Co wynik wyborów samorządowych mówi o przyszłorocznym wyścigu do Sejmu?

Jest coraz bardziej prawdopodobne, że wybory samorządowe 2018 roku zakończą się porażką PiS-u. Problem w tym, że i opozycja zdaje się dotykać szklanego sufitu – komentuje Cezary Michalski.

PiS po tegorocznych wyborach samorządowych nie zdobędzie władzy w polskim samorządzie terytorialnym. Nie będzie rządzić w żadnym większym mieście, ale przegrało także walkę o władzę w województwach. Wedle sondaży przy urnach, lista rządzącej prawicy uzyskała co prawda w wyborach do sejmików wojewódzkich przewagę nad listą Koalicji Obywatelskiej (ta przewaga może się zmniejszyć po faktycznym policzeniu głosów, podobnie jak przed czterema laty, kiedy PiS ostatecznie uzyskało ponad 5 procent mniej głosów, niż wskazywały odtrąbione przez Kaczyńskiego jako wielki tryumf sondaże przy urnach). Nawet, gdyby tym razem sondaże okazały się bardziej precyzyjne, Koalicja Obywatelska i PSL, wsparte przez różnych lokalnych sprzymierzeńców, zachowają władzę w przytłaczającej liczbie województw. PiS poza Podkarpaciem może zdobyć jedno lub dwa z 16 województw. Co oznacza, że partyjni działacze Prawa i Sprawiedliwości nie będą się mogli politycznie i prywatnie utuczyć na budżetach miast i województw tak, jak utuczyli się na budżecie państwa i na pieniądzach spółek skarbu państwa. A urzędnicy czy policjanci w większości polskich miast i regionów przestaną się pisowskiej władzy bać.

Wstęp do prawdziwego starcia

Jednak Jarosław Kaczyński nie walczył w tych wyborach o władzę w samorządach, bo w jego koncepcji państwa samorząd terytorialny musi zostać zniszczony. W wizji ustrojowej Kaczyńskiego samorządność jest – jako to wielokrotnie powtarzał – „demontażem państwa”, bo państwo musi być totalnie scentralizowane. Kaczyński, Morawiecki, Duda, Szydło i inni – niszczyli zatem polskie samorządy przez trzy lata swoich rządów. Odbierali im kompetencje, zabierali pieniądze, próbowali blokować dostęp do funduszy unijnych, wprowadzali do miejskich ratuszów i urzędów marszałkowskich CBA i prokuratorów Ziobry, którzy biwakowali tam niemal bez przerwy. Ale konsekwencją takiej polityki jest to, że najprawdopodobniej w żadnym województwie PiS nie będzie miało koalicjanta. Przejmie władzę tylko tam, gdzie zdobędzie większość samodzielną, a takich miejsc nie ma w Polsce zbyt wiele.

Kaczyński ma zamiar dokończyć dzieło niszczenia samorządu terytorialnego, ale do tego potrzebna jest mu druga kadencja rządów na szczeblu centralnym. Czyli zwycięstwo w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Przedstawił zatem wynik wyborów do sejmików jako dowód na to, że PiS wygra przyszłoroczne wybory parlamentarne i będzie rządziło przez drugą kadencję. Faktyczny wynik tych wyborów wskazuje jednak na coś zupełnie innego. Jeśli dokładnie taki sam wynik powtórzy się w wyborach parlamentarnych, PiS straci władzę.

Jest jednak mało prawdopodobne, aby wynik wyborów do sejmików wojewódzkich precyzyjnie zapowiadał wynik przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Jest zbyt wiele zmiennych. Jedne mogą działać przeciwko opozycji, inne przeciwko PiS-owi. Zacznijmy od tych pierwszych. Wysoki wynik PSL-u w wyborach do sejmików, który pozwala łatać dziury wszędzie tam, gdzie kiedyś PO, a dziś Koalicja Obywatelska, nie okazały się wystarczająco silne, nigdy nie powtarza się w wyborach parlamentarnych. Po drugie, wciąż nie jest pewne, czy Robert Biedroń wkroczy do polskiej polityki centralnej i z jakim efektem to zrobi. Wszystkie badania potencjalnego elektoratu Biedronia pokazują, że przepływów z PiS-u praktycznie nie ma, a miliony głosów ludzi dotychczas niegłosujących to bajka i mit. Jedyna szansa Biedronia to kanibalizowanie elektoratu Koalicji Obywatelskiej i w jakiejś części także SLD. Robert Biedroń może zniszczyć elektorat liberalnego centrum, może ten elektorat podzielić i politycznie osłabić, ale nie może go rozbudować. Zatem jego wejście do polityki wzmocni wyłącznie PiS.

Z kolei przeciwko PiS-owi działa każdy kolejny miesiąc rządów tej partii. Stagnacja w polskich inwestycjach prywatnych jest już zauważalna dla wszystkich, szczególnie dla samych polskich przedsiębiorców, którzy gremialnie zagłosowali na opozycję, przeciwko PiS-owi. Do tego dochodzi katastrofa w polityce europejskiej pisowskiego rządu. Łamiąc w Polsce konstytucję, niszcząc rządy prawa, konfliktując się zarówno z instytucjami UE, jak też ze wszystkimi naszymi dotychczasowymi sojusznikami w Europie – PiS wkroczyło na drogę faktycznego Polexitu. Jednak głośno mówić o tym pisowcom nie wolno, nawet jeśli ośmielają ich do tego prawicowi entuzjaści w rodzaju Cejrowskiego czy Ziemkiewicza. Większość Polaków ciągle chce być w Unii. Nawet znaczna część wyborców PiS. Sęk w tym, że polexitowe konsekwencje polityki Kaczyńskiego, Morawieckiego i Ziobry coraz trudniej jest przed Polakami ukryć. Zupełnie groteskowa była próba opóźnienia do pierwszej tury wyborów samorządowych decyzji, jak rząd odpowie na wniosek Trybunału Sprawiedliwości UE, który żąda tymczasowego przywrócenia do pracy usuniętych przez PiS sędziów Sądu Najwyższego i NSA. Odwlekano odpowiedź, bo PiS może albo decyzji europejskiego trybunału nie wykonać – co byłoby wielkim krokiem w kierunku Polexitu i niosłoby ryzyko jeszcze silniejszego zmobilizowania liberalnego, prozachodniego elektoratu. Albo może ugiąć się przed sądem z Luxemburga, ryzykując demobilizację własnego twardego elektoratu. Morawiecki, Duda i Ziobro mogli przez parę dni udawać, że żadnej decyzji podejmować nie muszą. Przez kilkanaście kolejnych miesięcy udawać się nie da. A każda decyzja będzie pokazywała porażkę polityki PiS. Z tą porażką powiązana jest także katastrofa w postaci nowego budżetu UE. Do świadomości wszystkich Polaków – także tych na wsi – dociera powoli ryzyko utraty przez Polskę kilkudziesięciu miliardów euro.

Ogłaszając zwycięstwo, którego nie było, Kaczyński stara się uniknąć efektu paniki i wewnętrznych podziałów w obozie rządzącej prawicy. Za porażkę PiS w wyborach samorządowych mogły zapłacić wyłącznie dwie osoby: „twarz kampanii”, czyli Mateusz Morawiecki, albo twarz różnych działań podkopujących pozycję Morawieckiego, czyli Zbigniew Ziobro. Aparat PiS-owski najchętniej pozbyłby się obu panów, gdyż Morawiecki jest dla niego uciążliwym spadochroniarzem, a Ziobro pozostaje zdrajcą. Wedle interpretacji Kaczyńskiego, przedstawionej w czasie wieczoru wyborczego, Mateusz Morawiecki ma być twarzą relatywnego sukcesu PiS w sejmikach, a Jaki (czyli człowiek Ziobry) ma być twarzą totalnej klęski PiS-u w miastach. Oznacza to dla Ziobry wyrok śmierci. Albo dalsze życie na sposób Antoniego Macierewicza po usunięciu go z MON. Czyli przemykanie się po kątach, potulne podporządkowywanie się każdemu PiS-owskiemu ciurze i czekanie na lepsze czasy, kiedy będzie można się zemścić. Takim środkami Kaczyński zapewnia swemu obozowi względną spójność przez rok do wyborów parlamentarnych.

Szklany sufit opozycji

I ostatni element diagnozy. O ile w miastach opozycja tryumfowała, to w wyborach do sejmików zobaczyliśmy jej szklany sufit. Musi go stłuc, ażeby nie tylko minimalnie wygrać wybory 2019 roku, ale efektywnie rządzić.

Grzegorz Schetyna, który uratował PO po porażce 2015 roku i skonsolidował opozycję, w czasie wieczoru wyborczego dość trzeźwo podsumował minione trzy lata. Powiedział: „zbudowaliśmy skuteczny anty-PiS”. Jednak „skuteczny anty-PiS” nie wystarczy. Potrzebny jest obóz polityczny mający wizję i plan skutecznego rządzenia Polską po PiS-ie. W programie Koalicji Obywatelskiej są elementy potrzebne do zbudowania takiego planu – wzmocnienie samorządów i decentralizacja państwa, gospodarczy liberalizm będący odpowiedzią na faktyczny PiS-owski bolszewizm. A wreszcie zapowiedź bardziej ambitnej polityki społecznej – począwszy od projektu „szkoły równych szans życiowego startu”, po gwarantowaną przez państwo opiekę senioralną dla tych, którzy nie dorobili się w życiu milionów. Jednak opozycja wciąż nie ma języka, zespołu ludzi i mediów, które mogłyby te wszystkie elementy przekuć w spójną wizję i przekazać tę wizję Polakom. Schetyna, Trzaskowski, Lubnauer, Nowacka… mają na to zaledwie rok. To bardzo niewiele czasu. Kaczyński hodował swoją obsesję przez całe życie, zarażał nią innych, żeby w końcu dała mu władzę.

newsweek.pl

 

Koalicja zamierza wykorzystać sukces w Warszawie. Ma plan na wybory do Sejmu

Płakały ze szczęścia posłanki Platformy Obywatelskiej podczas wieczoru wyborczego Koalicji Obywatelskiej, kiedy na ekranie pojawił się napis „Rafał Trzaskowski – 55%”, a sala skandowała: „Pierwsza tura! Pierwsza tura!”. Poczucie wielkiej ulgi, powrotu wiary w siebie i nadziei na przyszłość wisiało w powietrzu podczas niedzielnego wieczoru wyborczego Koalicji i przykryło wyniki w innych miastach, a nawet te w wyborach do sejmików.

Plan jest taki: objęcie władzy w warszawskim Ratuszu w ciągu tygodnia i od razu mocne uderzenie.

– Warszawa ma być dowodem dla całego kraju, że warto głosować na Koalicję Obywatelską – mówi Paweł Rabiej, kandydat na wiceprezydenta Warszawy z Nowoczesnej. „Natychmiast, zaraz po objęciu stanowisk, zamierzamy zacząć realizować wyborcze obietnice i to w taki sposób, żeby wszyscy, cały kraj, odczuł różnicę i zobaczył, że jest w nas siła, jest realna alternatywa dla PiS w wyborach sejmowych 2019 roku. Pierwsze sto, dwieście dni to ma być spektakularna atmosfera nowego początku – podkreśla.

Warszawa, na którą były zwrócone oczy całej Polski w czasie kampanii wyborczej w zamyśle zwycięzców ma być laboratorium prawdziwie dobrej zmiany, swego rodzaju makietą Polski po 2019 roku, czyli po przyszłorocznym zwycięstwie parlamentarnym.

Koalicyjni sztabowcy chcą wybrać spośród obietnic złożonych w kampanii samorządowej w Warszawie kilka projektów, które są najbardziej oczekiwane, ale nie tyle w Warszawie, co w całym kraju i zrobić z nich sztandarowe zapowiedzi dla Polski, swego rodzaju odpowiedniki pisowskiego „500+.” Tymi projektami, ale realizowanymi, a nie tylko obiecywanymi, Koalicja zamierza pociągnąć za sobą Polaków udowadniając, że ma pomysł na pokonanie PiS nie tylko zwalczając PiS, ale proponując rozwiązania atrakcyjne dla zwykłych ludzi.

Jest w tym sposobie myślenia jakaś refleksja nad dotychczasową, trzyletnią strategią walki z partią rządząca, która najwyraźniej była nieskuteczna, skoro w wyborach do sejmików wojewódzkich (najbardziej przypominających wybory do Sejmu) PiS nadal zajmuje pierwsze miejsce. Bicie w PiS, wykazywanie jego błędów, a nawet przestępstw okazało się być mobilizujące tylko w wielkich miastach, a pozostała część Polaków nadal niezrażona pozostała przy rządzącej partii. Pewnie dlatego, że widziała swoje korzyści w programie 500+ i innych dokonaniach PiS-u, które trafiały do serca przez portfel.

Jeżeli teraz Koalicja Obywatelska skupi się na promowaniu pozytywnych propozycji, które mają zastąpić pisowskie rozwiązania i w dodatku uczyni z Warszawy witrynę swoich sukcesów, to rzeczywiście Polacy z mniejszych miejscowości mogą zacząć zmieniać zdanie. Dla wyborów sejmowych jest to kluczowe, bo po prostu mieszkańców prowincji jest w Polsce więcej niż mieszkańców wielkich miast, a poza tym granice okręgów wyborczych (poza Warszawą) są wyrysowane w taki sposób, że wielkie miasta są rozmyte przez otaczające je wsie i miasteczka.

Wielkich inwestycji nie da się zacząć i skończyć przed wyborami 2019, więc zostają rozwiązania miękkie takie jak darmowe przedszkola, rozwój in vitro itp. Lista propozycji została wypracowana w toku kampanii wyborczej i jest wystarczająco długa, żeby wybrać z niej takie, które spodobają się nawet Polakom mieszkającym poza Warszawą.

Pierwszy test Koalicji Obywatelskiej

Sukces Trzaskowskiego jest tak duży, że przyćmił wynik w sejmikach. A tu Koalicja Obywatelska poradziła sobie marnie. KO uzyskała tyle, ile trzy lata temu sama PO. A zatem wejście Nowoczesnej do tej koalicji nie dało nowych głosów.

Dla Nowoczesnej koalicja była ratunkiem, bo dzięki niej ta partia zyskała nieco mandatów w sejmikach i radach miast, pomimo że na wiosnę miała ok. 3 procent poparcia. Ale w dłuższej perspektywie jest samobójstwem, przynajmniej w takim kształcie jak obecnie: Nowoczesna zeszła z pola widzenia, w percepcji społecznej już jej nie ma. Posłowie N mogą co najwyżej liczyć na łaskę Grzegorza Schetyny, który wcale nie musi im dać biorących miejsc w wyborach do Sejmu – jeśli tego nie zrobi, to wynik KO będzie taki sam jak wtedy, kiedy by to zrobił.

Dlatego na wieczorze wyborczym mówiło się o ewakuacji do Parlamentu Europejskiego tych posłów, którzy będą w stanie załatwić dla siebie dobre miejsca na listach wyborczych w maju przyszłego roku. Ci którzy nie zdołają tego zrobić wkrótce mogą zakończyć przygodę z polityką. Nastroje wśród działaczy Nowoczesnej w Gdańsku, gdzie kandydat KO Jarosław Wałęsa nawet nie wejdzie do drugiej tury, były pogrzebowe.

Na tym tle optymistycznie rysuje się sytuacja warszawskiej Nowoczesnej. Najpierw jej przewodniczący Sławomir Potapowicz zdołał wynegocjować atrakcyjne, biorące miejsca na listach wyborczych do Rady Miasta Stołecznego i do dzielnic. Struktury przyjęły to jak dar niebios. Później pozbawieni pieniędzy kandydaci Nowoczesnej okazali się po prostu żwawsi niż ci z PO, wkładali więcej pracy i zaangażowania w swoją kampanię. Marek Szolc, jedynka do Rady Miasta z Pragi Południe chodząc door to door odwiedził aż 3000 mieszkań. W efekcie to oni byli bardziej widoczni niż kandydaci z PO i teraz, kiedy trwa liczenie głosów mają nadzieję na imponujący wynik. Pytani czy to uratuje chwiejącą się pozycję Katarzyny Lubnauer w partii odpowiadają „nie, to Sławek załatwił nam miejsca na listach, nie Kasia.” Jeżeli N osiągnie w Warszawie więcej niż 6 mandatów w liczącej 60 mandatów radzie miasta, to będzie to sukces „Sławka”, a porażki Nowoczesnej w Trójmieście, na Podkarpaciu i w paru innych województwa pójdą na konto „Kasi.”

Być może dlatego szczęśliwsza od Katarzyny Lubnauer wydawała się na wieczorze wyborczym Barbara Nowacka. Na jej twarzy rysowało się autentyczne szczęście i ulga, bo sprzedanie się ugrupowaniu, które potem przegrywa, byłoby końcem kariery Nowackiej.

Można mieć spore wątpliwości czy jej wejście do KO przysporzyło głosów tej koalicji, ale z pewnością atmosfera sukcesu po zwycięstwie Trzaskowskiego rozwiewa wątpliwości czy Nowacka zrobiła dobrze wchodząc do KO. Więcej dała Koalicja Nowackiej niż Nowacka Koalicji. Kandydat z jej ugrupowania Tomasz Sybilski dostał jedynkę na liście do Rady Miasta z Woli, co zakończyło się niesnaskami wśród działaczy, bo mówi się, ze Sybilski nie robił w kampanii nic i w efekcie więcej się słyszało o Renacie Niewiteckiej z Nowoczesnej i Piotrze Kołomyckim z PO, którzy musieli ratować sytuację startując odpowiednio z dwójki i trójki. Sama Nowacka w szczycie kampanii wyborczej wyjechała do USA, o czym też w Koalicji mówi się ze zdumieniem. W efekcie narasta przekonanie, że jej udział w KO jest jednostronnie korzystny dla niej, a jej silna pozycja wynika wyłącznie z dobrego kontaktu osobistego ze Schetyną. Dla jej przyszłości w KO wróży to nie najlepiej.

Nie taki PiS mocny

Spektakularna klęska Patryka Jakiego jest zagadnieniem daleko wykraczającym poza stwierdzenie, że w Warszawie PiS zawsze przegrywa. Nie zawsze. W 2015 roku to właśnie PiS wygrał wybory sejmowe

w okręgu nr 19, czyli właśnie w Warszawie. A od tego czasu sypał pieniędzmi dla wyborców, atakował natrętną propagandą z TVP, według której Jaki był półbogiem. No i zorganizował wielki spektakl polityczny w postaci Komisji Reprywatyzacyjnej.

Dodatkowo Jakiego wspierała dziwaczna moda, która zapanowała wśród mediów liberalnych, a która sprowadzała się do ciągłego powtarzania, że „Jaki może wygrać”, „Jaki ma pomysł”, „jest energiczny”, „widać, że ma determinację,” a z drugiej strony „Trzaskowski jest beznadziejny”. Media i publicyści ideowo związani raczej z opozycją więcej zrobili dla Jakiego niż prymitywne zachwalanie w wykonaniu braci Karnowskich albo TVP. W tej sytuacji wejście do drugiej tury było planem minimum.

Trudno wyjaśnić jak można przegrać w takich warunkach i to do tego w pierwszej turze i to do tego z tak marnym wynikiem procentowym (wg sondaży ok. 30%, a Trzaskowski ok. 55%). Wbrew twierdzeniom specjalistów i publicystów Jaki okazał się wyjątkowym antytalentem kampanijnym. Jego kampania od początku była pełna błędów, takich rozdawanie kiełbasy wśród radnych swojej partii albo wizyta w Sofii, których jednak media nie dostrzegały, bo wygodniej było im budować swój wizerunek jako bezstronnych wychwalając Jakiego i przywalając Trzaskowskiemu. Klęska Jakiego powinna dać sporo do myślenia nie tylko jego partii, ale i jego promotorom z liberalno-lewicowych mediów, którzy rozmijają się już nie tylko z prawdą, ale i z odczuciami wyborców.

Przaśna, małomiasteczkowa kampania Jakiego mogła przekonać jedynie twardy elektorat PiS, który i tak poszedłby głosować, nawet gdyby PiS wystawił do wyborów manekina. W dodatku ostatnie dwa tygodnie były pozbawione początkowej energii i nie układały się w żaden logiczny ciąg. Jaki albo po prostu się zmęczył, co jest możliwe, bo kampania była wyjątkowo długa i intensywna, albo zabrakło pomysłów i konsekwencji.

Na ok. 10 dni przed wyborami PiS miał już sondaże, z których wynikało, że Jakiemu będzie trudno wygrać, ale druga tura wydawała się jeszcze pewna. Reakcja na ten sondaż była typowa dla PiS: agresja i sięganie po chwyty poniżej pasa, na czele z nieszczęsnym i wyjątkowo podłym spotem dotyczącym imigrantów, który nie mógł dać głosów niezdecydowanych ani Jakiemu, ani w ogóle partii w pozostałej części kraju. Swoje zrobiło tez przemówienie Jakiego, w którym porównał PiS do Powstańców Warszawskich, a wybory w Warszawie do walki przeciwko Niemcom o Warszawę. Do tego doszedł wniosek Zbigniewa Ziobry do Trybunału Konstytucyjnego z pytaniem o zgodność Traktatu o Unii Europejskiej z Konstytucją RP. To był piękny prezent dla Platformy Obywatelskiej, która ostatnie dni kampanii poświęciła na przekonywanie Polaków, że PiS chce wyprowadzić Polskę z Unii. O zachowaniu PiS w końcówce kampanii zdecydował zatem instynkt, a nie rozsądek.

Jest to tym dziwniejsze, że sukces wyborczy roku 2015 PiS osiągnął właśnie odchodząc od agresji i udając partię spokojną, centrową. Mało tego: wczesna wiosną Jarosław Kaczyński udzielił tygodnikowi Karnowskich wywiadu, w którym mówił, że Patryk Jaki prawdopodobnie nie będzie kandydatem PiS na prezydenta Warszawy, gdyż ma wyjątkową zdolność do mobilizowania elektoratu negatywnego. Pomimo tej wiedzy PiS postanowił sam, z własnej woli, rzucić się w przepaść i wystawić właśnie Jakiego, a na domiar złego urządzić mu agresywną i kontrowersyjną kampanię. – Gdyby PiS wystawił Karczewskiego to byłoby nam dużo trudniej. Jaki działał de facto na naszą korzyść – powiedział podczas wieczoru wyborczego Paweł Rabiej.

Może i Koalicja Obywatelska nie była w stanie zagrozić Prawu i Sprawiedliwości, ale za to sam PiS wykonał dla KO robotę, której żaden spin doctor Platformy nie zrobiłby tak dobrze. Trzaskowski wypromował się na samodzielnego polityka wielkiego formatu i słowa Schetyny, który gratulując mu

powiedział, że Trzaskowski został „prezydentem Warszawy na 10 lat, a nie tylko na 5” można odebrać jako życzenie, które Schetyna składał sam sobie: aby mianowicie Trzaskowski nie wyrósł zbyt znacznie i nie zaczął myśleć o funkcji premiera, albo prezydenta RP. Na razie Schetyna powinien być wdzięczny Trzaskowskiemu za to, że swoim fenomenalnym sukcesem przykrył dość mierny rezultat Koalicji w sejmikach.

W przyszłym roku tak łatwo nie będzie – wyniku wyborów do Sejmu tak łatwo nie da się przykryć.

newsweek.pl

 

Renata Grochal

Wybory samorządowe pokazały, że PiS ma nad sobą szklany sufit, którego nie jest w stanie przebić. A PO nie dostała premii za Koalicję Obywatelską.

Z badania late poll Ipsos dla TVN wynika, że PiS wygrało wybory do sejmików województw, zdobywając 33 procent głosów. Partia Jarosława Kaczyńskiego poprawiła swój wynik z poprzednich wyborów samorządowych o 6 punktów procentowych, ale oczekiwania były większe. PiS liczyło na 35 procent głosów w sejmikach i drugą turę w prestiżowym pojedynku w Warszawie. Jeśli przy tych transferach socjalnych i takiej propagandzie, codziennie serwowanej przez rządową TVP, PiS dostaje w wyborach sejmikowych o 4,5 proc. głosów mniej niż w ostatnich wyborach parlamentarnych, nie jest to najlepszy prognostyk na wybory w 2019 roku. To może oznaczać, że nawet jeśli PiS wygra, nie będzie w stanie rządzić samodzielnie.

Będzie potrzebowało do koalicji Kukiz’15. Partii Kaczyńskiego nie udało się dobić PSL, z którym od trzech lat wojuje na wsi. Wbrew czarnym scenariuszom ludowcy uzyskali w sejmikach całkiem dobry wynik (13,6 proc.), co pozwala im myśleć o utrzymaniu wspólnie z PO władzy w większości sejmików. PiS, które liczyło na samodzielne rządy w 7-8 sejmikach, finalnie może rządzić najwyżej w 3-4. Widać, że PiS ma nad sobą szklany sufit na poziomie trzydziestu kilku procent, którego nie jest w stanie przebić. Jest mocny na prowincji, ale duże miasta są poza jego zasięgiem.

Prestiżowy pojedynek w Warszawie i wygrana już w pierwszej turze Rafała Trzaskowskiego, a także wygrane w pierwszej turze kandydatów KO w Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu pokazują, że marsz PiS do centrum to mrzonka. Groźba wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej, przypomniana na finiszu kampanii fatalnym wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, podziałała na wyborców liberalno-demokratycznych mobilizująco. Nasze członkostwo w Unii może być dobrym paliwem dla opozycji na kolejne wybory.

Jednak Koalicja Obywatelska, chociaż utrzymała władzę w wielkich miastach, podobnie jak PiS, nie ma powodów do triumfu.

Według Ipsos KO dostała w sejmikach 26,7 procent głosów. To prawie tyle samo, ile Platforma dostała cztery lata temu w wyborach do sejmików (26,29 proc.), i o 5 punktów procentowych mniej niż PO i Nowoczesna otrzymały w wyborach parlamentarnych w 2015 roku. A to oznacza, że premii za koalicję po prostu nie ma. Można oczywiście przyjąć za szefową Nowoczesnej Katarzyną Lubnauer, że bez tego wynik Platformy byłby dużo gorszy, co nie jest dla nikogo pocieszające.

Bez nowego pomysłu i nowych twarzy Koalicji Obywatelskiej trudno będzie wygrać wybory w 2019 roku. Bo proste dodawanie poparcia poszczególnych ugrupowań nie daje zwycięstwa. W polityce dwa plus dwa nie zawsze równa się cztery.

msn.pl