Cédric Villani, jeden z najwybitniejszych współczesnych matematyków, będzie na listach En Marche! 🙂

 

Kto popiera rząd PiS? Czy PO rządziła lepiej? [SONDAŻ]

Agnieszka Kublik, 11 maja 2017

Premier Beata Szydło o 500 plus

Premier Beata Szydło o 500 plus (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Połowa Polaków deklaruje się jako przeciwnicy rządów PiS. A zwolennicy? To niemal wyłącznie wyborcy partii Jarosława Kaczyńskiego wsparci przez część elektoratu Pawła Kukiza.

Ostatnie sondaże poparcia dla partii pokazują, że gdyby dziś odbywały się wybory parlamentarne, rządzący PiS i opozycyjna PO miałyby je na podobnym poziomie. Według sondażu Kantar Public z 8 maja na PiS chciałoby głosować 28 proc. badanych, a na Platformę 27 proc. Ten wynik potwierdza trend: PO dogoniła w sondażach PiS.

Gorsze czasy dla PiS

PiS ma w ostatnim czasie pod górkę. Kiedy Kantar przepytywał badanych o ich preferencje polityczne, jednym z gorących tematów była sprawa dr. Wacława Berczyńskiego i jego zaangażowania w zerwanie przez Polskę przetargu na caracale (sam się pochwalił, że je „wykończył”). Kolejne dni przynoszą nowe fakty w Berczyńskigate. Coraz bardziej podejrzanie wygląda to, że Berczyński (na ustne polecenie szefa MON Antoniego Macierewicza) uzyskał prawo do przeglądania ponad 10 tys. dokumentów dotyczących przetargu na śmigłowce wielozadaniowe, które produkuje Airbus, międzynarodowy konkurent Boeinga, w którym Berczyński pracował ponad 20 lat.

Coraz gorzej wyglądają też kontakty rządu Beaty Szydło z prezydentem Andrzejem Dudą. Co rusz jakieś zgrzyty, nieporozumienia, wymiana listów i złośliwości.

W takiej politycznej atmosferze Kantar Public zapytał Polaków, czy „ogólnie rzecz biorąc, jesteś zwolennikiem, czy przeciwnikiem obecnych rządów PiS?”.

Najliczniejsza grupa – 47 proc. – zakreśliła odpowiedź „jestem przeciwnikiem”. 29 proc. – „jestem zwolennikiem”. 24 proc. nie umie się określić. To spora grupa zdezorientowanych, jak oceniać to, co robi władza PiS (w sondażach partyjnych ok. 15 proc. nie umie wskazać, kogo chciałoby poprzeć w wyborach parlamentarnych).

PO czy PiS – kto rządził lepiej

Kto popiera rządy PiS? Oczywiście wyborcy tej partii. Nie w całości, bo 88 proc. w tej grupie zakreśliło odpowiedź „zwolennik”. Sporo, bo niemal co dziesiąty wyborca, który poparł partię Kaczyńskiego w 2015 r., dziś nie potrafi  powiedzieć, że jest z rządzenia PiS zadowolony. A 3 proc. twierdzi, że władzy PiS nie popiera. Czyli w sumie dziś prawie co ósmy wyborca PiS z 2015 r. nie jest w stanie powiedzieć, że podobają mu się rządy tej partii.

Wyborcy Pawła Kukiza są podzieleni na trzy niemal równe grupy. Nieco ponad 30 proc. jest zwolenników rządu PiS, przeciwników i tych, którzy nie mają wyrobionego zdania.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Sondaż „Wyborczej”. To już trend? Platforma ponownie o włos przed PiS. A Nowoczesna znów spada

Wyborcy PO – to też oczywiste – w większości (87 proc.) deklarują się jako przeciwnicy rządów partii Kaczyńskiego. Ale 6 proc. jest za, a 7 proc. nie ma zdania. Wśród wyborców Nowoczesnej nie ma ani jednego zwolennika rządów PiS, 90 proc. ląduje w przegródce „przeciwnik”, a 10 proc. nie ma zdania.

Kantar zapytał też, które rządy – poprzednie PO-PSL czy obecne PiS – badani oceniają jako lepsze. Co ciekawe, nie wszyscy, którzy dziś są przeciwko władzy Prawa i Sprawiedliwości, tęskną za czasami, kiedy rządziła koalicja PO i ludowców. I tak: 36 proc. ocenia, że to poprzednia ekipa lepiej rządziła Polską, 35 proc. – że obecna, a 30 nie ma zdania.

Wyborcy PiS z 2015 r. niemal jak jeden mąż (92 proc.) twierdzą, że dziś rządzi lepsza ekipa. Wśród wyborców PO sprzed prawie dwóch lat 84 proc. chwali rządy swojej partii, ale 16 proc. unika odpowiedzi.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Sondaż „Wyborczej”: Duda wygrywa w pierwszej turze z Tuskiem. Mocny Kukiz. Biedroń z potencjałem?

Wśród tych, którzy w 2015 r. poparli partię Ryszarda Petru (który nadal krytykuje rządy PO równie często jak władzę PiS) 65 proc. wskazuje, że to Platforma lepiej sobie radziła niż PiS. Co trzeci wyborca Nowoczesnej nie ma zdania.

Zwolennicy Pawła Kukiza w połowie wskazują na rządy PiS, ale 16 proc. na PO, a co trzeci nie ma zdania.

Sondaż z 8 maja, próba ogólnopolska, reprezentatywna, telefoniczna, wspierana komputerowo, 1000 dorosłych Polaków

PiS pyta, PO odpowiada. Jej odpowiedzi mogą być łatwym łupem dla PiS – w „Temacie dnia” o niespójnym przekazie Platformy

PiS pyta, PO odpowiada. Jej odpowiedzi mogą być łatwym łupem dla PiS – w „Temacie dnia” o niespójnym przekazie Platformy

http://www.gazeta.tv/plej/19,149607,21792333,video.html

wyborcza.pl

Wątpliwa ekspertyza teczki „Bolka”

Wojciech Czuchnowski, Agnieszka Kublik, 11 maja 2017

Naukowcy badający materiały z tzw. szafy Kiszczaka pominęli istotny dokument. Może on podważać wniosek, że donosy „agenta Bolka” pisał Lech Wałęsa.

Jak to możliwe, że dwa dokumenty z grudnia 1970 r., które dzielą tylko trzy dni i których autorem ma być Lech Wałęsa, są sporządzone innym charakterem pisma? Jeden pismem wyrobionym, drugi – przeciwnie. I jak to możliwe, że analizujący pismo Wałęsy eksperci z Instytutu im. Jana Sehna z Krakowa jeden z tych dokumentów pominęli?

Prof. Piotr Girdwoyń z Katedry Kryminalistyki na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego wytyka luki w ich analizie. W czwartek kontrekspertyzę przedstawił pełnomocnik Wałęsy prof. Jan Widacki.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Jarosław Kurski: Dla was tylko „Bolek”, dla nas przede wszystkim bohater

Znaki zapytania

Wyniki prac ekspertów z Instytutu im. Jana Sehna w Krakowie IPN znamy od 31 stycznia. Grafolodzy przez prawie rok badali zawartość teczek „agenta Bolka” znalezionych na początku 2016 r. w domu gen. Czesława Kiszczaka (szef MSW w stanie wojennym). Jego żona oferowała je IPN do sprzedaży. W odręcznym liście załączonym do materiałów Kiszczak stwierdza, że dokumenty „dotyczą współpracy Lecha Wałęsy z SB”. W pakiecie przechowywanym przez Kiszczaka jest prawie 800 stron materiałów mających dokumentować współpracę Lecha Wałęsy z SB od grudnia 1970 r. do lutego 1976 r.

Kluczowe są: zobowiązanie do współpracy, donosy, notatki z rozmów, pokwitowania odbioru pieniędzy i służbowe pisma funkcjonariuszy. Pod zobowiązaniem jest podpis „Lech Wałęsa – Bolek”. Donosy i notatki z rozmów podpisane są już tylko pseudonimem. Tylko kilka z nich jest napisanych ręką „Bolka”. Większość spisał rozmawiający z nim funkcjonariusz.

Wałęsa zaprzecza, że to jego pismo.

Eksperci Instytutu im. Sehna uznali, że pismo agenta „Bolka” i jego podpisy są tożsame z pismem Lecha Wałęsy. Prof. Girdwoyń dopatrzył się w opinii Instytutu im. Sehna ważnych luk, które pod znakiem zapytania stawiają wnioski ekspertów.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Ponad tysiąc róż dla Lecha Wałęsy. B. prezydent wzruszony: To mnie podbudowuje

Inne czasy, inne pismo

Podstawowy zarzut dotyczy tego, jakie dokumenty biegli z Krakowa porównywali, a jakich nie. Otóż krakowscy eksperci dysponowali m.in. dwoma dokumentami z grudnia 1970 r. Były to: zobowiązanie do współpracy z 21 grudnia i odręczna notatka z 24 grudnia. To, że dokument późniejszy powstał niemal w tym samym czasie co zobowiązanie,  oznacza, że jest „adekwatnym materiałem porównawczym”. A jednak naukowcy z Krakowa ich nie porównali.

Jak wyglądają te dokumenty? Z analizy prof. Girdwoynia wynika, że zobowiązanie z 21 grudnia sporządzono pismem powstałym „w szybkim tempie i charakteryzującym się wysokim stopniem wyrobienia”. Notatka z 24 grudnia to pismo o „niskiej klasie, niewyrobione, charakterystyczne dla osoby, która pismem ręcznym posługuje się okazjonalnie”.

Różnicę widać gołym okiem. Krótka notatka to pismo nieudolne, z błędami gramatycznymi i ortograficznymi. Zobowiązanie błędów nie zawiera, pismo jest równe, wyrobione.

Dlaczego te dwa dokumenty, jeśli wykonane zostały tą samą ręką, tak się różnią? Z krakowskiej ekspertyzy nie wynika, jaką klasą pisma Wałęsa posługiwał się w grudniu 1970 r. A ma to podstawowe znacznie dla analizy rękopisów sporządzonych przez niego w tym czasie. I tu kolejna uwaga do pracy ekspertów Instytutu im. Sehna: do porównania charakteru pisma Wałęsy z dokumentów z szafy Kiszczaka (czyli z lat 70.) używali głównie rękopisów z lat 80. 90., a nawet z 2003-16. Czyli z czasów, gdy Wałęsa był już osobą publiczną, a charakter jego pisma był coraz bardziej wyrobiony.

Jak dowodzi prof. Girdwoyń, klasę pisma można zmienić tylko w jednym kierunku – obniżyć. Zatem jeśli Wałęsa w grudniu 1970 r. miał pismo niewyrobione (czyli takie, jakie widać w notatce z 24 grudnia), to nie byłby w stanie sporządzić trzy dni wcześniej notatki skreślonej pismem o klasę wyższym. Natomiast jeśli pismo miał wyrobione, jak w zobowiązaniu z 21 grudnia, to mógł „obniżyć klasę pisma” w notatce z 24 grudnia.
Jak to się stało, że eksperci z IS nie porównywali obu tych dokumentów? Prof. Girdwoyń zauważa, że notatkę z 24 grudnia wyodrębnili z materiału dowodowego i utworzyli z niej nowy jednoelementowy zbiór, właśnie dlatego, że pismo w tej notatce tak bardzo różniło się od rękopisu z 21 grudnia.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Milczanowski: Najgłośniej krzyczą zwykle ci, którzy nic nie robili. Rozmowa o Wałęsie

„Kategoryczna” opinia

W styczniu 2017 r. opinię Instytutu im. Sehna prezentowała jego szefowa prof. Maria Kała. Jak mówiła, badany materiał był obszerny i porównywano go z próbkami pisma Wałęsy z różnych okresów jego życia. Jej zdaniem w materiałach eksperci nie znaleźli śladów przerabiania ani „śladów motorycznych” wskazujących, że osoba, która pisała kwity, naśladowała czyjeś pismo. Jak dodała prof. Kała, opinia utożsamiająca pismo TW „Bolka” z pismem Wałęsy jest „kategoryczna”.

Styczniową konferencję z grafologami urządził prezes IPN Jarosław Szarek. Nie krył satysfakcji. Przemilczał wcześniejsze ustalenia historyków, że nawet jeśli zawartość teczki jest prawdziwa, to faktyczna współpraca Wałęsy trwała do 1972 r. Po tym okresie zaczął unikać spotkań z SB, nie przekazywał jej istotnych informacji, w końcu został wyrzucony z pracy, bo buntował załogę. SB uznała Wałęsę za groźnego dla systemu.

Kiedy podjął działalność w opozycji, jego kontakty z SB od dawna były zakończone. W następnych latach wielokrotnie próbowano go złamać i skompromitować, szantażując m.in. kwitami „Bolka” i fabrykując materiały mające świadczyć o jego współpracy w późniejszych latach. – Ocena Wałęsy ulega zmianie. Dzisiaj można powiedzieć: nie ma wątpliwości na temat jego współpracy z SB. Ta sprawa jest dzisiaj zakończona – mówił Szarek. I spekulował: – Można stawiać nowe pytanie: na ile to, że Wałęsa podjął tę współpracę na początku lat 70., determinowało jego decyzje w późniejszym czasie, w czasach pierwszych miesięcy „Solidarności”, później w latach 80., a także po 1989 r.

Prezesowi IPN nie potrzebna była analiza grafologa do oskarżania Lecha Wałęsy…

Prezes IPN bez zawahania oskarża Lecha Wałęsę. A jest opinia grafologa w sprawie TW Bolka?

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,20594279,video.html

wyborcza.pl

CZWARTEK, 11 MAJA 2017

Jaki: Jeżeli jakiś świadek nie stawi się przed komisję, to ona i tak będzie podejmowała decyzję

20:26

Jaki: Jeżeli jakiś świadek nie stawi się przed komisję, to ona i tak będzie podejmowała decyzję

To jest w tym wszystkim najlepsze. To działa na ich niekorzyść. Jeżeli jakiś świadek nie stawi się przed komisję, to działa na ich niekorzyść. Komisja i tak będzie podejmowała decyzję. Oczywiście, że będzie karany za niestawienie się. Jeżeli ktoś będzie unikał stawienia się przed komisję, to będzie za to ukarany – stwierdził Patryk Jaki w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem w „Gościu Wiadomości” TVP Info.

300polityka.pl

CZWARTEK, 11 MAJA 2017 10:04

STAN GRY: Wroński: PO powiedziała: wybór między PiS i PO to tylko kwestia stylu, PBS: Jeśli zawodnik nie nadąża…, GW: Nowe projekty PiS

ANNA STREŻYŃSKA KOŃCZY DZIŚ 50 LAT, Jan Ołdakowski 45.

JEST NOWE UCHO! – cały odcinek na showmax.com. Do prezesa przychodzi koordynator ds. służb i w gabinecie pali papierosy. – Dobrze, niech coś robi, bo zwariuje, magnesiki takie zbiera na lodówkę – mówi pani Basia o Adrianie. Prezes wysyła Mariusza do sklepu po poidło dla wielbłądów. – Ten minister polecił, a temu nie może pan zabronić – mówi nowy szef sztabu, który przyszedł do prezesa. Odcinek kończy się dramatycznie. https://www.youtube.com/watch?v=k4V5S1GrUSY

300LIVE: Łapiński o tym, co doradzi prezydentowi, Ziobro o zatrzymaniu 7 osób, Błaszczak o popieraniu przemocy przez opozycję, Huskowski z białą różą, Szefernaker o przyzwoleiu sądu na konfrontację, szef policji o wylegitymowanych na miesięcznicy: http://300polityka.pl/live/2017/05/11/

KURSKI WYLECI Z TVP? – FAKT NA JEDYNCE – pisze Agnieszka Burzyńska: “Drugim problemem jest oglądalność TVP, która spada. A to oznacza, że telewizja dociera tylko do swoich zagorzałych zwolenników, co budzi jeszcze większą złość w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej. – Kaganek naszej propagandy miał trafiać również pod inne strzechy – ironizuje kolejny poseł PiS. I bez ogródek dodaje, że „pożytek z Kurskiego jest niewielki, a koszt ogromny”. Politycy partii rządzącej wytykają prezesowi telewizji przerost zatrudnienia w trudnej sytuacji finansowej i nagrody przyznane dziennikarzom TVP”. http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/jacek-kurski-odejdzie-z-tvp/c978vdv

PROGRAM UWAŁASZCZENIOWY I NOWE PROGRAMY SPOŁECZNE – Leszek Kostrzewski w GW o ofensywie programowej PiS: “PiS potrzebuje nowych pomysłów, które poprawią sondaże. Jak ustaliła „Wyborcza”, w czerwcu partia Jarosława Kaczyńskiego będzie się chwalić programem uwłaszczeniowym i likwidacją użytkowania wieczystego. Ma z tego skorzystać 1,5 mln Polaków. PiS planuje też niższe stawki ubezpieczeń dla firm, podniesienie płacy minimalnej oraz program budowy żłobków i domów seniorów”. http://wyborcza.pl/7,155287,21792831,pomysl-rzadu-zlikwidowac-uzytkowanie-wieczyste-ziemie-przekazac.html

PREZES ZUS O 13. EMERYTURZE – mówi w rozmowie z DGP: “W systemach emerytalnych nie przewiduje się takiego rozwiązania. Mogłoby to mieć miejsce np. w Norwegii, gdzie dzięki zasobom surowcowym państwo jest zabezpieczone emerytalnie na wiele lat do przodu. U nas wszystkie dodatkowe zobowiązania mogłyby źle wpłynąć na bezpieczeństwo całego systemu. Takie trzynastki zwiększałyby wydatki o ponad osiem procent. To duże koszty. Niemniej przyglądamy się i analizujemy wszystkie propozycje, które padają w przestrzeni publicznej”. https://edgp.gazetaprawna.pl/artykuly/646996,trzynasta-emerytura-to-mrzonka.html

CZAS LIMUZYN SIĘ SKOŃCZYŁ – mówi premier Beata Szydło w rozmowie z Michałem Szułdrzyńskim i Jackiem Nizinkiewiczem w RZ: “Czas limuzyn się skończył! Ministrowie jasno ode mnie o tym usłyszeli. Podczas ostatniej odprawy z szefami resortów jasno powiedziałam, jakie są moje oczekiwania. Jesteśmy zespołem. Jeśli jeden zawodnik nie nadąża, to trzeba go wymienić. Jesteśmy jedną drużyną, która nie tylko musi być zwarta i lojalna wobec siebie, ale także zdyscyplinowana, bo tylko wtedy zrobimy to, co obiecaliśmy Polakom”.

PREMIER NA PYTANIE O REKONSTRUKCJĘ: “Dojdzie do rekonstrukcji rządu?
– Dałam czas moim ministrom. Jeśli nie wyciągną wniosków, to będę musiała podjąć decyzje i to egzekwować. Na razie uważnie się przyglądam. (…) Nie chcę mówić o terminach, żeby nie zaczęły się dywagacje w mediach. Każdy z ministrów zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności za swój resort”.

PREMIER O WYPOWIEDZI PAWŁA MUCHY POD ADRESEM MIN. WITEK: “Relacje między mną a panem prezydentem są bardzo dobre. A pan minister Mucha? No cóż może powinien popracować trochę nad swoją kindersztubą”.

PREMIER O BERCZYŃSKIM: “To była bardzo mało szczęśliwa wypowiedź dr. Berczyńskiego”.

PBS O MACIEREWICZU W UCHU PREZESA: “Czy Antoniego Macierewicza można się bać? Ja się nie boję”.

PBS O KADENCJI KRS: “W mojej opinii, po analizie przedstawionej mi przez ministra Ziobry, to rozwiązanie jest dopuszczalne”. http://www.rp.pl/Rozmowy-czwartkowe/305109874-Beata-Szydlo-Czas-limuzyn-sie-skonczyl.html

PETRU WYKORZYSTAŁ WPADKĘ SCHETYNY – Andrzej Stankiewicz w SE: “Wpadkę lidera PO wykorzystał Petru, który ostro zaatakował Platformę. Dostał prezent, dzięki czemu może dziś przedstawiać się jako lider formacji bardziej liberalnej niż PO”.

ZADZIWIAJĄCY KONTREDANS SCHETYNY – dalej Stankiewicz: “W sprawie 500 plus Schetyna wykonał jakiś zadziwiający kontredans, bo nie bardzo umiał wytłumaczyć, jaka jest polityka jego partii w tej kwestii. I to w sytuacji, gdy Schetyna jako szef opozycji mógłby powiedzieć dosłownie wszystko. Wreszcie kwestia emigrantów, gdzie najpierw lawiruje, potem składa ważną deklarację i używa języka PiS, co dla elektoratu PO będzie niezrozumiałe”. http://www.se.pl/wiadomosci/opinie/andrzej-stankiewicz-wpadke-po-wykorzysta-petru_991046.html

RÓŻNICA MIĘDZY PO I PIS TO KWESTIA STYLU – Paweł Wroński w GW: “Pytanie, czy chcemy być społeczeństwem otwartym, czy zamkniętym, przestraszonym, nienawidzącym wszystkich i wszystkiego niczym nacjonalistyczna twierdza. Platforma Obywatelska, partia opozycyjna, która mieni się tą lepszą, otwartą, europejską, powiedziała właśnie w gruncie rzeczy: wybór między PiS i PO to tylko kwestia stylu”.

PLATFORMA JAK MAŁY JASIO – jeszcze Wroński: “PO stanowiska w tej ważnej dla Polski i Europy  sprawie po prostu nie ma i tłumaczy, że mieć nie musi, „bo problem nie istnieje”. Jest niczym Jasio, który chowa głowę pod poduszkę i sądzi, że świat nie istnieje (…) niepokojący sygnał, że Platforma gotowa jest odejść od wartości ogólnoludzkich i europejskich, jeśli tylko zapewni jej to wyższe polityczne notowania”. http://wyborcza.pl/7,75968,21789417,czy-schetyna-wierzy-ze-przelicytuje-kaczynskiego-po-ws-uchodzcow.html

PO KLUCZY W SPRAWIE UCHODŹCÓW – Michał Wilgocki w GW.

SCHIZOFRENIA PO, REWOLUCYJNA ZMIANA WS IMIGRANTÓW – jedynka GPC. http://gpcodziennie.pl/63884-schizofreniaplatformyobywatelskiej.html

CAŁY CYNIZM CAŁĄ DOBĘ – Joanna Lichocka w GPC o PO: “Można tylko współczuć części zwolenników PO w mediach, którzy nie są aż tak zdemoralizowani jak ich partia i będą potrzebowali jakichś pozorów, by uzasadnić zmianę stanowiska. Lecz funkcjonariusze medialni PO zmienią narrację bez mrugnięcia okiem. Cały cynizm całą dobę!” http://gpcodziennie.pl/63890-cynizmzamiastprogramu.html

MARCIN WOLSKI O SCHETYNIE, KTÓRY W KOŃCU ZMIENI NAZWISKO NA KACZYŃSKI – pisze w GPC:
“Schetyna zmienia zdanie,
twierdząc (baju, baju),
że Platforma nie wpuści uchodźców do kraju.
Można sądzić, że widząc wybory w oddali,
obieca pięćset z plusem nigdy nie uwalić,
emerycki wiek trzymać, tak jak ustalono,
reformę oświatową uznać za wdrożoną,
stawiać się Europie na sposób zuchwalczy,
IPN popierać, a z korupcją walczyć,
stać się katolicki, a nie libertyński
i w końcu nazwisko zmienić na Kaczyński”.
http://gpcodziennie.pl/63887-metamorfozagrzegorza.html

NIE ROZUMIEM STRATEGII PO – Jan Ordyński w SE: “Nie rozumiem tej strategii. Przecież nie można wszystkim dogodzić i warto być porządnym. Skoro PO tak mocno zarzuca PiS nierespektowanie europejskich wartości, to powinna zacząć od siebie”. http://www.se.pl/wiadomosci/opinie/jan-ordynski-w-po-nie-wiedza-za-czym-sa_991071.html

PAWEŁ KOWAL O 500+ JAKO ŚWIĘTEJ KROWIE – pisze w RZ: “Polacy nigdy nie zrezygnują z 500+ w zamian za, powiedzmy, powrót starego składu Trybunału Konstytucyjnego. To tak nie działa. Na pocieszenie wrogom 500+: święta krowa jest jedna. Tylko 500+. Można ciąć wiele innych wydatków socjalnych (minister Rafalska nie robi tego wcale), można zachęcać do wiązania pobierania świadczenia z pracą (rozwiązanie brytyjskie), można zmienić zasady wielu innych świadczeń. Ale 500+ to prawdziwa święta krowa, także dla klasy średniej, i lepiej ją naprawdę zostawić w spokoju”. http://www.rp.pl/Felietony/305109885-Kowal-500-to-swieta-krowa.html

NOWY PREZES KGHM ZWALNIA DZIAŁACZY PIS – GW: “Domagalski-Łabędzki kojarzony jest z wicepremierem Mateuszem Morawieckim, ale cieszy się też zaufaniem nadzorującego Polską Miedź ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego. Nowy prezes porządki kadrowe rozpoczął wkrótce po nominacji, stanowiska w KGHM zaczęli wtedy tracić ludzie Jackiewicza, dolnośląscy działacze PiS”. http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/7,35771,21792495,nowy-prezes-kghm-usuwa-z-wladz-dzialaczy-pis.html

300polityka.pl

CZWARTEK, 11 MAJA 2017

Gliński o ustawie abonamentowej: W ciągu 2-3 tygodni projekt powinien trafić do Sejmu

Gliński o ustawie abonamentowej: W ciągu 2-3 tygodni projekt powinien trafić do Sejmu

Myślę, że w ciągu 2-3 tygodni ten projekt ustawy powinien wejść do Sejmu – stwierdził Piotr Gliński w rozmowie z Beatą Lubecką w „Gościu Wydarzeń” Polsat News, pytany o tzw. ustawę abonamentową. Jak stiwerdził wicepremier, projektem lada moment ma zająć się Komitet Stały Rady Ministrów.

300polityka.pl

Eugeniusz Smolar: PiS prowadzi do izolacji Polski

MAJ 11, 2017,  JUSTYNA KOĆ

Polityka rządu PiS prowadzi do izolacji Polski i do wyzbycia się – choćby poprzez konflikt na tle wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej – narzędzi politycznych i dyplomatycznych, aby wpływać na rozstrzygnięcia europejskie, także te z zakresu utworzenia się Unii dwóch prędkości – mówi wiadomo.co Eugeniusz Smolar, dziennikarz, działacz opozycji w czasach PRL, członek rady fundacji Centrum Stosunków Międzynarodowych

Justyna Koć: Przedstawiciele państw z całego świata we wtorek skrytykowali Polskę na forum Rady Praw Człowieka ONZ. Co to dla Polski oznacza?

Eugeniusz Smolar: Jest to nieprzyjemne, dlatego że jedna z agend Organizacji Narodów Zjednoczonych zajęła się Polską. Trzeba wziąć pod uwagę, że należymy do świata krajów demokratycznych, kierujących się zasadami w ramach Unii Europejskiej, które mają podwyższone standardy, bardziej nawet niż te, które określa ONZ. To ma znaczenie raczej symboliczne, także z takiego powodu, że sama Rada Praw Człowieka zastąpiła komisję pod hasłem sprawienia, że będzie bardziej skuteczna w swoim działaniu. Na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ wybiera się 48 członków, którzy są podzieleni geograficznie. Do tej rady wchodzą przedstawiciele krajów, których standardy praw człowieka są odległe od zasad, którymi kieruje się ONZ, np. Arabia Saudyjska, w której obowiązuje kara śmierci czy kara chłosty i w której rolę kobiet określa religijnie szariat. Natomiast, niewątpliwie, jeżeli ta rada krytykuje państwo, to powinniśmy się niepokoić i powinno to stanowić pewien wyznacznik, kierunek, gdzie powinniśmy dostosować politykę do standardów, którym formalnie poprzez podpisanie traktatów i umów międzynarodowych powinniśmy hołdować, a tego nie robimy.

Polska stara się o miejsce niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, a mamy konkurentów do tego miejsca. Kiedy wokół kraju panuje niepokój co do standardów, to może to mieć wpływ na to, że Polska nie uzyska wystarczającej liczby głosów.

Może to też mieć znaczenie dla Polski w innym wymiarze. Polska stara się o miejsce niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, a mamy konkurentów do tego miejsca. Kiedy wokół kraju panuje niepokój co do standardów, to może to mieć wpływ na to, że Polska nie uzyska wystarczającej liczby głosów.

Rada ONZ krytykuje nas m.in. za reformę sądownictwa, która właśnie jest przeprowadzana przez rząd PiS. To powinien być wyraźny sygnał dla rządu? Wyjątkowy, bo to jednak ONZ.

Nie jestem pewien, czy wyjątkowy, bo jednak stanowisko w tej spawie Komisji Europejskiej czy Komisji Weneckiej powinno mieć dla nas większe znaczenie. Ta sprawa w pewnym stopniu wiąże ręce rządowi, który chce przeprowadzić zmiany ubezwłasnowalniające system sądowniczy w Polsce, a z drugiej strony tworzy atmosferę wokół Polski jako kraju, który jest poważnym problemem i który przyczynia się do naszej izolacji. To może mieć wpływ na różnego rodzaju rozstrzygnięcia, także gospodarcze, w kontekście dyskusji o nowej perspektywie finansowej na lata 2011-27. Ten stan rzeczy bardzo negatywnie wpływa na pozycję negocjacyjną Polski.

To może mieć wpływ na różnego rodzaju rozstrzygnięcia, także gospodarcze, w kontekście dyskusji o nowej perspektywie finansowej na lata 2011-27.

Czy, według pana, możemy nie dostać funduszy?

To skomplikowany proces. Ze względu na kryzys w Europie, wysokie bezrobocie, szczególnie na południu kontynentu wśród młodzieży, co też ma związek ze wzrostem znaczenia partii populistycznych, które są jednocześnie antyeuropejskie, nieliberalne i, niestety, prorosyjskie. To wszystko powoduje, że politycy państw członkowskich chcą zmiany struktury budżetu. Już pojawiają się głosy zmian w ramach budżetu tej perspektywy do 2020 roku. Pojawiają się też głosy, że należy większy procent wydatków skierować np. na gałęzie gospodarki, które mają charakter przyszłościowy, a z drugiej strony zwiększyć wydatki na działania, które są potrzebne w związku z konfliktem destabilizującym Afrykę Północną i napływem imigrantów. Mamy liczne głosy, że należy nawet do 10 proc. budżetu przeznaczyć na pomoc dla krajów, z których napływają imigranci, po to, aby zwiększyć stabilizację, aby nie mieli bodźców do uciekania do Europy. Również po to, aby takie kraje, jak Włochy, Hiszpania, Grecja, ale i Szwecja, dostały pieniądze, by pomóc w absorpcji imigrantów, wesprzeć ich w nauce języka czy znalezieniu pracy.

Pojawiły się głosy ze strony przedstawicieli rządu szwedzkiego, ale i kanclerza Austrii, Christiana Kerna, że te kraje, które nie wykażą się solidarnością w dziedzinie absorpcji imigrantów, nie mogą liczyć na solidarność w przyszłości. To bardzo mocne stwierdzenie.

Polski rząd kategorycznie sprzeciwia się przyjęciu imigrantów. Mam wrażenie, że z tej kwestii zrobili nawet polityczny argument wewnątrz kraju.

W ramach solidarności europejskiej kraje unijne, np. te, które wymieniłem, domagają się solidarności ze strony Polski i krajów Grupy Wyszehradzkiej, które odmawiają przyjęcia jakichkolwiek imigrantów, a jednocześnie nie angażują się w pomoc przy rozwiązaniu problemu na terenie Włoch, Grecji czy Turcji. Pamiętajmy, że Unia płaci Turcji ponad 3 mld w ramach porozumienia, żeby Turcja była w stanie zachować imigrantów na swoim terenie. W dramatycznej sytuacji jest Liban, gdzie uchodźcy wojenni w Syrii stanowią już duży procent społeczeństwa libańskiego. Pojawiły się głosy ze strony przedstawicieli rządu szwedzkiego, ale i kanclerza Austrii, Christiana Kerna, że te kraje, które nie wykażą się solidarnością w dziedzinie absorpcji imigrantów, nie mogą liczyć na solidarność w przyszłości. To bardzo mocne stwierdzenie.

Polska jest postrzegana jako kraj, w którym łamana jest praworządność, ale również jako państwo odmawiające solidarności, a więc jako państwo egoistyczne, które nie działa na rzecz umocnienia Wspólnoty.

Grupa Wyszehradzka mówi o „selektywnej solidarności”.

I na tę samą selektywną solidarność będą mogły liczyć kraje wyszehradzkie przy ustaleniach budżetu unijnego. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że jeżeli nie dojdzie do zmiany polityki polskiego rządu, a nie zapowiada się, żeby doszło do zmiany, to będzie to miało wpływ na polityki unijne, na których Polsce najbardziej zależy. Polska jest postrzegana jako kraj, w którym łamana jest praworządność, ale również jako państwo odmawiające solidarności, a więc jako państwo egoistyczne, które nie działa na rzecz umocnienia Wspólnoty.

Przecież rząd mówi, że wstajemy z kolan.

Ja widziałem ładny mem na ten temat: Polska wstała z kolan i upadła na głowę. Solidarność nie może być selektywna. Prawdą jest to, co mówią rządy krajów wyszehradzkich, w tym nasz rząd, że w Traktacie Lizbońskim nie ma żadnego przymusu, ale też nie ma przymusu kierowania środków strukturalnych do krajów biedniejszych. Kraje skandynawskie, jak Dania, ale też Holandia czy Francja, z którą mamy nie najlepsze stosunki ostatnio, to tzw. płatnicy netto do budżetu. I one chcą wiedzieć, dlaczego mają płacić państwom, które nie wykazują się solidarnością.

Na mnie zrobiła ogromne wrażenie wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego w wywiadzie dla Reutersa, gdzie powiedział, że byłby skłonny zdecydować się na jakiejś spowolnienie wzrostu ekonomicznego, jeżeli byłoby to ceną przeforsowania jego wizji Polski.

Czarno to wygląda.

Moim zdaniem, polityka rządu PiS prowadzi do izolacji Polski i do wyzbycia się – choćby poprzez konflikt na tle wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej – narzędzi politycznych i dyplomatycznych, aby wpływać na rozstrzygnięcia europejskie, także te z zakresu utworzenia się Unii dwóch prędkości.

Jak to możliwe, że rząd nie zdaje sobie z tego sprawy?

Wie pani, ja tego nie wiem. Natomiast na mnie zrobiła ogromne wrażenie wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego w wywiadzie dla Reutersa, gdzie powiedział, że byłby skłonny zdecydować się na jakiejś spowolnienie wzrostu ekonomicznego, jeżeli byłoby to ceną przeforsowania jego wizji Polski. Wzrost gospodarczy to miejsca pracy, dynamizowanie inwestycji, to wpływy do budżetu, które pozwalają zrealizować wszystkie zobowiązania socjalne, jak emerytura czy renta, ale także te, które PiS wpisał do swojego programu, jak 500 Plus, leki dla seniorów za darmo itd.

Polska może stracić nie tylko pieniądze przeznaczane na pomoc organizacjom pozarządowym, ale utraci całość tych ponad 800 mln euro, co stanowi niebagatelną sumę.

Rząd ma też inny problem. Norwegia już mówi, że nie zaakceptuje przejęcia przez polskie władze kontroli nad milionami tzw. funduszy norweskich, które służą m.in. do finansowania działalności organizacji broniących praw człowieka.

Premier Norwegii Erna Solberg stwierdziła bardzo silnie, że fundusze na organizacje pozarządowe powinny być zarządzane przez te organizacje, a nie struktury rządowe. To odpowiedź na próby rządu PiS przejęcia tych funduszy. Rząd PiS wchodzi w tę samą rzekę, którą próbował przebrnąć rząd Orbána na Węgrzech. W efekcie rząd norweski nie przekazał tych funduszy Węgrom, a rozdysponował je do innych krajów, które pomocy potrzebują. Mimo tego doświadczenia rząd PiS postępuje tak samo i efekt będzie ten sam. Zapoznałem się ze stanowiskiem komisji w rządzie norweskim, w którym nie było jednego głosu sprzeciwu. Polska może stracić nie tylko pieniądze przeznaczane na pomoc organizacjom pozarządowym, ale utraci całość tych ponad 800 mln euro, co stanowi niebagatelną sumę.

Część tych funduszy była przekazywana m.in. na walkę z dyskryminacją, to też jest jedna z kwestii, na którą zwróciła uwagę ONZ.

W dokumentach norweskich, które określają, na co te fundusze maja być przeznaczone, napisane jest, że na szeroką paletę postaw prospołecznych, w tym również antydyskryminacyjnych w każdym wymiarze: rasizmu, nietolerancji, wykluczania… Rząd PiS zaangażował się po stronie wizji społeczeństwa monokulturowego, monoetnicznego i w związku z tym chciałaby, żeby te środki były skierowane na organizacje, które są bliskie sercu rządu. Rząd norweski się na to w żadnym wypadku nie zgodzi.

PiS to partia, która przypomina funkcjonowanie PZPR w okresie komunizmu – próbuje centralizować i podporządkować sobie wszystkie formy aktywności publicznej.

Dlaczego rząd PiS tak bardzo nie lubi organizacji pozarządowych?

Ja mogę tylko interpretować. To nie chodzi tylko o politykę, ale też o pewnego rodzaju kulturę tej partii. To partia centralistyczna, która zdecydowała się na możliwie najbliższą współpracę i wspieranie Kościoła katolickiego, szczególnie ojca Rydzyka. Jest to partia, która opowiada się za polskim suwerenizmem czy wręcz egoizmem narodowym; tutaj się kłania sprawa uchodźców. Przejmuje wszystkie media, nie tylko publiczne, mówi się przecież o repolonizacji. To partia, która przypomina funkcjonowanie PZPR w okresie komunizmu – próbuje centralizować i podporządkować sobie wszystkie formy aktywności publicznej. A organizacje pozarządowe to często grono pasjonatów, wolontariuszy, którzy pracują za marne grosze. Będą bardzo mocno broniły swojej własnej suwerenności i prawa do poświęcania się tym pasjom, zaczynając od Jurka Owsiaka, a kończąc na malutkich organizacjach, które powstają w małych miasteczkach, aby pomagać dzieciom. To niesłychanie szlachetna forma aktywności, która buduje nasz kapitał społeczny i zaufanie do siebie, ale kiedy nie jest to podporządkowane woli politycznej PiS, to jest traktowane jako element wrogi.

wiadomo.co

 

Dr Wojciech Jabłoński: Upadająca władza traci nerwy

MAJ 9, 2017, KAMILA TERPIAŁ

Teraz trwa siłowanie się między upadającą władzą PiS a rosnącą w siłę PO. Przy propagandzie „epoki Gierka” bardzo łatwo wślizgnąć się w „epokę Jaruzelskiego”. Taką epokę mamy w mediach wtedy, kiedy po propagandzie sukcesu przechodzi się do próby wyniszczania rosnącej w siłę opozycji. Teraz w TVPiS Gierek miesza się z Jaruzelskim i to jest syndrom wielkiego kryzysu w obozie władzy – mówi wiadomo.co politolog z UW dr Wojciech Jabłoński. Przy okazji namawia opozycję do bojkotu TVPiS. Rozmawiamy też o tym, kiedy Jarosław Kaczyński traci nerwy, dlaczego nie stanie do debaty z Grzegorzem Schetyną, o możliwych przedterminowych wyborach i Andrzeju Dudzie, który „nie nadaje się do roli prezydenta”.

Kamila Terpiał: Propozycja debat programowych PO kontra PiS to dobry pomysł? Dobre zagranie polityczne?

Wojciech Jabłoński: Tak. Teraz trwa siłowanie się między upadającą władzą PiS a rosnącą w siłę PO. To też licytacja, jaki temat na forum publicznym będzie najważniejszy. Najpierw PiS próbował narzucić Platformie tematy poprzez zadane publicznie pytania, PO odpowiedziała – zaraz, nie chodzi tylko o te 4 pytania, państwo to jest złożona struktura i porozmawiajmy o szczegółach, najlepiej twarzą w twarz w telewizji. To jest trochę próba powrotu do debaty Tusk-Kaczyński, kiedy można było wygrać prostym pytaniem o ceny produktów.

W samym PiS będzie dojrzewać takie myślenie, że gdziekolwiek wystawia się prezesa, to jest co najmniej – jak mówią internauci – „beka” i za chwilę spadek w sondażach.

Teraz trudno sobie wyobrazić, by Jarosław Kaczyński stanął do debaty z Grzegorzem Schetyną. Zresztą od tamtej pory jest wyjątkowo niechętny debatom.

Na wciągnięcie w to Kaczyńskiego nie ma co liczyć. Zresztą w samym PiS będzie dojrzewać takie myślenie, że gdziekolwiek wystawia się prezesa, to jest co najmniej – jak mówią internauci – „beka” i za chwilę spadek w sondażach. Ale tu ryzyko byłoby po obu stronach, bo Grzegorz Schetyna też w takich starciach słownych nie jest najlepszy. Tyle że ta propozycja PO i tak zapewne zawiśnie gdzieś w politycznym powietrzu i umrze śmiercią naturalną. Natomiast to był dobry ruch, nastąpiła zamiana ról: to nie PiS nas wywołuje do odpowiedzi, to my jako opozycja wywołujemy do odpowiedzi PiS.

Ruch PO udał się podwójnie. Po pierwsze, PiS nie zrozumiał, że kiedy ich oferta została przebita, nie mogą stawiać się w roli ofiary, czyli żądać przeprosin, po drugie, to, że Grzegorz Schetyna proponuje debatę, to totalne odejście od zarzutu totalnej opozycji.

PiS odpowiada: nie będziemy debatować z totalną opozycją. PO musi za bycie totalną opozycją przeprosić.

To znaczy, że ruch PO udał się podwójnie. Po pierwsze, PiS nie zrozumiał, że kiedy ich oferta została przebita, nie mogą stawiać się w roli ofiary, czyli żądać przeprosin, po drugie, to, że Grzegorz Schetyna proponuje debatę, to totalne odejście od zarzutu totalnej opozycji. Totalna opozycja nie debatuje, tylko idzie jak czołg. Co jeszcze PO może zrobić? Odpowiedziałbym słowami Aleksandra Kwaśniewskiego: Platforma może jeszcze PiS-owi zaśpiewać i zatańczyć, ale to i tak niczego nie zmieni.

Właściwie w każdym wydaniu „”Wiadomości”” – pisząc na Twitterze zawsze stawiam to w podwójny cudzysłów – pojawia się sondaż zlecony przez  TVPiS, który pokazuje przewagę partii rządzącej. A to oznacza, że upadająca władza traci nerwy.

Powiedział pan w pierwszym zdaniu naszej rozmowy, że PiS to upadająca władza. Powinniśmy już tak myśleć? Nie za wcześnie?

Było już kilka niekorzystnych dla PiS-u sondaży. Właściwie w każdym wydaniu „”Wiadomości”” – pisząc na Twitterze zawsze stawiam to w podwójny cudzysłów – pojawia się sondaż zlecony przez  TVPiS, który pokazuje przewagę partii rządzącej. A to oznacza, że upadająca władza traci nerwy. Jest też coś, na co stabilna władza w kraju demokratycznym nie powinna sobie pozwalać, czyli na „robienie newsa” z działań opozycji, który ma służyć do opluwania opozycji. Ostatni przykład? Manipulowanie szacunkami frekwencyjnymi z Marszu Wolności. Normalna władza, która jest pewna, takich numerów propagandowych nie robi. Sposób, w jaki ta władza się wije i operuje frontem propagandowym, wskazuje na poważny kryzys. Być może wszystko już niedługo zostanie sprzątnięte tej ekipie sprzed nosa.

Jeżeli będą się tak wić, reagować panicznie, wskaźniki gospodarcze zaczną się załamywać, to PiS może nie móc czekać na wybory w terminie konstytucyjnym.

Niedługo? Bierze pan pod uwagę możliwość przedterminowych wyborów parlamentarnych?

Tak, biorę. PiS miał podobny kryzys w 2007 roku i wtedy sam sprowokował przedterminowe wybory, licząc na to, że ich oferta programowa zostanie przebita, i to jeszcze z pewnym naddatkiem.

Teraz przecież nie mogą na to liczyć.

Ale jeżeli będą się tak wić, reagować panicznie, wskaźniki gospodarcze zaczną się załamywać, to PiS może nie móc czekać na wybory w terminie konstytucyjnym. Wtedy powinien zrobić cokolwiek, co będzie również dla własnego elektoratu sposobem na odświeżenie sytuacji politycznej.

Jako przymiarkę do pomysłu wyborów przedterminowych odbieram propozycję Andrzeja Dudy dotyczącą referendum konstytucyjnego.

Nawet biorąc pod uwagę możliwość przegranej?

W polityce czasami nie warto czekać na starość, tylko trzeba jeszcze w średnio-dojrzałym wieku próbować swoich sił, aby utrzymać to, co jest. Prosta kalkulacja PiS-u może być taka: jeżeli zdobędziemy tyle, co mamy teraz, to i tak przedłużymy władzę, a jeżeli poczekamy do 2019 roku, to możemy stracić wszystko. Myślę, że ten pomysł w PiS-ie mógłby dojrzeć. Przyznam, że ja nawet jako przymiarkę do pomysłu wyborów przedterminowych odbieram propozycję Andrzeja Dudy dotyczącą referendum konstytucyjnego.

Naprawdę? Co ma jedno z drugim wspólnego?

Jak prezydent „wyskakuje” z taką propozycją, musi się spodziewać odpowiedniej reakcji opozycji: niech będzie referendum konstytucyjne, ale zastanówmy się równocześnie, jakie siły polityczne mają decydować o nowej konstytucji. Chyba że ekipa PiS jest tak nierozsądna politycznie, że rzuca tymi pomysłami bez zastanowienia. A to też jest przecież bardzo możliwe.

„Niepodległy Duda” to jest oksymoron tysiąclecia.

A może taką propozycją Andrzej Duda chciał wybić się na niepodległość?

„Niepodległy Duda” to jest oksymoron tysiąclecia. Pan prezydent pokazał nam już po 2015 roku, że twarde wychowanie PiS-owskie jednak nie jest w stanie pobudzić do niezależnego działania. Świadczy o tym to, co robił w przypadku Trybunału Konstytucyjnego czy grudniowego kryzysu parlamentarnego. Rozczarował na wszystkich płaszczyznach, po prostu nie nadaje się do tej roli.

Czyli propozycja referendum to jednak tylko element PiS-owskiej gry?

No właśnie nie, chyba jednak nie ma w tym strategii. Gdyby była, to PiS musiałby się liczyć z ryzykowną koncepcją rozwinięcia tej propozycji, czyli parciem opozycji do przedterminowych wyborów.

Nie przewiduję, poza wypadkami losowymi, że w jakikolwiek sposób prezes Kaczyński mógłby z polityki odejść. Zresztą sam zapowiadał, że będzie rządził do swoich 93. urodzin.

Tylko że i tak musiałby się na nie zgodzić PiS.

W tym przypadku wszyscy ryzykują. Ryzykuje PiS, ale także sam Andrzej Duda, jeżeli nie będzie tego pomysłu kontynuował, nawet jeżeli nie był jego. Przypomnę, że te słowa nie padły na briefingu prasowym pani Beaty Mazurek, która jest tradycyjnym pośmiewiskiem PiS-u, ale podczas obchodów państwowego święta z ust prezydenta.

Co się dzieje w PiS-ie? Może powoli wykańcza się sam od środka?

Ja bym taki scenariusz przewidywał tylko w przypadku odejścia prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Wtedy to środowisko rozpadłoby się w sposób zupełnie naturalny. Ale nie przewiduję, poza wypadkami losowymi, że w jakikolwiek sposób prezes Kaczyński mógłby z polityki odejść. Zresztą sam zapowiadał, że będzie rządził do swoich 93. urodzin.

Najtwardszy elektorat PiS-u to może być tylko 4-5 proc. Tworząc samodzielną partię, pewnie nie przekroczyliby w ogóle progu wyborczego. Takie naciski będą, ale nie oszukujmy się, „religia smoleńska” i biznesmen Rydzyk to ślepa uliczka.

Nikt w tym obozie nie sprzeciwi się Jarosławowi Kaczyńskiemu?

Nie wypada się sprzeciwiać, chociażby dlatego, że nie ma wychowanych żadnych następców. Kto miałby to być? Ziobro, Brudziński…

Macierewicz?

Co nazwisko, to mam atak śmiechu.

Nazwisko Macierewicz chyba jednak najmniej śmieszy? Ma swoją grupę wyznawców, jest pupilkiem ojca Rydzyka, wykorzystuje „religię smoleńską”, ma silną pozycję w rządzie…

Może jednak śmieszyć, biorąc pod uwagę potencjał tego środowiska. Najtwardszy elektorat PiS-u to może być tylko 4-5 proc. Tworząc samodzielną partię, pewnie nie przekroczyliby w ogóle progu wyborczego. Takie naciski będą, ale nie oszukujmy się, „religia smoleńska” i biznesmen Rydzyk to ślepa uliczka. W partii oczywiście każdy chciałby coś ugrać, ale większość stanie za prezesem Kaczyńskim i zrobi to słusznie, bo Kaczyński jest jedyną osobą, która może „pociągnąć” PiS, tak żeby nawet po przegranych wyborach liczył się jako opozycja.

Jeden z publicystów, kiedyś bliskich PiS-owi, napisał: „Siłą i słabością PiS-u jest sam Jarosław Kaczyński”. To prawda.

Czym zakończy się sprawa Wacława Berczyńskiego i jego „wykończenie” caracali? Przypomnijmy, że sam tak stwierdził w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, po czym zniknął.

Myślę, że ta sprawa jest ważna dla obserwatorów sceny politycznej, ale większość społeczeństwa jednak nie zwraca na nią uwagi. Ale to nie upoważnia PiS-u do zarządzania kryzysami, które sam wywołuje w ten sposób, że czeka, aż one same przycichną i aż ludzie o nich zapomną. To jest kolejna kropla do czary goryczy, która wybije PiS-owi prosto w twarz przed następnymi wyborami. Do tego czasu będzie próba wyciszania tej sprawy, zapominania o niej; niestety, obawiam się, że w przypadku innych wątków też tak będzie. Ale będą sprawy, jak na przykład referendum konstytucyjne, o które ludzie będą się upominać znacznie silniej.

Gdzie wystawić Kaczyńskiego samotnie na żer opozycji, to ona musi zyskać. Kaczyński wtedy traci nerwy. Stracił je w 2007 roku, stracił i teraz.

Co PiS-owi może najbardziej zaszkodzić?

Jeden z publicystów, kiedyś bliskich PiS-owi, napisał: „Siłą i słabością PiS-u jest sam Jarosław Kaczyński”. To prawda. Dopóki on rządzi PiS-em ta partia będzie targana na przemian kryzysami i zwycięstwami. Kiedy prezes wychodzi przed kamery, to opozycja się cieszy, bo wiadomo, że będzie miała z tego zysk. Kiedy prezes działa w cieniu, knuje swoje intrygi i podstawia ludzi (nawet na najwyższych stanowiskach państwowych), którzy je realizują, to wtedy jest dobrze.

Dobrze nie skończyła się jednak intryga pod hasłem „pokonamy Tuska”

Gdzie wystawić Kaczyńskiego samotnie na żer opozycji, to ona musi zyskać. Kaczyński wtedy traci nerwy. Stracił je w 2007 roku, stracił i teraz. Jarosława Kaczyńskiego nie załatwi sama PO w Polsce, może go załatwić Tusk, tylko pytanie, kto przejmie władzę po PiS-ie. Ale Donald Tusk wyjątkowo działa mu na nerwy, to pewne.

Marsz Wolności, pomimo nie najlepszej reklamy, był wielkim sukcesem opozycji.

Wróci do kraju?

Jeżeli emocje związane z Donaldem Tuskiem są tak silne, że szarpie się go po prokuraturach, to wymyśli się jeszcze szereg innych spraw, żeby utrudnić mu życie polityczne. Tyle że im więcej będzie tych spraw, tym bardziej będzie to dla PiS-u wyniszczające. Jarosław Kaczyński nie rozumie podstawowej mafijnej zasady – zemsta najlepiej smakuje na zimno, jeśli jest na ciepło, to jej opary będą szkodzić temu, kto nią kieruje.

Jak wysoki stopień wtajemniczenia PiS osiągnął w przypadku posługiwania się językiem propagandy?

Bezdyskusyjny powrót do epoki Edwarda Gierka, do wielkich butów socjalizmu: przekopiemy Mierzeję Wiślaną, przerzucimy most w Świnoujściu i tak dalej. Tego się dobrze słucha, bo to na przykład mnie odmładza o kilkadziesiąt lat. Ale przy propagandzie „epoki Gierka” bardzo łatwo wślizgnąć się w „epokę Jaruzelskiego”. Taką epokę mamy w mediach wtedy, kiedy po propagandzie sukcesu przechodzi się do próby wyniszczania rosnącej w siłę opozycji. Teraz w TVPiS Gierek miesza się z Jaruzelskim i to jest syndrom wielkiego kryzysu w obozie władzy.

To, że telewizja PiS-owska epatuje wściekłą propagandą z pogranicza Gierka i Jaruzelskiego, to też dobrze opozycji służy.

Powinniśmy bać się skoku PiS-u na sądy? Wielu ekspertów mówi, że to ostatnia ostoja demokracji.

PiS będzie starał się, tak jak wiele władz upadających w XX wieku, przejąć jeszcze za swoich rządów jak najwięcej się da. Ale przyznam, że dla mnie większym ciosem w demokrację było wycieranie sobie butów TK i milczenie w tym procederze osoby, która powinna konstytucji strzec, czyli prezydenta. Po tym nic mnie już nie zaskoczy.

Czy takie manifestacje jak Marsz Wolności powinny się powtarzać? PiS traci wtedy poczucie bezpieczeństwa?

Marsz Wolności, pomimo nie najlepszej reklamy, był wielkim sukcesem opozycji. „”Wiadomości”” musiały nawet dopuścić się manipulacji frekwencją. To też świadczy o sukcesie.

Występowanie w tej telewizji nie da żadnych efektów, bo opozycja nie przekona przekonanych do Prawa i Sprawiedliwości.

Czy PO – po relacji w „Wiadomościach” o frekwencyjnej porażce marszu – a może nawet cała opozycja powinna zdecydować się na bojkot TVP?

Nie tylko po tym. To, że PiS propagandowo próbuje zakrzyczeć rzeczywistość, jak mówiłem, znakomicie wpływa na pozycję opozycji w sondażach. To, że telewizja PiS-owska epatuje wściekłą propagandą z pogranicza Gierka i Jaruzelskiego, to też dobrze opozycji służy. Obawiać należy się tego, że działacze opozycji z dobrej woli przychodząc do TVPiS stają się chłopcami do bicia dla całej gromady PiS-owców i Kukiz ’15 (dla mnie to przybudówka PiS-u), którzy tymi działaczami wycierają sobie gębę. Tak nie może być, bojkot powinien nastąpić długo przed Marszem Wolności.

A nie będzie to interpretowane jak oddawanie tego pola walkowerem?

W obecnych czasach nie tylko telewizja się liczy. Poza tym musimy wziąć pod uwagę, kto to jeszcze TVPiS odbiera, a robi to głównie elektorat PiS-u. Występowanie w tej telewizji nie da żadnych efektów, bo opozycja nie przekona przekonanych do Prawa i Sprawiedliwości.

wiadomo.co

Oświadczenie Obywateli RP w sprawie zajść 10-05-2017

Tadeusz Jakrzewski, działacz Obywateli RP, nasz kolega, został zatrzymany przez policję. Postawiono mu zarzut naruszenia nietykalności funkcjonariusza. Oskarżenia te są fałszywe.
Działania rządu, wykorzystywanie policji do represjonowania opozycji pozaparlamentarnej – to kolejny krok w kierunku końca PiS-u.

 

Tadeusz nie naruszył niczyjej nietykalności, wysnuwane bezpodstawnie oskarżenia ze strony policji w kierunku naszego działacza, tylko pokazuję bezradność władzy wobec biernego oporu, który od początku naszych akcji był naszym najsilniejszym narzędziem.

 

Na poniższym nagraniu, między 52 minutą a 65 minutą, dokładnie widać zachowanie Tadeusza i agresję ze strony policji.

 

https://web.facebook.com

 

Odnosząc się do kwestii rzekomego uderzenia Pana Adama Borowskiego przez uczestnika zgromadzenia przed Pałacem Prezydenckim. Nikt z Obywateli i Obywatelek RP nie dopuścił się takiego czynu. Prócz informacji podanej przez portal niezalezna.pl nie są nam znane żadne inne źródła potwierdzające tę informację, ani nie widzieliśmy żadnych nagrań potwierdzających taką wersję zdarzeń.
Jeżeli takie zdarzenie faktycznie miało miejsce, to stanowczo go nie popieramy. Naszą bronią jest obywatelskie nieposłuszeństwo, a nie przemoc.

 

Represje i ustawa

 

My, Obywatele i Obywatelki RP nie obawiamy się represji. Jesteśmy gotowi ponieść taką cenę za wolności obywatelskie i prawa człowieka. Każde kolejne działanie ze strony rządu, zmierzające do ograniczenia naszych wolności, będzie powodować coraz większy opór.
Nas to niewiele kosztuje, za to rząd każdym kolejnym bezprawnym działaniem ponosi wielkie koszty wizerunkowe.

 

Wczorajsza miesięcznica organizowana przez sektę smoleńska pokazała coś jeszcze. Niekonstytucyjna nowelizacja ustawy o zgromadzeniach nie działa. W promieniu 100 metrów od marszu sekty smoleńskiej odbyło się kilka kontrdemonstracji, zorganizowane m.in. przez stowarzyszenie Tama i stowarzyszenie OSA. Sąd uchylił wydane przez wojewodę zakazy.
Faktycznie, antyobywatelska i niekonstytucyjna ustawa nie istnieje. Osiągnęliśmy swój cel.

 

Jarosław Kaczyński odbiera białą różę jako symbol nienawiści. My tego tak nie widzimy, dla nas jest to symbol naszego protestu oznacza on: godność, honor, czyste intencje i brak przemocy.

konstytucjarp.org

Białe róże w Sejmie rozgrzały posłów do czerwoności. „Hańba!”, „ONR!”

japan, 11.05.2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,114871,21795461,video.html?embed=0&autoplay=1
Kolejne posiedzenie Sejmu rozpoczęła awantura o zamieszanie podczas środowej miesięcznicy smoleńskiej. Posłowie opozycji w sprzeciwie do słów Kaczyńskiego przynieśli na salę obrad białe róże. To tylko podgrzało atmosferę

Wszystko zaczęło się od wejścia na mównicę posła Stanisława Huskowskiego z koła Unii Europejskich Demokratów. Jako jeden z kilku parlamentarzystów opozycji przyniósł do sali plenarnej białą różę. To nawiązanie do słów Jarosława Kaczyńskiego podczas 85. miesięcznicy smoleńskiej, który powiedział, że „białe róże to symbol nienawiści i głupoty”.

Huskowski najpierw złożył wniosek o przerwę w obradach, a potem poprosił o uzupełnienie porządku obrad o informację Mariusza Błaszczaka, szefa MSWiA ws. interwencji policji na Krakowskim Przedmieściu przeciwko demonstrującym przeciwko miesięcznicom.

PiS mówi o „wściekłym ataku” na uczestników miesięcznicy. Byliśmy tam [WIDEO] >>>

Policja w dniu wczorajszym dziesiątki osób legitymowała, spisywała. Czy to ma być represja podobna do PRL-owskich represji? Właśnie legitymowanie było jednym z narzędzi represji Milicji Obywatelskiej do zniechęcania ludzi do obywatelskich postaw – mówił poseł Huskowski.

Dodał, że doszło też do zatrzymań. – Nie były to lumpy, była to inteligencja, być może nawet z Żoliborza. Byli to ludzie, którzy mieli odwagę przeciwstawić się takiemu wykorzystywaniu prawa – mówił Huskowski.

Awantura w Sejmie

Po nim na mównicę wszedł wyraźnie poirytowany Mariusz Błaszczak. I się zaczęło.

– Mój przedmówca wyraźnie popiera przemoc na warszawskich ulicach. Wczoraj grupa ludzi chorych z nienawiści próbowała zablokować uroczystości, które mają charakter spotkania religijnego – mówił Błaszczak.

Gdy mówił o liczbie zatrzymanych, z sali plenarnej padły słowa „hańba”. – Hańbą jest to, że na tej sali państwo popieracie przemoc. I to jest hańba!” – dodał. Zebrani posłowie zaczęli skandować: „ONR!, ONR!, ONR!”. Marszałek Kuchciński uspokoił posłów i po zejściu szefa MSWiA z mównicy kontynuował obrady.

Jak wyglądała miesięcznica smoleńska? Zwolennicy PiS z bannerem „Jesteś wielki”. Zobacz zdjęcia >>>

gazeta.pl

Było już 27:1, teraz mamy nowy wynik – 43:0

Było już 27:1, teraz mamy nowy wynik - 43:0

Polska znów została upokorzona. Federica Mogherini, szefowa dyplomacji Unii Europejskiej, nominowała właśnie 43 osoby na stanowiska ambasadorów UE. To przedstawiciele Komisji Europejskiej w krajach na całym świecie i przy organizacjach międzynarodowych. Wśród 43 kandydatów nie znalazło się miejsce dla żadnego przedstawiciela z Polski.

Tym razem Polska przegrała 43:0. Przypomnijmy, że wcześniej, przy wyborze Donalda Tuska na drugą kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej, było 27 do 1.

Obecnie na liście ambasadorów Unii Europejskiej z Polski jest tylko 5 nazwisk. Są to: Jan Tombiński był ambasadorem Unii Europejskiej na Ukrainie (w latach 2012–2016), a obecnie piastuje to stanowisko przy Stolicy Apostolskiej (od 2016). Z kolei Małgorzata Wasilewska jest szefową delegacji UE na Jamajce i Belize. W 2015 r. unijną placówkę w Armenii objął były wiceszef MSZ Piotr Świtalski. Tomasz Kozłowski jest ambasadorem w Indiach, a Adam Kulach w Arabii Saudyjskiej. Z kolei Joanna Wronecka – jeszcze niedawno ambasador UE w Jordanii – obecnie jest wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie PiS.

koduj24.pl

PO domaga się wyjaśnień ws. wypowiedzi prof. Lecha Morawskiego

 11.05.2017

– Domagamy się od premier natychmiastowych wyjaśnień ws. wypowiedzi pana Morawskiego – powiedział na specjalnej konferencji prasowej Arkadiusz Myrcha z PO. Borys Budka dodał, że prof. Lech Morawski powinien ustąpić ze stanowiska sędziego Trybunału Konstytucyjnego, jeśli na konferencji w Oxfordzie reprezentował polski rząd.

 

O wystąpieniu prof. Morawskiego w Oksfordzie pisał dla Onetu Andrzej Stankiewicz. Profesor wielokrotnie zadeklarował tam, że reprezentuje rząd — choć prawo nakazuje sędziom zachowanie neutralności politycznej. Mówił też, że czołowi polscy politycy są skorumpowani, sędziowie biorą łapówki, a nasza konstytucja to dramat. Morawski to jeden z sędziów w kontrowersyjny sposób wybrany do Trybunału przez PiS.

PO odniosło się do opublikowanych w Onecie informacji i ostro skrytykowało wystąpienie sędziego Morawskiego. – Słyszymy, że na konferencji międzynarodowej polski rząd reprezentuje sędzia Trybunału, który powinien być od tego rządu niezależny. TK kontroluje nie tylko władzę ustawodawczą, ale też kontroluje akty władzy wykonawczej, a więc rozporządzenia rządu – przypomniał Borys Budka na konferencji prasowej w Sejmie.

– Lech Morawski jeszcze dziś powinien złożyć mandat sędziego Trybunału Konstytucyjnego, a jeśli tego nie zrobi, to prezes TK powinien odwołać go z urzędu. Swoimi wypowiedziami prof. Morawski całkowicie przekreślił swoją legitymację do badania legalności polskich aktów prawnych – ocenił Borys Budka w Sejmie.

onet.pl

Siemoniak ws. debaty z Macierewiczem: panie Antoni, pan się nie boi

Tomasz Siemoniak
Tomasz Siemoniak

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

Przepraszam Polaków za Berczyńskiego, Misiewicza, Głąba, Mistrale, D’Amato, karambol. Panie Antoni, pan się nie boi – napisał Tomasz Siemoniak (PO) odnosząc się do dotyczącej go wypowiedzi szefa MON Antoniego Macierewicza.

W materiale wideo zamieszczonym w środę na koncie twitterowym PO Siemoniak – b. szef MON w rządzie PO-PSL – mówił: „Przed wyborami wezwałem pana Antoniego Macierewicza do debaty. Wtedy stchórzył, schował się. Mówiono, że kto inny będzie ministrem obrony. Dziś, po półtora roku, gdy okazał się najgorszym ministrem obrony, chciałbym porozmawiać z nim o bezpieczeństwie Polski. Chciałbym, aby wytłumaczył się ze swoich działań. Wzywam do debaty”.

Do tej propozycji szef MON odniósł się w rozmowie z portalem niezalezna.pl. „Mogę rozmawiać z panem Siemoniakiem dopiero wtedy, jak przeprosi za wszystkie kłamstwa. Systematycznie podaje on nieprawdziwe informacje, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością” – powiedział Macierewicz portalowi.

„Przepraszam zatem Polaków za Berczyńskiego, Misiewicza, Głąba, Mistrale, D’Amato, karambol. Panie Antoni, Pan się nie boi! #WzywamyDoDebaty” – odpisał szefowi MON na twitterze Siemoniak.

We wtorek PO zaproponowało przeprowadzenie cyklu debat z ministrami rządu Beaty Szydło i z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim; na początek debatę na tematy związane z gospodarką i finansami publicznymi między głównym ekonomistą Platformy, prof. Andrzejem Rzońcą, a wicepremierem, ministrem finansów i gospodarki Mateuszem Morawieckim.

Kolejne dyskusje mieliby odbyć m.in. b. wiceszef MSZ ds. europejskich Rafał Trzaskowski z ministrem spraw zagranicznych Witoldem Waszczykowskim; b.szef MON Tomasz Siemoniak z obecnym ministrem tego resortu Antonim Macierewiczem; b. minister sprawiedliwości Borys Budka z obecnym – Zbigniewem Ziobro, poseł Krzysztof Brejza z szefem MSWiA Mariuszem Błaszczakiem oraz szef sejmowej komisji ochrony środowiska Stanisław Gawłowski z ministrem środowiska Janem Szyszko.

rp.pl

„Ucho Prezesa” szkodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu, PiS i rządowi Szydło? Pierwszy taki sondaż

Agnieszka Kublik , Agnieszka Kublik, 11 maja 2017

Ucho prezesa

Ucho prezesa

„Ucho Prezesa”, miniserial kabaretowo-polityczny, bije rekordy popularności. Ma już ponad 70 milionów odsłon, średnio ponad 5 milionów na odcinek. Politycy i publicyści poważnie debatują, jaki wpływ ma „Ucho” na postrzeganie PiS. A teraz „Ucho” jest bohaterem sondażu.

„Ucho Prezesa”, polityczny miniserial wg scenariusza Roberta Górskiego (to on brawurowo gra Jarosława Kaczyńskiego) i w reżyserii Tadeusza Śliwy, rozgrywa się w gabinecie prezesa PiS przy ul. Nowogrodzkiej. Od kiedy rządzi Prawo i Sprawiedliwość, to tu pielgrzymują ministrowie i premierzy.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: „Ucho Prezesa”: nowe odcinki nie będą dostępne na YouTubie. Ale nadal będzie można zobaczyć je za darmo

W gabinecie Kaczyńskiego się tłumaczą, dostają ochrzan i się kajają. Górski i Śliwa z gabinetu na Nowogrodzkiej uczynili najważniejszy ośrodek władzy. Nawet prezydent RP, teoretycznie pierwsza osoba w państwie, tu antyszambruje. To sekretarka prezesa Kaczyńskiego pani Basia decyduje, czy może wejść do gabinetu Kaczyńskiego (nie może).

CZYTAJ RÓWNIEŻ: PiS boli Ucho Prezesa, czyli partia główkuje, skąd spadki w sondażach

W „Uchu” pani Basia jest ważniejsza od prezydenta RP (nawet nie pamięta jego imienia, nazywa go „Adrianem”). W zasadzie to wszyscy są od niego ważniejsi, bo tylko prezydent nie ma wstępu do Kaczyńskiego.

Politycy PiS oglądają „Ucho Prezesa”

„Ucho” jest bohaterem poważnych analiz politycznych (np. czy siedzący w przedpokoju Kaczyńskiego prezydent wreszcie wybije się na niepodległość?). Mówią o nim posłowie z trybuny sejmowej. Politycy PiS oglądają i się tym chwalą – np. Jarosław Gowin czy Krystyna Pawłowicz.

Ponad 5 mln odsłon jednego odcinka to potężna widownia. PiS w wyborach parlamentarnych w 2015 roku dostało 5,7 mln głosów. Nic dziwnego, że właśnie w partii władzy oskarżają „Ucho” o ostatnie gorsze notowania PiS-u.

Z sondażu wynika, że 63 proc. badanych zna „Ucho Prezesa” choćby ze słyszenia. 37 proc. o nim nie słyszało. Serial jest znany najbardziej wyborcom PO – 83 proc. przyznaje, że o nim słyszało, Nowoczesnej – 72 proc. Wśród wyborców PiS zna serial 65 proc. respondentów.

Większość – 55 proc. – dobrze ocenia program Górskiego. Co oczywiste, najbardziej podoba się sympatykom opozycji (84 proc. wyborców Platformy go chwali, 69 – Nowoczesnej i 71- Kukiz’15). Ale nawet ci, którzy głosują na PiS, „Ucho” chwalą – 43 proc. Nie podoba się co piątemu zwolennikowi prezesa Kaczyńskiego.

„Ucho” nie poprawia wizerunku prezesa

45 proc. nie ma wątpliwości, że „Ucho” fatalnie wpływa na wizerunek prezesa PiS. 42 proc. – nie ma zdania, a 13 proc. upiera się, że jest to wpływ pozytywny. Najbardziej podzieleni są w tej sprawie wyborcy PiS – 37 proc. ocenia, że serial dobrze służy Kaczyńskiemu, 31 – że źle.

Ponad połowa – 53 proc. – ocenia, że „Ucho” nie przysłuży się także dobremu wizerunkowi gabinetu premier Beaty Szydło. Tak to widzą również wyborcy PiS – 36 proc. (29 proc. ma przeciwne zdanie).

CZYTAJ RÓWNIEŻ: „Ucho Prezesa” jak „Cesarz” Kapuścińskiego. To nie „ocieplanie wizerunku”, bo Prezes to zwykły satrapa

A cała rządząca partia straci na serialu? 47 proc. twierdzi, że „Ucho” nie ociepla wizerunku tej partii. 18 proc. ma zdanie przeciwne.

Robert Górski wątpi, by jego serial mógł wpływać na bieżącą politykę. – Powiedzmy sobie jasno, to jest tylko serial, który pokazywany jest w pewnej sytuacji. „Ucho” być może ma wpływ na atmosferę, ale nie wierzę, że może obalić rząd albo wpłynąć na zmianę nastrojów społecznych. Zresztą docierają do mnie tak skrajnie różne opinie, że sam się czuję zdezorientowany, jaki jest odbiór tego serialu. Niektórzy traktują to jak film dokumentalny z Nowogrodzkiej czy nawet zapis tego, co dzieje się za kulisami polityki. Może to z powodu jakości tej produkcji.

Sondaż z 5-9 maja, dla serwisu ciekaweliczby.pl. przeprowadzony na panelu Ariadna (posiada certyfikat Organizacji Firm Badania Opinii i Rynku), próba ogólnopolska dorosłych Polaków, reprezentatywna wg płci, wieku, wykształcenia i wielkości miejscowości zamieszkania.

Zobacz: W „Uchu prezesa” będzie „grubo”, ktoś padnie – obiecuje Mikołaj Cieślak

W „Uchu prezesa” będzie „grubo”, ktoś padnie – obiecuje Mikołaj Cieślak

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21670205,video.html

 

wyborcza.pl

Michał Olszewski

Gimnastyka, czyli narodowcy a katolicyzm

11 maja 2017

Marsz ONR w Warszawie 29 kwietnia 2017 r.

Marsz ONR w Warszawie 29 kwietnia 2017 r. (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Widok budzącej jak najgorsze skojarzenia brygady ONR-u paradującej przez Warszawę z krzyżem na czele pochodu wyczerpał niezmierzoną dotąd cierpliwość hierarchów.

Zatroskani pochodami nacjonalistów obywatele uradowali się z pewnością, słysząc długo wyczekiwane słowa prymasa Wojciecha Polaka. Ucieszyłem się i ja, bo przecież są powody. Prymas powiedział to, co już dawno temu powiedzieć należało i co oznacza, że w Kościele, którego część weszła w sojusz nie tylko z „dobrą zmianą”, ale również z narodowcami, do głosu dochodzą odruchy obronne. Widok budzącej jak najgorsze skojarzenia brygady ONR-u paradującej przez Warszawę z krzyżem na czele pochodu wyczerpał niezmierzoną dotąd cierpliwość hierarchów. „[Krzyż] nie może być niesiony na czele jakiejś grupy, która sama może wołać, że jest wierząca, gdy podczas tego marszu czy pochodu padają słowa nienawiści, złości, agresji, podszyte wprost chęcią poniżenia innych ludzi – to jest bluźnierstwo”. Tako rzecze prymas Polak i nie chodzi mu bynajmniej o spektakl „Klątwa”.

Mocniejszych słów pod adresem naszych zielono-brunatnych ludzików duchowny wypowiedzieć nie mógł. Zbratani z narodową siłą księża w rodzaju Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego (ten zasłużony duszpasterz mocą swojego autorytetu uwiarygodnia kibolskie wycieczki na Jasną Górę i nie ma nic przeciwko, by asystujący mu ksiądz nosił szalik zamiast stuły) będą musieli naprawdę nieźle się nagimnastykować, żeby udowodnić katolicyzm narodowców.

Ucieszyłem się więc jak czort, że oto stało się, zostało powiedziane raz a dobrze. Koniec kropka. Lepiej późno niż wcale. Stoimy w końcu po tej samej stronie.
Niestety, duch pesymistycznej refleksji szybko dał o sobie znać. Wychowany w tzw. pedagogice wstydu, uprawianej przez moje państwo w okresie minionym, zdążyłem jeszcze łyknąć co nieco wiedzy, po którą lada chwila trzeba będzie chyba schodzić do katakumb, ponieważ zastępuje ją rymowana i prosta jak linijka w ręku nauczyciela pedagogika wieku przedszkolnego (Chrobry-dobry, wyklęty-święty itd.).

I przypomniał mi się list kardynała Hlonda odczytany w polskich kościołach 29 lutego 1936 r. Mówiąc bez ogródek i dzisiejszym językiem, jest to duszpasterski shit sandwich, ponieważ pomiędzy kawałki słodko brzmiące w uszach każdego przedwojennego antysemity wkłada plasterek materii trudnej do strawienia. Jest rok 1936, w całym kraju nasilają się antysemickie nastroje i szerzy się propaganda, którą śmiało można porównać z hitlerowską. W ONR-owskiej prasie pojawiają się znane skądinąd postulaty „radykalnego załatwienia kwestii żydowskiej”. Kardynał Hlond pisze więc list pasterski, który co prawda odziera Żydów z czci i godności („ich wpływ na obyczajność jest zgubny”, „ich zakłady wydawnicze propagują pornografię”, „dopuszczają się oszustw, lichwy i prowadzą handel żywym towarem”), ale jednocześnie deklaruje jasno: nienawiść do Żydów jest absolutnie niezgodna z etyką katolicką.

Takie postawienie sprawy wywołało niemałe poruszenie wśród ówczesnych luminarzy życia narodowego, którzy próbując łączyć katolicyzm z nacjonalizmem, uprawiali takie szpagaty, że aż trzeszczało. Np. obozy koncentracyjne dla „elementów żydowsko-bolszewickich” były jak najbardziej na miejscu, ale już „bicie i głodzenie internowanych w nich żydów i komunistów byłoby wstrętne i nieetyczne” (wszystkie cytaty za „Ideą Katolickiego Państwa Narodu Polskiego” Jana Józefa Lipskiego). Co więcej, narodowcy przekonywali, że przemoc, nietolerancja i łakome pozerkiwanie na wzory niemieckie powodowane są „odrodzeniem się chrześcijańskiego ideału miłości bliźniego”.
Paradne, choć straszne.

Nie zamierzam zrównywać Hlonda z Polakiem, ponieważ byłoby to krzywdzące dla tego drugiego – zachował się po prostu przyzwoicie, nie szukając usprawiedliwień dla ONR-u. Pewne podobieństwa widoczne są jednak jak na dłoni: długotrwałe milczenie Kościoła w obliczu rosnącego nacjonalizmu, używanie przez narodowców symboliki chrześcijańskiej do usprawiedliwiania działalności głęboko pogańskiej, poparcie części kleru dla ruchów ultraprawicowych – te mechanizmy obecne były przed wojną, obecne są i dzisiaj.

Jeśli przyjąć, że ta sama historia powtarza się w zmienionych dekoracjach (znowu ta cholerna pedagogika wstydu), jeśli uznać, że porównanie listu Hlonda z listem Polaka jest zasadne, to nic innego jak dzwon na trwogę nie pozostaje – nieco ponad miesiąc po odczytaniu listu Hlonda doszło do pogromu w Przytyku, pięć miesięcy później narodowcy zdemolowali żydowskie Myślenice. Wołanie hierarchy było głosem na puszczy.

Jak będzie tym razem?

 

wyborcza.pl

Wojciech Czuchnowski

Chamstwo w państwie, czyli jak poseł Suski poniżał chorego świadka

11 maja 2017

Marek Suski i Małgorzata Wasserman

Marek Suski i Małgorzata Wasserman (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)

Poseł PiS Marek Suski podczas ostatniego przesłuchania komisji śledczej ds. Amber Gold dał popis chamstwa. Świadka, który niedawno przeszedł ciężką chorobę, poniżał, a w końcu wysłał na „terapię grupową”.

W środę po południu przed komisją stanął Tomasz Kądziołka. W 2012 r. przez 8 miesięcy pełnił obowiązki szefa Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Zadaniem ULC był nadzór nad działalnością linii lotniczych OLT, założonych przez Marcina Plichtę, właściciela Amber Gold.

Przed złożeniem zeznań Kądziołka powiedział, że ze sprawą linii OLT zetknął się przed 5 laty. – Poza urzędem jestem parę lat, nie posiadam danych archiwalnych, z których mógłbym skorzystać, a 1,5 roku temu przeszedłem ciężką chorobę, która mocno ograniczyła moje umiejętności. Chciałbym prosić, by zostało to wzięte pod uwagę – powiedział.

Świadek na pytania odpowiadał z trudem, ale mimo kłopotów z pamięcią i koncentracją starał się robić to jak najdokładniej. Suskiego podnieciło, że córka Kądziołki pracowała jako stewardesa w liniach OLT. Poseł (i wiceprzewodniczący komisji) nie przyjął tłumaczenia, że była zatrudniona wcześniej w liniach, które spółka Amber Gold kupiła. Dla Suskiego i posłów komisji był to główny temat przesłuchania i dowód na „podejrzane relacje” z gdańskim parabankiem.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Suski rozgryzł aferę Amber Gold? Michał Tusk żąda przeprosin i zadośćuczynienia

Suski przepytywał świadka o ceny biletów oferowane przez OLT. – Jadąc do pracy, widziałem te reklamy [z cenami OLT], tutaj na komisji państwo zwracaliście na to uwagę – przypominał sobie Kądziołka.

– Ale dziś pan to widział? – kpił Suski.

Kądziołka spokojnie tłumaczył, że niskie ceny biletów OLT nie oznaczały, że loty miały być z założenia nieopłacalne. Mówił, że gdy na rynek wchodzą nowe linie, to nawet przez kilka lat działają na granicy zysku, by zdobyć klientów. Powoływał się na specjalistów od transportu. Suski zażądał nazwisk „tych pana specjalistów”. – O ile pan oczywiście pamięta, bo z pamięcią u pana krucho – komentował.

– To było dawno… nie pamiętam – próbował się usprawiedliwiać świadek.

– Dawno i nieprawda – odparł Suski. I tak dalej.

Na poniżające świadka zachowanie Suskiego nie zareagował żaden z członków komisji. Jej przewodnicząca Małgorzata Wassermann dokładała się jeszcze, podsumowując prace ULC: „Po korytarzach się snuliście z załatwiaczami i coś tam załatwialiście”. Albo: „Jakie to ma znaczenie, stan był wszędzie taki sam, czyli beznadziejny”.

Na koniec Suski wysłał świadka na „warsztaty terapii zajęciowej”.

Komisja ds. Amber Gold jest jedyną komisją śledczą w Sejmie tej kadencji. Wassermann i Suski nie kryją, że o aferze gdańskiego parabanku mają wyrobione zdanie: w publicznych wypowiedziach przekonują, że znaczącą rolę odegrali w niej Donald Tusk i jego syn.

Przesłuchanie Tusków dopiero przed nami, ale posłowie PiS już wiedzą… Wassermann popisuje się, pouczając świadków. Podczas przesłuchań ocenia ich zeznania i nie szczędzi epitetów. Nie ma to nic wspólnego z poszanowaniem prawa obowiązującym komisję śledczą.

Jednak poniżanie świadka, który uprzedził o swojej niedyspozycji, to nowa jakość. Świadczy o poziomie pytającego. Znacznie poniżej dna.

Zobacz: Wpadka Marka Suskiego podczas posiedzenia komisji śledczej ds. Amber Gold

Wpadka Marka Suskiego podczas posiedzenia komisji śledczej ds. Amber Gold

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21121488,video.html

 

wyborcza.pl

Dominika Wielowieyska

Prezes bazgrze na kartce, kasa wypłaca. Zobacz, ile komu. Za co? Tego się nie dowiesz

10 maja 2017

fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Prezes TVP Jacek Kurski nagrodził swoich dziennikarzy za pracę w 2016 r. Otrzymaliśmy listę nagrodzonych i opisaliśmy ją we wtorkowej Wyborczej. Gdy zapytaliśmy o kryteria przyznawania gratyfikacji i o ich wysokość w związku z tym, że telewizja publiczna ma potężne kłopoty finansowe, TVP zagroziła nam doniesieniem do prokuratury.

Ponieważ uważamy to za formę zastraszania dziennikarzy, zdecydowaliśmy się na publikację zdjęcia notatki odręcznej prezesa Kurskiego z informacją, kto dostał nagrodę i w jakiej wysokości. Jako dowód, że nie boimy się prokuratury, a nasze informacje są wiarygodne. Tym bardziej że TVP – oprócz gróźb – poinformowała nas także, że „dokument jest autentyczny”.

Publikujemy tę notatkę także dlatego, że politycy PiS i publicyści związani z obozem rządzącym często krytykowali poprzednich pracowników i współpracowników TVP za zbyt wysokie zarobki, także podając konkretne liczby.

Publikowana przez nas lista prezesa Kurskiego to tylko część nagród. Zostały przyznane z Funduszu Popierania Twórczości, a więc z puli, z której prezesi TVP mogą nagradzać osoby bez etatu w telewizji. Wcześniej TVP informowała, że za 2016 rok nagrody otrzymało w sumie 208 osób. Pełna lista tych osób i wysokość nagród nie jest znana. Nieznane jest także uzasadnienie, dlaczego akurat ci, a nie inni pracownicy dostali premie. Jest to o tyle istotne, że TVP w 2016 roku traciła oglądalność, a wpływy z abonamentu i reklam zmalały. Trudno więc dociec, za jakie konkretnie sukcesy przyznawano nagrody.

Wysokość nagród w TVPWysokość nagród w TVP GW

Z raportu finansowego TVP, który otrzymała Rada Mediów Narodowych, wynika, że telewizja publiczna zamknęła zeszły rok stratą 180 mln zł. Zarząd TVP zdecydował o emisji obligacji o wartości 300 mln zł. Wykorzystano już połowę z tego kredytu. W kwietniu tego roku „Dziennik Gazeta Prawna” poinformował, że Kurski chce zaciągnąć kolejny kredyt – tym razem na 800 mln zł.

W zeszłym roku zwolniono bardzo wielu dziennikarzy z przyczyn politycznych, a poza tym zarząd przeprowadził program dobrowolnych odejść z firmy. Bo uznano, że firma zatrudnia za dużo pracowników, a to zbyt wiele kosztuje TVP. Zdaniem członka Rady Mediów Narodowych Juliusza Brauna mimo tych zabiegów liczba etatów wzrosła.

Zobacz: Tłuste pulpety propagandy i ciepła wódka – w „Temacie dnia” Robert Makłowicz o tym, jak smakuje TVP

Tłuste pulpety propagandy i ciepła wódka – w „Temacie dnia” Robert Makłowicz o tym, jak smakuje TVP

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21596686,video.html

 

wyborcza.pl

Radosław Sikorski: Polska jest w UE przykładem pieniactwa i prowincjonalizmu

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

– Pod rządami nacjonalistów antyeuropejskich nie ma szans na przyjęcie euro w Polsce. Wspólne obsesje, wizja polityki i wspólne, paranoiczne niezrozumienie świata stanowią o tym, że dzisiaj to Kaczyński i Macierewicz są bliźniakami- uważa Radosław Sikorski, były szef MSZ i MON.

Rzeczpospolita: Wybór Emmanuela Macron to problem dla rządu PiS?

Radosław Sikorski, były szef MON i MSZ: Spory. Trzeba oddać obozowi „dobrej zmiany”, że pracował długo i ciężko nad zepsuciem dobrych wcześniej stosunków Polski z Francją. Spotykając się z rywalką Emmanuela Macrona – Marine Le Pen, szef MSZ pokazał w kampanii gdzie leżą sympatie rządu PiS. Politycy takich rzeczy nie zapominają i nie wybaczają. Że przypomnę chociażby niesnaski z podobnych powodów między Torysami a Billem Clintonem.

Rządzący powinni budować przed wyborami relacje dyplomatyczne z pretendentami do władzy.

Oczywiście. Dlatego jeśli już, szef MSZ powinien był spotkać się ze wszystkimi znaczącymi kandydatami na prezydenta Francji.

Witold Waszczykowski mówił, że spotkał się też wcześniej z Macronem oraz z najbliższym doradcą Fillona.

Jakoś tamtymi zdjęciami przed wyborami się nie chwalił. Gdy dochodzi do spotkania tylko z jednym kandydatem na prezydenta, to szef MSZ ponosi polityczne ryzyko. Jeśli obstawia właściwego „konia”, to ryzyko przynosi polityczne dywidendy a jeśli niewłaściwego, to koszty. „Koń” rządu PiS przegrał. Teraz możemy spodziewać się konsekwencji.

Jakich?

One już mają miejsce. Człowiek, który jest nadzieją Francji i Europy publicznie podaje Polskę jako przykład negatywny. I to idzie w świat. Mimo, że było wiadomo, że wybór Macrona będzie dla Polski dobry. Ale mam nadzieję, że PiS nie będzie rządził przez całą kadencję prezydenta Macrona. Wybór Marine Le Pen, faworytki PiS, skończyłby się kryzysem a może i upadkiem UE. Prezydent Macron stwarza szansę na reformy w samej Francji, ale także reformy i przetrwania Unii Europejskiej, co jest żywotnym polskim interesem narodowym.

Przed nami wybory parlamentarne we Francji, których ugrupowanie Macrona może nie wygrać. Front Narodowy i prawica są bardzo silne.

Trzymam kciuki, żeby Macron uzyskał taką sytuację parlamentarną, w której będzie mógł stworzyć koalicję na rzecz reform, których Francja od wielu lat potrzebuje.

Rząd PiS również postuluje reformy UE.

Interesem PiS-u było zwycięstwo kandydata antyeuropejskiego, który podzielałby antyeuropejską perspektywę PiS oraz takie osłabienie Unii aby nie mogła skutecznie upominać się o rządy prawa w Polsce. Natomiast interesem Polski jest wzmocnienie Unii, czyli kontekstu w którym Polska jest bezpieczna i otrzymuje wsparcie dla swoich przemian cywilizacyjnych. Rząd PiS wybrał interes PiS, a nie Polski.

Marine Le Pen i Front Narodowy są przeciwnikami UE. PiS nie jest antyunijny, tylko eurorealistyczny.

Nie spotkałem jeszcze eurofoba, który mówiłby o sobie, że jest eurofobem tak jak nie spotkałem jeszcze antysemity, który przedstawiałby się jako antysemita. Wszyscy uważają się za realistów. A prawda jest taka, że PiS kroczy drogą przetartą przez brytyjskich Torysów, czyli obrzydzania Unii swojemu narodowi, co kończy się tak, jak widzimy.

Emmanuel Macron może zreformować UE?

Unia potrzebuje reformy, tylko różni politycy będą mieli inne koncepcje co do kierunku tych reform. Nie mówiąc już o ich konkretnym wymiarze. Wybór Macrona to przywrócenie motoru francusko-niemieckiego. To będzie dobre dla UE, szczególnie dla strefy euro. Co rynki walutowe już odzwierciedlają.

A dla Polski?

PiS zmarnował dla Polski epokową okazję, bo gdybyśmy kontynuowali ambicję współzarządzania Unią Europejską, być może dzisiaj moglibyśmy mówić o francusko-niemiecko-polskim motorze UE. Niestety tak nie będzie.

O relacjach polsko-francuskich może przesądzić jeden zerwany kontrakt na Caracale?

Dużo by mówić. Już towarzysz Lenin mówił, że nie ma praktycznie rozdziału między polityką zagraniczną a wewnętrzną. Nie można prowadzić rozsądnej i wpływowej w Europie polityki zagranicznej łamiąc własną konstytucję, paraliżując Trybunał Konstytucyjny czy upartyjniając media publiczne. Trzeba by najpierw zmienić politykę wewnętrzną, a dopiero wtedy można by odbudowywać naszą pozycję na arenie europejskiej.

Czy nie przecenia się relacji polsko-francuskich? Jakie są punkty wspólne polityki Polski i Francji?

Podczas manewrów wojskowych NATO Steadfast Jazz w Polsce, kiedy USA i Wielka Brytania przysłały po 100 żołnierzy, Francja przysłała 1000 żołnierzy i samoloty zdolne do przenoszenia broni atomowej. To był duży gest – także w relacjach z Rosją – i francuska inwestycja w bliskie relacje z Polską w dziedzinie bezpieczeństwa. Głupimi decyzjami i głupim gadaniem zostało to zmarnowane.

Czy wybory we Francji, po wyborach w Holandii i Austrii, to zatrzymanie radykalnych populistów?

Oby tak było. Okazuje się, że Europejczycy nie kupują demagogii narodowych-socjalistów i można ich pogonić. To oczywiście nie powinno oznaczać powrotu do błogostanu, który mieliśmy wcześniej. Kupiliśmy zaledwie trochę czasu, aby obywatelom przywrócić wiarę w sterowność państw i zdolność Unii do osiągania swoich celów. Cieszę się ze zwycięstwa Emmanuela Macrona także dlatego, że prezentuje on energię i przywództwo, których ostatnio bardzo brakuje.

Macron nie ma za sobą wielkiego politycznego doświadczenia i środowiska politycznego, a młodą partię w budowie.

Okazał się odwagą i dostrzegł to, czego inni nie widzieli.

To znaczy?

Fundamentalnie nowego podziału politycznego w Europie. Zrozumiał, że tradycyjny podział na lewicę i prawicę, rozumianą ekonomicznie, odszedł w przeszłość, a to co dzieli obywateli to poparcie lub protest wobec globalizacji. Czyli w Europie na poparcie dla integracji lub nostalgiczne żywienie się iluzjami, że dzisiejsze problemy naszych obywateli można rozwiązać wewnątrz państwa narodowego.

Trójkąt Weimarski ma jeszcze jakieś znaczenie?

Losy Trójkąta Weimarskiego zdaje się odzwierciedlają jakość naszej polityki zagranicznej. Trójkąt Weimarski spotykał się regularnie na wszystkich szczeblach za rządów PO-PSL, był naszym instrumentem wpływania na grupę trzymającą władzę w UE. Przypominam, że na spotkania na szczeblu ministrów spraw zagranicznych dopraszaliśmy ministrów spraw zagranicznych Ukrainy, Mołdawii i Rosji. A więc Polska, z pozycji współgospodarza, mogła tym krajom komunikować różne rzeczy w imieniu całej UE. To znakomicie budowało naszą pozycję. Trójkąt nie spotykał się natomiast po tym, jak jego szczyt został zerwany z powodu idiotycznej karykatury prezydenta Lecha Kaczyńskiego w marginalnym niemieckim pisemku. I teraz znowu sie nie spotyka, ze względu na antyniemiecką retorykę reżimu PiS i zepsucie stosunków z Francją.

Po wyborach w Niemczech spodziewa się pan, że Angela Merkel zostanie na stanowisku kanclerz Niemiec?

Niezależnie od tego, kto wygra w Niemczech, Niemcy potwierdzą, że proeruropejskie centrum nadal ma większość. A wygrana Macrona, czy to dla socjaldemokratów czy konserwatystów, jest szansą na zacieśnienie integracji, w szczególności jeśli chodzi o zarządzanie strefą euro. Niemcy od dawna naciskali na Francuzów na przeprowadzenie reform ekonomicznych, które przywróciłby konkurencyjność francuskiej gospodarce. Obydwa kraje mają już szczegółowo zaplanowany plan ściślejszej integracji ekonomicznej tak, aby uratować strefę euro mimo nierównowag ekonomicznych na południowej flance. To spowoduje, że kraje spoza strefy euro, niejako z własnego wyboru, same się zdegradują do pozycji bycia w przedsionku tej nowej, ściślej zintegrowanej Unii.

Polska powinna dążyć do strefy euro i przyjąć unijną walutę jak najszybciej?

Mówię to od wielu lat, na co dowody znajdzie pan w moich expose ministra spraw zagranicznych. Argumenty ekonomiczne za przyjęciem waluty euro są dla Polski dwuznaczne, choć pamiętajmy że większość naszych unijnych sąsiadów europejską walutę przyjęła. Niemcy, Litwa i Słowacja mają euro i dalibóg gospodarczo dobrze sobie radzą. Natomiast względy polityczne przemawiają jednoznacznie za przyjęciem waluty euro.

PO przez lata niewiele zrobiła w sprawie przyjęcia euro, poza zakneblowaniem prezydenta Komorowskiego, który chciał debaty nad przyjęciem wspólnej waluty.

Premier Tusk w 2007 r. nawet wyznaczył datę wejścia Polski do strefy euro na 2013 rok.

I nic za tym nie poszło.

I dotrzymalibyśmy jej, gdyby nie wybuch światowego kryzysu gospodarczego. Słowacja kryzysem finansowym się nie przejęła, unijną walutę przyjęła i ma sukces. W szczególności jeśli chodzi o przyciąganie inwestycji zagranicznych bo zniknęło ryzyko kursowe. Oczywiście, pod rządami nacjonalistów anty-europejskich nie ma szans na przyjęcie euro w Polsce. Powinniśmy wrócić do dyskusji o przyjęciu euro po kolejnych wyborach.

Nazywa pan PiS „nacjonalistami antyeuropejskimi”?

Oczywiście. Jeśli ktoś szermuje nacjonalistyczną retoryką, a łamiąc prawo i obalając trójpodział władz w praktyce wystawia nas na osąd i upokorzenia ze strony społeczności międzynarodowej, to w praktyce, mimo że tego nie deklaruje, wyprowadza nas z UE. Szczytem ambicji prowincjonalnych nacjonalistów z PiS jest paraliż UE nie pozwalający jej egzekwować wartości demokratycznych. Wizji tego, jak Polska mogłaby współzarządzać UE w ogóle nie widzę.

Przypomnę panu, że Jarosław Kaczyński chce nowego traktatu unijnego…

…który napisze jego znajomy prawnik gdzieś w suterenie na Żoliborzu.

Prezes zapowiedział, że Polska będzie szukać sojuszników do uchwalenia nowego traktatu UE.

A dlaczego ktokolwiek miałby traktować poważnie europejskie pomysły kogoś, kto zdobył zasłużoną reputację awanturnika, nacjonalisty i wroga Unii Europejskiej? Nowy traktat PiS ma takie same szanse na realizację jak europejska armia z bronią atomową. Jak się raz zostaje pariasem to nawet jego dobre pomysły będą odrzucane.

Pan sugeruje, że Polska staje się samotną wyspą w UE?

PiS prowadząc nieodpowiedzialną politykę wewnętrzną i zagraniczną stawia Polskę pod unijnym pręgierzem. Z przykładu udanej polskiej transformacji staliśmy się przykładem triumfu pieniactwa i prowincjonalizmu.

Rządzący mówią, że dopiero teraz Polska odzyskuje podmiotowość, a w sporze o Tuska pokazaliśmy, że potrafimy się postawić mainstreamowi UE.

To niech jeszcze przestaną płacić składkę na Unię bo czyż to nie jest przymus i ograniczenie naszej suwerenności? W Europie podmiotowość rozumie się inaczej niż szlajanie się jak sarmata na sejmiku od ściany do ściany. Podmiotowość to zdolność do podejmowania własnych decyzji czego od trzech dekad nikt Polsce nie broni. Ale te mogą być trafione albo zgubne. Idiotyczne decyzje jak te, które doprowadziły do 27:1, to polityka imieniem Powstania Warszawskiego, która też była podmiotowa, acz samobójcza. Jeszcze kilka takich zwycięstw moralnych i naprawdę Polska będzie w gigantycznych kłopotach.

Minister Macierewicz po wyborze Macrona przypomniał, że Polska nigdy nie zniżyła się do kolaboracji.

A mnie się zdaje, że w stworzonym przez Sowietów PKWN zasiadali Polacy. Do kolaboracji z Niemcami też byli chętni, choćby przedwojenny premier Leon Kozłowski. Jeśli Kaczyński będzie dalej pozwalał Macierewiczowi niszczyć Wojsko Polskie to, kto wie, czy znowu nie staniemy kiedyś przed takimi okrutnymi dylematami.

Antonii Macierewicz jako szef MON wzmacnia bezpieczeństwo Polski?

Bezprecedensowa czystka w armii wśród dowódców, którzy dowodzili w Iraku i Afganistanie, niewidzialne helikoptery, mrzonki o tym jak to weekendowa obrona terytorialna pokona Specnaz, to są majaki fantasty. Tromtadracja za którą nie stoi realna siła przypomina mi najgorszy okres schyłkowej sanacji, kiedy to też mieliśmy nie oddać ani jednego guzika, a której przywódcy dali drapaka piętnastego dnia wojny, jak Macierewicz ze Smoleńska.

Pozycja Antoniego Macierewicza w rządzie jest niepodważalna.

Naturalnie, bo jest najwyższym kapłanem sekty smoleńskiej, która stanowi trzon PiS i jej legitymację ideologiczną do sprawowania władzy. Ponadto długo i skutecznie manipulował poczuciem winy Kaczyńskiego wynikającej z tego, że to Prezes podjął decyzję o wylocie do Smoleńska. Wspólne obsesje, wspólna – cywilizacyjnie rosyjska – wizja polityki i wspólne, paranoiczne niezrozumienie świata stanowią o tym, że dzisiaj to Kaczyński i Macierewicz są bliźniakami.

W sporze kompetencyjnym prezydenta z szefem MON trzyma pan stronę Andrzeja Dudy?

Myśląc o stosunku pomiędzy naszym prezydentem a jego macierzystą partią przypomina mi się dowcip o Putinie i Medwiediewie, który słyszało się w dyplomatycznych kuluarach. Otóż w Moskwie są ponoć dwie partie: partia Putina i partia Miedwiediewa. Tylko, że Miedwiediew nie wie do której z nich należy. Bycie zwierzchnikiem sił zbrojnych to nie to samo co bycie wodzem naczelnym i nie daje prezydentowi prawa do wydania rozkazów czy poleceń. Natomiast prezydent ma absolutne prawo do wszelkiej informacji w całym państwie i dziwię się, że nawet tego Andrzejowi Dudzie nie udaje się wyegzekwować.

Może czas na zmianę konstytucji?

Nie byłem zwolennikiem uchwalenia obowiązującej konstytucji ponieważ uważałem, że w relacjach prezydenta z rządem tworzy samochód o dwóch kierownicach. Trudne kohabitacje Kwaśniewski-Miller czy Kaczyński-Tusk potwierdziły moje obawy. Wolę jednak obecną konstytucję i ten kompromis, niż jej bezczelne łamanie.

Chce pan powiedzieć, że Andrzej Duda stanie przed Trybunałem Stanu?

Kończąc książkę o siedmiu latach polskiej polityki zagranicznej wracam do różnych spraw i sięgam do źródeł. I otóż zdaje mi się, że jeden cytat z każdym dniem nabiera aktualności pod warunkiem, że zna się go w całości. Kończąc przemówienie wyborcze w warszawskim Focusie w 2007 roku powiedziałem: „Spisane są słowa i czyny. Poeta pamięta. Ci, którzy łamią prawo, poniosą za to odpowiedzialność. Jeszcze jedna bitwa, dorżniemy watahy, wygramy tę batalię”.

Czy pan, jako polski patriota, będzie zabiegał o pomnik Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w każdym mieście?

Uważam, że Lech Kaczyński miał zasługi jako prezydent, choć inne niż sądzi PiS. Prowadził konsekwentną politykę pojednania z Ukrainą, przeprosił za nasz udział w rozbiorze Czechosłowacji i po targach ratyfikował Traktat z Lizbony. To zasługi, ale moim zdaniem niewystarczające na pomniki. Tym bardziej, że to ze względu na jego pośpiech, aby zdążyć na uroczystość, która miała być początkiem jego kampanii o reelekcję, naciskano na pilotów lecących do Smoleńska. Lech Kaczyński zginął tragicznie, jako Prezydent RP i dlatego ma największy honor jaki może spotkać Polaka, sarkofag na Wawelu. I tak powinno pozostać. Ale jeśli prezes Kaczyński będzie się upierał przy tworzeniu kultu dla którego nie ma uzasadnienia i jeśli jego brat niezasłużenie zostanie symbolem pisowskiego autorytaryzmu, podważy i to.

rp.pl

 

TO NIECH PO STWORZY LEWICĘ

11 maja 2017

Michał Sutowski ma rację: PO nie wygra, jeśli rozproszone głosy lewicowe nie przełożą się na sejmowe mandaty. W takim razie niech to PO wyskoczy z kasy i założy lewicę.

Przestańcie pieprzyć, tylko wreszcie się dogadajcie – dopinguje lewicę Michał Sutowski, chyba zirytowany, co naprawdę rzadko Michałowi się zdarza. Nie on pierwszy i zapewne nie on ostatni. To dosyć powszechne życzenie potencjalnie lewicowego elektoratu, chociaż dość często wyłącza się z tego dogadywania SLD. Nieustanne zaklinanie rzeczywistości, a nuż w końcu to zrobią, zaczyna już wyglądać na jakąś psychologiczną aberrację – jak długo można powtarzać to samo, mimo że nie działa? Nie wygląda też na to, żeby którejś z lewicowych formacji udało się zmonopolizować lewą stronę sceny politycznej i pozbierać rozproszone głosy. Jakie głosy są do zagospodarowania? Najprościej mówiąc tych, którzy nie lubią PIS-u ani Kukiza, ale nie chcą głosować na Platformę i podobne ugrupowania. Nie piszę tu o programach ani poglądach, bo „nie chcę” jest dzisiaj chyba silniejsze niż „chcę”. Wyborcy tacy mogą jednak uznać, po pierwsze, że pozbycie się PiS warte jest mszy. Po drugie, pożałować głosu, który i tak przepadnie, oddanego na partię, która i tak nic im nie załatwi.

 

To Razem uważane jest za partię tożsamościową, nieskorą do koalicji, która Czarzastemu ręki nie poda, a dla innych ma propozycję – spróbujcie się do nas zapisać, a może niektórych przyjmiemy. Ale SLD to także partia tożsamościowa, tylko inaczej. To nie jest tożsamość ideowa, więc można by już odpuścić dawne błędy i zdrady, bo SLD w opozycji, w której miałoby zająć pozycję lewicy, będzie ją zajmować i nawet mówić jak lewica. Jest to jednak formacja ludzi wyrosłych jeszcze z PZPR, potem z SLD, które rządziło, powiązanych towarzysko i mentalnie – jeśli Razem jest z Marsa, to oni są z Jowisza, a to kawał drogi. Dopóki SLD oscyluje w sondażach wokół 5 proc., nie zaryzykuje żadnej koalicji, mając w pamięci chociażby klęskę ZL. Potem też nie mieli ochoty się zmieniać, nie schowali starego garnituru do kufra z naftaliną, tylko wybrali Czarzastego i teraz będą się czołgać w kierunku emerytury. Do tego wystarczy kilka miejsc w Sejmie albo chociaż dotacja.

Mówi się poza tym o jakimś lewicowym planktonie, ale nie jest go zbyt wiele. Sympatyczni Zieloni, którzy nigdy nic nie ugrali? Inicjatywa Polska z jedną twarzą Barbary Nowackiej? Nie jest to na razie partia, ale stowarzyszenie, należą do niego też członkowie SLD, którzy, jak taka będzie koniunktura, to mogą do niej powrócić. No i jeszcze samotny Robert Biedroń, który nie ma żadnych struktur, za to duży kapitał, którego nie warto marnować na przegrane sprawy.

Na ten pejzaż nakładają się osobiste ambicje, doraźne interesy grupowe, animozje, kompletny brak zaufania, brak strategii długoterminowych (poza długim pozytywistycznym marszem), niezdolność do zawierania kompromisów. I jeszcze brak kasy. Nic nie wskazuje na to, że to towarzystwo samo się pozbiera do kupy.

Jeśli Michał ma rację: PO nie wygra, jeśli rozproszone głosy lewicowe nie przełożą się na sejmowe mandaty – a sądzę, że przedstawiona przez niego arytmetyka wyborcza nie jest oderwana od rzeczywistości – to powstanie silnego, otwartego na  rozmaite warianty ugrupowania anty-PiS-Kukiz-narodowcy leży w interesie PO i sprzyjających mu środowisk, w tym liberalnych mediów.

W takim razie niech to PO założy lewicę, a antypisowskie media zaczną ją intensywnie promować.

Na ten pejzaż nakładają się osobiste ambicje, doraźne interesy grupowe, animozje, kompletny brak zaufania, brak strategii długoterminowych (poza długim pozytywistycznym marszem), niezdolność do zawierania kompromisów. I jeszcze brak kasy. Nic nie wskazuje na to, że to towarzystwo samo się pozbiera do kupy.

Jeśli Michał ma rację: PO nie wygra, jeśli rozproszone głosy lewicowe nie przełożą się na sejmowe mandaty – a sądzę, że przedstawiona przez niego arytmetyka wyborcza nie jest oderwana od rzeczywistości – to powstanie silnego, otwartego na  rozmaite warianty ugrupowania anty-PiS-Kukiz-narodowcy leży w interesie PO i sprzyjających mu środowisk, w tym liberalnych mediów.

W takim razie niech to PO założy lewicę, a antypisowskie media zaczną ją intensywnie promować.

krytykapolityczna.pl

Beata Szydło: Czas limuzyn się skończył

Foto: Fotorzepa, Robert Gardziński

W Polsce są nie tylko dobre warunki gospodarcze, ale też jesteśmy jednym z niewielu miejsc w Europie, gdzie teraz jest bezpiecznie – mówi premier polskiego rządu Michałowi Szułdrzyńskiemu i Jackowi Nizinkiewiczowi.

 

Rzeczpospolita: Czy pamięta pani, co się wydarzyło 11 maja 2016 roku?

Premier Beata Szydło: Nie pamiętam.

Przedstawiła pani audyt rządów PO–PSL i mówiła o 350 mld zł, które one przepuściły. Sam minister Antoni Macierewicz mówił, że na skutek audytu MON był zmuszony złożyć 350 zawiadomień do prokuratury, były jakieś opowieści o skandalach w spółkach skarbu. I co z tego zostało po roku? Kurz opadł i cisza.

Zostały złożone zawiadomienia do prokuratury i właściwe postępowania toczą się w prokuraturze. Poczekajmy na ich efekty, pozwólmy śledczym spokojnie pracować.

Co ma pani sobie do zarzucenia po półtora roku rządów?

Podsumuję swoje rządy po czterech latach. Oczywiście, popełnialiśmy błędy, bo nie myli się ten, kto nic nie robi. Najważniejsze jednak, że potknięcia nie mają wpływu na realizację tego, co sobie zaplanowaliśmy. Realizujemy program, z którym szliśmy do wyborów, i pozytywne tego efekty widać na każdym kroku.

Czy po szczycie w Brukseli, sprawie pana Misiewicza, dymisji dr. Berczyńskiego rząd PiS nie znalazł się w jakimś momencie przełomowym? Jest niskie bezrobocie, 500+, świetne wskaźniki gospodarcze, ale czy społeczny kredyt zaufania nie zaczyna się powoli wyczerpywać, przez popełniane błędy, wpadki Berczyńskiego, posadę Misiewicza czy rozbijane limuzyny?

Czas limuzyn się skończył! Ministrowie jasno ode mnie o tym usłyszeli. Podczas ostatniej odprawy z szefami resortów jasno powiedziałam, jakie są moje oczekiwania. Jesteśmy zespołem. Jeśli jeden zawodnik nie nadąża, to trzeba go wymienić. Jesteśmy jedną drużyną, która nie tylko musi być zwarta i lojalna wobec siebie, ale także zdyscyplinowana, bo tylko wtedy zrobimy to, co obiecaliśmy Polakom.

Dojdzie do rekonstrukcji rządu?

Dałam czas moim ministrom. Jeśli nie wyciągną wniosków, to będę musiała podjąć decyzje i to egzekwować. Na razie uważnie się przyglądam.

Do kiedy im pani dała czas?

Nie chcę mówić o terminach, żeby nie zaczęły się dywagacje w mediach. Każdy z ministrów zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności za swój resort.

Powiedziała pani, że oceni pracę swojego rządu po czterech latach pracy. Ma pani gwarancję, że będzie premierem przez pełną kadencję?

Nikt nie ma gwarancji, że będzie ministrem przez pełną kadencję. Premier również.

Od kogo zależy gwarancja? Od Jarosława Kaczyńskiego? Jest stałe łącze między KPRM i Nowogrodzką?

Oczywiście, że jest! Rząd jest emanacją partii. Rząd wywodzi się z partii. Byłoby nienaturalne, gdyby lider partii nie był w stałym kontakcie z premierem rządu, który partia powołała do życia. Intensywny kontakt między liderem partii jest też z innymi ośrodkami państwa. Tak funkcjonuje to w wielu zachodnich demokracjach, rząd jest emanacją większości parlamentarnej i trudno sobie wyobrazić, aby realizował program w oderwaniu od tej większości.

Jak wyglądają relacje między KPRM a Pałacem Prezydenckim? Wymiana zdań między minister Elżbietą Witek i ministrem Pawłem Muchą nie była zbyt uprzejma.

Relacje między mną a panem prezydentem są bardzo dobre. A pan minister Mucha? No cóż może powinien popracować trochę nad swoją kindersztubą.

Co oznacza przejście Krzysztofa Łapińskiego, pani prawej ręki w kampanii wyborczej i zarazem największego outsidera w PiS krytykującego obóz rządzący, do Pałacu Prezydenckiego?

Nie chcę komentować organizowania gabinetu przez pana prezydenta.

Czy to aluzja do tego, że nie byliście poinformowani o prezydenckim pomyśle referendum konstytucyjnego?

Prezydent ma prawo podejmować własne inicjatywy i tę propozycje tak właśnie traktujemy. Teraz czekamy na szczegółowy harmonogram działań. Zależy mi na dobrych relacjach między rządem a Pałacem Prezydenckim. Wymiana informacji musi być bardzo ścisła.

Czy wymiana listów między prezydentem i szefem MON nie była objawem bezradności głowy państwa wobec Antoniego Macierewicza?

Pan prezydent odpowiedzi na pytania uzyskał. Poza tym wymiana pism pomiędzy najważniejszymi osobami w państwie nie jest niczym nadzwyczajnym. Tak po prostu pracuje się w administracji.

Czy minister Macierewicz nie staje się obciążeniem dla pani gabinetu?

Jest jednym z najbardziej atakowanych ministrów mojego rządu.

Bez powodu?

Powodem są zmiany w armii, które nie wszystkim się podobają.

A pani podobają się odejścia dowódców na niespotykaną wcześniej skalę w polskiej armii?

Odejścia dowódców nie okazały się problemem dla polskiej armii. Wręcz odwrotnie. Zresztą zmiany kadrowe w polskim wojsku były na porządku dziennym. Wystarczy spojrzeć na kilka ostatnich lat, gdzie odejścia z wojska były zdecydowanie liczniejsze i wtedy nikt nie protestował.

Czy dr Berczyński powinien przyjechać do Polski i publicznie wytłumaczyć się z „wykończenia caracali”?

To była bardzo mało szczęśliwa wypowiedź dr. Berczyńskiego.

W autoryzowanym wywiadzie.

Wypowiedź dla mnie niezrozumiała. Przetarg na Caracale był prowadzony przez Ministerstwo Rozwoju, a na czele zespołu negocjacyjnego stał ówczesny wiceminister Radosław Domagalski, którego bardzo cenię i do którego mam zaufanie. Wiem, jakie były przyczyny wycofania się strony francuskiej z przetargu. Francuzi nie chcieli zrealizować offsetu korzystnego dla Polski. Wiceminister Domagalski wielokrotnie mnie o tym informował. Dr Berczyński nie brał udziału w przetargu na caracale.

Konfabulował?

Nie chcę używać takich sformułowań.

Wicemarszałek Sejmu Joachim Brudziński nazwał dr. Berczyńskiego konfabulantem i mitomanem ws. caracali. Pytanie, na ile dr Berczyński, który mówił o bombie termobarycznej w tupolewie, jest wiarygodny jako członek podkomisji smoleńskiej?

To już pytanie do ministra Macierewicza.

Ale dr Berczyński wypowiada się jako szef państwowej podkomisji, a nie niezależny ekspert. Czy jako szef rządu również pani bierze odpowiedzialność za głoszone przez niego jako urzędnika państwowego teorie?

Za podkomisję smoleńską odpowiada minister Macierewicz. Jeśli szef MON uważa, że podkomisja w obecnym kształcie dobrze spełnia swoją rolę, to jest jego odpowiedzialność.

A nie jest tak, że boi się pani ministra Macierewicza, niczym w „Uchu Prezesa”?

Czy Antoniego Macierewicza można się bać? Ja się nie boję.

Wybiera się pani z wizytą do Chin. Przedsiębiorcy z Chin chcą inwestować w logistyczną bazę pod Łodzią. Minister Antoni Macierewicz nie chciał się zgodzić na sprzedaż przez Agencję Mienia Wojskowego nieruchomości pod tę inwestycję. Interesuje ich też Centralny Port Lotniczy. Jak wyglądają nasze plany w obu tych projektach?

Rozmawiałam o tym z ministrem Antonim Macierewiczem i wyjaśnił mi, że sprawa nie do końca tak wyglądała, jak opisywały media, a wystąpiły problemy formalne. Zależy nam na skonkretyzowaniu współpracy z Chinami. W zeszłym roku prezydent Duda był z wizytą w Chinach, pan przewodniczący Xi był w Polsce, a ja teraz w Chinach spotykam się z przewodniczącym i z premierem Chin. Spotkam się również z przedstawicielami funduszy, firm i inwestorów chińskich, tych największych i najbogatszych, którzy mogą zainwestować w Polsce. Żeby doszło do skonkretyzowania współpracy, musimy przedstawić pomysły. I musi być też zaangażowanie chińskie. Zależy nam, żeby inwestorzy chińscy inwestowali w Polsce, ale na warunkach korzystnych dla nas. Najważniejszy jest interes Polski. Do Chin jadą ze mną ministrowie i wiceministrowie z różnych resortów, jedzie również powołany przeze mnie pełnomocnik Mikołaj Wild, który będzie koordynował pracę Centralnego Portu Komunikacyjnego.

 

Niemcy od wielu lat kończą swój port lotniczy pod Berlinem. Skąd wziąć pieniądze i jak ominąć rafy, na które wpadli świetnie zorganizowani Niemcy?

Zajmie się tym pełnomocnik, który został powołany po to, żeby przygotować mapę drogową tego przedsięwzięcia, plan realizacji i doprowadzić projekt do końca.

Prezydent Macron chce, by Unia integrowała się głębiej wokół strefy euro. Zaś po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE aż 4/5 PKB Unii będzie wytwarzane w strefie euro. Będąc poza unią walutową będziemy poza centrum decyzyjnym UE. Nie boi się pani tego?

Nie, nie boję się. W tej chwili strefa jest w głębokim kryzysie. A pomysły prezydenta Emmanuela Macrona jak na razie znamy z czasu kampanii wyborczej. Gdy rozpocznie swoje urzędowanie, będzie musiał je skonkretyzować. Przed nim jeszcze wybory parlamentarne i gdy ukształtuje się rząd we Francji, przedstawi swoje propozycje, będziemy wiedzieć, co tak naprawdę prezydent Macron ma na myśli.

Po drugie, Unia doświadcza tak wielu kryzysów, tak wielu wyzwań, z którymi się musi zmierzyć – Brexit nie będzie w tym pomagał – że będziemy musieli dopiero ocenić, jak ta przyszłość będzie wyglądała. Najbliższy rok pokaże, jak Unia poradzi sobie z tymi wszystkimi kryzysami. Wszyscy uczestnicy szczytu w Rzymie podpisali deklarację, że chcą zachowania jedności Unii. Czy tak będzie? Zobaczymy.

Strefa euro nie byłaby dla nas teraz dobrym rozwiązaniem. Każdego dnia nasza gospodarka udowadnia, że poza nią radzi sobie znakomicie.

W tej kadencji nie będzie o tym mowy?

Nie. Jasno powiedzieliśmy, że Polska nie jest w tej chwili gotowa ani nie będzie to korzystne dla naszej gospodarki.

Mówi pani, że Polska nie jest gotowa. A jest w ogóle zainteresowana wejściem do strefy euro? Wchodząc do Unii, przyjęliśmy zobowiązanie m.in. do przyjęcia wspólnej waluty. Ale nigdzie nie jest napisane, kiedy to ma nastąpić. Przyjęcie euro może być rozważane tylko wtedy, kiedy będzie korzystne dla Polski. Na razie nie jest.

Czy w rządzie istnieje jakiś ośrodek, który zajmuje się analizowaniem tego, kiedy i na jakich warunkach wejść do strefy euro?Pani zlikwidowała stanowisko pełnomocnika rządu zajmującego się tymi sprawami.

Pełnomocnik do spraw przyjęcia euro to było stanowisko czysto fikcyjne, pamiętam o tym, z czasu pracy w sejmowej Komisji Finansów Publicznych. To był element PR poprzedniego rządu. My na bieżąco prowadzimy analizy dotyczące naszej sytuacji gospodarczej i sytuacji w strefie euro – w Ministerstwie Rozwoju i w Ministerstwie Finansów, jest Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów. To są te gremia, gdzie trwa dyskusja na ten temat. Ale w tej chwili nie ma ani potrzeby wejścia do strefy euro, ani nie byłoby to dla nas korzystne.

Z punktu widzenia politycznego czy gospodarczego?

I z jednego, i z drugiego.

Jeśli wygracie kolejne wybory, to w następnej kadencji w tej sprawie też nic się nie zmieni?

Realizujemy program, wypełniamy wyborcze zobowiązania, dlatego głęboko wierzę, że wygramy kolejne wybory. Dopiero wtedy będziemy mogli podejmować dyskusję na temat przyszłości, ale w zależności od tego, jaka będzie wtedy sytuacja gospodarcza. Dziś ona jest dobra.

No właśnie, skoro sytuacja się polepsza, czy to nie czas, by wejść do euro?

Strefa euro jest teraz w głębokim kryzysie. Nie ma żadnych powodów wchodzić do klubu, który ma kłopoty.

Ale państwa naszego regionu, które są strefie euro, na przykład Słowacja, mają teraz całkiem niezły wzrost gospodarczy. Skąd wniosek, że nasza gospodarka na tym by straciła?

Nie twierdzę, że nasza gospodarka zwolni. Ale chcemy by najpierw z kryzysem poradziły sobie takie kraje jak Włochy czy Grecja. One wciąż kupują na europejski kredyt spokój. Nie ma powodu, byśmy wchodzili do euro.

Gospodarka rośnie, choć inwestorzy zagraniczni obawiają się pewnej niepewności politycznej w naszym kraju.

Przypadek Whirlpoola, który przenosi się z Francji do Polski, pokazuje, że inwestorzy jednak aż tak się nie obawiają. W Polsce są nie tylko dobre warunki gospodarcze, ale też jesteśmy jednym z niewielu miejsc w Europie, gdzie teraz jest bezpiecznie.

Chodzi o bezpieczeństwo fizyczne, że obywatelom nic nie grozi?

Tak. Ale jest też bezpieczeństwo polityczne, w Polsce jest stabilny rząd. Są prowadzone akcje propagandowe uderzające w polski rząd, budujące obraz Polski jako państwa niepewnego, w którym ktoś chce łamać zasady państwa prawa, ale to wszystko propaganda tych, którzy chcą w nas uderzyć, bo Polska dobrze się rozwija. Dla wielu podmiotów to nie jest dobra wiadomość.

Kogo pani premier ma na myśli?

To, że opozycja bardzo aktywnie uczestniczy w podważaniu wizerunku naszego kraju na arenie międzynarodowej, nie jest dla nikogo tajemnicą. Do Brukseli jeździli konkretni polscy politycy, prowadząc szkodliwe działania wymierzone w nasz kraj. Robili to w przeszłości i robią to teraz. Jeden z liderów opozycji ostentacyjnie biega do europosła, który jest znany ze swej niechęci do Polski.

Mowa o Ryszardzie Petru i Guy Verhofstadzie?

Tak.

Ale jak może wyglądać dialog z opozycją, skoro pani rzuca tak poważne oskarżenia pod jej adresem. Jeśli pani mówi, że oni szkodzą Polsce, bo martwią ich dobre wskaźniki gospodarcze, to jest poważny zarzut.

By dyskutować musi być wola z dwóch stron. Ze strony opozycji nie ma woli do debaty.

Ale Platforma właśnie proponuje PiS debaty.

Polityka polega na tym, ze się spieramy, ale spierajmy się konstruktywnie, na argumenty w sprawach ważnych dla Polaków. Tymczasem PO kompromituje się programowo. Co chwilę zmieniają zdanie, nie mają jednego konkretnego i kompleksowego programu, nie licząc mglistej deklaracji. Jak można poważnie debatować z takimi politykami. Spór i dyskusja mają sens, kiedy toczą się na argumenty.

Kiedy PiS był w opozycji, też ostro spierał się z Platformą…

Robiliśmy szereg debat tematycznych w sprawach gospodarki, zdrowia, rolnictwa… Przygotowywaliśmy debaty pod hasłem ,,Alternatywa”. Organizowaliśmy kongresy programowe. To był spór na argumenty.

Ale też złożyliście wniosek o konstruktywne wotum nieufności dla rządu.

To są narzędzia, jakimi działa opozycja.

Też odwoływaliście się do Brukseli, by się poskarżyć na sytuację w Polsce. Tak było po wyborach samorządowych czy w przypadku katastrofy smoleńskiej.

Nigdy nie robiliśmy tego tak, jak to robi dziś opozycja. Nie mają konkretnego argumentu, po prostu walczą z rządem.

Komu jeszcze nie jest na rękę silna Polska. Wymieniła pani opozycję, ktoś jeszcze?

Jeśli kandydat w wyborach prezydenckich we Francji wytacza działa przeciwko Polsce i domaga się sankcji za to, że fabryka przenosi się stamtąd do Polski, powinien się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. W Polsce ta firma ma lepsze warunki, jesteśmy w Unii, jest jednolity rynek. Protekcjonizm zaczyna być w tej chwili chorobą Unii Europejskiej. My z tym walczymy, podkreślamy, że jeśli Unia ma przetrwać to, ci którzy chcą za pomocą protekcjonizmu dzielić Unię na kluby, lub dzielić ją na różne prędkości, przyczyniają się do jeszcze większych kłopotów Wspólnoty.

Paradoks polega na tym, że w walce z protekcjonizmem Francji czy Niemiec, na przykład jeśli chodzi o polskich przewoźników, naszym sprzymierzeńcem jest Komisja Europejska.

Ale ta sama komisja przyjęła rozwiązania dotyczące delegowanych pracowników wbrew woli kilkunastu państw członkowskich. Przyjęła „pakiet zimowy”, który uderza w Polskę. To nie jest tak, że my nie chcemy się dostosować do wspólnych standardów, chcemy. Ale jasno i uczciwie mówimy, że potrzebujemy czasu, daliście go kiedyś Niemcom, Francuzom, dajcie dziś go nam, wysłuchajcie argumentów naszych czy pozostałych państw Europy Środkowej. Poza tym tak jak inni bronimy naszych interesów.

Ale skoro panowie pytają, to jest dobry moment na postawienie pytania o rolę Komisji Europejskiej. Ona powinna być ciałem technicznym, a stała się bardzo politycznym. Powinna pilnować reguł, a nie tworzyć własną politykę.

Ale to pani rząd zgodził się, by to Komisja, a nie Rada Europejska, negocjowała warunki Brexitu…

Zgodziliśmy się wszyscy, ale też przyjęliśmy zasadę, że Rada Europejska będzie o wszystkim na bieżąco informowana. Komisja ma po prostu narzędzia do tego, by takie negocjacje prowadzić i jest organem wykonawczym, który powinien realizować kierunki polityczne wskazywane przez Radę Europejską, to wynika z traktatów. Rzeczą naturalną jest, że musi być wyznaczony ktoś, kto technicznie te negocjacje będzie prowadzić. To będzie żmudna praca, tego nie mogliby zrobić szefowie państw. Ale nadzór nad tym procesem ma Rada Europejska.

Pani krytykuje Komisję Europejską, ale pani przeciwnicy powiedzą, że to pani działanie uprzedzające, ponieważ trwa tzw. dialog Warszawy z Brukselą dotyczący procedury przestrzegania praworządności w Polsce?

W najbliższym tygodniu na radzie do spraw ogólnych pan Timmermans chce poruszyć kwestię dotyczącą praworządności w Polsce. Powiem szczerze, że nie wiem, dlaczego to robi. Nie widzę powodów. Polska praworządność ma się doskonale. Przypuszczam, że chce przerzucić nierozwiązywalny problem, który sam wygenerował, na kogoś innego. Jesteśmy otwarci na dyskusję. Dyskusję merytoryczną i uczciwą. Wykorzystywanie Komisji Europejskiej do walki politycznej prowadzi do kryzysu instytucjonalnego Unii Europejskiej.

Wyobraża sobie pani premier kiedyś referendum o wyjściu Polski z Unii Europejskiej?

Nie wyobrażam sobie takiego referendum. Polska poza Unią Europejską to Polska słaba, to Polska, która ma dużo gorsze perspektywy rozwoju i bezpieczeństwa. Członkostwo w UE jest dla Polski korzystne. Co nie zmienia faktu, że moje środowisko polityczne uważa, że Unia powinna się zreformować. Ale to wynika właśnie z troski o przyszłość UE.

Czy wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej z wynikiem 27 do 1 nie był sygnałem, że ciężko nam będzie w Unii znaleźć sojuszników dla naszych interesów?

Donald Tusk był wygodnym kandydatem dla różnych państw, które traktowały jego wybór bardzo partykularnie.

Ale ostatnio w wywiadzie mówiła Pani, że jednak miała w tej sprawie wątpliwości, ale rozwiało je dopiero zachowanie Tuska na przesłuchaniu przed prokuraturą w połowie kwietnia, czyli półtora miesiąca później.

To nie były wątpliwości, czy moja decyzja była słuszna. Podjęłam ją z pełnym przekonaniem.

Dyskutowaliście o tym w PiS, bo prezes Kaczyński mówił, że jest z pani dumny, że to był jej wielki sukces…

Pojechałam do Brukseli z pełnym wsparciem politycznym. Ja nie miałam wątpliwości politycznych.

Myślała pani o dymisji po przegranym głosowaniu ws. Tuska?

Panowie żartują?

Nie.

Politycznie ten wybór mogę zapisać na plus, ponieważ byłam w stanie politycznie przejść przez Rubikon i powiedzieć 27 moim koleżankom i kolegom, że są pewne zasady, których w UE nie powinniśmy łamać. I to przyniosło efekt.

Jaki?

W wymiarze mikro – jest decyzja o ustaleniu precyzyjnych zasad wyboru osób na ważne stanowiska. To właśnie podniosłam, mówiąc, że nie może być kandydatem osoba, której nie zgłasza państwo, z którego pochodzi. W Wymiarze makro nasi partnerzy już wiedzą, że Polska nie będzie bezkrytycznie przyjmować wszystkiego, czego sobie życzą.

Wróćmy do kwestii gospodarczych. Czy są planowane zmiany w podatkach? Czy VAT zostanie przywrócony do niższego stanu i czy są planowane zmiany w CIT oraz opodatkowaniu samozatrudnionych?

Umówiłam się z moimi kolegami z rządu, że będziemy ogłaszać tylko takie projekty, które zostały już wspólnie uzgodnione i ostatecznie opracowane. Wyciągamy wnioski z doświadczeń jednolitego podatku. To był bardzo dobry pomysł, ale zbyt wcześnie ogłoszony i nieprzygotowany, wzbudził emocje odwrotne od zamierzonych. Trwają prace zmierzające do ułatwienia funkcjonowania przedsiębiorcom, również tym, którzy po raz pierwszy zakładają firmę i startują ze swoimi firmami.

Przepisy mające utrudnić wyłudzenie VAT-u doprowadziły do tego, że na rejestrację firmy VAT w urzędzie skarbowym czeka się do trzech miesięcy. Trzeba walczyć z nadużyciami, ale nie kosztem uczciwych przedsiębiorców.

Zdaję sobie sprawę, że to może być utrudnienie, ale musimy sobie poradzić z patologiami w polskim systemie podatkowym. Dzięki wprowadzonym koniecznym zmianom do budżetu wpływa więcej pieniędzy. Dajmy sobie czas na ocenę systemu. Jeśli da się coś poprawić, zrobimy to.

Fiskus w ogóle nie korzysta z klauzuli nakazującej rozstrzygać spory na korzyść podatnika. Fiskalizm jest większy, nie mniejszy.

Musi być większa empatia ze strony urzędników i tych, którzy prawo stosują. Żeby aparat skarbowy, nowy system, zaczął działać lepiej, musimy dać mu czas. Nie podzielam zdania, że jest większy fiskalizm.

Jest pani pewna, że referendum edukacyjnego nie będzie? Zebrano 910 tys. podpisów pod wnioskiem w tej sprawie.

Jestem za instytucją referendum, chcieliśmy referendum ws. obniżenia wieku emerytalnego, czemu sprzeciwiła się rządząca PO, ale jestem przeciwna referendum edukacyjnemu w tej chwili. Można by zorganizować referendum przed rokiem szkolnym. To nie byłby problem. Tylko wtedy wielu rodziców i nauczycieli byłoby przerażonych sytuacją przed 1 września. Zapanowałby chaos, a nam zależy na spokojnym wdrożeniu reformy, zgodnie z przyjętym planem.

Jeśli PiS jest przekonany, że reforma edukacyjna jest potrzebna i oczekiwana, to może tym bardziej należy przeprowadzić referendum? W kampanii pani i Andrzej Duda mówiliście, że referendum będzie zarządzane obligatoryjnie, jeśli pod wnioskiem zostanie zebrany milion podpisów.

Zostały podpisane ustawy, które jasno określają, że od 1 września 2017 r. inaczej będzie w Polsce wyglądał system edukacji. Referendum na kilka miesięcy przed rozpoczęciem roku szkolnego byłoby podaniem w wątpliwość całego systemu i podsycaniem niepewności. Konsultowaliśmy tę reformę przez wiele miesięcy. Jest naprawdę dobrze przygotowana.

A czy PiS nie wybiera sobie referendów, które są mu na rękę? Zawsze znajdą się powody, żeby powiedzieć: szanujemy głos obywateli, ale to referendum spowoduje chaos.

Zmiany są wprowadzane po przeprowadzeniu ponadrocznej szerokiej debaty. Polacy ich oczekiwali. Są już sieci szkół, nauczyciele otrzymują propozycje zatrudnienia. Wszystko przebiega zgodnie z harmonogramem. Reforma edukacji potrzebuje spokoju. Teraz nie czas na referendum. To czas na spokojne wdrażanie reformy. Dla dobra uczniów, rodziców i nauczycieli.

Choćby przyniesiono kolejne podpisy pod wnioskiem o referendum, to nie zostanie ono zarządzone?

W ten sposób można by podważyć każdą zmianę. Ktoś przynosi podpisy i blokuje nasze reformy, z którymi szliśmy do wyborów. To nie jest łatwa decyzja, ale referendum edukacyjnego nie będzie.

A kiedy dojdzie do referendum konstytucyjnego, którego chce prezydent?

Prezydent mówił o konieczności referendum, ale nie pokazał jeszcze mapy drogowej projektu.

Czy propozycja referendalna prezydenta była konsultowana z rządem i partią?

To była autonomiczna decyzja prezydenta.

Biskupi apelowali o pomoc uchodźcom. Chcieli zorganizować korytarze humanitarne. Inicjatywę poparł prezes Kaczyński w rozmowie z „Rz”, ale dodał że to jest odpowiedzialność rządu.

Jesteśmy w kontakcie z nuncjuszem papieskim, który zwrócił się do polskiego rządu z inicjatywą korytarzy humanitarnych. Analizujemy możliwości. Jeśli uda się wypracować stanowisko satysfakcjonujące organizacje, które chciałyby współpracować z polskim rządem w przygotowaniu korytarzu, to nie mówimy „nie”. Zresztą nasze ostatnie inicjatywy z papieskim stowarzyszeniem „Pomoc Kościołowi w potrzebie”, jak również projekty humanitarne, jakie realizujemy m.in.: z Niemcami, zwiększenie kilkukrotne w budżecie państwa środków na pomoc pokazują, że nie jesteśmy wobec tego problemu obojętni, a wręcz przeciwnie – aktywnie dostarczamy niezbędnej pomocy migrantom.

Czytała pani dokument biskupów na temat patriotyzmu i niewykorzystywania historii do sporów politycznych? Biskupi proszą polityków o obniżenie temperatury sporów politycznych.

Zgadzam się z twierdzeniem, że temperatura sporów politycznych w Polsce jest wysoka. Boleję, że nie udaje się zasypywać podziałów, które były pogłębiane przez ostatnich osiem lat rządów PO. Trzeba szukać sposobów, żeby spór polityczny był merytoryczny, nie emocjonalny. Żeby dotyczył spraw, a nie był wymierzony przeciwko komuś. Żeby budował, nie dzielił.

Biskupi piszą o języku, który jest problemem.

Pytanie, jak w dobie fake newsów i mediów społecznościowych oraz braku odpowiedzialności za słowo zmienić język debaty publicznej. Jestem za zmianą języka debaty publicznej.

A ma pani czasem pretensje do siebie o zbyt ostre wypowiedzi pod adresem opozycji?

Należę do polityków nienadużywających ostrego, agresywnego języka. Oczekiwałabym konstruktywnej debaty ze strony opozycji. Niestety, protest w Sejmie pokazał, że opozycję stać na żałosny kabaret, nie poważną debatę. Polska polityka musi funkcjonować inaczej.

Opozycja coraz częściej twierdzi, że stanie pani przed Trybunałem Stanu za łamanie konstytucji.

Wszystkie zmiany, które wprowadzamy, są zgodne z polską konstytucją. Nie mam obaw, że stanę przed Trybunałem Stanu.

Reformę sądownictwa krytykuje OBWE, uniwersyteckie wydziały prawa podejmują uchwały krytykujące zmiany. Nawet prezydent i wicepremier Jarosław Gowin mają wątpliwości dotyczące zmian w KRS.

Reforma ministra Ziobry jest potrzebna i dobra. Każda zmiana wprowadzana przez PiS boli środowiska, którym są odbierane przywileje. Stawiamy na interes ogółu obywateli, nie wąskiej grupy elit. Chcemy, żeby sądy rzeczywiście spełniały swoją rolę, a ludzie szukający pomocy mogli liczyć na sprawne, uczciwe i sprawiedliwe rozstrzygnięcie swoich spraw. Sprawiedliwość musi wrócić do sądów.

Prezydent i wicepremier mają wątpliwości do wygaszania kadencji sędziów KRS.

W mojej opinii, po analizie przedstawionej mi przez ministra Ziobry, to rozwiązanie jest dopuszczalne.

W siódmą rocznicę katastrofy smoleńskiej w KPRM odsłonięto tablicę upamiętniającą jej ofiary. Na niej zostali wymienieni z nazwiska tylko politycy PiS, którzy pracowali w KPRM. Dlaczego pominięto np. panią Izabelę Jarugę-Nowacką?

Nie wyróżniono też imiennie Grażyny Gęsickiej z PiS, która pracowała w KPRM. Premier Jaruga-Nowacka i premier Gęsicka mają swoje tablice w ministerstwach, w których pracowały.

Czyli to nie jest wpadka, lecz świadome działanie?

Tablica upamiętnia wszystkie ofiary katastrofy smoleńskiej.

Nie będzie zmiany na tablicy?

Nie ma powodu.

Wicepremier prof. Piotr Gliński powiedział w RMF FM, że nie należy dzielić ofiar i gdyby to od niego zależało, to tablica wyglądałaby inaczej.

Tablica jest poświęcona wszystkim.

Rozmawiali Michał Szułdrzyński i Jacek Nizinkiewicz

rp.pl

„Poparcie za pieniądze?”. Nowoczesna pyta PiS o program „Rydzyk plus”

10.05.2017

Dyrektor Radia Maryja o. Tadeusz Rydzyk

 

Politycy Nowoczesnej wyślą do premier Beaty Szydło interpelację z pytaniem, jaką kwotę ministerstwa pod rządami PiS przeznaczyły na dofinansowanie różnych inicjatyw podejmowanych przez toruńskiego redemptorystę, ojca Tadeusza Rydzyka.

Według Nowoczesnej dyrektor Radia Maryja otrzymał z publicznych środków ponad 30 mln zł. Najwięcej – 26 mln zł o. Rydzyk miał dostać z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska jako odszkodowanie dla fundacji Lux Veritatis za cofnięcie dofinansowania projektu geotermii toruńskiej.

Kolejne 3 mln zł miało przekazać Ministerstwo Sprawiedliwości na zorganizowanie szkoleń medialnych w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Z kolei MSZ miało wesprzeć fundację Lux Veritatis kwotą 200 tys. zł na projekt „współpraca w dziedzinie dyplomacji publicznej 2016”.

„Czy układ PiS-u z prezesem Rydzykiem ma charakter biznesowy? Czy to transakcja wymienna ‚poparcie za pieniądze’?” – pyta Nowoczesna. Politycy partii Ryszarda Petru przekonują, że koszt programu „Rydzyk plus” przekroczył 30 mln zł.

 

msn.pl

Miesięcznica smoleńska. Policja usunęła demonstrantów, którzy blokowali marsz PiS

11.05.2017

 

Kontrmanifestacje w czasie obchodów 85. miesięcznicy smoleńskiej miały być zakazane, ale w ostatniej chwili sąd wydał zgodę na demonstracje Obywateli RP i Stowarzyszenia TAMA. Ci pierwsi próbowali zablokować przemarsz zwolenników PiS pod Pałac Prezydencki, ale policja usunęła ich siłą.

Niewielką grupę uczestników miesięcznicy, którzy pod przewodem Jarosława Kaczyńskiego i czołowych polityków rządzące partii szli Krakowskim Przedmieściem ochraniały tłumy policjantów. Funkcjonariuszy było wyraźnie więcej niż przy okazji poprzednich miesięcznic.

Marsz zwolenników PiS, którzy około 20.00, po mszy w katedrze św. Jana Chrzciciela wyruszyli pod Pałac Prezydencki, próbowała zablokować grupa około 20 członków organizacji Obywatele RP. – Na trasie jest kontrmanifestacja Obywateli RP. Blokowali marsz na wysokości kościoła św. Anny. Zostali siłą usunięci przez policję na pobocze, gdzie są legitymowani. (…) Krzyczeli: „konstytucja, konstytucja” – relacjonował reporter tvnwarszawa.pl, który był na Krakowskim Przedmieściu. Demonstracja Stowarzyszenia TAMA przebiegła spokojnie.

Do kontrmanifestacji odniósł się w swoim przemówieniu Jarosław Kaczyński, twierdząc, że PiS spotkał się już z „atakiem nienawiści” kilka lat temu. – Dziś mamy drugą taką próbę i nowy atak nienawiści, bo te białe róże, które tam widać to symbol nienawiści i głupoty, skrajnej głupoty – mówił prezes PiS. Osoby trzymające białe róże miały również flagi Polski i UE, skandowały: „konstytucja”, wśród nich był lider KOD Mateusz Kijowski.

PiS zmienił prawo, by zapewnić sobie spokój na miesięcznicach

Wydawało się, że dzisiejsza miesięcznica może być pierwszą od dawna niezakłóconą przez kontrmanifestacje. Wszystko dzięki zmianom w prawie o zgromadzeniach publicznych. Już pod koniec kwietnia miesięcznice smoleńskie zarejestrowano jako wydarzenie cykliczne. Każdego 10. dnia miesiąca aż do kwietnia 2020 roku sympatycy PiS mają wyłączność na obszar od ulicy Świętojańskiej przez plac Zamkowy do Krakowskiego Przedmieścia przy ulicy Karowej. Ten spory kawałek warszawskiej starówki od godz. 6.00 do 22.00 należy do uczestników „oddających hołd Ofiarom katastrofy w Smoleńsku”. Wszelkie inne imprezy w tym samym czasie i miejscu są zabronione. Dla pewności jednak przed Pałacem Prezydenckim ustawiono i tym razem barierki.

Okazało się jednak, że mimo zakazu kontrmanifestacje mogą się odbyć legalnie. Początkowo zakazał ich mianowany przez PiS wojewoda mazowiecki Zdzisław Sipiera. Powoła się właśnie na znowelizowane prawo o zgromadzeniach, które pozwala zgłaszać zgromadzenia cykliczne i zakazać w ich okolicy innych demonstracji.

Obywatele RP i Stowarzyszenie TAMA zaskarżyły tę decyzję do sądu, a ten uznał, że zakaz został wydany bezprawnie. Powód?  Okazuje się, że PiS nie przewidział w przepisach zgromadzeń zgłoszonych w trybie uproszczonym – pisze „Gazeta Wyborcza”. – Sąd uznał, że zgromadzenie uproszczone nie może być zakazane przez prezydenta miasta i wojewodę. Odwoływał się tylko do ustawy o zgromadzeniach, nie do konstytucji i europejskiej konwencji praw człowieka – komentował „Wyborczej” Marcin Szwed z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

msn.pl

Wojciech Maziarski

Jak rząd Kaczyńskiego walnął czołem w ścianę i co dobrego z tego wyniknie

10 maja 2017

'Środki norweskie są środkami publicznymi w dyspozycji polskiego rządu' - uważa Piotr Gliński. Na zdjęciu - minister kultury z wizytą w sienkiewiczowskim Oblęgorku

‚Środki norweskie są środkami publicznymi w dyspozycji polskiego rządu’ – uważa Piotr Gliński. Na zdjęciu – minister kultury z wizytą w sienkiewiczowskim Oblęgorku (FOT. MICHAŁ WALCZAK / AGENCJA GAZETA)

Węgierscy społecznicy są wdzięczni Orbanowi: po awanturze o fundusze norweskie przybyło darczyńców i wolontariuszy, a Bruksela zaczęła się przyglądać, jak rząd rozdziela unijne pieniądze

Próbując przejąć fundusze norweskie, przeznaczone na wspieranie organizacji pozarządowych, rząd PiS walnął czołem w ścianę, tak jak dwa lata wcześniej gabinet Viktora Orbána.

– Nie możemy pozwolić, by Polska i Węgry kontrolowały środki na społeczeństwo obywatelskie. To niezależne organizacje muszą je rozdzielać – zapowiedziała premier Norwegii Erna Solberg, jednoznacznie komunikując ministrowi Piotrowi Glińskiemu, że nawet nie ma co marzyć o przejęciu tych pieniędzy.

Działacze węgierskich organizacji pozarządowych mówią, że tamtejsza awantura o fundusze norweskie w ostatecznym rozrachunku przysłużyła się społeczeństwu obywatelskiemu, bo zwróciła uwagę opinii publicznej na trzeci sektor. Dzięki temu wzrosła liczba donatorów wpłacających na konta fundacji i stowarzyszeń, przybyło też wolontariuszy i osób angażujących się w działania organizacji społecznych.

Inicjatywa ministra Glińskiego, który próbował położyć rządową łapę na pieniądzach z Norwegii, także może wyjść na dobre społeczeństwu obywatelskiemu. Dotychczas Bruksela nie ingerowała w rozdział tych środków, ponieważ uznawała za oczywiste, że rządy krajowe – kierujące się wspólnymi europejskimi wartościami i przestrzegające standardów praworządności i zwykłej przyzwoitości – będą używać tych pieniędzy do celów, do jakich zostały przeznaczone.

Nikomu do głowy nie przyszło, że np. ministrem od ekologii w którymś z krajów członkowskich może zostać myśliwy i leśnik, który za punkt honoru uznaje zwalczanie przyrody i tępienie ekologów, a pieniądze napływające z Unii przyznaje nie tym organizacjom, które prowadzą działalność na rzecz ekologii, lecz fundacji Tomasza Sakiewicza czy innym politycznym kumplom.

Bruksela dotąd nie miała bodźca, by się zastanawiać, czy w niektórych sytuacjach część funduszy unijnych nie powinna być kierowana do podmiotów społecznych w krajach członkowskich z pominięciem rządów. Teraz, dzięki inicjatywie PiS, taki bodziec się pojawił.

I stało się to dokładnie w chwili, gdy francuskie wybory prezydenckie wygrał Emmanuel Macron deklarujący wolę prowadzenia twardej polityki wobec autorytarnych reżimów, które doszły do władzy w krajach „nowej” Europy. I Kaczyński, i Orbán mogą się spodziewać po nowym francuskim przywódcy wszystkiego, co dla nich najgorsze, a najlepsze dla obu społeczeństw. W czasie kampanii Macron kilkakrotnie mówił o karaniu Orbána i Kaczyńskiego oraz wspominał o możliwości wprowadzenia jakiegoś rodzaju sankcji wobec ich rządów. Pytanie tylko, jak ukarać rządy, nie karząc jednocześnie całych społeczeństw.

Awantura o fundusze norweskie pokazuje, że w przypadku niektórych programów pomocowych jest to możliwe. Tam, gdzie środki są przeznaczone na wspieranie inicjatyw obywatelskich, można zastosować demokratyczny by-pass, kierując je bezpośrednio do podmiotów społecznych z pominięciem rządów.

Dzięki temu europejska kroplówka przestałaby odżywiać reżimy Kaczyńskiego i Orbána, a zasiliłaby społeczeństwa obywatelskie w obu krajach.

wyborcza.pl

Co dziesiąty Polak nie jest katolikiem, ale Kościół to wciąż potęga. Wyniki nowego wielkiego badania

Michał Wilgocki, 10 maja 2017

Uroczysta msza z okazji 1050 - tej rocznicy Chrztu Polski

Uroczysta msza z okazji 1050 – tej rocznicy Chrztu Polski (Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Co drugi Polak chodzi co tydzień do kościoła, a 42 proc. młodych badanych uważa, że małżeństwa homoseksualne powinny być w Polsce legalne – wynika z raportu renomowanego amerykańskiego Centrum Badawczego „Pew”, które przepytało na temat religijności i obyczajów 25 tys. osób w krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

Z badania wynika, że w ciągu ostatnich 24 lat spadł odsetek katolików w Polsce. O ile w 1991 roku z katolicyzmem identyfikowało się aż 96 proc. badanych, o tyle w 2015 roku było to już 87 proc. 1 proc. to wyznawcy prawosławia, mniej niż 1 proc. – muzułmanie (z innego pytania wynika, że w Boga wierzy… 86 proc. Polaków). A 7 proc. badanych zadeklarowało brak jakiegokolwiek wyznania.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: O pedofilii już nie można milczeć. Kościół szykuje się na zmianę prawa

Centrum Badawcze „Pew” zbadało też, jak bardzo zmieniła się religijność krajów regionu w stosunku do epoki komunizmu. Polska według opinii respondentów zlaicyzowała się w tym czasie najbardziej spośród badanych krajów. 56 proc. Polaków uważa, że nasz kraj jest obecnie bardzo religijny, natomiast aż 86 proc – że był bardzo religijny w PRL. Dla porównania – w Czechach 23 proc. ankietowanych uważa, że ich kraj jest bardzo religijny (że był taki w czasach komunizmu, uważa 30 proc.), a na Węgrzech – 51 proc. (że był taki wcześniej – 47 proc.).

45 proc. polskich respondentów odpowiada, że chodzi co tydzień do kościoła. Daje to Polakom drugi najwyższy wynik wśród badanych państw – częściej praktykują tylko katolicy z Bośni i Hercegowiny.

Przebadani Polacy w większości (64 proc.) uważają też, że katolicyzm to bardzo ważny element tożsamości narodowej. Dodatkowo aż 55 proc. ankietowanych zgadza się ze stwierdzeniem, że „nasi ludzie nie są doskonali, ale nasza kultura jest lepsza niż inna”.

Młodzi bardziej liberalni

Codzienną modlitwę deklaruje 27 proc. ankietowanych. Dla porównania – w USA na to pytanie twierdząco odpowiada aż 55 proc. badanych. „Mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej są znacznie bardziej skłonni do uczestniczenia w innych praktykach religijnych, takich jak wieszanie na ścianach świętych ikon lub ustawianie figur świętych albo noszenie symboli religijnych takich jak krzyże” – czytamy w raporcie.

Kraje naszego regionu są w większości bardzo konserwatywne w sprawach obyczajowych. Wśród państw z większością prawosławną dominuje pogląd, że homoseksualizm jest „moralnie niewłaściwy”. W Armenii czy Mołdawii uważa tak ponad 90 proc. Dla porównania w Polsce ten współczynnik to 48 proc., a 4 na 10 Polaków uważa, że społeczeństwo powinno akceptować homoseksualizm. Homoseksualizm za niemoralny uważa zaledwie 21 proc. Czechów, 53 proc. Węgrów i aż 83 proc. Ukraińców.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Polski Kościół przeciw nacjonalizmowi. Nareszcie

Co ciekawe, w grupie wiekowej 18-34 lata aż 42 proc. przebadanych Polaków uważa, że małżeństwa osób homoseksualnych powinny być legalne. Im Polak starszy, tym jest bardziej konserwatywny – w grupie respondentów powyżej 35 lat poparcie dla legalizacji to zaledwie 28 proc.

Co czwarty polski ankietowany uważa również, że „żona musi być zawsze posłuszna swojemu mężowi”. To najwyższy współczynnik w krajach z większością katolicką (na Węgrzech to 25 proc., Litwie – 24 proc.). Ale znacznie niższy niż w krajach prawosławnych (w Armenii to 82 proc., w Rumunii – 72 proc., a w Gruzji – 54 proc.).

Państwo ma wspierać Kościół?

Padło również pytanie o to, czy demokracja jest lepsza niż inne formy rządów. 47 proc. Polaków odpowiedziało, że tak. 26 proc. – że lepszy mógłby być rząd niedemokratyczny. Reszta wybrała odpowiedź: „dla takiej osoby jak ja nie ma znaczenia, jaki mamy rząd”. To niemal identyczny wynik jak na Węgrzech i w Czechach.

Co czwarty Polak uważa, że rządy powinny wspierać rozpowszechnianie wartości religijnych. To najniższy wynik nie tylko wśród państw katolickich, ale też wśród wszystkich państw regionu. 28 proc. uważa też, że „narodowy Kościół” powinien otrzymywać finansowe wsparcie od rządu. 57 proc. przepytywanych uważa, że żyje się lepiej, gdy społeczeństwo składa się z ludzi o takiej samej narodowości, religii i kulturze. 34 proc. jest przeciwnego zdania.

Badanie Centrum Badawczego „Pew”, czerwiec 2015 r. – lipiec 2016 r. Bezpośrednie wywiady w 17 językach wśród ponad 25 tys. dorosłych w 18 krajach: w Armenii, na Białorusi, w Bośni i Hercegowinie, Bułgarii, Chorwacji, Czechach, Estonii, Grecji, Gruzji, na Litwie, Łotwie, w Mołdawii, Polsce, Rosji, Rumunii, Serbii, na Ukrainie i Węgrzech

„W minutę”: 10 maja 2017 roku

„W minutę”: 10 maja 2017 roku

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21792351,video.html

 

wyborcza.pl

 

Gdyby nie kontrmanifestacja. Frekwencja miesięcznicy wyglądałaby słabo.

Krystyna pisze do MON,żeby załatwili szkołę oficerską jej siostrzeńcowi,bo go nie przyjęli,a ona jest od 2011 w PiS i klubie Gazety Polskiej

Kaczyński stwierdził, że czas na odważne decyzje.

Wiedzieliście ?

%d blogerów lubi to: