Jakie barwy narodowe reprezentuje Waszczykowski?

Jakie barwy narodowe reprezentuje Waszczykowski?

Mediom proponuję taki eksperyment: wypowiedzi niektórych polityków polskich publikować bez nazwiska i pozwolić czytelnikom bądź widzom zgadywać ich narodowość.

Ciekawe, jak w tej konkurencji mniemanych barw narodowych wypadłby Witold Waszczykowski? Jestem pewien, że przed szczytem Unii Europejskiej ws. wyboru szefa Rady Europejskiej, wypowiedzi Waszczykowskiego byłyby klikane w każdą kratkę z wymienioną narodowością (Francuz, Niemiec, Rosjanin, Albańczyk), ale nie Polak, nawet gdyby Polak był pierwszym z wymienionych. Dlatego nie bądźmy zdziwieni, że sukcesem Waszczykowskiego był wynik 1:27. Taki to z niego odwrócony Polak. W tajnej dyplomacji owa postawa ma bardzo deprecjonujący rzeczownik, jest antonimem patrioty.

Mimo wpadek Waszczykowski jest polskim szefem dyplomacji. Który z członów tego opisu funkcji jest prawdziwy w wypadku Waszczykowskiego: czy polski, czy szef, czy dyplomata?

Znamienne są ostatnie wypowiedzi Waszczykowskiego dotyczące kandydata na prezydenta Francji Emmanuela Macrona (piszę na kilka godzin przed zakończeniem głosowania we Francji). Nie będę wdawał się w prehistorię wpadek Waszczykowskiego. Prehistorią w jego wypadku są wypowiedzi sprzed miesiąca, ma taką nadprodukcję idiotyzmów, iż szybko zapominamy stare, bo nowe są na medialnej tapecie. I tak ostatnio był łaskaw wyrazić się o Macronie: – „Jeśli Macron zostanie prezydentem, to będzie musiał świecić oczami, gdy przyjdzie mu odwiedzić Polskę po wyborach”. Publicysta „Wyborczej” Bartosz T. Wieliński skonstatował: „Waszczykowskiemu udało się właśnie odwołać pierwszą wizytę Macrona w Polsce, zanim została zaplanowana”.

Takie osiągnięcie dyplomatyczne udaje się tylko dyplomatołkom – jak kapitalne sklasyfikował osobników typu „Waszczykowski” nasz wielki rodak, nieśmiertelny Władysław Bartoszewski. Waszczykowski jednak się nie poddaje, w „Salonie Politycznym Trójki” 5 maja ocenił siłę gospodarczą Francji: – „Gospodarka francuska nie potrafi konkurować z takimi gospodarkami jak Polska. Głównie chodzi o pieniądze, o ochronę rynku, o inteligentny protekcjonizm. Nie radząc sobie z naszą konkurencją, wyciąga się zarzuty polityczne”.

W związku z tą wypowiedzią zasadne jest zapytanie – trzymając się poetyki PiS – jakiego sortu dyplomatołkiem jest Waszczykowski. Wszak wiadomym jest, iż rodacy Talleyranda wypowiedzi takich dyplomatołków odhaczają ze szczególną satysfakcją, francuscy politycy w ogóle przechodzą bardzo solidne szkoły.

Waszczykowski mówił wszak o gospodarce pięć razy większej niż polska. PKB Francji wyniosło w 2015 roku 2,419 biliona dolarów, Polski – 500 miliardów dolarów, daje to ojczyźnie Macrona 7 miejsce na świecie, podczas gdy my jesteśmy sklasyfikowani na 24. Francuzi mają trzykrotnie większe PKB na głowę mieszkańca. Gdyby Francuzom nie rosło, a nasz wzrost gospodarczy wynosiłby 3-4 procent rocznie, to doszlibyśmy do poziomu ich bogactwa za kilkadziesiąt lat.

Unia Europejska po wyborach we Francji, a następnie w Niemczech szczególnie przyspieszy w reformowaniu się, tj. w integrowaniu, więc bardzo zasadne jest pytanie: jakie barwy narodowe reprezentuje Waszczykowski? Że nie polskie, łatwe jest do sprawdzenia w eksperymentach, które zaproponowałem na samym początku tego felietonu. Wystarczy cytować go bez nazwiska.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

„Dobrowolne darowizny” w PiS

"Dobrowolne darowizny" w PiS

Szef PiS w regionie świętokrzyskim poseł Krzysztof Lipiec na spotkaniu z pełnomocnikami PiS w powiatach świętokrzyskich oraz władzami wojewódzkimi partii poprosił o „dobrowolne darowizny”. Konkretniej zebranym wręczył deklaracje. Mieli je następnie rozdać radnym oraz osobom, które po wyborach w 2015 roku otrzymały stanowiska. Poseł zasugerował, że prócz składek członkowskich powinni płacić „dobrowolne darowizny” na PiS. Spotkanie odbyło się w poprzednią niedzielę. Co więcej, jak ustaliła GW, w formularzu wręczonym przez posła Lipca jest prośba o wskazanie „wysokości deklarowanej składki powyżej stawki minimalnej”.

„Te deklaracje nie są niczym nadzwyczajnym” – twierdzi Andrzej Pruś, sekretarz świętokrzyskiego PiS i prawa ręka posła Krzysztofa Lipca. – „Już wcześniej było tak, że każdy, kto chciał wesprzeć naszą partię, mógł wpłacać darowizny. Robili to członkowie partii, ale również nasi sympatycy” – przekonuje Pruś. Dodaje, że deklaracje te rozdawane są też w innych regionach. Teraz najmniejsza składka wynosi 5 zł miesięcznie (dla emerytów, rencistów i studentów). 10 zł płacą wszyscy członkowie PiS, 20 zł – radni gminni, 40 zł – powiatowi, a wojewódzcy – 100 zł. Po 200 zł na partię płacą miesięcznie wojewoda, wicewojewoda i parlamentarzyści.

Dobrowolność składek jest jednak wątpliwa. Działacze PiS zwracają uwagę, że mało kto odmówi. Tym bardziej, że niebawem układane będą listy do przyszłorocznych wyborów samorządowych. – „A jakie jest wyjście?” – pyta jeden z działaczy. Krzysztof Lipiec telefonów od dziennikarzy nie odebrał. Andrzej Pruś twierdzi natomiast, że deklaracje mają „uporządkować” finanse partii. – „Wpłaci ten, kto chce” – podkreśla. Tłumaczy, że PiS dodatkowe pieniądze przeznaczy na „robienie polityki. Nasi poprzednicy obcięli subwencję partyjną. Nie płakaliśmy przez to, ale też nie można wymagać, byśmy odwiesili naszą działalność. Przecież zorganizowanie każdego spotkania wiąże się z wydatkami. Za darmo nic nie ma” – mówi Pruś.

mpm

Źródło: wyborcza.pl

koduj24.pl

Samotny heros

Samotny heros

Duda wielokrotnie dowiódł, że jest prawnikiem lepszym od wszystkich polskich gremiów prawniczych, nie wspominając o wrażych europejskich pseudoautorytetach.

Oberwałem od Czytelników poprzedniego felietonu („Do ciebie – kolaborancie, wazeliniarzu i lizusie”), w którym napisałem, że rodacy mogli poczuć coś na kształt życzliwości dla prezydenta Dudy, kiedy „postawił się na piśmie Pierwszemu po bożku i wyśmiał strofującą go panią niedorzecznik rządu”. Wytknięto mi, że akurat w tym czasie Andrzej Duda był łaskaw poinformować naród, iż nie jest i nie może być prezydentem wszystkich Polaków, w szczególności tych, których przodkowie maczali brudne paluchy w komunistycznym bezprawiu, a zatem – zdaniem moich polemistów – o żadnym współczuciu do tego pana mowy być nie może. Ten zarzut uważam jednak za nietrafny, a nawet wysoce niesmaczny. Cóż takiego bowiem powiedział pan prezydent? Otóż on powiedział prawdę! Rezydentem Kaczyńskiego i delegatem PiS w Belwederze był przecież od początku, takim pozostał do dzisiaj, a teraz po prostu zadeklarował, że będzie się tego trzymał. Wypada więc okazać mu odrobinę szacunku za prawdomówność i niezłomną konsekwencję. Tym bardziej, że pan prezydent musi się czuć bardzo samotny. Przecież w bezprawiach komuny umoczeni byli w rozmaity sposób przodkowie niemal wszystkich Polaków, w tym również tego człowieka, który desygnował Dudę na etat prezydenta. Jeśli więc mój imiennik nie może się czuć prezydentem nawet ludzi z PiS, to wypada serdecznie mu współczuć. A to jeszcze nie wszystkie powody, by okazać życzliwość Andrzejowi Dudzie.

Oto bowiem pan prezydent okazał prawdziwy heroizm: ni mniej ni więcej zawiadomił, że „Polska musi być krajem, gdzie wszyscy są absolutnie równi wobec prawa”. I tu się chłop naraził okrutnie! Za jednym zamachem podpadł i pani premier, która wielokrotnie złamała Konstytucję nie publikując orzeczeń TK, i panu Kaczyńskiemu, który do łamania prawa podpuszczał, i marszałkowi Sejmu, organizującemu wyścigi w uchwalaniu byle jakich ustaw z naruszeniem regulaminu Sejmu oraz pominięciem obligatoryjnych opinii, i pani prezes Trybunału Konstytucyjnego, która sama się uchwaliła na stanowisku, i panu Macierewiczowi z Misiewiczem, który wiadomo, i wielu, wielu innym. Jeśli dodać do tego wcześniejsze oświadczenie Niezłomnego, że „nikt, kto złamał prawo, nie może pozostać bezkarny”, to nie powinno już budzić wątpliwości, że mamy do czynienia nie tylko z człowiekiem wiarygodnym i prawdomównym, ale wręcz z bohaterem naszych czasów. Pan prezydent stanął bowiem z otwartą przyłbicą naprzeciw wszystkim funkcjonariuszom obecnej władzy! I bynajmniej na tym nie poprzestał. Za jednym zamachem postanowił wyposażyć władzę w nowe, lepsze prawo, którego naruszać nie będzie już w stanie.

W odpowiedzi na mój wcześniejszy felieton („Alleluja i do tyłu”), gdzie wieszczyłem rychłe rozpoczęcie prac nad nową ustawą zasadniczą, Andrzej Duda ogłosił rozpoczęcie przygotowań do zmiany Konstytucji. Również przy tej okazji walił prawdą na odlew, aż furczało. Przede wszystkim stwierdził, że obecna Konstytucja nie funkcjonuje dobrze. Wywiódł to z żelazną logiką: Konstytucja nie funkcjonuje dobrze, ponieważ nie jest używana, a nie jest używana dlatego, że taka nieużywana nie może być ani dobra, ani potrzebna. Prawda, że źli ludzie chcieliby postawić pana prezydenta przed Trybunałem Stanu za nierealizowanie postanowień dotychczasowej ustawy zasadniczej, a oszczercy zarzucają mu, że nową Konstytucją, dostosowaną do prezydenckich idei, zamierzeń i upodobań, chce zalegalizować swoje dotychczasowe bezprawie. Ale przecież na każdym wydziale prawa potwierdzą, że prawo niestosowane nie jest dobrym prawem, więc z jakiej racji prezydent miał używać Konstytucji, jeśli jest ona niedobra? A jest niedobra, bo bronią jej prawnicy, ponieważ „była tworzona przez prawników, a w Trybunale Konstytucyjnym orzekali prawnicy”. Prezydent wie, co mówi, bo przecież sam jest prawnikiem… Sytuacja będzie całkiem inna, gdy nową Konstytucję stworzą robotnicy, chłopi i inteligencja pracująca. Wtedy ustawa zasadnicza będzie już dobra, a pan prezydent będzie jej przestrzegał jak nie wiem co, każdego dnia i w każdej linijce. Potomkowie ubeków będą mu mogli nagwizdać.

Otoczony wrogami, osamotniony wśród pociotków zdradzieckich komuchów, niezłomny Andrzej Duda jest dzisiaj samotnym prorokiem, objawiającym niewiernym nowe kamienne tablice. Nie zważa na „jazgot” szyderców dopytujących, dlaczego referendum konstytucyjne ma się odbywać przed sprecyzowaniem zapisów Konstytucji, a nie po jej przyjęciu, jak nakazuje prawo. Nie dociera do nich, że to jest złe prawo, a prezydent ma bronić prawa dobrego, które potrafi wysupłać z gąszczu wątpliwych przepisów, bo jak wielokrotnie dowiódł jest prawnikiem lepszym od wszystkich polskich gremiów prawniczych, nie wspominając o wrażych europejskich pseudoautorytetach. I jeszcze jedno: ci sami oszczercy pokrzykiwali niedawno, że władza nie szanuje suwerena, bo nie chce referendum w sprawie metropolii i reformy oświaty. Kto nie chce, ten nie chce, a pan prezydent chce i to w sprawie o wiele ważniejszej niż jakieś tam gminne czy szkolne przepychanki. I nieprawdą jest, jakoby konstytucyjną debatę ogłosił z głupia frant czy wręcz dla przypomnienia o swoim istnieniu, bez własnej koncepcji ustawy i bez wiedzy, o co właściwie zapyta w tym referendum.

Udało mi się dotrzeć do pytań referendalnych. Właściwie będzie tylko jedno: „Czy jesteś za tym, żeby obecną niedobrą Konstytucję, której nie sposób przestrzegać, zmienić na dobrą, na którą zasługujesz, przygotowaną przez najlepszych fachowców dobrej zmiany, dzięki którym Polki i Polacy otrzymali 500 plus i wcześniejszą emeryturę, Narodowi przywrócono godność, a naszej Ojczyźnie rzeczywistą, pełną demokrację, o której szkalujące nas kraje Unii Europejskiej mogą tylko pomarzyć?”.

Andrzej Karmiński

koduj24.pl

We Francji już wszystko jasne! Zwycięzcą wyborów prezydenckich został 39-letni Emmanuel Macron

07.05.2017

Bez niespodzianki we Francji. Jak wynika z pierwszych badań exit poll spływających znad Sekwany, 39-letni Emmanuel Macron został 8. prezydentem V Republiki. Na założyciela przełamującego polityczne status quo En Marche! zagłosowało 65,9 proc. Francuzów. Skrajnie prawicowa populistka Marine Le Pan z Frontu Narodowego uzyskała poparcie na poziomie 34,1 proc.

http://natemat.pl/207543,we-francji-juz-wszystko-jasne-zwyciezca-wyborow-prezydenckich-zostal-39-letni-emmanuel-macron

Macron wygrał francuskie wybory prezydenckie. Mocna przewaga nad Le Pen [NA ŻYWO]

07.05.2017

 

Przyszłemu prezydentowi pogratulowali już także premier Belgii Charles Michel i szef Europarlamentu Antonio Tajani. „Brawo Emmanuel Macron, będziemy współpracować razem na rzecz nowego impulsu europejskiego” – napisał Michel na Twitterze.

„Liczymy, że Francja pozostanie w sercu Europy, że będziemy zmieniać Unię wspólnie, by przybliżyć ją obywatelom” – z kolei Tajani.

Centrysta Emmanuel Macron zwyciężył ze zdecydowaną przewagą we francuskich wyborach prezydenckich. Według sondażu exit poll Ipsos zdobył ponad 65 proc. głosów. Jego konkurentka, skrajnie prawicowa Marine Le Pen, uzyskała ok. 35 proc. głosów. Już niedługo powinniśmy zacząć poznawać oficjalne, cząstkowe wyniki drugiej tury wyborów prezydenckich we Francji.

Macron powinien wygłosić przemówienie miedzy godziną 21 a 22. Zapraszamy do śledzenia naszej relacji na żywo!

Emmanuel Macron ma 39 lat. Kierował polityką inwestycyjną w banku Rothschildów. W gabinecie ustępującego prezydenta Francois Hollande’a odpowiadał za politykę gospodarczą, zaś w socjalistycznym rządzie Manuela Vallsa kierował ministerstwem gospodarki. W ubiegłym roku utworzył i stanął na czele socjal-liberalnej partii En Marche!

 

Jakub Majmurek z „Krytyki Politycznej” komentuje w specjalnym powyborczym programie w TOK FM: Apokalipsa chwilowo odroczona, Unia Europejska się nie rozpada, Francja nie wychodzi ze strefy euro, na Kremlu nie otwierają szampanów – komentował publicysta wyniki wyborów prezydenckich we Francji. – Cała progresywna Europa może się cieszyć – dodał.

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/14,114881,21776344.html#MT

„wSieci”: Opozycja chce unicestwienia PiS

07.05.2017

Totalna opozycja chce nie tylko pozbawienia PiS władzy, lecz także unicestwienia tej partii i odwetu na jej działaczach oraz zwolennikach – alarmuje tygodnik „wSieci” w zapowiedzi artykułu, który ukaże się w poniedziałek.

Tygodnik przewiduje, jakie kroki podejmie PO w celu przejęcia władzy w Polsce i zniszczenia PiS. W artykule wskazano siedem najważniejszych elementów scenariusza działań Platformy.

Zdaniem tygodnika pierwszym z nich jest „manipulacja sondażami”. „W Polsce część sondaży pełni funkcję +czynnika inicjującego+ akcje polityczne. I tylko po to są one robione. Tak też było w przypadku sondaży wskazujących na +odrodzenie+ Platformy Obywatelskiej i powrót do duopolu PiS-PO. Opinia publiczna dostała komunikat, że Platforma jest właściwie jedyną poważną siłą opozycji, więc ma prawo do narzucenia własnej agendy i strategii” – czytamy w materiale „Siedem kroków do puczu”.

Analizując rolę mediów dziennikarz tygodnika Stanisław Janecki ocenia, że obecnie można zaobserwować „ponowną konsolidację polityczną (wokół PO i Grzegorza Schetyny) oraz tworzenie jednolitego frontu poparcia”.

Zdaniem „wSieci” innym punktem scenariusza PO jest również „zastraszanie”. „Zwolennicy PiS będą straszeni bezwzględnym odwetem po przejęciu władzy przez opozycję, np. utratą pracy, co ma złamać ducha części z nich. Przygotowywane są różne formy dyskryminacji i napiętnowania” – informuje tygodnik.

W zapowiedzi artykułu pojawia się teza, że PO przypuści „zmasowany atak donosami” na różne instytucje europejskie i unijne. „Nawet nie chodzi o to, żeby były one od razu skuteczne, mają nieustannie angażować rząd Beaty Szydło i wywoływać dyskusje na poziomie Komisji Europejskiej czy europarlamentu” – podkreśla „wSieci”.

msn.pl

200 kiboli zorganizowało zasadzkę przy autostradzie A4. Mieli siekiery, maczety, pałki i noże

Marcin Pietraszewski

07 maja 2017

Kibole Ruchu Chorzów, Wisły Kraków i Elany Toruń planowali zaatakować jadących autostradą A4 szalikowców Śląska Wrocław. Tylko dzięki stanowczej reakcji śląskiej policji nie doszło do tragedii. – Szalikowcy mieli siekiery, maczety, pałki teleskopowe i noże – mówi jeden z oficerów policji.

Do zdarzenia doszło w sobotę w lesie przy autostradzie A4 w Zabrzu. Policja odebrała zgłoszenie, że między drzewami zaparkowało tam około 50 samochodów osobowych. Wysiedli z nich młodzi ludzie, część z nich miała kominiarki na głowach. – Szacujemy, że pojawiło się tam około 200 osób – mówi jeden z policjantów.

Kibole wpadli w panikę

Oficer dyżurny zareagował błyskawicznie i wezwał funkcjonariuszy ze szkolonych do walki z tłumem oddziałów prewencji z Katowic. Wspierały ich patrole komendy miejskiej w Zabrzu.

Prokuratura: kibole GieKSy skatowali człowieka. Na zlecenie

Kiedy mundurowi zaczęli zjeżdżać na miejsce, młodzi mężczyźni wpadli w panikę. Część próbowała wyjechać z położonego przy autostradzie lasu, pozostali zaczęli ukrywać się między drzewami. Policjanci otoczyli cały teren i wylegitymowali 114 osób. Okazało się, że to znani służbom kryminalnym kibole Ruchu Chorzów, Wisły Kraków oraz Elany Toruń. 29 z nich zostało ukaranych mandatami za parkowanie w niedozwolonym miejscu i zaśmiecanie terenu.

Cały stos sprzętu do walki

Podczas obławy funkcjonariusze znaleźli porzucone w lesie siekiery, maczety, pałki teleskopowe, noże, gaz łzawiący, race, a także atrapy pistoletów.

– Tego sprzętu uzbierał się cały stos – mówi jeden z oficerów śląskiej policji. Dodatkowo w kilkudziesięciu zrewidowanych samochodach znaleziono wykorzystywane w sportach walki ochraniacze na szczęki oraz kominiarki.

Co kibole robili w lesie przy A4? Kryminalni ustalili, że szykowali zasadzkę na szalikowców Śląska Wrocław, którzy po sobotnim meczu swojej drużyny w Gliwicach planowali pojechać do Krakowa.

– Gdybyśmy nie zareagowali, mogłoby dojść do tragedii. Nie mam wątpliwości, że podczas ataku z użyciem siekier i maczet musiałaby się polać krew – podkreślają mundurowi.

To nie pierwszy incydent

To już kolejny incydent z udziałem kiboli Ruchu Chorzów. Pod koniec kwietnia kilkudziesięciu zamaskowanych szalikowców tej drużyny przemaszerowało przez Osiedle Tysiąclecia w Katowicach. Tam zostali zatrzymani przez policję.

Twierdzili, że nic nie zrobili, a zebrali się tylko dlatego, bo chcieli kręcić film promocyjny. Kryminalni podejrzewali jednak, że szykowali się na ustawkę z szalikowcami GKS Katowice, ale prawdopodobnie nie potrafili ich znaleźć.

wyborcza.pl

Były poseł farmerem w Nigerii

07.05.2017

John Godson, były poseł PO i PSL wycofał się z polityki i teraz hoduje świnie i kozy w Nigerii.

Gospodarstwo byłego polityka nosi nazwę Pilgrim Ranch. Ma obecnie 608 hektarów, a docelowo ma być przynajmniej 2,5 raza większe.

Na ranczu hodowane są obecnie jedynie świnie i kozy, ale w planach są jeszcze krowy, owce i ryby. Uprawiane mają być maniok, soja i kukurydza.

O rozwoju gospodarstwa były poseł informuje na bieżąco na swoim profilu na Facebooku oraz na blogu.

– W Pilgrim Ranch sadzimy kilkaset drzew kokosowych. Nie tylko będą upiększały rancho. Chcemy przywitać każdego gościa rancza świeżym, orzeźwiającym sokiem z kokosów – napisał John Godson.

W innym poście donosi: – Co za dzień! Trzy maciory urodziły 25 prosiąt w Pilgrim Ranch. W ciągu dwóch miesięcy 15 macior urodziło 115 prosiąt. Kocham tę robotę – napisał były poseł.

Pochwalił się też, że dostał pismo od króla królestwa Isuochi- Eze Dr G.I. Ezekwesiri oraz rady królewskiej z decyzją o nadaniu mu tytułu szlacheckiego.

Zdradził też, że chce się zając przetwórstwem żywności, bo tego w Nigerii bardzo brakuje. – Mamy przez cały rok ciepło, ludzie nie zajmują się przetwarzaniem żywności – tłumaczył.

Chce też postawić na turystykę. Zamierza zapraszać także Polaków, by korzystali z uroków pobliskich gór i oceanu. – Największą atrakcją dla Polaków będzie chyba to, że tutaj cały rok jest ciepło. Można jeść świeże mango, awokado, ananasy – wylicza farmer.

Ma szerokie plany wobec swojego gospodarstwa. Chce zatrudnić nawet ponad 1 tys. osób. Obecnie – 25. Były poseł sam też pracuje na ranczu. Inwestycja ma kosztować aż kilkadziesiąt milionów dolarów.

Ranczo byłego posła powstało w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Większościowym udziałowcem jest spółka Godsona, mniejszościowym – nigeryjska gmina, która przekazała ziemię na działalność rolniczą.

Były poseł poszukuje inwestorów, zwłaszcza że prognozy demograficzne są bardzo optymistyczne dla Nigerii. W 2100 roku ten kraj ma zamieszkiwać aż miliard osób, czyli pięć razy więcej niż dzisiaj.

Polityczna kariera Godsona w Polsce była barwna. Kilkanaście lat temu chciał zapisać się do Prawa i Sprawiedliwości, bo nazwa partii kojarzyła mu się z wersetem biblijnym „On miłuje prawo i sprawiedliwość: ziemia jest pełna łaskawości Pańskiej”. Ale z tej partii nie dostał odpowiedzi.

Postawił więc na Platformę Obywatelską. Z jej list został radnym Łodzi. W 2010 roku został posłem PO i objął mandat po Hannie Zdanowskiej, która została prezydentem Łodzi i odeszła z Sejmu.

W 2011 roku Godson wywalczył mandat posła, startując z listy Platformy. Zdobył prawie 30 tysięcy głosów, pokonując nawet Cezarego Grabarczyka, ówczesnego ministra infrastruktury.

W sierpniu 2013 roku odszedł z Platformy Obywatelskiej. Razem z Jarosławem Gowinem i Jackiem Żalkiem założył partię Polska Razem.

Z tej partii rok później wystartował w wyborach do Parlamentu Europejskiego zdobywając zaledwie 4139 głosów. Kilka miesięcy później jako kandydat niezależny ubiegał się o fotel prezydenta Łodzi. Wybory przegrał.

W 2014 roku wstąpił do PSL. Z list tej partii starował w wyborach parlamentarnych z Łodzi. Miał trzecie miejsce na liście i zdobył zaledwie 1583 głosów. Do Sejmu nie wszedł.

msn.pl

Ernest Hemingway, szpieg NKWD

07.05.2017

Ernest Hemingway, pisarz, laureat literackiej nagrody Nobla, był za czasów rządów Józefa Stalina sowieckim szpiegiem o psueudonimie „Argo” – pisze były agent CIA Nicholas Reynolds.

W książce „Pisarz, żeglarz, żołnierz, szpieg. Tajne przygody Ernesta Hemingwaya 1935-1961” były agent CIA Nicholas Rayolds twierdzi, że z dokumentów KGB, do których miał dostęp, wynika, że Ernest Hemingway był sowieckim agentem.

Z dokumentów wynika, że Hemingwaya w 1940 roku zwerbował radziecki szpieg ówczesnego NKWD, działający w Nowym Jorku Jacob Golos.

Według dokumentów, Hemingway zgodził się na propozycję współpracy, ale nie dostarczył NKWD żadnych raportów, ale „wielokrotnie wyrażał chęć współpracy”.

Były agent wyznał w swojej książce, że był wstrząśnięty informacjami zawartymi w dokumentach NKWD.

„Wiadomość o tym, że Ernest Hemingway współpracował z Sowietami, że został przez nich zwerbowany, była dla mnie trudna do przełknięcia. Czułem się fizycznie chory” – napisał Reynolds.

Były agent szczegółowo opisuje kontakty pisarza z amerykańskimi organizacjami wywiadowczymi, takimi jak FBI, OSS (Biurem Służb Strategicznych) czy Biurem Wywiadu Marynarki Wojennej (ONI).

Jak twierdzi Reynolds, współpraca z NKWD wywarła ogromny wpływ na zachowanie Hemingwaya i jego twórczość, a nawet odegrała znaczącą rolę w decyzji pisarza o popełnieniu samobójstwa w 1961 roku.

msn.pl

NIEDZIELA, 7 MAJA 2017

„Tuskowi chodzi o własną karierę”. DoRze zapowiada wywiad z premier Szydło

17:02

„Tuskowi chodzi o własną karierę”. DoRze zapowiada wywiad z premier Szydło

Projekt programu PiS jest dokładnie policzony. Jesteśmy rozsądną ekipą, która chce dynamicznie pobudzać gospodarkę. Myślimy o wzroście gospodarczym, o stabilności finansów i jednocześnie o realizacji obietnic społecznych, tak by to wszystko razem współgrało – mówi w rozmowie z Piotrem Gabryelem i Kamilą Baranowską premier Beata Szydło.

16:55

„Wprost” spekuluje o starcie Tuska w wyborach prezydenckich

Donald Tusk rozważa start w wyborach, plan mogą pokrzyżować Andrzej Duda i Grzegorz Schetyna – tak „Wprost” zapowiada tekst Elizy Olczyk. Według gazety, „współpracownicy Tuska twierdzą, że w 2020 r. były szef PO gotów jest stanąć do wyścigu prezydenckiego”.

12:35

“Rozpoczynamy sezon na szczupaki”. Europoseł PiS publikuje zdjęcie Kaczyńskiego z wędką

Jarosław Kaczyński spędza w weekend w Szczecinie. Wczoraj – pół godziny przed marszem PO – w Stoczni Szczecińskiej spotkał się z mediami, gdzie mówił o gospodarce morskiej i o tym, że Pi jest partią wolności. Dzisiaj łowił szczupaki, o czym napisał na Twitterze europoseł PiS Czesław Hoc, publikując na dowód zdjęcie.

300polityka.pl

05.05.2017

Waszczykowski odwołał wizytę Macrona, zanim została zaplanowana

Nie jestem w stanie ocenić, kto w PiS dzierży palmę pierwszeństwa w specyficznym odjeździe. Na pewno pierwszy jest prezes, ale musi się odezwać. A nie zawsze chce mu się opuszczać gabinet nowogrodzki.

Kto jednak plasuje się za nim? Witold Waszczykowski ma solidną palmę. Właśnie podzielił się owocami swej palmy.

Waszczykowski był powiedzieć o przyszłym (pewniaku) prezydencie Francji Emmanuelu Macronie: „Jeśli Macron zostanie prezydentem, to będzie musiał świecić oczami, gdy przyjdzie mu odwiedzić Polskę po wyborach”.

Jak takie dictum potraktować? To nie mógł powiedzieć żaden dyplomata, tak mówią dyplomatołki, jak określał walory osobników typu Waszczykowskiego wspaniały Waładysław Bartoszewski.

Gdy to usłyszałem, od razu pomyślałem, że Macron nie przyjedzie do Polski. Nawet o tym nie pomyśli. Bo po co?

Jeszcze lepiej spointował to Bartosz T. Wieliński, publicysta „Wyborczej”: „Waszczykowskiemu udało się właśnie odwołać pierwsza wizytę Macrona w Polsce, zanim została zaplanowana”.

Bardzo trafnie. Pisowskie dyplomatołki mają szczególny dar. Inni by mocowali się, aby jak najgorzej cokolwiek zepsuć, im to przychodzi bez wysiłku. Knocą od niechcenia.

Nie każdy rodzi się z takim darem matołectwa.

tokfm.pl

Jakie barwy narodowe reprezentuje Waszczykowski?

Mediom proponuję taki eksperyment: wypowiedzi niektórych polityków polskich publikować bez nazwiska i pozwolić czytelnikom, bądź widzom zgadywać ich narodowość.

Ciekawe jak w tej konkurencji mniemanych barw narodowych wypadłby Witold Waszczykowski? Jestem pewien, że przed szczytem Unii Europejskiej ws. wyboru szefa Rady Europejskiej, wypowiedzi Waszczykowskiego byłyby klikane w każdą kratkę z wymienioną narodowością (Francuz, Niemiec, Rosjanin, Albańczyk), ale nie Polak, nawet gdyby Polak był pierwszym z wymienionych.

Dlatego nie bądźmy zdziwieni, że sukcesem Waszczykowskiego był wynik 1:27. Taki to z niego odwrócony Polak. W tajnej dyplomacji owa postawa ma bardzo deprecjonujący rzeczownik, jest antonimem patrioty.

Mimo wpadek Waszczykowski jest polskim szefem dyplomacji. Który z członów tego opisu funkcji jest prawdziwy w wypadku Waszczykowskiego: czy polski?, czy szef?, czy dyplomata?

Znamienne są ostatnie wypowiedzi Waszczykowskiego dotyczące kandydata na prezydenta Francji Emmanuela Macrona (pisze na kilka godzin przed zakończeniem głosowania we Francji).

Nie będę wdawał się w prehistorię wpadek Waszczykowskiego. Prehistorią w jego wypadku są wypowiedzi sprzed miesiąca, ma taka nadprodukcję idiotyzmów, iż szybko zapominamy stare, bo nowe są na medialnej tapecie.

I tak ostatnio był się wyrazić o Macronie: „Jeśli Macron zostanie prezydentem, to będzie musiał świecić oczami, gdy przyjdzie mu odwiedzić Polskę po wyborach”. Publicysta „Wyborczej” Bartosz T. Wieliński skontatował: „Waszczykowskiemu udało się właśnie odwołać pierwsza wizytę Macrona w Polsce, zanim została zaplanowana”.

Takie osiągnięcie dyplomatyczne udaje się tylko dyplomatołkom – jak kapitalne sklasyfikował osobników typu „Waszczykowski” nasz wielki rodak, nieśmiertelny Władysław Bartoszewski. Waszczykowski jednak się nie poddaje, w „Salonie politycznym Trójki” 5 maja ocenił siłę gospodarczą Francji: „Gospodarka francuska nie potrafi konkurować z takimi gospodarkami jak Polska. Głównie chodzi o pieniądze, o ochronę rynku, o inteligentny protekcjonizm. Nie radząc sobie z naszą konkurencją, wyciąga się zarzuty polityczne.”

W związku z tą wypowiedzią zasadne jest zapytanie – trzymając się poetyki PiS – jakiego sortu dyplomatołkiem jest Waszczykowski. Waszak wiadomym jest, iż rodacy Talleyranda wypowiedzi takich dyplomatołków odhaczają ze szczególną satysfakcją, francuscy politycy w ogole przechodzą bardzo solidne szkoły.

Waszczykowski mówił wszak o gospodarce pięć razy większej niż polska. PKB Francji wyniosło w 2015 roku 2,419 biliona dolarów, Polski – 500 miliardów dolarów, daje to ojczyźnie Macrona 7 miejsce na świecie, podczas gdy my jesteśmy skladyfikowani na 24. Francuzi mają trzykrotnie większe PKB na głowę mieszkańca. Gdyby Francuzom nie rosło, a nasz wzrost gospodarczy wynosiłby 3-4 procent rocznie, to doszlibyśmy do poziomu ich bogactwa za kilkadziesiąt lat.

Unia Europejska po wyborach we Francji, a nastepnie w Niemczech szczególnie przyspieszy w reformowaniu się, tj. w integrowaniu, więc bardzo zasadne jest pytanie: jakie barwy narodowe reprezentuje Waszczykowski? Że nie polskie, łatwe jest do sprawdzennia w eksperymentach, które zaproponowałem na samym początku tego felietonu. Wystarczy cytować go bez nazwiska.

, 7 MAJA 2017

Nowy szczyt megalomanii. Zdaniem Waszczykowskiego polska gospodarka bije francuską na głowę. I dlatego Macron odgrywa się na PiS

in. Waszczykowski ma kuriozalne wytłumaczenie, dlaczego kandydat na prezydenta Emmanuel Macron krytykuje autorytaryzm polskich władz. Robi to z zazdrości o konkurencyjność polskiej gospodarki. Słowa ministra to kpina ze statystyk i policzek dla pracowników. Bo jeśli polska gospodarka wyprzedza francuską, to w śmieciowym zatrudnianiu i „wyciskaniu” ludzi

Emmanuel Macron, który według sondaży ma dziś – 7 maja 2017 – zostać prezydentem Francji, dotkliwie skrytykował polskie władze podczas wiecu wyborczego w Paryżu 1 maja 2017 roku:

„Kim są przyjaciele i sojusznicy pani Le Pen? Znacie ich. To reżimy panów Orbána, Kaczyńskiego i Putina. To nie są ustroje otwartej i wolnej demokracji. Codziennie łamane są tam liczne swobody, a wraz z nimi nasze zasady”.

Słowa nie spodobały się przedstawicielom PiS i wywołały kilka zdumiewających odpowiedzi. Jarosław Kaczyński, stwierdził, że Polska ma najlepszą demokrację w Europie, a Ministerstwo spraw zagranicznych wystosowało specjalne oświadczenie.

„Wartości i zasady wolnej demokracji są w Polsce przestrzegane. Do fundamentalnych wartości obecnych w polskiej kulturze i tradycji politycznej od kilkuset lat zaliczamy także szacunek i tolerancję dla tych, którzy mają inne poglądy polityczne lub są innego wyznania. Chcemy ponadto przypomnieć, że ktokolwiek zna historię i wewnętrzną scenę polityczną w Polsce, nie ma prawa oskarżać Polaków o sympatię wobec imperialnej Rosji” – napisał MSZ


Przeczytaj też:

Kaczyński: „Polska demokracja jest najlepsza”. OKO.press: znalazłoby się kilka lepszych

AGATA SZCZĘŚNIAK  2 MAJA 2017


Ale wszystkich przebił minister spraw zagranicznych, który powinien szczególnie uważać na słowa. Waszczykowski śmiało wkroczył w dziedzinę gospodarki.



Gospodarka francuska nie potrafi konkurować z takimi gospodarkami jak Polska. Głównie chodzi o pieniądze, o ochronę rynku, o inteligentny protekcjonizm. Nie radząc sobie z naszą konkurencją, wyciąga się zarzuty polityczne.

Witold Waszczykowski, Salon polityczny Trójki – 05/05/2017

fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta


FAŁSZ. POLSKA Z FRANCJĄ WYGRYWA TYLKO W „WYCISKANIU” PRACOWNIKÓW.



Na takie dictum ministra OKO.press reaguje mocnym zdziwieniem. Już sam argument „czepiają się nas, bo nam zazdroszczą” brzmi odrobinę dziecinnie.

Polska gospodarka dominująca nad francuską? Najprostsze dane pokazują coś odwrotnego.

Całkowity produkt krajowy brutto (PKB) Francji wyniósł w 2015 roku 2,419 biliona dolarów, Polski – tylko 500 miliardów dolarów. Francuska gospodarka jest więc pięć razy większa od polskiej – daje jej to 7. miejsce na świecie. Polska jest dopiero na 24. miejscu.

Podobnie jest pod względem (nominalnego) PKB na głowę mieszkańca. We Francji jest ponad trzykrotnie większe niż w Polsce (38,1 do 12,3 tys. USD w 2016 r.). Po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej 42,3 do 27,8.

Faktycznie, od lat mamy wyraźnie większe tempo wzrostu, ale nawet zakładając, że Francja przestałaby się rozwijać zupełnie, a Polska będzie to robić w tempie obecnych 3 proc., to nasza gospodarka doścignie rozmiarem francuską dopiero za kilkadziesiąt lat.

Tempo wzrostu PKB w latach 1991 – 2015

Źródło: Bank Światowy

Ciężką pracą Polacy się nie bogacą

Ale w wypowiedzi ministra Waszczykowskiego chodzi o coś więcej. Minister pił zapewne do innych słów francuskiego polityka dotyczących polskiej gospodarki. Macron stwierdził w wywiadzie, że jest za sankcjami dla Polski, m.in. za stosowanie dumpingu socjalnego. „W ciągu trzech miesięcy po wybraniu mnie (na prezydenta) podjęta zostanie decyzja w sprawie Polski” – powiedział kandydat na prezydenta Francji.

„Nie możemy tolerować kraju, który w Unii Europejskiej rozgrywa różnice kosztów społecznych [kosztów pracy], i który narusza wszystkie zasady Unii” – dodał.

Słowa padły w kontekście decyzji amerykańskiej firmy Whirpool, która zamierza zamknąć fabrykę sprzętu AGD we francuskim Amiens i przenieść ją do Łodzi. Firmę skusiły głównie niższe koszty produkcji w Polsce.

W Polsce koszty pracy są faktycznie niskie – niemal czterokrotnie niższe niż we Francji. Polska jest pod tym względem szósta od końca w całej UE. Francja – piąta od góry.

Macron jest zaś przeciwnikiem konkurowania niskimi płacami wewnątrz Unii. Przynajmniej częściowe ograniczenie różnic płacowych to jeden z jego pomysłów na Europę – chce rozbudowania wewnątrzeuropejskiego rynku przetargów. Nie będzie to możliwe jeśli konkurować będą ze sobą kraje, wśród których w jednym pensje dla wykonawców będą kilkukrotnie niższe niż w drugim.

Waszczykowski ma więc częściowo rację. Faktycznie jesteśmy bardziej konkurencyjni od Francuzów.

Ale głównie pod jednym względem – jako kraina niskich kosztów pracy i miejsce taniej produkcji towarów na sprzedaż na rynkach zachodnich.

Polak/Polka pracuje średnio w tygodniu o 3,5 godz. dłużej od Francuza/Francuzki (pod względem tygodniowego czasu pracy w UE wyprzedza nas tylko Grecja i Bułgaria). Jednocześnie zarabia 3,5, a nawet krotnie mniej – średnia roczna pensja we Francji wynosiła w 2015 roku 40,5 tys. USD, a w Polsce 12,3 tys. USD. Polscy pracownicy otrzymują też mniej niematerialnych korzyści z pracy – we Francji przysługuje np. 30 dni urlopu rocznie, w Polsce maksymalnie 26 dni.

Polska miała też wydajność pracy w ostatnich dwóch dekadach jedną z najszybciej rosnących  w UE – to znaczy, że polscy pracownicy i pracowniczki z każdym rokiem generują dla swoich pracodawców coraz większy przychód w przeliczeniu na godzinę pracy.

Słowa Waszczykowskiego są więc obrazą dla polskich pracowników. Firmy takie jak Whirpool przenoszą fabryki do Polski, bo są w stanie otrzymać wysoką jakość, płacąc za pracę dumpingową – w porównaniu z Francją – cenę.

Waszczykowski byle jakie pensje nazywa więc inteligentnym protekcjonizmem, a najdłuższy (godzinowo) czas pracy w Europie – ochroną rynku.

Miernotę polskiego rynku pracy widać najwyraźniej w udziale płac w PKB, czyli całości gospodarki. W 2014 roku wyniósł on 46 proc, wobec 56 proc. średniej UE i 59 proc. we Francji. Oznacza to, że choć Polska gospodarka od lat dynamicznie się rozwija, to owoce tego rozwoju trafiają do jego głównych wytwórców, czyli pracowników, w wyraźnie mniejszym stopniu niż średnio w UE.

Przyzwolenie każdej kolejnej władzy na utrzymywanie niskich płac prowadzi do negatywnych skutków nie tylko dla milionów osób w Polsce, ale także całej gospodarki.

To jedno z podstawowych źródeł tzw. pułapki średniego dochodu, z którą chce walczyć minister Morawiecki dzięki swojej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Przyzwolenie na niskie płace sprawia, że pracodawca często nie musi się troszczyć o większą innowacyjność i wartość dodaną produkcji (polski przemysł wypada pod tym względem wyjątkowo kiepsko na tle UE), bo wyższy zysk może zagwarantować sobie mocniejszą eksploatacją pracowników.

 

oko.press

John Oliver: Jeśli zastanawiałbym się, czy mogę coś powiedzieć, oznaczałoby to, że nie ma wolności słowa

 07.05.2017
Artur Zaborski
Nie możemy zamykać innym ust tylko dlatego, że się z nimi nie zgadzamy – przekonuje John Oliver, gospodarz popularnego amerykańskiego programu satyrycznego. Rozmawiamy z nim o Donaldzie Trumpie, postprawdzie i misji, którą ten rodowity Brytyjczyk ma do zrealizowania w Stanach Zjednoczonych.

John Oliver to dziś jedna z najważniejszych osobowości telewizyjnych. Jest gospodarzem satyrycznego programu „Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem„, który od 2014 roku pokazywany jest przez stację HBO. Słynie z zajadłej, ale merytorycznej i dobrze uargumentowanej krytyki Donalda Trumpa, obnażania niewydolności amerykańskiego systemu prawnego czy demaskowania nieuczciwych praktyk światowych koncernów. Oliver w swoim programie skupia się też na sprawach międzynarodowych – wojnie w Syrii, Brexicie czy wyborach we Francji. Choć mówi, że nie jest dziennikarzem, jego program jest – bardzo rzadką dzisiaj – wysokiej próby telewizyjną publicystyką opartą na ciętej satyrze. Z Johnem Oliverem spotkaliśmy się w nowojorskiej siedzibie stacji.

Kadr z programu ''Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem'' (fot. materiały prasowe HBO)Kadr z programu ”Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem” (fot. materiały prasowe HBO)

Czy dojście Donalda Trumpa do władzy zmieniło tematykę pańskich dowcipów?

W procesie tworzenia komedii normalnie bierze się coś poważnego i robi się z tego coś głupiego – ale w przypadku Trumpa jest inaczej. On mówi tak głupie rzeczy, że istotne jest pokazanie widzom, że to wcale nie jest zabawne. Poprzedni rok był dla nas wymagający, bo musieliśmy się skupić na pokazaniu niebezpieczeństwa, jakie tkwi w tym, co w trakcie kampanii postulował Trump. W perspektywie kolejnych miesięcy również nie będzie łatwo, bo pan od mało zabawnych postulatów został zaprzysiężony na prezydenta jednego z najpotężniejszych krajów świata.

Czy w obliczu zaprzysiężenia Trumpa planuje pan więcej miejsca w programie poświęcić jego osobie?

– Nie chcę podążać łatwą drogą i mówić jedynie o prezydencie. W zeszłym roku na 30 odcinków tylko osiem było o wyborach. Świat pełny jest ważkich kwestii. Trump nie może nam wmówić, że jest najważniejszy. Nie jest ani jego pępkiem, ani kimś, w czyim cieniu pozostanie cała reszta.

Nowy prezydent nie przepada za dziennikarzami.

– To duży problem. Jedną z najlepszych rzeczy w Stanach jest wolność słowa. Amerykanie ją kochają i nie sądzę, żeby pozwolili komukolwiek się na nią zamachnąć. Jednak niektóre propozycje, dziś dyskutowane w Białym Domu, są dla tej wolności bardzo niebezpieczne. Nadchodzą trudne czasy dla dziennikarzy, dlatego trzeba ich bronić.

Kadr z programu ''Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem'' (fot. materiały prasowe HBO)Kadr z programu ”Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem” (fot. materiały prasowe HBO)

Pan czuje się dziennikarzem?

– Nie jestem dziennikarzem, a mój show nie jest formą dziennikarską. Mam duży szacunek do ludzi wykonujących ten zawód, dlatego nie zapaskudzałbym tego terminu moim programem i moją osobą. Mieliśmy w jednym odcinku dwudziestominutowy materiał o lokalnych dziennikarzach. Chciałem przekazać ludziom, że małe dzienniki to podstawa całego przemysłu informacyjnego. Nasz program nie mógłby istnieć bez dziennikarzy, zresztą nie tylko on, ale każdy program telewizyjny.

Pańskim zdaniem media dobrze poradziły sobie z relacjonowaniem kampanii prezydenckiej w USA?

Część tak, ale niektóre nie udźwignęły tego wyzwania. Relacjonowanie kampanii jest bardzo trudne, bo jest długa i męcząca. Bardzo łatwo jest przekazywać uproszczone informacje: Trump powiedział to, a Clinton tamto. Istotne jest jednak, że prócz tego powiedzieli siedemnaście innych rzeczy. Ten fałszywy balans był dużym problemem.

Mówi się, że Trump jest produktem medialnym, konkretniej: produktem stacji FOX.

– Nie przeceniałbym mocy sprawczej telewizji. Oczywiście dołożyła ona swoją cegiełkę do jego sukcesu wyborczego, ale pamiętajmy, że telewizja jest jednak przekaźnikiem treści i opinii, a nie dyktatorem, który mówi swoim odbiorcom, jak jest. I z przekazywania wiadomości ma być rozliczana. Ludzie nie są jej podporządkowani, zwłaszcza w Stanach, w których selekcja informacji ma się całkiem dobrze, choć oczywiście w tym kraju także uprawia się regularną manipulację faktami.

Kadr z programu ''Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem'' (fot. materiały prasowe HBO)Kadr z programu ”Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem” (fot. materiały prasowe HBO)

W USA też mówi się o postprawdzie, terminie, który robi teraz furorę w związku z tym, jak duża liczba fałszywych informacji dostaje się do mediów.

– Jedyną nową rzeczą związaną z tym tematem jest nazwa. Koncept tworzenia własnych faktów był czymś, co zdefiniowało niejedną kampanię, tak w USA, jak i w innych częściach świata. Teraz takie fakty są częściej obnażane, bo Internet pamięta, w przeciwieństwie do telewizji, prasy czy radia. Dementowanie nieprawdziwych informacji w „starych” mediach nie miało sensu, bo kto pamiętał newsa sprzed tygodnia? Dziś to wygląda inaczej, bo Internet podaje newsy w taki sposób, że nabudowuje jakby kolejne ich kondygnacje, warstwy. Łatwiej wrócić więc do początku całej historii.

Wspomniał pan o wolności słowa. Czuje się pan uprzywilejowany dzięki temu, że ma pan program właśnie w USA?

– Absolutnie, co nie znaczy, że nie robiłbym swojego programu na przykład w Polsce. W USA mam duże możliwości i chcę je w pełni wykorzystać. Jestem uprzywilejowany, żyję w kraju, w którym wolność słowa jest obywatelom gwarantowana – i chcę z niej, do cholery, korzystać. Tworzyliśmy odcinki o największych koncernach na świecie, choćby General Motors, bo mamy do tego prawo i sposobność. Jeśli zastanawiałbym się, czy mogę coś powiedzieć, oznaczałoby to jedno: że nie ma wolności słowa.

Dostał pan groźby po którymś odcinku?

– Z każdą firmą, o której mówimy w programie, twórcy show mają kontakt – kilka tygodni przed wyświetleniem programu informujemy ich, co o nich powiemy, pytamy, czy chcą odnieść się do naszych zarzutów. Ludzie mogą się nie zgadzać z naszymi konkluzjami, ale nie mogą negować faktów. Nie mają możliwości zablokować programu, mają natomiast pełne prawo do wytłumaczenia się z zarzucanych im czynów. Tak to działa.

Kadr z programu ''Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem'' (fot. materiały prasowe HBO)Kadr z programu ”Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem” (fot. materiały prasowe HBO)

Ktoś próbował zablokować program?

– Nikt nawet nas nie pozwał. Ludzie wiedzą, że z ich strony byłaby to tylko strata pieniędzy. Spodziewaliśmy się, że Trump wytoczy nam proces, ale tego nie zrobił. Zakładam, że bohaterowie programu nienawidzą nas za to, co robimy, ale nie mogą nam nic zarzucić, bo wiedzą, że mamy rację.

Nie wszyscy pana widzowie podzielają ten pogląd.

– Jeżeli ktoś śmieje się z czegoś, czego nie uważamy za zabawne, natychmiast jesteśmy do niego negatywnie nastawieni, taki śmiech bywa źródłem tarć. Jeśli ktoś żartuje z tego, co uważamy za święte, wtedy podejrzewamy go o działanie na naszą szkodę.  Całkowicie rozumiem, że są ludzie, którzy nie lubią mojego show, i akceptuję to. Nie zmienia to jednak faktu, że działam w świetle prawa i dbam o społeczny interes.

Czy jest pan w stanie dotrzeć do ludzi o innych poglądach politycznych niż pańskie?

– Niektórzy ludzie przestają słuchać, kiedy zabieram głos na jakiś temat. Po prostu mnie nie lubią, nie uważają za zabawnego – co całkowicie rozumiem – bądź widzą we mnie politycznego wroga. Bardzo trudno przebić się przez tę barierę. Istnieją jednak konserwatyści, którzy potrafią wznieść się ponad polityczne podziały. Denis Miller, bardzo zabawny komik, jest bardzo konserwatywny. Nie zgadzam się z nim w żadnej kwestii, ale to nie zmienia faktu, że jest niezaprzeczalnie świetny w swoim fachu, rozśmiesza mnie do łez. Jestem jednak pewny, że jest mnóstwo liberałów, którzy nie znieśliby słuchania Millera. Nigdy nie przekonam do siebie ekstremistów, ale staram się przyciągnąć całą resztę.

Kadr z programu ''Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem'' (fot. materiały prasowe HBO)Kadr z programu ”Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem” (fot. materiały prasowe HBO)

Udaje się?

Myślę, że mogę udzielić twierdzącej odpowiedzi. W programie w pierwszej kolejności interesują nas problemy, później dopiero rozgrywająca się w ich tle polityka. Mam nadzieję, że nawet ludzie, którzy są mi całkowicie przeciwni politycznie, odnajdą coś w moim show. Zresztą tworzyliśmy odcinki, które podobały się konserwatywnej widowni. Ale nie wszystko w programie opiera się na podziałach politycznych. Staraliśmy się też wyjaśnić ludziom, dlaczego Brexit był ważniejszy, niż im się wydaje. Wielu Amerykanów nie dostrzega narastania nacjonalistycznych nastrojów w Europie tak po prawej, jak i po lewej stronie. Wszyscy żyli tu długą kampanią polityczną, która przesłoniła widok innych globalnych problemów.

Jak komentuje pan sytuację, która w lutym miała miejsce na kampusie uniwersytetu w Berkeley, gdzie wystąpienie Milo Yiannopoulosa, zagorzałego krytyka feminizmu, LGBT+ i politycznej poprawności, wywołało agresywne zachowania jego przeciwników. Straty, które poniósł uniwersytet, oszacowano na 100 tys. dolarów.

– To jest właśnie wolność słowa – nie możemy zamykać innym ust tylko dlatego, że się z nimi nie zgadzamy. Ten gość jest koszmarny, ale lepiej pozwolić mu mówić, niż robić z niego męczennika, któremu zabrania się wyrażania poglądów. Na tym polega demokracja, że głos mogą zabrać nawet te osoby, z którymi różnimy się w poglądach na każdy temat.

Pański show nie przebił się w Wielkiej Brytanii, skąd pan pochodzi.

– To obiektywna prawda. (śmiech) Przebił się za to w USA.

Kadr z programu ''Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem'' (fot. materiały prasowe HBO)Kadr z programu ”Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem” (fot. materiały prasowe HBO)

Czy wnosi pan coś brytyjskiego do amerykańskiej komedii?

– Prawdopodobnie tak. Pochodzenie z innego kraju pomaga satyrykom. Ludzie wiedzą, że nie wychowywałem się wśród nich, przez co mam inną perspektywę. Mój klasowy radar wywieziony z Wielkiej Brytanii cały czas jest bardzo czuły. Umiem na bazie czyjegoś akcentu ocenić jego całe życie. Ale bardziej podoba mi się styl amerykański. Tutaj ludzie potrafią rozmawiać z innymi bez budowania historii ich pochodzenia na bazie tego, co mówią i jak mówią.

Chciałby pan znowu występować przed małą publicznością w Edynburgu?

– Bardzo bym chciał – mam stamtąd dobre wspomnienia. Na razie nie mogę tam wrócić, bo tworzymy show, ale mam nadzieję, że niedługo trafi się okazja. Nie chciałbym jednak wracać do Anglii w celach zawodowych. Teraz mój dom jest w Stanach i chcę tu zostać. Mówię to jednak jako imigrant, więc nie wiadomo, czy mój plan się powiedzie z wiadomych przyczyn. Poza tym mam w USA misję.

Jaką?

– Amerykanie nie mają dużej świadomości tego, co dzieje się poza ich krajem. Postawiłem sobie za cel zainteresowanie ich światem, dlatego w zeszłym roku tak wiele odcinków było poświęconych choćby sytuacji w Brazylii. Większość mediów relacjonowała jedynie igrzyska, które się tam odbywały – to duża strata, bo to, co tam się dzieje, jest jednocześnie okropne, ale i bardzo zabawne. Chcieliśmy wyjaśnić przyczyny protestów i demonstracji, które przetoczyły się przez ten kraj. Teraz na pewno będziemy się bacznie przyglądać wyborom we Francji.

Mówi pan dużo o wolności słowa. A jak wyglądają pana relacje z producentami „Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem? Dotarł pan już do granicy ich tolerancji?

– Jeszcze nie, ale mam nadzieję, że to szybko nastąpi, bo jako naczelny satyryk powinienem przecież balansować na linii. Jest oczywiście prawna granica – respektuję ją, ale nie w pełni. (śmiech) Jeżeli chodzi o treść, jaką przekazujemy, myślę, że już od dawna mówimy o tym, o czym inni nie mają odwagi się wypowiadać. Producenci nie mieli problemu z tym, że rozmawiałem ze Snowdenem, jednak muszę się przyznać, że nie pytałem ich o zdanie – powiedziałem im o tym już po fakcie.

Może warto o tym zrobić odcinek, skierować kamerę na siebie?

– To byłby koszmar i niewypał, bo nie ma we mnie absolutnie nic ciekawego.

John William Oliver. Urodzony w 1977 roku brytyjski komik i aktor. Popularność przyniósł mu nadawany od kwietnia 2014 satyryczny program „Przegląd tygodnia: Wieczór z Johnem Oliverem”, którego jest gospodarzem. Wcześniej związany był z satyrycznym programem „The Daily Show”, do którego pisał scenariusze. Sprawdzał się także jako aktor w komediowym serialu „Community”. Nowe odcinki jego autorskiego show można oglądać w HBO 2, HBO 3 i HBO GO.

Artur Zaborski.
Studiował krytykę literacką i filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracował jako redaktor w portalach Onet.pl i Stopklatka.pl (w tym drugim szefował redakcji przez pół roku). Współpracuje z rozlicznymi mediami i festiwalami filmowymi. Zakochany w kulturze Iranu. Kibicuje transformacji Warszawy w miasto wielokulturowe.

 

weekend.gazeta.pl

Kaczyński wyruszył na połów z kolegami. „Rozpoczynamy sezon na szczupaki”

WB, 07.05.2017

Jarosław Kaczyński i Czesław Hoc

Jarosław Kaczyński i Czesław Hoc (twitter.com/czeslawhoc)

Stroje nieco zbyt formalne, ale nastroje dopisują. Prezes PiS kolejny raz pojechał na ryby z podwładnymi z partii.

„Rozpoczynamy sezon na szczupaki” – ogłosił europoseł PiS Czesław Hoc. Wraz z nim na łódce znalazł się nie kto inny, jak prezes PiS Jarosław Kaczyński. Mamy tylko nadzieję, że panowie posiadają ważne karty wędkarskie i płacą składki Polskiego Związku Wędkarskiego.

Zdjęcia z wyprawy na ryby pojawiły się również u wicemarszałka Sejmu Joachima Brudzińskiego. „No to kalosze na nogi, wędki w dłoń i szczupaka goń, goń, goń” – napisał.

To nie pierwszy raz, kiedy Hoc i Brudziński wyciągają prezesa na wędkowanie. W sierpniu ubiegłego roku na Twitterze mogliśmy śledzić ich wspólny wyjazd na wyspę Wolin i żeglowanie po Zalewie Szczecińskim. Wówczas – jak relacjonował Brudziński – politycy nic nie złowili.

Jarosław Kaczyński: Ci, którzy idą w „Marszu Wolności”, maszerują w przeciwnym kierunku

http://www.gazeta.tv/plej/19,114927,21773112,video.html

gazeta.pl

SOBOTA, 6 MAJA 2017

Budka: Nikt nie zlikwiduje 500+. Zamienimy go w program demograficzny

Budka: Nikt nie zlikwiduje 500+. Zamienimy go w program demograficzny

Nikt nie zlikwiduje 500+. Co więcej, zapewnimy, że ten program będzie programem sprawiedliwym, a nie wyłącznie demagogicznym. Ten program zamienimy w program demograficzny. Na tyle wzmocnimy te instrumenty, by nie było takiej sytuacji, że rynek pracy będzie tak naprawdę cierpiał, że ktoś nie potrafi zaprojektować dobrego programu. Nikt nie zabierze program u500+ tym, którzy najbardziej go potrzebują. Co więcej, otrzymają go rodziny, które mają jedno dziecko, bo to bardzo często decyzja życiowa czy ma się pierwsze dziecko – mówił Borys Budka w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po faktach” TVN24. jak dodał:

„PiS tak naprawdę spowodował podwyższenie wieku emerytalnego na wsi. Polskim rolnikom zafundowało dłuższy wiek, natomiast udaje, że polski system emerytalny będzie stać na ten program emerytalny [obniżenie wieku]. Spokojnie, w przyszłym tygodniu pokażemy na liczbach, jakie niebezpieczeństwa się z tym wiążą, ale to Polacy zdecydują”

Polacy przy urną zdecydują, kto w tym sporze ma rację. Wierzę, że przez ten czas do wyborów udowodnimy, że o Polsce myślimy lepiej, efektywniej i przede wszystkim nie dzieląc ich na lepszy i gorszy soft – dodał poseł PO.

300polityka.pl

NIEDZIELA, 7 MAJA 2017

Arłukowicz: Najpierw musimy obronić demokrację, a potem będziemy rozmawiać o lewicy, prawicy

11:31

Arłukowicz: Najpierw musimy obronić demokrację, a potem będziemy rozmawiać o lewicy, prawicy

Najpierw musimy obronić demokrację, a potem będziemy rozmawiać o lewicy, prawicy. Najpierw trzeba obronić Polskę. PiS dokładnie zaciera ręce wtedy, kiedy próbujecie konkurować między sobą czy prowadzić rywalizację – mówił Bartosz Arłukowicz w „Kawie na ławę” TVN24.

Jakbym miał wybierać między dyktatem Grzegorza Schetyny, a dyktatem Jarosława Kaczyńskiego, to pisze się na dyktat Schetyny i Polaków też zapraszam – żartował poseł PO.

11:16

Lubnauer: Jeżeli nie będziemy mieli minimum programowego, to trudno tworzyć wspólne listy

Jesteśmy ugrupowaniami, które dość mocno różnią się programowo (…) Nie da się bez porozumienia programowego mieć jednej listy. Jeżeli nie będziemy mieli minimum programowego, to trudno tworzyć wspólne listy – stwierdziła Katarzyna Lubnauer w „Kawie na ławę” TVN24.

11:05

WKK: Nie wierzę, że PiS wycofa się z ustawy metropolitalnej

Nie wierzę, że PiS wycofa się z ustawy metropolitalnej [dla Warszawy], tylko teraz zaproponuje ją w wersji rządowej – stwierdził Władysław Kosiniak-Kamysz w „Kawie na ławę” TVN24.

11:01

Lubnauer: Było kilkadziesiąt tysięcy osób, bliżej 100 tys. niż 12

Byliśmy tam wszyscy razem i to był kolejny raz, kiedy udało się stanąć całej opozycji i maszerować. Uważam, że to dobrze, że potrafimy to robić. Było kilkadziesiąt tysięcy osób, bliżej 100 tys. niż 12. To zasługa nas wszystkich – mówiła Katarzyna Lubnauer w „Kawie na ławę” TVN24.

09:47

Rabiej: To dramatyczna próba ucieczki do przodu, bo rola Dudy w państwie jest ignorowana

– Trudno inicjatywę prezydenta traktować poważnie, bo nie wykazał się zbytnim szacunkiem do Konstytucji. To dramatyczna próba ucieczki do przodu, bo jego rola w państwie jest ignorowana – mówił Paweł Rabiej w Radiu ZET.

09:38

Budka: Prezydent wykorzystał święto 3 maja do rozgrywki w obozie PiS

– Prezydent wykorzystał święto 3 maja do rozgrywki w obozie PiS. Czekamy na konkrety, ale testem wiarygodności jest szanowanie obowiązującej Konstytucji i wypełnienie obowiązków, które narusza – mówił w Radiu Zet Borys Budka.

300polityka.pl

http://www.newsweek.pl/polska/ludzie/najlepsze-cytaty-tygodnia-galeria-najlepszych-wypowiedzi,galeria,409690,1.html?src=HP_Section_1

Opór społeczny wobec rządów PiS nie słabnie

07.05.2017

 

Jeśli tysiącom ludzi chciało się przerwać długi majowy weekend, by wyjść na ulice Warszawy i zamanifestować swój sprzeciw wobec rządów PiS (a niektórzy przyjechali z daleka), to znaczy, że Jarosław Kaczyński ma się czego bać.

Na ulice Warszawy wyszła w sobotę Polska europejska, otwarta, uśmiechnięta. To jest Polska pełna niezgody na ograniczanie praw obywatelskich, rozluźnianie więzów z Unią Europejską. Polska, której nie podoba się, że władza podporządkowała sobie prokuraturę, a teraz chce wziąć pod but sądy. Tłumnie przyjechali na Marsz Wolności zamanifestować swoją niezgodę na działania PiS.

Prezes Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę z tego, że opór Polaków wobec rządów PiS nie słabnie. Między bajki można włożyć dane policji, że w marszu wzięło udział 12 tys. osób. Uczestników było znacznie więcej i wystarczyło, by szef MSWiA Mariusz Błaszczak poszedł na spacer do centrum Warszawy, żeby się o tym przekonać. Dlatego prezes PiS – jeszcze przed marszem – przekonywał jego uczestników, że w Polsce jest wolność i nic jej nie zagraża. Symboliczne było to, że Kaczyński mówił do protestujących ze Szczecina, jakby się bał spotkać z nimi w stolicy. Wypadł blado.

Czytaj też: Kaczyński: „Wolność w Polsce jest, tylko ktoś kto nie dostrzega rzeczywistości, może to kwestionować”

Wiele osób przyszło na marsz z chorągiewkami Komitetu Obrony Demokracji, co świadczy o tym, że pogłoski o śmierci KOD były przesadzone. Mimo walki o przywództwo i kompromitacji Mateusza Kijowskiego, KOD w terenie ciągle ma spory potencjał.

Pozytywne było to, że w marszu wzięło udział wiele osób młodych, często z wózkami i małymi dziećmi, co pokazuje, że młodzi się przebudzili i nie są obojętni wobec polityki. Wielu z nich trzymało w rękach unijne flagi podkreślając, że czują się obywatelami Europy. To ważny sygnał w sytuacji, gdy rządzący niechętnie podchodzą do dalszej integracji z Unią.

Sobotni marsz – organizowany przez PO – potwierdził, że odtwarza się dawna polaryzacja na polskiej scenie politycznej

Dziś liczą się PiS i Platforma Obywatelska, bo tylko ona może odsunąć partię Kaczyńskiego od władzy. Polacy to widzą, dlatego PO rośnie w sondażach. Jednak ten wzrost poparcia nie jest wielką zasługą Platformy, to raczej wynik błędów PiS i słabości Nowoczesnej, a także lewicy, która nie pozbierała się po przegranych wyborach. Ale w polityce liczy się szczęście i przewodniczący PO Grzegorz Schetyna na razie je ma. Sobotni marsz to jego sukces. Jednak PO nie powinna popadać w nadmierny triumfalizm. Do wyborów parlamentarnych zostały ponad dwa lata i sondaże mogą się wiele razy zmienić.

Żeby wygrać wybory, Platforma będzie musiała odbudować wiarygodność i przygotować ciekawą propozycję dla Polaków. A to będzie trudniejsze niż przywiezienie własnych zwolenników autobusami do Warszawy i zmobilizowanie innych środowisk, by wyszły na ulice.

msn.pl

Bali się wygwizdania? Kancelaria Prezydenta nie chciała, by kibice widzieli Andrzeja Dudę na meczu Pucharu Polski

06.05.2017

Prezydent Andrzej Duda (w środku)

Kancelaria Prezydenta RP próbowała wywrzeć presję na telewizji Polsat. Chodziło o to, by podczas transmisji z meczu finału Pucharu Polski nie pokazywać na antenie Andrzeja Dudy. Stacja nie uległa tej „prośbie”.

Prezydent RP od kilku lat ma patronat nad tymi rozgrywkami. Andrzej Duda pojedynek Arki Gdynia z Lechem Poznań oglądał w m.in. towarzystwie ministra sportu i turystyki Witolda Bańki. Po meczu wręczył medale i puchar piłkarzom z Trójmiasta.

Marian Kmita, dyrektor sportu w Telewizji Polsat, w wywiadzie dla serwisu Polsatsport.pl ujawnił, że otrzymał polecenie z Kancelarii Prezydenta, żeby w transmisji nie pokazywać Andrzeja Dudy. Zadzwoniła do mnie – nie wiem czy pani szefowa Kancelarii Prezydenta czy jakaś jej wysoka urzędniczka, już nie pomnę nazwiska – z takim oto zdaniem: „Jest polecenie, żeby nie pokazywać prezydenta” – opisał Kmita. – Uśmiałem się w myślach i pytam grzecznie panią, z jakich powodów prezydenta – któremu należy się szacunek, że w ogóle wybrał na ten mecz, bo inni prezydenci w przeszłości raczej omijali tego typu widowiska, chociaż też byli patronami Pucharu Polski – mamy ukrywać. Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi, która by mnie satysfakcjonowała.Gdyby to była prośba, starałbym się ją zrozumieć, natomiast polecenie brzmi kuriozalnie – zdradził Kmita.

Warto przypomnieć, że rok temu przy okazji finałowego spotkania na Stadionie Narodowym Andrzej Duda został wygwizdany przez kibiców.

dziennik.pl

„PiS obudziło niedźwiedzia, jakim jest Tusk”

06.05.2017

„Prawo i Sprawiedliwość obudziło niedźwiedzia, jakim jest Tusk” – mówi Michał Kamiński z parlamentarnego koła Europejscy Demokraci. „Wyciągnięcie Donalda Tuska z idiotycznej – z punktu widzenia interesów PiS-u – awantury o Brukselę, później awantury prokuratorskiej, sprawiło, że PiS ma, co chciał” – wyjaśnił.

dziennik.pl

Karolina Piasecka. Bił mnie tylko w nocy

WYWIAD
Magdalena Kicińska, 06 maja 2017

Karolina Piasecka

Karolina Piasecka (Fot. Marcin Kaliński)

Ludzie nie są w stanie zrozumieć, dlaczego nie odeszłam wcześniej. Ja też chwilami nie rozumiem, jak mogłam tak długo to wytrzymywać. Ale bardzo trudno jest znaleźć w sobie siłę, żeby się wyrwać. Moja wystarczała, żeby to przeżyć. Więcej jej wtedy nie miałam. Rozmowa z Karoliną Piasecką

Jest pani głucha?

Karolina Piasecka: …?!

Nie słyszała pani, opowiada w mediach mąż, wołania o miłość.

Wiem, że tak mówi o tym, co się działo. Trudno mi tego słuchać. Miłość między nami była na początku, potem to on ją swoimi krzykami, biciem zagłuszył.

Ciszej mów, nie mam zamiaru wszystkich budzić, ty pedale. Nie płacz, k…, bo cię zaje…! Zabiję cię! Cały tydzień nic nie robisz, leniu śmierdzący. I gdzie masz codziennie ułożone rzeczy? Gdzie jest codzienny ciepły posiłek? Jak masz rozmawiać z mężem przez telefon? Zawsze będziesz miała ochotę, jak ja coś będę chciał. Masz brać tabletki na libido! I jak nie będę, k…, widział dużego, wielkiego, k…, twojego kalendarzyka i sama nie będziesz mi mówiła o dniach płodnych lub nie, to wypierdalaj, nie masz czego szukać w tym domu! Recytuj, co zrobiłaś źle.

A co było przedtem?

Poznaliśmy się w kościele. On śpiewał w tym samym chórze co moja siostra. Chodziliśmy ze sobą cztery lata. Wyszłam za mąż, kiedy miałam 21 lat. To był mój pierwszy chłopak, pierwsza miłość.

A pierwszy raz, kiedy panią uderzył?

Niektórzy mówią, że na pewno musiałam wcześniej widzieć, że jest agresywny, że ma takie skłonności, że na pewno były jakieś znaki, które przeoczyłam. Nie wiem, czy umiałabym je wtedy dostrzec. W moim domu nie było przemocy. Byłam młoda, zakochana, a on był czuły, samo dobro, no po prostu szczęście. Niepojęte.

Wszystko naprawdę zmieniło się dopiero po ślubie. Po trzech miesiącach zaszłam w ciążę. Kiedyś, już z dużym brzuchem, chciałam wejść do toalety, a on wbiegł przede mną i nie chciał wpuścić. Błagałam: „Rafał, proszę, ja nie wytrzymam, wpuść mnie”. Zdenerwował się, że uniosłam głos. Popchnął, potknęłam się.

Pamięta pani swoją pierwszą reakcję?

Oniemiałam. Nie wiedziałam, jak to się stało, jak to możliwe, że on coś takiego robi. A potem zaczęłam sobie tłumaczyć, że to moja wina, że nie powinnam tak na niego krzyczeć. Że zasłużyłam. Więc najpierw na pewno był szok. Potem próba tłumaczenia. A potem wiara, że to się nigdy więcej nie powtórzy. Bo przecież on jest dobry i czuły, jesteśmy mężem i żoną, rodziną. Kochamy się.

Była pani bardzo młoda, ufała mu pani.

Myślałam, że wszystko, co robi, robi dla nas. Że może czegoś nie rozumiem. Poza tym, trudno to wytłumaczyć komuś, kto go nie zna, ale on naprawdę ma siłę. Nawet nie w rękach, w głosie. Nie znosił sprzeciwu. Poza tym wtedy, na samym początku, byłam od niego zależna. Nie chciałam przerywać studiów, miałam kredyt studencki. Mieszkaliśmy w domu po mojej babci. Przez pierwsze dwa lata nie pracowałam, studiowałam i opiekowałam się dzieckiem. Mąż zaczął mówić: „Nie zarabiasz na dom, jesteś nierobem”. Coraz częściej właśnie tak do mnie mówił. Dzisiaj wiem, że to przemoc słowna, wtedy wydawało mi się, że jest w tym jakaś słuszność, przecież nie zarabiałam…

>>Przemoc ekonomiczna: Na krótkiej smyczy

Drugi raz?

Pierwsza córka była już od kilku miesięcy na świecie, kiedy zauważyłam, że korespondował z jakąś kobietą. Gdy go o to zapytałam, mówił najpierw, że to kolega zrobił mu kawał, żeby nas skłócić. Byłam młoda, może naiwna, uwierzyłam mu. A potem wpadł w szał. Kopał mnie. I znów pojawił się tamten szok – że jak to możliwe? Co się dzieje? Ale też myślałam: ma trochę racji, nie uszanowałam jego prywatności, więc był zły. Spakowałam go wtedy, powiedziałam, że ma się wyprowadzić. Ale nie poszłam na policję. Mówił, że nie mogę rozwalać rodziny, że żona ma być przy mężu. Jestem katoliczką, rodzina jest dla mnie bardzo ważna, nie chciałam jej rozbijać. Dałam mu szansę.

Jak wyglądało na co dzień pani życie?

W pierwszych latach małżeństwa to zdarzało się rzadko. Najpierw raz na pół roku, potem raz na miesiąc. Później raz na tydzień. Potem co kilka dni. Aż przyszedł taki czas, kiedy to mogło się wydarzyć wczoraj, dzisiaj, jutro. Każdej nocy – bo bił tylko nocami. Za dnia panował spokój. Z boku wyglądaliśmy na przykładną rodzinę – oboje pracowaliśmy, mąż w 2010 roku został radnym.

Bywały dobre chwile?

W tych okresach, kiedy nie bił, albo po nich, kiedy się uspokajał. Wierzyłam wtedy, że to był ten ostatni raz.

Specjaliści zajmujący się przemocą domową nazywają tę fazę miodowym miesiącem. Sprawca przemocy okazuje skruchę, przeprasza, tłumaczy się, na chwilę „poprawia”. Kobieta wierzy, że na stałe. Faza ta jednak się kończy, a następująca po niej fala agresji może być jeszcze bardziej gwałtowna od poprzedniej.

Po kolejnym razie, nie wiem nawet dokładnie kiedy, co to był za moment, przestałam pytać, dlaczego tak jest. Byłam od niego zależna. A on mówił z taką pewnością, z taką siłą, że się podporządkowywałam. Wierzyłam mu. Wierzyłam, że on to robi, bo chce dla nas dobrze. Niech pani nie pyta, czy w tym jest sens. Z boku – żadnego. Ale ja wtedy naprawdę wierzyłam, że jak będę taka, jak on chce, to wszystko się ułoży. Ulegałam. Odpuściłam raz, drugi. I dalej tak życie się toczyło. Wierzyłam, że jeśli zrobię to, czego chciał, to będzie dobrze, spełnię jego oczekiwania, będzie zadowolony. Dostosowałam się do zasad, jakie narzucił.

Jakich?

Teraz myślę, że była jedna: on ma zawsze rację. Jeszcze kiedy byłam na studiach, mieliśmy taki układ, że on do godz. 12 był z dzieckiem, a po południu, po zajęciach, ja się zajmowałam córką. Ale jak była awantura, to zabierał kluczyki, telefon i nie mogłam pojechać na uczelnię. To była forma kary, pokazania, że to on jest górą, ma rację. Zdarzało się, że mąż wystawiał mnie podczas kłótni za drzwi w samej piżamie. Kiedyś, kiedy wracaliśmy z wycieczki – córka była z nami – i doszło między nami do jakiejś różnicy zdań, odjechał beze mnie, zostawiając na środku drogi. Teraz myślę, że to wystawianie mnie miało na celu obniżanie mojego poczucia własnej wartości. Upokorzenie, upodlenie. Działało.

Był też harmonogram, którego musiała się pani trzymać.

Przez cały ten czas pracowałam zawodowo. Starałam się wypełniać swoje obowiązki. Zawodowe i domowe. Wymagał punktualności. Kontrolował każdy mój krok. On sam miał wolność. Wieczorami nigdy go nie było, wyjeżdżał, mówił, że to obowiązki służbowe. Albo w ogóle się nie tłumaczył.

Musiałam kilkakrotnie spisywać własnoręcznie, po nocnej kłótni i biciu, że będę codziennie przygotowywała mu spodnie i koszulę, podawała ciepły posiłek codziennie, dzieci będą spały o 20. Kilka razy musiałam to spisywać: „Ja, Karolina Piasecka, będę codziennie…”. On nie miał żadnych obowiązków. Kazał mi brać środki na libido, bo mam mieć codziennie ochotę na seks. Chciał współżyć codziennie. Kiedy odmawiałam, wyrzucał mnie z łóżka, ubliżał, mówił, że nie mam prawa spać na materacu, za który nie zapłaciłam, że jestem niczym, że mam obowiązek z nim sypiać, a jak tego nie robię, to znaczy, że jestem złą żoną. Uznałam, że muszę wejść w te ramy, które on dla mnie stworzył, że muszę się podporządkować. Że tak będzie wyglądało już zawsze moje życie, że tak być musi. Nawet sama zaczęłam do siebie mówić jego słowami: „Ty szmato, ty debilko, ty śmieciu.”. Poddałam się.

Wychodziłam do pracy i próbowałam tam zachowywać się normalnie, nie dać nikomu niczego po sobie poznać. Potem zajmowałam się dziećmi, domem. Nic już nikomu nie mówiłam.

>>Od przemocy, wzgardy i fałszywego postępu chroń kobietę, Panie

A wcześniej opowiadała pani komuś, co się dzieje?

O tym, że nocą wyrzucał mnie z domu, opowiedziałam kuzynce, która wtedy mieszkała niedaleko. Powiedziała, żebym przyszła do niej, kiedy tak się stanie. Dzwoniłam do siostry, kiedy zostawił mnie wtedy w lesie i odjechał. Nie mówiłam bliskim wszystkiego.

Bo?

Ze wstydu. I strachu. „Ja się nie będę wtrącać” – mówili teściowie, kiedy opowiadałam, co się dzieje. Moja rodzina z kolei była przez niego zastraszana. Bałam się, że w domu będzie jeszcze gorzej, jeśli komuś opowiem o problemach z Rafałem. Zresztą mówił mi to wprost: jak ktoś się dowie, to on nas wszystkich pozabija. Mówiłam pani, w jego głosie były siła i pewność, której nie umiałam się przeciwstawić. A potem z każdym kolejnym pobiciem, awanturą coraz bardziej czułam się niepewna siebie.

Bił coraz częściej.

Drżałam, wchodząc do domu, na dźwięk przekręcania klucza w zamku, nie wiedziałam, co mnie czeka. W pracy byłam bezpieczna, w domu nie. Wiedziałam, że muszę działać zgodnie z harmonogramem, bo jak się pomylę, będzie powód do bicia. Ale on się zawsze znalazł. Jedna niewyprasowana koszula z piętnastu to powód. Dzieci za późno położone. Że pracuję. Że nie zarabiam tyle, ile on by chciał. Ciągle coś. Oczekiwania były coraz wyższe. Im bardziej się starałam, tym było gorzej, bo wymyślał nowe.

Przez ponad pół roku kazał mi przelewać całą swoją pensję na swoje konto, chociaż mamy rozdzielność majątkową. Aż się zbuntowałam i powiedziałam: „Mam prawo do pieniędzy na własnym koncie”. Płaciłam za wynajem mieszkania, jedzenie, ubrania. O pierwszej, drugiej w nocy mówił: „Jak nie zrobisz przelewu, to zobaczysz, co ci zrobię. Zniszczę cię, zniszczę cię, jesteś nic niewarta, jesteś zerem”. Tak w kółko, coraz częściej. Każdego dnia upokorzenie. Czułam się coraz bardziej bezwartościowa i bezsilna, nie miałam jak powiedzieć mu „nie”. Po każdej próbie była awantura, bicie.

W 2010 roku na koniec kłótni uderzył mnie swoją głową w nos. Miałam zmiażdżoną kość. Jestem farmaceutką, wiedziałam, jaką maść stosować na obrzęk. Przykrywałam to makijażem. Ale powiedziałam wtedy, co się wydarzyło, naszemu znajomemu, kiedy nas odwiedził. Mąż wyśmiał to i powiedział: „No co ty, Karolina, za głupoty opowiadasz”. Znajomy spuścił wzrok i nie komentował. Widziała to też moja ciocia, mówiła, żebym poszła do lekarza. A z drugiej strony mąż mówił: „Jak mogłabyś zrobić coś takiego swojemu mężowi?”. Znów uległam. Zachowałam to w ciszy.

Potem zaczęła się też przemoc wobec moich najbliższych. W roku 2013 przed świętami próbował siłą pozbyć się z naszego domu mojej mamy. Przestraszyła się, kiedy ją popchnął, przewrócił. Widziały to dziewczynki, też się bały. Wobec nich także był bardzo surowy, nie znosił sprzeciwu. Kazał pić mleko z butelki, kiedy nie chciały. Były też klapsy. One też się dostosowały, starały się chodzić na paluszkach, żeby tylko tata się nie zdenerwował.

Wtedy wyprowadziła się pani pierwszy raz.

Zamieszkałam u rodziców. Pewnej nocy mąż zażądał, żeby dzieci wróciły. Nie zgodziłam się, a on w odwecie zniszczył samochody moich rodziców, wysprejował obraźliwe hasła. Zgłosiłam sprawę na policję. Funkcjonariusz, który przyjmował zgłoszenie, mówił o niskiej szkodliwości czynu, ale powiedział mi też o Niebieskiej Karcie, że powinnam ją założyć. Zrobiłam to. Przez chwilę czułam się bezpiecznie.

>>Przemoc skrywa się często pod płaszczykiem przyjaźni i opieki

Wtedy też zgłosiła się pani na terapię.

Chciałam zrozumieć, skąd ta agresja, dlaczego tak się dzieje między nami. Psycholog doradzał terapię dla nas obojga, ale mówił też, że mąż potrzebuje terapii z powodu swoich agresywnych zachowań. Mówiłam mu: „Chcę, żebyśmy poszli na razem, ale i żebyś ty poszedł”. To był mój warunek, bez jego spełnienia nie chciałam wracać.

On na to nalegał. Któregoś wieczoru przyjechał do apteki, w której pracowałam, tuż przed jej zamknięciem. Kazał mi się obsłużyć. Potem wyszedł i czekał: „Chcesz ze mną rozmawiać?”. Chciałam, wtedy cały czas przecież wierzyłam jeszcze, że może tę rodzinę uda się uratować.

Zaproponowałam kawiarnię na rynku, żebyśmy spokojnie porozmawiali. Wsiadłam do samochodu, a on zaczął jechać zupełnie w inną stronę, skręcił w drogę wiodącą przez las. Pytałam: „Gdzie jedziesz?”. Byłam przerażona. Nie wiedziałam, co się wydarzy. Bałam się, że zostawi mnie w lesie, że coś mi zrobi. Takiego strachu nie jest w stanie zrozumieć nikt, kto w nim nie był, poczucia, że twoje życie dosłownie zależy od kogoś innego, że on o nim całkowicie decyduje, że nie możesz się ruszyć, zrobić kroku, jesteś uwięziona, złapana w pułapkę. Nie wiem, jak długo to trwało. Wydawało mi się, że wieczność.

W końcu zatrzymaliśmy się w jakiejś nieznanej mi restauracji. Tam kazał mi wysiadać, zostawić w samochodzie telefon. Zapytał: „Chcesz to ratować, chcesz wrócić?”. Powtórzyłam swój warunek: „Chcę, żebyśmy porozmawiali z kimś, kto nam pomoże”. Mąż nie chciał słyszeć o terapii, ale zgodził się na rozmowę z księdzem. Znanym w naszym mieście. Rozmawiał z nami długo, ale przypomniał też, że rodzina powinna być pod jednym dachem. Tak samo mówił mój mąż, że rodzina musi być razem. Zdecydowałam się wrócić. Przez jakiś czas było spokojnie.

Jak długo?

Tydzień. Dowiedział się o Niebieskiej Karcie. Wpadł w furię. Powiedział, że zrobiłam mu krzywdę. A mnie karta dała poczucie bezpieczeństwa, przynajmniej na chwilę, świadomość, że musimy się spotykać z policją i psychologiem. Tyle że on przed nimi udawał, że pracuje nad sobą, że wszystko jest dobrze. Był chyba dobrym aktorem, bo sama psycholog powiedziała mi: „No, niech pani da mu szansę, jak pani nie spróbuje, to nie będzie pani wiedziała, czy naprawdę się nie zmienił”.

Wróciły awantury. Po dwóch miesiącach jego nalegań zamknęłam kartę. Mąż odciął mnie wtedy od pomocy i kontaktu z rodziną. Groził, że stanie im się krzywda, jeśli się dowiedzą. Ciągle powtarzał, że nikt mi nie pomoże. Że jak chcę mieć swoją rodzinę, to mam nikomu nie mówić, co się dzieje w domu. A ja wciąż jeszcze wierzyłam, że możemy być razem w spokoju, że we czwórkę możemy jeszcze stworzyć normalną rodzinę. Walczyłam. Starałam się pracować nad sobą, zmienić się. Potajemnie chodziłam na terapię, ale po kilku sesjach dowiedział się i mi zabronił. Czytałam, też po kryjomu, różne psychologiczne książki. Chciałam siebie naprawić. Wierzyłam, że jak jeszcze coś zrobię, jakoś się postaram, to będzie między nami lepiej.

Nie było.

W 2014 roku, dzień po strasznej kłótni, którą mieliśmy, bo nie położyłam dziewczynek o wyznaczonej przez niego godzinie – zamiast o 20.00, to o 21.30 – kazał im zamknąć się w pokoju, a mnie powiedział: „Idziemy rozmawiać”. Dzieci zostały same, a on wywiózł mnie za miejscowość, w której mieszkaliśmy, i tam bił, wyrywał włosy, dociekał, komu powiedziałam o wczorajszej kłótni. Kazał mi obciąć włosy na znak zdrajcy, który naokoło opowiada o prywatnych sprawach między mężem a żoną, rzucał mną w krzaki, mówił, że mam rzucić pracę, że będę jego służącą. Byłam wycieńczona i w końcu zgodziłam się z tym. Powiedział wtedy, że jeśli kiedykolwiek odważę się odejść, to on mnie znajdzie i zabije. Mnie, wszystkich.

Ludzie nie są w stanie zrozumieć, dlaczego nie odeszłam wcześniej. Ja też chwilami nie rozumiem, jak mogłam to wytrzymać. Ale bardzo trudno jest znaleźć w sobie siłę, żeby się wyrwać. Moja wystarczała mi na to, żeby to przeżyć. Więcej jej już nie miałam.

Myślę, że te wszystkie chwile, w których on mówił te wszystkie słowa, to było takie umieranie w środku rozłożone na raty. Z każdym razem, który dostałam, czułam się coraz słabsza i przekonana, że tak zawsze będzie, że się nie uwolnię – bo jak? Nie wierzyłam, że to możliwe.

>>Nie tylko radny Piasecki: przemoc domowa to bardzo demokratyczne zjawisko. W Polsce cierpi milion kobiet

Kiedy to się zmieniło?

Mąż coraz częściej niszczył w furii moje rzeczy potrzebne w pracy – prawo jazdy, służbowe sprzęty. Musiałam wymieniać karty SIM w telefonie, laptop. Raz to się może każdemu zdarzyć i nie wzbudzać podejrzeń, ale u mnie się powtarzało. Bywały też dni, kiedy przychodziłam do pracy i gorzej mi wychodziło uśmiechanie się, udawanie, że wszystko jest OK. Moja szefowa to zauważyła, pytała, czy coś się dzieje. Długo nie chciałam mówić, nie umiałam. Dopiero potem się odważyłam, kiedy widziałam, że ona nie mówi tego tak po prostu, tylko że jej zależy. I to ona mi pierwsza tak wyraźnie powiedziała: „Karolina, to nie jest normalne. Nikt nie ma prawa cię tak traktować. Musisz coś z tym zrobić”. Ona mnie wzmocniła. Powiedziała: „Możesz się uwolnić. Przeniesiemy cię do Warszawy, wynajmiesz mieszkanie”.

Bała się pani odejść.

Nie tylko ja. Starsza córka, która słyszała, jak parę lat temu mąż groził, że mnie zabije, jeśli będę chciała to zrobić, bardzo się bała, że tata zabiję mamę. Dopiero niedawno zaczęła o tym mówić.

To jest jak matnia. Człowiek czuje się zaszczuty i zupełnie bezsilny. Przyzwyczajał mnie do tego, że jest tak, jak jest, a ja nauczyłam się z tym żyć. Ale wtedy pomyślałam o córkach, że one dostają właśnie taki obraz relacji w związku. I że kiedyś też w takim się znajdą. Ta wizja mnie przeraziła. Wtedy zaczęłam budować w sobie tę tamę, że nie, już więcej nie zniosę.

Dojrzewałam do tego długo. Bardzo długo. Budowałam w sobie siłę do odejścia. Pomagali mi w tym ludzie, którzy mówili: „To nie jest normalne, nie ma prawa tak cię traktować” – to niby tylko słowa, ale jak coraz częściej to słyszałam, to za każdym razem czułam się odrobinę mocniejsza i zaczynałam powoli to do siebie dopuszczać. I z czasem ten jego głos w mojej głowie cichł zagłuszany przez inne głosy i słowa, które nie niszczą, ale wzmacniają.

W październiku ubiegłego roku powiedziałam mu po kolejnej rozmowie, że jeśli jeszcze kiedykolwiek mnie uderzy, to odejdę. Powiedziałam mu to bardzo jasno. To była ostatnia szansa.

(Długie milczenie).

W grudniu, po świętach, kiedy goście wyszli, katował mnie przez sześć godzin, od północy do świtu. Bił szmatą po twarzy, dusił. Zrzucał ze schodów. Za zegarek, który mi dał pod choinkę, bardzo drogi. Mówił, że jestem niewdzięcznicą, bo nie chcę go nosić.

A potem był bal, po powrocie z którego krzyczał, bił. To tę noc pani nagrała i upubliczniła.

Nagrałam tę kłótnię w pierwszej kolejności po to, by pokazać psychologowi, żeby może mógł inaczej spojrzeć, wytłumaczyć mi, dlaczego tak się dzieje, jak się dzieje. Opublikowałam je zaś, żeby pokazać, jak wyglądało moje życie. Nie umiałam innym tego wytłumaczyć – teraz, kiedy wszystkiego można posłuchać, wielu znajomych mówi: „Gdybym wiedział, że tak to wyglądało…”. Chciałam, żeby po tych nagraniach wszyscy wiedzieli, jak TO wygląda. Żeby może dzięki temu chcieli reagować albo być bardziej uważni na to, co się dzieje obok nich.

Ale wtedy, po tamtej nocy, naprawdę powiedziałam: „Nie wytrzymam więcej”. Zrozumiałam, że on się nie zmieni. Sięgnęłam po pomoc. Szefowa dała mi kontakt do Filipa Dopierały, prawnika. Zgłosiłam się do niego w styczniu. To on powiedział mi też o możliwości ochrony osobistej.

Wyprowadziła się pani 1 lutego.

Czekałam na dobry moment, kiedy nie będzie go w domu. Tamtego dnia pojechał do pracy. Trwały ferie. Zawiozłam wcześniej dzieci do babci, spakowałam ubrania, trochę książek i zabawek. Mieszkanie wynajęte już czekało. Pojechałam prosto tam. Mój wujek poinformował go o tym, że odeszłam. Szybko zdobył adres.

Jak?

Moje miejsce zamieszkania było w papierach sądowych, dotyczyły tzw. zabezpieczenia dzieci na czas rozstrzygnięcia sprawy rozwodowej. Po kilku dniach był już na miejscu, wtargnął do mieszkania. Potem nachodził nas wielokrotnie, przyjeżdżał do szkoły, przedszkola. Oskarżał mnie o romanse, „kochankiem” miał być ochroniarz.

Obecnie toczą się trzy postępowania karne: o znęcanie się, naruszenie miru domowego i włamanie się do pani skrzynki mailowej.

Ale nadal nie czuję się bezpieczna. Nie ma, mimo mojego wniosku, zakazu zbliżania się. Sąd ustalił, że może się spotykać z dziewczynkami co drugi weekend. Córki boją się z nim spotkać. Ja też się boję, nie zgadzam na jego widzenie z nimi. W przeddzień pierwszego spotkania wysłał dwie wiadomości, w których się ze mną żegnał na wypadek śmierci. Nie wiem: swojej czy mojej? Nie wiem, w jakim jest stanie, co mógłby zrobić. Sobie, im.

Poza tym wie dokładnie, co robię, zdarza mi się, że tuż po wejściu do mieszkania dostaję SMS-a: „O, już jesteś w domu” albo „Późno wróciłaś do domu, sąsiadko”. Pisze, że wynajął blisko mieszkanie, że znalazł tu pracę, że będzie tu każdego dnia. Kiedy wracam samochodem – stoi pod bramą, nagrywa mnie. Kiedy pojechałam do siostry, do Bydgoszczy – stał na peronie. Jest tu ciągle, w każdym miejscu. Zablokowałam numer – używa nowego. Dzwoni do mojej pracy, nie daje spokoju. Wiem, że nigdy nie zapomnę o tym, co mi zrobił, i że długa droga jeszcze przede mną, żeby naprawdę się od niego uwolnić.

To tak łatwo się mówi: „Odejdź, zostaw go”. Ale to jest proces, który trzeba przygotować. I mieć na to środki. Ja mam dobrą pracę i dzięki temu możliwość wyprowadzenia się z dnia na dzień. Pracodawca stanął po mojej stronie i mi pomógł. W tym najtrudniejszym okresie wspierali mnie też współpracownicy, prawnik. Najbliżsi, którzy są ze mną, pomagają. Piszą, dzwonią do mnie znajomi ze szkoły, liceum, studiów, ale też ludzie, których nie znam. Chciałabym im wszystkim podziękować, bo ich słowa mnie wzmacniają.

Ale wiem, że wiele kobiet w takiej sytuacji jest zależnych od mężów czy partnerów i nie ma jak się z tego, w czym tkwią, jak ja tkwiłam, uwolnić, nie ma tego wsparcia. To, co mogę powiedzieć młodym dziewczynom ze swojego doświadczenia: zanim zostaniecie czyjąś żoną, bądźcie najpierw sobą, zdobądźcie zawód, wzmocnijcie się na tyle, by poznać swoją wartość i abyście mogły same o siebie zadbać. Ja bardzo długo nie wiedziałam, że mogę. Długo nie rozumiałam, co dzieje się w moim życiu. Długo nie potrafiłam powiedzieć stanowczo „nie”. A tylko to potrafi zatrzymać przemoc. Im więcej razy nadstawiałam policzek, tym częściej dostawałam w niego pięścią. To go umacniało. Pokazywało mu, że może. Ja w swojej edukacji nie spotkałam się z nauką podstaw komunikacji międzyludzkiej, elementami psychologii. Nikt nas nie uczył, jak ze sobą rozmawiać, jak rozwiązywać konflikty.

>>Bij tak, żeby nic nie złamać. W Rosji przemoc domowa nie będzie już przestępstwem

Jakie są nasze prawa.

To może z boku wszystko widać wyraźnie, ale nie wtedy, gdy się w tym tkwi – wtedy te wyzwiska, tyle razy słyszane, w końcu stają się prawdą. Ja naprawdę myślałam: mąż chce dla mnie dobrze, ma rację, może ja faktycznie byłam winna i on słusznie na mnie podnosi rękę. Nie wiedziałam, że mogę powiedzieć „nie”. Że nikt mnie nie ma prawa bić. Wydawało mi się, że tak ma być. To przekonanie było we mnie bardzo głębokie i potrzebowałam dużo czasu, żeby je w sobie zmienić.

Wie pani, teraz coraz częściej wraca do mnie taka scena, jeszcze sprzed ślubu. Wtedy wydawało mi się, że to nieważne, ale teraz jakoś ciągle mi się przypomina. Ksiądz z naszego chóru opowiedział nam, niby w żartach, taką historię o znajomym, który, żeby jego żona zapamiętała, że mąż ma rację, to zawsze jej przykładał. Ja to słyszałam, Rafał też, ale nic nie powiedzieliśmy. A potem, ilekroć ja dostawałam od Rafała i kiedy on mówił, że mam być posłuszna, że tak ma być i że nie mam nikomu mówić o tym, co dzieje się w domu – przypominało mi się tamto. Myślę, że nie zdajemy sobie sprawy, jak powtarzanie takich rzeczy zapada w pamięć, jak zostaje. Zwłaszcza gdy powie coś takiego ktoś, kto się cieszy autorytetem. Nie wiem, czy Rafał o tym dziś pamięta. Ja pamiętam. Tamte słowa księdza, jego śmiech.

Dziś chodzę na terapię. Chcę, żeby dziewczynki też miały możliwość porozmawiać o tym, co przeszły. Mam nadzieję, że moje córki wyrosną na takie kobiety, które będą w stanie stawić opór. Silne. Wiem, że za późno odeszłam i na zbyt wiele się napatrzyły i przeszły, ale wierzę, że pokazałam im też, że mama miała jednak moc, żeby siebie i je z tego uwolnić.

Karolina Piasecka w kwietniu 2017 r. ujawniła w programie „Dzień Dobry TVN” nagrania, na których słychać, jak jej mąż Rafał Piasecki (radny, jeszcze niedawno należał do PiS) się nad nią znęca. Pani Karolina 1 lutego uciekła z dziećmi z domu.

wysokieobcasy.pl

Agnieszka Kublik

Marsz, marsz, Pobudzin, czyli jak TVP Info potraktowała Marsz Wolności

06 maja 2017

Obecny gwiazdor TVP Klaudiusz Pobudzin trafił na Woronicza z Telewizji Trwam

Obecny gwiazdor TVP Klaudiusz Pobudzin trafił na Woronicza z Telewizji Trwam (Stefan Maszewski/REPORTER)

Warszawski Marsz Wolności to był test dla Klaudiusza Pobudzina, nowego szefa Telewizyjnej Agencji Informacyjnej. Z mojego punktu widzenia egzamin oblał – Marsz Wolności po prostu przykrył innymi informacjami. Z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego zapewne zdał celująco – zręcznie manipulował demonstracją opozycji.

Pobudzin to wieloletni reporter TV Trwam ojca Rydzyka, a od czwartku nowy szef TAI. Nadzoruje więc wszystkie programy informacyjne w rządowej TVP – „Wiadomości”, „Panoramę”, „Teleexpress” i kanał informacyjny TVP Info. Relacja z marszu na tej antenie to papierek lakmusowy tego, jak Pobudzin pojmuje obowiązek informacyjny telewizji publicznej. Zapewne doskonale pamięta ten cytat z Kaczyńskiego: – W Polsce za pomocą telewizji można wykreować obraz, jaki się chce, bo społeczeństwo nie analizuje tego, co tam widzi, tylko przyjmuje jako prawdziwe.

TVP Info kreowało dziś następujący obraz: Platforma Obywatelska, namawiając do udziału w sobotnim marszu, w swoim spocie wykorzystuje dzieci do politycznej agitacji; wolność w Polsce istnieje i nie jest niczym zagrożona; to za czasów PO-PSL była zagrożona, i to wielokrotnie, kiedy policja strzelała do protestujących albo brutalnie biła manifestantów (Info pokazuje to w krótkich filmikach z odpowiednim komentarzem); że ludzie byli zmuszani, by przyjechać na marsz do stolicy; że demonstracja to paraliż komunikacyjny stolicy na kilka godzin, zupełna farsa; Platforma nie ma programu i nawet nie potrafi pokazać, który artykuł konstytucji został złamany.

Takie komentarze pojawiały się w wypowiedziach gości TVP Info i prezenterów. Stacja kilka razy pokazuje Kaczyńskiego, który przestrzega Polaków ze Szczecina, by nie „dali sobie wmawiać, że wolności nie ma”. Na belce, w dole ekranu, widnieje napis: „Marsz wolności czy marsz przymusu?”.

Gdy goście w studiu Info komentują, że to „zupełna farsa”, plac Bankowy jest już szczelnie wypełniony. Stacja pokazuje plac tylko w małym okienku, bez głosu – nie słychać więc np. trąbek i skandowania „Ręce precz od samorządu”. Widz TVP info nie ma w ogóle szansy zorientować się, co się faktycznie dzieje na placu Bankowym.

Publiczny przekaz ma zdyskredytować marsz.

Oto jak TVP Info relacjonowała pierwszą godzinę Marszu Wolności. Zestawiam to, co się naprawdę działo na placu Bankowym, z tym, co pokazywała w tym czasie telewizja rządowa.

„Wiemy, jak zatrzymać zły rząd!”. Marsz Wolności na Placu Bankowym

„Wiemy, jak zatrzymać zły rząd!”. Marsz Wolności na Placu Bankowym

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21773289,video.html

Plac Bankowy: na scenę wchodzą szef PO Grzegorz Schetyna, szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz, była premier Ewa Kopacz, europoseł PO Janusz Lewandowski, wicemarszałek Senatu Bogdan Borusewicz, b. szef Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień, b. minister sprawiedliwości Borys Budka, Daniel Olbrychski, szef ZNP Sławomir Broniarz, prezydent Łodzi Hanna Zdanowska, prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak… Cały plac śpiewa hymn Polski.

TVP Info: bez hymnu, zamiast tego Jarosław Kaczyński po raz kolejny zapewnia, że „dziś wolność w Polsce istnieje we wszystkich wymiarach, nie ma mowy o jej zagrożeniu”. Straszy, że PO ograniczy program 500 plus, że bieda wróci do polskich rodzin, że będzie coraz mniej dzieci, coraz mniej Polaków. „Czy o to chodzi?” – pyta prezes PiS.

Plac Bankowy: przemawia Schetyna: „Nie damy odebrać wolności”.

TVP Info: Kaczyński (z puszki) nadal straszy rządami PO – że będzie zagrożenie terroryzmem, gwałtami, że nie będzie można spacerować w ciągu dnia, i to w środku miasta, to nasza władza, my jesteśmy partią wolności. Komentatorzy w studiu omawiają problem, że PO nie odpowiada na pytania PiS o program Platformy.

Plac Bankowy: nadal przemawia Schetyna – że to nie jest prawda, że wolności nic nie zagraża, że jesteśmy za wolną szkołą, za świętym trójpodziałem władzy, za Polską demokratyczną, europejską, która za granicą szuka przyjaciół, a nie wrogów.

TVP Info: PO bez programu wyborczego, znowu leci Kaczyński z puszki, obrazków z placu Bankowego już nie ma.

Plac Bankowy: nadal przemawia Schetyna: jesteśmy razem, zwyciężymy. Cały plac skanduje: „Zwyciężymy!”.

TVP Info: Kaczyński z puszki o budowie promów w Szczecinie, bo jest na nie zapotrzebowanie.

Plac Bankowy: przemawia szef ZNP Broniarz – mówi o wolnej szkole niezależnej m.in. od ideologii, o zebranym niemal milionie podpisów pod referendum edukacyjnym. Słychać skandowanie: „Żądamy referendum w sprawie edukacji!”.

TVP Info: nadal o szczecińskiej wizycie Kaczyńskiego.

Plac Bankowy: przemawia przedstawicielka stowarzyszenia Rodzice przeciw Reformie Edukacji, pyta: „Jesteście wściekli?”, „Tak!!!”.

TVP Info: informacje sportowe.

Plac Bankowy: tłum skanduje „Nie ma zgody!” na reformę edukacji, 10 maja nie poślemy dzieci do szkoły, 26 maja rodzice zażądają referendum.

TVP Info: lecą reklamy.

Plac Bankowy: przemawia prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak (został przedstawiony jako pierwszy, który nie pozwolił na apel smoleński) – mówi, że mamy pogodę dla wolności, dla demokracji.

TVP Info: prognoza pogody, będzie ładnie i ciepło.

Plac Bankowy: nadal przemawia Jaśkowiak – że obronimy wolność, bo rozumiemy ją inaczej niż Kaczyński, nie pozwolimy na Polexit, razem obronimy wolność, bo nauczyciele, samorządowcy, przedsiębiorcy, ludowcy są razem.

TVP Info: o godzinie 13.34 nadaje program „Debata w TVP Info” – jest o umowie dotyczącej zrównania płac kierowców w UE, nie ma nawet małego obrazka z placu Bankowego.

Plac Bankowy: przemawia marszałek województwa świętokrzyskiego Adam Jarubas – tłum skanduje: „Ręce precz od samorządu!”, nie chcemy budować Polski na jednym człowieku.

TVP Info: debata.

Plac Bankowy: przemawia prezydent Łodzi Hanna Zdanowska, potem europoseł PO Janusz Lewandowski, który przesyła pozdrowienia dla Donalda Tuska i mówi, że dajemy w Europie świadectwo prawdzie – że nie ma chleba bez wolności, bo kto odbiera wolność, odbiera przyszłość. Tłum skanduje: „Obronimy demokrację!”.

TVP Info: debata.

Plac Bankowy: przemawia Bogdan Borusewicz – ale dziś gorąco w Warszawie, nie tylko nam jest gorąco, im też!

TVP Info: debata.

Plac Bankowy: nadal przemawia Borusewicz – Gdańsk pozdrawia Warszawę, Gdańsk – Warszawa wspólna sprawa, PiS nie opanował jeszcze sądownictwa i samorządów, samorządy się bronią, PiS się cofnął, jest sens w sprzeciwie, jest nas tutaj dużo, ja myślę, że 100 tys., a będzie nas więcej, jeżeli PiS będzie tak postępować. Tłum skanduje: „Tu jest Polska i niech tak będzie!”.

TVP Info: debata.

Plac Bankowy: przemawia były prezes Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień – że Polska się obudziła, że toczy się wojna nie tylko o służby cywilne, sądy, że to wojna o wszystko, bo rządzący zawiesili konstytucję na kołku, zniszczyli media publiczne.

TVP Info: debata.

Plac Bankowy: przemawia Stępień – że nie zniszczyli samorządów, bo samorząd to wolność, i że nie zdołają zniszczyć niezależności sądownictwa i niezawisłości sędziów, bo są na to za słabi.

TVP Info: debata.

Plac Bankowy: przemawia Borys Budka (PO) – nie ma wolności bez niezawisłości, żeby wyroki nie były pisane na Nowogrodzkiej. Tłum skanduje: „Lech Wałęsa!”.

TVP Info: debata.

Plac Bankowy: przemawia Daniel Olbrychski – cytuje „Pana Tadeusza”:  „A głupi! A głupi! A głupi wy! Na kim się mleło, na was skrupi”. Kończy cytatem z Tuwima: „Lecz nade wszystko słowom naszym zmienionym przez krętaczy, Lecz nade wszystko – słowom naszym, Zmienionym chytrze przez krętaczy, Jedyność przywróć i prawdziwość: Niech prawo zawsze prawo znaczy, A sprawiedliwość – sprawiedliwość”.

Rzeczywistość równoległa w telewizji publicznej

O godzinie 14 tłum rusza z placu Bankowego na plac Konstytucji. W TVP Info informacje: pierwsza o wizycie Kaczyńskiego w Szczecinie, potem o tym, co się działo na placu Bankowym. Są fragmenty przemówienia tylko Schetyny. Szef PO  mówi m.in.: „Wiemy, jak zatrzymać zły rząd PiS i będziemy to robić. Idziemy tym marszem do wygranych wyborów, zwyciężymy”. I znów Kaczyński z puszki zapewnia, że jest wolność w Polsce. I oskarża, że wolności nie było za poprzedników. Info przypomina, jak Polacy protestowali za czasów PO-PSL, że wtedy władza strzelała do ludzi, że policja pacyfikowała protestujących bronią, że policja była brutalna, że służby atakowały dziennikarze. Bez wyjaśnienia kontekstu tamtych wydarzeń.

Pobudzin nic jednak nowego nie wymyślił. Gdy 25 marca br. Europa świętowała 60. rocznicą podpisania traktatów rzymskich, które stały się podstawą dzisiejszej UE, TVP Info udawała, że… to się nie dzieje. Gdy w marcu 2016 r. w Warszawie protestował KOD przeciwko łamaniu konstytucji przez prezydenta i rząd, szefowie TVP Info kazali pokazywać Konferencję Episkopatu w sprawie organizacji Światowych Dni Młodzieży.

Jaka władza, taka informacja. Ale Kaczyński się myli, że „w Polsce za pomocą telewizji można wykreować obraz, jaki się chce, bo społeczeństwo nie analizuje tego, co tam widzi, tylko przyjmuje jako prawdziwe”.

Tak był może 25 lat temu. Teraz to społeczeństwo widzi, co się dzieje w innej telewizji i w internecie. I potrafi z tego wyciągać wnioski, czego najlepszym przykładem są spadki oglądalności Telewizji Publicznej od czasów „dobrej zmiany”. W czołówce tego rankingu in minus jest… TVP Info.

wyborcza.pl

„Radość z życia w państwie PiS”. Pawłowicz podsumowuje marsz PO

06.05.2017

Krystyna Pawłowicz, PiS

 

Sądząc po minach czołówki nie wyglądali na zniewolonych.Girlandy hawajsko-azjatyckie na szyjach, szerokie uśmiechy… Radość z życia w państwie PIS. To po co straszycie ludzi? – krótkim wpisem na portalu społecznościowym posłanka PiS Krystyna Pawłowicz podsumowała dzisiejszy Marsz Wolności.

„Marsz >>wolności<< z której wiecujący właśnie w pełni korzystali postępując za G.Schetyną, okazujący niebieskimi chorągiewkami głównie miłość do zagranicznej organizacji i kompletną dezorientację celu tego maszerowania wśród zwiezionych uczestników, okazał się polityczną i frekwencyjną klapą” – ocenia Pawłowicz.

Posłanka PiS przywołuje w swoim wpisie wypowiedzi uczestników manifestacji, którzy nie potrafili wskazać, dlaczego właściwie postanowili przyjść i przeciwko czemu protestować. „Pytani po co są na tym marszu, biedni zwiezieni mówili, że są ” tak ogólnie”. Najwyraźniej chcieli już do domu koło Lublina” – pisze dalej parlamentarzystka.

„A czy pan Szejnfeld rozdawał chociaż placki ziemniaczane, bo tym wabił niezdecydowanych” – pyta Pawłowic, po czym przystępuje do podsumowania dzisiejszej manifestacji: „Sądząc po minach czołówki nie wyglądali na zniewolonych.Girlandy hawajsko-azjatyckie na szyjach,szerokie uśmiechy…Radość z życia w państwie PIS. To po co straszycie ludzi?”.

msn.pl

„Wiadomości” robią cuda z sondażami. Jak wyszło im, że PiS ma 20 proc. przewagi? Oto wyjaśnienie

06.05.2017

 

Według TVP, rządząca partia ma miażdżącą przewagę. Tymczasem niektóre sondaże renomowanych ośrodków wskazują, że obie partie idą łeb w łeb. Jak to możliwe?

„Wiadomości” podały wczoraj, że poparcie dla PiS wynosi obecnie 44,9 proc., a dla PO – 24,7 proc. Te dane miały być oparte na średniej z sondaży CBOSu, GFK Polonia i Kantar Polska. Nie podano jednak ani kiedy przeprowadzono badania, ani ile osób wzięło w nich udział, ani jaką metodą zostały przeprowadzone.

Dziwny wydaje się także pomysł wyciągania średniej z badań trzech różnych sondażowni – zwykle podaje się osobno wyniki ankiet każdego ośrodka.

Ale największą zagadką są same słupki pokazane przez „Wiadomości”. Skąd wzięła się gigantyczna przewaga partii rządzącej, skoro jeszcze niedawno publikowano sondaże, w których PiS i PO szły łeb w łeb? Dziennikarze serwisu Oko.press postanowili się temu przyjrzeć. Oto, co ustalili:
„Wiadomości” nie wzięły pod uwagę sondaży telefonicznych

W sondażach przeprowadzanych w domach badanych, PiS uzyskuje znacznie lepsze wyniki niż PO. Przykładowo w zakończonym 11 kwietnia badaniu Kantar, PiS wygrywa z PO 38 do 19 proc. Ale 12 kwietnia ta sama sondażownia przeprowadziła badanie telefoniczne. Tym razem wynik wynosił 28 proc. dla PiS i 27 proc. dla PO. Na remis wskazują też inne badania prowadzone przez telefon, m.in. przez IBRIS i IPSOS.

Badania bezpośrednie często faworyzują partię rządzącą. Tak było także wtedy, gdy u władzy była PO. Dlaczego tak jest? Między innymi dlatego, że badani mogą postrzegać ankietera jako wysłannika systemu, który zbiera na nich „haki”. Dla świętego spokoju deklarują wtedy, że popierają rząd – tłumaczą eksperci, cytowani przez Oko.press.

Z analiz wykonywanych np. przy okazji wyborów w 2010 r. wynika, że sondaże telefoniczne dają precyzyjniejsze rezultaty.
„Wiadomości” brały pod uwagę tylko wyborców zdecydowanych

W sondażach Kantar Public i CBOSu, z których prawdopodobnie korzystały „Wiadomości”, odpowiednio 15 i 10 proc. osób nie wiedziało, na kogo zagłosuje w wyborach. Jeśli odejmiemy je z puli ankietowanych i sprawdzimy jak rozkłada się poparcie jedynie wśród zdecydowanych, otrzymamy wynik korzystniejszy dla PiS. Ten mechanizm dokładniej wyjaśnia tekst Oko.press.
„Wiadomości” mogły mieć dostęp do tajnego rządowego sondażu?

Jednym ze źródeł materiały „Wiadomości” jest badanie GFK Polonia. Na próżno jednak szukać w mediach aktualnych sondaży tego ośrodka. Wiadomo jednak, że GFK robi badania na zlecenie Kancelarii Premiera. Czy to właśnie z nich korzystały „Wiadomości”?

„Gdyby ‚Wiadomości TVP’ były normalnym, niezależnym medium, należałoby zadać pytanie, w jaki sposób uzyskały wyniki sondażu zamawianego przez rząd, do których opinia publiczna nie ma dostępu. A jeżeli już je mają, to dlaczego nie podają ich tak jak należy, ale ukryte w średniej trzech badań” – komentuje to Oko.press.

msn.pl

„Francuzi są wściekli, gotowi głosować na każdego, kto obieca zmianę”. Ekspert o wyborach

Tomasz Setta, 07.05.2017

Wybory prezydenckie we Francji

Wybory prezydenckie we Francji (Bob Edme (AP Photo/Bob Edme))

Czy we Francji zadziała „efekt Trumpa” i wygra kandydatka niedoceniana w sondażach? Czemu niektórzy geje popierają Le Pen? O tym, jak głosują Francuzi i czemu tym razem są wyjątkowo nieprzewidywalni rozmawiamy z profesorem Georgesem Minkiem.

Tomasz Setta, Gazeta.pl: Był pan zaskoczony wynikami pierwszej tury?

Prof. Georges Mink*: – Nie, nie byłem zaskoczony. Wierzę sondażom, bo jako socjolog znam metody ich przeprowadzania. Wiem też, w jaki sposób „prostuje” się ewentualne błędy w uzyskanych wynikach tak, by końcowy rezultat oddawał rzeczywistość. To, że Marine Le Pen zajmie w tej turze drugą lokatę było do przewidzenia, podobnie było z wygraną Emmanuela Macrona. Jeśli już coś mnie zaskoczyło, to bardzo dobry wynik Jean-Luca Melenchona.

Zagłosowało na niego ponad 7 milionów Francuzów, podobnie było w przypadku Francoisa Fillona. Teraz sondaże przewidują, że część tych wyborców pozostanie w domu.

– To prawda. W pierwszej turze Francuzów aktywizowało „bogactwo wyboru”. Dzięki 11 różnym kandydatom mogli swobodnie wyrazić swoje postawy, takie jak gniew czy niezadowolenie z ostatnich pięciu lat. Mogli też w końcu zademonstrować obawę przed zwycięstwem skrajnych opcji politycznych. Teraz w pewnym sensie te możliwości znikają i aż 20 milionów Francuzów jest „osieroconych” – nie mają swojego kandydata.

Co zrobią w niedzielę?

– Tu mogą zagrać różne mechanizmy. Część pozostanie w domu, bo nie ma na kogo zagłosować. Inni – jak na przykład grupa wyborców Melenchona – zostaną, bo przed nimi przygotowania do już zupełnie innego etapu, czyli czerwcowych wyborów parlamentarnych. Wreszcie, część Francuzów nie pójdzie głosować, bo jest przekonana, że Macron tak czy tak wygra i nie ma sensu oponować przeciwko skrajnej prawicy.

Tylko że sondaże, które dają dziś Macronowi sporą przewagę, mogą okazać się złudne, a wiara w nie – niebezpieczna. Na tym etapie prezydenckiego wyścigu dynamika zdarzeń jest już bowiem bardzo trudna do przewidzenia.

Są też tacy, którzy zapowiadają oddanie zaskakującego głosu. Mam tu na myśli niektórych muzułmanów czy homoseksualistów**, otwarcie deklarujących swoje poparcie dla Le Pen.

– Są takie grupki, ale to bardzo marginalne zjawiska. Trzeba przy tym pamiętać, że te osoby tylko pozornie mają inne poglądy niż kandydatka Frontu Narodowego. Pamiętajmy, że jest przecież spora grupa skrajnie prawicowych homoseksualistów, którzy różnią się z nią tylko w jednym punkcie – dotyczącym stosunku do ich orientacji. Dość powiedzieć, że jeden ze współpracowników Le Pen jest zadeklarowanym homoseksualistą (Sébastien Chenu – red.).

Wydaje się, że niektórzy Francuzi są tak wściekli na system, iż gotowi są oddać głos na każdego, kto obiecuje zmianę. Ludzi po prostu wciąga pewna próżnia.

Wróćmy jeszcze do Macrona, który już kilka razy podczas tej kampanii wziął na swój celownik Polskę. Patrząc z pańskiej perspektywy, Warszawa stała się w tej walce o prezydenturę jakimś punktem odniesienia dla kandydatów?

– Nie sądzę, jest raczej skrajnym marginesem. Pamiętajmy, że sprawa Polski pierwszy raz pojawiła się w kontekście firmy Whirlpool, która przenosi swoje fabryki nad Wisłę. Gdyby przenosiła je na przykład do Rumunii, to dyskusja dotyczyłaby Rumunii. W tym sensie Macron odpowiedział jedynie na deklaracje ze strony Marine Le Pen. Kiedy zorientował się, że jego niezgoda na „socjalny dumping” ze strony krajów Europy Wschodniej w praktyce stoi w sprzeczności z jego liberalizmem, wtedy punkt ciężkości przeniósł na krytykę Polski związana z „łamaniem demokracji”. Zapewne w tym przypadku chodzi mu o spór wokół Trybunału Konstytucyjnego oraz procedurę kontroli praworządności, jaką wobec Warszawy wszczęła Komisja Europejska.

Odważyłby się pan wskazać zwycięzcę?

– Bardzo trudno go wskazać. Nie wykluczam, że w decydującym momencie proporcje pomiędzy kandydatami ulegną zmianie. Nad Europą mimo wszystko wisi „syndrom Trumpa” (w 2016 r. wybory prezydenckie w USA wygrał Donald Trump, choć sondaże dawały zwycięstwo jego rywalce, Hillary Clinton – red.). Mam też wrażenie, że ludzi wciąga wspomniana już przeze mnie „próżnia”, na zasadzie: chcemy kogoś zupełnie nowego i zobaczymy, sprawdzimy, co nam z tego przyjdzie.

ZOBACZ TEŻ: Nauczyciele angielskiego sprawdzili głośne oświadczenie MSZ ws. słów Macrona. Efekt? >>>

*Prof. Georges Mink – Francuski politolog, socjolog. Dyrektor badań w Instytucie Nauk Społecznych o Polityce przy francuskim Centrum Badań Naukowych (CNRS) oraz profesor Kolegium Europejskiego w Natolinie.

** Nie ma sondaży, które pokazywałby, na jaki procent poparcia od tych grup może liczyć Le Pen. Zagraniczne portale powołują się albo na dane mówiące o tym, że część środowiska LGBT popierała w przeszłości Front Narodowy, albo na rozmowy z pojedynczymi osobami z tego środowiska, które wskazują na strach przed radykalnym islamem albo powody ekonomiczne. Ostatnio media cytują też sondę w popularnej we Francji aplikacji randkowej dla gejów, w której wynika ponad 30 proc. pytanych deklaruje poparcie Le Pen.

Wybory prezydenckie we Francji. Le Pen w drugiej turze: zwolennicy się cieszą, przeciwnicy lamentują

http://www.gazeta.tv/plej/19,114927,21679625,video.html

gazeta.pl

Kiedy wszystko zawodzi pozostają im metody rodem z PRL-owskiej propagandy. Reżimowa TV pokazywała w ten sposób pielgrzymki papieskie

Apel do Opozycji…Złożyć wniosek do OBWE żeby na wybory przysłali obserwatorów bo jak PiS będzie tak liczył głosy….9tyś

Dziękujemy!!!

TVN24 👏👏👏vs. tvPIS 🔨🔨🔨-w nagłówku „porażka PO”😂😂😂

Według ekspertów polskiej policji to jest 9 tyś. ludzi. Wg tych samych ekspertów Semka waży 82 kg, a Błaszczak ma IQ wyższe od kury nioski.

 

Miljiony wolności.

Oranie Jarka. 🙃

%d blogerów lubi to: