Sieroty po PRL-u

Sieroty po PRL-u

W politykach PiS działa mechanizm opisany w znanej anegdocie, gdy pewnemu magistrowi, któremu wystaje słoma z butów, w związku z tym należnie jest traktowany przez środowisko, a zależy mu na uznaniu, więc radzi się psychologa, co ma zrobić, aby nie być wytykanym, postponowanym. Ten rzecze naszemu delikwentowi, aby zrobił doktorat. Wysila się, pisze pracę doktorską, broni jej i dalej odczuwa odium środowiskowe, bieży do psychologa i skarży się. Mało jeden doktorat – znajduje rozwiązanie psycholog – potrzeba drugiego i trzeciego tytułu. Delikwent zapiera się, zyskuje kolejne tytuły, ale znajomi widzą go jako osobnika, któremu słoma z butów ciągle wyrasta. Ponawia kolejną wizytę u lekarza i słyszy, że nie wystarczą doktoraty jego, ale ojca, dziadka.

Politykom PiS brakuje takiego genu. W ustroju demokratycznym tym genem wcale nie musi być tylko przekonanie do demokracji, ale umiejętność korzystania z demokracji. Umiejętności zachowywania się w stosunku do wolności drugiego: moja wolność nie może naruszać twojej wolności, moja wiara nie wchodzi w konflikt z twoimi wartościami. Doktor wolności szuka kompromisu, jeżeli dochodzi do konfliktu wartości, ma na uwadze, że podczas setek lat doświadczenia interpersonalnego, społecznego, wypracowano mechanizmy opisane przez prawo zwyczajowe i prawo zapisane w ustawach.

Tradycją nowoczesnego człowieka i społeczeństwa jest być wolnym, korzystać z mechanizmów dorabiania się, kształtowania sensu życia – bez żadnych indoktrynacji. Te mechanizmy są przez partię rządząca naruszane i zastępowane ich partyjnymi partykularyzmami i widzimisię prezesa Kaczyńskiego. Dotyczy to już wszystkich sfer: informacji, misji społecznej, metafizycznej (religii), edukacji i prawnej. Takie ograniczenia nie są tradycją nowoczesnej kultury europejskiej, jest to tradycja różnych satrapii, autokracji, czy pewnego odłamu wiary chrześcijańskiej, która w Polsce została reaktywowana i znajduje się w szczególnej enklawie.

Czyż nie jest znamienne, iż pisowskie ustawy sądowe są przez Sejm przeprowadzane przez Stanisława Piotrowicza, komunistycznego prokuratora? To jest pisowska słoma, oni rozumieją jak ona działa, potrafią się w niej znaleźć. Projekty ustaw wracają do rozwiązań PRL-owskich, gdy sędziowie do Sądu Najwyższego byli wyznaczani przez Radę Państwa (ciało zbiorowe zastępujące prezydenta o podobnych prerogatywach).

Wszystkie słowa o kastach sędziowskich, niewydolności sądów, są guzik warte, nieprawdziwe. Partia obecnie rządząca nie potrafi po prostu rządzić w trudnym mechanizmie, jakim jest demokracja oparta na trójpodziale władzy. Nie mieliśmy do tej pory tak chowającej się przed społeczeństwem władzy, tak uprawiającej o sobie propagandę.

Dlatego ckni się im PRL, gdy wszystko było proste. Rozumieją tę słomę, ta tradycja jest im najbliższa, nie są w stanie pojąć, że racje się ucierają, że ktoś inny ma inne pojęcie o wolnościach obywatelskich. PiS jest partyjną sierotą po PRL-u.

Będą nasyłać na obywateli policję, tajne służby, inwigilować, bo inaczej nie potrafią. Taka władza za fasadową demokracją będzie się sypać. A chaos rodzi coraz większą agresję. Będą wyszydzani z powodu słomy w butach. Gdyby wczoraj skończyło się Średniowiecze, odwoływaliby się do mechanizmów tego okresu, a Piotrowicza zastąpiłby Torquemada. PiS to partia sentymentu do przeszłości, a w stosunku do swoich współczesnych – resentymentu.

Dzisiaj są sierotami po PRL-u, w Odrodzeniu byliby sierotami po Średniowieczu, po Ciemnogrodzie. Jako tako rozumieją to, co było, a kompletnie nie potrafią poruszać się we współczesności, nie są żadnymi konserwatystami. Rozumieją więc tylko twierdzę, zamknięcie się wśród swoich, boją się wszystkiego, co nie jest martwe, co jest żywe, co kształtuje się. Dlatego prezes potrzebuje takiej ochrony, gdy kroczy po Krakowskim Przedmieściu i pilnuje go kilka tysięcy policjantów.

Nie jest zatem pytaniem: czy damy radę PiS-owi? Bo damy. Ale czy damy radę odbudować ojczyznę nowoczesną? I czy będzie, co odbudowywać?

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Każdy sędzia ma obowiązek obrony konstytucji

Każdy sędzia ma obowiązek obrony konstytucji

W świątecznej „Wyborczej” Ewa Ivanowa w rozmowie z prof. Ewą Łętowską rozważała, jak należy rozumieć prawa i obowiązki sędziów w czasach, gdy w Polsce władza wkroczyła na drogę wygaszania państwa prawa.  Była rzecznik praw obywatelskich, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku postawiła sprawę jasno: każdy sędzia ma obowiązek obrony konstytucji. Podkreśliła, że sędziowie muszą być apolityczni, ale w żadnym razie nie oznacza to, by nie mogli wypowiadać się w sprawach publicznych.  Tym bardziej, że nie zakazuje tego żaden przepis.

Pretekstem do rozmowy była głośna wypowiedź Zofii Romaszewskiej, doradczyni prezydenta Andrzeja Dudy, która powiedziała, że „sędziowie nie mają prawa bronić niezawisłości sądów, zresztą niczego nie mają prawa bronić”. Prof. Łętowska z uwagą tą całkowicie się nie zgadza. Sędziowie bowiem „są też obywatelami. Korzystają z konstytucyjnie zagwarantowanej swobody wypowiedzi” – przypomina sędzia. Czyli – chociaż nie mogą przynależeć do partii politycznych, czy związków zawodowych – mogą chodzić na manifestacje w obronie niezawisłości sądów i zabierać na nich głos. Warunek? „Tak samo jak w dyskursie publicznym ważne jest zachowanie powagi. Sędzia nie może pozwolić sobie na jakieś jarmarczne przepychanki. Czyli nie może posługiwać się językiem ostatnio znanym z komisji sejmowych. Nie może zachowywać się w sposób odbiegający od powszechnie przyjętych norm poważnego, kulturalnego zachowania” – mówi prof. Łętowska.

Z tej przyczyny sama, choć je popiera, w manifestacjach nie uczestniczy. „Ale tylko dlatego, że w Polsce jest niska kultura udziału w życiu publicznym. I niesłychanie łatwo demonstracje zmieniają się w akcje, w których nie chciałabym brać udziału” – tłumaczy Ivanowej. Natomiast podkreśla ścisły związek walki o niezawisłość sądów z konstytucyjnym prawem do demonstrowania. Przytacza przykłady z lat 90., gdy właśnie w obronie tego prawa „Strasburg uznał, że nie można było karać upomnieniem adwokata obywatela Francji mieszkającego na Gwadelupie za udział w zgromadzeniu, na którym wygłaszano hasła krytyczne wobec wymiaru sprawiedliwości i sędziów”. Albo całkiem niedawny przypadek sprawy Lopez Lone przeciwko Hondurasowi, w której Panamerykański Trybunał Praw Człowieka w 2015 r. stwierdził, że pozbawianie urzędów sędziów z podobnego powodu, podczas zamachu stanu, jest bezprawiem. Dlaczego? Bo sędziowie są strażnikami konstytucyjnych wartości.

Rzecz ma także inne tło. Chodzi o to, aby sędziowie nie sprzeniewierzali się sędziowskiej przysiędze. Każdy sędzia – tłumaczy prof. Łętowska – zarówno czynnie orzekający, jak i w stanie spoczynku, jest wciąż w służbie. „A to oznacza, że wiąże go przysięga na wierność Konstytucji. Ma więc nie tylko prawo, a obowiązek występowania w obronie pryncypiów Konstytucji. Można to wywnioskować z art. 178 Konstytucji. Zgodnie z nim sędziowie w sprawowaniu swego urzędu podlegają tylko Konstytucji oraz ustawom”. Podobnie uważa Europejski Trybunał Praw Człowieka, przypomina rozmówczyni „Wyborczej”. Dowód? Kluczowe znaczenie mają dwie sprawy: Baka przeciwko Węgrom oraz Kudeshkina przeciwko Rosji. „Andreas Baka, prezes Sądu Najwyższego na Węgrzech za krytykę zmian ustrojowych wprowadzanych przez Wiktora Orbana został pozbawiony w 2011 r. funkcji. Strasburg uznał, że naruszono jego swobodę wypowiedzi i odebrano mu prawo do sądu. Z kolei sędzia Olga Kudeshkina została usunięta z zawodu za ujawnienie w kilku wywiadach nacisków w sprawie kryminalnej dotyczącej nadużyć policji. Ujawniała manipulacje i patologie w rosyjskich sądach. W obu sprawach Strasburg przyznał sędziom odszkodowania, ale sformułował też ważną myśl: sędzia jest zobowiązany do występowania w godny i poważny sposób w obronie tego, na co ślubował”.

Prof. Ewa Łętowska nie ma wątpliwości: „W Polsce jesteśmy obecnie na drodze odejścia od państwa prawa. Na drodze wygaszania standardów demokracji. Jeśli zgodzimy się, aby ci którzy przysięgali na te standardy nie mieli prawa protestować w imię ich obrony, to podążymy drogą, przed którą Radbruch nas ostrzega. Na drodze ku bezprawiu.” Mowa w tym fragmencie rozmowy o słynnych tezach Gustava Radbrucha, niemieckiego filozofa prawa, którego dorobek prof. Łętowska uważa za szczególnie warty przypominania. „Radbrucha do takich przemyśleń popchnęła skrajna sytuacja doświadczeń nazizmu i drugiej wojny światowej” – mówi. I chociaż, jak podkreśla, jeszcze nie doszliśmy w Polsce do ustaw zbrodniczych i nie obowiązuje nas jeszcze prawo niemoralne i niehumanitarne – przeciw któremu zwracał się w swoich tezach Radbruch – to trzeba się mierzyć z możliwością, że związany Konstytucją sędzia „w wypadkach skrajnych może nawet nie stosować ustaw, jeśli wykaże, że są z nią sprzeczne”. Prof. Łętowska przypomina, że sama to robiła, orzekając w NSA. Ale – przestrzega – sędzia musi umieć to uzasadnić, gdyż wymaga to dobrych umiejętności rzemieślniczych.

Sędziowie powinni czytać Radbrucha jeszcze z innego powodu. Dlaczego? „Bo nie są bezgrzeszni. Powinni popatrzeć na siebie i swój własny warsztat. Powinni popracować nad własnymi standardami zachowania i pracy, tak aby nie można było im postawić zarzutu oderwania od etosu. Właśnie, aby nie można było im zarzucać tej – używając brzydkiego i modnego ostatnio słowa – kastowości” – konkluduje prof. Łętowska.

koduj24.pl

Działaczom PiS zaczynają otwierać się oczy?

Działaczom PiS zaczynają otwierać się oczy?

W partyjnych dołach pojawił się strach przed karą za rzeczywiste, zauważalne gołym okiem przestępstwa przeciw państwu i prawu.

PiS-owski buldożer starannie i pedantycznie miażdży trzecią władzę. Za sterami uradowany prokurator Piotrowicz, reprezentant pierwszej władzy ściśle zblatowanej z drugą, rozjeżdża i wciska w glebę ostatnie gwarancje obywatelskich wolności. W tle słychać słabe protesty niezagarniętych jeszcze przyczółków czwartej władzy. A wszystkich nas z wolna opuszczają władze umysłowe. Bo mało kto potrafi zrozumieć, jak to się mogło zdarzyć, że po 28 latach ludzie, którzy brali udział w odzyskiwaniu wolności, odbierają nam teraz tę wolność, korzystając z pomocy tych, którzy ich wtedy sekowali. Trudno pojąć, dlaczego tak łatwo tak wielu pozwoliło sobie wcisnąć kit, że PiS-owski przewrót, zwany żartobliwie „dobrą zmianą”, to kontynuacja ówczesnego solidarnościowego zrywu. I dlaczego tak niewielu zauważa, że pod tymi samymi hasłami, które mobilizowały Polaków do przeciwstawienia się komunie, Polska zawracana jest z powrotem w kierunku dyktatury, kierowniczej roli partii i omnipotentnej władzy pierwszego sekretarza, nazywanego dziś przez funkcjonariuszy totalnej władzy – Naczelnikiem państwa.

Ludziom stającym wobec tej krańcowo bezczelnej hucpy opadają ręce. Butna arogancja poraża, demonstracyjne chamstwo obezwładnia. Opozycja nie radzi sobie z bezmiarem pogardy i kłamstw –obrzydliwej blagi chlustającej całymi potokami. Funkcjonariusze PiS nauczyli się łgać przekonująco, z absolutną pewnością, z ogniem w oczach, a w razie potrzeby nawet łamiącym się głosem. Jawnie gardząc ludźmi myślącymi samodzielnie, wmawiają im równocześnie, że przemysł pogardy jest autorstwa PO, a wojnę na inwektywy wywołał Tusk, nazywając wyznawczynie religii PiS „moherowymi beretami”, czego nie wymażą przeprosiny, bo jest to niewybaczalna obelga większej wagi niż usprawiedliwione emocjami epitety, takie jak „zdrajcy”, „mordercy”, „sprzedawczyki” oraz „kanalie” i „zdradzieckie mordy”. Niektóre media bez protestu kupują banialuki funkcjonariuszy PiS, że w wielu krajach Unii sędziów też wybierają politycy – chociaż świetnie wiedzą, że kandydatów na sędziów wybierają tam sami sędziowie, a politycy formalnie tylko przyklepują ich wybór. Z równie kamienną twarzą rządzący opowiadają dyrdymały, że w wielu badaniach ogromna większość Polaków domaga się dokładnie tych zmian, które się dokonują, chociaż w rzeczywistości ludziom chodzi o bardziej sprawiedliwe orzekanie i krótsze procesy, a nie o zawłaszczanie sądów przez PiS i likwidację trójpodziału władzy.

Zagubieni Polacy szukają dziś w słownikach znaczenia słów, które jeszcze do niedawna były dla nich zrozumiałe. Nad buntem i protestem zaczyna dominować rezygnacja. Przybywa głosów, że walka jest beznadziejna. Przeciwnik demokracji i wróg państwa prawa okiwał opozycję, nie ugiął się przed masowymi protestami i wygląda na to, że nie podda się również presji unijnych przyjaciół Polski. Grupie trzymającej władzę nie ubywa poparcia, mimo codziennych kompromitacji, wpadek i potknięć. PiS rośnie w siłę, najmując wojska zaciężne za gotówkę z pustoszonej kasy państwowej, za intratne posady i za nieziszczalne obietnice. Czy rzeczywiście pozostało nam już tylko przywyknąć i jedynie czekać dopóki – tak jak u schyłku komuny – rozsypie się gospodarka, a bieda wypchnie ludzi na ulice? Polec z honorem, siąść i płakać – czy desperacko walczyć, choćby o zachowanie własnej godności i szacunku naszych dzieci?

Oczywiście, optuję za walką, którą wcale nie uważam za beznadziejną, bo pamiętam lata totalnego zniewolenia i wielkiej smuty, zakończone tryumfalnym zwycięstwem wolności. W dodatku trafił mi się dodatkowy argument, potwierdzający słuszność takiego wyboru. Okazało się, że możemy liczyć na nowego potężnego sojusznika. Przedstawił mi go spotkany przypadkiem dawny znajomy, z którym próbowaliśmy kiedyś dokumentować zadymy stanu wojennego przy pomocy jego „malucha” i mojego rozklekotanego aparatu yashica. Był wtedy dzieckiem szczęścia, pozbawionym instynktu samozachowawczego: mnie przebiegały przez plecy stada spanikowanych mrówek, gdy on kluczył miedzy pancernymi wozami i niemal wjeżdżał w grupy zomowców, by zdjęcia były możliwie najmniej rozmazane.

Miał wtedy spory dystans do rzeczywistości i tak mu chyba zostało: jest dzisiaj działaczem PiS, mniej znanym politykiem, takim z drugich albo nawet z trzecich stron gazet, ale chyba liczącym się, z racji mnogich kontaktów wśród PiS-owskich „dołów” i świetnego rozeznania w strukturach terenowych. Kiedy spotkaliśmy się przypadkiem, nie wiedział nic o moich losach, więc chętnie dzielił się swoją wiedzą, a kiedy przy ostatnim piwie powiedziałem mu, czym się zajmuję i co myślę – wzruszył ramionami, uśmiechnął się szeroko i klepnął mnie w kark, co przyjąłem jako zgodę na upowszechnienie jego opinii. A wynikający z niej obraz (nie gwarantując jego wiarygodności) jest następujący:

Jest w PiS Kaczyński jako oddzielny podmiot i jest grupa trzymająca władzę, której – zdaniem mojego rozmówcy – „nawet kilofem nie dobijesz”. Ale są też partyjne doły. W części to „zamroczeni wyznawcy”, ale w większości zwyczajni ludzie, tyle że przekarmieni – najpierw w dawkach homeopatycznych, potem coraz większych i w końcu do syta – precyzyjnie dobraną propagandową miksturą. Narracja jest znana: Polska może i nie była w ruinie, ale przez długie lata kurczyła się i karlała. Kradli, wyprzedawali, niszczyli wiarę i frymarczyli tradycją, za nic mając zwykłych ludzi. W końcu porobiło się tak źle, że przy zastosowaniu metod demokratycznych naprawa państwa trwałaby całe pokolenia. Konieczna była rewolucja. A rewolucja zawsze wymaga zdobycia pełni władzy. Dlatego trzeba było natychmiast opanować jej ośrodki i wytępić skompromitowane kasty. Rewolucja wymaga też ofiar – jej ofiarami musiały stać się Konstytucja i prawo. Ale tylko na chwilę. Bo kiedy tylko wszystkie bastiony państwa przejdą w ręce powstańców, kiedy u sterów staną dobrzy i uczciwi ludzie z PiS, to demokracja powróci i będzie jeszcze bardziej demokratyczna. Chodzi tylko o to, żeby z tym zdążyć zanim gęgacze z Unii zrobią Polsce jakieś brzydkie kuku. No i na razie udaje się. Poparcie się zwiększa, słupki rosną, Unia głupieje, opozycja się kłóci, Kościół popiera, obrona terytorialna zbroi się, a gospodarka rośnie w siłę.

Żyć nie umierać? Nie bardzo. PiS-owskim ludem targają wątpliwości. Wbrew obiegowym opiniom o bezwzględnej dyscyplinie w tej formacji, coraz głośniej ujawniają się rozmaite obawy. W terenie coraz częściej słychać, że ten czy ów prominent PiS, to pirat polityczny, który – identycznie jak drogowy – lekceważy wszelkie przepisy i reguły w przekonaniu, że nic mu się nie stanie, a w rzeczywistości jest zagrożeniem nie tylko dla siebie, ale także dla otoczenia. Coraz więcej działaczy pyta o podejrzane ciągotki prorosyjskie Macierewicza, o prawdziwą przeszłość Piotrowicza, w którego nawrócenie prawie nikt nie wierzy, o dziwne powiązania szefostwa Trybunału Konstytucyjnego ze służbami specjalnymi. Nie ma się co dziwić: rozbudzana podejrzliwość i długo narzucany ludziom spiskowy ogląd świata przynosi teraz efekty. Jednym z nich jest podejrzenie, które lęgnie się i rozwija w PiS-owskich „dołach”, że prawdziwym powodem tak desperackiego ataku ich kierownictwa na sądy jest strach. Strach przed tymi sądami i przed karą za rzeczywiste, zauważalne gołym okiem przestępstwa przeciw państwu i prawu.

Strach jest dla kierownictwa PiS narzędziem utrzymania zwartości szeregów. Dlatego własnym ludziom sączy się groźby w rodzaju: „wróci PO – pójdziesz siedzieć”. I ludzie się boją. Ale strach jest bronią obosieczną. Ostatnio jakby mniej boją się PO, a bardziej tego, co wyprawia ich partia. Że pan prezes jedzie po bandzie, naruszając granicę tolerancji wyborców, którym 500+ nie zrekompensuje totalnej rozróby w spokojnym do niedawna kraju. PiS-owskie doły boją się, że opozycja zewrze szeregi, połączy siły z samorządowcami, związkowcami i organizacjami pozarządowymi. Boją się, że ich cały rewolucyjny czyn pójdzie wtedy na marne. I że jeśli teraz będą nadal kłamać i oszukiwać, to ludzie ich zapamiętają i po wyborach wylecą z obiegu, bo nikt nie zechce zatrudnić niewiarygodnego oszusta. A jeszcze bardziej boją się, że nowa władza uchwali ustawę weryfikacyjną, obejmującą wszystkich, którzy wzięli udział w łamaniu Konstytucji i naruszaniu prawa: polityków, urzędników, policjantów, prokuratorów i tych sędziów, którzy potraktują serio ostatnie bezprawne ustawy o sądownictwie, SN i KRS. I że w tym projekcie będzie punkt, który uniemożliwi powoływanie się na polecenia przełożonych.

Tyle w wielkim skrócie refleksji działacza PiS, słynącego z dobrego rozeznania struktur terenowych swojej partii i z wiedzy o nastrojach wśród swoich wyborców. Wynika z tego, że sojusznikiem przyzwoitych ludzi walczących z PiS o demokrację i wolność jest Prawo i Sprawiedliwość. Nie piszę tego ku pokrzepieniu serc, strapionych rosnącą nawałą Hunów, którzy najechali Polskę, napadając na miasta i wsie, grabiąc państwową kasę, niszcząc wspólne mienie, gwałcąc prawo i rabując nasze prawa w biały dzień. Piszę po to, by o ludziach po tamtej stronie barykady, o tych nieświadomych, zagubionych i oszukanych, spróbować przez chwilę pomyśleć jak o sojusznikach.

Andrzej Karmiński

koduj24.pl

Patryk Jaki przekroczył kolejną granicę. Publiczne nawoływanie do obalenia porządku prawnego

Szokujące słowa Patryka Jakiego. Wiceminister popiera bardzo niebezpieczną inicjatywę?

fot. flickr/Sejm RP

Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki znany jest ze swojego instrumentalnego podejścia do funkcjonowania władzy sądowniczej w Polsce i samego przestrzegania prawa. Są one dla niego jedynie trampoliną polityczną do kolejnych szczebli kariery, z tego też powodu wiceminister z nazwy sprawiedliwości należy do jednych z najczęściej mijających się z prawdą polityków obozu rządzącego. Tym razem jednak jesteśmy świadkami jak Jaki przekracza kolejną granicę, wykonuje bowiem ruch, na który nie zdecydował się w historii III RP nikt z czołowych przedstawicieli Ministerstwa Sprawiedliwości.

Poseł Solidarnej Polski publicznie przyznał bowiem, że świadome głosowanie za niekonstytucyjnymi zmianami prawnymi w Sejmie jest jak najbardziej uprawnione i słuszne. Wiceminister widzi nadrzędność “ dobra sprawy” – upartyjnienia sądów – nad obowiązującymi normami państwa prawa. Co gorsza, okazuje się, że przegłosowanie niekonstytucyjnego prawa jest czymś normalnym, bo “potem NORMALNIE się to skieruje do Trybunału Konstytucyjnego”. Warto dodać, że TK został wspomniany, ponieważ wiadomo, ze Trybunał dziś stanie na głowie, aby potwierdzić legalność każdego dzieła obecnej władzy. Już samo robienie z kierowania spraw do TK zwykłej ścieżki, takiego nieodłącznego elementu procesu legislacyjnego, świadczy o niesamowitej erozji procesu tworzenia prawa w Polsce.

Zważywszy, że w 2016 roku w Polsce stworzono 31,9 tys. stron maszynopisu nowego prawa, to niezachwiana wiara w sprawność TK w korekcie błędów prawnych budzi podziw, zwłaszcza kiedy PiS krytykował brak sprawności rozpatrywania spraw przez ten organ, a za kadencji Julii Przyłębskiej zamiast lepiej, jest jeszcze gorzej.

Powyższe słowa padły w kontekście wypowiedzi Krystyny Pawłowicz, która przy procedowaniu prezydenckich projektów reformy sądownictwa przyznała, że jeden zapis – dotyczący skargi nadzwyczajnej – jest niezgodny z konstytucją. Pomimo tego, stwierdziła, że i tak zamierza głosować za ustawą z powodu umowy politycznej:

„Z powodu umowy politycznej będę głosowała tak jak mój klub. Natomiast podzielam w pełni pogląd ministra Warchoła i uważam, że zapis jest wprost jaskrawię sprzeczny z konstytucją w swoim brzmieniu.”

Jednak nawet kontrowersyjna posłanka wprost określiła fakt, że posłowie piszą coś sprzecznego z konstytucją za wyjątkowo demoralizujący prawnie. Co ciekawe wówczas wiceminister Marcin Warchoł prezentował dokładnie takie samo stanowisko jak Jaki. Oznacza to oficjalne uczynienie przekazem dnia PiS uznawanie głosowania za niekonstytucyjnym prawem za dozwolone.

Jest to w rzeczywistości forma nawoływania przez samo Ministerstwo Sprawiedliwości do podważenia porządku prawnego w Polsce. Jeśli ustawodawcę nie przestrzega reguł prawa w tak kluczowym obszarze jak kompetencje, w założeniu demokracji niezależnych od niego instytucji, to świadczy to o powolnym rozpadzie ładu ustrojowego. Jeśli nie ma narzędzi społecznej kontroli nad władzą, która w świetle dnia decyduje się na takie kroki, to uderzenie w samą Konstytucję i najważniejsze założenia ustrojowe staje się niestety kwestią czasu.

crowdmedia.pl

Finlandia delegalizuje ruch neonazistowski. „Jego działanie jest wbrew wartościom demokratycznym”

Sąd w Tampere zdecydował w czwartek o delegalizacji w Finlandii neonazistowskiego Nordyckiego Ruchu Oporu. Działanie ruchu jest ewidentnie sprzeczne z dobrymi obyczajami i jest wbrew wartościom demokratycznym – podkreślono.

Flickr/News Oresund

Sąd uznał, że potrzeby społeczne i dobro powszechne wymagają zakazania działalności Nordyckiego Ruchu Oporu (Uusnatsien Pohjoismainen Vastarintaliike – PVL). Wskazano, że PVL szerzy mowę nienawiści skierowaną wobec różnych podmiotów i twierdzi, iż przemoc jest usprawiedliwioną samoobroną, akceptuje przemoc i zachęca do niej.

W czwartek sąd w Tampere uznał także, iż nielegalna jest działalność gospodarcza prowadzona przez neonazistowskie stowarzyszenie Pohjoinen Perinne (Północne Dziedzictwo), w tym prowadzenie przez nie sklepu internetowego i wydawanie gazety. Stowarzyszenie to zbierało m.in. środki na działalność PVL.

PVL uważa, że jego działalność nie narusza prawa. W trakcie procesu przedstawiciele tego ruchu powoływali się na ochronę konstytucyjną.

