Pisarze do… PiS-u, a kolejarze… do kolejek

Pisarze do… PiS-u, a kolejarze… do kolejek

Ooops, pan Prezydent did it again… Trochę hamletyzował, że tym razem nie podpisze, ale jednak w końcu podpisał kolejną ustawę, o której sam mówił, że budzi jego poważne wątpliwości. Być może tym razem nie było jednak lepszego wyjścia, bo opozycja od miesięcy z uporem godnym lepszej sprawy szuka zajęcia dla pewnego pomocnika aptekarza. Tymczasem on – nieboraczek – zamiast sprzedawać etopirynę, przyprawia wszystkich o ciężki ból głowy, błąkając się po ministerstwach i mediach jako fachowiec od dezinformacji.

Tak więc – pan Prezydent po prostu nie miał wyjścia i musiał podsygnować ustawę o „aptekach dla aptekarzy”. W ten sposób pan pomocnik ma szansę wrócić za apteczną ladę i wtedy skończą się wreszcie oskarżenia partii rządzącej o promowanie niekompetencji.

Być może jest to zresztą zapowiedź nowej strategii w obozie „zmiany”, który po serii eksperymentów z wójtami Pcimia w charakterze szefów Agencji Restrukturyzacji i pielęgniarek w radach nadzorczych zdecydował, że etap nagradzania najwierniejszych towarzyszy ciężkiej walki o władzę dobiegł oto końca. Kto miał dostać gabinet z oknem, tysiąc średnich krajowych i limuzynę do rozbicia już się załapał i nadeszła oto pora, by postawić na fachowców.

To by jednak trochę skomplikowało sytuację, z czego najlepiej zdaje sobie chyba sprawę aktualny minister nauki – Jarosław Gowin, który otwarcie oponował w mediach przeciwko „ustawie aptekarskiej”. Widać ma pełniejszą niż reszta rządu wiedzę o „zasobach ludzkich” w rezerwie kadrowej partii rządzącej. Inaczej nie protestowałby przecież, i to otwarcie, do kamer, przeciwko „aptekom dla aptekarzy”. Minister posunął się w krytyce tej ustawy tak daleko, że aż wskazał na jej logiczne konsekwencje. Że, mianowicie, w takim razie gazety powinny być dla dziennikarzy (świetny pomysł, swoją drogą), a polityka dla….politologów. Ale, w sumie, dlaczego by nie?

Obóz władzy zdaje się podzielać ten sposób myślenia, bo coraz głośnie słychać o planowanej, rychłej rekonstrukcji rządu, który w przeciwieństwie do aktualnego, złożonego z humanistów z przewagą historyków, teraz miałby być rządem fachowców. Mówi się, że przynajmniej ster państwowej nawy trafi tym razem w ręce największego specjalisty od robienia polityki, bo to pan Prezes osobiście pokieruje zrekonstruowanym gabinetem.

Gdzie indziej też ma być podobnie. Wojskiem zajmą się producenci piwa „Wojak”, a lasami młode laski, które w las wyprowadzi Zenon Laskowik. Pisarzy zapisze się do PiS-u, a kolejarzy do kolejek. I w ten sposób wszystkie lęki ministra Gowina okażą się nieuzasadnione. Pojęcie „fachowiec” zasadniczo nie różni się bowiem od innych pojęć, takich, na przykład jak „prawda”, „sprawiedliwość” , „wolność” czy nawet „demokracja”. To znaczy – jak się kto uprze, to może znaczyć „wójt Pcimia”, albo „pomocnik aptekarza”.

Już przecież wiadomo, kto to taki „wybitny naukowiec”. To mianowicie Wacław Berczyński. A dziennikarka? Może na przykład – redaktor Bugała. Bo pani Ewa, taka młoda, a już weszła do historii swojej dyscypliny jako autorka nowatorskiej formy dziennikarskiej, określanej jako „bugalenie”. Taka sztuka nie udała się dotąd nawet braciom Karnowskim.

Wzorem metra z Sevres w dziedzinie reżyserii teatralnej został z kolei niejaki Cezary Morawski. Błyskawiczna to kariera zaiste – z pozycji aktora serialowego na szefa Teatru Polskiego we Wrocławiu, więc i talent to być musi pierwszej wody. Najlepiej świadczy o tym popularność jego produkcji, które gromadzą średnio pięcioro widzów na spektakl. W końcu prawdziwi wizjonerzy nigdy nie byli ulubieńcami publiczności.

Ci Morawscy to w ogóle uzdolnieni są, bo z kolei Lech Morawski to teraz synonim najwyższej rangi autorytetu w dziedzinie prawa. Wystarczyło jedno krótkie wystąpienie w Oxfordzie i proszę – jest na ustach całego świata, bije rekordy cytowań, a jego sława zdecydowanie wykroczyła poza kręgi prawnicze. A przecież w tej dyscyplinie panuje akurat wielka konkurencja i nie jest powiedziane, że ten „najwyższy autorytet” to jednak nie Julia Przyłębska. Tym bardziej, że do tego miana pretenduje jeszcze minister Ziobro i – oczywiście – pan Prezydent. Pana Prezesa nie liczę, bo to człowiek skromny i on, choć doktor prawa, chyba woli być ikoną nadwiślańskiej (a i światowej) polityki, a po zakończeniu kariery – emerytowanym zbawcą narodu.

Tak więc, ustawa ustawą, ale wszystko i tak zostanie, mniej więcej, po staremu. Być może zresztą pan Prezydent tylko pod tym warunkiem podpisał, czego obiecywał nie podpisać. On sam nie jest bowiem zwolennikiem wąskich specjalizacji, o czym świadczy jego wypowiedź w sprawie Konstytucji. Zdaniem lokatora Pałacu Prezydenckiego, ta aktualna jest fatalna, ponieważ pisali ją… prawnicy. W tej sytuacji łatwiej zrozumieć zastrzeżenia głowy państwa. Aptekarze, zamiast siedzieć po aptekach, powinni się przecież zająć redagowaniem Ustawy Zasadniczej!

Bożena Chlabicz-Polak

koduj24.pl

Schetyna przenika diabelskie knowania Kaczyńskiego

Grzegorz Schertna przyjmuje najgorsze w zapowiadanych propozycjach PiS. Do tej pory PiS i prezes tej partii w „najgorszości” nie zawodzili i tak z pewnością będzie w wypadku ordynacji samorządowej. Ba, to więcej niż pewne. Niby „najgorszość” Jarosława Kaczyńskiego poznaliśmy, należy on jednak do takich, którzy się nie poddają i stosują do spostrzeżenia Stanisława Jerzego Leca. Kaczyński spadnie na każde dno i nigdy mu nie dość, bo sam od spodu zapuka.

Wcale nie zdziwiłbym się, że jego zapewnienie, iż dwukadencyjności wstecznej w wyborach samorządowej nie będzie, jednak zostanie wycofane pod byle pretekstem. Przypominam o co chodzi w tej dwukadencyjności: rządzący prezydenci, burmistrzowie i wójtwoie dłużej niż dwie kadencje nie mogliby startować w przyszłorocznych wyborach samorządowych. Kaczyński mógł to zakomunikować z różnych powodów, np. dlatego, że podskakuje Jarosław Gowin, krytykował ten pomysł, jako niekonstytucyjny i bezprawny.  Także popularni prezydenci, burmistrzowie i wójtowie mieliby czas na wykreowanie swoich następców.

Może Kaczyński nie jest immanentnym złem, zostawia sobie margines, aby zrealizować się w pełni. Żadnej wiary nie daje mu szef Platformy Obywatelskiej Schetyna, uważając, iż wycofanie się z dwukadencyjności wstecznej jest tyle warte, co zapewnienia Beaty Szydło w kampanii wyborczej do parlamentu, że Gowin będzie ministrem obrony narodowej.

Można zapytać: kto zatem wykończyłby caracale, albo wymyślił ładunki termobaryczne w smoleńskim tupolewie? Jeżeli potrafimy sobie odpowiedzieć na to pytanie, od razu skonstatujemy, że tylko idiota mógł uwierzyć w Gowina jako ministra obrony i tylko idiota może wierzyć, że Kaczyński będzie praworządny i wycofa się z dwukadencyjności wstecznej.

Schetyna przestrzega przed innymi równie złymi pomysłami PiS w ordynacji samorządowej. I tak: tylko jedna tura wyborów na burmistrzów i prezydentów miast oraz podniesienie progu wyborczego, co mogłoby wyeliminować z samorządów takie partie jak PSL, Nowoczesna i Kukiz ’15.

Na pewno dojdzie do ograniczenia kompetencji samorządów, tym samym ograniczenia finansowania i centralizacji władzy. Kto wie, czy ostaną się urzędy marszałkowskie, które są poza zasięgiem rządzenia w nich przez PiS. A jeszcze możliwe są manipulacje w Państwowych Komisjach Wyborczech, w sposobach liczenia głosów – przecież jakiś czas temu padł pomysł, aby głosy liczyć następnego dnia po wyborach i w miejscu innym niż obwodowa komisja wyborcza. Otwiera to pole do wszelkich cudów w urnach wyborczych.

Schetyna po Kaczyńskim spodziewa się wszystkiego najgorszego. Czasami z tego powodu za szefem PO jest trudno nadążyć, gdyż stara się przeniknąć diabelskie knowania prezesa PiS. Diabeł zawsze kłamie, jedno kłamstwo jest zastępowane kolejnym. Szef PO zatem stara się przewidzieć diabelskie złe zamiary dla Polski Kaczyńskiego.

ŚRODA, 17 MAJA 2017, 15:14

Schetyna: Jeżeli Gowin nie chce przyjmować złych, kompromitujących ustaw, to niech wystąpi z tej koalicji

– Gowin publicznie nas dzisiaj oskarżył, że głosowaliśmy za tą ustawą [tzw. „Apteka dla aptekarza”]. To kłamstwo. Wydruk nie pozostawia złudzeń. Jeżeli coś chce powiedzieć i pokazać, że nie chce przyjmować złych ustaw, kompromitujących, to niech wystąpi z tej koalicji – mówił Grzegorz Schetyna na konferencji w Elblągu.

15:05

Schetyna przypomina, że rząd PO uszanował niekorzystne ustalenia szczytu RE, na które zgodził się Lech Kaczyński

Jak mówił Grzegorz Schetyna na konferencji w Elblągu:

„Druga rzecz, o której chcę powiedzieć, to kwestia zapowiedzi, wczorajsza konferencja premier Szydło i ministra Błaszczaka, dzisiejsze poprawienie niektórych akcentów dot. kwestii relokacji liczby uchodźców, zobowiązania które zostały podjęte w 2015 przed poprzedni rząd, jest działaniem na szkodę naszego kraju. Mówię to z pełną odpowiedzialnością, bo to zapowiedzi kompletnie nieodpowiedzialne, podważające decyzje poprzedniego rządu, ale także pokazujące, że nie jesteśmy w stanie usiąść przy stole w Europie i rozmawiać o najważniejszych problemach. Do końca czerwca, kiedy trwa prezydencja maltańska, zostaną przygotowane nowe zapisy co do przyszłości kwestii polityki azylowej. Jeżeli Polska obraża się dzisiaj na decyzje RE sprzed 2 lat, jeżeli nie podejmuje rozmowy, to znaczy, że takimi wypowiedziami wypisują politycy PiS z projektu UE, bo takie będą dalekosiężne konsekwencje tych wypowiedzi i takiej polityki. To nie może być tak, że nieodpowiedzialne wypowiedzi polityków PiS, ministrów i premier będą wpływały na pieniądze, politykę spójności UE, które mają trafić do Polski ,bo taka jest konsekwencja takiej polityki”

Jeżeli ktoś rozumie, na czym polega praworządność, racja stanu i kontynuacja państwowości, bo tak chcę się zwrócić do polityków PiS-u, to muszą sobie zdawać sprawę z tego, że zobowiązania trzeba szanować i trzeba je realizować – dodał przewodniczący PO.

Jak stwierdził, rząd Platformy pod koniec 2007 roku uszanował ustalenia szczytu klimatycznego z 9 marca 2007 roku, decyzje podjęte przez Radę Europejską i przez Lecha Kaczyńskiego, choć były one szkodliwe dla polskiego przemysłu i gospodarki.

300polityka.pl

ŚRODA, 17 MAJA 2017

Schetyna o zmianach w ordynacji samorządowej: Próg wyborczy – jak słyszymy – ma być podniesiony

Schetyna o zmianach w ordynacji samorządowej: Próg wyborczy – jak słyszymy – ma być podniesiony

Jak mówił Grzegorz Schetyna na konferencji w Elblągu:

„Chcę się odnieść do zapowiedzi prezesa Kaczyńskiego, który powiedział, że PiS wycofuje się z tzw. dwukadencyjności wstecznej, czyli z ograniczenia biernego prawa wyborczego, o którym o mówił. Zapowiedzi prezesa czy polityków PiS dot. zmian ordynacji samorządu są bardzo różne, ale chcę przypomnieć i przywołać tę najbardziej charakterystyczną zapowiedź, z którą spotkaliśmy się przed wyborami parlamentarnymi. Przypomnę, że wtedy kandydatka na premier rządu Beata Szydło obiecała, że ministrem obrony będzie nie Antoni Macierewicz, tylko Jarosław Gowin. Co z tego wyszło, jaki to ma wpływ na bezpieczeństwo kraju, wszyscy widzimy. Skandale, kompromitacja, wstyd dla Polski i dla polskiego rządu to dzisiaj dzieło Macierewicza, a z tej zapowiedzi zostało tyle, co nic. Podobnie oceniamy te zapowiedź prezesa Kaczyńskiego, który mówi o dwukadencyjności wstecznej, ale nie mówi o I turze w wyborach, o ograniczeniu możliwości kandydowania do różnych miejsc, o progu wyborczym, który – jak słyszymy – ma być podniesiony i o wielu innych rzeczach, które maja uderzyć w samorząd i odebrać mu kompetencje, ograniczyć finansowanie i zcentralizować władzę, bo to marzenie PiS”

300polityka.pl

Timmermans – komisarz, który o praworządność walczy metodami wątpliwymi z punktu widzenia prawa

17.05.2017

Wiceszef Komisji tą deklaracją zdradził swój prywatny plan na wypełnienie treścią procedury ochrony państwa prawa. Z jednej strony zapewnia o dialogu. Z drugiej chciałby budować koalicję wszystkich Macronów Europy do tego, by zaangażowali się w wewnętrzne sprawy jednego z państw unijnych. W wariancie maksimum efektem działania takiej koalicji może być powiązanie w przyszłej perspektywie budżetowej kwestii praworządności z funduszami unijnymi.

Na krótko przed wczorajszą Radą ds. Ogólnych z wiceszefem Komisji Europejskiej spotkali się niemiecki socjaldemokrata i minister ds. europejskich Michael Roth oraz wywodząca się z podobnej opcji i zajmująca analogiczne stanowisko Szwedka Ann Linde. To politycy dalecy od PiS. Trudno ich podejrzewać o sympatię do Jarosława Kaczyńskiego.

Niemiec poinformował media, że unijni ministrowie nie zajmą się tematem sankcji przeciw Polsce. Szwedka precyzowała, że Frans Timmermans może liczyć co najwyżej na poparcie dla dalszego dialogu między KE i Polską. W publikowanej dziś w DGP rozmowie prezydent Łotwy Raimonds Vejonis mówi, że spór powinien zostać rozwiązany w „dialogu” i że „nie jest zwolennikiem sankcji”. Podobnego zdania są Węgry i kilka innych państw. Po wczorajszym spotkaniu szef belgijskiej dyplomacji Didier Reynders powiedział, że ministrowie oczekują, iż do lipca relacje Polski z Komisją Europejską zostaną odblokowane. Z arytmetyki wynika, że jeśli polski rząd nie odpuści, inicjatywa Timmermansa nie ma szans na finalizację zgodnie z regułami zapisanymi w procedurze ochrony państwa prawa. Stwierdzenie naruszenia zasad praworządności wymaga jednomyślnego głosowania w Radzie Europejskiej, którego nie ma.

Timmermans jednak nie rezygnuje. Wczoraj zapewniał, że jest zadowolony z wprowadzenia tematu praworządności w Polsce na forum Rady ds. Ogólnych. W natłoku pytań i odpowiedzi najważniejsze wydaje się to, które komisarzowi zadała na konferencji prasowej reporterka „La Libre Belgique”. Pytała, co dalej zamierza zrobić, skoro od roku KE i polski rząd w prowadzonym sporze nie mogą ustalić wspólnego mianownika. Timmermans odpowiadał wymijająco. Że nie zamierza nikomu ustalać terminów. Że nie chodzi o spychanie do narożnika. Na koniec dodał najważniejsze. Jego zdaniem kluczowe jest to, że wczoraj niemal wszyscy przy stole wyrazili „wspólną odpowiedzialność za rządy prawa”. I że jest to „doskonały punkt, by pomóc Komisji wypełnić swoją rolę jako strażnika traktatów”.

Wydaje się, że wiceszef Komisji tą deklaracją zdradził swój prywatny plan na wypełnienie treścią procedury ochrony państwa prawa. Z jednej strony zapewnia o dialogu. Z drugiej chciałby budować koalicję wszystkich Macronów Europy do tego, by zaangażowali się w wewnętrzne sprawy jednego z państw unijnych. W wariancie maksimum efektem działania takiej koalicji może być powiązanie w przyszłej perspektywie budżetowej kwestii praworządności z funduszami unijnymi.

Jeśli Frans Timmermans podąży w takim kierunku, skompromituje Komisję. Już dziś są poważne wątpliwości (mają je służby prawne Rady UE) co do tego, czy sama procedura ochrony państwa prawa jest legalna. Pisaliśmy na łamach DGP o jej sprzeczności z unijną zasadą przyznania. W traktatach nie ma również mowy o tym, że któreś z państw członkowskich może zostać ukarane odebraniem funduszy unijnych za kwestionowanie zasad praworządności.

Mimo tego komisarz Timmermans za pomocą faktów dokonanych chciałby stworzyć rzeczywistość, która nadałaby mu rangę unijnego superkontrolera. Powołanie takiej instytucji jest oczywiście do rozważenia. Każda dyskusja o przebudowie instytucjonalnej Unii ma sens. Od najbardziej suwerennościowej (wykluczającej instytucjonalizację Timmermansów) po najbardziej federalistyczną (zakładającą, że Timmermansowie mają pełną władzę nad procesem politycznym wewnątrz państw UE).

Belgowie mają np. pomysł, by regularnie przyglądać się praworządności we wszystkich państwach Unii. Podobnie jak to ma miejsce w Radzie Praw Człowieka ONZ w ramach powszechnego okresowego przeglądu praw człowieka. Te pomysły można wprowadzić w życie, gdy taką wolę jednomyślnie, w drodze zmiany traktatów, wyrażą państwa UE. Dziś takiej woli nie ma. Nie wykreuje jej komisarz, który o praworządność walczy metodami wątpliwymi z punktu widzenia prawa. Wspólnota to nie oktagon w mieszanych sztukach walki MMA. Nie wszystkie techniki są dozwolone.

dziennik.pl

Andrzej Talaga: Polska to skarb, o który UE musi dbać

Foto: Fotolia.com

Na unijnej politycznej szachownicy pozostała tylko jedna niewiadoma – wynik wrześniowych wyborów w Niemczech – do rozpoczęcia wielkiej gry o kształt UE.

 

Obecny układ figur sprzyja Polsce, tym bardziej, że rosną szanse na zwycięstwo niemieckiej chadecji. Popiskiwania o sankcjach, czy innych formach karania Warszawy za łamanie praworządności nie będą miały dużego wpływu na naszą pozycję. Można je zmarginalizować, gdy w relacjach z innymi państwami i instytucjami międzynarodowymi zrezygnujemy ze słownych szarż i zajmiemy się… polityką zagraniczną, czyli budowaniem bezpieczeństwa i siły państwa polskiego w oparciu o twarde oraz niekwestionowane zalety. Mamy ich niemało.

Nie będzie federalizacji

Bez wyraźnego powodu los ciągle sprzyja Polsce. Nic nie zagraża spójności NATO, Stany Zjednoczone uznały rewizjonistyczną postawę Rosji za zagrożenie ładu międzynarodowego i chcą mu przeciwdziałać. Unia Europejska przetrwała kryzys zadłużeniowy, rozumnie przygotowuje się na Brexit.

Pomimo deklaracji nowego prezydenta Francji oraz ciągot Komisji Europejskiej nie będzie szybkich zmian w kierunku federalizacji UE, ponieważ kontestują je Niemcy – najpotężniejsze państwo Wspólnoty, co pokazało ostatnie spotkanie kanclerz Merkel z prezydentem Macronem. Dopóki Paryż nie postawi gospodarki na nogi i nie zmieni radykalnie podejścia do zadłużania państwa, jego oferta przywrócenia francusko-niemieckiego duopolu w UE nie zostanie przez Berlin przyjęta. Sanacja Francji zaś potrwa, o ile w ogóle się powiedzie.

W polityce zagranicznej oprócz twardych filarów siły, takich jak zdrowa gospodarka, armia, wysoka jakość klasy rządzącej, istotną rolę odgrywa także pozycjonowanie. Francja w oczach niemieckich polityków jawi się obecnie jako część kłopotliwego południa, a nie zdrowej ekonomicznie północy.

A jak wygląda pozycjonowanie Polski? Postanowiliśmy prezentować się jako państwo broniące idei Europy narodów, suwerenności, tradycyjnej moralności. Tak też jesteśmy postrzegani w UE. Wybraliśmy pole aksjologiczne do samookreślenia i na tymże polu jesteśmy atakowani – za łamanie europejskich wartości. To pozycja zapewne korzystna na użytek polityki wewnętrznej, ale mało efektywna na zewnątrz.

Biało-czerwona siła

Tymczasem mamy w ręku potężne atuty, które zauważają Niemcy i dlatego są tak wstrzemięźliwi w krytyce polskich władz. To przede wszystkim ekonomiczna solidność, która pozycjonuje nas w gronie „zdrowych” państw północy UE, a nie „chorego południa”. Ani Włochy, ani Hiszpania, Portugalia, ani Francja, o Grecji nie wspominając, nie mogą się pochwalić takimi jak my parametrami makroekonomicznymi. Ciągły, stabilny wzrost gospodarczy, relatywnie niski dług publiczny i deficyt, odpowiedzialna polityka fiskalna państwa i kredytowa banków, sprawny nadzór finansowy, społeczeństwo bez rozbuchanych oczekiwań socjalnych. Takie cechy w dzisiejszej Unii to skarb, który należy pielęgnować.

 

Polsce nie trzeba pomagać w finansowych tarapatach, a fundusze unijne wykorzystujemy do rozwoju gospodarki, nie „przejadamy” ich jak Włosi czy Grecy. W tym kontekście wątpliwe, by Berlin zgodził się na wiązanie w budżecie UE po 2020 r. wysokości pomocy strukturalnej z przestrzeganiem praworządności, jak proponuje Komisja Europejska. Dla Niemców jesteśmy zbyt cennym i perspektywicznym partnerem handlowym oraz politycznym, a także wojskowym, by poszły na aksjologiczną wojnę z Polską.

Skoro mamy w ręku tak solidne karty, czemu nie wykładamy ich demonstracyjnie na europejskich salonach? To nie tylko powód do zasłużonej dumy, ale też przekonujące argumenty dla unijnych partnerów. Nasza wyższość moralna ma słabe notowania, solidność i perspektywiczność polskiej gospodarki – wręcz przeciwnie. Ten atut trzeba wykorzystać do osiągania celów politycznych, czyli storpedowania federalizacji UE czy choćby strefy euro.

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcą firm zbrojeniowych

rp.pl

Maryla Rodowicz dla Noizz: rozważam wycofanie się z festiwalu w Opolu

17.05.2017

– Przeczytałam oświadczenie Kayah. Jest mi z tego powodu przykro. To dla mnie bardzo trudna sytuacja, rozważam wycofanie się z festwialu w Opolu – powiedziała Maryla Rodowicz w krótkiej rozmowie z Noizz.pl.

– Nie zamierzam przekonywać Kayah, by zmieniła swoje zdanie i wystąpiła na festiwalu. To jej decyzja, w którą nie zamierzam już ingerować – dodała.

Kayah rezygnuje z festiwalu w Opolu

Kilka dni temu pojawiła się informacja o tym, że prezes TVP, Jacek Kurski, sprzeciwił się występowi Kayah podczas jubileuszu Maryli Rodowicz na festiwalu w Opolu. To pokłosie zaangażowania artystki w Komitet Obrony Demokracji.

Wersja Kayah jest jednak inna. Artystka trwa przy swoim postanowieniu i – mimo zapewnień Rodowicz – w Opolu nie wystąpi.

O decyzji poinformowała w środę na swoim Facebooku.

Informacja wywołała burzę, a Rodowicz nazwała ją „korytarzową plotką”. Stwierdziła zarazem, że Kayah wystąpi na prestiżowym festiwalu, a o cenzurze nie ma mowy.

We wtorek pojawiło się oświadczenie Maryli Rodowicz wyemitowane w TVP Info. Być może gwiazda po prostu przemyślała sprawę i zmieniła zdanie.

Podczas tegorocznego Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu ma odbyć się koncert Maryli Rodowicz z okazji 50-lecia jej obecności na scenie. Do wzięcia udziału w tym jubileuszu zaproszono kilku artystów, w tym także Kayah.

noizz.pl

ŚRODA, 17 MAJA 2017

Tusk o immunitecie: Jeśli przesadzą, a wiele na to wskazuje, że mają taką ochotę, to wtedy mogę nie mieć innego wyjścia

12:17

Tusk o immunitecie: Jeśli przesadzą, a wiele na to wskazuje, że mają taką ochotę, to wtedy mogę nie mieć innego wyjścia

Nie wszystko to, co jest normalne dla ministra Ziobry, jest normalne dla mnie czy dla myślę także wielu innych ludzi w Polsce, ale nie o normalność tu będziemy się spierać. Nie wiem w jakiej sprawie i celu jestem wzywany. Ogólnie rzecz biorąc ten temat [Smoleńska] jest powodem, natomiast czy będę czy nie, nie jestem w stanie tego rozstrzygnąć ze względu na agendę. To akurat dni, w których mamy szczyt UE-Japonia, G20, moje sprawozdanie w PE. Wszystko dokładnie w pierwszym tygodniu lipca, więc zobaczę, czy będę w stanie się zorganizować – stwierdził Donald Tusk w rozmowie z TVN24. Jak dodał:

„Tak długo, jak będę mógł pracować mimo tych wezwań, to nie będę korzystał z żadnej pewnej ochrony, a jeśli przesadzą, a wiele na to wskazuje, że mają taką ochotę, to wtedy mogę nie mieć innego wyjścia”

Pytany o transport, Tusk stwierdził, że nie myślał o tym.

12:13

Tusk: Jeśli polski rząd nie będzie uczestniczyć w solidarnym podziale uchodźców, będzie się to wiązało z konsekwencjami

Najważniejsze, żebyśmy rozstrzygnęli, także w Polsce, co jest naszym priorytetem. Czy chcemy wspólnie z Europą rozwiązywać problemy związane z migracją, a więc chronić granice, ale także pomagać tym państwom, które mają zbyt dużo uchodźców, czy też – tak, jak to proponuje dzisiaj polski rząd – twardo wyłamywać się z europejskiej solidarności i nie przyjmować uchodźców. Oba podejścia mają swoje uzasadnienia i argumenty, ale tez koszty. Jeśli polski rząd będzie – właściwie jako jeden z 2-3 w Europie – zdecydowany, aby nie uczestniczyć w tym solidarnym podziale uchodźców, to ma do tego może nie prawo, ale ma pewne argumenty, jestem w stanie je zrozumieć, ale to będzie się wiązało nieuchronnie z pewnymi konsekwencjami. Takie są zasady w Europie – stwierdził Donald Tusk w rozmowie z TVN24.

Nie jestem w tej chwili upoważniony do wypowiadania się w imieniu żadnej partii politycznej – dodał przewodniczący RE, pytany o stanowisko Platformy w sprawie uchodźców.

12:00

Tusk: Nie wiem, czy przyjadę na przesłuchanie

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk powiedział, że nie wie, czy przyjedzie do Warszawy na przesłuchanie. Dodał też, że nie będzie się zasłaniał immunitetem tak długo, jak nie będzie mu to przeszkadzało w pracy. Tusk powiedział PAP i TVN24 dziś w Strasburgu, że nie wie, w jakiej sprawie ma być przesłuchany. Cytat za RMF24.pl.

300polityka.pl

TVP się zgodziła, ale Kayah i Nosowska jednak nie wystąpią w Opolu. „Na znak jedności z cenzurowanymi”

Agnieszka Kublik, 17 maja 2017

Kayah na festiwalu w Opolu

Kayah na festiwalu w Opolu (ROMAN ROGALSKI)

Kolejny nagły zwrot akcji w sprawie festiwalu w Opolu. Kayah i Katarzyna Nosowska nie zaśpiewają jednak na jubileuszu Maryli Rodowicz, choć TVP już „nie widzi najmniejszych przeciwwskazań”. Artystki same zrezygnowały

Kayah opublikowała na Facebooku komentarz w tej sprawie: „Po raz pierwszy zabieram głos w tej sprawie, bo póki co cały czas było o mnie, beze mnie… ale drodzy Państwo nie dam sobie wmówić, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Na Festiwalu w Opolu w tym roku nie wystąpię. I jest to moja decyzja. Na znak jedności z tymi, którzy na cenzurowanym byli i nadal pozostali, bo wobec nich nie wywołała się taka burza. Dziękuję wszystkim za publiczne i prywatne wyrazy wsparcia. To bardzo wiele znaczy dla nas jako Polaków”.

Także Katarzyna Nosowska zamieściła oświadczenie na swojej facebookowej stronie: „Panie i Panowie. W tej cichej i samotnej sekundzie przed snem, stajemy sami przed sobą, nadzy i prawdziwi, a wszelkie konteksty w jakich występujemy w relacji ze światem przestają mieć znaczenie. To wtedy dociera do nas, że bycie człowiekiem jest darem i zobowiązuje. Tylko my wiemy, tak naprawdę, jakie noty możemy sobie wystawić. Nie wystąpię w Opolu, bo wykluczenie, w jakiejkolwiek odsłonie, uznaję za zawstydzające. Gdyby mój syn otrzymał zaproszenie na urodziny kolegi, którego mama nie uwzględniłaby na liście dzieci (i tu dowolnie): z domów niezamożnych, innego wyznania itp. – to zostałby w domu. Po prostu. Po ludzku. Ślę ukłony, ze słonecznego ponad podziałami Mokotowa”.

Informację o tym, że Kayah nie może wystąpić na transmitowanym przez TVP festiwalu w Opolu ujawniliśmy w sobotę. Artystkę do występu na swoim jubileuszu zaprosiła Maryla Rodowicz. Prezesowi TVP Jackowi Kurskiemu nie spodobało się zaangażowanie Kayah, która pojawiła się m.in. na marszu KOD i Czarnym Proteście. Menedżerowie Kayah i Rodowicz potwierdzili, że telewizja publiczna robi problem i że w tej sytuacji Kayah dla Rodowicz nie zaśpiewa.

Już w sobotę pytaliśmy TVP, czy Kayah może zaśpiewać podczas festiwalu w Opolu? Nie dostałam odpowiedzi. Nie było też dementi telewizji, że jest z występem Kayah jakiś problem. Spółka milczała.

A skandal się rozwijał. Pisały o nim wszystkie media. Były oburzone.

Tylko portal „wPolityce” braci Jacka i Michała Karnowskich już w niedzielę wsparł cenzorskie zapędy Kurskiego. „Liberalne media podniosły wrzawę w obronie Kayah. Krzyczy się o cenzurze w TVP. Skąd to oburzenie?” – pytał autor podpisany „ ak”. „Podniosły się szumne głosy o >>cenzurze<<. Ale jeżeli przypomnimy sobie, jak piosenkarka jeszcze niedawno brała udział w manifestacji antyrządowego KOD i wykrzykiwała hasła wychwalające czarne protesty, czy potępiające rzekome „dzielenie Polaków”, to decyzja TVP nie musi zaskakiwać. Telewizja ma przecież prawo wybierać do koncertów przez siebie organizowanych takich artystów, którzy dalecy są od tego typu politycznych deklaracji” – oceniał autor w portalu „wPolityce”.

W poniedziałek w TVP było kolejne spotkanie w sprawie jubileuszu Rodowicz. I kolejny problem: Katarzyna Nosowska w akcie solidarności z Kayah sama zrezygnowała z występu w Opolu.

We wtorek Maryla Rodowicz osobiście zapytała Jacka Kurskiego, czy to prawda, że nie życzy sobie Kayah w Opolu. Ten wycofał się z zakazu i przyznał, że nie wyobraża sobie opolskiego festiwalu bez Rodowicz.

Dla Maryli Rodowicz Opole jest miejscem wyjątkowym. W 1968 roku zadebiutowała na VI Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w koncercie „Debiutów” z zainspirowanymi amerykańskim folkiem utworami „Zabierz moje sukienki” i „Co ludzie powiedzą”. W tym samym roku dokonała pierwszych nagrań dla Radiowego Studia Piosenki III programu Polskiego Radia.

Telewizja po tym spotkaniu opublikowała oświadczenie: „W TVP w siedzibie Telewizji Polskiej odbyło się spotkanie z Marylą Rodowicz. Na festiwalu Opole 2017 planowany jest specjalny koncert jubileuszowy w związku z 50-leciem kariery scenicznej Artystki. Prezes Kurski rozwiał wszelkie wątpliwości, które narosły w ostatnich dniach wokół wydarzenia z powodu nieprawdziwych informacji dotyczących artystów, mających wziąć udział w imprezie. Maryla Rodowicz została zapewniona, że TVP nie ingeruje w dobór gwiazd, mających wystąpić na jubileuszu Artystki. Prezes Kurski podkreślił, że TVP udzieli pełnego wsparcia przy organizacji i przebiegu jej święta, ma też nadzieję, że wydarzenie uświetnią wszyscy zaproszeni przez Gwiazdę goście”.

Zapytaliśmy TVP, czy to znaczy, że Kayah może zaśpiewać w Opolu podczas koncertu Maryli Rodowicz? We wtorek, nad ranem dostaliśmy odpowiedź: „Zależy to wyłącznie od woli pani Rodowicz. TVP nie widzi najmniejszych przeciwwskazań”. Ale ani Kayah, ani Nosowska już śpiewać w Opolu nie chcą. – Za dużo złego się wylało, żeby teraz brały w tym udział – mówi nam jeden z organizatorów koncertu.

wyborcza.pl

ŚRODA, 17 MAJA 2017

PSL zadaje PiS-owi 4 pytania. O rolników, 500+ i emerytury

11:50

PSL zadaje PiS-owi 4 pytania. O rolników, 500+ i emerytury

PSL oczekuje, że PiS odpowie na cztery kluczowe pytania, które dziś publicznie zostały skierowane do przedstawicieli tej partii. – PiS zadał swoje pytania opozycji. My również chcemy uzyskać jasną deklarację od partii rządzącej w czerech naszym zdaniem niezwykle ważnych kwestiach – mówił Piotr Zgorzelski w Sejmie.

Ludowcy chcą, by PiS przedstawił swoje stanowisko w następujących kwestiach:

  • Kiedy polscy rolnicy będą mieli podwojone dopłaty, tak jak im to PiS obiecał w kampanii wyborczej i kiedy zostaną wypłacone zaległe dopłaty?
  • Dlaczego PiS odrzucił rozszerzenie programu 500 + dla samotnych matek i zasadę złotówka za złotówkę?
  • Czy PiS poprze projekt PSL „Emerytura bez podatku” i dlaczego projekt PSL wprowadzenia emerytury po 40 latach pracy dla mężczyzn 35 lat dla kobiet jest przetrzymywany w tak zwanej „zamrażarce” i nie jest procedowany?
  • Dlaczego PiS podwyższa wiek emerytalny dla rolników?

Posłowie PSL uważają, że „przedstawiciele partii rządzącej powinni zmierzyć się wreszcie ze swoimi obietnicami”. – Politycy PiS wiele obiecywali przed wyborami. Mamili rolników, że podwoją dopłaty. Teraz czekamy na konkretne działania w tym zakresie. Jeśli PiS nie zamierza nic zrobić w kwestii podwojenia dopłat, oczekujemy, że przyzna się że kłamał w kampanii wyborczej. Zamiast zwiększonych dopłat, mamy podwyższony wiek emerytalny dla rolników – mówił Mirosław Maliszewski.

Ludowcy chcą też poznać stanowisko PiS w kwestiach socjalnych – PSL przygotowało szereg rozwiązań z zakresu polityki społecznej. PiS albo je odrzucił, albo zablokował. Niech teraz politycy tej partii powiedzą samotnym matkom dlaczego są przeciwni, by dostawały one 500+. Dlaczego emeryci, którzy całe życie płacili podatki, muszą to robić również będąc na emeryturze? – pytał Zgorzelski.

PSL ma też propozycję do wszystkich partii w Sejmie. Ludowcy chcą zachęcić polityków z innych ugrupowań do debaty nad programem PSL Polska lokalna 2020. – Jesteśmy pierwszą partią, która ma program na przyszłą kadencję Sejmu. Zachęcamy do jego analizy i wspólnej debaty nad nim – dodał Zgorzelski.

11:36

„Moją intencją nie było nawoływanie do prześladowań”. Morawski wydał oświadczenie

Nawiązując do oskarżeń kierowanych wobec mojej osoby o rzekome nawoływanie do prześladowania homoseksualistów, to oświadczam że w moim wystąpieniu prezentowałem jedynie tezę opartą na postanowieniach obecnie obowiązującej Konstytucji, z której zapisów wprost wynika, że związki homoseksualne nie są traktowane jako małżeństwa (…) Moją intencją na pewno nie było nawoływanie do prześladowań osób o innej niż heteroseksualnej preferencji. Jeśli ktoś jednak w inny sposób odebrał moje słowa to wyrażam swoje głębokie ubolewanienapisał w oświadczeniu opublikowanym przez wPolityce.pl Lech Morawski, tzw. sędzia-dubler TK.

300polityka.pl

WAT odwołuje konferencję o katastrofie smoleńskiej. Ich ustalenia przeczą tezom dr. Berczyńskiego

Agnieszka Kublik, 17 maja 2017

Prezentacja wyników prac podkomisji dr. Berczyńskiego do spraw katastrofy smoleńskiej. Wojskowa Akademia Techniczna, Warszawa, 10.04.2017

Prezentacja wyników prac podkomisji dr. Berczyńskiego do spraw katastrofy smoleńskiej. Wojskowa Akademia Techniczna, Warszawa, 10.04.2017 (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Wyniki analiz naukowców WAT są nieco inne niż te, które zaprezentował 10 kwietnia dr Wacław Berczyński na WAT. Uczelnia przełożyła dziś konferencją na ten temat, ale dane trafią do ogólnodostępnych publikacji

Dziś o godz. 10 na Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie miała się rozpocząć konferencja „Prezentacja wyników badań prowadzonych w Wojskowej Akademii Technicznej w związku z katastrofą lotniczą w Smoleńsku”. Zapraszał na nią Rektor-Komendant WAT płk dr hab. inż. Tadeusz Szczurek. Nie rozpoczęła się.

O odwołaniu konferencji smoleńskiej na WAT poinformował dr Maciej Lasek, były szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i członek rządowej komisji Jerzego Millera, która badała przyczyny katastrofy smoleńskiej. Chciał podczas tej konferencji podyskutować o hipotezach podkomisji Berczyńskiego.

Katastrofa smoleńska: Konferencja przełożona „z troski o możliwość dyskusji”

Wybierał się też na nią prof. Grzegorz Kowaleczko, ekspert lotniczy, prorektor do spraw naukowych Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie i były dyrektor Instytutu Techniki Lotniczej WAT. To on wcześniej obalił tezę smoleńskich ekspertów Antoniego Macierewicza, że tupolew nie mógł wykonać półobrotu po utracie skrzydła.

Z ustaleń komisji Millera wiemy, że do katastrofy doszło ponieważ samolot leciał za szybko, za nisko (brzoza złamała się na wysokości prawie 7 m) i bez kontaktu wzrokowego z ziemią, w bardzo gęstej mgle.

Na stronie Akademii jest tylko lakoniczna informacja, że zaplanowana na 5 godzin konferencja została „przesunięta na inny termin”.

Spytaliśmy WAT, na kiedy i z jakiego powodu konferencja została przełożona. Rzecznika placówki Grażyna Palczak napisała, że „troską każdego organizatora konferencji jest stworzenie jak najlepszych możliwości dyskusji dla szerokiego grona osób zainteresowanych tematem. Z powodu zmian kadrowych w Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego oraz nieobecności niektórych członków Podkomisji we wskazanym terminie, a także małej liczby osób zgłoszonych do udziału w konferencji, Rektor-Komendant WAT podjął decyzję o odwołaniu konferencji, z myślą o zorganizowaniu takiego przedsięwzięcia w terminie późniejszym”. Nowy termin konferencji nie został jeszcze wyznaczony.

Ustalenia inne niż podkomisji Macierewicza

WAT, jako jednostka podległa ministrowi obrony narodowej, współpracowała z MON-owską podkomisją smoleńską dr Wacława Berczyńskiego. Naukowcy z WAT wykonali dla podkomisji kilka obliczeń i symulacji. Berczyński zaprezentował je na WAT 10 kwietnia, w 7. rocznicę katastrofy smoleńskiej. Postawił hipotezę, że na pokładzie tupolewa wybuchła bomba termobaryczna. Dziś Berczyński nie broni już swoich tez – po tym, jak udzielił wywiadu „Dziennikowi Gazecie Prawnej”, w którym powiedział, że „wykończył” kontrakt na zakup francuskich śmigłowców Caracal, poprosił Macierewicza o „zwolnienie z obowiązków przewodniczącego podkomisji”. Dziś jest już w USA.

Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że główną przyczyną odwołania konferencji jest problem z zaprezentowanymi 10 kwietnia hipotezami. – Wyniki eksperymentów przeprowadzonych na WAT nie potwierdzają tego, co zaprezentowała podkomisja – relacjonuje nam jeden z pracowników uczelni – np. obliczenia metodami aerodynamiki numerycznej przeprowadzone dla kompletnego samolotu, bez skrzydła, z wychylonymi sterami, nie potwierdzają hipotezy podkomisji, że samolot bez skrzydła się nie obraca. Przeciwnie, samolot bez kawałka skrzydła musi się obrócić.

Problem w tym, że wyników eksperymentów i badań przeprowadzonych na WAT ukryć się nie da. – Już powstały trzy artykuły, teraz są w trakcie recenzowania. Ukażą się w ogólnodostępnych, specjalistycznych wydawnictwach, a wnioski w nich przedstawione są nieco inne od ustaleń podkomisji dr. Berczyńskiego – mówi pracownik WAT.

wyborcza.pl

ŚRODA, 17 MAJA 2017

STAN GRY: Dlaczego Tusk wstaje o 3 nad ranem, Szułdrzyński: Zamiast wolności PKB?, Sztama Lubnauer i Pawłowicz, GW: Jaki na prezydenta Warszawy?

CO CZYTA DONALD TUSK – wylicza w rozmowie z Donatą Subbotko w magazynie Książki Gazety Wyborczej: “W tej chwili czytam „Podpis księcia. Rozważania o mocy i słabości” Piotra Nowaka, przewrotną i wymagającą grę z Machiavellim i Szekspirem między innymi, „Zwrot. Jak zaczął się renesans” Stephena Greenblatta, „On Tyranny” Timothy Snydera, „Black Flags” Joby Warricka, wszystko o Hockneyu i rozmowy z nim o malarstwie (zawsze go lubiłem, a po obejrzeniu jego londyńskiej wystawy zupełnie zwariowałem), ostatni kryminał Jo Nesbo „Pragnienie”, „Wegetariankę” Han Kang, od wielu miesięcy „Moją walkę” Knausgarda, przedwczoraj skończyłem „Króla” Szczepana Twardocha, a wczoraj książkę Sebalda „Wyjechali”. Genialna”.

BUDZĘ SIĘ O 3 NAD RANEM – mówi Tusk: “Coraz częściej czytam o nietypowej porze. Budzę się o trzeciej nad ranem i mniej więcej do piątej, nie budząc nikogo (e-book!), czytam, czując się trochę jak pół wieku temu, kiedy z latarką pod kołdrą kończyłem trzeci tom „Winnetou”. http://wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,21784216,donald-tusk-moglbym-byc-tomkiem-sawyerem.html

LUBNAUER I PAWŁOWICZ – SZTAMA NA ZAKUPACH W JAPONII – jedynka Faktu.

POSŁANKI POLECIAŁY EKONOMICZNĄ, A PAWŁOWICZ BIZNESEM – pisze Fakt: “Grupa polskich posłanek poleciała aż do dalekiego Tokio. Cztery z nich: Katarzyna Lubnauer (48 l.) z .Nowoczesnej, Andżelika Możdżanowska (42 l.) z PSL, Barbara Chrobak (52 l.) z Kukiz’15 i Bożena Szydłowska (66 l.) z PO – klasą ekonomiczną. A Krystyna Pawłowicz (65 l.) z PiS – klasą biznes!”. http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/poslanki-w-tokio-zafundowalismy-krystynie-pawlowicz-biznesklase/0bw7y7c

300LIVE o: Gowinie zawiedzionym prezydentem, prezydenckim ministrze i polopirynie za 1 grosz, panu Bronisławie, który w Radiu Zet zapytał o aneks WSI i Szczerskim ws uchodźców: http://300polityka.pl/live/2017/05/17/

RADNI PIS CHCĄ OBNIŻYĆ BIEDRONIOWI PENSJĘ: “Zdaniem radnych Prawa i Sprawiedliwości ze Słupska prezydent Robert Biedroń powinien zarabiać o 200 złotych mniej. Według nich prezydent Słupska jest zbyt często w rozjazdach, a obniżka pensji ma go zmotywować do częstszej pracy na miejscu”. http://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,21820867,pis-chce-obnizyc-pensje-robertowi-biedroniowi.html

JAKI NA PREZYDENTA WARSZAWY? – Michał Wojtczuk na wyborcza.pl: “”Szukając kandydatów w najważniejszych ośrodkach w kraju, będziemy brać pod uwagę ludzi młodych, energicznych, kojarzących się ze zmianą” – zapowiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński. Czy w ten sposób namaścił na kandydata na prezydenta Warszawy 32-letniego Patryka Jakiego, szefa komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji?” http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,21817263,jacek-sasin-juz-nie-jest-kandydatem-pis-na-prezydenta-warszawy.html

NAJWAŻNIEJSZY POLITYCZNY TEKST ŚRODY — PKB ZAMIAST WOLNOŚCI, PIS TESTUJE ŚWIATOPOGLĄDOWĄ REWOLUCJĘ – Michał Szułdrzyński w RZ: “Czyżby PiS składał następującą propozycje – wy wyrzekniecie się liberalnie pojmowanej wolności, a w zamian za to my zapewnimy wam dobrobyt? Będziecie pielęgnować pamięć o bohaterach, żołnierzach, będziecie oglądać narodowe media i głosować na nas, w zamian będziecie mogli spokojnie pracować, budować firmy i korzystać ze wzrostu PKB?” http://www.rp.pl/Rzecz-o-polityce/305169877-Michal-Szuldrzynski-Jaroslaw-Kaczynski-proponuje-PKB-zamiast-wolnosci.html#ap-4

POLITYCZNIE NAM TO ZASZKODZI – mówił Jarosław Gowin Justynie Dobrosz-Oracz na wyborcza.pl (video) “Jako polityk nie jestem z tego powodu szczęśliwy, bo politycznie nam to zaszkodzi. Ale od tego są prokuratorzy by wzywać na przesłuchania”. http://wyborcza.pl/10,82983,21820402,jaroslaw-gowin-w-rozmowie-z-justyna-dobrosz-oracz-czy-jestem.html

SANKCJI DLA POLSKI NIE BĘDZIE. CHYBA, ŻE BĘDĄ – tytuł na jedynce DGP.

TROCHĘ BRONIĄ NAS WĘGRY – Anna Słojewska w RZ: “W sporze z polskim rządem Komisja Europejska ma poparcie większości państw Wspólnoty. Trochę bronią nas Węgry. (…) Atmosfera wokół Polski jest naprawdę zła. Frans Timmermans wreszcie uzyskał bezpośrednie poparcie od większości państw Wspólnoty. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że liczy w szczególności na nowego prezydenta Francji Emmanuela Macrona”. http://www.rp.pl/Unia-Europejska/305169864-Bruksela-o-praworzadnosci-w-Polsce.html#ap-1

GOSPODARKA ZACZĘŁA NAJLEPSZY ROK OD 2011 – tytuł na jedynce dodatku ekonomicznego RZ.

DOBRE I ZŁE WIADOMOŚCI Z GOSPODARKI – Witold Gadomski w GW: “Prognozuję, że wyższe tempo ciągnione przez fundusze unijne utrzyma się do końca roku. Ale to nie wystarczy do utrzymania wysokiej dynamiki w kolejnych latach. (…) Ale to, że import rośnie szybciej, wynika z tego, iż wzrost dochodów gospodarstw domowych, w tym pieniądze z programu „Rodzina 500 plus”, przeznaczany jest na towary importowane i ostatecznie ląduje w kasach producentów zagranicznych”. http://wyborcza.pl/7,155287,21820613,pkb-rosnie-szybciej-to-oznacza-dobre-i-zle-wiadomosci-z-gospodarki.html

NA KONSUMPCYJNYM DOPALACZU PKB ROŚNIE SZYBCIEJ, NIŻ OCZEKIWANO – Marek Chądzyński w DGP. https://edgp.gazetaprawna.pl/artykuly/647331,konsumpcja-ku-chwale-ojczyzny.html

PKB WRZUCIŁ CZWARTY BIEG – Bartek Godusławski w PB: “Już nie tylko konsumpcja, ale też inwestycje wspierają wzrost. PKB wrzucił czwarty bieg i raczej nie zdejmie nogi z gazu. Po ubiegłorocznym spowolnieniu nie ma już śladu”. https://www.pb.pl/kowalski-z-szefem-ciagna-gospodarke-861650

CZWARTY BIEG W GOSPODARCE – tytuł w GW.

JAK TRWOGA, TO SCHOWAĆ ANTONIEGO – Paweł Wroński w GW: “Jeśli rzeczywiście prezes PiS myśli o „nowym otwarciu” po wielokrotnie zapowiadanej drugiej części kongresu partii, to mało prawdopodobne, by obyło się bez zmian personalnych. Jest w rządzie PiS wielu kandydatów do odwołania, ale jeśli te ruchy mają być w jakiejkolwiek mierze istotne z punktu widzenia zmiany wizerunku partii, to ofiarą może być wyłącznie minister Macierewicz”. http://wyborcza.pl/7,75968,21818238,antoni-macierewicz-znika-to-nieomylny-znak-ze-pis-czuje-sie.html

HANNA SUCHOCKA O ZMIANACH W KONSTYTUCJI: “– Znaleźliśmy się w takiej sytuacji, że pewne rzeczy trzeba przypominać. Oczywistości są podważane – mówiła Suchocka, która brała udział w pracach nad obowiązującą konstytucją. – Proces tworzenia konstytucji był trudny i długi, toczył się poprzez polemiki i spory. Przez szukanie porozumienia w sprawach, w których trudno było się porozumieć. Jednak w jednej sprawie była pełna zgoda: że nowa konstytucja ma być zaprzeczeniem tej, która była wcześniej. Była pełna zgoda na pluralizm, na podział władz, na niezależność sądów. Natomiast toczył się ostry spór o wartości, wynikiem kompromisu w tej sprawie jest preambuła. Tym niemniej wszyscy mieli głębokie przekonanie, że przygotowujemy konstytucję na przełom XX i XXI wieku, a nie na przykład – XVIII i XIX wieku. I że potrzebne jest nowe podejście do tradycyjnych wartości. Suchocka podkreślała, że ważne jest, by konstytucji zbyt często nie zmieniać: – Nie można na każdy konflikt polityczny reagować wprowadzaniem zmian do konstytucji”. http://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,21819814,rzeplinski-nowa-konstytucja-moze-zostac-uchwalona-poza-budynkiem.html

SAMORZĄDOWCY CHCĄ PRZEJĄĆ SENAT – jak pisze GW: “Związek Miast Polskich chce, by skład Senatu wybierali samorządowcy. Jeszcze w maju spotkają się w tej sprawie z prezydentem Andrzejem Dudą”. http://wyborcza.pl/7,75398,21820753,samorzady-mowia-sejm-wasz-senat-nasz-jest-projekt-zmiany.html

POWSZECHNY SAMORZĄD FIRM – jedynka RZ: “Ministerstwo Rozwoju chce wprowadzić powszechny samorząd gospodarczy. Nie wszyscy są tym pomysłem zachwyceni”. http://www.rp.pl/Biznes/305169853-Biznes-bedzie–mial-obowiazkowy-samorzad.html

PLAN PIS NA WYBORY: DUDA, KONSTYTUCJA I OBCHODY – GW: “Politycy PiS liczą, że referendum konstytucyjne i obchody odzyskania niepodległości wzmocnią partyjną kampanię samorządową.
– To nasz polityczny plan na przyszły rok – mówi działacz PiS zaangażowany w prace nad kampanią. Wyjaśnia: – Niewiele osób wierzy, że do zmiany konstytucji dojdzie w tej kadencji. Bo to wymaga dwóch trzecich głosów w Sejmie, a tylu nie mamy nawet razem z klubem Kukiz’15. Ale pomyśleliśmy, że inicjatywę referendalną prezydenta można spożytkować w inny sposób. Referendum, wybory i obchody rocznicy odzyskania niepodległości odbędą się w jednym czasie. Wszystko to można wspaniale spożytkować na użytek partyjnej machiny poprzez wspaniałe wiece w terenie”. http://wyborcza.pl/7,75398,21820955,plan-pis-na-wybory-samorzadowe-prezydent-duda-referendum-konstytucyjne.html

CAŁY SEJM ZA WĘGLEM – Ireneusz Siudak w GW: “PO, PSL, Kukiz i Nowoczesna jak jeden mąż zagłosowały w obronie polskiego węgla przed propozycjami Brukseli. I zrobili prezent rządowi PiS”. http://wyborcza.pl/7,155287,21819815,wyjatkowe-glosowanie-i-jednosc-w-sejmie-opozycja-wspiera-pis.html

MISIEWICZ TRYBUNAŁU – w GW Magdalena Środa o Morawskim. http://wyborcza.pl/7,75968,21819926,morawski-misiewiczem-trybunalu.html

POLSKA W HOMOFOBICZNEJ CZOŁÓWCE UE – GW: “Polska w homofobicznej czołówce UE. Trzecie miejsce od końca, za Bułgarią, Rumunią, Węgrami”. http://wyborcza.pl/7,75398,21820848,polska-w-homofobicznej-czolowce-ue-trzecie-miejsce-od-konca.html

BUGAŁA MA BYĆ PREZENTERKĄ – Agnieszka Kublik na wyborcza.pl: “Informację o przejściu Bugały z głównego dziennika TVP 1 do anteny informacyjnej podał portal Wirtualne Media. Z naszych informacji wynika, że Bugała z reporterki ma się stać prezenterką i będzie teraz czytać w TVP Info serwisy informacyjne”. http://wyborcza.pl/7,75398,21818696,ewa-bugala-czolowa-reporterka-wiadomosci-przechodzi-do-tvp.html

URODZINY: Igor Sokołowski, Beata Małecka-Libera, Marta Poślad, która znalazła się na liście IT Girls Wysokich Obcasów: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/56,115167,21793766,marta-poslad,,6.html

300polityka.pl

Gowin ostro krytykuje Dudę za nowe prawo o aptekach

Tomasz Nyczka, 17 maja 2017

Jarosław Gowin

Jarosław Gowin (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

– Jestem rozczarowany decyzją prezydenta Andrzeja Dudy – stwierdził na antenie TVN 24 wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin. We wtorek Duda podpisał kontrowersyjne nowe prawo o aptekach.

We wtorek prezydent Andrzej Duda podpisał kontrowersyjną nowelizację prawa farmaceutycznego, zwaną „apteka dla aptekarza”. Duda zatwierdził ustawę mimo apeli opozycji i sieci aptek, by tego nie czynił. Ze zmian cieszą się jednak właściciele małych aptek. Przepisy wprowadzają cztery nowe zasady, z których wynika, że nowe apteki nie będą mogły powstać:

– w gminach, gdzie liczba mieszkańców przypadających na jedną aptekę jest mniejsza niż 3 tys.;

– gdy kolejna apteka znajduje się w odległości do 500 metrów;

– jeśli właściciel ma już cztery apteki;

– gdy właściciel nie jest z wykształcenia farmaceutą.

O zawetowanie ustawy apelowała do prezydenta Nowoczesna. – To ograniczenie swobody prowadzenia działalności gospodarczej – stwierdziła Joanna Schmidt, posłanka Nowoczesnej.

„Uderzenie w wolność gospodarczą”

W środę w podobnym tonie wypowiedział się wicepremier Jarosław Gowin w programie „Jeden na jeden” w TVN 24.

– Nowelizacja prawa farmaceutycznego uderza w wolność gospodarczą. Uważam tę ustawę za bardzo szkodliwą, bo może doprowadzić do wzrostu cen leków. Ale uważam ją też pod pewnym względem za skandaliczną, bo uderza w wartość dla mnie świętą – w wartość własności prywatnej – powiedział wicepremier Jarosław Gowin. – Ja rozumiem, że apteki nie powinny być traktowane jak normalne sklepy. Ale dlaczego właścicielem apteki ma być tylko farmaceuta? To jest tak, jakby właścicielem stacji telewizyjnej mógł być tylko dziennikarz, a politykiem politolog – dodał.

Zobacz:

Jarosław Gowin w rozmowie z Justyną Dobrosz-Oracz: „Czy jestem koniunkturalistą będą rozstrzygać wyborcy”. Co go sprowokowało?

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21820402,video.html

To nie pierwszy raz, kiedy Jarosław Gowin – były poseł Platformy Obywatelskiej i lider ugrupowania Polska Razem – krytykuje pomysły polityków PiS. Wcześniej nie podobała mu się reforma szpitali proponowana przez Konstantego Radziwiłła, zgodnie z którą ponad 90 proc. pieniędzy, które NFZ daje dziś na leczenie szpitalne, zostanie przeznaczone dla szpitali w tworzonej sieci. Gowin apelował o to, by najpierw wprowadzić program pilotażowy w kilku województwach. Wcześniej Gowin krytykował też Jarosława Kaczyńskiego za pomysł wprowadzenia dwóch kadencji na urzędach wójtów, burmistrzów i prezydentów miast.

wyborcza.pl

Maria Orska. Krótka historia kobiety upadłej

Grzegorz Rogowski, 15 maja 2017

Maria Orska (1893-1930) na zdjęciu wykonanym w Berlinie w maju 1926 r. Nie mogła już wówczas występować bez morfiny, którą aplikowała sobie przed każdym wejściem na scenę.

Maria Orska (1893-1930) na zdjęciu wykonanym w Berlinie w maju 1926 r. Nie mogła już wówczas występować bez morfiny, którą aplikowała sobie przed każdym wejściem na scenę. (Fot. NAC)

16 maja o godzinie 23.15 zmarła w szpitalu powszechnym wskutek zatrucia weronalem znana artystka dramatyczna Maria Orska. Tyle donosiły sobotnie gazety 17 maja 1930 r. o śmierci największej skandalistki ówczesnej Europy.

Mało kto uwierzył w te informacje. Już nieraz prasa pisała, że Orska popełniła samobójstwo, ale potem przyznawała się do pomyłki. Złośliwi twierdzili nawet, że aktorka preparuje smakowite sensacje o swoich próbach samobójczych. Tym razem jednak informacja była prawdziwa.

Orska w 1917 r. zagrała w niemieckim filmie „Bagno” Maxa Macka, a tytuł tej produkcji mógł być również mottem jej życia.

Charlotte Salomon: „Mogę albo popełnić samobójstwo, albo zrobić coś ekscentrycznego”

Jej fluid bierze w jasyr

Naprawdę nazywała się Rachela Blindermann. Przyszła na świat w 1893 r. w bogatej rodzinie żydowskiej w Mikołajowie na terenie dzisiejszej Ukrainy. Jedni utrzymywali, że rodzina pochodziła z Rosji, drudzy, że z Polski, pewne jest, że doskonale mówiła w naszym języku. Przyjęła pseudonim Maria Orska, bo nie chciała, by ludzie wiedzieli, że jest Żydówką.

Jej ojciec Abraham Moisiejewicz Blindermann był adwokatem, matka Augusta Frankfurter zajmowała się domem. Oprócz Racheli było w nim jeszcze jej młodsze rodzeństwo – siostra Gabriela i brat Edwin. Wkrótce po przyjściu na świat jedynego syna Blindermannowie przeprowadzili się do Moskwy.

Tam posłali córkę do szkoły słynnego reżysera i etyka teatru Konstantina Siergiejewicza Stanisławskiego. Rachela zdradzała talent dramatyczny, ale początkowo nie wiązała przyszłości z teatrem, zaczęła studiować filozofię. Prawdopodobnie zaangażowała się tam wówczas w działalność antycarską, bo u progu I wojny światowej rodzina musiała opuścić Rosję. Blindermannowie zamieszkali w Warszawie, ale już w 1915 r. trafili do Wiednia, potem do Hamburga, by ostatecznie osiąść w Berlinie.

Stolica Niemiec była wówczas jednym z najbardziej wyzwolonych miast świata, tętniła życiem artystycznym – teatry, rewie i kabarety zapełniały tłumy. Ten piękny wolny świat był również wyjątkowo zepsuty i niebezpieczny. Tam Rachela postanowiła zostać jednak aktorką dramatyczną. Miała talent, więc szybko zwróciła na siebie uwagę. Przy niekorzystnych warunkach zewnętrznych [nie była uważana za ładną] posiada ona niezwykle dużo ujmującego wdzięku, ogromną prostotę środków artystycznych i szczery, trafiający do widza ton – pisał recenzent „Ilustrowanej Republiki”.

Zaczęła grać w uznanym Hebbel-Theater pod okiem słynnego Maxa Reinhardta. Publiczność nie polubiła jej słowiańskiego akcentu, ale z czasem ten mankament przekuła w swój znak rozpoznawczy. Zdobyła popularność w Berlinie, potem zaczęła otrzymywać zaproszenia z teatrów w całych Niemczech, a w końcu upomniała się o nią Europa. Skąd taki fenomen?

Maria Orska w roli głównej. Gra? Czy to jest tylko gra? Fluid, jaki od tej smukłej, wiotkiej postaci ku publiczności idzie, jest niezaprzeczalny, bierze w jasyr. Jesteśmy zapatrzeni w aktorkę, która gra swoją rolę, wprost hipnotyzuje – pisał na łamach „Nowego Dziennika” Szymon Wolf.

Marie Rambert – baletnica sekutnica

Maria Orska. Kochanka kamery

Maria rozpoczęła karierę rolami w sztukach skandalizującego autora Franka Wedekinda, któremu sąd nawet zajął w 1904 r. cały nakład książki „Die Büchse der Pandora” pod zarzutem obrazy moralności.

W postaciach scenicznych tego perwersyjnego zatraceńca czuła się najlepiej – kontynuował Wolf. – W atmosferze dekadencko-perwersyjnej jego dramatów urastał jej talent do genialności. Amoralność autora „Schloss Wetterstein” zdaje się dla Marii Orskiej przede wszystkim została stworzona. „Schloss Wetterstein”… kiedy w ostatnim akcie tej okropnej sztuki w kostiumie pazia odgrywała ze starym zboczeńcem drastyczną, ale mocną i głęboką scenę, na sali panowała cisza śmiertelna. Lekko ochrypły głos, wężowe ruchy, fascynująca postać, rozpłomieniona twarz wywoływały niesamowity dreszcz.

Nic dziwnego, że o Marię upomniało się w końcu raczkujące kino. W 1915 r. stanęła pierwszy raz przed kamerą. Film nosił tytuł „Dämon und Mensch”. Orska na ekranie zachwycała, kamera kochała jej ciekawą urodę, a ona pokazała, że umie hipnotyzować widzów nie gorzej niż w teatrze. Jej nazwisko stało się rozpoznawalne w Europie. Posypały się kolejne propozycje, w tym „Die Bestie im Menschen” na podstawie powieści Emila Zoli. Ostatnim filmem aktorki był „Fridericus Rex – 3. Teil: Sanssouci” z 1923 r. Wchodząc w świat filmu, młoda dziewczyna weszła też w niebezpieczny świat artystycznej bohemy, w której zaczynały królować dwie namiętności – morfina i kokaina. Artystka nie opierała się im długo.

Baronowa von Bleichröder

Orska święciła triumfy na scenie i ekranie. Teatry z Wiednia rywalizowały o nią z berlińskimi. Niebawem przyszedł sukces na deskach teatru Atelier w Paryżu. Obsadzano ją przeważnie w rolach kobiet patologicznie zboczonych i nerwowo chorych. Nie tylko całe Niemcy, ale wprost cały świat znał wielkość jej gry i kto ją raz zobaczył, nie mógł zapomnieć fascynującego widoku, jaki wywierała ze sceny – donosił „Ilustrowany Kurier Codzienny”.

Prasa zauważyła jednak, że z aktorką zaczęło się dziać coś niedobrego. Zrywała przedstawienia, znikała gdzieś, nikogo nie informując. Elegancki początkowo salonowy nałóg zaczął się jej wymykać spod kontroli. Lekarstwem miał być ślub. O rękę Marii starał się zamożny i dużo starszy żydowski bankier baron Hans von Bleichröder. O nałogu początkowo nie wiedział albo nie chciał wiedzieć. W 1920 r. pobrali się, Maria uzyskała tytuł baronowej. Miłość Hansa była prawdziwa i szczera, traktował żonę jak królową, otoczył mnóstwem pięknych rzeczy, jeździł na tournée, oglądając każdą sztukę, w której grała. Małżeństwo jednak jej nie pomogło, Orska walczyła z nałogiem, ale nie potrafiła go przezwyciężyć. Zaniedbywała męża. Wkrótce gazety zaczęły donosić, że weszła w lesbijskie towarzystwo aktorki Anity Berber i zdradzała męża z kobietami. Małżonkowie zdecydowali się na separację, ale Hans nadal kochał Marię i stale ją odwiedzał w wiedeńskim mieszkaniu.

Nie zabrał żonie też cennej rodzinnej pamiątki, którą jej ofiarował – pereł zwanych „łańcuchami Bismarcka”. Aktorka uwielbiała ten naszyjnik i nie pokazywała się bez niego na scenie, ponieważ traktowała go jako talizman. Gdy jednak baron dowiedział się, że zamroczona morfiną zostawiła go w garderobie po przedstawieniu w Sztokholmie, zażądał zwrotu klejnotu. Za późno… Perły zostały sprzedane, a baron rozpoczął sądową batalię, którą szeroko opisywała prasa. Małżonkowie ostatecznie rozwiedli się w 1925 r., ale pozostali sobie bliscy.

Oglądaj na własną odpowiedzialność!

Skandale nie zaszkodziły Orskiej, przeciwnie, jeszcze bardziej ją rozsławiły. Dziennikarze pisali, że aktorka nie ma hamulców moralnych i jest najwyższym wcieleniem kobiety wampira. Za role upadłych kobiet musiała płacić jednak coraz większą cenę. Wieczorami widziano ją w garderobie teatralnej zmęczoną, ospałą, żądną niczym niezastąpionej morfiny – pisał dziennikarz „Ilustrowanej Republiki”. – Przed każdym wyjściem na scenę lekarze musieli jej wstrzyknąć tę truciznę, bez której Orska nie mogła występować… Ale po zastrzyku czuła się odmłodzona, odżywał w niej płomienny temperament, artystka wstrząsała swą grą i zachwycała tłumy.

Nie wszystkim podobał się jednak sukces skandalistki. Podczas występów w Wiedniu do garderoby Orskiej wtargnął jakiś człowiek i zażądał, by zaprzestała występów w dramacie „Schloss Wetterstein”. Zaczęła też otrzymywać listy z pogróżkami. Wiedeńskiego teatru musiała nawet pilnować policja – w efekcie na spektaklach z udziałem Orskiej nie było wolnych miejsc.

Witający ją chwilę później teatr w Budapeszcie zabezpieczył się w inny, dość oryginalny sposób. W Renaissance Theater występuje obecnie grupa wiedeńskich artystów. Grają jedną sztukę Wedekinda z Marią Orską w głównej roli. Bilety są co dzień wyprzedane. Co wieczór przy kasie stoją trzej na czarno ubrani panowie z listą i piórem w ręku. Każdy oczywiście jest zdziwiony – cóż on ma podpisywać? Ale bez podpisu nikogo na salę nie wpuszczają! Publiczność musi podpisać zobowiązanie tej treści: „Zobowiązuję się do niewnoszenia żadnych pretensji ani protestów do dyrekcji teatru przeciwko temu, co zobaczę (oh, Orska!) i usłyszę na przedstawieniu” – donosił dziennik „Ilustrowana Republika”.

Maria Orska. Femme fatale

Maria stała się zakładnikiem morfiny, nie mogła bez niej żyć ani występować. W ostatnich latach kariery połowę sztuki grała w sposób mistrzowski, by drugą położyć sentymentalizmem albo patosem. Pamiętam dwa lata wstecz. Przedstawienie błahej sztuki „Wiera Mircewa” – wspominał Szymon Wolf na łamach „Nowego Dziennika”. – Orska była jakaś blada owego wieczoru. W pierwszym akcie. W drugim już zupełnie inna: porywająca jak zwykle. Jeden z moich znajomych, bywalec zakulisowy, wytłumaczył mi dlaczego: w przerwie między aktem pierwszym i drugim otrzymała – zastrzyk morfiny.

Z powodu coraz gorszego stanu zdrowia Marią musiał się zająć brat. Nie miał jednak sił, by samotnie walczyć z jej uzależnieniem, Orska trafiła więc do sanatorium.

Całe życie uważała się za przeklętą. Każdy, kto stawał się jej bliski, staczał się i umierał. Po odejściu męża wdała się w romans z Juliusem Heinrichem Koritschonerem, przedsiębiorcą i geologiem z Wiednia, również morfinistą. Nie wytrzymał ciężaru nałogu. W 1928 r. podczas pobytu w Konstantynopolu napisał do Marii list pożegnalny i się zastrzelił.

Dwa lata wcześniej życie odebrała sobie jej siostra Gabriela. W 1923 r. wyszła za mąż za włoskiego hrabiego Serra Mantschedda, ale już trzy lata później para rozeszła się z powodu jej zamiłowania do alkoholu i narkotyków. W lutym 1926 r. Gabriela przyjechała do siostry do Berlina i zamieszkała w hotelu Bristol, gdzie wieczorem wybrała się na dancing Barberina w towarzystwie młodego włoskiego aktora. Bawił się tam też jej były szwagier baron von Bleichröder. W pewnej chwili pobudzona narkotykami zaczęła się domagać od orkiestry, by zagrała fanfary. Po czym zaczęła krzyczeć: „Eviva Mussolini!”. Sytuacja między Niemcami a Włochami była wówczas bardzo trudna, skandal wisiał w powietrzu.

Orska, powiadomiona o zajściu, odbyła z siostrą ostrą rozmowę na temat jej zachowania. Gabriela odebrała sobie życie, następnego dnia znaleziono ją w pokoju wiszącą na sznurze od firany. Berlińczycy plotkowali, że popełniła samobójstwo, ponieważ skandal, który wywołała, złamałby karierę jej nowemu kochankowi – wysoko postawionemu Niemcowi.

Orska straciła też bliską przyjaciółkę, pochodzącą z Łodzi tancerkę Lenę Amsel, która w 1929 r. w Paryżu zginęła w wypadku samochodowym.

Maria Orska w szponach morfiny

Kilka razy przechodziła kurację odwykową, ale nigdy nie wytrzymała do końca. Ostatnie lata spędziła w szpitalach i sanatoriach, regularnie opuszczając je na występy gościnne. Była jednak już cieniem dawnej, podziwianej przez wszystkich gwiazdy. Było to przeżycie okropne – wspominał ostatnie role Orskiej Szymon Wolf. – Zataczała się, robiła wrażenie pijanej. Długoletnie wstrzykiwanie trucizny w słabe, wiotkie ciało poczynało się mścić okrutnie. Publiczność nie sarkała, nie gwizdała – wielu miało łzy w oczach i wielu opuściło w antrakcie teatr.

Do wielkiego skandalu doszło w czasie występów gościnnych w Dreźnie, gdzie Orska po prostu wyszła z teatru w czasie spektaklu. W Budapeszcie doznała wstrząsu nerwowego na scenie, po którym w hotelu przez kilka dni dochodziła do siebie. Po tych wydarzeniach brat załatwił jej kolejną kurację w sanatorium pod Berlinem. Gdy poczuła się lepiej, Max Reinhardt, jej odkrywca i mentor, zgodził się na jej występy w swoim teatrze. Orska we włoskiej sztuce z wielkim dramatyzmem wcieliła się w postać starej kobiety. Do teatru przywoziła ją jednak pielęgniarka, która jej pilnowała.

Wkrótce jednak uciekła z sanatorium, wynajęła pokój w jednym z berlińskich hoteli, gdzie kilka dni oddawała się nałogowi. Gdy ją w końcu odnaleziono, wpadła w taki szał, że konieczne było założenie kaftana bezpieczeństwa.

Ostatni rok życia Orskiej to pasmo ucieczek z sanatoriów, którymi ekscytowała się prasa. W październiku 1929 r. gazety doniosły, że zaginęła. Odnalazła się po tygodniu w samolocie kursującym między Norymbergą a Kolonią, gdy ktoś zgłosił, że w kabinie leży nieprzytomna elegancka dama.

Umieszczono ją natychmiast w szpitalu. Gdy jednak odzyskała przytomność, zażądała odwiezienia do sanatorium doktora Khalego w Delbrück, gdzie już przechodziła odwyk. W drodze rzuciła się na kierowcę i dopiero z pomocą przechodniów udało się ją uspokoić.

Z sanatorium w Delbrück Orska również uciekła. Sprzedała kosztowności, kupiła morfinę i wsiadła do pociągu do Wiednia. Znaleziono ją nieprzytomną w przedziale II klasy z 10 ampułkami narkotyku na stoliku. Rozdmuchała skandal jeszcze bardziej, oskarżając pracowników kolei o kradzież 500 marek i złotego ołówka.

Uciekła też z kolejnego, zamkniętego ośrodka w Rekawinkel koło Wiednia. W marcu 1930 r. w stolicy Austrii pod wpływem morfiny znów dostała ataku szału. Kilka dni później udało się ją ponownie sprowadzić do ośrodka.

Tłum na pogrzebie

W maju 1930 r. Orska pierwszy raz od dłuższego czasu wyszła na przepustkę i pojechała do swojego mieszkania w Wiedniu. Nie wiadomo, dlaczego zaraz po dotarciu do miasta uprosiła lekarza o zapisanie pięciu gramów weronalu. Nie wiadomo także, dlaczego na sfałszowaną receptę kupiła kolejne pięć gramów tego środka nasennego. W mieszkaniu położyła się i połknęła wszystkie (20) tabletki. W stanie ciężkim trafiła do szpitala, gdzie zmarła. Nie ustalono, czy chciała popełnić samobójstwo, czy przypadkowo wzięła za dużą dawkę leku.

Maria Orska została pochowana 19 maja w Wiedniu. Rodzina chciała, by ceremonia była prywatna, ale pogrzeb zgromadził tłum tak wielki, że policja z trudem nad nim zapanowała. W Polsce jej historia stała się głośna kilka lat później, gdy jej życie zostało tematem książki Stanisława Brochwicza „Przekleństwo pierwszej miłości”.

Korzystałem m.in. z następujących czasopism: „Express Wieczorny”, „Ilustrowana Republika”, „Nowy Dziennik”, „Orędownik”, „Polonia”, „Świat”, „Życie Teatru”

 

wyborcza.pl

Bruksela o praworządności w Polsce

Foto: Pixabay

W sporze z polskim rządem Komisja Europejska ma poparcie większości państw Wspólnoty. Trochę bronią nas Węgry.

 

Korespondencja z Brukseli

Klub przyjaciół praworządności liczy 16–17 krajów – mówił „Rzeczpospolitej” jeszcze kilka tygodni temu wysoki rangą dyplomata jednego z państw UE. To bardzo precyzyjne wyliczenia, bo we wtorkowej debacie ministrów w Brukseli na temat Polski po stronie Komisji Europejskiej stanęło zdecydowanie 17 krajów. Kilka kolejnych było neutralnych, a nieco broniły nas Węgry. Pozostałych pięć nie zabrało głosu.

 

Korespondencja z Brukseli

Klub przyjaciół praworządności liczy 16–17 krajów – mówił „Rzeczpospolitej” jeszcze kilka tygodni temu wysoki rangą dyplomata jednego z państw UE. To bardzo precyzyjne wyliczenia, bo we wtorkowej debacie ministrów w Brukseli na temat Polski po stronie Komisji Europejskiej stanęło zdecydowanie 17 krajów. Kilka kolejnych było neutralnych, a nieco broniły nas Węgry. Pozostałych pięć nie zabrało głosu.

Dla polskiego rządu, który najpierw nie chciał w ogóle punktu o praworządności na posiedzeniu rady ministrów UE, a następnie miał nadzieję, że nie będzie przy tej okazji żadnych wypowiedzi państw członkowskich, to dyplomatyczna porażka. Uczestnicy spotkania nie mieli wątpliwości, że sytuacja jest wyjątkowa. – Po raz pierwszy Frans Timmermans użył w kontekście Polski sformułowania „kryzys praworządności” – relacjonował nieoficjalnie świadek spotkania. Mówił nie tylko o Trybunale Konstytucyjnym, ale także o reformie Krajowej Rady Sądownictwa.

Po raz pierwszy też ministrowie zajęli się łamaniem praworządności w konkretnym kraju. To precedens. Bo o ile Komisja Europejska systematycznie, choćby przez postępowania o naruszenie unijnego prawa, krytykuje poszczególne państwa członkowskie, o tyle już one same nie oskarżają się nawzajem. Tym razem znakomita ich większość zdecydowała się poprzeć Komisję w sporze z Polską. Po pierwsze, uznała, że praworządność jest wartością, o którą musi dbać cała Unia. Po drugie, wskazała na Komisję jaką tą uprawnioną do prowadzenia procedury. Choć Polska niejednokrotnie podkreślała, że KE wychodzi poza swoje ustawowe kompetencje. Wreszcie państwa gremialnie wezwały Polskę do dialogu z Brukselą. Obecny na spotkaniu minister Konrad Szymański uznał to za dowód życzliwej atmosfery. Ale prawda jest inna. Polska od kilku miesięcy tego dialogu nie prowadzi, więc apel ministrów nie jest neutralny, jest wołaniem wprost do Warszawy.

Najmocniej w debacie wybrzmiały głosy Belgii, Francji, Niemiec, Holandii, Włoch i Szwecji. Nowością w tym gronie jest Francja, która za czasów prezydenta Hollande’a zachowywała w tej sprawie wstrzemięźliwość. Tym razem ambasador francuski (nowego ministra ds. europejskich jeszcze w tym momencie nie było) jako jedyny powiedział, że trzeba się zastanowić, co dalej. Nie użył słowa „sankcje”, ale wyraźnie wskazał, że musi być jakiś następny krok w sytuacji, gdy Polska nie wypełni rekomendacji Komisji.

Debata nie wskazuje na entuzjazm dla uruchamiania wobec Polski sankcji wynikających z artykułu 7 unijnego traktatu i polegających przede wszystkim na zawieszeniu prawa głosu. Atmosfera wokół Polski jest naprawdę zła. Frans Timmermans wreszcie uzyskał bezpośrednie poparcie od większości państw Wspólnoty. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że liczy w szczególności na nowego prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Wiceprzewodniczący KE wie, że Niemcy nie mogą być czołowym krytykiem Polski, i już od dawna skarżył się na bierność Francji. Przybycie Macrona to zmieni, bo w kampanii wyborczej kandydat wyraźnie mówił o konieczności tworzenia presji na kraje łamiące praworządność, a nawet wprowadzenia sankcji. Timmermans ma nadzieję, że Macron, a może również zachęceni jego postawą przywódcy innych państw UE, będą pielgrzymować do Warszawy i namawiać Jarosława Kaczyńskiego do zmiany stanowiska. Sam wiceprzewodniczący KE nie popiera coraz częściej podnoszonego w KE pomysłu powiązania polityki spójności w przyszłości z warunkiem przestrzegania praworządności. – Nie było o tym mowy – powiedział „Rzeczpospolitej” po spotkaniu ministrów.

rp.pl

Łukasz Pawłowski: Mit demokracji nieliberalnej

Foto: YouTube

Wzrost znaczenia populistycznych ruchów prawicowych nie jest jedynie korektą demokracji, ale śmiertelnym dla niej zagrożeniem. Jeśli wyłącznie populista ma prawo reprezentować lud, po co potrzebne są nam inne partie czy wolna prasa? – pisze publicysta „Kultury Liberalnej”

Wśród wielu paradoksów, rządzących współczesnym życiem politycznym, jednym z najbardziej charakterystycznych jest ten, że to – zwykle otwarci na zmiany – liberałowie ostrzegają dziś przed rewolucją, a konserwatyści z radością wyczekują obalenia dotychczasowego porządku.

Przykładem drugiego z tych zjawisk jest tekst Michała Kuzia opublikowany w magazynie „Plus Minus” 22 kwietnia 2017 roku. Autor wyśmiewa w nim wszystkich twierdzących, że „w globalnej polityce dzieje się coś przerażającego […] coś, co bez mała zagraża całej zachodniej cywilizacji lub ludzkości w ogóle”. To nieprawda, mówi i stwierdza, że oszałamiająca kariera Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych, Marine Le Pen we Francji, czy zwolenników Brexitu na Wyspach nie tylko nie jest zagrożeniem, ale wręcz sygnalizuje powrót do normalności. Nienormalne było bowiem to, „co nas spotkało w niepełnym dwudziestoleciu pomiędzy upadkiem komunizmu a kryzysem finansowym” z 2008 roku. W ciągu tych dwóch dekad „wyczerpały się dawne paradygmaty i polityczny spór działał niejako na jałowym biegu”. Obecnie prawdziwa polityka powraca w wielkim stylu, co też Michał Kuź ogłasza nawet w tytule swojego artykułu („Wielki powrót polityki”). Trudno jednoznacznie powiedzieć, czy autor wita tę zmianę z entuzjazmem, ale z pewnością jest jej ciekawy i jej się nie obawia. Swój pogląd opiera jednak na mylnej ocenie sytuacji oraz związanych z nią zagrożeń.

 

Z Michałem Kuziem można się zgodzić w jednym – nie każdy populista wyrastający na tej czy innej scenie politycznej jest zagrożeniem na miarę Hitlera, Stalina czy Mussoliniego. A nazbyt częste porównania bieżących wydarzeń do lat 30. XX wieku i upadku Republiki Weimarskiej raczej szkodzą niż pomagają. Jeśli niemal codziennie ludzie są ostrzegani przed powrotem faszyzmu i nazizmu, gdy tymczasem słońce nadal wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie, a w ich życiu niewiele się zmienia, w końcu zaczynają owe ostrzeżenia ignorować. Ale to nie znaczy, że na dokonujące się dziś zmiany powinniśmy patrzeć z pogodnym wyczekiwaniem, jak zdaje się sugerować autor tekstu. Oto dlaczego.

Politycy nowej epoki

Michał Kuź uspokaja, że populiści pokroju Marine Le Pen czy Donalda Trumpa nie są wcale tak radykalni, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. To po prostu reprezentanci nowego typu polityki, która nie dzieli już partii na lewicowe i prawicowe, ale na globalistyczne i lokalistyczne. Te pierwsze opowiadają się z grubsza za otwarciem granic, swobodnym przepływem ludzi, towarów i kapitału oraz zacieśnianiem współpracy na poziomie ponadnarodowym. Te drugie chcą wzmocnienia tradycyjnych państw narodowych, protekcjonizmu w gospodarce i ograniczenia współpracy w ramach podmiotów ponadnarodowych. Zamiast więc panikować, musimy po prostu uznać, że Le Pen czy Trump to nowy rodzaj polityków. I tak jak kiedyś postulaty uznawane na przykład za radykalnie lewicowe – choćby powszechna służba zdrowia – nie wywróciły świata do góry nogami, tak i dziś „lokaliści” nie doprowadzą do globalnej apokalipsy.

Problem w tym, że w odróżnieniu od choćby dawnej lewicy dzisiejsi „lokaliści” nie mają pozytywnego programu. To przede wszystkim ruchy protestu, co zresztą Kuź sam przyznaje, pisząc, że „to właśnie na walce z globalistyczną wizją rzeczywistości zbił kapitał polityczny Donald Trump”. Nawet podczas kampanii nie zaproponował on swoim wyborcom nic w zamian, poza mglistymi obietnicami powrotu do czasów, gdy Ameryka „była wielka”, nie określając nawet, kiedy tak było i w czym się ta wielkość przejawiała. Kampania Trumpa opierała się na krytyce bieżącego stanu rzeczy, zapowiedzi powrotu do przeszłości, obraźliwych wypowiedziach bezmyślnie powtarzanych przez media i całym szeregu radykalnych obietnic, których dziś spełnić albo nie może – zakaz wjazdu dla muzułmanów, wycofanie się z NAFTA, wojna handlowa z Chinami – albo nie chce – walka z oszustwami finansowymi i uproszczenie systemu podatkowego. Podobnie nierealistycznie wyglądały też obietnice składane przez Marine Le Pen – jak wycofanie Francji ze strefy euro oraz opuszczenie Unii Europejskiej. Różnica między Le Pen a Trumpem polega w zasadzie na tym, że ona już dziś zdaje sobie sprawę z kosztów składanych obietnic, zaś Trump potrzebował aż 100 dni, by się przekonać, że praca prezydenta jest, tu cytat, „trudniejsza, niż myślał”.

Ale czy polityka demokratyczna nie wygląda tak od zawsze – najpierw pojawiają się rozdęte do granic absurdu obietnice, które są następnie porzucane? Kłamstwo wyborcze to przecież nic nowego pod słońcem. Tak właśnie uważa Kuź, przy okazji obśmiewając pojęcie, którego symbolem stał się Trump – pojęcie postprawdy – i uznając je za wymysł spanikowanych liberalnych elit. Czy ma rację? Zacznijmy od definicji zamieszczonej na stronie wydawcy słowników oksfordzkich, które ogłosiły „postprawdę” słowem minionego roku:

„Postprawdziwy – przymiotnik definiowany jako odnoszący się do sytuacji lub oznaczający sytuację, w której obiektywne fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej niż odwoływanie się do emocji czy osobistych przekonań”.

Z kolei angielska wersja Wikipedii definiuje „politykę postprawdy” w sposób następujący: „Polityka postprawdy to kultura polityczna, w której debata toczy się w znacznym stopniu poprzez odwołanie do emocji, bez związku ze szczegółami rozwiązań politycznych, oraz poprzez powtarzanie »przekazów dnia« (talking points). Podważanie tychże przekazów na podstawie faktów jest ignorowane. Postprawda różni się od dotychczasowych form kontestowania czy fałszowania prawdy, ponieważ prawdę uznaje się za sprawę »drugorzędną«”.

Fakty są nieistotne

Nie jest to więc, wbrew temu, co twierdzi Kuź, zwykłe kłamstwo, które zarówno w polityce, jak i w życiu ma bardzo długą tradycję. Wyznacznikiem postprawdy jest stosunek do faktów, który przejawia się ich całkowitym ignorowaniem. Przykład? 4 marca prezydent Trump wysłał w świat następujący tweet: „Jak nisko upadł prezydent Obama, że zamontował podsłuchy na moich telefonach w czasie uświęconego procesu wyborów. To jak Nixon/Watergate. Zły (lub chory) facet!”.

Na poparcie swoich tez Trump nie przytoczył absolutnie żadnych dowodów, Departament Sprawiedliwości oraz FBI również nie znalazły nic, co uzasadniłoby prezydenckie oskarżenia. Mimo to Trump w niedawnym wywiadzie dla stacji CBS z okazji 100 dni prezydentury twierdził, że jego argument „został dowiedziony bardzo mocno”. Pytany jednak, czy nadal utrzymuje, że Obama podsłuchiwał jego telefon, odpowiedział, że „niczego nie utrzymuje”, a pytający go dziennikarz może to sobie „rozumieć jak chce”. Dopytywany dalej po prostu przerwał wywiad.

I na tym właśnie zasadza się istota postprawdy w polityce – nie chodzi o to, że polityk kłamie, ale że złapany na kłamstwie i z nim skonfrontowany po prostu kłamie dalej. W Polsce prekursorem i entuzjastą takiego sposobu działania jest Antoni Macierewicz, który jednego dnia potrafi powiedzieć, że właśnie zwrócił się do NATO z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy smoleńskiej, a następnego twierdzić, że nigdy nic takiego nie powiedział. Może też regularnie prezentować nową teorię „zamachu”, jednocześnie nie odcinając się od poprzednich. O ile kiedyś politycy, kłamiąc, przynajmniej starali się uniknąć przyłapania, o tyle teraz kłamią, nie oglądając się na konsekwencje.

Dla rozwoju takiego „stylu” uprawiania polityki ogromne znaczenie ma rozwój mediów alternatywnych – głównie internetowych z serwisami społecznościowymi na czele. To dzięki nim dla każdego kłamstwa wypowiedzianego przez polityka natychmiast znajduje się cały szereg „dowodów” błyskawicznie replikowanych w sieci. Ważnym elementem tak rozumianej polityki jest także to, że jej aktorom nie zależy na udowodnieniu żadnej prawdy. Trump nie będzie przecież starał się ostatecznie dowieść, że był podsłuchiwany przez poprzednią administrację, że meksykańscy imigranci do USA to przede wszystkim gwałciciele, a Barack Obama naprawdę nie urodził się w Stanach Zjednoczonych i sprawował urząd nielegalnie. Celem wszystkich tych kłamstw jest zasianie wątpliwości, podkopanie autorytetów, pokazanie, że „druga strona” również jest skażona i nikomu nie wolno ufać. To zarządzanie przez chaos bez pozytywnego celu.

Żywiołowa demokracja

Kiedy więc Michał Kuź twierdzi, że „trumpizm” czy „lepenizm” jest relatywnie spójną propozycją polityczną, z którą można na poważnie dyskutować, trudno się z tym zgodzić. I nie chcę przez to powiedzieć, że wszystkie motywacje skłaniające Amerykanów i Francuzów do poparcia Trumpa i Le Pen są nieuzasadnione, a dotychczasowy świat był najlepszy z możliwych. Chcę jedynie podkreślić, że żadna z ikon „lokalizmu” nie ma tak naprawdę nic pozytywnego do zaproponowania.

Równie niedorzeczne są próby powiedzenia, że Trump, Le Pen, a na Węgrzech Viktor Orbán opowiadają się za innym rodzajem demokracji. Tymczasem Michał Kuź stwierdza, że stawiają oni na demokrację „żywiołową”, zaś liberalizm i globalizację „schładzają”. W rzeczywistości demokracja bez liberalizmu rozumianego jako ochrona praw jednostki przed władzą zamienia się w zwykłą tyranię większości. Jakie bowiem mamy wówczas gwarancje, że nowo wybrana władza uszanuje prawo przegranych do niezgody na realizowaną politykę? Co powstrzyma ją przed wyłączeniem politycznych oponentów ze wspólnoty obywateli? To idee liberalne nakładają na wybrane demokratycznie władze niezbędne hamulce. I wbrew zapewnieniom Viktora Orbána „demokracja nieliberalna” nie jest po prostu innym, równie dobrym rodzajem demokracji, ale systemem, który prowadzi demokrację do upadku. Nie można więc, jak twierdzi Kuź, opowiadać się za „żywiołową demokracją”, jednocześnie „schładzając liberalizm”. Pod tymi z pozoru niegroźnymi tendencjami kryją się realne zagrożenia.

Zagrożenia tym większe, że Trump, Le Pen, Orbán, a w Polsce Jarosław Kaczyński stoją na czele ruchów populistycznych, które z demokracją również niespecjalnie można pogodzić. Co to znaczy „populistyczne”? „Populizm” stał się ostatnimi czasy chyba najpopularniejszym określeniem służącym do okładania politycznych przeciwników, przez co niemal stracił jakiekolwiek znaczenie. Dlatego za niemieckim politologiem z Uniwersytetu w Princeton, Janem-Wernerem Müllerem, proponuję bardzo konkretną definicję. Müller twierdzi, że populistów charakteryzuje nie tylko antyelityzm, ale także antypluralizm. Każdy niemal polityk zapewnia, że reprezentuje „zwykłych ludzi” i chce stawić czoło dotychczasowym elitom. Ale tylko populiści twierdzą, że „oni i tylko oni reprezentują lud”, a żadna inna partia nie ma racji bytu. To dlatego Viktor Orbán odmawia udziału w przedwyborczych debatach z opozycją, Jarosław Kaczyński twierdzi, że wobec słabości opozycji on sam musi być opozycją, zaś Donald Trump uznaje krytykujące go media za „wrogów ludu”.

Ten populistyczny antypluralizm także nie jest jedynie nowym, kolorowym elementem demokracji. To cecha dla demokracji zabójcza. Jeśli wyłącznie populista ma prawo reprezentować lud i tylko on wie, czego ów lud naprawdę chce, po co potrzebne są nam inne partie polityczne, wolna prasa czy inne ośrodki kontroli władzy?

Z tych wszystkich powodów – i wielu innych, jak choćby niewyobrażalnej niekompetencji Trumpa – wzrost znaczenia populistycznych ruchów prawicowych nie jest jedynie korektą demokracji, ale śmiertelnym dla niej zagrożeniem. Kuź próbuje uspokoić czytelników, że sukces prawicowych populistów będzie jedynie „powrotem do normalności”. W odróżnieniu od niego ja wolałbym nadal żyć w czasach „wyjątkowych”. Czego i Michałowi Kuziowi życzę.

Łukasz Pawłowski jest doktorem socjologii i sekretarzem redakcji oraz publicystą tygodnika internetowego „Kultura Liberalna”.

rp.pl

Emerytury i renty mundurowych w rękach archiwistów IPN. Bez weryfikacji

Wojciech Czuchnowski, 17 maja 2017

Protest pod krakowską siedzibą IPN w celu pozostawienia emerytur byłym funkcjonariuszom mundurowym

Protest pod krakowską siedzibą IPN w celu pozostawienia emerytur byłym funkcjonariuszom mundurowym (KUBA OCIEPA)

Decyzje o obniżce emerytur i rent kilkudziesięciu tysięcy byłych policjantów, funkcjonariuszy służb specjalnych, mundurowych oraz ich rodzin zależą wyłącznie od opinii archiwistów z IPN. Ich orzeczeń MSWiA nie zamierza weryfikować.

Od 11 maja Zakład Emerytalno-Rentowy MSWiA (ZER) rozsyła b. funkcjonariuszom informację, z której wynika, że resort chce całkowicie umyć ręce od odpowiedzialności za to, komu 1 października 2017 r. będzie obniżona emerytura. Według dokumentu decyzja o obcięciu świadczenia zostanie oparta wyłącznie na danych z IPN.

Instytut „na podstawie posiadanych akt osobowych” przekazuje MSWiA „informację o przebiegu służby wskazanych funkcjonariuszy na rzecz totalitarnego państwa”. Jest to jedyna podstawa decyzji o obniżce emerytury lub renty. Co więcej, ZER podkreśla, że sam „nie jest uprawniony do weryfikowania okresów służby na rzecz totalitarnego państwa wskazanych przez IPN w informacji o przebiegu służby”.

Całe postępowanie weryfikujące wysokość świadczenia „dokonywane będzie z urzędu, na podstawie informacji o przebiegu służby przesłanej przez IPN” i „zostanie zakończone wydaniem decyzji o ponownym ustaleniu wysokości emerytury, renty inwalidzkiej lub renty rodzinnej”.

I najważniejsze: złożenie przez funkcjonariusza odwołania od decyzji „nie będzie wstrzymywało jej wykonania”.

– Jesteśmy zawaleni robotą. Przekazanie MSWiA na czas danych do dezubekizacji to priorytet – mówi „Wyborczej” jeden z urzędników IPN. Zwraca uwagę, że w ustawach o IPN i lustracyjnej, które regulują działalność Instytutu, nie ma mowy o tego typu zadaniach. Po raz pierwszy dodano je rozporządzeniem w 2009 r. podczas dezubekizacji przeprowadzonej przez rząd PO-PSL. IPN został powołany do ścigania zbrodni komunistycznych i nazistowskich oraz do lustracji. – Tymczasem teraz jesteśmy organem do ścigania emerytów – żartuje nasz rozmówca.

Przyjęty przez rząd tryb przeprowadzenia dezubekizacji nie daje b. funkcjonariuszom żadnych szans na zmianę lub wstrzymanie decyzji jeszcze przed terminem jej wykonania. Dlatego 1 października ponad 32 tys. „resortowych” emerytów lub rencistów (wraz z rodzinami) zacznie dostawać obniżone świadczenia.

Ustawa dezubekizacyjna to flagowy projekt rządu i MSWiA kierowanego przez Mariusza Błaszczaka. PiS jest z dezubekizacji dumny. Działacze tej partii publicznie mówią o „sprawiedliwości społecznej” i odbieraniu zawyżonych dochodów „komunistycznym oprawcom”. W rzeczywistości dezubekizacja dotyka przede wszystkim tych funkcjonariuszy, którzy po upadku PRL pozytywnie przeszli weryfikację i przez kolejne lata służyli niepodległemu państwu. Ich protesty wspierane przez związki zawodowe służb mundurowych nie przyniosły żadnych efektów. Politycznie wspiera ich lewica i część opozycji – Nowoczesna, Unia Europejskich Demokratów, niektórzy posłowie PO i Kukiz’15. Wsparcie przed sądami obiecał im też rzecznik praw obywatelskich.

Resort Mariusza Błaszczaka robi wszystko, by utrudnić b. funkcjonariuszom dochodzenie swoich praw. Według danych związków zawodowych służb mundurowych nikt jeszcze nie otrzymał decyzji o obniżeniu emerytury. Oznacza to, że przed 1 października nie da się przeprowadzić postępowania sądowego w trybie odwoławczym.

Znaczna grupa b. funkcjonariuszy (ok. 8 tys.) złożyła do MSWiA wnioski o wyłączenie ich z dezubekizacji w trybie art. 8a ustawy obniżającej świadczenia. Podstawą jest krótkotrwała służba przed 12 września 1989 r. (data powołania rządu Tadeusza Mazowieckiego) lub „szczególne zasługi” podczas pracy w późniejszym okresie. Nie ma danych, ilu osobom udało się skorzystać z tego zapisu. Rozmówcy „Wyborczej”, którzy złożyli odwołania, dostają pisma z informacją, że na odpowiedź muszą jeszcze czekać.

Po wejściu w życie ustawy emerytura b. funkcjonariusza nie będzie wyższa niż 1700 zł na rękę. Ci, których służba przypadła w większości na lata PRL, dostaną ustawowe minimum – 730 zł.

wyborcza.pl

Grzegorza Schetyny strategia krokodyla

Trzymać otwartą paszczę, nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów i czekać, aż zwycięstwo i wyborcy sami wpadną do paszczy.

Nie sposób nie zauważyć rozbieżności pomiędzy analizami wielu publicystów obwieszczających od miesięcy totalną kompromitację Grzegorza Schetyny i zapowiadających jego nieuchronny upadek, a wzrostem notowań PO z kilkunastu procent po wyborczej porażce do 30 procent dzisiaj. Rozjazd ten pokazuje też sondaż SW Research dla Newsweeka, w którym 42 procent Polaków wskazało Schetynę jako faktycznego lidera opozycji (Ryszard Petru został uznany za lidera opozycji przez nieco ponad 10 procent respondentów).

Różnice między Schetyną a Kaczyńskim

Prawicowi publicyści boją się Schetyny, co widać po intensywności i poziomie ataków, które nastąpiły po sukcesie „Marszu Wolności” organizowanego przez PO i po sondażach, które pokazały, że PiS wreszcie „ma z kim przegrać”. „Wiadomości” TVP S.A. zaczęły podpisywać Schetynę „cieniem premiera”, kpiąc z gabinetu cieni opozycji.

O ile PiS-owscy i twardo prawicowi publicyści utrzymują swoich czytelników w kulcie Kaczyńskiego i nienawiści – kiedyś do Kijowskiego, a dziś do Schetyny – to publicyści mediów nieprawicowych bardzo często starają się utrzymać swoich czytelników w niechęci zarówno do Kaczyńskiego, jak też do Schetyny. To zjawisko ciekawe, ale i ryzykowne dla równowagi sił politycznych w Polsce.

CEZARY MICHALSKI

Tak jak zniszczenie Mateusza Kijowskiego, tak samo zabicie Grzegorza Schetyny Unii Wolności życia nie przywróci.

Nie nawołuję do krzewienia kultu Schetyny (to nie byłoby łatwe). Chcę tylko zauważyć, że pojawiające się czasem w nieprawicowej publicystyce hasło, że między PiS-em i PO nie ma właściwie żadnej istotnej różnicy jest może prawdziwe z perspektywy Marsa, Jowisza, Central Parku, Rive Gauche albo Partii Razem, ale z perspektywy naszego miejsca w Europie, w tym konkretnym historycznym momencie, jest nawet nie fałszem, ale jakimś surrealizmem. A jednak publicyści o lewicowych sympatiach, sfrustrowani faktem, że nie mogą się w Polsce doczekać atrakcyjnej i zdolnej do politycznego przeżycia lewicy, rytualnie już dowalają Schetynie za to, że nie jest lewicowcem, podczas gdy on nigdy nawet nie próbował udawać, że nim jest.

Inni mszczą się na Schetynie za nieboszczkę Unię Wolności, którą kiedyś Platforma faktycznie paskudnie powaliła na deski. Ale tak jak zniszczenie Mateusza Kijowskiego, tak samo zabicie Grzegorza Schetyny Unii Wolności życia nie przywróci. Może natomiast przyspieszyć niszczenie liberalnego państwa, które ta partia niegdyś sensownie zaczęła w Polsce budować. Konsekwencją jest totalna asymetria w medialnym układzie sił pomiędzy toksyczną prawicą a tym, co toksyczną prawicą jeszcze w Polsce nie jest. Większa, niż by wynikało z samego tylko podziału medialnego rynku.

 

Dlaczego Schetyna przeżył?

Chciałbym się tu zastanowić, dlaczego Grzegorz Schetyna jednak politycznie przeżył, mimo że dawno już nie powinien żyć. Sondażowa nagroda dla Schetyny i dla PO to oczywiście w znacznej części premia za szaleństwa Kaczyńskiego, Waszczykowskiego, Macierewicza, Kurskiego. Każdy dzień rządów PiS przekonuje coraz więcej dorosłych Polaków o wartości „mniejszego zła” i „status quo ante” (czyli, tłumacząc bardzo swobodnie z łaciny, ośmiu lat rządów Platformy). Po drugie to nagroda za dobrą robotę Tuska w Brukseli, którą doceniają nawet Węgrzy, Czesi, Słowacy i Bałtowie, więc dziwnym by było, gdyby polskie liberalne mieszczaństwo jej nie doceniło. Nie bez związku z sondażowymi sukcesami Schetyny i PO jest też strzał w stopę Petru, który marnuje genialną reprezentację sejmową.

 

Oprócz tego wszystkiego pozostaje jednak nagroda za utrzymanie spójności Platformy po klęsce. W Polsce, jak w każdym kraju odbudowującym dopiero swoją demokrację, czyli także swój system partyjny, wiele jest partii, które nie przetrwały nawet pierwszej porażki. Tymczasem Platforma przetrwała porażkę 2005 roku dzięki Donaldowi Tuskowi, a porażkę 2015 roku ma szansę przetrwać właśnie dzięki Schetynie. On nawet swoją zemstą na żołnierzach Tuska, którzy dorzynali go przez kilka lat, umiał zarządzać dość odpowiedzialnie. Tak, aby partia, którą przejął jednak się nie rozpadła.

Do tego dochodzi żmudna praca w terenie, do której Platforma Tuska pod sam koniec jego rządów nie była już zdolna. Kiedy latem ubiegłego roku PO powołało do istnienia Kluby Obywatelskie i po raz pierwszy od przegranych wyborów  partyjni liderzy i zaproszeni przez nich eksperci, intelektualiści, twórcy – zaczęli jeździć po kraju, zrobiono to przede wszystkim po to, aby konkurować z KOD-em. Był to błąd, od początku trzeba było złożyć KOD-owi poważną propozycję współpracy, gdyż KOD nie był partią, a jego osłabienie w niczym PO nie pomogło. Jednak po paru miesiącach te spotkania stały się tym, czym powinny – postawieniem na nogi aparatu partyjnego znokautowanego po taśmach i wyborczych zwycięstwach PiS-u, bardzo długo nie mającego z Warszawy żadnych wieści, poza przekazywanymi przez media informacjami o wzajemnych rozliczeniach, napięciach, możliwości rozłamu. Dzięki tej żmudnej, a niedostrzeżonej przez media pracy u podstaw, ludzie Platformy w terenie sami uwierzyli, że istnieje jeszcze jakaś liberalna partia. To przełożyło się na ich aktywność, co widać w sondażach.

 

Strategia krokodyla

Sam Grzegorz Schetyna wybrał strategię krokodyla. Prawie nieruchomo czeka z otwartą paszczą, aż powoli spłynie do niej cały liberalny elektorat, bo nie będzie miał wyjścia. To z tej strategii wynika ostrożność lidera PO, jego niechęć do wypowiadania rzeczy kontrowersyjnych. A ponieważ w Polsce kontrowersyjne jest wszystko, chęć uniknięcia kontrowersyjności może doprowadzić do zamilknięcia w ogóle. Tym bardziej, jeśli wypowiada się nie dość precyzyjnie a słowa zostają dowolnie przekręcone w internecie.

W tej sytuacji zamiast rzeczy niekontrowersyjnych w ogóle, warto mówić rzeczy niekontrowersyjne dla liberalnego mieszczaństwa, dla klasy średniej, która jest podstawowym elektoratem, o który PO musi walczyć. Mam wątpliwości, czy licytowanie się z PiS-em na rozległość programu 500+ da się obronić w elektoracie, który za to płaci. Woś czy Sroczyński i tak Schetyny nie pokochają, bo oni w ogóle nie przepadają za liberalną Polską, której Platforma, tak czy owak pozostaje bardzo ważnym obrońcą.

Otwarcia na skrzydłach

Defensywność Schetyny powinna być uzupełniana otwarciami na skrzydłach. Nie na skrzydle kościelnej prawicy czy lewicowego populizmu, ale na obu skrzydłach polskiej klasy średniej, która – jak się wydaje po ostatnich doświadczeniach wyborczych – ma tylko skrzydło liberalne i konserwatywne. Na konserwatywnym skrzydle realną stratą dla PO jest Stefan Niesiołowski, choć miał niewyparzoną gębę. Pozostawał jednak lojalny wobec Platformy, bardziej lojalny niż wobec coraz bardziej fundamentalistycznej katolickiej prawicy, z której wyrastał. Na liberalnym skrzydle atutem jest prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak. Jest on jedynym politykiem PO który potrafi się porozumieć z Robertem Biedroniem nie wzbudzając przerażenia po stronie platformerskich konserwatystów i zawodowych katolików.

CEZARY MICHALSKI

Publicyści o lewicowych sympatiach, sfrustrowani faktem, że nie mogą się w Polsce doczekać zdolnej do politycznego przeżycia lewicy, rytualnie dowalają Schetynie za to, że nie jest lewicowcem.

Schetyna nigdy nie będzie Tuskiem (na dobre i złe, co przyznają nawet jego najbliżsi współpracownicy). Jest człowiekiem aparatu, budującym instytucje i zapewniającym im trwanie, a to oznacza, że potrzebuje wielu Jaśkowiaków, którzy potrafiliby rozmawiać z konserwatywnym i z liberalnym skrzydłem polskiego mieszczaństwa, z których każdy miałby do zaproponowania jakąś opowieść o rządzeniu miastem, resortem, o polityce europejskiej. W takim zespole ostrożny, odpowiedzialny, przez to czasem zbyt ciężki Schetyna byłby skarbem. Jeśli jednak wokół niego takich opowieści i takich opowiadaczy w Platformie nie będzie, samo „mniejsze zło”, sama „niekontrowersyjność”, sama strategia krokodyla może nie wystarczyć. Już nie tylko do przeżycia Platformy, ale do przeżycia i zwycięstwa liberalnej Polski.

newsweek.pl

Dymisja premier Szydło już w lipcu? „Beata zaczęła drażnić Jarosława”

16.05.2017

„Prezes planuje rekonstrukcję rządu przy okazji partyjnego kongresu. W grę wchodzą wszystkie warianty, włącznie z wymianą premiera” – twierdzą rozmówcy Newsweek.pl z Nowogrodzkiej.

Możliwa zmiana ma być efektem konfliktu między Jarosławem Kaczyńskim a Beatą Szydło. Poszło o niedawne zmiany w PZU, w tym wymianę prezesa Michała Krupińskiego. Jak podaje Newsweek.pl, po tym jak premier zagroziła dymisją, prezes PiS uległ jej prośbie – prezesem został zaprzyjaźniony z Krupińskim Paweł Surówka.

 

„Beata zaczęła drażnić Jarosława”

Kongres PiS, dokładnie jego druga część, planowany jest na 1 lipca. Dopytywany o jego przebieg polityk zbliżony do lidera PiS, odpowiada: – Prezes nie podjął jeszcze decyzji, jak głęboka będzie to rekonstrukcja. Wszystkie możliwości wchodzą dziś w grę, włącznie z najbardziej radykalnym wariantem, czyli z wymianą premiera.

Inni z kolei podaje, że gdyby do rekonstrukcji faktycznie doszło, to miejsce Szydło zająłby Jarosław Kaczyński. Beata zaczęła drażnić Jarosława – kwituje inny.

dziennik.pl

Polacy o Dudzie: Nie jest samodzielny

17.05.2017

Respondenci uważają, że głowa państwa nie podejmuje decyzji samodzielnie.

Niesamodzielny, nierealizujący swoich obietnic, przeciętnie wywiązujący się z obowiązków zwierzchnika Sił Zbrojnych i nieprzekonujący, jeśli chodzi o ideę referendum konstytucyjnego. Taki obraz wyłania się z sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej”, który został wykonany 11–12 maja 2017 r. Błąd statystyczny wynosi 3 proc., a próba dotyczy 1100 respondentów. Badanie zrealizowano metodą CATI.

W pierwszym pytaniu sondażu zleconego przez „Rzeczpospolitą” zapytaliśmy, czy prezydentura Andrzeja Dudy jest oceniana jako samodzielna. To jeden z podstawowych zarzutów podnoszonych pod adresem prezydenta niemal od samego początku jego kadencji. W badaniu IBRiS aż 64 proc. ankietowanych twierdzi, że prezydentura jest niesamodzielna. W tym aż 47 proc. uznaje ją za „zdecydowanie niesamodzielną”, a 17 proc – za „raczej samodzielną”. Przekonanych o niezależności prezydenta jest zdecydowanie mniej respondentów – tylko 33 proc. W tym o „zdecydowanej samodzielności” tej prezydentury jest przekonanych zaledwie 13 proc., a o „raczej samodzielnej” prezydenturze mówi zaledwie 20 proc.

Wśród elektoratów partyjnych 47 proc. wyborców PiS twierdzi, że prezydentura jest „zdecydowanie samodzielna”, a 35 proc. – że jest „raczej samodzielna”. Poza tym prezydent stosunkowo dobre wyniki osiąga tylko wśród wyborców Kukiz’15. 65 proc. z nich jest przekonanych o samodzielności prezydenta, w tym 60 proc. deklaruje, że jest on „raczej samodzielny”, a 5 proc. – że „zdecydowanie samodzielny”. Te wyniki najlepiej pokazują, jak bardzo przekonanie o tym, że Duda nie podejmuje decyzji sam, zakorzeniło się poza twardym elektoratem Dudy. Co ciekawe, nawet wśród wyborców prezydenta z 2015 roku 11 proc. jest już przekonanych, że nie podejmuje on decyzji sam. To dla Pałacu powinien być najlepszy sygnał o stratach, które zostały poniesione od czasu objęcia władzy.

Ostatnie decyzje Dudy – jak ogłoszenie pomysłu referendum konstytucyjnego bez konsultacji z Nowogrodzką – to kroki, które mają zwalczyć zakorzenione jak widać wśród elektoratów przekonanie, że jest on tylko wykonawcą poleceń Jarosława Kaczyńskiego, przekonanie, które w kulturze masowej utrwaliło się dzięki serialowi „Ucho Prezesa”.

Spełnione obietnice?

Prezydent wywodzi się z tego samego obozu politycznego co większość rządząca, więc trudno, by blokował realizację programu, który był i jest cały czas jego własnym programem – to często powtarzany przekaz Pałacu. Jak pokazuje sondaż, ankietowani są mocno podzieleni, jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie, czy i jak Andrzej Duda wywiązuje się ze swoich wyborczych obietnic. 44 proc. respondentów sondażu sądzi, że Andrzej Duda robi to dobrze i spełnia swoje obietnice wyborcze. W tym 12 proc. – że realizuje je „zdecydowanie dobrze”, a 32 proc. – „raczej dobrze”.

O tym, że Andrzej Duda nie realizuje tego, co obiecał, przekonanych jest jednak aż 46 proc. ankietowanych, w tym „zdecydowanie źle” ocenia pod tym względem prezydenta 24 proc., a „raczej źle” – 22 proc. Co ciekawe, w elektoracie Kukiz’15 aż 75 proc. respondentów twierdzi, że Duda ze swoich obietnic się wywiązuje.

Wiara w prezydencie obietnice nie jest więc szeroka. Andrzej Duda zapowiadał w kampanii nie tylko realizację programu socjalnego – w tym projektu Rodzina 500+ oraz obniżenie wieku emerytalnego – ale też np. szeroko zakrojoną pomoc frankowiczom oraz budowę ponadpartyjnego konsensusu i zgody. To tłumaczy, dlaczego mimo realizacji komponentów socjalnych swojego programu przez rząd PiS, Duda nie przekonał większości ankietowanych, że dobrze realizuje swoje zapowiedzi.

Dobry zwierzchnik Sił Zbrojnych?

Seria listów prezydenta Dudy do Antoniego Macierewicza miała pokazać asertywność prezydenta w sprawach dotyczących armii. Duda pytał m.in. o polskich attaché wojskowych oraz o stan zaawansowania prac nad powołaniem Dowództwa Wielonarodowej Dywizji w Elblągu. Te wysiłki nie były jednak przekonujące. Jak pokazuje sondaż IBRiS, 34 proc. ankietowanych twierdzi, że Duda dobrze radzi sobie jako zwierzchnik Sił Zbrojnych. Przeciwnego zdania jest ponad połowa respondentów – 55 proc. Prezydent ma poparcie w tej sferze 80 proc. zwolenników PiS oraz 60 proc. popierających Kukiz’15. Co zaskakujące, aż 18 proc. jego wyborców z 2015 roku nie ma w tej sprawie zdania – kolejny sygnał pokazujący, że prezydent ma problemy z przekonywaniem nawet swoich wyborców sprzed dwóch lat.

Co z referendum?

Inicjatywa, która miała przełamać polityczny dryf prezydenta w sprawach wewnętrznych, to propozycja organizacji debaty i referendum konstytucyjnego. Prezydent zapowiadał, że miała być to ponadpartyjna inicjatywa, w którą włączą się obywatele. Początkowo inicjatywa spotkała się z chłodnym przyjęciem PiS – politycy partii rządzącej nie zostali o całym pomyśle poinformowani, włącznie z najwyższymi władzami i prezesem Kaczyńskim.

Jednak jak pokazuje nasz sondaż, prezydent ma przed sobą sporo pracy w przekonywaniu obywateli. 50 proc. ankietowanych w badaniu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” źle ocenia cały pomysł. W tym jest 35 proc. którzy mówią o niej „zdecydowanie źle”, a 15 proc. – „raczej źle”. Dobrze ideę ocenia łącznie tylko 37 proc. Tylko 18 proc. ocenia „zdecydowanie dobrze”, a 19 proc. – „raczej dobrze”. Przekaz prezydenta, że ma to być inicjatywa ponadpartyjna, nie trafia na podatny grunt. Tylko 4 proc. wyborców PO i 14 proc. zwolenników Nowoczesnej popiera inicjatywę Dudy. Swoich sojuszników prezydent musi szukać przede wszystkim wśród osób, które popierają Kukiz’15. 70 proc. popierających ruch Kukiza dobrze ocenia pomysł Dudy, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że Paweł Kukiz od początku kampanii prezydenckiej i parlamentarnej miał na swoich sztandarach pomysł zmiany konstytucji. 87 proc. wyborców PiS popiera za to ideę referendum, co pokazuje, że PiS nie może na dłuższą metę się od niego dystansować, tak jak w pierwszych godzinach i dniach od ogłoszenia tego pomysłu.

Gdy Krzysztof Szczerski został szefem gabinetu prezydenta Andrzeja Dudy na początku kwietnia tego roku, w „Rzeczpospolitej” pisaliśmy o tym, że ma to być początek wychodzenia prezydenta z dryfu. Sondaż IBRiS najlepiej pokazuje, jaka jest skala problemów, które stoją przed ekipą prezydenta po blisko dwóch latach od objęcia urzędu.

msn.pl

Wojciech Sadurski, filozof prawa

Et cetera profesora Morawskiego

17 maja 2017

Lech Morawski

Lech Morawski (Michał Dyjuk/REPORTER)

Wbrew głoszonej dziś teorii o „republikańskim”, a nie „liberalnym” charakterze polskiej konstytucji profesor Morawski bronił zasady, że „tolerancja, pluralizm oraz podstawowe prawa i wolności obywatelskie stanowią podstawę pokojowej koegzystencji wszystkich obywateli”. Trudno o piękniejszą afirmację zasad liberalizmu

Oksfordzki wykład profesora (bo przecież nie sędziego) Lecha Morawskiego został już wszechstronnie skrytykowany. Wskazywano – i słusznie – że ktoś, kto uważa się za „sędziego”, nie może jednocześnie mówić, że reprezentuje także rząd; że „sędzia”, który ma w takiej pogardzie konstytucję, że nazywa ją „dramatem” i „tragedią”, nie ma kwalifikacji, by właściwie ją interpretować, do czego jest urzędowo zobowiązany; że oskarżenie konkretnych instytucji, składających się w końcu z ograniczonej liczby ludzi, o korupcję jest nieprzyzwoite (notabene, mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy sędziowie SN i TK złożą pozew zbiorowy przeciw profesorowi Morawskiemu), że podważanie możliwości bezstronności politycznej sędziów, wyraźne w wystąpieniu oksfordzkim, jest równoznaczne z zanegowaniem możliwości sprawowania funkcji, którą profesor Morawski najwyraźniej chce pełnić… No i oczywiście zdumienie i zrozumiałe oburzenie wzbudziła deklaracja profesora Morawskiego, że rząd (a wraz z nim także on, skoro tak bardzo z tym rządem się identyfikuje) „nie lubi homoseksualistów i tak dalej, i tak dalej”.

W tym wszystkim najbardziej intryguje mnie owo „i tak dalej, i tak dalej”. Kogo jeszcze poza homoseksualistami nie lubi rząd Beaty Szydło wraz z jego rzecznikiem, profesorem Morawskim?

Może ateistów? I szerzej – zwolenników rozdziału Kościoła i państwa? Profesor Morawski był swojego czasu autorem ekspertyzy mówiącej, że krzyż w sali sejmowej to element konstytucyjnie chronionego dziedzictwa kulturowego.

Ale kogo jeszcze nie lubią? Bo użył tam dwa razy „et cetera”. Piratów drogowych? Nie, tu Lech Morawski ściga się, by tak rzec, z rządowymi kierowcami. Wegetarian i cyklistów? Nie wiemy, czy antypatie ministra Waszczykowskiego do tych grup są podzielane przez cały rząd. Uchodźców o śniadej skórze? To na pewno, ale okazji do okazywania im tej antypatii na miejscu nie ma.

A może korupcji, tak wypominanej sądom przez Lecha Morawskiego? Tu mógłby swym słuchaczom w Oksfordzie powiedzieć coś o największym przekręcie w dziejach Polski po 1989 r.: aferze SKOK-ów, na której miliony zarobił Grzegorz Bierecki i jego rodzinka, choć te dziadowskie parabanki padają jak muchy. Ale Lech Morawski jest założycielem i redaktorem naczelnym pisma wydawanego przez Spółdzielczy Instytut Naukowy Grzegorza Biereckiego, który coś przecież musiał na to pismo kapnąć, zanim w ramach patriotyzmu gospodarczego wyprowadził dużą kasę do Luksemburga. Więc raczej chyba nie o to chodziło profesorowi Morawskiemu.

A więc co się kryje za podwójnym „et cetera”?

Pora na wyznanie i certyfikat. Wyznanie jest takie, że Lech Morawski, zanim jeszcze został Wacławem Berczyńskim polskiego prawoznawstwa, był moim kolegą. I ceniłem sobie tę znajomość.

Certyfikat zaś jest taki, że niniejszym zaświadczam, że Lech Morawski był dobrym filozofem prawa. W swoich „Głównych problemach filozofii prawa” (wydanie IV w 2005 r.) zawarł wiele myśli, które nie ułatwiają odpowiedzi na tajemnicze „et cetera” dzisiejszych antypatii profesora Morawskiego.

Wbrew ogólnej krytyce liberalizmu przeprowadzonej w wykładzie w Oksfordzie Morawski ładnie pisał o tym, że „warto jest żyć i wspólnie bronić wartości wolnego społeczeństwa, mimo dzielących nas różnic etnicznych, religijnych i ideologicznych”. O doktrynie wspólnotowej („komunitaryzmie”) pisał zaś, że może być co najwyżej „atrakcyjnym uzupełnieniem” zasad ustroju liberalno-demokratycznego, które dla Morawskiego są podstawą. Wspólnotowość („filozofię komunitaryzmu”) oskarżał o totalitarny charakter, dodając, że powinniśmy być krytyczni wobec „tradycji i kultur, nawet gdyby to była nasza własna kultura czy tradycja”, jeśli są sprzeczne z wolnością i godnością ludzką. Wbrew głoszonej dziś teorii o „republikańskim”, a nie „liberalnym” charakterze polskiej konstytucji bronił zasady, że „tolerancja, pluralizm oraz podstawowe prawa i wolności obywatelskie stanowią podstawę pokojowej koegzystencji wszystkich obywateli”. Trudno o piękniejszą (piszę bez ironii) afirmację zasad liberalizmu.

Antycypując przenikliwie władzę PiS-u, przypominał, że w społeczeństwach demokratycznych „decyzje organów państwa nie mogą być prezentowane jako jednostronne i autorytatywne akty władzy zwierzchniej, (…) ale muszą być przedstawione jako rezultat jawnego i otwartego procesu wymiany argumentów”, a także, że interes większości nie jest równoznaczny z dobrem wspólnym. Jak celny przytyk do dzisiejszej retoryki o woli suwerena brzmi uwaga Morawskiego, że „interesy większości powinny ustąpić interesom mniejszości w sytuacji, gdy te ostatnie w przeciwieństwie do tych pierwszych mają uzasadnienie w powszechnie akceptowanych zasadach, prawach i wartościach konstytucyjnych”.

Wbrew własnej tezie z Oksfordu, że konstytucja jest „dramatem” i zbiorem ogólnikowych formułek dających się interpretować na różne sposoby, z uwagą i poważnie przyglądał się artykułom konstytucji z 1997 r., np. o społecznej gospodarce rynkowej. Wbrew oksfordzkiej tezie o nieuniknionej politycznej stronniczości sędziów twierdził, że „we współczesnych społeczeństwach (…) sądy i trybunały stały się najważniejszym strażnikiem dobra ogólnego”.

Mało tego: przyznawał rację Zygmuntowi Baumanowi w kwestii moralności w społeczeństwach postmodernistycznych i bronił „potentata finansowego” George’a Sorosa przed zarzutami o rujnowanie gospodarek państw takich jak Malezja. O „zwolenniczkach feministycznej teorii prawa” pisał aprobująco, że trafnie one podnoszą, iż większość naszych kultur i tradycji „ma wyraźnie patriarchalny charakter”.

Prezesie, czy ktoś sprawdził tego Morawskiego, zanim Pan go skierował na odcinek trybunalski?

Co tłumaczy degrengoladę dobrego niegdyś filozofa prawa Lecha Morawskiego? Czy sprawiło to tknięcie PiS-u? Jak wiadomo, ta partia ma osobliwą właściwość kontr-Midasa, że zamienia w marność wszystko, co się z nią zetknie. Czy raczej na odwrót, to do PiS-u grawitują właśnie ludzie o już ukształtowanych poglądach takich jak Morawski A.D. 2017, a nie Morawski A.D. 2005?

To temat na ciekawą dyskusję naukową. Na przykład na Oksfordzie.

Wojciech Sadurski jest profesorem filozofii prawa na Uniwersytecie Sydnejskim i profesorem w Centrum Europejskim UW, gościnnym profesorem na wydziale prawa Uniwersytetu Yale w USA.

wyborcza.pl

Wyjątkowe głosowanie i jedność w Sejmie. Opozycja wspiera PiS

Ireneusz Sudak, 17 maja 2017

Posiedzenie Sejmu VIII Kadencji

Posiedzenie Sejmu VIII Kadencji (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

PO, PSL, Kukiz i Nowoczesna jak jeden mąż zagłosowały w obronie polskiego węgla przed propozycjami Brukseli. I zrobili prezent rządowi PiS.

Na progu najważniejszych w historii negocjacji dotyczących zmiany rynku energii w Europie rząd PiS dostał od opozycji nieoczekiwany prezent. 410 posłów ze wszystkich ugrupowań zagłosowało w ubiegłym tygodniu za uchwałą, która zarzuca propozycjom Brukseli niezgodność z zasadami ustroju UE.

Negocjacje już się toczą – wśród ekspertów w zaciszu brukselskich gabinetów, a także na spotkaniach szefów państw.

Komisja Europejska chce m.in. zakazu wspierania energetyki węglowej. To nie podoba się rządowi PiS. W końcu w kampanii wyborczej premier Beata Szydło obiecała budowę nowej elektrowni w Ostrołęce. Poza tym w Polsce z węgla ciągle pochodzi 85 proc. prądu, a w sektorze pracuje 90 tys. osób. Polityka energetyczna rządu zakłada konserwowanie takiego stanu rzeczy.

Karta przetargowa PiS

Dlatego rząd powołuje się na traktaty unijne, które mówią, że każdy kraj ma swobodę w decydowaniu, z czego chce produkować prąd, a nowe prawo może tę regułę naruszać. Formalnie uchwała powołuje się na zasadę pomocniczości, która mówi, że Unia nie wchodzi w sprawy, z którymi kraje poradziłyby sobie bez pomocy Brukseli.

Jednolite stanowisko polskiego parlamentu to mocny argument dla rządu przed zbliżającymi się negocjacjami. – Rozpoczęliśmy procedurę żółtej kartki w stosunku do rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady Europy w sprawie rynku energii elektrycznej – powiedział w trakcie Europejskiego Kongresu Gospodarczego wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski.

Dlaczego opozycja poparła rząd? – Nie możemy wspierać destrukcji naszej energetyki opartej na węglu. Daliśmy rządowi narzędzie. Mówimy: wynegocjujcie, jak potraficie najlepiej, te warunki, które ustabilizują naszą pozycję w europejskiej energetyce – wyjaśnia nam poseł PO i były minister skarbu Andrzej Czerwiński.

– To, że głosowałem za przyjęciem uchwały w tym kształcie, nie oznacza, że sobie zaprzeczam – mówi nam poseł PO (wcześniej w Nowoczesnej) Michał Stasiński, który jest zdeklarowanym zwolennikiem zielonej energii. – Ale nasza energetyka jest tak zapóźniona, że potrzebujemy więcej czasu, a propozycje Brukseli to przystawianie noża do gardła – uważa Stasiński.

– Nowoczesna jest zwolennikiem OZE. Mamy nadzieję, że w trakcie dalszych dyskusji możliwe będzie przekonanie strony rządowej, by dokonała zmiany kierunku negocjacji. Rząd musi nauczyć się negocjować, lepiej artykułować stanowisko Polski, a nie tylko hamować – podkreśla posłanka Nowoczesnej Monika Rosa, która zajmuje się sprawami energetycznymi.

Wcześniej, jeszcze w grudniu, przeciwko propozycji Brukseli w europarlamencie głosowali wszyscy polscy europosłowie.

A może KE przesadziła?

Zdaniem ekspertów rynku energetycznego propozycje Brukseli faktycznie mocno ingerują w suwerenność państw. W sumie na naruszenie ustroju UE powołuje się 16 krajów, jednak każdy znajduje do tego inne podstawy – tylko Polska walczy o subsydia dla węgla.

Oprócz tego duży opór budzi pomysł, by zastępować państwowe centrum sterowania systemem energetycznym centrum regionalnym, które obsługuje kilka państw i w którym decyzje zapadają w drodze głosowania. Przeciwko tym propozycjom protestują oprócz Polski np. Niemcy.

– Nie widzę, aby ograniczenie wsparcia ze środków publicznych dla elektrowni węglowych w innych krajach budziło takie emocje jak w Polsce. To, że kolejne polskie ekipy rządzące mają dość zbieżne poglądy na energetykę, nie powinno dziwić. Tak było zawsze – mówi nam dr Joanna Maćkowiak-Pandera, szefowa organizacji Forum Energii.

Czy i kiedy nowe unijne prawo mogłoby wejść w życie? Nie wiadomo. Rząd woli nie czekać i w poniedziałek minister energii skierował projekt ustawy o subsydiach węglowych pod obrady Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów. Nowe prawo mogłoby zacząć obowiązywać od stycznia 2018 r.

Oznaczałoby to wzrost opłat rachunków za prąd o mniej więcej kilkanaście złotych miesięcznie. Nowe przepisy muszą uzyskać akceptację Komisji Europejskiej. Szansę, żeby KE się zgodziła, są marne. Jak wyjaśnia Marcin Stoczkiewicz, ekspert organizacji Client Earth, jeśli zakazu wspierania energetyki węglowej nie będzie w rozporządzeniu, to Komisja Europejska wprowadzi je za pomocą wytycznych ws. pomocy publicznej.

Polski Komitet Energii Elektrycznej (PKEE), który zrzesza największe kontrolowane przez skarb państwa spółki energetyczne, ostrzega, że zakaz wspierania węgla zwiększy uzależnienie Europy od importowanego z Rosji gazu, który zastąpiłby w Polsce węgiel.

Już 7 czerwca w Muzeum Lotnictwa w Krakowie odbędzie się kolejna konferencja z cyklu „Dobra energia”. Celem wydarzenia jest promowanie efektywnego wykorzystania OZE i energooszczędnego budownictwa. Udział w niej będzie doskonałą okazją do poszerzenia wiedzy oraz wymiany doświadczeń i zawiązania realnej współpracy. Konferencja jest bezpłatna, obowiązuje rejestracja. Więcej na www.dobraenergia.edu.pl

wyborcza.pl

Polska osamotniona w ogniu krytyki. Kraje UE wzywają Warszawę do wypełnienia zaleceń Komisji Europejskiej

Michał Kokot, 16 maja 2017

I wiceprzewodniczący KE Frans Timmermans w rozmowie z włoskim ministrem ds. europejskich Sandro Gozim (stoi tyłem) podczas wtorkowych obrad w Brukseli

I wiceprzewodniczący KE Frans Timmermans w rozmowie z włoskim ministrem ds. europejskich Sandro Gozim (stoi tyłem) podczas wtorkowych obrad w Brukseli (Wiktor Dabkowski / ZUMA Press / Splash News / Wiktor Dabkowski / ZUMA Press / Splash News/EAST NEWS)

Niespodziewanie aż 17 państw skrytykowało we wtorek Polskę na posiedzeniu Rady UE za uchylanie się od zaleceń Komisji Europejskiej w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Warszawę wsparły tylko Węgry.

Spotkanie, które toczyło się za zamkniętymi drzwiami, miało zaskakujący przebieg. Zwykle bowiem ministrowie państw członkowskich na posiedzeniach Rady Unii Europejskiej powstrzymują się od wzajemnej krytyki. Tym razem jednak tabu zostało złamane.

Według PAP najostrzej w sprawie Polski wypowiedział się belgijski minister ds. europejskich, który domagał się „ostatecznego terminu dla rządu w Warszawie na rozwiązanie problemu”. Zaś jego francuski kolega wzywał do „zdecydowanej odpowiedzi”, jeśli Polska nadal nie będzie reagować na wezwania Komisji. Jak donosi portal OKO.press, również Szwecja i Belgia zdecydowanie poparły stanowisko Komisji Europejskiej.

Posiedzenie Rady związane było z trwającym od ponad roku postępowaniem na rzecz praworządności w Polsce. Wydane w grudniu 2016 r. rekomendacje KE mówią, że Warszawa ma w pełni wykonać wyroki Trybunału Konstytucyjnego. Chodzi m.in. o trzech sędziów wybranych zgodnie z prawem w październiku 2015 r. Prezydent ich nie powołał i PiS wybrał na ich miejsca sędziów dublerów.

Poza Polską w sprawie wypowiedziały się aż 22 kraje. Od głosu powstrzymały się Malta, która przewodniczy obecnie Radzie UE, a także Estonia, Bułgaria, Chorwacja i Austria.

– Komisja Europejska dostała bardzo szerokie poparcie w kwestii postępowania wobec Polski – powiedział dziennikarzom Frans Timmermans, I wiceprzewodniczący KE tuż po spotkaniu Rady.

Natomiast minister ds. europejskich Konrad Szymański bagatelizował krytykę swoich kolegów z innych państw. – Rzeczowych wypowiedzi było dzisiaj bardzo wiele. Nie liczymy głosów, ponieważ nie mamy takiej potrzeby. Doceniamy to, że bardzo wiele państw – myślę, że blisko połowa – wypowiadało się w neutralny sposób z naszego punktu widzenia, zachęcając do tego, by dialog trwał – mówił Szymański.

Dodał też, że docenił głos krajów, które „wyraźnie wskazywały, że nie jest oczywiste, jaką rolę ma odgrywać Komisja Europejska w tej sprawie”.

Jednak zdaniem rozmówców Reutersa i PAP jedynie Węgry zdecydowanie opowiedziały się po stronie Polski.

Zobacz: Rząd PiS chce przejąć fundusze norweskie. Czy organizacje pozarządowe stracą 800 mln euro?

Rząd PiS chce przejąć „fundusze norweskie”. Czy organizacje pozarządowe stracą 800 mln euro?

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21815761,video.html

Pora zdyscyplinować i Węgry

Tymczasem sytuacja w tym kraju będzie dziś przedmiotem debaty w Parlamencie Europejskim. Portal Politico pisze, że wśród europarlamentarzystów narastają krytyka rządów Viktora Orbana oraz determinacja, by ukarać Węgry i użyć art. 7, który może doprowadzić do odebrania głosu temu krajowi w Radzie Unii Europejskiej. Za zastosowaniem tego narzędzia opowiadają się nawet niektórzy eurodeputowani Europejskiej Partii Ludowej (EPP) – rodzimej frakcji Fideszu Viktora Orbana.

– Nie możemy ciągle przyglądać się temu, jak Węgry płyną w kierunku autorytaryzmu. Jeśli nic się nie zmieni, Parlament Europejski będzie musiał zareagować – mówi Frank Engel, luksemburski europoseł i członek EPP.

Wcześniej krytycznie wobec ostatnich planów Orbana dotyczących zamknięcia Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego wypowiadał się również Manfred Weber, szef frakcji EPP.

Uchodźcy albo sankcje

Również wczoraj Komisja Europejska zagroziła Polsce sankcjami, jeśli Warszawa nie zacznie przyjmować uchodźców, do czego zobowiązała się jeszcze we wrześniu 2015 r.

Jak dotąd – w ramach programu relokacji – jedynie Polska, Austria i Węgry nie przyjęły ani jednego uchodźcy.

– Dotychczasowe wyniki dowodzą, że relokacja [uchodźców] może działać, jeśli tylko państwa wykażą wolę polityczną i determinację – powiedział wczoraj unijny komisarz ds. migracji Dimitris Avramopoulos. – Powodzenie tego programu nie może zależeć wyłącznie od kilku krajów. A solidarność w kategoriach prawnych, politycznych i moralnych nie podlega interpretacjom.

wyborcza.pl

%d blogerów lubi to: