86. miesięcznica: kazanie o złych homoseksualistach na mszy w intencji ofiar. Policja wynosiła usiłujących zablokować marsz m.in. Władysława Frasyniuka

Adriana Rozwadowska, Tomasz Nyczka, 10 czerwca 2017
Policja siłą Pawła Kasprzaka ze stowarzyszenia Obywatele RP podczas obchodów 86. miesięcznicy smoleńskiej

Policja siłą Pawła Kasprzaka ze stowarzyszenia Obywatele RP podczas obchodów 86. miesięcznicy smoleńskiej (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

86. marsz smoleński nie przypominał w niczym tych sprzed lat. Krakowskim Przedmieściem przemaszerowało ok. 400 osób, a prezes Kaczyński – choć dobitnie mówił o „rozbudowanej agenturze obcych państw w Polsce” – przemawiał bardzo krótko.

Kiedy Obywatele RP buczeli krzyczeli „Do kościoła!” i „Będziesz siedział!”, prezes PiS Jarosław Kaczyński odpowiadał:

– Ekshumacje pokazują bezmiar barbarzyństwa. I to barbarzyństwo ma w Polsce swoich obrońców. Słyszymy ich właśnie. Ale prawda zwycięży. I żadne próby przeciwstawienia się prawdzie nic nie pomogą. Okrzyki „Do kościoła!” to żądania komunistów. Ale będziemy wiedzieli, jaka jest przyczyną katastrofy. W Polsce ogromnie rozbudowana jest agentura obcych państw. Musimy się z tym liczyć. Ale zwycięży Polska, zwycięży niepodległość!”

86. miesięcznica budziła spore obawy. Prócz miesięcznicy i organizowanej regularnie od roku kontrmiesięcznicy stowarzyszenia Obywatele RP, do tych ostatnich dołączyły organizatorki Ogólnopolskiego Strajku Kobiet (OSK), który 3 października 2016 roku odbył się w 150 miastach Polski.

Zapowiadano, że dojdzie do blokady marszu, a kontrmanifestanci – w geście protestu przeciwko podpisanej w marcu przez prezydenta Andrzeja Dudę nowelizacji prawa o zgromadzeniach publicznych – będą usiłowali przedrzeć się najbliżej Jarosława Kaczyńskiego ja się da.

Krakowskie Przedmieście zostało gęsto zastawione barierkami, wszystkie ulice wokół pałacu prezydenckiego zostały zablokowane, dostępu do pałacu broniło kilkudziesięciu policjantów. Na Krakowskim Przedmieściu pojawili się też obserwatorzy z Amnesty International.

Kazanie na mszy w intencji ofiar przede wszystkim o homoseksualizmie

Jak co miesiąc obchody katastrofy smoleńskiej rozpoczęły się od mszy świętej w intencji ofiar w bazylice pw. Męczeństwa św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Każdy wchodzący był sprawdzany przy pomocy wykrywacza metalu. Nie wszystkim udało się wejść do środka – chętnych było zbyt wielu. Przed kościołem stanęło z kolei stoisko komitetu społecznego budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego oraz stoisko z książkami. Tytuły? M.in. „Judeopolonia” i „Przedsiębiorstwo Holocaust”.

Kazanie podczas mszy wygłosił ksiądz profesor Andrzej Filaber:

– Aborcja, eutanazja, in vitro są przedstawiane jako wartości europejskie. Ale w rzeczywistości to uleganie namowom szatana – tłumaczył ks. Filaber. Skrytykował też m.in. określenie „partner życiowy” oraz zajął stanowisko w sprawie homoseksualizmu: – Chrystus nie jednoczył w tolerancji tylko w miłości. Gdy człowiek wchodzi na drogę zła to trzeba mu zwrócić uwagę. Agresywna postawa środowisk homoseksualnych jest ukazywana jako norma europejska. Nie można patologii przedstawiać jako wartości – mówił ks. Filaber. Marsze równości określił mianem pochodów „marginalnych grup społecznych”. – Dziś wiele się mówi o islamofobii. Ale kiedy obraża się chrześcijaństwo, nazywane jest to sztuką. Dziś ludzi ogarnia jedna fobia – chrystianofobia.

Przechodnie: „No i kto za to płaci? My”

Zaraz po mszy Marsz Pamięci miał wyruszyć w kierunku Pałacu Prezydenckiego. Ale jego start się opóźniał, bo na trasie przemarszu usiedli przedstawiciele Obywateli RP i OSK. Na placu Zamkowym pojawiło się kilkuset policjantów. Doszło do przepychanek z policją, która siłą usuwała osoby blokujące marsz – m.in. Władysława Frasyniuka, Ewę Siedlecką, Joannę Scheuring-Wielgus a także Sebastiana Słowińskiego, laureata tegorocznej olimpiady filozoficznej, który nie przyjął dyplomu od prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz po tym, jak ta odmówiła poparcia dla Parady Równości.

Policja wynosiła blokujących marsz kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie byli legitymowani. Z kolei przechodnie głośno komentowali ilość policji i denerwowali się: „No i kto za to płaci? My.”

Kiedy wreszcie policja zniosła z trasy wszystkich blokujących marsz, a służba porządkowa PiS utworzyła szpaler, który umożliwił jego rozpoczęcie, okazało się, że nie był zbyt okazały: uczestniczyło w nim ok. 400 osób, a na jego czele szli m.in. minister obrony narodowej Antoni Macierewicz, minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak i marszałek Senatu Stanisław Karczewski.

Policja skieruje do sądu wnioski o ukaranie blokujących marsz

Kiedy marsz ruszył, Obywatele RP i Ogólnopolski Strajk Kobiet wznieśli w powietrze białe róże. „Do kościoła!” – skandowali. Marsz odpowiadał: „Zdrowaś Maryjo”. Do idącego na czele marszu Jarosława Kaczyńskiego Obywatele RP krzyczeli: „Będziesz siedział!”. W odpowiedzi prezes PiS uśmiechał się.

Już po zakończeniu marszu Obywatele RP podali przez megafon informację, że lider opozycji z czasów PRL Władysław Frasyniuk został zatrzymany przez policję. To nie było jednak do końca prawdą – Frasyniuk został wylegitymowany. Grozi mu grzywna.

Jak wyjaśnia jednak Mariusz Mrozek, rzecznik stołecznej policji, osoby, które blokowały przejście Traktem Królewskim były wynoszone, ponieważ popełniały wykroczenie:

– Były o tym informowane, wcześniej wykorzystaliśmy zespół antykonfliktowy, jasno i klarownie tłumaczyliśmy, że mają opuścić trasę marszu, niestety argumenty słowne nie znalazły zrozumienia, więc policjanci byli zmuszeni użyć siły fizycznej. Tak stało się wobec wszystkich osób, które blokowały marsz, w tym także wobec Władysława Frasyniuka – tłumaczy Mrozek. I dodaje: – Będziemy kierować wnioski do sądu o ich ukaranie zgodnie z obowiązującym prawem.

wyborcza.pl

Było o barbarzyństwie, agenturze i nadchodzącej prawdzie. Kaczyński przemówił przed Pałacem

tps, 10.06.2017

86. miesięcznica smoleńska

86. miesięcznica smoleńska (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Wyniki ekshumacji pokazują bezmiar barbarzyństwa rosyjskiego, ale także polskich władz swego czasu – mówił Jarosław Kaczyński podczas obchodów 86. rocznicy miesięcznicy smoleńskiej.

Przemówienie prezesa PiS trwało bardzo krótko. Swoje wystąpienie Jarosław Kaczyński zaczął od ujawnionych niedawno wyników przeprowadzonych dotąd ekshumacji ofiar katastrofy smoleńskiej. – Te trumny, w których niekiedy są ciała ośmiu osób, to nic innego jak barbarzyństwo – przekonywał.

– I to barbarzyństwo ma, niestety, tu w Polsce, swoich obrońców. Słyszymy ich – mówił Kaczyński, mając na myśli zwolenników Obywateli RP, którzy jak co miesiąc zorganizowali swoją kontrmanifestację na Krakowskim Przedmieściu.- Wiemy, w czyim interesie i dla kogo robią te awantury – dodał.

Miesięcznice smoleńskie okiem psychologa. Wywiad >>>

Jak mówił, jego zdaniem kontrdemonstranci chcą „Polski, która się cofnie do czasu PRL, by katolicy – czyli większość – nie mieli praw”. – Nawet za czasów komunistów nie urządzano tego rodzaju awantur – zaznaczył.

Polityk po raz kolejny mówił, że wkrótce „będziemy coraz więcej wiedzieć” o tym, co działo się po 10 kwietnia 2010 roku i co doprowadziło od katastrofy rządowego tupolewa. – W Polsce jest ogromnie rozbudowana agentura obcych państw. I musimy się z tym liczyć. Ale to nie zmieni faktu, że prawda zwycięży – zakończył prezes PiS.

Niespokojna 86. miesięcznica

Wieczorne uroczystości przed Pałacem Prezydenckim poprzedziła interwencja policji. Funkcjonariusze siłą wynosili kontrmanifestantów – zwolenników stowarzyszenia Obywatele RP – którzy chcieli jak co miesiąc zablokować marsz pamięci. Wśród wynoszonych i zatrzymanych znalazł się m.in. Władysław Frasyniuk.

Ale wstyd obciach,zobaczcie Frasyniuka wynoszą-policja hańba

 

Przygotowania do czerwcowych obchodów trwały cały dzień. Policja już rano wygrodziła teren w okolicy Pałacu Prezydenckiego.

‚Coraz bliżej prawdy’. Od 6 lat Jarosław Kaczyński na miesięcznicach smoleńskich powtarza prawie to samo

http://www.gazeta.tv/plej/19,150682,21601847,video.html

gazeta.pl

Zaczyna się 86. miesięcznica smoleńska, kontrmiesięcznica Obywateli RP i Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Wieczorem przed Pałacem Prezydenckim może być gorąco

http://wyborcza.pl/relacje/14,126862,21943396.html

Lis: Pan Duda chce do praktyki politycznej wprowadzić rasizm i ksenofobię. To jest obrzydliwe

jagor, 09.06.2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,103454,21936889,video.html?embed=0&autoplay=1
– Duda chce do polskiej praktyki politycznej wprowadzić rasizm i ksenofobię, najbardziej prymitywne odruchy. To jest obrzydliwe – tak o propozycji referendum ws. przyjmowania uchodźców powiedział Tomasz Lis w Radiu TOK FM.

Sprawa referendum ws. przyjmowania uchodźców, którego przeprowadzenie w 2018 roku zaproponował Andrzej Duda, była jednym z tematów godziny komentatorów w Radiu TOK FM. Tomasz Lis, Tomasz Wołek oraz Wiesław Władyka bardzo krytycznie ocenili prezydencką inicjatywę.

Objawił się geniusz Andrzeja Dudy w Polsce

– Jeszcze jeden geniusz się objawił, poza geniuszem Putinem w USA [to nawiązanie do poprzedniego tematu audycji – rosyjskiej ingerencji w wybory w USA – red.], to geniusz Andrzeja Dudy w Polsce, który zaproponował referendum ws. przyjmowania uchodźców. Wcześnie już Stanisław Karczewski, marszałek Senatu miał jeszcze ciekawszy pomysł, żeby zastosować model australijski. To są obozy komercyjnie prowadzone w dzikich miejscach, w którzy się przetrzymuje i zadręcza w kryminalnych warunkach duża grupę ludzi – zaczął wątek Jacek Żakowski.

– Chyba nazbyt jesteś łaskaw dla doktora Karczewskiego – wtrącił Tomasz Wołek zwracając się do prowadzącego audycję – kiedy wystąpił na początku można było mieć wrażenie, że to taki kulturalny lekarz, ale to wrażenie bardzo szybko minęło.

Z koeli Tomasz Lis przyznał, że jest „zniesmaczony propozycją pana Dudy”, który zaproponował przeprowadzenie referendum w 2019 roku – roku wyborczym. – Duda chce do polskiej praktyki politycznej wprowadzić rasizm i ksenofobię, najbardziej prymitywne odruchy. To jest obrzydliwe – ocenił naczelny  „Newsweeka”.

– Skoro pan Duda – widzimy to – bardzo lubi przesiadywać i klęczeć w kościele, to mam taką prośbę, żeby czasem posłuchał w tym kościele, co ma do powiedzenia Kościół w tej sprawie (uchodźców), w której on chce referendum. I tylko tyle – dodał Tomasz Lis.

Chrześcijaństwo w Polsce się nie przyjęło

– To ja może bym nawiązał delikatnie do Józefa Tischnera, który mówił, że chrześcijaństwo się w Polsce nie przyjęło. I rzeczywiście. Nie przyjęliśmy uchodźcy i faktycznie mamy problem z przyjmowaniem uchodźców – powiedział Żakowski.

– I cały czas będziemy powtarzać, że nie przyjmiemy – zauważył Wiesław Władyka.

Zdaniem Lisa to, co „wygadują państwo: Kaczyński, Szydło, Karczewski i inni pisowscy notable, to jest spełnienie marzeń Państwa Islamskiego i Al-Kaidy. Gratuluję panowie chrześcijanie, to jest moralne zwycięstwo – podsumował na zakończenie audycji Tomasz Lis.

Obozy dla uchodźców w Australii – gwałty i tortury

Przy okazji propozycji marszałka Karczewskiego portal OKO.press przypomniał, że Australia słynie z najbardziej bestialskich przepisów migracyjnych na świecie i jako kraj wielokrotnie była oskarżana o łamanie praw człowiek.

„Specjalny wysłannik ONZ ds. tortur, Juan Mendez stwierdził w marcu 2016 roku, że w ośrodkach dla uchodźców Australia narusza międzynarodową Konwencję Przeciwko Torturom. Raport ONZ opisuje m.in. przypadek przywiązywania imigrantów do krzesła i wymuszania na nich oświadczeń. Osobom szukającym azylu odmawia się dostępu do prawnika i arbitralnie decyduje o przetrzymywaniu ich w ośrodkach.

Z kolei brytyjski „The Guardian” opisał szczegółowo realia ośrodków na wyspie Nauru. Dziennikarze ujawnili przypadki molestowania seksualnego i przemocy stosowanej przez strażników. Australijską politykę wobec uchodźców krytykowały także Amnesty International i Human Rights Watch” – można przeczytać na stronie OKO.press.

tokfm.pl

Czy Trump oskubie Dudę?

Czy Trump oskubie Dudę?

Wizyta prezydenta USA w Polsce zawsze jest dla nas najważniejsza. Szczególnie takiego „dziwnego” prezydenta jak Donald Trump i w takim czasie. No, właśnie! Dlaczego nie ma analiz tego wydarzenia z polskiej strony, przynajmniej władz PiS, nie ma zbytniej euforii?

Trump ma wpaść do Warszawy 6 lipca na dzień przed szczytem G20 w Hamburgu. Już to powinno spowodować namysł, bo w komunikacie administracji waszyngtońskiej na pierwszy plan wybity jest fakt: „Trump wygłosi ważną przemowę”. Dlaczego jej nie wygłosi w Hamburgu? Czyżby raptem Polska stała się dla Trumpa tak bardzo ważna? Wszak widzieliśmy na obrazkach wideo ze szczytu NATO w Brukseli, jak potraktowani zostali przez niego polscy politycy (nienachalnym zignorowaniem), gdy zasadzili się pod drzwiami na prezydenta USA, a gdy podszedł Andrzej Duda, Trump odszedł, niespecjalnie kontaktując, kto to zacz.

Wygląda na to, że wizyta Trumpa w Polsce zaskoczyła także PiS. Prezydent USA nie zmienił swojego poglądu na Unię Europejską, podczas spotkania z politykami Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej jego niechęć była widoczna. Dawało się odczytać, iż Trump czeka na swoją przepowiednię: rozpad Unii. Relacje Trumpa z Berlinem są najgorszymi stosunkami USA i Niemiec po II wojnie światowej. Nawet widać, że nie chodzi o handel – nadwyżkę Niemiec – ani o wysokość wkładu PKB na obronność. To tylko preteksty, bo takie sprawy między sojusznikami załatwia się za kulisami.

Trump ma problemy u siebie, bo jest zagrożony impeachmentem. Na jego współpracownikach i na nim samym ciąży podejrzenie zbyt bliskich związków z Kremlem. Trump miał do tej pory okazję, aby zerwać te podejrzenia, przede wszystkim wypowiedzieć się jasno, do jakich dąży relacji politycznych z Moskwą. Sporo czasu minęło, a twarda deklaracja jeszcze nie padła. Jego poprzednik Barack Obama zaproponował Rosji reset, czyli zapominamy, co złe, budujemy na nowo wspólne dobro. Kreml dobro rozumie tylko na swoje oligarchiczne kopyto.

Czyżby Warszawa miała być tym miejscem, gdzie ogłoszona ma być polityka Trumpa w stosunku do Rosji? Dlatego wybrał Polskę, bo ograć takich niezgułów, jak Waszczykowski i Duda, potrafią co zdolniejsi politolodzy z naszych uczelni, bez zawyżania poprzeczki akademików z Yale czy Princeton.

Polityka wschodnia PiS jest prymitywna, oficjalnie zieje nienawiścią do Moskwy, a naprawdę jest bezradna intelektualnie, jak to ostatnio ładnie ujął metaforycznie Ludwik Dorn: to chodzący deficyt intelektualny.

Czyżby Trump miał przyjechać do Polski i ograć władze PiS w kwestii polityki wschodniej? Jesteśmy izolowani na Zachodzie, a takich łatwo oskubać.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Antoni Macierewicz ukarany. Sąd wymierzył mu grzywnę. „Rażące naruszenie prawa”

lulu, 10.06.2017

Dziennikarz „Polityki” skierował do sądu skargę przeciwko szefowi MON, Antoniemu Macierewiczowi i sprawę wygrał.

– Dość łamania prawa. Dobra wiadomość jest taka, że minister Macierewicz dostał grzywnę. Zła, że zapłaci ją z pieniędzy podatnika – napisał na Twitterze Juliusz Ćwieluch, dziennikarz tygodnika „Polityka” zajmujący się tematyką militarną. I pokazał wyrok wydany niedawno przez Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Sąd nałożył na ministra 500 zł grzywny. Dlaczego?

Antoni Macierewicz odpowie za brak informacji

Wszystko zaczęło się od trzech pytań przesłanych do Ministerstwa Obrony Narodowej przez dziennikarza. W rozmowie z portalem wirtualnemedia.pl, zajmującym się branżą medialną, dziennikarz wyjaśnił, że chciał dowiedzieć się o wykształcenie i zasługi Katarzyny Szymańskiej-Jakubowskiej. Czasowo zastępowała ona Bartłomieja Misiewicza na stanowisku rzecznika prasowego. Jak podał portal OKO.Press., w 2016 roku Szymańska-Jakubowska pracowała jako jedna z doradczyń w gabinecie politycznym szefa MON z pensją 10 tys. zł.

Zobacz też: Plastikowy koń i czołg-zabawka. Jest i Misiewicz. Tak pracuje minister Antoni Macierewicz >>>

Odpowiedzi się nie doczekał, więc skierował sprawę do sądu – piszą Wirtualne Media. Wyrok zapadł pod koniec maja, a teraz dziennikarz pokazał go w internecie. Sąd stwierdził, że w tej sprawie mamy do czynienia z „rażącym naruszeniem prawa”.

Przeczytaj też: Tak wyglądała kariera Bartłomieja Misiewicza >>>

Przypomnijmy: po wielu kontrowersjach oraz interwencji Jarosława Kaczyńskiego w jego sprawie, Bartłomiej Misiewicz stracił posadę w MON, a rzecznikiem została mjr Anna Pęzioł-Wójtowicz. – To jest kobieta odważna, dzielna i skutecznie działająca – zachwalał ją Macierewicz.

gazeta.pl

Macierewicz ukarany przez sąd. Zapłaci za ukrywanie prawdy. Dosłownie

10.06.2017

Antoni Macierewicz i podległe mu Ministerstwo Obrony Narodowej nie zawsze odpowiadają na pytania mediów. Ale dziennikarz z jednego z tygodników nie odpuścił. Tak długo nie mógł doczekać się odpowiedzi, że w końcu skierował sprawę do sadu. I wygrał! A są ukarał Antoniego Macierewicza. W uzasadnienie pada nawet sformułowanie o „rażącym naruszeniu prawa”.

– We wrześniu zeszłego roku przesłałem do MON-u trzy pytania na temat Katarzyny Szymańskiej-Jakubowskiej, która wówczas tymczasowo zastępowała Bartłomieja Misiewicza na stanowisku rzecznika prasowego resortu – w rozmowie z portalem wirtualnemedia.pl powiedział Juliusz Ćwieluch z Polityki. – Dotyczyły jej wcześniejszej działalności zawodowej, wykształcenia i zasług dla obronności. Szymańskia-Jakubowska została w sierpniu zeszłego roku odznaczona przez Antoniego Macierewicza Złotym Medalem za Zasługi dla Obronności Kraju. Piszę o sprawach wojskowych od 14 lat i wcześniej nawet nie słyszałem jej nazwiska – dodał Ćwieluch.

Dziennikarz nie doczekał się odpowiedzi. Po dwóch miesiącach poszedł na skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Sprawa trafiła do sądu administracyjnego w grudniu zeszłego roku. Proces toczył się do końca maja. Efekt? Sąd orzekł, że polityk wykazał się bezczynnością. Kara to 500 zł grzywny i obowiązek udzielenia odpowiedzi dziennikarzowi „Polityki”.

Dość łamania prawa##Dobra wiadomość jest taka, że minister Macierewicz dostał grzywnę. Zła, że zapłaci ją z pieniędzy podatnika pic.twitter.com/BP0Hzkr6u8

Dość łamania prawa##Dobra wiadomość jest taka, że minister Macierewicz dostał grzywnę. Zła, że zapłaci ją z pieniędzy podatnika pic.twitter.com/BP0Hzkr6u8

— Juliusz Ćwieluch (@CwieluchJ) June 8, 2017

Dość łamania prawa# wiadomość jest taka, że minister Macierewicz dostał grzywnę. Zła, że zapłaci ją z pieniędzy podatnika

Juliusz Ćwieluch nie krył się ze swoim sukcesem w mediach społecznościowych. „Dobra wiadomość jest taka, że minister Macierewicz dostał grzywnę. Zła, że zapłaci ją z pieniędzy podatnika”- napisał na Twitterze.

fakt.pl

Czy Trump oskubie Dudę?

Wizyta prezydenta USA w Polsce zawsze jest dla nas najważniejsza. Szczególnie takiego „dziwnego” prezydenta jak Donald Trump i w takim czasie. No, właśnie! Dlaczego nie ma analiz tego wdarzenia z naszej strony, przynajmniej władz PiS, nie ma zbytniej euforii?

Trump ma wpaść do Warszawy 6 lipca na dzień przed szczytem G20 w Hamburgu. Już to powinno spowodować namysł, bo w komunikacie administracji waszyngtońskiej na pierwszy plan wybity jest fakt: „Trump wygłosi ważną przemowę”.

Dlaczego jej nie wygłosi w Hamburgu? Czyżby raptem Polska stała się dla Trumpa tak bardzo ważna? Wszak widzieliśmy na obrazkach wideo ze szczytu NATO w Brukseli, jak potraktowani zostali przez niego polscy politycy (nienachalnym zignorowaniem), gdy zasadzili się pod drzwiami na prezydenta USA, a gdy podszedł Andrzej Duda, Trump odszedł, niespecjalnie kontaktując, kto to zacz.

Wygląda na to, że wizyta Trumpa w Polsce zaskoczyła także PiS. Prezydent USA nie zmienił swojego poglądu na Unię Europejską, podczas spotkania z politykami Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej jego niecheć była widoczna. Dawała się odczytać, iż Trump czeka na swoją przepowiednię: rozpad Unii. Relacje Trumpa z Berlinem są najgorszymi stosunkami USA i Niemiec po II wojnie światowej. Nawet widać, że nie chodzi o handel – nadwyżkę Niemiec – ani o wysokość wkładu PKB na obronność. To tylko preteksty, bo takie sprawy między sojusznikami załatwia się za kulisami.

Trump ma problemy u siebie, bo jest zagrożony impeachmentem. Na jego współpracownikach i na nim samym ciąży podejrzenie zbyt bliskich związków z Kremlem. Trump miał do tej pory okazję, aby zerwać te podejrzenia, przede wszystkim wypowiedzieć się jasno, do jakich dąży relacji politycznych z Moskwą. Sporo czasu minęło, a twarda deklaracja jeszcze nie padła. Jego poprzednik Barack Obama zaproponował Rosji reset, czyli zapominamy, co złe, budujemy na nowo wspólne dobro. Kreml dobro rozumie tylko na swoje oligarchiczne kopyto.

Czyżby Warszawa miała być tym miejscem, gdzie ogłoszona ma być polityka Trumpa w stosunku do Rosji? Dlatego wybrał Polskę, bo ograć takich niezgułów, jak Waszczykowski i Duda, potrafią co zdolniejsi politolodzy z naszych uczelni, bez zawyżania poprzeczki akademików z Yale, czy Princeton.

Polityka wschodnia PiS jest prymitywna, oficjalnie zieje nienawiścią do Moskwy, a naprawdę jest bezradna intelektualnie, jak to ostatnio ładnie ujął metaforycznie Ludwik Dorn: to chodzący deficyt intelektualny.

Czyżby Trump miał przyjechać do Polski i ograć władze PiS w kwestii polityki wschodniej? Jesteśmy izolowani na Zachodzie, a takich łatwo oskubać.

Trump ma podjąć dzisiaj ważną decyzję. Tusk zwrócił się do niego z osobistym apelem

tps, IAR, 01.06.2017

Donald Tusk i Donald Trump w Brukseli

Donald Tusk i Donald Trump w Brukseli (Olivier Matthys (AP Photo/Olivier Matthys))

Szef Rady Europejskiej Donald Tusk wystosował do prezydenta USA osobisty apel. Donald Trump ma bowiem wkrótce ogłosić swoją decyzję ws. porozumienia klimatycznego z Paryża.

Tusk zaapelował do przywódcy Stanów Zjednoczonych na Twitterze. „Nie zmieniaj proszę (politycznego) klimatu na gorszy” – napisał były polski premier. Wcześniej Donald Trump poinformował, że w czwartek o godz. 21 polskiego czasu podejmie ostateczną decyzję w sprawie udziału USA w tzw. porozumieniu paryskim.

Co zrobi Trump?

Powołujący się na bliskich współpracowników amerykańskiego prezydenta portal AXIOS napisał, że Donald Trump od kilku tygodni mówił współpracownikom, że zamierza wycofać się z porozumienia klimatycznego.

Na decyzję prezydenta Stanów Zjednoczonych miał wpłynąć list grupy 22 senatorów, którzy namawiali go do tego kroku. Według AXIOS Donald Trump wraz z szefem Agencji Ochrony Środowiska Scottem Pruitem ma teraz zdecydować czy rozpocząć proces formalnego wycofania USA z układu, co może zając 3 lata, czy wybrać szybszą ale bardziej radykalną drogę i wypowiedzieć traktat ONZ w tej sprawie.

Porozumienie z Paryża

Porozumienie klimatyczne z Paryża zostało zawarte w 2015 roku przez ponad 190 państw. Celem układu jest znaczna redukcja emisji gazów cieplarnianych pozwalająca na utrzymanie średniej temperatury na Ziemi na poziomie nie wyższym niż 2 stopnie Celsjusza ponad średnią temperaturę sprzed epoki przemysłowej. Dotychczas tylko dwa kraje nie poparły układu – Nikaragua i Syria.

gazeta.pl

Tusk rozmawiał z Trumpem. „Nie jestem pewien, czy zgadzamy się ws. Rosji”

Agnieszka M. Lisik (Bruksela), Maciej Orłowski, 25 maja 2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,75399,21861495,video.html?embed=0&autoplay=1

Donald Trump przyleciał do Brukseli na spotkanie z przywódcami NATO i Unii Europejskiej. Rozmawiał już z Donaldem Tuskiem, przewodniczącym Rady Europejskiej. „Zgadzamy się w kwestii zwalczania terroryzmu. Ale nie jestem pewien, czy mamy wspólne zdanie ws. Rosji” – mówił po spotkaniu Tusk.

– Rozmawialiśmy o polityce zagranicznej, bezpieczeństwie, klimacie i stosunkach handlowych – mówił na konferencji prasowej po spotkaniu Donald Tusk. I dodawał: – Zgadzamy się w wielu kwestiach, przede wszystkim co do zwalczania terroryzmu – myślę, że nie muszę wyjaśniać dlaczego – mówił Tusk.

Jak dodał, „niektóre kwestie pozostały otwarte, jak klimat czy handel”. – Nie jestem też w stu procentach pewien, że możemy dziś powiedzieć – myślę o prezydencie i o mnie – że mamy wspólne zdanie na temat Rosji. Chociaż, jeśli chodzi o konflikt na Ukrainie, wygląda na to, że myślimy podobnie – stwierdził szef Rady Europejskiej.

– Mimo to moja wiadomość do prezydenta Trumpa była następująca: to, na czym ufundowana jest nasza współpraca i przyjaźń, to głębokie zrozumienie dla fundamentalnych wartości Zachodu: wolności i praw człowieka, szacunku dla ludzkiej godności. Dziś największym wyzwaniem jest to konsolidacja całego wolnego świata wokół tych wartości, a nie tylko wokół interesów. Wartości i zasady przede wszystkim – Unia Europejska i USA powinniśmy mówić jednym głosem – zakończył Tusk.

Trump zjadł obiad z Macronem. Mieli rozmawiać językiem „bardzo bezpośrednim”

To kolejny dzień pierwszej wizyty nowego prezydenta USA Donalda Trumpa w Europie (wczoraj przebywał w Rzymie, wraz z rodziną został przyjęty przez papieża Franciszka). Z Tuskiem oraz z przewodniczącym Komisji Europejskiej Jeanem-Claude’em Junckerem spotkał się w siedzibie szefa Rady Europejskiej.

Około południa prezydent USA zjadł lunch z nowym prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Miejsce ich spotkania utrzymywane było w tajemnicy. W wyścigu do francuskiej prezydentury Trump popierał rywalkę Macrona – otwarcie prorosyjską Marine Le Pen, przywódczynię skrajnie prawicowego Frontu Narodowego.

We Francji lunch Trumpa z Macronem budzi bardzo duże zainteresowanie. Obaj prezydenci robią właśnie pierwsze kroki na prawdziwie wielkiej scenie międzynarodowych kontaktów i negocjacji. Z tym że Trump ma w tym wymiarze doświadczenie biznesmena, natomiast Macron wielokrotnie uczestniczył już w tego typu spotkaniach, najpierw jako doradca prezydenta Francoise’a Hollande’a, a potem jako minister gospodarki i finansów. Jeden z byłych członków otoczenia Hollande’a podkreśla, że Macron był wtedy „wszechobecny i wszechmocny jeśli chodzi o kwestie finansowe i ekonomiczne”. Tak czy inaczej, Trump i Macron mają punkt wspólny – z całą pewnością seria spotkań w Brukseli, a potem G7 i G20 posłużą ich partnerom do „przetestowania” obydwu. A przy czwartkowym lunchu będą też testować siebie nawzajem.

Z sygnałów napływających z Pałacu Elizejskiego można wnioskować, że rozmowy prezydentów USA i Francji będą prowadzone językiem „bardzo bezpośrednim”. Podczas swoich kampanii wyborczych obaj politycy skorzystali z tego samego zjawiska: że znaczna część obywateli ma dosyć dotychczasowej klasy politycznej i szuka nowych twarzy. Jednakże Trump również po wyborach nie stroni od zachowań populistycznych; natomiast Macron nie tylko stosował je rzadko w kampanii, ale i jako prezydent bardzo twardo opowiada się za niepopularnymi, lecz, jego zdaniem, koniecznymi reformami, równocześnie chcąc otworzyć Francję jeszcze bardziej na Europę i świat. Można iść o zakład, że zrobi wszystko, by i Trumpa odwieść od pomysłów izolacjonistycznych oraz pomóc mu lepiej rozumieć Europę i nastawić do niej naprawdę przychylnie. Wiadomo też, że dołoży starań, by przekonać Trumpa do pozostania w gronie sygnatariuszy paryskiego porozumienia w sprawie klimatu.

Krótkie spotkanie z NATO

O godz. 16 rozpocznie się „specjalne zebranie” NATO, które potrwa tylko godzinę, gdyż jak wiadomo, Trump nie lubi przydługich spotkań.

A o godz. 17 amerykański prezydent weźmie udział w inauguracji nowej siedziby Sojuszu, której budowa trwała osiem lat i kosztowała ponad miliard euro. Trump odsłoni przy wejściu pomnik poświęcony pamięci ofiar zamachów z 11 września 2001 r. – instalację ze stalowych elementów nowojorskiego World Trade Center.

O godz. 18 zacznie się robocza kolacja z udziałem przywódców Rady Północnoatlantyckiej. A już o godz. 21 prezydencki samolot Air Force One odleci w kierunku Sycylii, na zaczynający się jutro dwudniowy szczyt przywódców G7.

NATO przystępuje do koalicji przeciw Państwu Islamskiemu

Już przed spotkaniem z Donaldem Trumpem sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg ogłosił, że NATO przystąpi do międzynarodowej koalicji pod przywództwem USA przeciw organizacji terrorystycznej Państwo Islamskie, powstałej na części terytorium Iraku i Syrii. Stoltenberg zastrzegł, że decyzja ta nie będzie oznaczała zaangażowania w walkę. Większość państw Sojuszu i tak bierze już udział w walce z terroryzmem.

Na rozmowach na pewno odbije się poniedziałkowy atak w Manchesterze i libijskie powiązania zamachowca. Trump na pewno poruszy również zobowiązania sojuszników do przeznaczania 2 proc. PKB na zbrojenia, z których, poza USA, wywiązuje się dziś tylko czworo z 28 krajów – Wielka Brytania, Polska, Estonia i Grecja. Amerykanie mają naciskać na wypełnienie obietnic do 2024 roku.

Sojusz oczekuje, że Trump wreszcie określi jasno swoje intencje i kurs polityki zagranicznej. Do tej pory wysyłał zmienne sygnały – raz krytykując Sojusz jako „przestarzały”, raz chwaląc NATO jako „opokę pokoju”. Sugerował również, że USA wcale nie palą się do solidarności i obrony sojuszników w ramach artykułu piątego, co szczególnie zaniepokoiło wschodnie kraje NATO, w tym Polskę, ze względu na zbrojną działalność Rosji na Ukrainie oraz kolejne prowokacje militarne na Bałtyku.

NATO nie planuje nowych decyzji w sprawie Rosji, spodziewane jest raczej potwierdzenie dotychczasowej strategii: wzmocnienie obrony militarnej wschodniej flanki połączone z dialogiem dyplomatycznym. Jak powiedział wczoraj sekretarz generalny Sojuszu Jens Stoltenberg w wywiadzie dla CNN, NATO nie chce kolejnej zimnej wojny z Rosją.

Nie taki Trump straszny?

Na razie Trump radzi sobie nieźle: nie popełnił jeszcze spektakularnej gafy w porównaniu z tym, co wygadywał jeszcze w styczniu. Ponoć doradcy starają się go utrzymywać w ciągłej aktywności, by odciągnąć od Twittera.

Wizyta Trumpa w Europie do tej pory jest głównie kurtuazyjna i nie przynosi konkretów. Wiadomo, że 74-letni prezydent nie przepada za podróżami, najlepiej czuje się w swojej florydzkiej rezydencji Mar-a-Lago i pragnął skrócić tę pierwszą wizytę zagraniczną do minimum.

wyborcza.pl

Merkel stwierdziła, że to koniec „czasów polegania na sojusznikach”. Jest odpowiedź Trumpa

30 maja 2017

Tuż po szczycie G7 kanclerz Niemiec Angela Merkel nie kryła rozczarowania postawą prezydenta USA, m.in. w zakresie współpracy między krajami. Donald Trump – w swoim stylu – odpowiedział na te zarzuty na Twitterze.

Angela Merkel po szczycie G7 krytycznie odniosła się do zapowiedzi Donalda Trumpa, który który m.in. zasugerował, że zamierza się wycofać z porozumienia klimatycznego z Paryża z 2015 roku (popierał je jego poprzednik Barack Obama). Ponieważ niemiecka kanclerz oceniła, że nie widzi też woli pełnej współpracy ze strony Wielkiej Brytanii, zaapelowała, by „Europejczycy wzięli swój los we własne ręce”.

– Czasy, gdy mogliśmy całkowicie polegać na naszych sojusznikach, odeszły. Doświadczyłam tego w ostatnich kilku dniach – stwierdziła Merkel i dodała, że teraz priorytetowe dla Berlina będą relacje z Francją, a konkretnie – z nowym prezydentem tego kraju Emmanuelem Macronem. Jednocześnie zastrzegła, że Europa powinna dalej zachowywać przyjaźń z Brytyjczykami i Amerykanami.

Trump odpowiada

Do tych słów kanclerz odniósł się dzień później prezydent Stanów Zjednoczonych. Donald Trump, jak zwykł to robić zarówno w czasie kampanii wyborczej, jak i podczas prezydentury, swoje zastrzeżenia wystosował na Twitterze.

„Mamy ogromny deficyt handlowy z Niemcami, oni wpłacają też o wiele mniej do NATO, jak i nie przeznaczają wystarczających pieniędzy na obronność. To bardzo źle dla Stanów Zjednoczonych. To się zmieni” – napisał Trump. Prezydent USA w tym tweecie przypomniał o jednym z zarzutów, który często pada w stronę Niemiec: państwa NATO zobowiązały się jakiś czas temu do tego, by przeznaczać minimum 2 proc. swojego PKB na obronność, czego Niemcy nie robią (w 2016 roku wydali 1,2 proc. PKB).

newsweek.pl

Żakowski o przesłuchaniu b. szefa FBI w Senacie: To pokazuje, jak dziki i prymitywny jest nasz Sejm

jagor, IAR, 09.06.2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,103454,21936071,video.html?embed=0&autoplay=1
– Naprawdę, jak ktoś by się chciał uczyć patriotyzmu, to przesłuchanie Jamesa Comey’a było niesamowitą lekcją. Bardzo polecam, myślę, że coś takie mogliby uczniowie w polskich szkołach obejrzeć – ocenił relację z przesłuchania b. szefa FBI Jacek Żakowski.

Były szef amerykańskiego Federalnego Biura Śledczego James Comey zeznał podczas przesłuchań w Kongresie. Mówił, że Donald Trump namawiał go do porzucenia śledztwa w sprawie byłego prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego. Comey powiedział również, że po zdymisjonowaniu przez prezydenta był szkalowany przez Biały Dom. Relację z przesłuchania pokazywały nieomalże wszystkie media w USA.

Jak ogląda się to przesłuchanie, człowiek zdaje sobie sprawę – i tego wszystkim życzę, zwłaszcza polskim politykom –  jak kompletnie dziki jest polski Sejm, prymitywny, nieprzystosowany do uczciwego sprawowania swoich funkcji na tle Kongresu amerykańskiego. Tam przy równie silnych emocjach, silnej polaryzacji, zaawansowani kulturowo, wykształceni, cywilizowani ludzi w Senacie pytają urzędnika, który przetrwał dwie formacje rządzące, i rozmawiają o tym, jak jest, co jest ważne, a na końcu mówią, że chodzi o interes narodowy i dlatego „będziemy dochodzić do prawdy”. I mówią to jednym głosem – przewodniczący Republikanów i szef Demokratów

– mówił w przeglądzie prasy Jacek Żakowski.

Publicysta przyznał, że zapis z przesłuchania b. szefa FBI w Senacie mógłby być lekcją patriotyzmu i kultury politycznej dla polskiej młodzieży.

– Naprawdę jak ktoś by się chciał uczyć patriotyzmu, to przesłuchanie Jamesa Comey’a było niesamowitą lekcją. Bardzo polecam, myślę, że coś takie mogliby uczniowie w polskich szkołach obejrzeć. 20 minut z tego przesłuchania, drugie 20 minut z przesłuchania komisji Amber Gold i na koniec 5 minut na uspokojenie – gimnastyka albo spacer, może jakaś spokojna muzyka – podsumował Jacek Żakowski.

Comey sporządza dokładne notatki po spotkaniach z Trumpem

Przed publicznym przesłuchaniem, w pisemnym oświadczeniu przekazanym senackiej Komisji do Spraw Wywiadu, James Comey opisał szereg rozmów z Donaldem Trupem. Podczas jednej z nich prezydent miał wyrażać nadzieję na pozostawienie w spokoju jego byłego doradcy generała Michaela Flynna. W czasie rozmowy telefonicznej Donald Trump rzekomo opisywał rosyjskie śledztwo jako „chmurę”, która nie pozwala mu na normalną działalność dla kraju i zachęcał go do jej „rozwiania”. Comey powiedział, że słowa prezydenta ocenił jako polecenie. Przyznał jednak, że ani Donald Trump, ani nikt inny nie kazał mu wstrzymać dochodzenia.

Były szef FBI powiedział, że był zdumiony zarzutami ze strony prezydenta Trumpa i Białego Domu po zdymisjonowaniu go ze stanowiska. – Choć prawo pozwala na odwołanie dyrektora FBI bez podania przyczyny, rząd zdecydował się na oszkalowanie mnie i FBI twierdząc, że biuro było ogarnięte chaosem, było źle zarządzane i że pracownicy stracili zaufanie do kierownictwa. To były zwyczajne kłamstwa – powiedział Comey. Były szef FBI potwierdził, że trzykrotnie zapewnił prezydenta Trumpa, iż osobiście nie jest on objęty rosyjskim śledztwem.

Były szef FBI przed senatem: Nie mam żadnych wątpliwości, że Rosja ingerowała w wybory

http://www.gazeta.tv/plej/19,114927,21936031,video.html

TOK FM

Donald Trump przyleci do Polski 6 lipca. Biały Dom: Prezydent wygłosi ważne przemówienie

Gazeta.pl, 10.06.2017

Wizyta prezydenta USA Baracka Obamy w Polsce, 2014 r.© Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta Wizyta prezydenta USA Baracka Obamy w Polsce, 2014 r.

 

• Prezydent USA Donald Trump złoży wizytę w Polsce 6 lipca
• Informację tę potwierdziły Kancelaria Prezydenta i Biały Dom
• Donald Trump weźmie udział w szczycie Inicjatywy Trójmorza

Jest potwierdzenie wcześniejszych informacji: prezydent USA Donald Trump złoży wizytę w Polsce 6 lipca. Ogłosiła to Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy.

– Rozmowy na temat tej wizyty trwały ostatnie dwa tygodnie i nabrały dużego przyspieszenia po spotkaniu prezydentów na marginesie spotkania liderów NATO w Brukseli. To jest przyjęcie przez prezydenta Trumpa zaproszenia, które skierował do niego prezydent Andrzej Duda. Mówiliśmy, że zaproszenie jest otwarte, a teraz mamy już konkretną datę wizyty pana prezydenta – powiedział prezydencki minister Krzysztof Szczerski.

Będzie to druga podróż zagraniczna amerykańskiego prezydenta. Trump odwiedzi Polskę przed przyjazdem m.in. do Niemiec (w dniach 7-8 lipca w Hamburgu odbywać się będzie szczyt G20) i Wielkiej Brytanii (5-8 października).

Jak mówił w TVN24 szef MSZ Witold Waszczykowski, znaczna część tego spotkania będzie poświęcona kwestiom bezpieczeństwa narodowego i regionu. Strona polska ma zachęcać Amerykanów, by zaangażowali się w rozwiązywanie konfliktu na Ukrainie. – Wszystkie szczegóły wizyty w tej chwili omawiamy, Polskę odwiedził zespół przygotowawczy – powiedział Waszczykowski.

Amerykanie: Trump wygłosi ważną przemowę

„Prezydent Donald J. Trump przyjął zaproszenie od Prezydenta Polski Andrzeja Dudy i odwiedzi Polskę przed szczytem G20 w Hamburgu, w Niemczech. Wizyta potwierdzi niezłomne zobowiązanie Ameryki wobec jednego z naszych najbliższych europejskich sojuszników i podkreśli priorytet administracji prezydenta USA, jakim jest wzmocnienie zbiorowej obrony NATO” – czytamy w komunikacie Białego Domu.

 

„Przywódcy omówią szereg kwestii bilateralnych i regionalnych, pogłębiając sojusz oparty na wspólnych wartościach i wspólnych interesach. W trakcie wizyty w Polsce Prezydent Trump wygłosi ważną przemowę i weźmie udział w szczycie Inicjatywy Trójmorza, aby pokazać nasze silne powiązania z Europą Środkową” – informuje Biały Dom.

 

Szczyt Trójmorza planowany jest na 6-7 lipca. Pierwotnie miało do niego dojść we Wrocławiu, ale z nieoficjalnych informacji Polskiego Radia wynika, że nie jest wykluczone, że spotkanie może zostać przeniesione do Warszawy. W szczycie mają wziąć udział prezydenci Polski oraz 11 innych krajów, w tym Czech, Węgier i Chorwacji.

Informacje o tym, że Donald Trump odwiedzi Polskę 6 lipca pojawiły się już dwa dni temu. W piątek Polskie Radio podało, że do Warszawy przyjechali agenci Secret Service i urzędnicy Białego Domu, którzy mają przygotować wizytę.

msn.pl

Ujawnianie przez „publiczną” telewizję prywatnych rozmów prywatnej osoby, nie mających żadnego wpływu na cokolwiek to szorowanie dna

„A tak blisko byli siebie. Głaskali się jak on i ona…”

TVN24, 10.06.2017

magazyn-tusk_kaczynski.jpg© Adam Chełstowski/Forum magazyn-tusk_kaczynski.jpg

 

„To pytanie do Ducha Świętego, a nie do Tadka Cymańskiego”. Wiceszef klubu PiS ucieka przed postawieniem diagnozy, kto rozbił koalicję PO-PiS. Dwaj najzaciętsi dziś przeciwnicy nie tak dawno blisko ze sobą współpracowali. Gdy pytamy, co ich wtedy jednoczyło, zgodnie odpowiadają: wspólny wróg.

Mija właśnie 15 lat od podpisania pierwszego porozumienia między PO a PiS. 13 czerwca 2002 partie przypieczętowały wystawienie wspólnych list w wyborach samorządowych. Potem próbowały razem sformować rząd. Wspólne listy sukcesu jednak nie przyniosły, a rząd PO-PiS ostatecznie nie powstał. Po latach dawni koalicjanci stali się zaciekłymi wrogami.

Inne to były czasy

Kilkoro politycznych liderów, których autorytet uznawały obie strony, już nie żyje. Dość wspomnieć Macieja Płażyńskiego, Lecha Kaczyńskiego, Zbigniewa Religę, Grażynę Gęsicką czy Zytę Gilowską. Religa, Gęsicka i Gilowska, choć byli ekspertami PO, weszli do rządu PiS w 2005 roku. Transfer ludzi między ugrupowaniami czy zwykła współpraca nie były wtedy uznawane za oczywistą zdradę.

– Przepływ ludzi między oboma ugrupowaniami był czymś oczywistym – wspomina Joanna Kluzik-Rostkowska, była minister pracy w rządzie PiS, późniejsza minister edukacji w rządzie PO. – Te partie miały ze sobą naprawdę wiele wspólnego. Łączyły je przede wszystkim postsolidarnościowe korzenie. Gdy w 2004 roku zdecydowałam się wejść do polityki, zastanawiałam się, czy mam pójść do Tuska czy do Kaczyńskiego, ale wtedy był to wybór czysto towarzyski.

PiS to byli głównie działacze AWS skupieni wokół Lecha Kaczyńskiego. PO zaś założyli: Donald Tusk (dawna UW), Maciej Płażyński (dawna AWS) i Andrzej Olechowski (wówczas niezależny, dawniej związany z AWS).

Przełom XX i XXI wieku to był jeszcze czas, gdy główną osią podziału na scenie politycznej było pochodzenie. Partie dzieliły się na postkomunistyczne i postsolidarnościowe, zwane również posierpniowymi. Dwa razy, w 1993 i 2001 roku, obóz postsolidarnościowy poniósł dotkliwą porażkę, bo wybory parlamentarne zdecydowanie wygrywało SLD. Z kolei wybory roku 1997, gdy ugrupowania posierpniowe wystąpiły jako zjednoczona Akcja Wyborcza Solidarność, doprowadziły AWS do stabilnych rządów (w koalicji z Unią Wolności). Miarą tej stabilizacji był choćby fakt, że Jerzy Buzek był pierwszym w demokratycznej Polsce premierem, który rządził przez pełną czteroletnią kadencję.

Ostatecznie jednak AWS rozpadła się, to samo spotkało Unię Wolności. SLD tymczasem urosło w siłę i w 2001 roku wprowadziło do Sejmu 216 posłów, będąc bardzo blisko samodzielnych rządów. Obóz postsolidarnościowy znalazł się w głębokiej defensywie.

Razem przeciw postkomunistom z bardzo słabym wynikiem

W 2002 roku oba ugrupowania podjęły rozmowy o połączeniu sił w jesiennych wyborach samorządowych. Politycy, którzy brali w nich udział, wspominają, że jedną z przyczyn zawiązania współpracy była chęć zapobieżenia powtórce druzgocącego zwycięstwa SLD, również w samorządach.

– Wspólny przeciwnik to był istotny czynnik jednoczący – wspomina Ludwik Dorn, wówczas jeden z liderów PiS. – PO i PiS to były wówczas jedyne liczące się na scenie politycznej siły postsolidarnościowe. Uznaliśmy, że trzeba trzymać się razem.

– Wróg był ważnym elementem jednoczącym wówczas działania PO i PiS – potwierdza politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, dr hab. Jarosław Flis. – Należy jednak pamiętać, że od 2002 roku ustawodawca znacząco zmniejszył liczebność rad w samorządach lokalnych, a zwłaszcza w sejmikach województw. Do tej stosunkowo niewielkiej liczby mandatów startowało wiele komitetów wyborczych, zarówno tych partyjnych, jak i stricte samorządowych. Zdobycie dziesięciu procent głosów niekoniecznie dawało szansę na wejście do sejmiku. Było dużo komitetów i dużo niewiadomych. Połączenie sił PO i PiS wydawało się więc koniecznością. Matematyka okazała się decydująca.

Ostatecznie oba ugrupowania wystawiły wspólne listy do 14 z 16 sejmików wojewódzkich i w każdym z tych województw wprowadziły od 2 do 14 radnych.

W sumie PO-PiS zdobył 79 mandatów w sejmikach. Nie był to jednak sukces, bo wybory znów wygrał SLD. Lepsze zaś wyniki niż koalicja PO-PiS (79) uzyskały nawet: Samoobrona (101) i Liga Polskich Rodzin (92).

– Postrzeganie wśród wyborców było takie, że jak mamy wybierać między spółką komuchów a spółką solidaruchów, to dla nas miejsca tu nie ma. To dlatego lepsze wyniki niż PO-PiS uzyskały wtedy ugrupowania protestu, czyli LPR i Samoobrona – mówi Dorn.

– To był taki eksperyment, który pokazał, że nie zawsze łączenie przynosi takie zyski, jak można by się było tego spodziewać  – ocenia dr hab. Jarosław Flis.  – Z jednej strony oba ugrupowania miały silną motywację do jednoczenia się, bo przykłady AWS i UW pokazały, że po rozsypce można całkiem zniknąć z polityki. Z drugiej zaś okazało się, że część twardego elektoratu PiS przeniosła swoje głosy na LPR, bo kojarzyła PO z dawną Unią Wolności.

Tamto doświadczenie z wyborów samorządowych z 2002 roku nauczyło oba ugrupowania tyle, że nie przekreśliły współpracy w przyszłości, ale już w wyborach parlamentarnych w 2005 roku wystartowały osobno.

– Myśmy sobie w PiS powiedzieli wtedy: nigdy więcej koalicji z PO, bo to niczemu nie służy. Oni tracą, ale my tracimy bardziej – mówi Ludwik Dorn. – Nie służy to ani nam, ani Rzeczpospolitej, bo rosną w siłę ugrupowania protestu gotowe rozwalić wszystko.

Przyjęto taktykę, że współpraca owszem, ale po wyborach, a przed wyborami ma być ostra rywalizacja. – Pamiętam, że ja wtedy myślałem o wspólnych projektach i współpracy programowej. Chciałem o tym z nimi rozmawiać, a Dorn na to: „Nie! Jest za wcześnie. Teraz jest walka polityczna na śmierć i życie. A dopiero po wyborach możemy zacząć pracować nad wspólnymi projektami” – potwierdza Antoni Mężydło, dziś w PO, wówczas w PiS.

Miała być to wielka koalicja, a trwała wielka kampania

W wyborach parlamentarnych w 2005 roku wygrało Prawo i Sprawiedliwość (155 mandatów) z niewielką przewagą nad Platformą Obywatelską (133) mandaty. Wydawało się, że oba ugrupowania są niejako skazane na współpracę. PiS wykluczało koalicję z SLD, z PSL (25 mandatów) nie utworzyłoby większości. A koalicję z ugrupowaniami, jak to wówczas mówiono, skrajnymi – jak Samoobrona i Liga Polskich Rodzin, brano pod uwagę w ostatniej kolejności.

– Pierwszym i naturalnym partnerem wydawała się wtedy Platforma Obywatelska – wspomina Kazimierz Marcinkiewicz, premier pierwszego rządu PiS, do którego Platforma ostatecznie nie weszła.

Na przełomie września i października trwały rozmowy koalicyjne. Od początku jednak toczyły się w atmosferze niesprzyjającej porozumieniu. Partie miały układać się w sprawie sformowania rządu, a tymczasem ich liderzy – Lech Kaczyński i Donald Tusk – rywalizowali w tym czasie o prezydenturę.

Pierwsze rozmowy koalicyjne między PiS a PO odbyły się 29 września 2005 roku, na dziesięć dni przed pierwszą turą wyborów prezydenckich. Nie przybliżyły porozumienia nawet o krok, bo partie nie ustaliły nawet, nad czym mają pracować.

„Spór dotyczył tego, czy program rządzenia ma przedstawić PiS, a PO się do niego ustosunkuje – co proponowała Platforma, czy też – jak chciało PiS – obie partie mają go wypracować wspólnie. (…)  Podczas trwających około dwóch godzin rozmów reprezentanci PiS wiele razy zarzucali Platformie, że chce odgrywać rolę recenzenta programu ich partii. Przedstawiciele PO odrzucali ten zarzut. Podkreślali, że PiS jako zwycięzca wyborów powinien przedłożyć program rządzenia, a nie program wyborczy. Zapewniali, że jeśli PiS taki program przedstawi, PO odniesie się do niego życzliwie” – informowała wtedy Polska Agencja Prasowa.

Negocjacje w sprawie sformowania wspólnego rządu trwały jeszcze miesiąc. Z każdym dniem jednak atmosfera między koalicjantami była coraz bardziej napięta, a nieformalny protokół rozbieżności stawał się coraz obszerniejszy.

W drugiej turze wyborów prezydenckich obróciła się scena polityczna

9 października 2005 roku okazało się, że liderzy układających się ugrupowań będą rywalizować o prezydenturę.  Do drugiej tury wyborów przeszli: przewodniczący Platformy Obywatelskiej Donald Tusk i honorowy prezes Prawa i Sprawiedliwości Lech Kaczyński. Politolog, który od początku obserwuje rozwój stosunków między PO a PiS, upatruje początku końca współpracy właśnie w kampanii przed drugą turą tych wyborów.

– Zaczęło rozpadać się SLD, kandydat lewicy zdobył zaledwie 10 procent głosów. Skończył się podział sceny politycznej na postkomunistyczną lewicę i postsolidarnościową szeroko rozumianą prawicę. Aktualny zaczął być podział na Polskę liberalną i Polskę solidarną. Był to zupełnie inny podział niż wcześniej obowiązujący. Analizując postawy wyborców, którzy wcześniej określali się jako zwolennicy lewicy i prawicy, nie sposób było przewidzieć ich miejsca na osi Polska solidarna a Polska liberalna – tłumaczy dr hab. Jarosław Flis.

Kiedy zapłonęły wszystkie mosty

Gdy jednak pytamy aktorów tamtych wydarzeń o cezurę, po której już było wiadomo, że koalicji nie będzie, że wszystkie mosty są już spalone, podają różne momenty.

– Według mnie było to wystawienie przez Platformę jako kandydata na marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, polityka jawnie wrogo nastawionego do Prawa i Sprawiedliwości – mówi Ludwik Dorn.

Ten były wiceprezes partii braci Kaczyńskich wspomina również, że w PiS powstało wrażenie, że Platforma w pewnym momencie bardziej pozorowała negocjacje, niż rzeczywiście je prowadziła. Rozmowy z kandydatem na premiera z PiS Kazimierzem Marcinkiewiczem prowadził kandydat na wicepremiera z PO Jan Rokita. Jednak na najważniejsze spotkania liderów partii w sprawie zawiązania koalicji Donald Tusk Jana Rokity nie zabierał.

Jan Rokita nie odpowiedział na nasze pytania dotyczące koalicji PO-PiS. W książce „Jan Rokita. Anatomia przypadku. Rozmowa z Robertem Krasowskim” niedoszły wicepremier z Krakowa wspomina:

„Kiedy zaś [Tusk – red.] przegrał [w drugiej turze wyborów prezydenckich – red.] , miał naturalną skłonność do myślenia w kategoriach przyszłego odwetu za klęskę, a nie teraźniejszej koalicji na warunkach stawianych przez zwycięzców. (…) Ja (…) od momentu przegranych wyborów nie mogłem dyktować ani tempa wydarzeń, ani warunków koalicji. Miałem już jawnie nieprzyjaznego Tuska za plecami i musiałem czekać na inicjatywę ze strony Kaczyńskiego. Bardzo deprymująca sytuacja. A Kaczyński – jak się miało okazać – po dwóch zwycięstwach nabrał takiej pewności siebie, że powstanie koalicji zaczął traktować jako jedną z możliwości, bynajmniej nie najbardziej oczywistą” – wspomina Rokita w wywiadzie rzece z 2013 r.

Inny uczestnik tamtych wydarzeń, Stefan Niesiołowski z PO, twierdzi dziś, że od samego początku nie wierzył w powstanie koalicji PO-PiS z powodu cech osobowościowych Jarosława Kaczyńskiego.

–  Nie wierzyłem w to od początku. Byłem temu przeciwny i od początku też o tym mówiłem. Znam Jarosława Kaczyńskiego i wiem, że jakikolwiek układ lub porozumienie z nim jest stratą czasu – uważa Niesiołowski.

W powstanie koalicji rządowej PO-PiS wierzył wtedy natomiast, jak dziś zapewnia, Tadeusz Cymański z Prawa i Sprawiedliwości.

– Wierzyłem, ale byłem naiwny. Naiwnej wiary nie należy się wstydzić – naucza Cymański i kończy sentencją: – A tak bardzo blisko byli siebie, patrzyli na siebie, głaskali się jak on i ona. Ale cóż, nienawiść jest podszewką miłości, a kto przestaje być przyjacielem, nigdy nim nie był.

O tym, że Jarosław Kaczyński i Donald Tusk nie zamierzali zawrzeć koalicji, a tylko pozorowali rozmowy, bo takie było wówczas oczekiwanie części partyjnych dołów, przekonany jest były premier pierwszego rządu PiS Kazimierz Marcinkiewicz. Przyznaje jednocześnie, że nieopatrznie dostarczył przywódcom obu partii pretekstu, żeby się rozstać.

– Po ostatnim spotkaniu z Jankiem Rokitą, gdybyśmy byli bardziej rozumni i powiedzieli: „Okej, są różnice, ale to się da utemperować”, to pewnie nie dalibyśmy pretekstu liderom do powiedzenia: „No to nie mamy o czym rozmawiać”. A my właśnie wtedy skupiliśmy się bardziej na pokazaniu różnic, niż tego, co nas łączy. I to dało pretekst liderom, żeby powiedzieć dosyć – wspomina Marcinkiewicz.

Rozwodowi nie zapobiegł nawet arcybiskup

Rozwodowi obu ugrupowań nie zapobiegło również spotkanie ostatniej szansy, któremu patronował ówczesny metropolita gdański abp Tadeusz Gocłowski, a odbywało się ono 30 października 2005 r. w pałacu arcybiskupim.

Ostatecznie po zerwaniu współpracy z PO, PiS podpisał tzw. pakt stabilizacyjny, ale jak to się wtedy mówiło, noszący cechy umowy koalicyjnej z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin. W rządzie Kazimierza Marcinkiewicza wicepremierami zostali Ludwik Dorn (PiS), Zyta Gilowska (bezpartyjna), Roman Giertych (LPR) i Andrzej Lepper (Samoobrona).

Na to, że PiS skłania się ku sojuszowi z Samoobroną i LPR, już wcześniej wskazywały pewne znaki na politycznych salonach i w sali plenarnej Sejmu. 26 października Sejm wybrał na marszałka Marka Jurka, a nie proponowanego przez PO Bronisława Komorowskiego. Jurka poparły Kluby: PiS, LPR, Samoobrony i PSL. W serii pytań zadawanej kandydatom i szefom klubów Wojciech Olejniczak z SLD zapytał Ludwika Dorna z PiS, czy za Jurkiem stoi koalicja PiS, LPR i Samoobrony. Dorn nie odpowiedział na to pytanie.

Dziś Ludwik Dorn przyznaje, że negocjacje PiS z Samoobroną i LPR trwały już w czasie, zanim doszło do zerwania rozmów z PO.

– Było to tworzenie sobie bezpiecznika. Ale też nie było to żadne oszustwo wobec partnera. Stało się jasne, że Platforma nie widzi swojego interesu w koalicji z PiS. Po prostu: rządzi sytuacja. Często ludziom tak bardzo trudno przyjąć to do wiadomości, że jeżeli wystąpią jakieś racjonalne przesłanki, to sytuacja prowadzi nas tam, gdzie wcale nie chcielibyśmy iść – zauważa Dorn.

Dwa rządy PiS – Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, popierane przez LPR i Samoobronę przetrwały do lipca 2007 roku, gdy wskutek kryzysu związanego z tzw. aferą gruntową w Ministerstwie Rolnictwa, koalicja rozpadła się, a jesienią odbyły się przedterminowe wybory, które doprowadziły do wyłonienia rządzącej większości w postaci koalicji PO i PSL, powtórzonej po wyborach z 2011 roku.

Wielkie koalicje są dziś niepotrzebne

Przysłowie mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale w obliczu dzisiejszego ostrego konfliktu między PiS a PO, aż ciśnie się na usta pytanie, czy współpraca między dawnymi koalicjantami byłaby możliwa i dziś. Jeżeli tak, to pod jakimi warunkami. Choćby miała to być abstrakcyjna figura myślowa. Gdy pytamy o to polityków, znów pojawia się motyw… wspólnego wroga. Którego jednak obecnie nie ma.

– I dopóki nie będzie takiego wspólnego wroga, który będzie zagrażał zarówno PiS, jak i PO, raczej będziemy w stanie takiej emocjonalnej wojny – przewiduje Joanna Kluzik-Rostkowska, kiedyś w PiS, dziś w PO.

Kazimierz Marcinkiewicz podziela tę diagnozę z jednym zastrzeżeniem. Jego zdaniem oba ugrupowania są obecnie tak zantagonizowane, że jedyny wróg, którego PO i PiS uznają za wspólnego, może przyjść z zewnątrz. To zaś scenariusz, którego ani PiS, ani PO, ani Polsce w ogóle, nie należy życzyć. Oba ugrupowania pozostaną więc – według Marcinkiewicza – w stanie permanentnego konfliktu, który obecnie bardzo przybrał na sile.

Politolog zauważa z kolei, że obecnie ewentualna koalicja PO i PiS jest nie tylko niemożliwa, ale i niecelowa.

– Wielkie koalicje, zawierane między przeciwnikami politycznymi, są możliwe i potrzebne wtedy, gdy na scenie politycznej pojawia się znaczące ugrupowanie nieposiadające zdolności koalicyjnej, tzw. niedotykalne. Polska scena polityczna jest obecnie tak zbudowana, że zarówno PO, jak i PiS, gdyby nie mogły rządzić samodzielnie, zawsze znajdą jakiegoś koalicjanta pozwalającego uzyskać większość i nie muszą brać pod uwagę konieczności sojuszu ze swym największym przeciwnikiem – tłumaczy dr hab. Jarosław Flis.

Tadeusz Cymański z PiS uważa zaś, że to w sumie dobrze, że PO i PiS stoją obecnie po dwóch stronach politycznej barykady.

– Społeczeństwo się różni i scena polityczna powinna w pewnym stopniu być echem tej różnicy. Odbiciem tego, co jest w domach i w umysłach Polaków. I mamy tę różnicę. I to jest dobrze – mówi wiceprzewodniczący klubu Prawa i Sprawiedliwości.

msn.pl

„Z końcem czerwca opuszczam mój łez padół, Polskę, na stałe”

Aleksandra Zawadzka, 09 czerwca 2017

Autostrada Wolności

Autostrada Wolności (Dagna Wrażeń)

Jechaliśmy z koleżanką na weekend do Berlina. Siedziała cicho z tyłu i nagle wypaliła: „Wiecie, że przez trzy dni będziemy wolni?. Łzy napłynęły mi do oczu

Aleksandra Zawadzka (ur. w 1992 r.) – z wykształcenia filolożka. Copywriterka, żurnalistka po godzinach.

Wyprowadzacie się do Berlina.

Patryk: 30 czerwca. Wynajmujemy samochód, wkładamy do niego dwa rowery, materac, książki oraz kota. I jesteśmy w drodze do Berlina.

Dagna: W Berlinie najtrudniej znaleźć mieszkanie, a my już je mamy. Kiedy pojechaliśmy tam dwa miesiące temu, na imprezie podchodziłam do ludzi, przedstawiałam się i pytałam: „Masz może mieszkanie do wynajęcia?”. W końcu jedna dziewczyna powiedziała: „A tak, mam”.

Patryk: W życiu bym nie pomyślał, że będę chciał tak mieszkać. Umeblowane przez starszego pana, jeden pokój, niezbyt fajna lokalizacja. Ale jest. Z końcem czerwca opuszczam mój łez padół na stałe.

Praca?

Dagna: Mam miejsce w studiu tatuażu. Zaklepane, gotowe.

Patryk: Ja nic nie mam, a tu rzucam świetną pracę, najlepszą. Kiedy powiedziałem, że odchodzę, kilka razy mnie pytali, czy na pewno. Rodzina mi mówiła, że mogę wynegocjować podwyżkę, dostać więcej kasy. Tylko że tu nie o kasę chodzi, tylko o zmęczenie materiału.

Był moment, który przelał czarę goryczy?

Dagna: U mnie tak. Nasza koleżanka non stop mówi o polityce. Jedziemy z nią kiedyś do Berlina, ona siedzi z tyłu. Nagle wypaliła: „Ej, wiecie, że na trzy dni będziemy wolni?”. Łzy mi wtedy napłynęły do oczu. Poczułam, że za mało mówimy o tym, jak tu jest źle, żyjemy tak bezrefleksyjnie z dnia na dzień. A znajomi z Berlina nas podpuszczali – nie pytali, czy się przeprowadzimy, tylko kiedy. W końcu pękliśmy.

Patryk: Ja mam inaczej. To się gromadziło, takie małe rzeczy, aż któregoś dnia obudziłem się i powiedziałem sobie: „nie, kurwa, dość”. Mnie tu było niby dobrze, ale dosłownie wszystko, co się dzieje w tym kraju, jest nie takie, jakbym chciał, żeby było. Pojedynczo te rzeczy nie wydają się dokuczliwe, ale razem są nie do przejścia.

Gdyby Kaczyński zalegalizował dziś związki partnerskie, wybiłby zęby całej opozycji

Na przykład?

Dagna: Gdy przejdziesz pieszo na czerwonym świetle, dostaniesz mandat. Państwo traktuje mnie, jakbym była totalną kretynką, która nie umie zobaczyć samochodu na jednokierunkowej ulicy. Na całym świecie w miastach można przechodzić na czerwonym świetle, oczywiście na własne ryzyko, tylko w Polsce zaraz zjawi się policjant i wystawi mandat.

Patryk: Samochody w Warszawie. Podobno miasto ma być dla ludzi, ale jest dla samochodów. Mamy autostrady w samym centrum Warszawy, a ścieżki rowerowe – bo według systemu to nie są drogi rowerowe służące do komunikacji, tylko ścieżki do zwiedzania i rekreacji – wiją się romantycznie między krzewami, nie łączą ze sobą i prowadzą donikąd. I zlikwidowano buspas na moście Poniatowskiego, żeby ludzie mieli więcej miejsca do stania w korkach.

Dagna: Albo – skąd się bierze smog? Ja pierdolę! Wyrzućcie z miasta samochody, które nie mają przeglądu, te diesle z wyciętymi DPF-ami [filtr cząstek stałych, którego czyszczenie i wymiana są kosztowne – przyp. red.]. Na Zachodzie się je holuje na parking i albo instalacja filtra, albo do widzenia. To naprawdę nie jest takie trudne.

Patryk: Zachorowała córka mojej siostry. Jechały w nocy na pogotowie, bo lekarz nie chciał jej przyjąć. Rano wywaliła pół portfela na lekarstwa dla dziecka. Mówiliśmy o tym ze znajomymi, którzy już wyjechali do Niemiec. Powiedzieli, że płacą tam za służbę zdrowia 250-300 euro miesięcznie za całą rodzinę. Masz za darmo wszystkich lekarzy, a dzieci do 12. roku życia dostają wszystkie lekarstwa za darmo. Nawet witaminę C, jeśli jest na recepcie. To ich kosztuje przecież tyle, ile mnie duży ZUS [bez zniżki dla rozpoczynających działalność gospodarczą].

Dagna: Dlatego ja nie chcę w Polsce płacić podatków. To jest marnowanie pieniędzy.

W Berlinie będziesz płacić?

Dagna: Będę.

Jeszcze jedna historia – jadę do pracy i czuję, że cały tramwaj się na mnie gapi. Wyjmuję słuchawki z uszu, a tam staruszka drze się na całe gardło, że obrzydliwie wyglądam. Doczekałam do mojego przystanku, ale do pracy biegłam, a kiedy dotarłam, to się popłakałam.

Bo tatuaże?

Dagna: Tak. Znajomy opowiedział mi wtedy swoją historię. Pomógł kiedyś pozbierać zakupy kobiecie, która się przewróciła. Najpierw mu podziękowała, potem popatrzyła na niego, zabrała mu siatki i odeszła, krzycząc: „Kurwa, ja nie o takie Polskie walczyłam!”.

Patryk: W Berlinie idę na koncert. Kosztuje 15 euro, czyli jakieś 60 zł, ale wszystko słychać. W Warszawie kosztuje 30 zł, ale nie ma sensu na niego iść, bo nagłośnienie jest takie, że nic nie usłyszysz. Głuchy akustyk – bez sensu jak ginekolog z klauzulą sumienia. Albo portal ePUAP, oblicze administracji państwowej w internecie. Kosztował 130 mln zł i jest do niczego. Wpisuję „ePUAP” w Google i jako pierwszy wynik wyskakuje „błąd logowania”. Tej bylejakości jest za dużo, żeby tu mieszkać.

A ile w tym winy PiS, że wyjeżdżacie?

Patryk: Procentowo niewiele. Czy rządzi nami gajowy [Bronisław Komorowski], czy inny miałki pan – to nie ma znaczenia. Uderzyło mnie ostatnio zestawienie dwóch sytuacji. W Norymberdze trzysta osób starło się z policją, która chciała zatrzymać do deportacji afgańskiego studenta. Wyobrażasz to sobie? Wszyscy stanęli w jego obronie. Następnego dnia obejrzeliśmy z Dagną materiał o ośrodku dla uchodźców z Góry Kalwarii i mieszkańcach Linina, których irytuje, że „Czeczeni chodzą na spacery całymi rodzinami”. Całymi rodzinami! Człowiek się za głowę łapię, kiedy ludzie wykazują empatię na poziomie ameby.

Urodziłem się w stolicy i naprawdę serce mnie boli, że ją opuszczam. Jestem bardziej z tym gruzem związany niż z ideą narodu, bardziej się czuję warszawiakiem niż Polakiem. I wychodzę z założenia, że jeśli chcesz, żeby miasto było fajne, to musisz robić fajne rzeczy właśnie tutaj. Ale mam dość, wysiadam. I jest mi z tego powodu bardzo przykro.

Chciałam 200-250 zł alimentów na dziecko. Usłyszałam, że chyba śnię

A nie boicie się niemieckiego multi-kulti? Miliona uchodźców sprowadzonych przez Merkel?

Dagna: Bardziej się boję polskiej ksenofobii. Dla mnie straszne jest to, że 11 listopada wyjeżdżam z Warszawy, ze swojego miasta. 11 listopada nie czuję się bezpiecznie. To powinno być święto narodowe, a do głowy by mi nie przyszło, żeby tego dnia wyjść z domu.

Patryk: Chciałbym robić dokumentację fotograficzną do projektu artysty, który akurat pracuje z uchodźcami. Wyrzucamy wielokulturowość z Polski, takie sytuacje jak w Lininie pokazują, że w Polsce ludzie nie chcą poznać niczego nowego. Wiem, że to się bierze z biedy, braku wykształcenia, zaufania społecznego, ale efekty są jakie są – jedno z biur podróży reklamuje wakacje w „strefie polskiej”. Jedziesz do Grecji, jesz schabowe.

A mediów nie będzie wam brakować?

Dagna: Nie mamy telewizji.

Patryk: A internet jest wszędzie. Tylko co z tego, skoro w grudniu 2015 zaczyna się kryzys konstytucyjny, wchodzę tu, wchodzę tam – szczątkowe nagłówki, żadnych informacji. Czekam kilka godzin, wchodzę na serwis Al-Dżaziry, a tam artykuł o Polsce – trzy akapity opisu, po jednej wypowiedzi polityków z PiS i z PO i komentarz ekspertki z „Krytyki Politycznej”. Wszystko zrozumiale wyjaśnione, mogę się czegoś dowiedzieć, wyrobić sobie pogląd. I tylko nie rozumiem, dlaczego o sytuacji w Polsce muszę czytać po angielsku na serwisie finansowanym przez arabskich szejków.

Wrócicie kiedyś?

Patryk: Ja liczę na to, że nie będę musiał.

Dagna: Pojedziemy gdzieś dalej, do ciepłych krajów. Następne przystanki będą zaplanowane z uwzględnieniem pogody.

wyborcza.pl

Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński

Minister Rafalska i prezydent Duda robią emerytów w balona

10 czerwca 2017

123RF

Emerytalna hipokryzja rządu sięga szczytów. Gabinet Beaty Szydło zachęca Polaków, aby pomimo obniżenia wieku emerytalnego pracowali jak najdłużej, a jednocześnie wyrzuca z pracy ludzi, którzy osiągnęli wiek emerytalny.

Odpowiedzialna za emerytury minister pracy Elżbieta Rafalska wraz z prezydentem Andrzejem Dudą zainaugurowali kilka tygodni temu kampanię „Godny wybór”. Rafalska ze swoimi wiceministrami jeździła po kraju i przekonywała: dłuższa praca się opłaci. Każdy rok pracy oznacza bowiem emeryturę wyższą o 8 proc. W Opolu minister zapewniała, że dłuższa praca będzie wyłączną decyzją Polaków. – Nikogo nie zmuszamy do odejścia na emeryturę. Każdy, kto będzie chciał, będzie mógł pracować dłużej – to już głos prezydenta.

Rafalska i Duda robią nas w balona. Ich deklaracje nie mają związku z rzeczywistością.

Przekonali się o tym pracownicy Krajowej Administracji Skarbowej – nowej instytucji rządowej, która łączy administrację podatkową, kontrolę skarbową i celną. Szef KAS i zarazem wiceminister finansów Marian Banaś na konferencji prasowej wypalił, że nie po drodze mu z osobami, które osiągnęły wiek emerytalny. Dlatego nie złożył im propozycji pracy w nowej służbie. Zapowiedział, że w KAS mają być zatrudniani młodzi po studiach, „zdolni i kreatywni”.

Podobne praktyki są stosowane w ZUS, który zachęca swoich pracowników do jak najszybszego odchodzenia na emeryturę.
Tymczasem prawo mówi jasno: sam fakt nabycia uprawnień emerytalnych nie może być przyczyną zwolnienia. Sąd Najwyższy takie działanie uznał za dyskryminację. Ale łatwo to obejść. W ZUS przekonują pracowników, by odchodzili na emeryturę, póki są pieniądze na odprawy i nagrody jubileuszowe. A jeśli odejdą później, to dodatkowych pieniędzy może nie być.

Co Rafalska ma do powiedzenia zwolnionym przez jej rząd emerytom? Czy im też powtarzałaby frazesy, że mogą i powinni pracować jak najdłużej? Co tym ludziom powiedziałby wicepremier Mateusz Morawiecki, który wymyślił, że każdemu, kto zdecyduje się pracować dwa lata powyżej wieku emerytalnego, da 10 tys. zł premii?

Morawiecki nie powiedział, jaka premia należy się tym, którzy chcieliby dłużej pracować, ale nie mogą, bo rząd PiS wyrzucił ich z pracy.

wyborcza.pl

Zatkało 😏

Piotr Szumlewicz

W poniedziałek

Paweł Kukiz jest jednym z największych nieporozumień politycznych ostatnich lat. Agresywny, demagogiczny, pozbawiony wiedzy, nienawistny, ksenofobiczny. Posłów Kukiz’15 łączy zerowe przygotowanie merytoryczne i najgorszej jakości populizm. Szczują, plują, inicjują nagonki, obrażają, promują głupotę i agresję. Ponadto Kukiz stylizuje się na „antysystemowego”, a jest miernej jakości przystawką autorytarnej władzy. Jeżeli jest Pan patriotą i kocha Pan Polskę Panie Pawle, jak Pan często powtarza, to niech Pan wycofa się z aktywności publicznej. Szkodzi Pan swojemu krajowi i polskiemu społeczeństwu.

„Proces”, czyli Kafka zamiast Orwella

„Proces”, czyli Kafka zamiast Orwella

Po wyborze Donalda Trumpa w USA dramatycznie wzrosło zainteresowanie literaturą. Nagle, niemal z dnia na dzień, liderem wszystkich list bestsellerów, w tym także rankingu na Amazonie, został dawno tu zapomniany „Rok 1984”. Wydawca Penguin Books zamówił dodruk 100 000 egzemplarzy, bo w ciągu tygodnia sprzedano zalegające dotąd magazyny niemal 50 tys.

Gdyby realia znad Rzeki Wschodniej przekładały się na te znad Wisły, w tej chwili magazyny księgarskie powinny gromadzić zapasy „Procesu”. Bo oto wchodzą w życie powszechnie oczekiwane przez Suwerena „ustawy naprawcze”, które wreszcie zrobią porządek z polskimi sądami.

Nareszcie ktoś zapanuje nad sądokracją. Nad tym korporacyjnym, nie liczącym się z autorytetem żadnej władzy „państwem w państwie”. Dłużej nie może być tak, że przedstawiciel gorszego sortu pójdzie sobie, ot tak, do sądu, a ten – o zgrozo – przyzna mu rację! Że powyciąga jakieś bzdurne paragrafy, powoła „swoich” biegłych”, zamówi ekspertyzy w „niezależnych” instytutach, a potem wyda wyrok niezgodny z interesem partii rządzącej. Znaczy – sprzeczny z wolą Narodu.

Bo przecież sędziów nie wybierał Suweren. To Sejm RP stanowi prawo, a w Sejmie większość ma Prawo i Sprawiedliwość. Więc prawo prawem, ale sprawiedliwość musi być po stronie tych, co wygrali wybory. Czyż nie?
Tak więc, teraz już nie będzie tak, że jakiś gorszosortowiec pójdzie do sądu, i okaże się niewinny. Niewinnych zresztą nie ma wcale. Są tylko niewłaściwie osądzeni! A teraz już Pan Zbyszek zadba, żeby nareszcie zostali osądzeni właściwie.

Dzięki temu, że jeden minister z partii aktualnie rządzącej zostanie prokuratorem, śledczym i wreszcie sędzią w każdej sprawie, w końcu wszyscy złoczyńcy, komuniści, lewacy, feministki, cykliści i inni złodzieje poczują na swoich grzbietach surową rękę sprawiedliwości. Wszelkie zbrodnie zostaną odpowiednio ukarane, a występki rozliczone do piątego pokolenia. Przed trybunał, a potem – odpowiednio – do więzień lub obozów reedukacji polityczno-społecznej, trafią zdrajcy Narodu i bluźniercy, a po nich wszyscy podejrzani o bluźnierstwo i zdradę. W tym stronnicy godzącej w narodową suwerenność Unii Europejskiej oraz resortowe dzieci i agenci Sorosa.

W zasadzie sądy to będzie można w ogóle rozwiązać. Wszystko za jednym posiedzeniem może przecież załatwić trybunał społeczny. Jaki? A taki, jakim od niedawna kieruje minister Jaki. Jeśli gromada politologów i archeologów może oceniać (unieważniać) wyroki sądów powszechnych, w tym także te zapadające przed Sądem Najwyższym i kwestionować rękojmię Ksiąg Wieczystych, to – w zasadzie – sądzić każdy może. Byle – co oczywiste – stał po stronie Prawa i Sprawiedliwości. No, ale o to zdecydowanie łatwiej, niż o studia prawnicze i lata sądowej praktyki. Wystarczy legitymacja PiS.

Jest w tym wszystkim żelazna logika. Skoro bowiem prawa nie stanowią prawnicy, tylko pochodzący z powszechnych wyborów posłowie, to dlaczego ci sami ludzie nie mieliby też sprawować władzy sądowniczej? Wszak wiedzą najlepiej, co prawe i sprawiedliwe, reprezentują bowiem wolę ludu, znaczy – Narodu… Zdaniem zaś suwerena wyrażanym poprzez politykę partii władzy, Konstytucja non est. A prawa człowieka? Non sunt, oczywiście.

Od tej chwili już żadna prawnicza grupa kolesi nie będzie wymachiwać kodeksem czy Konstytucją, kiedy uprawomocni się wydany przez stosowny trybunał ludowy wyrok w sprawie zamachu smoleńskiego (że był), a winna tej zbrodni gromada morderców z PO zostanie poprowadzona, w korowodzie hańby, na stos, szafot lub szubienicę na Krakowskim Przedmieściu (niepotrzebne skreślić). Chociaż można by to – w zasadzie – zrobić we Wrocławiu, gdzie palenie kukieł Żyda powoli staje się regionalną tradycją.

Oskarży się też, a potem skaże, wszystkich poważnych konkurentów partii aktualnie rządzącej we wszelkiego rodzaju wyborach powszechnych, od samorządowych po te na prezesa ogródków działkowych. Bo wyrok, choćby mandat karny w wysokości 500 złotych, już teraz eliminuje z życia politycznego bardziej skutecznie, niż zmieniane na siłę granice okręgów wyborczych.

Kandydatom własnej partii Pan Prezydent wystawi za to hurtowo ułaskawianie za wszelkie przewidziane w kodeksach zbrodnie, przestępstwa i drobne występki, byłe, aktualne oraz przyszłe, dzięki czemu wszystkie wybory wygrają właściwi kandydaci. I tak do roku 2035, a nawet do końca świata i jeden dzień dłużej. Bo paragraf na Owsiaka też się w końcu jakiś znajdzie.

Oto dowód na polityczny geniusz Pana Prezesa. Nikt, jak on, nie zapewnił dotąd sobie i swojej formacji równie skutecznej gwarancji zachowania władzy na kolejne pokolenia. Ktoś, oczywiście, może protestować, bo gorszy sort z definicji kontestuje posunięcia władzy, nie umiejąc skoncentrować się na jej ewidentnych sukcesach. Ale i na to jest rada. Budowę obozów koncentracyjnych (służących poprawie koncentracji) dla wszystkich nieprzyjaciół PiS-u powierzy się – w ramach koalicyjnej współpracy – formacji Kukiz’15, której młodzieżówka właśnie zgłosiła się do tej roboty na ochotnika.

Tak czy inaczej, nareszcie wszędzie zapanuje prawo i sprawiedliwość, czy raczej Prawo i Sprawiedliwość, co od teraz na jedno wychodzi. Zwłaszcza, że system, ledwo wszedł w życie, już działa. O tym, jak dostał zarzuty związane z organizacją jakiegoś meczu, którego najstarsi ludzie nie pamiętają, właśnie opowiedział niechętny nowej władzy Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli. Usłyszał zarzuty postawione na podstawie nie faktów nawet, ale jakiejś swojej wypowiedzi, za co może mu grozić nawet 11 lat więzienia. Pewnie skończy się – o ile w ogóle – na grzywnie w wysokości 500 zł, ale wyrok, jaki by nie był, pozbawi go prawa do startu w kolejnych wyborach. Żeby zaś taki wyrok jednak zapadł, już postarają się urzędnicy Ministra Sprawiedliwości.

Zanim się prezydent Tyszkiewicz skutecznie odwoła, miną lata. I to to właśnie chodzi. O podejrzenia, zarzuty, śledztwo, nękanie i ciąganie po sądach wszelkiej opozycji politycznej, a w lokalnej skali – o „dokopanie” osobistym wrogom, puszczenie z torbami konkurencji biznesowej, eliminację oponentów, a na koniec zemstę na tych, którym się powiodło, a nie wspierali (i nie wspierają) Jedynie Słusznej Partii.

Teraz to nic prostszego. Wystarczy wskazać winnego, a „aparat” zarządzi polowanie, a potem osądzi i skaże, kogo tylko trzeba. Bo nie może być tak, żeby wrogowie ludu (znaczy – suwerena) tak sobie chodzili po wolności. Zresztą – na pewno są winni, bo kto jest bez winy? Każdy przeszedł kiedyś krzywo przez trawnik, nie skasował biletu, nie oddał na czas książki do biblioteki albo nie wierzy w zamach. A to już bluźnierstwo!

Tak więc, teraz w Polsce „każdemu może zostać wytoczony proces. Proces świadomości własnej winy”. Nawet przy dramatycznych spadkach w statystykach czytelnictwa w Polsce, można więc w ciemno zamawiać dodruki „Procesu”.

Bożena Chlabicz-Polak

koduj.24.pl

86. miesięcznica smoleńska. W Warszawie upamiętniono ofiary katastrofy smoleńskiej

10.06.2017

Prezes PiS Jarosław Kaczyński, marszałkowie Sejmu i Senatu oraz członkowie rządu uczcili w sobotę pamięć ofiar katastrofy smoleńskiej. Z okazji 86. miesięcznicy katastrofy odprawiona została msza św. w intencji ofiar, złożono także kwiaty przed Pałacem Prezydenckim.

W sobotę rano, w 86. miesięcznicę smoleńską, politycy PiS uczestniczyli w mszy świętej w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Józefa Oblubieńca. Następnie przeszli przed Pałac Prezydencki, gdzie złożyli kwiaty.

 

W uroczystości udział wzięli m.in. prezes PiS Jarosław Kaczyński, marszałkowie Sejmu i Senatu: Marek Kuchciński i Stanisław Karczewski oraz ministrowie, m.in. szef MSWiA Mariusz Błaszczak, MON – Antoni Macierewicz i resortu kultury – Piotr Gliński.

Droga z pobliskiego kościoła przed Pałac Prezydencki została wygrodzona metalowymi barierkami, teren zabezpieczali też policjanci. Przed kościołem zbiórkę przeprowadzał społeczny komitet budowy pomników śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ofiar tragedii smoleńskiej.

 

Przed Pałacem Prezydenckim i w pobliżu kościoła zebrała się niewielka grupa Obywateli RP, którzy protestowali przeciwko ekshumacjom ofiar katastrofy smoleńskiej. Z Obywatelami RP wdały się w dyskusję osoby z transparentami „Współwinni zbrodni wciąż żyją bezkarnie” i „Putin. Oddaj dowody waszych zbrodni”. Obie grupy szybko rozdzieliła policja.

10 kwietnia 2010 r. w katastrofie samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka oraz ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski. Polska delegacja zmierzała na uroczystości z okazji 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.

 

dziennik.pl

Miesięcznica smoleńska. Obywatele RP zapowiadają: W przypadku zatrzymań będzie pikieta pod komendą policji

10.06.2017

Obywatele RP przygotowują kontrmanifestację na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie z okazji miesięcznicy smoleńskiej.

W ciągu ostatnich miesięcy w trakcie kontrmiesięcznic wielokrotnie dochodziło do łamania prawa oraz używania przemocy zarówno przez policję, jak i manifestantów smoleńskich. Niestety jest prawdopodobne, że stanie się tak również 10. czerwca, zwłaszcza, że kontrmanifestacja może być liczniejsza – piszą Obywatele RP w oświadczeniu.

Jednocześnie zapowiadają działania, jeśli dojdzie do zatrzymań przez policję.

Chcemy też poinformować, że w razie zatrzymań manifestantów 10.06. Obywatele RP, od godziny 22.00, staną w pikiecie pod komendą policji przy ulicy Wilczej. Tym razem po raz pierwszy uzyskać informacje o zatrzymanych będą próbowali z nami także parlamentarzyści z tworzącego się zespołu ds. monitorowania przestrzegania praw obywatelskich. O ewentualnych zatrzymaniach poinformujemy bezpośrednio po kontrmiesięcznicy, około godziny 21, na profilu Facebook Obywatele RP. – czytamy w oświadczeniu.

W maju podczas kolejnej miesięcznicy przed Pałacem Prezydenckim doszło do przepychanek, naruszona zostać miała m.in. nietykalność cielesna funkcjonariusza policji oraz jednego z uczestników miesięcznicy, b. działacza opozycji antykomunistycznej, szefa warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej” Adama Borowskiego.

Twierdził on, że po zakończeniu uroczystości został uderzony przez jednego z kontrmanifestantów.

20 osób siadając na jezdni, siadając na Krakowskim Przedmieściu próbowało zablokować przemarsz legalnego zgromadzenia. Podjęliśmy interwencję, zastosowaliśmy najbardziej łagodny środek przymusu bezpośredniego, a więc siłę fizyczną. Osoby te zostały wylegitymowane, usunięte z drogi przemarszu i sporządziliśmy wnioski o ukaranie – mówił w maju komendant stołecznej policji.

Wobec czterech sprawców przestępstw podjęliśmy również czynności. Dwie osoby, które krzykiem, hałasem, w sposób złośliwy próbowały zakłócić akt religijny, modlitwę, która miała miejsce na Krakowskim Przedmieściu. Trzecia osoba to osoba, która naruszyła nietykalność cielesną jednego z uczestników zgromadzenia cyklicznego i czwarta osoba naruszyła nietykalność funkcjonariusza policji, który podejmował interwencję w trakcie naszych działań. Ta osoba została przez nas zatrzymana – tłumaczył wtedy mł. insp. Rafał Kubicki.

dziennik.pl

SOBOTA, 10 CZERWCA 2017

STAN GRY: Fakt: Fucha w PZU w puli o. Rydzyka, Gibała o kolesiach w samorządach, Czarnecki: Nie ryzykujmy z referendami

W CO GRA MAY PO WYBORCZYM CHAOSIE W WIELKIEJ BRYTANII – na naszym blogu powstającym dzięki wsparciu Providenta: http://300polityka.pl/wyboryuk/2017/06/10/theresa-may-tworzy-rzad-mniejszosciowy/

300LIVE: Łapiński o immunitecie Morawskiego, Gowin: Nie będzie głębszej rekonstrukcji, Sadurska to sprawa PiS-u http://300polityka.pl/live/2017/06/10/

WCZEŚNIEJSZE WYBORY I REFERENDA TO MIECZ OBOSIECZNY – Ryszard Czarnecki w GPC: “A Mrs May jest trzecim w ciągu roku politykiem w Europie, który sam na siebie zastawia sidła. Pierwszym był brytyjski premier Cameron, który wymyślił referendum ws. brexitu, przegrał je i pożegnał się z urzędem. Drugim premier Włoch Renzi – autor referendum o zmianie systemu politycznego w Italii, które przegrał i też wyleciał. Wyciągnijmy wnioski: wcześniejsze wybory i referenda to miecz obosieczny”. http://gpcodziennie.pl/65017-brytyjskalekcja.html

DWA SEJMOWE WYSTĄPIENIA Z  POSIEDZENIA W TYM TYGODNIU, KTÓRE ROBIŁY FURORĘ W KULUARACH:

MICHAŁ SZCZERBA DO SZYDŁO SŁOWAMI SENLEROWEJ: KAŻDEMU, KTO TONIE, NALEŻY PODAĆ RĘKĘ http://videosejm.pl/video/embed/21811-posel-michal-szczerba-wystapienie-z-dnia-08-czerwca-2017-roku-2

SŁAWOMIR NITRAS O MANIPULACJACH TVP, KURSKIM I ABONAMENCIE: https://www.facebook.com/plugins/video.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2FSlawomirNitras%2Fvideos%2F1312228248895436%2F&show_text=0&width=560

FUCHA W PZU W PULI OJCA RYDZYKA – Mikołaj Wójcik w Fakcie: “Nasi informatorzy w PiS mówią, że to kara – w zamian za fuchę za 100 tys. zł miesięcznie w PZU, Jaworski miał odpuścić sobie robienie polityki w okręgu. Tyle że nie dotrzymał słowa, a lokalni politycy PiS Janusz Śniadek (62 l.) i Maciej Łopiński (70 l.) naskarżyli na niego prezesowi. Dlatego Kaczyński podjął decyzję o ukaraniu Jaworskiego. O niej powiadomił jednak nie Jaworskiego, a… dyrektora Radia Maryja. O. Rydzyk nie porzucił jednak swojego protegowanego. Starał się już znaleźć mu pracę w Lotosie i wcisnąć na szefa Krajowej Spółki Cukrowej. Na razie jednak Jaworskiego blokuje Kaczyński. Na zwolnione przez Jaworskiego miejsce w PZU o. Rydzyk zarekomendował Sadurską. Tak jak pisaliśmy w piątek, ma ona też mocne wsparcie premier Beaty Szydło (54 l.), z która się przyjaźni od 12 lat, a która sprawuje nadzór nad PZU. – Tylko prezes Kaczyński może zdecydować, że Sadurska nie trafi do PZU. I powinien – mówi nam ważny polityk PiS”. http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/to-tadeusz-rydzyk-wcisnal-malgorzate-sadurska-do-pzu/je7jb0t

SADURSKA SYMBOLEM PAZERNOŚCI – Witold Gadomski w GW: “Sadurska uznała jednak, że dla 80 tys. miesięcznie warto przeżyć kilka tygodni upokorzeń. Może wychodzi z założenia, że może przez kilka tygodni nie czytać innych mediów niż reżimowe, żeby omijać wzrokiem krytykę? To krótkowzroczna kalkulacja. Na zawsze stanie się symbolem pazerności skrywanej za obłudnymi formułkami o tradycyjnych wartościach”. http://wyborcza.pl/7,155290,21938799,idac-do-zarzadu-pzu-trzeba-znac-program-partii-sadurska-stanie.html

MAZEL TOV – GW O JANIE ŚPIEWAKU – jak pisze Igor T. Miecik: “Ubrany w koszulę i dżinsy sprawia wrażenie, że nie dba specjalnie o strój, a tym bardziej o modę. Żyje z pensji radnego. Mieszka w wynajętym za 1,7 tys. zł skromnym, choć stylowym dwupokojowym mieszkaniu na drugim piętrze oficyny przedwojennej kamienicy. Na klatce schodowej do poręczy poprzypinane są jeden za drugim hipsterskie rowery. On też jeździ rowerem. Jan Śpiewak szybko skraca dystans, swobodnie przechodzi na „ty”. W maleńkiej kuchni parzy kawę. Trzask rozbitej filiżanki i okrzyk: „O, cholera! Nic to! Mazel tov!”.

NIECH SIĘ ZAJMUJĄ TRAWNICZKAMI, JA REPRYWATYZACJI NIE ODPUSZCZĘ – mówi Śpiewak w tekście: “Jan Śpiewak, lider stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, odszedł z organizacji i z grupą secesjonistów powołał fundację Wolne Miasto Warszawa. Mówi: – Nie wszyscy byli na tyle silni i zdeterminowani, by dalej prowadzić bezkompromisową walkę z reprywatyzacyjną mafią. Więc proszę, niech dalej zajmują się trawniczkami, ławkami w parku i wszystkimi tymi miękkimi problemami. Ja reprywatyzacji nie odpuszczę”. http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,21940058,jan-spiewak-kontra-miasto-jest-nasze-musi-byc-lider-ktory.html

ŁUKASZ GIBAŁA O POGARDZIE PO I KUPOWANIU CYGAR Z PUBLICZNYCH PIENIĘDZY – mówi Elizie Olczyk w Plusie/Minusie RZ: “Ale wiem, za jakie pieniądze i w jakich warunkach ludzie żyją. Tymczasem w PO, zwłaszcza pod koniec rządów, było takie nastawienie, że można z pogardą podchodzić do ludzi, którzy zarabiają mniej niż 6 tys. zł. Że można służbową kartą kredytową płacić za wino, które kosztuje 500 zł, albo kupować garnitury i cygara z pieniędzy partyjnych. PiS zresztą też nie jest lepsze, skoro z pieniędzy podatników funduje ochronę prezesowi Kaczyńskiemu. To jest ogromna arogancja”.

W PLATFORMIE PO AFERZE HAZARDOWEJ ZAPANOWAŁO POCZUCIE BEZKARNOŚCI – mówi Gibała Olczyk: “Tymczasem niechęć do PiS była jeszcze tak duża, że wyborcy w ogóle na tę aferę nie zareagowali. W partii zapanowało wówczas poczucie bezkarności. Politycy PO uznali, że skoro na Zachodzie taka afera mogłaby zmieść rząd, a Platformie nawet nie spadły słupki w sondażach, to wolno im więcej”.

NIE ROZUMIEM ZACHOWANIA PLATFORMY PO SMOLEŃSKU – mówi Gibała Olczyk: “W 2010 roku odbierałem katastrofę smoleńską inaczej niż teraz. Wówczas uważałem, że 100 proc. winy ponosił prezydent Lech Kaczyński, bo uparł się, żeby dolecieć do Smoleńska. Byłem przeświadczony, że po katastrofie rząd Tuska zrobił tyle, ile mógł wyegzekwować od Rosjan. Niestety, dziś widać, że doszło do szeregu poważnych zaniedbań ze strony rządu i świadomego wprowadzania opinii publicznej w błąd. Nie wiem, po co Ewa Kopacz mówiła o tym przekopywaniu terenu, i do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego PO tak się zachowywała”.

GIBAŁA O REPUBLICE KOLESI W SAMORZĄDACH – mówi Olczyk w RZ: “Ograniczenie rządów wójtów, burmistrzów i prezydentów do dwóch kadencji jest konieczne, bo w samorządach dochodzi do patologicznego zabetonowania sceny politycznej. Urzędujący prezydenci, burmistrzowie i wójtowie budują ponadpartyjną sieć zależności i powiązań, obejmującą lokalnych polityków, przedsiębiorców, urzędników. Tworzy się „republika kolesi”, która ma jeden cel: trwać jak najdłużej i korzystać z dostępu do samorządowych pieniędzy”. http://www.rp.pl/Plus-Minus/306089930-Lukasz-Gibala-Wodzowskie-partie-Tuska-i-Palikota.html?template=restricted

FALA NADZIEI – na jedynce GW: “Jeśli europejski trend się potwierdzi, to niewykluczone, że również nad Wisłą czeka nas niespodziewana polityczna zmiana. Jeszcze jej nie widać, jeszcze wydaje się nieprawdopodobna. Jednak warto pamiętać, że pół roku temu mało kto słyszał o Macronie, a na początku maja Corbyn był traktowany jak polityczny trup. Zmiany są możliwe, jeśli ma się nadzieję”. http://wyborcza.pl/7,75968,21940753,zmiana-w-polityce-jest-mozliwa-europa-daje-nadzieje.html

DUDA I RAFALSKA ROBIĄ POLAKÓW W BALONA – Leszek Kostrzewski i Piotr Mączyński w GW: “Rafalska i Duda robią nas w balona. Ich deklaracje nie mają związku z rzeczywistością. Przekonali się o tym pracownicy Krajowej Administracji Skarbowej – nowej instytucji rządowej, która łączy administrację podatkową, kontrolę skarbową i celną. Szef KAS i zarazem wiceminister finansów Marian Banaś na konferencji prasowej wypalił, że nie po drodze mu z osobami, które osiągnęły wiek emerytalny. Dlatego nie złożył im propozycji pracy w nowej służbie. Zapowiedział, że w KAS mają być zatrudniani młodzi po studiach, „zdolni i kreatywni”. http://wyborcza.pl/7,155290,21939608,robia-emerytow-w-balona.html

TAJEMNICZE CENTRUM WYPUSZCZA TAŚMY, PAŃSTWO BEZRADNE WS TAŚM – Dominika Wielowieyska na wyborcza.pl: “I po drugie: niezwykłe jest to, że istnieje jakieś tajemnicze centrum, które w zależności od sytuacji i potrzeb wypuszcza kolejne taśmy. Nikt nie wie, gdzie to centrum się znajduje, co ma jeszcze w swoim skarbcu i dlaczego nadal prowadzi działalność sprzeczną z prawem. Rząd PO-PSL i służby specjalne okazały się wobec ujawniania nagrań kompletnie bezsilne. Ale rząd PiS w tej sprawie nic nie robi. Znany z bezkompromisowych metod działania minister Mariusz Kamiński w tym przypadku jest wyjątkowo mało aktywny”. http://wyborcza.pl/7,75968,21939620,kolejne-nagranie-z-sowy-i-przyjaciol-czemu-pis-w-tej-sprawie.html

BLUŹNIŁ, KNUŁ I UCZTOWAŁ Z POLITYKAMI PLATFORMY – SE na jedynce o księdzu Sowie.

TOMASZ SAKIEWICZ O TAŚMACH mówi w rozmowie z SE: “Wygląda na to, że nią jest. Ale przecież ujawnione rzeczy nie są drobne. To nie tylko sprawa „Gazety Polskiej”, ale też umawianie się przez najwyższych urzędników państwowych w towarzystwie księdza co do tego, jak rozgrywać biskupów przy użyciu pieniędzy państwowych, co też było tam obecne. A rozdawanie w ten sposób stanowisk chyba trudno jest określić inaczej niż jako mafijne. To wszystko są poważne historie”. http://www.se.pl/wiadomosci/opinie/tomasz-sakiewicz-na-temat-nagran-z-ks-sowa-to-mafijne-historie_1000550.html

NACZELNY SE W KOMENTARZU: “Schowajcie ks. Sowę na sto lat, a potem się zobaczy”.

BLATOWANIE SIĘ KSIĘŻY NIE TYLKO Z PO – Tomasz Terlikowski w GPC: “Blatowanie się z politykami i biznesmenami, prowadzenie z nimi tego rodzaju rozmów, sugerowanie „zniszczenia” inaczej myślących, bawienie się w politykę i biznes kończą się źle dla Kościoła i dla kapłana. A prawda ta nie dotyczy tylko bla- towania się z PO, ale także z każdą inną partią polityczną. Z PiS-em również. Warto o tym pamiętać także dzisiaj”. http://gpcodziennie.pl/65018-lekcjazkssowy.html

WICEPREZES TVP URWAŁ SIĘ KUKIZOWI – Agnieszka Kublik i iwona Szpala w GW: “Kukiz zaczął bywać w gabinecie Jana Marii Tomaszewskiego. To kuzyn Jarosława Kaczyńskiego, który pracuje w TVP. Kukiz wypytywał Tomaszewskiego o Staneckiego. – Pojawiła się informacja: w pionie Staneckiego jest problem z przejrzystością przetargów. Posłom mówił o tym dyrektor Pitaś. Nie pokazał żadnych papierów, ale z Pawłem postanowili, że zawiadomią CBA – relacjonuje nasz rozmówca z klubu Kukiz’15. Pismo od Kukiza poszło do CBA w ostatnim tygodniu stycznia. Kolejne – w lutym i kwietniu. – Paweł chce, by CBA wdrożyło procedurę sprawdzającą ws. przetargów na zakup programów, digitalizację i technologię – mówi nasz informator. Tak się składa, że akurat za te działy odpowiada Stanecki. Z Kukizem nie rozmawiają już od dłuższego czasu”. http://wyborcza.pl/7,75398,21940853,wiceprezes-tvp-urwal-sie-kukizowi-stanecki-nie-wspiera-partii.html

MICHAŁ SZUŁDRZYŃSKI DO PLATFORMY O IPN I POSZUKIWANIACH NA ŁĄCZCE: “Temu fenomenowi powinni się przyjrzeć politycy z obu stron politycznej barykady. Przede wszystkim ci, którzy w swoim programie wyborczym obiecują likwidację Instytutu Pamięci Narodowej. Niech przyjrzą się pracom na Łączce i zastanawiają się, czy rzeczywiście chcą, by przerwać prace poszukiwawcze na Powązkach. Czy chcą, by zamordowani w ubeckich katowniach dalej pozostali anonimowi? Czy chcą przyłożyć rękę do zbrodniczego planu zacierania pamięci po tych, którzy nie chcieli godzić się na narzuconą siłą komunistyczną władzę po II wojnie światowej?” http://www.rp.pl/Plus-Minus/306089913-Michal-Szuldrzynski-Patrzac-na-Laczke-nadal-chcecie-likwidowac-IPN.html??template=restricted

300polityka.pl

Jeszcze niedawno PiS ostro bił w Elżbietę Bieńkowską. Dziś mówi o niej: To polski komisarz

Dziennik.pl, Jakub Styczyński, Patryk Słowik, 10.06.2017

Elżbieta Bieńkowska© Newspix, LUKASZ KRAJEWSKI Elżbieta Bieńkowska

 

Do niedawna PiS bił w Elżbietę Bieńkowską równie mocno co w Donalda Tuska. Dziś politycy tej partii mówią o niej: to polski komisarz.

Gdy w unijnych gabinetach ważą się losy Unii Europejskiej i dzielony jest coraz skromniejszy wspólnotowy budżet, Polskę przy negocjacyjnym stole reprezentuje Elżbieta Bieńkowska. Do niedawna ostro krytykowana przez rządzących na każdym kroku – przypominano jej słowa „Sorry, taki mamy klimat…” (tak w styczniu 2014 r. tłumaczyła wielogodzinne opóźnienia pociągów spowodowane oblodzeniem trakcji), a poseł Stanisław Pięta nazwał ją „paprotką”, której nijak konkurować z zasługami Antoniego Macierewicza dla Polski. Dziś: to ostatnia nadzieja PiS w Unii Europejskiej.

Pamiętamy, że była wicepremierem w rządzie PO i że była wówczas bardzo krytycznie przez nas oceniana, zresztą nie było o to trudno. Ale została wybrana i szanujemy to. Jest przez nas postrzegana jako polski komisarz, wspieramy ją w działaniach, które będą korzystne dla Polski i Polaków. Nie mamy zamiaru podkopywać jej pozycji – deklaruje Ryszard Czarnecki z PiS, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Różnica między Tuskiem a Bieńkowską jest taka, że Tusk jest nieskuteczny i się nie stara, a Bieńkowska, choć nieskuteczna, to się stara – słyszę od jednego z posłów PiS. Dodaje on, że trzeba to docenić. Tym bardziej że jest to opłacalne politycznie dla jego partii. – Moglibyśmy ją wykpiwać, bo dała ku temu wiele powodów jeszcze jako minister. Ale nie mamy w tym interesu. Bo każdy sukces Bieńkowskiej będzie sukcesem naszego rządu, zaś każda jej porażka będzie wyłącznie jej porażką – mówi parlamentarzysta.

Największe państwa Wspólnoty, głównie Niemcy i Francja, zmierzają w stronę tworzenia unii w Unii – chcą przyciągnąć do siebie państwa, którym zależy na jeszcze mocniejszej integracji; ma to być odpowiedź na instytucjonalny kryzys Wspólnoty, pogłębiony brexitem. Planowane zmiany, o ile oczywiście zostaną przeprowadzone, będą służyć interesom największych, a tym samym uderzać w mniejszych – czyli m.in. w Polskę. Na dodatek unijny budżet ma być dzielony w sposób mniej korzystny dla słabszych – bo giganci nie chcą już do niego aż tak wiele dorzucać. Warszawa jest zaś w niewygodnym położeniu, bo uchodzi za największego spośród małych. Za państwo, któremu można zabrać. I temu sprzeciwia się Bieńkowska. Na tyle stanowczo, że przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker miał powiedzieć kilka dni temu, że nie da się z nią pracować.

Rzeczywiście dość często ścieram się z przewodniczącym Junckerem, choć oboje wiemy, że jest to niejako wpisane w nasze zadania. Nie ma w tym nic złego. Prawdą natomiast jest, że w ubiegłym tygodniu rozmowa była dużo ostrzejsza niż zazwyczaj. Efekt był jednak taki, że przegrałam. A w zasadzie przegrała Polska – przyznaje Elżbieta Bieńkowska.

Zabrakło skuteczności? Daru przekonywania? – Problem, który jest obecnie widoczny dla każdego będącego w Brukseli, to bardzo ograniczone zdolności budowania przez Polskę koalicji z innymi państwami. Pozycja Warszawy na arenie europejskiej jest niestety bardzo słaba. Niekorzystne decyzje KE podejmowane w ostatnim czasie byłyby jeszcze 3–4 lata temu nie do pomyślenia. Nie byłoby zgody na pokrzywdzenie Polski. Teraz przedstawicielom wielu krajów podniesienie ręki za czymś, co może uderzać w nas, przychodzi łatwiej – tłumaczy Bieńkowska.

Przegrana walka

Bieńkowska, wicepremier oraz minister infrastruktury w rządzie Tuska, jest europejskim komisarzem. Odpowiada w kierowanym przez Junckera gabinecie za rynek wewnętrzny, przemysł, przedsiębiorczość, sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Komisję Europejską – przekładając na znane w Polsce realia – można przyrównać do unijnego rządu. Tak jak Tusk jest prezydentem Unii, Juncker – premierem, tak Bieńkowska – ministrem.

Przedsiębiorcy, którzy z nią współpracują lub współpracowali dawniej, mają mieszane uczucia. – Zarówno Bieńkowska, jak i jej współpracownicy są otwarci na współpracę. Można mówić o atmosferze dialogu – zachwala Kinga Grafa, dyrektor biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli. – Jest takim komisarzem, jakim była ministrem infrastruktury. Czyli słabym. W niektórych kwestiach przeciętnym. Ale ponad przeciętność na pewno się nie wybija – twierdzi z kolei Maciej Grelowski, przewodniczący Rady Głównej BCC i minister infrastruktury Gospodarczego Gabinetu Cieni BCC. Twierdzi on, że za mitem sprawności Bieńkowskiej, w który niektórzy wciąż wierzą, stoi to, że odpowiadała swego czasu w Polsce za dzielenie funduszy unijnych. – Tych, co dzielą pieniądze, po prostu się lubi. Ale gdy jednak została zobligowana do zajęcia się infrastrukturą, to okazało się, że jest nieudolna. Mało decyzyjna, a jeśli już podejmowała jakieś decyzje, to z reguły słabe – uważa Grelowski.

Obecnie relacje Bieńkowskiej z biznesem schodzą jednak na dalszy plan. Bo znacznie ważniejsza rozgrywka toczy się w Komisji Europejskiej. Miesiąc w miesiąc Niemcy i Francja forsują niekorzystne dla Polski (oraz innych państw regionu) rozwiązania. Przykłady? Choćby nowe przepisy o delegowaniu pracowników. W uproszczeniu sprowadzają się do tego, że nasze firmy transportowe będą musiały płacić kierowcom, którzy jeżdżą np. po Francji, wynagrodzenie zgodnie z tamtejszymi przepisami (np. minimalną stawkę godzinową). Dla niemal wszystkich rodzimych biznesów to drastyczny wzrost kosztów, który w wielu przypadkach doprowadzi do ich upadłości. – Na etapie dyskusji nad projektem spierano się o liczbę dni w miesiącu, które kierowca musi przepracować na terenie danego kraju, by podlegać dyrektywie. Mowa była o 3, 5, 7, 9, a nawet 15 dniach. KE przyjęła najbardziej niekorzystną wersję z punktu widzenia polskiego przewoźnika, czyli wystarczą jedynie 3 dni pracy kierowcy w miesiącu, aby jego wynagrodzenie wynikało z przepisów kraju przyjmującego – wyjaśnia Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Załóżmy, że polska firma wysyła równocześnie dwóch kierowców za granicę: jednego na Wschód, drugiego na Zachód. Ten, który pojedzie z towarem do krajów unijnych, będzie trzy razy droższy dla pracodawcy i zarobi trzy razy więcej od kolegi wysłanego na Wschód – tak o regulacji przygotowanej przez Komisję mówił niedawno wicepremier Mateusz Morawiecki. To właśnie o starciu w tej sprawie z Junckerem mówi Bieńkowska. I to je, jak sama przyznaje, przegrała.

Problem w tym, że okazje do protestowania zaczynają się pojawiać jedna po drugiej. Bieńkowska opracowała pakiet reform związanych z dyrektywą usługową. Cel: zwiększyć swobodę ich świadczenia przez przedsiębiorców z państw członkowskich na terenie innych krajów należących do Unii. Już teraz wiadomo, że z zatwierdzeniem projektu bez jego okrajania z poszczególnych elementów przez Radę i Parlament Europejski może być ciężko. „Nie możemy pozwolić usługodawcom na uchylanie się od wypełniania uzasadnionych narodowych wymogów, których celem jest ochrona interesu ogólnego, co mogłoby prowadzić do wprowadzenia zasady kraju pochodzenia” – brzmi fragment stanowiska Niemiec i Francji do propozycji liberalizacji rynku usług. Tu Bieńkowska ma dużo do powiedzenia, bo to obszar jej kompetencji. Trzeba pamiętać, że w ramach Komisji Europejskiej funkcjonuje ich podział. Elżbieta Bieńkowska odpowiada za to, żeby posunąć naprzód regulacje dotyczące swobody przepływu usług, która pozostała w tyle za innymi swobodami. Jej pozycja negocjacyjna jest więc lepsza niż w przypadku walki związanej z delegowaniem pracowników i płacą minimalną.

Rzecz kolejna: budżet. W ostatnich dniach serwis Politico poinformował, że następne rozdanie będzie dla Polski nad wyraz skromne. To za sprawą obowiązywania w Polsce standardów daleko odbiegających od normy unijnej. Innymi słowy, rządzące Prawo i Sprawiedliwość wprowadza antydemokratyczne reformy, co powinno się przełożyć na ograniczenie finansowania działań krnąbrnego rządu. Tyle że, jak nam mówi jeden z byłych polskich tzw. szerpów (doradców szefów państw i rządów ds. europejskich), nikt – włącznie z przewodniczącym Junckerem – nie wierzy w to, by obowiązujące nad Wisłą standardy mogły się przełożyć w jakimkolwiek stopniu na podział pieniędzy. – Polska dostanie mniej z trzech powodów. Po pierwsze, najwięksi nie chcą płacić tyle, co dotychczas, więc będzie mniej do podziału. Po drugie, plecy pokazała Wielka Brytania, która była dużym płatnikiem, więc jakoś trzeba zbilansować ten ubytek. I po trzecie, od dawna było wiadome, że Polska jako duży kraj, lider regionu, na początku będzie dostawać dużo pieniędzy i z rozdania na rozdanie mniej. Teraz nadchodzi ten czas, gdy przestaniemy tylko brać, lecz zaczniemy dawać – opowiada.

Jaki wpływ ma Bieńkowska na rozdzielenie budżetu? – Wyłącznie nieformalny, na zasadzie: chcesz więcej, a my cię lubimy, to pozwolimy ci pokazać u siebie w kraju, że walczyłaś. Pamiętajmy, że taka kwestia jak budżet to w zdecydowanie większym stopniu domena rządów niż komisarzy, którzy formalnie przecież zajmują się przypisanymi im zadaniami, a nie reprezentują państw, z których pochodzą. Tym ważniejsza staje się więc współpraca między rządem w Warszawie a komisarz Bieńkowską – wyjaśnia szerpa.

Ramię w ramię

Ta zaś zaczyna się układać coraz lepiej. Bieńkowska była jeszcze do niedawna oceniana przez polityków Prawa i Sprawiedliwości bardzo ostro. Przylgnęło do niej zdanie (ujawnione dzięki aferze taśmowej), że za 6 tys. zł tylko idiota zgodzi się pracować na stanowisku wiceministra. Rzecz w tym, że stwierdzenie to zostało okrojone i w obiegu publicznym jej przeciwnicy wskazywali, że Bieńkowska uważa ogólnie pracę za 6 tys. zł miesięcznie za przejaw idiotyzmu. Choć tak nie powiedziała, łatka się przyczepiła. I była z lubością przez niechętnych jej polityków przypominana przy każdej okazji.

Ale to się skończyło. Teraz Elżbieta Bieńkowska przestała być platformerska, a zaczęła być polska. Stała się bowiem naszą przeciwwagą dla niekorzystnych z polskiego punktu widzenia działań niemieckich i francuskich, wspieranych przez byłego premiera Luksemburga Jeana-Claude’a Junckera. A to właśnie Juncker, Merkel i stara Unia są większym zagrożeniem i istotniejszymi przeciwnikami politycznymi dla PiS, niż była minister w rządzie Tuska.

O tym, że Bieńkowska przestała być persona non grata, świadczy fakt, że 31 marca 2017 r. podczas organizowanej przez Ministerstwo Rozwoju konferencji SIMFO 2017 obok unijnej komisarz, ramię w ramię, stał wicepremier i minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki. Oboje na tle flag nie tylko polskich, lecz także unijnych. Obrazek, na którym wicepremier w rządzie PiS stoi obok komisarz Bieńkowskiej i się tym spotkaniem chwali, zamiast je ukrywać i tłumaczyć, że to wyłącznie grzecznościowa wymiana uścisków dłoni – byłby jeszcze niedawno nie do pomyślenia. – Dla wprawnych obserwatorów to był sygnał, że nie kwestionujemy pozycji Bieńkowskiej. Jest komisarzem, który sprzeciwia się antypolskim rozwiązaniom forsowanym w KE, więc jest przez nas uznawana – mówi poseł PiS.

Co więcej, Bieńkowska i Morawiecki mówili podczas tej konferencji w zasadzie jednym głosem. – Wspólny rynek UE nie działa do końca tak, jak powinien. Protekcjonizm stanowi jedno z największych zagrożeń dla przyszłości wspólnej Europy. Musimy pamiętać, że wspólny unijny rynek to nawet po brexicie 440 mln konsumentów. Jest to więc rynek, z którego powinniśmy gospodarczo czerpać ogromne korzyści, a do końca tych możliwości nie wykorzystujemy – podkreślała komisarz. – Nie chcielibyśmy, żeby to poszło w kierunku spirali protekcjonistycznej. Uważamy, że lepiej jest rozmawiać i wypracowywać kompromis, również we współpracy z Komisją Europejską i na forum Rady UE. Żeby nie było Europy dwóch prędkości czy trzech prędkości; żeby była Europa jednej prędkości, która integruje się w najlepszym interesie wszystkich obywateli, w tym również w interesie obywateli, którzy zarabiają przecież 2–3 razy mniej niż ci w bogatych krajach – mówił z kolei Morawiecki.

Drugi dowód na zbliżenie PiS do Bieńkowskiej to reakcja tej partii na raport opublikowany w kwietniu 2017 r. przez The Alliance for Lobbying Transparency and Ethics Regulation. Uznano w nim Bieńkowską za najgorszego komisarza UE. Rzecz w tym, że organizacja zastosowała specyficzne kryterium: liczbę spotkań z lobbystami. – A tych z racji dziedziny, którą zajmuje się Bieńkowska, odbyła dużo. Co oczywiście nie przeszkadzałoby w niczym, gdyby chcieć w nią uderzyć. Narracja byłaby prosta: Bieńkowska jest najgorsza w Unii, nie tyle według PiS, ile zdaniem niezależnych organizacji. Skończyło się jednak na 2–3 nieprzychylnych tekstach w mediach. I materiały te nie były inspirowane z Nowogrodzkiej. Proszę zwrócić uwagę, że nasi politycy zbyli ten ranking milczeniem, choć mógł odwrócić uwagę opinii publicznej od słynnego 27:1 (przegranego głosowania w sprawie nieprzedłużenia kadencji Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej – red.) – opowiada jeden z polityków PiS.

Ryszard Czarnecki podkreśla, że podejście rządzących do komisarz Bieńkowskiej jest po prostu uczciwe. – Jeśli teraz zaczyna pamiętać, z jakiego kraju pochodzi, to bardzo dobrze. Zasługuje na wsparcie. Ale nie można też zapominać, że jej aklimatyzacja w Brukseli była trudna – mówi. I dodaje, że znosiła ten okres znacznie gorzej od większości komisarzy z innych państw. Polskie władze otrzymywały ponoć skargi od różnych organizacji międzynarodowych, które przez bardzo długi czas nie mogły spotkać się z komisarz. – Ale stanęła w końcu na nogi, jest nastawiona bardziej ofensywnie – przyznaje Czarnecki. I mówi, że choć słyszy na unijnych korytarzach, że gdyby PiS przestało krytykować Donalda Tuska, otrzymałoby zgodę na wymianę komisarza na „swojego”, to nikt nie myśli o takim wariancie.

Niemniej jednak to świadczy o wielkim problemie z PR-em Bieńkowskiej, negatywne komentarze o jej działalności są powszechne. Tyle że jeśli zależy nam na silnym głosie Polski na arenie unijnej, musimy wierzyć w jej przebudzenie się, a nie teraz podkopywać jej pozycję. To zresztą świadczy o rozsądnie prowadzonej polityce przez PiS. Zarzuca się nam, że szkodzimy Polsce, bo krytykujemy Tuska. Otóż nie. To Tusk szkodzi, jest twarzą fatalnej polityki emigracyjnej, która wszystkim zagraża. Bieńkowska nie podejmuje złych dla Polski działań, stara się wręcz zrobić coś dobrego, więc nie ma powodu, by ją krytykować– tłumaczy wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Sama Bieńkowska zupełnie inaczej postrzega jednak swoje dotychczasowe działania. Nie zgadza się z tezą o trudnej aklimatyzacji. – Pierwszy rok mojej pracy w Komisji upłynął przede wszystkim na planowaniu długoterminowych działań i opracowywaniu strategii. Teraz powinien być czas ich wdrażania. Rzecz w tym, że nasza część Europy nie ma lidera. Wydawałoby się, że naturalnym powinna być Polska, bo tak przez wiele lat było. Obecnie z różnych przyczyn już nie jest. A jeśli mówimy o konieczności przeciwdziałania protekcjonistycznym trendom niemieckim i francuskim, to za tym głosem musi stać pewna siła. Jedna Bieńkowska to za mało – wskazuje unijna komisarz.

Walili we mnie jak w bęben

Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, śmieje się, że aż trudno uwierzyć w tę idyllę. I że wspólne zdjęcie Bieńkowskiej i Morawieckiego należy jak najszybciej wydrukować i oprawić w ramkę. Bo znając realia polskiej polityki, niebawem któraś ze stron będzie chciała usunąć wszelkie ślady sugerujące, że politycy dwóch opcji nie muszą się wcale zaciekle zwalczać. – Nie znam oczywiście wewnątrzpartyjnych ustaleń, ale fakt, że rządzący nie atakują publicznie polskiego komisarza, należy chwalić – mówi Kaźmierczak. Zaznacza przy tym, że przez wiele lat mieszkał w USA. I mało gdzie są tak agresywnie prowadzone kampanie wyborcze. A jednocześnie już po wyborach ludzie biorą się do pracy. – U nas zaś kampania trwa nieustannie, wytrzymać nie można. Tak więc powszechna zgoda co do konieczności stawiania twardych oczekiwań unijnej biurokracji cieszy – twierdzi prezes ZPP.

To efekt ogromnej metamorfozy politycznej, którą przeszła Bieńkowska. – Gdy zostawała komisarzem, zdawała się wierzyć w te unijne brednie, że kapitał nie ma narodowości, że wszyscy na arenie unijnej są równi i tego typu dyrdymały. Ale z tego, co się naprawdę dzieje, wyciągnęła słuszne wnioski. Teraz mówi już przecież o konieczności przeciwdziałania protekcjonizmowi. Czyli to oznacza, że na co dzień tendencje protekcjonistyczne dostrzega – zauważa Kaźmierczak.

Wiele świadczy o tym, że ta idylla właśnie się kończy. O byłej wicepremier w rządzie PO-PSL coraz mniej chętnie wypowiadają się bowiem członkowie PO. Od kilku z nich słyszę, że „nie interesują się w szczegółach sprawami unijnymi, więc trudno im recenzować Bieńkowską”. Dwóch przyznaje, że na entuzjazm ze strony polityków Platformy nie ma co liczyć. A to dlatego, że „Tusk i Bieńkowska czmychnęli do Brukseli, zostawiając zupełnie rozbitą partię”. – Nie ma mowy o braku wsparcia. Komisarz Bieńkowska nie jest politykiem, tak naprawdę nigdy nim nie była. Reprezentuje w Komisji Europejskiej Polskę, a nie PO czy PiS. Nie szukajmy sporów tam, gdzie ich nie ma – przekonuje z kolei poseł PO Robert Kropiwnicki.

Jednak zdaniem prof. Rafała Chwedoruka, politologa z Instytutu Nauk Politycznych UW, nie ma w tym nic dziwnego, że teraz cieplej o Bieńkowskiej wypowiadają się ludzie z PiS, zaś wielu kolegów z PO najchętniej by zapomniało o jej istnieniu. – Elżbieta Bieńkowska całą swoją polityczną karierę zawdzięcza Donaldowi Tuskowi. Były premier, jeszcze w roli lidera Platformy, robił wiele, by marginalizować wewnętrzną opozycję. Nie ma się więc czemu dziwić, że teraz dominujący w PO nurt związany z Grzegorzem Schetyną nie pała do niej nadmierną sympatią i dystansuje się od niej – zauważa Chwedoruk.

Pytam, z czego wynikają sygnały sympatii płynące z PiS. Bo za takie należy uznać już sam fakt uznania Bieńkowskiej za polskiego komisarza i twierdzenia, że należy pozwolić jej działać. – Z punktu widzenia partii Kaczyńskiego pozytywne mówienie o Bieńkowskiej jest korzystne na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, politycznie opłacalna jest każda gra na wzniecanie sporów w środowisku PO. Innymi słowy, rozchodzenie się dróg byłej wicepremier ze swoim środowiskiem byłoby dla PiS korzystne – mówi politolog. – A po drugie, PiS przez wiele lat głosiło, że wspiera Polaków sprawujących stanowiska w gremiach międzynarodowych niezależnie od ich przynależności czy sympatii politycznych. Zrobiono jedno odstępstwo od tej reguły: gdy rząd sprzeciwiał się odnowieniu kadencji Donalda Tuska. I zakończyło się to dla obecnie rządzących tragicznie. Decyzja o niepopieraniu Tuska była niezrozumiała nawet dla części elektoratu PiS. Wydaje się więc, że po prostu wyciągnięto naukę z tego przypadku.

Sama Elżbieta Bieńkowska zaś mówi, że stwierdzić, iż politycy PiS ją dawniej krytykowali, to jak nic nie powiedzieć. – Przecież walili we mnie jak w bęben – przypomina. I dodaje, że teraz rzeczywiście nie odczuwa agresji. Ale brakuje też wsparcia, które bardzo by się przydało. Najprawdopodobniej jednak – zdaniem komisarz – to nawet nie jest intencjonalne działanie, lecz kwestia braku umiejętności i doświadczenia. – Z perspektywy Brukseli odnoszę wrażenie, że wielu polityków w Warszawie nie rozumie tego, jak wygląda w UE proces decyzyjny. Uderzanie pięścią w stół, gdy znajduje się już na nim konkretna propozycja, jest skazane na niepowodzenie. Trzeba reagować na etapie opracowywania aktów prawnych. Pokazując na przykładzie: komisarz prowadząca projekt regulacji o pracownikach delegowanych powiedziała mi, że przecież polski rząd nie zgłaszał w toku konsultacji zastrzeżeń do przepisów, które teraz kwestionowałam. A konsultacje trwały aż półtora roku – opowiada. Zdarzają się też przypadki, gdy Bieńkowska odbiera telefony z ministerstw w przeddzień trafienia ważnego projektu pod obrady. Urzędnicy z Warszawy proszą, by jakoś zablokowała niekorzystne dla Polski rozwiązania. – W tym momencie jednak jakiego bym Rejtana nie robiła i jakkolwiek płomiennie bym nie przekonywała, jest już po prostu za późno. Proszę jednocześnie pamiętać, że jako komisarz nie mogę reprezentować polskich interesów. Mogę za to – i to staram się robić – reprezentować interesy regionu, które z reguły są zbieżne z tymi polskimi – zaznacza.

Pytanie, czy komisarz Bieńkowska jest w stanie robić to skutecznie. Narzędzia, choć najsolidniejsze spośród wszystkich Polaków, ma mimo wszystko liche. Musi więc rozgrywać tę partię błyskotliwie.

Moglibyśmy ją wykpiwać, bo dała ku temu wiele powodów jeszcze jako minister. Ale nie mamy w tym interesu. Bo każdy sukces Bieńkowskiej będzie sukcesem naszego rządu, zaś każda jej porażka będzie wyłącznie jej porażką – mówi poseł PiS

msn.pl

Z kim „Wiadomości” mają bezpośrednie połączenie? Danuta Holecka nie umiała odpowiedzieć Zofii Romaszewskiej

Uzupełniamy zapas wazeliny.

Skandaliczna impreza w państwowej firmie. „Pili i drwili z katastrofy smoleńskiej”

10.06.2017

Siedzia spółki KGHM Polska Miedź S.A. przy ulicy Marii Skłodowskiej-Curie© Maciej Kulczyński Siedzia spółki KGHM Polska Miedź S.A. przy ulicy Marii Skłodowskiej-Curie

 

Dziennikarz „Gazety Polskiej” Piotr Nisztor ujawnił na łamach weekendowej „GPC”, że w jednej z państwowych firm miała miejsce niedawno skandaliczna impreza. „W KGHM pili i drwili z katastrofy smoleńskiej. „TU polewaj” i inne niewybredne skojarzenia z tragedia narodowa” – opisał na Twitterze.

Według dziennikarza, podczas imprezy firmowej, barek z alkoholami był przystrojony makietą z fragmentem samolotu wbitego w ziemię. Obok stały hostessy przebrane za stewardesy. Nisztor dodaje, że skojarzenie było jednoznaczne, tym bardziej, że całość była przystrojona napisem „TU polewamy”.

„Słowo »skandal« to stanowczo za mało, aby skomentować »żart« menedżerów państwowego przedsiębiorstwa. Zadrwili z tragedii narodowej i okazali skrajny brak szacunku wobec tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem. Konsekwencje powinny być bardzo surowe” – pisze Nisztor, który opublikował dodatkowo zdjęcie z opisanej imprezy.

msn.pl

Paulina Wilk: Telewizja kłamie i nie jest nawet śmieszna, dlatego nie chcę i nie będę płacić za nią abonamentu

 10.06.2017
Paulina Wilk
Prezes (i ten z Woronicza, i ten z Nowogrodzkiej) dotrze do naszych kieszeni i wyłowi z nich ratunek dla deficytowej telewizji partyjnej, w której można emitować sześciokrotnie ten sam film (w reżyserii własnej prezesa), podać fałszywe dane, straszyć podłymi, ksenofobicznymi stereotypami albo snuć insynuacje w peerelowskim stylu. Ale nie można w niej obejrzeć ani wiarygodnej informacji, ani nawet Maryli śpiewającej w Opolu.

W budynku, w którym mieszkam, trwa remont. Na skutek wypruwania kabli elektrycznych przecięciu uległy łącza telefoniczne i telewizyjne. Chwilowo nie można do mnie ani zadzwonić, by zareklamować mi garnki (posiadam – z powodów sentymentalnych – telefon stacjonarny szturmowany przez zastępy wyznawców zwietrzałej ideologii sprzedawania kitu), ani zhakować mi pełnego bezcennych zdjęć z wakacji komputera (brak internetu), ani tym bardziej wyemitować do kolacji propagandowych komunikatów na małym ekranie (od dwóch tygodni telewizor tylko śnieży bezdźwięcznie).

17.05.2015 Warszawa , Telewizja Publiczna , ul. Woronicza 17 . Pierwsza debata telewizyjna , po pierwszej turze wyborow na prezydenta RP. Zmierza sie obecny prezydent Bronislaw Komorowski i kandydat PIS Andrzej Duda . Fot . Slawomir Kaminski / Agencja GazetaTelewizja Polska dramatycznie potrzebuje pieniędzy. W 2016 r. miała 180 mln zł straty. Dzięki uszczelnieniu ściągalności abonamentu RTV, publiczne media mają dostać 620 mln zł rocznie więcej (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Trwa blokada informacyjna. Najpierw zamierzałam się zdenerwować, ale szybko dotarły do mnie zalety tej sytuacji. Postanowiłam więc rozkoszować się wolnością. Co za czasy! Człowiek wolny jest tylko, gdy trwa zaaresztowany, bez kontaktu ze światem. W XXI wieku homo sapiens nie potrafi już dokonać odłączenia dobrowolnie. Okablowanie i usieciowienie to coś więcej niż nałóg. To niezbywalne zasilanie w rzeczywistości pomieszanej z medialną iluzją oraz wirtualnymi awatarami ludzi i zdarzeń. Życie poza promieniowaniem medioaktywnym jest podobno wciąż możliwe, ale występuje jako rzadka postawa wśród filozofów i antropologów badających nasz gatunek niczym przestymulowane bodźcami myszy. Zwykły człowiek woli wiedzieć, co w trawie piszczy. I na ogół za bardzo boi się, że coś go ominie, by wyciągnąć wtyczkę. Ja też się bałam – niesłusznie!

Dlatego zachęcam do odłączania, a wręcz wyrywania kabli ze ścian i futryn, na wszelki wypadek wyrzucania telewizorów przez okna, koniecznie przy świadkach. Taka radykalna metoda ma plusy. Plus pierwszy to nieodwracalność czynu. Kabel wyrwany to więcej niż chwilowa dezaktywacja konta na Facebooku w celu udowodnienia sobie newsfeedowej abstynencji. To konieczność wzywania ekipy i płacenia za naprawę. Trwa i kosztuje tyle, że się w tym czasie odechce, a życie bez telewizora okaże się lepsze, zdrowsze, piękniejsze.

Plus drugi ma naturę wizerunkową – nieposiadanie odbiornika jest w modzie i można je prezentować jako dowód przynależności do odważnych kontestatorów, postępowych minimalistów lub jako akt obywatelskiego oporu.

Plus trzeci jest finansowy. Otóż kabel wydarty ze ściany, a najlepiej posiekany w drobny mak, to jedyny sposób, by uwolnić się od planowanego przez PiS przymusu abonamentowego. Bo projekt nowej ustawy właściwie nie daje dróg ucieczki przed tym przykrym obowiązkiem – jedyny sposób, to udowodnić, że się telewizora nie ma i nie używa.

27.04.2016 Warszawa. Prezes TVP Jacek Kurski podczas konferencji podsumowujacej pierwszy kwartal 2016 r. Fot . Kuba Atys / Agencja Gazeta SLOWA KLUCZOWE: telewizja /FR/ ZDJĘCIE DO WKŁADKI: DGWRP Gazeta WyborczaKrajPrezes TVP Jacek Kurski (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Kto ma w domu kabel, to choćby i nie oglądał, według ustawy płacić będzie, a na dodatek jego dane zostaną przekazane przez prywatnego operatora w opiekuńcze ramiona państwa polskiego oraz poczty narodowej, które namierzą delikwenta, po czym – z pogwałceniem konstytucji – przymuszą do płacenia 22,70 PLN miesięcznie. Jak mówi strategia Jacka Kurskiego – po kablu do kłębka. Prezes (i ten z Woronicza, i ten z Nowogrodzkiej) dotrze do naszych kieszeni i wyłowi z nich ratunek dla deficytowej telewizji partyjnej, w której można emitować sześciokrotnie ten sam film (w reżyserii własnej prezesa), podać fałszywe dane, straszyć podłymi, ksenofobicznymi stereotypami albo snuć insynuacje w peerelowskim stylu. Ale nie można w niej obejrzeć ani wiarygodnej informacji, ani nawet Maryli śpiewającej w Opolu.

W zamian za jedyne 22,70 PLN miesięcznie TVPiS oferuje Danutę Holecką przez całą dobę. A od święta – gale disco polo. Czekam z niepokojem na dzień, w którym do Sejmu wpłynie wniosek wiernych telewidzów o zmianę hymnu z Mazurka Dąbrowskiego na „Jesteś szalona”, co akurat w Polsce A.D. 2017, gdzie polityczna normalność znalazła się w defensywie, nie byłoby tak całkiem od rzeczy.

Telewizja kłamie i nie jest nawet śmieszna, dlatego nie chcę i nie będę – żebym ostatni kabel miała doszczętnie spruć – płacić za nią abonamentu. A mówię to z żalem, bo jestem legalistką, entuzjastką silnych i niezależnych mediów publicznych, a także córką telewizji. Wychowanką najnudniejszego w świecie programu „Agrorynek” podającego ceny pasz i zbóż. Dziewczyną dorastającą jako nałogowa stay-tuned-fanka MTV i kobietą uwielbiającą programy przyrodnicze zdobione głosem Krystyny Czubówny. Lubię telewizję i nigdy nie uważałam jej za groźną. Mały ekran był dla mnie fascynującym barometrem społecznym. Do teraz. Bo telewizja narodowa jest tylko krzywym zwierciadłem i narzędziem propagandowym. Nawet nie ideologicznym, bo do tego trzeba by mieć ideologię. A prezesi mają wyłącznie topornie nakreślony cel – ogłupianie i oszukiwanie. Tym łatwiejsze, że aby być dziś człowiekiem właściwie poinformowanym, nie wystarczy umieć czytać i pisać. Trzeba jeszcze wprawy w nawigowaniu między pseudowiadomościami, kryptoreklamą i faktami alternatywnymi. Dawniej dostęp do informacji był ograniczony, dziś jest bezgranicznie skomplikowany.

A TVP oferuje ulgę – teorie, od których świat zaraz robi się prosty i płaski jak stół.
Strategia schlebiania gustom jarmarcznym mówi, że tak snuta wizja reprezentuje autentyczne preferencje (autentycznych?) Polaków. W domyśle: TVP nie jest od puszczania ludowi Chopina, bo lud nie zrozumie i się pogniewa. Błąd! Otóż największym sukcesem TVP ostatnich lat był Konkurs Chopinowski oglądany tak chętnie i powszechnie, że strach było wsiąść do taksówki. Jeszcze drzwiami nie trzasnęłam, a facet za kółkiem już pytał, za kim jestem i zamiast patrzeć na drogę, łypał na zatkniętego na masce rozdzielczej iPada emitującego popisy pianistów na żywo.

Przez kilkanaście dni kraj kibicował wysokiej kulturze, z emocjami iście sportowymi i bez kompleksów. Udało się stworzyć połączenie jakości „Wielkiej gry” z widowiskowością „X-Factora”. Telewizja wypełniła kwintesencję misji, a nam dała wspólne i unikalne przeżycie.

Prezesi walczą jednak o sprawę straconą – telewizję typu reżimowego. O prymat siermiężnej machiny dyktującej ludziom, o której mają zasiąść, by otrzymać porcję waty szklanej. Dwaj błędni jeźdźcy przeterminowanej husarii zapomnieli, że ludzie mają wybór. Szarżują więc objuczeni patriotyczno-muzealnymi pukawkami w epoce, w której nowy konsument-obywatel sam decyduje, co, o której i za ile ogląda we własnym telefonie.

Prujmy więc śmiało kable, bo te stacje, które oglądać warto, można śledzić on-line w promocyjnych cenach. Na nasze smartfony i tablety prezesi też się zasadzają, ale grzebanie w intymnych urządzeniach, które nauczyliśmy się traktować jak skrzyżowanie portfela z pamiętnikiem, skończy się polityczną katastrofą. Gdyby prezes (ten z Nowogrodzkiej) zamiast powtórek z „Czterech pancernych” oglądał „House of cards”, dobrze by o tym wiedział.

20.05.2016 Warszawa , Sejm . Jaroslaw Kaczynski podczas debaty po wygloszeniu przez premier Beate Szydlo informacji rzadu ws. komunikatu Komisji Europejskiej dotyczacego sytuacji w Polsce. Fot. Kuba Atys / Agencja GazetaPrezes PIS Jarosław Kaczyński (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)


Paulina Wilk.
Ur. 1980. Pisarka, publicystka. Autorka książek „Lalki w Ogniu. Opowieści z Indii”, „Znaki szczególne” o dorastaniu w czasie polskiej transformacji, a także serii bajek dla dzieci o misiu Kazimierzu. Zajmuje się tematyką międzynarodową i literaturą. Stale współpracuje z tygodnikiem „Polityka”, a także z „National Geographic Traveler”, „Przekrojem” oraz magazynem „Kontynenty”. Jest współtwórczynią Big Book Festival – międzynarodowego festiwalu czytania odbywającego się w Warszawie od 2013 r. Pracuje nad książką poświęconą miastom przyszłości.

weekend.gazeta.pl

Od Antarktydy odrywa się jedna z największych gór lodowych świata

Tomasz Ulanowski, 10 czerwca 2017

Tak od lodowca szelfowego Larsena C odrywa się potężna góra lodowa. Stan z 31 maja 2017 r.

Tak od lodowca szelfowego Larsena C odrywa się potężna góra lodowa. Stan z 31 maja 2017 r. (MIDAS)

Ma powierzchnię większą od połowy woj. opolskiego i obecnie wisi na włosku.

Na razie ciągle jest częścią lodowca szelfowego Larsena C, który niczym pontonowy pomost dryfuje na Morzu Weddella zakotwiczony do Półwyspu Antarktycznego. Jak wyliczają jednak brytyjscy naukowcy z projektu MIDAS korzystający z obserwacji radarowych wykonywanych przez europejskie satelity Sentinel-1 i amerykańskiego Landsat, odrywającą się górę lodową łączy z lodowcem już tylko kładka o długości ok. 13 km.

Góra odrywa się od kilku lat, jednak w ostatnim czasie wyraźnie przyspieszyła. Tylko w ostatnim tygodniu maja pęknięcie dzielące ją od Larsena C wydłużyło się aż o 17 km.

Cała szczelina ma już blisko 200 km długości. A góra lodowa – powierzchnię ok. 5 tys. km (trochę większą niż połowa woj. opolskiego).

Dla Larsena C, Półwyspu Antarktycznego i Antarktydy Zachodniej będzie to poważna strata. Choć cały lodowiec szelfowy ma aż ok. 50 tys. km kw. powierzchni (prawie tyle co woj. mazowieckie i łódzkie razem wzięte, czyli jedną siódmą powierzchni Polski), to tak potężny ubytek lodu mocno go osłabi. Naukowcy uważają, że kiedy jedna z największych gór lodowych świata oderwie się od Larsena C, to spowoduje kaskadę zdarzeń niczym przewracająca się kostka domina.

Tak pęka Antarktyka. Co za skala!

Półwysep Antarktyczny oglądał już podobne katastrofy. W 1995 r. z powierzchni morza zniknął stojący po sąsiedzku lodowiec szelfowy Larsena A, a w 2002 r. – Larsen B. Oba miały po kilka-kilkanaście tysięcy lat. Cały lodowiec szelfowy, ledwie 123 lata po odkryciu go przez Carla Antona Larsena, kapitana norweskiego statku wielorybniczego „Jazon”, na naszych oczach przestaje istnieć.

Rozpękła się w drobny mak na oczach naukowców.

Uczeni nie mają wątpliwości, że winne jest globalne ocieplenie. Półwysep Antarktyczny to, podobnie jak Arktyka na drugim końcu świata, jeden z najmocniej ocieplających się rejonów Ziemi. Tylko w ostatnim półwieczu jego średnia temperatura podniosła się aż o 3 st. C.

Klimatolodzy martwią się o stan lodowców na całej Antarktydzie Zachodniej. Nie tylko tych szelfowych, które chronią wybrzeże białego kontynentu przed coraz cieplejszym oceanem, ale i lodowców płynących po lądzie.

Gdyby wszystkie spłynęły do oceanu, jego poziom podniósłby się o ok. 7 m.

Coraz częściej pojawiają się opinie oraz badania wskazujące na to, że to już właściwie nieuniknione. Tym bardziej że świat nie podejmuje realnych prób powstrzymania globalnych zmian klimatu.

Antarktyda pęka i nic już tego nie powstrzyma.

wyborcza.pl

Wiceprezes TVP urwał się Kukizowi. Stanecki nie wspiera partii, ta idzie do CBA

Agnieszka Kublik, Iwona Szpala, 10 czerwca 2017

Wiceprezes TVP Maciej Stanecki i prezes Jacek Kurski

Wiceprezes TVP Maciej Stanecki i prezes Jacek Kurski (&Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Protegowany Pawła Kukiza w zarządzie TVP nie spełnił pokładanych w nim nadziei: posłowie Kukiz’15 uznali, że jest ich za mało na ekranie. Kukiz doniósł na swojego dawnego człowieka do CBA.

Wiceprezes TVP Maciej Stanecki wrzuca na Twittera zdjęcie z kuluarów katowickiego koncertu „Pamiętamy”. Stoi w uścisku z Pawłem Kukizem, obaj w doskonałym nastroju. Jest 16 grudnia 2016 r. Wybucha kryzys w Sejmie, a PiS przegłosowuje budżet państwa w Sali Kolumnowej. Po kilku godzinach Stanecki usuwa zdjęcie. W portalu Wirtualnemedia.pl mówi, że Kukiz to wspaniały człowiek, muzyk i polityk, znają się od lat, z czego jest dumny. Ale jako wiceprezes publicznej spółki nie chce być kojarzony z żadną z partii.

Stanecki w TVP znalazł się jednak dzięki Kukizowi. Po zwycięskich wyborach w 2015 r. PiS zaoferował kukizowcom miejsca w zarządach publicznych mediów. W styczniu 2016 r. Stanecki wszedł do TVP, zaś do władz Polskiego Radia – Marcin Palade. On akurat w PiS się nie spodobał. Już po trzech miesiącach dostał wymówienie.

Tłuste pulpety propagandy i ciepła wódka – w „Temacie dnia” Robert Makłowicz o tym, jak smakuje TVP

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21596686,video.html

Współpracownicy Kukiza: Starał się. Ale tylko trochę

Stanecki współpracował z Kukizem w 2009 r. przy programie „Koniec końców” w TVP (Kukiz prowadził go z Markiem Horodniczym). Później przez dwa lata pracował w pionie produkcyjnym TV Republika. To – obok TV Trwam – główna kuźnia kadr obecnej TVP.

– Sądziliśmy, że będzie walczył o nasze interesy. Niestety, Stanecki się nie sprawdził. Jak go o coś prosiliśmy, to rozkładał ręce i mówił, że nic nie może – opowiada osoba związana z klubem Kukiz’15.

Posłom się to nie podobało. Próbował ich uspokajać dyrektor biura klubu Kukiz’15 Dariusz Pitaś. Pokazywał e-maile od wiceprezesa Staneckiego z czasem antenowym, który przypadał w TVP na poszczególne partie. – Taki monitoring można zamówić w prywatnej firmie. Nic nadzwyczajnego. Ale posłowie bez doświadczenia uważali, że dzięki Staneckiemu mają dostęp do tajnych informacji – mówi nasz informator.

– Nie powiem, że Stanecki zupełnie się nie starał – dodaje inny rozmówca z Kukiz’15. Przypomina, że w premierowym odcinku programu „Przybliżenie” w TVP 2 w marcu tego roku wystąpił właśnie Kukiz. „Przybliżenie” jest reklamowane przez TVP jako okazja do spotkań z przedstawicielami elity intelektualnej, kulturalnej, naukowej i gospodarczej. Program prowadzi m.in. Rafał Ziemkiewicz, zaangażowany w stowarzyszenie Endecja, które buduje z posłami Kukiz’15. – W „Przybliżeniu” Paweł wypadł znakomicie. Jako patriota, troskliwy ojciec, człowiek wojujący z systemem – recenzuje jeden z działaczy. – No, ale to był tylko jeden program. Za mało.

Kukiz polecił, Kukiz donosi

Posłowie Kukiz’15 na dobre stracili cierpliwość do Staneckiego, kiedy posadę szefa portalu TVP Info dostał w lutym prawicowy dziennikarz Dominik Zdort.

– Paweł powiedział w klubie o tej posadzie. Apelował do posłów: jak ktoś zna odpowiednich kandydatów, to może ich zgłaszać – słyszymy. Kukiz potwierdził to w „Newsweeku”: „Taka sytuacja mogła mieć miejsce pod koniec zeszłego roku. To był czas, gdy się jeszcze błędnie łudziłem, że będziemy mieć wpływ na TVP”.

Ale konflikt Kukiza ze Staneckim już wtedy trwał. Kukiz zaczął bywać w gabinecie Jana Marii Tomaszewskiego. To kuzyn Jarosława Kaczyńskiego, który pracuje w TVP. Kukiz wypytywał Tomaszewskiego o Staneckiego. – Pojawiła się informacja: w pionie Staneckiego jest problem z przejrzystością przetargów. Posłom mówił o tym dyrektor Pitaś. Nie pokazał żadnych papierów, ale z Pawłem postanowili, że zawiadomią CBA – relacjonuje nasz rozmówca z klubu Kukiz’15.

Pismo od Kukiza poszło do CBA w ostatnim tygodniu stycznia. Kolejne – w lutym i kwietniu. – Paweł chce, by CBA wdrożyło procedurę sprawdzającą ws. przetargów na zakup programów, digitalizację i technologię – mówi nasz informator. Tak się składa, że akurat za te działy odpowiada Stanecki. Z Kukizem nie rozmawiają już od dłuższego czasu.

Pytamy TVP o kontrolę CBA. Odpowiedź wymijająca: telewizja jako strategiczna spółka skarbu państwa stale współpracuje z różnymi służbami, m.in. z CBA. Ale szczegółów nie może podać.

Rzecznik CBA Piotr Kaczorek: „Prowadzimy analizę zgodności z przepisami procedur podejmowania i realizacji wybranych decyzji w przedmiocie udzielania zamówień publicznych przez TVP w ostatnich 5 latach. Analiza dotyczy m.in. zakupu sprzętu do archiwizacji cyfrowej. Została wszczęta w styczniu br.”. CBA też szczegółów nie poda.

CBA na korytarzach telewizji

Dziś Kukiz odcina się od zarządu TVP. Przy okazji afery wokół festiwalu w Opolu mówił, że rozumie rezygnujących z występów artystów, bo sam też kiedyś był cenzurowany.

PRZECZYTAJ TEŻ: Ile TVP straciła na odwołaniu festiwalu w Opolu? 

CBA wciąż kursuje po telewizyjnych korytarzach. Prezes TVP Jacek Kurski przyznał w wywiadzie dla serwisu wPolityce.pl, że jest problem. „To dotyczy zakupów sprzętu i technologii. Mamy podejrzenie, że specyfikacje zamówień sporządzano w taki sposób, by ograniczyć liczbę oferentów do faktycznie dwóch, jednej firm, które później uzależniały telewizję od swojego serwisu, części zamiennych, rozwoju projektów”.

Stanecki spokojnie pracuje w TVP. W połowie maja poleciał do Chin. – Jedziemy zawrzeć umowę o współpracy z telewizją Chengdu (CDTV). To regionalna stacja, ale dociera do kilkudziesięciu milionów widzów. Główna, państwowa telewizja (CCTV) obejmuje zasięgiem jedną trzecią ludności Chin. Z nią również negocjujemy współpracę – mówił w serwisie Dziennik.pl.

A Kukiz? Rywalizuje z Kurskim o to, kto pierwszy doniósł do CBA. Na Facebooku poinformował o swoim styczniowym piśmie z prośbą o kontrolę w TVP. I wytknął Kurskiemu, że ten zaprosił CBA do telewizji dopiero dwa miesiące później. f

Wiceprezes TVP Maciej Stanecki i prezes Jacek Kurski. Stanecki wszedł do telewizji publicznej jako człowiek Pawła Kukiza, ale nie spełnił jego oczekiwań

wyborcza.pl

Ważny apel do osób, które chcą dziś robić zadymy.

SKANDAL! Podczas imprezy pili i drwili z katastrofy smoleńskiej! „TU polewaj” i inne niewybredne skojarzenia z tragedią narodową!

%d blogerów lubi to: