Waszczykowski: Tu nie ma o czym dialogować

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

Liczę na, to że Komisja Europejska zaprzestanie przesyłać nam zalecenia, krytykować i wytykać – powiedział minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski.

Komisja Europejska potwierdziła dziś, że otrzymała odpowiedź polskiego MSZ, uzupełniającą informacje dotyczącą sytuacji praworządności w Polsce.

W odpowiedzi resort spraw zagranicznych kwestionuje kompetencje Komisji Europejskiej w kwestii oceny zmian w wymiarze sprawiedliwości. Chodzi o zawetowane przez prezydenta ustawy o Sądzie Najwyższymi KRS oraz o już obowiązującą ustawę o ustroju sądów powszechnych.

Minister Waszczykowski oświadczył, pytany przez dziennikarzy RMF, że proces reformy wymiaru sprawiedliwości w Polsce toczy się zgodnie z prawem i jest odpowiedzią na „głęboką nieufność” Polaków do sądownictwa oraz wynikające z niej „palące oczekiwania społeczne”.

Waszczykowski oświadczył również, że liczy na zmianę w postępowaniu szefa KE Fransa Timmermansa.

– Przestanie występować pan Timmermans na konferencjach prasowych, przestanie mówić, że monitoring Polski to jest jego misja personalna, przestanie przyjeżdżać do Polski na manifestacje polityczne – powiedział szef MSZ.

Waszczykowski zapowiedział, ze nie przyjmie ewentualnego zaproszenia do Brukseli na rozmowę. – To jest rozmowa techniczna o zmianach legislacyjnych w systemie prawnym w Polsce i tutaj nie ma o czym dialogować i dyskutować – skwitował. Z kolei Komisja Europejska ma przestać „przesyłać nam zalecenia, krytykować i wytykać”.

rp.pl

„Macierewicz zakapował, wystarczyło na akt oskarżenia”. Historyk o niejasnej przeszłości szefa MON

Paweł Kalisz, 28 sierpnia 2017

W tej sprawie wiele jest jeszcze niejasności, ale jedno jest pewne: Antoni Macierewicz nigdy nie powinien rozpoczynać wojny na teczki. – Z dokumentów znajdujących się w archiwach IPN wynika, że w roku 1968 Macierewicz po aresztowaniu złożył obfite zeznania, wystarczyło na akt oskarżenia dla niego i Wojciecha Onyszkiewicza – mówi w rozmowie z naTemat historyk Andrzej Friszke.

Panie profesorze, jak to było z Macierewiczem w latach 60.?

Wszystko napisałem w swojej książce, zainteresowanych tematem zachęcam do lektury. Podaję tam sygnatury archiwalnych akt, które z całą pewnością są autentyczne. Te dokumenty mówią same za siebie, wszystko jest czarno na białym, ja się z niczego, co napisałem w książce, nie wycofuję.

Kapował na kolegów?

Z dokumentów wynika, że po aresztowaniu złożył bardzo obfite zeznania.

Są na to dowody?

Tak, wszystko jest w archiwach IPN. Jak już wspomniałem, w książce można znaleźć dokładne sygnatury wszystkich akt.

I mówi pan, że warto do nich zajrzeć?

Moim zdaniem tak, wręcz dziwię się, że do tej pory nie zainteresowały dziennikarzy. To jest kilkadziesiąt stron protokołu.

Aż tyle? Rozumiem, że wynika z nich, iż obecny szef MON był bardzo rozmowny.

W swoich zeznaniach wymienił kilkadziesiąt osób.

To chyba dość dużo?

Owszem.

Jak wyglądały takie przesłuchania?

Zależy o jakiej epoce mówimy. Jeśli o roku 1968, to należy pamiętać, że wszystko działo się w trakcie działań protestacyjnych. Każdy zatrzymany musiał liczyć się z tym, że jest to początek śledztwa i procesu. Zatrzymanych trzymano przeważnie na Rakowieckiej w Warszawie. Było otwierane śledztwo i wzywano podejrzanych o działalność wywrotową na przesłuchania.

O co pytano najczęściej?

Pierwsze zawsze było pytanie o życiorys. Każdy musiał napisać, gdzie się urodził, do jakich szkół chodził. Potem kalendarzyk.

Słucham?

Jak w filmach szpiegowskich – kontakty, adresy, siatka. Zwykle przy zatrzymanych znajdowano jakiś kalendarzyk, a w nim numery telefonów i adresy do różnych osób. Śledczy pytali „kto to, skąd go znasz, kim jest, co robi”. I to się ciągnie, pytania się powtarzają. Gdy w trakcie śledztwa prowadzący przesłuchanie natrafią na jakąś sobie „znaną” osobę to zaczynają dopytywać bardziej dokładnie, żeby potem powiązać sobie różne wątki.

Aresztowanie Antoniego Macierewicza

Antoni Macierewicz podczas studiów należał do rady wydziałowej Zrzeszenia Studentów Polskich, zaangażował się w działalność opozycyjną, był założycielem Ligi Niepodległościowej. W marcu 1968 roku był uczestnikiem strajków studenckich, za co został tymczasowo aresztowany. W areszcie siedział od 28 marca do 3 sierpnia 1968. Po wyjściu z aresztu został zawieszony w prawach studenta.

Dużo takich kontaktów miał Antoni Macierewicz?

Akurat w przypadku Macierewicza tak dokładnie nie wnikano w jego powiązania i znajomości. Jego pytano o całą aktywność w trakcie protestów marcowych. Czy uczestniczył w strajku, kto jeszcze uczestniczył, z kim był na kolacji, gdzie, kto jeszcze strajkował i tak dalej.

Ciekawe…

Tak. Te dokumenty to rzeczywiście bardzo ciekawa lektura. Pytali na przykład o to, co się stało z powielaczem, kto zabrał, na jaki adres…

Macierewicz w tym czasie był studentem…

Historii.

Czyli młody, przestraszony człowiek, który boi się, że mu zaraz młodość za kratami przeleci, więc mówi wszystko co wie?

Czy wszystko – to trudno powiedzieć, ale wystarczająco dużo, żeby się dało ukręcić akt oskarżenia. Szczególnie na niego i Wojtka Onyszkiewicza. Pytał pan, czy Macierewicz kapował? Onyszkiewicza zakapował.

A co było później? On sam i jego przyjaciele mówią, że był świetlaną postacią.

Co pan rozumie pod słowami „świetlana postać”?

Niezłomny bojownik o wolną i demokratyczną Polskę.

To prawda, tego nie można mu tego odmówić. W latach 70. rzeczywiście do jego postawy moralnej nie można mieć zastrzeżeń, podobnie jak nie podlega dyskusji jego determinacja. Złego słowa nie można powiedzieć poza tym, że miał ogromne skłonności do kłótni. To wszystko.

A jak wyglądała jego postawa w latach 80.?

O tym, co robił w latach 80., mało wiem, bo był mało aktywny. Wydawał pismo „Głos”, które mnie mało interesowało. W tamtych czasach Macierewicz znajdował się na marginesie ruchu opozycyjnego. Jednak zwracam uwagę na dwa dokumenty, które opublikował w swojej książce Tomasz Piątek.

Czyli słynna ucieczka ze szpitalnego więzienia?

Trudno powiedzieć, czy ucieczka, szczegółów nie znam. Jednak jedna rzecz jest naprawdę zastanawiająca.

To znaczy?

Pierwszy raz w życiu widziałem, żeby oficer tak wysokiego szczebla wydawał dokument, w którym stwierdza, że taki a taki człowiek nie jest poszukiwany przez służby bezpieczeństwa.

Dlaczego to pana dziwi?

To był oficer wysokiego szczebla z departamentu wywiadu czy kontrwywiadu, nad nim praktycznie był już tylko wiceminister i minister. Dla mnie ten dokument to coś niespotykanego.

Może jest fałszywy?

Autentyczność została potwierdzona i nie budzi żadnych wątpliwości.

naTemat.pl

Pokrętność prokuratury w sprawie wypadku Szydło

Pokrętność prokuratury w sprawie wypadku Szydło

Pokrętność prokuratury w sprawie wypadku limuzyny transportującej Beatę Szydło w lutym tego roku jest typowa dla tej władzy. A że mamy do czynienia z tym, a nie innym organem podległym Zbigniewowi Ziobrze, to należy stwierdzić, iż pokrętność jest taka, jak autorytet prawniczy ministra sprawiedliwości. Jak ten oksymoron można opisać? Rozwiązanie podaję na końcu.

Dlaczego piszę pokrętność? Oto prokuratura w Tarnobrzegu umarza śledztwo w czterech wątkach, które pojawiły się w zawiadomieniu do prokuratury złożonych przez posłów Platformy Obywatelskiej Cezarego Tomczyka i Agnieszkę Pomaską.

Umarza się śledztwo w „nieobjęciu przez prokuratorów kierownictwa nad czynnościami w miejscu wypadku”. Ten drętwy język znaczy, iż zaniedbano czynności podstawowe zabezpieczające dowody na miejscu wypadku, ale także czynności formułujące oskarżenia pod adresem kierowcy seicento Sebastiana K., któremu służby medialne PiS starały się wmówić, że to on jest sprawcą wypadku, nieomal „zamachu” na premier Szydło.

Drugi wątek umorzenia śledztwa dotyczy „bezzasadnego zatrzymania Sebastiana K.”. Czyli zasadnie zatrzymano. A z jakiego powodu? Dlaczego „zasadnie” nie zatrzymano kierowcy Beaty Szydło? Dlaczego nie zatrzymano Beaty Szydło, wszak mogłą namawiać swego kierowcę do składania zeznań, iż zawinił Sebastian K.?

Trzeci wątek umorzenia tyczy niezasadnego przedstawienia Sebastianowi K. zarzutu popełnienia przestępstwa (w tym miejscu padają paragrafy Kk).

Zauważmy, jaki został uruchomiony ciąg: zatrzymano bezzasadnie, bezzasadnie przedstawiono zarzuty, sama bezzasadność. Ale taka jest władza, a to się nazywa „przemoc władzy”. Ta przemoc wcale nie dotyczy prokuratorów, bo to zastrachani urzędnicy, którzy chcą utrzymać swoje posady.

Ta bezzasadność dotyczy bezpośredniej przyczyny zajścia, a mianowicie Beaty Szydło. Pamiętacie, jak ona milczała, choć leżała w szpitalu. To w jej imieniu doszło do przemocy w stosunku do Sebastiana K.

Umorzenie dotyczy jeszcze czwartego wątku, mianowicie „uniemożliwienia korzystania z pomocy obrońcy” przez Sebastiana K.

W stosunku do Sebastiana K. użyto przemocy państwa. To jest przykład, do czego dochodzi, gdy prokuratura nie jest niezależna, a jest zależna od urzędnika państwowego, ministra. Wyobraźmy sobie, że sprawa jednak trafia do sądu, to w dążeniu PiS do zawłaszczenia i tej niezależności – sądu, musiałoby dojść do sytuacji, iż Sebastian K. gniłby w więzieniu za kierowcę Szydło i za milczenie premier Szydło, czyli za jej postawę amoralną.

W stosunku do Sebastiana K. użyto szeregu narzędzi przemocy, dzieki opozycji i opinii publicznej nie uczyniono z niego kozła ofiarnego, bo to wyglądało na szyte grubymi nićmi pisowskiego zakłamania. A może powinienem napisać: pokraczności PiS, gdyż ta władza stosuje taką formę sprawowania władzy.

Ale… do wypadku doszło, ktoś zawinił, a nie był to Sebastian K. Zadośćuczynienie więc jemu się należy i nie powinno ono być pokrywane przez państwo, ale zestrachanego kierowcę limuzyny Szydło bądź przez nią samą, bo milczała, kręciła.

Rozwiązanie oksymoronu z pierwszego akapitu: prostacka pokrętność. Tak należy opisać sprawowanie władzy przez PiS.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

IV Rzeczpospolita kibolska

IV Rzeczpospolita kibolska

Od kilku lat PiS wmawia kibolom, że są prawdziwymi patriotami-katolikami.

Ulubieńcy PiS-u i części hierarchii kościelnej, „prawdziwi polscy patrioci”, czyli stadionowi kibole znowu dali wyraz swego umiłowania i poszanowania prawa i godności innych ludzi. Oto 12 sierpnia podczas meczu piłkarskiego, derbów Krakowa Wisła – Cracovia, zaprezentowali iście „patriotyczną”tzw. oprawę. Dla czytelników nieinteresujących się piłką nożną małe wyjaśnienie: oprawa (meczu) to różnego rodzaju pokazy na trybunach – rozwijanie olbrzymich płacht nieraz wielkości całej trybuny, np. z kolorowymi rysunkami piłkarzy, hasłami dotyczącymi osiągnięć klubu, ich datami itd. Czasem bywają to obrazy ułożone z tysięcy kolorowych kartek, które trzymają kibice – leżą one już wcześniej w ściśle zaplanowany sposób na krzesełkach tak, że wystarczy, gdy każdy widz podniesie swój ponad głowę i układają się one w najróżniejsze wzory, np. barwy klubu. Towarzyszy temu często palenie kolorowych rac czy też świec dymnych, mimo że pirotechniki jako niebezpiecznej dla kibiców stanowczo zabrania UEFA (europejska federacja piłkarska).

Niestety, owe „oprawy”, przynajmniej na naszych stadionach, z biegiem czasu są coraz mniej związane z wydarzeniami ściśle sportowymi, a coraz częściej dotyczą polityki czy kontrowersyjnych wydarzeń historycznych (takich również nie dopuszcza UEFA, aby nie mieszać do sportu polityki i nie prowokować np. kibiców drużyn przyjezdnych). Pół biedy, jeżeli dotyczą one upamiętnienia takich wydarzeń, jak wybuch II wojny światowej czy Powstania Warszawskiego, chociaż ich forma też czasem budzi kontrowersje.

Jednak to, co pokazali ostatnio w Krakowie bandziory (bo nie można ich inaczej określić), związani z Wisłą, przekroczyło wszelkie granice. Otóż na olbrzymiej płachcie rozpościerającej się na kilka sektorów namalowany był zamaskowany typ trzymający w dłoni coś w rodzaju maczety. Przed nim widać było kilka nagrobków z krzyżami, a na jednym z nich był zawieszony szalik w barwach klubowych Cracovii. Wielki napis na płachcie głosił: „Boże miej litość nad naszymi wrogami, bo jak widzisz my jej nie mamy”.

I tu znowu konieczne jest kilka słów wyjaśnienia: w Krakowie trwa regularna, krwawa wojna między bandziorami obu zwaśnionych klubów. I to wojna z użyciem, jak mówią oni w swoim żargonie, „sprzętu”, czyli maczet (bardzo popularnych w tym środowisku), siekier, noży, stalowych rurek, łańcuchów itd. Pociągnęła ona za sobą już kilka śmiertelnych ofiar, a opinią publiczną kilka lat temu szczególnie wstrząsnęła zaplanowana egzekucja przywódcy kibiców Cracovii o pseudonimie„Człowiek”, którego w biały dzień, przy świadkach, grupa zamaskowanych bandytów dopadła na jednym z osiedli krakowskich i zmasakrowała owym „sprzętem” (bijąc również przy okazji kilku świadków) i do tego właśnie zdarzenia nawiązywał w sposób oczywisty szalik na nagrobku.

Oprócz tego, w sposób na ogół mniej drastyczny (chociaż śmiertelne pobicia zdarzają się również poza Krakowem) biją się kibolskie półgłówki w całej Polsce, co i rusz słyszymy o „ustawkach” (czyli umówionych wcześniej bijatykach dwóch grup chuliganów kibicujących różnym klubom). O takich rzeczach, które zdarzają się nagminnie, jak niszczenie mienia, obrzucanie samochodów kamieniami czy ataki na pociągi, wiozące „kibiców”, w tym kontekście nawet nie warto wspominać.

Do tego wszystkiego coraz częściej okazuje się, że stadionowi bandyci parają się handlem narkotykami, z których rozprowadzaniem nie mają na meczach żadnych kłopotów – trybuny są doskonałym miejscem bezpiecznego handlu tym towarem, a dilerzy są na nich całkowicie bezkarni. Wiedzą o tym oczywiście władze klubów, ale prezesi są często zwyczajnie zastraszeni i udają, że nic się nie dzieje. Na niektórych największych stadionach są całe sektory, na które prawo wstępu mają tylko „kumaci” i żaden postronny kibic tam nie wejdzie, dotyczy to również firm ochroniarskich. Część kiboli jest, mówiąc nieco w uproszczeniu, po prostu „żołnierzami” mafii ochraniającymi ten proceder, a krwawe porachunki między nimi są tak naprawdę przejawami walki o rynek zbytu narkotyków w mieście czy województwie.

Dlaczego piszemy o przestępczym marginesie i aktach przemocy, których dokonuje? I tu dochodzimy do sedna sprawy: kibole bili się w Polsce od dziesięcioleci, nie miało to jednak tak zorganizowanego i masowego charakteru, jak od kilku lat. I rzecz najważniejsza – od czasów rządu Tuska PiS zaczął cynicznie podjudzać stadionowych bandytów przeciw rządom PO. Ich chora nienawiść przeciwko innym kibolom została niejako przekierowana w stronę ówczesnych rządów, a dzisiejszej opozycji, bo PiS nadal szczuje stadionowe bydło przeciw partiom w niej będącym. Na stadionach zaczęły pojawiać się transparenty w rodzaju: „Tusku matole, twój rząd obalą kibole”, teraz są takie jak „KOD, Nowoczesna, GW, Lis, Olejnik i inne ladacznice – dla was nie będzie gwizdów, będą szubienice”.

PiS wykazywał się zadziwiającą troską o aresztowanych za czasów PO chuliganów stadionowych: do niejakiego ”Starucha” pofatygowała się osobiście pani Kempa z nieżyjącym już senatorem Romaszewskim. Tak na marginesie szkoda, że tak wrażliwa na los łobuzów kobieta nie zainteresowała się losem torturowanego na komisariacie we Wrocławiu w zeszłym roku Igora Stachowiaka, który na ich skutek zmarł, a zamiast skontaktować się z jego rodziną, jak twierdzą posłowie PO, pojechała na rozmowę ze sprawcami i ich przełożonym, który po tym zabójstwie… awansował. A oto co pani Kempa powiedziała po poręczeniu za owego Starucha: – „Jeśli ktoś podejrzany jest o wykroczenie lub przestępstwo, powinien zostać oceniony przez sąd. Nie godzę się natomiast z metodami, jakie zastosowano wobec Piotra Staruchowicza. Od senatora Zbigniewa Romaszewskiego dowiedziałam się, że został on pobity przez policjantów w radiowozie. W najczarniejszych snach nie przychodziło mi do głowy, że mogą wrócić u nas praktyki sprzed 1989 r., gdy chodzi o traktowanie ludzi, którzy narazili się władzy”. Jednak jakoś wypowiedzi na temat Igora Stachowiaka, który zmarł po torturach na komisariacie, od tej pani się nie doczekaliśmy – może już jej przyszło do głowy, że takie metody mogą być stosowane przez „dobrą zmianę”?

W tej chwili policja jest dziwnie pobłażliwa dla stadionowych bandziorów – nawet jeśli nie dopuszcza do „ustawek”, to sprawa na tym się kończy, mimo iż przy delikwentach oraz w samochodach, którymi przyjeżdżają jest pełno „sprzętu”. Ot, wylegitymują i spiszą kilku, a potem wszystkim pozwalają spokojnie odjechać. Do tego interwencje są często spóźnione, policja mimo wezwań przyjeżdża np. w sile jednego radiowozu z dwoma-trzema funkcjonariuszami, którzy biernie przyglądają się bójce, po czym, zanim przyjadą posiłki, po bandziorach nie ma śladu, chyba, że któryś tak mocno oberwie, że zostaje „na polu walki” i trafia do szpitala, a czasem nawet do kostnicy.

Od kilku lat pisbolszewia wmawia przy wszystkich okazjach kibolom, że są prawdziwymi patriotami-katolikami, stanowiącymi niemal ostatnią zaporę przed zalewem Polski przez wszelkie zboczenia ze zdegenerowanej, „genderystycznej” Europy i jako jedyni mogą powstrzymać falę islamskiego terroryzmu. I ci, którzy nadal między sobą tłuką się po pustych łbach zaczynają w to wierzyć – że są „wybraną grupą”, która jako jedna z nielicznych jest spadkobiercą tradycji niepodległościowych, a zwłaszcza „żołnierzy wyklętych”, i że w związku z tym wszystko im wolno. Spotkałem się już nawet z określeniem – które było użyte na serio – „kibice wyklęci”. Byłoby to śmieszne w kabarecie, ale w polskiej rzeczywistości brzmi przerażająco. Cel tych działań jest jasny – to swoiste „pranie mózgów”(a dużego zaiste, przy przeciętnym poziomie intelektualnym kiboli nie potrzeba) ma stworzyć grunt pod formowanie z nich bojówek, które mogą być użyte do walki z opozycją, co do tego nie ma wątpliwości.

Obok Obrony Terytorialnej mogą oni być – w zamiarze obecnego reżimu – również „utrwalaczami”jego rządów i to metodami mało pokojowymi. Zresztą pojawiają się już od czasu do czasu doniesienia, że również OT zachęca stadionowych chuliganów do wstępowania w swoje szeregi. Zaiste, prawdziwych „patriotów” ma PiS za sojuszników – których część poczynań na co dzień przedstawiliśmy powyżej.

Narastająca fala bandytyzmu w Polsce niepokoi nawet policjantów, a ci z Wielkopolski wysłali list do ministra w tej sprawie, w którym m. in. czytamy, że są oni zaniepokojeni „bardzo agresywnymi”postawami przedstawicieli ruchów narodowych, nacjonalistycznych, a także pseudokibiców.

Funkcjonariusze twierdzą, że nie spotykają się one z należną krytyką ze strony władz państwowych. Wręcz przeciwnie, często władza usprawiedliwia tę agresję nasiloną walką polityczną, która obecnie toczy się w Polsce.

Błaszczak w ogóle nie widzi żadnego problemu z bandytyzmem okołostadionowym. Od tygodni powtarza przy każdej okazji mantrę, zresztą łatwą do zapamiętania, o „totalnej opozycji”, którą widzi wszędzie i nie zaprząta sobie głowy jakimiś kibolami, zresztą potencjalnymi sojusznikami reżimu, a za ten list bardzo mocno skrytykował jego nadawców.

Minister nie cieszy się dobrą opinią w pozapisowskich kręgach społeczeństwa, na co solidnie pracuje, wygadując różne brednie. Po głupotach artykułowanych przez niego z okazji Przystanku Woodstock nie wytrzymał nawet Ludwik Dorn, który nazwał go „chodzącym deficytem intelektualnym”.

A może pobłażliwość wymiaru sprawiedliwości dla stadionowych bandziorów bierze się również stąd, iż jak donosiła prasa, wiceminister Jaki był w nieodległych czasach młodości mocno związany z kibolami Odry Opole (ponoć był nawet ich nieformalnym przywódcą) i w związku z tym „rozumie ich zachowanie”?

W gloryfikowaniu i podjudzaniu stadionowych bandziorów przeciw opozycji o palmę pierwszeństwa walczy z przewodnią partią Kościół, a przynajmniej jego niektórzy funkcjonariusze. Oto niejaki Jarosław Wąsowicz, „duszpasterz kibiców”, organizuje co roku na Jasnej Górze „patriotyczne pielgrzymki kibiców”.

Zadałem sobie trudu i przeczytałem, co ów „pasterz” głosi do swoich kibolskich owieczek w kościele Paulinów, notując jego niektóre „złote myśli”. W 2013 roku mówił na przykład: – „Cierpicie prześladowania, jesteście systematycznie wyszydzani. Jesteście najbardziej dyskryminowaną w Polsce grupą społeczną, i to nie za chuligaństwo, ale za niezależne myślenie, patriotyczne inicjatywy oraz publiczne prezentowanie tych wartości i ideałów”. Innym razem rozwinął twórczo ten wątek słowami: – „Kiedy dziś niedawni włodarze podnoszą lament nad rzekomo łamaną demokracją, jako środowisko, które doświadczyło specyficznego umiłowania przez nich wolności, chcieliśmy im przypomnieć o naszych kolegach przetrzymywanych przez nich niewinnie i przez wiele miesięcy w więzieniach, pod fałszywymi zarzutami, a tak naprawdę za udział w antyrządowych manifestacjach kibicowskich; o kibicach masowo karanych za udział w tych protestach kolegiami; przypomnieć o karach wymierzonych w nasze środowisko za patriotyczne transparenty wywieszane na stadionach; o karach za protesty przeciwko wykładom na polskich uniwersytetach stalinowskich aparatczyków; przypomnieć policyjne prowokacje na Marszach Niepodległości; wspieranie prowokatorów podczas modlitw przy krzyżu na Krakowskim Przedmieściu; używanie przemocy wobec protestujących górników; przypomnieć o masowym zwalnianiu nieprawomyślnych dziennikarzy”.

Czy naprawdę nie słyszał on o tym, co opisałem powyżej? Nie wie, że właściwie w każdy weekend, gdy odbywają się rozgrywki piłkarskie dochodzi do aktów przemocy – bójek, demolowania mienia, środków komunikacji publicznej, jadący na mecze autokarami kibole napadają i okradają stacje benzynowe itd. I takie brednie ma on czelność głosić nawet po takich dramatach, jak masakra „Człowieka”. W żadnej „homilii” tego „duszpasterza” nie natknąłem się na jego nawoływanie do pojednania „kibiców”. Nie wzywał on do zaprzestania krwawych walk między nimi, ustanowienia jakiejś zgody czy chociażby rozejmu. Co więcej – jego bełkot i kłamstwa to raczej ich tłumaczenie i rozgrzeszanie za to wszystko, co wyprawiają i szczucie oraz podburzanie – kiedyś przeciw rządowi, teraz – przeciw opozycji.

Ciekawe, czy pan Wąsowicz (zaprawdę trudno mi go nazywać „księdzem”) nie ma czasem refleksji, że to gloryfikowanie bandytów i szczucie ich przeciw innym ludziom skutkuje również takimi rezultatami jak śmierć w Krakowie? W tej chwili prowadzi on haniebną, obrzydliwą krucjatę przeciw demokracji, wykorzystując do tego kiboli – bo tam gdzie ona jest, gdzie ludzie mają prawo wyboru w oparciu o informacje z wielu źródeł, nikt nie będzie uważał takich Wąsowiczów za jakiekolwiek autorytety, bił przed nimi czołem i sypał mamoną na ich życie w luksusie.

JK

PS. Na jednej z tych „patriotycznych pielgrzymek” Wąsowicz święcił kibolskie szaliki, w tym wspomnianego wcześniej Starucha, z napisem: „Witamy w piekle”…

koduj24.pl

Dzisiejsza „Solidarność” to wazeliniarze , i historyczna‼️😡 … ale PRAWDA zwycięża ‼️ 👇tu 👇będzie prawdziwa SOLIDARNOŚĆ‼️✌️

Pokrętność prokuratury w sprawie wypadku Szydło

Pokrętność prokuratury w sprawie wypadku limuzyny transportującej Beatę Szydło w lutym tego roku jest przysłowiowa dla tej władzy. A że mamy do czynienia z tym, a nie innym organem podległym Zbigniewowi Ziobrze, to należy stwierdzić, iż pokrętność jest taka, jak autorytet prawniczy ministra sprawiedliwości. Jak ten oksymoron można opisać? Rozwiązanie podaję na końcu.

Dlaczego piszę pokrętność? Oto prokuratura w Tarnobrzegu umarza śledztwo w czterech wątkach, które pojawiły się w zawiadomieni do prokuratury złożonych przez posła Platformy Obywatelskiej Cezarego Tomczyka.

Umarza się śledztwo w „nieobjęciu przez prokuratorów kierownictwa nad czynnościami w miejscu wypadku”. Ten drętwy język znaczy, iż zaniedbano czynności podstawowe zabezpieczające dowody na miejscu wypadku, ale także czynności formułujące oskarżenia pod adresem kierowcy seicento Sebastiana K., któremu służby medialne PiS starały się wmowić, że to on jest sprawcą wypadku, nieomal „zamachu” na premier Szydło.

Drugi wątek umorzenia śledztwa dotyczy „bezzasadnego zatrzymania Sebastiana K.”. Czyli zasadnie zatrzymano. A z jakiego powodu?

Dlaczego „zasadnie” nie zatrzymano kierowcę Beaty Szydło? Dlaczego nie zatrzymano Beaty Szydło, wszak mogłą namawiać swego kierowcę do składania zeznań, iż zawinił Sebastian K.?

Trzeci wątek umorzenia tyczy niezasadnego przedstawienia Sebastianowi K. zarzutu popełnienia przestępstwa (w tym miejscu padają paragrafy Kk).

Zauważmy jaki został uruchomiony ciąg: zatrzymano bezzasadnie, bezzasadnie przedstawiono zarzuty, sama bezzasadność. Ale taka jest władza, a to się nazywa „przemoc władzy”. Ta przemoc wcale nie dotyczy prokuratorów, bo to zastrachani urzędnicy, którzy chcą utrzymać swoje posady.

Ta bezzasadność dotyczy bezpośredniej przyczyny zajścia, a mianowicie Beaty Szydło. Pamiętacie, jak ona milczała, choć leżała w szpitalu. To w jej imieniu doszło do przemocy w stosunku do Sebastiana K.

Umorzenie dotyczy jeszcze czwartego watku, mianowicie „uniemożliwienia korzystania z pomocy obrońcy” przez Sebastiana K.

W stosunku do Sebastiana K. użyto przemocy państwa. To jest przykład do czego dochodzi, gdy prokuratura nie jest niezależna, a jest zależna od urzędnika państwowego, ministra. Wyobraźmy sobie, że sprawa jednak trafia do sądu, to w dążeniu PiS do zawłaszczenia i tej niezależności – sądu, musiałoby dojść do sytuacji, iż Sebastian K. gniłby w więzieniu za kierowcę Szydło i za milczenie premier Szydło, czyli za jej postawe amoralną.

W stosunku do Sebastiana K. użto szeregu narzędzi przemocy, dzieki opozycji i opinii publicznej nie uczyniono z niego kozła ofiarnego, bo to wygladało na szyte grubymi nićmi pisowskiego zakłamania. A może powinienem napisać: pokraczności PiS, gdyż ta władza stosuje taką formę sprawowania władzy.

Ale… do wypadku doszło, ktoś zawinił, a nie był to Sebastian K. Zadośćuczynienie więc jemu się należy i nie powinno ono być pokrywane przez państwo, ale zestrachanego kierowcę limuzyny Szydło, bądź przez nią samą, bo milczała, kręciła.

Rozwiązanie oksymoronu z pierwszego akapitu: prostacka pokrętność. Tak należy opisać sprawowania władzy przez PiS.

Decyzja prokuratury w sprawie kierowcy seicento Sebastiana K. „Władza wydała na niego wyrok po godzinie”

28.08.2017

Poseł Cezary Tomczyk udostępnił pismo, które otrzymał od Prokuratury Rejonowej w Tarnobrzegu. Dotyczy ono wypadku premier Beaty Szydło, do którego doszło w Oświęcimiu.

Tuż po wypadku, do którego doszło 10 lutego w Oświęcimiu, poseł Cezary Tomczyk z Platformy Obywatelskiej złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez prokuraturę. Poseł twierdził, że śledztwo po zdarzeniu nie przebiegało prawidłowo. We wniosku polityka PO podkreślono, że „kierowca seicento Sebastian K. nie został poinformowany o przysługujących mu prawach”. W zawiadomieniu do prokuratury znalazła się również kwestia „nieobjęcia przez prokuratorów kierownictwa nad czynnościami dokonywanymi na miejscu przedmiotowego wypadku, zatrzymania Sebastiana K. oraz niezasadnego postawienia mu zarzutów”. Polityk PO udostępnił pismo, które otrzymał z Prokuratury Rejonowej w Tarnobrzegu, która zajmowała się tą sprawą. Prokurator Andrzej Dubiel poinformował, że śledztwo w sprawie niedopełnienia oraz przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych zostało umorzone. „Sebastianowi z Oświęcimia odmówiono prawa do obrony a władza wydała na niego wyrok po godzinie. Bez biegłych i Sądu. Teraz umorzenie!” – napisał na swoim profilu na Twitterze polityk PO.

Wypadek premier

Do wypadku kolumny samochodów Biura Ochrony Rządu wiozącej premier Beatę Szydło doszło na ulicy Powstańców Śląskich w Oświęcimiu 10 lutego. Gdy kolumna rządowych samochodów wyprzedzała fiata seicento, 21-letni kierowca tego auta skręcił w lewo, czym zablokował drogę pojazdowi szefowej rządu. Kierowca Beaty Szydło, by zminimalizować szkody, również odbił w lewo, jednak na poboczu znajdowało się drzewo, w które uderzył. W wyniku wypadku poszkodowana została premier oraz dwóch funkcjonariuszy BOR, którzy znajdowali się razem z nią w samochodzie.

wprost.pl

PiS byle Jaki, Szydło winna wypadku, tj. jej kierowca. Cofka PiS do 1939 roku

Jest OK – sprawca nie pochodzi z Afryki północnej. (via: )

Czy te brednie z sierpnia 1939 brzmią znajomo? Wszak to język PiS.

A tak wygląda sprawa wypadku Beaty Szydło.

Sebastianowi z Oświęcimia odmówiono prawa do obrony, a władza wydała na niego wyrok po godzinie. Bez biegłych i Sądu. Teraz umorzenie!


List do Kaczyńskiego. Skandaliczne i podłe działania MON.

A Komitet Noblowski odtajnia dokumenty po 50 latach. Czyli jak już wszystkie świnie będą na emeryturze.

Print screen z 2008.

Panie ministrze – w jaki sposób te słowa zostały przekręcone? Napisał Pan bardzo jasno.

„Jaki był liderem klubu kibica Odry Opole i takim pozostał. A z prawem nie ma nic wspólnego”

jagor, 28.08.2017

Patryk Jaki

Patryk Jaki (Fot. Dawid Zuchowicz)

– Wiceminister sprawiedliwości zapomina, że nie jest osobą prywatną. Wypowiedź Jakiego może uderzyć także w Polskę – mówią komentatorzy w Radiu TOK FM. Ale zdaniem Pawła Wrońskiego, to nie obchodzi Patryka Jakiego, który w swoim myśleniu wciąż zachowuje się jak kibol.

Komentatorzy w „Poranku Radia TOK FM” oceniali wpis na Twitterze Patryka Jakiego, który napisał, że „dla tych bydlaków”, którzy napadli na Polaków w Rimini, „powinna być kara śmierci”. Wiceminister przyznał, że dla tego konkretnego przypadku przywróciłby również tortury.

W ten sposób Jaki zareagował na dramatyczne wydarzenia z Włoch, gdzie małżeństwo z Polski zostało zaatakowane przez czterech napastników. Sprawcy dotkliwie pobili mężczyznę, a potem na jego oczach dokonali wielokrotnego zbiorowego gwałtu na kobiecie.

Brak odpowiedzialności za słowo

Zdaniem Jakuba Majmurka z Krytyki Politycznej wiceministra sprawiedliwości cechuje brać odpowiedzialności za słowo. – Patryk Jaki musi pamiętać, że nie jest osobą prywatną. Te słowa nie powinny paść, a mogą uderzyć nie tylko osobiście w Patryka Jakiego, ale i w Polskę. Wyobraźmy sobie, że amerykański sędzia w przyszłości decyduje o ekstradycji kogoś do Polski, a wtedy adwokat tej osoby wyciąga wypowiedź Jakiego: Polska to jest kraj gdzie wiceminister sprawiedliwości fantazjuje o torturach. Czy możemy wydać kogoś do takiego kraju? – zwraca uwagę publicysta.

– Słowa Jakiego mogą też wykorzystać środowiska niechętne Polsce zagranicą – zauważa Majmurek.

„PiS wprowadza politykę kibolską”

Z kolei Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej” zwraca uwagę, że słowa o karze śmierci i torturach były adresowane do ludzi pokroju Patryka Jakiego.

Wiceminister sprawiedliwości był liderem klubu kibica Odry Opole i liderem klubu kibica pozostał. Problemem PiS jest to, że wprowadza politykę kibolską, politykę najwyższych emocji, która jest rewolucyjna i jednoznaczna. I tego rodzaju kategoriami intelektualnymi posługuje się Patryk Jaki, który z prawem – jako takim – nic wspólnego nie ma. Bo jest dziedzina wiedzy, jest prawo i jest Prawo i Sprawiedliwości (partia), która bywa zaprzeczeniem prawa. Jaki chciał osiągnąć odpowiedni efekt i osiągnął. Czego przykładem jest to, że my o tym dyskutujemy

– zauważa Wroński.

Zdaniem dziennikarza pytanie jest takie, czy  polski wymiar sprawiedliwości, którego symbolem jest Zbigniew Ziobro i Patryk Jaki, ma się wokół takich wartości i tego sposobu formułowania polityki organizować.

– Jaki liczy, że jakaś część społeczeństwa zacznie myśleć tak jak on. Natomiast zupełnie nie obchodzi go to, co myślą inni za granicą. Ziobro kiedyś powiedział, że prawa człowieka to są jakieś mrzonki. My jesteśmy tacy jacy jesteśmy. Albo nas lubicie, albo nie. A jeśli nas nie lubicie, to  jesteście zdrajcami – przypomina filozofię PiS publicysta „Gazety Wyborczej”.

Kilkanaście godzin po zamieszczeniu wpisu na TT, Patryk Jaki na falę krytyki kolejnym wpisem. Wiceminister sprawiedliwości pisze, że jednak nie chce tortur, a jego słowa zostały przekręcone. „Nie przekręcajcie moich słów.Nie chce tortur.Chciałem tylko krótko podkreślić: okoliczności TEJ zbrodni nadają sie na wyjątkowo surową karę” – twierdzi Patryk Jaki (pisownia oryginalna – red.).

 

„Ufam, że przyczynimy się do uchwycenia tych zbirów, bandziorów i bandytów”. Śledztwo ws. zbrodni na Polakach w Rimini

http://www.gazeta.tv/plej/19,114927,22286317,video.html

TOK FM

Szarpanie Wałęsy: czy da się jeszcze wspólnie świętować?

27.08.2017
niedziela

Przed rocznicą Sierpnia 1980 r. znów szarpią Lecha Wałęsę. To niszczenie marki Polaka przez tych, którym Polska z ust nie schodzi od rana do wieczora.

Z robotniczych przywódców strajków prowadzących do powstania Solidarności już prawie żaden nie stoi przy Kaczyńskim, tylko przy Wałęsie i po stronie obecnej opozycji. Na czele organizacji noszącej imię historycznej Solidarności stoi były wojskowy, który blokował Sejm, nim PiS doszedł do władzy. Blokujący wypuszczali tylko posłów Kaczyńskiego.

Gdy dziś pod Sejmem odbywają się protesty, pisowska władza ściąga tysiące policjantów przeciwko obywatelom. Kiedy PiS szedł do władzy, oskarżał ówczesny rząd, że stoi tam, gdzie ZOMO. Dziś co miesiąc odgradza się od ludzi kordonami policyjnymi i murem barier, a funkcjonariusze spisują skandujących „Lech Wałęsa!”.

Jak świętować godnie nasze historyczne rocznice w tak podzielonym kraju? Dzisiejsi związkowcy gdańskiej Solidarności chcą się oddzielić od niezwiązkowych obywateli, którzy wybierali się pod pomnik poległych stoczniowców. Wykorzystali do tego ustawę o miesięcznicach smoleńskich. Teraz widzimy, jak ustawa „sortuje” społeczeństwo, zamykając „gorszym” dostęp do uroczystości publicznych.

Przed nami rocznica porozumień sierpniowych. Wkrótce rocznica odzyskania niepodległości, w przyszłym roku jej stulecie. Wielka rocznica, wielka szansa! Ale czy obecne władze ją widzą? Kto poprowadzi uroczystość centralną? Kaczyński, Duda czy może ktoś spoza elity PiS, lecz z autorytetem ponadpartyjnym? Tak byłoby najlepiej, ale czy mamy jeszcze kogoś takiego? Wszyscy umarli albo przejechał po niej walec pisowskiej poprawności historyczno-politycznej, tak jak po Wałęsie.

Właściwie tylko on mógłby tę rolę odegrać, tylko że obecna władza ma inne plany. PiS w tej roli, ojca narodu i ikony Solidarności, obsadził Lecha Kaczyńskiego. Nie ma więc mowy, by na stulecie stanęli na trybunie honorowej obok siebie ludzie PiS i inni. Podział jest tak głęboki, że zagraża podstawowym wartościom naszej wspólnoty: tak mocno różnimy się w rozumieniu polskości, patriotyzmu, interesów narodowych. Na nienawiści, kłamstwach, wykluczaniu nie da się wychować patriotów.

Prawdopodobnie zmarnujemy nawet tę okazję stworzenia jakiegoś minimum wspólnoty. Targanie Wałęsy przed rocznicą Sierpnia to tylko zapowiedź tego, co nas czeka w roku stulecia niepodległości.

szostkiewicz.blog.polityka.pl

Sądy, służba zdrowia, szkoła. Z kim PiS skonfliktuje się jesienią?

Jeśli Jarosław Kaczyński nie zdecyduje o złagodzeniu kursu i zamknięciu niektórych frontów, to jesień w polityce będzie burzliwa.

Liczba konfliktów będzie zależeć od tego, jaki kurs narzuci Kaczyński.

PiS/Facebook

Liczba konfliktów będzie zależeć od tego, jaki kurs narzuci Kaczyński.

W nadchodzącym sezonie politycznym PiS chce przeprowadzić kilka ważnych reform. Wiele grup społecznych już planuje protesty przeciwko działaniom rządu.

Największą niepewność budzą zmiany w sądownictwie. Sędziowie czekają na prezydenckie projekty ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. Jeśli będą one uderzały w sędziowską niezależność lub jeśli Sejm znacząco zmieni projekty Kancelarii Prezydenta, możliwy jest powrót „spacerowania” w obronie sądownictwa.

 

Środowiska sędziowskie obserwują też działania Zbigniewa Ziobry, który na mocy ustawy o ustroju sądów powszechnych może przez pół roku wymienić prezesów i wiceprezesów sądów – ci z kolei mogą dokonać zmian wśród przewodniczących wydziałów, kierowników sekcji oraz sędziów wizytatorów. Możliwe, że z powodu prezydenckiego weta minister sprawiedliwości będzie chciał przeprowadzić demonstrację siły i dokona daleko idących zmian kadrowych, które mogą wzbudzić protesty środowiska sędziowskiego.

Nauczyciele wyjdą na ulice

4 września przed siedzibą resortu edukacji będzie protestować Związek Nauczycielstwa Polskiego. Według wyliczeń ZNP z powodu likwidacji gimnazjów pracę może stracić 10 tys. nauczycieli, a dwa razy większa grupa może mieć zmniejszony wymiar godzin pracy. Reforma edukacji skonfliktuje też rząd z samorządami, bo to one poniosą koszty remontowania budynków – w wielu szkołach trzeba dostosować sale do potrzeb mniejszych dzieci lub przeciwnie, przerobić je na pracownie. Szkoły budują nowe place zabaw, remontują szatnie etc.

Według naszych rozmówców resort przeznaczył na te cele około 300 mln zł, ale tylko Warszawa, Gdańsk i Wrocław wydadzą na remonty 170 mln zł. Samorządy poniosą też koszty odszkodowań za nieuzasadnione zwolnienia nauczycieli lub wynagrodzeń dla tych, którzy decyzją sądu będą przywróceni do pracy, ale nie wystarczy dla nich zajęć. Część dyrektorów alarmuje, że nie zdąży przygotować placówek na początek roku szkolnego. Dopiero pod koniec września będzie znana skala chaosu, jaki zapanuje w szkołach.

W ochronie zdrowia też burzliwie

Jeszcze ostrzej może być na linii rząd – pracownicy ochrony zdrowia. Na 2 października strajk głodowy zapowiedziało Porozumienie Zawodów Medycznych, które zrzesza m.in. fizjoterapeutów, diagnostów i elektroradiologów. Przedstawiciele zawodów medycznych mają PiS za złe, że nie spełnia ich postulatów oraz że rządowa ustawa o minimalnych wynagrodzeniach w służbie zdrowia przeszła szybko przez Sejm, a ich projekt – poparty 240 tysiącami podpisów – trafił do komisji.

Tego samego dnia głodówkę chcą też rozpocząć młodzi lekarze z liczącego 14 tysięcy osób Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, którzy skarżą się na niskie zarobki i związaną z nimi konieczność pracy na kilku etatach. Protestami grozi też „Solidarność”, która na początku lipca zawiesiła dialog z Konstantym Radziwiłłem. Zdaniem naszych rozmówców uniknięcie protestów pracowników ochrony zdrowia jest mało prawdopodobne.

Rządowej ofensywy spodziewają się przedstawiciele organizacji pozarządowych – w Sejmie czeka ustawa o Narodowym Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Kontrolowana przez rząd agencja będzie m.in. rozdzielać pieniądze między NGO-sy.

Zdaniem naszych rozmówców z sektora pozarządowego celem ustawy jest uderzenie w organizacje zajmujące się edukacją obywatelską, kulturalną czy współpracą z Unią. Aktywiści planują protesty przeciw nowemu prawu – za pośrednictwem mediów oraz lobbując wśród posłów i otoczeniu prezydenta.

Co dalej z mediami?

Największą niewiadomą pozostają zmiany w branży medialnej. Wiadomo, że celem ustawy ma być osłabienie koncernów zagranicznych, zwłaszcza na rynku prasy lokalnej. Nie wiadomo, jakie wskaźniki koncentracji kapitałowej uwzględnią ustawodawcy – wiadomo, że projekt ma trafić do Sejmu wczesną jesienią. Jarosław Kaczyński mówił na kongresie w Przysusze, że spodziewa się oporu przeciwko regulacjom – oprócz przedstawicieli mediów najpewniej protestować będą politycy opozycji, którzy w grudniu 2016 r. w obronie praw dziennikarzy w Sejmie doprowadzili do okupacji mównicy na sali plenarnej.

Liczba konfliktów będzie zależeć od tego, jaki kurs narzuci Kaczyński. Prezes PiS wielokrotnie zapowiadał dekoncentrację rynku medialnego, z kolei reforma sądownictwa jest jednym z priorytetów partii rządzącej – po prezydenckich wetach PiS tym bardziej nie będzie chciał odpuścić zmian w wymiarze sprawiedliwości. Nie wycofa się też z reformy edukacji. PiS może jednak zmniejszyć liczbę otwartych frontów – w ramach rekonstrukcji stanowisko może stracić minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, co mogłoby uspokoić relacje z pracownikami ochrony zdrowia i chwilowo odsunąć widmo protestów.

PiS utrzymuje wysokie notowania, co może skłaniać kierownictwo partii do utrzymania kursu. Sondaże pokazują, że rządzącym nie zaszkodziły ani próby radykalnych zmian w sądownictwie, ani masowe protesty w obronie niezależności sędziów, ani nawałnice 11 sierpnia.

polityka.pl

27 sierpnia 2017

Pisarka Maria Nurowska, opublikowała listę członków PiS którzy należeli do PZPR

Maria Nurowska
Powieściopisarka i nowelistka. Jej dziadek był arystokratą, ojciec legionistą, matka należała do Armii Krajowej. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutowała na łamach tygodnika „Literatura”. Jest członkinią Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

KAPUŚ KUKIZ OPUBLIKOWAŁ LISTĘ CZłONKÓW PO,KTÓRZY NALEŻELI DO PZPR, A JA PUBLIKUJĘ CZŁONKÓW PISU. NA POHYBEL ZDRAJCOM !

Połowa Polaków miala pezetpeerowskie legitymacje, bo inaczej byłaby spychana na margines i nie widzę w tym nic zlego. Ale PiS urządza polowanie na czarownice, skoro tak. niech najpierw oczyści swoje szeregi!

1. Andrzej Kryże – Wiceminister Sprawiedliwości IV RP- członek PZPR do jej końca. Skazywał działaczy opozycji w stanie wojennym.

2. Wojciech Jasiński – Minister Skarbu IV RP, członek PZPR w latach 1976-1981, szef Wydziału Spraw Wewnętrznych w Płockim Urzędzie Miasta, przybudówki SB. Zasłynął umorzeniem milionowych długów PC, byłej partii Jarosława Kaczyńskiego.

3. Karol Karski (PiS) – działacz władz centralnych socjalistycznego ZSP na Wydziale Prawa i Administracji UW. Pod koniec lat 80 startował z poparcia PRON (organizacji utworzonej przez PZPR w stanie wojennym) w wyreżyserowanych i sfałszowanych przez komunistów wyborach do rad narodowych.

4. Andrzej Aumiller – Minister Budownictwa IV RP, zasłużony komunista, wieloletni członek PZPR.

5. Anna Kalata – Minister Pracy i Polityki Społecznej IV RP. Członek PZPR jak i SLD, a dalej w Samoobronie.

6. Zbigniew Graczyk – Wiceminister Gospodarki Morskiej IV RP – przez 20 lat należał do PZPR będąc między innymi członkiem jej Komitetu Wojewódzkiego w Szczecinie. Był również w kierownictwie nomenklaturowej spółki Interster, która była folwarkiem partyjnych dygnitarzy, m. in. Sekuły i Rakowskiego.

7. Marek Grabowski – Wiceminister Zdrowia IV RP (członek PZPR i SLD) dzięki rekomendacji SLD był zastępcą głównego inspektora sanitarnego w rządach Leszka Millera i Marka Belki.

8. Ewa Sowińska – Rzecznik Praw Dziecka IV RP. W latach 1977-1980 należała do PZPR.

9. Krzysztof Zaręba – Wiceminister Środowiska IV RP, były członek PZPR, od 2005 roku w Samoobronie.

10. Bogdan Socha – Wiceminister Pracy i Polityki Społecznej IV RP – był do samego końca członkiem PZPR.

11. Romuald Poliński – kolejny Wiceminister Pracy i Polityki Społecznej IV RP. Przez wiele lat członek PZPR, a w rządach SLD doradca ministra Kołodki

12. Maciej Łopiński – Rzecznik Prezydenta IV RP; w okresie 1975 – grudzień 1981 należał do PZPR

13. Ryszard Siewierski – Zastępca Komendanta Głównego Policji IV RP – członek PZPR do końca (1990).

14. Stanisław Kostrzewski – od 25.02.2006 skarbnik i finansista PiS – był aktywnym członkiem PZPR do końca jej działalności.

15. Henryk Biegalski – nominowany na szefa Centralnego Zarządu Służby Więziennej IV RP, był członkiem PZPR od 1969 r. do końca lat 80.

16. Jerzy Bahr – 19.05.2006 mianowany ambasadorem RP w Moskwie. W latach 1976 – 1980 w randze I sekretarza pracował w Ambasadzie PRL w Bukareszcie. Do stanu wojennego był członkiem PZPR.

17. Krzysztof Czabański – mianowany 01.07.2006 na prezesa Polskiego Radia S.A. – były dziennikarz m.in. ‚Sztandaru Młodych’ i ‚Zarzewia’. W latach 1967-1980 należał do PZPR.

18. Stanisław Podlewski – mianowany 17.07.2006 dyrektorem departamentu rybołówstwa w ministerstwie rolnictwa – należał do PZPR do końca jej istnienia.

19. Marcin Wolski – 21.07.2006 mianowany został dyrektorem I programu PR – od 1975 roku do końca był w PZPR, będąc m.in. sekretarzem POP w PR.

20. Jan Sulmicki – kandydat na prezesa Narodowego Banku Polskiego, zgłoszony 11.12.2006 przez Kaczyńskiego – były aktywista PZPR w SGPiS (obecnie SGH), także w stanie wojennym.

21. Janusz Kaczmarek – szef MSWiA, prokurator krajowy z ramienia PiS – Członek PZPR od 1986 r.

22. Piotr Cybulski – poseł PiS. Były członek ZSMP i PZPR

23. Aleksander Chłopek – poseł z Gliwic. Członek PZPR od roku 1978. W latach 80. był członkiem egzekutywy Komitetu Miejskiego PZPR.

24. Halina Molka – posłanka na Sejm RP V kadencji. Były członek PZPR. Od 23 sierpnia 2007 posłanka PiS

25. Stanisław Piotrowicz – W 1978 rozpoczął pracę w Prokuraturze Rejonowej w Dębicy, następnie w 1980 został przeniesiony do Prokuratury Wojewódzkiej w Krośnie, na początku lat 80. przeniesiony do Prokuratury Rejonowej w Krośnie. Od 1978 należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Był członkiem egzekutywy PZPR w Prokuraturze Wojewódzkiej i Rejonowej w Krośnie.

26. Katarzyna Łaniewska– W czasie studiów należała do socjalistycznej organizacji młodzieżowej ZMP, donosiła na kolegów. Następnie należała do PZPR.

 

Maria Nurowska

thefad.pl

Prezydent Andrzej Duda organizuje spotkania bez wsparcia PiS

Foto: PAP, Adam Warżawa

Debata zorganizowana przez Solidarność była inauguracją kampanii, która ma się zakończyć – zgodnie z wizją Pałacu Prezydenckiego – referendum 11 listopada 2018 r.

 

Na jej starcie prezydent ma niewielu entuzjastycznych sojuszników. Wśród jego zaplecza politycznego widać sceptycyzm wobec terminu referendum. A opozycja – z nielicznymi wyjątkami – jest do pomysłu wrogo lub w najlepszym razie neutralnie nastawiona.

Doradcy prezydenta przedstawili w Gdańsku plan na kampanię referendalną – przynajmniej na jej pierwszy etap. We wrześniu startują spotkania wojewódzkie, ma być ich co najmniej 16. Pierwsze odbędzie się w Rzeszowie 18 września. Jak zapowiedział minister Paweł Mucha, w każdym z nim ma brać udział przedstawiciel kierownictwa Kancelarii. Ale bez udziału prezydenta takie spotkania mogą mieć co najwyżej lokalne „przebicie” w mediach.

Problemem dla ekipy prezydenta na starcie jest brak politycznego zaplecza w tej kampanii. Andrzej Duda może w tej chwili liczyć na pewno na Solidarność. Poparcie idei referendum może mieć jednak dla związku bieżący kontekst. W kuluarach obrad można było usłyszeć niezadowolenie Solidarności np. z tempa prac w Sejmie nad zakazem handlu w niedzielę. To sprawia, że poparcie Piotra Dudy dla prezydenckiej idei można odczytywać jako deklarację wobec PiS. W cieniu debaty nad konstytucją toczy się także kolejna odsłona sporu o najnowszą historię Polski. Chodzi o obchody Sierpnia ’80, które w Gdańsku chciał przejąć KOD. Obecny na piątkowym wydarzeniu Janusz Śniadek odpowiadał na liczne pytania dziennikarzy o swoją wypowiedź na łamach „Rz” m.in. o tym, że KOD chce „znieważyć święte miejsce”. W tym akurat kontekście PiS i Solidarność mają podobne stanowiska. – Bezczelna prowokacja – tak określił inicjatywę KOD Piotr Duda.

Pozytywnie nastawiony do idei referendum jest też Kukiz’15. – Członkowie ruchu Kukiz’15 zaangażują się w spotkania wojewódzkie. Bardzo istotne jest dla nas to, że prezydent podkreślił, że zmiany nie są przygotowane na tę chwilę, że nie będzie pisania konstytucji na „teraz” – mówi w rozmowie z nami poseł Kukiz’15 Grzegorz Długi. I jak deklaruje, aktywiści Kukiz’15 włączą się też w organizację spotkań i debat nad referendum.

Inne partie opozycyjne zachowują dystans, podobnie jak PiS – tylko z innych powodów. – Konstytucję można zmieniać tylko z tymi, którzy jej przestrzegają – mówił w piątek Ryszard Petru. – Oczekujemy przestrzegania konstytucji przez prezydenta, prezydent Platformy do tej debaty nie zapraszał. W sprawach konstytucyjnych nie mamy do prezydenta i obozu władzy zaufania – mówi nam wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Również przedstawiciele PSL są sceptyczni. – PSL ma pomysły zmian w konstytucji, ale na pewno nie zmiany konstytucji. Co do referendum, to potrzebne są konkrety, których wciąż nie ma. Termin 11 XI jest nie do przyjęcia – mówi „Rz” Władysław Kosiniak-Kamysz

W PiS obawa dotyczy przede wszystkim terminu, o czym wprost w swoim przemówieniu w Gdańsku mówił marszałek Senatu Stanisław Karczewski, najwyższy rangą przedstawiciel partii Jarosława Kaczyńskiego obecny na konferencji. Obawy dotyczą przede wszystkim tego, że mieszanie tematów ustrojowych z wyborami samorządowymi będzie okazją dla opozycji, by mobilizować własnych zwolenników. A referendum szybko zmieni się nie tyle w referendum dotyczące „przyszłości ustroju Polski”, jak mówił w Gdańsku prezydent, ale w plebiscyt „za czy przeciw” rządom PiS.

Ewentualna klęska frekwencyjna referendum mogłaby uderzyć w obóz rządzący na początku całego cyklu wyborów 2018–2020. Aby zwiększyć frekwencję, prezydent nie wyklucza jednak dwudniowego referendum, co w swoim przemówieniu poparł Karczewski. Jednak kierownictwo partii rządzącej nie musi się spieszyć z decyzjami. Chociaż przedstawiciele prezydenta nie podają, jak długo potrwa kampania, która ma zakończyć się sformułowaniem pytań, to przedstawiciele PiS szacują, że uchwała mogłaby trafić do Senatu późną wiosną 2018 roku.

rp.pl

Bogusław Chrabota: Stateczek kapitana Dudy

Foto: Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz

Pewnie nie mogło być lepszego i zarazem bardziej niebezpiecznego miejsca na początek konsultacji w sprawie nowej konstytucji niż Sala BHP w Stoczni Gdańskiej.

 

Lepszego, bo to ukłon Andrzeja Dudy w stronę tradycji solidarnościowej, która najczytelniej ilustruje genezę dzisiejszej Polski. Niebezpiecznego, bo romans ze związkiem zawodowym w kontekście pytań referendalnych może wepchnąć prezydenta w ślepy zaułek tematyki socjalnej, którą związek z pewnością będzie forsował.

Absolutnie nie odmawiam tego prawa związkowcom, ale nowa konstytucja, o ile dojdzie do jej uchwalenia, będzie musiała umiejętnie ważyć wszystkie akcenty, zbyt szybko zaś wypowiedziane słowa, zbyt łatwo podjęte zobowiązania mogą w przyszłości być tutaj przeszkodą. Czy takie słowa padły? Czy ślepy zaułek można już dostrzec? O tym za chwilę, bo najpierw o nowym kontekście politycznym, w którym odbywają się konsultacje.

Jeszcze w maju, kiedy prezydent przedstawił swój plan, można było podejrzewać, że to akcja dyskretnie inspirowana z Nowogrodzkiej. Teatralne zdziwienia, pompatyczne ochy i achy po stronie PiS, mogły być przecież fałszywe. Wielu komentatorów w prezydenckim wiście widziało początek planu reorganizacji państwa a la mode Jarosław Kaczyński. Jednak to, co nastąpiło później, nieoczekiwane weta zatrzęsły Prawem i Sprawiedliwością jak sztorm o sile 10 stopni w skali Beauforta. Po wetach już tylko najbardziej fanatyczni wyznawcy teorii spiskowych uważają, że Andrzej Duda realizuje sekretny plan prezesa. Dla całej reszty jest jasne, że prezydent zdecydował się na emancypację i niezależnie od własnej wizji polityki (niewiele przecież odstającej od PiS-owskiego głównego nurtu) rozpoczął samodzielną grę. Referendum konstytucyjne i w efekcie nowa konstytucja to stawka w tej grze.

Samodzielność inicjatywy prezydenta potwierdza debata w Sali BHP. Nie było w niej wiwatujących kolegów partyjnych, eksplozywnego wystąpienia prezesa, wędrujących po ścianach reflektorów i rzęsistych partyjnych oklasków. Byli za to związkowcy, delegaci Kukiz’15, PSL i samotny jak palec (posłowie Horała i Śniadek milczeli jak zaklęci) reprezentujący PiS marszałek Karczewski. Na dodatek wyraźnie dość sceptyczny wobec pomysłów prezydenta.

Obecność trzeciej osoby w państwie wypada nie tylko odnotować. Ważniejsze jest pytanie o cel jego gdańskiej misji? Przeszpiegi, wyciągnięta ręka? A może tylko skierowany do wyborców PiS sygnał, że nie wszystkie mosty między Nowogrodzką i pałacem zostały spalone? Stawiałbym na to ostatnie. Kwestie merytoryczne? Słabo. Najważniejszy jest sam fakt rozpoczęcia konsultacji i dwie prezydenckie deklaracje. Pierwsza dotyczy dotychczasowej ustawy zasadniczej, której głowa państwa w czambuł nie potępiła. To nic innego jak komunikat o tym, że w tej rozgrywce większego radykalizmu nie będzie. Druga ma związek z tempem dochodzenia do zmiany. Prezydent wyraźnie zapowiedział, że w tej kwestii pośpiechu nie ma, co też jest dobrym znakiem i świadczy o powadze, z jaką Andrzej Duda traktuje dyskusję o nowej konstytucji. Uparł się tylko, i to wbrew marszałkowi Karczyńskiemu, przy dacie referendum, które ma się odbyć 11 listopada 2018 r.

Czas wspomnieć o ślepym zaułku. Jest nim sugestia, by w ustawie zasadniczej wpisać projekt 500+ i zastrzec przeforsowany przez prezydenta obniżony wiek emerytalny. Jako że obie kwestie mają znaczenie z perspektywy finansów państwa, demografii i innych okoliczności zmiennych, boję się takich zapisów w konstytucji jak ognia piekielnego. Na szczęście sprawa jeszcze nie jest zamknięta. Wciąż mamy czas na dyskusję i bardziej elastyczne potraktowanie tego i podobnych tematów.

Podsumowując: stateczek prezydenckiej gry o Polskę wyruszył z portu. Załoga na razie niewielka, ale zróżnicowana. Flota admirała Kaczyńskiego tylko czeka, by go spalić żywym ogniem, a piraci (opozycja) wciąż się zastanawiają, czy dołączyć do prezydenckiej łupinki, czy nie.

A muszą myśleć szybko, bo od tego rejsu wiele w Polsce zależy. Katastrofa kapitana Andrzeja Dudy może być klęską, która ich zabije. Czy już to rozumieją?

rp.pl

Jędrzej Bielecki: Polska znów sama w Europie

Foto: AFP

To nie był niestety budujący widok. W sobotę premier Beata Szydło musiała w telewizji zapewniać, że Polska jest i pozostanie członkiem Unii Europejskiej, a także, że ma takie same prawo do kształtowania przyszłości Wspólnoty jak każdy inny kraj członkowski.

To, co jeszcze kilka miesięcy temu było zupełnie oczywiste, dziś przestało takie być, bo w obozie władzy rośnie w siłę frakcja gotowa zaostrzać konfrontację z Brukselą aż do osiągnięcia punktu, gdy nie będzie już odwrotu. Dlatego coraz więcej państw Unii uważa, że Polska przestała być przewidywalnym partnerem we Wspólnocie.

Konflikt wybuchł, gdy Emmanuel Macron oświadczył, że „Polska izoluje się w Europie” i straciła wpływ na jej przyszłość. Francuski przywódca podkręca retorykę przeciw Warszawie, bo wtedy, gdy jego notowania w kraju spadają, potrzebuje spektakularnego sukcesu dyplomatycznego. Zmiana dyrektywy o pracownikach delegowanych by mu to zapewniła, bo problem rzekomego „dumpingu socjalnego” stał się rozpoznawalny dla każdego Francuza.

Ale pomijając populistyczną formę i niekoniecznie dobre intencje, trudno nie przyznać, że Macron prawidłowo ocenia pozycje, jaką zajmuje dziś w Unii Polska. W batalii o pracowników delegowanych Paryż uzyskał poparcie Czechów, Słowaków i Bułgarów, a i Rumuni są gotowi wyjść naprzeciw jego oczekiwaniom. Pozostaliśmy więc znów sami z Węgrami.

Część polskiego internetu zachwyca się twardymi odpowiedziami polskich przywódców na ataki Macrona. Ale to wirtualny świat. W realnym sprawa wygląda gorzej. Już w październiku pod dyktando Paryża może zostać zmieniona dyrektywa o pracownikach delegowanych, co pogrąży życiowe plany setek tysięcy Polaków. I stanie się precedensem dla kolejnych batalii w Brukseli o obronę polskich interesów.

Najwyższy czas, aby rząd zaczął profesjonalnie prowadzić grę w Unii. Jeśli tego nie zrobi, umiarkowany elektorat, który przesądził o zwycięstwie PiS w 2015 r., dojdzie do wniosku, że płaci za wysoką cenę za przyjemność starcia z francuskim prezydentem.

rp.pl

Marek A. Cichocki: Strategie i taktyki

Foto: archiwum prywatne

Jaka jest strategiczna wartość relacji Polski z Niemcami w Europie? I jak ją zmierzyć?

 

Na pewno nie może chodzić o rzekome przywództwo Niemiec w Unii Europejskiej. Od jakiegoś czasu ciągle się o tym mówi. Niemcy mają być w Europie przywódcą, a nawet hegemonem, chociaż zawsze opatrzonym przymiotnikiem: więc hegemonem ukrytym, niezastąpionym, łagodnym, mimowolnym, służebnym. Wykorzystywany przez polityków język nie zna praktycznie granic i przymiotników może być więcej. Tylko że w rzeczywistości niemieckie przywództwo w UE jest tylko roszczeniem, nie ma żadnego ugruntowania ani w polityce, ani prawie czy we wspólnych wartościach. Istnieje o tyle, o ile słabsi partnerzy w Europie uznają, że muszą mu być posłuszni.

Współczesne Niemcy są państwem o dużym potencjale wpływu na sytuację w Europie. Dlatego dobrze byłoby rozumieć i potrafić zmierzyć strategiczny wymiar relacji z Niemcami pod kątem polskich interesów. Szczególnie dzisiaj, kiedy część polskiej opinii publicznej i polityki ogarnęły emocje dotyczące odszkodowań wojennych i kiedy najwyraźniej nie odróżnia się już w tej kwestii środków politycznej presji od realnych do osiągnięcia celów.

Są dwie zasadnicze kwestie, które określają strategiczną wartość relacji Polski z Niemcami. Pierwsza dotyczy bezpieczeństwa, NATO i Wschodu. Chodzi o to, by pomimo swych specyficznych relacji z Rosją i ideologicznego pacyfizmu, który staje się szczególnie groźny w połączeniu z antyamerykanizmem, Niemcy nigdy nie stały się dla Polski przeszkodą w sytuacji zagrożenia ze Wschodu, lecz były jej sojusznikiem. Druga dotyczy UE i polega na tym, by w sytuacji, kiedy części państw tzw. starej Unii znów zaczyna się śnić mała i zamknięta Unia, Niemcy nie przyłączyły się do nich, uznając, że trzeba, nawet wbrew własnym politycznym i ekonomicznym interesom, „przehandlować” rozszerzoną Unię, by ratować strefę euro.

Tyle strategicznej wagi naszych wzajemnych relacji, resztę zaś proponowałbym uznać za sprawy taktyczne. Naprawdę dużo łatwiej byłoby nam realizować naszą politykę europejską, gdybyśmy te dwie sfery potrafili od siebie odróżniać.

Autor jest profesorem Collegium Civitas

rp.pl

Słony rachunek za spór z Francją

Emmanuel Macron przekonał premiera Bułgarii Rumena Radewa do zmiany dy...
Emmanuel Macron przekonał premiera Bułgarii Rumena Radewa do zmiany dyrektywy UE

Foto: PAP

Po ostrej wymianie zdań między Macronem i Szydło Polska chce odzyskać wpływ na negocjacje w Brukseli.

W piątek wieczorem wiceminister Marek Magierowski wezwał w trybie pilnym do MSZ chargé d’affaires Francji Sylvaina Guiaugué. Miał mu przekazać oburzenie polskich władz z powodu deklaracji kilka godzin wcześniej francuskiego prezydenta pod adresem naszego kraju.

Ale jak dowiaduje się „Rz”, spotkanie przebiegało we „wstrzemięźliwej, wręcz dobrej atmosferze”, zaś deklaracja polskich dyplomatów „była proporcjonalna do skali konfliktu”. Przed spotkaniem nie zostały powiadomione media. W Paryżu uznaje się to wszystko za sygnał, że nasz kraj chce utrzymać kanały komunikacji z Francuzami, możliwość dialogu. Szuka sposobów na wyjście z izolacji.

Głosowanie przesądzone

Bo też stawka dla naszego kraju jest bardzo duża. Żaden kraj Unii nie wysyła tylu pracowników delegowanych co Polska, najwięcej do Niemiec i potem Francji. Jednak w trakcie objazdu Europy Środkowej, w którym zabrakło Polski i Węgier, Emmanuel Macron zdobył poparcie Czech, Słowacji i Bułgarii dla zmiany kontrowersyjnej dyrektywy, zaś Rumuni zapowiedzieli, że są gotowi w tej sprawie na kompromis.

To w praktyce przesądza o przegłosowaniu forsowanej przez Francuzów reformy w Radzie UE na przełomie września i października. Potrzeba do tego głosów 55 proc. krajów członkowskich zamieszkałych przez 65 proc. ludności Wspólnoty.

Macron chce, aby czas delegowania pracowników został skrócony z 36 do 12 miesięcy oraz aby zostali objęci całością świadczeń socjalnych obowiązujących w danym kraju i płacili tu podatki. Na razie muszą zasadniczo jedynie otrzymywać pensję minimalną obowiązująca w danym kraju.

Jeśli Macron w całości przeforsowałby swoje postulaty, radykalnie zmniejszyłoby to opłacalność zatrudnienia pracowników delegowanych we Francji, w Niemczech i innych krajach zachodnich. Byłaby to też spektakularna porażka dla Polski porównywalna z przegraną batalią o przedłużenie mandatu Donalda Tuska na czele Rady UE. I precedens dla kolejnych ważnych obszarów spornych, które trzeba będzie rozstrzygnąć w nadchodzącej przyszłości, od warunków świadczenia usług przed firmy transportowe po negocjacje w sprawie brexitu i przyszły budżet Wspólnoty.

Dlatego zdaniem źródeł dyplomatycznych Polska będzie szukała porozumienia z Francuzami, aby wypracować kompromisowe rozwiązanie. W polskim obozie negocjacyjnym sygnalizuje się np. możliwość wyjścia naprzeciw postulatom Paryża w zamian za utrzymanie większości dotychczasowych praw firm spedycyjnych.

Rozmowy z pozycji siły

Ale osiągnąć porozumienie nie będzie łatwo. Z informacji „Rz” wynika, że Francuzi są w „fazie wyczekiwania”. Chcą zobaczyć, czy jesienią tego roku prezydent Duda wysunie projekt ustawy o Sądzie Najwyższym, który narusza niezależność władzy sądowniczej, jak potoczy się debata nad dekoncentracją mediów, czy rząd w Warszawie zasygnalizuje gotowość do kompromisu w sporze z Brukselą o Trybunał Konstytucyjny.

Macron uważa także, że po rozbiciu jedności Grupy Wyszehradzkiej w ważnym obszarze pracowników delegowanych może negocjować z Polską z pozycji siły. To byłby swoisty rewanż za skandaliczne warunki, w jakich zdaniem Francuzów Warszawa zerwała w ub.r. kontrakt na zakup helikopterów Caracal. Tak przynajmniej francuskie media tłumaczą, dlaczego w piątek w Warnie Macron zdecydował się po rozmowach z bułgarskim premierem Rumem Radewem na bardzo ostry ton wobec naszego kraju.

– Europa jest regionem stworzonym w oparciu o wartości, relacje oparte na demokracji i swobodach obywatelskich, z którymi Polska weszła obecnie w spór – oświadczył Francuz, podkreślając, że nasz kraj „raz jeszcze popełnił błąd”, nie chcąc iść na kompromis w sprawie pracowników delegowanych, zaś polski naród „zasłużył na więcej” niż władze, które prowadzą taką politykę. – Polska dzisiaj nie wytycza przyszłości Europy ani nie będzie jej wytyczać jutro – dodał Macron.

Na odpowiedź z Polski nie trzeba było długo czekać. I zgodnie z oczekiwaniami twardego elektoratu PiS, przynajmniej w warstwie oficjalnej nie miała ona na celu załagodzenia sporu z Paryżem.

– Być może jego (Macrona – red.) aroganckie wypowiedzi wynikają z braku doświadczenia i obycia politycznego, co ze zrozumieniem odnotowuję, ale oczekuję, iż szybko nadrobi te braki i będzie w przyszłości bardziej powściągliwy – powiedziała Beata Szydło o prezydencie, który dzięki wyczuciu politycznemu nie tylko stworzył nową partię i zdobył dla niej w ciągu roku większość w parlamencie, ale też bez poparcia tradycyjnych ugrupowań przejął Pałac Elizejski. Tego nie zrobił nikt w V Republice, ale też w Polsce po 1989 r. – Podpowiadam panu prezydentowi, aby był był bardziej koncyliacyjny i nie rozbijał UE – dodała premier.

Szef dyplomacji Witold Waszczykowski powiedział natomiast w Radiu Maryja, że „francuska gospodarka nie jest w tej chwili w stanie konkurować z prężnymi gospodarkami wielu krajów europejskich, w tym również Polską”. Mowa jednak o kraju, który mimo wielu strukturalnych kłopotów pozostaje piątą gospodarką świata (Polska 24.), jest szóstym największym eksporterem (Polska 24.) i którego dochód na mieszkańca wyniósł w ub.r. 38 tys. USD (w Polsce 12 tys. USD).

rp.pl

Pawłowicz uderza w Merkel i zwraca się do Niemców. „Dlaczego się nie buntują?”

Wprost, 28.08.2017

Krystyna Pawłowicz© ŁUKASZ PŁOCKI Krystyna Pawłowicz

 

Krystyna Pawłowicz na Facebooku skrytykowała politykę Angeli Merkel, dotyczącą przyjmowania uchodźców.

 

„Na kanclerz Merkel jakoś nie robią wrażenia barbarzyństwo, krwawe zamachy, zbrodnie też na dzieciach, powszechny już w Europie terror i zastraszanie, zamachy, rozboje, gwałty na kobietach masowo popełniane przez jej »gości«” – od takich słów zaczęła swój wpis Krystyna Pawłowicz.

W dalszej części posłanka PiS stwierdziła, że „im więcej zbrodni, gwałtów, krwi, krzywdy kobiet, strachu i wściekłości bezbronnych ludzi, tym determinacja kanclerz Merkel ściągania zwyrodniałych, śmiertelnie niebezpiecznych, radykalnie obcych kulturowo ludzi do Europy i Niemiec histerycznie niemal rośnie”.

„Jak grozi pani Merkel,cierpliwie »przezwycięży« ona też opór w tej sprawie »niewielkich, krzyczących grupek« i »niektórych krajów«” – dodała Pawłowicz. Posłanka stwierdziła, że „kanclerz Merkel bez opamiętania i współczucia dla licznych ofiar ściąga zbrodnię i agresorów, którzy krzywdzą Niemców, którymi ona powinna się przecież opiekować i dbać o ich bezpieczeństwo”.

Jak więc zrozumieć,że Niemcy właściwie nie buntują się, dają pani Merkel mimo to, miażdżące poparcie i chcą, by dalej przez kolejne lata była niemieckim kanclerzem i by nadal sprowadzała do Niemiec gwałcicieli i coraz bardziej zuchwałych terrorystów? – zastanawiała się Pawłowicz.

Posłanka dodała na zakończenie, że „Polacy nie chcieli »gości« zapraszanych przez PO i PSL, to pogonili to towarzystwo w wyborach, a Niemców na obronę nawet swego życia i zdrowia najwyraźniej już nie stać”.

msn.pl

NIK donosi na MON. Chodzi o 650 tys. zł

Rzeczpospolita, 28.08.2017

© Fotorzepa, Jerzy Dudek

 

Zobowiązania o łącznej wartości 651 tys. zł zaciągnięte przez szefa gabinetu politycznego MON w marcu 2016 roku (w tym czasie funkcję tę pełnił Bartłomiej Misiewicz) kwestionuje Najwyższa Izba Kontroli – informuje „Gazeta Wyborcza”. NIK poinformował o sprawie prokuraturę.

NIK podejrzewa, że w tej sprawie mogło dojść do naruszenia dyscypliny finansów publicznych. Izba nie informuje jednak czego dotyczyły zobowiązania.

Izba zwraca również uwagę na brak rozliczenia między MON a władzami USA ws. szkolenia pilotów samolotów C-130 oraz F-16 (chodzi o nieco ponad 111 tys. zł). W tej sprawie MON nie wskazał płatnika zobowiązania.

Bartłomiej Misiewicz był rzecznikiem ministra i szefem gabinetu politycznego w MON od momentu sformowania rządu Beaty Szydło.

Z resortem i PiS rozstał się ostatecznie w 2017 roku – po tym jak media nagłośniły m.in. nagrania, na których widać jak żołnierze oddają Misiewiczowi honory tak jak ministrowi. Ponadto kontrowersje wzbudziło wyznaczenie Misiewicza do rady nadzorczej PGZ mimo braku posiadania przez niego wyższego wykształcenia i nie ukończenie kursu dla członków rad nadzorczych. Potem Misiewicz miał zostać pełnomocnikiem PGZ ds. komunikacji – ale i tego stanowiska ostatecznie nie objął po tym jak media poinformowały o wysokim wynagrodzeniu, jakie miał pobierać na tym stanowisku.

13 kwietnia Misiewicz zrezygnował z członkostwa w PiS. Dzień wcześniej został zawieszony w prawach członka partii.

msn.pl

Na rynku pojawiło sie nowe pismo: „Do Rzeszy”.

Jest makao, to i po makale…

 

Upadek Pietrzaka … smutne… ale sytuacja poniższa to jest mistrzostwo świata. Słuchałem tej audycji. To było w RDC 😀😂

a Polacy nie wierza ze kierował Solidarnością.😜

 

Czy ktoś ma wątpliwości

Richard Henry Pierwszy… Teraz wiemy że był wszędzie 😎👈

Cyborgi ze szczepionek. To naprawde slajd z niedoszłej konfy w

 

Podsumowując temat głupiego komentarza Patryka Jakiego dot