Pobity przechodzień zmarł w szpitalu 

O delegalizację PVL wystąpił zarząd fińskiej policji, gdy w grudniu ubiegłego roku w trakcie manifestacji w Helsinkach jeden z aktywistów ruchu pobił przechodnia, który później na skutek odniesionych obrażeń zmarł w szpitalu. Sąd skazał napastnika na dwa lata więzienia, ale prokuratura złożyła odwołanie, uznając, że kara jest zbyt łagodna. Rozprawa apelacyjna jeszcze się nie odbyła.

W przeszłości delegalizowano już w Finlandii ruch neonazistowski. Pod koniec lat 70. zakazana została działalność organizacji o charakterze narodowosocjalistycznym.

Popiera utworzenia jednego państwa nordyckiego

PVL działa także w innych krajach nordyckich (w Szwecji, Danii, Norwegii). Symbolem nordyckich ruchów neonazistowskich jest skierowana do góry czarna strzałka na zielonym tle, tzw. tiwaz, pochodzący z pisma runicznego. Ruch głosi wyższość białej rasy, popiera utworzenia jednego państwa nordyckiego, sprzeciwia się wielokulturowości, imigracji.

Fiński ruch neonazistowski ogłosił, że czwartkowy wyrok sądu nie wpłynie na organizację narodowosocjalistycznego marszu w trakcie święta niepodległości Finlandii 6 grudnia.

PAP

http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-11-30/finlandia-delegalizuje-ruch-neonazistowski-jego-dzialanie-jest-wbrew-wartosciom-demokratycznym/

Pisowski domek z kart mógłby się rozlecieć za sprawą 10 sprawiedliwych, którzy mogliby znaleźć się w PiS i opuściliby tę partię.

Tak zamarzył sobie internauta Przemo95.

Do tej pory znalazł się tylko jeden sprawiedliwy, mianowicie Kazimierz Ujazdowski.

W polityce wszystko jest możliwe. Dzisiaj wygląda na beton, jutro może skruszeć i okazać się piachem.

Europoseł Adam Szejnfeld uważa, że odwaga i sprawiedliwość w PiS jest deficytowa.

Sondaż przeprowadzony w internecie wśród przeszło 135 tys. głosujących dał takie oto rezultaty.

Jest nadzieja, ale nie tylko sama nadzieją należy życ. Trzeba PiS wymieść.

A ta pięknotka PiS nie opuści, bo kto jej dogodzi, jak nie Rydzyk.

Sieroty po PRL-u

W politykach PiS działa mechanizm opisany w znanej anegdocie, gdy pewnemu magistrowi, któremu wystaje słoma z butów, w związku z tym należnie jest traktowany przez środowisko, a zależy mu na uznaniu, więc radzi się psychologa, co ma zrobić, aby nie być wytykanym, postponowanym. Ten rzecze naszemu delikwentowi, aby zrobił doktorat. Wysila się, pisze pracę doktorską, broni jej i dalej odczuwa odium środowiskowe, bieży do psychologa i skarży się. Mało jeden doktorat, znajduje rozwiązanie psycholog, potrzeba drugiego i trzeciego tytułu. Delikwent  zapiera się, zyskuje kolejne tytuły, ale znajomi widzą go jako osobnika, któremu słoma z butów ciągle wyrasta. Ponawia kolejną wizytę u lekarza i słyszy, że nie wystarczą doktoraty jego, ale ojca, dziadka.

Politykom PiS brakuje takiego genu. W ustroju demokratycznym tym genem wcale nie musi być tylko przekonanie do demokracji, ale umiejętność korzystania z demokracji. Umiejętności zachowywania się w stosunku do wolności drugiego: moja wolność nie może naruszać twojej wolności, moja wiara nie wchodzi w konflikt z twoimi wartościami. Doktor wolności szuka kompromisu, jeżeli dochodzi do konfliktu wartości, ma na uwadze, że podczas setek lat doświadczenia interpersonalnego, społecznego, wypracowano mechanizmy opisane przez prawo zwyczajowe i prawo zapisane w ustawach.

Tradycją nowoczesnego człowieka i społeczeństwa jest być wolnym, korzystać z mechanizmów dorabiania się, kształtowania sensu życia – bez żadnych indoktrynacji. Te mechanizmy są przez partię rządząca naruszane i zastępowane ich partyjnymi partykularyzmami i widzimisię prezesa Kaczyńskiego. Dotyczy to już wszystkich sfer: informacji, misji społecznej, metafizycznej (religii), edukacji i prawnej. Takie ograniczenia nie są tradycją nowoczesnej kultury europejskiej, jest to tradycja różnych satrapii, autokracji, czy pewnego odłamu wiary chrześcijańskiej, która w Polsce została reaktywowana i znajduje się w szczególnej enklawie.

Czyż nie jest znamienne, iż pisowskie ustawy sądowe są przez Sejm  przeprowadzane przez Stanisława Piotrowicza, komunistycznego prokuratora? To jest pisowska słoma, oni rozumieją jak ona działa, potrafią się w niej znaleźć. Projekty ustaw wracają do rozwiązań PRL-owskich, gdy sędziowie do Sądu Najwyższego byli wyznaczani przez Radę Państwa (ciało zbiorowe zastępujace prezydenta o podobnych prerogatywach).

Wszystkie słowa o kastach sędziowskich, niewydolności sądów, są guzik warte, nieprawdziwe. Partia obecnie rządząca nie potrafi po prostu rządzić w trudnym mechanizmie, jakim jest demokracja oparta na trójpodziale władzy. Nie mieliśmy do tej pory tak chowającej sie przed społeczeństwem władzy, tak uprawiajacej  o sobie propagandę.

Dlatego ckni się im PRL, gdy wszystko było proste. Rozumieją tę słomę, ta tradycja jest im nabliższa, nie są w stanie pojąć, że racje się ucierają, że ktoś inny ma inne pojęcie o wolnościach obywatelskich. PiS jest partyjną sierotą po PRL-u.

Będa nasyłać na obywateli policję, tajne służb, inwigilować, bo inaczej nie potrafią. Taka władza za fasadową demokracją będzie się sypać. A chaos rodzi coraz większa agresję. Będą wyszydzani z powodu słomy w butach. Gdyby wczoraj skończylo się Średniowiecze, odwoływaliby się do mechanizmów tego okresu, a Piotrowicza zastąpiłby Torquemada. PiS to partia sentymentu do przeszłości, a w stosunku do swoich współczesnych – resentymentu.

Dzisiaj są sierotami po PRL-u, w Odrodzeniu byliby sierotami po Średniowieczu, po Ciemnogrodzie. Jako tako rozumieją to, co było, a kompletnie nie potrafią poruszać się we współczesności, nie sa żadnymi konserwatystami. Rozumieją więc tylko twierdzę, zamknięcie się wśród swoich, boją się wszystkiego, co nie jest martwe, co jest żywe, co kształtuje się. Dlatego prezes potrzebuje takiej ochrony, gdy kroczy po Krakowskim Przedmieściu i pilnuje go kilka tysięcy policjantów.

Nie jest zatem pytaniem: czy damy radę PiS-owi? Bo damy. Ale czy damy radę odbudować ojczyznę nowoczesną? I czy będzie, co odbudowywać?

Jak w SKW degradowano doświadczoną oficer. TVN 24: To był odwet za ściganie „tłumaczki Macierewicza”

Jak w SKW degradowano doświadczoną oficer. TVN 24: To był odwet za ściganie "tłumaczki Macierewicza"

Sobotni „Superwizjer” TVN 24 – zapowiadaliśmy ten materiał niedawno w artykule „Antoni Macierewicz ma powody do niepokoju?” – ujawnił sprawę major Magdaleny E. (prosi, by nie podawać jej nazwiska). Sprawę tę śmiało można nazwać wspólnym mianownikiem dla kilku głośnych w ostatnich latach wątków związanych z działalnością Antoniego Macierewicza. Począwszy od czasów, gdy w 2006 r. likwidował Wojskowe Służby Informacyjne, aż do czystki, jaką w latach 2015-16 na jego polecenie przeprowadził Piotr Bączek, szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Chodzi mianowicie o zdegradowanie major Magdaleny E. przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego. Najważniejszym powodem – jak się okazuje w świetle materiału – był jej udział w śledztwie dotyczącym tłumaczenia na rosyjski, raportu z likwidacji WSI. „Superwizjer” ustalił, że mjr Magdalena E. jako doświadczony oficer operacyjny prowadziła to postępowanie i ujawniła w nim wiele niepokojących faktów. Co dziwne, MON na sobotni materiał TVN24 reaguje nerwowo i niczego nie wyjaśnia – pisze Wojciech Czuchnowski na portalu Wyborczej.

O sprawie wiadomo więcej od lata 2016 r., kiedy „Wyborcza” ujawniła, że Bączek zdegradował major E. do stopnia kapitana. Oficjalnym powodem była niesubordynacja mjr E. w czasie operacji uwolnienia polskiego oficera z rąk białoruskiego KGB. Naprawdę był to pretekst, tym bardziej perfidny, że operacja była… osobistym sukcesem agentki. Dodajmy, że major E. wcześniej wykazała się walecznością w Afganistanie, za co dostała wiele odznaczeń. Bączek podjął też decyzję o degradacji – do szeregowca (!) –  płk. Krzysztofa Duszy, przełożonego mjr E. i szefa Centrum Szkolenia Kontrwywiadu NATO (pracował w nim wraz z mjr E.). Przypomnijmy: do CSK NATO ludzie Macierewicza wkroczyli siłą 18 grudnia 2015 r. Przeszukali wtedy pomieszczenia i rozpruli sejfy.

Z kolei od kilku miesięcy, za sprawą publikacji „Polityki” wiemy już, że ekipa Macierewicza szukała wówczas dokumentacji postępowania sprawdzającego wobec Iriny O., tłumaczki, która na polecenie Macierewicza przełożyła na język rosyjski słynny raport z likwidacji WSI. Śledztwo w tej sprawie SKW prowadziła za rządów PO. Starano się wówczas ustalić, czy fragmenty raportu trafiły do tłumaczenia jeszcze przed jego ujawnieniem, dlaczego raport błyskawicznie pozyskały służby specjalne Białorusi (współpracujące z rosyjską Służbą Wywiadu Zagranicznego) i czemu tłumaczenie powierzono osobie spoza grupy tłumaczy MON, która nie miała certyfikatu dostępu do informacji niejawnych.

W TVN 24 gen. Piotr Pytel, szef SKW w latach 2011-15 opowiadał wymowną historie. – Jeden z oficerów będących reprezentantem państwa, które bardzo mocno współpracowało ze stroną rosyjską, podzielił się ze mną następującą refleksją – mówił Pytel i zacytował: „Nawet pan nie wie, jak dużo zawdzięczamy publikacji raportu z likwidacji WSI. Zwłaszcza w języku rosyjskim. To był dla nas rodzaj podręcznika pozwalający zweryfikować nasze przypuszczenia co do sposobu działania waszych wojskowych służb specjalnych”.  Pytel miał na myśli oficera wywiadu Białorusi, której służby współpracują z Rosją.

Co ustaliła major E.? Jej zespół potwierdził, że tłumaczka nie została formalnie sprawdzona przed dopuszczeniem jej do niejawnych materiałów. Zaczęto też badać, czy tłumaczka współpracowała z KGB. W 2013 r., gdy po pierwszej fazie postępowania, SKW przekazała informacje o tej sprawie posłom z sejmowej komisji ds. służb specjalnych, Prawo i Sprawiedliwość zapewniało, że nie doszło do naruszenia prawa, a Irina O. nie miała dostępu do niejawnych dokumentów (!). Choć część Sejmu żądała wówczas powołania komisji śledczej, nie doszło do jej powołania. Ówczesny rzecznik PiS, a dziś prezydent RP, Andrzej Duda bronił Macierewicza. W jaki sposób? Otóż dementował informację o zleceniu przekładu raportu przed jego upublicznieniem. – „Taka sytuacja nigdy nie miała miejsca, raport nigdzie nie został opublikowany i nie został nigdzie oddany do tłumaczenia przed oficjalną publikacją” – mówił Duda, jak czytamy na portalu. Sam Antoni Macierewicz, wbrew faktom (z dokumentów sprawy jasno wynika, że tłumaczenie zostało zlecone przed publikacją i zatwierdzeniem raportu przez prezydenta), w oficjalnym oświadczeniu zarzekał się, że wszystkie tłumaczenia odbywały się po publikacji jawnej części raportu.

Wracając do mjr Magdaleny E., już w pierwszej instancji wygrała ona proces o przywrócenie jej stopnia. Co ciekawe MON idzie w zaparte w sprawie jej ustaleń. Przed emisją sobotniego reportażu nikt z MON nie chciał rozmawiać z TVN 24. Rzeczniczka resortu opublikowała jedynie komunikat. Podaje w nim dawno już podważone informacje, że „osoba tłumacząca raport [o WSI] na język rosyjski tłumaczyła dokument jawny po odtajnieniu raportu przez Prezydenta RP i nie uczestniczyła w żadnych niejawnych pracach”. To nie wszystko. Rzeczniczka uznała również za stosowne pouczyć media: „W związku z faktem, iż w/w sprawy są przedmiotem licznych manipulacji medialnych, a z uwagi na niejawność szczegółów, nie wszystkie informacje mogą zostać przestawione opinii publicznej, zwracamy się z prośbą do przedstawicieli mediów o zachowanie szczególnej staranności i rzetelności” (!) – dowiadujemy się z portalu Wyborczej.

Z materiału „Superwizjera” można było dowiedzieć się o powiązaniach Iriny O. Obecnie obywatelka RP, Rosjanka z pochodzenia, a prywatnie żona polskiego opozycjonisty Marka Z., po 1989 roku pracownika MSZ i konsula na zagranicznych placówkach (pracuje obecnie w ambasadzie RP w Moskwie). Jako tłumaczka do upadku komunizmu pracowała w Inturiście, państwowej instytucji kontrolowanej przez służby specjalne ZSRR. Delegowani przez tę organizację ludzie opiekowali się wszystkimi cudzoziemcami, którzy przyjeżdżali do ich kraju. Z akt IPN wynika, że Irinę z jej mężem poznał agent SB działający w środowisku literatów i Antoniego Macierewicza.

koduj24.pl

Nie do wiary, z czego czerpie PiS w ustawie o Sądzie Najwyższym. Podobieństwa są bardzo wyraźne

Tomasz Ławnicki, 03 grudnia 2017

Pewne różnice rzucają się w oczy od razu. Ale i pewne podobieństwa też można znaleźć bardzo szybko – już na pierwszych stronach ustaw sprzed lat oraz projektu ustawy, nad którą właśnie pracuje Sejm. Chodzi o rozwiązania stosowane w prawodawstwie w kwestii funkcjonowania Sądu Najwyższego. Te, które obowiązywały przed laty, w okresie Polski Ludowej. I te, które – wszystko na to wskazuje – będą obowiązywać już wkrótce.

Gdy latem Sąd Najwyższy obchodził 100-lecie istnienia, na prawicy wiele osób wskazywało, że powodów do hucznego świętowania nie ma. Skoro bowiem SN istnieje równo wiek, to łatwo policzyć, że połowa okresu jego działalności przypada na czasy PRL. I tu rzeczywiście niechlubnych kart znajdziemy wiele. Wystarczy wspomnieć okrutny wyrok z 20 października 1952 r. podtrzymujący karę śmierci dla Zastępcy Komendanta Głównego Armii Krajowej Augusta Emila Fieldorfa. Wówczas Sąd Najwyższy na posiedzeniu odbywającym się w trybie tajnym (nawet bez udziału oskarżonego, bez jego wysłuchania, jedynie na podstawie akt sprawy czyli zeznań wymuszonych torturami na innych oficerach AK) odrzucił prośbę o ułaskawienie bohatera. Takich wyroków w czasach stalinowskich w Sądzie Najwyższym zapadło o wiele więcej.

 

Nowa ustawa o SN została uchwalona w 1984 r. I w niej też pozostał przepis o podobnym brzmieniu, że ” organizację Sądu Najwyższego określa statut nadany przez Radę Państwa”. Ustawa z 1984 r. przetrwała bardzo długo – aż do 2002 roku, w międzyczasie dokonywano jedynie jej nowelizacji. I tak jeszcze w 1989 r., w ostatnich dniach istnienia PRL, Sejm kontraktowy dokonał zmiany – zlikwidowaną już wówczas „Radę Państwa” w ustawie zastąpił „Prezydent”. Warto przy tym pamiętać, że prezydentem był wtedy gen. Wojciech Jaruzelski.

Później jeszcze dokonywano zmian w ustawie, ale ten przepis pozostawał niezmienny do 2002 r. Wtedy nastąpiło istotne rozdzielenie władzy sądowniczej od władzy państwowej. Od tego momentu to nie politycy, a niezawiśli sędziowie ustalali regulamin funkcjonowania SN.

Dziś PiS wraca do tego, co było wcześniej. Zgodnie z prezydenckim projektem, to głowa państwa ma zdecydować niemal o wszystkim, co dotyczy pracy Sądu Najwyższego, łącznie z kwestią asystentów sędziów.

Dlaczego PiS powraca do rozwiązań rodem z PRL? – Trudno to zrozumieć – przyznaje poseł PO, dr nauk prawnych Krzysztof Brejza, który wychwycił te analogie. Sprawdził przy tym, jak politycy PiS głosowali w 2002 r. w sprawie ustawy o Sądzie Najwyższym, która zrywała z PRL-owską praktyką. Okazuje się, że wszyscy, łącznie z prezesem partii, byli za. Ba, nawet obecny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro popierał wtedy uniezależnienie Sądu Najwyższego od świata polityki.</q.childnodes.length;e++)d=q.childnodes[e],>

KRZYSZTOF BREJZA

poseł PO

Oni mówią teraz, że jest niewydolne sądownictwo, że jest jakaś kasta, że jest jakieś państwo w państwie, ale z ich strony są to zarzuty szczególnie absurdalne. W roku 99 Jarosław Kaczyński głosował za KRS-em. Z kolei uchwalone w roku 2001 prawo o ustroju sądów powszechnych to jest dzieło Lecha Kaczyńskiego w znacznej mierze. No i w 2002 cały klub PiS głosował za ustawą o Sądzie Najwyższym.

Pytany o kolejne podobieństwa między przepisami sprzed dziesięcioleci i tymi, które zapewne lada chwila będą uchwalone, poseł Brejza wskazuje na „ingerencję władzy wykonawczej w sądownictwo dyscyplinarne”.

O powrocie do PRL-owskich rozwiązań mówi także były prezes Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzej Zoll. Jego zdaniem obecnej władzy chodzi o ręczne sterowanie wymiarem sprawiedliwości, czyli o to, co wydawało się przeszłością bezpowrotnie minioną.

PROF. ANDRZEJ ZOLL

były Rzecznik Praw Obywatelskich, przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej i prezes Trybunału Konstytucyjnego

Stosowanie tego typu przepisów, które odbierają Sądowi Najwyższemu samodzielność, to jest zwrot, który jest bliski czasom PRL. Wtedy i Rada Państwa miała bardzo dużo do powiedzenia, i minister sprawiedliwości miał ogromne kompetencje w kwestiach dyscyplinarnych wobec posłów. A teraz mają być zastosowane bardzo podobne rozwiązania.

Batem na sędziego może być to, że po ukończeniu 65. roku życia może zostać odwołany. Co ciekawe, PRL-owskie ustawy miały podobny zapis, tyle że wiek emerytalny sędziego SN był określony na… 70 lat!

Dlaczego PiS wskazuje wiek niższy niż wyznaczały to ustawy w PRL? Przecież dziś średnia długość życia jest wyższa niż przed laty. Wtedy los 70-letniego sędziego zależał od politycznej decyzji przewodniczącego Rady Państwa. Dziś decyzję w sprawie 65-letniego sędziego będzie podejmował prezydent – I można mieć obawy, że decyzja prezydenta będzie z tego, czy dany sędzia po prostu sprawdził się politycznie czy też nie – komentuje Krzysztof Brejza.

Prace nad zmianami w Sądzie Najwyższym idą błyskawicznie. Jest nad czym pracować, bo prezydencki projekt liczy 74 strony. I tu trzeba przyznać, że pod tym względem różni się on znacznie od poprzednich ustaw o SN. Ta z 2002 r. miała 27 stron, ta z 1984 mieściła się na 8 kartkach, zaś ustawa z 1962 r. liczyła zaledwie 4 strony.

natemat.pl

„Lustrujemy szefów Unii” – Do Rzeczy zapowiada temat okładkowy

„Lustrujemy szefów Unii” – Do Rzeczy zapowiada temat okładkowy

 

„Bronić, rozwijać, wspierać” – Wprost na okładce o ofensywie Morawieckiego

 

„Rodzinny szwindel Waltzów” na okładce Sieci

– 5 mln zł Hanna Gronkiewicz-Waltz i jej bliscy zarobili na kamienicy ukradzionej Żydom. I przez lata robili wszystko, by prawda nie wyszła na jaw – pisze „Sieci” na okładce.

3

 

„Jak kobiety załatwiły Petru” tematem okładkowym Newsweeka

 

Łapiński: W kwestiach samorządowych prezydent na pewno będzie słuchał samorządowców

– W kwestiach samorządowych też prezydent na pewno będzie słuchał samorządowców bo przy Kancelarii Prezydenta działa grupa złożona z samorządowców, przedstawicielami samorządów. Niczym nie pachnie [wetem]. Prezydent jedną rzecz artykułował wcześniej, że np. nie zgodzi się na dwukadencyjność liczoną wstecz – stwierdził Krzysztof Łapiński w „Kawie na ławę” TVN24.

 

Neumann: Prawdziwa rekonstrukcja będzie tylko wtedy kiedy Kaczyński zostanie premierem

– Prawdziwa rekonstrukcja będzie tylko wtedy kiedy prezes Kaczyński zostanie premierem. Wszystko inne jest picem – stwierdził Sławomir Neumann w „Kawie na ławę” TVN24.

 

Jaki: Nie sądzę żeby ktoś chciał rozbijać koalicję dlatego stosunkowo czujemy się spokojni

– Myślę że naprawdę jest pewien [Zbigniew Ziobro utrzymania stanowiska] bo nie wierzę że ktoś chciałby niszczyć koalicję która dobrze działa, a po drugie mamy fantastyczne wyniki – walka z przestępczością, ukrytym VAT-em. Mamy dobrą drużynę, lokalną wobec szefa dlatego nie sądzę żeby ktoś chciał rozbijać koalicję dlatego stosunkowo czujemy się spokojni– stwierdził Patryk Jaki w „Kawie na ławę” TVN24.

 

Neumann: Te ustawy zasługują na zawetowanie w momencie kiedy wyszły od prezydenta

– To nie jest spór merytoryczny. Spór dotyczy tego czy przy rekonstrukcji rządu interesy prezydenta – a o różnych się mówi, żę ceną jest dymisja Macierewicza czy to że Szczerski trafi do MSZ – są różne przepychanki i będziemy świadkami różnego rodzaju przepychanek przez najbliższe tygodnie aż ustali się czy interesy zostaną zrealizowane – stwierdził Sławomir Neumann w „Kawie na ławę” TVN24. Jak dodał, te ustawy zasługują na zawetowanie w momencie kiedy wyszły od prezydenta.

300polityka.pl

Joanna Szczepkowska: „Nie wycierajcie swoich zdradzieckich mord…”

Joanna Szczepkowska: „Nie wycierajcie swoich zdradzieckich mord…”

„Mam nadzieję. że będę mogła kiedyś ogłosić koniec bezprawia PiS-u” – napisała na Facebooku Joanna Szczepkowska, komentując słowa jednego z posłów Prawa i Sprawiedliwości, który na zakończenie obrad Sejmowej Komisji Sprawiedliwości, zatwierdzających haniebny projekt ustawy o Sądzie Najwyższym, przypomniał słynne słowa aktorki z 1989 r. i stwierdził: „teraz powinna tu wejść Joanna Szczepkowska i powiedzieć, dzisiaj skończył się w Polsce komunizm”. Oczywiście, kontekst dotyczył rzekomej likwidacji komunistycznych korzeni obecnego Sądu Najwyższego i KRS-u.

 

Aktorka, nawiązując w swym wpisie na Fb, do obraźliwej wypowiedzi posła Kaczyńskiego, rzuconej w twarz sejmowej opozycji, dodała: „Chciałabym teraz zacytować słowa posła Jarosława Kaczyńskiego: „nie wycierajcie sobie swoich zdradzieckich mord nazwiskiem…  osoby, która nie chce mieć z Wami nic wspólnego.” Następnie z goryczą dodała: „Gdybym była na tej sali, powiedziałabym: ciągniecie ten kraj w otchłań, żerując na naiwności ludzkiej. Tak postępowała komuna”.

koduj24.pl

Dziennikarstwo Amerykańskie

12 SIERPNIA 2012

Po Idach marcowych Georga Clooney’a, teraz Newsroom Aarona Sorkina – nowy serial emitowany na antenie HBO, sprawia, że życie zawodowe dziennikarzy znów znajduje się w centrum uwagi.

Amerykański scenarzysta Sorkin znany jest z tego, że w swoje scenariusze często wplata wątki związane z mediami. Tak było w przypadku serialu Prezydencki poker (The West Wing), który poruszał tematykę komunikowania politycznego, podobnie było z filmem The Social Network, który opowiadał o Facebooku i o jego twórcy, Marku Zuckerbergu. Jego najnowsza produkcja, Newsroom, pozwala widzom przyjrzeć się z bliska amerykańskiej sieci telewizyjnej. Szybka akcja tego serialu toczy się przede wszystkim w otwartej przestrzeni redakcyjnej, czyli tytułowym newsroomie. Koncentruje się na kwestiach związanych z zawodowym dziennikarstwem, zmuszając tym samym bohaterów do mierzenia się z jego współczesnymi problemami.

Bohaterowie serialu – Will McAvoy i MacKenzie McHale, producenci fikcyjnych wiadomości telewizyjnych News Night, reprezentują dwie przeciwne dziennikarskie postawy. McAvoy jest popularnym i uznanym dziennikarzem, który za wszelką cenę unika stawania po czyjejkolwiek stronie, w obawie, że straci w ten sposób widzów. Jest zwolennikiem dziennikarstwa, które nie opowiada się za żadną opcją polityczną. Ma obsesję na punkcie wskaźników oglądalności i zamęcza ich poziomem swoich współpracowników z marketingu. Dla odmiany McHale bardziej zależy na jakości tego, co jest prezentowane. Nową pracę producentki wykonawczej News Night przyjmuje z nadzieją, że odetchnie w niej po wyczerpującym psychicznie i fizycznie pobycie na Bliskim i Środkowym Wschodzie, gdzie pracowała jako korespondentka wojenna.

Mimo że Newsroom zebrał kilka krytycznych recenzji, zdecydowano już o nakręceniu drugiego sezonu serialu. Jeff Jarvis otwarcie okazał swoją niechęć, krytykując Sorkina za to, że próbuje napisać od nowa wiadomości telewizyjne w starym stylu. Jarvis odnosi się w szczególności do odcinka, w którym zespół News Night relacjonuje wyciek ropy, jaki nastąpił po eksplozji platformy wiertniczej Deepwater Horizon. Dziennikarz narzeka na to, że ukazany chaos, panujący w czasie przygotowywania relacji, jest zadziwiająco podobny do błędów, które popełniały ostatnio stacje Fox News i CNN w swoich doniesieniach o decyzji amerykańskiego Sądu Najwyższego w sprawie „Obamacare” (reforma ubezpieczeń zdrowotnych).

Największą zaletą serialu Newsroom jest jednak to, że przedstawia codzienną dynamikę pracy redakcji. Możemy przyjrzeć się ciągłym kompromisom, na których opiera się dziennikarstwo: między jakością a przyciąganiem uwagi, między tradycyjnymi i nowymi mediami, między dziennikarskimi ideałami a rzeczywistością.

 

https://pl.ejo-online.eu/dziennikarstwo-polityczne/dziennikarskie-seriale

„Ucho prezesa” wreszcie pokazało starcie na szczycie

Aż jedenaście odcinków nowego sezonu serialu Showmaxa trzeba było czekać na pierwszy bezpośredni pojedynek prezesa z prezydentem.

„Kilof czy stetoskop?” to bezpośrednia fabularna kontynuacja poprzedniego odcinka, „Kto kogo?”, gdzie widzieliśmy przygotowania do wizyty Prezesa w pałacu – szefa PiS obserwowaliśmy, gdy rządowym samochodem przemierzał Warszawę, a prezydenta, gdy nerwowo wiercił się w fotelu, uspokajany przez Krzysztofa Łapińskiego. Wtedy skończyło się na momencie, gdy marszałkowie Sejmu i Senatu, w imieniu Prezesa, pukali do prezydenckich drzwi.

W „Kilofie…” przez te drzwi przechodzą. I od razu atmosfera jest napięta: goście atakują gospodarza, który niby próbuje być odważny, ewidentnie paraliżuje go jednak strach. Bo właśnie tak wygląda, według „Ucha…”, relacja w obozie władzy: Kaczyński to ten srogi i groźny, a Duda to zahukany chłopczyk, pouczany przez wszystkich wokół, łącznie z Błaszczakiem/Płaszczakiem. Weta do ustaw o systemie sądownictwa nie tyle były deklaracją samodzielności głowy państwa, ile efektem nacisku na niego wielu bliskich osób, które zmobilizowały go do wyhodowania choć szczątkowego kręgosłupa; w nowym odcinku w tej roli pojawia się Zofia Rymaszewska.

„Ucho prezesa” i kolejni ministrowie przyspawani do stołków

W tym czasie zaś biuro na Nowogrodzkiej odwiedza minister zdrowia, który rzecz jasna Prezesa nie zastaje, czeka więc, co by poczuł, jak to jest tak czekać – wedle polecenia pani Basi, która wchodzi z nim w dyskurs na temat służby zdrowia. Przy okazji jednak rozmowa często schodzi na temat tego, co pokazuje TVP za prezesury Jacka Kurskiego, co można podsumować słowami pani Basi, że w telewizji zapowiadali deszcz, a jest ładna pogoda, co pewnie oznacza, że przez to ostre słońce deszczu nie widać – ot, ładne podsumowanie propagandy.

Jak zaś wypada sam minister? Podobnie jak wcześniej Gowin: niby kręgosłup jakiś jest, niby są zasady i niechęć do przemysłu propagandy, ale strach o własny stołek sprawia, że wystarczy jedno spojrzenie Prezesa, by te wszystkie przekonania i argumenty uleciały, nigdy już niepodnoszone.

Tak więc do otaczających Prezesa idiotów dołącza kolejny przedstawiciel grupy Przyssawek Stołkowych z grupy bezkręgowców – oto przekaz idący z „Ucha prezesa”.

W „Kilofie…” wszystko to podano w wyjątkowo zabawny sposób – dawno nie było tak dobrego odcinka, tak różnorodnego, realizowanego z pomysłem i zaskakującego (Płaszczak i „Potop”), ale też dynamicznego, bo przecież mieliśmy różne scenerie, wielu bohaterów, a nawet zwroty akcji.

I tylko ciekawe, jak Prezes zareagowałby na fakt, że w „Kilofie…” pokazali jego gwałtowną stronę, pokazali, jak otaczający go idioci wreszcie sprawiają, że traci panowanie nad sobą…

polityka.pl

Czechow w parku rozrywki. „Na karuzeli życia” Woody Allena [RECENZJA]

Piotr Czerkawski

Woody Allen od dawna słynie z umiejętnego łączenia wzniosłości i trywialności. Słynny reżyser potwierdza tę reputację także w najnowszym filmie, pochopnie odrzuconym przez amerykańską krytykę „Na karuzeli życia”. Choć twórcy „Zelig” udało się utrzymać na ekranie tempo wydarzeń rodem ze swych najlepszych komedii, tym razem podczas seansu nie będzie nam do śmiechu. „Na karuzeli…” – swoista kronika zmarnowanych szans i nietrafionych uczuciowych wyborów – stanowi bodaj najbardziej przejmujący film Allena od czasu słynnego „Blue Jasmine”.

Aby wzmocnić smutny ton opowieści, reżyser osadza jej akcję w zwodniczo atrakcyjnej scenerii Coney Island lat pięćdziesiątych. Położony w granicach Brooklynu półwysep słynie z rozległych plaż i parków rozrywki, których uroki opiewano swego czasu w jazzowych szlagierach i piosenkach Lou Reeda. Allen – podobnie jak uczynił to z Disneylandem Sean Baker w niedawnym „The Florida Project” – obnaża iluzoryczny charakter tej idylli. Zamiast skupiać się na gwarze i śmiechach, reżyser nasłuchuje odgłosów awantur rozlegających się w domu położonym w pobliżu jednego z lunaparków. Wszystkich jego mieszkańców łączy chęć ucieczki od codzienności i naiwna tęsknota za lepszym życiem czającym się rzekomo tuż za rogiem.

Emanująca z ekranu atmosfera goryczy i melancholii wzbudza skojarzenia z dramatami uwielbianego przez Allena Czechowa. Uwaga przywiązywana przez reżysera do aury – cała historia rozgrywa się w czasie jednego, wyjątkowo kapryśnego lata – i skłonność do stawiania bohaterów przed skomplikowanymi wyborami moralnymi, zbliża z kolei „Na karuzeli…” do obyczajowych dramatów Erica Rohmera. Najnowszy film twórcy „Manhattanu” ma również w sobie coś specyficznie amerykańskiego. Przepełniające fabułę przekonanie o nieprzystawalności marzeń do rzeczywistości wydaje się ściśle powiązane z popularną obecnie narracją o rzeczywistości Stanów Zjednoczonych lat 50. Rzadko dotychczas portretowana przez Allena dekada, zapisała się w pamięci Amerykanów jako czas dobrobytu, na którym cieniem kładły się jednak podziały klasowe, nietolerancja i patriarchalna opresyjność.

Widoczne w „Na karuzeli…” krytyczne spojrzenie na minioną epokę uwiarygadnia dodatkowo ekranowa obecność Kate Winslet. Słynna aktorka raz już – w „Drodze do szczęścia Sama Mendesa – przekonująco wcieliła się w ofiarę obyczajowej hipokryzji powojennej Ameryki. U Allena hollywoodzka gwiazda popisowo gra niespełnioną aktorkę, która traktuje swój niewielki dom jak scenę i na każdą sytuację reaguje z melodramatyczną przesadą. Postać Ginny nie jest pod tym względem wyjątkiem – również inni bohaterowie „Na karuzeli…” wierzą, że właśnie świat sztuki przyniesie im upragniony życiowy sukces. Allen – autor słynnego aforyzmu „Nie chcę osiągnąć nieśmiertelności przez moje dzieła, chcę ją osiągnąć, nie umierając” – nie ma jednak wątpliwości, że to wyłącznie płonne nadzieje.

Niezbyt poważny stosunek do własnej twórczości, który kiedyś mógł uchodzić za kokieterię, dziś wydaje się paradoksalnie największym ratunkiem dla Allena. Inaczej niż wielu mistrzów silących się u schyłku twórczości na tworzenie arcydzieł i ponoszących spektakularne porażki, reżyser nie próbuje ścigać się z samym sobą i kręcić kolejnego „Annie Hall”. Amerykański twórca zapewne ma świadomość, że jego wizja przeszłości nie jest szczególnie odkrywcza, a egzystencjalne refleksje nie mają już w sobie dawnej głębi. Na szczęście – jak pokazuje przykład „Na karuzeli…” – Allen nawet w słabszej formie niż przed laty wciąż potrafi prowokować u widzów autentyczne emocje.

„Na karuzeli życia”; reżyseria Woody Allen; dystrybucja: Kino Świat

dziennik.pl

„Faszyści, targowica, niech siedzą cicho” i inne cytaty tygodnia

http://www.newsweek.pl/polska/polityka/-faszysci-targowica-niech-siedza-cicho-i-inne-cytaty-tygodnia,artykuly,419886,1.html?src=HP_Section_2

Tadeusz „Szybkie Ręce” Rydzyk. Wierni słuchacze nie zawiedli i koperty popłynęły szerokim strumieniem

Mateusz Marchwicki, 03 grudnia 2017

W sobotę w stolicy polskich mediów katolickich wierni słuchacze, duchowieństwo i rządzący obchodzili 26. urodziny Radia Maryja. Jak nietrudno się domyślić, tam gdzie msza święta, a już szczególnie z udziałem o. Tadeusza Rydzyka, tam i koperty z datkami. Można się też przekonać, że co jak co, ale odbieranie kopert ma już wyćwiczone.

Jak pisaliśmy wczoraj, urodzinowej imprezy nie było końca, a i goście Tadeusza Rydzyka dopisali. Ale nie była to tylko rządowa śmietanka i list od prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego (nie mógł przyjechać do Torunia z powodu stanu zdrowia), ale także duże grono wiernych słuchaczy Radia Maryja i wyznawców tzw. „toruńskiej” frakcji polskiego kościoła katolickiego.

Uszanowanko.

Tam gdzie Msza Św. i o. Tadeusz Rydzyk, tam muszą być także datki pieniężne „na rozwój mediów katolickich i pełnienie misji” przez redemptorystę i jego współpracowników. I jak co roku przy okazji urodzin radia, posypały się białe koperty. Co prawda, w kolejce nie było widać rządzących polityków, którzy swoją ofiarę pieniężną (z budżetu państwa oczywiście) do Torunia przelewają regularnie, ale reszta dopisała. I znów mogliśmy zobaczyć założyciela Radia Maryja w akcji.

Jak widać, cały proces przyjmowania kopert odbywał się dość szybko: wierni podchodzą „gęsiego”, ściskają dłoń duchownemu i dają kopertę. Tadeusz Rydzyk posyła uśmiech, czasami nawet się ukłoni. Nie można się nie odnieść do poprzednich tego typu rocznic, podczas których dłonie ojca dyrektora również dziękowały wiernym. Dzięki nagraniu z 2014 roku o. Rydzyk zyskał przydomek „szybkie ręce”. I jak widać, z wiekiem wcale nie traci na szybkości.

 

naTemat.pl

Macierewicz nie odejdzie bez walki

Jakub Majmurek, 03.12.2017, 

© pap.pl

 

Ważą się losy ministra Macierewicza. „Fakt” donosi, że po grudniowej rekonstrukcji rządu szef MON straci swoją posadę. Na pocieszenie ma dostać fotel marszałka Sejmu. Choć formalnie osoba pełniąca tę funkcję jest drugim najwyższym urzędnikiem państwowym po prezydencie, to przeniesienie Macierewicza na ten urząd wszyscy odczytają jako degradację.

Także on sam. Macierewicza od samego początku III RP interesowała przecież twarda władza, jaka kryje się w służbach specjalnych, policji, wojsku. Kierowanie niższą izbą parlamentu nie daje nawet ułamka takiej władzy, jaką ma minister nadzorujący armię, wywiad wojskowy, żandarmerię i siły obrony terytorialnej.

Nie ma ludzi niezatapialnych

Jeszcze rok temu podobny scenariusz wydawał się zupełnie nieprawdopodobny.Macierewicz był jednym z politycznie najpotężniejszych ministrów rządu Beaty Szydło, politycznie silniejszym niż pani premier. Cieszył się szczególnymi względami imperium ojca Rydzyka, zachowywał się jakby był osobistym koalicjantem Prezesa Kaczyńskiego.

Prezes wybaczał Macierewiczowi wszystko, do czasu afer z Misiewiczem. Wtedy szefowi MON kierownictwo PiS po raz pierwszy brutalnie pokazało miejsce w szeregu. Jednak nawet po Misiewiczu Macierewicz zachował bardzo silną pozycję. Choć musiał trochę przyhamować w swoich relacjach z Prezesem, to wobec prezydenta – konstytucyjnego zwierzchnika sił zbrojnych – pozwalał sobie na wiele, usiłując całkowicie zmarginalizować wpływ głowy państwa na armię.

Jak jednak widzimy, rok w polityce to bardzo dużo. A w politycznej grze nie ma ludzi niezatapialnych.

Smoleńsk i sądy

Co ciągnie Macierewicza na dno? Nie są to bynajmniej kwestie najbardziej oburzające liberalną opinię publiczną, takie jak Misiewicz, czy problemy dziwnych rosyjskich powiązań wokół MON, opisywanych m. in. przez Tomasza Piątka. Dla kierownictwa PiS ważne jest co innego: Smoleńsk, oraz miejsce Macierewicza w ramach gry o przejęcie sądownictwa.

W tej pierwszej kwestii szef MON po prostu zawiódł kierownictwo partii. Po dwóch latach nawet TVP nie jest w stanie sprzedać ludziom propagandy, że jesteśmy blisko „prawdy o Smoleńsku”. Nie dostarczono żadnych dowodów, pozwalających winą za katastrofę obciążyć poprzedni rząd. Sam prezes Kaczyński uznał chyba, że powtarzanie co miesiąc, że jesteśmy „coraz bliżej prawdy” nie ma sensu i ogłosił, że wkrótce albo poznamy prawdę albo dowiemy się, że do prawdy w obecnych warunkach dojść się nie da. Winę za to, że się nie da, Kaczyński na pewno zwali na Tuska i jego ekipę, ale i Macierewiczowi może się przy okazji dostać.

W kwestii sądów Macierewicz miał pecha i trafił na linię ognia między Pałacem Prezydenckim i Nowogrodzką. W lipcu prezydent pokazał, że nie będzie notariuszem rządu i zawetował dwie kluczowe ustawy o sądownictwie. Kaczyński musiał zacząć negocjować.

Ciągle nie wiemy, jaki był wynik tych negocjacji. Ale z tego, co do nas dociera, możemy się domyślać, że Prezes raczej byłby skłonny dać Andrzejowi Dudzie większy wpływ na kluczowe pewne państwa, niż ustąpić w kwestii sądów. W wywiadzie dla „Gazety Polskiej”

sam Kaczyński wysunął propozycję, by prezydencki ośrodek przejął kontrolę nad dyplomacją, a ministra Waszczykowskiego zastąpił Krzysztof Szczerski. Czy off the record padła podobna propozycja w kwestii Macierewicza? Przekonamy się w najbliższych tygodniach.

MON będzie walczył

Pewne jest, że Macierewicz bez walki się nie podda. Co mógłby zrobić, by Kaczyński uznał, że szef MON jest mu niezbędny w rządzie? Wydaje się, że Macierewicz ma dwie opcje. Po pierwsze uruchomienie narracji o „układzie” w armii, który tylko on – Macierewicz – może oczyścić. Po drugie, przekonanie szefa PiS, że w sprawie Smoleńska MON coś naprawdę może ustalić.

Narrację o układzie mającym rządzić armią MON powtarza od początku „dobrej zmiany”. Macierewicz starał się przy tym przekonać pisowski elektorat, że ośrodek prezydencki – jeśli nie sam Duda, to bliscy mu wojskowi – ten układ chroni. Ataki z tego klucza na Pałac Prezydencki wzmocniły się w ostatnich miesiącach. Bliskie Macierewiczowi media „zdemaskowały” wojskowych członków Biura Bezpieczeństwa Narodowego, jako osoby powiązane z wojskowymi służbami PRL. Najbardziej zaufany wojskowy prezydenta, generał Jarosław Kraszewski, ciągle nie ma dostępu do informacji niejawnych.

W udzielonym niedawno Dorocie Kani wywiadzie Macierewicz kreśli wizję armii kontrolowanej do 2015 roku przez „złoty fundusz” – grupę wysokich oficerów z czasów PRL, którzy już w latach 80. została wytypowana do przejęcia kontroli nad armią w nowych warunkach. Dziś, odsunięci od wpływów oficerowi z „funduszu”, atakują zmiany w wojsku, na czele z projektem obrony terytorialnej. Przekaz wywiadu z Kanią jest jasny: elektoracie PiS, tylko ja, Macierewicz, jestem szansą na to, by postkomunistyczny układ znów nie kontrolował polskiej armii.

Także w sprawie Smoleńska Macierewicz uaktywnił się w ostatnim czasie. W czwartek obiecał na antenie zaprzyjaźnionej TV Republika, że dysponuje „dowodami” w sprawie tego, „co naprawdę stało się w Smoleńsku”. Dowody znajdą się w opublikowanym wiosną raporcie.

Czy prezes potrzebuje Macierewicza?

Pytanie, czy kierownictwo PiS kupi te wszystkie szarże niegdyś potężnego ministra? W sprawie Smoleńska „przełomowe dowody” obiecywał już przecież wiele razy. Prezes Kaczyński lubi narrację o układzie, ale chyba przekonany jest teraz, że pilniejsze niż walka ze „złotym funduszem” w wojsku jest uporanie się z „układem” w sądach

W dodatku PiS ma na tyle dużą sondażową nadwyżkę, że nie musi się czuć zakładnikiem elektoratu Smoleńskiego. A popierający Macierewicza Rydzyk jest osobą, z którą w nie takich kwestiach można się politycznie dogadać.

Choć Macierewicz i bliskie mu media będą teraz pewnie ostro atakować otoczenie prezydenta i przekonywać o zbliżającym się przełomie w smoleńskim śledztwie, to niewykluczone, że będzie to łabędzi śpiew obecnego kierownictwa MON. A samego Macierewicza czeka faktyczna polityczna emerytura na tyleż eksponowanym, co pozbawionym siłowej władzy sejmowym stanowisku.

msn.pl

%d blogerów lubi to: