Kulson i Karczewski, bohaterowie naszych czasów

Kulson i Karczewski, bohaterowie naszych czasów

Wzbogacamy się o nowe słowa w języku polskim. Na najstarszy zawód świata w wersji kolokwialnej mówimy „kulson”. A jak ktoś ma takie nazwisko, to po prostu piszemy z dużej litery: Kulson.

Policjant nie powiedział do protestującej: „Siadaj, k…!”, tylko zwrócił się do policjanta znajdującego się obok kobiety: „Siadaj, Kulson!”

Szkoda, że nie był to pies (policjantów też nazywa się psami), który wabi się Kulson, byłoby bardziej zrozumiałe, iż na komendę miałby zrobić siad przy zatrzymanej.

To jest policyjna wersja na wokandę sądową. W rzeczywistości mogłoby przecież być tak, że ten policjant mówiący do kobiety i nazywający ją kolokwialnie miałby paralizator w rękach. Bo to dalszy ciąg policyjnego rozwydrzenia z komisariatu we Wrocławiu.

Kulson pod groźbą paralizatora tak by siadł, że by zeszedł. Na naszych oczach policja pod zarządem ministra Błaszczaka wróciła do korzeni i już jest milicją. Wracamy w szerszej perspektywie do korzeni, do tradycji, jak to mówi prezes Kaczyński, który chce wartościami tradycji leczyć Europę.

Jeszcze o Kulsonie. Gdy już wreszcie siadł, to od razu Kulson otworzył konto na Twitterze i wiemy o nim, że ma na imię Mateusz i na pagonach: mł. asp. Na koncie ma jeden tweet, właśnie z popularnym w sieci „tym” filmikiem. Na razie Kulson nie ma twarzy (a może mordy, wszak to może być pies).

Gdy Kulson siadł, zaczął odkrywać uroki internetu.

„Pokłosie” (nawiązuję do filmu Pasikowskiego) faszystowskiego Marszu Niepodległości będzie owocować tym, że nam pójdzie w pięty. Ci faszyści już są nie do zatrzymania.

Na razie o zatrzymanie wiceszefa „Wyborczej” Piotra Stasińskiego zapowiedział starania marszałek Senatu Stanisław Karczewski (tak! – to ten od „ciepłego człowieka” Łukaszenki). Karczewski zapowiedział zawiadomienie do prokuratury na Stasińskiego, bo ten cytował wulgarne wypowiedzi z faszystowskiego marszu w „Loży prasowej” TVN24.

No, to już mają ochotę sadzać za cytowanie wulgaryzmów, które mają placet pisowski. Komuna wróciła.

Strach będzie cytować Jarosława Kaczyńskiego, jego „kanalie”, „mordy zdradzieckie”, etc. A skąd faszystowska młodzież nauczyła się wulgaryzmów, traktowania przestrzeni publicznej jako spluwaczki? Od mistrza, od prezesa K. (bynajmniej nie kulson, acz mogę się mylić).

Reaktywacja PRL-u z roku 1968 nastąpiła zadziwiająco szybko. Zauważyły ten faszystowski rajd po Warszawie media na całym świecie.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Okaleczona i zapomniana racja stanu

Okaleczona i zapomniana racja stanu

Nie traktują nas serio Francuzi, Niemcy, większość krajów UE i nawet Rosjanie nie chcą kontaktować się z nami w żadnej sprawie.

Odpryski rac, odłamki petard i faszystowskie hasła dla uczczenia Dnia Niepodległości tylko na chwilę zawładnęły przestrzenią publiczną. Z wolna powracamy do wiodącego ostatnio tematu: roszad na szczytach władzy, które od zawsze budzą niezrozumiałą fascynację mediów. Personalne gierki bez trudu wypierają najważniejsze wydarzenia polityczne.

W kraju burzone są ostatnie bastiony demokracji, trwa hybrydowa wojenka prezesa z prezydentem, prezydenta z ministrami i ministrów między sobą, rośnie napór na niezależność sądów, szykują się zmiany prawa wyborczego, zwiększające szanse PiS na utrzymanie władzy, preambuła Konstytucji staje się nielegalna i w opinii małopolskiej kurator oświaty Barbary Nowak nie może być prezentowana w szkołach… A za granicą „godnościowa” polityka owocuje kompromitacją i izolacją Polski, którą pogłębi jeszcze planowana demolka służb dyplomatycznych: zwolnionych zostanie 3660 dyplomatów (czyli wszyscy), po czym do pracy wrócą ci, „którzy się nadają”, a na bruku pozostaną ci, którzy „niedostatecznie utożsamiają się z państwem polskim”.

Każdego dnia obezwładniają nas kolejne symptomy chorej zmiany. Tymczasem Polacy zachęcani są do analizowania personalnych zmian na szczytach władzy. Czy pozycja pani premier jest wciąż niepewna? Którzy ministrowie typowani są do odstrzału? Kto z kim trzyma i kto się pod kogo podczepia? Który z którym jest w pakiecie gwarantowanym umową między PiS a jego kanapowymi przystawkami? Pytania mnożą się, jak króliki w gabinecie ministra zdrowia – i są to pytania kompletnie pozbawione sensu. Bo jakie ma znaczenie, kto kogo zastąpi w ubezwłasnowolnionym rządzie sterowanym z Nowogrodzkiej? Przecież wiadomo, że ktokolwiek przyjdzie na miejsce odwołanych ministrów, ani na jotę nie zmieni azymutu wyznaczonego przez prezesa. W polityce nie zmieni się nic, dopóki władzę sprawuje Prawo i Sprawiedliwość – partia, w której nazwie wystąpiło kłopotliwe sąsiedztwo dwóch przypadkowo dobranych słów. W Polsce nie zmieni się nic, dopóki rządzić nami będzie facet, który w Święto Niepodległości wezwał do odrzucenia „polityki pedagogiki wstydu”, pozostając tym samym przy swojej dotychczasowej polityce bezwstydu.

Bieżące przejawy tego bezwstydu rządzących szczelnie przykrywa wrzawa wokół stanowisk rządowych. Dlatego dałbym sobie ufryzować blond loczki z kokardami, że kontredans pt. „rekonstrukcja rządu” trwać będzie jeszcze wiele tygodni. W tym czasie PiS zbombarduje nas kolejnymi „reformami” i ośmieszy dalszymi przejawami swojej chorobliwej ambicji mocarstwowej, która zastępuje okaleczoną, dogorywającą w zapomnieniu polską rację stanu. Rządzący już zapomnieli, że racja stanu to nadrzędny interes państwowy, interes narodowy ponad innymi interesami i normami, wspólny dla większości obywateli i organizacji działających w państwie. A może nie zapomnieli, tylko wstając z kolan znaleźli się w stanie chwiejnej równowagi i cierpią na zaburzenia błędnika? Tak czy owak warto każdego dnia wyjaśniać im, co jest nadrzędnym interesem Polski oraz krok po kroku wprowadzać PiS w nieznane mu rejony cywilizowanego współistnienia narodów.

Na początek trzeba przypomnieć elektoratowi partii władzy, że racją stanu nie jest ubliżanie przedstawicielom państw sojuszniczych, wysuwanie nierealnych roszczeń, obrażanie się na rozsądne uwagi i rady, a przede wszystkim wszczynanie międzynarodowych konfliktów. Warto przećwiczyć to na przykładzie. Otóż jest taki jeden kraj na wschodzie, odgradzający nas od wspólnego odwiecznego przeciwnika, z którym od kilku lat toczy regularną, samotną i w pewnym sensie zastępczą wojnę. Ten kraj za naszą wschodnią granicą zyskał niepodległość znacznie później niż Polska, choć tamtejsi mieszkańcy walczyli o nią z nie mniejszą desperacją niż my. Na Majdanie gotowi byli umrzeć za marzenie, by dołączyć do Polski i do europejskiej rodziny. Nasze wsparcie witali z wdzięcznością i w telewizyjnych przekazach dziękowali nam łamiącym się głosem, ze łzami w oczach. Do dziś najbardziej lubią Polaków, chociaż mają ku temu coraz mniej powodów. W ostatnich sondażach 58% tamtejszego społeczeństwa deklaruje przyjacielskie do nas uczucia, cieplejsze nawet niż do narodów Unii Europejskiej (54%). No i właśnie ten kraj upatrzył sobie ostatnio PiS jako kolejną ofiarę po Francji, Niemczech i Unii.

Dziś polskie chore władze umysłowe grożą, że zablokują wejście Ukrainy do Unii. Minister Waszczykowski zapowiada, że wytypowanych Ukraińców, którzy nie okazują wystarczającego szacunku dla Polskiej Historii i Tradycji Pisanej Dużymi Literami, za nic nie wpuści do Polski. A na dokładkę grozi, że odradzi prezydentowi Dudzie zapowiedzianą wizytę na Ukrainie… Nie wiem, czy spodziewa się, że po tej zapowiedzi Ukraina oniemieje ze zgrozy. Wiem natomiast, że jego bełkot nie ma żadnego sensownego uzasadnienia. Bo od czasów Majdanu, od ówczesnych serdecznych kontaktów i deklaracji wiecznej przyjaźni naszych narodów NIE ZDARZYŁO SIĘ NIC, co mogłoby uzasadnić durnowate reakcje polskiego rządu. Wszystko, co naprawdę dzieliło nasze narody już się dawno zdarzyło. A co się stało nowego?

Nowy jest polski minister, który od dwóch lat robi, co może, by połaskotać demonstracyjny nacjonalizm Kaczyńskiego, obliczony na wydłubanie z dusz Polaków najmroczniejszych cech i najgorszych instynktów. Nowe są publiczne media, które kolportują sobie nawzajem rozmaite wieści, aż w końcu nie wiadomo, czy informacje pochodzą z IPN, z USA czy z USB, przekazanego w tajemnicy przez KGB. Nowe jest i to, że z obu stron coraz głośniej wydzierają się narodowcy, a oszołomy z obu IPN-ów rozpoczęli ze sobą walkę na wspomnienia, na historyczne kwity i na tablice w cokołach pomników – jakby nie mogli popracować wspólnie nad pomnikiem Przyjaciela – zwykłego człowieka bez miejsca stałego zameldowania.

Trzeba być kompletnym durniem albo ministrem Waszczykowskim, żeby wszczynać dziś wojenkę z Ukrainą. Bo to jest także walka ze współczuciem i wrażliwością Polaków, którzy nie zapomnieli, jak nam się żyło w kraju zagrożonym obcą interwencją, ze zrujnowaną gospodarką, z korupcją i rozbuchaną przestępczością. Ale przede wszystkim – to wojna z polską racją stanu. Nie traktują nas serio Francuzi, Niemcy, większość krajów UE i nawet Rosjanie nie chcą kontaktować się z nami w żadnej sprawie, a Ławrow wręcz oświadczył, że nie ma Polsce nic do powiedzenia, dopóki nie opadnie bitewny kurz. Ba, przestajemy być partnerem nawet dla Białorusi, rządzonej przez „ciepłego człowieka”, z którym ludzie PiS nawiązali liczne serdeczne kontakty. W tamtejszym parlamencie usłyszeliśmy niedawno: „Jeśli Polska chce utrzymywać dobre stosunki z Białorusią, to musi przeprosić za ludobójstwo, którego AK dopuściła się na Białorusinach”. Reakcji polskiego MSZ nie dosłyszałem.

Andrzej Karmiński

PS. Dewizę narodowców, wyjących podczas marszu niepodległości: „My chcemy Boga”, można przetłumaczyć na „Gott mit uns”. W każdym razie przesłanie obu tych haseł jest identyczne.

koduj24.pl

Norman Davies: Kaczyński w butach Gomułki

Kaczyński w butach Gomułki

W najnowszym „Magazynie Wyborczej”, Maciej Stasiński rozmawia z prof. Normanem Daviesem o Polsce doby Kaczyńskiego i efektach globalizacji. Kontekstu dostarcza jego najnowsza książka „Na krańce świata”. Jak wyjaśnia historyk, jest to „próba obserwacji nowych krajów”. – „Przez pół wieku pisałem o Europie. Byłem chyba pionierem pisania o tej drugiej Europie, po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. To była moja misja życiowa. Tym razem chciałem od Europy i europejskich spraw odpocząć. Ta podróż i książka są ćwiczeniem z uczenia się i odkrywania. Przy tym użyłem zgromadzonej wiedzy historycznej do zrozumienia nowych krajów i tematów, często dla nas wręcz egzotycznych” – opowiada.

Główna teza książki jest taka, że poza imperializmem Europejczyków, „imperializmów było wiele i że podbój, zniewolenie, panowanie nad innym narodami zostały najpierw wypróbowane w samej Europie. Ale także, że te pozaeuropejskie światy wcale nie były wcześniej oazami pokoju i wolności. Panowały w nich te same mechanizmy podboju, niewolenia i wyzysku”. I jak podkreśla Norman Davies, także Europejczycy padali ofiarą swoich imperializmów. Przykładowo na Wyspach Brytyjskich spotkało to Kornwalijczyków, Irlandczyków czy Szkotów. Mówi też o reakcjach na książkę, z jakimi się zetknął; w Malezji usłyszał, że broni imperializmu europejskiego, a w Nowej Zelandii – wręcz przeciwnie, że kwestionuje osiągnięcia zachodniej cywilizacji…

Praca nad książką uświadomiła Daviesowi rozległe obszary jego niewiedzy – „Myślałem, że jestem w pewnym stopniu erudytą, a okazało się, że mało wiem. Dowiadywałem się niebywałych rzeczy”. Jako przykład wymienia skomplikowaną historię języków, Ale wskazuje też na fakt, że w wielu przypadkach jego wiedza się potwierdziła. „To mnie utwierdziło w opinii, że koncepcja tzw. rdzennych ziem jest nowożytną fikcją i fałszem naszej epoki” – podkreśla. „To fikcja. Każdy naród ma skłonność do twierdzenia, że tu mieszkał i panował od zawsze, że to jego odwieczne siedziby, a reszta to obcy, więc won!” – wyjaśnia.

– Dlaczego Europa się kruszy? – pyta Stasiński, zauważając, że „ten powrót do rdzenności, nacjonalizmu, swojskości czy „naszości” widać wszędzie w Europie. A przecież po II wojnie światowej właśnie świadomość, że nacjonalizmy i totalitaryzmy wpędziły Europę w dwie wojny ludobójcze i że trzeba przekroczyć ramy narodowe i budować wspólnotę europejską, stała się ogromnym osiągnięciem cywilizacyjnym”. – „Nie mam wątpliwości” – odpowiada Norman Davies – „że to reakcja obronna na globalizację. Sporo ludzi woli wrócić do swoich małych ojczyzn i wspólnot. To strach przed utratą tożsamości, poczucia bezpieczeństwa. W każdym takim ruchu kryje się nostalgia za utraconym czasem czy rajem. Ale to wszędzie mity i fantazje”.

I podkreśla chyba niewygodny dla prawicy fakt, że „w Polsce ideologię Blut und Boden [krew i ziemia], niemiecką przecież, przejęli narodowa demokracja i Roman Dmowski”, chociaż Polska przedwojenna była przecież wielonarodowa i wielowyznaniowa. Mieszkali tu, poza Polakami, Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, Niemcy, Litwini. Po wojnie ideologię nacjonalistyczną przejęli polscy komuniści, przypomina. Również Stalin był wielkorosyjskim nacjonalistą, a i w dzisiejszej Rosji Putina trzyma się świetnie. Jego zdaniem, w Wielkiej Brytanii brexit to także odruch angielskiego nacjonalizmu.

W rozmowie ze Stasińskim Norman Davies diagnozuje także sytuację w Polsce. Jego zdaniem „PiS przejawia oczywistą nostalgię za PRL-em. Ci ludzie mówią, że są bardzo antykomunistyczni, ale w gruncie rzeczy chcą mieć swój PRL, swoje politbiuro oraz partię rządzącą kontrolującą całe państwo. Ma być silna władza, porządek, można znowu pluć na Niemców. Przecież „Rota” tak każe: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił”. Kaczyński w butach Gomułki” – stwierdza brytyjski historyk. Na pytanie, dlaczego ta nacjonalistyczna matryca jest wśród ludzi tak żywa, że idzie za nią jedna trzecia dorosłych Polaków, odpowiada: – M.in. dlatego, że popiera ją Kościół katolicki. Zgadza się, że Kaczyński zbierał tych wszystkich nieszczęśliwych, ale przecież najbardziej nieszczęśliwy był i jest kler albo jego większość. W Krakowie słyszałem przerażające kazania: „Żyjemy w bezbożnych czasach, liberałowie są jak komuniści, niszczą naród” i inne takie absurdy” – ocenia Davies. – „W czasach „Solidarności” Kościół czekał na nadejście teokracji. […] Zamiast tego dostał państwo świeckie, przynajmniej formalnie, potem prezydentem został Aleksander Kwaśniewski. I przyszła bezbożna Unia Europejska” – zaznacza. Póki żył Jan Paweł II, hamował polski Kościół, ale „kiedy odszedł, od razu odezwała się cała ta reakcyjna ideologia. I PiS krzyczał, że robi politykę zgodną z naukami papieża. To nonsens”. W Polsce – mówi – Kościół liberalny i otwarty [którego przykładem jest to, co pisze i wydaje „Tygodnik Powszechny” – dop. red.]  został potępiony, papież Franciszek też jest potępiany w Polsce. „Jakby katolicyzm nie był ze swej istoty uniwersalny, czyli powszechny, tylko narodowy!” – podkreśla Davies.

Dlaczego idą za tym młodzi ludzie? – pyta Stasiński. Dlatego, że Kościół ma duże wpływy także wśród młodych. W szkołach jest mnóstwo lekcji religii. Kościół podsyca nastrój, że ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, poczucie zagrożenia ze strony obcych. Młodzież ma wybór: wyjechać lub posłusznie zostać. Chyba wyjeżdżają ci odważniejsi i lepiej wykształceni, a zostają ci bojaźliwi, zastanawia się Davies. Jakie widzi powody tego stanu rzeczy? – „Polska po wojnie została sztucznie wyprana z etnicznego bogactwa nie przez swą decyzję, tylko przez historyczny los. Przed wojną Polacy byli w Polsce większością, ale każdy miał sąsiada – jak nie Żyda, to Niemca, jak nie Ukraińca, to Białorusina. Po wojnie młodzi Polacy nie nauczyli się, co to jest współżycie wielu kultur, wyznań, ras” – uważa rozmówca „Wyborczej”. W konsekwencji „gdzieś kryje się strach, że to wszystko [ziemie przyłączone po 1945 r. – dop. red.] może zostać odebrane i trzeba bronić języka, ziemi, Kościoła”.

Maciej Stasiński pyta Daviesa o kult prostych (i „anachronicznych” prawd: Bóg, Honor, Ojczyzna, powstanie, „żołnierze wyklęci” itd., tak mocno obecny u młodych ludzi.  Zdaniem historyka to element szerszego zjawiska, jakie obserwuje na całym świecie, zarówno u prymitywnych ludów wyspiarskich na Pacyfiku, jak i Brexitowców w Wielkiej Brytanii – „taka wiara w nowy początek” – definiuje. Davies nie roztacza bynajmniej optymistycznych scenariuszy. – „Czasem jesteśmy bezradni, wobec tego, co się dzieje. Jak wytłumaczyć Donalda Trumpa? Wiadomo, że takie typy istnieją, ale żeby ktoś taki wygrał wybory i został prezydentem pierwszego państwa wolnego świata!? To dla nas za dużo. Brak nam zasobów intelektualnych, żeby to zrozumieć. Dlatego sięgamy do antropologii, do kuriozów psychologii zbiorowej, żeby pojąć takie zjawisko” – wyjaśnia.

Tematem rozmowy jest także rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. – Co pana zdaniem dla Polaków powinna oznaczać ta rocznica? – pyta Stasiński. Zdaniem Daviesa celebrowanie 11 listopada było szczególnie potrzebne przed 1989 rokiem, „bo wtedy w Polsce były tylko 1 Maja i rocznica rewolucji październikowej. Dziś niepodległość jest, ale kontekst się zmienia. Narodziny państwa polskiego są ważne, ale trzeba pamiętać, jak krótko ono trwało. Nie tylko to, jak się zaczęło, ale też to, jak się skończyło zaledwie 21 lat później.

Nie ma co zbyt mocno trąbić o niepodległości, suwerenności i prawie do samostanowienia, jak często wielu robiło w Europie. Bezmyślne mówienie wciąż o sobie do niczego dobrego nie prowadzi. Nie ma co uderzać w tony triumfalne. Historia II Rzeczypospolitej była tragiczna. Niekoniecznie z winy Polaków, ale też nie bez niej. Polska niepodległa nie była bez skazy. […] Należy zawsze pamiętać o ciemnych stronach” – podkreśla. Pytany o tony triumfalizmu, dające się wyczuć w dzisiejszej narracji władzy, mówi, że „opowiadanie o mocarstwowości Polski to oznaka słabości”. Davies dzieli się wątpliwościami nie tylko odnośnie Polski. – „Mówię o Polsce z pewnym skrępowaniem, bo mój pierwszy kraj zaraz może być wyspą dryfującą po oceanie” – podkreśla. „Wielka Brytania jest może nawet bardziej podzielona niż Polska, nie tylko między rząd i opozycję, skłócona jest też partia rządząca”. Jego zdaniem, „jeśli do brexitu dojdzie, pewne jest nowe referendum w Szkocji, nastąpi separacja i koniec Zjednoczonego Królestwa” A wtedy – ostrzega historyk – „będzie trzęsienie ziemi. I skutki odczują wszyscy. Jak odpadnie taki płatnik do budżetu Unii, to poczują to ci, którzy biorą więcej” Może zniknąć też Unia Europejska, zaznacza. Ale – podkreśla – „to wszystko jest groźne, ale nie wiemy, czy śmiertelne. Stary historyk wie, że nic nie jest wieczne. Nawet Związek Sowiecki wyglądał mocno dzień przed śmiercią”.

Rozmowa schodzi na Muzeum II Wojny, którego kolegium programowemu przewodził Norman Davies. Na pytanie, co sądzi o polityce rządu względem tej muzealnej instytucji, historyk podkreśla: – „Jestem dumny z tego, co zrobiliśmy przez osiem lat. Świetna załoga, doskonały dyrektor. Pokazaliśmy znakomitą panoramę II wojny. Nie brak mocnych akcentów polskich, ale przecież to była wojna światowa, a nie wojna Polski przeciw reszcie świata. Trzeba pokazywać bohaterstwo, ale też jego brak. Równowaga na wystawie jest dobrze zachowana. Jednak dla ludzi, którzy chcą mówić tylko o Polsce, to oczywiście nie jest dobra wystawa” – ocenia. Dlaczego? Ponieważ obecnie rządzący Polską „chcą wystawy ideologicznej i selektywnej dla posłusznej publiczności”.

Na koniec rozmowy Stasiński pyta: „Czy obecna recydywa nacjonalizmu w Europie i Polsce to ostatnie podrygi anachronicznej XIX-wiecznej wsobnej ideologii, czy raczej fala reakcji, która na długo pogrąży nas w smucie?”. Odpowiedź Normana Daviesa nie napawa niestety optymizmem. – Jestem zdania, że niestety raczej to drugie. To wygląda na bardzo głęboką reakcję na zmiany w świecie. Na utratę poczucia bezpieczeństwa, tożsamości, pewności” – stwierdza. Jego zdaniem Europa paradoksalnie reaguje tak na najdłuższy od XIX wieku okres pokoju. – „Panuje jakiś dyskomfort, „ból” pokoju. Nagromadzenie złych emocji nie wiadomo skąd. Kiedy jest bezrobocie i nędza, to zawsze rodzą się skutki polityczne. Ale tym razem tego nie ma. Zwłaszcza w Polsce” Jego zdaniem to „nowa choroba”. Przypomina, że – choć byłoby to bardziej logiczne – „tych zjawisk nie było w latach 90. XX wieku, kiedy nastąpiła całkowita zmiana ustroju. Wtedy wszystko obyło się bez wstrząsów. To, co się dzieje, jest nieracjonalne i nie tak oczywiste, jak wcześniej bywało” – przestrzega Davies.

Prof. Norman Davies, wybitny historyk (i obywatel) brytyjski i polski, kawaler Orderu Orła Białego. Jako jeden z pierwszych badaczy zachodnich studiował w Polsce i pisał o historii Polski. Autor książek takich, jak: „Boże igrzysko. Historia Polski”, „Europa. Rozprawa historyka z historią”, „Mikrokosmos” (historia Wrocławia), „Powstanie ’44” (historia powstania warszawskiego), „Szlak nadziei” (o armii Andersa). Właśnie opublikował u nas książkę „Na krańce świata” (z podróży dookoła globu). Jest obywatelem brytyjskim i polskim.

koduj24.pl

Kulson i Karczewski, bohaterowie naszych czasów

Wzbogacamy się o nowe słowa w języku polskim. Na najstarszy zawod świata w wersji kolokwialnej mówimy „kulson”. A jak ktoś ma takie nazwisko, to po prostu piszemy z dużej litery: Kulson.

Policjant nie powiedział do protestującej: „Siadaj, k…!”, tylko zwrócił się do policjanta znajdującego się obok kobiety: „Siadaj, Kulson!”

Szkoda, że nie był to pies (policjantów też nazywa się psami), który wabi się Kulson, byłoby bardziej zrozumiałe, iż na komendę miałby zrobić siad przy zatrzymanej.

To jest policyjna wersja na wokandę sądową. W rzeczywistości mogłoby przecież być tak, że ten policjant mówiący do kobiety i nazywający ją kolokwialnie miałby paralizator w rękach. Bo to dalszy ciąg policyjnego rozwydrzenia z komisariatu we Wrocławiu.

Kulson pod groźbą paralizatora tak by siadł, że by zeszedł. Na naszych oczach policja pod zarządem ministra Błaszczaka wróciła do korzeni i już jest milicją. Wracamy w szerszej perspektywie do korzeni, do tradycji, jak to mówi prezes Kaczyński, który chce wartościami tradycji leczyć Europę.

Jeszcze o Kulsonie. Gdy już wreszcie siadł, to od razu Kulson otworzył konto na Twitterze i wiemy o nim, że ma na imię Mateusz i na pagonach: mł. asp. Na koncie ma jeden tweet, właśnie z popularnym w sieci „tym” filmikiem. Na razie Kusona obserwuje 9 osób, a obserwujący jest przez 0. Na razie Kulson nie ma twarzy (a może mordy, wszak to może być pies).

Gdy Kulson siadł, zaczął odkrywać uroki internetu.

„Pokłosie” (nawiązuję do filmu Pasikowskiego) faszystowskiego Marszu Niepodległości będzie owocować tym, że nam pójdzie w pięty. Ci faszyści już są nie do zatrzymania.

Na razie o zatrzymanie wiceszefa „Wyborczej” Piotra Stasińskiego zapowiedział starania marszałek Senatu Stanisław Karczewski (tak! – to ten od „ciepłego człowieka” Łukaszenki). Karczewski zapowiedział zawiadomienie do prokuratury na Stasińskiego, bo ten cytował wulgarne wypowiedzi z faszystowskiego marszu w „Loży prasowej” TVN24.

No, to już mają ochotę sadzać za cytowanie wulgaryzmów, które mają placet pisowski. Komuna wróciła.

Strach będzie cytować Jarosława Kaczyńskiego, jego „kanalie”, „mordy zdradzieckie”, etc. A skąd faszystowska młodzież nauczyła się wulgaryzmów, traktowania przestrzeni publicznej jako spluwaczki? Od mistrza, od prezesa K. (bynajmniej nie kulson, acz mogę się mylić).

Reaktywacja PRL-u z roku 1968 nastąpiła zadziwiająco szybko. Zauważyły ten faszystowski rajd po Warszawie media na całym świecie.

Piotr Stasiński zacytował w TVN24 wulgarne hasła z Marszu Niepodległości, Stanisław Karczewski zawiadomi o tym prokuraturę

12.11.2017

Wicenaczelny „Gazety Wyborczej” Piotr Stasiński w „Loży prasowej” w TVN24 przytoczył w całości wulgarne slogany z Marszu Niepodległości. Marszałek Senatu Stanisław Karczewski zapowiedział, że doniesie o tym prokuraturze, co skrytykowali niektórzy dziennikarze.

 

Dyskusja w „Loży prasowej” dotyczyła m.in. sobotniego Marszu Niepodległości. Piotr Stasiński wyliczył incydenty, do których doszło podczas wydarzenia. – Były symbole faszystowskie, wulgarne kibolskie hasła, pełne obelg. Kibolska grupa oddała mocz na Muzeum Wojska Polskiego. Skopano grupkę kobiet na moście, wyzywając je od najgorszych kur…w – stwierdził. Dodał, że skandowano też slogany „Wypier…ć z uchodźcami”.

Stasiński wypowiedział wulgaryzmy w całości, a ponieważ program jest emitowany na żywo, nie można było ich wypikać.

Marszałek Senatu Stanisław Karczewski krótko po tych wypowiedziach Stasińskiego zadeklarwał na Twitterze, że zawiadomi o nich prokuraturę. – Stop wulgaryzmom w przestrzeni publicznej. Podczas #lożaprasowa grałem w szachy z wnukiem.To on zareagował na słowa #Stasiński.ego k…. i wyp…. – uzasadnił Karczewski.

Tę zapowiedź marszałka Senatu skrytykowali niektórzy dziennikarze aktywni na Twitterze, zwracając uwagę, że słowa Stasińskiego to tylko cytaty, natomiast na Marszu Niepodległości były obecne slogany nie tylko wulgarne, lecz również ksenofobiczne, którymi nie oburzają się politycy obozu rządzącego.

– Marszałek Stanisław Karczewski nie domaga się ukarania ludzi, którzy na #MarszNiepodległości2017 nieśli faszystowskie transparenty, kopali kobiety, wzywali do nienawiści wobec uchodźców Marszałek chce ukarać dziennikarza, który te wydarzenia zrelacjonował Czy Polska to jeszcze wolny kraj? – zapytał Bartosz Wieliński z „Gazety Wyborczej”. – Może w tym uniesieniu pan marszałek zgłosi jeszcze do prokuratury wczorajsze wulgarne rasistowskie hasła z Marszu Niepodległości? #Ohwait – ironizował Dariusz Ćwiklak z „Newsweek Polska”.

– A zgłosi pan marszałek również doniesienie do prokuratury na tych uczestników #MarszNiepodległości2017 , którzy promowali rasistowskie hasła? – zapytał Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej”. – A to delikatnego marszałka Karczewskiego na patriotycznym Marszu Niepodległości z wnukiem nie było? – napisał Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”. – Stasiński, który w PRL był represjonowany, znów spotka się z tą samą mentalnie władzą, bo w telewizji cytował okrzyki uczestników haniebnego marszu. Na dziennikarzy – prokurator. Erdogan lubi to – skomentował Przemysław Szubartowicz z Wiadomo.co.

Według danych Nielsen Audience Measurement w październiku br. średnia oglądalność minutowa TVN24 wynosiła 246 751 widzów, a udział stacji w rynku oglądalności – 3,92 proc.

Czytaj więcej na: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/piotr-stasinski-zacytowal-w-tvn24-wulgarne-hasla-z-marszu-niepodleglosci-stanislaw-karczewski-doniesie-o-tym-prokuraturze#

 

Spalmy sobie dom publiczny

MIKOŁAJ PODOLSKI, Dziennikarz Onetu
12.11.2-17

Prostytutka opowiada mi również o swoich klientach. Wśród nich mieli być także policjanci i prokuratorzy. Szczególnie zapamiętała jednego z sędziów, który dusił ją w trakcie stosunku. Według niej robił to też innym dziewczynom. Wspomina, że członkowie gangu nazywali go „swoim sędzią”.

– Gdy zjawiał się on albo ktoś inny ważny, padało zdanie: zajmijmy się naszym specjalnym gościem. I taki gość mógł wszystko. A że był nieraz z kolegami, dochodziło do zbiorowych gwałtów – mówi Sandra, wlepiając wzrok w suszarkę z ręcznikami.

Wyjaśnia mi również, że z mieszkaniówki udało jej się w końcu uciec, bo pomógł jej kolega. Wyprowadziła się, zmieniła wygląd. Z policją nie chce się jednak kontaktować, bo nie odeszła z zawodu. Mówi, że za dobrze w nim zarabia.

Po tej rozmowie pytam śledczych o tatuaże, które gang miał robić kobietom. Oni wątpią, że tak staranne malowidła na skórze mogły być wykonywane pod przymusem. Ten wątek sprawy nie jest jeszcze brany pod uwagę na poważnie.

Śledztwo trwa. W lutym 2014 r. zostaje zatrzymanych kolejnych sześć osób, które według śledczych należały do gangu. Potem aresztowane są kolejne trzy.

„Kocham mojego pana i władcę Braciaka”

13 października 2014 r. Do Sądu Rejonowego w Gdańsku prokuratorzy kierują akt oskarżenia przeciwko 21 osobom, które według nich uczestniczyły w handlu narkotykami i organizowaniu prostytucji na dużą skalę. Są pewni, że na czele grupy stała trójka braci. W oskarżeniu jest też mowa o szantażowaniu, biciu i zmuszaniu do seksu.

Prokuratura porównuje działalność całej szajki do sekty, która miała działać od 2009 r., zarabiając przez ten czas około 5,8 mln zł na prostytucji, narkotykach, kradzionych w Niemczech samochodach i praniu brudnych pieniędzy. Miała też posiadać nielegalną amunicję i środki wybuchowe. Jej członkom grozi do 15 lat więzienia.

– Bracia wydawali polecenia innym członkom grupy, ustalali skład kobiet pracujących w danym dniu w konkretnej agencji i rozdysponowywali telefony komórkowe, czyli decydowali, które telefony mają pozostawać w agencjach towarzyskich. Podejmowali też decyzje w sprawie udzielenia wolnego dnia dla poszczególnych kobiet oraz decydowali o możliwości ich wyjść do sklepów, do fryzjera czy kosmetyczki – zdradza szczegóły ustaleń prokurator Mariusz Marciniak. I dodaje: – Prostytutki zostały przez nich całkowicie zdominowane i podporządkowane.

To najbardziej przybliżało gang do sekty. Według opisów śledczych miał on swoje zasady i swoich liderów, którym należało się bezwzględne posłuszeństwo. Za złamanie reguł miały grozić surowe konsekwencje, a odejście z grupy bez zgody miało być praktycznie niemożliwe.

Z relacji prokuratorów wynika, że szajka zastraszała również kobiety pracujące na własną rękę, żądając od nich 2 tys. zł miesięcznie za „ochronę”. Organizowała także naloty na konkurencyjne mieszkaniówki.

Członkowie grupy mieli wyławiać prostytutki m.in. na dyskotekach. Oskarżyciele twierdzą, że gang wprowadził żelazną dyscyplinę w swoich szeregach, był brutalny i planował przejęcie branży w Malborku i Starogardzie Gdańskim. Przez cztery agencje miało przewinąć się łącznie 70 kobiet, z których udało się przesłuchać 18.

Jednak to nie liczby szokują najbardziej opinię publiczną. W tym samym czasie do sieci trafiają bowiem zdjęcia tatuaży prostytutek, które miały pracować dla Braciaków. Znajdujące się na ich skórze napisy wydają się mówić wszystko: „Wierna suka Marcina”, „Niewolnica pana Mirka”, „Kocham mojego pana i władcę Braciaka”, „Kocham większego Braciaka”, „Kocham Organizację” lub „Własność Arka”. To nawiązania do braci. Według prokuratorów tak oznaczonych miało zostać osiem kobiet – „najbardziej wiernych i oddanych” szefom gangu.

Jeden z tatuaży kobiety wiązanej przez śledczych ze sprawą Foto: Materiały śledczych / Materiały prasowe

Jeden z tatuaży kobiety wiązanej przez śledczych ze sprawą

Fotografie obiegają najpierw polskie, a wkrótce zagraniczne media – w USA, Kanadzie, Nowej Zelandii, RPA, Ameryce Południowej, Niemczech i Hiszpanii. To, co nie udało się nawet bezwzględnym podwarszawskim mafiom z lat 90., udaje się grupie podejrzewanej o sutenerstwo w Gdyni: zdobywa sławę na całym świecie.

Buziaczki w stronę oskarżonych

Początek stycznia 2015 r. Rozpoczyna się proces grupy. Policjanci na salę sądową prowadzą skutego mężczyznę. To 25-latek o pseudonimie Pimpas, według śledczych prawa ręka braci. Z zeznań wynika, że odpowiadał za ochronę mieszkaniówek i dowożenie prostytutek do klientów.

W specjalnym miejscu na sali, za szybą, siedzą już Braciaki. Jeden z nich, wyluzowany, z brodą i długimi włosami, pokazuje fotoreporterom dwa place symbolizujące literę „V”. Pimpasa funkcjonariusze umieszczają po drugiej stronie, przy oknie.

Pierwsza rozprawa Braciaków

Większość z pozostałych 18 oskarżonych w tej sprawie, z braku miejsc na ławie oskarżonych, musi usiąść na widowni. W pierwszym rzędzie są dwie młode kobiety, które z gorącym uczuciem spoglądają w stronę szyby. Jedna z nich posyła tam buziaki. Widać, że żadna z nich nie żywi urazy do braci, a wręcz zależy im na dobrych relacjach z nimi.

Na wniosek obrony sędzia wyprasza zgromadzonych na sali dziennikarzy. Któryś z oskarżonych krzyczy: „Jak mi przykro!”, a pozostali wybuchają śmiechem.

Areszt w państwie teoretycznym

Początek lipca 2015 r. Pół roku od rozpoczęcia procesu Braciaki i Pimpas wychodzą na wolność, wbrew stanowisku prokuratury. Sąd stwierdza, że mogą opuścić areszt za poręczeniem. Orzeka wobec nich inne środki zapobiegawcze, ale łagodniejsze niż te, które stosuje się czasem wobec zwykłych ulicznych złodziejaszków: bracia mają się tylko raz na dwa tygodnie meldować na komendzie i dostają zakaz opuszczania kraju.

Jak tłumaczy mi Tomasz Adamski, rzecznik gdańskiego sądu okręgowego, sąd uznał, że najważniejsze osoby w sprawie zostały przesłuchane, areszt trwa już prawie dwa lata, a oskarżeni na wolności nie mogą zakłócić procesu.

Zainteresowane sprawą osoby są w szoku. „Z każdym dniem nabieram przekonania, że to państwo naprawdę istnieje tylko teoretycznie” – to jeden z łagodniejszych komentarzy, których setki zalewają sieć po wypuszczeniu Braciaków.

Dokładny adres mieszkaniówki

Początek czerwca 2016 r. Wracam do e-maili od Atrakcyjnej Nicoli, która wskazała mi na duński trop działalności gangu. Twierdzi, że pracowała dla niego kilka dni. Gdy dowiedziała się, z kim ma do czynienia, spakowała się, zabrała zarobione pieniądze i wróciła do Polski.

W kolejnych e-mailach opowiada więcej szczegółów. Pisze o selekcjonowaniu Polek do pracy w Danii – tak jak w sekcie: zostać mają tam te najsłabsze psychicznie, którymi łatwo manipulować. Wspomina też o orgiach, przetrzymywaniu pieniędzy dziewczyn, podawaniu narkotyków, planach zajmowania kolejnych części Danii i pracy niemal 24 godziny na dobę.

Nicola twierdzi, że w Danii przebywają wszyscy trzej bracia, od kilku miesięcy próbując rozkręcić tam biznes mieszkaniówek. Przez ten czas miało już od nich uciec kilka kobiet. Pisze, że nie stosują przemocy, ale bacznie obserwują zachowanie prostytutek. Co jakiś czas przywożone są z Polski kolejne. Z lotniska ma odbierać je Pimpas. Podsyłam jej zdjęcia z procesu. Trafnie wskazuje na nich Pimpasa.

Jak zaznacza moja informatorka, jeden z braci chwalił się, że chcą „wykosić konkurencję”. To ją przeraziło. Jej zdaniem, jeśli nikt z tym nic nie zrobi, to pewnie im się uda. Nadmienia, że Arek, Marcin i Mirek czasem jeżdżą do Polski. Grupa ma używać dwóch samochodów na gdańskich numerach rejestracyjnych.

W podesłanym przez nią linku znajdują się anonse kobiet. Zachęcają do skorzystania z ich usług w czterech językach: angielskim, niemieckim, polskim i duńskim. Na pięciu zdjęciach jest brunetka, która na ramieniu ma wytatuowany napis „Pana Arka”.

Nicola zdradza mi, że sama trafiła do Danii, odpowiadając na ogłoszenie. Wiedziała, do jakiej pracy jedzie, ale nikt nie powiedział jej dokąd dokładnie. „Adres poznałam przypadkiem. Moja koleżanka, z którą przyleciałam, zdołała dostrzec nazwę ulicy, a ja podsłuchałam, jakie adresy podaje telefonistka. W ogłoszeniu są wymienione cztery miejsca, ale mają chyba jeszcze jedno – w Silkeborg” – pisze kobieta.

Po jakimś czasie podsyła mi dokładny adres jednej z mieszkaniówek – na przedmieściach 40-tysięcznego miasta Næstved, kilkadziesiąt kilometrów na południe od Kopenhagi.

Pisze także, że wkrótce odezwie się do mnie jej koleżanka, która również miała pracować dla Braciaków w Danii. Też miała wytrzymać u nich ledwie kilka dni. Wyjechała, bo sprawdziła, z kim ma do czynienia.

„Zanim ktoś nie został na poważnie skrzywdzony”

Połowa czerwca 2016 r. Baśka faktycznie odzywa się szybko. Pytam ją o zdjęcie brunetki. Odpowiada, że wytatuowanych w ten sposób kobiet jest teraz w duńskich mieszkaniówkach więcej. „W Danii mają sporo dziewczyn i cały czas wymieniają na nowe. Pracują same Polki” – potwierdza.

„Nie rozumiem, dlaczego takie osoby wychodzą za śmieszną kaucję na wolność, wracają do tego samego procederu na szeroką skalę oraz chcą rozwinąć sieć tanich mieszkaniówek po całej Danii. Chciałabym wierzyć, że można coś z tym zrobić, zanim ktoś nie został na poważnie skrzywdzony” – wyraża nadzieję Baśka, nie mogąc jeszcze przeczuwać, jak ważne będą te jej słowa za jakiś czas.

W innym e-mailu od niej czytam: „W Danii przebywa obecnie Arek. Marcin pojechał po dziewczyny. W Kopenhadze na mieszkaniu siedzi i pilnuje dziewczyn Pimpas. W pozostałych mieszkaniówkach reszta Organizacji. Prawdopodobnie w Danii jest również Mirek i Klapa, tak wynikało z rozmów telefonistki z Arkiem”.

Kim jest Klapa? Baśka i Atrakcyjna Nicola nie wiedzą.

Nie chcą rozmawiać przez telefon. Próbuję je namówić, by podzieliły się swoją wiedzą ze śledczymi. Boją się. Mówią, że przecież ojciec braci był policjantem.

Kontakt z CBŚP

Druga połowa czerwca 2016 r. Szczegółowe informacje o mieszkaniówkach, które przekazują mi Atrakcyjna Nicola i Baśka, znajdują potwierdzenie w internecie. Są także spójne z tymi, które zebrałem o gangu Braciaków w 2013 r. Kobiety wiedzą o rzeczach, które nie były wtedy nagłaśniane w mediach. To przekonuje mnie, że w Danii rzeczywiście rozwija się polski seksbiznes na dużą skalę.

Na czerwono zaznaczono miasta, które zostały wymienione w ogłoszeniu podesłanym przez informatorki Foto: Google Maps / Materiały prasowe

Na czerwono zaznaczono miasta, które zostały wymienione w ogłoszeniu podesłanym przez informatorki

Podejmuję decyzję o kontakcie ze śledczymi. Obiecuję im, że nie napiszę artykułu o tej sprawie, dopóki nie wykonają konkretnych ruchów. Nie wiem jeszcze, że będę żałował tej deklaracji do końca życia. Przekazuję im podesłany mi adres mieszkaniówki, link do ogłoszenia z wytatuowaną dziewczyną, adres e-mailowy ogłoszeniodawców, ich telefony, a także dostarczone mi informacje o Braciakach. Wyraźnie zaznaczam, że obowiązuje ich zakaz opuszczania kraju, który – według moich źródeł – złamali, więc powinni wrócić za kraty.

W siedmiostronicowym dokumencie, który sporządzam 21 czerwca 2016 r., zamieszczam też informację o tym, że według jednego z moich źródeł w mieszkaniówce w Danii miał się pojawić Klapa, który działał od dwóch dekad w środowisku przestępczym w Trójmieście.

Dostaję potwierdzenie, że moje informacje przekazano do Centralnego Biura Śledczego Policji. Potem następuje cisza.

Minister Błaszczak chwali za przymknięcie Klapy

Sierpień 2016 r. Śledczy ogłaszają sukces, ale nie w sprawie Braciaków, tylko w sprawie Klapy. Chodzi o udaremnienie morskiego przemytu narkotyków z Maroka na gigantyczną skalę. W akcję włączyli się Europol oraz mundurowi z Włoch i Hiszpanii. Na specjalnie zwołanej konferencji pokazano ujęcia z kamer godne serialu „Policjanci z Miami”: piękne łodzie i motorówki na morzu, a potem zbliżenia na paczki z narkotykami.

Zatrzymano 23 Polaków, w tym Klapę, którego uznano za herszta grupy. Mundurowi przejęli m.in. 3,5 tony haszyszu i około 250 kg marihuany, które według ustaleń miały trafić do Polski, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Niemiec i na Ukrainę.

Przechwycenie narkotyków na morzu w sprawie Klapy Foto: CBŚP / Materiały prasowe

Przechwycenie narkotyków na morzu w sprawie Klapy

Szef MSWiA Mariusz Błaszczak chwali policjantów z CBŚP i strażników granicznych podczas przemówienia przed kamerami.

W komentarzach w sieci pojawiają się informacje, że ta sprawa jest powiązana ze sprawą Braciaków, ale śledczy tego nie komentują. Jednak i tak już od kilku lat krążą plotki o tym, że Klapa miał dobrze znać się z braćmi.

Czy on był w stanie sam dowodzić tak wielkim przemytem? – pytam Jarosława Pieczonkę, ps. Majami, byłego policjanta, który ma ogromną wiedzę na temat półświatka w Trójmieście.

– Niewykluczone, że środowisko przestępcze nie mogło sobie poradzić z Klapą, więc poszło po pomoc do policji – odpowiada. – A policji też nie było na rękę, żeby Klapa działał, bo psuł im interesy, które robili ludzie z ich środowiska. Komuś mogło więc przyjść do głowy wkopanie go nawet w rzecz, której nie zrobił.

O Braciakach dalej cisza. Ani oficjalnie, ani nieoficjalnie śledczy niczego nie komentują i nie potwierdzają.

Spotkanie z funkcjonariuszami

Wrzesień 2016 r. Dostaję telefon z gdańskiego CBŚP. Policjanci chcą się ze mną spotkać ze względu na informacje, które przekazałem wcześniej o braciach. Staram się ich przekonać, że dałem im wszystko, co mogłem. Nalegają jednak na spotkanie twarzą w twarz.

16 września w pobliże stacji benzynowej niedaleko Bydgoszczy przyjeżdża para funkcjonariuszy. Pokazują odznaki. Mówią, że to oni doprowadzili do ujęcia Braciaków trzy lata wcześniej. Proszą, bym powiedział im wszystko, czego dowiedziałem się o tej sprawie. Powtarzam im to, co napisałem do policji w czerwcu, a także to, co mówili mi w 2013 r. moi informatorzy.

– Z tego, co się dowiedziałem, wśród środków zabezpieczających zastosowanych wobec braci jest też zakaz opuszczania kraju. A skoro dostali państwo adres miejsca do obserwowania i według dziewczyn oni jeżdżą do Danii, to wystarczy chyba ich złapać tuż za granicą i wsadzić z powrotem do kicia – zauważam.

– Nie przypominam sobie, żeby sąd kogoś odesłał do aresztu za złamanie tego zakazu – patrzy na mnie wyrozumiale funkcjonariusz. Dopiero z jego miny wnioskuję, że wcale nie żartuje, więc powstrzymuję się z pytaniem: „Po co są te zakazy?”.

– To chcą ich państwo złapać na czymś większym niż łamanie zakazu opuszczania kraju? Na prostytucji? – nie wytrzymuję. Ale odpowiedź na to pytanie nie pada.

Miejsce spotkania opuszczam w poczuciu, że spełniłem swój obowiązek.

Mija jesień, nastaje nowy rok, potem szybkimi krokami zbliża się wiosna. Nie mam już telefonów od CBŚP, nie ma żadnych komunikatów o braciach. Nawet ich proces jakby stanął w miejscu.

Patrzyła, jak płonie na niej skóra

11 kwietnia 2017 r. I Prokuratura Okręgowa w Gdańsku, i CBŚP ogłaszają na swoich stronach internetowych zatrzymanie zabójców Polki w Danii. „Zabójców” – bo wstępnie zakwalifikowali to zdarzenie jako zabójstwo. Jak się okazuje, doszło do niego trzy miesiące wcześniej, ale długo nie informowano o nim publicznie. Najpierw przez kilkanaście dni Duńczycy ustalali, że ofiara i domniemani mordercy pochodzą z Polski, a potem trójmiejscy śledczy identyfikowali tożsamość podejrzanych i planowali zatrzymania.

Z komunikatów wynika, że w styczniu grupa dziewięciu mężczyzn z Trójmiasta wynajęła w gdyńskiej wypożyczalni dwa samochody, po czym udała się do Aalborg, 200-tysięcznego miasta na północy Danii. Dotarli tam wieczorem. Założyli maski i kominiarki, wtargnęli do mieszkaniówki, rozlali na podłodze benzynę i podpalili lokal, prawdopodobnie używając do tego świecy dymnej.

W środku znajdowały się dwie Polki. 22-letnia zdołała uciec przez okno, ale 31-letnia spłonęła żywcem, dusząc się tlenkiem węgla i patrząc, jak pali się jej skóra.

Gdy straż pożarna ugasiła ogień, na miejscu znaleziono jeszcze zwłoki mężczyzny. Śledczy założyli, że był jednym z napastników, ale nie mogą ustalić jego tożsamości. Przyjęli też, że ich zamiarem było zabicie kobiet.

Na początku kwietnia ujęli na Pomorzu sześciu podejrzanych i postawili im zarzuty zabójstwa oraz usiłowania zabójstwa, za co grozi im dożywocie. Siódmy z nich siedział już wtedy w więzieniu w Niemczech za inne przestępstwo, a za ósmym wydano Europejski Nakaz Aresztowania.

„Jak ustalili funkcjonariusze, do zabójstwa doszło na tle porachunków gangsterskich między grupami czerpiącymi korzyści z nierządu” – rozwiewa w komunikacie wątpliwości na temat motywów zbrodni Rafał Szymański z CBŚP.

Zatrzymanie jednego z podejrzanych o zabójstwo w Danii Foto: CBŚP / Materiały prasowe

Zatrzymanie jednego z podejrzanych o zabójstwo w Danii

„W Danii działały dwie konkurencyjne, zorganizowane grupy przestępcze, które zaczęły walczyć o wpływy na rynku agencji towarzyskich. Funkcjonariusze ustalili strukturę grupy, która dopuściła się przestępstwa i tożsamość wszystkich osób zaangażowanych w ten proceder” – twierdzi Szymański.

„Zatrzymani są powiązani z braćmi”

Połowa kwietnia 2017 r. Pytam śledczych, dlaczego doszło do tego zabójstwa i czemu nie rozbili szajki. Ponad sześć miesięcy przed tą zbrodnią dostali przecież ode mnie wiele informacji o prężnie rozwijającej się grupie trójmiejskich sutenerów w Danii, która chce przejmować nowe tereny w tym kraju.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku odsyła mnie z tym pytaniem do CBŚP. Gdy pytam w CBŚP, Rafał Szymański pisze mi w e-mailu, że na podstawie wiadomości ode mnie podjęto czynności operacyjno-rozpoznawcze. Twierdzi, że szczegółów nie może mi zdradzić, bo zabrania mu tego prawo. Jego zdaniem powinienem zapytać o to w Prokuraturze Okręgowej w Gdańsku – czyli tam, skąd odesłano mnie do niego.

„W imieniu Komendanta Centralnego Biura Śledczego Policji chciałbym przekazać Panu podziękowanie za dotychczasowy wkład oraz działanie na rzecz poprawy bezpieczeństwa, a także za wsparcie merytoryczne w działaniach funkcjonariuszy Policji. Wyrażam również nadzieję, że brak w obecnej sytuacji możliwości prawnych spełnienia przedmiotowej prośby nie wpłynie na Pana pozytywną postawę względem funkcjonariuszy CBŚP oraz innych organów ścigania” – kończy swoją wiadomość Rafał Szymański.

Ani prokuratura, ani policja nie chcą też oficjalnie potwierdzić lub zaprzeczyć, że podejrzani o zabójstwo mają związki z Braciakami. Krótko potem Onet uzyskuje jednak drogą nieoficjalną informacje na ten temat, z wiarygodnego źródła, od jednego z wysoko postawionych śledczych. – Zatrzymani są powiązani z braćmi, a zaatakowana mieszkaniówka należała do konkurencyjnej grupy z Trójmiasta. Natomiast mężczyzna, który tam zginął, prawdopodobnie przypadkowo oblał się benzyną – tłumaczy nasz informator.

Duńska policja nie odpowiada na mojego e-maila w języku angielskim, w którym pytam o to, co robi w tej sprawie.

Co można, gdy policja nie może?

Czerwiec 2017 r. Kontaktuje się ze mną Atrakcyjna Nicola. Jest wystraszona tym, co się stało w Aalborgu, a jej niepokój podsycił telefon od śledczych, którzy chcą z nią rozmawiać. Ja dziwię się jeszcze bardziej od niej, bo z jej słów wnioskuję, że dopiero rok po przekazaniu informacji o mieszkaniówkach w Danii i jednocześnie prawie pół roku po spaleniu tam żywcem kobiety, dostaję pierwszy sygnał, że CBŚP jednak coś robi w tej sprawie.

Tym razem Nicola zgadza się na rozmowę telefoniczną, podczas której oboje nie dowierzamy, jak mogło dojść do tego podpalenia. Potwierdza też raz jeszcze, że jest pewna, że lokal, w którym pracowała, był zarządzany przez Braciaków i widziała w nim całą ich trójkę, a na miejsce dowoził ją Pimpas.

– Niewiele więcej wiem niż to, co przekazałam panu w e-mailach – przyznaje, gdy zastanawiamy się, czy można zrobić coś więcej w tej sprawie. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że pozostaje tylko ujawnić to, co mi wysłała, bo śledczy już naszym zdaniem raczej nic nie zrobią.

Braciaki „nie komentują plotek”

Jesień 2017 r. Proces Braciaków wciąż trwa. Odbyło się już ponad 60 rozpraw. Według przekazanych mi informacji wciąż przebywają na wolności i nadal są objęci zakazem opuszczania kraju.

Trwa również śledztwo w sprawie zabójstwa prostytutki w Danii i potrwa jeszcze co najmniej kilka miesięcy. Od czasu aresztowania szóstki mężczyzn nikt nie usłyszał w tej sprawie nowych zarzutów. Siódmy podejrzany dalej siedzi w więzieniu w Niemczech, ósmy wciąż jest poszukiwany, a tożsamość dziewiątego, który spłonął w mieszkaniówce, w dalszym ciągu pozostaje nieznana.

Aresztowani przyznają się do tego, że byli na miejscu zbrodni i wywołali pożar, ale twierdzą, że nie chcieli nikogo zabić. Jeśli sąd da im wiarę, kwalifikacja prawna czynu ulegnie zmianie, a kary będą znacznie łagodniejsze niż w przypadku zabójstwa.

– Jeżeli chodzi o ich motywy, to policja już na początku przekazywała, że miało chodzić o porachunki grup przestępczych i na tym etapie tylko tyle można o nich powiedzieć – mówi Onetowi Grażyna Wawryniuk, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

Śledczy nie postawili podejrzanym żadnych zarzutów związanych z sutenerstwem. Prowadzone przez nich postępowanie skupia się na zabójstwie. Żadnych zarzutów nie postawiono też właścicielom mieszkaniówki, którą podpalono.

Pytam telefonicznie pełnomocnika Braciaków, czy mógłby mnie z nimi skontaktować lub przekazać im pytania ode mnie. Zgadza się na to drugie. E-mailem pytam więc o to, czy prowadzili działalność sutenerską, czy byli w Danii, czy był tam u nich Klapa, czy wiedzą coś o zabójstwie Polki i czy znają podejrzanych o to morderstwo. Odpowiedzi na pytania nie dostaję.

Przychodzi za to wiadomość od pełnomocnika Braciaków: „Moi Mandanci stoją na stanowisku, że nie komentują plotek ani tym bardziej nie odnoszą się do materiałów dowodowych bieżących postępowań (przypominam, że sprawa, w której pojawia się kwestia tatuowania kobiet, toczy się z wyłączeniem jawności, co za tym idzie udzielanie jakichkolwiek informacji w tym zakresie stanowi przestępstwo). Ponadto informuję, że w przypadku pojawienia się w mediach jakichkolwiek treści naruszających dobre imię moich Mandantów będę zmuszony wystąpić na drogę prawną przeciwko ich autorom” – odpisuje prawnik braci.

Imiona Braciaków, a także imiona oraz pseudonimy informatorów Onetu zostały zmienione w treści artykułu. Osoby, które mają informacje o morderstwie Polki w Danii, o wojnie trójmiejskich gangów sutenerskich w tym kraju lub o tożsamości niezidentyfikowanego mężczyzny, mogą zgłaszać się do prowadzącej postępowanie Prokuratury Okręgowej w Gdańsku. Można je też przekazywać do autora materiału: mikolaj.podolski@grupaonet.pl

 

http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/spalmy-sobie-dom-publiczny/23kt2vj

Sondaż: Kto winien zaognienia stosunków z Niemcami

Adobe Stock
Polacy czy Niemcy? Władze którego kraju ponoszą odpowiedzialność za zaognienie stosunków polsko-niemieckich? Odpowiedź w sondażu SW Research dla serwisu rp.pl.

W ubiegłym tygodniu niemiecka minister obrony Ursula von der Leyen, odnosząc się do krytycznej oceny sytuacji w Polsce i na Węgrzech wyrażoną przez innych uczestników dyskusji na antenie telewizji publicznej ZDF, stwierdziła, że chciałaby „wziąć w obronę kraje wschodnioeuropejskie”.

– Słowa, które padły, są niedopuszczalne, na tego rodzaju sytuacje trzeba reagować – ocenił wiceminister obrony narodowej Michał Dworczyk.

Niemieckie ministerstwo obrony oświadczyło jednak dwa dni później, że krytykowany przez przedstawicieli polskiego rządu cytat z wypowiedzi szefowej resortu Ursuli von der Leyen został w mediach społecznościowych zmieniony i wyrwany z kontekstu.

Największa grupa ankietowanych, czyli połowa, uważa, że za zaognienie stosunków polsko-niemieckich odpowiadają w większym stopniu polskie władze. Trzech na dziesięciu ankietowanych wskazuje na władze Niemiec. Zdania w tej kwestii nie ma co piąty respondent.

– Częściej na rolę polskich władz w tej sprawie wskazują mężczyźni (53 proc.), osoby o dochodzie od 3001 do 5000 zł (58 proc.) oraz badani z miast od 100 do 199 tysięcy mieszkańców (57 proc.). Wraz ze wzrostem wieku rośnie odsetek ankietowanych, którzy uważają, że za zaognienie stosunków polsko-niemieckich odpowiada polski rząd – z 36 proc. w najmłodszej grupie do 59 proc. w grupie najstarszej. Podobną zależność widać we wzroście wykształcenia – w grupie o najniższym poziomie wykształcenia odsetek wskazujący na rolę polskiego rządu wynosi 24 proc. podczas gdy w grupie o najwyższym poziomie wykształcenia to 57 proc. – zwraca uwagę Piotr Zimolzak z agencji badawczej SW Research.

Poważne skutki miałoby także formalne postawienie przez nasz rząd na agendzie stosunków polsko-niemieckich kwestii reparacji za drugą wojnę światową. Na razie wiele wskazuje na to, że Warszawa nie przekroczy czerwonych linii. Ale i bez tego kontekst międzynarodowy powoduje, że relacje przez Odrę wchodzą na burzliwe wody – przewidywał już we wrześniu Jędrzej Bielecki.

rp.pl

„60 tys. Nazistów w Warszawie”. Błaszczak „nie widział” rasistowskich haseł, b. rzecznik Clinton i inni już tak

og, 12.11.2017

Rasistowskie hasła na Marszu Niepodległości 11.11.2017

Rasistowskie hasła na Marszu Niepodległości 11.11.2017 (Fot. Fot. Agata Grzybowska/Agencja Gazeta)

Mariusz Błaszczak powiedział po Marszu Niepodległości, że „nie widział” rasistowskich haseł. Zauważył je natomiast były rzecznik Hillary Clinton. „60 tys. Nazistów w Warszawie” – napisał na Twitterze.

Dziennikarze zwrócili uwagę na rasistowskie akcenty na Marszu Niepodległości. Chodziło o transparenty takie jak „Europa tylko biała”. Błaszczak stwierdził, że „osobiście ich nie widział”. Na Twitterze jednak ukazało się wiele wpisów, w których wytykano transparenty z celtyckimi krzyżami i hasłami nawołującymi do nienawiści.

Zobacz też: „Za**b ku**ę”, spalone włosy aktywistki, szarpaniny. Oto demonstracja narodowców we Wrocławiu

Wśród osób, które zauważyły faszystowskie hasła na Marszu, znalazł się Jesse Lehrich, były rzecznik Hillary Clinton ds. zagranicznych. „60 tys. Nazistów maszerowało w Warszawie” – napisał na Twitterze. Jako przykład podał hasła takie jak „Czysta krew”, „Europa będzie biała” czy „Módlmy się o islamski Holocaust”.

gazeta.pl

 

 

 

Kaczyński o reparacjach: Innym zapłacono, nam nie. To nasze żądanie

11 listopada 2017

Musimy domagać się naszych praw, także tych wynikających z historii oraz odrzucić mikromanię narodową, kompleksy, które nam wmawiano – mówił w sobotę podczas obchodów Święta Niepodległości w Krakowie prezes Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Kaczyński, nawiązując do kwestii reparacji wojennych.

(http://www.tvn24.pl)

Pągowski – Dwie rozwydrzone mordy

Świetny Andrzej Pągowski.

Dwie rozwydrzone na siebie gęby.

Ale nie ma między nimi symetrii. I bynajmniej nie z powodu koloru, bo jedna gęba zaatakowana rozwydrzeniem odpowiada podobnym rozwydrzeniem, aby nie ogłuchnąć.

Paradoks?

Nie.

Galopujący Major: Marsz narodowców ma pewne plusy. Oto one [OPINIA]

*Galopujący Major, 11.11.2017

Obchody Dnia Niepodległości

Obchody Dnia Niepodległości (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Wiele się mówiło i wciąż mówi, o tym jak wielkie zło niesie za sobą Marsz Niepodległości. Rzecz jasna są to głosy słuszne. Ale marsz ten ma też pewne plusy, na które mało kto chce zwrócić uwagę.

Po pierwsze, Marsz Niepodległości pełni rolę swoistego wentyla. Raz do roku grupa narodowców i FajnoPatrioPolaków rusza do Warszawy pokrzyczeć, potupać i poklaskać. Na filmikach, zwłaszcza filmikach z góry, owszem, wygląda to naprawdę imponująco. Ale nijak nie przekłada się na znaczenie polityczne. Narodowcy, jak byli, tak są planktonem wśród planktonów. O ile w przypadku, dajmy na to stworzonej 3 lata temu Partii Razem, ma ona realne szanse samodzielnie wejść do parlamentu, o tyle narodowcy nie są nawet ujmowani w sondażach. A przecież te marsze trwają już któryś rok z rzędu, przecież taka jest na nich siła.

Tymczasem po marszu co? Nic, kebab na drogę, z buta na Centralny i pociągiem do domu, gdzie o żadnej narodowej partii nie ma mowy bez względu na to, ile wątrób wyrośnie Marianowi i ile kobiet obrazi endek Ziemkiewicz. W tym kontekście marsz jest więc dobry, bo pozwala narodowcom śnić słodki sen o urojonej potędze.

Po drugie, Marsz Niepodległości jest od kilku lat pokojowy. Owszem, taktycznie rzecz biorąc, gdy płonęły auta, wizerunkowo narodowcy mieli same straty. Ale pokojowość marszu pokazuje, jak stosunkowo łatwo te środowisko spacyfikować. Nie trzeba nawet nasyłać sił policyjnych, wystarczy pogrożenie palcem w mediach. Czy wyobraża sobie ktoś, że alterglobaliści z Hamburga, wycofują się, bo niemiecki TVN pokazuje brzydkie filmiki? No właśnie. Stąd i ten narodowy bunt takim buntem jest trochę znudzony. Nie ma w nich autentycznego żaru rewolucyjnego, jest raczej tęsknota rozdygotanej jednostki za przytulaniem i byciem w grupie.

Marsz Niepodległości czerwony od rac. Wznoszą hasła. Marsz Antyfaszystowski już je przerobił [ZDJĘCIA] >>>

Po trzecie, Marsz Niepodległości zaczynem jest mody na alternatywny, nienarodowy patriotyzm. Tak, właśnie, te wszystkie biegi, maratony, inne kotylionowe szaleństwa, powstały jako odpowiedź na marsz narodowców. Wcześniej tego nie było. Paradoksalnie marsz rozbudził więc patriotyczną kontrę, a za czym przyczynił się do odebrania narodowcom monopolu na patriotyzm. Ot, cena sukcesu.

Po czwarte, jest marsz dowodem na faszyzm ruchu narodowego. Ile razy Krzysztof Bosak będzie zaprzeczał, ile razy kolejny narodowiec ulegnie „politycznej poprawności” i pewne sprawy celowo zmilczy, tak suma summarum to właśnie na marszu zawsze wyjdzie szydło z worka. A pośród gości znajdą się i fani białej rasy, i okrzyki Sieg Hiel, i fani Ku Klux Klan – jak donoszą prawicowi dziennikarze – i goście z Forza Nuova, która jawnie odwołuje się do Mussoliniego, który faszyzmu był po prostu twórcą. Dlatego każda wypowiedź Bosaka powinna być przebijana wypowiedziami jego gości z Jobbika o Żydach, a gdy gości z Jobbika zabraknie, dzisiejszą wypowiedzią pewnego pana dla TVP Jacka Kurskiego, który twierdzi, że „maszeruje, by odsunąć od władzy Żydostwo”.

Po piąte, marsz, mimo wszystko, dostarcza dużo śmiechu. Gdyby hasłem „Chcemy Boga” odwoływali się narodowcy tylko do starotestamentowego Boga Jahwe, co wycinał w pień całe plemiona kobiet i dzieci, to można by pewną integralność zrozumieć. Gdy jednak odwołują się do chrześcijańskiego Boga, to jest zrodzonego z pozamałżeńskiego związku, „ciapatego” uchodźcy Jezusa, który mimo swej wszechmocy nawet palcem nie kiwnął w narodowej sprawie wyzwolenia narodu żydowskiego spod rzymskiej okupacji, to można się tylko uśmiechnąć. W końcu, gdyby Jezus odpowiedział na błagania narodowców i zjawił się dziś na marszu, pewnie po 10 minutach musiałby przepraszać, że nie zna polskiego, kolor skóry to ma po matce, i bynajmniej nie chce się wysadzić na, nomen omen, Stadionie Narodowym.

*Galopujący Major. Bloger polityczny. Socjaldemokrata (galopujacymajor.wordpress.com)

Rasistowskie hasła, race i zatrzymania. Jak wyglądały obchody Dnia Niepodległości?

gazeta.pl

Kaczyński o polskiej mikromanii narodowej. „Francuzom zapłacono, Żydom zapłacono, Polakom nie”

Musimy domagać się naszych praw, także tych wynikających z historii oraz odrzucić mikromanię narodową, kompleksy, które nam wmawiano – mówił podczas obchodów Święta Niepodległości w Krakowie prezes PiS Jarosław Kaczyński, nawiązując do kwestii reparacji wojennych.

Prezes PiS podkreślił, że musimy domagać się naszych praw, także tych wynikających z historii.

 Francuzom zapłacono, Żydom zapłacono, wielu innym narodom zapłacono za straty, które ponieśli w II wojnie światowej, Polakom nie i to przyjmowanie tego faktu jako oczywistego to jest element tej mikromanii narodowej, tego kompleksu, który nam wmawiano. Musimy to odrzucić, to jest część także tego samego wielkiego przedsięwzięcia, bo tu chodzi nie tylko o środki materialne, tu chodzi o nasz status, o nasz honor – mówił Kaczyński.

 Dlatego mylą się ci, których można znaleźć i w naszych szeregach, którzy mówią niekiedy, nawet w różnego rodzaju dyplomatycznych wypowiedziach, że to jest tylko taki teatr na użytek wewnętrzny. Nie, to nie jest teatr, to jest nasze żądanie, żądanie całkowicie poważne – dodał prezes PiS.

W wystąpieniu wygłoszonym z okazji obchodów 99 rocznicy odzyskania niepodległości prezes PiS mówił wiele również:

O patriotyzmie

Wskazywał, że konieczny jest proces odbudowy patriotyzmu. – Musimy go kontynuować na różnych poziomach – w działaniach oświaty; w przebudowanie przestrzeni publicznej; w budowie instytucji, które służą temu, by Polacy poczuli się dumni ze swojej historii i tego wszystkiego, co czynimy dziś, z naszego rozwoju, z naszych sukcesów – powiedział.

 Odrzucamy ten ciężki worek kamieni, który nosiliśmy na plecach jako naród po 1989 r.; worek z korupcją, nadużyciami, złodziejstwem, nieuczciwością, niemoralnością i niszczeniem polskiego patriotyzmu, polskiego poczucia wspólnoty – powiedział lider Prawa i Sprawiedliwości.

Jarosław Kaczyński ocenił, że odbudowa „to zadanie na lata”. – Musimy je w ciągu kilkunastu miesięcy zintensyfikować. Obchody tej rocznicy (stulecia odzyskania niepodległości-PAP) to musi być szczególny, wielki czas – powiedział.

O bracie

 Lech Kaczyński on rozpoczął proces odbudowy polskiego patriotyzmu, patriotyzmu, który był niszczony, fałszowany w okresie PRL, później – już zupełnie wprost – niszczony i to był paradoks swego czasu, po roku ’89 – powiedział szef PiS.

O niepodległości

Kaczyński zwrócił uwagę, że „pierwszą niepodległością”, tzn. po 1918 roku cieszyliśmy się bardzo krótko.

– Później przyszła niewola, pół wieku niewoli (…) niewoli, którą stworzyły dwa totalitaryzmy, totalitaryzm niemiecki ze swoimi monstrualnymi zbrodniami, a później komunizm. W pierwszej fazie okrutny, ludobójczy wręcz, później łagodniejszy, ale ciągle będący jednak niewolą – dodał prezes PiS.

Jego zdaniem, zadane wówczas Polakom rany „jeszcze trwają, jeszcze ciągle nie są zabliźnione”. – Ta choroba, którą wtedy szerzono, nie jest jeszcze ciągle wyleczona i naszym zadaniem, które jest związane z całym tym wielkim przedsięwzięciem, jakim jest dobra zmiana, a także zadaniem szczególnie związanym ze stuleciem niepodległości, które będziemy obchodzili za rok, jest uczynić wszystko, by ten proces zabliźniania ran, leczenia tej choroby następowało możliwie szybko – podkreślił Kaczyński.

O roku 1918

Prezes PiS podkreślał, że także przed 1918 r. myślano, pisano, planowano traktaty polityczne, przygotowywano różnego rodzaju działania, by odzyskać niepodległość. Zaznaczał, że wówczas na ogół zastanawiano się nad tym, jakie są szanse i wtedy przegrywaliśmy.

 Dlaczego 99 lat temu Polacy zdołali wygrać? Bo tym zwycięstwem nie była tylko polska niepodległość, był fakt, że stworzyliśmy duże polskie państwo (…), a przecież proponowano nam znacznie mniej, (…) Jaka była różnica więc w porównaniu z tym, co działo się wcześniej, począwszy od powstania kościuszkowskiego? Otóż wydaje się, że ta różnica polegała na tym, że tym razem wysiłki politycznych elit były połączone z wysiłkami dużo szerszymi lub dużo większych części społeczeństwa – ocenił Kaczyński.

Prezes PiS podkreślał, że wówczas udało się w jakiś sposób odbudować polską świadomość narodową, uczynić czymś znacznie szerszym.

dziennik.pl

Coście uczynili z tą krainą

11.11.2017
sobota

TVP Info wysłało pracownika, by relacjonował marsz narodowców. Pracownik po wstępnym monologu – „o tu jest pan z biało-czerwoną flagą” – spytał owego pana, jak rozumie współczesny patriotyzm.

– Żeby odsunąć żydostwo od władzy – odparł patriota. Pracownik TVP Info lekko się zmieszał, nie dopytywał, kogo konkretnie patriota miał na myśli. Ale zagadnął stojącą obok kobietę. – Cezary ma rację – odrzekła patriotka.

To jakoś tam zrozumiałe. Gdzie łatwiej o antysemitów niż na pochodzie spadkobierców zafascynowanych faszyzmem antysemickich organizacji? Gdzie łatwiej o rasistowskie transparenty o „białej Europie”?

Ale, mimo wszystko, zachowanie mediów publicznych dziwi. Przez kolejne półtorej godziny w TVP Info przewinęło się z pół tuzina komentatorów, nieodmiennie zachwyconych „radosnym patriotycznym pochodem”. Do udziału w marszu kilkakrotnie zachęcali pracownicy telewizji publicznej. Taki klimat, takie czasy, gdy finansowana przez podatników telewizja umizguje się do najbrzydszych polskich tradycji. Czasy, gdy autorytet prawicy, aparatczyk PZPR Marek Król, nazywa Jedwabne „nieistotnym fragmencikiem polskiej historii”.

To w ogóle jest smutny dzień, to święto. Bardzo uważnie słuchałem apelu pamięci na pl. Piłsudskiego. Fragment dotyczący ofiar katastrofy smoleńskiej był dłuższy niż łączne wzmianki o Piłsudskim, Dmowskim, Paderewskim, Daszyńskim, Korfantym i Witosie.

Ofiary Katynia – ponad 20 tysięcy zamordowanych – zostały wymienione raz, jako cel podróży ofiar katastrofy 10 kwietnia.

Nawet ironizować się nie chce. Trzeba przeczekać i posprzątać.

szacki.blog.polityka.pl

Kaczyński „buduje hipernacjonalizm”

11 listopada 2017

To bardzo błędna polityka oddzielająca Polskę od najważniejszych partnerów i sojuszników, polityka samoizolowania Polski – powiedział w „Faktach po Faktach” w TVN24 Włodzimierz Cimoszewicz. Były premier i marszałek Sejmu skomentował w ten sposób słowa Jarosława Kaczyńskiego, który stwierdził, że domaganie się reparacji wojennych przez Polskę „jest całkiem poważnym żądaniem”.

(tvn24.pl)

%d blogerów lubi to: