Tusk a rekonkwista Morawieckiego

Tusk a rekonkwista Morawieckiego

Coś się dzieje z umysłami polityków, którzy odwiedzają imperium medialne Tadeusza Rydzyka, iż ulegają swoistej fiksacji? Podjęcie decyzji, aby tam udzielić wywiadu bądź wdać się w rozmowy (niedokończone) świadczy o psychicznym „dyrdum”. Czy dlatego tak się dzieje, że osoba, naprzeciw której siadają, jest w sutannie (habicie)? Acz jestem w stanie zrozumieć polityków irańskich, którzy odwiedzają irańskie media, bo są immamami i teokratami. Dlaczego jednak w Polsce TV Trwam, która ma znikomą oglądalność ze względu na niski poziom – poziom gazetki ściennej, jest tak ostentacyjnie uprzywilejowana przez władze PiS?

Mateusz Morawiecki, nowy premier rządu polskiego, pierwszego wywiadu udzielił „gazetce ściennej” – TV Trwam, dostał tam intelektualnego „dyrdum”, mianowicie podzielił się swoim marzeniem: „rechrystianizować Europę”.

Ki diabeł znaczy ów termin w polityce, w socjologii, w naukach przyrodniczych i humanistycznych? Termin zrozumiały, ale zastosowanie jego na pewno – nie. Bo Morawiecki księdzem nie jest ani reprezentantem Watykanu. Podejrzewam nawet, że z taką gadką-szmatką papież Franciszek posłałby go do porządnej szkółki jezuickiej bądź dominikańskiej, aby podciągnął się w rozumieniu współczesności i nowoczesności.

Czyżby Morawiecki duchowo był taki znikomy, że stara się podlizać kapłanom? Czasy chrystianizowania mamy dawno za sobą. Skończyły się wraz z krucjatami i Inkwizycjami, a cezurą w polityce europejskiej jest Rewolucja Francuska (cokolwiek o niej myśleć). Nikt się potem nie odważył na rzeczywisty mariaż polityki z chrystianizacją. No, oprócz faszystowskiego premiera Słowacji ks. Jozefa Tiso. Partie chadeckie, jak np. niemiecka CDU odwołują się do aksjologii chrześcijańskiej, a to diametralnie inne niż doktorat z teologii Tadeusza Rydzyka.

Morawiecki co prawda szybko dodał, że „w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea”, ale pozostał po tym jego „rechrystianizowaniu” odór Pizarro, a dokładnie re-Pizarro. Mogę się rozpisywać i dociekać, co Pizarro Morawiecki ma na myśli i tak nie dojdę, bo tego dojść nie sposób, jak nie dojdziemy do głębszej konkluzji z jakimkolwiek podobnym dyrdum.

Zestawiam Morawieckiego z kimś na wskroś normalnym, jednym z nas, acz wielce wybijającym się – z Donaldem Tuskiem, który dostał doktorat honoris causa Uniwersytetu w węgierskim Pecs. Przy odbiorze doktoratu powołał się na tradycję europejską z bardzo szeroką paletą wartości kulturotwórczych, ale nie usłyszałem żadnego marzenia o wojowniczej rechrystianizacji, żadnych zachęt do zamierzchłych krucjat i zapędzeniu ludzi do kościołów, jak do stodół.

Tusk jednak przestrzegał przed tym, że „nie będzie Europy, jakiej pragniemy, jeśli od wewnątrz opanują ją nasi polityczni barbarzyńcy”. Tym dzisiaj jest rechrystianizacja – barbarzyństwem, cofnięciem się do pełnych kościołów.

Może Morawiecki nie miał tyle złego na myśli, to jednak świadczy, że nie potrafi formułować myśli, to źle świadczy o nim jako „trzcinie myślącej”, o jego marnym wnętrzu. Tusk był i jest człowiekiem oczytanym, to słychać w jego mowie i wyczytać można w eseistyce. W Pecs powoływał się na wybitną książkę Claudio Magrisa „Dunaj”, która jak ta europejska rzeka płynie narracją przez bogactwo Europy, a nie na wąsko pojętą rechrystianizację (niestety, historycznie można odczytać ją jako krwawe barbarzyństwo).

Morawiecki proponuje więc dzisiaj jakąś rekonkwistę, barbarzyństwo. Pobrzmiewają w nim nuty odwetowej endecji, pokłosia międzywojnia, sojuszu narodu i chrystianizacji, która zapłonęła stodołą w Jedwabnem. To jest wąsko pojęte zapełnianie pustych kościołów. Ale gdy jest się w niszowej TV Trwam, to dostaje się takiego dyrdum, jak Morawiecki. Niedobrze nam to wróży, oj, niedobrze…

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Tusk a rekonkwista Morawieckiego

Coś się dzieje z umysłami polityków, którzy odwiedzają imperium medialne Tadeusza Rydzyka, iż ulegają swoistej fiksacji? Podjęcie decyzji, aby tam udzielić wywiadu, bądź wdać się w rozmowy (niedokończone) świadczy o psychicznym „dyrdum”. Czy dlatego tak się dzieje, że osoba naprzeciw ktorej siadają, jest w sutannie (habicie)? Acz jestem w stanie zrozumieć polityków irańskich, którzy odwiedzają irańskie media, bo są immami i teokratami. Dlaczego jednak w Polsce TV Trwam, która ma znikomą oglądalność ze względu na niski poziom – poziom gazetki ściennej, jest tak ostentacyjnie uprzywilejowana przez władze PiS?

Mateusz Morawiecki, nowy premier rządu polskiego, pierwszego wywiadu udzielił „gazetce ściennej” – TV Trwam, dostał tam intelektualnego „dyrdum”, mianowicie podzielił się swoim marzeniem: „rechrystianizować Europę”.

Ki diabeł, znaczy ów termin: w polityce, w socjologii, w naukach przyrodniczych i humanistycznych? Termin zrozumiały, ale zastosowanie jego na pewno – nie. Bo Morawiecki księdzem nie jest, ani reprezentantem Watykanu. Podejrzewam nawet, że z taką gadką-szmatką papież Franciszek posłałby go do porządnej szkółki jezuickiej, badż dominikańskiej, aby podciagnął się w rozumieniu współczesności i nowoczesności.

Czyżby Morawiecki duchowo był taki znikomy, że stara się podlizać kapłanom? Czasy chrystianizowania mamy dawno za sobą, skończyły się wraz z krucjatami i Inkwizycjami, a cezurą w polityce europejskiej jest Rewolucja Francuska (cokolwiek o niej myśleć), nikt się potem nie odważył na rzeczywisty mariaż polityki z chrystianizacją. No, oprócz faszystowskiego premiera Słowacji ks. Jozefa Tiso. Patie chadeckie, jak np. niemiecka CDU odwołują się do aksjologii chrześcijanskiej, a to diametralnie inne niż doktorat z teologii Tadeusza Rydzyka.

Morawiecki co prawda szybko dodał, że „w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea”, ale pozostał po tym jego „rechrystianizowaniu” odór Pizarro, a dokładnie re-Pizarro. Mogę się rozpisywać i dociekać, co Pizarro Morawiecki ma na myśli i tak  nie dojdę, bo tego dojść nie sposób, jak nie dojdziemy do głębszej konkluzji z jakimkolwiek podobnym dyrdum.

Zestawiam Morawieckiego z kimś na wskroś normalnym, jednym z nas, acz wielce wybijającym się – z Donaldem Tuskiem, który dostał doktorat honoris causa Uniwersytetu w węgierskim Pecs. Był tam przy odbiorze doktoratu powołać sie na tradycję europejską z bardzo szeroką paletą wartości kulturotwórczych, ale nie usłyszałem żadnego marzenia o wojowniczej rechrystianizacji, żadnych zachęt do zamierzchłych krucjat i zapędzeniu ludzi do kościołów, jak do stodół.

Tusk jednak przestrzegał przed tym, że „nie będzie Europy, jakiej pragniemy, jeśli od wewnątrz opanują ją nasi polityczni barbarzyńcy”. Tym dzisiaj jest rechrystianizacja – barbarzyństwem, cofnięciem się do pełnych kościołów.

Może Morawiecki nie miał tyle złego na myśli, to jednak świadczy, że nie potrafi formułować myśli, to źle świadczy o nim jako „trzcinie myślącej”, o jego marnym wnętrzu. Tusk był i jest człowiekiem oczytanym, to słychać w jego mowie i wyczytać można w eseistyce. W Pecs powoływał się na wybitną książkę Claudio Magrisa „Dunaj”, która jak ta europejska rzeka płynie narracją przez bogactwo Europy, a nie wąsko pojętą rechrystianizację (niestety historycznie można odczytać ją jako krwawe barbarzyństwo).

Morawiecki proponuje więc dzisiaj jakąś rekonkwistę, barbarzyństwo, pobrzmiewają w nim nuty odwetowej endecji, pokłosia międzywojnia, sojuszu narodu i chrystianizacji, który zapłonął stodołą w Jedwabnem. To jest wąsko pojęte zapełnianie pustych kościołów. Ale gdy jest się w niszowej TV Trwam, to dostaje sie takiego dyrdum, jak Morawiecki. Niedobrze nam to wróży, oj, niedobrze…

 

Mateusz Morawiecki ma ambitny cel. „Chcemy rechrystianizować Europę. To moje marzenie”

lulu, 08.12.2017

Mateusz Morawiecki

Mateusz Morawiecki (Jakub Porzycki / Agencja Gazeta)

Mateusz Morawiecki udzielił wywiadu na Telewizji Trwam. Rozmowa o polskim górnictwie płynnie przeszła w marzenia o „rechrystianizacji Europy”.

Kiedy Mateusz Morawiecki w TV Trwam został zapytany o przyszłość polskiego górnictwa nikt chyba nie spodziewał się, jak skończy się ten wątek rozmowy.

– Jesteśmy między mlotem a kowadłem. Polityka klimatyczna UE połączona z polityką największych państw świata, w zestawieniu z naszym miksem energetycznym powoduje, że mamy niewielkie pole manewru. Nie możemy powiedzieć Unii, że „nas wasza polityka klimatyczna nie obchodzi” – mówił desygnowany dziś premier.

Za chwilę dodał:

Chcemy przekształcać Europę, ją z powrotem, takie moje marzenie, rechrystianizować, bo niestety w wielu miejscach nie śpiewa się kolęd, kościoły są puste i są zamieniane na muzea. To wielki smutek – stwierdził Mateusz Morawiecki.

A potem znów wrócił do tematu węgla: – Generalnie w zgodzie ze środowiskiem z Górnego Śląska, z Zagłębia odchodzimy powoli od węgla, w tempie, żeby polska gospodarka nie ucierpiała. Niestety UE podkręca cele emisji CO2, zmusza nas do wykonania bardzo dużych modernizacji w naszych elektrowniach i elektrociepłowniach. Tę kołderkę, która jest za krótka, staramy się tak ułożyć, żeby było jak najmniej szkody dla górnictwa i gospodarki – mówił Morawiecki.

Więcej w naszej relacji NA ŻYWO >>>

To już oficjalne. Morawiecki desygnowany na premiera, dymisja Szydło przyjęta

http://www.gazeta.tv/plej/19,150682,22758582,video.html

gazeta.pl

Czy Klementyna Suchanow uszłaby z życiem?

09/12/2017

Polska to taki kraj, który jest jak Rosja tylko, że mniej i który jednocześnie chciałby być jak USA, tylko że bardziej. Kończy się to jak zawsze groteską, bo ten kraj, w sumie od zawsze był jedną wielką groteską.

Nie inaczej jest w przypadku praw do politycznych protestów i demonstracji. Oto wczoraj Obywatele IV RP wybrali się poprotestować. I zabrali ze sobą jajka, ponoć całe siatki jajek. I tymi jajkami zaczęli w VIPowskie auta rzucać. Jedno po drugim, pac, pac, prosto w te wyglancowane auta.

Policja się na jakowych rzuciła i zaczęła ich glebować. Internet obiegło zdjęcie Klementyny Suchanow – autorki dwutomowej biografii Gombrowicza. Suchanow na ziemi, twarz Suchanow na ziemi, ręce nogi i cała reszta Suchanow też. Internet obiegły też filmiki i zdjęcia innych protestujących, ale viralem się raczej nie staną. Internet kocha rozpoznawalne nazwiska i ładne ujęcia. Kto tego nie rozumie (i robi z tego zarzuty), ten nic nie rozumie.

Od internetowych mędrków dowiedziała się też Suchanow, że miała szczęście. Że nikt jej nie zastrzelił, bo ochrona VIPów to nie zabawa, i z broni maszynowej mogą nawet strzelać.

Czy rzeczywiście? Owszem, być może tak jest w Czeczeni, albo Somalii na przykład? Ale w innych krajach?

Na zalinkowanym filmiku jajkiem dostaje niemiecki polityk. I co, czy ktoś do rzucającego strzela, czy skuwają go na glebę? Podpowiem: nie, nie skuwają. Na innym filmiku jajkiem dostaje sama królowa angielska i na koniec widać, jak traktują „zamachowczynię”.  Podpowiem: nie, nikt nie otwiera ognia, nie ma miotaczy płomieni. Ba, na pewnym, znanym filmiku jeden facet rzuca nie tyle jajkiem co butem i to prosto w twarz prezydenta USA. Też podpowiem: nikt nie wyjmuje granatnika i nie puszcza ludzi z dymem.

Podpowiem Wam, drodzy Polacy, dziennikarze Polsatu, Botoksu, czy gdzie tam uskuteczniacie swoje mądrości: nie, odpowiedzią na rzucanie jajkami nie jest strzelanie z karabinu. Życie to nie jest Homeland, lekcje chemii to nie jest Breaking Bad, a praca policji to nie jest Delta Force XVIII.

Obrzucanie jajkami jest, być może przykrą, ale jednak formą politycznej ekspresji. I psim obowiązkiem władzy jest skutki owej ekspresji znosić. Oczywiście może ochrona rzucających nawet unieszkodliwiać, ale nie może w odwecie ich próbować mordować. A właśnie do tego sprowadzają się wasze filmowe postrzegania świata.

Oczywiście odrębną kwestią jest na ile ktoś, kto jest lewicowy, powinien kibicować tym, co jajkami (nie, nie kamieniami), ale jajkami, rzucają, a tym, którzy rzucających jajkami glebują i do suk wrzucają. Im jestem starszy, tym dla mnie wybór wydaje się bardziej oczywisty, nawet jeśliby jajkami rzucała sama Ewa „Braun” Stankiewicz. No ale, żeby to zrozumieć trzeba sobie odpowiedzieć, czemu gardzi się kimś takim jak Margaret Thatcher.

Tusk: Ja się PiS nie boję

Tusk: Ja się PiS nie boję

– „Ja się boję emocjonalnej i politycznej próżni, w której PiS będzie mógł zrobić z Polakami, co zechce. Zawsze wierzyłem, że jeżeli wystarczająco ludzi z dobrą wolą ma energię, żadna władza nie jest straszna” – powiedział przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk w TVN 24. – „Jestem przekonany, że panika czy histeria jest najgorszym doradcą i nie chciałbym, aby w Polsce ci ludzie, którzy wierzą w ten model wolności, w który ja wierzę, stracili motywację, energię czy gotowość do poświęcania czasu i samych siebie, kiedy trzeba” – dodał.

Tusk podkreślił, że od 40 lat angażuje się w sprawy publiczne. – „Skoro zacząłem jako 20-latek w czasach niesprzyjających takiej działalności, to nie po to, żeby się z tego wycofać, tylko dlatego, że komuś to się nie podoba. Będę się angażował w sprawy polskie tak długo, jak będę żył, czy się to komuś podoba czy nie, niezależnie od funkcji, jaką pełnię” – powiedział były premier.

Odnosząc się do sformułowania, którego użył w listopadowym wpisie – „alarmu”, przekonywał, że to sprawa kluczowa dla Polski, ale też dla Europy, zwłaszcza naszej jej części. – „O to chodziło nam wtedy, kiedy jeszcze przed powstaniem Solidarności, powstawała opozycja demokratyczna i o to samo chodzi dzisiaj – żeby na trwałe związać Polskę i cały ten region ze światem Zachodu – politycznie, też w jakimś sensie cywilizacyjnie” – podkreślił Tusk.

Dodał, że nie ma Polski europejskiej bez niezależnych sądów, w pełni wolnych mediów, bez poszanowania prawa, bez liberalnej demokracji. Tusk powiedział, że rządy PiS to „model polityki wschodniej, który do złudzenia przypomina to, co dzieje się w Rosji, czy w Turcji”.

Tusk skomentował też zatrzymanie byłego szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego gen. Piotra Pytla i postawienie zarzutów jemu oraz jego zastępcy – gen. Januszowi Noskowi. – „W sprawie generałów Pytla i Noska mam poczucie tak głębokiej niesprawiedliwości, która dzieje się wobec ludzi, którzy naprawdę zgodnie z najlepszymi wzorami polskiego wojska służyli ojczyźnie i są prześladowani dlatego, że minister Macierewicz ma polityczną obsesję na ich punkcie” – powiedział przewodniczący Rady Europejskiej. Jako premier był przełożonym obu generałów. – „Dzisiaj nie mogę im pomóc, ale przynajmniej mogę publicznie wyrazić solidarność z ludźmi, o których wiem, że byli bardzo przyzwoitymi i oddanymi ojczyźnie oficerami” – powiedział Tusk.

 

koduj24.pl

Donald Tusk: „Przyznaję się do swoistej ekstrawagancji: Kocham Europę”

Wierzę w przyszłość i sens Unii Europejskiej i nie będę się tego wypierał tylko dlatego, że nastała chwilowa moda na eurosceptycyzm. Być Europejczykiem to dla mnie powód do dumy – mówił Donald Tusk 8 grudnia 2017 roku na Uniwersytecie w Pécs. – Nie będzie Europy, jakiej pragniemy, jeśli od wewnątrz opanują ją nasi polityczni barbarzyńcy”

„Chcę, aby wszyscy wreszcie zrozumieli, że równie oczywiste są potrzeba ochrony granicy zewnętrznej i potrzeba ochrony naszego wnętrza przed rasizmem i ksenofobią. Mówiąc wprost: nie będzie Europy, jaką znamy, bez granic i egzekucji prawa i nie będzie Europy, jakiej pragniemy, jeśli od wewnątrz opanują ją nasi polityczni barbarzyńcy” – mówił Donald Tusk odbierając doktorat honoris causa Uniwersytetu w Pécs.

Poniżej kilka cytatów, całość jeszcze niżej.

„Europejczyk bez trudu rozpozna to, co wspólne dla Portugalczyka, Litwina, Szweda i Chorwata. Wspólne w ładzie przestrzennym i architekturze, muzyce i malarstwie, obyczaju i doświadczeniu metafizycznym. Tak różni i kolorowi, niejednoznaczni i skomplikowani, wszyscy rozumiemy Biblię, Homera, Cycerona, Cervantesa, Dantego, Szekspira. Odnajdziemy samych siebie w muzyce Bacha, Szopena i Liszta, w obrazach Piero della Franceski i Vermeera. I wszyscy dobrze czujemy się w miastach, w których bez trudu odnajdziemy rynek orientując się na widoczne z daleka wieże katedry i ratusza” – mówił Tusk.

„Kryzys migracyjny w połączeniu z zagrożeniem płynącym ze strony agresywnych sąsiadów ukazał nam z całą mocą ile znaczy dla dzisiejszych Europejczyków wspólne terytorium i wspólna granica. Paradoksalnie, mimo kłótni i konfliktów w kwestii polityki migracyjnej, uświadomiliśmy sobie, że nasze terytorium i nasze granice to wspólna odpowiedzialność i wspólne dobro, które wymaga ochrony i solidarnego działania wszystkich”.

„Odrzucam wiele argumentów, często niemoralnych, czasem groźnych, które pojawiają się w debacie o otwartości i tolerancji Europy. Nie akceptuję tej agresywnej retoryki, obecnej w dyskusji o uchodźcach i migrantach, która budzi w naszej pamięci obrazy z najgorszej przeszłości. Z drugiej strony nie znajduję usprawiedliwienia dla manifestowanej czasami bezradności w rodzaju „ta fala jest zbyt wielka, aby ją zatrzymać”, albo uległości, niczym w powieści Michela Houellebecq’a. Do dziś pali mnie wstyd za tych, którzy kazali zasłonić fragmenty rzeźb i obrazy ukazujących nagie postaci w jednym z włoskich muzeów, aby nie obrazić uczuć irańskiej delegacji, która składała pierwszą od lat oficjalną wizytę w Europie”.

„Chcę, aby wszyscy wreszcie zrozumieli, że równie oczywiste są potrzeba ochrony granicy zewnętrznej i potrzeba ochrony naszego wnętrza przed rasizmem i ksenofobią.

Mówiąc wprost: nie będzie Europy, jaką znamy, bez granic i egzekucji prawa i nie będzie Europy, jakiej pragniemy, jeśli od wewnątrz opanują ją nasi polityczni barbarzyńcy.”

 

Całość przemówienia publikujemy za portalem 300polityka.pl.  Wersja angielska jest na stronie Prezydenta Rady Europejskiej

 

Mowa Donalda Tuska wygłoszona 8 grudnia na Uniwersytecie w Pecs z okazji przyznania doktoratu honoris causa.

Jakiś czas temu sięgnąłem po książkę mojego ulubionego autora Claudio Magrisa, zatytułowaną „Dunaj”. W pamięci utkwił mocno krótki rozdział poświęcony miastu Pécs, a ściślej mówiąc pochwała miejscowego białego wina, które według włoskiego pisarza bije na głowę czerwone wino z Villány. Mam nadzieję osobiście sprawdzić, czy Magris jest równie wybitnym enologiem, co eseistą. Mój współpracownik dostał już stosowne polecenie i środki finansowe, aby umożliwić mi w drodze powrotnej przeprowadzenie tego testu.

Słusznie się jednak drodzy przyjaciele domyślacie, że są także inne powody, dla których z taką radością i satysfakcją przyjąłem to niezwykłe wyróżnienie, jakim uhonorował mnie wasz uniwersytet. Wymienię dwa.

Po pierwsze, jako Polak – co oczywiste – kocham Węgry i Węgrów.

Nie tylko dlatego, że, jak wiadomo „Polak, Węgier – dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki, oba zuchy, oba żwawi, niech im Pan Bóg błogosławi” lub, w Waszym języku, „lengyel, magyar – két jó barát, Együtt harcol s issza borát, Vitéz s bátor mindkettője, Áldás szálljon mindkettőre”, ale przede wszystkim dlatego, że jak sięgam pamięcią Węgry były dla mojego pokolenia ważnym kulturowym punktem odniesienia dla wielu moich rodaków.

Mówiąc najprościej, były namiastką Zachodu, śnionego i nieosiągalnego przez dekady. Węgry były Zachodem w muzyce, filmie, literaturze, w ich politycznych aspiracjach. Pierwszą płytą gramofonową w moim domu były ulubione przez ojca operetki Franza Lehára. Moją ukochaną płytą był z kolei album koncertowy „Locomotive GT in Warsaw”.

Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale płyta ta, wydana gdzieś w połowie lat 70-tych, sprzedała się w Polsce w niewiarygodnej liczbie 750 tysięcy egzemplarzy.

W tym samym czasie chodziliśmy do kina na wszystko, co nosiło stempel „węgierskiej nowej fali” i często się spieraliśmy, kto jest dla nas ważniejszy: Antonioni, Andrzej Wajda, Bergman czy też raczej Miklós Jancsó, István Szabó, a może Márta Mészáros.

Jeszcze ważniejsze dla mnie są węgierskie fascynacje literackie. W dzieciństwie András Jelky był dla mnie równie ważny, jak Robinson Crusoe, nie mówiąc już o takich bohaterach dziecięcej wyobraźni jak Ernő Nemecsek, Feri Áts czy János Boka z „Chłopców z placu broni”, najpiękniejszej lekturze obowiązkowej.

W dorosłym życiu odkryciem absolutnie wyjątkowym był dla mnie Sándor Márai, którego „Dzienniki” uważam za jedną z najważniejszych książek w całej historii literatury, podobnie jak „Los utracony” Imre Kertésza. A kiedy mówię, że Węgry były dla nas Zachodem w sensie politycznym, to mam na uwadze potęgę października 1956, która przez lata oddziaływała na umysły i wyobraźnię mojego pokolenia i bez której być może nie byłoby polskiej „Solidarności”.

Powód drugi. Jako urodzony w Gdańsku mam wielką słabość do magicznych miast

Miast, których historia jest poplątana i niejednoznaczna, nad którymi powiewały różne sztandary i w murach których przez wieki żyli ludzie różnych nacji i różnych religii. Wasz Pécs, mój Gdańsk czy Triest Magrisa to europejskie mikrokosmosy. Kto poznał ich historię i starał się ją zrozumieć, opierając się pokusie symplifikacji,

kto trafnie odczytał symbole i metamorfozy im właściwe, ten łatwiej zbliży się do tajemnicy fenomenu Europy.

Jak pisał Milan Kundera w swoim słynnym eseju „Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej”: „Europa Środkowa pragnęła być skondensowanym obrazem Europy w całym bogactwie jej różnorodności, małą arcyeuropejską Europą, zminiaturyzowanym modelem Europy narodów opartej na regule: maksimum różnorodności na minimum przestrzeni”.

Czyż nie to właśnie odróżniało Europę od groźnych sąsiadów, którzy budowali swoją potęgę na dokładnie odwrotnej regule: minimum różnorodności na maksimum przestrzeni?

Pragnę przy tym mocno podkreślić, że kiedy mówię, iż Pécs jest dla mnie metaforą Europy, to w moich ustach jest to najwyższej rangi komplement. I nie dlatego, że jestem Europejczykiem z profesji i na formalnym stanowisku, ale dlatego, że jestem nim z najgłębszego przekonania.

Tak, przyznaję się do tej swoistej ekstrawagancji: kocham Europę, wierzę w przyszłość i sens Unii Europejskiej i nie będę się tego wypierał tylko dlatego, że nastała chwilowa moda na eurosceptycyzm. Być Europejczykiem to dla mnie powód do dumy.

Wiem, że łatwo się mówi: „być Europejczykiem”, a o wiele trudniej wytłumaczyć, co to w istocie znaczy.

Chińczyk, Amerykanin czy Rosjanin nie będzie miał takich tożsamościowych problemów jak obywatel Unii Europejskiej, a wiemy przecież, że tylko Europa jako całość, jako polityczna entity, sprostać może konkurencji ze strony tych potęg. Oczywiście przygniatająca większość z nas bez żadnych problemów definiuje swoją tożsamość na niższych i mniej abstrakcyjnych niż europejski poziomach identyfikacji.

Kiedy mówię: „jestem Polakiem”, opisuję siebie jako członka wspólnoty precyzyjnie opisanej i osadzonej w konkretnych emocjach i historii. Zrozumiałe są także dla mnie związki etniczne. Kiedy mówię, że jestem Kaszubą, widzę moich dziadków, moją małą ojczyznę, gdzie wśród lasów i jezior żyją ludzie wciąż jeszcze mówiący swoim dziwnym językiem i pielęgnujący odmienne, im tylko właściwe obyczaje.

Kiedy mówię: „jestem Gdańszczaninem”, widzę dom i podwórze gdzie się wychowałem, pierwszą szkołę i barwy mojego ukochanego klubu piłkarskiego, któremu kibicował mój dziadek i ojciec, a teraz mój syn i wnuk.

Te trzy tożsamości: narodowa, etniczna i miejska układają się w harmonijną całość, nie muszę ich definiować i analizować, po prostu są we mnie, są mną.

Czy pomiędzy tymi tożsamościami jest jeszcze miejsce na tę europejską?

Tak, jest. Chociaż nie mamy jednego języka, chociaż historia częściej nas dzieliła niż łączyła, chociaż nie czujemy łez pod powiekami, kiedy słuchamy „Ody do radości” (inaczej jest, kiedy śpiewam „Jeszcze Polska nie zginęła”), chociaż nie mamy wspólnej piłkarskiej reprezentacji (o, przepraszam, uprzedzano mnie przecież, aby bolesnego tematu piłkarskich reprezentacji narodowych w ogóle nie dotykać), a więc mimo tych wszystkich „chociaż”, to jednak tożsamość europejska istnieje i jest czymś znacznie więcej, niż inne „kontynentalne” tożsamości.

Bowiem nie tylko geografia nas łączy. Wszyscy (lub prawie wszyscy) zgodzimy się, że europejskość ma także wymiar kulturowy, polityczny, a nawet aksjologiczny.

Zacznijmy jednak od mapy

Europa to wspólne terytorium i wspólne granice. Mniejsze powierzchniowo niż pokazuje to mapa fizyczna, bo na niej sięgamy aż po Ural, a przecież kiedy myślimy Europa, w wyobraźni widzimy obszar znacznie mniejszy, mniej więcej pokrywający się z Unią Europejską, ze Szwajcarią i Norwegią formalnie „poza”, ale jakoś jednak „in”. Nie chcę dziś prognozować, jak wyglądać będą w przyszłości te granice na wschodzie (kwestia Ukrainy) i na południu (kwestia bałkańska).

Kryzys migracyjny w połączeniu z zagrożeniem płynącym ze strony agresywnych sąsiadów ukazał nam z całą mocą ile znaczy dla dzisiejszych Europejczyków wspólne terytorium i wspólna granica.

Paradoksalnie, mimo kłótni i konfliktów w kwestii polityki migracyjnej, uświadomiliśmy sobie, że nasze terytorium i nasze granice to wspólna odpowiedzialność i wspólne dobro, które wymaga ochrony i solidarnego działania wszystkich.

Odrzucam wiele argumentów, często niemoralnych, czasem groźnych, które pojawiają się w debacie o otwartości i tolerancji Europy. Nie akceptuję tej agresywnej retoryki, obecnej w dyskusji o uchodźcach i migrantach, która budzi w naszej pamięci obrazy z najgorszej przeszłości.

Z drugiej strony nie znajduję usprawiedliwienia dla manifestowanej czasami bezradności w rodzaju „ta fala jest zbyt wielka, aby ją zatrzymać”, albo uległości, niczym w powieści Michela Houellebecq’a.

Do dziś pali mnie wstyd za tych, którzy kazali zasłonić fragmenty rzeźb i obrazy ukazujących nagie postaci w jednym z włoskich muzeów, aby nie obrazić uczuć irańskiej delegacji, która składała pierwszą od lat oficjalną wizytę w Europie.

Chcę, aby wszyscy wreszcie zrozumieli, że równie oczywiste są potrzeba ochrony granicy zewnętrznej i potrzeba ochrony naszego wnętrza przed rasizmem i ksenofobią.

Mówiąc wprost: nie będzie Europy, jaką znamy, bez granic i egzekucji prawa i nie będzie Europy, jakiej pragniemy, jeśli od wewnątrz opanują ją nasi polityczni barbarzyńcy.

Pogodzić potrzebę bezpieczeństwa z wolnością, potrzebę kontroli z otwartością

Świadomość, że mamy wspólne granice i terytorium musi nas na nowo połączyć, a nie ostatecznie podzielić. Powinniśmy starać się pogodzić potrzebę bezpieczeństwa z wolnością, potrzebę kontroli z otwartością. Tylko mądra synteza będzie naszym zwycięstwem. Lęk przed innymi i niechęć do różnorodności nie mogą zawładnąć nami bez reszty.

Jak pięknie brzmią dziś słowa Świętego Stefana, króla Węgier, do swego syna Emeryka: „ubogie i kruche jest państwo, gdzie żyją ludzie jednego tylko języka, jednych obyczajów. Radzę ci więc synu, kieruj się wobec wszystkich dobrymi chęciami i daj im uczciwe warunki bytowania. Niechaj żyją u ciebie w większej wolności aniżeli tam, skąd przybyli”.

Rynek, Ratusz, Uniwersytet i Katedra

Mój serdeczny przyjaciel, gdański pisarz Stefan Chwin, pisał w odpowiedzi na esej wspomnianego już Milana Kundery: „[…] jeśli ktoś mnie pytał o zasadę jedności Europy, szukałem jej […] w strukturze przestrzennej europejskich miast. Bo każdy, kto zwiedził na świecie wiele miast, w jakiejś chwili spostrzega, że europejskie miasta – inaczej niż na przykład miasta azjatyckie czy afrykańskie – mają podobnie zorganizowaną przestrzeń, bez której nie byłyby europejskimi miastami.

Symbolicznym centrum europejskiego miasta jest Ratusz i Katedra.

Miasta wielkiej Rosji, wznoszone wokół warowni kniazia, murów »kremla«, pałacu Gubernatora czy komitetu Partii, zwykle Ratusza nie mają. Ta różnica ma z pewnością głębsze znaczenie. Ratusz i Rynek to znak firmowy Europy, tak jak jej znakiem firmowym były wieże Katedry widoczne nad miastami z odległości wielu kilometrów.”

Ja dodałbym do tego krajobrazu Uniwersytet. Teraz zrozumiecie, dlaczego z takim przekonaniem powiedziałem na początku naszego spotkania, że Pécs to metafora Europy. Jeśli bowiem zgodzimy się, że główne znaki europejskiego miasta to Rynek, Ratusz, Uniwersytet i Katedra, to miasto z najstarszym węgierskim uniwersytetem i w nazwie mające 5 kościołów, na miano metafory Europy zasługuje po wielokroć.

Europejczyk bez trudu rozpozna to, co wspólne dla Portugalczyka, Litwina, Szweda i Chorwata. Wspólne w ładzie przestrzennym i architekturze, muzyce i malarstwie, obyczaju i doświadczeniu metafizycznym.

Tak różni i kolorowi, niejednoznaczni i skomplikowani, wszyscy rozumiemy Biblię, Homera, Cycerona, Cervantesa, Dantego, Szekspira. Odnajdziemy samych siebie w muzyce Bacha, Szopena i Liszta, w obrazach Piero della Franceski i Vermeera. I wszyscy dobrze czujemy się w miastach, w których bez trudu odnajdziemy rynek orientując się na widoczne z daleka wieże katedry i ratusza.

Jeśli chronić chcemy nasze terytorium, to dlatego właśnie, że wyznaczają je nie tylko granice, ale także symbole naszej kultury.

Pamiętajmy o tym w zbliżającym się 2018 roku, który będzie Europejskim Rokiem Dziedzictwa Kulturowego.

Jest też Europa, tak jak ja chciałbym ją widzieć, wspólnotą politycznych wartości, wśród których wolność zawsze stawiał będę na pierwszym miejscu. Nie wszyscy uznają tę hierarchię za właściwą. Wiem, jak żywa, a czasem brutalna jest dzisiejsza debata publiczna, także tu, na Węgrzech i w moim kraju, na temat katalogu politycznych wartości.

W tej sprawie zamierzam być jednak wyjątkowo uparty; ktoś powie może: anachroniczny. Nic jednak na to nie poradzę, że dla mnie wciąż najważniejszymi wartościami europejskimi są prawa człowieka i obywatela, wolność słowa i sumienia, rządy prawa i szacunek dla praw mniejszości. W moim rozumieniu gwarancją, jedyną, jaką znam, przetrwania tych wartości, jest kwestionowana w tylu miejscach na świecie liberalna demokracja. Niedoskonała, krucha, wymagająca ciągłych starań i opieki. Niedoceniana i gwałcona, czasem bezbronna, ale – jeśli podobnie jak ja wolność stawiacie na pierwszym miejscu – bezalternatywna.

Europa jest i ma szanse być także w przyszłości najlepszym miejscem na Ziemi. Unikatowym, niepowtarzalnym terytorium wolności i kultury. Warunkiem jej przetrwania jest nasza solidarność ponad różnicami i naturalnym konfliktem interesów. Uniwersytet w Pécs jest najlepszym miejscem, aby to europejskie wyznanie wiary wygłosić z pełnym przekonaniem. Co niniejszym czynię. Dziękuję.

 

oko.press

„Łańcuch światła” w Poznaniu w obronie wolnych sądów. „Walka trwa! Chcemy weta!”

Violetta Szostak, 

'Łańcuch światła' w Poznaniu w obronie wolnych sądów - 8 grudnia 2017

‚Łańcuch światła’ w Poznaniu w obronie wolnych sądów – 8 grudnia 2017 (ŁUKASZ CYNALEWSKI)- Stoimy tu i będziemy bronić naszego prawa do wolnych sądów. Nikt nam tego prawa nie odbierze. Walka trwa! – mówił Franciszek Sterczewski, stojąc na schodach poznańskiego ratusza. – Walka trwa! – odpowiedziało mu kilkaset osób, które przyszły w piątek wieczorem na Stary Rynek w Poznaniu, by stanąć w „łańcuchu światła” w obronie wolnych sądów.

– Jeśli prezydent Andrzej Duda nas słyszy, chciałbym, żebyśmy mu przypomnieli, że niezależnie, czy to jest lipiec, czy grudzień, my wciąż chcemy weta! – mówił Franciszek Sterczewski, młody społecznik, inicjator „łańcucha światła”. – Chcemy weta! – skandowali zebrani.

Do Andrzeja Dudy: Przyrzekałeś na konstytucję!

poznan.wyborcza.pl

Jarosław Kurski

Morawiecki za Szydło? To teatr! Prawdziwej zmiany dokonał Sejm – zdewastował wymiar sprawiedliwości

http://www.gazeta.tv/plej/19,159535,22756620,video.html?embed=0&autoplay=1

W antykomunistycznym podziemiu nazywaliśmy siebie „opozycją demokratyczną”, bo sam fakt sprzeciwu wobec obozu władzy oznaczał, że stało się po stronie demokracji. Czas wrócić do tej nazwy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

Mateusz Morawiecki został premierem za Beatę Szydło. Nic takiego się nie stało. Jedno tępe i zużyte narzędzie w rękach autokraty zamieniono na drugie tępe narzędzie – nieco mniej zużyte. Tyle samo zmieniłoby się, gdyby premierem zostali Pawłowicz, Suski, Mazurek, Jurgiel czy Kuchciński. Też oddani ludzie partii, ufni w „mądrość prezesa”.

Media w ekstazie. Paplają suwerenowi o: „krzywdzie” i „upokorzeniu” pani premier, wojnie frakcyjnej i zakonie PC, „nowej twarzy rządu” i tym, że teraz broszki zostaną zastąpione przez jedwabne krawaty.

W kakofonii gubi się to, co zasadnicze.

Sejm, zmieniony w fasadę parlamentaryzmu, w którym „kanalie” i „zdradzieckie mordy” mogą co najwyżej milczeć, właśnie przepchnął ustawy znoszące sędziowską niezawisłość, a Sąd Najwyższy poddają kontroli rządu. To ustawy sprzeczne z konstytucją.

Jest niemal pewne, że prezydent Andrzej Duda, oddany człowiek partii, je podpisze, a tym samym przyklepie dewastację wymiaru sprawiedliwości.

Niebawem inni oddani ludzie partii w nowej Państwowej Komisji Wyborczej „ustalać” będą wyniki wyborów. Jeszcze chwila, a w Polsce nie będzie już żadnej instytucji broniącej praw człowieka. Obywatel zostanie sam, jeśli policja, kierowana przez oddanych ludzi partii, wygarbuje mu skórę, przymknie go lub wlepi mu grzywnę.

Jeszcze tylko wziąć za mordę organizacje pozarządowe i prywatne media, a w Warszawie zapanuje porządek.

W antykomunistycznym podziemiu nazywaliśmy siebie „opozycją demokratyczną”, bo sam fakt sprzeciwu wobec obozu władzy oznaczał, że stało się po stronie demokracji. Czas wrócić do tej nazwy.

Ktokolwiek popiera władzę „oddanych ludzi partii” – obojętne: z fanatyzmu, tchórzostwa lub oportunizmu – nie może już się nazywać demokratą.

A głos Polski demokratycznej znów, jak latem, słychać będzie pod Senatem i sądami w całej Polsce.

 

wyborcza.pl

Matyja: Sznurek limuzyn nadal będzie stać na Nowogrodzkiej, bo system PiS jest niereformowalny

Grzegorz Sroczyński Grzegorz Sroczyński, 08.12.2017

Jarosław Kaczyński znudzony w Sejmie

Jarosław Kaczyński znudzony w Sejmie (Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta)

Liczenie, że Morawiecki cokolwiek zmieni, że wewnętrz obozu PiS są siły, które mogą „dobrą zmianę” zreformować, to naiwność. System pisowski jest niereformowalny – z Rafałem Matyją rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Jak oni się wytłumaczą na prowincji?

To trochę protekcjonalne pytanie. Bo zakłada, że na prowincji siedzą jacyś kosmici, jacyś „inni” i oni oczekują od PiS jednego wytłumaczenia wymiany premiera. Nie ma czegoś takiego jak „elektorat małych miast”, podziały są w nim równie duże, jak w Warszawie. Młodsi wyborcy PiS, ludzie prowadzący małe firmy mogą być zadowoleni, że premierem został Morawiecki. A sprawne wytłumaczenie degradacji Szydło innym grupom wyborców to już zadanie dla spindoktorów. Kaczyński zleci im wymyślenie pasków do TVP Info. Dadzą radę.

Ale program 500 plus ma twarz Beaty Szydło. Morawieckiego ludzie nie będą tak kochać.

I może to właśnie jego zaleta, że nie jest popularny jak Szydło. Jak się spojrzy na technologię rządzenia przyjętą przez Kaczyńskiego, to widać, że do popularnych premierów zaczynał mieć rozmaite pretensje.

Morawiecki przez osiem lat był prezesem banku, zarządzał dużą korporacją. Będzie rządził sprawniej niż Szydło?

Ta zmiana nie usprawni rządzenia. Bo żeby było sprawniej, premier musiałby dostać możliwość kierowania Radą Ministrów, być może z zastrzeżeniem kilku spraw strategicznych dla Kaczyńskiego. Szydło tego nie dostała, Morawiecki też nie dostanie. Niektórzy ministrowie nadal samodzielnie będą spotykać się z Kaczyńskim, sznurek limuzyn nie przestanie kursować na Nowogrodzką. A to wywołuje w zarządzaniu totalny chaos.

Bo?

Niech pan sobie wyobrazi dużą firmę produkującą pralki. Jej właściciel z pominięciem prezesa wzywa kierownika działu produkcji i mówi: „To pokrętło w nowym modelu pralki powinno być czerwone”. „Ale projekt został już zatwierdzony przez zarząd”. „A ja mówię, że ma być czerwone”. Następnie do właściciela – też z pominięciem prezesa – zaczyna pielgrzymować kierownik działu designu: „Czerwone to raczej nie, ale może się pan zgodzi na brązowe?” Z kolei do prezesa firmy przychodzi szef kadr, bo właściciel kazał kogoś zatrudnić, a prezes o tym nie miał pojęcia. Zarządzanie w takiej firmie kompletnie leży. Żadne ustalenia nie są już pewne, żadne zebranie nie kończy się konkluzją, bo wszyscy się zastanawiają, jak na boku umówić się z właścicielem i przeforsować swoje. Paraliż decyzyjny. Naweł właściciela to wkurza, choć to on ustanowił ten system.

To dlaczego Kaczyński nie zostanie po prostu premierem?

Bo chce się zajmować czystą polityką, a nie administrowaniem krajem. Wie pan, ile czasu codziennie premier poświęca na wydarzenia w rodzaju „spotkanie ze sportowcami”? Kiedyś to policzyłem na podstawie grafików zajęć premierów. Połowę dnia! Przyjeżdża przedstawiciel jakiegoś małego kraju i protokół wymaga, żeby się z nim spotkać. Do tych spotkań trzeba się przygotować, czyli przeczytać notatki od doradców, żeby w ogóle wiedzieć, z kim się rozmawia i o co chodzi. Posiedzenia Rady Ministrów – tak samo. Część omawianych rzeczy jest totalnym nudziarstwem. Na Nowogrodzkiej Kaczyński może uprawiać politykę w stanie czystym. I raczej z tego nie zrezygnuje.

Czy Morawiecki ucywilizuje „dobrą zmianę”? Przyhamuje rewolucyjny zapał?

Też nie. Logika konfliktu jest istotą „dobrej zmiany”. Ciągle będzie się okazywać, że coś jeszcze przeszkadza, żeby było wspaniale. Jak nie sądy, to na przykład media. PiS mogą przyhamować wyłącznie wydarzenie zewnętrzne, które zmuszą ten obóz do korekty kursu. Coś nieprzewidywalnego. Jakiś inny Rywin przyjdzie do jakiegoś innego Michnika albo nowi kelnerzy nagrają polityków. Liczyć na to, że wewnątrz obozu PiS są siły, które mogą „dobrą zmianę” zreformować, uspokoić – to naiwność. System pisowski nie jest w tym wymiarze reformowalny.

Rafał Matyja– politolog, publicysta, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania

gazeta.pl

Morawiecki zrekonstruowany na Szydło

Morawiecki zrekonstruowany na Szydło

W „Sowie & Przyjaciele” Mateusz nie robił żółwika z Donaldem Tuskiem, ale z innymi politykami PO owszem.

Nie mamy do czynienia z rekonstrukcją rządu, ale z rekonstrukcją premiera. W tej chwili rząd nie zostanie wymieniony, wszyscy ministrowie zostają na stanowiskach, a nawet zostaje Beata Szydło, spadnie tylko w hierarchii o jedno oczko. Spada na stopniach podium – ze stopnia premiera na wicepremiera.

Proszę zauważyć, nie wiemy, jak została złożona dymisja, bo to wszystko działo się za kulisami, na spotkaniu Komitetu Politycznego, biura politycznego PiS. Nie znamy strony formalnej, rytualnej. Na papierze złożone zostało oświadczenie, czy też Szydło użyła słów, że składa dymisję? A może Jarosław Kaczyński zakomunikował towarzyszom partyjnym, że Szydło mu się oświadczyła z dymisją. On przyjął, a czy wy towarzysze przyjmujecie? Tak! – burza oklasków, czyli przez aklamację. Potem doszło do tajnego głosowania – takie są „oficjalne” przecieki.

To jest wymiana zderzaków. Beata Szydło się zużyła, zwłaszcza psychicznie, bo wzięła na siebie ciężar bezprawia prezesa. To ona stanie przed Trybunałem Stanu, na który zasłużyła swoją dzielną postawą. Po przyjęciu dymisji przez prezesa Kaczyńskiego i desygnowaniu Mateusza Morawieckiego do roli kontynuatora zbożnego dzieła zamiany ustroju kraju, który nie jest zapisany w Konstytucji, te decyzje klepnął Andrzej Duda, bo taką rolę prezydentowi wyznaczył prezes.

Klepnięcie, a nie desygnowanie, gdyż to ostatnie polega na tym, że mianowany premier przystępuje do tworzenia rządu, który następnie w Sejmie dostaje bądź nie wotum zaufania. Teraz jest zupełnie inaczej. Morawiecki przejmuje rząd z pełnym inwentarzem: z Antonim Macierewiczem i Witoldem Waszczykowskim, którzy jakoby mieli iść do ostrzału, a oni zostają w rządzie.

Mamy więc do czynienia z paradoksalną sytuacją: na czele rządu Beaty Szydło staje Mateusz Morawiecki. Bareja czy bajer? – niech każdy rozstrzygnie w swojej refleksji. Kolejne novum to brazylijska telenowela z rekonstrukcją ministrów, którzy jakoby mają od połowy stycznia ulegać podobnemu procesowi rekonstruowania, jak Morawiecki.

Dziennikarze zacierają ręce, bo będą zastanawiać się, czy Waszczykowski zostanie wymieniony na Krzysztofa Szczerskiego, a może odkurzona zostanie Anna Fotyga. Żurnalistom przynajmniej do głowy nie będą przychodzić głupoty, że demokracji już nie ma. Ewentualnie tym, którym jednak przyjdzie do głowy, że to jest dyktatura, zrepolonizuje się media. Jak chcą pisać o braku demokracji, proszę bardzo, ale w podziemiu. Debitu nie dostaną.

Co z protokołem? Bo dymisja Szydło nie w tym miejscu została złożona, że desygnować Morawieckiego nie powinien prezes. Phi, phi i jeszcze raz phi. Przejmujecie się protokołem, a nie przejmujecie się Konstytucją? Duda oświadczy, że on uważa to za właściwe, zgodne z protokołem, a nawet z artykułami Konstytucji.

Dlaczego Morawiecki, a nie Kaczyński zrekonstruował rząd Szydło? Morawiecki bowiem ma same atuty. Nowy premier nie ma negatywnego elektoratu, gdyż nie ma żadnego. Wyborcy niespecjalnie go rozpoznają, to dopiero przed nimi. Morawiecki jest technokratą i zna języki, będzie jeździł po świecie i tłumaczył, że to polska droga do demokracji, do wstawania z kolan. A co? – prezes z Adamem Bielanem mają zasuwać po Trafalgar Square bez ochrony policjantów jak na Krakowskim Przedmieściu i narażać się na atak terrorystyczny, jak już raz tego doznał (trzeba mieć szczęście, raz wyjechać, a w tym samym czasie dochodzi do ataku, to tak jak w drewnianym kościele dostać cegłą po czerepie).

Morawiecki ma za zadanie prostować wizerunek Polski, a jest co, bo jest zszargany niemiłosiernie, przede wszystkim ruszają unijne procedury związane z sankcjami i proces przed unijnym Trybunałem Sprawiedliwości o nieprzyjęcie uchodźców. Kaczyński nie ma żadnego swojego człowieka w Brukseli, a Morawiecki ma – był wszak doradcą Donalda Tuska.

Co prawda w „Sowie & Przyjaciele” Mateusz nie robił żółwika z Donaldem, ale z innymi politykami PO owszem. Jak Donald nie zechce działać pierś w pierś w sprawie polskiej z Mateuszem, to minister Antoni skieruje do prokuratury wniosek o aresztowanie szefa Rady Europejskiej, bo ten  wraz z generałami Piotrem Pytlem i Januszem Noskiem współpracował ze służbami rosyjskimi.

To są atuty polityczne Morawieckiego. No i potrafi księgować wydatki budżetowe, zaciągać kredyty w zachodnich bankach na jak najniższy procent. Do tego Kaczyńskiemu potrzebny jest nowy premier. Zużyje się szybciej niż Szydło. Co więc nas czeka potem? A kto by tak daleko wybiegał naprzód. Zresztą, w Europie sytuacja tak się może zmienić, że już nikt nie będzie zawracał głowy jakąś Polską. A naród trzymany będzie w kagańcu, pozostanie kwestia: czy poluzować, czy mocniej chwycić za mordę.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

%d blogerów lubi to: