powiedział, że muszę iść do komendanta głównego gen. Połucha.

Poszedł pan?

Poszedłem. Mogłem odmówić, ale tego nie zrobiłem. Przed kancelarią gen. Połucha stał już człowiek z wykrywaczem metali. Sprawdził też, czy nie mam urządzeń do nagrywania. Wtedy pomyślałem, że coś szykują.

W gabinecie był też szef kadr żandarmerii. Zamknęły się drzwi. Oddałem honory po cywilnemu. Wtedy komendant powiedział, że już nie mogę służyć w żandarmerii i wręczył mi decyzję o przeniesieniu do rezerwy kadrowej. Trochę się zmartwiłem, ale potem pomyślałem: „Właściwie to super. Pozbędę się tego całego problemu”.

Miałem zresztą przejść do Sztabu Generalnego Wojska Polskiego na wyższe stanowisko – podpułkownika. Przeszedłem nawet kwalifikacje. Podpisałem więc kwit.

Wtedy gen. Połuch pokazał mi anonim. Napisano tam, że gram na giełdzie, że spotykam się z jakimiś dziewczynami, że jestem na zwolnieniach od psychiatry. Najgorszy był zarzut, że nic nie robię, dlatego nie powinienem służyć w wydziale wewnętrznym. A przecież tyle, ile spraw zrobiłem, nikt przede mną nie zrobił.

Zgodził się pan już na przeniesienie do rezerwy kadrowej. Po co pokazano panu ten anonim?

Anonim to nie wszystko. Później gen. Połuch wyciągnął jeszcze dość gruby skoroszyt. Powiedział, że tam są zdjęcia, które mnie kompromitują wobec żony. Oświadczył, że ona o wszystkim się dowie, jeśli zamelduję do ministra Macierewicza o nieprawidłowościach w żandarmerii. To była masakra. Komendant główny w obecności szefa kadr żandarmerii szantażował mnie, bym nie meldował o nieprawidłowościach do ministra.

Co wtedy pan zrobił?

Służba w oddziale specjalnym i doświadczenie życiowe nauczyły mnie, że nie należy się poddawać, a tym bardziej że nie mogę dać się szantażować. Poszedłem do domu i powiedziałem o wszystkim żonie. Może całkiem fair wobec niej nie byłem, ale powiedziałem, jak jest, by nie dać się szantażować. Trochę ciężko mi o tym mówić…

Jak zareagowała żona?

Zmyła mi głowę i miała rację. Były ciche dni, ale kocham ją i jej ufam. Mamy zresztą trójkę wspaniałych dzieci.

Co ze Sztabem Generalnym? Nie trafił pan tam.

Zadzwonił oficer i powiedział, że jest zakaz przyjmowania mnie. Poszedłem więc do świeżo tworzonych Wojsk Obrony Terytorialnej na kwalifikacje. Przeszedłem je. Powiedzieli, że mnie potrzebują. Miałem uczyć młodych żołnierzy strzelać z moździerzy, czyli robić coś, czego uczyłem się w Szkole Oficerskiej Artylerii.

13.

A co ze spotkaniem z ministrem?

20 lutego 2017 roku udało mi się wreszcie do niego dostać. Zadzwoniono do mnie i usłyszałem, że mam być na ul. Klonowej o godz. 9.00. Stawiłem się. Wpisano mnie w zeszyt. Przez telefon rozmawiałem z sekretarką ministra. Dopytywała, czy na pewno jestem umówiony. W końcu oddzwoniła i powiedziała: „Minister pana przyjmie. O godz. 14.30”. Wszedłem na teren. Widzieli mnie ludzie z oddziału specjalnego, którzy chronią ministra. Pomachali mi, bo mnie znają.

Minister mnie przyjął ok. godz. 16.00. Miałem pakiet dokumentów. Wszystko mu dałem.

Co na to minister Macierewicz?

Na początku nie był zainteresowany, ale wkrótce oczy zaczęły mu rosnąc jak po kawie. Zadawał coraz konkretniejsze pytania. Zasugerowałem, że mogę poddać się badaniu na wariografie. Minister odparł, że to nie jest potrzebne. Zapewnił, że zajmie się sprawą i będzie dobrze. Opowiedziałem mu też o szantażowaniu mnie przez gen. Połucha. Minister poprosił, bym nie zgłaszał tego do prokuratury. Obiecał, że tym również się zajmie. Kamień spadł mi z serca.

 Foto: Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

14.

Dalszy rozwój wypadków jednak pana zaskoczył…

O tak i to bardzo. 22 marca 2017 roku o świcie przyszli do mnie policjanci z Biura Spraw Wewnętrznych KG Policji i zakuli mnie w kajdanki na klatce schodowej. Nie mam pretensji do zwykłych funkcjonariuszy. Wykonywali rozkazy. Mieli też postanowienie prokuratora wojskowego ppłk. Piotra Tuchorskiego. Jeden z nich w domu powiedział mi: „Panie majorze, jak patrzę na pana mieszkanie i trójkę dzieci, to coś mi tu nie pasuje”.

Policjanci przeszukali mieszkanie i auto. Zabrali cały sprzęt: komputery, telefony, nośniki pamięci.

U Krzysztofa Kopcia i kilku innych osób też były przeszukania. Kopeć na temat mojej sprawy zrobił film i zamieścił go na YouTube.

Krzysztof Kopeć mówi o tym przeszukaniu bardzo emocjonalnie. Porównuje działania policji do metod rodem z PRL-u.

Nie dziwię się, zabrali mu cały sprzęt, na którym miał materiały do pracy naukowej, telefony, dokumenty zupełnie niezwiązane ze sprawą. Po co to wszystko?

Dlaczego zatrzymała pana policja, a nie żandarmeria? Przecież był pan wówczas żołnierzem.

Rzeczywiście przepisy są takie, że powinni mnie zatrzymać żandarmi. Nie wiem, czemu tego nie zrobili. Mogę się tylko domyślać, że się bali. Znam większość z nich. Dodatkowo jako oficer wydziału wewnętrznego kontrolowałem ich i sprawdzałam. Podczas tej akacji przeszukania zrobiono też u osób cywilnych. Może teraz żandarmeria będzie się tym podpierać.

15.

Został pan przewieziony na przesłuchanie.

Tak. Pojechaliśmy do Prokuratury Okręgowej w Warszawie Wydział do spraw Wojskowych na ulicy Nowowiejskiej. Tam chciałem już zgłosić informacje o nieprawidłowościach w żandarmerii, ale prokurator Tuchorski przy policjancie z BSW KG Policji stwierdził, że nie będzie słuchać moich zawiadomień. Powiedział, że mogę je zgłaszać oddzielnym trybem.

Zostały panu postawione zarzuty?

Tak. Ujawnienia informacji osobom nieuprawnionym. Komendant główny był pewien, że po tym wszystkim się złamię, że pęknę, szczególnie po kajdankach. Przeliczyli się. Już 23 marca 2017 roku kupiłem nowy sprzęt komputerowy i zacząłem pisać zawiadomienia do prokuratury, segregować dokumenty, które mi zostały, wyciągać z e-maili, co się da. Działać, by udowodnić, kto tu jest przestępcą, a kto jest niewinny.

EPILOG

Major Robert Pankowski złożył 22 zawiadomienia do Prokuratury Wojskowej, Sądu Wojskowego w Warszawie i Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

Ujawnił informacje m.in. o wyłudzeniach finansowych, braku nadzoru nad bronią w Centrum Szkolenia ŻW w Mińsku Mazowieckim, rozprowadzania pornografii dziecięcej przez funkcjonariusza żandarmerii, molestowaniu kobiet w tej formacji, przypadkach mobbingu wobec żołnierzy i pracowników cywilnych, wyłudzeniach pieniędzy służbowych. Gros spraw związana jest z przekraczaniem uprawnień przez wysokich rangą funkcjonariuszy żandarmerii, w tym komendanta głównego gen. Tomasza Połucha i jego zastępcę gen. Roberta Jędrychowskiego.

Wokół mjr. Pankowskiego skupiła się grupa byłych i obecnych żołnierzy Żandarmerii Wojskowej, którzy byli świadkami przestępstw oraz nielegalnych działań tej formacji. Kontaktują się z nim również żołnierze z innych formacji Wojska Polskiego, którym żandarmeria zniszczyła kariery w armii, na koniec nie udowadniając przestępstw.

Poniżej pełne odpowiedzi Żandarmerii Wojskowej na nasze pytania. Robert Pankowski zgodził się, by ujawnić fragment odnoszący się do jego stanu zdrowia.

(JaS,ks)

 

TVP pokazała spot na 5-lecie śmierci Jadwigi Kaczyńskiej

(screen Twitter.com / TVP Info)

W środę 17 stycznia TVP Info pokazała spot poświęcony pamięci Jadwigi Kaczyńskiej, matki Lecha i Jarosława Kaczyńskich.

Film składa się z serii obrazów ukazujących różne etapy życia zmarłej pięć lat temu Jadwigi Kaczyńskiej. Spot został pokazany w TVP Info.

press.pl

Pudrowanie choroby PiS

Pudrowanie choroby PiS

Jarosław Kaczyński nie wycofa się z demolowania kraju.

Niemal niezauważalnie dla polskich mediów rozpoczęły się w Berlinie rozmowy szefów MSZ Polski i Niemiec. Następca Witolda Waszczykowskiego Jacek Czaputowicz wydaje się być zaprzeczeniem poprzednika, a w każdym razie tak chcą go widzieć Niemcy.

„Die Welt” wita Czaputowicza ze zrozumieniem: – „Nowo mianowany szef polskiej dyplomacji Czaputowicz ma ciężką misję w Berlinie – powinien poprawić zakłócone relacje z Niemcami”. A więc robi dużo inaczej niż jego poprzednik. Dziennik już w tytule stawia pytanie: „Reparacje?” i odpowiada: „Brak tematu dla polskiego ministra”.

Czy tak rzeczywiście jest? Szef niemieckiej dyplomacji Sigmar Gabriel po spotkaniu z polskim ministrem zdefiniował cel spotkania, iż Niemcy są bardzo zainteresowani, aby wraz z Polską i innymi partnerami UE stabilizować sytuacje UE.

Padły też „nieśmiertelne” od dwóch lat – tyle, ile rządzi PiS – stwierdzenia o reparacjach wojennych. Gabriel orzekł, że ta kwestia została uregulowana na początku lat 90-tych: – „Mamy pozycję jasną pod względem prawnym – otóż wszystkie kwestie reparacyjne zostały uregulowane końcowo, rząd wybrany demokratycznie na początku lat 90. to potwierdził”. To według niemieckiego ministra zamyka temat i zaproponował, żeby tą kwestią zajęły się środowiska naukowe. Czyli krótko pisząc: historycy.

Co na to polski minister? Czaputowicz dość anemicznie się przeciwstawił, najpierw zastosował pisowską argumentację, a następnie uciekł się do znamiennego dla tej partii qui pro quo. Otóż Czaputowicz powołał się na wolę suwerena, iż „chcielibyśmy, żeby (debata) była prowadzona, społeczeństwu polskiemu należy się”.

Niestety, politycy PiS budują poparcie na resentymencie wobec Niemiec. A zamierzoną pomyłką w ustach Czaputowicza jest stwierdzenie: – „Przyjmuję propozycję ministra Sigmara Gabriela, by eksperci dyskutowali na ten temat”. Typowa dla partii Kaczyńskiego celowa pokrętność, aby „dyskusję naukowców”, tj. historyków, pomylić z dyskusją (negocjacjami) ekspertów.

Ale i tak Czaputowicz zaprezentował się o niebo lepiej od Waszczykowskiego. W związku z tym jeden z prawicowych publicystów (W. Gadowski) nazwał Czaputowicza – KAPUTowiczem. Czaputowicz odniósł jakiś sukces, Gabriel nie wykluczył odnowienia rozmów ministrów dyplomacji w formacie Trójkąta Weimarskiego.

Nie oczekujmy jednak, aby nowy rząd nagle odbudował pozycję Polski w Unii Europejskiej, gdyż wiązałaby się z tym zupełnie inna polityka wewnętrzna. Kaczyńskiego nie stać na to, aby unieważnić niekonstytucyjne ustawy, czyli wycofać się z demolowania kraju i przyznać się do tego.

Na razie mamy do czynienia z pudrowaniem wizerunku władzy PiS, tak jak w XVII i XVIII wieku pudrowali swoje oblicza francuscy arystokraci, aby ukryć wykwity chorób wenerycznych. Władza PiS jest chora i w zapaści, tj. niemocy. Na tym swoją siłę może zbudować opozycja.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Róża Thun: Nie odpuszczę Czarneckiemu tego oszczerstwa

Róża Thun: Nie odpuszczę Czarneckiemu tego oszczerstwa

Pan Czarnecki powtarza z lubością swoje oszczerstwa. Widzę w tym maksimum złej woli, albo totalny brak świadomości tego, co powiedział. Kompletny brak znajomości historii Polski – mówi w rozmowie z nami eurodeputowana PO Róża Thun i zapowiada, że nie może odpuścić Ryszardowi Czarneckiemu z PiS jego obelżywych słów pod jej adresem o „szmalcownikach”. I dodaje: – Niespodziewanie i z przytupem PiS nagle przyznał, że Polacy nie wyłącznie ratowali Żydów podczas okupacji. Nagłaśniane są zatem najciemniejsze karty naszej historii

JUSTYNA KOĆ: Ryszard Czarnecki porównał panią do szmalcowników z okresu II wojny światowej po tym, jak wystąpiła pani w dokumencie francusko-niemieckiej telewizji Arte na temat Polski. Dokument miał wydźwięk, że w Polsce jest zagrożona demokracja. Czy nie uważa pani, że to był błąd? Tak uważa poseł Czarnecki.

RÓŻA THUN: Nie uważam, że błędem jest mówienie prawdy, a w Polsce demokracja jest bardzo poważnie zagrożona.

Opinii posła Czarneckiego radzę nie czytać, bo używa słów i wygłasza zdania, których, wolałabym wierzyć, nie rozumie.

Zapowiedziała pani złożenie pozwu wobec Ryszarda Czarneckiego i Tomasza Sakiewicza. Kiedy to nastąpi?

Pozew przeciwko Tomaszowi Sakiewiczowi jest już prawie gotowy, ponieważ to starsza sprawa i już od jakiegoś czasu pracowałam nad nim, przeciwko panu Czarneckiemu jestem w trakcie pisania i oczywiście złożę obydwa, myślę, że w najbliższym czasie.

Nie odpuści pani?

Nie mogę, bo tu chodzi o przestrzeń publiczną, która jest niszczona takimi strasznymi wypowiedziami. Nie można na to pozwalać, tym bardziej, że coraz częściej to obserwujemy, chociażby w telewizji publicznej, gdzie pan Czarnecki i Sakiewicz ciągle występują.

Ryszard Czarnecki nie przeprosił pani za swoje słowa?

Absolutnie nie, a to nie są słowa, które mogą się „wyrwać” czy „wymsknąć”. Zresztą

pan Czarnecki powtarza z lubością swoje oszczerstwa. Widzę w tym maksimum złej woli, albo totalny brak świadomości tego, co powiedział. Kompletny brak znajomości historii Polski.

Zresztą tu nie chodzi o to. Pan Czarnecki jest wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego i to jest niedopuszczalne, bo przecież on reprezentuje nas wszystkich, tak samo mnie, jak i pozostałe 749 osób zasiadających w ławach PE. Takie zachowanie u człowieka na takim stanowisku jest niedopuszczalne.

Jego odwołania domagają się też szefowie 4 największych frakcji w PE. Wystosowali w tej sprawie pismo do przewodniczącego PE. Wiadomo, kiedy Antonio Tajani podejmie decyzję?

Posiedzenie szefów grup politycznych będzie w czwartek, wtedy będą również rozmawiać o możliwości zastosowania art. 21 regulaminu PE, który mówi o usunięciu z funkcji wiceprzewodniczącego PE.

Ma pani przecieki, jaka to będzie decyzja?

Nie interesuję się tym.

Ryszard Czarnecki się broni. Do europarlamentarzystów i dziennikarzy zagranicznych są wysyłane masowo maile – to akcja jednego z prawicowych portali, niezależna.pl, związanego z „Gazetą Polską”. Akcja umożliwia za jednym kliknięciem wysłanie 100 maili.

To akcja finansowana poniekąd przez PiS, a także samego pana Czarneckiego, który jest przewodniczącym rady nadzorczej wydawcy „Gazety Polskiej Codziennie”.

To zagranie fair?

Wie pani, ja nie chcę oceniać w ten sposób zachowania pana Czarneckiego. Tym już zajmą się organy w PE i sąd w Polsce. Natomiast w PE skrzynki europosłów są zapchane. Maile w ogromnej większości przychodzą z anonimowych kont. W poniedziałek w „Wiadomościach” TVP sama pani Holecka zachęcała do pisania. Niestety, efekt jest taki, że wielu się dowiedziało, co to jest niezależna.pl, jaki związek z tym ma pan Czarnecki, a to wszystko jeszcze lepiej pokazuje, co dzieje się w Polsce. Już nie będę wspominać o tym, że odbiorców to bardzo irytuje, ani o tym, że przeszli szybką lekcję polskiej historii i już wiedzą, kto to był szmalcownik, czym się zajmował. Po prostu

niespodziewanie i z przytupem PiS nagle przyznał, że Polacy nie wyłącznie ratowali Żydów podczas okupacji. Nagłaśniane są zatem najciemniejsze karty naszej historii.

Z tej akcji spamowania europosłów wynikają same złe rzeczy.

Sam list jest napisany w sposób, który oczernia Polskę. Oto fragment: „Przeprowadzana reforma sądownictwa likwiduje rażącą niesprawiedliwość i korupcję w wymiarze sprawiedliwości. Przerwano kryminalne procesy okradania polskiej gospodarki i niszczenia ekonomicznego zwykłych obywateli”.

To jest straszne oszczerstwo pod adresem wielu polskich instytucji i takie listy przychodzą do wszystkich europosłów i dziennikarzy. Sponsorowane są przez partię rządzącą, przy udziale gazet, portali i głównego wydania „Wiadomości” z naszych podatków.

To jest jakiś absurd, że główne wydanie „Wiadomości” zachęca, żeby spamować skrzynki posłów w PE.

To niespotykane zjawisko, i to jeszcze oszczerczym listem pod adresem Polski, która do niedawna cieszyła się ogromnym szacunkiem, ba, była podziwiana!

W liście dostało się tez Unii. „Polacy nie tylko nie chcą być Europą drugiej prędkości, ale też nie chcą być traktowani jako obywatele drugiej kategorii w UE. Niestety, dzielenie państw i narodów na lepsze i gorsze zaczyna być w Unii normą” – czytamy w liście.

Ludzie, którzy mówią o lepszym i gorszym sorcie, widocznie taki mają sposób myślenia i nie są w stanie zrozumieć, czym jest ponadnarodowa wspólnota.

Hasła faszystowskie na marszu w Warszawie, wieszanie portretów europosłów na szubienicach, teraz wysoki rangą polityk z partii rządzącej używa określenia „szmalcownik”. Dokąd to zmierza?

Wszędzie, gdzie są budowane podziały, nie tylko w Polsce przez partię rządzącą, ale wszędzie na świecie i w Europie, to jest niezwykle niebezpieczne. Także

robienie antyniemieckiej kampanii, odradzanie resentymentów w stosunku do naszego bardzo ważnego sąsiada, z którym udało się ciężką pracą obu stron zbudować dobre stosunki, jest czymś niebezpiecznym.

Ja jestem tu tylko przykładem tego, co się dzieje, jestem niejako instrumentem, ale to wszystko może nas drogo kosztować.

Nacjonalistyczne zachowania, które nie są karane w Polsce, symboliczne wieszanie posłów, to przekraczanie kolejnych granic. Niedawno pewien stary Włoch mówił mi, że gdy we Włoszech rodził się faszyzm, to nikt nie traktował tego na poważnie. Nikomu do głowy nie przychodziło, że to może się zakorzenić i doprowadzić do takich konsekwencji. Jakich? Wszyscy wiemy. Dlatego

każde odruchy nacjonalistyczne trzeba traktować bardzo serio, bo historia Europy jest pełna przykładów, co z dzielenia Europy może wyniknąć.

Po to jest zresztą UE, czego niektórzy nie mogą zrozumieć, abyśmy nawzajem się pilnowali. To jest wyraz troski. Tak samo przyglądamy się, co się dzieje we Francji, Niemczech, w Portugalii czy w Hiszpanii.

Jeszcze niedawno Polska patrzyła z trwogą na to, co dzieje się na Węgrzech.

To prawda. Zresztą rezolucje powoli odnoszą też skutki na Węgrzech. Teraz Orbán zapowiedział, że przyjmie uchodźców, oczywiście musiał to ubrać w słowa na potrzeby własnej polityki wewnętrznej, ale przekaz jest jasny: Węgry przyjmą uchodźców.

Jarosław Kaczyński będzie musiał złagodzić politykę antyuchodźczą, albo zostanie sam?

On już od dawna jest sam jeden. Przecież on opiera politykę w Unii Europejskiej o to, co zrobi Orbán. Tylko

dla Viktora Orbána najważniejsze jest silne członkostwo w Unii Europejskiej i nie będzie go narażał dla jakichś innych celów. Dlatego zapowiedział, że przyjmie uchodźców, ale na swoich warunkach.

Przecież każdy kraj może przyjąć uchodźców na swoich warunkach, my też możemy. Polskiemu rządowi było proponowane, aby wybrał osoby, które przyjmie. Na tym przykładzie dokładnie widać, że dla Orbána najważniejsza jest Unia i to, aby zapadały w niej decyzje przyjazne dla Węgier. Polskiemu rządowi, jak widać, na tym nie zależy. Zobaczymy jeszcze, jak nowy rząd będzie się zachowywał.

A jak mówi się w Europie o nowym premierze?

W ogóle się nie mówi, dlatego że

różnica między Orbánem a przedstawicielami polskiego rządu jest taka, że jak się rozmawia z Viktorem Orbánem, to wiadomo, że się rozmawia z człowiekiem, który podejmuje decyzje. A jak przyjeżdża polski premier czy przedstawiciele rządu, to i tak wiadomo, że decyzje zapadają gdzie indziej.

Zresztą nie ma żadnych nowych deklaracji, a nawet dobrą angielszczyzną nie da się nikomu wytłumaczyć, że łamanie konstytucji to jest praworządne zachowanie. Zresztą nie słyszałam deklaracji, że zostaną opublikowane wyroki TK, albo że nie będą wymieniani sędziowie w sądach, nie słyszałam też od nowego premiera, że będzie przestrzegać konstytucji.

I pewnie nie usłyszymy tego, bo właśnie w życie weszła niekonstytucyjna ustawa o KRS, a prezydent podpisał nowelizację Kodeksu wyborczego.

I tego w Europie nie przykryją nawet oksfordzka angielszczyzna i nienaganne maniery.

Ale przynajmniej pojawił się jakiś dialog. Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz wyszedł z inicjatywą spotkania się z Fransem Timmermansem. Powiedział też, że chciałby, aby sprawą badania praworządności w Polsce zajął się Unijny Trybunał Sprawiedliwości, czym wprowadził wszystkich w konsternację.

Zakładam, że pan Czaputowicz dobrze zna się na funkcjonowaniu instytucji europejskich, więc nie wiem, po co składa takie dziwne propozycje. Trybunał Sprawiedliwości to jest sąd. Jak wpłynie skarga, to się nią zajmie.

Unia Europejska nie funkcjonuje w taki sposób, że kraj sobie wybiera, który organ ma się zajmować jego sprawą. To określają traktaty, ale cały czas możliwy jest jeszcze dialog. Rząd polski nie chciał rozmawiać z Komisją Europejską, nie chciał z Komisja Wenecką, może będzie chciał z Radą,

a na tym właśnie polega procedura słynnego artykułu 7.1. Więc oby rząd skorzystał z danej mu szansy i uzgodnił z Radą, czyli przedstawicielami państw członkowskich Unii, jak wycofać się z łamania praworządności i wrócić na drogę państwa prawa.

wiadomo.co

Marek Belka: PiS ma dużo szczęścia w gospodarce

Marek Belka
Rzeczpospolita, Jerzy Dudek
Za kilka lat PiS może doprowadzić do wyjścia Polski z Unii. Teraz robi się wszystko, żeby obrzydzić Unię Polakom, stawiając ją w roli okupanta. Prędzej czy później Mateusz Morawiecki będzie musiał podjąć poważną debatę na ten temat – mówi Jackowi Nizinkiewiczowi były premier, minister finansów i szef NBP Marek Belka.

Rz: Imponuje panu Mateusz Morawiecki?

Marek Belka: Oczywiście, że imponuje! Zarobił duże pieniądze, zapewnił byt rodzinie i realizuje teraz swoje ambicje polityczne.

A jako autor planu Morawieckiego, który zapowiada szybki rozwój Polski?

Tutaj już jest znacznie trudniej. Wiele podstawowych decyzji, które mają wpływ na gospodarkę, zostało podjętych poza Mateuszem Morawieckim, chociażby nieszczęsne wcześniejsze emerytury. A to ma istotny wpływ na realizację planu.

Chwali pan Morawieckiego m.in. za poprawę ściągalności podatków i ograniczenie skali wydatków budżetowych.

Jak jest za co, to chwalę.

Mateusz Morawiecki jako premier ociepli wizerunek Polski na świecie i ściągnie do kraju zagraniczne inwestycje?

To bardzo interesujący problem. Jednym z pierwszych zawołań Morawieckiego była chęć uniezależnienia się, „zdekolonizowania Polski”. Słyszeliśmy, że mamy zbyt dużo zagranicznego kapitału, który nas uzależnia. Morawiecki liczy jego zaangażowanie w kraju jako zadłużenie, od którego dywidendy są przecież transferowane za granice. Po dwóch latach rządów PiS jest już jasne, że jeżeli mamy szanse na zwiększenie stopy inwestycji, to tylko na skutek większego napływu kapitału zagranicznego.

Po rekonstrukcji rządu opinia o Polsce poprawiła się na tyle, że inwestorzy zagraniczni mogą do nas napływać?

Swoją twarzą i nazwiskiem zachęcam inwestorów zagranicznych do pozostania i rozszerzenia swojej działalności w Polsce.

Jest pan patriotą gospodarczym?

A żeby pan wiedział! Nie mam problemu z nacjonalizmem gospodarczym. Jestem patriotą gospodarczym. Zachęcajmy inteligentnie inwestorów, ale nie poprzez akty strzeliste, tylko poprzez konsekwentne wspieranie przedsiębiorczości. Także polskich, których ten rząd wydaje się niezbyt lubić.

Przecież szuka zachodnich inwestorów.

Nie da się zachęcać do zagranicznych inwestycji, jednocześnie mówiąc o nadmiernym wpływie zagranicznego kapitału w Polsce, repolonizacji i dokonując gwałtownych zmian w prawie.

Nie da się przyciągać inwestorów do Polski, krytykując transformację gospodarczą, która uchodzi za modelową na świecie. Gospodarcze przejście z PRL do III RP postrzegane jest na świecie jako cud gospodarczy. Premier Morawiecki sam sobie zaprzecza, a przy tym wydaje się uważać, że co powie na użytek wewnętrzny, to nie zostanie usłyszane poza granicami kraju. Błąd!

Dziś sytuacja gospodarcza Polski jest wyjątkowo dobra.

Trochę zbiegiem okoliczności. Jest bardzo dobra koniunktura w Polsce. Bardzo dobra koniunktura wokół Polski. To powoduje, że deficyt budżetowy jest w Polsce niski, a w tym roku może być wyjątkowo niski.

Dlaczego?

Po części dlatego, że nie zrealizujemy wydatków majątkowych. Po listopadzie plan wydatków majątkowych zrealizowaliśmy na poziomie 47 proc.

Co to znaczy?

Nie wydajemy pieniędzy przez strach, brak umiejętności i brak decyzyjności. Będzie błędna decyzja, będzie CBA. Strach paraliżuje.

Wróćmy do tego, co pan mówi zagranicznym inwestorom o Polsce.

Mówię, że Polska jest krajem stabilnym, który rozwijał się w sposób stabilny i zrównoważony. I to jest kontynuowane.

Z kolei Morawiecki o transformacji i Balcerowiczu mówi jak najgorzej.

I od słów Morawieckiego o transformacji aż mnie zęby bolą i plomby wypadają. Podobnie jak na temat sądownictwa w Polsce. To wszystko przebija się za granicę. Podobnie jak to, że sądy w Polsce są poddane kontroli rządu. I tu zaczynają się schody. Dla zagranicznych inwestorów zmiany w polskim sądownictwie to dodatkowe ryzyko inwestycyjne. Jednak to, co mówi Morawiecki, nie pokrywa się z tym, co robi.

Jak to?

Rozwlekł w czasie wcześniejsze emerytury, co jest dobre dla stabilności państwa. Kwotę wolną od podatku rozwodnił. Nie dopuścił do destrukcji systemu bankowego, która mogła nastąpić, gdyby wprowadzić skrajne warianty ustawy frankowej.

500+?

Morawiecki nie miał nic do powiedzenia w sprawie 500 + i wcześniejszych emerytur.

Media przesadzają, kreując go na wielkiego pana na polskiej gospodarce. Wielkim panem na polskiej gospodarce jest PiS. Ale wracając do pańskiego pytania – gospodarka pozostaje zrównoważona. Udało się zwiększyć ściągalność podatków. 500+ działa już dwa lata i nie rozwaliło to nie tylko gospodarki państwa, ale nawet budżetu. Inflacja to 2 proc., a nie 6 czy minus 2.

Same plusy.

Nie. Długofalowe mikroekonomiczne fundamenty wzrostu są podminowywane. Na dłuższą metę grozi nam zasadnicze spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego. Decyduje o tym demografia i niska skłonność do oszczędzania.

W czasie serii wyborów, która jest przed nami, gospodarka będzie miała się w Polsce dobrze?

Skoro koniunktura w Europie i na świecie będzie dobra, a wszystko na to wskazuje, to i w Polsce będzie dobrze w 2018 i 2019 roku. W najbliższym czasie spodziewam się też, że szybko będą rosły płace.

Dobra wiadomość.

A zła jest taka, że zaczną przyspieszać ceny. Nie wierzę w oficjalne wskaźniki, że inflacja będzie bardzo niska. Koszty pracy zaczynają już rosnąć w całej gospodarce.

Efekt najniższego bezrobocia właśnie za rządów PiS.

PiS ma szczęście. Mamy milion Ukraińców.

Uchodźców.

Rządzący nie powinni nazywać Ukraińców uchodźcami. Jeśli oni poczują się w Polsce źle i pojadą dalej, choćby do Niemiec, to polska gospodarka będzie miała problem. Premier Morawiecki z wicepremier Szydło będą pierwsi prosić Ukraińców, żeby zostali w Polsce. Polska gospodarka potrzebuje imigrantów. Potrzebuje również uchodźców.

Stać nas na 500+?

To program na kredyt, co przyznał sam Morawiecki. Politycznie 500 + jest nie do ruszenia. Dzięki temu jest więcej pieniędzy w obrocie, a biedy mniej. Sądzę jednak, że prędzej czy później PiS będzie musiało podnieść podatki, żeby utrzymać te programy.

W 2006 r. PiS obniżało podatki.

PiS to partia szczęściarzy! Zyta Gilowska obniżyła podatki dzięki dobrej gospodarce pozostawionej przez mój rząd (i Millera). Obniżeniem podatków w okresie bliskim przegrzania destabilizowała finanse publiczne w skali dwa razy wyższej niż 500+.

Ale do dzisiaj PiS przypomina, że to oni obniżyli podatki.

Ekonomicznie to była zbrodnia, która spowodowała, że musieliśmy w latach 2011–2013 zacieśniać budżet, tym samym ograniczać tempo wychodzenia ze spowolnienia wywołanego przez kryzys światowy.

Ilekroć rządzi PiS, gospodarka zaczyna rosnąć?

Tak twierdzi PiS i wtórujące mu media. Na gospodarkę trzeba zawsze patrzeć z perspektywy dwóch lat. Za dobrą sytuację gospodarczą, dzięki której PiS mogło sobie pozwolić na obniżkę podatków [w latach 2005–2007 – red.], odpowiadał rząd SLD. Za dobrą sytuację dzisiaj odpowiada rząd PO–PSL. PiS w kampanii mówiło, że polska gospodarka jest w ruinie. To kłamstwo przyniosło sukces. W polityce prawdy nie należy mówić. Najpierw wmówili ludziom, że kraj jest w ruinie, i ci zagłosowali. Nikt po wyborach o tym nie mówił, a gospodarka była na trajektorii zrównoważonego wzrostu. Teraz mamy z tego korzyść.

Polakom żyje się lepiej, ale głównie nie dzięki PiS?

Jeśli Polakom będzie się żyło dobrze za dwa lata, będzie to już zasługa głównie PiS. Gdy budżet wytrzyma 500+ i inne „programy plus”, Morawiecki z Kaczyńskim będą triumfować przez kolejne lata.

Rząd Morawieckiego to nowy początek?

W Polsce wszyscy wiemy, że rząd Morawieckiego jest kierowany, jak poprzedni, z Nowogrodzkiej. Ale prostą kontynuacją rządu Szydło bym go nie nazwał.

Reakcja tego i poprzedniego rządu na przyjęcie euro w Polsce jest identyczna – „nie”!

Bez zaskoczeń. Od dłuższego czasu prawie nie dyskutuje się na temat euro, także w środowisku ekonomicznym. Dlatego dobrze, że dyskusja została wznowiona przez „Rzeczpospolitą”. Myślę, że premier Morawiecki zdaje sobie sprawę, jak ważny jest to temat. W środowisku ekonomistów zacznie się stawiać istotne pytania. Dwa ostatnie lata przyniosły dwie zmiany: strefa euro się wzmacnia, a polska gospodarka na dłuższą metę się osłabia. Kryteria przyjęcia euro Polska w zasadzie już spełnia.

Czas zacząć poważną debatę na temat przyjęcia euro.

Rządzący nie chcą dyskusji, twierdzą, że ceny w Polsce poszłyby w górę, a nasz kraj mógłby skończyć jak Grecja.

Nigdzie po przyjęciu euro ceny znacząco nie wzrosły. Był efekt cappuccino we Włoszech, ale nie wykluczam, że we włoskich kafeteriach wykorzystano wprowadzenie euro dla podniesienia cen. Dyskusja o euro może się Polsce przydać przy okazji ewentualnego Polexitu.

Może do niego dojść?

Polexit trzeba brać pod uwagę. Nie za rok, dwa, ale za kilka lat PiS może doprowadzić do wyjścia Polski z Unii. Teraz robi się wszystko, żeby obrzydzić Unię Polakom, stawiając ją w roli okupanta. Gra się na emocjach Polaków. Ale prędzej czy później premier Morawiecki będzie musiał podjąć się poważnej debaty. Polska poza strefą euro będzie marginalizowana w Unii i zacznie na tym tracić.

Dzięki dobrej koniunkturze na świecie i dobrej sytuacji gospodarczej PiS wygra kolejne wybory?

PiS ma bardzo dużo szczęścia w gospodarce. Ofensywna polityka socjalna też bardzo pomaga. PiS do rządzenia przygotowało się bardzo dobrze.

Na cztery lata czy osiem?

Przygotowali się na dwadzieścia cztery lata rządzenia. Ale czy im to się uda? Wątpię.

A na osiem?

Jeśli PiS przegra wybory samorządowe, to dzisiejsze dobre sondaże będą bez znaczenia. Nawet jak jest dobrze, to ludzie bardzo szybko się do tego przyzwyczajają i myślą, tak musi być zawsze. Ja politykom doradzać nie będę, bo znikają jak pan Petru. Rozbita opozycja zostanie w wyborach rozniesiona w pył. Zjednoczona opozycja może odwrócić dynamikę. To, co się wydarzyło w 2015 roku podczas wyborów parlamentarnych, zostało napisane po pierwszej turze wyborów prezydenckich. Żółta kartka dla PiS w wyborach samorządowych może doprowadzić do lawiny wyborczej i serii porażek partii rządzącej. Do wyborów wiele może się wydarzyć.

Rekonstrukcja rządu to dobry sygnał dla Zachodu?

Ten nowy rząd jest OK! Pani Emilewicz, pani Czerwińska, pan Kwieciński czy pan Kowalczyk za pana Szyszko. Te zmiany to dobry prognostyk dla UE. I ładna twarz.

Znakiem zapytania jest pan Czaputowicz.

Nowy szef MSZ. Nie będzie ministrem malowanym, jeśli zdymisjonuje Jana Parysa, który mówił nierozsądne rzeczy o Ukrainie. Jednak mam wrażenie, że prawdziwym szefem MSZ będzie Mateusz Morawiecki. Kiedy byłem premierem, to choć miałem u boku ministra Cimoszewicza, a potem Rotfelda, w sprawach zagranicznych ja byłem ustami Polski.

rp.pl

Kluby „Gazety Polskiej” to bitne wojsko PiS. Są wściekli na Dudę. Utopią mu drugą kadencję?

Jacek Gądek Jacek Gądek, 18.01.2018

Prezydent RP Andrzej Duda i redaktor naczelny 'Gazety Polskiej' Tomasz Sakiewicz.

Prezydent RP Andrzej Duda i redaktor naczelny ‚Gazety Polskiej’ Tomasz Sakiewicz. (Andrzej Hulimka/REPORTER / REPORTER)

Najbardziej aktywny i najliczniejszy ruch społeczny w Polsce – mówi o Klubach „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz. A dla Jarosława Kaczyńskiego to „oddziały szturmowe armii, która ma maszerować ku zwycięstwu”. Liczą ok. 10 tys. ludzi. Przyczynili się do triumfu Andrzeja Dudy, ale dziś są na niego wściekli.

Najwierniejsi z wiernych. Radykałowie wśród radykałów. Gotowi tyrać dla PiS. Właśnie oni w kilka miesięcy doznają kolejnego upokorzenia. Ich polityczny mistrz – Jarosław Kaczyński – zgodził się na usuniecie z rządu ich wzorca cnót – Antoniego Macierewicza. Za ten dyshonor winią Andrzeja Dudę.

– Obiecałem, że jeśli Macierewicz zostanie zdymisjonowany, to nie zagłosuję na Dudę. A ja w odróżnieniu od pana prezydenta obietnic dotrzymuję – stwierdził w „Do Rzeczy” Sakiewicz. Jeszcze w emocjach, bo godziny po odejściu Macierewicza. Dla Sakiewicza były już szef MON to nie tylko polityk, którego pośród wszystkich zna najdłużej. Ale także przyszywany członek rodziny, bo Macierewicz jest ojcem chrzestnym syna Sakiewicza.

Dla odmiany spójrzmy chłodno na ruch Klubów „GP”.

Widmo śmierci „GP”

Kluby powstały w 2005 r. po to, by „GP” mogła przetrwać. Celem Tomasza Sakiewicza było zrzeszyć swoich czytelników i w razie utraty kontroli nad pismem zabrać ich z sobą pod skrzydła… „Niezależnej Gazety Polskiej”. Widmo upadku wisiało nad całym biedującym środowiskiem „GP”. „Gdyby sprawy poszły źle, kluby przekształcą się w kluby „Niezależnej GP”, a tą wspólnym wysiłkiem natychmiast zamienimy w tygodnik” – pisał Sakiewicz.

Skąd to widmo śmierci „GP”? Tu nieco historii.

W 2005 r. redaktorem naczelnym pisma był jeszcze Piotr Wierzbicki – antykomunista, internowany w stanie wojennym, pisarz, twórca „GP” (’93 r.), autor słynnego „Traktatu o gnidach”. 13 lat temu Sakiewicz z częścią redakcji zarzucili mu odejście od linii pisma na rzecz „michnikofilii”. W redakcji wrzało.

Na domiar w wydawcę „GP” (Niezależne Wydawnictwo Polskie) zainwestowała firma King&King. Sakiewicz początkowo widział w tym możliwość dokapitalizowania ledwo zipiącej „GP”, ale potem – jak twierdził – inwestor chciał wyciąć mu autorów i infiltrować prawicę. Poszedł więc z „królami” na wojnę. A Wierzbickiego ekspresowo pozbył się z redakcji i zajął jego miejsce.

„Najoczywistszy pomysł”

Impuls do powstania klubów Sakiewicz w 2005 r. opisał tak: „Zbierało się na potworną awanturę (z K&K), którą chciałem opóźnić jak się tylko da. Potrzebowałem sojuszników, a tych było bardzo niewielu. (…) Zadzwoniła do mnie jakaś pani z Krakowa, by podziękować za nowe oblicze ‚GP’ (po pozbyciu się Wierzbickiego – red.). Wtedy przyszedł mi do głowy najoczywistszy pomysł: mam tysiące sojuszników. To są przecież czytelnicy ‚Gazety Polskiej’, którzy entuzjastycznie przyjęli zmiany w redakcji. Ale jak wykorzystać ich energię i zapał? To też było oczywiste: trzeba odtworzyć istniejące wiele lat temu kluby „Gazety Polskiej'”.

Bo kluby istniały już wcześniej, ale pojedyncze i bez energii.

Triumf Sakiewicza

Na nowo kluby te narodziły się najpierw w Kielcach, a potem w Krakowie i innych miastach. Było to o tyle łatwe, że nie są formalizowane w świetle prawa. Nie są stowarzyszeniem ani fundacją – po prostu zbierają się czytelnicy, którzy chcą założyć klub. Jeśli Sakiewicz da im swoje błogosławieństwo, to dostają logo gazety i startują.

Po raz pierwszy policzyli się w 2006 r. PO zrobiła swój „błękitny marsz”. Donald Tusk krzyczał „Tu jest Polska!”. W kontrze do Tuska i pod sztandarem „GP” stawiło się kilkaset osób, co uznali za sukces.

Kluby „GP” pomogły Sakiewiczowi – po paru latach batalii – ostatecznie pozbyć się K&K z ze swojego wydawnictwa. Triumfował.

„Rycerstwo” PiS

Animowanie powstawania klubów się jednak nie skończyło. Cały czas się mnożyły, aby pozyskiwać nowych czytelników dla „GP” i sprawdzać, czy jest ona właściwie eksponowana w kioskach. Dziś klubów jest ok. 400, w tym ok. 70 za granicą – w Niemczech, USA czy Australii. Liczą po kilkadziesiąt-kilkaset osób. Łącznie ok. 10 tys. członków.

Przyjęcie do klubu – jak mawia Sakiewicz – „przypomina raczej pasowanie na rycerza”. A do „rycerzy” dochodzą kolejne tysiące sympatyków i bywalców. Kluby są magnesem dla ludzi chcących się obywatelsko zaangażować. Działają także w malutkich miastach zapomnianych przez „warszawkę” i stają się ośrodkami życia publicznego.

Kluby spotykają się co tydzień. Mają walczyć o „IV Rzeczpospolitą”. W lutym ekipa z Wejherowa i Gdańska organizuje po raz trzeci Bal Prawej Strony. Tegoroczny będzie połączony z aukcją charytatywną. Zapowiedziano już wystawienie broszki Beaty Szydło i „Atlasu Kotów” z autografem Jarosława Kaczyńskiego.

A na co dzień zapraszają polityków – głównie PiS – konserwatywnych dziennikarzy albo bliskich sobie artystów. Jak w jednym mieście wybuchnie jakiś konflikt, to pączkują. Nie są „piknikami” i letnimi wyborcami, ale hardymi działaczami – jądrem elektoratu PiS.

Kluby nie mogą jednak wystawiać swoich list w wyborach (to byłaby konkurencja dla PiS), ale członkowie mogą startować. Kluby mogą też wspierać swoich kandydatów na czyichś listach (czyt. PiS) i tak tez robią.

Przełom: Smoleńsk

Wszyscy w klubach mają się trzymać karty klubowicza „GP”.

Dziś najważniejsze zdanie z tej karty brzmi tak: „Od 10 kwietnia (2010 r.) celem działania Klubów ‚GP’ stała się walka o wyjaśnienie wszystkich przyczyn katastrofy w Smoleńsku oraz o godne upamiętnienie jej ofiar”.

Dla całego ruchu przełomem była właśnie katastrofa smoleńska. Wtedy – w latach 2010-11 – ruszyła nowa fala powstawania klubów: tygodniowo po 2-3 nowe. Za patronów zaczęły sobie obierać ofiary katastrofy: Janusza Kurtykę, gen. Andrzeja Błasika…

Od ośmiu lat reprezentanci klubów każdego 10. dnia miesiąca stoją przed Pałacem Prezydenckim. Miesięcznice organizuje Anita Czerwińska – była dziennikarka „GP”, a dziś posłanka PiS. Lokalne komórki organizują swoje uroczystości smoleńskie.

Apele Klubów „GP” są co miesiąc wygłaszane zaraz po przemówieniu Jarosława Kaczyńskiego w dzień miesięcznicy. To próbką ich ducha. „Być wiernym i trwać: to doświadczenie dane nam przez Boga po śmierci naszego prezydenta i naszych przyjaciół” (styczeń 2018). „Walka o prawdę okazała się szkołą charakteru. Z tej szkoły wyszły elity nowego państwa” (jw.). „Nasze spotkania przypominają te sprzed trzydziestu lat, kiedy Polacy chodzili na msze za Ojczyznę odprawiane przez ks. Jerzego Popiełuszkę” (październik 2017). „Wciąż w polityce polskiej i europejskiej widać działania ludzi politycznie i moralnie odpowiedzialnych za dopuszczenie do śmierci polskiej elity i za tuszowanie śledztwa” (marzec 2017).

Ostrze IV RP

Po próbie – jak twierdzono – wrogiego przejęcia „GP” przez King&King, całe środowisko „GP” sprzęgło się ze spółkami powiązanymi z PiS. Już w 2005 r. Sakiewicz pisał do swoich czytelników, że „wszyscy bierzemy udział w nowej przygodzie, która jest elementem walki o ‚IV Rzeczpospolitą'”. Wizja IV RP została skutecznie zawłaszczona przez PiS, więc kluby „GP” mają na celu realizację program PiS. Walcząc przy tym o to, aby też czerpać z władzy. Tyrali przecież w kampaniach PiS i Andrzeja Dudy, nie mogą więc pozostać z niczym.

Dziennikarze i działacze „GP” obsiedli media publiczne. Szczegół, ale symboliczny: szef Klubów „GP” Ryszard Kapuściński ma na antenie Radia Kraków swój program: Radiowy Klub „Gazety Polskiej”. Stałym gościem i komentatorem jest oczywiście Tomasz Sakiewicz. Kapuściński zagaja: – Tomku, jak zwykle Twój komentarz polityczny… A potem łączenia z szefami klubów w kraju i z zagranicy.

Długi marsz

Sakiewicz kilka miesięcy temu pisał: – Od tej pory (2005 r.) zaczął się 12-letni marsz do stworzenia największego ruchu społecznego wśród Polaków. To nasz wkład do odbudowy życia publicznego w Polsce. Życia, które bez klubów wyglądałoby dzisiaj zupełnie inaczej.

I ma tu rację. Kluby przyczyniły się do wygranej Andrzeja Dudy, a potem także PiS. W czasie kampanii rozdawali ulotki Dudy i na własną rękę agitowali za nim. Nieprzypadkowo prezydent dziękował klubom za „ogromne zaangażowanie i wysiłek”.

Wzorce z Torunia i Europy

Masowe Kluby „GP” jako przybudówka PiS ma swoje wzorce i na Węgrzech, gdzie wspierają Wiktora Orbana, i we Włoszech, gdzie animował je Silvio Berlusconi. Na polskim gruncie można się dopatrzyć wzorca z Torunia: Rodzinę Radia Maryja.

Co ciekawe, Tomasz Sakiewicz jeszcze 10 lat temu był w ostrym konflikcie z o. Tadeuszem Rydzykiem. Pisał do papieża Benedykta XVI, że o. Rydzyk krzywdzi Polaków. Szef „GP” poszedł jednak śladem zakonnika i skrzyknął armie swoich czytelników. O. Rydzyk jest dziś w stanie ściągnąć na Jasną Górę po kilkaset tysięcy osób. Kluby były w stanie skrzyknąć ok. 10 tys. osób, by jechać na Węgry wspierać Wikora Orbana.

Sakiewicz mówił niedawno o swoich klubach: – Jest to pierwsza i jedyna niereligijna struktura tego typu w Polsce, która odniosła taki sukces. Jedyna, która nie jest ukrytą partią polityczną.

Faktycznie, kluby te nie są „ukrytą partią polityczną”, ale jawną przybudówką PiS już tak.

Próby naśladownictwa

Odpowiedź opozycji na Kluby „GP” jest marna.

Jest Komitet Obrony Demokracji, który był i liczniejszy, i organizował większe demonstracje niż kluby. Ale KOD poległ szybko – dziś dogorywa. A ruch Sakiewicza? Istnieje i rośnie. KOD był domeną wielkich miast, a kluby są rozsiane po całej Polsce. Także inicjatywa Platformy Obywatelskiej („Kluby Obywatelskie”) nie są w stanie zrównoważyć ich determinacji i masowości.

As w rękawie Sakiewicza

Siła Klubów „GP” jest dziś narzędziem presji Tomasza Sakiewicza na PiS i Andrzeja Dudę. Bo triumwirat władzy – prezydent, prezes PiS i premier – zgodzili się na dymisję Antoniego Macierewicza – tego ani Sakiewicz, ani Kluby „GP” nie zapomną nigdy. Tak jak nie wybaczą prezydentowi długiej wojny z ich guru – zakończonej dymisją.

Sakiewicz wylewa swoje pretensje do prezydenta. Zarzucił już Dudzie, że „zaryzykował, że wyjaśnianie przyczyn tej tragedii nie będzie kontynuowane”. „Sam nic nie zrobił dla prawdy o tym, co się wydarzyło 10 kwietnia” – podkreślał w „DRz”. I groził, że Kluby „GP” już mogą Dudy nie wspierać.

„Trzonem kampanii wyborczych byli aktywiści z różnych ruchów społecznych, w tym z Klubów ‚GP’. Wiem, że ci ludzie już na pewno nic nie zrobią dla Andrzeja Dudy” – podkreślał. Nie rozlepią plakatów. Nie rozdadzą ulotek. A nawet nie zagłosują na Dudę w kolejnych wyborach. Szkopuł jednak w tym, że po zajęciu Pałacu Prezydenckiego Dudzie taki „oddział szturmowy” już nie jest niezbędny.

Zobacz także: Jak Andrzej Duda oddalił się od PiS

gazeta.pl

Trzaskowski: Orban ograł PiS i widać u nich panikę

Rafał Trzaskowski uważa, że Viktor Orban, który zadeklarował, że przyjmie część uchodźców, pokazał PiS, jak być politykiem pragmatycznym.

Viktor Orban ograł PiS i widać u nich panikę. Pokazał im kolejny raz, że można zabiegać o interes narodowy, czasami łamiąc zasady UE, ale można przy tym być politykiem racjonalnym. Jest pragmatykiem a nie dogmatykiem i zostawia PiS na spalonym – mówił gość Radia ZET Rafał Trzaskowski, zapytany o słowa premiera Węgier, który zapowiedział w „Die Welt”, że jego rząd może przyjąć część uchodźców.

To pokazuje gotowość do kompromisów i rozumienie solidarności a rząd PiS idzie w zaparte, zbudował politykę opartą na strachu i znajdzie się na spalonym – dodaje poseł PO. Różnica jest taka, że Viktor Orban sam podejmuje decyzje – jedzie, widzi i kalkuluje. A Beata Szydło i Mateusz Morawiecki muszą się zastanawiać co na końcu powie prezes i to ich paraliżuje – skomentował.

dziennik.pl

%d blogerów lubi to: