Z okazji Święta Wojska Polskiego internauci przypominają największe kłamstwo PiS

15/08/2017, Rafał Nowakowski

Z okazji Święta Wojska Polskiego internauci przypominają największe kłamstwo PiS

fot. flickr/KPRM

Jednym z czynników, które zadecydowały o wyborczym zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości w 2015 roku było schowanie przed oczami opinii publicznej kontrowersyjnych osób, takich jak Antonii Macierewicz. Nie przez przypadek Jarosław Kaczyński postawił wówczas na Andrzeja Dudę i Beatę Szydło. Szef PiS zrobił tak nie dlatego, że sam nie chciał zostać premierem, ale dlatego, że doskonale zadawał sobie sprawę, że jego elektorat negatywny jest tak duży, że czyni go to niewybieralnym.

Kto śledził przebieg kampanii wyborczej do parlamentu, ten pamięta, jak Beata Szydło zarzekała się, że Macierewicz nie zostanie ministrem obrony narodowej. Na to stanowisko szykowany był oficjalnie Jarosław Gowin. Wszystko po to, by uśpić czujność wyborców i wytrącić przeciwnikom politycznym argumenty z ręki.

Jednakże w internecie nic nie ginie, ani nie zostanie zapomniane. Wystarczy spytać wujka Google:

Z okazji Święta Wojska Polskiego internauci przypominają największe kłamstwo PiS

Okazuje się jednak, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Prawie dwuletnie urzędowanie Antoniego Macierewicza na stanowisku szefa MON to nieprzerwane pasmo porażek, skandali i kompromitacji, ale w oczach wielu internautów to nie Macierewicz jest prawowitym ministrem.

Użytkownicy Twittera postanowili kulturalnie zakpić sobie z sytuacji, składając życzenia i podziękowania z okazji Święta Wojska Polskiego na ręce Jarosława Gowina.

Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby Antonii Macierewicz był jedną z centralach postaci kampanii parlamentarnej 2015 roku, już wtedy będąc szykowanym na ministra obrony narodowej, to PiS nie uzyskałoby tak spektakularnego wyniku.

Kaczyński wybory i tak by wygrał, ale kilka oczek mniej oznaczałoby konieczność budowania rządu koalicyjnego, który patrząc na historię poczynań prezesa, mógłby się już dawno rozpaść. 

Jak widać, Prawo i Sprawiedliwość już na starcie perfidnie okłamało Polaków. A miały być nowe standardy i prawdziwa dobra zmiana…

crowdmedia.pl

Gadzinówka TVP i nie lepsze „Do Rzeczy”. Plus Jerzy Urban

W TVP mamy do czynienia nie tyle z manipulacjami, ale ze zwykłymi kłamstwami.

Ofiarą tego kłamstwa padł były wiceprezes Trybunału Konstytucyjnego prof. Staniosław Biernat dlatego, że udzielił wywiadu „Wyborczej” i powiedział o „pracy” w TK pod prezesurą pani Przyłębskiej.

W TK się nie pracuje, ale się knuje, nawiedzają tę instytucyję Ziobro i Mariusz Kamiński, aby uzyskać potrzebne im wyroki, naciski, jak ten ostatni, który ma przecież wyrok 3 lat więzienia (nielegalnie ułaskawiony przez Dudę).

Taki to rząd Szydło, ministrem jest wyrokowiec.

Oto oświadczenie prof. Biernata z komentarzem Tomasza Skorego (dziennikarza RMF FM), który wątpi w jakąkolwiek fachowość „dziennikarstwa” gadzinówki PiS.

Ale Jerzy Urban „zachęca” do płacenia abonamentu RTV.

Inne medium prawicowe, tygodnik „Do Rzeczy” opublikował taki stek kłamstw na temat książki Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice”, iż sam autor prostuje.

Odpowiedź Piątka w całości:

 

Reparacje niemieckie to kwestia zamknięta

15 sierpnia 2017

Z Władysławem Czaplińskim rozmawia Adam Puchejda

W sferze prawnej ostateczną cezurą, która przesądziła o zakończeniu wszystkich kwestii związanych z II wojną światową, w tym reparacji, było zawarcie tzw. układu 2+4, czyli układu zakładającego zjednoczenie obu państw niemieckich, zawartego przez Republikę Federalną Niemiec, NRD i cztery dawne mocarstwa okupacyjne.

Adam Puchejda: Czy rzeczywiście nadal możemy starać się o reparacje niemieckie?

Władysław Czapliński: Nie, nie ma takiej możliwości.

Dlaczego? Sprawa została zamknięta wraz ze zrzeczeniem się reparacji przez rząd PRL?

Sprawa została zamknięta przez cały szereg różnych aktów prawnych i działań politycznych. W sferze prawnej ostateczną cezurą, która przesądziła o zakończeniu wszystkich kwestii związanych z II wojną światową, było zawarcie tzw. układu 2+4, czyli układu zakładającego zjednoczenie obu państw niemieckich, zawartego przez Republikę Federalną Niemiec, NRD i cztery dawne mocarstwa okupacyjne. To układ o ostatecznym rozwiązaniu (final settlement) wszystkich kwestii dotyczących II wojny światowej w stosunku do Niemiec. Wszystkich. Koniec i kropka.

Ilustracja: Max Skorwider

Jaka była nasza rola w tym układzie? Dlaczego także nas dotyczy?

Ten układ nas obejmuje, ponieważ zaakceptowaliśmy to, że cztery mocarstwa – USA, Rosja (wcześniej ZSRR), Francja i Wielka Brytania – działały w imieniu wszystkich narodów zjednoczonych. Pojęcie narodów zjednoczonych, które zachowało się w nazwie organizacji międzynarodowej, wskazuje na wszystkie państwa, które były sojusznikami tych czterech mocarstw i państwami toczącymi wojnę z Niemcami i ich sojusznikami. Zakładamy więc, że te państwa miały legitymację, by działać w imieniu narodów zjednoczonych.

Ale my, jak rozumiem, też na jakimś etapie uczestniczyliśmy w tych negocjacjach?

Tak, minister Skubiszewski brał udział w paryskiej sesji negocjacji poprzedzających zawarcie tego układu, o co zabiegaliśmy, ponieważ nie chcieliśmy, by jakiekolwiek decyzje dotyczące Niemiec były podejmowane bez naszego udziału. Polska dołączyła więc do tych rozmów, ale nam chodziło głównie o kwestie dotyczące granic, nie zastanawialiśmy się nad żadnymi innymi. Termin „final settlement”, czyli „ostateczna regulacja”, który został zawarty w tytule układu 2+4, oznaczał, że wszystkie sprawy zostały rozwiązane, a te, które nie zostały rozwiązane, pozostają jeszcze do dyskusji dwustronnych, a właściwie nie tyle do dyskusji, co do potwierdzenia i szczegółowych rozstrzygnięć.

Na to, żeby zanegować ciągłość państwa, czyli powiedzieć, że nie jesteśmy tym samym państwem, co poprzednie, nie wpadł nawet PRL. Powtarzam, ogłosić można wszystko, tylko to nie ma znaczenia międzynarodowego.

prof. Władysław Czapliński

Jakie to kwestie, które jeszcze mogą być dyskutowane dwustronnie? Reparacje się w to nie wliczają?

Nie, reparacje były dyskutowane w trakcie konferencji poczdamskiej, a układ 2+4 nawiązywał do terminologii tamtej konferencji i dotyczył tych kwestii, które były poruszane w porozumieniach międzyalianckich z okresu wojny lub tuż po wojnie. W tym sensie „final settlement” oznacza, że rozstrzygnięto wszystkie istotne kwestie. Te, które pozostały, a o które pan pyta, miały inny ciężar gatunkowy, np. kwestia mniejszości. Nie było po prostu żadnego powodu, żeby cztery mocarstwa z okresu wojny w rozmowach z dwoma państwami niemieckimi regulowały np. status niemieckiej mniejszości w Polsce. Nie jest to istotna kwestia polityczna, która rozstrzyga o losach świata. Tę sprawę muszą rozwiązać między sobą dwa zainteresowane państwa.

Wróćmy zatem do umowy poczdamskiej. Na mocy tego układu mieliśmy otrzymać reparacje… za pośrednictwem ZSRR?

Tak, reparacje polskie miały zostać zaspokojone z tej części reparacji, która przysługiwała ZSRR.

Czy fakt, że PRL zrzekł się później tych reparacji, ma jakiekolwiek znaczenie?

W stosunku do Niemiec – tak. Bo przecież stanęliśmy publicznie i powiedzieliśmy: nie mamy żadnych roszczeń reparacyjnych w stosunku do Niemiec. To trochę tak, jakby powiedzieć, że to wszystko, co otrzymaliśmy do tej pory, nas zaspokaja. W imię jakichś wyższych interesów rezygnujemy z dalszych reparacji.

Pan Grzegorz Kostrzewa-Zorbas twierdzi jednak, że w Sekretariacie ONZ ten dokument rządu PRL nie został zarejestrowany, dlatego jest nieważny.

Ta teza jest nieścisła. Fakt niezarejestrowania owego dokumentu jest pozbawiony znaczenia prawnego. Po pierwsze, nie ma obowiązku rejestrowania aktów międzynarodowoprawnych państwa w Sekretariacie ONZ. W szczególności nie ma takiego wymogu w Karcie Narodów Zjednoczonych, a to Karta jest dokumentem, który przesądza o zakresie kompetencji ONZ. Po drugie, w odróżnieniu od Paktu Ligi Narodów, który przewidywał, że umowa międzynarodowa niezarejestrowana w Lidze Narodów jest nieważna, Karta Narodów Zjednoczonych mówi tylko, że na umowę, która nie jest zarejestrowana w Sekretariacie ONZ, czyli nie jest ogłoszona w oficjalnym zbiorze umów United Nations Treaty Series, nie można powoływać się przed organami ONZ. Tyle. To, że taka deklaracja jednostronna nie została zarejestrowana w Sekretariacie, nie ma więc najmniejszego znaczenia. Tak samo nie ma znaczenia to, czy została ona opublikowana w Dzienniku Ustaw czy w innych organach publikacyjnych.

Hipotetycznie rzecz biorąc, moglibyśmy wyobrazić sobie sytuację, w której my mówimy: te akty nas nie wiążą, zrzeczenie się reparacji w stosunku do Niemiec nas nie wiąże, na co minister spraw zagranicznych Niemiec wychodzi i mówi: my nie jesteśmy związani żadnymi traktatami granicznymi. Niemcy mogłyby powiedzieć, że nie uznają umów, które zostały zawarte przez PRL. Trudno byłoby nie uznać traktatu 2+4 czy układów z 1990 i 1991 r. Ale układ o normalizacji, potwierdzający naszą granicę na Odrze i Nysie, mogliby podważyć.

prof. Władysław Czapliński

Pojawiają się też inne głosy, np. prof. Grzegorza Górskiego, który sugeruje, że trudno co prawda podważyć kwestię zrzeczenia się reparacji przez PRL, można natomiast selektywnie zdelegalizować PRL i wtedy droga do reparacji stanie otworem.

To ja powiem przewrotnie. Na to, żeby zanegować ciągłość państwa, czyli powiedzieć, że nie jesteśmy tym samym państwem, co poprzednie, nie wpadł nawet PRL. Żeby tak się stało, musielibyśmy powiedzieć, że zaczynamy wszystko od nowa i nie ponosimy odpowiedzialności za nic, co było przedtem. Tak robiły nowe państwa afrykańskie, które zrzucały jarzmo kolonialne. Mówiły wtedy: nie interesuje nas to, co było w okresie kolonialnym, my sobie wybierzemy pewne uprawnienia, ale wara od obowiązków. Nie mamy też żadnych obowiązków na gruncie prawa międzynarodowego. Powtarzam, tego nawet PRL nie zrobił.

Teoretycznie jest to jednak możliwe?

Jako gest polityczny – tak. Mówimy, że zrywamy ze wszystkim, co było przed 1989 r. Liczymy czas od początku. Ale to nie ma żadnych skutków prawnych w stosunkach z innymi państwami. Jest podstawowa zasada, która mówi, że ciągłość państwa może być podważona tylko w bardzo ściśle określonych sytuacjach. Nawet rewolucja nie jest czynnikiem przerywającym tę ciągłość. Była taka teza reprezentowana w nauce sowieckiej i NRD-owskiej, bo tylko te dwie na to wpadły, że rewolucja komunistyczna tworzy państwo nowego typu, a w związku z tym państwo, które powstaje, jest nowym państwem i ma inne zobowiązania międzynarodowe, niż to państwo, które istniało przedtem. Ale nawet ZSRR się z tego wycofał, bo musiał wypłacić odszkodowania za skonfiskowane w czasie rewolucji październikowej mienie cudzoziemców. Powtarzam, ogłosić można wszystko, tylko to nie ma znaczenia międzynarodowego.

Nie mówiąc już o tym, że to byłoby dla nas bardzo niekorzystne, bo jeśli mówimy, że nie respektujemy jakichkolwiek zobowiązań wcześniejszych, poprzednich rządów, to dlaczego Niemcy nie mogłyby zastosować podobnego chwytu i powiedzieć, że nie interesują ich dotychczasowe ustalenia np. dotyczące granic, i zażądać zwrotu Śląska i Pomorza. A co na to inne państwa?

Czy to są kwestie powiązane ze sobą – reparacje i granice?

One nie są powiązane w dosłownym tego słowa znaczeniu. I nie mówię, że Niemcy tak zrobią. Ale hipotetycznie rzecz biorąc, moglibyśmy wyobrazić sobie sytuację, w której my mówimy: te akty nas nie wiążą, zrzeczenie się reparacji w stosunku do Niemiec nas nie wiąże, na co minister spraw zagranicznych Niemiec wychodzi i mówi: my nie jesteśmy związani żadnymi traktatami granicznymi. Niemcy mogłyby powiedzieć, że nie uznają umów, które zostały zawarte przez PRL. Trudno byłoby nie uznać traktatu 2+4 czy układów z 1990 i 1991 r. Ale układ o normalizacji, potwierdzający naszą granicę na Odrze i Nysie, mogliby podważyć.

Czy w takiej sytuacji to nadal jedynie dyskusja polityczna między tymi dwoma krajami, czy już kwestia międzynarodowoprawna?

To jest dobre pytanie. Ja bym powiedział, że w tym momencie zaczynamy spór prawny, bo to jest zakwestionowanie podstawy dla granicy. Zgodnie z definicją, którą sformułował Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, ze sporem prawnym mamy do czynienia wtedy, kiedy jego dwie strony artykułują swoje pozycje oparte na rozwiązaniach prawnych i te pozycje są nie do pogodzenia.

A kto taki spór może wtedy rozstrzygać? Powołuje się jakiś specjalny trybunał w danej sprawie?

Problem w tym, że prawo międzynarodowe jest mocno niedoskonałe, głównie ze względu na suwerenność państwową, a dokładnie na zasadę suwerennej równości państw. Jest taka rzymska zasada Par in parem non habet imperium (Równy nie może sprawować władztwa nad równymi sobie). To oznacza, że brak w stosunkach międzynarodowych instytucji, której jurysdykcja byłaby obowiązkowa dla państw. Przestrzeganie zobowiązań międzynarodowych w dobrej wierze oznacza, że państwo musi się wywiązać z takich zobowiązań, bo tego wymagają uczciwość i honor. Jeśli państwo tego nie czyni (bo np. rząd ma inne widzimisię), może to prowadzić do poważnych szkód politycznych, obniżenia wiarygodności i prestiżu państwa. Tylko wątpię, żeby rządzący zawsze brali te słowa poważnie.

Jeśli mieliśmy rząd, który był zależny od Moskwy, to proszę sobie wyobrazić, że ten rząd wylicza określoną kwotę, którą powinniśmy dostać, i mówi: nasze straty wojenne w stosunkach z Niemcami wyniosły tyle i tyle, dlatego oczekujemy, że Związek Radziecki nam te pieniądze wypłaci…

prof. Władysław Czapliński

Do tego Polska, przyjmując jurysdykcję Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, wyłączyła spod niej spory terytorialne. W związku z tym Niemcy nie mogłyby nas pozwać do MTS, zresztą to nie leży w interesie Niemiec. Niemcy nie zakwestionują przecież granicy. To nie ma sensu, ale do tego prowadzi takie myślenie, że anulujemy wszystko, co było w okresie PRL-u.

Jest jeszcze inny aspekt tej sprawy. Polska od 1989 r. nigdy nie kwestionowała tego, że w stosunkach międzynarodowych jest tym samym państwem co PRL, a to znaczy, że ciągłość państwa została zachowana. Jest na to prosty dowód. Otóż, jeśli dochodzi do powstania zupełnie nowego państwa, które zastępuje państwo poprzednio istniejące, to nowe państwo musi starać się o członkostwo w organizacjach międzynarodowych. Czyli Polska musiałaby złożyć wniosek o przystąpienie do ONZ! Nie złożyliśmy takiego wniosku, a o ile mi wiadomo, minister Waszczykowski i prezydent Duda jeżdżą do ONZ-u i przemawiają w Zgromadzeniu Ogólnym, a to znaczy, że nie kwestionują ciągłości państwa.

Wróćmy do sprawy reparacji i do ZSRR, który miał nam je przekazać.

To wynika z umowy poczdamskiej. Jest tam osobny punkt, w którym ZSRR zobowiązuje się do przekazania na rzecz Polski należnej jej części reparacji z tych zasobów, które wyegzekwował jako reparacje sobie należne. To był dość skomplikowany system dochodzenia reparacji. ZSRR i Polska zostały wyłączone z ogólnego systemu reparacji wojennych. Tego się udało uniknąć Czechosłowacji i reparacje czechosłowackie były wypłacane w inny sposób.

Dlaczego Polska została wyłączona z normalnego systemu wypłaty reparacji?

Takie były uwarunkowania polityczne, nazwijmy to tak.

No ale my twierdzimy, że nie otrzymaliśmy reparacji. Czy powinniśmy się z tym zgłosić do ZSRR, czyli do dzisiejszej Rosji?

To jest logiczny wniosek. Niemcy mówią: my zapłaciliśmy, Rosjanie w zasadzie to kwitują, dostaliśmy jakieś reparacje, Polska twierdzi, że niczego nie dostała. Ale gdzieś te wypłacone czy wyegzekwowane w naturze reparacje są, prawda? Proszę jednak zauważyć, że do dziś nikt nie zgłosił się z takim roszczeniem do Rosjan. Zostawiam to bez komentarza.

Czy istnieją prawne postanowienia, które określają wartość tych reparacji?

Nic mi o tym nie wiadomo. Szacunki były jeszcze robione w czasie II wojny światowej przez rząd londyński, ale nic nie słyszałem o tym, żeby była określona jakaś konkretna wartość tych reparacji. Zresztą, wcale się nie dziwię, że tak się nie stało. Jeśli mieliśmy rząd, który był zależny od Moskwy, to proszę sobie wyobrazić, że ten rząd wylicza określoną kwotę, którą powinniśmy dostać, i mówi: nasze straty wojenne w stosunkach z Niemcami wyniosły tyle i tyle, dlatego oczekujemy, że Związek Radziecki nam te pieniądze wypłaci… Bierut jedzie do Moskwy i mówi: jesteście nam winni 6 mld dolarów – zapłaćcie!

Oczywiście, że sobie tego nie wyobrażam, ale stąd też biorą się dzisiejsze głosy, że PRL nie był w stanie wyegzekwować tych reparacji.

Może nie był, ale nie było innego państwa polskiego.

Czy te roszczenia mogą się przedawnić?

Formalnie rzecz biorąc, instytucja przedawnienia jako taka nigdzie nie została zdefiniowana w prawie międzynarodowym. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości określił jednak, że roszczenia się przedawniły, jeżeli nie zostały wysunięte przy pierwszej możliwej do tego okazji. Czyli jeśli w okresie PRL-u Polska nie mogła wysunąć takich czy innych roszczeń pod adresem takiego czy innego państwa ze względów politycznych, to w momencie, gdy taka możliwość się pojawiała, czyli po roku 1989 najpóźniej, takie roszczenia powinny zostać przedstawione. Jeżeli nie zostały, to znaczy, że się przedawniły. Innymi słowy, niezależnie od tego, że nie ma tytułu prawnego do reparacji, to można też założyć, że doszło do przedawnienia…

Świadczenia dla robotników przymusowych zostały wypłacone już na początku XXI w. Były to jednak świadczenia ex gratia, co znaczy, że Niemcy uznali swoją odpowiedzialność za poczynione szkody i zdecydowali się wypłacić odszkodowania. Nie zrobili tego, ponieważ zostali do tego zobowiązani prawnie, lecz dlatego, że uznają swoją odpowiedzialność moralną za wydarzenia związane z wojną.

prof. Władysław Czapliński

Chciałbym jeszcze wrócić do tych innych, pozareparacyjnych roszczeń. Pan mówił o mniejszościach, ale czy to dotyczy też takich kwestii jak odszkodowania dla ludności?

Tu mamy spór, bo w klasycznym rozumieniu reparacje to wszystkie roszczenia państwa przeciwko innemu państwu. Czyli reparacje wojenne obejmują zarówno straty państwa, jak i oszacowane w jakiś sposób straty ludności. To oczywiście nie wyklucza prowadzenia postępowań przez konkretne osoby indywidualne przed sądami niemieckimi. Ale już dziś wiemy, że takie postępowania mogą się odbyć tylko w Niemczech. To potwierdził polski Sąd Najwyższy w orzeczeniu dotyczącym p. Natoniewskiego, który próbował dowieść, że żołnierze Wehrmachtu w czasie pacyfikacji Zamojszczyzny spowodowali u niego trwały uszczerbek na zdrowiu. Poszedł z tym do polskiego sądu i polski Sąd Najwyższy stwierdził, że Niemcy są objęte immunitetem państwa, a to oznacza, że roszczeń przeciwko państwu niemieckiemu nie można dochodzić przed sądami polskimi.

To była sprawa osoby żyjącej, a co z osobami, które nie żyją? Czy spadkobiercy mają prawo dochodzić jakichś roszczeń?

To już nie jest kwestia, która dotyczy prawa międzynarodowego. Polska i tak wynegocjowała już pewne świadczenia, np. dla ofiar eksperymentów pseudomedycznych, wypłacone w 1969 r., oraz świadczenia dla robotników przymusowych, wypłacone już na początku XXI w. Trzeba jednak wyraźnie pokreślić – to były świadczenia ex gratia, co znaczy, że Niemcy uznali swoją odpowiedzialność za poczynione szkody i zdecydowali się wypłacić odszkodowania. Ale nie zrobili tego, ponieważ zostali do tego zobowiązani prawnie, lecz dlatego, że uznają swoją odpowiedzialność moralną za wydarzenia związane z wojną. Ta świadomość jest zresztą wśród Niemców powszechna. Te odszkodowania były wypłacane konkretnym osobom, nie państwu. Możemy się oczywiście zastanawiać, czy one były w odpowiedniej wysokości, czy procedury były odpowiednie, ale nie widzę podstaw, żeby je kwestionować lub domagać się dalszych wypłat.

Swietny wywiad z prof prawa miedzyn w PAN

Odpowiedź Tomasza Piątka na artykuły „Do Rzeczy” dotyczące jego książki o Antonim Macierewiczu.

Lewizna lewusów Błaszczaków, Kownackich

Ależ kompromitacja Błaszczaka i tego od widelców – Kownackiego. W białych koszulach – patałachy – nawijaja okrągłe zdania, androny o katakliźmie, jaki dotknął ludzi w wyniku nawałnicy.

Wyrażali solidarność patałachy.

A wziąć się za łopaty, kilofy, piły – pomagać.

Lewizna lewusów.

Takich niedojdów nigdy nie mieliśmy u władzy. Niedoróbki.

Reparacje: Czechy nie popierają Polski

Rzeczpospolita, Deutsche Welle

Polska debata ws. odszkodowań za straty wojenne od Niemiec nie znajduje oddźwięku w Czechach.

Pomysły dochodzenia przez Polskę odszkodowań wojennych od Niemiec nie znajdują aprobaty w Czechach, jak informuje agencja DPA. Powołuje się przy tym na słowa prezydenta Czech Milosa Zemana, który powiedział w poniedziałkowym wydaniu dziennika „Lidove nowiny”, „że należy wziąć pod uwagę, iż ta sprawa nie jest żadnym tematem w relacjach niemiecko-czeskich”. Jednocześnie wyraził on gotowość wysłuchania argumentacji rządu w Warszawie.

Jak pisze DPA, prezes PiS Jarosław Kaczyński mówił niedawno o „gigantycznych sumach” i zarzucił Niemcom, że nie spełnili wymogów odpowiedzialności za II wojnę światową.

Tymczasem prezydent Czech Milos Zeman powołał się na niemiecko-czeską deklarację pojednania z 1997 r., którą, jak podkreślił, bardzo wysoko ceni.

W porozumieniu tym obie strony zobowiązały się, że «nie będą obciążały wzajemnych relacji wynikającymi z przeszłości kwestiami politycznymi i prawnymi».

DPA informuje dalej, że ze stanowiskiem prezydenta Czech zgodził się również szef czeskiej dyplomacji Lubomir Zaoralek. W jego opinii przeszłość należy powierzyć historykom, aby móc zająć się przyszłością. «To się w pełni opłaciło i nie ma powodu, by coś tu zmieniać» – cytuje agencja DPA słowa lidera czeskich socjaldemokratów (partia CSSD) w październikowych wyborach do parlamentu.

Nazistowskie Niemcy zaanektowały w październiku 1938 r. najpierw Kraj Sudetów, a następnie w marcu 1939 r. oddziały Wehrmachtu wmaszerowały do Pragi. W okresie II wojny światowej doszło do na terenie Czech do masowej zagłady Żydów oraz przeciwników reżimu hitlerowskiego. Po zakończeniu wojny przeprowadzone zostały przymusowe wysiedlenia 3 mln Niemców sudeckich. Wielu wypędzonych domagało się jeszcze latami odszkodowań i zwrotu własności.

msn.pl

Dudzie marzy się armia niebieska

Andrzej Duda w dniu Święta Wojska Polskiego zdefiniował strategię teatru działań wojennych dla polskiej obronności. Ta strategia zbliża Polskę do Watykanu. Może wejdziemy nawet w sojusz militarny.

Polska ma być w opiece Boga. Jak ktoś by nie wiedział, kim jest Bóg, to uświadamiam, iż to niebyt.

Zadam tutaj pytanie: czym jest niebyt dla państwa? Oczywiście, utratą niepodległości.

Internauci więc przytomnie pytają: po co armia?

Acz wg najnowszych doktryn niebyt Boga i jego ziemskie ramię funkcyjne – kler – wojny nie prowadzą, są pacyfistami, ale drzewiej inaczej bywało.

Ot, choćby krucjaty – wyprawy krzyżowe.

Wśród niebieskich bohaterów wielu było wojników, którzy mają swoje hufce. Jerzy, Michał, Gabriel – święci i archaniołowie.

Wystawić ich w razie czego do wojny hybrydowej. Obawiam się, że takie myślenie Dudy to rozum hybrydowy.

 

Zajady Sakiewicza na Kasprzaka i Schetynę

Zajady Sakiewicza na Kasprzaka i Schetynę

Polscy narodowcy – jak narodowcy wszelkich nacji – nie są zbyt kreatywni. Nie dotyczy to tylko przypadłości intelektualnej, ale też genetycznej. W obrębie jednej rasy, jednego rodu potomkowie szybko ulegają degeneracji. Podobnie jest z kulturą – zamknięta w sobie rakowacieje, staje się estetycznym zakalcem. Zarówno w nauce, jak i w kulturze kwitnące są pogranicza, które mieszają się i tworzą nowe wartości. Tak powstają największe dzieła, taka jest geneza wynalazków, które są „kamieniami milowymi cywilizacji”.

Powyższa uwaga o zrakowaceniu dotyczy naszych narodowców, a w moim felietonie konkretnie jednej osoby i jego środowiska – Tomasza Sakiewicza. Niedawno zasłynął insynuacją w stosunku do europosłanki Platformy Obywatelskiej Róży Thun: – „Pani się nie czuje w tej chwili Polką. Pani się czuje reprezentantką Niemiec”. Thun odparła, iż Sakiewicz „jest wrednym i podłym kłamcą”.

Jakkolwiek Sakiewicza usprawiedliwiałbym przypadłością, na którą ten osobnik nie ma większego wpływu, to jednak z obecności takich postaci rezygnowałbym w przestrzeni publicznej. Stosować eliminację miękką, po prostu nie zapraszać takich osób, nie bywać z nimi, bo narazisz się na nieprzyjemności estetyczno-intelektualne w postaci ich ograniczeń i degeneracji.

W którymś momencie – i to szybciej niż nam się zdaje – tacy Sakiewicze są skazani na coraz mniejszy i mniejszy krąg, ograniczają się tylko do swojego środowiska naturalnego, do rodziny. Może tak się stać, że Sakiewiczowi pozostanie tylko plecenie insynuacji w stosunku do żony. A mogłaby ona wyglądać następująco, gdy Sakiewicz mówi do Sakiewiczowej: Nie czujesz się Sakiewiczową, ale czujesz się reprezentantką Kramerów (Kramerów niemieckich, a nie Kramera z „Vabank”).

Separowany Sakiewicz dostałby prędzej czy później jakiegoś mentalnego hakenkreuza, na razie ma echolalie. Zaburzenie kreatywności, myślenia, które w jego środowisku jest dzisiaj znane pod pojęciem „reparacji od Niemców za II wojnę światową” albo „opcji niemieckiej”. Gdzie Sakiewicz by nie był przebywał, powtarza jak echo jakąkolwiek insynuację niemiecką.

Takie ma skojarzenia w wyniku wyżej opisanych ograniczeń. Napisałem, iż kończy się to mentalnym hakenkreuzem. Muszę się wycofać, bo ten hakenkreuz już jest – i to tak mało kreatywny, jak okładki „Gazety Polskiej” wykorzystujące tylko jedno zdjęcie. Zdjęcie jest słynne, acz zainscenizowane, na którym wojska hitlerowskiego Wehrmachtu atakują polski szlaban na granicy polsko-niemieckiej w 1939 roku.

                                                                      fot. Gazeta Polska

Na wcześniejszej okładce „Gazety Polskiej” w miejsce twarzy hitlerowców wstawiono oblicza Angeli Merkel i Martina Schulza. W najnowszym numerze tygodnika na tym samym zdjęciu żołnierzami Wehrmachtu są Grzegorz Schetyna i Paweł Kasprzak. Jak czytamy w zapowiadanym artykule, na jesieni ma dojść do mniemanego puczu, który mało kreatywny tygodnik nazywa „Nową kampanią wrześniową”.

Takich zajadów dostaje Sakiewicz w wyniku zaburzeń echolalii – „opcja niemiecka”, która aktualnie obowiązuje w środowisku pisowskim.

Waldemar Mystkowski

 

koduj24.pl

Prezydent Duda grzmi na Święcie Wojska. „To nie jest niczyja armia prywatna!”

lulu, 15.08.2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,114883,22234770,video.html?embed=0&autoplay=1
Przed rozpoczęciem defilady z okazji Święta Wojska wystąpił prezydent Andrzej Duda. Mocnym głosem przekonywał, że „rozumie funkcję najwyższego zwierzchnika sił zbrojnych”.

gazeta.pl

Zajady Sakiewicza na Kasprzaka i Schetynę

Polscy narodowowcy – jak narodowcy wszelkich nacji – nie są zbyt kreatywni. Nie dotyczy tylko przypadłości intelektualnej, ale też genetycznej. W obrębie jednej rasy, jednego rodu potomkowie szybko ulegają degeneracji. Podobnie jest z kulturą, zamknięta w sobie rakowacieje, staje się estetycznym zakalcem. Zarówno w nauce i w kulturze kwitnące są pogranicza, które mieszają się i tworzą nowe wartości. Tak powstają największe dzieła, taka jest geneza wynalazków, które są „kamieniami miliowymi cywilizacji”.

Powyższa uwaga o zrakowaceniu dotyczy naszych narodowców, a w moim felietonie konkretnie jednej osoby i jego środowiska – Tomasza Sakiewicza. Niedawno zasłynął insynuacją w stosunku do europosłanki Platformy Obywatelskiej Róży Thun: „Pani się nie czuje w tej chwili Polką. Pani się czuje reprezentantką Niemiec”. Thun odparła, iż Sakiewicz „jest wrednym i podłym kłamcą”.

Jakkolwiek Sakiewicza usprawiedliwiałbym przypadłością, na którą ten osobnik nie ma większego wpływu, to jednak z obecności takich postaci rezygnowałbym w przestrzeni publicznej. Stosować eliminację miękką, po prostu nie zapraszać takich osób, nie bywać z nimi, bo narazisz się na nieprzyjemności estetyczno-intelektualne w postaci ich ograniczeń i degeneracji. W którymś momencie – i to szybciej niż nam sie zdaje – tacy Sakiewicze są skazani na coraz mniejszy i mniejszy krąg, ograniczają się tylko do swojego środowiska naturalnego, do rodziny. Może tak się stać, że Sakiewiczowi pozostanie tylko plecenie insynuacji w stosunku do żony. A mogłaby ona wyglądać nastepujaco, gdy Sakiewicz mówi do Sakiewiczowej: Nie czujesz się Sakiewiczową, ale czujesz się reprezentantką Kramerów (Kramerów niemieckich, a nie Kramera z „Vabank”).

Separowany Sakiewicz dostałby prędzej czy później jakiegoś mentalnego hakenkreuza, na razie ma echolalie. Zaburzenie kreatywności, myślenia, które w jego środowisku jest dzisiaj znane pod pojęciem „reparacji od Niemców za II wojnę światową”, albo „opcja niemiecka”. Gdzie Sakiewicz by nie był przebywał, powtarza jak echo jakąkolwiek insynuację niemiecką.

Takie ma skojarzenia w wyniku wyżej opisanych ograniczeń. Napisałem, iż kończy się to mentalnym hakenkreutzem. Muszę się wycofać, bo ten hakenkreuz już jest – i to tak mało kreatywny, jak okładki „Gazety Polskiej” wykorzystujące tylko jedno zdjęcie. Zdjęcie jest słynne, acz zainscenizowane, na którym wojska hitlerowskiego Wehrmachtu atakują polski szlaban na granicy polsko-niemieckiej w 1939 roku.

Na wcześniejszej okładce „Gazety Polskiej” w miejsce twarzy hitlerowców wstawiono oblicza Angeli Merkel i Martina Schulza, w najnowszym numerze tygodnika na tym samym zdjęciu żołnierzami Wehrmachtu są Grzegorz Schetyna i Paweł Kasprzak. Jak czytamy w zapowiadanym artykule, na jesieni ma dojść do mniemanego puczu, który mało kreatywny tygodnik nazywa „Nową kampania wrześniową”.

Takich zajadów dostaje Sakiewicz w wyniku zaburzeń echolalii „opcja niemiecka”, która aktualnie obowiązuje w środowisku pisowskim.

Kasprzak i Schetyna jako hitlerowcy oraz zapowiedź „nowej kampanii wrześniowej”. „Gazeta Polska” znowu odleciała

Bartosz Świderski, 14 sierpnia 2017

Aż dziwne, że nową germanofobiczną nagonkę połączono z atakiem na opozycję tak późno… Na taki krok właśnie zdecydowała się kierowana przez Tomasza Sakiewicza „Gazeta Polska”. Z okładki najnowszego numeru tego pisma do czytelników krzyczy tytuł zapowiadający „nową kampanię wrześniową”, dla którego tłem jest zdjęcie hitlerowców niszczących polską granicę, którym dano twarze m.in. Pawła Kasprzaka z Obywateli RP i przewodniczącego Platformy Obywatelskiej Grzegorza Schetyny.

Tak zaprojektowana okładka to szumna zapowiedź ujawnienia planów rzekomego „jesiennego puczu”. Jak powszechnie wiadomo, na jakikolwiek „pucz” środowisko bliskie koalicji Prawa i Sprawiedliwości, Solidarnej Polski i Polski Razem od wielu miesięcy wręcz czeka. Marząc, iż rządzącym w Polsce przydarzy się okazja do siłowego rozprawienia się z opozycją, mediami i protestującymi obywatelami pod pretekstem podobnym do tego, który w ubiegłym roku podczas prawdziwego puczu dostał turecki reżim Recepa Tayyipa Erdoğana.

Jak wielokrotnie informowaliśmy w naTemat, sprzeciw części Turków wobec upadku demokracji w ich państwie zakończył się masowymi aresztowaniami niewygodnych wojskowych, policjantów, nauczycieli i dziennikarzy. Jak tym razem rozmarzono się o ziszczeniu podobnego scenariusza w Polsce dokładnie jeszcze nie wiadomo, bo ujawniona została jedynie okładka środowego wydania „Gazety Polskiej”. Warto jednak zwrócić uwagę, że w redakcji Tomasza Sakiewicza użyto ulubionego motywu, który zwyke zapowiada wiele hałasu o nic.

Jakiś czas temu to samo zdjęcie hitlerowców niszczących polską granicę w 1939 roku znalazło się na okładce bliźniaczego tytułu „Gazeta Polska Codziennie”, który wówczas zapowiadał, że „Niemcy znowu atakują Polskę”. Obie okładki odróżnia tylko to, że wcześniej w hitlerowskie mundury ubrano przywódców RFN, a dziś widzimy w nich liderów opozycji społecznej i parlamentarnej.

 

http://natemat.pl/214915,kasprzak-i-schetyna-jako-hitlerowcy-oraz-zapowiedz-nowej-kampanii-wrzesniowej-gazeta-polska-znowu-odleciala

Prezydent Duda nie miał dziś litości dla Antoniego Macierewicza. Co chwila wbijał w niego szpilki

Paweł Kalisz, 15 sierpnia 2017

olska armia jest jedna i nie można jej różnicować poprzez różne rodzaje wojsk. To armia Rzeczpospolitej Polskiej, a nie niczyja prywata – te słowa prezydenta Andrzeja Dudy wypowiadane pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego na długo zostaną w pamięci Antoniego Macierewicza.

Prezydent Andrzej Duda, będący zgodnie z konstytucją zwierzchnikiem sił zbrojnych od kilku miesięcy jest w konflikcie z ministrem obrony narodowej Antonim Macierewiczem. Dziś nader wyraźnie było widać, o co prezydent ma pretensje do ministra. W przemówieniu poprzedzającym defiladę Duda przede wszystkim stwierdził, że armia należy do całego narodu, a nie tylko do jednego człowieka. To wyraźna aluzja do poczynań ministra Macierewicza, który w ciągu dwóch lat rządów sprawił, że stan obronności polskiego wojska stale się zmniejsza.

Od chwili objęcia przez niego urzędu do dymisji podała się już niemal połowa spośród 119 generałów, jacy pełnili funkcje jeszcze dwa lata temu. Antoni Macierewicz chętnie podkreślał fakt, ze zwalniani są oficerowie, którzy swoje wykształcenie i doświadczenie zdobywali jeszcze w wojsku socjalistycznym. Tymczasem prezydent przypomniał, że 97 lat temu odparto wroga także dzięki doświadczeniu tych żołnierzy, którzy jeszcze kilka lat temu pełnili służbę w wojsku jednego z zaborców.

Duda w swoim przemówieniu odniósł się też do Wojsk Obrony Terytorialnej. Choć nie kwestionował potrzeby ich powołania, jednak stwierdził, że polska armia powinna być monolitem, bez względu na rodzaj wojsk. To, ze WOT jest osobnym rodzajem wojsk podległych ministrowi obrony narodowej wyraźnie jest solą w oku prezydenta.

Obok prezydenta na mównicy stał minister Macierewicz. Widać było, ze z uwagą słucha słów, patrzył na prezydenta spod przymrużonych oczu. Czasem potakiwał, czasem wznosił oczy do nieba, gdy prezydent wbijał mu kolejną szpilę w swoich wypowiedziach. Do końca zachował zimną krew.

 

http://natemat.pl/214979,prezydent-duda-nie-mial-dzis-litosci-dla-antoniego-macierewicza-co-chwila-wbijal-w-niego-szpilki

Dramatyczna sytuacja po nawałnicach. „Rząd nie zdaje egzaminu”

SIERPIEŃ 15, 2017, 

W weekend nad Polską przeszły nawałnice, w wyniku których zginęło 6 osób, wiele domów zostało zniszczonych, tysiące gospodarstw jest odciętych od świata. – Pieniądze od samorządów już płyną – zapewnia premier. – Problemy są sukcesywnie usuwane – dodaje szef MSWiA. Mariusz Błaszczak i premier Beata Szydło postanowili udać się dzisiaj do najbardziej poszkodowanych miejsc. – Dlaczego dopiero dzisiaj?! – pytają politycy PO. Sławomir Neumann nie ma wątpliwości, że „rząd nie zdaje egzaminu”, a minister Błaszczak „zamiast pomagać ludziom opalał swój brzuch”.

W sumie od piątku strażacy w całym kraju interweniowali ponad 17 tys. razy. W wyniku nawałnic zginęło 6 osób, a 51 zostało rannych, w tym 12 strażaków. Silny wiatr uszkodził lub zerwał dachy z około 3 tys. budynków, w tym ponad 2 tys. mieszkalnych. Tysiące gospodarstw jest odciętych od świata, pozostaje bez wody, prądu i łączności.

Rząd się obudził

– Pomoc finansowa została uruchomiona, trafiła na konta samorządów. Drzewa z dróg zostały usunięte, zapewniona jest dostawa wody, niespełna 27 tys. jest pozbawionych energii elektrycznej, problemy są sukcesywnie usuwane – zapewnił dzisiaj na konferencji prasowej Mariusz Błaszczak.

Minister spraw wewnętrznych zapewnił, że jest w kontakcie z panią premier, która na dzisiaj zwołała naradę ministrów. Beata Szydło odwiedzi też miejscowość Rytel w woj. pomorskim, Mariusz Błaszczak pojawi się za to w woj. kujawsko-pomorskim.

Po naradzie z ministrami głos w sprawie zabrała także Beata Szydło. Pani premier nie ma sobie nic do zarzucenia. – Od piątku sytuacja jest przez nas monitorowana i kontrolowana. Prowadzone są bardzo intensywne działania. Jestem na bieżąco informowana o wszystkich akcjach, które są prowadzone. (…) Wszystkie służby są zaangażowane i w tej chwili trwa usuwanie skutków tej trąby powietrznej, która miała miejsce z piątku na sobotę. W pierwszym etapie skoncentrowaliśmy się i skupiliśmy się na zabezpieczeniu zdrowia i życia ludzi. To było najważniejsze, a w tej chwili trwa usuwanie skutków tych nawałnic – mówiła Beata Szydło.

Wczoraj wieczorem MON zdecydowało o wydzieleniu żołnierzy do pomocy przy udrażnianiu rzeki Brdy. Wojsko oraz sprzęt wojskowy ma pomagać także mieszkańcom gminy Rytel.

Ale według polityków opozycji to przede wszystkim za późno i za mało:

Według polityków opozycji, potrzebnych jest więcej żołnierzy i większe ilości ciężkiego sprzętu, bo bez tego skutki nawałnic będą usuwane jeszcze wiele miesięcy.

PO: Ludzie zostali zostawieni sami sobie

– Do tragedii doszło w piątek. Przez 4 dni nie było koordynacji ze szczebla centralnego, pomocy dla ludzi, którzy są odcięci od świata, nie mają prądu, wody i łączności. Dopiero we wtorek premier Szydło zwołuje naradę i chce zobaczyć na miejscu skutki zniszczeń. A minister Błaszczak wraca z urlopu i próbuje zorientować się, jakie są skutki tej nawałnicy. Oczekiwalibyśmy znacznie szybszego działania – mówi szef klubu PO poseł Sławomir Neumann.

Poseł opozycji przypomina, że w 2012 roku, gdy podobna trąba powietrzna przeszła przez Pomorze, reakcja była natychmiastowa. – Jeszcze tego samego dnia urzędnicy byli wśród poszkodowanych, były spisywane raporty, były decyzje, aby wypłacać pomoc ludziom, którzy muszą naprawiać swoje domy – mówi.

– Dzisiaj rząd nie zdaje egzaminu. Mam nadzieję, że w końcu zacznie koordynować akcję pomocy dla ludzi, bo zostali zostawieni sami sobie. A taka centralna koordynacja działań jest teraz najbardziej potrzebna – dodaje Neumann.

Politycy PO apelują także o rozważenie możliwości wprowadzenia stanu klęski żywiołowej.

„Minister Błaszczak przez 4 dni zajmował się opalaniem brzucha”

Opozycja alarmuje i krytykuje, a minister Błaszczak apeluje: – Apeluję, żeby politycy totalnej opozycji nie lansowali się na krzywdzie, która została wyrządzona, żeby nie prowadzili kampanii w sytuacji, w której jest prowadzona akcja ratunkowa.

Jak na takie słowa ministra odpowiada polityk PO? Nie przebiera w słowach. – Mariusz Błaszczak kiedyś mówił tylko o winie Tuska. Dzisiaj jest ministrem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo i jego winą oraz potwierdzeniem braku jakichkolwiek kompetencji odpowiedzialności jest zachowanie w ostatnich 4 dniach. Zamiast koordynować pomoc dla ludzi, to opalał swój brzuch. Wstyd. Może jechać na plażę dalej się opalać, bo tam jest jego miejsce – mówi w rozmowie z wiadomo.co Sławomir Neumann.

wiadomo.co

Beata Szydło uda się na tereny zniszczone przez nawałnice

15.08.2017
Rafał Bochenek poinformował na Twitterze, że Beata Szydło uda się dziś na tereny, które zostały zniszczone przez nawałnice. Wcześniej premier spotka się z ministrami w związku z sytuacją kryzysową.

„Po południu premier Beata Szydło uda się na tereny zniszczone przez nawałnice w województwie pomorskim, w miniony weekend” – napisał na Twitterze rzecznik rządu. Później w rozmowie z PAP doprecyzował, że premier pojedzie do miejscowości Rytel w województwie pomorskim.

Natomiast na godzinę 10.30 premier zwołała odprawę z ministrami w związku z sytuacją kryzysową po nawałnicach. – W spotkaniu będą uczestniczyli szefowie resortów zaangażowanych w akcje ratunkową na terenach dotkniętych przez żywioł, tj.: ministerstwo infrastruktury i budownictwa, obrony narodowej, MSWiA, rodziny, pracy i polityki społecznej; finansów; zdrowia; energii; rolnictwa i środowiska – poinformował Rafał Bochenek. Jak dodał odprawa ma służyć m.in. ocenie i analizie dotychczas podjętych działań.

– Od soboty premier Beata Szydło jest w nieustannym kontakcie z wojewodami i służbami pracującymi na miejscu tragicznych wydarzeń – podkreślił Bochenek.

Poinformował jednocześnie, że decyzją premier Szydło, zaraz po sobotniej naradzie sztabu kryzysowego w Gdańsku, zostały uruchomione środki finansowe na wsparcie dla poszkodowanych samorządów. – Skierowano także dodatkowe siły do pracy w rejony zniszczone przez żywioł – powiedział rzecznik rządu.

Także dziś o godz. 9. szef MSWiA Mariusz Błaszczak odbierze w Warszawie meldunki dotyczące sytuacji w województwach dotkniętych nawałnicami.

Nawałnice na północy kraju

W weekend strażacy interweniowali ponad 15 tys. razy. Dodatkowo wczoraj do godziny 20. w Polsce odnotowano około 700 interwencji związanych z usuwaniem skutków burz i silnego wiatru. Najtrudniejsza sytuacja była w województwie kujawsko-pomorskim, wielkopolskim i pomorskim.

W wyniku nawałnic zginęło sześć osób (pięć na Pomorzu i jedna w Wielkopolsce) a około 50 zostało rannych. Silny wiatr uszkodził lub zerwał dachy z prawie 3 tys. domów, w tym z ponad 2 tys. mieszkalnych.

Wczoraj MSWiA poinformowało, że minister Błaszczak podjął decyzję o przyznaniu pieniędzy rodzinom poszkodowanych w nawałnicach. Łączna kwota, która będzie wypłacona to prawie 31 mln zł. Środki te trafią do ponad 6 tys. rodzin. Osoby poszkodowane w wyniku wichur i nawałnic mogą zgłaszać się po zasiłek do 6 tys. zł, który nie będzie rozliczany. Poszczególne samorządy zbierają takie informacje z terenu, przekazują je wojewodom a ci zgłaszają je do MSWiA.

Dodatkowo jest możliwość otrzymania pomocy w wysokości do 20 tys. na remonty domów. Pieniądze te są rozliczane na podstawie faktur i oświadczeń, ale bez opinii rzeczoznawcy. Taka opinia jest wymagana gdy poszkodowani ubiegają się o wyższą pomoc na remont domu – w wysokości do 100 tys. zł.

onet.pl

Droga, która jeszcze jest przed nami

Adam Buła. Zapiski Frakcji Przytomnych

14 sierpnia 2017

Pan Kazimierz Nowaczyk, dziś szefujący podkomisji smoleńskiej, jest fachowcem od fluorescencji. Ja – skromnym acz dyplomowanym na UJ – magistrem religioznawstwa. Przykro mi to zauważać, ale na dzisiaj to ja mam większe kompetencje do zajmowania się katastrofą smoleńską.

By uchwycić specyfikę choć drobnego elementu tzw. kultu smoleńskiego, cofnijmy się trochę. To podróż, która pomoże nam też zrozumieć, jak rzecz cała ze sfery faktów przechodzi w sferę wiary – a to jest moje podwórko. Jest rok po odpaleniu przez min. Macierewicza podkomisji, idzie okrągła rocznica. Zespół wrzuca bombę termobaryczną. Zależy, jaki włączysz kanał. Albo usłyszysz: och, ach, ale super doświadczenia, to prawdziwy przełom w dochodzeniu do prawdy. Albo usłyszysz: no bez jaj, jak można odpalać blaszany barak z namalowanymi oknami i twierdzić, że to czegokolwiek dowodzi w kwestii samolotów. Prawodopodobnie nikt nie planował wpadki pana Berczyńskiego, ale stało się.

Chlapnął niemożebnie i zniknął. I tak mijały kolejne miesięcznice, a prezes musiał powtarzać o dochodzeniu do prawdy, nie mając nic nowego na podorędziu. Choć pomagali mu aktywnie Obywatele RP, odwracając swoimi burdami uwagę od meritum, problem dojrzewał. Dochodzimy do prawdy i co? Jest bardzo specyficzny i nie do pomylenia z niczym rodzaj suchego pogłosu, gdy na raz wszystkim opada szczęka. To się dało słyszeć, gdy podkomisja smoleńska wydała w przeddzień ostatniej miesięcznicy swój komunikat. „Na zebraniu 25 lipca uzgodniono stanowisko”. Wstęp, że głos dali z powodu licznych pytań dziennikarzy i dwa akapity tekstu, że „skrzydło wybuchło zanim zderzyło się z brzozą”. Uff, wspomniany, nie do pomylenia z niczym dźwięk padających szczęk zagonił Pana Nowaczyka do najważniejszego wieczornego programu TVP. Litościwie pominę nazwisko partyjnego funkcjonariusza, który z nim rozmawiał (jestem niemal pewien, że Michał Adamczyk to operacyjny pseudonim). Ważne, że kolega tzw. dziennikarz nie wpadł przez 20 minut tej rozmowy na dość oczywiste pytanie: a jak to się k… (przepraszam) ma do obowiązującej od trzech miesięcy teorii teromobarycznego wybuchu? Po co ja to opowiadam. Otóż wiem, że wszyscy, którzy z zapowiedzi prezesa, że na 96. miesięcznicę znajdą się klamry, z godnością pozwalające rzecz całą zakończyć, nic nie rozumieją. Myślicie: prezes powiedział: przyjmijmy prawdę, jaka ona by nie była. Głupki sakramenckie. Jaka ona by nie była, będzie taka, żeby Tuska wsadzić do więzienia. I do tego sprowadza się tytuł tego komentarza. Prokuratura nic nie będzie miała na kwiecień 2018 r., ale może wydzielić zarzut wobec Tuska, choć to będzie szyte z… bardzo przybliżonych paragrafów. Równolegle Sasin może się upora z pomnikami, i zwyczajnie trzymam kciuki, żeby chociaż Lech był bardziej podobny do Lecha niż do Poroszenki zatrutego talem. Co zostaje: raport komisji. Nasza władza absurdalnie, wbrew rzeczywistości wierzy w taki scenariusz: Nowaczyk: samolot został strącony meteorytem wystrzelonym z ruskiej stacji kosmicznej, w postaci kinetycznego pocisku z bryły lodu, nie do wykrycia po roztopieniu. Koordynaty do ataku wysłał Tusk mejlem Putinowi. Rządowy bot operacyjny o nazwisku Michał Adamczyk: uchu, aha, no tak: w świetle tak miażdżących ustaleń, na ile Tusk powinien być skazany? Wyjątkowo wyraźnie zaznaczę pointę: Nasze władze popełniają śmiertelny błąd wierząc, że jeśli ze wszystkich okienek we wszystkich zrepolonizowanych mediach wyskoczą nam mówiące te same brednie boty Adamczyka, to w ich zazwyczaj prostacką wersję wydarzeń uwierzymy. Jarosław Kaczyński po prostu nigdy nie powąchał Facebooka. Podstarzały guru prowadzi nas do klęski w XIX-wiecznym stylu, w którym zwyczajnie mentalnie nadal tkwi.

Czytaj więcej: http://www.polskatimes.pl/opinie/komentarze/a/droga-ktora-jeszcze-jest-przed-nami,12363716/

 

 

Interwencja do ➡️gdzie są jednostki ❗️ ➡️dlaczego przez kilka dni nie skierowano do pomocy wojska❗️

Proszę podawać dalej informację o aktualnie najpilniejszych potrzebach. Sztab kryzysowy znajduje się w Ośrodku Kultury w Rytlu. Dziękujemy

Skąd się bierze fenomen PiS wśród Polaków? „To efekt 25 lat zaniechania”

Jacek Gądek Jacek Gądek
15.08.2017

Prezes PiS Jarosław Kaczyński, 88. miesięcznica katastrofy smoleńskiej

Prezes PiS Jarosław Kaczyński, 88. miesięcznica katastrofy smoleńskiej (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

Aktor Jacek Poniedziałek: „Biedny, otumaniony 500+, 40-procentowy ‚narodzie’ jesteś zakałą świata!”. – Rozumiem emocję Poniedziałka – ona jest esencją fałszywego myślenia liberalnej elity – mówi dla Gazeta.pl prof. Antoni Dudek, historyk i politolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

 

Jacek Gądek: – Prawo i Sprawiedliwość jest z teflonu? Tyle było ulicznych protestów, blokad i okupacji Sejmu, a PiS w sondażach bryluje.

Prof. Antoni Dudek: – Nie jest z teflonu. Wielokrotnie tak mówiono o Aleksandrze Kwaśniewskim i Donaldzie Tusku – rzeczywiście, przez dłuższy czas mogło się wydawać, że są z teflonu i nic złego się do nich nie przyklei. Kwaśniewski pod koniec drugiej kadencji zaczął jednak bardzo tracić w sondażach i trzeciej mógłby już nie wygrać. Podobnie było z Platformą Obywatelską pod wodzą Tuska.

Ale to było pod koniec drugiej kadencji – i prezydenckiej, i Sejmu!

Właśnie. A dziś nie jesteśmy nawet na półmetku pierwszej kadencji PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego ma jeszcze bardzo dużo czasu. Każdy, kto jednak miał teflonową patelnię wie, że z czasem na teflonie pojawiają się rysy i on się ściera. Wtedy już wszystko zaczyna przywierać. Ten mechanizm jest nieuchronny.

Podejrzewam, że w przypadku PiS ten proces będzie szybszy. Bo i znacznie częściej podgrzewa tę patelnię, i do wyższych temperatur. Teflon się zużywa, ale nie po dwóch latach. Trwałość zależy też od siły alternatywy…

…albo jej braku. Słabość opozycji działa jak konserwacja teflonu?

Dziś PiS nie ma wyraźnej konkurencji. W polskich warunkach ona rodzi się w wyniku wyborów, a w przyszłym roku zacznie się prawdziwy festiwal wyborczy. Cztery mordercze kampanie wyborcze (do samorządu, PE, Sejmu i prezydencka – red.), w których mogą się wyłonić alternatywy. W przyszłym roku na serio rozpocznie się testowanie teflonu. Dokładnie tak, jak w 2015 r., gdy pojawił się Andrzej Duda. Wahliwy, nieobliczalny elektorat zaufał mu i dał zwycięstwo – ten elektorat to ok. 1/3 spośród głosujących Polaków, jest kluczowy.

Politycy zaprzeczają, że żyją sondażami. Ale śledzą je skrupulatnie i zamawiają własne. Ostatni pokazuje 41 proc. poparcia dla PiS. Średnie z wszystkich są zbliżone do wyników wyborów z 2015 r. Tak wiele się dzieje, żeby nic nie drgnęło? Ani PiS nie szybuje, ani opozycja nie odzyskuje pola?

Stawiałem, że na przełomie 2016/17 r. PiS poszybuje do ok. 50 proc. Powody? Bądźmy szczerzy: 500+ to gigantyczny sukces bez względu na to, co mówią malkontenci. I po drugie: dramatyczna słabość opozycji, która się posypała. PiS jednak stoi w miejscu, a różnice są w granicach błędu.

A dlaczego?

Z punktu widzenia przeciętnego Polaka, który nie jest zainteresowany polityką, pojawiło się 500 zł na dzieci, co zmieniło życie biedniejszej części Polski. Ich te wszystkie abstrakcyjne historie z Trybunałem Konstytucyjnym czy kształtem sądownictwa nie dotykają. Działanie sądów owszem często ich dotknie, ale opinia o ich działalności jest zła. Niezależnie od manifestacji w obronie sądów – z badań jasno to wynika – duża część ludzi od dawna dyszała żądzą zemsty na wymiarze sprawiedliwości. PiS weszło na ścieżkę zemsty i wcale mu to nie zaszkodziło.

Póki co, efektów zmian w sądownictwie nie ma – podobnie jak z innymi reformami: służby zdrowia i edukacji. Dopiero przyszły rok i kolejne lata pokażą, czy one cokolwiek poprawiły. Dla PiS to będzie niezwykle ciężka próba. Likwidacja gimnazjów na początku przyniesie więcej minusów, a efekt pozytywny – jeśli w ogóle będzie – po latach. Tworzona przez rząd PiS sieć szpitali – w mojej ocenie – może wydłużyć kolejki do specjalistów, a nie je skrócić.

prof. Antoni Dudek, politolog, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiegoprof. Antoni Dudek, politolog, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Telenowela z pozbywaniem się Bartłomieja Misiewicza nic nie znaczy?

Przyczyną tego, że PiS nie poszybowało powyżej 40 proc., jest właśnie Misiewicz i to, co on oznacza: arogancja władzy – tak wielka jak poprzedników, jeśli nie większa. Także jego protektor – Antoni Macierewicz – jest obciążeniem dla PiS. Podobnie szef MSZ Witold Waszczykowski. I jeszcze jedno: powszechne przekonanie, że za wszystkim i tak stoi Jarosław Kaczyński – do niedawna także za prezydentem.

Trzeba też powiedzieć jasno, że trwa histeryczna kampania antyrządowa. Opozycja poszła w twierdzenia, że w Polsce nie ma demokracji. Aż dziw, że wobec tego Grzegorz Schetyna nie siedzi w więzieniu, ale bywa na plaży. Opozycja wystrzelała cały arsenał w pierwszych miesiącach po wyborach i teraz jest bezradna.

Zarzuty, że oto PiS wprowadza totalitaryzm są oczywiście przesadzone, ale kto zna język polityki wie, że to retoryka.

Ale ta histeria z rzekomym totalitaryzmem budzi w wielu ludziach – zwłaszcza pamiętających życie w PRL-u – pusty śmiech. Nie zapomnieli PRL-u i wiedzą, że wtedy niczego w sklepach nie było, a za granicę trudno było wyjechać. Byli więźniowie polityczni, a na ulicach ZOMO tłukło robotników. Taka jest perspektywa szeregowego człowieka, a tu nagle opozycja mówi, że znów jest jak w PRL-u.

Dwie rzeczy wypchnęły ludzi na ulice: najpierw sprawa Trybunału Konstytucyjnego, a potem obrona Sądu Najwyższego. Dziesiątki tysięcy ludzi wyszły demonstrować, ale co ten tłum w istocie znaczy?

Połowy Polaków polityka kompletnie nie interesuje – na żadne wybory nie chodzą i demokracja jest im obojętna.

Druga połowa jest politycznie aktywna i dzieli się na trzy zbliżone wielkością części. Pierwsza: lewica i liberałowie – wśród nich jest potężna nadreprezentacja osób lepiej wykształconych i skupionych w wielkich miastach. Dla nich rządy PiS to szok. Przecież pod rządami SLD, PO czy nawet AWS (łagodzonym przez Unię Wolności) żyli w reżimie liberalnym.

Dla ludzi o poglądach lewicowo-liberalnych rządy PiS to po prostu barbarzyńcy, którzy dorwali się do władzy. To pan mówi?

Tak. Radykalna prawicowa partia nagle wygrała, więc elity liberalne są przerażone tym, jak się rozprawia z Trybunałem, z mediami publicznymi, z sądami… I oni wychodzą na ulice demonstrować. Jest ich wielu. Widzimy ich. Ale bądźmy szczerzy: w Warszawie wychodzi kilkanaście, a w porywach kilkadziesiąt tysięcy ludzi. To sporo jak na bierność polityczną Polaków, ale gdyby zebrało się 200-300 tys. osób, to wtedy dopiero miałoby to znaczenie.

Pamiętam demonstrację „Obudź się Polsko!” w 2012 r., gdy walczono o miejsce na multipleksie dla TV Trwam Wówczas szacunki organizatorów mówili o 200 tys. demonstrantach, a służby o 50 tys. Podobne liczby padały, gdy opozycja zorganizowała w zeszłym roku największą swoją demonstrację. TV Trwam przyciągnęło tyle ludzi na ulice, co „obrona demokracji” teraz. Sądów broniono teraz w wielu miastach – podobnie za telewizją o. Rydzyka marsze przechodziły nie tylko przez stolicę…

…dokładnie tak! To są te górne granice zwyczajnej aktywności ludzi. O przełomie, który mógłby wymusić przedterminowe wybory czy upadek rządu, można by mówić, gdyby w samej Warszawie maszerowało kilkaset tysięcy osób. A w innych miastach po ponad 100 tys.

Ciekawe jest to, co mówi Lech Wałęsa…

…że jak będzie milion-dwa ludzi, to wtedy wymusi odejście PiS. W sumie panowie się zgadzają.

On oczywiście kręci się wokół 1980 r. i nawiązuje do masowego buntu, który później już się nigdy w Polsce nie powtórzył. Teraz też żaden milion na ulice nie wychodzi, ale gdyby wyszedł, to masa krytyczna zostałaby osiągnięta. Póki co, mobilizuje się tylko ta jedna trzecia aktywnych Polaków, którzy mają poglądy lewicowo-liberalne.

A to w ogóle realny scenariusz? Wielki społeczny bunt, który wymusza zmianę władzy?

Jedna trzecia Polaków – ta, o której mówiłem, czyli liberalno-lewicowa – PiSu nigdy nie będzie popierać. Kolejna jedna trzecia to natomiast zwolennicy PiS.

A dopełniająca całość ostatnia część to ludzie, których nazywam PiS-osceptykami. To ludzie popierający na przykład Pawła Kukiza. To chwiejni wyborcy chwalący 500+, ale narzekający na Antoniego Macierewicza. Ludzie lubiący Andrzeja Dudę, ale już nie Zbigniewa Ziobro. Przyklaskujący uszczelnianie VATu, ale propagandzie TVP już nie. Walkę o tych ludzi PiS wciąż wygrywa. Do najbliższych wyborów – samorządowych – został ponad rok i przez ten czas opozycja będzie chciała przeciągnąć na swoją stronę część tych chwiejnych wyborców.

Z kolei PiS będzie ich trzymać, ale jakimi sposobami?

W „Wiadomościach” TVP – dziś głównym organie propagandowym PiS – parę razy w każdym tygodniu dowodzi się, że każdy inny rząd – z wyjątkiem PiS – zabierze ludziom 500+. To jest jedna z najważniejszych zasad propagandy PiS na najbliższe dwa lata. Taki argument ma mobilizować najbiedniejszą część elektoratu, a to dlatego, że główni beneficjanci 500+ to mieszkańcy małych miast i wsi. Oni są najmniej aktywni obywatelsko i w istotnej części należą do tych 50 proc., którzy nigdy nie chodzą głosować.

PiS podejmuje więc totalną walkę, aby zmobilizować właśnie tych Polaków – właśnie, aby chodzili głosować w obronie 500+, czyli za PiS. Zobaczymy, jak PiS będzie w tym skuteczne, bo ludzie pieniądze chętnie wezmą, ale czy pójdą ratować partię?

Jak do tej pory najwyższa frekwencja w wyborach do Sejmu była w 2007 r., gdy PiS straciło władzę, ale i tak było to niespełna 54 proc.

Ci, którzy nie głosują, to największy rezerwuar głosów – nikomu nie udało się sięgnąć po ludzi biernych. Kiedyś próbować to zrobić Andrzej Lepper – nawet wymyślił, że gmina, w której będzie największy wzrost frekwencji w porównaniu do poprzednich wyborów, dostanie od Samoobrony ekstra pieniądze. Wiedział, że wzrost może mu pomóc, ale nic z tego nie wyszło. Teraz PiS próbuje ponownie.

Na koniec zacytuje panu słowa aktora, Jacka Poniedziałka, właśnie o 40-proc. poparciu dla PiS. Na ile w tym jest jakaś powszechna i autentyczna emocja społeczna? „Biedny, otumaniony 500+, tanio kupiony pseudodumą rodem z paska TVP 40-procentowy ‚narodzie’ – rozpłyń się i przepadnij. Jesteś zakałą świata!”.

(śmiech) To kwintesencja frustracji, która dotknęła liberalne elity po zwycięstwie PiS. W tych elitach przez ćwierć wieku panowało przekonanie, że te „doły” społeczne doszlusują, ale na razie są jeszcze tak ciemne, że muszą siedzieć cicho – aż dojrzeje u nich obywatelska, europejska świadomość.

Społeczne niziny były więc przez długie lata lekceważone jako – to właśnie pisze Poniedziałek – jako ciemnota. Co jakiś czas nagle pojawiały się jednak ostrzeżenia: Stan Tymiński w 1990 r., następnie Samoobrona Leppera, a potem ukształtowała się już wielka partia (PiS), która ową „ciemnotę” zmobilizowała, zorganizowała i dzięki niej wygrała. Nadzieja elity, że ta nowa rzeczywistość się rozpłynie, jest płonna.

Swoim przyjaciołom-liberałom mówię: zbieracie efekt zaniechania przez 25 lat realnej działalności edukacyjnej. Zaniechano edukacji obywatelskiej w szkole, a w samych wyborach elitarne partie wręcz bały się wysokiej frekwencji – bali się głosów nizin społecznych.

„Zakały narodu”, jak pisze aktor?

Tak. Rozumiem emocję Jacka Poniedziałka – ona jest esencją fałszywego myślenia liberalnej elity.

Rozmawiał: Jacek Gądek.

Zobacz także: Mariusz Błaszczak rośnie w siłę

gazeta.pl

Trzy doby po nawałnicy, rząd zastanawia się, czy i jak pomagać? Może wojsko wyślą, a moze Premier tam pojedzie, a może wystarczy zdjęcie?

O trzy dni za późno? Poszkodowani przez nawałnice już wcześniej błagali o pomoc wojska

15.08.2017

Premier Beata Szydło pojedzie na Pomorze, by zobaczyć zniszczenia po nawałnicach. Minister obrony zdecydował się oddelegować do pomocy poszkodowanym wojsko. Wciąż prawie 17,5 tys. odbiorców nie ma prądu, wyłączonych jest prawie 500 stacji transformatorowych średniego napięcia. Miejscowi twierdzą, że o wsparcie wojska prosili jeszcze w piątek. Wówczas jednak MON miał odmówić.

Jeszcze przed wyjazdem na Pomorze Beata Szydło ma spotkać się z ministrami (infrastruktury i budownictwa, obrony narodowej, MSWiA, rodziny, pracy i polityki społecznej; finansów; zdrowia; energii; rolnictwa i środowiska), by rozmawiać o sytuacji po nawałnicach.

Minister obrony Antoni Macierewicz na wniosek wojewody pomorskiego wydał decyzję o wydzieleniu żołnierzy oraz sprzętu wojskowego do pomocy mieszkańcom gminy Rytel. Do użycia zostaną skierowane samochody ciężarowo-terenowe, łodzie, spycharki oraz specjalistyczne maszyny inżynieryjne.

Wciąż nie ma prądu

Najtrudniejsza sytuacja jest w powiecie kartuskim, gdzie energii elektrycznej pozbawionych jest 16,8 tys. gospodarstw domowych. Co gorsza, nie sposób ocenić, w jakim terminie wszystkie awarie zostaną naprawione. – Służbom energetycznym jest przede wszystkim bardzo trudno dotrzeć do miejsc, gdzie są powalone słupy i zerwane linie. Muszą najpierw tarasować sobie drogę – stwierdził dyżurny Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego w Gdańsku Jerzy Jakubowski.

Jedną z najciężej dotkniętych kataklizmem miejscowości jest Rytel, wieś w Borach Tucholskich. Wedle relacji „Gazety Pomorskiej”, tam prądu może brakować nawet przez dwa tygodnie. Na agregacie pracuje również tucholski szpital.

Dlaczego wojsko dopiero teraz?

W Rytlu i okolicach od weekendu pracują strażacy, ale także mieszkańcy, a nawet turyści, którzy przyjechali w te okolice na wakacje. Ogromnym problemem, a zarazem niebezpieczeństwem okazał się Wielki Kanał Brdy – tu ciek wodny zatarasowały powalone drzewa. Jeśli kanał nie zostanie udrożniony przez opadami, mieszkańcom grozi powódź.

– (Premier) powinna ogłosić stan klęski żywiołowej. Już dawno powinno tu być wojsko. A wicewojewoda mi tylko powiedział, że nie wie, czy to realne, bo to kosztuje – mówił sołtys Rytla, Łukasz Ossowski, w rozmowie z „Gazetą Pomorską”, jeszcze przed ogłoszeniem przez MON decyzji o oddelegowaniu wojska do pomocy poszkodowanym przez nawałnice.

Wedle relacji Ossowskiego, już w piątek Wojewódzkie Centrum Zarządzania Kryzysowego dostało sygnały o tym, że potrzeba żołnierzy. Był to moment, w którym próbowano dotrzeć do harcerzy z obozu w Suszku. – Centrum połączyło się nawet z Ministerstwem Obrony, ale tam decyzja była jedna i przekaz był taki sam – nie ma takiej potrzeby – opowiadał Ossowski.

W wyniku nawałnic w Polsce zginęło sześć osób (pięć na Pomorzu), w tym dwie nastolatki, które przebywały na obozie harcerskim w miejscowości Suszek. Ponad 50 osób, w tym 38 uczestników obozu w Suszku, doznało też różnego rodzaju obrażeń. W poniedziałek wieczorem w szpitalach pozostawało troje harcerzy. Silny wiatr uszkodził lub zerwał dachy z prawie 3 tys. domów, w tym z ponad 2 tys. mieszkalnych.

dziennik.pl

Już wiemy dlaczego tak długo trwało wydanie przez Macierewicza decyzji o wysłaniu wojska na pomoc.Szukali na mapach nieistniejącej gminy…

Musztarda trzy dni po obiedzie. Premier Szydło jedzie na tereny zniszczone przez nawałnicę

Paweł Kalisz, 15 sierpnia 2017

suwanie skutków nawałnicy, w której zginęło 6 osób trwa do dziś. MON dopiero co podjęło decyzję o wysłaniu wojska na pomoc ochotnikom, którzy na własną rękę starają się usunąć zniszczenia. Premier Szydło dopiero dziś wybiera się, żeby na własne oczy zobaczyć skalę zniszczeń. Trzeba powiedzieć jasno – zarządzanie kryzysowe w wykonaniu PiS nie działa.

Gdy w USA przejdzie huragan, jedną z pierwszych osób, które pojawiają się na miejscu jest prezydent. Mieszkańcy widzą, że jest ktoś, kto przejmuje się ich losem, kto przyjechał pomóc. Nawet jeśli własnymi rękami nie zacznie dźwigac domów z gruzów to przynajmniej będzie wydawał decyzje, zarządzał, pochyli się z troską nad poszkodowanymi. W Polsce szef rządu dopiero czwartego dnia po tragedii decyduje się pojechać na tereny zniszczone przez nawałnicę.

I dopiero w tym dniu, dziś o godzinie 10.30, zwołuje naradę z ministrami w związku z sytuacją po nawałnicach.

Po południu premier @BeataSzydlo uda się na tereny zniszczone przez nawałnice w województwie pomorskim, w miniony weekend.

Całe szczęście, że pogoda jest łaskawa i nie pada. W związku z tym liczy się czas. Nie wiadomo kiedy przyjdą opady. Dzisiaj w nocy już zimno

Mieszkańcy miejscowości Rytel trzy dni wyczekiwali pomocy. Nie leżeli w tym czasie z założonymi rękami. Setki drzew przewróconych przez nawałnicę wpadło do rzeki Brdy, tamując jej ruch. Cały czas mieszkańcom gminy grozi zalanie, do stanu alarmowego brakuje 6 cm. Wystarczy jedna ulewa, żeby kolejny raz doszło do tragedii.

Z tego co wiem to pociągi kursują na tej trasie. Stacja Rytel Wieś. Można przyjechać i pomóc. Niektórzy ludzie śpią pod gołym niebem.

Dobrze, że nie pada. Ale zrobiło się zimno. Wolontariusze, którzy przyjechali na miejsce pomóc często śpią pod gołym niebem. Ale nie skarżą się, odpoczną chwilę i pracują dalej.

Wyobraźmy sobie klęskę żywiołową o skali powodzi z 1997 i zarządzanie kryzysowe ministrów z 
Chyba nawet worków z piaskiem by zabrakło

Gdzie w tym czasie była premier Szydło? Dlaczego wojewoda zwlekał trzy dni z wysłaniem prośby do ministerstwa obrony narodowej o wsparcie wojska? Dlaczego żołnierze zamiast jechać z pomocą przygotowywali się do defilady z okazji 15 sierpnia? Pytania można mnożyć. Jak zauważają internauci, dobrze, że nawałnica, która przeszła nad wojewódzkim pomorskim nie niosła za sobą takich zniszczeń, jak powódź z 1997 roku, bo przy takim zarządzaniu kryzysowym to by mogło zabraknąć worków z piaskiem.

Wyobraźmy sobie klęskę żywiołową o skali powodzi z 1997 i zarządzanie kryzysowe ministrów z 
Chyba nawet worków z piaskiem by zabrakło

Oni tylko w szybkim tempie przepychają ustawy nocą, szczególnie łamiące zasady demokracji

Politycy Prawa i Sprawiedliwości nie raz udowodnili, że potrafią działać szybko i skutecznie. Gdy trzeba, zwoływano specjalne posiedzenia Sejmu, a Parlament pracował bez wytchnienia nawet w nocy, byle tylko w błyskawicznym tempie przepchnąć ustawę i Trybunale Konstytucyjnym czy reformie edukacji. Teraz, gdy naprawdę trzeba było działać szybko i zdecydowanie, ludzie na terenach objętych zniszczeniami zostali pozostawieni samym sobie.

 

http://natemat.pl/214955,musztarda-trzy-dni-po-objedzie-premier-szydlo-jedzie-na-tereny-zniszczone-przez-nawalnice

Przeciez jest juz decyzja o pomocy wojska aby zapobiec powodzi!

Tak upadają rządy

Potrzeba rąk do pracy, wszyscy pytają: gdzie jest Obrona Terytorialna? Właśnie poznaliśmy odpowiedź

Michał Gąsior, 15 sierpnia 2017

W związku z tragicznymi skutkami nawałnic w Polsce podnoszą się głosy zdziwienia: gdzie jest sławna Obrona Terytorialna, której zadaniem jest m.in. „realizacja przedsięwzięć z zakresu zarządzania kryzysowego”. Zadaliśmy to pytanie rzecznikowi WOT. I dostaliśmy dość zaskakującą odpowiedź.

Czy i jakie działania podjęły Brygady Obrony Terytorialnej w związku z tragicznymi skutkami nawałnic? Czy zostały zaangażowane do pomocy poszkodowanym, usuwania szkód? Jeśli nie, dlaczego? Te trzy pytania zadałem rzecznikowi Dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej ppłk Markowi Pietrzakowi. Odpowiedział, choć nie wprost.

Jak potwierdził, „misją WOT jest obrona i wspieranie lokalnych społeczności”. „Nasze jednostki są gotowe do realizacji zadań z zakresu reagowania kryzysowego w województwach, w których się rozwijamy. WOT będzie wspierał w takich działaniach siły im dedykowane (podległe MSWiA) na ich wniosek” – zaznaczył.

Oznacza to najpewniej, że Obrona Terytorialna nie bierze udziału w pracach. Kluczowy wydaje się też fragment o „województwach, w których się rozwijamy”. Bo rzecznik WOT przyznaje, że w woj. pomorskim, tak dotkniętym żywiołem, nie ma struktur.

„Formowanie struktur w Województwie Pomorskim i 6 kolejnych województwach rozpocznie się jeszcze w tym roku. Cieszymy się, że coraz lepiej rozumie się konieczność powołania WOT. Żałujemy, że ta refleksja przychodzi w takim kontekście” – podkreślił.

 

http://natemat.pl/214963,potrzeba-rak-do-pracy-wszyscy-pytaja-gdzie-jest-obrona-terytorialna-wlasnie-poznalismy-odpowiedz

Jan Ordyński: Prawdziwa dobra zmiana będzie w TVP wtedy, kiedy wrócą tam normalni dziennikarze /…/

 

„Śmierć dzieci w nawałnicy to BOŻY PLAN” Powiedział kretyn 😠i to szef ZHR. 🔨🔨Zapamietajcie tą facjatę.

%d blogerów lubi to: