Profesor Magdalena Środa wypowiedziała się na temat ministra Jarosława Gowina.

Demokratyczna opozycja jednoczy się pod patronatem Strajku Kobiet. Plany: obronić sądy, media i prawa kobiet

Michał Wilgocki, 29 lipca 2017

KORNELIA GŁOWACKA-WOLFx

Opozycja parlamentarna, pozaparlamentarna i organizacje obywatelskie łączą siły. Koalicja Prodemokratyczna działająca pod patronatem Strajku Kobiet chce się skupić na obronie trzech frontów: sądownictwa, wolności słowa i mediów, a także praw kobiet.

Na spotkanie w Warszawie przyszli przedstawiciele opozycji sejmowej (PO i Nowoczesna), pozaparlamentarnej (Razem, Inicjatywa Polska, SLD, Zieloni, Inicjatywa Feministyczna). Byli też przedstawicielki Strajku Kobiet, Obywatele RP, Komitet Obrony Demokracji, Obywatele Solidarni w Akcji, Dziewuchy Dziewuchom, stowarzyszenie TAMA, Kolektyw Czarne Szmaty i Śląskie Perły.

– Podsumowaliśmy nasze dotychczasowe działania i przygotowaliśmy plan na kolejne dwa miesiące – mówi „Wyborczej” Marta Lempart. – Jeszcze przed wrześniowym posiedzeniem Sejmu chcemy zorganizować obywatelski okrągły stół i wspólnie wypracować 10 postulatów dotyczących reformy wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście, jeżeli PiS będzie próbował odrzucić weto w parlamencie, natychmiast zareagujemy odpowiednio, tak jak to robiłyśmy do tej pory, na przykład protestami. Chcemy być zawsze tam, gdzie są podejmowane decyzje – przed Sejmem, Senatem, Pałacem Prezydenckim, Trybunałem Konstytucyjnym albo na Nowogrodzkiej.

„Trzeba działać z partiami opozycyjnymi. One bez obywateli i obywatelek nie wygrają wyborów”. Jarosław Kurski komentuje ostatnie protesty

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,22162055,video.html

Przedstawiciele wszystkich organizacji ustalili, że w najbliższym czasie połączą siły z Akcją Demokracja, która zaplanowała spotkania, podczas których będzie tłumaczyć zagrożenia płynące z jedynej niezawetowanej przez prezydenta ustawy – o ustroju sądów powszechnych.

– Postaramy się w jak największym stopniu nagłośnić to, co grozi każdemu obywatelowi, który będzie miał po tej nowelizacji do czynienia z sądami – dodaje Marta Lempart.

Koalicja jest też przygotowana na to, że w każdej chwili PiS może zabrać się do zaostrzenia prawa aborcyjnego. Może to zrobić na dwa sposoby: jeden z nich to poparcie obywatelskiego projektu ustawy zakazującego aborcji w przypadku ciężkiego upośledzenia płodu (to dłuższa droga, bo pod tym projektem nie zostały jeszcze zebrane podpisy). Drugi sposób to rozprawa przed Trybunałem Konstytucyjnym. Wniosek w sprawie niekonstytucyjności usuwania ciąży w przypadku ciężkiej choroby płodu zgłosiła grupa posłów PiS. Koalicja Prodemokratyczna planuje protesty, jeżeli PiS spróbuje zrealizować któryś z wariantów. Włącza się także w zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem „Ratujmy kobiety” liberalizującym prawo aborcyjne.

Kolejny postulat dotyczy języka. Na spotkaniu przedstawiciele Nowoczesnej zadeklarowali, że złożą nowelizację ustawy o języku polskim, tak żeby praktyka stosowania języka wrażliwego na płeć (chodzi m.in. o żeńskie końcówki) została potwierdzona jako ustawowa norma.

– Zapraszamy też do rozmów przedstawicieli redakcji mediów komercyjnych, za które – jak zapowiedziała posłanka Krystyna Pawłowicz – PiS weźmie się po wakacjach. Będziemy je namawiać do wspólnej akcji protestacyjnej. Będziemy również pilnować mediów publicznych, które nie spełniają obecnie swojej misji. Rozważamy różne metody – łącznie z wstępowaniem na drogę prawną i apelami do reklamodawców – dodaje Marta Lempart.

Koalicja zachęca również do tego, żeby cyklicznie, być może nawet raz w tygodniu, spotykać się w terenie, przed biurami parlamentarzystów PiS. Liczy, że w ten sposób dotrze do kilkunastu polityków, którzy wahają się w poparciu dla „dobrej zmiany”.

wyborcza.pl

Donald Tusk zabiera głos w sprawie przesłuchania. Przestrzega: „Wielki spacer będzie długi”

WB, 29.07.2017

Przywitanie Donalda Tuska na dworcu

Przywitanie Donalda Tuska na dworcu (Fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta)

Zwolennicy Donalda Tuska szykują się na jego przyjazd do Warszawy. Chcą razem z nim spacerować w okolicy Prokuratury Rejonowej, gdzie ma być przesłuchany. Były premier odpowiedział na tę inicjatywę.

Donald Tusk został wezwany na przesłuchanie przez prokuraturę na 3 sierpnia. Jak poinformował jego pełnomocnik Roman Giertych, chodzi o śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej.

Gdy informacja o przesłuchaniu wyszła na jaw, w sieci pojawiły się apele o huczne przywitanie Tuska w Warszawie. „Wielki spacer” miał odbyć się w dniu jego przyjazdu na ulicy Rakowieckiej, gdzie znajduje się gmach Prokuratury Rejonowej.

Tusk w pierwszym od pamiętnego oświadczenia – wpisie na Twitterze podziękował za wsparcie, ale zaapelował, by zachować siły, bo „Wielki Spacer będzie długi” i „nie brać na siebie ciężarów przeszłości”.

W kwietniu Donald Tusk zeznawał w śledztwie dotyczącym współpracy Służby Kontrwywiadu Wojskowego z rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa. Już wtedy śledczy z pionu wojskowego zapewnili, że nie ma potrzeby wzywania go na kolejne przesłuchanie w tej sprawie.

Wówczas przewodniczący RE był witany już na Dworcu Centralnym (jechał z Gdańska), a następnie odprowadzony przez tłum przed budynek prokuratury. Przesłuchanie trwało wiele godzin, a mimo to wiele osób oczekiwało na wyjście Tuska.

Tłumy witają Donalda Tuska. Jedni krzyczą: „Sto lat!”, inni „Będziesz siedzieć!”

http://www.gazeta.tv/plej/19,150682,21657593,video.html

gazeta.pl

Błaszczak i Szyszko, ministrowie niegodni funkcji są winni kryzysów

Błaszczak i Szyszko, ministrowie niegodni funkcji są winni kryzysów

Bezprawne działania władzy PiS wcale mnie nie dziwią. Społeczeństwo obywatelskie i opozycja parlamentarna są śledzone i na podsłuchach. Inaczej nie potrafią utrzymać władzy. Protesty lipcowe były największymi po 1982 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego; po odzyskaniu suwerenności nie mieliśmy do czynienia z takim wyraźnie powiedzianym przez Polaków – „nie”.

Protesty lipcowe nie były partyjne – choć parlamentarne partie opozycyjne organizowały swoje – społeczeństwo obywatelskie i to najmłodsze, które zna poprzedni reżim z relacji rodzinnych i środowiskowych powiedziało – „dość”. Opór zwykle ma charakter lawiny, wystarczy ruszenie jednego newralgicznego elementu i rusza protest z łoskotem, aby pod zwałami pogrzebać – w naukach społecznych – winnych kryzysu.

Nie od rzeczy, nie od parady sprawcami tego kryzysu, są marni ludzie PiS. Nikt mnie nie przekona, iż od przeciętności – w znaczeniu nijakości – różni się Mariusz Błaszczak czy Jan Szyszko. To są ludzie niewidzialni, gdyby byli dla nas anonimowi i gdyśmy ich spotkali podczas jakiegoś działania, nie zostałaby zatrzymana na nich żadna uwaga, tak jak nie zauważamy nicości, braku.

Wybrakowanie nam przeszkadza w chwili, gdy staje się normą, gdy jest narzucone przez zbieg okoliczności, w tym wypadku splot zdarzeń politycznych. Wybrakowana postać Błaszczaka szczególnie razi, bo on nawet wypowiada się w mediach.

Piszę o tych dwóch nijakich ludziach PiS przy okazji dwóch drobnych, ale znamiennych zdarzeń, mających w sobie modus operandi PiS.

Ministerstwo Błaszczaka (MSWiA) wystosowało do Fundacji Wolnych Obywateli RP (szefuje jej Paweł Kasprzak) groźbę w formie pisma i to taką, iż można podejrzewać, że ktoś odpowiedzialny za sformułowania w tym straszeniu w piśmie nie zna języka polskiego. Tak było – pamiętam: za komuny – też mieli tamci ciemniacy problem z językiem polskim.

Obywatelom RP wytyka się blokowanie – jak piszą z ministerstwa Błaszczaka w języku mało polskim – „zgromadzenia publicznego odbywającego się w celu oddania hołdu Ofiarom katastrofy smoleńskiej”.

Hołd składa się – mistrze od gadżetu różańca – bóstwom, albo władzy feudalnej. Nie składa się ofiarom, składa się ofiary. Nie można złożyć hołdu tym, którzy przyczynili się pośrednio i bezpośrednio do katastrofy. Jarosław Kaczyński swoją pokrętnością stworzył fakt zakłamania – nazywany mitem smoleńskim – iż jego brat „poległ”. Tak! Poległ na nieprzestrzeganiu procedur i mając niepohamowany pęd do reelekcji prezydenckiej.

I tego rodzaju zakłamaniu stoją na drodze Obywatele RP, stoją przeciw zakłamywaniu Polski. Zaś„zgromadzenie od hołdu” jest coraz droższe. Liczą na to – to mój apel do władz policji – iż zachowają dokumenty, w których zleca się chronienie Jarosława Kaczyńskiego, odczyniającego jakieś „hołdy”na Krakowskim Przedmieściu i z tego miejsca centralnego w kraju robiącego prywatne uroczysko. Jeżeli zlecenie na chronienie „hołdu” wypłynęło od Błaszczaka, to on powinien za ochronę „hołdu”zapłacić. Ostatni „hołd” kosztował przeszło 700 tys. zł, a policjanci nie dojadali. Gdybym wiedział, to podzieliłbym się wolnymi kanapkami, bo miałem przy sobie.

To Obywatelom RP należy się pomnik na Krakowskim Przedmieściu ze szczególnym uwzględnieniem Kasprzaka, bo bronią nas przed paranoją smoleńską i przed „geniuszem” od kanalii i zdradzieckich mord.

Za to w przyszłości Błaszczak musi zapłacić nie tylko majątkiem, ale też paragrafami, aby Polska była normalna. Nie po to nasi przodkowie – a moi od zawsze, od kiedy zapisywana jest historia ojczyzny – walczyli z wrogami, a takich ciurów Błaszczaków – bo jest takim obozowym brakiem – karano za niszczenie porządku w taborach.

I drugi nijaki Jan Szyszko, stosujący modus operandi PiS. Trybunał Sprawiedliwości UE nakazał – czyli nakaz sankcjonowany może być karą finansową – zaprzestanie dalszej wycinki Puszczy Białowieskiej. Następnego dnia po nakazie do Puszczy udał się operator Polsat News, a tam został pobity, zaś kamera odebrana mu i zniszczono nagranie.

Czy operator filmował wycinkę, której nie zaprzestano, czy robił zdjęcia wspaniałej przyrody niszczonej przez Szyszkę, jest obojętne, ale to wskazuje z jaką władzą mamy do czynienia. Niekompetentną, nieodpowiedzialną, bo ministrami są ludzie tak przeciętni, iż nie znając ich nie zwrócilibyśmy na nich uwagi.

Zostali wywyższeni nie mając kompetencji ani żadnych zasług, tacy ludzie – Błaszczak i Szyszko – wszystko zrobią, aby utrzymać się w siodle. To nie jest władza, to są przedstawiciele nieporozumienia, ciury obozowe, które nie powinny pokazywać się nikomu na oczy, bo zwykle coś zmalują niegodnego miana Polaka.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Czy czarna dziura pochłonie Andrzeja Dudę?

Prezydent postawił jeden krok ku swobodzie, ale jeszcze nie wyrwał się z pola grawitacyjnego PiS.

Podstawowe pytanie polskiej polityki brzmi dziś: co zrobi Andrzej Duda? Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek w ostatnich latach tak wiele zależało od trzeźwości umysłu jednego człowieka. I od jego psychicznej odporności na naciski i groźby.

Zgłaszając weto do dwóch ustaw sądowych, prezydent wyruszył w drogę bez powrotu. Tak podpowiada logika. W obozie politycznym kierowanym przez Jarosława Kaczyńskiego nie czeka go już żadna przyszłość polityczna. Nawet gdyby się pokajał, posypał głowę popiołem i padł na kolana, nie ma najmniejszych szans, by PiS ponownie wystawił jego kandydaturę w kolejnych wyborach prezydenckich. Prezes ani nie zapomni, ani nigdy nie wybaczy mu zdrady, jakiej się dopuścił blokując PiS-owską szarżę na Sąd Najwyższy i Krajową Radę Sądownictwa, a w konsekwencji utrudniając realizację także innych zamierzeń rządzących. Dopóki PiS nie ma kontroli nad wymiarem sprawiedliwości, nie bardzo może przejąć prywatne media, których właściciele z pewnością będą się odwoływać od bezprawnych decyzji do sądów.

Kaczyński, gdyby mógł, pewnie poszedłby dziś przed Pałac Prezydencki, by pokazać tej „zdradzieckiej mordzie i kanalii”, co o niej myśli (swoją drogą, z niecierpliwością czekam na kolejną miesięcznicę smoleńską, ogromnie jestem ciekaw, co też pan prezes powie przed siedzibą prezydenta). Jednak nie bardzo może sobie na to pozwolić. Konstytucyjne uprawnienia sprawiają, że Duda trzyma go w szachu. Dlatego politycy PiS przez zaciśnięte zęby mówią, że czekają na prezydenckie projekty ustaw sądowych. Nie podnoszą głosu ani nie szczerzą kłów, ale pod tą maską udawanego spokoju widać kipiące emocje. Gdyby mogli, wywlekliby zdrajcę z pałacu i rozszarpali go na strzępy. Logika mówi więc, że zerwanie jest nieodwracalne.

Pytanie tylko, czy Andrzej Duda ma tego pełną świadomość. Czy nie ulegnie psychicznej presji i pokusie udobruchania towarzyszy, którzy przez lata stanowili jego partyjne otoczenie. Czy zdaje sobie sprawę, że jeśli chce ocalić skórę, nie tylko nie może się cofnąć, ale nawet nie może zatrzymać się w miejscu, w którym dziś stoi. Musi wykonać kolejne kroki ku politycznej suwerenności, dalej rozluźniając więzy łączące go z dawnym środowiskiem i przełamując lody w stosunkach z opozycją. To dla niego jedyna szansa.

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy prezydent to sobie uświadamia i czy gotów jest wyciągnąć z tego praktyczne konsekwencje. Wszystkie jego dotychczasowe działania i deklaracje mają charakter połowiczny. Zawetował dwie ustawy sądowe, ale już nie trzecią. Powiedział, że Sąd Najwyższy nie może podlegać prokuratorowi, ale nie powiedział, że nie może też podlegać prezydentowi. Nie przyznał, że PiS-owskie projekty ustaw były sprzeczne z Konstytucją. Zapowiedział, że przygotowując nowe projekty, będzie się konsultować ze środowiskiem prawniczym, ale od razu uprzedził, że wiele osób będzie z tych projektów niezadowolonych.

Wygląda na to, że Andrzejowi Dudzie marzy się stworzenie alternatywnego PiS-u o ludzkiej twarzy – obozu prawicowego, który reprezentując ten sam system wartości, wolny byłby od radykalizmu i bolszewickich zapędów, które ostatnio w coraz większym stopniu dominują w działaniach Jarosława Kaczyńskiego.

Sympatię do tego projektu niedwuznacznie zademonstrował Kościół. List przewodniczącego konferencji Episkopatu abp Stanisława Gądeckiego do prezydenta z podziękowaniem za weto nie pozostawia w tej kwestii wątpliwości. Poparcie okazuje też część prawicowych publicystów (np. Rafał Ziemkiewicz, Paweł Lisicki czy Piotr Zaremba) oraz politycznych autorytetów (np. Jan Olszewski).

To jednak stanowczo za mało, by pomysł powołania obozu stanowiącego polityczne zaplecze Andrzeja Dudy mógł liczyć na powodzenie. Nic nie wskazuje na to, by wśród obecnych parlamentarzystów i polityków PiS znalazła się duża grupa chętnych do zmiany barw klubowych na prezydenckie. Duda może liczyć, co najwyżej, na pojedyncze transfery, a nie na wielki exodus, przypominający np. powołanie Platformy Obywatelskiej, kiedy to liderzy nowo powstającego ugrupowania wyprowadzili z Unii Wolności większość aktywów. Kilkanaście czy nawet trzydzieści szabel w Sejmie to za mało, by prezydent mógł czuć się bezpiecznie jako samodzielny podmiot polityczny.

Wiele wskazuje na to, że w Polsce na prawicy obok PiS-u nie ma miejsca na inne ugrupowanie o mniej radykalnym obliczu. W przeszłości taką partię – o nazwie Polska Jest Najważniejsza – próbował powołać Paweł Kowal i ta próba też zakończyła się klapą. PiS odgrywa na polskiej prawicy rolę czarnej dziury – te niewidoczne ciała niebieskie o gigantycznej grawitacji są swoistymi kosmicznymi odkurzaczami, wysysającymi całą materię z otaczającej ich przestrzeni. W ich polu przyciągania nie ostanie się nic.

Jeśli więc Andrzej Duda nie chce skończyć jak kometa, która na chwilę rozbłysła i zgasła, ponownie wciągnięta w lej PiS-owskiej czarnej dziury i sprasowana w jej wnętrzu, musi się wyrwać z jej pola grawitacyjnego. Jak najszybciej i jak najdalej. A to niechybnie oznacza też zbliżenie się do innych układów planetarnych w tym rejonie nieba.

Czy prezydent ma tego świadomość? I czy będzie miał dość odwagi, by ocieplić relacje z dotychczasowymi politycznymi wrogami?

Przekonamy się w najbliższych tygodniach. Zobaczymy, kogo prezydent zaprosi do prac nad projektami ustaw sądowych i jaki kształt przybiorą te dokumenty. Jeśli będą przypominać wcześniejszą wersję, którą napisali ludzie Ziobry, a główna różnica będzie polegać na tym, że nadzór nad sądami będzie sprawować prezydent, a nie prokurator generalny, oznaczać to będzie, że droga ku suwerenności Andrzeja Dudy zakończyła się po jednym połowicznym kroku.

koduj24.pl

Tusk wezwany do prokuratury na 3 sierpnia. Giertych potwierdza. Chodzi o Smoleńsk

dafa, raq, 26.07.2017

Donald Tusk

Donald Tusk (Efrem Lukatsky (AP Photo/Efrem Lukatsky))

Donald Tusk został wezwany na przesłuchanie przez prokuraturę – podaje TVN 24. Informację potwierdził pełnomocnik szefa Rady Europejskiej Roman Giertych.

 

Giertych powiedział w rozmowie z TVN24, że „sprawa dotyczy Smoleńska”. Zapowiedział, że szef Rady Europejskiej najprawdopodobniej stawi się w Prokuraturze Krajowej 3 sierpnia.

– Pan przewodniczący stawi się w przyszłym tygodniu, jeżeli nie pojawią się jakieś inne nieprzewidziane okoliczności. Mam nadzieję, że to przesłuchanie przebiegnie w dobrej atmosferze w tym znaczeniu, że będzie szybsze niż poprzednie – powiedział Giertych.

Pytany, w związku z jaką sprawą Tusk został wezwany do prokuratury, Giertych powiedział: – Nie wiemy, o co będzie pytał pan prokurator, ale wiemy z innych informacji, że sprawa dotyczy Smoleńska. – Sądzę, że ten termin i poprzedni był skorelowany z planami obozu rządzącego dotyczącymi zmian w systemie wymiaru sprawiedliwości – dodał pełnomocnik Tuska.

W kwietniu Donald Tusk zeznawał w śledztwie dotyczącym współpracy Służby Kontrwywiadu Wojskowego z rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa. Już wtedy śledczy z pionu wojskowego zapewnili, że nie ma potrzeby wzywania go na kolejne przesłuchanie w tej sprawie.

Już w lipcu prokuratura postanowiła wezwać Tuska w związku ze śledztwem smoleńskim. Jak wyjaśniała w rozmowie z TVN24 rzeczniczka Prokuratury Krajowej, chodziło o wątek „w sprawie niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych m.in. poprzez niewnioskowanie i nieuczestniczenie w wykonywanych w Rosji sekcji zwłok ofiar katastrofy oraz poprzez nienakazanie powtórnego przeprowadzenia tych czynności w Polsce”.

Przesłuchanie miało się odbyć 5 lipca, ale szef Rady Europejskiej oświadczył, że nie stawi się ze względu na swoje obowiązki. W późniejszym czasie miał zostać ustalony inny termin.

Tłumy witają Donalda Tuska. Jedni krzyczą: „Sto lat!”, inni „Będziesz siedzieć!”

http://www.gazeta.tv/plej/19,150682,21657593,video.html

 

gazeta.pl

Bruksela daje Polsce 30 dni na wyjaśnienie zmian w sądach. MSZ odpowiada: Będą złe emocje

dafa, 29.07.2017

Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans

Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans (Geert Vanden Wijngaert (AP Photo/Geert Vanden Wijngaert))

Komisja Europejska rozpoczęła postępowanie przeciwko Polsce o naruszenie unijnego prawa w związku z przyjętą ustawą o sądach powszechnych. Oficjalne pismo w tej sprawie zostało wysłane do władz w Warszawie. Polska ma miesiąc na przysłanie odpowiedzi i odniesienie się do zarzutów.

O zastrzeżeniach do ustawy mówił kilka dni temu wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans. Podkreślił, że ustawy zmieniające sądownictwo w Polsce są niezgodne z konstytucją i unijnymi traktatami. Zwrócił też uwagę, że KE nie kwestionuje konieczności reformy sądownictwa. – Ale powinna być ona przeprowadzona zgodnie z konstytucją i tym, co wynika z traktatów europejskich – powiedział.

Wtedy też zapowiedział, że z chwilą jej publikacji w Dzienniku Ustaw Komisja rozpocznie postępowanie o naruszenie unijnego prawa.

Wpływ ministra na sędziów

Komisja wskazała jednoznaczne przekroczenie unijnych przepisów przy zróżnicowaniu wieku emerytalnego sędziów ze względu na płeć. O prawie do dalszej pracy już po osiągnięciu tego wieku ma, zgodnie z ustawą, decydować minister sprawiedliwości. Według Komisji takie uprawnienia ministra, jak również te do odwoływania i powoływania prezesów sądów podważy niezależność polskiego wymiaru sprawiedliwości.

„Nowe przepisy umożliwiają ministrowi sprawiedliwości wywieranie wpływu na poszczególnych sędziów sądów powszechnych, w szczególności poprzez mało precyzyjne kryteria przedłużania ich kadencji, co podważa zasadę nieusuwalności sędziów” – brzmi oświadczenie Komisji Europejskiej.

Miesiąc na wyjaśnienia

Teraz Polska ma miesiąc na przysłanie wyjaśnień i odpowiedzi na zarzuty Brukseli. Jeśli te wyjaśnienia będą nie wystarczające Komisja wyśle drugie upomnienie, a jeśli i późniejsze wyjaśnienia nie przyniosą rozstrzygnięcia sporu na linii Bruksela – Warszawa, Komisja skieruje pozew do unijnego Trybunału Sprawiedliwości, który może zasądzać kary finansowe.
Wiceszef Komisji Frans Timmermans ponownie zaprosił ministrów spraw zagranicznych i sprawiedliwości na spotkanie w Brukseli w dogodnym dla nich terminie.

Rzecznik rządu odpowiada

Rafał Bochenek powiedział, że wszczęcie postępowania jest „nieuzasadnione”. Podkreślił jednocześnie, że wszelkie zmiany wprowadzane ustawą o ustroju sądów powszechnych mają usprawnić postępowanie i wprowadzić lepsze gwarancje procesowe dla uczestników postępowań.

Jego zdaniem, zróżnicowanie wieku emerytalnego sędziów ze względu na płeć, które jest wprowadzane w ustawie o ustroju sądów powszechnych i dotyczą przede wszystkim kwestii związanych z wiekiem emerytalnym sędziów są związane i podyktowane przede wszystkim tym, że również powszechny wiek emerytalny w Polsce został obniżony. – Chodzi o zachowanie równych praw zarówno zwykłych obywateli jak i również tych, którzy wykonują zawód sędziego podkreślił Rafał Bochenek.

Rzecznik rządu podkreślił również, że zmiany dotyczące powoływania prezesów sądów przez ministra sprawiedliwości nie są uderzeniem w niezależność sądownictwa. Tłumaczył, że wszelkie regulacje dotyczące prezesów sądów odnoszą się tylko do sfery administracyjnej i organizacyjnej. Jak dodał, nie mają żadnego wpływu na sferę orzeczniczą i nie odnoszą się w żadnym stopniu do kwestii związanych z niezależnością i niezawisłością sędziów i sądów.

„Będzie dużo złych emocji”

Z kolei szef MSZ Witold Waszczykowski w rozmowie z wPolityce.pl ocenił, że przez kilka miesięcy w obustronnych stosunkach będzie „dużo złych emocji i  negatywnej atmosfery”. – Nie dojdzie do dyskusji, czy też głosowania w sprawie Polski na Radzie Europejskiej, ponieważ węgierski przywódca zapowiedział, że nie dopuści do takiego głosowania. W związku z tym zakładam, że przywódcy europejscy pójdą po rozum do głowy i w którymś momencie odpuszczą – ocenił minister.

Przyznał, że sprawa może trafić do trybunałów przy UE. – Komisja Europejska, Parlament Europejski bądź inna instytucja, będzie wnosić sprawy do trybunału. Ale ta procedura jest długotrwała, toczy się wiele lat – dodał.

KE stawia ultimatum w sprawie sądów. Daje Polsce miesiąc. Grozi „opcją atomową”

http://www.gazeta.tv/plej/19,150682,22152725,video.html

gazeta.pl

Błaszczak i Szyszko, wywyższone ciury winne kryzysów 

Bezprawne dzialania władzy PiS wcale mnie nie dziwią. Społeczeństwo obywatelskie i opozycja parlamentarna są śledzone i na podsłuchach. Inaczej nie potrafią utrzymać władzy. Protesty lipcowe były największymi po 1982 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego; po odzyskaniu suwerenności nie mieliśmy do czynienia z takim wyraźnie powiedzianym przez Polaków – „nie”.

Protesty lipcowe nie były partyjne – choć parlamentarne partie opozycyjne organizowały swoje – społeczeństwo obywatelskie i to najmłodsze, które zna poprzedni reżim z relacji rodzinnych i środowiskowych powiedziało – „dość”. Opór zwykle ma charakter lawiny,  wystarczy ruszenie jednego newralgicznego elementu i rusza protest z łoskotem, aby pod zwałami pogrzebać – w naukach społecznych – winnych kryzysu.

Nie od rzeczy, nie od parady sprawcami tego kryzysu, są marni ludzie PiS. Nikt mnie nie przekona, iż od przeciętności – w znaczeniu nijakości – różni się Mariusz Błaszczak, czy Jan Szyszko. To są ludzie niewidzialni, gdyby byli dla nas anonimowi i gdyśmy ich spotkali podczas jakiegoś działania, nie zostałaby zatrzymana na nich żadna uwaga, tak jak nie zauważamy nicości, braku.

Wybrakowanie nam przeszkadza w chwili, gdy staje się normą, gdy jest narzucone przez zbieg okoliczności, w tym wypadku splot zdarzeń politycznych. Wybrakowana postać Błaszczaka szczególnie razi, bo on nawet wypowiada się w mediach.

Piszę o tych dwóch nijakich ludziach PiS przy okazji dwóch drobnych, ale znamiennych zdarzeń, mających w sobie modus operandi PiS.

Ministerstwo Błaszczaka (MSWiA) wystosowało do Fundacji Wolnych Obywateli RP (szefuje jej Paweł Kasprzak) groźbę w formie pisma i to taką, iż można podejrzewać, że ktoś odpowiedzialny za sformułowania w tym straszeniu w piśmie nie zna języka polskiego. Tak było – pamiętam: za komuny – też mieli tamci ciemniacy problem z językiem polskim.

Obywatelom RP wytyka się blokowanie – jak piszą z ministerstwa Błaszczaka w języku mało polskim  – „zgromadzenia publicznego odbywającego się w celu oddania hołdu Ofiarom katastrofy smoleńskiej”.

Hołd składa się – mistrze od gadżetu różańca – bóstwom, albo władzy feudalnej. Nie składa się ofiarom, składa się ofiary. Nie można złożyć hołdu tym, którzy przyczynili się pośrednio i bezpośrednio do katastrofy. Jarosław Kaczyński swoją pokrętnością stworzył fakt zakłamania – nazywany mitem smoleńskim – iż jego brat „poległ”. Tak! Poległ na nieprzestrzeganiu procedur i mając niepohamowany pęd do reelekcji prezydenckiej.

Ofiarami Lecha Kaczyńskiego jest 95 osób. Proszę zauważyć, iż nie nazywam brata Jarosława K. seryjnym odpowiedzialnym za ofiary smoleńskie – a powinienem.

I tego rodzaju zakłamaniu stoją na drodze Obywatele RP, stoją przeciw zakłamywaniu Polski. Zaś „zgromadzenie od hołdu” jest coraz droższe. Liczą na to – to mój apel do władz policji – iż zachowają dokumenty, w których zleca się chronienie Jarosława Kaczyńskiego, odczyniającego jakieś „hołdy” na Krakowskim Przedmieściu i z tego miejsca centralnego w kraju robiącego prywatne uroczysko. Jeżeli zlecenie na chronienie „hołdu” wypłynęło od Błaszczaka, to on powinien za ochronę „hołdu” zapłacić. Ostatni „hołd” kosztował przeszło 700 tys. zł, a policjanci nie dojadali. Gdybym wiedział, to podzieliłbym się wolnymi kanapkami, bo miałem przy sobie.

To Obywatelom RP należy się pomnik na Krakowskim Przedmieściu ze szczególnym uwzględnieniem Kasprzaka, bo bronią nas przed paranoją smoleńską i przed „geniuszem” od kanalii i zdradzieckich mord.

Za to w przyszłości Błaszczak musi zapłacić nie tylko majątkiem, ale też paragrafami, aby Polska była normalna. Nie po to nasi przodkowie – a moi od zawsze, od kiedy zapisywana jest historia ojczyzny – walczyli z wrogami, a takich ciurów Błaszczaków – bo jest takim obozowym brakiem – karano za niszczenie porządku w taborach.

I drugi nijaki Jan Szyszko, stosujący modus operandi PiS. Trybunał Sprawiedliwosci UE nakazał – czyli nakaz sankcjonowany może być karą finansową – zaprzestanie dalszej wycinki Puszczy Białowieskiej. Następnego dnia po nakazie do Puszczy udał się operator Polsat News, a tam został pobity, zaś kamera odebrana mu i zniszczono nagranie.

Czy operator filmował wycinkę, której nie zaprzestano, czy robił zdjęcia wspaniałej przyrody niszczonej przez Szyszkę, jest obojętne, ale to wskazuje z jaką władzą mamy do czynienia. Niekompetentną, nieodpowiedzialną, bo ministrami są ludzie tak przeciętni, iż nie znając ich nie zwrócilibyśmy na nich uwagi.

Zostali wywyższeni nie mając kompetencji, ani żadnych zasług, tacy ludzie – Błaszczak i Szyszko – wszystko zrobią, aby utrzymać się w siodle. To nie jest władza, to są przedstawiciele nieporozumienią, ciury obozowe, które nie powinny pokazywać się nikomu na oczy, bo zwykle coś zmalują niegodnego miana Polaka.

Ministerstwo Błaszczaka straszy fundację. Grozi jej zawieszeniem za blokowanie miesięcznic

Natalia Bet, 29.07.2017

Mariusz Błaszczak i komendant główny policji Jarosław Szymczyk

Mariusz Błaszczak i komendant główny policji Jarosław Szymczyk (LUKASZ CYNALEWSKI/AG)

Fundacja Wolni Obywatele RP dostała od Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji ultimatum. Jeśli „nie usunie uchybień”, zarząd organizacji może zostać zawieszony.

O piśmie, które MSWiA wystosowało do fundacji, poinformowano na stronie internetowej organizacji. Ministerstwo wytyka Wolnym Obywatelom RP blokowanie – jak pisze – „zgromadzenia publicznego odbywającego się w celu oddania hołdu Ofiarom katastrofy smoleńskiej”.

Fundacja wzywa do aktów naruszania prawa, a w swej działalności znieważa legalnie i demokratycznie działające organy władzy publicznej

– napisano w urzędowym piśmie. Podpisał się pod nim Krzysztof Falkowski, dyrektor departamentu zezwoleń i koncesji. Chodzi dokładnie o demonstracje podczas miesięcznic smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

Przeczytaj także: Policja śledziła Petru i Obywateli RP. Mamy oświadczenie policji: „chodziło o bezpieczeństwo”

14 dni na poprawę

Na „usunięcie uchybień” dano członkom fundacji dwa tygodnie. Jeśli ono nie nastąpi, MSWiA zapowiada, że wyznaczy zastępcę przymusowego, a zarząd organizacji zostanie zawieszony.

W razie dalszego uporczywego działania organ nadzoru, może wystąpić do sądu o zawieszenie Zarządu Fundacji

– czytamy w dokumencie.

„Nie damy się zastraszyć”

A co na to sama fundacja? Działania MSWiA nazywa straszeniem.

„Straszenie od razu zawieszeniem zarządu – które jest środkiem nadzorczo-kontrolnym, możliwym do zastosowania w sytuacji absolutnie ostatecznej – uważamy za skandal i kolejne złamanie podstawowych standardów demokratycznego państwa prawa” – komentuje, dodając:

List traktujemy jako niedopuszczalną próbę zastraszania tworzącej się organizacji, która ma najszczytniejsze cele – obronę Konstytucji, obronę podstaw państwa demokratycznego, aktywizację obywatelską. Nie damy się zastraszyć – mówimy to twardo.

Pełną treść dokumentu można przeczytać tu.

W. Frasyniuk: Gdyby Lech Kaczyński żył, byłby po naszej stronie

http://www.gazeta.tv/plej/19,114927,21945382,video.html

gazeta.pl

Operator Polsat News zaatakowany w Puszczy Białowieskiej. Stracił kamerę, trafił do szpitala

nat, 29.07.2017

Podczas patrolu jednego z rejonów Puszczy Białowieskiej został pobity operator telewizji Polsat.

Podczas patrolu jednego z rejonów Puszczy Białowieskiej został pobity operator telewizji Polsat. (Facebook / Fundacja Dzika Polska)

Podczas realizacji materiału w Puszczy Białowieskiej ekipa telewizji Polsat News została zaatakowana przez nieznanych sprawców. Sprawcy zostali zatrzymani.

Do zdarzenia doszło w sobotę na drodze z Białowieży do Narewki. – W sobotę przed południem sprawdzaliśmy, czy w puszczy mimo wezwania przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości do wstrzymania wycinki nadal dochodzi do cięć. Towarzyszyła nam ekipa dziennikarzy –  mówi Adam Bohdan z Fundacji Dzika Polska.

Kto pobił?

Jak podaje Polsat News operatora próbowano potrącić samochodem. Kiedy schronił się wśród drzew został zaatakowany przez dwóch mężczyzn, z których jeden uderzył go w głowę i powalił na ziemię. Drugi z mężczyzn ukradł kamerę. Według świadków mężczyźni po kilku minutach wrócili w miejsce, gdzie miało dojść do pobicia i wyrzucili kamerę w krzaki. Nie było jednak w nich kart pamięci.

Sprawcy zostali zatrzymani, jeden ma 22 lata, drugi 47.

Ze wstępnych ustaleń wynika, że są to pracownicy, którzy brali udział przy wycince drzew.

– mówi w rozmowie z Gazeta.pl nadkomisarz Tomasz Krupa, rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku.

„Efekt nagonki”

Poszkodowany mężczyzna trafił do szpitala, skarżył się na ból ręki.

Wydaje mi się, że to efekt nagonki nakręconej przez ministra Szyszkę, leśników i narodowców z Hajnówka

– komentuje Adam Bohdan z Fundacji Dzika Polska, który w tym czasie był na miejscu i obserwował sytuację.

Puszcza Białowieska jest zagrożona. Stworzono więc… jej cyfrową kopię

http://www.gazeta.tv/plej/19,150682,22076508,video.html

gazeta.pl

Brygady WOT bez sztandarów. Prezydent nie podpisał wniosków Macierewicza

EDYTA ŻEMŁA, 28.07.2017
Prezydent Andrzej Duda nie podpisał wniosków szefa MON o nadanie sztandarów wojskowych trzem pierwszym brygadom Obrony Terytorialnej – dowiedział się Onet. Ośrodek prezydencki uznał, że brygady nie osiągnęły jeszcze zdolności bojowych. Żołnierze WOT przysięgali więc na sztandary historyczne, które nadał im minister Macierewicz, na mocy decyzji, którą podpisał trzy dni przed uroczystościami.
  • Wiosną do kancelarii prezydenta wpłynęły wnioski ministra obrony o nadanie sztandarów brygadom OT w Białymstoku, Lublinie i Rzeszowie
  • MON chce, by prezydent podpisał je jeszcze przed majowymi przysięgami pierwszych żołnierzy WOT
  • Prezydent ich nie podpisuje. W uzasadnieniu stwierdza, że brygady nadal są w trakcie formowania
  • Zwierzchnik sił zbrojnych podziela zdanie, że obrona terytorialna Macierewicza to przedsięwzięcie o charakterze propagandowym – uważa Tomasz Siemoniak

21 maja w Białymstoku, Lublinie i Rzeszowie około 400 żołnierzy WOT złożyło przysięgi wojskowe. Ślubowali „strzec polskich granic”, „stać na straży Konstytucji i sztandaru wojskowego bronić”. Jednak sztandary, na które przysięgali, nie były sztandarami ich macierzystych brygad, lecz historycznymi – Armii Krajowej.

Brygady obrony terytorialnej nie spełniają wymogów

Kilka tygodni przed uroczystościami minister Antoni Macierewicz zwrócił się do prezydenta Andrzeja Dudy z wnioskami o nadanie sztandarów wojskowych trzem pierwszym brygadom WOT. Resort obrony chciał, by zostały podpisane przed planowanymi na maj przysięgami pierwszych żołnierzy obrony terytorialnej, ponieważ znacznie podniosłoby to rangę uroczystości.

Na mocy prawa to właśnie prezydent jako zwierzchnik Sił Zbrojnych nadaje sztandar jednostce wojskowej na wniosek ministra obrony. On też wręcza go wraz z aktem nadania.

Prezydent Duda jednak nie podpisał wniosków Macierewicza. W uzasadnieniu drobiazgowo wypunktował powody. Napisał m.in., że brygady nadal są w trakcie formowania, nie osiągnęły wymaganych stanów osobowych i zdolności do działań bojowych. Zdaniem ośrodka prezydenckiego nie spełniają więc ustawowych wymogów do nadania im sztandarów wojskowych.

Analizę na temat WOT przygotowało dla prezydenta Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Dziś jednak sprawy nie komentuje. Z nieoficjalnych informacji Onetu wynika, że za analizy dla prezydenta osobiście odpowiadał gen. Jarosław Kraszewski, Dyrektor Departamentu Zwierzchnictwa Nad Siłami Zbrojnymi BBN, wobec którego – 28 czerwca – Służba Kontrwywiadu Wojskowego, bez podania powodów, wszczęła postępowanie kontrolno-sprawdzające. Konsekwencją działań wojskowych służb jest odsunięcie generała od informacji niejawnych.

– Konflikt prezydenta z ministrem obrony dotyczy tak fundamentalnej sprawy, jak Obrona Terytorialna. Wygląda więc na to, prezydent podziela zdanie dużej części opinii publicznej i opozycji, że Wojska Obrony Terytorialnej Macierewicza to przedsięwzięcie o charakterze propagandowym – uważa Tomasz Siemoniak, poseł PO były minister obrony narodowej.

Szef MON omija prezydenta i wprowadza swoje zasady

Decyzja prezydenta Dudy w sprawie sztandarów dla brygad WOT rozwścieczyła ministerstwo obrony, tym bardziej że resort jednocześnie kończył przygotowania do ceremonii przysiąg żołnierzy obrony terytorialnej. Na uroczystościach oczekiwano tłumów mieszkańców Lublina, Rzeszowa i Białegostoku.

Przysięgi miały być wielkim sukcesem wizerunkowym szefa MON i nowego rodzaju sił zbrojnych. Tymczasem decyzja prezydenta w sprawie sztandarów pokrzyżowała te plany.

19 maja – trzy dni przed przysięgami – minister Macierewicz podpisuje więc decyzję numer 102, która wprowadza zmiany do ceremoniału wojskowego. Tym sposobem żołnierze pierwszych brygad WOT mogą składać przysięgi na sztandary historyczne Armii Krajowej. W Białymstoku sztandar oddziału „Kmicica” AK, w Lublinie – 9. Pułku Piechoty Legionów AK, w Rzeszowie – inspektoratu Rzeszów AK.

– Wygląda na to, że jest to tworzenie aktu prawnego na potrzeby jednej uroczystości. Wystarczyło złożyć przysięgę na sztandar jednej z jednostek wojskowych, gdzie uroczystości się odbywały bądź na sztandar Batalionu Reprezentacyjnego Wojska Polskiego, na który składają przysięgi żołnierze z jednostek nieposiadających własnego – mówi gen. Wiesław Grudziński, były dowódca Garnizonu Warszawa.

– Żołnierz składa przysięgę na sztandar macierzystej jednostki wojskowej. To tworzy między nim a jednostką więź. Jest to ceremonia najwyższej rangi. Na zawsze wpisująca się w wojskową tożsamość. To uświęcona tradycją wojskową szczególna relacja jednostka-sztandar-żołnierz. Utrata sztandaru równa się likwidacji jednostki. Stąd taka ranga sztandaru i przysięgi – mówi gen Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych i były wiceminister obrony.

Odnosząc się do zmian w ceremoniale wojskowym, jakie wprowadził minister obrony, gen. Skrzypczak dodał: – Sztandary historyczne były i są zawsze obecne jako towarzyszące w ceremonii przysięgi wojskowej, jednak nie składano na nie przysięgi. To, co się stało to złamanie dotychczasowych, również z okresu II RP, zasad tradycji wojskowej.

Najpierw ćwiczenia zgrywające, później sztandary

– Sprawa cały czas jest procedowana i mam nadzieję, że prezydent niebawem nada brygadom obrony terytorialnej sztandary wojskowe – mówi ppłk Marek Pietrzak, rzecznik prasowy WOT.

Z nieoficjalnych informacji Onetu wynika, że prezydent czeka z decyzją na osiągnięcie przez te brygady zdolności bojowych. Mają one udowodnić swoją wartość podczas ćwiczeń zgrywających. Nie wiadomo jednak kiedy to nastąpi.

– Ze strony prezydenta to bardzo słuszne założenie. Ponieważ podstawą do złożenia meldunku o gotowości jest zaliczenie przez brygadę ćwiczenia zgrywającego. Sprawdza się wówczas funkcjonowanie systemu dowodzenia na wszystkich jego szczeblach – podkreśla gen. Skrzypczak.

Nowy rodzaj sił zbrojnych na specjalnych prawach

Wojska Obrony Terytorialnej to oczko w głowie szefa MON Antoniego Macierewicza. Jako jedyny rodzaj sił zbrojnych są podporządkowane bezpośrednio jemu, a nie – jak Wojska Lądowe, Siły Powietrzne, Marynarka Wojenna czy Wojska Specjalne – Dowódcy Generalnemu Rodzajów Sił Zbrojnych.

Nowa formacja, powstająca pod osobistym nadzorem ministra Macierewicza, ma też zapewnione ogromne wsparcie finansowe. W tegorocznym budżecie MON zagwarantowano aż 1096,9 mln zł na tworzenie i utrzymanie WOT. To gigantyczna kwota, zważywszy, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej prognozowano, że środków będzie o połowę mniej.

WOT względem wojsk operacyjnych faworyzuje też kilka tegorocznych decyzji szefa MON. 28 kwietnia została wydana decyzja „w sprawie pozyskiwania sprzętu wojskowego Wojsk Obrony Terytorialnej”. Jak mówią rozmówcy Onetu, jest to „lex specialis”, tworzący wyjątkowy tryb zakupów dla OT, inny niż dla reszty armii.

onet.pl

 

Anna J. Dudek, Stanisław Skarżyński

Nagrania i orędzia. Gdy PiS się sypie, Kaczyński musi bronić Błaszczaka jak niepodległości

27 lipca 2017

Jarosław Kaczyński i Mariusz Błaszczak

Jarosław Kaczyński i Mariusz Błaszczak (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Ujawnione przez „Wyborczą” nagrania policjantów śledzących Obywateli RP i posła Ryszarda Petru to kolejny krzyżyk na karierze ministra Mariusza Błaszczaka. W momencie, gdy PiS przeżywa największy kryzys od początku swoich rządów, dymisja dwukrotnie już obronionego ministra byłaby przyznaniem się do słabości przez Jarosława Kaczyńskiego.

Opozycja już kilkukrotnie próbowała Błaszczaka odwołać – raz za skandal wokół komendanta głównego policji, bo na to stanowisko minister mianował policjanta, którym zajmowała się prokuratura. Po raz drugi – gdy politycy z policjantami próbowali tuszować zabójstwo Igora Stachowiaka na komendzie. Po drodze były mniejsze i większe lapsusy. W obu przypadkach PiS obroniło Błaszczaka, ale opozycja powinna teraz podjąć kolejną próbę. Choćby była nieudana, dokuczy radykalnemu skrzydłu PiS – bo Błaszczak jako szef MSWiA jest dla Kaczyńskiego dziś zbyt cenny, żeby go poświęcić.

Coraz wyraźniej widać biegnący przez partię podział na frakcję radykalną, która naprawdę chce zaprowadzić w Polsce dyktaturę prezesa Kaczyńskiego, oraz umiarkowaną, która z coraz większym przerażeniem patrzy na poczynania obozu władzy. A teraz z nadzieją spogląda w stronę Pałacu Prezydenckiego.

„Poznałam kilku uchodźców. Są kulturalni, ręce trzymają przy sobie. Z jednym spędziłam nawet noc na plaży”

Opozycja pod specjalnym nadzorem? Policja broni się przed zarzutem inwigilacji. Ale jeden z senatorów PiS mówi o potrzebie obserwacji polityków

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,22159648,video.html

Orędzia grozy

Najlepiej było to widać podczas wojny na orędzia. W poniedziałek o 20.00 TVP wyemitowała (kierując się logiką partyjną, nie państwową) orędzie premier Beaty Szydło, a TVN – orędzie prezydenta Andrzeja Dudy.

To precedens – nigdy w naszej historii nie było sytuacji, by głowa państwa i głowa rządu przemawiały w tym samym czasie. Ostatnio taka wojna była „o krzesło” w Brukseli – ale między premierem Tuskiem a prezydentem Kaczyńskim.

Gdy prezydent w TVN tłumaczył, dlaczego nie mógł zaakceptować proponowanych przez Prawo i Sprawiedliwość reform, w TVP premier przekonywała, że decyzja Dudy jest niezrozumiała. Kiedy on mówił o potrzebie budowania sprawiedliwego państwa, do którego Polacy mają zaufanie, bo traktuje ich równo, ona mówiła: „Winniśmy być jednością, nie możemy ulegać naciskom ulicy i zagranicy, musimy zrezygnować ze swoich osobistych i politycznych ambicji, a skupić się na tym, czego Polacy od nas oczekują”.

Wraz z dwoma orędziami jedność obozu „dobrej zmiany” przechodzi do historii. Duda jest najważniejszym, ale nie jedynym politykiem, który w tej kadencji wyrwał smycz z rąk Jarosława Kaczyńskiego. Kazimierz Ujazdowski wyłamał się z PiS podczas wojny z Trybunałem Konstytucyjnym, dołączając do długiego szeregu byłych współpracowników prezesa, którzy jako „pisolodzy” zaludniają studia TVN.

Drugą stronę stanowi betonowe zaplecze Jarosława Kaczyńskiego rozesłane po resortach siłowych – to nadzorujący służby specjalne Mariusz Kamiński, nadprokurator Zbigniew Ziobro oraz właśnie Mariusz Błaszczak, któremu podporządkowana jest policja.

„Śmierdź wrogom ojczyzny!”. Noce z demokracją są jeszcze piękniejsze niż dni

Blokada pod SejmemBlokada pod Sejmem Adam Banaszek

Trzeba obciąć drugą głowę

Logika dyktatury jest prosta – może budować poparcie społeczne, tylko jeśli istnieje główny ośrodek sterowania. Po buncie Andrzeja Dudy „dobra zmiana” ma dwie głowy, wobec czego nie ma możliwości dalszych prób budowy zaufania w drodze demonstrowania siły i politycznego Blitzkriegu.

Robienie autorytarnej polityki – ten dziki pęd kolejnych projektów poselskich, nocnych głosowań, ignorowania konsultacji i protestów, nocne składanie podpisów i zaprzysięganie sędziów TK – było możliwe tylko pod warunkiem, że Jarosław Kaczyński pociągał za wszystkie sznurki i miał w garści wszystkich aktorów.

PiS się sypie i to widać – akurat gdy Jerzy Targalski w „Republice” opowiadał, że „bezpieka” rozpracowała ego Andrzeja Dudy serialem „Ucho Prezesa” w TVP ogłaszano, że „Uliczna rewolta [jest] sposobem na sprowadzenie do Polski islamskich imigrantów”. Szef NSZZ „Solidarność” pogroził, że robotnicy policzą się z protestującymi na ulicy, ale na gadaniu się skończyło, a „Gazeta Polska” zapowiedziała marsz poparcia dla rządu, po czym go odwołała. Teraz media PiS podzielą się na te, które przyznają, że policja łażąca za Obywatelami RP i Ryszardem Petru to powód do dymisji szefa MSWiA, oraz takie, które będą za policją powtarzać, że chodziło o… bezpieczeństwo demonstracji.

Nie wiemy, jak to się skończy. Ale wiemy, że po dwóch latach Jarosław Kaczyński przekroczył granice wytrzymałości nie tylko swojego elektoratu, ale i aparatu partyjnego PiS. Przegiął, nadepnął za mocno i popsuł zabawkę, którą Polacy – niechcący – dali mu do rąk dwa lata temu.

Teraz, zamiast bujać się na drewnianym koniku nadziei podsyconej przez 500 plus, patrzą na źle namalowaną, przerażającą maskę klauna.

wyborcza.pl

Prezesa PiS dotknął syndrom Wołodyjowskiego

28.07.2017

Andrzej Krajewski, publicysta

Łatwo bowiem dostrzec, że syndrom Wołodyjowskiego dotknął nie Lecha Kaczyńskiego, lecz Jarosława, czego widocznym ostatnio efektem jest pobojowisko, na którym legły kolejne, wybebeszone instytucje państwa.

Wołodyjowski zaś zdjął hełm z głowy: chwilę spoglądał jeszcze na ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić” – opisywał Henryk Sienkiewicz. Na „małego rycerza” czekało jeszcze jego przeznaczenie. Musiał wysadzić się z twierdzą kamieniecką w powietrze. A przeznaczenia nie można uniknąć, zwłaszcza jeśli bohater całym swym intelektem i osobowością tak kreśli ścieżki losu, by na koniec musiało się ono zrealizować.

Nie Lech a Jarosław

Wołodyjowski, ilekroć miał wybór, dokonywał takiego, by wreszcie skończyć jako efektowny fajerwerk. Wprawdzie od strony politycznej czy militarnej zupełnie pozbawiony sensu, lecz za to przecudnej urody. Taki, że potomni z zachwytem wspominają go do dziś. Jerzy Michał Wołodyjowski to postać fikcyjna, którą Sienkiewicz ulepił z pierwowzoru, tak, by dobrze pasowała do koncepcji powieści, lecz na szczęście Polska dorobiła się innego „małego rycerza”. Michałowi Kamińskiemu Wołodyjowski kojarzył się z Lechem Kaczyńskim. Chciał nawet użyć porównania do „małego rycerza”, przygotowując kampanię wyborczą prezydenta, kiedy ten miał się ubiegać o reelekcję. No, ale przedstawiciel licznego rodu Kamińskich, po tym jak zdążył już być fanem Pinocheta, gorącym wrogiem pisowskiej dyktatury, a w międzyczasie działaczem większości partii egzystujących w Polsce, co krok udowadnia, że spostrzegawczość nie jest jego największą zaletą. Łatwo bowiem dostrzec, że syndrom Wołodyjowskiego dotknął nie Lecha, lecz Jarosława, czego widocznym ostatnio efektem jest pobojowisko, na którym legły kolejne, wybebeszone instytucje państwa.

„Mały rycerz” może spokojnie rozejrzeć się po polu chwały, złożyć sobie gratulacje za skuteczność, następnie za nie podziękować, a nawet trochę tymi szczerymi podziękowaniami zawstydzić. A na podsumowanie rzec: „Nic to!”. W końcu nie takie rzeczy się robi ze szczerej miłości do ojczyzny. Przeznaczenie zaś czeka, a jest nim odpalenie takiego fajerwerku, żeby suweren długo popamiętał. Ścieżki losu już zaczęły się układać tak, by to widowisko stawało się nieuchronne. Przy czym sam bohater wcale nie musi jeszcze tego dostrzegać. Po prostu, czasem siedząc z boku, widać lepiej.

„Annuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie dość, że kupiła, ale już go nawet rozlała” – poinformował Michała Aleksandrowicza Berlioza Woland, na koniec bardzo ciekawej dysputy o istnieniu Boga. Zaś szef Massolitu nijak nie chciał uwierzyć, że wkrótce straci głowę, nie dostrzegając związku między Annuszką, olejem i dekapitacją. To jedynie potrafili zawczasu powiązać diabeł i Michaił Bułhakow, przewidując nieuchronność poślizgu Berlioza wprost pod nadjeżdżający tramwaj. Tyle mistrzowska literatura, choć w Polsce olej też już został rozlany.

Taktyczny błąd

A przecież na reformie systemu sprawiedliwości obecna władza wcale nie musiała się poślizgnąć. Ba! – dzięki niej mogła w końcu przebić „szklany sufit” 40 proc. poparcia wyborców. Jakie są sądy w Polsce, każdy widzi, a kto miał nieszczęście doświadczyć styczności z nimi, wie, że lepiej od razu dokonać rozległego samookaleczenia. Mniej boli. Szczegółowa lista grzechów wymiaru sprawiedliwości III RP pewnie byłaby obszerniejsza od „Trylogii” Sienkiewicza. Cóż zatem trudnego w tym, by stale przypominać te najbardziej szokujące, a jednocześnie zaprezentować suwerenowi szczegółowy program naprawy. Potem omówić go punkt po punkcie, przez pół roku wałkować niuanse, aż wreszcie spokojnie wcielić go w życie. W trybie zgodnym z konstytucją. Podporządkowanie zaś sędziów partii rządzącej po prostu sobie darować, bo czasami do władzy dochodzi też łaknąca zemsty opozycja. Na oczernianie pojedynczych sędziów w ogóle nie tracić czasu, bo wystarczyło im dać czas w telewizji, aby sami snuli opowieści typu – jak ciężko jest z 10 tys. wypłaty dociągnąć do kolejnej. Po takich występach rozdygotany suweren od razu ma ochotę chwycić za świeczki i gnać pod najbliższy budynek sądu, żeby go podpalić.

Ale taki scenariusz zdarzeń był od początku zupełnie niemożliwy, ponieważ zapobiegał przeznaczeniu. A jak wiadomo, przeznaczeniem „małego rycerza” jest najpierw zamknąć się w oblężonej twierdzy. Czasami samemu, a czasami w towarzystwie Ketlinga lub innego zdesperowanego asystenta. Dlatego ustawy o KRS i Sądzie Najwyższym powstały w tajemnicy, uchwalano je w błyskawicznym trybie nocnym, robiąc wszystko, żeby udowodnić obywatelom, że władza dokonuje wielkiego przewału. Do tego złamano wszelkie obowiązujące reguły demokratycznej gry, łącznie z konstytucją. Tym sposobem pobudzając opór społeczny, z jakim do tej pory rząd się nie zetknął (poza jednorazowym „czarnym protestem”). Wcześniejsze manifestacje miały charakter zinstytucjonalizowany. Organizowały je partie opozycyjne lub KOD. Tym razem reakcja była oddolna i włączyli się do niej zupełnie nowi ludzie. Co więcej, w większości wiekowo jeszcze dalecy od zostania utrzymankami ZUS. Trudno o lepszą ścieżkę w stronę przeznaczenia.

Wołodyjowski musi mieć fajerwerki

Ku niemu Kaczyński parł już kilkukrotnie: wychodząc wraz z bratem z kancelarii prezydenta Wałęsy, odgrywając kluczową rolę w krótkiej historii rządu Jana Olszewskiego i dekadę temu przy upadku koalicji PiS z LPR i Samoobroną. Wszystkie te fajerwerki były jednak zdecydowanie zbyt mało efektowne. Acz recepta na ich skonstruowanie jest niezmiennie ta sama. Należy wprawić kogo się da w dygot, zrazić do siebie wszystkich sojuszników, zmaksymalizować liczbę wrogów, przerazić umiarkowanych wyborców, wreszcie okopać jedynie w towarzystwie radykałów. Na koniec lont od beczek z prochem podpali się już sam. Zabawne, że niemal wszyscy uwierzyli, że tym razem syndrom Wołodyjowskiego w prezesie się nie odezwie. Nawet dziś największy lęk w środowiskach liberalnych wzbudza to, że PiS zawłaszczy wszystkie instytucje państwowe, nałoży kaganiec mediom i wygra wybory za dwa lata. A potem „system się domknie”. No, ale wtedy nie byłoby żadnego efektownego fajerwerku, więc jest to scenariusz dla „małego rycerza” nie do przyjęcia.

Dlatego od samego początku prezes PiS robił wiele, żeby jego podwładnym nijak się powyższego planu nie udało zrealizować. W polskim, bardzo ułomnym, systemie politycznym, gdy jedna partia zdobędzie większość głosów w parlamencie, jedynym skutecznym „bezpiecznikiem”, chroniącym przed jej totalną samowolą, jest prezydent. Od zwycięstwa PiS (odniesionego w dużej mierze dzięki fenomenalnemu sukcesowi Andrzeja Dudy) prezes zrobił, co tylko mógł, żeby poniżyć głowę państwa. Staranie unikając stwarzania pozorów, że Duda coś znaczy, o czymś decyduje, ma własne zdanie i tym podobne szczegóły budujące poczucie wartości człowieka. Sukcesywnie spychając go do narożnika, w którym pozostawanie oznaczało tracenie szansy na reelekcję. W perspektywie młody polityk miał więc powrót na uczelnię, w objęcia kolegów prawników. Ci już nieraz dawali wyraz temu, co mu zrobią, gdy spotkają go bez obecności ochroniarzy. Ostatecznie prezydent został dociśnięty do ściany ustawami wysadzającymi w powietrze KRS i Sąd Najwyższy. Po czym zaskoczone kierownictwo PiS szczerze się zdziwiło, że nie jest samobójcą. Najzabawniejsze jest to, że tak traktowano jedynego w Polsce człowieka mogącego dowolnie używać weta, którego rządząca partia nie ma w praktyce szansy odrzucić. Przeznaczenie?

Problem z wetem

Jeszcze bardziej symptomatyczna jest reakcja Jarosława Kaczyńskiego i jego najbliższych zauszników na powstałą sytuację. Istnieje cała gama możliwości, żeby prezydenckie weto przekuć w sukces partii. Dopieścić medialnie Dudę (w końcu rządowa telewizja jest nie tylko po to, żeby puszczać w niej paski z informacjami wskazującymi, że obsługa nadużywa środków halucynogennych), dać możność wpływania na decyzje rządu, oddać jeden z resortów człowiekowi prezydenta, np. Ministerstwo Spraw Zagranicznych lub Ministerstwo Sprawiedliwości. Jednak szukanie takiego kompromisu oznacza, że fajerwerku nie będzie. Syndrom Wołodyjowskiego wymusi działania zupełne odwrotne. Już spuszczeni na chwilę ze smyczy zausznicy prezesa przystąpili do ataku. Gwiazda komisji śledczej ds. Amber Gold Marek Suski, uzewnętrzniając partyjny przekaz dnia w internetowej telewizji wpolsce.pl, porównał Dudę do „wojsk rosyjskich podczas Powstania Warszawskiego”, oskarżając o czekanie aż PO i PiS się wykrwawią w walce. Z kolei marszałek Sejmu Ryszard Terlecki w prezydencie mniej widzi czerwonoarmistę, a bardziej członka układu „który tak histerycznie się broni”.

Natomiast ekspert od rodzinnych koligacji dr Jerzy Targalski podejrzewa raczej, że to „bezpieka” (Mariusz Błaszczak?) zawładnęła psychiką Dudy za pomocą „Ucha prezesa”. To, że dr Targalski nie znajduje się jeszcze w kręgu najbliższych współpracowników Kaczyńskiego, jest coraz mniej zrozumiałe. Jego moce umysłowe wskazują, że znakomicie by się tam wkomponował. Tak nieustannie dyskredytowany prezydent, nawet gdyby teraz odrzucał myśl o wyłuskaniu sobie własnej frakcji w PiS lub o zbudowaniu obozu politycznego poza macierzystą partią, w końcu będzie musiał o tym pomyśleć. Zwłaszcza że zemsty chce też minister Ziobro. O mały włos zostałby on najpotężniejszym człowiekiem w Polsce, zaraz po prezesie, i jego naturalnym spadkobiercą. A zły prezydent mu to zawetował. W tym zapętleniu obozu władzy realizacja przeznaczenia wydaje się już bliska. Założenie, że Jarosław Kaczyński będzie długo znosił prezydenta, co to ośmiela się mieć własne zdanie, i dawał mu czas na budowanie własnego obozu, to wręcz herezja. „Mały rycerz” jak zawsze poprowadzi szarżę na pohańca, a potem okopie w twierdzy. Wpuści do niej głównie zaufanych radykałów. Takich, których każdego ranka ze snu zrywa ich własny okrzyk „Zdrada!”. A potem, myjąc zęby przed lustrem, podejrzewają, że ten naprzeciw ze szczoteczką to na pewno coś knuje. Miejsce w twierdzy znajdzie się też dla stałego zestawu przybocznego. Ma on to do siebie, że swe myśli skupia na tym, co myśli prezes i czy się myśli tak samo, jak prezes myśli albo najlepiej nie myśli, bo przecież prezes myśli. Co w sumie jest imponujące, bo takie całodzienne skupianie myśli na jednym każdego zwyczajnego człowieka niechybnie doprowadziłoby do szaleństwa lub przynajmniej wąchania kleju.

Poza murami twierdzy pozostaną zaś wszyscy inni, co wprawdzie popierali prezesa, lecz na jakimś etapie życia zgrzeszyli objawem samodzielności. Nawet jeśli tylko o niej pomyśleli. Po takim rozstawieniu pionków pozostanie już tylko jedno – zrealizować przeznaczenie. Matkę wszystkich fajerwerków, jak lubił mawiać niezapomniany Saddam Husajn. Czyli wybory parlamentarne na jesieni o zdobycie większości konstytucyjnej, z taką kampanią, jakiej Polska nie doświadczyła. Ale nic to, bo fajerwerk będzie niezapomniany.

dziennik.pl

Czy minister Szyszko przejmie się zakazem wycinki Puszczy Białowieskiej?

Będzie zaskoczeniem, jeśli minister środowiska postanowienia Trybunału uszanuje.

Trybunał Sprawiedliwości UE nakazał wstrzymać wycinkę w Puszczy Białowieskiej. Oznacza to, że w tzw. gospodarczych lasach puszczy leśnicy mogą prowadzić prace jedynie pod ściśle określonymi warunkami.

W praktyce – tak postanowienie interpretuje m.in. jedna z organizacji pozarządowych monitorujących sytuację w puszczy, Lasy Państwowe czekają na wytyczne rządu – w Nadleśnictwie Białowieża wolno ciąć wyłącznie w sytuacjach zagrażających bezpieczeństwu publicznemu. W dwóch pozostałych puszczańskich nadleśnictwach leśnicy mogą wycinać tylko w najmniej cennych przyrodniczo miejscach. Nigdzie nie mogą usuwać ponadstuletnich martwych świerków, zabijanych przez chrząszcza kornika drukarza.

Od wielu tygodni wszystkie te działania są praktyką, która prowadzi – według rzeszy naukowców, w tym specjalistów UNESCO i ekologicznych organizacji pozarządowych – do dewastacji jednego z najlepiej zachowanych lasów naturalnych w Europie.

Wniosek przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej skierowała do Trybunału Sprawiedliwości UE Komisja Europejska. Wydając swoje postanowienie, Trybunał uznał, że do czasu wydania ostatecznego orzeczenia musi obronić Puszczę Białowieską przed ministrem środowiska Janem Szyszką oraz rządem Prawa i Sprawiedliwości, bo walcząc z kornikiem, niszczą chronione prawem europejskim siedliska i zagrażają mieszkającym tam chronionym gatunkom.

Będzie zaskoczeniem, jeśli minister środowiska postanowienia Trybunału uszanuje. Wnioskując z jego dotychczasowych dokonań, należy się spodziewać, że raczej postanowienie zignoruje i nakaże leśnikom ciąć, jak cięli, choćby pod pozorem zachowania bezpieczeństwa, zwłaszcza pożarowego.

Czy rząd przejmie się nakazem Trybunału Sprawiedliwości?

Rządu nie ma kto zdyscyplinować. Na ręce ministrowi i leśnikom patrzą jedynie naukowcy sceptyczni wobec osiągnięć polskiej myśli leśnej wdrażanej w puszczy i organizacje pozarządowe. Tylko oni starają się dokumentować skalę prac wykonanych w lesie. Monitoring nie jest prosty, bo maszyny tnące puszczę bronione są przez duże oddziały straży leśnej, a jej funkcjonariusze specjalnie zostali ściągnięci do puszczy z innych nadleśnictw.

Rząd może także dyndać na kary, które Rzeczypospolitej ewentualnie wymierzy Trybunał za łamanie jego postanowień i niszczenie puszczy. Grzywny będą milionowe, ale na tyle niskie, by nie uszczuplić budżetu państwa do tego stopnia, że odczują to wyborcy. To będzie niewielka ofiara z nieswoich pieniędzy, którą minister Szyszko, rząd i jego partia złożą na ołtarzu czynienia sobie ziemi poddaną oraz walki – jak to ujmuje minister – „z uległością wobec pewnej myśli filozoficzno-politycznej, która związana jest z układem liberalno-lewackim”.

Bo w konflikcie o Puszczę Białowieską nie chodzi wcale o jakieś racjonalne argumenty naukowe czy gospodarcze, zwłaszcza mieszkańców puszczy, ale o polityczne łupy zdobywane na froncie wojny ideologicznej. To one są źródłem silnej pozycji Jana Szyszki w partii wśród najbardziej konserwatywnych wyborców PiS i w Lasach Państwowych, zamożnej firmie, starającej się pozostawać poza społeczną kontrolą. Dlatego ministrowi na spokoju w puszczy i wokół niej wcale nie zależy.

polityka.pl

Zakaz wycinki Puszczy. Ulica i zagranica są skuteczne!

28.07.2017
piątek

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał tymczasowy nakaz wstrzymania wycinki Puszczy Białowieskiej. Czy wstający z kolan polski rząd mu się podporządkuje?

Miesiąc temu wydalił czeczeńską rodzinę, mimo że Trybunał w Strasburgu wydał tymczasowe zarządzenie o wstrzymaniu tej deportacji do czasu rozpatrzenia skargi. Trybunał Sprawiedliwości UE wydał zarządzenie dotyczące puszczy w czwartek. Do Trybunału zaskarżyła Polskę Komisja Europejska: za niewykonywanie unijnego prawa ochrony środowiska: dyrektyw „siedliskowej” i „ptasiej”.

Konkretnie: „wiceprezes Trybunału postanawia, co następuje: Rzeczpospolita Polska zaprzestanie, z wyjątkiem sytuacji zagrażających bezpieczeństwu publicznemu, niezwłocznie i do czasu ogłoszenia postanowienia, które zakończy niniejsze postępowanie w przedmiocie środków tymczasowych: aktywnych działań gospodarki leśnej na siedliskach 91DO – bory i lasy bagienne i 91EO – łęgi wierzbowe, topolowe, olszowe i jesionowe oraz w drzewostanach ponadstuletnich na siedlisku grądu subkontynentalnego 9170, a także na siedliskach dzięcioła białogrzbietego, dzięcioła trójpalczastego, sóweczki, włochatki, trzmielojada, muchołówki małej, muchołówki białoszyjej i gołębia siniaka oraz na siedliskach chrząszczy saproksylicznych: zgniotka cynobrowego, ponurka Szneidera (Boros schneideris, konarka tajgowego, rozmiazga kolweńskiego (Pytho kolwensis), zagłębka bruzdkowanego (Rhysodes sulcatus) oraz bogatka wspaniałego (Buprestis spłendens), i usuwania ponadstuletnich, martwych świerków, a także wycinki drzew w ramach zwiększonego etatu pozyskiwania drewna na obszarze PLC200004 Puszcza Białowieska, które to środki wynikają z decyzji ministra środowiska Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 25 marca 2016 r. oraz § 1 pkt 2 i 3 decyzji nr 51 Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych z dnia 17 lutego 2017 r.”.

Decyzja o zabezpieczeniu jest precedensowa, bo nigdy – przynajmniej odkąd Polska należy do Unii, a wątpliwe, czy kiedykolwiek wcześniej – Trybunał nie wydał takiego postanowienia bez wcześniejszego wysłuchania rządu państwa, na które Komisja się skarży. Dlaczego nie czekał na wysłuchanie rządu? Może dlatego, że rząd swoje argumenty – ustami m.in. ministra Szyszki – głośno i szeroko przedstawiał na niedawnym szczycie UNESCO w Krakowie.

W zarządzeniu tymczasowym jako powód nieczekania na argumenty rządu wiceprezes Trybunału wskazuje, że natychmiastowe wstrzymanie wycinki jest pilne, bo istnieje duże prawdopodobieństwo „poważnych i nieodwracalnych szkód”. A także że Komisja przedstawiła przekonujące dowody, że z naukowego punktu widzenia wycinka nie będzie miała wpływu na występowanie kornika. Wreszcie że są mocne argumenty za tym, że Puszcza jest unikalnym zjawiskiem przyrodniczym. „Działania te [wycinka „sanitarna”] ze względu na ich zakres i intensywność prowadzą do nieodwracalnego przekształcenia lasu o charakterze naturalnym w las gospodarczy, niosąc ze sobą niebezpieczeństwo utraty siedlisk rzadkich gatunków, w tym wielu rzadkich i silnie zagrożonych wyginięciem chrząszczy, które są reliktami lasów pierwotnych” – czytamy w uzasadnieniu postanowienia Trybunału.

Już raz, w 2007 roku, Trybunał wydał wobec Polski takie postanowienie zabezpieczające, z tym że wcześniej wysłuchał racji rządu – PiS. Chodziło o budowę autostrady przez Dolinę Rospudy. Budowę przerwano, a w 2009 roku KE wycofała sprawę z Trybunału, bo rząd Donalda Tuska zawiadomił, że z budowy rezygnuje.

Tym razem rządowi zależy przede wszystkim na „wstawaniu z kolan”. Więc całkiem możliwe, że nie wstrzyma wyrębu puszczy, ogłaszając, że „nie będzie Bruksela pluć nam w twarz”. Bo lasy w Polsce są nasze i jeśli PiS zechce, to wytnie lasy do nogi, podpierając się decyzją „suwerena”, który go wybrał.

I co będzie? Na razie nic oprócz dalszego (jeśli to w ogóle możliwe) pogorszenia wizerunku i pozycji polski w Unii. A dalej będzie wyrok Trybunału Sprawiedliwości. Może orzec, że Polska złamała unijne prawo, nie tylko naruszając dyrektywy o ochronie środowiska, ale też nie podporządkowując się nakazowi Trybunału. Co wpłynie zapewne na wysokość kary. W dodatku może to nie być kara jednorazowa, bo jeśli wycinka pójdzie dalej – będą kolejne. A zysk z wyrąbanych drzew nie wyrówna strat związanych z karami.

Niepodporządkowanie się polskiego rządu Trybunałowi w sprawie puszczy będzie też miało zapewne wpływ na podjęcie decyzji w sprawie dalszych kroków w procedurze ochrony praworządności. To może się skończyć zawieszeniem Polski w prawach członka UE. I Orbán nas nie obroni, jeśli sprawa Polski będzie rozpatrywana równocześnie ze sprawą Węgier, we wspólnym głosowaniu. Art. 7 traktatu o funkcjonowaniu UE, który przewiduje procedurę ochrony praworządności, nie opisuje jej dokładniej. Nie ma też praktyki. A więc nie można z góry zanegować prawa do rozpatrzenia wspólnie spraw Polski i Węgier, które – notabene – wprowadzają lustrzane „reformy”.

Cokolwiek się stanie, mamy już drugi w ostatnim czasie sukces „ulicy i zagranicy”. I warto to zapamiętać. Ani prawo, ani drzewa same się nie obronią.

siedlecka.blog.polityka.pl

WOT: Duda nie podpisał wniosków Macierewicza

Rzeczpospolita, amk, 29.07.2017

© Fotorzepa/Marian Zubrzycki

 

Prezydent Andrzej Duda nie podpisał wniosków szefa MON o nadanie sztandarów wojskowych trzem pierwszym brygadom Obrony Terytorialnej – pisze Onet.pl. Dlatego brygady WOT przysięgały na sztandary historyczne, które nadał im szef MON.

Wnioski o nadanie sztandarów brygadom OT w Białymstoku, Lublinie i Rzeszowie wpłynęły do kancelarii Prezydenta wiosną tego roku. Szefowi MON zależało, aby przysięga, która miała się odbyć w maju, odbyła się już na ostateczne sztandary. Jak pisze Onet.pl, ośrodek prezydencki uznał wówczas, że brygady nie uzyskały zdolności bojowej.

Z powodu niewydania zgody na nadanie sztandarów, minister Antoni Macierewicz podpisał decyzję zmieniającą ceremoniał wojskowy. Dzięki temu brygady WOT przysięgały na sztandary Armii Krajowej.

Zdaniem komentujących to dla Onet.pl oficerów, było to tworzenie aktu prawnego na potrzeby jednej uroczystości.

Wystarczyło złożyć przysięgę na sztandar jednej z jednostek wojskowych, gdzie uroczystości się odbywały bądź na sztandar Batalionu Reprezentacyjnego Wojska Polskiego – mówi były dowódca Garnizonu Warszawa gen. Wiesław Grudziński.

Z kolei były dowódca Wojsk Lądowych i były wiceminister obrony gen. Waldemar Skrzypczak zauważa, że co prawda sztandary historyczne zawsze towarzyszyły ceremonii przysięgi, ale nigdy na nie nie przysięgano.

– To, co się stało, to złamanie dotychczasowych, również z okresu II RP, zasad tradycji wojskowej – mówi gen. Skrzypczak.

Decyzji o nadaniu brygadom WOT sztandarów prezydent nie podjął do tej pory. Zwleka, aż udowodnią swoją wartość i przygotowanie podczas ćwiczeń zgrywających.

Rzecznik WOT ppłk Marek Pietrzak powiedział Onetowi.pl, że „sprawa jest procedowana”.

Jak zaznacza portal, brygady WOT znajdują się pod szczególną pieczą ministra obrony, co oznacza m.in. przeznaczenie na ich tworzenie i utrzymanie 1096,9 mln zł. choć kwota ta pierwotnie miała być o połowę mniejsza.

msn.pl

Prof. De Barbaro: Oglądaliśmy bezpośrednią transmisję z chocholego tańca. To była przemoc

red. As, 29.07.2017

Awantura w sali plenarnej podczas przedłużającego się późno w noc 46. posiedzenia Sejmu VIII Kadencji (debata i czytanie pisowskiego projektu ustawy ograniczającej niezależność sadownictwa ). Emocje wzięły górę przed północą, po tym jak prezes PiS Jarosław Kaczyński pokrzykiwał na posłów opozycji wyzywając ich od kanalii. Warszawa 18 lipca 2017

Awantura w sali plenarnej podczas przedłużającego się późno w noc 46. posiedzenia Sejmu VIII Kadencji (debata i czytanie pisowskiego projektu ustawy ograniczającej niezależność sadownictwa ). Emocje wzięły górę przed północą, po tym jak prezes PiS Jarosław… (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

„Zdjęcia i filmy z Sejmu będą w przyszłości materiałem poglądowym dla uczących się o mechanizmach przemocy społecznej. Oglądaliśmy bezpośrednią transmisję z chocholego tańca” – ocenia w ”TP” prof. Bogdan De Barbaro, psychiatra i psycholog.

W dzisiejszej Polsce prof. Bogdan De Barbaro czuje się „jak pasażer pojazdu, który pędzi bez hamulców”.

„Tym pojazdem nie jest ta czy inna partia, lecz nasza wściekłość. W rodzinie zaczyna się od kłótni, ale jeśli silniejszy się nie opanuje, to w końcu uderzy” – mówi kierownik Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ w rozmowie z „Tygodnikiem Powszechnym”.

I przypomina wydarzenia z ostatniego przed wakacjami posiedzenia Sejmu. Podczas którego usłyszeliśmy o „zdradzieckich mordach”, „kanaliach”; widzieliśmy wojnę o mikrofon.

Według prof. De Barbaro, „oglądaliśmy bezpośrednią transmisję z chocholego tańca”.

To, co się działo w Sejmie, zdjęcia i filmy z ostatnich nocy – będzie w przyszłości materiałem poglądowym, dla tych, którzy się będą uczyć o mechanizmach przemocy społecznej. Jaka z tych „obrad” płynie lekcja? Gdy ktoś cię zaczepi, uderz. Gdy uderzy, oddaj mocniej. Jeśli zaczniemy się bić, każdym w swoim przekonaniu trafnie, powie „to nie ja zacząłem

– ocenił.

Wódz i wiwatujący partyjny tłum

Prof. De Barbaro uważa, że krzyczący w stronę opozycji prezes PiS „nie udawał, krzyczał szczerze”.

Niebezpieczne nie jest tylko to, że najważniejszy polityk w Polsce pozwala sobie na nazywanie przeciwników „kanaliami” i oskarżanie ich o zabicie brata. Ale także to, że agresywne wystąpienie działacze PiS nagrodzili owacją na stojąco.

„On otrzymuje tak silne emocjonalne nagrody i otacza się takimi ludźmi, że każdy na jego miejscu nabrałbym przekonania, iż jest na najwłaściwszej drodze” – podkreśla psychiatra, psycholog w rozmowie z „TP”.

Grozę poczułem również wtedy, gdy patrzyłem na twarz premier Beaty Szydło podczas jej wystąpienia oraz na to, jak potem została wycałowana przez posła Kaczyńskiego.(…) On nie tylko pocałował ją na swój „szarmancki sposób” w rękę, to była także radosna serdeczność i dodatkowy pocałunek. Można było dostrzec, że ich władzę wzmacnia silna psychologiczna więź utrudniająca głębszą refleksyjność. Idzie groźne.

Terapia nie tylko dla polityków

Na pytanie, „gdyby miał Pan naprawić Polskę, od czego by Pan zaczął”, prof. Bogdan De Barbaro odpowiada: „Zaprosiłbym dwóch kompetentnych  terapeutów grupowych oraz liderów ugrupowań politycznych i społecznych”.

Terapeucie mieliby pracować „nad zmianą w duszy i psychice liderów”.

Zmiana potrzebna jest nie tylko politykom. Bo choć dawno Polska nie widziała tak wielkich protestów, jak demonstracje w obronie niezależnych sądów, to jednak nadal większość obywateli zostaje obojętnych na to, co dzieje się w kraju.

„Wychodzą dziesiątki tysięcy, ale problem dotyczy milionów. Milionów obywateli, którzy siedzą w domach i nie angażują się w to, co dotyczy każdego. Mam poczucie zawodu. A jednocześnie są powody, by rosła w nas nadzieja. Może właśnie te dwa weta prezydenta to znak, że mamy dobrą moc” – mówi kierownik Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ.

„Trzeba się przekonać do polityki”. Co nam zostanie z protestów?>>>

Jak ocenił prof. De Barbaro, większość Polaków nie angażuje się z „wygody zabezpieczającej samopoczucie”.

„Bo ci, którzy się angażują, ponoszą emocjonalne koszty. A kiedy się odcinamy od świata, kosztów nie ponosimy. Choć merytorycznie postawa „zostawmy politykę politykom” to nonsens, gdyż nawet jeśli zostawię politykę, to ona nigdy nie zostawi mnie” – stwierdził psychiatra i psycholog w rozmowie z dziennikarzami „TP” – Michałem Kuźmińskim i Marcinem Żyłą.

Smutek niszczy serce Kaczyńskiego. I nasz ustrój

http://www.gazeta.tv/plej/19,115170,22120597,video.html

TOK FM

Przegrani zwycięzcy Wielkiej Wojny

Epicentrum wstrząsów

Wojna przeobraziła Europę nie tylko pod względem politycznym. Być może o wiele istotniejsze było wielkie przeobrażenie kulturowe i duchowe Europejczyków.

Pyrrusowe zwycięstwo.

Największym paradoksem pierwszej wojny światowej było to, że z perspektywy czasu jej zwycięzcy tę wojnę przegrali. Francja utraciła rolę czołowego mocarstwa w Europie. Włochy – mimo korzyści terytorialnych – do rangi rzeczywistego mocarstwa nie awansowały. Wielka Brytania szybko zaczęła tracić globalne wpływy na rzecz Ameryki, której wszystkie mocarstwa europejskie stały się dłużnikami. (Brytyjski historyk Niall Ferguson twierdzi, że w 1914 r. Anglia powinna była Niemcom wilhelmińskim pozostawić kontynent europejski, w ten sposób – bez dwóch wojen, bez Stalina i Hitlera – mielibyśmy, co mamy, Kaiser’s European Union, wilhelmińską UE, a Brytyjczycy utrzymaliby swe światowe imperium). Zwycięstwo Ententy na Zachodzie w 1918 r. okazało się pyrrusowe.

Pesymizm kulturowy.

Wielka Wojna uruchomiła rewolucyjny rozwój techniki. Towarzyszyło temu paradoksalne załamanie wiary w postęp. Najjaskrawszym przejawem pesymizmu kulturowego był pisany w czasie wojny „Zmierzch Zachodu” Oswalda Spenglera i apokaliptyczne wizje wielu artystów. Sypie się gmach mieszczańskich systemów wartości i ideologicznej dominacji w kulturze – przymiotnik burżuazyjny staje się stygmatem. Wykształcone mieszczaństwo traci na znaczeniu (w Polsce inteligencja postszlachecka), które sobie wypracowało od Oświecenia.

Wojna okazała się wielką cezurą w dziejach europejskiej myśli i kultury. Już przed wojną zaczęła się pod wpływem Nietzschego krytyka cywilizacji, ale to była moda. Dopiero teraz nastąpił wybuch i intelektualnej, i artystycznej awangardy. Nihilizm szedł w parze z irracjonalizmem nowych ideologii masowych, faszystowskiej i komunistycznej – świeckiego opium dla ludu. Rezultatem wojny jest brutalizacja ideologii formułowanych przez weteranów – nihilizm, cynizm, posłannic­two rasowe i klasowe jako ekspresja mentalności frontowej. Europa wpadła w wiek skrajności, jak to nazwał Eric Hobsbawm.

Stosunek do wojny.

Do dziś Europa nie ma jednej formuły na I wojnę światową – stwierdza Heinrich August Winkler w „Historii Zachodu”. Zresztą nie było jednego doświadczenia wojennego. Żołnierze doświadczali jej inaczej niż cywile. Mężczyźni inaczej niż kobiety. Narody, które wojnie zawdzięczają od dawna wytęsknioną niepodległość, jak Polacy, Czesi czy Finowie, patrzą na I wojnę inaczej niż Niemcy, Francuzi czy Brytyjczycy, którzy przede wszystkim pamiętają potworne wykrwawianie się w okopach wojny pozycyjnej na zachodzie (o czym w kolejnych artykułach).

Poza materialnymi zniszczeniami wojna spowodowała kryzys wszelkich autorytetów. Obaliła monarchie, ale podważyła także zaufanie do parlamentów. W większości państw biorących udział w wojnie demokracja przedstawicielska traciła akceptację. W latach 1914–17 austriacki Reichsrat nie zebrał się ani razu. A francuski parlament – tylko w tajemnicy. Parlament włoski się zbierał, ale nie miał prawa wypowiadać się w sprawach wojny i budżetu. W Niemczech kierownictwo Rzeszy przeszło w ręce sztabu generalnego, cesarz był figurantem, Reichstag bez znaczenia, a instytucje państwowe obwiniano za braki w zaopatrzeniu, drożyznę i czarny handel. Cenzura podsycała plotki, a wymiar sprawiedliwości był propaństwowo stronniczy…

Najbardziej niebezpieczny był spadek zaufania do stabilności pieniądza. We wszystkich państwach uczestniczących w wojnie szybko rosło zadłużenie. Europejskie mocarstwa zachodnie mogły swe wysiłki wojenne finansować kredytami zaciąganymi w USA (obawy o wypłacalność wierzycieli mogły być powodem, dlaczego prezydent Wilson, wchodząc do wojny, nie spotkał się w kraju z większym oporem). Czekając na zwycięstwo, wszystkie rządy rozpisywały obligacje wojenne, w Niemczech faktycznie zerwano z pokryciem marki w złocie, uruchamiając inflację. Teraz pożyczka wojenna mogła już być spłacona wyłącznie przez reparacje wojenne ze strony pokonanej Ententy – tymczasem stało się odwrotnie. Jedynie brytyjski funt utrzymał parytet złota.

W wyniku niemieckiej wojny podwodnej i blokady Niemiec przez Ententę faktycznie upaństwowiony został handel zagraniczny, co było krokiem w kierunku „kapitalizmu zorganizowanego” i „socjalizmu państwowego”. We wszystkich państwach zaangażowanych w wojnę państwo żelazną ręką ingeruje w gospodarkę. Wojna zmienia kapitalizm. Zmienia również organizacje robotnicze i związki zawodowe.

Rozsypane normy.

Wraz z mieszczaństwem rozsypują się normy mieszczańskiego życia. Gwałty na kobietach i mordowanie tysięcy cywili w belgijskim Lou­vain przez żołnierzy niemieckich było przejawem padania granic cywilizowanych norm. Węgrzy we wrześniu 1914 r. zamordowali tysiąc Serbów. W kwietniu 1915 r. pod Ypres zastosowano gaz. W Rosji deportowano na wschód tysiące Polaków, Łotyszy, a w Turcji w trakcie deportacji Ormian popełniono na nich ludobójstwo…

To były nowe wymiary wojny. Serbskie okrucieństwa w czasie poprzednich wojen bałkańskich uznawano jeszcze za przejaw orientalnej mentalności. Teraz okazało się, że do tego samego zdolni są ludzie Zachodu.

Wojna toczyła się z zimną zawziętością – opisaną potem przez Zweiga, Renna, Jungera, Celine’a, d’Annunzio, Malapartego. Młody niemiecki malarz ekspresjonista Franz Marc w eseju „Tajemna Europa” notował w listopadzie 1914 r., że nacjonalistyczne hasła to stek kłamstw. Ale wojna ma głębszy sens: „W tej wojnie nie walczą, jak to napisano w gazetach i co nam wmawiają panowie politycy, mocarstwa centralne z wrogiem zewnętrznym, a także nie jedna rasa z drugą, bo ta Wielka Wojna jest europejską wojną domową, wojną z wewnętrznym, niewidzialnym wrogiem europejskiego ducha”. Wierzył w jej sens. Półtora roku później zginął pod Verdun.

Cztery rodzaje załamania.

Wojna spowodowała w Europie trzy rodzaje załamania, pisze Winkler w „Dziejach Zachodu”. Po pierwsze: narodowo-rewolucyjny rozpad trzech wielonarodowych imperiów: rosyjskiego, habsburskiego i otomańskiego, z których odrodziło się tylko jedno – jako ZSRR. Po drugie: przełom społeczno-­rewolucyjny, z których jeden – bolszewicki – utrzymał się dłużej, do upadku komunizmu w 1989 r. Po trzecie: przemiany ustrojowe w Niemczech – upadek monarchii i utworzenie republiki, przy zachowaniu poprzedniej struktury społecznej.

Dodajmy czwarte załamanie: rozkwit na ruinach kultury mieszczańskiej awangardy i kultury masowej łatwo degradowanej do roli nośnika nowych, masowych ideologii. Wielka Wojna przeorała nie tylko polityczną mapę Europy, ale także ład społeczny, wzorce kultury i kodeksy moralne. Metafizyka tradycyjnych wyznań chrześcijańskich otrzymała potężnych konkurentów – w postaci totalitarnych ideologii klasy i rasy. Po wojnie komunizm i nazizm łudziły prostą drogą do raju, który był jakoby na wyciągnięcie ręki tu, na ziemi; wystarczyło obalić kapitalizm i zlikwidować wyzyskiwaczy. Albo – zerwać łańcuchy Traktatu Wersalskiego i dokończyć to, co niemal udało się w Wielkiej Wojnie, gdyby nie żydowsko-bolszewicki cios w plecy zadany niezwyciężonej jakoby w polu armii niemieckiej.

Metafizyka wojny.

Trauma wojenna wytworzyła w europejskiej kulturze swoistą metafizykę wojny. Jedni – jak Ernst Jünger, Louis-Ferdinand Celine, Izaak Babel, a w Polsce Stanisław Rembek – uwznioślali ją jako wewnętrzne przeżycie, podróż do kresu nocy, czyn rewolucyjny lub narodowowyzwoleńczy. Inni widzieli w wojnie demoniczną siłę otwierającą drogę nihilizmowi i cynizmowi. W krajach, które dobiły się niepodległości, z dumą patrzono na sukcesy w wojnach granicznych. Awangarda, futuryzm, kult maszyny, ekspresjonizm, to wszystko miało swe początki przed wojną – w pięknej epoce cesarzy z pióropuszami, generałów z szablami u boku – ale z całą mocą wybuchło w czasie wojny i po niej.

W całej Europie awangarda fascynowała się nową kulturą masową, kinem, sportem, jazzem, światem maszyn i siłą tłumu. Pociągał nowy świat – Ameryka, kraj świeżej, brutalnej swobody, i bolszewicka Rosja, kraj rzekomo nowego człowieka, drakońskimi metodami budująca jakoby bardziej sprawiedliwe społeczeństwo. Wojenne rozluźnienie obyczajowe i moda na psychoanalizę pchały ku wyzwoleniu seksualnemu, którego symbolem była Josephine Baker tańcząca w spódniczce z bananów. Dla konserwatystów dowód zgnilizny moralnej, dla radykałów – zapowiedź rewolucji łączącej Marksa z Freudem w wielkim światowym orgonie (Wilhelm Reich).

Kulturowa wojna domowa.

Ekspresjonistyczny teatr Erwina Piscatora i grafiki Georga Grosza pokazują człowieka jako marionetkę, maszynę lub drobinę tłumu. Francuscy dadaiści wyśmiewają bełkot propagandy i kwestionują wszelką komunikację. Nowe techniki fotomontażu przebijają się zarówno w propagandzie pacyfistycznej, jak i faszystowskiej.

Wojna wywraca normy estetyki architektonicznej. Narzuca proste, zimne linie Nowej Rzeczowości, w miejsce pokrętnych sztukaterii i gipsowych kwiatów przedwojennej secesji. Radykalizuje się moda. Kobiety zdejmują gorset – który już w czasie wojny potępiano jako francuskie zniewolenie niemieckiej autentyczności. (Pracownia gorseciarska Thalysia reklamowała się w listopadzie 1914 r. w tygodniku „Die Woche” anonsem „Niepowstrzymane jest niemieckie zwycięstwo na polu kultury kobiecej”, po czym międzynarodowe słowo gorset zastąpiła pokracznym nowotworem Edelformer, kształtownik uszlachetniający…).

Arnold Zweig w „Kobiecie roku 1914” opisuje wojenną emancypację kobiet, które najpierw są wpatrzone w swych wojowników idących na front, potem już tylko łatają w lazaretach ich okaleczone ciała. Teraz ścięły włosy, skróciły spódnice, prowokując długimi nogami, jak Marlena Dietrich w „Błękitnym aniele”. W czasie wojny pracowały w fabrykach zbrojeniowych, wkładały mundury służb pomocniczych, a teraz popisywały się jako narciarki, biegaczki, pilotki samolotów, a kino rozpropagowało ten obraz nowej kobiety.

Nowe środki masowego przekazu – radio, plakat, bulwarówki – otworzyły po I wojnie światowej nowe możliwości sztuce, ale także trywialnej propagandzie totalitarnych ideologii wyrosłych z pierwszej w dziejach świata wojny totalnej.

polityka.pl

„Zdrada” Andrzeja Dudy oznacza, że jedynowładztwo Kaczyńskiego nie jest już tak stuprocentowo pewne

Leszek Jażdżewski
Po dwóch latach rozciągania giętkiego kręgosłupa prezydent nieoczekiwanie zgubił długopis. Niedawni koledzy partyjni, traktujący go jak popychadło Prezesa, oniemieli. Andrzej Duda – „Mysz, która ryknęła”.

Ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa dla obozu władzy były zupełnie kluczowe. Zainwestował w nie swój autorytet sam Prezes. I pomimo kompromitacji sejmowym wystąpieniem o „zdradzieckich mordach”, które przeszły do potocznej polszczyzny jak kiedyś „mordo ty moja” ze spotu PiS (co oni mają z tymi mordami?), Kaczyński poniósł klęskę na całej linii. Każdy, kto protestował w tych dniach przeciw ustawom służącym upartyjnieniu sądów, może dumnie nosić głowę. To było realne, a nie tylko moralne zwycięstwo.

Protest przed Sądem Najwyższym przeciwko reformie systemu sądownictwa proponowanej przez PiS (fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Oczywiście ustawy wrócą, zapewne już po wakacjach, zmienione w kilku punktach. O ile będą to te, które wygaszają kadencje sędziów i podporządkowują ich Ziobrze, ich szkodliwość zostanie znacznie ograniczona. Jednak lipcowe obywatelskie zwycięstwo pod Sądem Najwyższym ma znaczenie wybiegające poza doraźną obronę wymiaru sprawiedliwości. W polskiej polityce pojawił się – być może już na stałe – czynnik nadziei.

Demokrację od tyranii odróżnia między innymi poszanowanie prawa. Dwa lata rządów PiS to nieustające pasmo deptania prawa w imię siły, dla niepoznaki nazywanej mandatem od suwerena. Parafrazując Stalina – który zapytał z lekceważeniem, ile dywizji ma papież – można by zadać pytanie, ile dywizji ma konstytucja? Polska kultura polityczna sprawia, że niestety niewystarczająco wiele. Opozycja parlamentarna okazała się słaba nie tylko w wymiarze osobowo-programowym, ale i systemowym. Wobec władzy, która nie uznaje reguł parlamentaryzmu i ustawy zasadniczej, jej opór budził śmieszność swoją nieadekwatnością.

Najwznioślejsze idee muszą przegrać z brutalną rzeczywistością faktów dokonanych, o czym, dzięki lekcjom języka ojczystego i historii, wie każde polskie dziecko. Władza PiS trzyma się mocno w znacznej mierze dlatego, że w projekcji jej zwolenników i przeciwników nie istniał do tej pory żaden sposób, żeby ją skutecznie powstrzymać – przynajmniej do wyborów w roku 2019. „Zdrada” Andrzeja Dudy – i to nie w zaciszu gabinetów, ale pod presją tysięcy protestujących, oznacza, że jedynowładztwo Kaczyńskiego nie jest już rzeczą tak stuprocentowo pewną, jak było jeszcze dziesięć dni temu.

30.04.2014 Warszawa , Ul Foksal . Jaroslaw Kaczynski Beata Szydlo podczas Inauguracyjnej konferencji plenarnej Rady Programowej PiS Prezes PiS Jarosław Kaczyński i premier Beata Szydło (fot. Sławomir Kamiński / Agencja)

Zwycięstwo ma swój nieodparty urok, nawet jeśli dokonuje się nie do końca fair. Łatwiej jest poświęcić swoje przekonania i reputację w imię konkretnych korzyści, o czym przekonuje kariera Jarosława Gowina. Trudniej natomiast ryzykuje się, kiedy wynik nie jest do końca pewny. Nawet jeśli nie powstanie żadne nowe stronnictwo prawicowe pod patronatem Dudy, zakwestionowanie tego, co dotychczas uchodziło za aksjomat („PiS zrobi, co chce”), osłabia jego, formalnie przecież słabiutkie, bo wiszące na czterech głosach, panowanie nad Polską. „Warto być przyzwoitym” nabiera znaczenia zupełnie wymiernego – nie tylko moralnego.

Jeszcze ważniejsze, niż zarysowanie spoistości PiS-owskiej władzy, jest poczucie upodmiotowienia się Polski obywatelskiej. Tej, która czuła, że polityka jest ponad nią albo obok niej. To, co nazywamy społeczeństwem obywatelskim, w praktyce sprowadzało się w III RP do działalności NGO – większych i mniejszych, na swój sposób zawodowych aktywistów, jak w przypadku ruchów miejskich. Teraz powszechne poruszenie i zaangażowanie, nawet jeśli jest to tylko udział w demonstracji, daje szansę na to, żeby przynajmniej najbardziej świadoma część Polaków zaczęła inaczej, niż tylko przez partie polityczne (które obumierają w erze polityki medialnej jako przestrzeń realnej dyskusji i poczucia sprawczości), angażować się w życie publiczne. Po stronie mieszczan, lemingów, klasy średniej – jak zwał tak zwał, modę na nieangażowanie wypiera moda na aktywność. Obywatelski sport dziś to nie leżenie z pilotem na kanapie i przełączanie kanałów z publicystyką, ale aktywne jego uprawianie – na ulicy.

Największe osiągnięcie rządów PiS? Wyciągnęli Polaków z domu.


Leszek Jażdżewski.
 Redaktor naczelny pisma ”LIBERTÉ!”. Współtwórca Igrzysk Wolności i łódzkiej klubokawiarni 6dzielnica. Publicysta, m.in. na łamach „Gazety Wyborczej”, „Polityki”. Publiczny mówca, polityczny komentator (TVN24, TOK FM). Zasłynął samotnym protestem na marszu narodowców „Idzie antykomuna” i stworzeniem akcji Świecka szkoła. Prowadzi bloga i twittuje.

weekend.gazeta.pl

Ministerstwo: Szczegóły ustawy dekoncentracyjnej poznamy najwcześniej jesienią

Jarosław Kaczyński na antenie TV Trwam przyznał, że dekoncentracja mediów może wywołać opór (screen z TV Trwam)

Nie w lipcu – jak zapowiadano – ale najwcześniej jesienią Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przedstawi propozycje założeń projektu o dekoncentracji mediów. Jarosław Kaczyński w Telewizji Trwam zapowiedział jednak, że ustawa powstanie i może wywołać „wielki opór”.

Kaczyński mówił o tym 27 lipca br. w programie „Rozmowy niedokończone” (Telewizja Trwam). Prezes Prawa i Sprawiedliwości wśród spraw do załatwienia wymienił właśnie dekoncentrację mediów i dodał, że może ona wywołać „wielki opór”.

Prace nad projektem trwają już od kilku miesięcy. Na początku br. powstał w tym celu specjalny zespół w MKiDN. W magazynie „Press” (wyd. 07-08/2017) Paweł Lewandowski, wiceminister kultury odpowiedzialny za prace nad tą ustawą, zapowiadał, że jej wstępne założenia powinniśmy poznać w połowie lipca.

Jak informuje centrum informacyjne MKiDN, termin ten przesunie się w związku z zamówieniem dodatkowych ekspertyz – ministerstwo nie podaje jakich. „Jest więc jeszcze za wcześnie, żeby przedstawiać szczegółowe rozwiązania, które mogłyby zostać wprowadzone w Polsce. (…) Najbliższy możliwy termin przedstawienia wstępnych propozycji założeń do projektu to jesień br.” – możemy przeczytać w informacji przesłanej „Presserwisowi”.

– Z nami jeszcze nikt nie konsultował projektu, ale taki jest tryb pracy ministerstwa, widać trwają prace wewnętrzne i na razie nie potrzebują naszej pomocy. Z reguły konsultacje odbywają się po tym, jak wypracowane zostaną wstępne propozycje założeń, a potem kolejne są przy skończonym projekcie ustawy. Liczymy, że wtedy ministerstwo będzie konsultować swoje pomysły z branżą – mówi Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy.

press.pl

PiSman i demokratura. Lipcowe protesty mocno wyhamowały pisowskie zawłaszczanie Polski

Marek Borowski przestrzegał przed PiSmanem i demokraturą. Właśnie to chcą nam zainstalować. W jakiejś części to już się stało.

Ale ogromny opór w postaci ostatnich protestów wyhamował PiS. Na jak długo?

Domorosły gang Olsena Kaczyńskiego jest śmieszny, ale tym bardziej groźny. To fajtłapy, a tacy zawsze są groźniejsi od zaradnych, bo są zakompleksiali, a więc wredni do szpiku kości.

Fajtłapa wyzwie od kanalii i zdradzieckich mord, a jak to nie przestraszy, użyje przemocy i rozleje krew.

Waldemar Mystkowski twierdzi, że skrystalizował się opór społeczny, szczególnie młodych Polaków,. Nazywa to lipcową rewolucją – i ona ostatecznie zwycięży.

Protestujący z rewolucji lipcowej zamyślają o powołaniu nowego podmiotu politycznego. Jedna z uczestniczek Małgorzata Sikorska chce fundować Polskę od nowa, pisze o tym (punkts.blog.polityka.pl): – „Czy potencjał, który tak wyraźnie ujawnił się w czasie ostatnich manifestacji (i to zarówno po stronie przemawiających, jak i uczestników), przełoży się na powstanie nowej siły politycznej, której przedstawiciele być może będą mieli odmienne zdania, co do kwestii szczegółowych, ale zgodzą się co to pryncypiów – tego, że ta „nowa” Polska musi być zbudowana na otwartości, szacunku i solidarności społecznej? Trudno sobie wyobrazić lepszy moment, żeby zacząć „robić” Polskę od nowa”.

Wielce prawdopodobne, że narodził się polski Emmanuel Macron.

Więcej >>>

Marek Borowski

PiS chce demokratury

 18.08.15

Uchwalona w 1997 r. konstytucja z pewnością nie jest doskonała, dlatego co pewien czas podnoszą się głosy, że warto by to i owo w niej zmienić, uczytelnić, lepiej rozdzielić kompetencje. Niewiele z tego wynika, bo gdy jedna partia chce zasadnie poprawić jeden artykuł, pozostałe warunkują to zmianami w pięciu innych miejscach i kończy się to tak, jak powiedział były premier Rosji Czernomyrdin: „Chcieliśmy dobrze, ale wyszło jak zwykle”.

Poprawki poprawkami, nikt jednak nie podważa konstytucji jako takiej. Nikt? Oj, chyba przesadziłem. Jest taka jedna partia, która co rusz chce zmieniać wszystko, bo na ewolucyjne zmiany szkoda jej czasu. Ta partia to oczywiście Prawo i Sprawiedliwość.

Co pewien czas wielkim nakładem pracy ekspertów i polityków wytwarza kompletny, całościowy projekt nowej konstytucji. Oczywiście, uchwalenie ustawy zasadniczej nie jest takie proste – trzeba mieć 307 posłów i 51 senatorów. Do tej pory była to mrzonka, ale kto wie, co będzie w październiku?
Prezentowany obecnie program PiS-u („3×15”, czyli po 15 mld zł miesięcznie na dzieci, na wyższą kwotę wolną od podatku oraz na obniżenie wieku emerytalnego i VAT-u) to jedynie wabik, który ma przyciągnąć wyborców. Zagłosują, a dopiero potem dowiedzą się, o co naprawdę chodziło. Właśnie dlatego warto o tym pisać, bo projekty te nigdy – zapewne przez skromność – nie były przesadnie eksponowane, a to z nich wyziera prawdziwa myśl ustrojowa Prezesa.

2005 r. Nowy Człowiek. PiS-man

Pierwszy projekt nowej konstytucji powstał w 2005 r. i miał zwiastować nadejście IV RP. Przewidywał objęcie przez władzę wykonawczą żelaznym uchwytem telewizji i radia (co zresztą w ciągu jednej nocy się dokonało), prasy, sądów, opozycji i systemu edukacji. Napisałem wtedy w „Wyborczej”, że tak jak w przeszłości komunistom, tak teraz Jarosławowi Kaczyńskiemu marzy się uformowanie nowego Polaka. Taki Nowy Człowiek, PiS-man, myślałby o różnych sprawach to, czego chcieliby jego twórcy. Dopiero taka przemiana zagwarantowałaby PiS-owi długoletnią władzę, gdyż każdy osobnik głoszący inne poglądy byłby uważany za wybryk natury. Podobieństwo do Orwella było oczywiście całkowicie przypadkowe.

IV RP szybko legła w gruzach pod własnym ciężarem, choć zanim się rozsypała, zdążyła sporo naszkodzić. Konstytucję z 2005 r. odłożono na półkę i pięć lat później (styczeń 2010 r.) opracowano nową, stanowiącą – jak rozumiem – aktualną propozycję ustrojową PiS-u (www.pis.org.pl). Pobrzękują w niej licznie te same tony, co w poprzednim projekcie, ale są i nowe.

2010 r. Ustrój prezydencki

Zacznijmy od nowości. Projekt 2010 radykalnie przekształca ustrój RP z gabinetowo-parlamentarnego w prezydencki. Wtedy prezydentem był Lech Kaczyński i autorzy tego projektu optymistycznie zakładali, że będzie on ponownie wybrany jesienią 2010 r.

Dziś sytuacja jest klarowna: prezydentem jest Andrzej Duda i pisowski projekt konstytucji (dalej: PPK) jest wręcz skrojony dla niego, a co najważniejsze – sam Andrzej Duda napomknął o potrzebie uchwalenia nowej konstytucji.
Poinformujmy zatem opinię publiczną, co zawiera ten projekt. Zaczniemy od tego, co będzie mógł uczynić prezydent Andrzej Duda, jeśli w wyborach oddamy dostatecznie dużo głosów na PiS i ewentualnie na ruch Kukiza.

Po pierwsze, w ciągu pierwszych sześciu miesięcy od objęcia urzędu będzie mógł rozwiązać Sejm (art. 94 PPK). Dlaczego? Nie wiadomo, bo taka będzie jego prezydencka wola.

Po drugie, Sejm może sobie wybierać premiera i ministrów, a prezydent wcale nie musi ich powoływać. Wystarczy, że dręczy go „uzasadnione podejrzenie, że nie będą oni przestrzegać prawa (sic!)” (art. 122 PPK).

Po trzecie, jeśli prezydentowi nie spodoba się ustawa przyjęta przez Sejm (np. sześciolatki do szkoły), może sam z siebie zarządzić nad nią referendum i gdy naród ją odrzuci, prezydent może – zgadnijcie państwo co? – oczywiście rozwiązać Sejm (art. 103 PPK).

Po czwarte, odwróćmy sytuację: prezydent, jako dobry pan, postanowił obniżyć wiek emerytalny wszystkim do 60. roku życia. Poddaje ustawę pod referendum i po oczywistym poparciu przez naród kieruje ją do Sejmu. Ustawa jest szkodliwa, więc Sejm ją odrzuca. I już po Sejmie, bo prezydent sięga do art. 105 PPK i Sejm rozwiązuje.

Powie ktoś, że przesadzam – przecież wiążące minimum frekwencji w referendum to aż połowa wyborców. Uprawnienia z pkt 3 i 4 to zatem raczej straszak niż realna groźba. Czyżby? Nie radzę lekceważyć autorów PPK i ich holistycznego podejścia do tematu. Art. 8 PPK obniża ten próg do 30 proc.!

Mogę się także spotkać z zarzutem, że przecież jeśli PiS zdobędzie w wyborach większość (tym bardziej, jeśli będzie to większość konstytucyjna), to Andrzej Duda nie będzie się przecież wadził z Prezesem i korzystał z tych uprawnień. Zgoda, ale nic nie trwa wiecznie. Rządy PiS nie muszą trwać cztery lata. Może dojść do rozpadu koalicji albo wcześniejszych wyborów – i wtedy nowe szaty prezydenta, utkane przez PPK, będą bardzo przydatne.

A poza tym, spójrzmy na te pomysły bez kontekstu politycznego: po ich wprowadzeniu demokratycznie wybrany parlament i rząd zostają ubezwłasnowolnione, bo w każdej chwili mogą zniknąć.

Prezydent ma w PPK jeszcze inne przywileje. Przed Trybunałem Stanu staje tylko za umyślne naruszenie konstytucji, podczas gdy np. minister odpowiada za każde naruszenie. Ale i tu jest ciekawostka. Obecna konstytucja zobowiązuje, aby większość członków TS miała kwalifikacje sędziowskie. W PPK tego warunku już nie ma – każdy krewny i znajomy Królika będzie mógł zostać członkiem Trybunału.

Rząd wzięty, Sejm opanowany…

Przejdźmy teraz do drugiej kwestii – co PPK mówi o relacjach rządu i opozycji? Niewiele, ale za to konkretnie. „Gęganie” opozycji będzie mocno ograniczone. Rada Ministrów, wnosząc projekt ustawy, może zabronić wnoszenia poprawek (art. 106). Na wniosek RM prezydent może rządzić dekretami (art. 62). Inicjatywę ustawodawczą będzie miało nie 15 (jak dziś) posłów, ale 36, przy czym liczba posłów ma ulec zmniejszeniu do 360, czyli do wniesienia projektu ustawy klub musiałby liczyć co najmniej 10 proc. ogólnego stanu izby. W obecnych warunkach 10 proc. to 46 posłów, czyli takie partie jak SLD, PSL czy wcześniej Ruch Palikota byłyby pozbawione podstawowego prawa, jakim jest wnoszenie pod debatę własnych propozycji.

A może jakąś szansę dla opozycji będzie stanowił Trybunał Konstytucyjny, który ustawy niebezpieczne dla pluralizmu, świeckości państwa czy demokracji – uchwalane przez PiS – będzie uchylał? Porzućcie wszelką nadzieję – autorzy PPK zamknęli i tę furtkę. Z art. 135 wynika, że wyroki Trybunału będą miały moc obowiązującą nie wtedy, gdy po prostu większość sędziów zakwestionuje zgodność z konstytucją, ale wtedy, gdy większość ta wyniesie cztery piąte składu (!).

Tak więc nawet jeśli 11 sędziów stwierdzi brak zgodności z konstytucją, a tylko czterech będzie przeciwnego zdania – ustawa zostanie uznana za konstytucyjną! Już tylko dla porządku dodajmy, że w myśl art. 128 PPK prezesa i wiceprezesów TK prezydent powołuje, nie prosząc sędziów o przedstawienie kandydatur, jak tego wymaga obecna konstytucja.

Tak więc rząd wzięty, Sejm opanowany, prezydent na posterunku, gotowy do akcji – ale przecież są jeszcze chyba sądy w Warszawie?!

…a sądy pod specjalną kontrolą

Niestety, po wejściu w życie PPK – już nie. Jeśli postulowane przez ekspertów PiS badanie „butnych i aroganckich sędziów” wariografem oraz badanie ich moczu na obecność substancji szkodliwych nie pomoże – wkroczy prezydent i na mocy art. 145 PPK złoży sędziego z urzędu za „niezdolność lub brak woli” rzetelnego wypełniania obowiązków. Te przykre defekty u sędziego wykryje i stwierdzi większością trzech piątych głosów Rada do spraw Sądownictwa, powołana w miejsce obecnej Krajowej Rady Sądownictwa.

I tu niespodzianka (czy aby na pewno niespodzianka?): o ile obecna KRS składa się w trzech czwartych z osób niezależnych od rządu i prezydenta (a więc nieskorych do realizowania poleceń władzy wykonawczej), to we wspomnianej Radzie do spraw Sądownictwa wprost przeciwnie: 80 proc. członków powołuje prezydent, rząd lub większość parlamentarna, a na dodatek, dla wszelkiej pewności, przewodniczącym Rady jest sam prezydent!

Tak więc, panie i panowie sędziowie, musicie zrozumieć, że nie będziecie już „świętymi krowami”, a dobra i rozumna władza będzie po ojcowsku korygować wasze postępowanie.

Koniec państwa świeckiego

Na koniec zostawiłem to, co oczywiste: PPK rezygnuje z wszelkich zasad świeckiego państwa. Poczynając od nowej preambuły („W imię Boga Wszechmogącego”), przez całkowity zakaz aborcji, liczne rezygnacje z dotychczasowych przepisów gwarantujących wolność sumienia, aż do nowej roty przysięgi składanej przez osoby publiczne obejmujące różne urzędy.

Dziś rota jest świecka, a składający przysięgę może dodać: „Tak mi dopomóż Bóg”. W PPK rota kończy się słowami „Tak mi dopomóż Bóg”, a składający przysięgę może z nich zrezygnować. Bardzo oryginalnie będzie zatem wyglądać ślubowanie poselskie, gdy marszałek odczytuje rotę, a posłowie kolejno wstają i mówią: „Ślubuję”. Dziś wielu dodaje: „Tak mi dopomóż Bóg”, ale po nowemu ci, którzy nie zechcą akcentu religijnego, będą zmuszeni mówić: „Ślubuję, ale bez ostatniego zdania”!

Groźną cechą PPK jest możliwość zmiany przez odpowiednią większość każdego artykułu konstytucji, czyli dokonania tzw. demokratycznego zamachu na podstawowe prawa obywatelskie. Obecna konstytucja zawiera przepis, że jeśli parlamentarna większość zechce np. wprowadzić do konstytucji możliwość stosowania cenzury lub zakaz strajków, to na żądanie opozycji musi być w tej sprawie zorganizowane referendum. W PPK takiego przepisu nie ma, a tak na marginesie – nie ma również zagwarantowanego prawa do strajku (!).
…Czas na podsumowanie. O PPK można by pisać jeszcze długo, ale chyba już wszystko jasne. Ustrój, jaki się z tego projektu wyłania, to wprawdzie jeszcze nie dyktatura, ale na pewno już nie demokracja.

To demokratura. Nie wiemy, czy tego właśnie chce prezydent Duda. Miejmy nadzieję, że wkrótce skonkretyzuje swoje zamiary. Wiemy jednak, czego chce PiS. Dlatego stawka październikowych wyborów jest znacznie większa, niż się wielu rodakom wydaje. Trzeba będzie wybierać między naszą nieidealną, wymagającą poprawy demokracją a autorytarną, znaną z niektórych sąsiednich krajów, demokraturą. Nie zróbmy błędu!

Marek Borowski – senator niezależny, były marszałek Sejmu, związany z lewicą poseł na Sejm wielu kadencji, współautor konstytucji i jej preambuly (1997 r.)

Źródło: „Gazeta Wyborcza”

marekborowski.pl

Lipcowa rewolucja wydaje się być trwała

Lipcowa rewolucja wydaje się być trwała

Trudno sobie wyobrazić lepszy moment, żeby zacząć „robić” Polskę od nowa.

Andrzej Duda podjął rękawicę rzuconą przez protestujących, zawetował dwie z trzech ustaw dotyczących sądownictwa. I nie dlatego to zrobił, że zrozumiał cokolwiek, ale dlatego, że się przestraszył.

Przewroty, upadki, rewolucje zawsze mają za jedną z zasadniczych przyczyn bezpośrednich  – strach. To już się stało i nie jest do cofnięcia, choćby nie wiem, co PiS robił, to se ne vrati. Właśnie! Nie chodzi o decyzję Dudy, chodzi o to, co się urodziło na ulicy dzięki ustawom sądowniczym, a czego niechcący akuszerem został Duda.

Atmosfera się nie uspokoi, bo protest zobaczył się w lustrze. Zobaczył, jaką posiada siłę i przede wszystkim: usłyszał siebie, wyartykułował się, acz są to na razie pierwociny artykulacji, zręby są jednak wyraźne.

Duda na tym nie skorzysta, jest więźniem pisowskiego zaplecza, jest skazany na inicjatywy polityczne akolitów i samego Jarosława Kaczyńskiego. Aby się uwiarygodnić, musiałby wszystko odrzucać, wetować, a tego nie zrobi, gdyż prawdopodobnie jest postawiony na funkcji prezydenta siłą haków, które były w użyciu w słynny poniedziałek (24.07.2017 – warto zapamiętać tę datę), gdy delegacja marszałków i premier chciała na nim wymóc cofnięcie weta.

Duda ma więc świadomość, że parafując jakąkolwiek ustawę nie podobającą się nowemu podmiotowi politycznemu – nazwijmy na razie: protestującymi – spotka się z podobną reakcją ulicy, street politics, jak w lipcu. Nie wejdzie też w żaden bliższy alians z protestującymi, bo gdyby był niezłomny – jak zarzekał się bufoniarsko na początku prezydentury – już dawno wyszedłby do protestujących.

Nie jest to jednakże pocieszająca wiadomość dla opozycji parlamentarnej. Co wrażliwsi mają tego świadomość. Podczas ośmiu dni lipcowych – chyba już możemy używać nazwy rewolucja lipcowa – politycy rzadko byli dopuszczani do głosu. Piszę na przykładzie Poznania. Tylko w pierwszym dniu protestu organizowanym przez KOD do głosu został dopuszczony prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.

W następnych dniach prowadzący Franciszek Sterczewski zachęcał polityków do robienia notatek, a nie do gulgotania w sitko, a nawet namawiał do służby w ochranianiu protestu. Usłyszał tę zachętę nie tylko Ryszard Petru, aby wdziać odblaskową kamizelkę. W tym sensie lipcowe protesty – lipcowa rewolucja – jest postkodowska. Nie przekreśla to KOD, nie wyklucza go, ukazała jednak błędy, które popełnił KOD. Acz – to też trzeba mieć na względzie – błędy były nie do uniknięcia. Dlatego, że politycy zostali sprowadzeni do swego wymiaru funkcji: służby, dlatego nagle zjawili się młodzi i objęli dowodzenie nieposłuszeństwem obywatelskim. Wyartykułowali się, bo w trakcie protestów nie tylko słyszeliśmy potrzebę bronienia trójpodziału władzy, szczególnie sądownictwa, ale też potrzeby z innych beczek społecznych potrzeb. To nie był protest gatunkowy (w sprawie sądownictwa), to był protest szerokiego nurtu, głównego i pokoleniowy.

Nie jest to więc dobra wiadomość dla Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej, ale dla poszczególnych polityków tych partii owszem, bo mają ucho i otwarty rozum na wrażliwość, która właśnie się artykułuje. Protesty wykreowały młode elity. I są to m.in młodzi prawnicy – norma np. w USA – ale nie tylko, świat nie jest im obcy, a Europa domem takim samym, jak Polska.

Protestujący z rewolucji lipcowej zamyślają o powołaniu nowego podmiotu politycznego. Jedna z uczestniczek Małgorzata Sikorska chce fundować Polskę od nowa, pisze o tym (punkts.blog.polityka.pl): – „Czy potencjał, który tak wyraźnie ujawnił się w czasie ostatnich manifestacji (i to zarówno po stronie przemawiających, jak i uczestników), przełoży się na powstanie nowej siły politycznej, której przedstawiciele być może będą mieli odmienne zdania, co do kwestii szczegółowych, ale zgodzą się co to pryncypiów – tego, że ta „nowa” Polska musi być zbudowana na otwartości, szacunku i solidarności społecznej? Trudno sobie wyobrazić lepszy moment, żeby zacząć „robić” Polskę od nowa”.

Wielce prawdopodobne, że narodził się polski Emmanuel Macron.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

%d blogerów lubi to: