Pasożyty pijarowskie z PFN i Solvere

Pasożyty w naturze dbają o organizm, na którym się tuczą, jest dla nich ciałem egzystencjalnym (ojczyzną), w polityce jest zupełnie inaczej – pasożyty jednoczą się, aby w wyniku sprzyjających warunków demokratycznych dorwać się do jedynego dostępnego żywiciela – do instytucji władzy. Skupiają się na tym, aby nękać tych, którzy potrafią gospodarzyć, a gdy uda im się zwyciężyć lepszych, z władzy robią koryto dla siebie.

W polityce pasożyty nie są do zwalczania, jak dżuma i cholera, nie ma na nich żadnego lekarstwa, a antybiotyk – wiedza – nie zawsze jest skuteczny. Obecnie mamy podręcznikowy przypadek – pasożytów PiS.

PiS pasożytował na demokracji, utuczył się na niej, wreszcie dorwał się do kotyta+. Organizm Polski ma się coraz gorzej, choć był przed władzą PiS dobrze prosperujący. Więc pasożytniczej partii strach zagląda do oczu, likwidują instytucje demokratyczne, aby w ten sposób zostać „wiecznym” pasożytem. Ale zabijany organizm (ojczyzna) odwinie im się w odruchu obronnym. Nie ma obawy – maltretowany organizm nie będzie dbał o kulturę prawną, zastosuje tylko swoiście rozumianą „sprawiedliwość”. Patrz: Ukraina Janukowycza, albo Rumunia Ceaușescu.

Pasożytów PiS jest więcej niż członków partii, bo ci mają rodziny, a te rodziny tworzą przeróżne formy pożerania ciała (ojczyzny), na którym pasożytują. Doświadczamy więc absurdalnych przypadków, a jest ich codziennie bez liku. Plaga, szarańcza – to poręczne określenia dotyczące władzy sprawowanej przez PiS.

Niedawno mieliśmy do czynienia z absurdalną kampanią Polskiej Fundacji Narodowej (PFN), która w statucie ma wpisaną promocję Polski. Kolesie (bardzo lekko ich definiuję) promowali w Polsce „Sprawiedliwe Sądy” (taka była nomenklatura tej akcji). Promowali obrzydzenie do niezależnych sądów i sędziów.

Z pewnością znajdzie się to w podręcznikach PR, jak promować kraj w tym samym kraju poprzez obrzydzenie do niezależnych instytucji. Poprzednie zdanie może być opisem metody pasożytowania PiS. Pasożyt polityczny ma na celu zwalczenie niezależności instytucji, bo nie może na niezależnosci polegać oraz jej przyswojenie, aby uczynić poddaną.

Na kampanię obrzydzania niezależnego sądownictwa PFN wydatkowała 10 mln zł, zaś pomysł kampanii promocji obrzydzenia „Sprawiedliwe Sady” był dziełem agencji Solvere, której wlaścicielami są byli pijarowcy Beaty Szydło, Anna Plakwicz i Piotr Matczuk.

Pasożyty to szczególne, bo ekskluzywne, podpięte pod kilka źródeł pasożytowania. Jak zapewniał prezes PFN Maciej Świrski (osoba, która potrafi tylko niszczyć dobre imię Polski) Solvere za pomysł akcji dostała w dwóch ratach 240 tys. zł.

Pasożyty jednak kłamią, bo taka ich cecha. Onet.pl dotarł do faktur, jakie Solvere wystawiła PFN, wynoszą one pięciokrotnie wiecej niż deklarował (kłamał) Świrski, mianowicie 1,19 mln zł. Na taką sumę utuczyli się Plakwicz i Matczuk, byli pijarowcy Szydło.

To tylko jeden z wielu przykład. Takiej pasożytującej szarańczy politycznej jako okołopisowskie spółki nie było dotychczas w przestrzeni publicznej. Pasożyt, który nadużyje żywy organizm ludzki doprowadza go do choroby – np. do tyfusu. Pasożyty na organizmie państwa doprowadzają do niewydolności kraj, tak było w przypadku Ukrainy, Grecji. A w skrajnych przypadkach (ulubione słówko prezesa Kaczyńskiego) do utraty niepodległości. Przesada? O przesadzie w stosunku do pasożytów mówili też w XVIII wieku. I jak skończyliśmy?

 

Stworzyli szokujący mechanizm wyciągania publicznej kasy z państwowych spółek. W ten sposób sfinansowano głośną kampanię

Do tego, że ludzie partii rządzącej obecnie w naszym kraju kłamią, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Wszyscy pamiętamy publiczne zapewnienia premier Szydło o tym, że ministrem obrony w jej rządzie będzie Jarosław Gowin, że program 500+ będzie na każde dziecko i że „dobra zmiana” raz na zawsze skończy z kolesiostwem i arogancją władzy. Każdego dnia przekonujemy się, że słowa wypowiadane przez polityków i działaczy Prawa i Sprawiedliwości nie są warte funta kłaków. Tym razem jednak o głośnym kłamstwie trzeba powiedzieć bardzo głośno.

Wszyscy pamiętamy absurdalną kampanię Polskiej Fundacji Narodowej pt. „Sprawiedliwe Sądy”, w ramach której fundacja powołana rzekomo do promowania dobrego imienia Polski za granicą i dotowana kwotami znacznie przewyższającymi subwencje dla partii politycznych, została wykorzystana w stricte partyjnym celu, czyli przedstawienia polskiego sądownictwa jako środowiska skrajnie patologicznego, które wymaga drastycznej zmiany kadrowej. Bardzo duże oburzenie mediów wywołało wówczas także ujawnienie, że jednym z twórców kampanii „Sprawiedliwe Sądy” była powołana przez byłych pijarowców premier Szydło spółka Solvere. Dziś tzw. afera billboardowa powraca, bowiem dziennikarze portalu Onet.pl dotarli do wykazu umów zawartych przez PFN ze spółką Anny Plakwicz i Piotra Matczuka.

Okazuje się, że kwota rzeczywiście przekazanych środków do Solvere jest niemal pięciokrotnie większa niż deklarował w połowie września prezes PFN Maciej Świrski, który mówił wówczas, że „Wynagrodzenie dla agencji Solvere, podzielone na dwie raty, wyniesie 240 tys. zł.”Koszt całej kampanii miał wynieść ok. 10 mln z czego 90% miało pokryć koszty emisji reklam. Dziś już wiemy, że perfidnie kłamał i że to właśnie Solvere była głównym beneficjentem tego zlecenia.

Faktury, które ujawnia Onet wskazują, że ta spółka, tylko do 20 września wystawiła na rzecz PFN faktury na badania socjologiczne, promowanie treści internetowych, produkcję TV, VOD i viral oraz druk broszury na kwotę ok. 1.19 mln złotych. Biorąc pod uwagę, że jak pamiętamy spółka powstała chwilę przed tym, jak kampania została uruchomiona, można przypuszczać, że cała operacja została zaplanowana dużo wcześniej tak, by możliwie najwięcej na niej zarobić. W końcu publiczne pieniądze przejada się najłatwiej.

Sprawę skomentował na swoim Facebooku Adrian Zandberg, jeden z liderów Partii Razem, zwracając uwagę, że PiS stworzyło sprawny mechanizm pozwalający na wyciąganie publicznej kasy z państwowych spółek, który nie tylko pozwala używać je na partyjny cel partii rządzącej, ale przy okazji daje zarobić swoim kolesiom.

Ujawnione przez @A_Gajcy faktury na ponad milion złotych pokazują, jak PiSowska kasta wyprowadza publiczne pieniądze do kolesiowskich spółek. Każdy głos na PiS to dzisiaj głos na tę patologię: na panów Misiewiczów i na cwaniaczków pokroju właścicieli spółki Solvere.

Szokujące jest przekonanie obecnej władzy o swojej bezkarności. Niestety, biorąc pod uwagę, że PiS nie poniósł zbyt dużych kosztów sondażowych po ujawnieniu afery billboardowej, należy się spodziewać, że nie tylko 185 mln, jakimi dysponuje PFN zostanie ponownie wykorzystane w kampanii wyborczej, ale i że takich tworów jak PFN powstanie znacznie więcej.

Źródło: Onet.pl

 

croedmedia.pl

 

Jan Szyszko: Już przed „chrzestem” Polski Puszcza była cięta

Jan Szyszko: Już przed „chrzestem” Polski Puszcza była cięta

Prawdziwą furorę wywołał w internecie lapsus, jakiego dopuścił się minister środowiska Jan Szyszko podczas konferencji prasowej zorganizowanej wspólnie z wicepremierem Jarosławem Gowinem. Szyszko nie rezygnuje z obrony swoich racji w sprawie wycinki Puszczy Białowieskiej. Tak się zapędził w tej narracji, że nie do końca kontrolując się powiedział: – „Teren Puszczy Białowieskiej był intensywnie użytkowany w okresie przed „chrzestem”. I to jest okres przed narodzeniem Chrystusa również”- podkreślił minister.

 

Komizmu tej sytuacji dodało kamienne oblicze Jarosława Gowina. Internauci komentują z podziwem tę postawę, rozumiejąc ją jako wyraz lojalności wobec obozu zjednoczonej prawicy. – „Prawdziwy poker face” – kpią z Gowina.

Internauci bezlitośnie obeszli się z Janem Szyszką. Pytają o dane na temat wycinki Puszczy Białowieskiej z lat 0-966 n.e., czyli do roku chrztu Polski, kiedy władcą był Mieszko I. – „Sam jestem ciekaw, czy robili wtedy cięcia harvesterami, czy też może wystarczało im zbieranie chrustu i owoców lasu” – pyta jeden z internautów. – „Przed „chrzestem”. Boże, coś Polskę!” – dobija Szyszkę na Twitterze Przemysław Szubartowicz.

koduj24.pl

Suty kontrakt dla ludzi PiS. Ujawniamy faktury za kampanię „Sprawiedliwe sądy”

ANDRZEJ GAJCY,  05.12.2017

Jaki jest „homo pisus”?

Jaki jest „homo pisus”?

O tym, kim jest wyborca Prawa i Sprawiedliwości, co go cechuje, skąd pochodzi i czym jest najbardziej zmotywowany w swojej sympatii politycznej opowiadał w Radiu TOK FM socjolog, dr hab. Maciej Gdula z UW, autor badań nad PiS–owskim elektoratem. Przeprowadził je wraz z zespołem w mieście, w którym Prawo i Sprawiedliwość zdobyło 50 proc. głosów.

Badacze stwierdzili, że PiS–owiec to osobowość złożona i mówią o trzech różnych tożsamościach. To ludzie o całkiem odmiennych interesach ekonomicznych, aspiracjach i biografiach, a jednak łączy ich wiele.

Jedni to ludzie z klasy średniej, przekonani, że świat jest przeciwko nim, że ktoś im szkodzi, że rzuca im kłody pod nogi. To nie są ludzie bardzo zamożni: ani prawnicy, ani przedsiębiorcy, ani lekarze. Dla nich PiS jest tą partią, która może zmienić ich życie. Rozliczyć tych, którzy im szkodzą…

Drudzy to ludzie, którzy mają poczucie moralnej wyższości, przekonani, że należy wprowadzić porządek oparty na rygoryzmie moralnym. Często to klasa średnia: całkiem nieźle urządzona, ale z deficytem uznania.

Trzecia grupa to ludzie wykonujący pracę fizyczną. Dla nich popieranie PiS to akt przystąpienia do wspólnoty i docenienie władzy, która pamięta o zwykłym człowieku i chce działać na jego rzecz.

Co ich wszystkich łączy? W przeciwieństwie do całej reszty społeczeństwa są zmobilizowani. Mają głębokie przekonanie, że to, co robi PiS to ważny historyczny proces. To z jednej strony redystrybucja władzy i godności oraz rozgrywanie jej choćby wobec uchodźców. Bo oto możemy komuś kazać „nie przyjeżdżaj”. Zwolennicy PiS-u mają dzięki temu poczucie władzy nad cudzym życiem. Są przekonani, że solidarność należy się tylko odpowiednim ludziom, a państwo może służyć za oparcie, ale tylko w ramach granic naszej wspólnoty narodowej. Badacze, którzy przeprowadzali rozmowy, byli zszokowani, że miła pani z klasy średniej mówi nagle rasistowskim językiem.

Wspólna jest też niechęć do elit i to rozumianych jako sędziowie, bankowcy, naukowcy i każdy, kogo można uznać za uprzywilejowanego. W Polsce nie mówi się o istnieniu klasy wyższej i opowiada się, że wszyscy mogą należeć do klasy średniej – dowodzą socjolodzy. Ale ludzie rozglądają się wokół siebie i pytają: „Jak to, wszyscy mieli być tacy sami, a tu niektórzy jedzą ośmiorniczki? Wszyscy mieli jechać na tym samym wózku, a tu niektórzy wysyłają dzieci za granicę na studia i kupują im mieszkania?”.

Socjolodzy dowodzą, że PiS przedłuża ten sen o klasie średniej, przekonując, że ci „oni” to jakoś nieuczciwie zdobyli – z korupcji, układów. Gdy pozbędziemy się tych „onych”, każdy będzie miał takie same szanse.

W tym sensie PiS zamienia liberalną opowieść o samodzielnych jednostkach na narrację, w której wszyscy jesteśmy członkami jednej wspólnoty, tylko przeszkadzają nam elity, bo to one nie dają nam żyć normalnie…

koduj24.pl

Poznań. Łańcuch Światła -cudo.

Antoni Macierewicz udowadnia, że nie powinien być szefem resortu obrony

Antoni Macierewicz udowadnia, że nie powinien być szefem resortu obrony

Adam Michnik, w wywiadzie dla Onetu zapytany przez Sławomira Sierakowskiego, dlaczego Kaczyński toleruje Macierewicza, odpowiedział krótko: „Bo on wie, że Antek przed niczym się nie cofnie.” Ta diagnoza pasuje, jak ulał do poczynań szefa resortu obrony wobec polskiej armii. Ostatnio na tapetę wziął tzw. „złoty fundusz” i swoim najgorszym zwyczajem z wielką wprawą rzuca, półsłówkami, insynuuje unikając konkretów, a już broń Boże nazwisk…

Dowodzi tego niedawny wywiad jakiego udzielił „Gazecie Polskiej”. Jak pisaliśmy szef MON twierdzi w nim m.in., że inicjowaną przez niego reformę armii blokują ludzie ze „złotego funduszu”. „To niewielka grupa, ale wciąż bardzo wpływowa” – mówił Antoni Macierewicz. Robi wszystko by zohydzić społeczeństwu byłych już wojskowych, sugerując ich powiązania z komunistycznymi służbami.

To im zarzuca „skoncentrowany atak na wojska obrony terytorialnej” oraz „podsycanie niechęci wobec NATO i USA” i „obronę skompromitowanych grup interesu” w armii. Ma im za złe krytykę budowy kanału żeglugowego na Mierzei Wiślanej i zastrzega się, że o istnieniu grupy dowiedział się, kiedy objął resort. Tym samym, jak pisze Marcin Marczak w „Newsweeku” nie powinien być w ogóle szefem obrony, bo jako były wiceszef MON, a także długoletni członek sejmowej komisji obrony narodowej zupełnie nie powinien się dziwić istnieniu grupy.

„Taki „złoty fundusz” istnieje w każdej armii: amerykańskiej, niemieckiej, francuskiej, bo każda mądra armia musi jak najszybciej wyłapywać najzdolniejszych i wyróżniających się oficerów – mówi Juliusz Ćwieluch, autor zbioru wywiadów z najwyższymi polskimi dowódcami, którzy odeszli z wojska nie zgadzając się na to, co robi z nim minister obrony.

W książce pt. „Generałowie” tacy dowódcy, jak m. in. Mirosław Różański, do niedawna Dowódca Generalny Sił Zbrojnych, czy były dowódca lotnictwa gen. Tomasz Drewniak opowiadają o sytuacji w wojsku pod rządami Antoniego Macierewicza. Mówią o fali odejść, o wstrzymaniu zakupów faktycznie modernizujących polskie siły zbrojne, o niekompetencji i starym sprzęcie. Niektórzy z nich wcześniej meldowali to ministrowi. Zapłacili za to dymisją.

koduj24.pl

Wracamy tam, gdzie nie ma naszej Polski

PiS nie próbuje już nawet zachować pozorów prawa i sprawiedliwości

PiS nie próbuje już nawet zachować pozorów prawa i sprawiedliwości.

Oglądałam wczoraj transmisję z obrad sejmowych, dotyczących proponowanych przez PiS zmian w ordynacji wyborczej. Co mnie uderzyło? Po prawej stronie, tam, gdzie zasiadają politycy PiS było raptem dwudziestu kilku posłów. A gdzie reszta?

Przypomnę krótko, czego dotyczą te „nieszczęsne” zmiany. Wprowadzenie dwukadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, likwidacja jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW-ów) w wyborach do rad gmin, zmniejszenie liczebności mandatów w okręgach wyborczych do rad powiatów i sejmików województw. Do rad gmin wybory miałyby być proporcjonalne i w gminach do 20 tys. mieszkańców nie obowiązywałby próg wyborczy.

Kolejne zmiany mają dotyczyć Państwowej Komisji Wyborczej. W skład PKW nadal ma wchodzić 9 osób, czyli TK (już w rękach PiS) oraz SN (za niebawem też w rękach PiS) wskażą po 1 sędzim, natomiast 7 wybranych zostanie w Sejmie (czyli przez PiS). Widać więc czarno na białym, czyje interesy będzie reprezentowała Państwowa Komisja Wyborcza. Widać więc, jak bardzo zgodne z prawem, demokracją i sprawiedliwością będą kolejne wybory, które przed nami.

Ma się też zwiększyć liczba komisarzy wyborczych. Zgodnie z projektem PiS, będzie po jednym w województwie i po jednym w każdym powiecie. To wojewódzki komisarz zadecyduje o liczbie mandatów i granicach okręgu, a powiatowi będą odpowiadali za tworzenie, zmianę okręgów wyborczych oraz ustalenie ich siedzib. Ależ to okazja do manewrowania okręgami w prawo, lewo i jak się chce, byle zgodnie z wolą rządzących. I jeszcze jedna „nowinka”. Znika wymóg, który nakazuje, by komisarzem był sędzia. Teraz wystarczy młody człowiek, byle tylko po prawie. O ileż łatwiej daje się manipulować młodymi ludźmi. O ileż łatwiej ulegają oni naciskom. Ten zapis to miód na serce polityków PiS. Do tego pamiętajmy, że komisarzy wybiera PKW. Jak myślicie, z którą opcją będą oni związani, gdy praktycznie PKW będzie obstawiona „swoimi”, czyli ludźmi PiS-u?

Zgodnie z projektem, zmieni się podejście do przechowywania kart do głosowania, protokołów z głosowania i liczenia. Pojawia się takie magiczne określenie, o przechowywaniu „do dwóch lat”, czyli… już kilka dni po wyborach będzie można całą dokumentację zniszczyć? Zanim człowiek zdąży pomyśleć, że może coś jest nie tak, może jakaś pomyłka, to już dowody znikną na wieki wieków i kto to sprawdzi?

Dodajmy jeszcze, że jest to projekt poselski, więc nie wymaga żadnych konsultacji społecznych czy międzyresortowych, a więc… rach ciach i już będzie wprowadzony w życie. Liczyć na to, że prezydent Duda go zawetuje jest też praktycznie nierealne. Na tym obszarze nie ma rywalizacji, kto rządzi, jak w przypadku ustaw o KRS czy SN.

Jak widać, wczorajsza debata nad projektem zmian w ordynacji wyborczej była bardzo ważna. Źle napisałam… powinna być bardzo ważna. Dla opozycji, dla partii rządzącej i dla nas, obywateli. Włączyłam transmisję z Sejmu po godzinie 16.00 i szok po prostu. Zupełnie wymiotło z sali parlamentarnej posłów PiS-u. Nawet marszałek Kuchciński gdzieś się zapodział. No, muszę być bardziej sprawiedliwa. Doliczyłam się 21 posłów partii Jarosława Kaczyńskiego. Aż 21!!! Pewnie zostali za karę jakąś zmuszeni do pozostania w ławach poselskich. Pozostali przenieśli się zapewne na Nowogrodzką, by tam zacierać łapki, radować się kolejnym sukcesem, świętować luz polityczny. W końcu, co im gadanie opozycji, szkoda na to czasu, bo i tak ich będzie na wierzchu. Po co mają się stresować? Jak widać, PiS nie próbuje już nawet zachować pozorów prawa i sprawiedliwości. To już nie tylko lekceważenie opozycji parlamentarnej, ale obywateli polskich.

Dzisiaj już sala parlamentarna wyglądała nieco inaczej. Może dlatego, że głosowano nad poprawkami do ustaw, by szybko skierować je do odpowiednich komisji. Pojawił się też sam prezes, ale nie bardzo miał czas i ochotę, by przysłuchiwać się obradom. Z wielkim zainteresowaniem zagłębił się w „Atlasie kotów”. Może marzy mu się nowy futrzaczek do kochania?

Jedno jest pewne. Sąd Najwyższy w rękach PiS, ich KRS, ich PKW, ich wojewódzcy i powiatowi komisarze wyborczy, czyli… wygraną w kolejnych wyborach mają w kieszeni. Możliwości do manipulowania wynikami nieograniczone.

Pamiętam, jak Joanna Szczepkowska ogłosiła 28 października 1989 roku w Dzienniku Telewizyjnym: – „Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”. Niebawem usłyszymy – „Proszę Państwa, dzisiaj zakończyła swój żywot demokratyczna Polska”. Historia zatoczyła koło…

Tamara Olszewska

koduj24.pl

Chcecie mieć w życiu jakikolwiek wybór? Brońcie sądów! List samotnie protestującej

PiS chce szybko w Sejmie przeforsować zmiany zapisane w prezydenckich ustawach o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. W wielu polskich miastach planowane są protesty w obronie sądownictwa.

W wielu polskich miastach planowane są na piątek protesty w obronie sądownictwa.

Sakuto/Flickr CC by 2.0

W wielu polskich miastach planowane są na piątek protesty w obronie sądownictwa.

„Wprowadzenie zmian spowoduje, że Polska definitywnie przestanie być demokratycznym państwem prawa. Jeśli zabraknie niezależnych sądów, nic nie będzie stało na przeszkodzie, by w przyszłości ograniczone zostały prawa i wolności obywatelskie” – napisało w oświadczeniu 27 organizacji pozarządowych, w tym Akcja Demokracja, Amnesty International, Fundacja Batorego, inicjatywa Wolne Sądy i Strajk Kobiet.

Publikujemy list Gabrieli Lazarek z Obywateli RP. Lazarek od miesiąca codziennie staje na rynku w Cieszynie i czyta na głos manifest Piotra Szczęsnegp, który podpalił się pod Pałacem Kultury w Warszawie.

***

Chciałabym zwrócić się do tych, którzy nie rozumieją powagi sytuacji dotyczącej reformy sądownictwa bądź też uważają tę reformę za dobrą i konieczną. Chciałabym zwrócić się również do tych, którzy uważają, że ich to nie dotyczy, a tak w ogóle – to polityka ich nie interesuje, bo mają ważniejsze sprawy na głowie. A to dom, praca, nowy dywan do salonu czy też promocja w supermarkecie…

Ja nie jestem prawnikiem ani też nie jestem politykiem. Jestem fryzjerką z małego miasta. Po co więc fryzjerce te sądy? Te wszystkie Trybunały Konstytucyjne? Po co macha mi tu jakąś konstytucją przed nosem, zamiast przewracać strony w katalogu z fryzurami? Może by się tak lepiej pracą i dzieckiem zajęła? Na pewno jej płacą. Bo to nie jest normalne. Idiotka. Babie odbiło.

Teraz to w ogóle się z nią jakoś nie idzie dogadać. Trudno pożartować, wyciągnąć gdzieś na kawę czy jakieś wieczorne wyjście. Nie ma z nią o czym rozmawiać, bo ona teraz tylko o tej polityce…

No racja. Każdy przecież decyduje o sobie. Ma swoje życie, swoje sprawy na głowie. Ma wybór, co chciałby w danej chwili robić. To oczywiste, że każdy chce spędzić jak najmilej swój czas. Korzystać z każdej chwili życia. Tak jak lubi najbardziej. W taki sposób, jaki uważa, że będzie dla niego najlepszy. Rano zrobi ulubioną kawę, wybierze, co zjeść na śniadanie, co ubrać, jaką zrobić fryzurę, na co pójść do kina, jakiej posłuchać muzyki, gdzie spędzić wakacje. O czym sobie pomyśleć, co zaplanować, o czym pomarzyć przed snem. Z kim i jak spędzić życie.

Jest tyle ważnych spraw w życiu, tyle rzeczy do załatwienia. Samochód u mechanika, wizyta u dentysty, umycie okien. Kto by miał czas biegać na jakieś protesty? O jakieś sądy czy Trybunały? A co mnie to w ogóle obchodzi? Mało mam swoich problemów? Tam się zawsze brali za łby na górze ci politycy. Nic nowego. A co ja niby mogę?

A czy zastanawiał się ktoś, dlaczego możemy to wszyscy robić? Dlaczego możemy sami dokonywać ważnych dla nas, a czasem zupełnie błahych wyborów? Dlaczego możemy każdego dnia sami DECYDOWAĆ O SOBIE?

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1728958,1,chcecie-miec-w-zyciu-jakikolwiek-wybor-broncie-sadow-list-samotnie-protestujacej.read

Każdy z domu wynosi jakieś tradycje i wartości rodzinne. Tradycje, które stworzyli nasi dziadkowie, przekazywali naszym rodzicom, a rodzice przekazali nam, żebyśmy przekazali je naszym dzieciom, które przekażą je naszym wnukom. Ponieważ to najbliższe osoby, rodzina chce dla nas najlepiej. I mimo że popełniają błędy, robią, co w ich mocy, żebyśmy byli SZCZĘŚLIWI. Żeby móc to robić, potrzebna jest nam WOLNOŚĆ dokonywanych przez nas WYBORÓW.

Tak na polski system prawny, na sądownictwo pracowały poprzednie pokolenia. Nie są idealne. Ponieważ my sami tacy nie jesteśmy. Tak jak zazwyczaj nie jest też idealna każda rodzina. Po to jest trójpodział władzy, żeby chronić tę naszą prywatność, tradycję rodzinną. To my decydujemy, jak chcemy wychować nasze dzieci na dobrych i szczęśliwych ludzi. Konstytucja jest spisem praw i obowiązków każdego z nas. To swoisty kodeks służący temu, abyśmy w zgodzie mogli żyć obok siebie, tak żeby każdy mógł żyć po swojemu, jednocześnie nie przeszkadzając w tym innym.

Nad tym czuwają NIEZALEŻNE Sądy i Trybunał Konstytucyjny. Pracują nad tym ludzie, którzy nauczyli się wszystkich tych zasad stworzonych na podstawie doświadczeń naszych przodków. Przejęcie tych trzech filarów wolności każdego obywatela przez jedną grupę ludzi, którą łączy jeden system wartości, ludzi, którzy stanowią jedną grupę poglądową, to jak plucie w twarz, deptanie dorobku, poświęceń i pamięci wszystkich przeszłych pokoleń, które przed nami, które walczyły o wolność. Które walczyły o zgodne i szczęśliwe społeczeństwo. To zbrodnia na całym narodzie. To zbrodnia na przyszłych pokoleniach.To zbrodnia na naszych dzieciach, którym odbiera się cały dorobek wielopokoleniowy, służący temu, żeby mogły się rozwijać w zgodzie z własną rodzinną tradycją oraz w zgodzie z sobą samym.

To jest ZAPRZECZENIE DEMOKRACJI. ZAPRZECZENIE PATRIOTYZMU. To jest DYKTATURA. Dyktatura mniejszości narzucona większości.

Zaraz ktoś powie: ale przecież PiS wygrał większością!

Ale nie zapominajcie, że po przejęciu sądów, Trybunału Konstytucyjnego i łamaniu, a w przyszłości zmianie konstytucji – nie będziecie mieć nic do gadania! Jedyne prawa w tym kraju będzie miała garstka osób! To oni będą decydować, co jest zgodne z prawem, a co nie. To oni będą wam mówić, co możecie jeść na śniadanie, jakiej słuchać muzyki, jak wychowywać dzieci, jak ma wyglądać przyszłość tych dzieci.

To się dzieje, kiedy władzę nad sądami, nad Trybunałem Konstytucyjnym przejmuje małą grupa ludzi. To oni będą decydować, jak macie te dzieci wychowywać, o czym możecie z nimi rozmawiać, co mają czytać, jak mogą spędzać wolny czas.

Zrobicie to. Zgodzicie się na to bez mrugnięcia okiem. Zgodzicie się, jeśli ktoś uzna, że kary cielesne są zgodne z prawem i np. nauczyciel może te kary wymierzać lub ktokolwiek inny. Wiecie, dlaczego? Bo za sprzeciw będziecie mogli trafić do więzienia. ZGODNIE Z PRAWEM ustalonym przez kilka osób. Zgodnie z prawem ktoś będzie mógł wam te dzieci odebrać i uznać, że są własnością państwa, czyli tych kilku osób, które stworzą nowe prawo według przez siebie ustalonych zasad. Tak jak w Korei można zostać rozstrzelanym nawet za nieodpowiednią fryzurę.

Jeżeli nadal uważacie, że nowy dywan jest teraz ważniejszy – czy umyte okna – a nie jakiś protest przed sądami, to proszę bardzo, wasz wybór. Ale powiedzcie to kiedyś swoim dzieciom, gdy zapytają, gdzie byliście w chwili, kiedy kilka osób wykorzystało władzę, zaufanie społeczne, które otrzymało od społeczeństwa, żeby to społeczeństwo zniszczyć i zniewolić.

Powiedzcie wtedy swoim dzieciom, że mieliście akurat ważniejsze rzeczy na głowie.

Gabriela Lazarek
Obywatele RP

#WolneSądy
#WolneWybory
#WolnaPolska

polityka.pl

Nowa ordynacja wyborcza krojona pod wygraną PiS

Nowa ordynacja wyborcza krojona pod wygraną PiS

Opozycja ma ogromny problem. Rozwalana jest Polska, a więc trzeba ją ratować. Społeczeństwo obywatelskie jest czujne, ale nie może działać w schizofrenii protestu. Niestety, niejasny przekaz, czego należy bronić przed dewastacją PiS, sprzyja szkodnikom, a wg wszelkiego racjonalizmu partia Kaczyńskiego zagraża krajowi.

Wychodzimy na ulice w obronie niezależności sądów, a w tym czasie PiS kroi pod siebie ordynację wyborczą. Kroi tak, aby nie przegrać najbliższych wyborów samorządowych. Kroi tak, aby wyeliminować wszelkie ruchy obywatelskie niepartyjne. Kroi tak, aby pisowscy mianowańcy w komisjach wyborczych kroili dla partyjnej wygody kształty okręgów wyborczych.

A gdyby stało się tak, że PiS przegrałby wybory, może zaskarżyć w sądzie ich wyniki pod każdym pretekstem. I zapytam: jaki werdykt podejmie sąd, który będzie pisowski? Na pewno nie będzie on niekorzystny dla PiS.

Usta polityków PiS są pełne frazesów typu: ordynację zmieniamy dlatego, żeby wybory nie były sfałszowane. Uśmieliście się? I słusznie, bo sfałszować wybory może tylko ten, kto je organizuje, a nie organizuje opozycja. W tym momencie opozycja nie posiada żadnych instrumentów, aby sfałszować.

Uniwersalne jest doświadczenie, iż zmiana ordynacji wyborczej przez rządzących, zawsze i wszędzie, jest próbą uzyskania przez nich lepszego wyniku, niż spodziewany bez tej zmiany.

W ugruntowanych demokracjach w zasadzie jedyny punkt ordynacji jest interpretowany na korzyść rządzących: przyspieszenie wyborów, bo akurat sondaże są dla nich korzystne. Tyle. Ordynacja proponowana przez PiS wszystko niemal zmienia. Czy są w nią wpisane dobre zmiany? Równie dobrze moglibyśmy zapytać, czy „dobra zmiana” jest dobra. PiS całkowicie zmienia ordynację, aby nie przegrać, mając do tego „bezpieczniki” w postaci pisowskich sądów.

Można wejść w analizowanie szczegółowych zmian w nowej ordynacji, ale one rozmydlają obraz, czynią go nieczytelnym. Ma być większa liczba okręgów wyborczych, a tym samym mniejsza ilość mandatów w okręgach, jakie w nich można uzyskać. To preferuje PiS, a eliminuje mniejsze partie, jak Nowoczesna, PSL i SLD, a także ruchy miejskie (sól samorządowców). Członkowie Państwowej Komisji Wyborczej nie muszą być sędziami ani osobami apolitycznymi, wystarczy habilitacja bądź trzy lata stażu adwokackiego.

Tak naprawdę nowa ordynacja wyborcza obniża poprzeczkę dla osób odpowiedzialnych za przebieg wyborów. Znowu racjonalizm podpowiada, iż po to jest tak czynione, aby obsadzać swoimi Misiewiczami. Można więc użyć grubszego określenia wartościującego w stosunku do tej ordynacji: zmierzamy do bylejakości.

Z władzą PiS mamy ogromny problem. Po to odwołują się do bylejakich rozwiązań, aby wszelkimi sposobami nie oddać władzy, a gdyby miała się im wymknąć z rąk, sięgnąć po kolejne narzędzia utrzymania władzy – sądy, które będą pod ich kontrolą.

Tak urządzone państwo może tylko się coraz bardziej psuć, gnić u podstaw. Czy na taką beznadziejną Polskę zgodzi się elektorat PiS, czy już nie będzie czasu na kwestionowanie wyników wyborów, bo naród będzie chwycony za twarz?

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

PiS, partia brakorobów

PiS nawet nie potrafi wydać pieniędzy unijnych, bo trzeba umieć pisac projekty i sprawozdania.

Co będzie, jak zabraknie pieniędzy z UE? A gdyby – nie daj bóg – doszły sankcje.

PiS jest partią politycznego brakoróbstwa.

Jak prezydent Słupska zaorał posłów PiS

Jak prezydent Słupska zaorał posłów PiS

Czarno rysują się perspektywy posłów Prawa i Sprawiedliwości, jeśli pomysł prezydenta Słupska Roberta Biedronia da się faktycznie zrealizować.

Do gorącej debaty na temat reformy sądownictwa Biedroń dodał swoje trzy grosze.  Nawiązał do publicznych dywagacji na temat postawy prezydenta i „zagadki” czy głowa państwa zaczęła grać na siebie, czy to tylko element misternego planu, realizowanego skrzętnie przez Jarosława Kaczyńskiego.

Biedroń rzucił na Twitterze oryginalny pomysł i zaproponował, by wzorem ustawy dezubekizacyjnej pozbawić w przyszłości emerytur posłów, którzy głosowali za niekonstytucyjnymi zmianami w sądownictwie. W internecie natychmiast zawrzało.

Pojawiły się nawet obawy o los Krystyny Pawłowicz, która jak powszechnie wiadomo, lubi sobie dobrze zjeść. Posłanka PiS pozbawiona emerytury musiałaby przecież na stare lata głodować.

Jednocześnie padła propozycja, by rozszerzyć katalog osób, które stracą emeryturę o dublerów w TK, premier, prezydenta i wielu innych…

„Tak i nie będzie to zemsta, tylko kara za popełnione przestępstwa. Przywrócenie Konstytucji i TK oraz ukaranie winnych, to moim zdaniem podstawowe warunki powrotu na ścieżkę budowania „normalności” i zaufania do państwa prawa.” – skomentowała internautka wpis prezydenta Słupska.

Propozycja Biedronia mało realna, choć kto wie… może w przyszłości?

koduj24.pl

Nowa ordynacja wyborcza krojona pod wygraną PiS

Opozycja ma ogromny problem. Rozwalana jest Polska, a więc trzeba ją ratować. Społeczeństwo obywatelskie jest czujne, ale nie może działać w schizofrenii protestu. Niestety, niejasny przekaz, czego należy bronić przed dewastacją PiS, sprzyja szkodnikom, a wg wszelkiego racjonalizmu partia Kaczyńskiego zagraża krajowi.

Wychodzimy na ulice w obronie niezależności sądów, a w tym czasie PiS kroi pod siebie ordynację wyborczą. Kroi tak, aby nie przegrać najbliższych wyborów samorządowych, ktoi tak, aby wyeliminować wszelkie ruchy obywatelskie niepartyjne, kroi tak, aby pisowscy mianowańcy w komisjach wyborczych kroili dla partyjnej wygody kształty okręgów wyborczych.

A gdyby stało się tak, że PiS przegrałby wybory, może zaskarzyć w sądzie ich wyniki pod każdym pretekstem. I zapytam: jaki werdykt podejmie sąd, który będzie pisowski? Na pewno nie będzie on niekorzystyny dla PiS.

Usta polityków PiS są pełne frazesów typu: ordynację zmieniamy dlatego, żeby wybory nie były sfałszowane. Uśmieliście się? I słusznie, bo sfałszować wybory może tylko ten, kto je organizuje, a nie organizuje opozycja. W tym momencie opozycja nie posiada żadnych instrumentów, aby sfałszować.

Uniwersalne jest doświadczenie, iż zmiana ordynacji wyborczej przez rządzących, zawsze i wszędzie, jest próbą uzyskania przez nich lepszego wyniku, niż spodziewany bez tej zmiany.

W ugruntowanych demokracjach w zasadzie jedyny punkt ordynacji jest interpretowany na korzyść rządzących: przyspieszenie wyborów, bo akurat sondaże są dla nich korzystne. Tyle. Ordynacja proponowana przez PiS wszystko niemal zmienia. Czy są w nia wpisane dobre zmiany? Równie dobrze moglibyśmy zapytać, czy dobra zmiana jest dobra. PiS całkowicie zmienia ordynację, aby nie przegrać, mając do tego „bezpieczniki” w postaci pisowskich sądów.

Można wejść w analizowanie szczegółowych zmian w nowej ordynacji, ale one rozmydlają obraz, czynią go nieczytelnym. Ma być większa liczba okręgów wyborczych, a tym samym mniejsza ilość mandatów w okręgach, jakie w nich można uzyskać, to preferuje PiS, a eliminuje mniejsze partie, jak Nowoczesna, PSL i SLD, a także ruchy miejskie (sól samorządowców). Członkowie Państwowej Komisji Wyborczej nie muszą być sędziami, ani osobami apolitycznymi, wystarczy habilitacja bądź trzy lata stażu adwokackiego.

Tak naprawdę nowa ordynacja wyborcza obniża poprzeczkę dla osób odpowiedzialnych za przebieg wyborów. Znowu racjonalizm podpowiada, iż po to jest tak czynione, aby obsadzać swoimi Misiewiczami. Można więc użyć grubszego określenia wartościującego w stosunku do tej ordynacji: zmierzamy do bylejakości.

Z władzą PiS mamy ogromny problem. Po to odwołują się do bylejakich rozwiązań, aby wszelkimi sposobami nie oddać władzy, a gdyby miała się im wymknąć z rąk, sięgnąć po kolejne narzędzia utrzymania władzy – sądy, które będą pod ich kontrolą.

Tak urządzone państwo może tylko się coraz bardziej psuć, gnić u podstaw. Czy na taką beznadziejną Polskę zgodzi sie elekorat PiS, czy już nie będzie czasu na kwestiowanie wyników wyborów, bo naród będzie chwycony za twarz?

Sfałszować wybory to może rząd, który je organizuje, a nie opozycja, która nie posiada do tego instrumentów. Każda zmiana ordynacji wyborcze przez rządzących, zawsze i wszędzie, jest próbą uzyskania lepszego wyniku, niż spodziewany bez tej zmiany. Amen.

PiS chce pozbawić szans wyborczych komitety lokalne. Dobrych gospodarzy chcą zamienić na Pisiewiczów. Znaczenie będzie miał tylko partyjny szyld.

W Sejmie awantura o ordynację wyborczą. PiS: będzie uczciwie. Opozycja: kradniecie Polakom wybory. OKO.press pyta ekspertów, co się zmieni

PiS zmienia ordynację wyborczą przed wyborami samorządowymi. Największe kontrowersje budzą nowe okręgi wyborcze i sposób powoływania Państwowej Komisji Wyborczej. A także tryb, w jakim PiS chce wprowadzić zmiany. W ustawie jest też kilka dobrych pomysłów – ale by je wprowadzić, nie trzeba rewolucji

Tzw. „poselski projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu zwiększenia udziału obywateli w procesie wybierania, funkcjonowania i kontrolowania niektórych organów publicznych” to bardzo długi dokument, zmieniający wiele elementów w ordynacji wyborczej. PiS najchętniej mówi o rozszerzeniu grona obserwatorów i wprowadzeniu kamer w lokalach wyborczych – oskarża bowiem dzisiejszą opozycję o sfałszowanie wyborów samorządowych w 2014 roku.

Chodzi jednak o coś więcej. Ustawa ma gruntownie zmienić kształt Państwowej Komisji Wyborczej – co wpłynie na każde wybory, nie tylko samorządowe. Zmienia też ordynację wyborczą, wprowadza obowiązkowe budżety partycypacyjne, wzmacnia rady miast kosztem prezydentów i reguluje pracę radnych.

Partyjna PKW

Nowych członków PKW dalej będzie powoływał prezydent, ale kandydatów w większości wyznaczą politycy w Sejmie, jedynie kandydatów na dwóch z dziewięciu członków dalej będą wyznaczać prezesi Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego (do tej pory wraz z prezesem NIK wyznaczali wszystkich).

Pozostałych siedmiu członków PKW nie będzie już musiało być sędziami – wystarczy im habilitacja z prawa albo trzy lata stażu adwokackiego, radcowskiego czy prokuratorskiego. Zniknie więc wymóg apolityczności większości członków PKW. Rzecznik Praw Obywatelskich ostrzega, że nowa ustawa oznacza „likwidację profesjonalnego i niezależnego charakteru Państwowej Komisji Wyborczej”.

Okręgi wyznaczy komisarz

Znikną jednomandatowe okręgi wyborcze do rad mniejszych gmin – w ostatnich wyborach obowiązywały wszędzie, poza miastami na prawach powiatu. Zatem – na obszarze zamieszkałym 67,19 proc. Polaków. To nie musi być zły pomysł, zważywszy że według raportu Fundacji Batorego o poprzednich wyborach w jednomandatowych okręgach „marnuje się” – czyli nie przekłada na reprezentację – więcej głosów.

Z kolei w wyborach do rad miast na prawach powiatu, rad powiatów i sejmików wojewódzkich zmniejszone będą mogły być okręgi wyborcze; na pewno znikną te okręgi, z których wybiera się więcej niż 7 radnych. Przy obecnym w Polsce systemie przeliczania głosów na mandaty – im mniejsze okręgi, tym gorzej dla mniejszych partii.

Ta zmiana zaszkodzi ruchom miejskim, PSL czy SLD, zyskają na niej PiS i PO.

W największym stopniu dotknie to wyborów do sejmików wojewódzkich. Ale jeśli zmniejszone zostaną także dotychczasowe okręgi w miastach, tym bardziej zmienią samorządową mapę Polski. Im mniejszy okręg, tym mniejsza proporcjonalność wyborów i mniejsza szansa, że mandaty dostaną inne komitety niż dwie główne partie.

Co więcej, granic okręgów wyborczych nie będą już wyznaczać samodzielnymi uchwałami rad samorządy, jak to było do tej pory. Zrobią to komisarze wyborczy. PKW będzie miała zaledwie 60 dni na powołanie armii 396 komisarzy powiatowych i wojewódzkich. „To graniczy z cudem” – powiedział w czwartek w Sejmie przewodniczący PKW Wojciech Hermeliński . Zwrócił uwagę, że PKW liczy tylko 9 osób, a procesu rekrutacji nie może zlecić na zewnątrz.

„To nie jest rekrutacja pracowników dla spółki prawa handlowego. To rekrutacja osób, które muszą mieć przygotowanie praktyczne w zakresie kodeksu wyborczego. Naszymi pełnomocnikami mogą być tylko ci, do których mamy zaufanie”.

Do tej pory komisarze wyborczy – również ci „w terenie” – musieli być sędziami. Nowym komisarzom wojewódzkim i powiatowym wystarczy magisterium z prawa. Także tutaj zniknie też zakaz przynależności do partii.

Na „potężne ryzyko podporządkowania tego procesu interesom partyjnym” zwraca uwagę Fundacja Stańczyka. Choć w przesłanym OKO.press stanowisku przypomina, że w różnych miejscach na świecie odebranie wpływu na kształt okręgów lokalnym władzom ograniczało nadużycia – to nie zapowiada tego przekazanie tego zadania PKW, silnie upartyjnionej w projekcie PiS.

Również Rzecznik Praw Obywatelskich uważa, że skoro komisarzy wyznaczać będzie teraz upolityczniona PKW i będą mogli oni należeć do partii, to w konsekwencji w wyborach uprzywilejowane będą partie polityczne – kosztem innych komitetów wyborczych.

Fundacja Batorego w nowej roli komisarzy także widzi zagrożenie dla demokracji: „Byłoby to niekonstytucyjne poszerzenie zakresu nadzoru nad samorządami. W projekcie nie został uwzględniony wymóg konsultacji decyzji o podziale na okręgi ze społecznościami lokalnymi i władzami samorządowymi, o ile nie prowadzi on do podziału jednostek niższego szczebla [np. dzielnic – przyp. red.] . Brakuje też jasnych kryteriów podejmowania decyzji o wielkości okręgu, mimo że może ona mieć wpływ na wynik wyborów” – piszą w swoim stanowisku eksperci.

Groźny pośpiech

Decyzję komisarza wyborczego będzie można zaskarżyć do Państwowej Komisji Wyborczej. Jednak na wszystkie te działania kalendarz wyborczy zostawia bardzo mało czasu. Po 60 dniach na powołanie komisarzy, ci będą mieli trzy miesiące na wytyczenie nowych okręgów. Tymczasem wybory samorządowe mają się odbyć w listopadzie 2018. „Wprowadzenie całkowitej zmiany organizacji wyborów w okresie krótszym niż rok przed ich przeprowadzeniem stanowi realne zagrożenie dla respektowania wszystkich zasad prawa wyborczego” – ostrzega w dobitnym komunikacie Państwowa Komisja Wyborcza.

Fundacja Batorego z kolei wylicza zadania, których wykonanie w wyznaczonym czasie jest nierealne. To m.in.:

  • budowa nowego systemu informatycznego
  • rekrutacja i przeszkolenie nowego korpusu urzędników wyborczych, a także członków komisji obwodowych (w 2014 roku było ich 260 000, w 2018 w związku z pomysłem powoływania 2 komisji w każdym obwodzie miałoby ich być 2 razy więcej)
  • zakup sprzętu
  • opracowanie nowych procedur zgłaszania komitetów i liczenia głosów w obwodach.

„To wszystko wprowadzone na mniej niż rok przed wyborami stwarza duże ryzyko powtórzenia kryzysu podobnego do tego wokół ogłoszenia wyników wyborów z roku 2014” – podsumowują eksperci Fundacji Batorego.

Sama ustawa też wprowadzana jest na szybko i bez konsultacji. Fundacja Stańczyka punktuje: „ustawa mająca »zwiększyć udział obywateli w procesie wybierania, funkcjonowania i kontrolowania niektórych organów publicznych« procedowana jest jako projekt poselski, czyli w trybie ograniczającym udział obywateli”.

Radni na widoku

Ale projekt PiS to nie tylko ordynacja wyborcza. Zawiera także szereg propozycji na rzecz większej transparentności samorządów i partycypacji obywateli.

Ustawa wprowadzi obowiązkowe transmitowanie w sieci obrad rad miejskich, rad powiatów i sejmików i udostępnianie ich nagrań na stronach internetowych. Do tej pory było to nieuregulowane. W wielu gminach obrady transmituje się od dawna, w innych z jest tym problem. W niektórych radni głosowali przeciw projektom, które miały wprowadzić takie rozwiązanie – tak było np. w Płocku (o udostępnianie obrad walczył przegłosowany radny z PSL) czy w Ełku (radny z PO). Nagrania z obrad, jeśli w ogóle istnieją – są informacją publiczną. W niektórych miastach społecznicy wyciągają je więc z urzędów, pisząc wnioski o dostęp. Czekają przepisowe 14 dni – a potem publikują samodzielnie w sieci.

Swoje stanowisko w sprawie ustawy przesłała OKO.press krakowska Fundacja Stańczyka, działająca na rzecz przejrzystego samorządu. Fundacja zdecydowanie popiera transmisje obrad. Dodaje jednak: „Szkoda, że projekt nie zakłada wprowadzenia obowiązku przygotowania stenogramu z posiedzenia Rady. To dodatkowe zadanie, chociaż kosztowniejsze, jeszcze bardziej ułatwiłoby dostęp mieszkańców do treści posiedzeń i wyszukiwanie interesujących ich treści. Zwiększyłoby również dostęp dla osób z niepełnosprawnościami”.

PiS chce też wprowadzenia obowiązku używania urządzeń rejestrujących, który radny jak głosował podczas posiedzeń rady– bądź przynajmniej imiennego notowania tego w protokole. Dziś często mieszkańcy nie mają możliwości sprawdzenia, jak głosują ich przedstawiciele. Fundacja Stańczyka chwali to rozwiązanie. „Pozwala ono na realną ocenę pracy naszych reprezentantów i daje szansę na poinformowane głosowanie w wyborach. Bez możliwości sprawdzenia historii głosowania, a więc sięgnięcia do obiektywnych źródeł, działania radnych pozostają w znacznej mierze nieznane dla głosujących, skazanych na wybiórczą autopromocję wyborczą lub ogólnikowe ataki przeciwników”.

Partycypacja w jednakowych mundurkach

Projekt PiS wprowadza obowiązkowe budżety partycypacyjne we wszystkich miastach na prawach powiatu. Minimalna kwota, o której decydować mieliby bezpośrednio obywatele, to 0,5 proc. wydatków miasta z poprzedniego roku.

Przeciwko uregulowaniu obywatelskiej partycypacji w ten sposób jest Fundacja Stańczyka. „Tego typu formy, niewypełnione obywatelską treścią, ze zdecydowanie większym prawdopodobieństwem doprowadzą do dalszych dysfunkcji i wypaczenia idei angażowania obywateli, niż faktycznie do wzrostu partycypacji mieszkańców” – czytamy w jej stanowisku.  Społecznicy dodają: „Tego typu mechanizmy powinny być wypracowywane w dialogu pomiędzy mieszkańcami a ich reprezentantami w samorządzie”.

Również Jan K. Czubak ze zrzeszającego samorządowców Stowarzyszenia Rzeczpospolita Obywatelska ocenia ten pomysł krytycznie: „To typowe przykłady nadregulacji. Te rozwiązania w większości jednostek samorządu terytorialnego funkcjonują znakomicie w ramach obecnych rozwiązań. Nie wszędzie musi być np. budżet obywatelski i w dodatku według tego samego wzorca. Istotą samorządu terytorialnego jest, że realizuje się tam różne pomysły a na koniec kadencji mieszkańcy rozliczają władzę z tego, czy te pomysły się sprawdziły. PiS chciałby, aby wszyscy maszerowali w jednakowych mundurkach”.

Koniec z głosowaniem na odległość

Z kolei Rzecznik Praw Obywatelskich ocenia krytycznie przewidzianą przez projekt likwidację instytucji głosowania korespondencyjnego. „W wyborach, które odbyły się w 2015 roku, z procedury tej skorzystała grupa kilkudziesięciu tysięcy wyborców (w wyborach Prezydenta RP zamiar głosowania korespondencyjnego zgłosiło blisko 43 tysiące wyborców w I turze oraz blisko 57 tysięcy w II turze, w wyborach do Sejmu i Senatu RP ponad 45 tysięcy wyborców” – przypomina rzecznik.

Dzięki głosowaniu korespondencyjnemu udział w wyborach mogły wziąć m.in. osoby z niepełnosprawnościami i osoby starsze, dla których dotarcie do lokalu wyborczego było ogromnym problemem.

Czy PiS gra na bycie w opozycji?

Część przepisów ma wzmocnić pozycję radnych względem prezydenta. Radni będą mogli składać interpelacje do wójta/burmistrza/prezydenta miasta, a ten będzie miał obowiązek udzielić na nie w ciągu 14 dni publicznej odpowiedzi. Co roku radni będą też debatować nad składanym przez prezydenta czy wójta „raportem o stanie gminy” (w innych samorządach: „powiatu” i „województwa”) i głosować nad wotum zaufania dla niego. W debacie będą mogli brać udział mieszkańcy, jeśli tylko zbiorą odpowiednią ilość podpisów (i jeśli nie zgłosi się ich więcej niż 15). Jeśli wójt czy burmistrz nie otrzyma takiego wotum dwa lata z rzędu, radni będą mogli przegłosować referendum w sprawie jego odwołania.

Co oznaczają te propozycje? „Są jakby pisane pod założenie, iż PiS przegra wybory i jego opozycyjni radni mieli dostać dodatkowe narzędzia kontrolne. To może być dla nich ważne w dużych miastach, gdzie większość prezydentów w najlepszym razie będzie PiS tylko tolerowała, jeśli nie będzie mu po prostu wroga” – mówi OKO.press Czubak.

Opozycja broni JOW

Podczas czwartkowej debaty w Sejmie poseł Sławomir Neumann z PO oznajmił, że jego partia zagłosuje za odrzuceniem projektu w całości. Bronił jednomandatowych okręgów w gminach. Obiecał miejsca na listach Platformy wszystkim niezależnym samorządowcom, którzy zagrożeni są przez zmianę ordynacji.

„To typowy PiS-owski skok na samorządy” – komentował z kolei poseł Marek Sowa z Nowoczesnej. Wybrany z list PO były marszałek województwa małopolskiego zaproponował zmianę nazwy projektu na „ustawę o podporządkowaniu Polski lokalnej PiS-owi”. Sowa pytał też o projekt posła Zbigniewa Biernata z PiS, do niedawna burmistrza Zatora.

„Zbigniew! Co ty powiesz ludziom, którzy dzisiaj ci powiedzą, że zostałeś trzy lata temu wybrany dzięki sfałszowanym wyborom. Tym bardziej to jest realne, że wygrałeś trzydziestoma głosami”.

Również Nowoczesna broni jednomandatowych okręgów wyborczych w gminach i będzie głosować przeciw całemu projektowi. Poseł Truskolaski z Nowoczesnej zarzucił koalicji rządzącej, że chce zmieniać granice okręgów wyborczych pod swoje cele.  „Bandyterka” – nazwała nową ordynację Katarzyna Lubnauer.

Od początku plany zmian w ordynacji krytykował PSL. „Boicie się tych wyborów, więc uszyliście tę ordynację pod siebie. To nie jest ordynacja na miarę małych ojczyzn. Chcecie ukraść wybory Polakom!” – mówił w Sejmie lider Stronnictwa Władysław Kosiniak-Kamysz. „W samorządzie suweren się nie liczy? Kłamiecie, bo się boicie, że przegracie te wybory. Przegracie nawet na Podkarpaciu!” – zapowiadał ludowiec Mieczysław Kasprzak, wybrany w okręgu krośnieńskim.

„Nie potrafiliście w uczciwych wyborach ani razu wygrać w samorządach. Dlatego się mścicie!” – mówiła Urszula Pasławska z PSL, której zdaniem PiS podąża ścieżką Łukaszenki. Zaś Paweł Bejda (również z PSL) przypomniał, że kandydaci PiS w uzupełniających wyborach samorządowych w małych miejscowościach ostatnio przegrywa – „Te dęte sondaże są nieprawdziwe, bo weryfikują je wybory lokalne” – puentował.

Halina Szydełko z PiS pytała, czy sprawdzając sprawozdania wyborcze partii politycznych członkowie nowej, upartyjnionej PKW będą faktycznie „sędziami we własnej sprawie” – jak alarmowała obecna PKW. Poseł Jan Klawiter z Prawicy RP, wybrany z listy PiS, ale wspierający koalicję spoza klubu partii rządzącej – opowiedział się w imieniu ugrupowania Marka Jurka przeciw pomysłowi „większości rządowej”, by zlikwidować JOW w gminach. Przeciwnie, ordynację większościową Prawica RP chciałaby rozszerzyć na wszystkie samorządy.

O jednomandatowych okręgach mówiło też koło „Wolni i Solidarni”, których lider Kornel Morawiecki wystosował list otwarty do Pawła Kukiza. Zwrócił w nim uwagę, że Polacy odrzucili pomysł JOW ignorując gremialnie referendum w 2015. Z kolei Agnieszka Ścigaj z Kukiz ’15 oskarżyła PiS, że likwidując głosowanie korespondencyjne, pozbawia możliwości udziału w wyborach trzy miliony osób niepełnosprawnych. Przywołała przykłady reprezentujących je organizacji. „Czy zapytaliście te organizacje o zdanie?” – pytała.

Posłowie odwoływali się też do wystąpienia przewodniczącego PKW Wojciecha Hermelińskiego „Ciągle powtarza się hasło, że jesteśmy w układzie, ale nie wiem w jakim jestem układzie i z kim ja się układam” – zakończył on swoje wystąpienie.

oko.press

Ziobro przekazał fundacji ojca Rydzyka ponad 600 tys. złotych

Wprost, 23.11.2017

.© Getty .

 

10 listopada minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro podjął decyzję o podziale ponad 7 milionów złotych na „Przeciwdziałanie przyczynom przestępczości”. Na liście organizacji, które otrzymały pieniądze, znalazła się m.in. Fundacja Lux Veritatis, której prezesem jest ojciec Tadeusz Rydzyk – donosi TOK FM.

Od lat pieniądze z Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym i Pomocy Postpenitencjarnej – Funduszu Sprawiedliwości, są dzielone, by pomagać ofiarom przestępstw oraz ich rodzinom. Szefowa jednej z organizacji pozarządowych, która zajmuje się od wielu lat pomocą takim ofiarom informuje, że „w tym roku jest inaczej”. – Ci, którzy taką pomocą zajmują się od lat, nie dostają nic. Co więcej, w ogóle nie wiedzieliśmy o konkursie, choć codziennie sprawdzamy stronę Ministerstwa Sprawiedliwości i Biuletyn Informacji Publicznej. Zobaczyliśmy to dopiero w momencie, gdy dotacje były już rozdzielone. Warto ujawnić, kto je dostał – przyznaje w rozmowie z TOK FM. – Na tej liście są w dużej mierze organizacje, kojarzące się wprost – choćby z nazwy – z Kościołem, wiarą, chrześcijaństwem, religią – dodaje.

Rozdzielone pomiędzy organizacje 7 mln złotych należy wydać do grudnia. Na liście organizacji, które otrzymały środki, są nazwy 37 organizacji. TOK FM informuje, że właściwie jest to 36 organizacji, gdyż Fundacja Lux Veritatis ojca Rydzyka, ujęta jest dwukrotnie. W sumie otrzymała ona ponad 600 tysięcy złotych. 1,4 miliona złotych trafiło z kolei do Fundacji im. Św. Cyryla i Metodego.

Jak czytamy na stronie internetowej Fundacji Lux Veritatis, wspiera ona Kościół Katolicki w „głoszeniu Dobrej Nowiny”, w szczególności przez:

propagowanie zasad moralnych opartych na Dekalogu w środkach społecznej komunikacji,

krzewienie w społeczeństwie kultury polskiej związanej z chrześcijaństwem,

integrowanie środowisk naukowych, twórczych i dziennikarskich w duchu wartości chrześcijańskich.

Dziennikarze TOK FM podają, że na stronie internetowej ministerstwa nie znajduje się informacja, na co wydane zostaną pieniądze.

msn.pl

„Skąd taki niebywały atak na Polskę?” Diagnoza Macierewicza

– Skąd taki niebywały atak na Polskę, na polski patriotyzm, na polski katolicyzm, w ogóle na polskość jako taką? – zastanawia się Antoni Macierewicz w swoim felietonie „Głos Polski” w Radiu Maryja. – Można by wręcz rzec, że nie ma takiego złego spojrzenia, czy złej oceny, której by wobec nas nie sformułowano – zauważa minister.

Minister obrony ocenił, że państwo państwo polskie w światowych mediach „nagle stało się symbolem wszelkiego zła”. – Aż czasami śmiech bierze, albo płacz. Okazało się, że jesteśmy nazistami, okazało się, że jesteśmy faszystami. Ba! okazało się, że jesteśmy nazistami, faszystami i do tego jeszcze pracujemy dla wielkorządcy – przepraszam – prezydenta Federacji Rosyjskiej, pana Władimira Władimirowicza Putina – stwierdził Macierewicz.

– Wiemy dokładnie, od kiedy to się zaczęło. Ano zaczęło się to od wyborów w 2015 roku, wtedy, kiedy w Polsce zwyciężył obóz patriotyczny. A zwłaszcza od tego momentu, kiedy okazało się, że ten obóz patriotyczny nie jest tylko pustym słowem, pustym gestem, jeszcze jedną pustą obietnicą wyborczą, ale nie dość, że realizuje swój program ideowy, polityczny, to przede wszystkim realizuje swój program społeczny – podkreślił szef MON.

Jego zdaniem Polacy przez ostatnie lata „żyli w nieprawdopodobnym wyzysku, byli spychani na absolutny margines, w którym byli traktowani jak siła robocza, najpierw przez komunistów, a potem przez postkomunistyczne formacje liberalne”. Po 2015 roku „zaczęto przywracać Polkom i Polakom, rodzinie polskiej, podmiotowość”. – I równocześnie z tym zaczął się nieprawdopodobny atak na polskość – mówił Macierewicz.

– Naród rządzony w ten sposób nie tylko nie ponosi klęski gospodarczo-politycznej, ale odwrotnie: staje się jednym z ważniejszych podmiotów politycznych zarówno w Europie jak i na świecie – stwierdził minister, stawiając diagnozę, że „polskość, dzięki dziesięcioleciom, które kształtowały naszą siłę i naszą odporność wobec przemocy (…), ta polskość rzeczywiście ukształtowała model społeczno-gospodarczo-polityczny, który może być punktem odniesienia dla innych narodów i stąd właśnie ten niebywały atak”. – Może tak właśnie jest, może musimy do tego przywyknąć – podkreślił felietonista Radia Maryja.

– Mówię wiedząc, co mówię, bo to przecież mnie ostatnio, jako ministrowi obrony zarzucono, że realizuję czystki stalinowskie na kształt tego, co działo się w końcu lat ’30 w Związku Sowieckim. To dlatego, że odeszło z armii trzech czy czterech generałów, którzy są winni za niszczenie polskiej armii i zaniechanie zbrojeń i wzmocnienie siły polskiego bezpieczeństwa – przypomniał Macierewicz, nawiązując do krytyki ze strony Janusza Onyszkiewicza, który dwa dni temu stwierdził, że czystki Macierewicza w armii przypominają te z czasów Józefa Stalina. – Mam wrażenie, że ten sam model absurdu jest stosowany nie tylko wobec całego polskiego rządu, ale i wobec polskiego narodu – skomentował szef MON.

– Zawsze w tej sytuacji, gdy będziecie państwo pod atakiem zewnętrznym, pamiętajcie o tym, że ten atak nie jest związany z waszymi błędami. Odwrotnie – jest związany z tym wszystkim, co dobrego wnosicie do życia narodu polskiego, dzisiejszej Europy i dzisiejszego świata – zakończył Antoni Macierewicz.

rp.pl

Niekończąca się historia odszkodowań dla rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej

Przedsiębiorstwo „Smoleńsk”
Okazuje się, że państwo wciąż wypłaca zadośćuczynienia rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej. Nie wiadomo jednak do końca, wedle jakich reguł i jak długo może to potrwać.

Ponad stu członków rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej dostało dotąd od Skarbu Państwa około 70 mln zł. Sumę taką – w odpowiedzi na zapytanie poselskie – podał właśnie resort obrony narodowej (na udzielenie tej informacji potrzebował siedmiu miesięcy, a i tak wyjaśnienie jest niezbyt jasne).

Znamienne jest już to, że jedynie niewielka część tej sumy (1,6 mln) została przyznana tytułem zadośćuczynienia lub odszkodowania po zwykłym postępowaniu sądowym. Zdecydowana zaś większość to efekt też zawieranych przed sądem, lecz już w innym trybie, tzw. ugód, których stroną jest MON. W ich wyniku wypłacono ofiarom albo ponad 69 mln, albo prawie 85 mln – w tym właśnie punkcie wojskowi rachmistrze są nieprecyzyjni. Tak czy tak – to spore sumy.

Lecz mimo to nie one są tu najważniejsze. Śmierci nie sposób, jak się wciąż w każdym razie niektórym wydaje, przeliczyć na pieniądze.

Nieprzejrzyste reguły przyznawania odszkodowań rodzinom ofiar katastrofy smoleńskiej

Istotniejsze jest, że sprawa odszkodowań załatwiana była i jest według mocno nieprzejrzystych reguł. MON traktuje ją – jak widać – niczym tajemnicę państwową, wartą szczególnej ochrony.

Pytanie, czy nie chodzi tu o ukrycie a to wysokości kwot, na które „ugodzono się” z poszczególnymi rodzinami (i w efekcie ujawnienia ewentualnych różnic w traktowaniu tychże podczas negocjacji), a to przypadków kilkukrotnego sięgania po pieniądze z tytułu tej tragedii. Bo że takie sytuacje się zdarzały, wiadomo dzięki mediom. Symbolem stała się w tej mierze p. Beata Gosiewska. Podobnie jak inni bliscy ofiar tragedii dostała ona niedługo po katastrofie zadośćuczynienie od Skarbu Państwa (w sumie 750 tys.) plus 40 tys. jednorazowej pomocy od rządu oraz 100 tys. odszkodowania z kancelarii Sejmu, a wreszcie comiesięczną rentę (po 2 tys. złotych) dla osieroconych dzieci do czasu ukończenia przez nie nauki. Nie zawahała się jednak po pewnym czasie zgłosić nowych roszczeń – na kwotę, bagatela, 5 mln złotych. Jak ustalił portal OKO.press, motywowała je tym, że kariera polityczna jej tragicznie zmarłego męża dynamicznie się rozwijała, mógłby więc zarabiać coraz więcej i więcej. Tymczasem ona – jako wdowa – musi mieszkać z dziećmi na 48 metrach kwadratowych, a córce renta nie wystarcza na kontynuowanie terapii dla dyslektyków.

Trudne do uwierzenia? Owszem. Również dlatego, że p. Gosiewska po śmierci męża znacząco awansowała zawodowo i finansowo – startując w jego dawnym okręgu, najpierw została wybrana do Senatu, a obecnie zasiada w europarlamencie. Głodem więc raczej nie przymiera.

Podobnie błyskotliwe i dochodowe kariery polityczne zrobiło kilka innych pań – czy to żon, czy córek ofiar tej tragedii. Pytanie, jak w ich przypadku wygląda historia zadośćuczynień? Nie mówiąc już o tym, że reprezentują one akurat ugrupowanie, które katastrofę smoleńską kreuje jako ofiarę dla ojczyzny.

Jest wreszcie pytanie ostatnie: jak długo jeszcze będzie można ciągnąć kasę z tej tragedii.

polityka.pl

Rzepecki: Gmeracie przy ordynacji wyborczej bo wiecie że przegracie wybory

Rzepecki: Gmeracie przy ordynacji wyborczej bo wiecie że przegracie wybory

– Mam pytanie do autora tej ustawy: czego wy się boicie? Ja wam powiem: wy się boicie tego że przegracie wybory samorządowe I wy o tym wiecie. Dlatego gmeracie przy ordynacji wyborczej bo wiecie już dzisiaj że przegracie wybory samorządowe – mówił Łukasz Rzepecki w trakcie sejmowej debaty nad ordynacją wyborczą.

300polityka.pl

Trzeba powiedzieć: „Mieliście rację, że głosowaliście na PiS”. Pytamy, jak się wygrywa wybory

Grzegorz Sroczyński Grzegorz Sroczyński

 

24.11.2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,114884,22557431,video.html?embed=0&autoplay=1
Nieustanne krzyki o „końcu demokracji” wzmacniają Kaczyńskiego. On chce ich słyszeć jak najwięcej. Bo dają mu patent na zabijanie – z guru polskiego marketingu Jakubem Bierzyńskim rozmawia Grzegorz Sroczyński

Grzegorz Sroczyński: Co robią źle?

Jakub Bierzyński: Nie potrafią uczyć się od przeciwnika. Bo żeby uczyć się od przeciwnika, trzeba go szanować, a nie powtarzać, że „Hitler”.

W zasadzie uważam, że obaj powinni się schować.

Schować?

– Niech czegoś się wreszcie od Kaczyńskiego nauczą, do jasnej cholery! Na przykład taktyki trzymania się w cieniu.

Nie ma sensu namawiać Schetynę i Petru do ustąpienia z funkcji przewodniczących, bo to jest niemożliwe. Nie ustąpią. Oni wolą przegrać wybory, będąc szefami partii, niż wygrać, będąc gdzieś niżej. Kaczyński też tak robił przez osiem lat, nie ustąpił. Ale Kaczyński uprawia politykę, w odróżnieniu od uprawiania różnych form narcyzmu przez jego przeciwników. Bo jeśli wie, że jest kamieniem u szyi własnej partii, to chowa się w cieniu, ma do siebie dystans, traktuję samego siebie jak figurę, którą przestawia na szachownicy. Innych traktuje instrumentalnie, ale siebie też potrafi instrumentalnie traktować. Na tym polega dojrzałość polityka. Ani Schetyna, ani Petru nie są mentalnie do tego gotowi. A powinni. Bo ich wizerunki – jeśli spojrzeć na rankingi zaufania – są podobnie złe jak Kaczyńskiego. Schowajcie się w cieniu! A na boisko wypuście tych, którzy mogliby dać twarz wiarygodnej koalicji pod hasłem: „Patrzymy w przyszłość, a nie w przeszłość”.

Są dwie prawdy na temat budowania strategii politycznej, takie same na całym świecie. Po pierwsze trzeba stworzyć i narzucić własną polityczną mapę. Po drugie zdefiniować fundamentalny podział. Po której stronie jesteśmy my, a po której oni.

Opozycja to robi. „Jesteśmy antyPiSem”.

– Nie robi. Bo to jest ustawienie się na mapie, którą narysował Kaczyński. To on ustalił ten podział. A opozycja musi narysować własną mapę i przeciwnika wtłoczyć w to miejsce, które będzie dla niego najbardziej niewygodne.

Marsz Wolności w WarszawieMarsz Wolności w Warszawie Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta

Czyli?

– Najpierw pytanie z zakresu strategii: w które punkty przeciwnika powinna uderzać skuteczna kampania polityczna? Jak pan sądzi?

Trzeba wyszukać najsłabsze punkty i w nie walić.

– Odwrotnie. Trzeba walić w najmocniejsze punkty. Skutecznie kampanie polityczne prowadzi się w ten sposób, że atakuje się strategiczne zasoby przeciwnika. To, z czego przeciwnik jest najbardziej dumny, co uważa za sukces, a pan musi jego sukces zamienić w klęskę.Kiedy zmusisz przeciwnika, by zaczął tłumaczyć się z własnych sukcesów – wygrywasz.

Co zrobił PiS atakując PO w poprzednich wyborach? Co powiedzieli? „Polska w ruinie”. Przecież to było absurdalne! Pendolino, autostrady i tak dalej. Tymczasem oni mówili tak: „Pendolino? Nie stać zwykłego człowieka na bilet za 150 zł”. „Autostrady? To nie jest dla zwykłych ludzi”. „Piękna Polska dla was, a dla całej reszty Polska w ruinie” – tak narysowali tę mapę.

Manipulacja.

– Ależ skąd! Prawda. Mapa – żeby się przyjęła – musi mieć związek z rzeczywistością. Nie może być kompletnie zmyślona, bo ludzie tego nie kupią. PO w kółko się chwaliła, jak bardzo PKB wzrósł za ich rządów. A kandydat Duda na to: „To jest papierowy wzrost gospodarczy”. Sam się zżymałem: „Bzdura! Papierowy wzrost?”. Ale to Duda i PiS mieli rację, bo po prostu prawidłowo przeczytali dane, które wszyscy mieliśmy przed nosem.

Linia wzrostu gospodarczego pięła się bardzo szybko, w ciągu ośmiu lat rządów PO o 25 proc. wzrósł PKB. Tymczasem linia satysfakcji z życia i optymizmu konsumenckiego, która na początku szła w górę mniej więcej równo z linią wzrostu PKB, w pewnym momencie się załamała. Rozjechały się dwie rzeczywistości. Obiektywnie gospodarka pędziła naprzód, a subiektywnie ludzie widzieli, że jest źle. Czy mieli rację, czy nie mieli, to już osobna historia.

A mieli?

– Oczywiście, skoro tak myśleli.

Serio pytam.

– A ja serio odpowiadam.

Jeżeli jesteś politykiem i demokratą, to nie możesz powiedzieć ludziom: „Nie macie racji, bo jest wzrost gospodarczy”. No do jasnej cholery, to nie PKB głosuje, to ludzie głosują!

Schetyna ma na to taką odpowiedź: „Ludzie dali się omamić propagandzie PiS, że jest źle”.

– Tego typu wyjaśnienia to rezygnacja z polityki. Jeśli ludzie są głupi, to po co gadać do głupich?

Tak uważa polska inteligencja. W co drugim wywiadzie z pisarzem czy aktorem jest taka diagnoza: „Naród pokazał, że ma w nosie wolność”. „Ludziom pomachano pięćsetką przed nosem i dali się kupić”. To są cytaty.

– Wiem. I dzięki temu PiS wygra następne wybory.

Opozycja nie przyjmuje do wiadomości faktu, że strategia, którą wybrała jest kompletnie nieskuteczna. W związku z tym powtarza to samo – tylko głośniej – jeszcze bardziej będąc nieskuteczną. A Kaczyński to fantastycznie wykorzystuje. Numer, który od dwóch lat stosuje nazywa się „trzymanie przeciwnika w bliskim klinczu”.

Czyli?

– On celowo bez przerwy wywołuje drobne taktyczne konflikty, żeby nie dać opozycji wytchnienia i żeby nie umiała nabrać dystansu strategicznego. Żeby nie miała chwili na namalowanie własnej mapy i ustalenie nowej linii podziału. Ciągła naparzanka w bliskim klinczu: tu ci dokopię, tam cię zadrapię.

Kiedy opozycja może faktycznie zagrozić Kaczyńskiemu? Właśnie odrywając się od tego klinczu. Musi przestać odpowiadać na te taktyczne zaczepki i po raz piętnasty ogłaszać śmierć demokracji. Kogo to obchodzi?

Nie mówić o demokracji?

– Nie tak! „Demokracja umarła znowu”. Ile razy może umierać demokracja? Kaczyński to robi absolutnie świadomie, chce mieć totalną opozycję i taką ma. To jest jego mapa.

Można bronić demokracji mądrze albo głupio. Myśmy do tej pory bronili głupio.

Politycy opozycji, zamiast wsłuchać się w nastroje społeczne, wsłuchują się nastroje swojego zaplecza dziennikarskiego i publicystycznego, które zalewa nas kubłami moralnej paniki. Przestańcie ich czytać! Uspokójcie się i chwilę pomyślcie.

Wtedy publicyści krzykną: „Zdrada! Ulegacie Kaczyńskiemu!”.

– Chcą grać w cyrku Jarosława Kaczyńskiego, niech grają. Napisał im takie role i oni z wielkim zapałem je odgrywają. Efekt jest taki, jaki jest. PiS ma rekordową popularność. I ona będzie rosła.

Nigdy i nigdzie nie udało się wygrać z populistami wygrażaniem i negacją. To jest dolewanie oliwy do ognia. Oni są na to odporni. Trump neutralizuję wszelką krytykę koncepcją „fake news”, a Kaczyński „totalną opozycją”. Populiści mają jedną rzecz: wizję. To jest wizja fałszywa, zwodnicza, ale jest. Jeśli odpowiedzią na nią jest negacja, to się nie da wygrać.

Czyli opozycja ma nie krytykować Kaczyńskiego?

– Ma sobie odpuścić całe to wzmożenie. Werbalna histeria służy wyłącznie PiS, to widać choćby z liczb. Jeśli w sondażu zadasz pytanie o każdą partię z osobna, to PiS dostaje 40 proc., a suma partii opozycyjnych wynosi jakieś 29 proc. Ale jeżeli zadasz pytanie o zjednoczoną opozycję, to w tym momencie ten nowy twór dostaje 35 proc., a PiS-owi – uwaga – poparcie zjeżdża też na 35 proc.

I co z tego wynika?

– Żeby wygrać wybory opozycja nie tylko musi zmobilizować własnych wyborców, ale otworzyć szeroko drzwi dla części wyborców PiS, którzy jednak do tej partii się zrazili, bo ten sposób uprawiania polityki, kolesiostwa, korupcji jest dla nich nie do wytrzymania. A co obecnie od opozycji słyszą? „Wybraliście faszystę, byliście głupi”. Spróbuj kogoś przekonać zaczynając od komunikatu: „Uklęknij i przeproś!”. „Dopiero jak się ukorzysz, to może z tobą będę rozmawiał”. Cała ta histeryczna retoryka dokładnie to powoduje. Kaczyński świetnie to wie, dlatego nieustannie podbija bębenek i gra na podział, polaryzację. „Chcecie do nich iść? Zobaczcie! Nazywają was głupimi, mówią, że daliście się kupić za pięćset złotych, mówią, że to przez was ginie demokracja”. I w ten sposób cementuje elektorat, który nie ma dokąd odejść. A obóz demokratyczny – wielce wzmożony – obraża swoich potencjalnych wyborców, mówiąc: „Popieracie faszystę”. To jest doskonała recepta na wygranie kolejnych wyborów przez PiS.

Premier Beata Szydło i jej partyjny zwierzchnik prezes Jarosław Kaczyński podsumowują dwa lata rządów PiS. konferencja w kwaterze głównej Prawa i Sprawiedliwości przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, 14 listopada 2017Premier Beata Szydło i jej partyjny zwierzchnik prezes Jarosław Kaczyński podsumowują dwa lata rządów PiS. konferencja w kwaterze głównej Prawa i Sprawiedliwości przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, 14 listopada 2017 Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Czyli co do tych zdezorientowanych wyborców mówić? „No, może się pomyliliście, ale zapraszamy do nas”.

– Nie! Trzeba mówić: „Mieliście rację!”.

Słucham?

– „Mieliście rację, że głosowaliście na PiS”. Bo umowy śmieciowe. Bo program 500 plus wam się należał, a myśmy go przegapili. Bo trzeba było wcześniej ogłosić koniec transformacji. Opozycja musi powiedzieć ludziom prawdę.

Jaką prawdę?

– Że zbudowaliśmy infrastrukturę, nowoczesny przemysł, że dwa na trzy miejsca pracy w przemyśle w całej Europie powstaje właśnie w Polsce, że mamy gigantyczne mocne rolnictwo i generalnie zbudowaliśmy zręby pod dobrobyt. A teraz jest moment, kiedy tym dobrobytem musimy się zacząć bardziej sprawiedliwie dzielić. „Mieliście rację”. Obiecał wam to PiS, głosowaliście na Kaczyńskiego nie dlatego, że byliście głupi, tylko dlatego, że to był słuszny postulat. Tylko problem polega na tym, że PiS was zdradził. Nie chodziło o realizację waszych słusznych postulatów, tylko o uwłaszczenie się na państwie.

Kiedy było tąpnięcie PiS w sondażach? Po akcji „Misiewicze”. Bo pokazywała nieszczerość tej władzy.

Doradzał pan wtedy Petru?

– Tak. Ten Misiewicz nam z nieba spadł. Wzięliśmy go na sztandary: „Misiewicz w każdej gminie!”. Działacze Nowoczesnej zaczęli natychmiast tworzyć listy.

Dlaczego to zadziałało?

– Bo uderzało w najmocniejsze zasoby Kaczyńskiego. „Walczę z sitwą”. A guzik! Instalujesz własną sitwę, jeszcze gorszą. Niestety, kolejna cecha, której brakuje opozycji to wytrwałość. Takie akcje trzeba ciągnąć. Trzeba mówić rano, w południe, wieczorem, że rządy prawicy to wymiana kiepskich elit na elity jeszcze gorsze. „Misiewicz miesiąca”. „Misiewicz roku”.

Sądy? Nie bronimy sądów, bo są ostoją jakiejś abstrakcyjnej idei trójpodziału. Bronimy dlatego, że zwykły obywatel nie ma ŻADNYCH szans w sporze z władzą, gdy prokurator mianuje sędziego.

„O cholera, faktycznie, z wójtem z PiS-u już nie wygram w sądzie” – myśli wtedy obywatel. To ty jesteś zagrożony, szary człowieku, a nie demokracja. Bo jeśli teraz to Misiewicz będzie elitą w twoim miasteczku, a sędzia będzie mianowany przez innego Misiewicza i będzie kolejnym Misiewiczem w todze, to wtedy naprawdę będziesz miał, mój drogi, przesrane. Taka melodia.

A poza tym – to bardzo ważne – PO i Nowoczesna muszą przestać kopać się po kostkach i się zjednoczyć. Powołać nową partię. Jak pójdą do wyborów osobno, to przegrają.

Bo?

– Jeżeli pan spojrzy na sondaże z listopada zeszłego roku i dzisiejsze, to suma elektoratów PO i Nowoczesnej systematycznie się zmniejsza. I to dynamicznie, opozycja liberalna straciła około 10 procent swoich wyborców przez ostatni rok. W dodatku dalej im spada. Natomiast jeśli w sondażu pada pytanie: „Czy byłbyś skłonny głosować na koalicję partii opozycyjnych Nowoczesna plus PO”, to taka koalicja jest znacznie mocniejsza, niż suma tych partii.

Dlaczego?

– Nowy twór z nową nazwą jest w stanie ogłosić. „Teraz patrzymy w przyszłość”. Ludzie chcą zmiany.

Ale to będą te same twarze!

– Nie. To będzie inny Schetyna i inny Petru. Bardziej wiarygodni.

Niby dlaczego?

– Bo wyborcy zobaczą, że wznieśli się ponad własne ego. Mówili od dwóch lat: sytuacja jest poważna, grozi nam autorytaryzm. I zrobili coś poważnego: zjednoczyli się wbrew wszystkim urazom i partyjnym interesom. Czyny stają się spójne ze słowami.

Ale najważniejsze, co ludzie muszą od opozycji usłyszeć: „Popełniliśmy błąd”. „Mieliście rację, że daliście nam po tyłku”.

Opozycja ma się kajać?

– Przyznanie się do błędu, to nie jest kajanie. To pokazanie odwagi i siły. „Daliście nam nauczkę, bo zapomnieliśmy o człowieku. I daliście nam taki wycisk, że do tej pory nas dupa boli. Od teraz miarą naszego sukcesu będzie jakość życia zwykłych ludzi. Nigdy już nie będziemy pieprzyć o PKB w oderwaniu od ludzi”.

I tak powinno wyglądać przemówienie Schetyny na kongresie tej nowej partii?

– Mniej więcej. Wychodzi poważny, nie wśród braw i muzyki, tylko w ciszy, mocno skupiony i mówi: „Zapomnieliśmy o człowieku”.

Grzegorz Schetyna po ogłoszeniu wyników wyborów na przewodniczącego Platformy Obywatelskiej. Był jedynym kandydatem na szefa PO. Warszawa, 26 stycznia 2016 r. Grzegorz Schetyna po ogłoszeniu wyników wyborów na przewodniczącego Platformy Obywatelskiej. Był jedynym kandydatem na szefa PO. Warszawa, 26 stycznia 2016 r.  SŁAWOMIR KAMIŃSKI

Serio?

– Miałby skok notowań i zaufania. „Nie powtórzę tego błędu”. Odzyskałby wiarygodność.

Na tej nowej mapie politycznej ktoś, kto by się przyznał do błędu nie byłby na straconej pozycji. Przeciwnie. W ogóle nie rozumiem dlaczego w polskim życiu publicznym panuje przekonanie, że nie wolno się do błędu przyznawać. Przecież to jest pokazanie siły. „Stać mnie na to!”.

A ludzie to zrozumieją?

– Oczywiście! Mało tego, ponieważ jest to tak rzadki, niesamowicie rzadki przypadek, to tym bardziej to doceniają. „Wow, ma gość charakter”.

Pokazanie własnej siły to jest klucz do sukcesu w polskiej polityce. To było widać przy okazji kryzysu sejmowego z początku roku. Został wygrany przez brutalną siłę Kaczyńskiego, budżet uchwalono w sali kolumnowej, opozycja została upokorzona, a notowania PiS skoczyły do 40 procent. Dlaczego? Bo nie tyle obrona demokracji jest nośmy hasłem, ale pokaz siły. Sprawczość. „O kurcze, on może”. „Walnął pięścią w stół, pogonił ciamajdan”. Opozycja też musi pokazać siłę, żeby odzyskać wyborców.

Ale jak? Zgłasza wotum nieufności do jakiegoś ministra, to ją przegłosowują.

– Jak jesteś w opozycji to siłę pokazujesz w inny sposób. Po pierwsze – już o tym mówiłem – trzeba wyjść i powiedzieć: „Przepraszam”. Tylko człowieka o silnym charakterze stać na taki gest. Po drugie opozycja musi zacząć Kaczyńskiego chwalić.

Chwalić?

– Chwalenie jest najprostszym niekonfliktowym sposobem budowania własnego autorytetu.„To jest super program i się nam podoba. A to zrobiliście źle”. Mam wtedy władzę sądzenia nad tym, co ktoś inny robi.

Totalna opozycja to jest totalne nieporozumienie. W tym momencie pozbawiasz się całej władzy sądzenia. Stajesz się niewiarygodny. PiS mówi tak: „My wprowadzimy reformę, ale oni i tak nas będą krytykować, za wszystko nas krytykują, bo już tacy są”. Wobec tego ludzie są uodpornieni na krytykę. Ta krytyka przestaje działać. Zamienia się w rytuał, uzus, dziecko psoci, matka krzyczy.

Opozycja cały czas mówi: „PiS to, PiS tamto, Kaczyński zrobił to, Kaczyński zrobił tamto”. Komentują w kółko to, co zrobi PiS. W ten sposób mylą publicystykę z polityką. Publicystyka to jest omawianie w studiu telewizyjnym tego, co ktoś zrobił. A polityka to jest robienie tego, co inni będą omawiać

Czyli tylko PiS uprawia politykę?

– Otóż to. I ma pan odpowiedź na pytanie, skąd te 40 proc. poparcia. Bo oni robią politykę,  a opozycja uprawia publicystykę. I pokazuje własną słabość.

Moralna panika opozycji – „Autorytaryzm!”, „Zaraz będą obozy!” – ma jeszcze jeden fatalny skutek. Daje obozowi władzy patent na zabijanie. To jest recepta na bezkarność dla Kaczyńskiego. Im bardziej opozycja krzyczy o obozach, tym bardziej prawdopodobne, że te obozy będą.

Bo?

– W takiej atmosferze Kaczyński może zrobić wszystko: rozwalić sądy, zniszczyć media, totalnie się uwłaszczyć na państwie, a nawet sfałszować wybory i nie ma jak mu tego zabronić. Bo skoro trwa histeria, to żadne słowa nie mają już znaczenia. A ścieżką do wywoływania tej histerii jest nieustanny konflikt.

Na czym polegał przełom w ostatnim przemówieniu Schetyny na ostatnim kongresie Platformy? Nie na nowym programie, czyli „totalnej propozycji”, która jest funta kłaków warta, ale na tym, że przez pół godziny gadania ani razu nie powiedział „PiS”. Alleluja, nareszcie! Przestał świecić światłem odbitym, a zaczął świecić własnym.

Kaczyński robi straszne rzeczy, a oni mają o tym nie mówić?

– Pokazywać własne propozycje. Podam przykład ze szkoleń PR, który dobrze wyjaśnia ten mechanizm. Niech pan sobie wyobrazi, że matka mówi do córki nastolatki: „Masz brzydką sukienkę”. Co się stanie? Córka zacznie się bronić. „O co ci chodzi? Sama ją wybrałam, ten kolor mi odpowiada, ta długość jest w porządku”. Czyli utwierdza się w przekonaniu, że ta sukienka nie jest brzydka. Ale jeśli tej samej dziewczynie w tej samej sukience powiesz: „Zobacz, jaka piękna sukienka” – wskazując na inną. „O kurcze, rzeczywiście. Może ta moja nie jest taka fajna?” – pomyśli. W polityce jest tak samo. Pokażcie ludziom spójną, wiarygodną, ciekawą wizję, pokażcie świat, który chcielibyście po nowemu urządzić. I oni patrząc na to pomyślą: „Ten PiS już mi się tak bardzo nie podoba”.

Jarosław KaczyńskiJarosław Kaczyński fot. Łukasz Krajewski / Agencja Gazeta

Ale jaka to powinna być wizja?

– PiS ma dwa mocne punkty: „zmianę” i „zwykłego człowieka”. W tych dwóch punktach powinno się zaatakować prawicę. Oni muszą się zacząć tłumaczyć! Wie pan, kiedy opozycja wygra z PiS? Kiedy prawicowi publicyści zaczną się tłumaczyć, że oni naprawdę tego szarego człowieka reprezentują.

Jednym z najtrudniejszych problemów, z którym opozycja nie potrafi sobie poradzić, to jest pakiet socjalny PiS. Nie chodzi tylko o 500 plus, ale też o płacę minimalną, godzinową stawkę minimalną. W dodatku drastycznie spadło bezrobocie, co powoduje, że ludzie czują się bezpieczniej w pracy i mogą wreszcie tym upiornym polskim szefom stawiać warunki. Opozycja musi to zrozumieć: milionom ludzi w Polsce żyje się za rządów PiS po prostu lepiej.

I co z tym robić?

– Masz trzy wyjścia. Możesz robić to, co do tej pory, czyli uprawiać negację. „To jest nieprawda, zaraz się skończą pieniądze, budżetu na to nie stać, to jest wszystko na kredyt, zaraz się wszystko zawali”. Ludzie tak naprawdę słyszą: „Wy na to nie zasługujecie”. Przejecie to. Przepijecie. I w ogóle będzie katastrofa.

„Druga Grecja” – to powtarza w TVN24 Janusz Lewandowski.

– Fantastyczny przepis na polityczne samobójstwo. Bo ludzie chcą wierzyć, że się uda. Chcą uwierzyć PiS-owi. Opozycja oferując im jedynie negatywną narrację obsadza się w roli złej wiedźmy, która przepowiada jakąś „hatakumbę”. Z tych dwóch narracji – opozycyjnej i pisowskiej – wybiorą tę pozytywną.

Drugi sposób na socjalny pakiet PiS to licytacja na populizm, co obecnie uprawia Schetyna. Tylko że licytacja z populistami to jest absurd. Schetyna powiedział ludziom: „Damy 500 plus na pierwsze dziecko”. To kosztuje 20 mld złotych! „Damy trzynastą emeryturę”. To kolejne 17 mld złotych. Przez dwa lata mówią, że zaraz się budżet zawali, bo nie stać nas na program 500 plus, a dzisiaj dorzucają 37 mld! Skąd na to wezmą pieniądze? PiS ich rozjedzie!

Nie wolno się licytować na populizm z populistami. Jako partia liberalna jesteś w tej licytacji kompletnie niewiarygodny.

Populizm u populistów jest elementem projektu politycznego. I u nich jest wiarygodny. A u ciebie to jest typowa kiełbasa wyborcza. I teraz po takiej deklaracji Schetyna chce pouczać PiS, że przekupuje ludzi kiełbasą wyborczą? Przecież roześmieją mu się w twarz.

To co innego ma robić?

– Neutralizacja. Jedyna dobra strategia na pisowski pakiet socjalny. Mówisz ludziom, że 500 plus to jest oczywista oczywistość. Każdemu się należy. „Przepraszam, że sam na to nie wpadłem, kiedy rządziłem. Powinienem zrobić to samo”. I tyle. Totalnie to bagatelizujesz. Przestajesz z tego robić jakąś niesamowitość, obdzierasz z tego nimbu wielkiej sprawy, ogromnego wysiłku. I tego daru, który dobra władza – wbrew okrzykom elity, że pieniędzy nie starczy – dała ludziom. „500 plus jest oczywistą oczywistością. My też będziemy to robić, każdy by to zrobił”.

A poza tym – już to mówiłem – powinni czym prędzej ogłosić koniec transformacji.

Co to znaczy ogłosić koniec transformacji?

– Chodzi o uderzenie w drugi mocny punkt PiS, czyli „zmianę”. Opozycja musi zdefiniować symboliczną cezurę między przeszłością a przyszłością. Zakończyć pewien rozdział, ale niekoniecznie mówiąc, że wszystko było złe. „Wtedy trzeba było budować zręby nowoczesnego państwa, infrastukturę, skupiać się na inwestycjach, a nie na konsumpcji, bo budowaliśmy nową Polskę. Ale w pewnym momencie trzeba powiedzieć dość. I myśmy nie zauważyli tego momentu”.

Musieliby schować tych, którzy zaciekle bronią III RP w mediach: Balcerowicza, Lewandowskiego.

– Oczywiście. Tak jak Kaczyński schował Macierewicza, tak opozycja powinna schować Balcerowicza. Dystans do niego był moją pierwszą radą dla Ryszarda Petru przy zakładaniu Nowoczesnej. „Jak najdalej”.

Jak mu to pan tłumaczył?

– „Możesz bardzo cenić dentystę, który wyciął ci ogromny ropień i uratował życie. Ale nie będziesz jego przyjacielem, nie będziesz go dobrze wspominał, bo to bardzo bolało. I Balcerowicz jest dokładnie taką postacią. Bardzo bolało i trzymajmy się od niego jak najdalej”.

Powiedzenie ludziom „zamykamy okres transformacji” pozwoliłoby opozycji się uwiarygodnić. Powiedzieć: „Ok, zrobiliśmy błąd nie polegający na tym, że wszystko było źle. Błąd polegał na tym, że nie zauważyliśmy momentu, kiedy należało zmienić strategię. I przez to otworzyliśmy drzwi dla populistów, którzy nie liczą się z nikim, tylko chcą zagrabić maksymalną ilość władzy dla siebie”.

Ze swoim hasłem „zmiana” PiS ma kłopot. Jest szczelina w tym murze, niespójność, a mianowicie polityka historyczna. Czy PiS się kojarzy ze zmianą? Nie bardzo. Niech sobie Kaczyński weźmie te husarskie pióra, niech odbudowuje zamki Chrobrego. Proszę bardzo. Niech stawia tysiąc kolumn na stulecie niepodległości. Pięknie! Będzie widać, że to nie żadna zmiana, tylko wyciąganie staroci z piwnicy. Opozycja ma szansę opowiedzieć o zmianie innym językiem. Wtedy polityka historyczna stanie się kulą u nogi Kaczyńskiego.

Czyli gdyby Gronkiewicz-Waltz zamiast im utrudniać budowanie tych pomników…

– Zostawiła im wolną rękę? Oczywiście! Byłoby to politycznie skuteczniejsze. Pobudowali by dziesięć pomników i ludzie by to widzieli. O to dokładnie chodzi. Bo fajnie pójść do muzeum – od czasu do czasu – ale człowiek nie chce w muzeum żyć.

PiS wygrał wybory, bo obiecał ludziom koniec transformacyjnej polityki zaciskania pasa i sprawczą rolę państwa w wielu dziedzinach. I to robi. Obiecał uszczelnienie podatków – uszczelnia. Obiecał 500 plus – wypłaca. Obiecał płacę minimalną za godzinę – jest. Bardzo rosną wskaźniki deklaracji udziału w wyborach. Dzisiaj przekroczyły 60 procent, do tej pory były poniżej 50 proc. PiS uruchomił ogromny rezerwuar poparcia ludzi, którzy nie chodzili na wybory z prostego powodu: „Od mojego głosu nic nie zależy, politycy nie dotrzymują obietnic, to wszystko jest lipa”. Nagle zobaczyli, że coś się dzieje. Pójdę na wybory, bo będę bronić moich przywilejów socjalnych. Mój głos ma znaczenie.

Czyli właściwie ten cały PiS jest ok. Dotrzymują słowa, zauważyli koniec transformacji…

– Nie jest ok. Nie będę nigdy im doradzać z jednego powodu: to jest naprawdę autorytarna populistyczna partia. Nie traktują swoich postulatów poważnie. To dobrze skonstruowany polityczny humbug, który ma im dać całą pełnię władzy wraz z systemem sądowniczym. I to jest cel Kaczyńskiego: posiadania niczym nieograniczonej władzy.

A co w PiS kompletnie leży?

– Cztery rzeczy. Po pierwsze nie musieli wkopywać się w obniżanie wieku emerytalnego. Mogli powiedzieć: „Macie pakiet socjalny, z tymi emeryturami trochę przesadziliśmy, policzyliśmy teraz, budżet się nie spina, sorry”. Nic by im w sondażach nie spadło. A teraz siedzą na bombie, która ich może wysadzić w powietrze. Wcale nie 500 plus, bo na to nas stać. Emerytury to 70 mld co roku do systemu, za chwilę będzie 100 mld, a potem 200 mld! Będą udawać, że problemu nie ma, aż do momentu, kiedy nie starczy pieniędzy na wypłaty dla nauczycieli. Czyli żywej gotówki w skarbcu. Nie będzie kasy. A jeśli nie będzie na pensje, to tu zapłoną samochody i to będzie koniec PiS. Obniżając wiek emerytalny bez sensu sobie ograniczyli pole manewru, nie mogą dać na służbę zdrowia, nie będą mieli pieniędzy na reformy w innych ważnych dziedzinach.

Drugi słaby punkt to niespójność prawicowej wyobraźni. Z jednej strony mówią: „Polacy, fantastyczni ludzie, wielki, bohaterski naród”. A zaraz potem: „Wszyscy kradną, złodzieje, same afery w Polsce”. Równoczesna idealizacja Polaków i totalny brak zaufania do nich. Sprzeczność, która będzie coraz bardziej widoczna.

Trzecia rzecz: Antonii Macierewicz. To jest granat z wyjętą już zawleczką, tylko nie wiadomo, kiedy wybuchnie. Typowy mitoman: opowiada niestworzone rzeczy, jednocześnie tysiąc kolumn stawia, buduje strzelnice w każdej gminie, tysiąc dronów ma latać, helikoptery z Ukrainy, gonitwa myśli. Ten człowiek nie odróżnia swoich wyobrażeń od rzeczywistości. Projektuje coś w głowie i uważa, że tysiąc dronów już tam jest, powstały siłą jego woli.

A czwarty problem PiS to konflikt z Dudą.

Opozycja powinna grać na Dudę?

– Zawsze powinna grać na podział w obozie władzy. Tymczasem oni mówią o tym konflikcie: „Ustawka”. I że Duda nie lepszy od Kaczyńskiego. To jest trochę przerażające, że oni tak bardzo nie potrafią myśleć. Jak rozmawiam z politykami opozycji, to mam wrażenie, że oni wręcz chcą, żeby ten Duda wrócił w objęcia Kaczyńskiego. Chcą mieć czarno biały obrazek. My jesteśmy dobrzy, oni są źli. Prosta dychotomia.

Prezydent Andrzej Duda oświadcza, że zawetuje pisowskie ustawy ograniczające niezależność sądownictwa (o KRS i Sądzie Najwyższym). Warszawa, 24 lipca 2017Prezydent Andrzej Duda oświadcza, że zawetuje pisowskie ustawy ograniczające niezależność sądownictwa (o KRS i Sądzie Najwyższym). Warszawa, 24 lipca 2017 Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

A co opozycja powinna z Dudą robić?

– Grać na podział! Technicznie to jest dość proste. Idziesz na spotkanie z prezydentem, wychodzisz do dziennikarzy, robisz tajemniczą minę i mówisz: „Odbyliśmy bardzo dobre spotkanie z panem prezydentem. Ciekawą, dogłębną rozmowę. W wielu sprawach się nie zgadzamy, ale jest też parę fundamentalnych kwestii, naprawdę ważnych, co do których mamy to samo zdanie”. I dodajesz, że nie możesz więcej powiedzieć, bo z panem Prezydentem tak ustaliliście. Kropka. Kaczyński ze swoją obsesją na punkcie spisków myśli: „Dogadali się! Już ten Duda kombinuje!” I rzuca się na niego jak wściekły pies, bo on zawsze tak reaguje. Przez te lata, które byłem w polityce jedno było pewne: nigdy nie pomyliłem się co do reakcji Jarosława Kaczyńskiego. Wiadomo, co zrobi pies jak zobaczy kota i wiadomo, co zrobi Kaczyński, jak wyczuje, że przy stoliku zaczyna się toczyć jakaś gra: podbije stawkę. Nigdy się nie cofnie, zawsze wylicytuje więcej, zawsze mocniej walnie, zawsze będzie bardziej krzyczał. Proste. Nie wymaga wielkiej strategii, żeby wiedzieć, co on zrobi. Więc trzeba mu pokazać kota. A ten się rzuci na Dudę. Pozamiatane.

Kaczyński przez lata był obsadzony przez Tuska w roli szalonej małpy w klatce. I jak tylko Tuskowi spadały notowania, to prętem po klatce przejechał, a tamten robił „Łaaaaa!!!”. Teraz role się odwróciły. Kaczyński fantastycznie umie kopać w klatkę z opozycją w środku. Prowokuje. Krzyczy o mordach zdradzieckich. „Komuniści i złodzieje”. „Drugi sort”. Z wyrachowania. I świetnie się tym bawi.

*Jakub Bierzyński jest socjologiem i przedsiębiorcą, prezesem domu mediowego OMD, a także jednym z założycieli SMG/KRC Poland (dziś Millward Brawn), największej w Polsce agencji badań rynkowych

gazeta.pl

Mając 18 lat głosowałem na w Detroit. Gdyby 27 lat temu ktoś mi powiedział, że kiedyś zobaczę taką wiadomość…😀 dziękuję

%d blogerów lubi to: