Tusk i Szydło o niehonorowej konsul

Szczyt unijny dotyczący wytycznych w sprawie Brexitu zakończył się sukcesem. 27 państw członkowskich jednomyślnie dało mandat instytucjom unijnymym do negocjowania ze stroną brytyjską o jak najlepsze warunki rozstania.

Nawet nasza pani premier z logoreą była zadowolona, że stanęła po stronie większości i osiągnęła wynik 27:0.

Ale i tam dopadło nas polactwo. Donald Tusk wypowiedział się na temat konsul „honorowej” w USA (Acron, Ohio) Marii Szonert-Biniendy, która to metodą voodoo wbijała szpilki w wizerunek Tuska, przedstawiając go na Facebooku w fotomontażu w mundurze SS.

Owe voodoo nie jest jednak bezdomne, bo wyznawcą tej formy terapeutycznej jest prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Tusk o pani niehonorowej Szonert-Biniendzie był powiedzieć: „Mogę z przykrością stwierdzić, że do tej pory prokuratura nie wykazywała gorliwości, żeby ścigać z urzędu te ewidentne wykroczenia czy przestępstwa, dlatego tym razem postanowiliśmy tak, bo to za moją zgodą, skłonić jednak prokuraturę do działania. To skandal, który będzie kosztował niestety także Polskę, bo to przecież nie urzędnik, ale jednak konsul honorowy i to fatalnie wpływa Polski – i w Stanach Zjednoczonych i tu, w Europie. Tak szczerze powiedziawszy to w głowie mi się nie mieści, że ktoś taki może być konsulem i to jeszcze ten przymiotnik „honorowym” .

Pełnocmocnik Tuska adwokat Roman Giertych zapowiedział, iż do prokuratury złożony zostanie wniosek o ściganie z urzędu konsul „honorowej” Szonert-Biniendy.

A wszystkim wiadomo, jak skutecznym jest adwokatem Giertych. Na miejscu Zbigniewa Ziobry wypytałbym o koligacje rodzinne, czy aby ta pani niehonorowa nie jest związana z nim więzami krwi, bo więzami mentalnymi – na pewno.

Nawet Szydło otworzyła usta i wyszły z nich słowa: „Oczekuję w tej chwili szybkiej decyzji ministra spraw zagranicznych”.

Ale Waszczykowski nazwany ministrem był się wypowiedzieć, że Szonert-Binienda wypowiadała się na Facebooku prywatnie, bo ona państwowo tak nie sądzi (można mniemać wg logiki dyplomatołka Waszczykowskiego).

Cokolwiek politycy PiS by nie zrobili, zawsze wychodzi im groteska. O ich niechlujstwie intelektualonym i moralnym pisać się nie chce. Ile można pisać o „beleco”?

Były ambasador w USA Ryszard Schnepf pisze, jak to drzewiej z panią niehonorową bywało.

Więcej >>>

Macron pogoni Kaczyńskiego?

28.04.2017
piątek

Za parę dni Emmanuel Macron zostanie prezydentem Francji. Młody, dynamiczny, z bezwzględną konsekwencją zmierzający do obranego celu. Gdy coś zapowie, pewnie to zrobi. A co zapowiedział w sprawie Polski, to wszyscy słyszeliśmy. W ciągu trzech miesięcy zamierza doprowadzić do nałożenia na Polskę sankcji za nieuczciwe metody przyciągania inwestycji oraz łamanie „wszystkich zasad Unii”. Groźba została sformułowana z naciskiem, w formie obietnicy („biorę za to odpowiedzialność”) i skierowana jednocześnie do Polski i Węgier. Nie ma tu już ultimatum, nie ma trybu warunkowego. Przyszedł czas kary.

Zaszczekał groźny pies. Młody, zapalczywy, chętny, żeby kogoś ugryźć. Łydka zdziwaczałego dyktatora na krańcach Europy (dla Francuzów Polska „c`est loin – to daleko”) nadaje się do tego doskonale. Powagi zapowiedzi Macrona dodaje umieszczenie jej w kontekście socjalnym. Chodziło o przeniesienie zakładów Whirpool z Francji do Polski, która zaoferowała dumpingowe warunki podatkowe i socjalne, pozwalające obniżyć koszty produkcji. Ten socjalny kontekst pozwala wzbudzić pragnienie ukarania Polski w szerokich kręgach opinii społecznej, dając silną legitymację rządowi francuskiemu do działań w tym kierunku.

Mówiąc o sankcjach, Macron ma zapewne na myśli obcinanie dotacji w tych częściach, które podlegają bieżącemu zatwierdzaniu w ramach perspektywy budżetowej. Nie byłyby to działania w pełni formalne, ale skuteczne. Mogą one pozbawić Polskę nawet kilku miliardów euro do 2020 roku, nie mówiąc już o tym, że następnych pieniędzy prawie nie będzie. Być może Macron podejmie też próbę odebrania Polsce głosu w Radzie Europejskiej. Europa musiałaby znowu wygrać z Polską 27:1, ale jak już wiemy, nie jest to niemożliwe.

Zobaczymy, jak to będzie w szczegółach, ale w każdym razie żarty się skończyły. Jeśli do tego jesienią kanclerzem Niemiec zostanie Martin Schultz, co jest dziś wysoce prawdopodobne, to będzie już po nas, to znaczy po Polsce pisowskiej w Unii Europejskiej. Schultz nie ma najmniejszej ochoty dalej tolerować hucpiarstwa, egoizmu i autorytaryzmu rządu w Warszawie. W tandemie z Marcronem mogą doprowadzić nas na skraj wykluczenia z Unii. I pewnie tak właśnie się stanie. Nie na długo – do wyborów w 2019 roku, kiedy to pewnie Kaczyński straci władzę, ale proces „reakcesji” będzie bolesny i rozciągnie się na wiele lat. Nie będzie żadnego „Polacy, nic się nie stało!”. Zawód i rozczarowanie z powodu rozszerzenia Unii na wschód są już zjawiskiem nieodwracalnym. Przeciętny mieszkaniec Europy uważa nas za pazernych niewdzięczników, pozbawionych szacunku dla wartości politycznych, które zjednoczyły Europę zachodnią. Cóż, nasze wybory polityczne zdają się to potwierdzać. A wdzięczności za te miliardy faktycznie jakoś nie sposób zauważyć. Wszak się należy, czyż nie?

Kaczyński dąży do uwolnienia się z unijnych więzów i sytuacja, w której jesteśmy w Unii tylko jedną nogą, z pewnością mu się podoba. Byleby tylko płynęły pieniądze, a ludzie mogli nadal pracować za granicą. Tak dobrze jednak nie będzie. W ślad za izolacją pójdą nadzwyczajne regulacje, które tę izolację przypieczętują. Nie będą one dotyczyć samej tylko Polski i Węgier, lecz zapewne krajów spoza strefy euro. Nie będzie już tak łatwo z tą pracą i działalnością gospodarczą na Zachodzie. Kto wie, czy pod byle pretekstem nie powróci granica na Odrze. W każdym razie sielanka skończyła się nieodwołalnie.

Oczywiście Kaczyński i jego propagandyści będą się starali wykorzystać reakcje Zachodu na demontaż demokracji w Polsce do pobudzenia nastrojów antyeuropejskich. W gomułkowskiej retoryce tego reżimu i jego wyborców jest jeszcze sporo miejsca na „zgniły Zachód”. Jednakże ogromna większość Polaków zareaguje autentycznym niepokojem na utratę więzi z zachodnią Europą. Korzyści z „bycia na Zachodzie” odnoszą wszyscy, także ci biedni i niewykształceni, do których adresowana jest nacjonalistyczna i ksenofobiczna narracja PiS. Gdy przyjedzie co do czego, odwrócą się od Kaczyńskiego i jego ludzi. Za 500 zł można zrezygnować z demokracji, ale nie z możliwości swobodnego jeżdżenia na Zachód i zarabiania tam.

Co więcej, gdy zacznie się czas kary, zapowiadany przez Macrona, jedynym człowiekiem, który może wpłynąć na złagodzenie wyroku na Polskę, będzie Donald Tusk. Ludzie Kaczyńskiego nic już w Europie nie znaczą i nikt nie będzie ich słuchał. Tylko Tusk może coś zrobić. I oczywiście zrobi, wzmacniając tym swoją pozycję męża stanu, powracającego do Polski, by stoczyć ostatni bój z Kaczyńskim i zrobić w kraju porządek. Sądzę, że Macron właśnie uruchomił scenariusz, który wprawdzie jest bardzo dotkliwy dla nas wszystkich, to jednakże nieodparcie destrukcyjny dla reżimu Jarosława Kaczyńskiego.

hartman.blog.polityka.pl

Media: Unia huknęła, Viktor Orban mięknie

Maciej Czarnecki, 29 kwietnia 2017premier Węgier Victor Orban

premier Węgier Victor Orban (Virginia Mayo (AP Photo/Virginia Mayo, file))

Po stanowczym oświadczeniu Europejskiej Partii Ludowej i wszczęciu przez Komisję Europejską procedury dyscyplinującej wobec Budapesztu premier Węgier spuszcza z tonu. Kanclerz Niemiec Andrea Merkel zastrzega jednak, że czeka na konkretne działania.

Węgierski premier zadeklarował w sobotę, że „ostudzi” antyeuropejską retorykę i będzie współpracował z europejskimi instytucjami w kontrowersyjnej kwestii Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego (CEU).

Po sobotnim spotkaniu Orbana z władzami Europejskiej Partii Ludowej, do której należy w europarlamencie m.in. rządzący na Węgrzech Fidesz, cytowany przez Reutersa rzecznik EPP Siegfried Muresan powiedział, że węgierski polityk zobowiązał się implementować zalecenia Komisji Europejskiej.

Sam Orban miał po tym spotkaniu potwierdzić grupce dziennikarzy, że będzie współpracował z Komisją. Wedle relacji „Wall Street Journal” swoją ostrą krytykę UE tłumaczył… bezpośredniością węgierskiego języka.

– Powiedziałem: „OK, rozumiem, że musimy wszystko ostudzić, i podzielam ten pogląd” – miał stwierdzić Orban.

Węgry pod pręgierzem

EPP wezwała Orbana na spotkanie, bo jak czytamy w oświadczeniu na stronie internetowej partii, jego „ciągłe ataki na Europę osiągnęły poziom, którego nie możemy tolerować”.

Komisja Europejska postanowiła zająć się sytuacją na Węgrzech po niedawnym przyjęciu przez ten kraj ustawy, która zdaniem krytyków jest skierowana przeciw CEU. Zgodnie ze znowelizowaną ustawą o szkolnictwie wyższym na Węgrzech będą mogły działać tylko te szkoły wyższe spoza UE, które dysponują międzypaństwową umową popierającą ich działalność. Innym warunkiem będzie posiadanie placówki edukacyjnej w kraju pochodzenia. Tymczasem założony 25 lat temu przez amerykańskiego finansistę George’a Sorosa CEU prowadzi działalność edukacyjną tylko w Budapeszcie.

KE uznała, że nowe prawo jest sprzeczne z fundamentalnymi zasadami unijnego rynku wewnętrznego w kwestiach swobody świadczenia usług i przedsiębiorczości. Uważa, że narusza ono także prawo do wolności akademickiej, edukacji i swobody działalności gospodarczej. Komisja daje władzom w Budapeszcie miesiąc na odpowiedź. Chce też wyjaśnień Węgier dotyczących prawa azylowego i projektu nowelizacji ustawy o organizacjach pozarządowych.

W środę, przemawiając w Parlamencie Europejskim, Orban nazwał zarzuty komisji „absurdalnymi”.

– Wiem, że władza, rozmiar i znaczenie Węgier jest mniejsze niż te spekulanta finansowego George’a Sorosa, który teraz nas atakuje – mówił.

Merkel: Liczą się czyny

W sobotę cytowany przez „Wall Street Journal” węgierski premier tłumaczył, że celem nowego prawa akademickiego nigdy nie było zamknięcie CEU. Zadeklarował, że zaangażuje się w negocjacje z uczelnią i dostarczy wszelkie niezbędne informacje Komisji Europejskiej.

– Jesteśmy na to całkowicie otwarci – powiedział Orban.

Kanclerz Niemiec Angela Merkel odpowiedziała na konferencji prasowej, że choć Orban obiecał przemyśleć swą politykę, „dla nas liczą się konkretne rezultaty i jestem pewna, że dla Komisji Europejskiej również”.

wyborcza.pl

Saryusz-Wolski przypomina o sobie

Saryusz-Wolski przypomina o sobie

Jacek Saryusz-Wolski dał się wykorzystać do „sukcesu” 1:27, który to przejdzie do historii „powstawania z kolan”, aby w wyniku tego heroicznego aktu uderzyć głową o powałę. Polska pisowska leży, Saryusz-Wolski zaliczył w związku z tym glebę.

Mogło się wydawać, że na tym skończy się jego „pięć minut”, poleży, pozipie – takim zipaniem była nawałnica wpisów na Twitterze pisanych językiem ezopowym. Ja na ten przykład dochodziłem do stanu, iż usłyszawszy nazwisko „Saryusz-Wolski”, pytałem: kto to?

A przecież ten „sukces” był niedawno i to nie ja skoczyłem na główkę. Saryusz-Wolski dochodzi do przytomności i zaczyna kombinować. Wszak musi przekuć „sukces” na sukces bez cudzysłowu. Toż to nie kiep. Rozglądnął się wokół siebie, sytuacja PiS jeszcze bardziej się pogorszyła. W takiej Francji po zwycięstwie Emmanuela Macrona dyplomacja Witolda Waszczykowskiego nie będzie miała czego szukać.

Kompromitacja na wszystkich możliwych frontach, nawet nie uratowałaby sytuacji Canossa na wzór dwóch krzyżackich mieczy i Bartosz Kownacki, który posypawszy głowę popiołem pojechałby do Paryża pod Łuk Triumfalny z dwoma widelcami.

Po wyborach prezydenckich we Francji, a już zwłaszcza po wyborach w Niemczech, służby dyplomatyczne muszą dostać nowego szefa. Niech Waszczykowski knoci na innych frontach. I jakaś szansa otwiera się przed Saryusz-Wolskim. Mała szansa, bo mała, gdyż jego związki z PiS są bardzo świeże, a takich „pan” Kaczyński nie lubi. Nie był Saryusz-Wolski odpowiednio długo hartowany upokorzeniami, wszak ulubioną formą dochodzenia do lojalności w partii prezesa.

W technologii metali istnieje forma największej twardości (lojalności), którą uzyskuje węglik spiekany. W języku kolokwialnym można ją porównać do tego, jak człowiek rozumny za wszelką cenę chce zostać bucem. Do tego trzeba nie lada samozaparcia, twardości. I tę przyspieszoną formę zapiekłości w sobie, stania się bucem wśród buców, można było zaobserwować w wypowiedzi Saryusz-Wolskiego w „Gościu Wiadomości” TVP Info.
Ta zapiekłość w sobie Saryusz-Wolskiego to: „Polska jest w UE traktowana jako „chłopiec dla bicia”, taką taktykę obrano wobec nas i Węgier”. Albo „Nikt wcześniej nie domagał się rozstrzygania o sprawach wewnętrznych na arenie międzynarodowej”. Nie ma to wiele wspólnego z prawdą, lecz w PiS nie o to chodzi.

Na miejscu prezesa pokiwałbym głową na wypowiedzi Saryusz-Wolskiego: „No, ładnie, prawie mówisz, jak ja”, ale to trzeba latami spiekać w sobie taką bucowatość. Popatrz, panie Jacku, na Beatę Szydło, popłakała się na szczycie unijnym, gdy Tuska wybrali, dostała kwiaty, uśmiechnęła się i mamy sukces.

Saryusz-Wolski ma niewiele czasu, aby prezesa do siebie przekonać. Takich wystąpień robienia z siebie buca musi zaliczyć bez liku, a szanse ciągle niewielkie. Ktoś jednak po Waszczykowskim musi objąć tę niewdzięczną funkcję, aby knocić wizerunek Polski na zewnątrz. Ławka jest jednak krótka.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Tak policjanci reagowali na groźby karalne ze strony nacjonalistów (relacja znajomej) 🙉

Tusk zabiera głos ws. „zdjęcia” w mundurze SS. I nie przebiera w słowach: W głowie się nie mieści

29.04.2017

Szef Rady Europejskiej Donald Tusk Andrzej Duda i podczas szczytu NATO w Warszawie© Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta Szef Rady Europejskiej Donald Tusk Andrzej Duda i podczas szczytu NATO w Warszawie

• Donald Tusk: „W głowie się nie mieści, że ktoś taki może być konsulem”
• Tak były premier skomentował fotomontaż w mundurze żołnierza SS
• Fotografię opublikowała konsul honorowa w Ohio Maria Szonert-Binienda

– Postanowiliśmy skłonić prokuraturę do działania. To skandal, który fatalnie wpływa na reputację Polski. W głowie się nie mieści, że ktoś taki może być konsulem, i to jeszcze honorowym – mówił Donald Tusk, odnosząc się do publikacji konsul honorowej RP w Ohio Marii Szonert-Biniendy. Kilka dni temu na Facebooku Szonert-Binienda zamieściła fotomontaż przedstawiający szefa Rady Europejskiej ubranego w mundur SS. Pełnomocnik Tuska Roman Giertych skierował wniosek do prokuratury o wszczęcie postępowania w sprawie zniewagi.

Jak na sprawę fotomontażu zareagowała premier Szydło?

Premier powiedziała na konferencji w Brukseli, że oczekuje szybkiej decyzji ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego w sprawie konsul honorowej RP Marii Szonert-Biniendy. W piątek Szonert-Binienda na Facebooku oświadczyła, że wstrzymuje się od internetowej aktywności. Kilka godzin później zamieściła kolejny wpis, że „w związku z zaistniałą sytuacją oddaje się do dyspozycji Ministra Spraw Zagranicznych”

 

msn.pl

SOBOTA, 29 KWIETNIA 2017

PDT o Szonert-Biniendzie: W głowie mi się nie mieści, że ktoś taki może być konsulem i to „honorowym”

17:16

PDT o Szonert-Biniendzie: W głowie mi się nie mieści, że ktoś taki może być konsulem i to „honorowym”

Mogę z przykrością stwierdzić, że do tej pory prokuratura nie wykazywała gorliwości, żeby ścigać z urzędu te ewidentne wykroczenia czy przestępstwa, dlatego tym razem postanowiliśmy tak, bo to za moją zgodą, skłonić jednak prokuraturę do działania. To skandal, który będzie kosztował niestety także Polskę, bo to przecież nie urzędnik, ale jednak konsul honorowy i to fatalnie wpływa Polski – i w Stanach Zjednoczonych i tu, w Europie. Tak szczerze powiedziawszy to w głowie mi się nie mieści, że ktoś taki może być konsulem i to jeszcze ten przymiotnik „honorowym” – stwierdził Donald Tusk w rozmowie z TVN24, pytany o prezydencki sondaż Kantar MB, pytany o sprawę Marii Szonert-Biniendy i jej wpisów w internecie.

17:10

PDT o sondażu prezydenckim: Przed nami jeszcze epoka. Ja tak daleko nie patrzę w przyszłość

Widziałam różne sondaże, ale przed nami epoka jeszcze przecież, nie? Znacie mnie, ja tak daleko nie patrzę w przyszłość. Zdarza się każdemu… [5 pkt. przewaga] – stwierdził Donald Tusk w rozmowie z TVN24, pytany o prezydencki sondaż Kantar MB.

17:02

Szydło o Szonert-Biniendzie: Oczekuję szybkiej decyzji szefa MSZ

Oczekuję w tej chwili szybkiej decyzji ministra spraw zagranicznych – stwierdziła premier Beata Szydło na briefingu po szczycie RE, pytana o sprawę Marii Szonert-Biniendy i jej wpisów w internecie.

16:58

Szydło o wytycznych ws Brexitu: Polska jest zadowolona, że UE potrafiła pokazać jedność, ale to dopiero początek drogi

Mogę potwierdzić, że tak, dzisiaj możemy być zadowoleni, Polska jest również zadowolona, że UE potrafiła pokazać jedność, polegającą na tym, że interesy wszystkich państw członkowskich zostały zagwarantowane w tych wytycznych negocjacyjnych, ale to dopiero początek drogi – stwierdziła premier Beata Szydło na briefingu po szczycie RE.

16:33

Szydło: Polska skutecznie wpisała swoje oczekiwania do wytycznych ws Brexitu

Polska skutecznie wpisała do wytycznych RE wszystkie swoje oczekiwania wobec negocjacji o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. Będziemy przyglądali się, jak wygląda przebiega realizacja tych wytycznych przez UE, którą w naszym imieniu rozpocznie negocjacje. Muszą być one skrupulatnie wpisane do mandatu negocjacyjnego, którego projekt będzie niebawem ogłoszony przez KE i przyjęty przez RE – stwierdziła premier Beata Szydło na briefingu po szczycie RE.

Jak stwierdziła, Brexit jest bezprecedensowym procesem, ale UE musi wyciągnąć z niego wnioski.

Premier podkreśliła, że chcemy dobrych relacji z Wielką Brytanią i tego, żeby przyszły relacje między UE a Wielką Brytanią były oparte na zasadzie partnerstwa i wzajemności.

Priorytetem dla Polski – jak dodała Szydło – są prawa obywateli i kwestie finansowe.

16:30

PDT: Wymagamy gwarancji dla naszych obywateli, którzy mieszkają w Wielkiej Brytanii

Przede wszystkim chcę podkreślić wyjątkową jedność wszystkich 27 liderów ws wytycznych do negocjacji ws Brexitu. Wytyczne te przyjęliśmy natychmiast po rozpoczęciu szczytu, co dobrze wróży na dalszą część negocjacji. Mamy więc wsparcie ze strony 27 państw UE, a także instytucji UE, co daje nam silny mandat do prowadzenia negocjacji – mówił przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk na konferencji po szczycie RE. Jak dodał:

„Zanim rozmowy na temat naszych relacji, musimy najpierw osiągnąć odpowiednie postępy, jeżeli chodzi o zagwarantowanie praw naszych obywateli i kwestie granic Irlandii Północnej. Na razie jest zbyt wcześnie, by spekulować kiedy będzie miało miejsce. należy jednak podkreślić, że przywódcy UE będą musieli ocenić, czy poczyniono odpowiednie postępy. Będzie to decyzja jednogłośna, 27 przywódców państw”

Muszę podkreślić, że wymagamy faktycznych gwarancji dla naszych obywateli, którzy mieszkają czy studiują w Wielkiej Brytanii i to samo odnosi się dla Brytyjczyków – stwierdził Tusk.

13:48

Szczyt UE przyjął jednomyślnie wytyczne ws Brexitu

– Donald Tusk: szczyt UE-27 przyjął jednomyślnie wytyczne ws. Brexitu

13:24

Szydło: Polska ma trzy cele na tym etapie negocjacji ws Brexitu

Polska na obecnym etapie negocjacji dot. Brexitu ma trzy cele: zagwarantowanie praw obywateli polskich w Wielkiej Brytanii, rozliczenie finansowe i zbudowanie partnerskich relacji z Londynem już po Brexiciestwierdziła premier Beata Szydło przed szczytem RE.

Pierwsza rzecz to zagwarantowanie praw polskich obywateli mieszkających w Wielkiej Brytanii, druga to kwestia rozliczeń finansowych i trzecia – zbudowanie możliwie najbliższych, partnerskich relacji z Wielką Brytanią, kiedy opuści ona już Unię Europejską. Mam nadzieję, że te postulaty, które będą zapisane i przyjęte w dokumencie, zostaną zrealizowane – mówiła premier.

Mówiąc o przyszłych relacjach i budowaniu UE opartej na jedności i solidarności musimy też wyciągnąć wnioski z tego, co wydarzyło się i spowodowało wyjście Wielkiej Brytanii z UE – dodała Szydło.

300polityka.pl

American Spring

 29.04.2017

Michał BONI

Poseł do Parlamentu Europejskiego. Były minister pracy i polityki socjalnej, sekretarz stanu odpowiedzialny m.in. za politykę rynku pracy, szef zespołu doradców strategicznych Prezesa Rady Ministrów, minister administracji i cyfryzacji.

WSZYSTKIE TEKSTY AUTORA

Nowy Jork — jak zawsze — ekscytuje i energetyzuje. Na politykę patrzy trochę z boku, z pewnego oddalenia – pisze Michał BONI

W wiosennym, pełnym świeżej, pachnącej zieleni i wilgotnego ciepła Waszyngtonie przy Dupont Circle znajduję zaciszną księgarnię — „Kramerbooks”. Dobre książki każdego rodzaju. W przedłużeniu księgarni jest „Afterwords Cafe”, gdzie siadam na szybki lunch, czytając ubiegłoroczną głośną książkę Branka Milanovicia o globalnych nierównościach. Widok przez okno jest cudownie waszyngtoński — zielone drzewa, małe domki, niezbyt szeroka ulica. Lokalność na skalę przyjemnego obcowania, jak w niedalekim Georgetown, nowojorskim Greenwich Village czy na Brooklynie, londyńskim Notting Hill, na warszawskiej Saskiej Kępie.

Trwa doroczne, wiosenne spotkanie IMF i Banku Światowego, pełne delegacji z różnych krajów, skupione na odpowiedzi na pytanie, jak uniknąć niebezpiecznego protekcjonizmu i tworzyć warunki dla rozwoju globalnej gospodarki, nie wpadając w pułapki globalizacji i korzystając z ożywienia gospodarczego, względnie stabilnego — jakiego od lat chyba nie było.

Nie ma łatwych odpowiedzi na trudne pytania.

Ale protekcjonizm, czyli tama dla swobody globalnego handlu w imię ochrony narodowych interesów gospodarczych jest najgorszą możliwą reakcją na problemy globalizacji. Nieskuteczną, bo nie zapobiega problemom, niszczy natomiast szanse rozwojowe.

Dzisiejsze ożywienie wynika z otwartości gospodarczej.

Bez otwarcia gospodarczego nie byłoby radykalnego zmniejszenia ubóstwa w Azji Południowo-Wschodniej — i wielu innych krajach w ciągu ostatnich 30 – 40 lat. Obecne łańcuchy wartości produkcji i sprzedaży mają międzynarodowy charakter i służy to konsumentom. Europa jest silnym beneficjentem otwartego handlu — kraje UE eksportują prawie 1/3 całej wartości światowego eksportu, dwa i pół razy więcej niż Chiny i trzy razy więcej niż USA.

Po co więc te zapowiedzi Trumpa: żeby zatrudniać tylko Amerykanów, żeby ograniczać dostęp do amerykańskiego rynku firmom zewnętrznym (wyborczy slogan o cłach zaporowych, szczególnie adresowanych do Chin, który jako głupi — umiera śmiercią naturalną), żeby kontrolować i limitować handel? To jakby wbrew amerykańskiemu duchowi przedsiębiorczości.

Kiedy w muzeach Smithsonian, w National Museum of American History, oglądam galerię poświęconą amerykańskiej przedsiębiorczości — jest to opowieść w trzech częściach. Najpierw o erze korporacji od 1870 do 1930 roku: wtedy kształtowała się amerykańska gospodarka, rewolucja przemysłowa dała koleje, transport, fabryki, elektryczność dzięki wynalazkom Edisona, a robotnikami zostawali migranci z Europy i z czasem wyzwalający się z pracy na plantacjach Afroamerykanie. Po kryzysie, w czasach New Dealu, duch amerykańskiej przedsiębiorczości skupia się nie tylko na produkcji, ale głównie na konsumentach (lata 1930 – 1970). To dla konsumentów — są nowe samochody, wynalazki potrzebne do lądowania człowieka na Księżycu, które szybko w nowych funkcjach wchodzą w życie codzienne, urządzenia domowe, kuchenne sprzęty i pomysły Julii Child, fantastycznie pokazane w tym muzeum. I wreszcie — trzecia opowieść to historia rozwoju gospodarczego w erze globalizacji: od 1970 roku do dzisiaj, ze szczególnym znaczeniem rozwoju innowacji, nowych technologii — od kosmicznych poczynając, na cyfrowych się zatrzymując. Jest cała ogromna galeria tego muzeum, pokazująca ekosystem innowacji, już w dobie internetu.

W muzeum mnóstwo młodzieży. Mają czapki z napisem „Trump” i „Make America Great Again”. Cieszą się i są dumni. Z ich punktu widzenia Ameryka jest „Great”. Trumpowskie „again” ma znaczenie dla części ich rodziców — z małych miast, ze środka kraju, dla klasy średniej, która utraciła swoje poczucie pewności. Jak wszędzie na świecie, klasa średnia — co opisuje Milanovic w „Global Inequality”. Tylko czy narzędzia, jakie Trump zapowiada, będą skutecznie działały? Czy protekcjonizm da poczucie pewności zwykłym ludziom? W słowach tak, w faktach — nie. I dlatego cała ta retoryka Trumpa jest objawem polityki postprawdy. Ma ostudzić, rozgrzać albo ogrzać słabnące emocje, ale nie rozwiązuje żadnego z problemów.

Problemem jest to, że nigdy, jak dotąd, amerykańscy naukowcy nie byli tak masowo zainteresowani Marszem dla Nauki (#marchforscience) — ale to efekt budżetowych cięć Trumpa na co najmniej 12 – 15 mld USD w nauce. Problemem jest to, że ograniczenia w przyjazdach innych nacji do USA (zapora migracyjna — od przepisów po mur z Meksykiem za 70 mld USD) raczej zahamują rozwój amerykańskich firm innowacyjnych, niż przysporzą miejsc pracy dla klasy średniej. Problemem jest to, że bałagan, jaki Trump wprowadza do systemu opieki zdrowotnej, niczego nie uzdrowi, ale zniszczy to, co już zaczęło sprawnie funkcjonować. Problemem jest to, że wielkie brawa, jakie dostał Trump za atak na oddziały Asada w Syrii, dawno przebrzmiały, i widać, jak puste było to zamierzenie. Podobnie z akcjami wobec Korei Północnej — gdzie ujawnia się absurdalny brak koordynacji w polityce prezydenta. I jeśli Korea Północna staje się dla Trumpa priorytetem — co jest naprawdę ważne — to oby przez przypadek, niechcący, nie wywołało to kolejnej wojny koreańskiej.

Prezydentura Trumpa staje się pomału prezydenturą ciągłej nieprzewidywalności oraz wyrazem słabości rządzenia mimo retoryki silnej władzy. Po prostu — Trump nie umie koordynować, nie jest w stanie zrozumieć tej funkcjonalności i tego obowiązku prezydentury.

Minęło 100 dni Trumpa, więc można go już oceniać. Eksperci nie zostawili suchej nitki na Trumpowskiej „studniówce”, ale przecież jest to prezydentura antyekspercka, bo i polityka Trumpa jest antyestablishmentowa. Chociaż w dniach „tej setki” niektórzy mówili, że dopiero 200 dni będzie miernikiem. Ale przecież właśnie Donald Trump ogłosił na Twitterze, że za kilka dni przedstawi reformę podatkową. Jaki był efekt — kartka papieru o podatkach: bez wyliczeń, bez konsekwencji dla budżetu, bez pełnej oceny skutków. To przejaw pustego rządzenia w duchu haseł i postprawdy.

Dzisiaj rządzenie przez Twitter to jak kiedyś ściągnięcie brwi przez Ludwika XIV.

Kiedy w 2009 roku startował Obama, w oku cyklonu kryzysu gospodarczego po 100 dniach było już widać, co nowy prezydent chce zrobić. A po kilkunastu miesiącach było widać, że wybrał dobre rozwiązania w skrajnie trudnych warunkach. Trump nie ma żadnych specjalnie trudnych warunków, a widać to, co widać: zasieki wokół Białego Domu oraz jego nowojorskiej siedziby przy 5 Alei.

Mimo Trumpa amerykańska wiosna rozkwita. Wiosenne burze przemknęły nad Kennedy Center, kiedy w Concert Hall grał perfekcyjnie „Koncert skrzypcowy D-dur” Beethovena razem z waszyngtońską orkiestrą młody, ale już nagradzany i znany ormiański skrzypek Siergiej Chaczatrian. A po chwili Mason Bates dał popis łączenia muzyki na instrumenty z muzyką inicjowaną elektronicznie, przez wzmacniające amplifikatory i syntetyzowanie dźwięków. Ten odważny artysta zaprezentuje w maju swoje nowe dzieło powstające z okazji setnej rocznicy urodzin Johna Fitzgeralda Kennedy’ego.

Nowy Jork jest zawsze spóźniony, jeśli chodzi o wiosnę. Wtedy, gdy drzewa waszyngtońskie kwitną i porażają siłą ożywczej zieleni, drzewa w Central Parku pokazują pąki, dopiero tydzień później są już w pełni zielone, choć jest coś nieśmiałego w tej nowojorskiej zieleni. Za to nowojorskie atrakcje artystyczne prawie zawsze wyprzedzają Waszyngton. I dlatego w Waszyngtonie o musicalu „Hamilton” się mówi, a w Nowym Jorku można próbować się dostać na to przedstawienie, płacąc astronomiczne ceny za bilety.

W ostatnich tygodniach furorę na Broadwayu robi „Amelia” oparta na znanym francuskim filmie, emocje wywołuje „Hello Dolly” z przeszło siedemdziesięcioletnią Bette Miedler.

Zupełnie inną uwagę skupia „Indecent” („Nieprzyzwoite”) z muzyką grających na scenie Lisy Gutkin i Aarona Halvy’ego, łączącą rytmy jazzowe z klezmerskimi. Sztuka napisana przez Paulę Vogel, zaprojektowana do wystawienia razem z Rebeką Taichman, która ją wyreżyserowała. To historia dramatu Szaloma Asza, napisanego w jidysz na początku XX wieku — o miłości, o rodzinie, o odpowiedzialności, o boskim fatum i o pięknie uczucia między dwoma kobietami — scena w deszczu. Ta sztuka miała swoje kłopoty — uznawano ją za obrazoburczą aż do nowojorskiego wyroku sądowego zakazującego grania pewnych fragmentów (pierwszy pocałunek kobiet na scenie w 1923 roku).

Ale ta historia jest okazją do opowieści o swoistym podwójnym tabu — mówienia prawdy o losie żydowskim i mówienia prawdy o tym, co nie mieści się w sztywnych ramach obyczajów różnych kultur, także u skrajnie ortodoksyjnych Żydów. To jest historia walki o wolność sztuki oraz walki o wolność istoty ludzkiej w I połowie XX wieku. Toczy się w Warszawie, Bratysławie, Berlinie, na Ellis Island, gdzie migranci europejscy lądują w latach 20. Dzieje się w Nowym Jorku, Paryżu, Warszawie. Dzieje się w getcie łódzkim, gdzie oznakowani żółtymi gwiazdami Dawida żydowscy aktorzy grają sztukę Szaloma Asza. A później tym szeregom, szeregom, które idą od obozu na śmierć — śpiewają starą żydowską kołysankę.

Jest coś niebywałego w tym, jak to przedstawienie się zaczyna, kiedy mowa o odradzaniu się z popiołów. Każdy z bohaterów rozsypuje popiół — jakby wiatr go wywiewał z rękawów postaci tej żydowskiej trupy teatralnej. Popiół wraca, kiedy Holocaust niesie ostateczne rozwiązanie.

Tylko pamięć o popiołach może ustrzec ludzkość przed kolejnymi zagrożeniami.

I to przedstawienie pokazuje, jak ważne dla tożsamości amerykańskiej jest doświadczenie żydowskie — to głębokie, jak z warszawskich Nalewek, Lublina Isaaca Singera, czy ukraińskiej Anatewki. Symboliczne jest, że główną rolę w tym spektaklu gra Richard Topol, chyba wnuk słynnego Topola ze „Skrzypka na dachu”. Ale to przedstawienie pokazuje również, jak ważne dla amerykańskich wartości są te wszystkie rozpraszające się i skupiające wartości tygla migranckiego.

Po przedstawieniu jadę metrem — w wagonie napis z informacją od władz miejskich: jeśli straciłeś z oczu kogoś, kogo kochasz — może z powodu jego kłopotów z dokumentami i statusem migranta — zadzwoń, zgłoś się. Nikt nikogo w tej Ameryce nie chce zostawić samego. Taka Ameryka jest silniejsza od Trumpa i jego fobii.

W amerykańskiej sztuce wystawiania dzieł plastycznych jest teraz moda na to, by coraz bardziej porównywać dzieła europejskie i amerykańskie z tego samego czasu — pokazując ich współoddziaływanie. Jeśli ekspresjoniści niemieccy, to i amerykańscy odpowiednicy. Jeśli Hopper, to i włoscy naśladowcy. Nie zawsze mamy świadomość, jak bardzo, szczególnie od I wojny światowej, wzrosła komunikacja między społecznościami artystów, jak bardzo marszandzi europejscy, często amerykańskiego pochodzenia, upowszechniali awangardy europejskie w Stanach. Dzisiaj widać, jak równolegle powstawały fantastyczne dzieła amerykańskie, przetwarzając europejskie style i inspiracje.

W galerii Cooper-Hewitt, takim muzeum designu, poruszająca wystawa „The jazz age”. Wybuch i rozkwit art déco miał miejsce mniej więcej w tym samym czasie w Europie i w Ameryce, w gorących, powojennych, wyzwalających jak muzyka jazzowa latach 20. i części 30. Wystawa w Cooper-Hewitt pokazuje sztukę użytkową, genialną biżuterię dopiero co rodzących się firm kosmetycznych. Stroje balowe, taneczne i do pracy. Wnętrza mieszkań o zupełnie nowym typie funkcjonalności — sofy, fotele, biurka, krzesła, stoły kuchenne, łazienki, zegary i odbiorniki radiowe najbardziej fantastycznych kształtów. Ale i samochody, nawet rowery i stroje sportowe, chociaż również bary i stołki barowe z nowojorskich knajp. W tle gra cały czas muzyka jazzowa największych tamtego czasu. Przypomnienie klimatu miasta i życia. Może art déco tamtego czasu było jak współczesna rewolucja designu najbardziej użytkowych przedmiotów naszych czasów — telefonów komórkowych i ich pochodnych.

Nowy Jork — jak zawsze — ekscytuje i energetyzuje. Na politykę patrzy trochę z boku, z pewnego oddalenia. Chociaż „Indecent” jest w środku kluczowej debaty ideowej o zagrożeniach autorytaryzmem i przestrzega przed nowym faszyzmem. Choć któraś z off-broadwayowskich scen szykuje wystawienie „Wroga ludu” Ibsena — chcąc pokazać absurdalność polityki i polityka znienawidzonego przez wszystkich. Ukryty bohater — Donald Trump — nie będzie miał łatwo.

Może dlatego, że rozbudził emocje i postawy, które tak naprawdę są sprzeczne z amerykańskim duchem przedsiębiorczości i zaradności. I są sprzeczne z praktycznym pilnowaniem wolności. Wreszcie w antyimigranckich nastrojach są sprzeczne z amerykańską tradycją otwartości i mieszania się różnorodności w tyglu kultur.

Michał Boni
kwiecień 2017

wszystkoconajwazniejsze.pl

Wymyślił hasło IV RP. A teraz? „Tej wizji zmian w państwie nie kibicuję”

jsx, 26.04.2017

Prezes PiS Jaroslaw Kaczyński, Marek Kuchciński i Mariusz Błaszczak oraz inni posłowie PiS podczas głosowania

Prezes PiS Jaroslaw Kaczyński, Marek Kuchciński i Mariusz Błaszczak oraz inni posłowie PiS podczas głosowania (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

– Jako autor pomysłu na wzmocnienie państwa, uczciwie muszę ocenić te rządy jako coś, co jest absolutnie sprzeczne z taką wizją naprawy państwa – mówił w TOK FM politolog prof. Rafał Matyja.

 

– Nie ma silnych związków, które by mnie łączyły dzisiaj z prawicą – powiedział w audycji „Świat się chwieje” prof. Rafał Matyja, politolog, który zasłynął hasłem budowy IV Rzeczypospolitej. Przez lata był chętnie cytowany przez ludzi z prawej strony sceny politycznej, w 2000 r. wyjechał z Warszawy do Nowego Sącza.

– Jako autor pewnego pomysłu na wzmocnienie państwa w latach 90., uczciwie muszę ocenić te rządy jako coś, co jest absolutnie sprzeczne z taką wizją naprawy państwa, zmiany o charakterze ustrojowym – oceniał Matyja. – Porzuciłem prawicę, krytykuję ją i tej wizji zmian w państwie nie kibicuję – dodał.

PiS jak dzieci

– Sporo z opisu, który PiS ma wobec PO, to opis nastolatków wobec pokolenia swoich rodziców: „co innego mówią, co innego robią, są materialistami, w wielu rzeczach nas oszukiwali, ukrywali przed nami” – mówił politolog. – To, co charakterystyczne, to ta dziecięca wiara, że jak my dojdziemy do władzy, to nie będziemy mieli cech dorosłych, tylko samo dobro – zaznaczył. – To dziecinna wiara. Widać wyraźnie, że większość wad charakterystycznych dla partii władzy łapie się natychmiast – stwierdził Matyja.

– PiS nie ma sformułowanej odpowiedzi ustrojowej i systemowej na zagrożenia, które wskazywał w swoich diagnozach – podkreślił naukowiec. Jak mówił, dzisiejszy konflikt między PO a PiS to tylko „wojna na bańki mydlane”. – Dzisiaj nie bardzo widzę alternatywę wobec tego sporu – przyznał jednak.

A teraz zobacz WIDEO: Żakowski: IPN to jest jedna z patologii IV RP. O to chodziło PO i PiS, żeby to spatologizować

Żakowski: IPN to jest jedna z patologii IV RP. O to chodziło PO i PiS, żeby to spatologizować

http://www.gazeta.tv/plej/19,115170,21320194,video.html

tok fm

Piotr Gliński po raz drugi zostanie ojcem. „Jak każdy przyszły tata jestem…”. Minister komentuje

29.04.2017

Piotr Gliński po raz drugi zostanie ojcem. O tej radosnej nowinie poinformował właśnie „Super Express’.

Piotr Gliński, czyli wicepremier i minister kultury, ma powody do radości. W wieku 63 lat po raz drugi zostanie ojcem! Takie informacje pojawiły się właśnie na łamach „Super Expressu”. Jak czytamy, jego żona Renata Koźlicka-Glińska jest w piątym miesiącu ciąży.

A jak komentuje te doniesienia polityk?

Jak każdy przyszły tata, jestem szczęśliwy! – mówi „SE” wicepremier Gliński.

Będzie to drugie dziecko Glińskiego. Para doczekała się już bowiem córki Celiny, która ma 11 lat. Cała trójka mieszka na warszawskiej Saskiej Kępie.

Pozostaje nam tylko pogratulować!

msn.pl

Tomasz Piątek

Prorosyjski działacz uczy żołnierzy u Macierewicza. Polskich i… amerykańskich

28 kwietnia 2017

Andrzej Zapałowski

Andrzej Zapałowski (fot. PATRYK OGORZAŁEK)

Andrzej Zapałowski wygłasza wykłady w elitarnych jednostkach Sił Zbrojnych RP. Uczy nawet żołnierzy USA stacjonujących w Polsce.
A związany jest z podejrzanym o szpiegostwo Mateuszem P.

Sprawę Zapałowskiego zaczął nagłaśniać w ubiegłą sobotę prawicowy aktywista Marcin Rey, który prowadzi stronę „Rosyjska V kolumna w Polsce” na Facebooku. 

22 kwietnia Rey opublikował wpis, w którym czytamy: „Andrzej Zapałowski (…) upodobał sobie wojsko: wykładał w Jednostce Wojskowej Komandosów w Lublińcu, a teraz habilituje się w Akademii Sztuki Wojennej (…) Chciałbym, by minister Macierewicz zajął stanowisko wobec faktu, że na podległej mu uczelni habilituje się Zapałowski i robi wodę z mózgu oficerom najbardziej elitarnej jednostki Wojska Polskiego”.

Skąd to oburzenie?

Zapałowski jest autorem i ekspertem tzw. Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych, w skrócie ECAG. Jest to think tank założony przez Mateusza P., szefa prokremlowskiej partii Zmiana. Tak się składa, że Mateusz P. od niecałego roku przebywa w areszcie w związku zpodejrzeniem o szpiegostwo na rzecz Rosji i Chin. W maju 2016 został zatrzymany przez ABW, a potem – tymczasowo aresztowany.

Warto też zauważyć, że wiceprezesem ECAG jest Konrad Rękas – towarzysz partyjny Mateusza P., wiceprzewodniczący Zmiany. Rękas miał kontakty z opisywanym przez „Wyborczą” Robertem Luśnią (wieloletni współpracownik Antoniego Macierewicza, a w latach 80. płatny konfident SBprowadzony przez oficera powiązanego z sowieckim wywiadem).

***

Akademia Sztuki Wojennej – dawniej Akademia Obrony Narodowej – to najważniejsza uczelnia podlegająca Ministerstwu Obrony. Z dokumentów dostępnych na jej stronie internetowej wynika, że Zapałowski wykłada nie tylko dla oficerów z Lublińca. I nie tylko dla Polaków.

On sam zamieścił na tej stronie tzw. autoreferat (prezentację własnych dokonań). Czytamy w nim, że Zapałowski: „wygłaszał także wykłady dla jednostek wojskowych SZ [Sił Zbrojnych] RP. 16 lutego 2016 r. wykład pt. „Wyzwania dla bezpieczeństwa Polski na kierunku ukraińskim i białoruskim” dla kadry Dowództwa Operacji Specjalnych w Krakowie, a 4 i 5 października 2016 r. cykl wykładów na temat sytuacji polityczno-wojskowej w Europie Wschodniej dla żołnierzy polskich i amerykańskich w Jednostce Wojskowej Komandosów w Lublińcu”.

Zgodnie z powszechną opinią Jednostka Wojskowa Komandosów w Lublińcu cieszy się szczególnymi względami Antoniego Macierewicza. Jej szef, pułkownik Wiesław Kukuła, został dowódcą Obrony Terytorialnej (to tzw. leśna armia Macierewicza – czyli amatorskie oddziały zbrojne, wyłączone spod kontroli Sztabu Generalnego i podlegające bezpośrednio ministrowi). Mianowano go też generałem.

Czym zaś jest Dowództwo Operacji Specjalnych, które w lutym 2016 r. miało słuchać wykładu Zapałowskiego w Krakowie?

Dowództwo Operacji Specjalnych to polskie tłumaczenie nazwy NATO-wskiego sztabu Special Operations Headquarters. I faktycznie, w 2016 r. polskie Dowództwo Komponentu Wojsk Specjalnych zorganizowało w Krakowie międzynarodowe szkolenie razem z tym sztabem NATO. Aczkolwiek było to w kwietniu 2016 r., nie w lutym.

Czy Zapałowskiemu udało się wystąpić przed tak elitarną grupą słuchaczy?

***

Poznajmy bliżej człowieka, któremu Macierewicz pozwala wykładać w swojej ukochanej jednostce i uczyć żołnierzy – nie tylko polskich.

Z wykształcenia Andrzej Zapałowski jest historykiem. W 1997 r. został wybrany do Sejmu z listy Akcji Wyborczej „Solidarność”. W 2001 r. walczył o reelekcję jako „bezpartyjny kandydat PSL”, ale bez powodzenia. W 2005 r. został europosłem z ramienia LPR. W europarlamencie przeszedł do eurosceptycznej frakcji Unia na rzecz Europy Narodów (należał do niej również PiS).

W wyborach parlamentarnych 2015 r. Zapałowski miał startować do Sejmu z ramienia komitetu wyborczego ukrainofoba Grzegorza Brauna. Na liście tego komitetu w Krośnie i Przemyślu zajmował pierwsze miejsce. Zrezygnował jednak przed wyborami – tłumacząc, że komitet Brauna nie ma szans na wejście do parlamentu.

W tym samym roku przystąpił do mało znanej partii Jedność Narodu. Teraz zasiada w jej radzie krajowej. Partia zarejestrowana jest w dawnym Domu Przyjaźni Polsko-Radzieckiej w Warszawie. W tym samym budynku co prokremlowska partia Zmiana podejrzanego o szpiegostwo Mateusza P.

Zapałowski od lat kojarzony jest z antyukraińskimi i prorosyjskimi tekstami. Wielokrotnie pojawiał się na portalu Kresy.pl, który regularnie atakuje Ukrainę. Na tym portalu Zapałowski m.in.:

o zdradę Polski oskarżał zamęczonego 70 lat temu w sowieckim łagrze ukraińskiego biskupa Jozafata Kocyłowskiego (uznanego za błogosławionego męczennika przez Kościół katolicki);

usprawiedliwiał tzw. akcję „Wisła” czyli antyukraińską czystkę etniczną prowadzoną przez polskich komunistów w latach 1947-50;

– twierdził, że posłowie PO apelujący o upamiętnienie tej czystki „wpisują się w ideologię banderyzmu”.

Gdy Putin najechał na Ukrainę, Zapałowski zapowiadał rozpad tego kraju, krytykował Zachód i tłumaczył agresję Kremla: „Moim zdaniem, od początku błędem strategicznym była próba rozegrania sytuacji na Ukrainie bez udziału Rosji. Można było przewidzieć, że takie działania mogą się skończyć konsekwencjami terytorialnymi, jeżeli nie demontażem państwa ukraińskiego”.

Zapałowski jest częstym gościem rosyjskiego portalu Sputnikpropagującego kremlowską ideologię w Polsce. Występuje również w innych putinowskich mediach. Są to np. portale Ruposters i Pravda TV oraz agencje informacyjne Regnum i NewsBalt. Ta ostatnia agencja – która podpisała umowę o współpracy z Mateuszem P. i jego think tankiem ECAGzaprzecza sowieckiej odpowiedzialności za zbrodnię katyńską. W rosyjskojęzycznych mediach, tak samo jak w polskojęzycznych, Zapałowski zapowiada rozpad Ukrainy (np. tutaj, tutaj i tutaj).

W 2000 r., gdy był posłem, Zapałowski wystosował interpelację w obronie Leszka Grota. Leszek Grot to międzynarodowy handlarz bronią, przez lata związany z firmami Grot International Trading i Grot Company. W 1999 r. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego aresztowała Grotaze względu na bezprawne biznesowe operacje w Jemenie.Bronił go wtedy nie tylko Zapałowski. Robił to także ultraprawicowy polityk Janusz Korwin-Mikke, dzisiaj znany głównie z ksenofobicznych i prorosyjskich poglądów.

W interpelacji Zapałowskiego czytamy, że Korwin-Mikkechciał osobiście poręczyć za Grota, aby wypuszczono go z aresztu. W 2001 r. na łamach „Dziennika Polskiego” Korwin-Mikke napisał tak: „Leszek Grot (…), którego jedyną winą jest to, że sprzedał cztery kamizelki kuloodporne będące (o czym nie wiedział) bronią, (…) przez rok, pomimo złego stanu zdrowia, trzymany był w areszcie”.

Według innych publikacji Leszek Grot miał bezprawnie sprzedawać w Jemenie nie kamizelki, ale łodzie desantowe. Co ciekawe, Grot jest też wymieniony – aczkolwiek zdawkowo – w słynnym „raporcie Macierewicza” o WSI. Według raportu handlarz miał uczestniczyć w korupcyjnym uzyskiwaniu zezwoleń na obrót bronią.

W ciągu ostatniego tygodnia wielokrotnie pisaliśmy do Ministerstwa Obrony Narodowej z prośbą o jak najszybsze wyjaśnienie sprawy Zapałowskiego i jego wykładów dla wojska.

W środę wieczorem biuro rzeczniczki MON mjr Anny Pęzioł-Wójtowicz odpisało, że odpowie nam w trybie zgodnym z ustawą o dostępie do informacji publicznej. Pozwoliłoby to ministerstwu na zwłokę (ustawa daje instytucjom dwa tygodnie, a w razie trudności nawet dwa miesiące na odpowiedź).

Po kolejnych ponagleniach uzyskaliśmy… obietnicę: „Odpowiedzi na pytania dotyczące pana Zapałowskiego zostaną udzielone najszybciej, jak to będzie możliwe. Aktualnie minister obrony narodowej Antoni Macierewicz bierze udział w spotkaniu ministrów obrony państw UE, które odbywa się na Malcie. Szefowi resortu obrony towarzyszy rzecznik MON”.

***

Pytania do Ministerstwa Obrony Narodowej:

Czy minister Antoni Macierewicz wie, że Akademia Sztuki Wojennej promuje prokremlowskiego publicystę związanego z działaczem podejrzanym o szpiegostwo na rzecz Rosji?

Czy minister Antoni Macierewicz wie, że prokremlowski publicysta związany z działaczem podejrzanym o szpiegostwo na rzecz Rosji prowadzi wykłady dla elity polskich Sił Zbrojnych i amerykańskich sojuszników?

Czy nasi amerykańscy sojusznicy wiedzą, że ich żołnierzy w Polsce szkoli prokremlowski publicysta związany z działaczem podejrzanym o szpiegostwo na rzecz Rosji?

wyborcza.pl

Roman Giertych: W imieniu Donalda Tuska zgłoszę do prokuratury wniosek o ściganie Szonert-Biniendy

Maciej Orłowski, Bartosz T. Wieliński, 29 kwietnia 2017

Adwokat Roman Giertych

Adwokat Roman Giertych (Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta)

Mec. Roman Giertych zapowiedział dziś na Facebooku, że w imieniu przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska złoży w prokuraturze wniosek o ściganie konsul honorowej w USA Marii Szonert-Biniendy. Na swoim profilu na Facebooku umieściła ona fotomontaż, który przedstawiał Tuska w mundurze SS.

“Dzisiaj wyślę w imieniu Donalda Tuska do Prokuratury wniosek o ściganie z urzędu konsul, która umieściła jego fotomontaż w mundurze SS” – napisał na swoim oficjalnym koncie na Facebooku Roman Giertych, obecnie pełnomocnik Donalda Tuska w śledztwie przeciw byłym szefom Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

“W ciągu ostatnich kilku miesięcy prokuratura wielokrotnie podejmowała ściganie art. 216 kk w trybie publicznoskargowym – kontynuuje Giertych. – Tak było nawet w przypadku zwykłych okrzyków do posłów podnoszonych przez osoby, które nie sprawowały żadnej funkcji publicznej. Mój Mocodawca pan Donald Tusk uznał, że sprawa jest na tyle bulwersująca, że nie można jej zostawić bez reakcji” – tłumaczy adwokat.

MSZ przeprowadził z Marią Szonert-Biniendą “rozmowę”

Chodzi o fotomontaż, który nowa konsul honorowa w Akron w Ohio Maria Szonert-Binienda (żona prof. Wiesława Biniendy, zwolennika teorii o zamachu w Smoleńsku) umieściła na swoim profilu na Facebooku. Przedstawiał przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska w mundurze SS.

1/2 Kierownictwo przeprowadziło rozmowę z konsul honorową Marią Szonert-Biniendą

2/2 Treści publikowane przez Konsul na jej pryw.kontach w mediach społ. przed otwarciem konsulatu hon. wyrażają jej prywatne poglądy.

Kiedy wpis zaczął się rozchodzić w mediach społecznościowych, politycy opozycji zażądali reakcji od MSZ, którym kieruje Witold Waszczykowski. W piątek wieczorem resort na swoim koncie na Twitterze poinformował jedynie, że przeprowadził z konsul rozmowę. Oraz że „treści publikowane przez Konsul na jej pryw. kontach w mediach społ. przed otwarciem konsulatu hon. wyrażają jej prywatne poglądy” [pisownia oryginalna].

To według MSZ wystarczająca reakcja. Sama Szonert-Binienda napisała na Facebooku: „Szanowni Państwo. W związku z tym że moje stare prywatne wpisy zostały przedstawione w mediach jako moje wypowiedzi w oficjalnej roli Konsula Honorowego RP, zawieszam swoją działalność na FB”. Dostępu do profilu nie zamknęła.

W środku nocy z piątku na sobotę MSZ poinformował, że konsul oddała się do dyspozycji ministra spraw zagranicznych.

Zobacz także: „Jak jesteś Pigmejem, to nie budź lwa”. Giertych uderza bajką w prezesa PiS?

„Jak jesteś Pigmejem, to nie budź lwa” Giertych uderza bajką w prezesa PiS?

http://www.gazeta.tv/plej/19,155168,21694604,video.html

Żona eksperta Antoniego Macierewicza nową konsul honorową w USA

Akron w północnej części stanu Ohio liczy niespełna 200 tys. mieszkańców. To miejsce nie jest uznawane za główne skupisko amerykańskiej Polonii. Dlaczego właśnie tam Witold Waszczykowski zdecydował się otworzyć kolejny konsulat w USA, skoro Chicago i Waszyngton – gdzie znajdują się polskie placówki dyplomatyczne – dzieli od Akron 600-700 km? To przecież niewiele jak na USA.

Odpowiedzią jest nazwisko nowej konsul. To działaczka polonijna Maria Szonert-Binienda. Jej mężem jest prof. Wiesław Binienda, zwolennik teorii o zamachu na polską delegację w Smoleńsku, wykłada inżynierię na uniwersytecie w Akron. Tam też mieszka małżeństwo.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Maria Szonert-Binienda konsulem honorowym w Ohio

Konsulat w Nowym Jorku nie chciał nominacji dla Szonert-Biniendy

Przeciwko nominacji dla Szonert-Biniendy był konsulat generalny w Nowym Jorku, któremu podlega stan Ohio, oraz ambasada w Waszyngtonie. Powód? Szonert-Binienda została uznana za osobę, która nie będzie łączyć amerykańskiej Polonii, tylko ją dzielić. Żona prof. Biniendy publicznie lansowała teorię, że „zamach w Smoleńsku był potrzebny do zlikwidowania Lecha Kaczyńskiego, przywódcy Europy Środkowo-Wschodniej, który najskuteczniej opierał się ekspansji Rosji na tereny poradzieckie”. Twierdziła też, że zamach przygotowały polskie i rosyjskie służby specjalne.

Drugi argument przeciw jej kandydaturze dotyczył pieniędzy. Konsul honorowy sam finansuje działalność swojego konsulatu. Osoby, które podejmują się tego zadania, na samym początku są pytane, czy są w stanie mu podołać. Z naszych informacji wynika, że w przypadku Szonert-Biniendy polscy dyplomaci mieli co do tego poważne zastrzeżenia.

wyborcza.pl

Saryusz-Wolski przypomina o sobie

Jacek Saryusz-Wolski dał się wykorzystać do „sukcesu” 1:27, który to przejdzie do historii „powstawania z kolan”, aby w wyniku tego heroicznego aktu uderzyć głową o powałę. Polska pisowska leży, Saryusz-Wolski zaliczył w związku z tym glebę.

Mogło się wydawać, że na tym skończy się jego „pięć minut”, poleży, pozipie – takim zipaniem była nawałnica wpisów na Twitterze pisanych językiem ezopowym. Ja na ten przykład dochodziłem do stanu, iż usłyszawszy nazwisko „Saryusz-Wolski”, pytałem: kto to?

A przecież ten „sukces” był niedawno i to nie ja skoczyłem na główkę. Saryusz-Wolski dochodzi do przytomności i zaczyna kombinować. Wszak musi przekuć „sukces” na sukces bez cydzysłowu. Toż to nie kiep. Rozglądnął się wokół siebie, sytuacja PiS jeszcze bardziej się pogorszyła. W takiej Francji po zwycięstwie Emmanuela Macrona dyplomacja Witolda Waszczykowskiego nie będzie miała, co szukać.

Kompromitacja na wszystkich możliwych frontach, nawet nie uratowałaby sytuację Canossa na wzór dwóch krzyżackich mieczy i Bartosz Kownacki posypawszy głowę popiołem pojechałby do Paryża pod Łuk Triumfalny z dwoma widelcami.

Po wyborach prezydenckich we Francji, a już zwłaszcza po wyborach w Niemczech, służby dyplomatyczne muszą dostać nowego szefa. Niech Waszczykowski knoci na innych frontach. I jakaś szansa otwiera się przed Saryusz-Wolskim. Mała szansa, bo mała, gdyż jego związki z PiS są bardzo świeże, a takich „pan” Kaczyński nie lubi, nie był Saryusz-Wolski odpowiednio długo hartowany upokorzeniami, wszak ulubioną formą dochodzenia do lojalności w partii prezesa.

W technologii metali istnieje forma największej twardości (lojalności), którą uzyskuje węglik spiekany. W języku kolokwialnym można ją porównać do tego, jak człowiek rozumny za wszelką cenę chce zostać bucem. Do tego trzeba nie lada samozaparcia, twardości. I tę przyspieszoną forme zapiekłości w sobie, stania się bucem wśród buców, można było zaobserwować w wypowiedzi Saryusz-Wolskiego w „Gościu Wiadomości” TVP Info.

Ta zapiekłość w sobie Saryusz-Wolskiego to: „Polska jest w UE traktowana jako „chłopiec dla bicia”, taką taktykę obrano wobec nas i Węgier”. Albo „Nikt wcześniej nie domagał się rozstrzygania o sprawach wewnętrznych na arenie międzynarodowej”. Nie ma to wiele wspólnego z prawdą, lecz w PiS nie o to chodzi

Na miejscu prezesa pokiwałbym głową na wypowiedzi Saryusz-Wolskiego: „No, ładnie, prawie mówisz, jak ja”, ale to trzeba latami spiekać w sobie taką bucowatość. Popatrz panie Jacku na Beatę Szydło, popłakała się na szczycie unijnym, gdy Tuska wybrali, dostała kwiaty, uśmiechnęła się i mamy sukces.

Saryusz-Wolski ma niewiele czasu, aby prezesa do siebie przekonać, takich wystąpień robienia z siebie buca musi zaliczyć bez liku, a szanse ciągle niewielkie. Ktoś jednak po Waszczykowskim musi objąć tę niewdzięczną funkcję, aby knocić wizerunek Polski na zewnątrz. Ławka jest jednak krótka.

Brexit w Brukseli. Kolejna odsłona rozwodu stulecia

Agnieszka M. Lisik, Bruksela, 29 kwietnia 2017

Brexit

Brexit (Toby Melville / REUTERS / REUTERS)

Unijni liderzy na specjalnym szczycie w Brukseli oficjalnie ogłoszą dziś szczegółowe ramy brexitowych negocjacji. Mogłyby się one zacząć już za miesiąc, gdyby nie przedwczesne wybory parlamentarne na Wyspach Brytyjskich.

„To Hitchcock reżyserował Brexit: najpierw trzęsienie ziemi, potem napięcie wzrasta” – skomentował na Twitterze szef Rady Europejskiej Donald Tusk wieść o przedwczesnych wyborach ogłoszonych przez brytyjską premier Theresę May.

Zeszłoroczne referendum w sprawie Brexitu przemeblowało scenę polityczną, a Brytyjczycy 8 czerwca będą głosować już po raz trzeci od wyborów w 2015 roku. Zaskakując przeciwników – zarówno w swojej Partii Konserwatywnej, jak i w opozycji – May zarządziła przedwczesne wybory, by uzyskać silny mandat potrzebny jej do przeprowadzenia skomplikowanej operacji Brexitu. Sondaże mówią, że nie ryzykuje: nawet 48 proc. Brytyjczyków popiera dziś torysów. A premier bije na głowę niezdecydowane przywództwo lewicowej Partii Pracy (27 proc. poparcia) oraz kradnie elektorat populistycznemu UKIP-owi (7 proc.).

W sobotę 29 kwietnia liderzy UE na specjalnym szczycie w Brukseli oficjalnie ogłoszą szczegółowe ramy negocjacji brexitowych, które mogłyby się zacząć już miesiąc później, gdyby nie przedwczesne wybory na Wyspach Brytyjskich.

Zobacz: Twardy Brexit. Theresa May ujawniła szczegóły

Będzie twardy Brexit. Theresa May ujawniła szczegóły

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21257531,video.html

Brexit – dreszczowiec z niepewnym finałem

Stanowisko Unii jest jasne i zdecydowane: żałuje decyzji Brytyjczyków, ale jest gotowa do tego procesu. 27 państw UE będzie mówić jednym głosem i bronić wspólnych interesów. Priorytetem jest zmniejszenie niepewności dla europejskich obywateli i firm. Unia będzie dążyć do uniknięcia chaosu i ograniczenia strat. A negocjacje powinny wyłonić nowy typ relacji partnerskiej

Przewaga wydaje się po stronie Unii. Już teraz wiadomo, że negocjacje będą odbywać się w Brukseli, a rachunek za rozwód i niespełnione zobowiązania Wielka Brytania otrzyma w euro. Formalne rozpoczęcie procedury miało miejsce 29 marca, zaraz po 60. urodzinach Unii fetowanych w Rzymie, gdzie jednak May taktownie się nie stawiła.

Dreszczowiec z niepewnym finałem będzie trwać maksymalnie dwa lata – tyle mogą zająć negocjacje dwustronne dokładnie określające warunki odejścia drugiej po Niemczech największej gospodarki Unii.

Zjednoczone Królestwo – hamulcowy UE

Związek Zjednoczonego Królestwa z UE nigdy nie należał do łatwych. Brytyjczycy już od początku przystąpienia do Wspólnoty na początku lat 70. domagali się wyjątkowego traktowania i za pomocą gróźb lub próśb zwykle dostawali to, czego chcieli.

Pierwsze referendum w sprawie wyjścia ze Wspólnoty odbyło się już dwa lata po wstąpieniu, w 1975 r. – wtedy 67 proc. Brytyjczyków powiedziało „nie”. Królestwo nigdy nie zaakceptowało pogłębiającej się integracji, było raczej wielkim hamulcowym Unii: nie przyjęło (jak Polska) w całości Karty Praw Podstawowych, tym samym skazując swych obywateli na unijny paszport klasy B. Kraj nie wstąpił do strefy Schengen, a wolny przepływ osób to obecnie główny problem dla Wysp pogrążonych w antyimigracyjnej histerii.

Nigdy nie było zgody dla wspólnej waluty euro, a więzi transatlantyckie okazywały się dla Londynu zawsze łatwiejsze niż przeskoczenie kanału La Manche, choć Unia wchłania 47 proc. brytyjskiego eksportu, a USA tylko 15 proc.

Miliony konsumentów, miliony rezydentów

Jedynym unijnym wynalazkiem przyjmowanym przez Londyn z entuzjazmem jest wspólny rynek, czyli bezcłowy dostęp do 440 milionów europejskich konsumentów, i związane z tym zyski. Wolna wymiana dóbr, usług i kapitału jest jednak nierozłączna z przepływem siły roboczej. Londyn chciałby po Brexicie wymiany gospodarczej – la carte i nieograniczonego dostępu do unijnego rynku bez żadnych zobowiązań, ale Unia, broniąc swych obywateli, nie zgodzi się na to. Wielka Brytania proponuje więc obszerną umowę o wolnym handlu.

Ofiarą Brexitu padną przede wszystkim ponad trzy miliony obywateli państw UE w Zjednoczonym Królestwie oraz do dwóch milionów Brytyjczyków rezydujących w UE, którzy w pełni korzystają z przywilejów posiadania unijnego obywatelstwa. Obecnie mają prawo do równego traktowania w sprawach dostępu do rynku pracy, służby zdrowia, emerytury, edukacji i wymiany studenckiej, mieszkalnictwa, usług socjalnych, ubezpieczeniowych, finansowych, a także prawo głosu w lokalnych wyborach. Te prawa mogą im zostać odebrane, kłopoty czekają również obywateli unijnych na Wyspach, w tym niemal milion Polaków.

Unia nie daje się zastraszyć

Brytyjski samolubny i arogancki stosunek do UE (plus wieczne narzekanie) dosadnie podsumował angielski komik John Oliver: „Unia jest skomplikowaną, biurokratyczną, ambitną, inspirującą, dominującą i wiecznie irytującą instytucją, ale Brytania byłaby szalona, gdyby chciała ją opuścić, gdyż pozostając jej członkiem, może nadal spijać śmietankę, samemu zachowując się jak ch…”.

Premier May chce grać ostro jak jej eurosceptyczna patronka Margaret Thatcher, która swego czasu zażądała zwrotu pieniędzy ze składki UE słynnym „I want my money back!”.

Jastrzębia May straszy twardym Brexitem, mówiąc, że brak porozumienia jest lepszy niż zły interes. Jej atutem jest groźba osłabienia współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa i walki z terroryzmem, a przede wszystkim koncepcja uczynienia z Wysp raju podatkowego u wybrzeży Europy, która ma problemy z dziurawym systemem fiskalnym, co obnażyły afery „Lux leaks” i „Panama papers”.

Dalsze poluzowanie regulacji mogłoby być na rękę londyńskiemu City, ale wiele wielkich firm już zaczyna wyprowadzkę z Wysp w obliczu rosnącej niepewności.

Unia nie daje się jednak zastraszyć. W końcu to 27 państw kontra jedno – i to raczej Zjednoczone Królestwo może więcej stracić na braku dostępu do największego rynku na świecie.

Paradoksalnie zresztą Brexit może wzmocnić Unię. Państwa członkowskie zaczynają w nowym świetle postrzegać korzyści ze współdziałania, szczególnie w obliczu przekraczających granice zagrożeń, takich jak agresywna polityka Rosji, nieprzewidywalność Ameryki Trumpa, konflikty wojenne w sąsiedztwie Europy i imigracja. Rządy państw unijnych zdają sobie też sprawę, że wpływy zglobalizowanych rynków finansowym skutecznie można równoważyć wyłącznie w grupie.

Już za wami tęsknimy

Szef Rady Europejskiej Donald Tusk, odbierając list ogłaszający start Brexitu, z nieukrywaną przykrością przyznał: „Już za wami tęsknimy”. Szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker też nie zamierza upokarzać May.

Bojowe pohukiwania dobiegają raczej z Parlamentu Europejskiego, jedynej demokratycznie wybieranej instytucji UE. Większość posłów ma już wyżej uszu tyrad Nigela Farage’a oraz jego eurosceptycznych towarzyszy z UKIP, którzy nadal są opłacani przez instytucje unijne i nic nie wskazuje na to, by zamierzali rezygnować z sutych europejskich pensji.

Naczelny unijny federalista Guy Verhofstadt został koordynatorem Brexitu z ramienia Parlamentu, wspierać go będzie doświadczona w integracji Danuta Hübner, szefowa komisji spraw konstytucyjnych. I to właśnie Parlament może być najtrudniejszym przeciwnikiem Londynu, gdyż będzie miał ostatnie słowo w sprawie Brexitu, w tym prawo do „opcji atomowej” – zawetowania umowy rozwodowej.

Populiści otworzyli puszkę Pandory

Trudno jest dziś oszacować skutki Brexitu.

Wydaje się, że poza wzrostem dumy narodowej i dobrego samopoczucia nacjonalistów oraz nasileniem rasizmu Zjednoczone Królestwo zyska niewiele. Poza antagonizacją społeczeństwa (przecież niewiele mniej niż połowa Brytyjczyków zagłosowała za pozostaniem w Unii), stratami dla gospodarki, wyprowadzką kapitału i spadkiem znaczenia na arenie międzynarodowej byłe imperium ryzykuje również utratę własnej integralności terytorialnej. Autonomiczna Szkocja i Irlandia Północna zdecydowanie głosowały za pozostaniem w UE i nie są zachwycone eurosceptyczną wizją Londynu. Rządząca Szkocją centrolewicowa SNP już sugeruje kolejne, tym razem być może udane referendum w sprawie niepodległości. Demony separatyzmu budzą się też w doświadczonej nacjonalistycznym terrorem Irlandii Północnej, w której odżywa polityczny konflikt, a lokalny rząd upadł. Niepewność rośnie w brytyjskich terytoriach zamorskich: w Gibraltarze, a nawet na Falklandach.

Jedno jest pewne: populistyczni politycy brytyjscy, wspierani przez nieodpowiedzialne media, otworzyli puszkę Pandory. Stworzyli zastępczy problem, zdominowali nim debatę publiczną, zmanipulowali społeczeństwo i podzielili naród. I nikt tak naprawdę nie wie, co będzie dalej.

wyborcza.pl

SOBOTA, 29 KWIETNIA 2017

Tusk: Musimy pozostać zjednoczeni jako „27”, tylko wtedy będziemy w stanie zakończyć negocjacje

11:39

Tusk: Musimy pozostać zjednoczeni jako „27”, tylko wtedy będziemy w stanie zakończyć negocjacje

Musimy pozostać zjednoczeni jako „27”, tylko wtedy będziemy w stanie zakończyć negocjacje. To oznacza, że jedność jest także w interesie Wielkiej Brytanii. Jedność to coś unikatowego, ale jestem przekonany, że to się nie zmienistwierdził Donald Tusk przed rozpoczęciem dzisiejszego szczytu RE.

Jak dodał, UE chce bliskich i ścisłych relacji z Wielką Brytanią po Brexicie, ale najpierw kilka kwestii musi być pomyślnie rozwiązanych. – Zanim będziemy dyskutować o przyszłości, musimy uporządkować kwestie dotyczące przeszłości. Zajmiemy się tym z prawdziwą troską – mówił przewodniczący RE.

300polityka.pl

Stanowisko ws. wpisów konsul honorowej M.Szonert-Biniedy

Via FB, taka informacja o p. konsul honorowej. Źródło:

Chwedoruk: PiS to pierwsza władza, która pokazuje, że polityk może coś obiecać i za pośrednictwem państwa wcielić to w życie

29.04.2017

Półtora roku temu nastąpiło polityczne trzęsienie ziemi. Nie chodzi wyłącznie o to, że wybory wygrał PiS.

Czarny łabędź to ptak rzadki. Jego pojawienie się zwiastuje wielkie zmiany, które trudno wcześniej było przewidzieć. Mianem czarnego łabędzia Nassim Nicholas Taleb (w książce „Czarny łabędź”) określa wydarzenia, które oczywiste wydają się post factum.

Na pewno skala dwóch wyborczych zwycięstw PiS w 2015 r. pasuje do definicji Taleba. O ile rok wcześniej można było sobie wyobrazić wygraną partii Jarosława Kaczyńskiego w wyborach parlamentarnych, to w zwycięstwo Andrzeja Dudy nad Bronisławem Komorowskim mogli wierzyć tylko najwięksi optymiści. A już to, że PiS będzie jedynym wygranym parlamentarnego głosowania, było nie do przewidzenia.

Nie do przewidzenia były także zmiany, które zachodzą w polityce pod rządami PiS. A które stawiają na głowie niemal wszystko, co w naszej polityce po 1989 r. wydawało się oczywistością.

Monowładza

Wyborczy wynik PiS – 37,58 proc. – nie był zły, ale rewelacją też nie był. Od uchwalenia konstytucji w 1997 r. wyższe poparcie zyskały tylko PO (2007 i 2011 r.) oraz SLD (2001 r.). Partia poprawiła swoje poprzednie osiągnięcie z 2005 r. i wynik AWS z 1997 r. Jednak w polityce liczą się nie same procenty poparcia, ale efekt, jaki dają. Więc PiS zdołał przejąć pełnię władzy. Dla partii Kaczyńskiego był to tym większy sukces, że poprzedziła go zaskakująca wygrana Dudy w wyborach prezydenckich.

– Tak wielkie skupienie władzy w jednym ręku w wielu systemach partyjnych jest czymś naturalnym. My doświadczamy tego po raz pierwszy, choć przecież de iure rządzi nami koalicja – zauważa politolog prof. Rafał Chwedoruk. – Za niezależne byty nie można uznać ugrupowań Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina. Solidarna Polska i Polska Razem są w zasadzie już skonsumowanymi przystawkami – dodaje politolog prof. Antoni Dudek. Pozycja PiS jest tak mocna, że Kaczyński ma pewność, iż utrzyma władzę do końca kadencji. – Do tego dochodzi osobowość prezesa, podporządkowanie mu ugrupowania i wiara w jego geniusz – uzupełnia prof. Rafał Matyja. To dlatego, gdy szef partii dał zielone światło wicepremierowi Mateuszowi Morawieckiemu do zdymisjonowania prezesa PZU, związanego ze Zbigniewem Ziobrą, ten ostatni nie wykonał żadnego nerwowego ruchu. – W ten sposób Jarosław ograniczył jego wpływy, a Mateusz upodmiotowił się politycznie – mówi mi jeden z polityków PiS. Ale, by upodmiotowienie nie poszło za daleko, Morawiecki nie dostał od prezesa pełnej władzy w spółce.

Jednak sprawowanie rządów w tak komfortowych warunkach może się zakończyć w 2019 r. – o ile PiS nie podbije sobie popularności. Na razie sondaże dają partii powyżej 30 proc. głosów, a do ponownego zdobycia większości potrzebowałaby jeszcze ok. 10 proc. To może być trudne, bo po czterech latach rządów spora część z nas będzie pewnie PiS zmęczona. Nieumiejętność przyciągnięcia na dłużej ludzi spoza żelaznego elektoratu, co udało się w 2015 r., może oznaczać konieczność szukania koalicjanta. Lub wręcz pożegnania się z władzą.

Naczelnik, czyli Pan Krzysztof

PiS dzierży pełnię władzy w kraju, a jej emanacją jest Jarosław Kaczyński. – Ale to nie oznacza dyktatury, to wymysł propagandowy – podkreśla Dudek. Żaden z innych partyjnych liderów nie zbliżył się do takiego zakresu władzy, jaką ma obecnie prezes PiS. Aleksander Kwaśniewski, Marian Krzaklewski, Leszek Miller czy Donald Tusk musieli się nią dzielić. Całkowicie samodzielny nie był nawet sam Jarosław Kaczyński w latach 2005–2007. Teraz cała władza należy do niego – wypracowany model jest wręcz unikatowy. Widać to nawet w nieoficjalnej nomenklaturze. Kiedy Miller był szefem rządu, zyskał miano Kanclerza, na Tuska mówiono Kierownik. Kaczyński nazywany jest Naczelnikiem lub Panem Krzysztofem. Pochodzenie pierwszego przydomku jest oczywiste, drugiego – nie tak bardzo, jeśli nie jest się miłośnikiem rodzimego kina. To nawiązanie do komedii „Poranek kojota” – bohater filmu, Krzysztof Jarzyna ze Szczecina, jest nazywany szefem wszystkich szefów. Oba przydomki sugerują duże i – co ważne – nieoficjalne wpływy prezesa. W razie sporów między ministrami to on staje się rozjemcą, kosztem ubezwłasnowolnienia prezydenta oraz premier. – Obserwujemy bardzo silne osłabienie tych ośrodków władzy. Oczywiście w trakcie trwania koalicji AWS-UW czy SLD-PSL też bardzo często decyzje zapadały nie podczas obrad gabinetu, ale podczas narad koalicji, to jednak nie pamiętam szefa rządu tak dalece dyspozycyjnego wobec szefa partii jak Beata Szydło – mówi Rafał Matyja.

Ta zależność to powielenie układu z czasów, gdy PiS był w opozycji: wówczas strategiczne decyzje należały do Kaczyńskiego, a Szydło była odpowiedzialna za ich wykonanie. – W szefowej rządu nie ma chęci do wywalczenia sobie silnej pozycji, nikt też jej w tym nie chce pomóc. Na przykład na Jerzego Buzka grała część osób w rządzie AWS-UW, tak że w końcu przejął przywództwo od Mariana Krzaklewskiego – dodaje dr hab. Jarosław Flis.

 

Jeszcze bardziej uderzające jest osłabienie prezydenta. Głowa państwa, gdy rządzi formacja, do której należy, zawsze jest w trudnej sytuacji, bo siłą rzeczy znajduje się w cieniu gabinetu. Ale cień rzucany przez Kaczyńskiego jest naprawdę potężny. – Żaden z dotychczasowych lokatorów Pałacu Prezydenckiego nie był tak zagrożony z perspektywy bieżących sondaży. Wiadomo, kto może być jego rywalem, że to zawodnik wagi ciężkiej, i już obecnie sondaże pokazują, że Duda przegrywa – zauważa Jarosław Flis, odnosząc się do badania, które w marcu opublikował serwis OKOpress.pl. Wynikało z niego, że drugą turę wyborów prezydenckich wygrałby minimalnie Donald Tusk (gdyby wrócił do krajowej polityki).

Rafał Chwedoruk zauważa, że obecny model władzy jest efektywny. – Kaczyński jest recenzentem poczynań całości, Szydło kieruje rządem realizującym obietnice wyborcze, a klub parlamentarny wziął na siebie ciężar walki politycznej – podkreśla.

Rewolucja personalna

Nie tylko olbrzymi zakres władzy jest znakiem firmowym PiS. To także sposób korzystania z niej. Choć ugrupowanie deklaruje, że najważniejsze są dla niego zmiany instytucjonalne, to jednak priorytetem są przetasowania personalne. Nie jest w tym, oczywiście, żadnym wyjątkiem, bo dzielenie łupów dla każdej partii jest najsłodszą chwilą rządzenia. AWS wygrał wybory w 1997 r., bo byliśmy już zmęczeni układami i klikami ludzi związanych z rządem SLD-PSL. W oczyszczeniu sytuacji nie pomogła nawet akcja „czyste ręce” zainicjowana przez Włodzimierza Cimoszewicza, ówczesnego ministra sprawiedliwości, a późniejszego premiera. Cztery lata później rząd Jerzego Buzka odchodził w niesławie, także oskarżany o hołdowanie nepotyzmowi. W 2001 r. SLD błyskawicznie rozprawiło się z pozostałościami po AWS i UW, a symbolem ówczesnej rewolucji personalnej stali sie baronowie lewicy, działacze tej partii, którzy rozdawali karty (i posady) w terenie. – PiS kontynuuje to, co wyczyniali ich poprzednicy. Przy czym przekroczył granice przyzwoitości: próbuje naprawić państwo nie przez zmianę wadliwych mechanizmów działania instytucji, ale przez wymianę kadr – mówi Matyja.

PiS wymienia ludzi wszędzie. Wynika to z oceny III RP przez to ugrupowanie. Partia Kaczyńskiego nie kwestionuje tylko rządów poprzedników, lecz całe ćwierćwiecze od początku transformacji. Skoro III RP była złem, to ludzie, którzy ją współtworzyli od zarania, są za to zło współodpowiedzialni – i należy ich wszystkich odsunąć od władzy. Dlatego wszelkim decyzjom personalnym przyświeca zasada: najpierw nasi. Jasno dał temu wyraz Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego”, kwestionując zasadność rozpisywania konkursów na członków władz państwowych spółek. „W latach 2005–2007 wprowadziliśmy bardzo zobiektywizowane konkursy, w których decydowały czysto merytoryczne kategorie. Skończyło się to fatalnie. Wprowadziliśmy do spółek całą rzeszę ludzi, którzy mieli co najmniej doktorat z ekonomii albo prawa związanego z gospodarką, i natychmiast byli oni pochłaniani przez patologiczny system funkcjonujący w tych spółkach. (…) Teraz odwołaliśmy się do innego mechanizmu, bo tamten zawiódł. Mianujemy ludzi z bliskich nam środowisk, którzy realizują nasz program” – powiedział.

To pierwsza władza po 1989 r., która pokazuje, że polityk może coś obiecać i za pośrednictwem państwa wcielić to w życie – podkreśla Rafał Chwedoruk

Stąd liczne awanse osób bez przygotowania i doświadczenia do rad nadzorczych. To m.in. przypadek Bartłomieja Misiewicza, choć to przykład o tyle zły, że pierwotnie został delegowany do rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej przez ministra obrony jako jego przedstawiciel. Jego przypadek nie jest też wyjątkowy – mało kto pamięta, że gdy UW rządziła wraz z AWS, to Ryszard Petru, wówczas współpracownik Leszka Balcerowicza, jako równie młody chłopak został delegowany do rady nadzorczej PKO BP.

O wiele mocniejszym postawieniem na lojalnych swoich jest kariera byłego wójta Pcimia Daniela Obajtka, który najpierw został szefem Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, po czym przerzucono go na stanowisko prezesa Energi, jednej z największych krajowych spółek energetycznych. Brak przygotowania do zarządzania wielką spółką nie oznacza, że pod wodzą Obajtka Energę czeka kolaps. Ba, może się nawet okazać dobrym prezesem samoukiem. Jednak taka metoda dobierania ludzi znacząco zwiększa ryzyko wpadki. Choć w praktyce to realizacja jednego z ulubionych powiedzeń Jarosława Kaczyńskiego, który za Stalinem powtarza: „Drugich pisatieliej u mienia niet” (Innych pisarzy nie mam). Co w praktyce przekłada się na zasadę znaną wszystkim kadrowym: musimy zarządzać tymi, których mamy.

– Tego typu czystki zachodzą także w innych systemach politycznych, choćby w USA. My cały czas jesteśmy tym oburzeni, bo wmówiono nam, że istnieje zasób bezpartyjnych fachowców, który może sprawować rządy w sposób absolutnie racjonalny. Wciąż nie potrafimy pojąć, że demokracja to gra interesów – ocenia Rafał Chwedoruk. Jednak kiedy „swoich” nie starcza, to wtedy PiS realizuje drugie przykazanie własnej polityki personalnej: na stanowiska nominuje ludzi nowych, najlepiej młodych. By działali w poczuciu, że karierę zawdzięczają wyłącznie partii Kaczyńskiego.

– Zmian systemowych w państwie nie widzę, a jeśli robi się coś systemowego, to tylko po to, by przejąć instytucję. Najbardziej groteskowa sytuacja dotyczy Muzeum II Wojny Światowej – podsumowuje Rafał Matyja. Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński, by wymienić kierownictwo tej placówki, posłużył się formalnym wybiegiem, łącząc tę instytucję z Muzeum Westerplatte. Podobna strategia została zastosowana w rocznej wojnie o Trybunał Konstytucyjny. Najpierw PiS krytykował skok PO na trybunał z 2015 r. i zapowiadał zmianę zasad działania tej instytucji. Dlatego forsował swoich nominatów na miejsce sędziów wybranych przez poprzedni parlament i proponował wprowadzenie zasady rozpatrywania spraw zgodnie z kolejnością ich wpłynięcia do TK oraz podejmowania decyzji większością kwalifikowaną. Gdy tylko przejął trybunał, pomysły na zmiany instytucjonalne wyrzucono do kosza. – Sędziowie, choć są niezależni, to mają swoje sympatie, i wygląda na to, że będą przychylni rządowi. Ale po owocach ich poznacie. Zapewne większość reform PiS zostanie przez opozycję zaskarżona do TK i jeśli we wszystkich sprawach trybunał będzie orzekał zgodnie z wolą rządu, to stanie się jasne, iż jest elementem składowym większości parlamentarnej – mówi Antoni Dudek.

Zmiany kadrowe, które PiS już przeprowadził, na trwałe zmieniły charakter naszej polityki. Skala i zasięg personalnej rewolucji rodzi jednak żądzę odwetu u politycznych przeciwników. Po przejęciu władzy z pewnością zrobią to samo – tyle że szybciej.

Dyplomacja mało dyplomatyczna

Politolodzy pytani o rzucające się w oczy zmiany po objęciu władzy przez PiS wskazują też politykę zagraniczną. – Kurs radykalnie proniemiecki zastąpił kurs radykalnie antyniemiecki. Kaczyński powiedział, że na wszystkich polach, od polityki historycznej do energetycznej, Berlin jest nam przeciwny i prowadzi szkodliwą dla nas politykę, której musimy się przeciwstawić. Do tego dochodzi konflikt z Brukselą. Tym zmianom towarzyszą inne, które mają ją równoważyć, chociażby zbliżenie do USA, próba budowania regionalnego sojuszu zwanego koncepcją wyszehradzką czy ideą Międzymorza – podsumowuje Antoni Dudek.

Zmiana polega nie tylko na skorygowaniu kursu, lecz także stylu. Dyplomacja ma realizować interesy kraju na zewnątrz, łagodzić i wygładzać ewentualne kanty i zadziory politycznej linii. Teraz MSZ stało się jednym z frontowych graczy. – Na dodatek minister Witold Waszczykowski jest, delikatnie mówiąc, mało finezyjny. W bardzo nieudolny sposób rezonuje to, co każe Kaczyński. W efekcie jest to dyplomacja mało dyplomatyczna – uważa Dudek.

A stało się tak, bo polityka zagraniczna została w bardzo dużym stopniu podporządkowana grze wewnętrznej. Do tej pory dyplomacja była wyłączona z bieżących gierek politycznych. Rywalizujące ze sobą ugrupowania potrafiły się nawet ze sobą dogadywać, by jak najszybciej zakończyć negocjacje akcesyjne z NATO i UE. – Nie mieliśmy jeszcze ekipy, która by szła na tak duże zwarcie z głównymi partnerami. Mogły być różne interesy, napięcia czy obawy, np. dotyczące prorosyjskiej polityki Niemiec, ale nie było otwartego konfliktu. Mam wrażenie, że w dużej mierze polityka zagraniczna jest robiona na potrzeby legitymizacji tej ekipy wewnątrz – podkreśla Rafał Matyja. Takie ustawienie polityki zagranicznej było widoczne przy próbie utrącenia kandydatury Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej. Mimo zaangażowania się w tę kwestię Jarosława Kaczyńskiego i jego rozmów z kanclerz Angelą Merkel i premierem Węgier Viktorem Orbanem Beata Szydło pojechała do Brukseli z przegraną z góry misją forsowania kandydatury Jacka Saryusz-Wolskiego.

Na dłuższą metę taka postawa oznacza spadek skuteczności dyplomacji, bo ona powinna być realizacją interesów państwa na zewnątrz i tam powinna być skoncentrowana jej uwaga, a nie na werbalnym uwiarygodnianiu się wobec politycznego centrum w kraju.

Zwrot gospodarczy

PiS postawił także na zmianę gospodarczego kursu. I odwraca kierunek, który był trzymany przez wszystkie rządy, łącznie z poprzednim gabinetem tej partii (2005–2007). Po latach mówienia o dawaniu wędki – jak czyniły to przede wszystkim Unia Wolności, Kongres Liberalno-Demokratyczny oraz SLD, a nawet zdominowana przez związkowców Akcja Wyborcza Solidarność, zdecydowano się dać rybę. – Ta partia położyła nacisk na kwestie społeczne. A przecież w całym okresie transformacji były one zawsze na marginesie. To dobry kierunek, a świadczy o tym choćby to, że podczas tegorocznego Światowego Forum Ekonomicznego w Davos wiele mówiono o potrzebie zmniejszania nierówności dochodowych – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Symbolem zwrotu stał się program „Rodzina 500 plus”, który kosztuje rocznie ponad 23 mld zł. To gest, który był nie do pomyślenia dla żadnego z poprzednich rządów. Dzięki niemu ten prospołeczny kierunek będzie wkrótce widać także w statystykach Eurostatu. W 2015 r. Polska osiągnęła historycznie najniższą relację wydatków publicznych w relacji do PKB – wyniosły 41,5 proc. PKB przy unijnej średniej powyżej 47 proc PKB. Dane za 2016 r. pokażą wzrost, który zapewne utrzyma się w kolejnych latach.

Choć ekonomista prof. Stanisław Gomułka uważa, że PiS i tak się ogranicza. – Zapowiadano pobudzenie popytu konsumpcyjnego, obniżenie podatków przez kwotę wolną, uderzenie w sektor bankowy, pomoc dla frankowiczów i szybki powrót do niższego wieku emerytalnego – zauważa. Ta ostrożność to efekt obaw o wpływ kumulacji zmian na finanse. A i tak PiS dostał jednorazowe zastrzyki gotówki: blisko 30 mld zł z aukcji LTE i dwukrotnej wypłaty zysku z NBP, co w znaczący sposób ułatwiło sfinansowanie 500+.

Program „Rodzina 500 plus” był nie tylko polityczną, lecz także gospodarczą osią polityki rządu na początku kadencji. Teraz tym gospodarczym silnikiem ma być Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Jednak prof. Gomułka zwraca uwagę na jej sprzeczność z dotychczasowymi działaniami. – Odpowiedzialność oznacza niedopuszczenie do niestabilności finansowej i utrzymanie deficytu finansów publicznych poniżej 3 proc. PKB, rozwój ma sygnalizować zamiar działań zwiększających oszczędności i inwestycje krajowe. Te zapowiedzi idą w odwrotnym kierunku niż realizacja obietnic wyborczych, które oznaczają wzrost konsumpcji. Czyli spadek oszczędności – zauważa. Ale mają to zmienić przedstawione wkrótce pomysły ministra na pracownicze ubezpieczenia emerytalne.

Jednak ten prospołeczny kurs może mieć niekorzystne reperkusje w przyszłości. – Obniżenie wieku emerytalnego w warunkach niskiej stopy urodzeń i kurczenia się liczby ludności nie ma uzasadnienia i może utrudnić konstruowanie budżetu. Dobrze o PiS świadczy to, że realizuje wyborcze zobowiązania, ale tego postulatu nie powinien realizować – zauważa prof. Mączyńska.

Jednak zmiana kursu polityki gospodarczej będzie trwała, bo PO deklaruje, że jest gotowe nawet rozbudować program 500+. Na dodatek Grzegorz Schetyna zadeklarował, że jego ugrupowanie może wprowadzić trzynastą emeryturę (odpowiednik trzynastej pensji w firmach).

Spełnianie wyborczego programu

PiS jest partią, która zaczęła wdrażać program. Poprzednicy, zazwyczaj tuż po sformowaniu rządu, na ogół zaczynali tłumaczyć, dlaczego nie mogą tego zrobić. PO szybko zrezygnowała z hasła 3 x 15 – czyli z obniżenia podatków, AWS – próbując zmierzyć się z kryzysem rosyjskim i azjatyckim – porzuciło marzenie o reformie finansów publicznych, z kolei SLD nie potrafiło okiełznać bezrobocia, choć zapowiedź walki z nim dała tej partii wyborcze zwycięstwo.

PiS zaczął do dwóch głównych punktów: 500+ oraz obniżki wieku emerytalnego. Także inne korekty – jak zmiany w prokuraturze czy w sądach – wynikają z programowych zapowiedzi. – Partia Kaczyńskiego dąży do restytucji polityki. Cechą globalizacji i polityki liberalnej było rugowanie państwa, a PiS już w programie z 2011 r. mówił o potrzebie przywrócenia wspólnoty politycznej. To pierwsza władza po 1989 r., która pokazuje, że polityk może coś obiecać i za pośrednictwem państwa wcielić to w życie – podkreśla Rafał Chwedoruk.

To, co odróżnia obecny obóz rządzący od poprzedników, to program radykalnej przebudowy. Większość poprzednich ekip decydowała się jedynie na korekty zastanego stanu rzeczy. – Obecny rząd nie koncentruje się na administrowaniu krajem, ale rozpoczął serię reform na wszelkich istotnych polach. Albo już zostały podjęte – jak w szkolnictwie, albo są w trakcie wdrażania – jak w wymiarze sprawiedliwości czy służbie zdrowia – mówi Antoni Dudek. Jeśli chodzi o poprzedników PiS, to rząd Jerzego Buzka także wprowadził duże zmiany instytucjonalne, ale skończyło się to jego polityczną katastrofą. Bo choć udało się wprowadzić cztery wielkie reformy – edukacji, emerytalną, zdrowotną i samorządową – AWS i UW przypłaciły to utratą władzy. Wniosek PiS z tego wydarzenia? Kontrola zmian i doprowadzenie do tego, by przeprowadzali je zaufani ludzie. To ma gwarantować, że scenariusz się nie powtórzy. Że władza nie zostanie utracona.

Ponieważ zmiana ma być radykalna, a jako przeciwnik została zdefiniowana III RP, to działaniom rządu towarzyszy wysoki poziom emocji – zarówno po stronie obozu władzy, jak i jego przeciwników. Dzielą one już nie tylko polityków, lecz dziennikarzy, sędziów, prokuratorów, nauczycieli, lekarzy oraz inne środowiska. Sytuacja przypomina najbardziej zapalne momenty po 1989 r., gdy toczyła się wywołana przez Lecha Wałęsę wojna na górze czy gdy doprowadzono do upadku rządu Jana Olszewskiego. – Takie nakręcenie emocji wyklucza dyskusję, bo zaczyna dominować pogląd, że druga strona jest szalona. Wcześniej w takich zachowaniach było dużo teatru, dziś te uczucia wydają się szczere – podkreśla Jarosław Flis.

msn.pl

Trwa jedyny w kalendarzu cierpiącego (głównie na własne życzenie) narodu weekend hedonizmu

Paulina Wilk

29.04.2017

Otwiera się wąskie okno pogodowe, przez kilka dni mikroklimat relaksu i bimbania jest sprzyjający, wiatry nicnierobienia pomyślne, a im więcej urzędów, sklepów i firm się pozamyka, tym mniejsze wyrzuty sumienia będą dręczyć w grillowych oparach.

Jako osoba stroniąca od uczuć zbiorowych, spędzam majówkę w Warszawie. Patrzę jak zimne deszczowe krople ściekają z miejskich drzew, lśnią w wiosennej wilgoci karoserie nielicznych samochodów, uginają się w ulewach pierwsze bzy i błyszczą zmoczone witryny, podziwiane tylko przez takich jak ja rozbitków – melancholijnych Robinsonów. My zostaliśmy. Cała Polska wyjechała i znalazła się gdzieś indziej. Odjechała, by po dotarciu na miejsce być tam sobą jeszcze bardziej.

Kraj, jak długi i szeroki, stoi. Jeśli nie w korku, to przy grillu, na działce, w altance lub na kwaterze, pod daszkiem, z zawilgotniałymi węgielkami, gasnącym co rusz płomykiem i ledwo ciepłą kaszanką przesiąkniętą zapachem podpałki. Z wódką za zimną, by rozgrzała. Piwem, które wzdyma brzuchy i piersi okryte ortalionem, względnie goreteksem. Laczki, szorty i sukienki tkwią w torbach, spakowane na wypadek, gdyby jednak zdarzył się meteorologiczny cud. Ten, któremu cała Polska zawierza, planując najbardziej wyczekiwany weekend roku. Weekend lepszy niż wszystkie święta, bo uniwersalny. Majówka wznosi się ponad podziały religijne i ideologiczne – mało kogo obchodzi i Święto Pracy, i Święty Józef Robotnik, i pierwsza w Europie nowoczesna konstytucja. W majówce chodzi o wynik osiągany na potrzeby świeckiej i lokalnej rywalizacji. Majówka jest testem rodzimego sprytu i kombinatoryki.

(fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)(fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)

Już w czwartek po południu zapchanymi drogami z wielkich miast ku Mazurom, Tatrom i Karkonoszom jadą wyznawcy różnych opcji, a wszyscy z tą samą modlitwą na ustach: „Żebyśmy tylko mieli pogodę”, szeptaną w imieniu własnym, bynajmniej nie obejmującą innych uczestników pospolitego ruszenia.

Wszystko umiemy sobie załatwić – i dobrą miejscówkę na wypoczynek, i trzy dni urlopu cudownie przemienione w 10 dni wolnego, i zakupy spożywcze tak wielkie, jakby miał się zaraz skończyć świat. Polak potrafi. Tylko z tą cholerną pogodą nie można dojść do ładu – zawsze nie taka, jak by się człowiekowi marzyło.

Mimo deszczu jest w polskiej majówce coś rozkosznie bezkarnego. Po pierwsze  – nie trzeba jej spędzać z rodziną. Żadnych barszczy, prezentów, spięć nad pasztetem. Pod drugie – nie trzeba dochowywać żadnych religijnych ani świeckich rytuałów, poszukiwać głębszych znaczeń, przeżywać ich ani udawać, że się je rozumie. Można zjeść, popić i leżeć. Nie chcieć nic więcej, chwilowo nie reprezentować ani tradycji mickiewiczowskiej, ani chłopsko-robotniczej, ani katolicko-narodowej. Otwiera się wąskie okno pogodowe, przez kilka dni mikroklimat relaksu i bimbania jest sprzyjający, wiatry nicnierobienia pomyślne, a im więcej urzędów, sklepów i firm się pozamyka, tym mniejsze wyrzuty sumienia będą dręczyć w grillowych oparach. Polak to przedstawiciel gatunku nękanego niedoborami samozadowolenia, sympatii do świata, zaufania do innych oraz zdolności odpoczywania. Tymczasem raz w roku każdemu wolno nie robić nic, a nawet się tym chwalić.

Długi weekend pod Tatrami - kolejka do kasy kolei linowej na Kasprowy Wierch (fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta)Długi weekend pod Tatrami – kolejka do kasy kolei linowej na Kasprowy Wierch (fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta)

Trwa jedyny w kalendarzu cierpiącego (głównie na własne życzenie) narodu weekend hedonizmu. Przerwa, na którą wychodzimy jednak nie tylko ze zdrową radością, częściej chyba z uniesionym czołem oraz pytaniem „A wy, co robicie w majówkę?”, zadanym wyłącznie po to, by zaraz samemu zabłysnąć, że się wynajęło domek na Warmii, wykupiło trening uważności w pałacyku pod Lublinem lub wypożyczyło łódkę w Węgorzewie. A zamiast gratulować innym, pod skórą bulgocze satysfakcja, że tam u nich na jeziorze jeszcze zimniej, a do Kotliny Kłodzkiej to przecież jechali sto lat. Siedzi Polska „wyjechana”, siedzi sobie na głowach, ściśnięta łokieć w łokieć na ławeczce przy wątłym ognisku. Niepocieszona, że nie zdołała uciec przed samą sobą, ale też jakoś po swojsku zadowolona, że ma aż tyle powodów do narzekania. Nawet gdyby wyjazd się udał, zawsze można pocierpieć przez pogodę.

Majówka to dyscyplina głęboko narodowa i obowiązująca jedynie w kraju. Nie liczą się w niej ci, którzy na ten czas wylatują za granicę. To tak, jakby wybiegli poza bieżnię w wyścigu polsko-polskim. Chodzi przecież o to, czy się na nią pojechało lepiej niż inni, ile czasu i jaką trasą udało się wydostać z codzienności oraz o to, czy się „miało pogodę”. Ciekawe sformułowanie. Czasownik „mieć” sugeruje, że się coś bierze – na przykład atmosferę, ciśnienie i temperaturę – w posiadanie. Jeśli pogodę mam ja, nie możesz jej mieć ty. Trochę jak ze zbieraniem grzybów, w którym Olga Tokarczuk widzi idealny sport dla Polaków – indywidualny, rywalizacyjny i wykluczający wszelkie formy współdziałania.

Gdy się już na majówkę pojedzie, należy niezwłocznie zadzwonić – do biologicznie skoligaconych oraz nieprzyjaciół. W szczególności, jeśli w okupowanym przez nas zakątku Rzeczypospolitej jest akurat prześwit i przez ulewę przebiły się dwa wątłe promienie. Wystarczą, by najpierw westchnąć, użaliwszy się nad czyimś ulewnym pechem, po czym triumfalnie napomknąć: „No popatrz, a u nas się przejaśniło!”.

Rok 2010, czerwiec. Krakowianie po prawie miesiącu opadów wreszcie mogli wyjechać za miasto na grillowanie (fot. Michał Lepecki / Agencja Gazeta)Rok 2010, czerwiec. Krakowianie po prawie miesiącu opadów wreszcie mogli wyjechać za miasto na grillowanie (fot. Michał Lepecki / Agencja Gazeta)

W tym roku prognoza na majówkę sprzęgła się metafizycznie i atmosferycznie z prognozą długoterminową dla Polski. Zimny maj, zimny kraj, a wiosna ewidentnie idzie pieszo. W powietrzu wisi znużenie, klimat jest nieprzyjazny, trudno rozpalić w nas ogień wiary, że jeszcze będzie wspaniale i słonecznie. Że zrzucimy grube płaszcze, opuścimy gardę, pożyjemy bliżej siebie i mniej naburmuszeni.

Prezenterzy prognozy od prawa do lewa zgodnie nie zapowiadają szybkiej poprawy. Chciałoby się zakrzyknąć: „Byle do wiosny!”, albo lepiej: „Zima wasza, wiosna nasza!”, ale układ frontów podpowiada raczej, że w tym sezonie wiosna się nie odbędzie.

Patrząc na pieniącą się przy rynnach deszczówkę, na zmoczone chodniki i beznamiętne twarze manekinów w zroszonych witrynach powtarzam sobie szeptem: „Nos jeszcze nad wodą!”.


Paulina Wilk.
Ur. 1980. Pisarka, publicystka. Autorka książek „Lalki w Ogniu. Opowieści z Indii”, „Znaki szczególne” o dorastaniu w czasie polskiej transformacji, a także serii bajek dla dzieci o misiu Kazimierzu. Zajmuje się tematyką międzynarodową i literaturą. Stale współpracuje z tygodnikiem „Polityka”, a także z „National Geographic Traveler”, „Przekrojem” oraz magazynem „Kontynenty”. Jest współtwórczynią Big Book Festival – międzynarodowego festiwalu czytania odbywającego się w Warszawie od 2013 r. Pracuje nad książką poświęconą miastom przyszłości.

weekend.gazeta.pl

RMF: Po 27:1 nastąpił paraliż współpracy polskiej administracji z Brukselą. Zaczynamy na tym realnie tracić, np:

Mocny wywiad Saryusz-Wolskiego. „Skarżenie na Polskę skończyło się zaborami”

28.04.2017

Jacek Saryusz-Wolski, europoseł© Jakub Kamiński Jacek Saryusz-Wolski, europoseł

Skarżenie na Polskę na obcych dworach skończyło się zaborami. Polska demokracja ma się dobrze i nie potrzebuje porad z zewnątrz – mówił w TVP Info Jacek Saryusz-Wolski. Europoseł stwierdził, że donoszenie na własny kraj to sytuacja bez precedensu.

– Słyszałem na własne uszy jednego z najwyższych funkcjonariuszy Unii Europejskiej, który powiedział: kim żesz jesteśmy, aby uczyć Polskę demokracji. To była wypowiedź szczera – podkreślił Saryusz-Wolski.

Jak tłumaczył, w Komisji Europejskiej dominuje nurt lewicowo-liberalny. – Chłopcem do bicia są Polska i Węgry. Rzeczywiste problemy, takie jak terroryzm, migracja, Brexit przykrywa się połajankami względem krajów członkowskich. (…) Nie możemy sobie pozwolić na biczowanie Polski. Musimy prosto stać i mówić: jesteśmy równymi wśród równych – oświadczył.

– Nikt nigdy wewnętrznych sporów politycznych nie domagał się rozstrzygać na forum europejskim. Sprawy domowe załatwia się w domu. My tę zasadę złamaliśmy i wcale nas za to nie szanują, poza ogromnymi stratami wizerunkowymi, o co mam zasadniczą pretensję do dzisiejszej opozycji – powiedział Saryusz-Wolski.

Dodał, że w Polsce nie ma żadnej, dużej siły politycznej, która postuluje wyprowadzenie naszego kraju z UE. – Polska jest dziś najsilniejszym fundamentem w Unii, dlatego powinna być broniona – ocenił.

„Tusk błogosław sankcje na Polskę”

Europoseł podkreślił, że nie dziwi go wypowiedź kandydata na prezydenta Francji Emmanuela Macrona, który domaga się nałożenia sankcji na nasz kraj, skoro „polscy politycy, tacy jak Donald Tusk błogosławili procedurę sankcyjną przeciwko Polsce”.

Saryusz-Wolski oświadczył, że nie żałuje swojej decyzji o kandydowaniu na szefa Rady Europejskiej. – Zrobiłbym to drugi raz. To był ważny gest, żeby powiedzieć: dość szkalowania i biczowania Polski. Taki był mój zamiar i to się udało, bo Komisja Europejska zrezygnowała z wytoczenia przeciwko Polsce artykułu 7 – tłumaczył.

Brexit a interesy UE

Polityk mówił, że w związku z Brexitem zmieni się równowaga w Radzie Europejskiej i to na niekorzyść Polski. – To szkodzi Unii i NATO. To wielkie strategiczne i geopolityczne tąpnięcie – podkreślił. Dodał, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE pogorszy sytuację Polaków mieszkających na Wyspach.

– Musimy zadbać o własne interesy. Interesy zachodniej Europy w związku z Brexitem to przede wszystkim przemysł niemiecki i trzy centra, które będą próbowały przejąć londyńskie City, czyli: Dublin, Paryż, Frankfurt. A my, a Polska? – pytał Saryusz-Wolski.

msn.pl

Pszczelarz gawędziarz od Gowina z posadą w cyberbezpieczeństwie

Wojciech Czuchnowski, 29 kwietnia 2017

Stanislaw Derehajlo

Stanislaw Derehajlo (Wrota Podlasia)

Członek władz partii wicepremiera Gowina dostał posadę w instytucie zajmującym się bezpieczeństwem internetu. Z zawodu jest rolnikiem, z pasji strażakiem i pszczelarzem. Nie musi przychodzić do pracy. Pensje na jego szczeblu to od 12 do 29 tys. zł.

Stanisław Derehajło (rocznik 1972) przez 18 lat był wójtem gminy Boćki w województwie podlaskim. Działa w Polsce Razem, partii Jarosława Gowina, która rządzi dziś w koalicji z PiS – jest we władzach krajowych ugrupowania.

W marcu tego roku lokalne media zelektryzowała wiadomość, że Derehajło rzuca posadę w samorządzie i jedzie do Warszawy, gdzie będzie doradzał Gowinowi (ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego) oraz szefostwu  Instytutu Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej (NASK)

Ta ostatnia nominacja jest dość egzotyczna. NASK (do niedawna nadzorowany przez resort Gowina, obecnie przez Ministerstwo Cyfryzacji) zajmuje się bowiem bezpieczeństwem sieci teleinformatycznych. Ostrzega również przed zagrożeniami w sieci oraz cyberatakami. Praca w NASK wymaga specjalistycznego wykształcenia w zakresie informatyki i bezpieczeństwa cyberprzestrzeni. W poprzednim rządzie na czele NASK stał nawet oficer wydelegowany tam przez ABW.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Ludzie ministra Glińskiego wchodzą do rad nadzorczych mediów publicznych

Zobacz: Samodzierżca Kaczyński i jego najemnicy od brudnej i mokrej roboty – prof. Kuźniar w 3×3 o polityce PiS

Samodzierżca Kaczyński i jego najemnicy od brudnej i mokrej roboty – prof. Kuźniar w 3×3 o polityce PiS

http://www.gazeta.tv/plej/19,155165,21685784,video.html

Człowiek od Gowina, z zamiłowania rolnik

Tymczasem wójt Derehajło ma niewiele wspólnego z informatyką. – Jestem z zamiłowania rolnikiem, prowadzę gospodarstwo rolne. Rozwijam tę działalność, działam w zespole ludowym Klekociaki i straży pożarnej – najwspanialszej organizacji pozarządowej w tym kraju – mówił w pożegnalnym wywiadzie dla podlaskiej prasy. Ma jeszcze jedną pasję – pszczelarstwo. Na stronie Centrum Produktu Lokalnego gminy Michałowo (Podlaskie) jest przedstawiony jako właściciel 70 uli, „mistrz pszczelarski z misją edukacji pszczelarskiej”, który „sam siebie określa mianem pszczelarz gawędziarz”. O komputerach i cyberbezpieczeństwie ani słowa.

Nominacja Derehajły na doradcę szefa NASK zbulwersowała pracowników Instytutu. – To człowiek widmo. Nie wiadomo, gdzie urzęduje, ani jaki jest do niego telefon. Mało kto go u nas widział – mówi informatyk, który skontaktował się z „Wyborczą”.

Pokazuje wydruk z wewnętrznej sieci NASK o pracownikach. Przy Derehajle nie ma numeru pokoju ani telefonu wewnętrznego. Jest tylko adnotacja o przypisaniu go do „Pionu dyrektora”.

Do biura prasowego NASK wysłaliśmy kilka pytań w sprawie nowej posady wójta gminy Boćki. Pytaliśmy:

* jaką dokładnie funkcję w NASK pełni;

* co należy do jego obowiązków;

* jakie są jego kompetencje do pracy w NASK;

* ile zarabia;

* czy w zakresie jego obowiązków jest codzienne pojawianie się w pracy;

* w  jakim pokoju urzęduje.

Gowin „go ściągnął”

W odpowiedzi NASK potwierdza, że Derehajło jest doradcą szefa i został zatrudniony 19 kwietnia „w związku z realizacją przez NASK pilotażu programu Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, którego celem jest opracowanie i wdrożenie technicznego modelu dostępu do bezpiecznego szerokopasmowego internetu w szkołach oraz udostępnienie multimedialnych aplikacji i serwisów o charakterze dydaktycznym”.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Chciała „kajdanek i szubienicy” dla Tuska. Dostanie posadę?

Według NASK „pierwszy etap prac to pilotażowe wdrożenie programu w wybranych szkołach w województwie mazowieckim i podlaskim”. W mailu czytamy też, że „doświadczenie zawodowe Pana Derehajło jest bardzo przydatne w realizacji projektu OSE w kontekście współpracy z jednostkami samorządu”. NASK wyjaśnia, dlaczego Derehajło nie musi regularnie pokazywać się w pracy: „do zakresu jego obowiązków należą spotkania i konsultacje z przedstawicielami samorządu i społeczności lokalnych oraz stała współpraca z liderami i koordynatorami projektu w NASK”.

To znaczy, że wójt swoją misję prowadzi głównie w terenie. Dzieli ją razem z pracą doradcy w gabinecie ministra Gowina. Jak mówił w wywiadzie dla TVP Białystok, to właśnie Gowin „ściągnął go” do Warszawy. NASK nie odpowiedział nam, ile wójt zarobi w Instytucie. Według źródła „Wyborczej” w NASK dyrektorzy, szefowie pionów i doradcy mają pensje między 12 a 29 tys. zł.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Żona byłego ministra PO „doi państwową spółkę”? Firma zaprzecza, państwowa spółka potwierdza

wyborcza.pl

W przyszły piątek posłowie PO znów pojawią się w MON. Żądamy odpowiedzi na pyt.kto miał dostęp do dokumentów przetargowych ws.Caracali

Drugi sondaż i znów PiS na drugim miejscu. Wielki sukces wybitnego stratega: jego antypaństwowa partia ma aż 27 proc. poparcia. Gratulujemy.

Wybór wpisów z profilu FB p. Marii Szonert-, od niedawna konsula honorowego RP w Akron, Ohio

 

„Niektórzy w UE coraz bardziej chcą porzucić Polskę”

28.04.2017
Wygrana Emmanuela Macrona we Francji może doprowadzić do głębszego podziału na twardy rdzeń UE i peryferia kontynentu, na czym może stracić m.in. Polska, w której nacjonalistyczny populizm, podobnie jak na Węgrzech, ma się świetnie – pisze „The Economist”.

„Mimo że centrysta Emmanuel Macron najprawdopodobniej wygra ze skrajnie prawicową Marine Le Pen 7 maja, w środkowo-wschodniej Europie populistyczny nacjonalizm ma się dobrze. Świadczą o tym poczynania premiera Węgier Viktora Orbana i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego” – pisze tygodnik.

„The Economist” przypomina spór Orbana z Komisją Europejską wokół uniwersytetu założonego przez George’a Sorosa. – Chcemy sami decydować, jak żyć. A Soros chce tu po milion nowych migrantów rocznie – tłumaczył Orban w Parlamencie Europejskim, podczas gdy KE wszczęła postępowanie dyscyplinujące wobec Węgier.

Tygodnik podkreśla, że w przeciwieństwie do Orbana, który nie boi się konfrontacji w Brukseli, Kaczyński „rzadko spotyka się z przywódcami innych państw”. „W marcu prezes PiS zaliczył upokarzającą porażkę, wysyłając Szydło, by zablokowała wybór Tuska na drugą kadencję szefa RE” – czytamy.

„Niektórzy w Brukseli chcą odebrać Polsce prawo głosu w UE (tzw. opcja nuklearna)” – pisze „The Economist”. W komentarzu zaznaczono, że „to może nigdy nie nastąpić, ale faktem jest, że 16 maja, na posiedzeniu unijnych ministrów do spraw europejskich ma być przedstawiona informacja o sytuacji w Polsce”. O ten punkt w programie spotkania unijnych ministrów wnioskował wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans w związku z prowadzoną przeciwko Polsce tak zwaną procedurą kontroli praworządności..

Rosnący dyplomatyczny dryf

„Polska odsunęła się od Niemiec i Francji, rzekoma wspólnota interesów z Wlk. Brytanią została przerwana przez Brexit. Nawet Czechy i Słowacja są skłonne wpaść w ramiona Niemiec, niż zacieśniać więzy z Kaczyńskim i Orbanem w ramach Grupy Wyszechradzkiej” – pisze tygodnik, podkreślając, że mamy do czynienia z „narastającym dyplomatycznym dryfem”. „Agenda krajowa jest bardziej agresywna niż kiedykolwiek, świadczą o tym liczne reformy PiS” – czytamy w komentarzu.

„Test dla UE”

„Wygrana Macrona we Francji może wzmocnić sojusz niemiecko-francuski i pogłębić proces integracyjny strefy euro, w której nie ma Polski i Węgier (świeża energia może przenieść się na takie obszary jak obrona i prawo azylowe). To może doprowadzić do głębszego podziału na twardy rdzeń UE i peryferia kontynentu. Merkel nie jest chętna, by opuścić Polaków, ale Macron może mieć mniej cierpliwości dla nieliberalnych decyzji na wschodzie UE i przekonać innych członków UE do jego racji. Polska nie opuści UE, ale niektórzy w UE coraz bardziej chcą porzucić Polskę” – podsumowano w artykule.

Macron w opublikowanym w czwartek wywiadzie dla dziennika „Voix du Nord” zapowiedział, że jeśli zostanie prezydentem opowie się za sankcjami UE wobec Polski, która „naruszyła wszystkie zasady Unii”. Wypowiedź spotkała sie z krytyką rzecznika polskiego rządu.

wp.pl

PO przed PiS w kolejnym badaniu. „To prowokacja, sondaże były sfałszowane”

28.04.2017

Grzegorz Schetyna przemawia w Sejmie© Damian Burzykowski Grzegorz Schetyna przemawia w Sejmie

Poseł PiS Krystyna Pawłowicz na antenie Telewizji Republika skomentowała wyniki dwóch kolejnych sondaży, które dały prowadzenie Platformie Obywatelskiej przed Prawem i Sprawiedliwością.

– Jestem przekonana, że sondaże są fałszowane – stwierdziła Pawłowicz. W jej ocenie, 11 proc. poparcia dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej w czasie, gdy partii nie ma w Sejmie, jest jednym z dowodów na to, iż badanie nie może być prawdziwe.

„Polacy nie mają ich za co docenić”

Krystyna Pawłowicz skrytykowała także w mocnych słowach Platformę Obywatelską, która w dwóch kolejnych sondażach wygrywa z Prawem i Sprawiedliwością. – PO popisuje się tylko Tuskiem, a wynik „27:1” jest wynikiem ciężkiej patologii w Unii. To „27:1” to dowód przemocy innych krajów nad jednym – wskazała i dodała, że największa partia opozycyjna straszy Polaków odbieraniem świadczenia „500 plus” i podnoszeniem wieku emerytalnego, wobec czego „Polacy nie mają ich za co docenić”.– To prowokacja, sondaże były sfałszowane. (…) Wmawianie ludziom, że PiS robi coś złego, plakaty, ulotki, miały przygotować ludzi na jakiś przewrót. To wszystko śmierdzi na odległość – dodała poseł.

Sondaże

Sondaż Kantar Public dla „Gazety Wyborczej” jest drugim w tym tygodniu badaniem, z którego wynika, że Platforma Obywatelska ma nieznaczną przewagę nad Prawem i Sprawiedliwością. PO w sondażu może liczyć na 28 proc. głosów, a PiS na 27 proc. Sondaż ten ukazał się dwa dni po pierwszym przełomowym badaniu: z sondażu opublikowanego 26 kwietnia przez Kantar Millward Brown, przygotowanego na zlecenie „Faktów” TVN i TVN24, także wskazywał, że PO mogłoby liczyć na większe poparcie od PiS. W tamtym badaniu 31 proc. respondentów wskazało Platformę Obywatelską, a 29 proc. – Prawo i Sprawiedliwość.

msn.pl

%d blogerów lubi to: