Tag Archives: Newsweek

Kuchciński, ty dzbanie

Zwykły wpis

W Przemyślu, w pobliżu siedziby PiS i głównego biura poselskiego Marka Kuchcińskiego, na skarpie Sanu pojawiły się ogromne napisy: „Konstytucja” oraz „Dzbany”. W ocenie jego pomysłodawców i twórców – grupy Rebelianty Podkarpackie – to prawdziwy event lingwistyczny, który jak żaden dotąd nie uczcił słów roku 2018. Tym mocniejszy, że nie pierwszy w takim rodzaju…

Na brzegu Sanu w grudniu 2017 r. pojawił się napis „PiS – rozliczymy was!”. Ten też był na tyle duży, że widać go było doskonale z okien kamienicy, w której są biura partii rządzącej.
Tym razem na skarpie zostały umieszczone dodatkowo tabliczki z zabawnymi hasłami, typu: „Gdy Konstytucji nie ma, dzbany harcują” lub „Wyszło szydło z dzbana”.

Jak wiemy, w grudniu ub. roku jury Wydawnictwa Naukowego PWN zdecydowało, że Młodzieżowym Słowem Roku został „dzban”. Oznacza osobę, która ma poziom intelektualny jak dzban. „Dzbanem może być każdy. Wystarczy, że zrobi coś, co w jakikolwiek sposób nie spodoba się drugiemu rozmówcy. Tak powstaje dzban” – wyjaśnia PWN.
Słowem politycznym ubiegłego roku, naukowcy z Instytutu Języka Polskiego UW i Fundacji Języka Polskiego ogłosili wyraz „konstytucja”.

Depresja plemnika

I znów trwa rytualne symboliczne zabijanie Jurka Owsiaka. Tym razem przy pomocy pisowskiej TVP, która nadała filmik z kukiełkami mający zdyskredytować i byłą prezydent Warszawy, i Owsiaka jako złodziei grosza publicznego.

View original post 2 240 słów więcej

 

Unię Europejską rozwalają od wewnątrz takie partie jak PiS, a z zewnątrz Kreml. Władze unijne muszą przeciwdziałać

Zwykły wpis

We wrześniu Komisja Europejska zaproponowała zmianę prawa Unii Europejskiej, by umożliwić nakładanie sankcji na partie za bezprawne wykorzystywanie danych wyborców w celu wpływania na wyniki wyborów europejskich. KE chciała też, by państwa członkowskie chroniły się przed zewnętrznymi manipulacjami. Jean-Claude Juncker w swoim wystąpieniu na temat stanu UE, zaapelował do członków wspólnoty o zwiększenie przejrzystości internetowych reklam politycznych, a także by zwalczały kampanie dezinformacyjne. Wszystko to ma na celu ochronę przyszłorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego.

UE z niepokojem obserwowała doniesienia ze Stanów Zjednoczonych o rosyjskich działaniach nakierowanych na wpływanie na wynik wyborów wyborów prezydenckich w 2016 roku. Rosji zarzucono manipulowanie wynikami wyborów i referendów na Starym Kontynencie m.in. we Francji, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Frans Timmermans podkreślał – Nie możemy być naiwni: istnieją siły, które chcą zakłócić wybory do Parlamentu Europejskiego i dysponują w tym celu wyrafinowanymi narzędziami. Z tego właśnie powodu musimy jak najszybciej podjąć wspólne działania, by zwiększyć naszą odporność na te zagrożenia dla demokracji” – mówił we wrześniu wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej.

Cztery dni temu Unia Europejska fizycznie rozpoczęła walkę przeciwko rosyjskiej dezinformacji – “Byliśmy świadkami prób ingerowania w wybory i referenda, a dowody wskazują na to, że głównym źródłem tych kampanii była Rosja” – mówił kilka dni temu Andrus Ansip, prezentując plan zwalczania dezinformacji w Europie. Plan obejmuje utworzenie systemu szybkiego ostrzegania, mającego na celu rozpoznawanie kampanii dezinformacyjnych. Delegatury UE w krajach objętych polityką sąsiedztwa zostaną wzmocnione wyspecjalizowanymi pracownikami i narzędziami do analizy danych.

Został zwiększony budżet przeznaczony na wykrywanie “fake news” z 1,69 miliona funtów do 4,4 milionów. W planie są także ukierunkowane kampanie uświadamiające i promowanie umiejętności korzystania z mediów społecznościowych poprzez specjalne programy. To wszystko będzie wsparte zespołami niezależnych naukowców oraz podmiotami weryfikującymi fakty. Głównym założeniem jest budowa zdolności, umożliwiającej wykrywanie kampanii dezinformacyjnych.

Dzisiaj Onet opisuje dane zebrane przez organizację Alliance for Securing Democracy, na temat 600 kont na Twitterze promujących poglądy Kremla i zaangażowanych w protest “żółtych kamizelek” na ulicach Francji. Jako przykład “fake news” podawane jest wideo udostępniane na francuskich platformach społecznościowych, opisujące rzekomą odmowę wykonywania przez policję obowiązków w jednym z miast – “Niektórzy oficerowie na krótko zdejmowali z głów hełmy, ale tylko po to, by porozmawiać z protestującymi, a nie – jak sugerowano – by odmówić wykonywania obowiązków”. Film z fałszywą narracją został powielony przez Sputnik i Russia Today.

Dwa tygodnie temu w Polsce również mogliśmy odczuć, jak wygląda ingerencja dezinformacyjna Rosji w Polsce. W szczycie kryzysu rosyjsko – ukraińskiego do mieszkańców przygranicznych gmin w województwie podkarpackim, został wysłany fałszywy SMS o obowiązkowym stawieniu się w urzędach gmin, w związku z wydarzeniami na Morzu Azowskim.

Depresja plemnika

Jak Ziobro pomaga przestępcom – więcej >>>

Ktoś w PiS wymyślił, że trzeba czymś „przykryć” aferę KNF. I przykrył ją tak, że PiS będzie mieć teraz same kłopoty. Ciekawe, czy Kaczyński zaaprobował plan tej prowokacji, czy była to samodzielna inicjatywa Ziobry.

W 2007 roku, podczas kampanii wyborczej do parlamentu, wystąpił na konferencji prasowej ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński, przedstawiając informacje o zatrzymaniu posłanki PO Beaty Sawickiej. „Polacy powinni wiedzieć, na kogo głosować” – mówił. I Polacy zagłosowali przeciwko PiS. Prowokacja przeciwko Sawickiej była widoczna gołym okiem. To, że posłanka uległa pokusie i wpadła w sidła zastawione przez CBA, nie świadczył o niej dobrze, ale bardziej szokujące było angażowanie tajnych służb do kampanii wyborczej, a słowa Kamińskiego to potwierdzały. Okazało się, że wyborcy są inteligentniejsi, niż sądzili działacze PiS.

Błąd Kamińskiego powtórzyli w ostatnich dniach prokuratorzy kierowani przez Ziobrę. Tyle że zrobili to jeszcze prymitywniej, sięgając po podlejsze chwyty.

Pomysł był…

View original post 2 354 słowa więcej

Pisowcy, myślcie do przodu. Kto będzie wam przynosił wałówki do kicia?

Zwykły wpis

– Bez istotnej zmiany kursu, na co jest już bardzo mało czasu, za rok stracimy władzę – mówi w rozmowie z „Super Expressem” jeden z najważniejszych ministrów Mateusza Morawieckiego.

„SE” nie ujawnia tożsamości swojego rozmówcy. Jednak według niego, kłopoty sprawia teraz rządowi m.in. kwestia reformy wymiaru sprawiedliwości.

Z taką diagnozą nie zgadza się m.in. marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który powiedział w rozmowie z „SE”, że wygrana nie zależy od „subiektywnej oceny jednej osoby, która być może uległa jesiennemu przesileniu”. „A kurs trzeba stale korygować. Mamy dobrych sterników, którzy wiedzą kiedy i w jakim kierunku odchylić ster” – zapewnił.

„SE” opisuje też, że rząd jest trawiony problemami wewnętrznymi. „O napiętej sytuacji w rządzie i samej partii świadczą też coraz częstsze spotkania na tzw. górze, czyli u Jarosława Kaczyńskiego na Nowogrodzkiej. Ostatnio prezes z premierem, najbardziej zaufanymi politykami oraz związanymi z partią ekspertami gospodarczymi spotkali się na tajnej naradzie ws. afery KNF. Takich pożarów do gaszenia jest coraz więcej, a płomienie powoli trawią niezmiennie wysokie od miesięcy poparcie” – czytamy.

Niektórzy pisowcy już przygotowują się na stratę władzy. Powinni poza tym pomysleć, kto będzie im przynosił wałówki do kicia.

Depresja plemnika

To „sprawdzam” dla ministra Ziobro – mówi opozycja i zapowiada złożenie  zawiadomienia do prokuratury w związku z zeznaniami Piotra P., jednego z głównych podejrzanych w tzw. aferze SKOK Wołomin, który twierdzi, że Jacek Sasin, czołowy polityk PiS-u, oraz dwóch senatorów PiS otrzymywało pieniądze ze SKOK Wołomin. – Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze,  przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Oskarżenie polityka

Podczas procesów osób oskarżonych w tzw. aferze SKOK Wołomin jeden z głównych oskarżonych Piotr P., były oficer kontrwywiadu WSI, oskarżył kilku polityków PiS-u, w tym szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacka Sasina, o przyjmowanie pieniędzy od osób oskarżonych w aferze SKOK.

Jacek Sasin w sprawie oskarżeń Piotra P. wydał oświadczenie, w którym nazwał jego twierdzenia „absurdalnym pomówieniem” – Afera SKOK Wołomin jest aferą WSI. Piotr P., były oficer WSI, to „mózg” tej afery – twierdzi Jacek…

View original post 4 081 słów więcej

Kościół w PL to oligarchia mafijna

Zwykły wpis

– Idea jest tu tylko produktem marketingowym. Chodzi o to, żeby podnieść autorytet duchownych, żeby wzmocnić ich wpływ, chronić interes Kościoła – tłumaczył prof. Tadeusz Bartoś.

Gościem w audycji Prawda Nas Zaboli Piotra Najsztuba był prof. Tadeusz Bartoś, teolog i filozof z Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku, dyrektor programowy Warszawskiego Studium Filozofii i Teologii.

Jak zauważył prowadzący audycję Piotr Najsztub, w Polsce wciąż nie może się rozpocząć prawdziwa debata o przemianach w polskim Kościele. Mówił, że ani pojedyncze afery pedofilskie, ani kwestia pieniędzy ojca Rydzyka nie są w stanie wywołać masy krytycznej, która wiernych i Kościół zmusiłaby do debaty. Jaką mamy obecnie sytuację w tym temacie?

– Kościołowi nie zależy na żadnej debacie, tylko na wygaszaniu niepokoju dookoła niego. Choć w ramach działania marketingowego będzie być może przepraszać, jak papież Franciszek. Ale jest to element zabiegów marketingowych ochrony posiadania – stwierdził teolog.

I dodał, że Kościół katolicki w Polsce jest zadowolony, bo wciąż udaje mu się unikać odpowiedzialności za czyny księży.

– Biskupi udają, że nie są pracodawcami i wciąż zwalają wszystko na jednostkę. Posyłają do ofiar pedofilii prawnika z pieniędzmi i papierami do podpisania. Ale na szczęście dziś sądy mogą to badać. I są podstawy prawne, by jednak ten stosunek prawny zatrudnienia ustalać – powiedział gość Radia TOK FM.

Jak dodał, system działania Kościoła w Polsce „tworzy system oligarchii o charakterze mafijnym”.

Kościół i społeczeństwo: dwóch nierównych graczy

Prof. Bartoś mówił też, że w obecnym konflikcie wokół Kościoła mamy dwóch graczy: jeden jest silniejszy, a drugi słabszy.

– Pierwszy to Kościół katolicki – jako instytucja. Jej celem jest przetrwanie i ekspansja – chodzi o to, aby coraz więcej ludzi było pod wpływem Kościoła – takim, aby można ich było nazwać wierzącymi. Wtedy pozycja kleru jest dominująca – powiedział gość Radia TOK FM.

A w jaki sposób działa ten gracz?

– Kościół mówi, jak żyć, jak się ubierać, zachowywać w łóżku. Wpływa też na państwo i jego ustawodawstwo. To taka instytucja totalna, która chce mieć wpływ na wszystko. I w Polsce jej się to udaje, z różnych względów: łatwowierności, naiwności, niewiedzy władz państwowych – tłumaczył prof. Tadeusz Bartoś.

Kim jest więc ten drugi gracz?

– To społeczeństwo obywatelskie. I to słabe – odpowiedział teolog.

„Idee kościoła katolickiego to produkt marketingowy”

Jak mówił dalej prof. Bartoś, Kościół katolicki przedstawia siebie jako instytucję, która jest emanacją dobra, która uczy dobrych, szlachetnych rzeczy.

– To jest fikcja, marketing. Idea jest tu tylko produktem marketingowym. Chodzi o to, żeby sakralizować i podnieść autorytet duchownych, żeby wzmocnić ich wpływ. Chronić interes Kościoła – mówił.

Smarzowski: Po konferencji Episkopatu przyszedł mi do głowy pomysł na „Kler 2”

w u

i Jarosław ma ogromny kłopot z . Teraz PiS nie ma wyjścia, musi iść w zaparte i bronić człowieka, który obżerał się ośmiorniczkami, jest twardym liberałem i dość dosadnie mówi o nierównościach społecznych. w 👇

w – Julia Pitera u

w – Michał Kamiński u

Kościół katolicki „tworzy system oligarchii o charakterze mafijnym”.

Holtei

To przykre, ale komuniści nie byli tak brutalni w latach 70. w stosunku do sędziów jak pan prezydent w tej chwili – mówi nam Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, oceniając działania władzy wobec wymiaru sprawiedliwości. Rozmawiamy też o wyborach samorządowych. – Grożenie społecznościom lokalnym, że zostaną pozbawione dodatkowych środków tylko dlatego, że nie wybiorą do samorządów przedstawicieli rządzącej partii, dla mnie jest skandalem, aberracją i totalnym brakiem wyobraźni. Normalny człowiek nie przyjmie do wiadomości nawet takiej groźby. Myślę, że w Polsce nikt się nie da na to nabrać, ale w przyszłości trzeba będzie zabezpieczyć społeczności lokalne przed takimi groźbami. Moim zdaniem prędzej czy później damy sobie radę z takimi politykami, którzy nie rozumieją istoty samorządów i dobra wspólnego – podkreśla rozmówca.

JUSTYNA KOĆ: Mnożą się wątpliwości zagranicznych sądów względem Polski. Po Hiszpanii teraz sąd w Amsterdamie wstrzymuje ekstradycje 3 Polaków i pyta o niezależność polskiego sądownictwa. To chyba świadczy…

View original post 4 141 słów więcej

Morawiecki szantażowany. Przez kogo? Czy tylko przez Marka Falentę?

Zwykły wpis

Stało się. Projekt odstąpienia od obowiązkowych szczepień ochronnych został skierowany do prac w komisji sejmowej. W ten sposób antyszczepionkowcy – przedstawiciele ruchu na rzecz prawa wyboru w tej kwestii – wreszcie dopięli swego. Nie będą już dłużej musieli dotować chciwych koncernów farmaceutycznych, ryzykując – jak wierzą – zdrowiem swoich dzieci, masowo zapadających na autyzm i nie wiadomo, co jeszcze.

Protestują lekarze, nauczyciele, większość rodziców i część polityków. Pojawiają się nawet komentarze o „ciemnogrodzie” i powrocie do średniowiecza. A przecież skierowanie projektu obywatelskiego do dalszych prac w Sejmie to triumf podmiotowości i wolności! I kolejny dowód na to, że prawdą jest, co głosi partia aktualnie rządząca, gdy twierdzi, że „demokracja nigdy nie miała się w Polsce tak dobrze, jak właśnie teraz”! Przychylność wobec antyszczepionkowców to bowiem dowód, że władza uważne wsłuchuje się w głosy wszelkich „mniejszości”, które mają przecież prawo do szacunku dla swoich poglądów i wyznawanych zasad. Nie chcą szczepić – niechaj więc nie szczepią!

Wstyd przyznać, ale antyszczepionkowcy byli dotąd jedyną grupą dyskryminowaną u nas ze względu na stosunek do ochrony zdrowia. Bo weźmy zwolenników tak zwanej medycyny naturalnej. Według statystyk, samozwańczych uzdrowicieli jest u nas nawet więcej niż dyplomowanych lekarzy, a i tak mają ręce pełne roboty. Jedni biorą cytostatyki, inni piją ziółka i nikomu nic do tego. Ich zdrowie. Ich życie. Ich sprawa! Można preferować „odczynianie uroków” i nikomu nic do tego. Więc czemu – ktoś zapyta – opinia publiczna uwzięła się akurat na tych nieszczęsnych antyszczepionkowców?

Odbieranie sobie życia nie jest w Polsce karalne. Przynajmniej na razie. Więc jak ktoś bardzo chce, może odejść z tego świata za sprawą – dajmy na to – tyfusu. Dobrowolnie i świadomie szkodzą przecież swojemu zdrowiu palacze, ludzie uzależnieni od alkoholu i innych używek, osoby niekontrolujące swojej diety, ci, którzy zaniedbują kondycję fizyczną, a nawet sportowcy uprawiający sporty ekstremalne i kierowcy niezapinający pasów bezpieczeństwa.

Wolno im? Wolno! I za korzystanie z tej wolności żadna ich kara nie spotyka. Nagrodę nawet można za to dostać, symboliczną, ale zawsze. To Nagroda Darwina, przyznawana za pozytywny wkład w genetyczne dziedzictwo ludzkości, poprzez dobrowolną eliminację ze światowych zasobów DNA osób o skłonnościach do uzależnień oraz zachowań destrukcyjnych i nieracjonalnych.

Problem w tym, że o ile klienci znachorów szkodzą wyłącznie sobie oraz budżetowi państwa (bo niektórym trzeba potem życie ratować w państwowych szpitalach), to jednak unikanie szczepienia dzieci może skutkować epidemią. I co wtedy?

Kto będzie winien ewentualnych ofiar, w tym także śmiertelnych, także w populacji zaszczepionych, bo przecież szczepionka nie daje gwarancji, że się nie zachoruje, a tylko obietnicę lżejszego przebiegu choroby oraz braku ewentualnych powikłań, co rozumie każdy, kto kiedykolwiek szczepił się na grypę.

To jednak mogą rozwiązać obowiązkowe polisy OC od skutków zarażenia kogoś, obejmujące koszty leczenia i ewentualne odszkodowania za uszczerbek na zdrowiu i straty moralne. A też renty i inne świadczenia, gdy w wyniku takiej infekcji ktoś o słabszym systemie immunologicznym straci życie, z powodu banalnej szkarlatyny, osierocając – dajmy na to – małe dzieci.

Ale jest jeszcze inny kłopot. Dawno niewidziane choroby, przywrócone do życia „dzięki” antyszczepionkowcom, mogą zmutować do postaci, kiedy stracimy nad nimi wszelką kontrolę i wtedy czeka nas biologiczna katastrofa. Kto za to odpowie moralnie i materialnie? I dlaczego – w takim razie – partia aktualnie rządząca popiera postulaty antyszczepionkowców?

Być może, choć formacja u władzy ma – zdaje się – poważne wątpliwości co do teorii ewolucji – chodzi trochę o darwinizm. Konkretnie o darwinizm społeczny, który mógłby rozwiązać rządzącym kilka problemów, takich na przykład, jak rosnąca w zastraszającym tempie liczba emerytów i osób niepełnosprawnych. Bo to wydatki są, a kasa pustawa. Takie osoby zazwyczaj są słabsze od reszty społeczeństwa, także pod względem obniżonej wiekiem i chorobami odporności. Jakaś nieduża epidemia mogłaby więc zdecydowanie zmniejszyć poziom wydatków „na zdrowie i opiekę” ze skąpego budżetu. I to jeszcze na moralny koszt antyszczepionkowców. A wszystko w szczytne imię wolności i szacunek dla mniejszości. A że potem słabsi wymrą na – dajmy na to – cholerę, to proszę mieć pretensje do demokracji. Tego właśnie pragnie – zdaje się – także elektorat. Bo jak dowodzi badanie opinii publicznej opublikowane w „Gazecie Wyborczej”, aż 41 procent Polaków uważa, że szczepienia powinny być dobrowolne! A co z resztą? Cóż – resztę załatwią „prawa naturalne”.

Kilka tygodni musiało zająć prokuraturze w Białej Podlaskiej ustalenie, że zawieszenie koszulki z napisem „Konstytucja” na pomniku Lecha Kaczyńskiego pod kuriozalnym zarzutem znieważenia pomnika nie jest przestępstwem. Na początku sierpnia umieścili ją tam działacze KOD Ryszard Filipiuk i Stanisław Dembowski.

Śledztwo zostało umorzone z powodu „braku znamion czynu zabronionego”. Nie oznacza to jednak zakończenia sprawy. Teraz prokuratura będzie badać, czy mogło dojść do wykroczenia.

Działaczy KOD tuż po zawieszeniu koszulki spotkały niewspółmierne do ich czynu działania policji i prokuratury. Stanisław Dembowski został zatrzymany na 48 godzin. W mieszkaniu Ryszarda Filipiuka po 6.00 rano pojawiła się policja. O finale tej sprawy w artykule „Rewizja w domu działacza KOD po zawieszeniu koszulki z napisem „Konstytucja” była nieuzasadniona”.

Marek #Falenta ma nagranie kompromitujące premiera #Morawieckiego. To jego „polisa ubezpieczeniowa”!

Holtei

Prezes przekonał mnie, że autor poniższych cytatów, to nie jest ten , który jest teraz premierem. Naprawdę. Ten, który to mówił, to był Morawiecki Tuska. A ten dzisiejszy, to Morawiecki Jarka. Zupełnie inny. Podobny, to fakt. Ale inny.

Na archiwalnym nagraniu sprzed 17 lat, opublikowanym przez posłankę Joannę Scheuring-Wielgus słyszymy, jak obecny polityk PiS-u tłumaczy, że siadanie dzieci na kolanach księdza, całowanie i głaskanie ich przed duchownego ‚nie miały podtekstu seksualnego’. ‚Oglądając tę wypowiedź, mam wrażenie, jakbym nie wyszedł z filmu Kler’ – komentuje Jarosław Kurski i dodaje: ‚Piotrowicz zrobił u boku Kaczyńskiego polityczną karierę. I słusznie. Dowiódł bowiem, że można mu powierzyć każdą brudną robotę’.

Po co nam przekop Mierzei Wiślanej? Kontenerowce nie przypłyną, bo się nie opłaci. Okręty wojenne nie przypłyną, bo za płytko. Rybacy nie przypłyną, bo już nie będzie ryb. Co przypłynie? Głosy dla PiS.

– Jestem przekonany, że pierwsza łopata pod…

View original post 2 738 słów więcej

Falencie się nie udało, Morawieckiemu owszem

Zwykły wpis

Taśmy z podsłuchu w „Sowie & Przyjaciołach” i w Amber Room mają niecodzienną siłę kreowania polskiej polityki. I wcale to dobrze nie znaczy o polskim państwie, poniewczasie trzeba zgodzić się z jednym z inteligentniejszych podsłuchanych Bartłomiejem Sienkiewiczem, iż mamy „państwo teoretyczne” – zresztą taki tytuł nosi jego nowiutka publikacja zwarta.

Główny pomysłodawca podsłuchów Marek Falenta był w ścisłym kontakcie z kierownictwem PiS, nawet się chwalił, że ma dobre dojścia do Jarosława Kaczyńskiego. Falenta liczył na tekę ministra, gdy PiS dojdzie do władzy. Tak zeznawał jeden z kelnerów Łukasz N., który na polecenia Falenty zakładał podsłuchy: „Falenta twierdził też, że jest blisko z PiS-em i że może łatwo zorganizować spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim. Że jak się zmieni władza u nas, jak PiS przejmie władzę, to mogę dostać nawet jakąś tekę, jakieś stanowisko w rządzie PiS.”

Co zatem się stało, że Falenta dostał wyrok do odsiadki i skończy w pierdlu? Ciąg szpiclowskiej fabuły może wiele wytłumaczyć, dalej mówi ów kelner: „Miałem zapewnienie od Falenty, że będą z tego duże pieniądze, że on może na tym zarobić miliard złotych. Ja wynegocjowałem dla siebie 10 tys. zł miesięcznie. Mówił mi, że będę bardzo bogaty”. „Duże pieniądze” miały przyjść  od obcych służb.

Jakich służb? Tylko od rosyjskich, bo Falenta był na miliony zadłużony u mafii sołncewskiej, która jest krwawymi rękami Kremla. A więc mamy w tle Władimira Putina, któremu zależy na destabilizacji Polski i przede wszystkim na rozchwianiu Unii Europejskiej.

Dlaczego zatem PiS podjął współpracę z Falentą, wszak nietrudno było sprawdzić, gdzie kręci swoje szemrane biznesy? Odpowiedzi są dwie. Kaczyński chciał za wszelką cenę odsunąć Platformę od władzy i przymykał oko na rosyjskie ślady. Albo prezesowi PiS wszystko jedno i godzi się być Targowicą, wszak w dalszym ciągu mało wiemy o bliskim współpracowniku Kaczyńskiego Antonim Macierewiczu: jakie dokładnie ma powiązania z Kremla, bo ma, ale jakie. Starał się to rozwikłać Tomasz Piątek w swojej bestsellerowej książce „Macierewicz i jego tajemnice”.

Czy można zatem rzec, iż PiS doszedł do władzy z możliwą kontrasygnatą rosyjskich służb? Gdy Onet dotarł do 40 tomowych akt w prokuratorze dotyczących afery podsłuchowej, opublikowano wreszcie zapis jednej taśmy – na razie tylko ona jest dostępna – na której zanotowano głos Mateusza Morawieckiego, kompromitujący go jako polityka, a nawet człowieka.

Przez dwa dni PiS nie wiedział, co z tym fantem zrobić, Morawiecki nawet dał nogę do Nowego Yorklu, aby dziennikarze go nie nagabywali. Wreszcie prezes Kaczyński zgodził się na występ w podległej sobie telewizji TVO Info i usprawiedliwił Morawieckiego. W swoim stylu stwierdził, że – w największym skrócie – Morawiecki to Konrad Wallenrod.

Wywiad z Kaczyńskim jest niewiele warty, bo prezes też może być zakładnikiem – zarówno wiadomych służb, jak zakładnikiem tego, który ma w posiadaniu następne taśmy z Morawieckim – podobno jeszcze jedna na pewno jest na rynku szantażu, tak twierdził „Newsweek” 2,5 ropku temu.

Morawiecki wrócił z ucieczki i dał głos u najbardziej pisowskich dziennikarzy Karnowskich – konretnie Jacka K. – w telewizji internetowej wPolsce.pl. I co mówi? Określił „swoją” taśmę jako odgrzewany kotlet: „te taśmy wszystkie były pokazane w „Newsweeku” 2,5 roku temu”. To jest kolejne kłamstwo Morawieckiego. Taśma owszem była opisana, ale bardzo ogólnie. Onet cytuje duże passusy o korupcju i kumoterstwie i powołuje się – to może jest nawet najważniejsze – na 40 tomów akt śledztwa.

Morawiecki zatem prezentuje dobre samopoczucie po zapewnieniu Kaczyńskiego o jego wallenrodyzmie i mówi: „Ja z drogi naprawy Rzeczpospolitej, którą mam ogromny honor czynić pod rządami PiS, w tym obozie politycznym, naszym obozie, ja z tej drogi nie zejdę” (cytuję in extenso). Czyli dalej będzie demolowane sądownictwo, nasze relacje z Unią Europejską, które są zagrożone Polexitem.

Na Kremlu zacierają ręce z takiej „naprawy Rzeczpospolitej” i destrukcji UE. Tym się różni Morawiecki od Falenty, że jemu się udało, a Falenta zaliczy pryczę za kratami. Taśmy podsłuchowe będą dalej rozstrzygać o polskiej polityce, najprawdopodobniej zaciążą na bycie Polski i niestety pod władzą PiS możemy oczekiwać najgorszego. Oczekuję, że za ten temat zabiorą się najlepsi dziennikarze śledczy, acz będą narażeni, bo tak to jest z wolnym słowem i wolnymi mediami w autorytaryzmach.

>>>

PiS wprowadza Średniowiecze, czyli o wyższości teologii nad astronomią

Zwykły wpis

>>>

W dwa dni Polskie Towarzystwo Astronomiczne zebrało pod deklaracją poparcia blisko 8 tys. podpisów. Chodzi o zablokowanie projektu resortu nauki, który chce wykreślić astronomię z listy oddzielnych dyscyplin naukowych.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego stworzyło projekt rozporządzenia, w którym łączy astronomię w jednej grupie z innymi naukami fizycznymi. Jakie ma to znaczenie dla naukowców?

– Głównym powodem zmiany jest ułatwienie pracy urzędnikom. Nic z tego nie wynika innego na plus – mówił dr hab. Michał Bejger z Centrum Astronomicznego im. M. Kopernika PAN,  zaznaczając, że nowa klasyfikacja może mieć wiele negatywnych konsekwencji dla astronomów.

– Może się to skonczyć tym, że dostaniemy mniej pieniędzy na badania – podkreślił ekspert oraz dodał, że „astronomia w Polsce bardzo dobrze sobie radzi, być  może właśnie dlatego, że miała do tej pory specjalną pozycję”.

Polska astronomia w czołówce

Polskie Towarszystwo Astronomiczne, które apeluje do wicepremiera Jarosława Gowina o niewprowadzanie zmian, na dowód szczególnego miejsca zajmowanego przez tę naukę podaje statystykę serwisu Web of Science. Według niej poziom cytowalności prac naukowych polskich astronomów jest o ok. 25 proc. wyższy od średniego poziomu światowego.

Petycję w tej sprawie w ciągu dwóch dni podpisało blisko 8 tys. osób.

Rząd chce rozwijać przemysł kosmiczny?

– Jak planowana zmiana ma się do deklaracji polskiego rządu o chęci eksploracji przemysłu kosmicznego? – pytała Karolina Głowacka.

– Wydaje się, że jest to krok w tył. Jeśli mówi się o tym, że powinniśmy innowacyjnie podchodzić do przemysłu kosmicznego, to powinniśmy zadbać o to, aby wysunąć [potrzebne do tego -red.] części nauki na specjalną pozycję – tłumacyzł gość TOK FM.

Naukowiec obawia się, że sytuacja astronomii polskiej się pogorszy i dodaje, że nawet nie słychać zapewnień o tym, że będzie lepiej

– W tym akcie prawnym jest takie okrągłe zdanie, że ta zmiana nie będzie prowadziła do dyskryminacji. To mowa-trawa, za którą nic nie stoi – [podsumował dr hab. Bejger.

Nowy Newsweek. Wstrząsająca opowieść o księżach pedofilach i ich ofiarach w Polsce. I odpowiedź na pytanie dlaczego ofiarom jest u nas trudniej niż w innych krajach, a sprawcom o wiele łatwiej o bezkarność. Plus 20 stron dodatku o drugiej wojnie światowej.

Ten mem prezydentowi Wałęsie wyszedł rewelacyjnie.

To już chyba tylko na spotkaniach #PiS i w kościołach Pan ⁦@AndrzejDuda⁩ może wygłaszać swoje przemówienia bez obawy, że obywatele przypomną mu o konstytucji.

Hairwald

Język Andrzeja Dudy jest pełen kiczu, śmiecia, który wygląda na patos, a jest zakłamaniem.

O. Paweł Gużyński do pana Dudy prezydenta: Jak długo będzie Pan uprawiał politykę w koalicji lub nieformalnym sojuszu z duchownymi, tak długo mam pełne prawo protestować przeciw temu jako ksiądz, będąc absolutnie wolny od zarzutu o uprawianie polityki.

A tymczasem w ultrakatolickiej Hiszpanii!

Wałęsa wychodzi z kościoła

Lech Wałęsa opuścił świątynię w Gdańsku, gdy głos miał zabrać prezydent Duda. Pierwszy demokratycznie wybrany prezydent odrodzonej Polski słusznie nie chciał słuchać, co ma do powiedzenia z okazji kolejnej rocznicy porozumień sierpniowych jego czwarty z kolei następca.

View original post 2 062 słowa więcej

PiS szantażuje. Partia bez honoru, bo to partia złodziei

Zwykły wpis

Fundacja Dzika Polska informuje o wielkiej wpadce Ministerstwa Środowiska.

Dubler Mariusz Muszyński to nie sędzia, a wyroki Trybunału z jego udziałem to nie wyroki – orzekł Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Ale uznał, że na tej podstawie nie można podważyć orzeczenia Trybunału.

Piątkowa „Rzeczpospolita” opisała wyrok, jaki w czerwcu wydał WSA w Warszawie w sprawie przedsiębiorcy, który kwestionował decyzję ZUS-u. Przedsiębiorca odwołał się od tej decyzji, ale sąd administracyjny odrzucił odwołanie, bo przepisy odwołania od takiej decyzji nie przewidywały. Przepisy te zostały zaskarżone, przez innego przedsiębiorcę, do Trybunału Konstytucyjnego. Ten orzekł, że są niezgodne z konstytucją. Na tej podstawie przedsiębiorca odwołał się po raz kolejny, wnosząc o uchylenie decyzji fiskusa.

Sędziowie WSA – Beata Blankiewicz-Wóltańska, Izabella Janson i Arkadiusz Tomczak – badając tę sprawę, zauważyli, że w składzie Trybunału zasiadał Mariusz Muszyński, czyli dubler sędziego. To, że dubler, a nie sędzia, wynikało – jak zaznaczyli w uzasadnieniu – z wyroków Trybunału z 3 i 9 grudnia 2015 r., w których Trybunał orzekł, że trzech dublerów, w tym Muszyński, zostało wybranych na zajęte już miejsca w Trybunale, więc ich wybór był nieskuteczny. Dalej WSA stwierdził, że skoro w składzie sądzącym był dubler zamiast sędziego, to znaczy, że sąd był nienależycie obsadzony. Zatem sam wyrok jest dotknięty nieważnością, ewentualnie w ogóle nie jest wyrokiem.

W tym momencie można by uznać, że wyrok WSA otwiera drogę do nieuznawania orzeczeń Trybunału wydanych z udziałem dublerów.

Tyle że jednocześnie WSA uznał, że żaden sąd – w tym administracyjny – nie może stwierdzić nieważności wyroku TK. Łącznie z samym Trybunałem, bo konstytucja mówi, że wyroki TK są „ostateczne”. A więc uznał wyrok za ważny i dał przedsiębiorcy prawo do odwołania się na podstawie tego wyroku Trybunału.

Można polemizować z logiką tego wywodu, bo skoro orzeczenie z udziałem dublera nie jest wyrokiem, to znaczy, że nie obejmuje go stwierdzenie konstytucji, że „wyroki” TK są ostateczne.

Można też uznać, że wyrok jest jednak precedensem (oczywiście nie w rozumieniu prawa anglosaskiego, ale jako punkt wyjścia dla rozważań i interpretacji) w części, w której nie uznaje dublera za sędziego. Inne składy sędziowskie w innych sądach mogą pójść dalej inną drogą niż ten skład WSA i stwierdzić jednak, że orzeczenie z udziałem dublera to nie wyrok.

Ale na ten wyrok WSA można też spojrzeć jako na wyraz bezradności sędziów i w ogóle świata prawniczego wobec faktów dokonanych tworzonych przez PiS. W tym przypadku faktem dokonanym jest obsadzenie w Trybunale dublerów i nieuchronne pojawienie się rozstrzygnięć z ich udziałem.

To samo PiS powtórzył w KRS: obsadził Radę bezprawnie wybranymi przez siebie sędziami, więc każda decyzja KRS jest dotknięta nieważnością jako wydana przez niewłaściwy organ. A więc dylemat – uznawać te decyzje, czy nie – dotyczy teraz wszystkich sędziów mianowanych przez KRS. A będą ich najpierw dziesiątki, potem setki. Dotyczy też sędziów Sądu Najwyższego i jego prezesa, którego ci sędziowie wyłonią. A więc wątpliwość co do ważności dotyczyć będzie wydaleń z zawodu, które orzekać będzie wobec sędziów Izba Dyscyplinarna SN. A potem orzeczeń o ważności wyborów, jakie wyda SN z udziałem nienależycie wybranych sędziów. W sądach administracyjnych setek orzeczeń dotyczących decyzji władzy wykonawczej, administracji centralnej i samorządowej. Wyroków karnych. I w ogóle całego życia publicznego, bo ono w całości jest regulowane prawem, a prawo stosują sądy, rozstrzygając spory.

Jeśli sądy robiłyby to, co mówi prawo, czyli kwestionowały prawomocność orzeczeń sędziów mianowanych „z wadą”, to sparaliżowałyby prędzej czy później państwo.

Więc nie kwestionują. Prawo kapituluje przed przemocą. PiS jest jak terrorysta, który wziął zakładników i liczy na to, że przeciwnik jest na tyle przyzwoity, że zrobi, co mu każą, by tych zakładników oszczędzić.

Każdy z nas jest dziś takim zakładnikiem. Łącznie z sędziami.

Wojna propagandowa w kampanii wyborczej do samorządu powoli wchodzi w decydującą fazę. Pierwsze mocne uderzenie należało do Koalicji Obywatelskiej, uformowanej przez Platformę i Nowoczesną, która za pomocą ogólnopolskiej akcji billboardowej postanowiła przypomnieć Polakom prawdziwą naturę rządów Prawa i Sprawiedliwości. Przekaz był prosty – PiS doi budżet na gigantyczne kwoty, obsadzając spółki Skarbu Państwa biernymi, ale wiernymi Misiewiczami, promuje nepotyzm i niekompetencję.

Kampanią pod wymowną nazwą “PiS wziął miliony” zakłada pojawienie się w całej Polsce blisko 2 tysiący billboardów w wizerunkiem Jarosława Kaczyńskiego, wykrzywionego w grymasie wściekłości (pochodzące z sejmowej wypowiedzi “bez żadnego trybu” o kanaliach i mordercach jego brata) oraz informacji o tym, gdzie Prawo i Sprawiedliwość nie wywiązało się z podstawowych obowiązków względem społeczeństwa. “PiS wziął miliony, a tanich mieszkań nie ma, a wszystko drożeje, chce być bezkarny, a ludzi nie stać na leki, a prąd drogi jak nigdy”.

Akcja musiała zajść mocno pod skórę kluczowym politykom dobrej zmiany, gdyż zaczęli się oni nerwowo tłumaczyć. W odpowiedzi Prawo i Sprawiedliwość postanowiło wyjść ze swoją akcją outdoorową, mającą być zgrabną kontrą do “oszczerczych” przekazów opozycji.

Spin akcji dobrej zmiany jest prosty. PiS nie zabrał pieniędzy Polakom, ale odebrał je złodziejom i oddał dzieciom. Nawiązanie do programu rodzina 500+ jest w tym przypadku oczywiste, zaś złodziejami zapewne są Platforma, PSL, Unia Europejska, Niemcy, Rosja, Weganie, Cykliści, Żydzi lub Masoni.

Sęk w tym, że Prawo i Sprawiedliwość przez przypadek  obraziło miliony Polaków, z których podatków ufundowane zostały takie programy jak rodzina500+, czy wyprawka dla dzieci. Dobra zmiana nie wspomina oczywiście o programie 150 milionów na Ojca (Tadeusza Rydzyka), ale to już temat na zupełnie osobną rozprawkę. Zostało to natychmiast podchwycone.

Jak widać na załączonym obrazu dobra zmiana po raz kolejny porusza się w sferze działań pr-owych z wdziękiem słonia w składzie porcelany. Pytanie tylko, czy opozycja będzie w stanie wykorzystać najnowsze potknięcie PiS, czy też Zjednoczonej Prawicy po raz kolejny się upiecze?

Parę dni temu Instytut Obywatelski wyliczył, że w zaledwie 30 dni tylko Patryk Jaki uzyskał od mediów publicznych ekwiwalent reklamowy wart 600 tys. dolarów,pokazując tym samym skalę oddziaływania TVP, która z obserwatora stała się wręcz nieoficjalnym członkiem sztabu PiS, relacjonując na swoich kanałach krok po kroku każdy ruch kandydatów, łącznie z relacjami live z ich spotkań wyborczych. Tym samym rządzący w celu zmiażdżenia opozycji sięgnęli po publiczne pieniądze, aby finansować swoją kampanię, wskaże nachalna propaganda sporo kosztuje. Stąd zbliżające się wybory samorządowe stają się dla stacji wyzwaniem, które będzie wymagało mobilizacji wszystkich zasobów mediów narodowych. Tłumaczy to doskonale, dlaczego Jacek Kurski ponownie wyciągnął rękę po publiczne pieniądze. A mówimy tutaj o kwocie niebagatelnej, ponieważ TVP ma otrzymać kolejne 300 mln zł kredytu.

Taki zastrzyk gotówki staje się niezbędny, ponieważ polityczny model stacji nie jest do pogodzenia z warunkami komercyjnej działalności medialnej w oparciu o stroniących od afiliacji politycznych reklamodawców. Stąd TVP stale ma niedobory środków, a Jacek Kurski stał się dla rządu dziurą bez dna. W 2016 roku wyemitowano warte 300 mln zł obligacje, w 2017 przyznano 800 mln zł kredytu z Funduszu Reprywatyzacyjnego oraz kolejne bezzwrotne 860 mln jako wyrównanie za ostatnie siedem lat strat z powodu ustawowego zwolnienia seniorów z opłat. W sumie zatem od początku kadencji do stacji wpłynęło 2 mld zł, a teraz za zgoda Ministerstwa Kultury nastąpi emisja obligacji na kolejne 300 mln zł.

Opisana sytuacja jednak o wiele głębsze wyborcze konsekwencje. Jedno to oczywiście oszczędności kandydatów na kosztach wykupu czasu antenowego i równoczesna marginalizacja w mediach opozycji. Następuje tutaj jednak także inne niepokojące zjawisko, które stawia oponentów rządu na przegranej pozycji, a chodzi o limity wydatków na kampanię wyborczą. Prawne obwarowania mają bowiem na celu ograniczenie przewagi kapitału nad pracą kandydatów i merytoryczną debatą wyborczą. Tymczasem o ile opozycja będzie musiała trzymać się restrykcyjnych ograniczeń, to w tym samym czasie korzyści medialne kandydatów PiS w mediach publicznych będą całkowicie niewliczanie do limitów, sprawiając, że legalnie obozu władzy będzie mógł wydać więcej na kampanię, a to może zaważyć na wyniku.

Załóżmy, że wybory samorządowe będą uczciwe. Jeśli tak, to będą testem realnego poparcia dla obozu pisowskiego i jego przeciwników. Jest o co walczyć. Zwłaszcza że samorządy to ostatni bastion demokratycznej opozycji parlamentarnej. Słaby wynik PiS wzmocniłby opozycję w kolejnych wyborach.

Eurodeputowany Tomasz Poręba, mianowany szefem wyborczego sztabu PiS, oznajmił w Łodzi, że hasłem jego kampanii będzie slogan „Dotrzymaliśmy słowa w rządzie, dotrzymamy w samorządzie”. Brzmi złowróżbnie, bo „dotrzymanie słowa w rządzie” polegało dotąd politycznie na demolowaniu naszej demokracji konstytucyjnej, przesuwaniu Polski na margines UE i Zachodu i ograniczaniu praw obywatelskich.

Zapowiedzią tego, co będzie oznaczało pisowskie „dotrzymywanie słowa w samorządzie”, było obcięcie wynagrodzeń urzędnikom samorządowym. Poręba podkreślił, że warunkiem rozwoju regionów Polski jest współpraca samorządu z rządem.

Brzmi podobnie złowróżbnie. Istotą ustroju samorządowego jest właśnie wyjęcie samorządu spod bezpośredniej kurateli i interwencji rządu. W PRL mieliśmy taki właśnie fasadowy samorząd. Nie mógł zrobić niczego bez zgody PZPR. Teraz może dojść do likwidacji samorządności i przerobienia samorządów w pas transmisyjny partii Kaczyńskiego.

Aby PiS mógł dopiąć celu, musi wygrać jesienią w znaczącej części sejmików wojewódzkich i większych miast w naszym kraju, na czele z Warszawą. Dziś rządzi tylko w jednym sejmiku. Wygrana Rafała Trzaskowskiego w stolicy byłaby spektakularną porażką obecnej władzy. I na odwrót: wygrana posła Jakiego podcięłaby skrzydła jedynej dziś realnej sile niepisowskiej, czyli PO w przymierzu z Nowoczesną.

Ważnym elementem rozgrywki jest PSL, na którego wyniszczenie stawia PiS. Jeśli ludowcy Kosiniaka-Kamysza nie dadzą rady w wyborach samorządowych, polegną także w parlamentarnych. Jakie wyciągają i wyciągną z tego wnioski, zależy od wielu rzeczy, ale demokratyczna opozycja parlamentarna powinna ludowcom rzucić koło ratunkowe.

Co do lewicy, to realną szansę zaistnienia w wyborach jesiennych ma tylko SLD, który chyba żadnej pomocy politycznej od „liberałów” nie oczekuje.

A kiedy wybory będą uczciwe? Nie wystarczy, że nie będą sfałszowane. Dodatkowe warunki to swoboda kampanii wyborczej opozycji i równe prawa wszystkich konkurentów do dostępu do mediów publicznych kontrolowanych obecnie przez PiS. A także powstrzymanie się obecnej władzy od nękania opozycji i wywierania na nią presji propagandowej.

Co z tego wynika? Że licząca się opozycja ma już mało czasu, aby zadać sobie fundamentalne pytanie: kto, jeśli nie my, kiedy, jeśli nie teraz?

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o nowych elitach PiS.

Prezes PiS świadomie i z premedytacją oddał nasze państwo w ręce ludzi niekompetentnych, intelektualnie ograniczonych i cynicznych.

PiS-owska kandydatka na rzecznika praw dziecka Sabina Zalewska (przedstawiająca się jako „psycholog”, którym nie jest) w swoich publikacjach zrzynała fragmenty cudzych tekstów z ogólnodostępnych źródeł internetowych, m.in. ze strony sciaga.pl, przeznaczonej dla uczniów szkolnych. Gdy sprawa się wydała, zaczęła się kretyńsko tłumaczyć, że to były tylko „szkice” w internecie, a we właściwych publikacjach wydrukowanych na papierze plagiatów już nie było. Dziennikarze „Tygodnika Powszechnego” sprawdzili jednak także prace ogłoszone drukiem i okazało się, że Zalewska łże.

Prezes PiS-owskiego neotrybunału konstytucyjnego Julia Przyłębska, zanim zrobiła oszałamiającą karierę w państwie Kaczyńskiego, została w poznańskim sądzie oceniona jako osoba nienadająca się do pracy w charakterze sędziego. Wydawane przez nią wyroki często były uchylane, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów, pisała błędne uzasadnienia (lub po dozwolonym czasie), nie zwróciła uwagi na rozbieżności między zeznaniami świadków a dokumentami. Nie wyciągała też wniosków z uwag, jakie robili jej przełożeni. Krótko rzecz biorąc, była niekompetentna i niereformowalna.

Wiceszef neotrybunału konstytucyjnego, agent specłużb (ponoć były, ale znawcy powiadają, że z tych formacji nigdy się nie odchodzi) Marek Muszyński wsławił się niewiarygodną niekompetencją publikując bełkotliwy tekst, który zakwalifikował jako „zdanie odrębne do orzeczenia TK”. W tym manifeście ideologicznym, kompromitującym go jako prawnika, pisał np., że z oficjalnych stanowisk Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara przebija „pokrętna logika stanowiąca punkt wyjścia do przemycenia linii aksjologicznej godzącej w takie wartości, jak: państwo, […] wolności religijne, równość, dziedzictwo narodowe, małżeństwo itp.”.

Jednym z czołowych strażników prawicowych wartości narodowych i rodzinnych w PiS-ie był przez długie lata poseł Stanisław Pięta – człowiek mający w życiowym dorobku kradzież portfela i skuteczne nakłanianie do seksu młodej działaczki kręcącej się w orbicie PiS-u (akurat Pięta został z klubu PiS usunięty, bo to już było za dużo nawet jak na standardy „dobrej zmiany”).

Dodajmy do tego jeszcze takie spektakularne sukcesy, jak rozwalenie hodowli koni arabskich, którą Polska szczyciła się od niepamiętnych czasów, chaos w armii, skasowanie gimnazjów i zniszczenie jednego z najlepiej ocenianych w skali światowej systemów oświaty, obsadzenie mediów publicznych gówniarzami niemającymi pojęcia o zawodzie dziennikarza i publicysty – a będziemy mieli w miarę pełny obraz polityki kadrowej IV RP.

To nie jest wypadek przy pracy ani mimowolny skutek uboczny polityki personalnej prowadzonej przez Jarosława Kaczyńskiego. To działanie absolutnie świadome i celowe. Prezes PiS od lat z rozmysłem prowadzi selekcję negatywną, dobierając sobie do współpracy ludzi niekompetentnych, niedokształconych, intelektualnie ograniczonych. Nie tylko dlatego, że są oni w pełni dyspozycyjni i z entuzjazmem realizują wszystkie polecenia wodza (choć to też bardzo ważny argument). Znacznie ważniejszy jest fakt, że od lat był to jedyny niezagospodarowany elektorat w polskim społeczeństwie.

We wczesnym okresie III RP Jarosław Kaczyński starał się jeszcze grać w pierwszej lidze polskiej polityki. Jego środowiskiem czy punktem odniesienia były osoby tworzące elitę opozycji antykomunistycznej i solidarnościowej. W wyborach prezydenckich 1990 r. wysunął kandydaturę Lecha Wałęsy, potem został szefem jego kancelarii.

Stopniowo jednak stawało się dla niego jasne, że obracając się w tym środowisku i przestrzegając jego standardów nie ma szans na taką karierę, jaką sobie wymarzył. Od dawna miał ambicję odegrania pierwszoplanowej roli w polskiej polityce, jednak w zderzeniu z przerastającymi go osobistościami pokroju Lecha Wałęsy, Bronisława Geremka, Władysława Bartoszewskiego czy Donalda Tuska zawsze był skazany na pozostawanie w cieniu jako sfrustrowany człowieczek o wygórowanych ambicjach.

W tym samym czasie obserwował oszałamiające sukcesy, jakie odnosili Stanisław Tymiński w wyborach prezydenckich 1990 r. czy Andrzej Lepper w nieco późniejszym okresie. Ci politycy nie przejmowali się ani standardami politycznej przyzwoitości, ani wymogami rozsądku, ani intelektualną spójnością głoszonych haseł. Bez cienia wahania odwołali się do emocji najmniej wykształconych grup elektoratu – i zbili na tym polityczny kapitał.

Wydaje się, że dla Kaczyńskiego było to odkrycie na miarę przewrotu kopernikańskiego, po którym odrzucił jako zbędny i szkodliwy balast to wszystko, co krępowało go w latach 90. Przestał mówić o budowaniu liberalnego kapitalizmu, przestał stawiać na klasę średnią, przestał się odcinać od nacjonalizmu, antysemityzmu i katolickiego fundamentalizmu. Zrozumiał, że jeśli chce zrealizować swoje ambicje, musi się oprzeć na tych samych środowiskach, które były bazą Tymińskiego czy Leppera.

Skutki tego obserwujemy dziś w polityce kadrowej „dobrej zmiany”. Kariery cynicznych i niekompetentnych nieudaczników w rodzaju Sabiny Zalewskiej, Marka Muszyńskiego czy Julii Przyłębskiej i ich kompromitujące wpadki to nie wypadek przy pracy, lecz istota państwa budowanego przez PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim.

Mateusz Morawiecki w polityce PiS wprowadził nową „jakość”. Jego polityczny sponsor Jarosław Kaczyński długo dochodził do takiego rozmijania się z rzeczywistością. Morawiecki w buty kłamcy wskoczył natychmiast, buty już rozchodził i nie uwierają go. Ba, te buty są już siedmiomilowe, wszak bez zmrużenia okiem pochwalił się, że negocjował członkostwo Polski w Unii Europejskiej.

W te klocki Morawiecki jest numerem jeden, nawet gdyby Kaczyński wybudził się z choroby, będzie miał rywala co się zowie. Na Onecie dziennikarze zastanawiają się, dlaczego premier Morawiecki mija się z prawdą ws. Adelaid, chodzi o zakup australijskich fregat, o które długo toczyły się negocjacje. Z tego też powodu wypad Andrzeja Dudy na antypody skończył się kompletnym blamażem.

Dziennikarze Onetu sami sobie odpowiadają, dlaczego Morawiecki rżnie w sprawie fregat, w stwierdzeniu o podjęciu decyzji niekupowania ich – jest cała odpowiedź: „Została ona podjęta na najwyższych szczeblach rządu i PiS-u.”

W PiS-ie szczyt jest jeden i nazywa się Pik Kaczyński, a że jest on chory, więc Morawiecki mógł zatrzasnąć w szpitalu drzwi przed pozostałymi pisowcami i poinformować ich, że fregat nie kupujemy. Czy chodzi o ratowanie polskiego przemysłu zbrojeniowego, który wyprodukuje za kilka lat jakieś podróbki okrętów? Nie, budżet już robi bokami, wybitni ekonomiści nie mają wglądu w księgi, możemy tylko mniemać o kreatywnej księgowości.

Były minister transportu w rządzie Donalda Tuska Sławomir Nowak punktuje inne oszustwa Morawieckiego. Nazywa go byłym doradcą Tuska. Morawiecki nie mówi, tylko powtarza brednie, które tworzą dla niego pijarowcy, tylko powtarza je jak katarynka.

Właśnie Morawiecki był zapowiedzieć „falę inwestycji w drogi lokalne”. A jak jest naprawdę? Nowak punktuje: „Na około 60 przetargów w realizacji tylko kilka ma znak PiS. A 55 jest z logo PO”.

Nowak zapowiada, iż PiS utraci finansowanie unijne: „winnym utraty miliardów euro z UE na polskie drogi i koleje – gdzie sytuacja jest podobna – nie będzie kolejny rząd, ktokolwiek będzie rządził, lecz rząd PiS z panem Morawieckim na czele”.

Zaś Leszek Balcerowicz nawet próbuje wejść w psychikę Morawieckiego, który „po prostu kłamie”: „Nie wiem, czy u niego procesy psychiczne są tego typu, że nieświadomie kłamie, ale kłamie albo manipuluje”. A to zapowiada katastrofę, taką jak w Turcji, wcześniej Grecji, bo Morawiecki w tych kwestiach jest podobny do filmowego Greka Zorby.

Balcerowicz nie wyklucza najgorszego. Dłuższy cytat z naszego znakomitego ekonomisty, jest w nim clou krytyki rządu PiS: „Nikt się nie spodziewał, co zrobi PiS z polską demokracją, z polską praworządnością, to nikt teraz nie może wykluczyć, że w jakimś momencie szaleństwa czy szaleńczego wyrachowania oni nie spróbują utrwalić się przy władzy, przy wrogich hasłach wobec Unii Europejskiej i zrobienia Polexitu. Tego nie można po prostu wykluczyć na podstawie tych strasznych rzeczy, które PiS robi”.

Jak pisowcy manipulują, jak powołują się na autorytety, które później się wypierają jakichkolwiek związków z kłamcami, niech świadczy niecodzienny przypadek z ministrem środowiska Henrykiem Kowalczykiem, który chciał mieć w Państwowej Radzie Ochrony Przyrody autorytet, mianowicie prof. Zygmunta Jasińskiego z SGGW. Więc go powołał, choć profesor o tym nie wiedział, bo nie mógł, gdyż zmarł 16 miesięcy temu.

„PiS odebrał złodziejom miliony i dał je dzieciom” – billboardami z takim napisem PiS odpowiada na kampanię PO i Nowoczesnej. – PiS w kampanii wyborczej zasłania się dziećmi na billboardach, a miliony polskich podatników nazywa złodziejami. To haniebne – komentuje wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Politycy opozycji pytają też o aferę związaną z pieniędzmi PCK, które miały być przeznaczone na kampanię PiS-u i „dzieci polityków PiS zarabiające miliony w spółkach Skarbu Państwa”.

„Haniebny” billboard PiS

Koalicja Obywatelska prowadzi kampanię billboardową z czarno-białym wizerunkiem prezesa PiS. Oprócz zdjęcia Jarosława Kaczyńskiego zamieszczono na nich również hasło „PiS wziął miliony” i podtytuły, m.in. „a wszystko drożeje”, „i chce być bezkarny”, „a tanich mieszkań nie ma”. Takie billboardy po oficjalnym rozpoczęciu kampanii wyborczej zawisły na ulicach polskich miast.

PiS postanowił odpowiedzieć swoim billboardem, przedstawiającym twarz dziecka z napisem „PiS odebrał złodziejom miliony i dał je dzieciom”. – Od kiedy rządzimy od trzech lat, widzimy olbrzymi wpływ pieniędzy z odzyskanego VAT-u, uszczelnienie systemu podatkowego, wpływy do budżetu, a więc więcej pieniędzy dla Polaków, Polek, więcej pieniędzy w polskim budżecie – mówił na konferencji prasowej szef sztabu PiS Tomasz Poręba.

Wiceszef PO Tomasz Siemoniak nie ma wątpliwości, że taki billboard jest „haniebny”. – To, co jest haniebne w tej kampanii, to nazwanie milionów polskich podatników, uczciwie płacących podatki, z których pochodzi wszystko to, co jest finansowane przez budżet, złodziejami. To jest niedopuszczalne i pokazuje, w jaki sposób PiS myśli o obywatelach – komentuje polityk PO.

Poza tym przypomina, że PiS wprowadził 34 nowe podatki. – O tym niech mówi PiS, niech z tego się tłumaczy, a nie obraża uczciwych obywateli – dodaje Siemoniak.

„PiS boi się afery PCK”

Podczas konferencji prasowej polityków PO pojawił się billboard ze zdjęciem minister edukacji Anny Zalewskiej i jej współpracownika, który jest oskarżony w tzw. aferze PCK. Przypomnijmy, pierwsza o sprawie napisała „Gazeta Wyborcza”. Twierdzi, że z kasy dolnośląskiego oddziału PCK w 2015 roku wyprowadzono 1,2 mln zł, które pokryły część kampanii wyborczej partii Jarosława Kaczyńskiego.

7 tys. zł miała otrzymać na konto m.in. szefowa MEN Anna Zalewska. Podobne transakcje miały dotyczyć również innych polityków partii rządzącej. Prokuratura nie ujawnia informacji związanych ze sprawą, tłumacząc to „dobrem śledztwa”.

Politycy PO domagają się wyjaśnień. – Wiemy, że bliski współpracownik pani minister Zalewskiej, Jerzy G., przebywa w areszcie, jest związany z tą sprawą. PiS zabrał pieniądze biednym dzieciom, a teraz mają czelność zasłaniać się dziećmi na billboardach. Nie możemy pozwalać na taką manipulację – tłumaczy posłanka PO Joanna Augustynowska.

– Prokuratorem Generalnym jest kolega pani minister i może to jest okoliczność, która sprawia, że dziennikarze i parlamentarzyści pytający o szczegóły tej afery są odsyłani. Sprawa jest utajniana, wyciszana, a przecież właśnie w kampanii wyborczej powinniśmy się dowiedzieć, jakie grzechy na sumieniu mają politycy PiS. Z tego powinni się rozliczyć – dodaje rzecznik Platformy poseł Jan Grabiec.

Kto najbardziej skorzystał na rządach PiS?

– Najbardziej na rządach PiS-u skorzystały dzieci polityków PiS-u. Pan Poręba akurat o tym zapomniał – mówi poseł Marcin Kierwiński. I dodaje: – Mógł pokazać konkretne przykłady dzieci rodzin polityków PiS, którzy zarabiają gigantyczne pieniądze w spółkach Skarbu Państwa. Mógł pokazać tabuny Misiewiczów i Pisiewiczów, takich umownych dzieci PiS-u, które skorzystały na tym, że obsadzane są na intratnych posadach i dostają rządowe dotacje.

Poseł PO przypomina, że nierozliczone są nadal tzw. drugie pensje ministrów. A wręcz przeciwnie, „nie ma nawet żadnego słowa skruchy”.

– Mówiliśmy od początku, że to władza pazerna, która zabiera Polakom pieniądze, aby wkładać je do własnych kieszeni. Skok na publiczną kasę działaczy PiS-u widzimy każdego dnia – dodaje Kierwiński.

>>>

Pustota Kaczyńskiego jest programowa

Zwykły wpis

Dwa wywiady z Rafałem Matyją.

„Newsweek”.

Jakub Majmurek: Pana książka „Wyjście awaryjne” jest wielkim oskarżeniem PiS i PO – partii, których rywalizacja w ciągu ostatnich 13 lat zdemolowała Polską politykę. Dziś doszliśmy w tej demolce do ściany?

Rafał Matyja: Nie chcę powtarzać starego dowcipu o różnicy między pesymistą, a optymistą, ale tak jak optymista w tym żarcie uważam, że wciąż może być gorzej – zarówno za sprawą tych partii, jak i tego, co ewentualnie przyjdzie po nich. Dziś jesteśmy w miejscu, z którego jeszcze można zawrócić – jeśli będą ludzie, którym by na tym zależało.

PiS nie prowadzi nas do rządów autorytarnych?

Takie reakcje zaraz po przejęciu władzy przez PiS były moim zdaniem mocno na wyrost. Psuły język i utrudniały nazwanie realnego zagrożenia w przyszłości.

W książce pisze pan, że PiS tworzy państwo prerogatywne, które samo decyduje, jakie prawo go obowiązuje.

W niektórych przypadkach tak jest. Ale na razie – inaczej niż w PRL, gdzie państwo w zasadzie w ogóle nie było związane formalnie obowiązującym prawem – takie prerogatywne momenty to wyjątek w funkcjonowaniu państwa, nie reguła. PiS ograniczają np. niezależni sędziowie, odmawiający orzekania po linii partii, niezależne od nich samorządy, media.

Co jest największą patologią państwa PO-PiS?

Spór polityczny podgrzany do absurdalnej temperatury i dzielący całe społeczeństwo, mechanizmy doboru ludzi do administracji, oparte na więzach partyjnej lojalności i klientelizmu, wreszcie – dla mnie jest to kwestia kluczowa – przybieranie przez państwo coraz bardziej partyjnego charakteru. To widać obecnie w myśleniu o policji, sądach, armii. Nie pamiętam ministra obrony narodowej, który by publicznie źle mówił o generałach, tylko dlatego, że awanse dostali za poprzednich rządów. Nawet jeśli grał na osłabienie ich pozycji, to robił to po cichu, z fasadowym przynajmniej poszanowaniem dla apolityczności wojska.

Za ten stan rzeczy obarcza pan winą zarówno PiS, jak i PO. Czy PiS w ostatnich latach nie przekroczyło jednak kilku granic, które PO jednak szanowało?

PiS robi to, co PO, choć faktycznie – bardziej. PO wybrała sędziów Trybunału Konstytucyjnego niezgodnie z konstytucją, PiS zupełnie zdemolował Trybunał. PO korzystała z przychylności mediów publicznych, PiS zmienił je w narzędzie partyjnej propagandy. Mam świadomość różnicy skali i tego, że PiS naruszył pewne rzeczy, które do tej pory, niezależnie od partyjnej rywalizacji szanowano.

Dlaczego PiS dostał mandat dla tej polityki? Mimo upartyjniania państwa poparcie mu – do niedawna – nie spadało. Jedna teza mówi, że to rachunek za zaniedbania transformacji. Maciej Gdula z kolei twierdzi, że Kaczyński dał ludziom „dramat przejmowania państwa”, w który mogą się zaangażować. Jak Pan sądzi?

Zgodziłbym się raczej z tezą Gduli. Nie uważam jednak, że sondaże legitymizują to, co PiS robi np. z TK. To oczywiście pozwala PiS się bronić – „patrzcie, poparcie nam nie spada, ludzie akceptują naszą politykę” –ale nie oznacza legitymizacji wszystkich poczynań partii. Utrzymujące się poparcie dla PiS wynika raczej z tego, że wyborcy, którzy głosowali na nich w nadziei na rozwiązania socjalne – nie zawiedli się, wyborcy, którzy chcieli partii bliskiej Kościołowi – podobnie. Można by wymieniać wiele podobnych grup elektoratu.

Czemu PiS teraz zanotował tak wielki spadek w sondażu – aż o 12 punktów procentowych?

Sondażu nie można traktować jako trwałej tendencji, poczekajmy na więcej podobnych wyników. Ale w odpowiedzi na pytanie dlaczego PiS spada, wskazałbym na dwie kwestie: nagrody dla ministrów i aborcję. To zajmuje ulicę, o tym ludzie mówią, to ich porusza.

Jak pan tłumaczy to, że rośnie SLD?

To proste, chodzi o kwestie degradacji żołnierzy służących w PRL. To jest całkiem spory elektorat. W sprawie oceny takich postaci jak generał Jaruzelski opinia publiczna jest dużo bardziej podzielona, niżby to wynikać mogło z partyjnych sympatii. Wiele osób atak na Jaruzelskiego odbiera po prostu jako atak na własne biografie, czy na armię w ogóle. Także wśród wyborców PiS.

Wróćmy do książki. Stawia pan też tezę, że problem nie polega tylko na PO i PiS, ale także na tym, że po 1989 roku zaniedbaliśmy odpowiedź na dwa fundamentalne pytania: o państwo (czym jest, czemu ma służyć) i naród polityczny (kim jesteśmy, jako polityczna wspólnota). Jak dziś te odpowiedzi mogłyby wyglądać?

Zacznijmy od tej drugiej kwestii, jest łatwiejsza. Kluczowe jest dziś to, by jakiś silniejszy politycznie język wyparł ten, budujący wspólnotę na wykluczaniu z niej całych grup. Nie możemy godzić się na język, w którym można powiedzieć, że opozycja to Targowica, gdzie można ludziom, którzy w PRL byli w wojsku odmówić patriotyzmu, gdzie Ślązaków można nazwać „ukrytą opcją niemiecką”. Dziś naród utożsamiono z jego bardzo wąskim kulturowym kodem.

Jak to zmienić?

Kluczem jest polityka historyczna. Trzeba przepracować naszą wyobraźnię historyczną, skupioną na pokazywaniu narodu, jako wspólnoty bohatersko walczącej o własną niepodległość. Ta narracja nie dostrzegała innych wątków w polskiej historii. Na przykład migracji ze wsi do miast, co jest najbardziej powszechnym doświadczeniem Polaków. Czy zasiedlania Ziem Zachodnich. W naszej kulturze nie ma wielopokoleniowej, mieszczańskiej sagi, jak „Budenbrookowie”. Brak narracji pozwalających budować bardziej otwartą formułę narodu, w której – jak mówi konstytucja – faktycznie mieszczą się „wszyscy obywatele Rzeczpospolitej.

Odnosi się pan od książki Andrzeja Ledera „Prześniona rewolucja”. Według pana po „prześnionej rewolucji” 1939-56, mieliśmy drugą, tym razem świadomą rewolucję solidarności. „Solidarność” roku ’80 to nie jest znów romantyczny mit Polski walczącej o wolność z „komuną”?

Ja staram się uzupełnić i rozszerzyć tezy Ledera, nie piszę przeciw niemu. To, co najwyżej korekta. Z pewnością „Solidarność” może zostać zawłaszczona przez ten stary typ wyobraźni historycznej. Ale „Solidarność” lat ’80-’81 wcale nie jest taka antykomunistyczna. Rozmawia z władzą częściowo jej językiem. Uznaje prawomocność biografii ludzi, którzy byli w PZPR, co nie przeszkadzało im pełnić ważnych funkcji w „Solidarności”.

Wróćmy do pytania o państwo.

Tu problem i zaniedbania są większe. Po ’89 roku przejęliśmy instytucje PRL nie nadając im nowej melodii. Nigdy nie wypracowaliśmy doktryny państwowej III RP. Spójrzmy na Stany Zjednoczone: niezależnie kto rządzi, znamy amerykańską doktrynę państwową. W Polsce nie ma niczego takiego. Potrzebujemy odpowiedzieć sobie na pytanie „czemu służy państwo”, stworzyć silny ośrodek projektujący politykę państwową – najpewniej zgodnie rozstrzygnięciami Konstytucji 1997 roku przy premierze. Taki ośrodek mógłby wciągnąć elity do pracy państwowej. Dziś państwo z nich nie korzysta, co też wcale nie zaczęło się za PiS. Już za PO elity z takich miejsc jak Akademia miały poczucie, że nie są państwu do niczego potrzebne.

Stawia też pan dość nieoczywistą tezę, że PiS jest partią słabego państwa. Zamiast wzmacniać państwo podporządkowuje je bowiem partii.

Tak, Jarosław Kaczyński powiedział kiedyś, że naiwni są ci, którzy wierzą w instytucje. Ważne są bowiem nie instytucje, a kadry. Ludzie, których przyprowadziło się ze sobą i można im ufać. PiS nie ma żadnych pomysłów na trwałą przebudowę instytucji – co najlepiej pokazuje to, co wyszło z ich manipulacji przy Trybunale Konstytucyjnym.

W przypadku państwa ważne jest też pytanie, komu ono służy? Np. czy zamożniejszym, czy uboższym. O tym trochę mało Pan pisze.

Może mnie pan demaskować klasowo, nie jestem oczywiście Maciejem Gdulą, mam inne spojrzenie i wrażliwość. Będę się jednak trochę bronił. W „Wyjściu awaryjnym” zwracam uwagę na kwestię słabszej niż centrum prowincji. Geografia bardzo różnicuje dziś w Polsce szanse życiowe. Co innego znaczy być prekariuszem w Warszawie, co innego w Wałbrzychu. To szkodzi państwu, sprawia, iż wykorzystuje ono tylko część swoich zasobów. Zaś same podziały klasowe nie są w Polsce aż tak politycznie znaczące, jak na przykład w Czechach. Nie wierzę w to, że polityka w Polsce będzie się rozgrywała wokół konfliktu klasowego, ekonomicznego. Zbyt wiele rzeczy zakrywa te podziały.

„PiS nie ma żadnych pomysłów na trwałą przebudowę instytucji – co najlepiej pokazuje to, co wyszło z ich manipulacji przy Trybunale Konstytucyjnym”.

Ważną częścią polskiej doktryny państwowej jest w pana narracji Europa. Polska musi w niej rozpoznać narzędzie realizacji własnej racji stanu. Dziś z tym jest ciężko?

Tak, politycy najczęściej mówią „Unia jest fajna bo daje nam pieniądze. Warto tam być, póki nie jesteśmy płatnikiem netto”. Oprócz tego mamy zupełnie anachroniczny język „twardej walki o polski interes” i naiwny euroentuzjazm parad Schumana. Chodzi tymczasem o to, by budować taką europejską konstrukcję, która będzie nas chronić. Powinniśmy mocno zainwestować w koncepcję Unii z Traktatu Lizbońskiego, opartą na podwójnym obywatelstwie: państw narodowych i europejskim. Unia nie jest narzędziem globalizmu w walce z polskim interesem narodowym, ale narzędziem dzięki któremu możemy chronić nasze interesy przed naciskami globalizacji.

Unii nie zagraża kryzys i procesy rozkładowe w jej łonie?

Kryzys jest wpisany w konstrukcję UE od samego początku Wspólnot Europejskich. Wielokrotnie w historii wydawało się, że to się za chwilę rozpadnie, ta groźba nigdy się nie spełniła. Groźba rozpadu Unii jest tym, co utrzymuje ją przy życiu , podobnie jak groźba konfliktu atomowego zapewniała pokój w okresie zimnej wojny.

W co PiS gra z Europą? Chce wyjścia z Unii?

PiS robi to, co Orbán: podporządkował politykę unijną krajowej. Wchodzi w spory zagranicą, by pokazać elektoratowi, że „broni polskich interesów”. Jest to jednak wyłącznie retoryka, nie polityka, za tym nie idzie żadne realne wzmocnienie Polski. Ta metoda doszła dziś do ściany i PiS chyba sam widzi, że to przynosi skutki, jakich chyba nie przewidział. PiS w kwestii europejskiej niepotrzebnie ryzykuje, chodzi po spróchniałym moście. Na razie belki trzeszczą, to się może zawalić, ale też wcale nie musi.

Nie ma w tym żadnego planu?

Nie. PiS nie ma żadnej własnej „doktryny europejskiej”. Z jednej strony Jarosław Gowin mówił w 2014 roku, że chce „wielkiej Polski w małej Europie”, z drugiej politycy prawicy oczekują, że Europa będzie mówić jednym głosem z Polską w sprawie Rosji czy Nord Stream 2. To jest wzajemnie sprzeczne. Albo ograniczona Europa albo wspólna dyplomacja w relacjach z zewnętrznymi partnerami. Kwestia tego, jak wykorzystać nasz udział w projekcie europejskim to największe zadanie dla młodego pokolenia.

Którego pana zdaniem nie ma w polskiej polityce.

No nie ma – polityka zdominowana jest przez pokolenie, które zostało ukształtowane przy Okrągłym Stole albo bardzo podobnie myślących ludzi. Odpowiada za to mechanizm doboru partyjnych kadr, gdzie promuje się osoby niesamodzielne, o mentalności asystentów – nie silne jednostki. Tymczasem realnie dzielimy się politycznie pokoleniowo. PiS ma największe poparcie wśród starszych. Pokolenie wyżu poparło PO. Grupa 18-24 szczególnie silne Kukiza i Korwina. Polityka to powinna odzwierciedlać. Na razie zauważył to Kukiz, oferując młodym antysystemowość. To jednak nic tak naprawdę nie znaczy i jest zupełną ślepą uliczką.

Jeśli pokolenie trzydziestolatków ma wejść do polityki, to potrzebuje swojej narracji, swojej „przygody”. Nie może być nią odsunięcie PO-PiS od władzy. Może być wykorzystanie Europy by długofalowo, strategicznie poprawić pozycję Polski w świecie.

Partia Razem ma trochę inną narrację, ale też nie mówi tylko o odsunięciu PO-PiS o władzy. Mówi: jesteśmy reprezentacją ludzi pracy najemnej, chcemy zmienić model polskiego kapitalizmu i państwa, tak, by faktycznie służyły większości, nie garstce. A jednak to nie porywa trzydziestolatków.

Bardzo mi się podobało, gdy Zandberg w słynnej debacie przedwyborczej powiedział, że Polacy potrzebują sprawnego państwa, zdolnego zapewnić usługi publiczne na wysokim poziomie. Razem ma jednak problem z dotarciem do własnego pokolenia. Coś zawodzi tu w sferze aksjologii, symboli, polityki historycznej. Może gdyby się odwoływali do tradycji „Solidarności”, a nie PPS z 1905 roku – czego zrozumienie wymaga przecież dużego stopnia wtajemniczenia w historię.

Dzięki czemu w takim razie w polityce będzie się mogła dokonać zmiana?

Prawdziwa zmiana musi przyjść spoza partyjnej polityki. Z obywatelskiego nacisku i samoorganizacji i ze zmiany politycznej wyobraźni. W kwestii doktryny państwowej, zerwania z centralizmem, naszego stosunku do Europy musi zadziałać podobna presja, jaka zadziałała w sprawie korupcji – gdzie obywatelski nacisk zmienił zasady gry i dziś wygląda to już zupełnie inaczej, niż w latach 90.

*Rafał Matyja (1967), politolog, publicysta, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania.

Crowdmedia.pl

Gdzie Jarosław Kaczyński może mieć poczucie zwycięstwa, a gdzie powinien się niepokoić? Nie tylko z powodu zachwiania w sondażach, niskiej jakości jego partyjnych kadr, ich łapczywości, czy czegoś jeszcze poważniejszego – braku wizji tego, co robić z władzą.

Najważniejsze zwycięstwo zrealizowane, którego już Kaczyńskiemu nikt nie zabierze, to zwycięstwo w planie symboliczno-politycznym. Wyznaczył nowy punkt odniesienia dla polskiej polityki. I to w taki sposób, żeby jego obóz miał polityczne paliwo na jakieś 10-15 lat, ustanowione przez zmianę, do które doszło w 2015 roku. Tylko rozpad może to zniszczyć. Natomiast instytucjonalizacja na poziomie państwa wymagałaby co najmniej drugiej kadencji. Na razie Kaczyński woli podtrzymywać swój obóz w stanie nieustannej niepewności. To nie prowadzi do zakorzenienia.

Ale właściwie co może się zakorzenić? I na czym polega zmiana 2015 roku? „Zamach w Smoleńsku” był instrumentalnym oszustwem, z którego teraz trzeba się jakoś wycofać. Zatem nie ma zamachu, są pomniki stawiane siłą i coraz mniej lubiane. Hasło uczciwszej i bardziej kompetentnej elity PiS-owskiej kończy się elitą mniej kompetentną, ale zarabiającą więcej w spółkach skarbu państwa i przyznającą sobie wyższe nagrody. Co zostanie po Jarosławie Kaczyńskim – Stanisław Piotrowicz i Mariusz Błaszczak? Katolicyzm polegający na walce z aborcją nie jest własną agendą Kaczyńskiego, podobnie jak Rydzyk, który na „dobrej zmianie” korzysta? „Żołnierze wyklęci” też nie są pomysłem Kaczyńskiego, choć zrozumiał, że można to wykorzystać przeciwko wszystkim tradycjom historycznym „elit III RP”, takim jak AK, opozycja demokratyczna czy pierwsza „Solidarność”.

On dokonał przełomu na tym płytszym poziomie symboliczno-politycznym, bo nie zmienił głębszego kulturowego poziomu, nie naruszył w miarę trwałych przekonań o tym co słuszne, a co nie. On raczej na tym surfuje, niż to zmienia. Ale na ten ważny symboliczny przełom dotyczy przede wszystkim konsolidacji obozu, na którego czele stoi Jarosław Kaczyński. Czyli partii, ale to jest od dawna coś więcej, niż partia, bo także instytucje i środowiska wokół niej. Zwycięstwo 2015 roku, droga jaką przebył Kaczyński, żeby do tego zwycięstwa dojść – to polityczna legenda, której nie da się tak łatwo utracić. Dla części wyborców i ludzi tego obozu pozostanie na długo punktem odniesienia, momentem triumfu. Także dlatego, że nie ma innej legendy. SLD rozproszyło wszystko, co mogłoby być legendą lewicy – szczególnie w czasach rządów Leszka Millera i wobec niezdolności tego obozu do zmiany sposobu istnienia i oddania władzy pokoleniu następców. Legenda PO wiązała się zbyt silnie z przywództwem Tuska, by móc ją dziś kontynuować. To może być kiedyś także problem PiS. Ale dziś zwycięstwo 2015 roku jest ważnym momentem konsolidującym ten obóz.

A może jeśli ktoś modernizuje Polskę to ma kłopoty z legendą, jest „imitacyjny”, „pozytywistyczny”, na sposób endecki czy liberalny? A jeśli ktoś stawia na sarmackie wierzgnięcie przeciwko modernizacji i „kolonializmowi Zachodu”, to z legendą nie ma problemu, tylko że legendy w Polsce są toksyczne, a praca modernizacyjna nie ma swojej legendy. Może to dobrze, że SLD Millera i Kwaśniewskiego porzuciło kłamstwo lewicowego populizmu – w rodzaju Partii Razem – na rzecz pragmatyzmu pchającego ich do NATO i UE? Mazowiecki zamiast zbudować legendę wykonał jakąś pracę, Balcerowicz podobnie. Oczywiście legenda modernizacji też ma w Polsce swoje fałsze, swoich oszustów, całe środowiska, które grabiły pod siebie w imię modernizacji. Ale jak to porównać do dzisiejszego Kaczyńskiego i Morawieckiego, to u nich „legendy” dużo, a pracy prawie nie ma.

Ta legenda, o której ja mówię, zdefiniowana została przez Jarosława Kaczyńskiego na poziomie walki legionu dobrych z siłami zła. To sprawia, że sprawa bardziej precyzyjnego kształtu państwa, które chce się budować, jest na dalszym planie. Radykalizm czy kolejność tych działań jest podporządkowywana dążeniu do pełni władzy czy walce o drugą kadencję. Na razie jest to logika walki, a nie stabilizacji, tego ciągłego „idziemy” po prawdę, po nową Polskę. Inny ważnym przełomem jest skuteczne ustanowienie w świadomości całego obozu Jarosława Kaczyńskiego wątpliwości, co do samej istoty państwa funkcjonującego przed 2015 rokiem. Czy to było „nasze, suwerenne, polskie państwo”? Dla obozu PiS historia naprawdę polskiego państwa rozpoczyna się dopiero w 2015 roku. III RP była formą przejściową, czymś w rodzaju „postPRL”, jakimś wielkim ustępstwem. A jeszcze Lech Kaczyński pytany o IV RP odpowiadał wyraźnie, że w jego życiu nie będzie ważniejszego momentu, niż rok 1989. Było jasne, że to jest ta data przełomowa. Dziś jest to relatywizowane.

Wiara w to, że polskie państwo rozpoczyna się wraz ze zwycięstwem mojego stronnictwa czy partii, a wraz z naszą przegraną się kończy, to jest surfowanie po najgorszej polskiej tradycji, nie widzę tu żadnego przełomu.

Dlatego uważam, że w głębszym wymiarze Kaczyński nie zmienia pewnych kulturowych postaw, ale nadaje im polityczny wymiar. Ten wymiar streszcza się w poglądzie, iż państwo zostało przejęte przez obóz, który pilnuje polskości wobec ludzi, których związki z Polską są wątpliwe.

Zatem Paweł Machcewicz jest niszczony przez CBA i swoich dawnych kolegów z historii UW, jako „niepolak”, zdrajca i złodziej, popełniający w dodatku „błąd uniwersalizmu”. Nadal stara polska tradycja: „ja i synowiec to Polska, a inni to zdrajcy”. Gdzie tu reforma państwa, nowe instytucje?

Takiej propozycji nie ma. I to nie jest zaniedbanie, ale świadoma postawa Kaczyńskiego. Treść tych rządów polega na tym, że jego obóz nie musi się liczyć z żadnymi regułami stosowności wypracowanymi w III RP, po roku 1989. Formalnymi i nieformalnymi. Jeżeli Jarosław Kaczyński powie, że któryś element prawa znaczy dla niego coś innego, albo go unieważni, to nie ma oporu. Dawniej byłoby inaczej. Do Mariana Krzaklewskiego przyszedłby Jerzy Buzek i powiedział: „no wiesz, Marian, ja tego nie mogę zrobić, różne rzeczy mogę, ale tego nie”. I opublikowałby orzeczenia TK. Tymczasem tutaj nie obowiązuje ani prawo, ani różne reguły nieformalne. Prezes Kaczyński ustanawia nowe reguły stosowności, narzuca je swemu otoczeniu i swojej partii, która korzysta z bezwzględnej większości głosów w Sejmie.

To jest jednak nihilizm. Nie wiadomo, czy osłaniający silniejszą formułę patriotyczną, skoro na zewnątrz świat się przed Kaczyńskim nie ugiął, a wewnątrz Kaczyński wygenerował ostrzejszy konflikt, niż w czasach Donalda Tuska. W porządku instytucjonalnym też nie ma pomysłu. Jest tak jak w latach 2006-2007 skakanie po instytucjach w poszukiwaniu „prawdziwej władzy”. Jedne instytucje przejmuje się personalnie, inne niszczy, a „władzy wciąż ni ma i ni ma” – jak szydził sobie z tej metody politycznej Ludwik Dorn.

PiS realizuje projekty względnie proste – co zresztą nie musi być w polityce zarzutem – obniżenie wieku emerytalnego i ograniczenie handlu w niedzielę, czy trochę bardziej skomplikowane 500 plus i uszczelnienie VAT-u. Te bardziej skomplikowane – jak sprawa sklepów wielkopowierzchniowych czy frankowiczów – są dla tej machiny za trudne. Zobaczymy jak pójdzie sprawa zmian w nauce i szkolnictwie wyższym robiona jak dotąd innymi metodami. Reszta nie jest nawet opowiedziana, są tylko sugestie, że zrobimy więcej, jak będzie druga kadencja i zniszczymy opór. Ale trzeba pamiętać, że dla wielu ludzi to 500 plus zweryfikowało pozytywnie hasło „walki z impossybilizmem”. Stworzyło wrażenie przekraczające to, co ta partia rzeczywiście w walce z impossyblizmem potrafiła zrobić. To bardzo ważne dla społecznego odbioru tej ekipy i jej poczucia siły. Podobnie destrukcja TK przez zwolenników Kaczyńskiego może być interpretowana jako „sprawczość”. Choć w wymiarze tworzenia instytucji nią nie było. Sposób przejęcia KRS jest niebywałą partyzantką. Nie udało się sfinalizować nawet prostej rzeczy jaką jest wzmocnienie centrum rządu, nawet w formie małej instytucji analitycznej zapowiedzianej przez Beatę Szydło ponad rok temu. Natomiast sukcesem Kaczyńskiego, wedle jego własnej definicji zwycięstwa, jest to, że udało mu się stworzyć partię, a nawet cały obóz, który w najtrudniejszych warunkach będzie mógł odgrywać polityczną, a nawet historyczną rolę i się nie rozpadnie. Bardzo wcześnie tak zdefiniował swój cel – zbudować obóz patriotyczny, który przetrwa wyborczą porażkę.

Jarosław Kaczyński ma wreszcie spółkę Telegraf rozmiarów całego państwa.

Jeśli gdzieś Kaczyński nie chciał iść drogą Orbana, to w tym, że nie chce budować oligarchów w swoim obozie. On się tego zupełnie słusznie boi, nie chce mieć Lajosa Simicski, który był skarbnikiem Fideszu, ale zbudował własne prywatne imperium i w końcu Orbana zaatakował.

Dziesiątki nowych PiS-owskich milionerów zarabiających w spółkach skarbu państwa czy na państwowych urzędach to faktycznie dla niego bezpieczniejsze, niż wykreowanie jakiegoś PiS-owskiego Solorza czy Kulczyka. Stąd etatyzm partyjny Kaczyńskiego, zamiast Orbanowskiego partyjnego liberalizmu. Ale jaką wartość mają ci partyjni milionerzy dla Polski, do czego można ich użyć?

Priorytetem każdego politycznego lidera jest siła i pozycja własnej formacji. Ludzie uczestniczący w polityce, żeby wzmocnić państwo, zmienić je głęboko instytucjonalnie, to raczej w dzisiejszej polityce europejskiej rzadkość.

Jarosław Kaczyński od początku chciał za takiego uchodzić.

W wydanym przed kilkoma tygodniami „Wyjściu awaryjnym” piszę sporo o zwątpieniu Jarosława Kaczyńskiego zarówno w demokrację, społeczeństwo, jak też w nowoczesne państwo. Dlatego on uznał, że siłą sprawczą musi być partia, ona musi być opiekunem społeczeństwa i państwa, napędzać je. Inaczej państwo nowoczesne się rozłazi, a społeczeństwo nie może stać się narodem. Silna i sprawcza partia jest dla niego warunkiem wszystkich innych działań. Partię stworzył, dał jej zwycięstwo i ma poczucie pełnej kontroli nad nią. PiS jest dzisiaj wyjątkowo spójne zewnętrzne. Nawet SLD Leszka Millera nie osiągnęło takiej spójności jak dzisiejszy PiS. Baronowie Sojuszu byli bardziej niezależni od lidera, poza tym Miller miał Kwaśniewskiego, a Andrzej Duda Aleksandrem Kwaśniewskim dla Jarosława Kaczyńskiego zdecydowanie nie jest.

Co dalej można zrobić mając taką partię?

Zamierzeniem, które dotąd się nie udało jest rozliczenie poprzedniej ekipy. To może być plan na najbliższe miesiące. Upokorzenie, ukaranie, odcięcie od społecznego zaplecza i możliwości politycznego działania ludzi, których – jak to usłyszeliśmy w lipcu ubiegłego roku – on uważa za morderców swojego brata. Kaczyński tak zdefiniował swoich przeciwników, może nawet całe elity III RP, nie sprowadzające się tylko do dzisiejszej Platformy. One mają ulec destrukcji, jakiejś – nie wiadomo jakiej. Bolesnej.

Jednak PO zachowało spójność. Wciąż nie ma też pełnego „ciągu technologicznego” pozwalającego wsadzić liderów opozycji do „aresztów wydobywczych”, nie mówiąc już o ich prawomocnym skazaniu.

„Ciąg technologiczny” o którym mówisz – od policji i służb, poprzez prokuraturę, skończywszy na sądach – miał być gotowy jak rozumiem w październiku ubiegłego roku, ale przez to, co wydarzyło się latem, przez weto prezydenckie, wciąż go jeszcze nie ma. Jednak upokorzenie elit III RP jest równie ważne, jak odebranie im czegoś w sensie materialnym albo wsadzenie do więzienia. Ludzie, którzy głosowali na Kaczyńskiego poczuli się silni dzięki temu, że on te elity upokarza. Co przy typie polskiego życia „ideowego” wielu ludziom wystarczy. „Nam nie musi być lepiej – wystarczy, że Oni są upokarzani”.

„Człowiek resentymentu” – jak to nazywał Fryderyk Nietzsche – cieszy się z upokarzania kogoś, kogo uważa za „elitę” i od kogo uzależnił własne poczucie wartości. Ale jednocześnie on się tego „zwierciadła elity” nie potrafi pozbyć, więc im bardziej „elitę” upokarza, tym bardziej czuje się sfrustrowany, bo ta „elita” wciąż go nie szanuje.

Upokarzanie elit jest raczej procedurą ciągłą, niż zaspokojeniem jednorazowym, jakimś nagłym zniszczeniem. I to jest dobry uzupełniający element socjotechniki „dobrej zmiany” – oprócz niechęci do obcych. To sprawia, że cały system sam się na razie napędza. Kaczyński ma w ten sposób nadzieję na uzyskanie drugiej kadencji. Wtedy – w tej logice – pewne zmiany można będzie pogłębić, a także społeczny oportunizm jeszcze wyraźniej przesunie się na korzyść jego formacji. Ale te hasła też powodują zaciąganie swego rodzaju długów: traci się elastyczność w polityce zagranicznej, nie można iść na kompromis z elitami, trzeba jakoś pilnować apetytów materialnych we własnej grupie.

Zatem po stronie zwycięstw Kaczyńskiego mamy dyspozycyjną partię i zdolność upokarzania elit, choć na razie bez rozbicia spójności opozycji. Ale jako warunek jakich dalszych działań? W imię jakiej doktryny – patriotycznej, państwowej?

Ja próbowałem uchwycić, czy po 2015 roku jest jakaś nowa myśl polityczna w PiS-ie. Nowe przesłanie jest tylko na poziomie propagandy, ale nie ma niczego nowego na poziomie reformy państwa czy zdefiniowania kluczowego politycznego konfliktu. Jarosław Kaczyński miał zawsze zwyczaj wygłaszania „właściwego” expose, także po oficjalnym expose premierów, których namaścił. Ważne było jego expose po Marcinkiewiczu, po Beacie Szydło – tymczasem po Morawieckim nie wygłosił żadnego. To jest słabość, być może pokazująca, że jego zdolność do definiowania tematów, frontów walki, nie jest niewyczerpana. Być może „czas Kaczyńskiego” – jak to nazwał Robert Krasowski – jako człowieka określającego, wokół jakich tematów toczy się polityka, który zaczął się w 2005 roku, skończy się niedługo. To zależy oczywiście także od zdolności opozycji, od innych sił społecznych.

Także od jego sukcesorów, od innej prawicy?

Nie sądzę. Formuła, którą Jarosław Kaczyński narzucił swemu obozowi jest obezwładniająca. „Tylko Kaczyński definiuje przesłanie, które dało nam zwycięstwo”. Ale przez to nie możemy reformować jego przesłania, jesteśmy przez niego obezwładnieni.

Stąd ostrożność – żeby nie powiedzieć gorzej – Ziobry, Gowina, Morawieckiego?

No – dwaj pierwsi tylko czekają na okazję. Ale wiedzą, że nie mogą sobie pozwolić na przedwczesną samodzielność. Pytanie czy mają coś nowego do powiedzenia. W 2014 pomysły Solidarnej Polski i Polski Razem były bardzo słabe. Także Morawiecki powiedział nam już wszystko, co miał ważnego do powiedzenia. A Kaczyński myśli raczej o reelekcji.

Kto na zwycięstwie Kaczyńskiego zyskał, poza PiS-em, na prawicy, w Kościele, w społeczeństwie?

Żeby korzystać na takich czasach, trzeba mieć instytucję, która umie to robić. Są oczywiście możliwe indywidualne sukcesy materialne. To, że ktoś się tak wzbogaci, że nigdy już nie będzie musiał pracować, ale instytucje są tutaj kluczowe. Na pewno beneficjentem jest cały konglomerat wokół Radia Maryja. Ta instytucja dokleiła się do „dobrej zmiany” w sensie materialno-strukturalnym, ale też – co jest bardzo ważne – wykorzystała ją do absolutnego wzmocnienia swojej pozycji w Kościele. O ile kiedyś było tak, że mamy Radio Maryja, ale mamy dominujący nad wszystkim episkopat. To były proporcje w Kościele i zjawiska nieporównywalne…

Często nawet oba te podmioty były w publicznym sporze, jeszcze prymas Józef Glemp krytykował o. Rydzyka bardzo ostro…

…dziś już tego nie ma. Zatem to jest beneficjent numer jeden. W jakimś stopniu instytucjonalnie, ale z elementami ryzyka, beneficjentem jest NSZZ „Solidarność”. Kierownictwo związku może się przed swoimi członkami legitymizować, że swoje najważniejsze postulaty – obniżenie wieku emerytalnego, wolne niedziele – w całości lub w istotnej części zrobili wraz z PiS-em. No i trzecim beneficjentem mogą być „media tożsamościowe” związane z PiS-em. Mówię „mogą”, bo zostały co prawda wzmocnione materialne, ale się skłóciły, straciły część swojej legendy mediów „niepokornych”, trochę ludzi poszło do instytucji oficjalnych. I tak naprawdę nie wiadomo, w jakim stanie by się odnalazły – silniejsze czy słabsze, niż przed rokiem 2015 – gdyby np. PiS straciło władzę w 2019 roku. Natomiast jeśli chodzi o ludzi zatrudnionych przez PiS na urzędach państwowych albo w spółkach skarbu państwa, to tutaj „benefit” zależny jest całkowicie od tego, czy Kaczyński będzie rządził przez drugą kadencję. Jeśli nie, to oni swoje stanowiska stracą. Ludzie mianowani przez SLD czy AWS mogli mieć w jakiejś części nadzieję, że nowe ekipy pozwolą im – choćby na gorszym stanowisku – zostać. Nawet ci mianowani w czasach pierwszych rządów PiS. Tusk zostawił początkowo nie tylko Mariusza Kamińskiego w CBA, ale także Witolda Waszczykowskiego w MSZ – a mówimy tutaj o najbardziej rozpoznawalnych osobach. Ci mianowani przez PiS teraz – nie zostaną na pewno. Po stronie opozycji pojawiła się grupa takich jej twardych zwolenników, którzy będą się domagać czystki, sprawdzać, czy nie zostawia się PiS-owców w spółkach, w instytucjach państwa.

Sam Jarosław Kaczyński chętnie mobilizuje swoich ludzi tym argumentem.

Ja to nazywam podniesioną stawką dla zwycięzcy.

Jaka jest sytuacja opozycji, czy dzisiaj można powiedzieć, że ma jakiekolwiek szanse na odebranie Kaczyńskiemu drugiej kadencji?

Dziś, mimo wahań sondażowych, Jarosław Kaczyński wciąż może uspokajać swoich ludzi, bo każde zliczenie słupków pokazuje, że po kolejnych wyborach mógłby rządzić sam albo z Kukizem. Natomiast wiosną czy też przedwiośniem tego roku skończył się okres powyborczy – definiowany przez wynik wyborów prezydenckich i parlamentarnych 2015 roku. Zaczął się okres przedwyborczy, czyli moment, w którym ludzie weryfikują swoje wybory. Mamy ukształtowaną – w perspektywie wyborów samorządowych grupę głównych graczy. Po stronie „antypisowskiej” ten moment startu jest korzystny dla Platformy Obywatelskiej. Po pierwsze jest najważniejszą siłą polityczną opozycji, nie straciła tej pozycji na rzecz Nowoczesnej, nie pojawiła się żadna inna znacząca inicjatywa. Po drugie PO nie gra o wszystko, tak jak PSL. Ludowcy, jeśli nie wejdą do sejmików, to będzie z nimi marnie. Natomiast Platforma walczy w wyborach samorządowych o zachowanie pozycji jedynej poważnej alternatywy dla PiS przed dalszymi wyborami.

Jakie są kryteria pozwalające powiedzieć, że po wyborach samorządowych PO utrzymało się na ringu, a Grzegorz Schetyna nie przegrał?

Utrzymanie władzy przynajmniej na poziomie ośmiu województw to będzie dobry wynik dla Platformy, zwłaszcza gdyby został wzmocniony zwycięstwem nad PiS-em w 10 dużych miastach. A obie rzeczy są możliwe nawet bez wielkich zmian preferencji wyborczych. To raczej kwestia mobilizacji, pójścia do urn mieszkańców dużych miast, z czym w 2014 roku były kłopoty. Ważne – choć raczej symbolicznie, niż politycznie – będą też wyniki obu partii w wyborach do sejmików w skali całej Polski. Jeśli wynik będzie w okolicy 48 dla PiS do 16 dla PO, oznacza to porażkę Platformy i daje pretekst do rozliczenia Schetyny. Jeśli, powiedzmy, coś zbliżonego do wyniku z 2015 nawet z górką dla PiS czyli 40 do 26 czy 30 lub jakikolwiek wynik lepszy dla PO, daje to Platformie dobre wyjście do całego wyborczego sezonu.

Nawet jeśli PiS będzie to propagandowo ogrywało jako swój miażdżący sukces?

Wybory samorządowe nie są decydujące, ale trzeba w nich jakoś wypaść. Jeśli PO „jakoś wypadnie”, wystartuje do sezonu wyborczego jako jedyna poważna alternatywa dla PiS, blokując także przestrzeń dla nowych inicjatyw politycznych. Jeśli jednak Platformie powinie się noga, następny ruch nie będzie już należał do niej. Natura kolejnych wyborów – do Parlamentu Europejskiego – jest taka, że słabość PO w wyborach samorządowych może wykorzystać inna partia, inny projekt. Poszukiwania „polskiego Macrona”, np. po stronie lewicy, staną się jeszcze bardziej intensywne. A przekroczyć 5 procent z jakąś nową listą w wyborach europejskich nie jest aż tak trudno. Dla PO i PSL wyniki sejmikowe będą zatem decydujące.

Rozmawiał Cezary Michalski

Rafał Matyja, publicysta, politolog, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. W latach 80. związany z Ruchem Młodej Polski. W latach 1992-1993 był Sekretarzem Biura Programowego Rządu przy premier Hannie Suchockiej, współpracował też przy realizacji reformy administracji publicznej w okresie rządu Jerzego Buzka. Autor hasła „IV Rzeczpospolita” stworzonego przez niego w początkowym okresie rządów AWS, które w jego intencjach oznaczać miało konieczność reformy i wzmocnienia państwa. Ostatnio wydał książkę „Wyjście awaryjne” (Wydawnictwo Karakter, 2018).

PiS potrafi zadbać o swoich

Zwykły wpis

Dlaczego Morawiecki ukrywa majątek?

„On myśli, że osiąga lepszą umowę z Brukselą. Rozpoczął retorykę oraz ruch polityczny, który ostatecznie może być poza kontrolą” – powiedział o Jarosławie Kaczyńskim były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Spotkał się ze studentami brytyjskiego Uniwersytetu w Greenwich.

Sikorski został zapytany o obecną postawę polskich władz wobec UE. – „Obawiam się, że on [Kaczyński – przyp. red.] może popełnić ten sam błąd, co brytyjscy eurosceptycy. Może doprowadzić do Polexitu, nawet go nie planując” – odparł były szef MSZ. Dziennikarze „Sunday Express” (cytowani przez portal wp.pl) piszą, że to prezes PiS odegrał decydującą rolę w podgrzewaniu eurosceptycznych nastrojów.

Na pytanie, czy inne kraje też mogą pójść śladem Wielkiej Brytanii i opuścić Unię Europejską, Sikorski odparł: – „Oczywiście. Widzimy wynik wyborów we Włoszech, a w Niemczech coraz większe poparcie zdobywa antyunijna partia”.

Kazimierz Ujazdowski, przez lata związany z PiS, europoseł z ramienia tej partii, oddał legitymację 3 stycznia 2017 roku, bo nie chciał podpisać się pod tym, co jego koledzy partyjni robią z Polską. Był jednym z niewielu, którzy ostro skrytykowali postawę rządu wobec reelekcji Donalda Tuska na stanowisko szefa Rady Europejskiej.  W najnowszym wydaniu Newsweeka rozmawia z nim Aleksandra Pawlicka.

Europoseł nie kryje swego niezadowolenia z poczynań swojej byłej partii. Według niego, cała strategia władzy opracowana jest tylko na czas przywództwa Jarosława Kaczyńskiego, więc „co za tym idzie, obecny rząd to władza monopolistyczna, nieefektywna i tworząca państwo tymczasowe”.  Mało tego, PiS stoi w wyraźnej opozycji do konserwatywnych nurtów centroprawicy. Opiera się na sprzecznościach, które pokazują „pogardę dla instytucji, braku szacunku dla prawa, zawłaszczenie państwa, na ideologii dzielącej wspólnotę” stąd to „okopanie się, izolacja i strach przed wyimaginowanym wrogiem”.

Ujazdowski w ostrych słowach mówi o braku kultury państwowej, wyniszczaniu pamięci, zaczynaniu wszystkiego od nowa, niechęci do wykorzystania tego, co było dobre. Jednak nie kryje, że wciąż jeszcze wierzy, iż uda się wyjść z tej sytuacji, że naród dostrzeże całe zło i w kolejnych wyborach odbierze władzę politykom PiS.

Miejmy nadzieję, że Kazimierz Ujazdowski jest dobrym prorokiem i jest dla nas jeszcze jakieś światełko w tunelu.

Wszyscy świetnie wiemy, że PiS „swoim” nie da zrobić krzywdy. Mogli być w PZPR, mogli wydawać wyroki w stanie wojennym na członków opozycji, to nieważne. Ważne, że kto z PiS-em ten nie do ruszenia, ten pod dobrą opieką, ten wygrany.

Teraz właśnie za wierność i oddanie został nagrodzony wiceprezes PKO BP Maks Kraczkowski (39 l).  Związany z PiS-em od 2001 roku, robi błyskawiczną karierę polityczną. Sekretarz Rady Politycznej, warszawski radny, szef młodzieżówki PiS, lider listy PiS w Pile i przez 11 lat w ławach poselskich. Za wierną służbę i ciężką pracę został nagrodzony w połowie 2016 roku intratną posadą w PKO BP. Myślę, że nikomu by to nie przeszkadzało, gdyby nie małe „ale”…

Swojemu wiceprezesowi PKO BP zafundował kurs „Transforming Proven Leaders into Global Executives” czyli jak przekształcić sprawdzonego lidera w globalnego wykonawcę. Organizatorem kursu jest Harvard Business School, jedna z najstarszych i najbardziej prestiżowych uczelni Ameryki Północnej. Jego koszt to 272 tys. dolarów. 272 tysiące dolarów!!! Pan wiceprezes zarabia ponad 100 tys. zł miesięcznie i naprawdę nie może opłacić tego szkolenia z własnej kieszeni?

Gdy dziennikarze Faktu zapytali o finansowanie tego właśnie kursu, Departament Komunikacji Korporacyjnej banku odpowiedział, że „PKO Bank Polski zapewnia pracownikom dostęp do różnorodnych szkoleń podnoszących ich kwalifikacje zawodowe”.  W ubiegłym roku ze szkoleń różnego typu skorzystało 58 tysięcy pracowników.

Dbałość o rozwój zawodowy to rzecz chwalebna, jednak w przypadku pana Kraczkowskiego to wygląda nieco inaczej. Z pieniędzy swoich klientów bank finansuje kurs człowiekowi z partyjnego nadania, którego już za chwilę może nie być. Wiadomo, że ludzie z politycznych nominacji tracą swoje stanowiska w spółkach Skarbu Państwa, gdy tylko władzę przejmuje inna partia. 

Beata Szydło bardzo ceni pana Kraczkowskiego. Mówi o nim, że „jest bardzo dobrze przygotowany do pracy w instytucjach finansowych. Miałam zaszczyt z nim współpracować od 2005 r., w sejmowej komisji gospodarki i zawsze bardzo się interesował sprawami finansowym”. Teraz więc pan Kraczkowski, na koszt klientów banku, dokształci się, by potem, gdy straci swoje stanowisko w PKO BP, nie mieć problemów ze znalezieniem nowej, równie świetnie płatnej, pracy.

Jak widać, wierność PiS-owi bardzo, bardzo popłaca.

Kiedyś przejęli majątek państwowy w niejasnych okolicznościach, dziś chcą sprzedać grunt w Warszawie tak aby nie zapłacić podatków w Polsce‼️‼️‼️Kolejny dowód na „uczciwość” środowiska PiS

– Mnie istotnie zaskoczyło nagłe pojawienie się ustawy, a potem tempo prac nad nią – stwierdził Andrzej Duda w obszernym wywiadzie, którego udzielił „Dziennikowi Gazecie Prawnej”. Konflikt wokół ustawy o IPN zajmuje dużą część rozmowy. Duda najpierw zapewnia, że jego zastrzeżenia dotyczą tylko „sposobu procedowania”, nie zaś treści ustawy (Duda uważa, że trzeba karać za „pomówienie Polski”). Przekonuje też, że w stosunkach Polska – USA nie ma mowy o kryzysie.

PiS nieprofesjonalny?

W dalszej części wywiadu, dopytywany, mówi dobitniej, a jego słowa mogą nawet zaskoczyć czytelników w kontekście tego, że prezydent przecież uchwałę o IPN podpisał.

Źle się stało, że ta ustawa została przyjęta w takim właśnie momencie i w takiej formie. W przeddzień Dnia Pamięci o Ofiarach Holocaustu, ale i w czasie kampanii wyborczej w Izraelu. (…) Chcąc prowadzić sprawy kraju w sposób profesjonalny, trzeba te czynniki uwzględniać – ocenił Andrzej Duda.

Dalej dziennikarz „DGP” przywołuje hipotezę, że PiS chciał ustawą o IPN przyćmić reportaż TVN o „polskich nazistach”. – Gdyby tak było, wskazywałoby to na skrajną nieodpowiedzialność, żeby nie powiedzieć głupotę – odparł Duda i zaraz zastrzegł, że „nie ma żadnych danych, żeby tak twierdzić”.

Polskie władze gaszą pożar krwią. „Dobrej zmianie” grozi utrata przytomności >>>

Andrzej Duda ocenia słowa premiera

Premierowi Mateuszowi Morawieckiemu obrywa się delikatnie za wypowiedź w Monachium. Przypomnijmy: premier wywołał burzę słowami o „żydowskich sprawcach”. – Byli polscy sprawcy, tak samo, jak byli sprawcy żydowscy, rosyjscy i ukraińscy – odpowiedział dziennikarzowi, który zapytał, czy zgodnie z nową ustawą o IPN będzie ukarany za mówienie o tym, że Polacy wydali jego rodzinę gestapo.

– Jestem pewien, że premier nie miał intencji urażenia czyjejkolwiek wrażliwości. Dlatego jego wypowiedź oceniam jako niezręczną – powiedział Andrzej Duda. I dodał, że w tej trudnej materii trzeba „ważyć słowa i oceny”.

Podsumowując swoją kadencję Andrzej Duda stwierdził, że nie doznał żadnej porażki i uważa się za „prezydenta skutecznego”.

„Przecież ona jest idiotyczna”. Romaszewska krytykuje ustawę, którą podpisał prezydent Duda >>>

Prezes PiS Jarosław Kaczyński w czasie sobotniej miesięcznicy smoleńskiej w Warszawie, odnosząc się do prac podkomisji, która wyjaśnia okoliczności tragedii pod Smoleńskiej, powiedział, że „poznamy, co udało się zrobić podkomisji, a czego przed eksperymentami przeprowadzonymi na jednej z uczelni amerykańskich ustalić się nie udało”. Dodał, że z pewnością nie było prawdą to, co ustaliły komisja Anodiny (szefowa rosyjskiej komisji MAK) i komisja Millera.

Ale jak wynika z naszych informacji, dla centrali PiS przy Nowogrodzkiej informacje przekazywane przez Antoniego Macierewicza, który stoi na czele tej podkomisji, nie mają już dużego znaczenia. Lider partii nisko ocenia wiarygodność byłego ministra i efektów jego pracy. Nasi informatorzy podkreślają, że ogromna skala zmian w Ministerstwie Obrony Narodowej pokazuje, jaka jest teraz realna pozycja Macierewicza w obozie władzy. Dlatego już kilka miesięcy temu prezes Kaczyński zaczął obniżać oczekiwania związane z raportem byłego szefa MON.

Przedstawiciele podkomisji smoleńskiej nie odpowiedzieli nam na pytanie, czy w kwietniu zostanie przedstawiony całościowy czy tylko cząstkowy raport z jej prac. Jednak kilka dni temu portal wpolityce.pl napisał, że takiego raportu nie będzie; zostanie zaprezentowany jedynie film – prezentacja multimedialna podsumowująca dotychczasowe ustalenia podkomisji. To wywołało konsternację zarówno w PiS, jak i w ministerstwie. „Nie mamy wpływu na to, co powie podkomisja” – usłyszeliśmy w resorcie obrony.

Antoni Macierewicz błyskawicznie zaprzeczył tym doniesieniom. Już w lutym bowiem zapowiadał, że raport, którego publikacja ma nastąpić w okolicach 10 kwietnia, będzie miał ok. 100 stron i liczne załączniki, „będzie sprawozdawał ówczesny stan rzeczy”. – Nie mówię, że to będzie raport końcowy i ostateczny – zaznaczył jednocześnie.

Znajdzie się w nim m.in. opis samolotu, lotu, przyrządów oraz informacja o rejestratorze lotu K3-63, który, jak stwierdził Macierewicz w Telewizji Republika, jest jednym z „najważniejszych materialnych dowodów” ukrytych przez Rosjan.

Z komunikatów podkomisji wynika, że lansowana będzie teza, iż „samolot został rozerwany eksplozjami w kadłubie, centropłacie i skrzydłach, a destrukcja lewego skrzydła rozpoczęła się jeszcze przed przelotem nad brzozą”.

Zapytaliśmy Prokuraturę Krajową, która również zajmuje się wyjaśnianiem okoliczności tej tragedii, czy materiały dotyczące wybuchu podkomisja przekazała śledczym. Na to pytanie nie otrzymaliśmy w piątek odpowiedzi.

Zdaniem dr. inż. Macieja Laska, byłego przewodniczącego Komisji Badania Wypadków Lotniczych, Macierewicz myli pojęcia, mówiąc, że jego podkomisja przedstawi raport techniczny, co sugeruje, że potem będzie kolejny. – W rzeczywistości raport techniczny to wynik pracy każdej komisji badającej wypadki lotnicze, w którym zawarte są przyczyny wypadku i zalecenia profilaktyczne. Nie wskazuje on winnych katastrofy i nie ma znaczenia z punktu widzenia prawa karnego – tłumaczy ekspert. – Taki raport stworzyła już komisja Millera – dodaje.

To wszystko oznacza, że zespół Macierewicza w dużym stopniu dubluje prace poprzedników. – To, że ogłoszenie raportu końcowego odsuwane jest w czasie, świadczy, że podkomisja nie zrobiła nic – stwierdza dr Lasek. Jego zdaniem członkowie tego zespołu zajmują się głównie analizą zdjęć, a twierdzenie Macierewicza, że odnalazł na fotografii fragment rejestratora K3-63, o niczym nie świadczy. – Urządzenie to rejestruje tylko – rysikiem na taśmie pokrytej emulsją – wysokość, prędkość i przyspieszenie. To bardzo nieprecyzyjne urządzenie z lat 60. – zaznacza dr Lasek. Wszystkie te parametry i wiele innych, niezbędnych z punktu widzenia wyjaśnienia przyczyn katastrofy, zapisane zostały z dużo większą dokładnością w czarnych skrzynkach, w tym w polskim cyfrowym rejestratorze ATM-QAR.

– Z kolei skan modelu samolotu w 3D będzie służył do tego, aby w komputerowym modelu umieszczać w różnych miejscach kolejne materiały wybuchowe i obserwować rozpad szczątków – czyli będą dopasowywać liczbę i miejsca wybuchów do zakładanej przez nich tezy. Chodzi o to, aby za wszelką cenę próbować udowodnić tezę o zamachu i podłożeniu materiału wybuchowego – dodaje Lasek.

Jego zdaniem przedłużanie prac podkomisji w nieskończoność działa na szkodę śledztwa i powoduje, że Rosjanie szybko nie oddadzą nam wraku samolotu, a prezentowane przez podkomisję tezy uderzają w wizerunek Polski.

Za: rp.pl