Czy Kaczyński omami Dudę?

Czy Czy Kaczyński omami Dudę?

Prezes PiS da Dudzie MSZ w zamian za ustępstwa w sprawie sądów? Czy taki właśnie będzie sposób Kaczyńskiego na „spacyfikowanie” Dudy? Według „Newsweeka”, Jarosław Kaczyński chce, żeby szef gabinetu prezydenta Krzysztof Szczerski został ministrem spraw zagranicznych. Gdyby do tego doszło, stanowisko straciłby mistrz gaf wszelakich, czyli Witold Waszczykowski. A okazją może być zapowiadana w listopadzie tzw. rekonstrukcja rządu.

Według informatorów tygodnika, za tą ofertą kryje się konkretny plan. Powstałoby wrażenie, że Duda przejął kontrolę nad dyplomacją. Znacząco w tym kontekście brzmią słowa Kaczyńskiego z jego niedawnego wywiadu dla „Gazety Polskiej”. – „W polskich warunkach możliwa jest umowa polityczna co do podziału kompetencji i to da się zrobić bez zmiany konstytucji. Zawsze uważałem, iż ten model zastosowany przez mojego śp. Brata i mnie jako premiera sprawdził się i warto by było go powtórzyć (…). Dziś to tak nie działa i prawdopodobnie jest to przyczyna napięć między rządem a prezydentem, a przecież tę sprawę można byłoby załatwić i wyeliminować niepotrzebne emocje”.

O tym, że to jednak pułapka Kaczyńskiego – zastawiona na Dudę – przekonują informatorzy „Newsweeka”. – „Prezes przedstawi to jako gest wobec Pałacu i w zamian będzie oczekiwał trwałego pokoju w relacjach z rządem, którego elementem będzie m.in. zaakceptowanie poprawek PiS do reformy sądownictwa. Tyle że wszyscy wiedzą, że Szczerski jako szef MSZ szybko zacznie się orientować na Nowogrodzką i słuchać poleceń Kaczyńskiego, bo to od niego będzie zależał jego los. W efekcie MSZ będzie prowadzić politykę pisaną w partii na konto prezydenta”.

Sam Szczerski, jeśli otrzyma propozycję objęcia stanowiska ministra spraw zagranicznych, raczej jej nie odrzuci. Jak pisze „Newsweek”, powszechnie wiadomo, że jego odwieczną ambicją jest objęcie teki szefa MSZ. – „Szczerski to przyjaciel Dudy i jeden z jego wizerunkowych atutów” – twierdzi rozmówca „Newsweeka”. Oznaczałoby to jeszcze jedno osłabienie prezydenta.

Związaniem Dudzie rąk można też nazwać kolejną propozycję Kaczyńskiego, w myśl której prezydent miałby jeździć do Brukseli na szczyty Unii Europejskiej. Musiałby „oczywiście uzgadniać stanowisko z rządem, lecz nic nie stoi na przeszkodzie, by otrzymał pełnomocnictwo i reprezentował kraj” – powiedział Kaczyński. – „To już całkiem związałoby Dudzie ręce. Musiałby brać instrukcje od rządu i je wypełniać w Brukseli” – uważa informator „Newsweeka”.

Czy Andrzej Duda wpadnie (a może już wpadł?) w sidła zastawione przez Kaczyńskiego? Niedawno Roman Giertych twierdził, że Kaczyński „zaczarował” Dudę, więc…

300polityka.pl

 

Arłukowicz: Jeżeli czwartkowa informacja rządu będzie potraktowana lekceważąco, w piątek zwołam komisję zdrowia w szpitalu

– Usłyszałem, że pani premier porozmawia wtedy, kiedy przerwą strajk. To nie jest postawa dialogu. Ci ludzie protestują 9. dzień i rząd na nich nie zwraca uwagi. To jest skandal i też powiem tu, u pana na antenie, że przed chwilą podpisałem dokumenty do marszałka Sejmu, że jeśli czwartkowa informacja bieżąca rządu znowu będzie sposobem… będzie przez rząd potraktowana w Sejmie w tak lekceważący sposób, jak było na komisji zdrowia – zarówno tych rezydentów, jak i wszystkich tych, którzy w temacie są aktywni, to na piątek zwołam kolejne posiedzenie komisji zdrowia, tym razem u rezydentów… Tak, u nich w szpitalu – stwierdził Bartosz Arłukowicz w rozmowie z Marcinem Zaborskim w RMF FM. Jak dodał:

„Dlatego że skoro rząd się nimi nie zajmuje, to muszą być ludzie w polityce, którzy będą dbali o to, żeby rząd w końcu się nimi zajął. Nie chcę [zrobić teatru politycznego wśród głodujących lekarzy]. Chcę zmusić ministra zdrowia i premiera rządu do podjęcia decyzji, czy podejmują się realizacji jakiejkolwiek negocjacji z rezydentami, czy będą udawali, że problemu nie widzą? Ci ludzie głodują. I premier musi sie tym zająć”

300polityka.pl

Skrajna arogancja i hipokryzja władzy. Słowa ministra zdrowia wywołują szok

Politycy partii rządzącej wielokrotnie podkreślali w kampanii wyborczej w 2015 roku, że najważniejsza dobra zmiana jaka nastanie wraz z powierzeniem im władzy, to koniec z wszechobecną arogancją i ignorowaniem społecznych problemów obywateli. Jak pokazują ostatnie dni, nie wszystkich obywateli mieli jednak na myśli. Żaden rząd w przeciągu ostatnich 25 lat nie potrafił poradzić sobie z reformą służby zdrowia tak, by kolejki do lekarzy zmalały, zaś lekarze nie musieli wybierać pomiędzy pracą na kilku etatach jednocześnie a wyjazdem do bogatszych krajów.

Trwający od 2 października protest głodowy lekarzy rezydentów pokazuje skalę hipokryzji rządzących w wymiarze dotąd nieznanym. Jest to tym bardziej zastanawiające, że obecnie ministrem zdrowia jest były prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, który powinien najlepiej znać rzeczywiste problemy tej grupy zawodowej oraz całego systemu. Wprowadzone  reformy oparł na zmianie struktury finansowania szpitali, na wzmocnieniu chrześcijańskiego charakteru niesionej pomocy czy walce z antykoncepcją i in vitro. Zapomniał jednak o najważniejszym elemencie służby zdrowia, czyli tych, którzy pomoc medyczną mają nieść.

Obrazki, jakie możemy oglądać w ostatnich dniach w mediach czy na posiedzeniach specjalnie zwołanej w tej sprawie komisji zdrowia, urągają wadze problemu. Jednocześnie unaoczniają zaniedbania Ministerstwa Zdrowia i ślepy na rzeczywiste problemy kierunek zmian. Media publiczne próbują problem zagłuszyć, ograniczając możliwość dotarcia do szerokiego spektrum odbiorców, a szefowa rządu ignoruje protestujących udając, że problemu nie ma. Ot, kolejna nadzwyczajna kasta wyciąga ręce po kasę – tylko czekać aż sprawą zajmie się Polska Fundacja Narodowa, która pokaże młodych lekarzy kradnących wafelka, spodnie czy pendrive’a.

A problem jest poważny, bo trwające przez ostatnie lata zmiany w polityce gospodarczej rządu ewidentnie pomijają potrzeby godnego i racjonalnego wynagradzania młodych lekarzy.

Trudno jednak rozmawiać poważnie ze stroną rządową, której odpowiedzi na żądania młodych lekarzy aż kipią arogancją i lekceważeniem ich postulatów. Naprawdę trudno skomentować choćby takie wypowiedzi ministra zdrowia.

Były minister zdrowia w rządzie PO-PSL, Bartosz Arłukowicz, choć niestety sam z pewnością mógł zrobić dla lekarzy rezydentów więcej w czasach swoich rządów w resorcie, przy okazji protestu młodych medyków bardzo mocno zaangażował się w nagłośnienie problemu. Przypomniał chociażby postulaty samego ministra Radziwiłła z 2006 roku, gdy sam domagał się dla lekarzy rezydentów właśnie dwukrotności średniej krajowej.

Oczywiście, punkt widzenia zazwyczaj zależy od punktu siedzenia i dziś minister Radziwiłł tamte żądania uważa za niemożliwe do spełnienia. Pytanie czy kłamał zatem w 2006 roku, czy kłamie teraz. Tym bardziej, że w świetle propagandy sukcesu rządu Beaty Szydło, sytuacja budżetu w Polsce jest najlepsza w przeciągu ostatniej dekady. No chyba, że przyjmiemy deklaracje wicepremiera Morawieckiego jako kolejną ściemę, propagowaną na bieżące potrzeby polityczne.

Sam minister zdrowia nagle uważa, że pensje lekarzy rezydentów wcale głodowe nie są, więc forma protestu głodowego jest jak najbardziej nieuzasadniona. Jeden z internautów, biorąc najwyraźniej pod uwagę oświadczenie majątkowe ministra rozszyfrował powody nagłej zmiany zdania.

Choć kolejni protestujący opadają z sił i ze względów zdrowotnych muszą rezygnować z dalszej głodówki, niewiele wskazuje na to, by strony sporu miały się dogadać. Już wkrótce usłyszymy zapewne w mediach rządowych, że w ogóle to rezydenci są niewdzięczni, bo przecież absolwenci innych kierunków studiów nie mają zagwarantowanej pensji, nawet tej „nie-głodowej”. W zanadrzu jest też argument o tym, że przecież studia mieli bezpłatne, fundowane z budżetu – powinni być zatem wdzięczni władzy, że w ogóle pozwala im uprawiać ten zawód. A na koniec materiału o rezydentach pojawi się oczywiście pochwała dla fantastycznego pomysłu resortu o sieci szpitali, która w końcu zmniejszyła kolejki, pozwalając obywatelom cieszyć się ze skutecznej służby zdrowia. Z racji tego, że media są rządowe, z pewnością nie pojawią się tam wypowiedzi takie jak jednego z protestujących medyków, który obnażył sukces reformy Radziwiłła.

Zresztą o przykładach dłuższych kolejek oraz problemów z zarejestrowaniem się nawet do lekarzy internistów, można przeczytać wiele na profilach twitterowych Porozumienia Rezydentów jak i Bartosza Arłukowicza.

Ja tylko mogę mieć apel do opozycji, by tematowi nie pozwoliła ucichnąć. Polacy na to nie zasługują.

crowdmedia.pl

Program Joanny Muchy dla całej opozycji

Program Joanny Muchy dla całej opozycji

To wydarzenie umknęło mediom, a wydaje się być bardzo istotne, jeżeli nada mu się odpowiednią rangę medialno-polityczną, może w opozycję wlać ducha zwycięzcy. Piszę o briefingu w Sejmie Joanny Muchy, która poinformowała, że od kilkunastu tygodni pracuje nad programem dla całej opozycji.

Z tego, co zrozumiałem, posłanka Platformy Obywatelskiej sama wzięła się za opracowanie sprawy niebywałej. Pracuje za całą opozycję. O tworzonym programie rozmawiała już z szefem PO Grzegorzem Schetyną, który wielce tym się zainteresował, dojdzie do kolejnych spotkań.

Mucha wychodzi z założenia – skądinąd słusznego – że Polska ma za sobą 2,5 dekady transformacji ustrojowej, która to przemiana się dokonała. – „Transformacja była określona trzema słowami: demokracja, rynek, Europa. Z tych trzech dokonań, w których oczywiście wiele zostało do zrobienia, jesteśmy teraz przez obecnie rządzącą partię zawracani” – ocenia Joanna Mucha. Najwyższy czas nakreślić ramy przyszłości dla Polski na kolejne dwie dekady. Mucha wraz z rówieśnikami, czyli czterdziestolatkami, będzie kształtowała przyszłość Polski.

Bardzo interesująco Mucha podchodzi do tego, co aktualnie się dzieje. PiS od dwóch lat zaprzepaszcza dorobek transformacji, ale posłanka PO uważa, że nie możemy się skupiać na PiS, bo opozycja i w pewnym sensie społeczeństwo obywatelskie – to moje porównanie – staje się ogonem do pisowskiego szczekającego kundla. Opozycja merda na „nie”.

Jedno z najważniejszych założeń programu Muchy to stworzenie sprawnego państwa z silnym obywatelem. Zupełnie inna filozofia, niż obecnie forsowana przez PiS, w którym obywatela poświęca się dla państwa i narodu. Zresztą w tak rozumianym państwie narodowym nawet naród nie jest podmiotem, ale państwo sterowane przez elity endecko-nacjonalistyczne. Zaś siły państwa nie może zweryfikować obywatel, robi to za niego propaganda i zależne media.

Wobec tego nie możemy mówić o żadnej wspólnocie, ale o narzuconym poczuciu bardzo określonego i wąskiego patriotyzmu. Posłanka PO chce odbudować wspólnoty na różnych poziomach: lokalnych, zawodowych, wszelkich środowiskowych, które kooperują ze sobą, gdy wyznaczą integrujące cele. Społeczeństwo dostaje narzędzia i tworzy swoją rzeczywistość, a nie zarządzające elity narzucają wzorce rzeczywistości.

Wiąże się to z decentralizacją państwa. Temat ten w ostatnich latach został zapomniany, a przez aktualnie rządzących obłożony ponadto negatywną oceną. Mucha w programie duży nacisk kładzie na rewolucję wydajności, z którą wiążą się zmiany stosunków pracy, inne relacje zależności między pracodawcą a pracownikiem, a zatem zamknięcie szarej strefy, zmiany umów cywilno-prawnych, które dookoptują nas jako równych do społeczeństw zachodnich.

Streszczam wystąpienie Muchy, także je interpretuję. Przede wszystkim podziwiam ją, iż podjęła się sama tego, co powinny robić jak najszersze gremia opozycjo-eksperckie. Oby jej praca nie była robotą Syzyfa, a opozycja przestała być merdającym dodatkiem ciągle szczekających rządzących, że przez „8 ostatnich lat, hau-hau-hau”.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Śmieszno czy straszno?

Śmieszno czy straszno?

Żyjemy w rzeczywistości, która przerosła kabaret.

Oglądanie „Ucha prezesa” staje się coraz bardziej smutne. Nie dlatego, że obniżył się poziom programu czy zetlało poczucie humoru Roberta Górskiego. Bynajmniej. Wszelako zaletą satyry jest nadmiar: wszystko w niej musi być przerysowane, zdeformowane, dodane i dlatego jest zabawne. W „Uchu prezesa” wszelkie deformacje rzeczywistości okazują się nie tyle zabawne, co dramatycznie realne. I zabawne być przestają. Nawet przerysowane sylwetki głównych bohaterów zdają się nie dorastać do oryginałów. Więcej: wyssane z palca historyjki i dialogi – mam wrażenie – są znacznie mnie zabawne niż te rzeczywiste. Oglądam więc ten program satyryczny na serio jak rodzaj politycznej analizy, próbę interpretacji tego, co się dzieje, a nie jako kabaret, który deformuje rzeczywistość i wyolbrzymia negatywne cechy bohaterów.

Pamiętam, jak za czasów poprzednich rządów PiS Michał Ogórek w programach TOK FM miał dowcipnie odnosić się do politycznej rzeczywistości. Był jednak bez szans. Rzeczywistość już wtedy była znacznie zabawniejsza niż jakiekolwiek „zabawne” komentarze. Był to czas rządów ministra Giertycha, który abdykował już wtedy z roli ojca Wszechpolaków, ale stał się ojcem reformy szkolnictwa, którą robił odręcznie: a to wciskając dzieci w mundurki, a to wyrzucając z listy lektur Gombrowicza, a to wprowadzając segregację młodzieży, dzieląc ją na zdolnych i agresywnych (w jego mniemaniu); równocześnie PiS powoływał Narodowy Instytut Wychowania, zwany Instytutem Dobra, Piękna i Prawdy, bo właśnie ku tym wartościom (serio) miała podążać dziatwa kierowana przez władzę. Było jak u Orwella i ani Ogórek, ani Górski, by tego nie wymyślili.

Dziś jest znacznie gorzej. Dziś mamy satyryczny hiperrealizm, który zwie się polityką „dobrej zmiany” i którego uosobieniem jest ponury i zgryźliwy Jan Pietrzak. W mniemaniu rządu to zapewne on wyznacza standardy tego, co śmieszne. A to więcej niż straszne.

A w „Uchu prezesa” premier Beata dostała właśnie polecenie, by przestać narzekać na osiem lat rządów PO i zacząć straszyć, bo celem rządu jest „bezpieczeństwo”. Nie trzeba nam nawet uchodźców, by było straszno. Pietrzak wystarczy.

koduj24.pl

Karczewski: Jest blisko porozumienia. Spotkanie JK z PAD w najbliższych dniach

Karczewski: Jest blisko porozumienia. Spotkanie JK z PAD w najbliższych dniach

– Jestem przekonany, że te zmiany [dot. sądownictwa] zostaną wprowadzone. Jest blisko konsensusu, porozumienia. Poprawki dziś zostały na piśmie złożone i będzie w najbliższych dniach spotkanie prezesa z prezydentem – mówił Stanisław Karczewski w TVP Info.

300polityka.pl

Poprawki PiS do ustaw sądowych trafiły do prezydenta. Kompromis nie taki oczywisty

ANDRZEJ GAJCY, 10.10.2017
Poprawki złożone przez Prawo i Sprawiedliwość do prezydenckich ustaw sądowych trafiły na biurko Andrzeja Dudy. Jednak mimo podkreślanego na każdym kroku coraz lepszego klimatu między PiS a prezydentem kompromis wcale nie jest z góry przesądzony. Z naszych źródeł wynika, że jeszcze w tym tygodniu ma dojść do kolejnego spotkania prezydenta z prezesem PiS.
Prezydent Andrzej DudaFoto: Stanisław Kowalczuk / East News
Prezydent Andrzej Duda
  •  Poprawki PiS znajdują się już na biurku prezydenta
  • Propozycje partii rządzącej nie oznaczają jeszcze kompromisu
  • PiS miałby przystać na propozycję prezydenta w sprawie wybierania członków KRS w pierwszym kroku większością 3/5 głosów
  • Prezydent zażądał wszystkich deklaracji PiS-u na piśmie

Poprawki przygotowane przez PiS wciąż nie są znane opinii publicznej. Politycy PiS zapowiadali, że będą one daleko idącym kompromisem i ustępstwem ze strony partii rządzącej.

Klika dni temu Onet pisał, że propozycja PiS dla prezydenta ma zakładać m.in. gwarancję miejsc dla opozycji w Krajowej Radzie Sądownictwa, jeśli Sejmowi nie udałoby się wybrać członków KRS w pierwszym kroku większością 3/5 głosów. W ten sposób udałoby się usunąć największe zastrzeżenia, jakie zgłaszał do reformy PiS prezydent Duda, który wielokrotnie na przestrzeni ostatnich tygodni zapewniał, że nie zgodzi się na uzależnienie od woli jednej partii politycznej KRS-u.

Jak nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, taka właśnie propozycja znalazła się w poprawkach przesłanych późnym popołudniem z Nowogrodzkiej do Pałacu Prezydenckiego. PiS – jak twierdzą nasze źródła – zrezygnował z prezydenckiej propozycji głosowania imiennego. Jednocześnie zaproponował gwarancje dla opozycji, która w tzw. drugim kroku będzie mogła wprowadzić do KRS kilka wskazanych przez siebie osób. Ostatecznie i tak niewielką, ale większość w KRS będzie miał PiS.

„Ustępstwa PiS?”

Treść poprawek, które mają zakończyć największy dotychczasowy kryzys w obozie „dobrej zmiany” były konsultowane z prezydentem osobiście przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Po ostatnim piątkowym spotkaniu między Dudą a Kaczyńskim politycy partii rządzącej otwarcie mówili, że do osiągnięcia kompromisu jest już bardzo blisko.

– PiS poszedł na ogromne ustępstwa, jeśli chodzi o prezydenckie projekty dotyczące SN i KRS. Wydaje się, że jesteśmy blisko porozumienia – mówiła rzeczniczka PiS Beata Mazurek.

Na czym miały polegać te ustępstwa? Partia rządząca – według Mazurek- zgodziła się, aby wybór członków KRS odbywał się na zasadzie 3/5 większości głosów w Sejmie, na wyeliminowaniu roli ministra sprawiedliwości oraz na to, że KRS będzie wybierana ponadpartyjnie. Jednocześnie Mazurek zapowiedziała, że PiS w najbliższym czasie przedstawi prezydentowi swoje poprawki do projektów.

„Prezydent broni warunków brzegowych”

Z tym, że prezydent ustami swojego rzecznika Krzysztofa Łapińskiego oświadczył, że z warunków brzegowych jakim są przechodzenie w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego po osiągnięciu 65. roku życia oraz ponadpartyjny wybór członków KRS nie zrezygnuje. A do poprawek przedstawionych mu przez samego Jarosława Kaczyńskiego podczas dwugodzinnej rozmowy odniesie się, jak PiS przedstawi mu je na piśmie.

„Prezydent nie kupi kota w worku”

Dlaczego Andrzej Duda tak upierał się, aby zobaczyć poprawki PiS na piśmie? Chodzi o to, aby nie było żadnych wątpliwości o jakie zmiany w prezydenckim projekcie toczy się gra. Otoczenie prezydenta i sam Andrzej Duda chce mieć pewność na co tak naprawdę ma się zgodzić. -Nikt w tak ważnej sprawie jak reforma sądów nie zgodzi się na żadnego kota w worku. Podczas rozmowy z prezesem Kaczyński pewne rozwiązanie dotyczącego tzw. drugiego kroku zostało zaakceptowane. Ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach – mówi nam polityk znający kulisy negocjacji w obozie władzy.

Jak słyszymy nieoficjalnie prezydent obawa się, że mimo deklaracji samego prezesa PiS, że minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zostanie wyłączony na dobre z prac nad tymi poprawkami to „szeryf” – jak w PiS nazywany jest Ziobro – zdoła przemycić korzystne dla siebie zapisy.

„Spór czterdziestolatków coraz mocniejszy”

O niemalże wojnie między prezydentem a ministrem sprawiedliwości huczy w obozie władzy już na dobre. Zarówno Duda jak i Ziobro przestali się nawet kryć z wrogością jaką siebie nawzajem darzą, czego wyrazem są ostatnie publiczne wypowiedzi.

W opublikowanym w poniedziałek wywiadzie przez tygodnik „Do Rzeczy” prezydent mówi wprost, że ataki kierowane pod jego adresem od czasu lipcowych wet pochodzą z jednego środowiska. – Ataki na mnie pochodzą głównie z jednego środowiska. Bynajmniej nie jest to środowisko Prawa i Sprawiedliwości – mówi prezydent, który wprost odnosi do „sporu między 40-latkami”, o którym niedawno wspominał Jarosława Kaczyńskiego. Jednocześnie prezydent wypomina „zdradę” Zbigniewa Ziobry po wyborach w 2011 roku.

Z kolei Ziobro na sobotniej konwencji Solidarnej Polski zadeklarował chęć współpracy z prezydentem. – Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby czterdziestokilkulatkowie mogli ze sobą współpracować. Mogę nie tylko w swoim, ale i w Solidarnej Polski imieniu wyciągnąć rękę do współpracy z prezydentem – mówił.

Lecz w szczerość tych intencji raczej nikt w obozie rządzącym nie wierzy. Tym bardziej, że prawdopodobnie zostały one wymuszone przez samego Kaczyńskiego, który tuż przed piątkową rozmową z Dudą spotkał się z ministrem sprawiedliwości. Dzień później niespodziewanie wystąpił także na konwencji partii Ziobry, która została odczytana jako wyraźne polityczne wsparcie „naczelnika” dla działań „szeryfa”. Także tej na polu reformowania wymiaru sprawiedliwości.

onet.pl

Tusk o Katalonii: utrzymanie jedności priorytetem 10 października 2017

Powinniśmy dbać o jedność państw narodowych i całej Unii Europejskiej – stwierdził we wtorek szef Rady Europejskiej Donald Tusk, pytany o katalońskie dążenia niepodległościowe. 

(tvn24.pl)

Macierewicz zatrudnił byłego esbeka w kontrwywiadzie!

Macierewicz zatrudnił byłego esbeka w kontrwywiadzie!

W sytuacji, gdy z polskich służb zostali usunięci wszyscy, którzy rozpoczynali pracę w organach PRL, w centrali Służby Kontrwywiadu Wojskowego błyskotliwą karierę robi były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa – ustalił tvn24.pl. Chodzi o dr Jana Kudrelka, który opiniuje najpoważniejsze problemy SKW z zakresu prawa karnego i administracyjnego, kierowane następnie do szefów tych służb. Podlegają one – jak wiadomo – Antoniemu Macierewiczowi. Teoretycznie nie jest możliwe, aby w procesie rekrutacji nie zauważono jego służby w organach bezpieczeństwa z poprzedniego ustroju, a jednak…

Jak ustalił tvn24, Jan Kudrelek trafił do SKW z policyjnej emerytury, na którą przeszedł przed kilkoma laty. Jego nazwisko jest doskonale znane dwudziestu kolejnym rocznikom kończącym Wyższą Szkołę Policji w Szczytnie. – „Prowadził zajęcia z prawa. Był niesamowicie wymagający. Uwalał na egzaminach dziesiątkami” – wspominają jego byli studenci.

Odpowiedzi na pytania o zasady, na mocy których Jan Kudrelek znalazł zatrudnienie w resorcie Macierewicza, TVN 24 nie może się doczekać. MON nabrał wody w usta. Rozmawiać na temat zatrudnienia w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego nie chciał również Jan Kudrelek.

Tymczasem kilkuset byłych funkcjonariuszy musiało przejść na emerytury w ostatnich kilkunastu miesiącach. Gotowe są również zestawienia nazwisk osób, które mieli rodzinę w organach PRL. W każdej chwili może zapaść decyzja, że także „resortowe wnuki” zostaną zwolnione.

Dziennikarze TVN 24 trafili też na trop dotyczący politycznych przyjaźni Jana Kudrelka. Posłowie, z którymi rozmawiali mówią, że zapamiętali bliską współpracę Kudrelka z posłem PiS Arkadiuszem Mularczykiem. Zapytany, czy polecał Kudrelka do pracy w SKW, odpowiedział: – „Bzdury wyssane z czyjegoś brudnego palca. Nikogo nie polecałem do SKW. Nie współpracuję również z panem Kudrelkiem. Wiem, że tropił nadużycia w policji. Rozumiem, że koledzy się odgrywają”.

Co sugerował Mularczyk? Jak ustalił tvn24, Kurdelek karierę wykładowcy w Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie kończył w atmosferze skandalu. Napisał ponoć kilkadziesiąt doniesień do Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i prokuratury o nieporządkach i aferach na uczelni. – „Żadne doniesienie nigdy się nie potwierdziło, nikt nie ma żadnych zarzutów postawionych” – podkreślił profesor Arkadiusz Letkiewicz, rektor uczelni.

Ponowne przyjęcie do służby może się bardzo opłacać Janowi Kudrelkowi. Jako były funkcjonariusz SB od października traciłby część swojej mundurowej emerytury, ograniczonej tak zwaną ustawą dezubekizacyjną. Teraz jej nie straci, gdyż jego dokumenty zostały przejęte przez MON. Ponadto zgodnie z przepisami po roku służby w SKW będzie mu się należało naliczenie emerytury od nowa, według zasad dla służb mundurowych.

Wracając jednak do przeszłości, studenci groźnego wykładowcy niewiele o nim wiedzieli, aż do dnia, kiedy Paweł Kukiz nagrał o nim piosenkę, zatytułowaną „Kundelek Antka Policmajstra”. Utwór rozpoczyna się deklamacją podania, które Jan Kudrelek napisał pod koniec lat 80. Prosi w nim o przyjęcie do Wyższej Szkoły Oficerskiej MSW imienia Feliksa Dzierżyńskiego w Legionowie: –„Prośbę swą uzasadniam tym, że obecnie pracuję w organach Służby Bezpieczeństwa, nie posiadając odpowiedniego przygotowania resortowego w tym zakresie”.

Kukiz kończy swój utwór, czytając inny dokument z zasobów Instytutu Pamięci Narodowej – opinię służbową o funkcjonariuszu SB, starszym kapralu Janie Kudrelku: – „W organach SB pracuje od 1986 roku jako inspektor Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Lublinie, posiada wykształcenie techniczne średnie, został przeszkolony na kursie pracowników SB, jest aktywnym członkiem Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, czynnie uczestniczy w życiu społecznym swojej jednostki”. „Kundelek Jan” w piosence Kukiza jest doradcą poselskim w zakresie tworzenia prawa, „Antek Policmajster” to ni mniej, ni więcej – obecny szef resortu obrony Antoni Macierewicz.

koduj24.pl

W związku z informacjami informujemy, że esbek nigdy nie był pracownikiem MON, a nawet był… bozzzz.

Taka polszczyzna jaka prawdomówność. Esbek w SKW „nie pracował” tylko miał pieczątkę. Wstyd, że to robi osoba w mundurze!

W związku z informacjami medialnymi informujemy, że pan Jan Kudrelek nie jest i  nigdy nie był żołnierzem, funkcjonariuszem, ani pracownikiem Służby Kontrwywiadu Wojskowego.

Wykonywał doraźne czynności na podstawie umowy-zlecenie, która została rozwiązana.

 

ppłk Anna PĘZIOŁ-WÓJTOWICZ

RZECZNIK PRASOWY

MINISTERSTWA OBRONY NARODOWEJ

mon.gov

Program Joanny Muchy dla całej opozycji

To wydarzenie umknęło mediom, a wydaje się być bardzo istotne, jeżeli nada mu się odpowiednią rangę medialno-politycznną, może w opozycję wlać ducha zwycięzcy. Piszę o briefingu w Sejmie Joanny Muchy, która poinformowała, że od kilkunastu tygodni pracuje nad programem dla całej opozycji.

Z tego co zrozumiałem, posłanka Platformy Obywatelskiej sama wzięła się za opracowanie sprawy niebywałej. Pracuje za całą opozycję. O tworzonym programie rozmawiała już z szefem PO Grzegorzem Schetyną, który wielce tym się zainteresował, dojdzie do kolejnych spotkań.

Mucha wychodzi z założenia – skądinąd słusznego – że Polska ma za sobą 2,5 dekady transformacji ustrojowej, która to przemiana się dokonała. „Transformacja była określona trzema słowami: demokracja, rynek, Europa. Z tych trzech dokonań, w których oczywiście wiele zostało do zrobienia, jesteśmy teraz przez obecnie rządzącą partię zawracani” – ocenia Joanna Mucha. Najwyższy czas nakreślić ramy przyszłości dla Polski na kolejne dwie dekady, Mucha wraz z rówieśnikami, czyli czterdziestolatkami, będzie kształtowała przyszłość Polski.

Bardzo interesujaco Mucha podchodzi do tego, co aktualnie się dzieje. Z jednej strony PiS od dwóch lat zaprzepaszcza dorobek transformacji, ale posłanka PO uważa, że nie możemy się skupiać na PiS, bo opozycja i w pewnym sensie społeczeństwo obywatelskie – to moje porównanie – staje się ogonem do pisowskiego szczekającego kundla. Opozycja merda na „nie”.

Jedno z najważniejszych założeń programu Muchy jest stworzenie sprawnego państwa z silnym obywatelem. Zupełnie inna filozofia, niż obecnie forsowana przez PiS, w którym obywatela poświeca się dla państwa i narodu. Zresztą w tak rozumianym państwie narodowym nawet naród nie jest podmiotem, ale państwo sterowane przez elity endecko-nacjonalistyczne. Zaś siły państwa nie może zweryfikować obywatel, robi to za niego propaganda i zależne media.

Wobec tego nie możemy mówić o żadnej wspólnocie, ale o narzuconym poczuciu bardzo określonego i wąskiego patriotyzmu. Posłanka PO chce odbudować wspólnoty na różnych poziomach: lokalnych, zawodowych, wszelkich środowiskowych, które kooperują ze sobą, gdy wyznaczą integrujące cele. Społeczeństwo dostaje narzędzia i tworzy swoja rzeczywistość, a nie zarządzające elity narzucają wzorce rzeczywistości.

Wiąże się to z decentralizacją państwa. Temat ten w ostatnich latach został zapomniany, a przez aktualnie rządzących obłożony ponadto negatywną oceną. Mucha w programie duży nacisk kładzie na rewolucje wydajności, z którą wiążą się zmiany stosunków pracy, inne relacje zależności między pracodawcą i pracownikiem, a zatem zamknięcie szarej strefy, zmiany umów cywilno-prawnych, które dookoptują nas jako równych do społeczeństw zachodnich.

Streszczam wystapieniem Muchy, także je interpretuję. Przede wszystkim podziwiam ją, iż podjęła się sama tego, co powinny robić jak najszrsze gremia opozycjo-eksperckie. Oby jej praca nie była robotą Syzyfa, a opozycja przestała być merdającym dodatkiem ciągle szczekających rządzących, że przez „8 ostatnich lat, hau-hau-hau”.

PiS zabierze Dudzie referendum

Andrzej Duda chce referendum w sprawie kształtu konstytucji. Ale PiS – jeśli w ogóle do niego dopuści – narzuci swoje pytania. Już wiadomo, że choć przez wiele lat partia Jarosława Kaczyńskiego domagała się wzmocnienia roli prezydenta w państwie (publikujemy archiwalne dokumenty), teraz nie wyrazi na to zgody. Bo Duda to nie Lech Kaczyński

Jak ustaliło OKO.press, PiS po cichu, nie oglądając się na prezydenta Dudę prowadzi własne przygotowania do zmiany konstytucji. Nie spieszy się z nimi. Zgodnie z zamiarem Jarosława Kaczyńskiego, projekt ma być gotowy i uchwalony po kolejnych wyborach parlamentarnych, gdy PiS – jak wierzy szef tej partii – zdobędzie większość konstytucyjną.

Kaczyński: projekt na przyszłą kadencję

Sygnał do prac Kaczyński dał 2 maja 2016 roku. Podczas przemówienia w Sejmie przypominał, że w 2017 roku minie 20. rocznica uchwalenia obecnej Konstytucji RP.

„Czy to nie dobry moment na zmiany? Sądzę, że to dobry moment. Wiem, że w tej kadencji pewnie większości konstytucyjnej się nie uzyska. Ale jest jeszcze przyszła kadencja” – mówił.

Według Kaczyńskiego prace nad nowelizacją powinny odbywać się na poziomie partii, a dopiero później w Sejmie.

20 października 2016 roku PiS zleciło więc przeprowadzenie tzw. ankiety konstytucyjnej wśród prawników – konstytucjonalistów. Za przygotowanie koncepcji ankiety, wskazanie respondentów i opracowanie wyników odpowiadają profesorowie: Anna Łabno, Bogumił Szmulik i Bogusław Banaszak. Od 2015 roku dostarczali oni „dobrej zmianie” amunicji do walki z Trybunałem Konstytucyjnym, a potem także w kolejnych bataliach.

W marcu 2017 roku przygotowane przez nich kwestionariusze konstytucyjne zostały rozesłane do ponad stu prawników z różnych miast. Początkowo wyniki miały zostać zebrane i przeanalizowane do czerwca br.

We wrześniu, w odpowiedzi na pytania OKO.press o postęp prac, skarbniczka PiS, Teresa Schubert poinformowała, że „termin realizacji został przedłużony do października 2017 roku”. A 2 października prof. Łabno pisała: „Czekamy jeszcze na kilka ankiet, które następnie zostaną opracowane”.

Kolejnym etapem prac nad nową konstytucją miała być, według planów PiS, debata wewnątrz partii, a później „ze wszystkimi siłami politycznymi”. Nie planowano w tej sprawie szerokich konsultacji społecznych ani tym bardziej referendum.


Przeczytaj też:

PiS po cichu pracuje nad nową Konstytucją, nie oglądając się na Andrzeja Dudę

BIANKA MIKOŁAJEWSKA  22 CZERWCA 2017


Duda: zróbmy referendum

3 maja 2017 roku – dokładnie rok i 1 dzień po tym, jak Kaczyński dał w Sejmie sygnał do rozpoczęcia prac nad nowym tekstem konstytucji,

prezydent Andrzej Duda ogłosił publicznie, że chce przeprowadzenia referendum konsultacyjnego, w którym Polacy wypowiedzieliby się, w jakim kierunku mają iść zmiany w konstytucji.

Według niego głosowanie w tej sprawie powinno odbyć się 11 listopada 2018 roku, w setną rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę.

Jak wynika z wypowiedzi prezydenta Dudy w mediach, pomysł nie był konsultowany z PiS ani z Jarosławem Kaczyńskim. W pierwszych komentarzach propisowskich mediów został jednak przywitany entuzjastycznie. „Jak nie teraz, to kiedy? Propozycja prezydenta to wielka szansa. Szkoda byłoby ją zmarnować”, „Prezydencie, twój ruch! Konstytucja nadaje się dobrze na symbol nowego otwarcia”, „Polska potrzebuje konstytucji, która ochroni interes narodowy. Decyzja prezydenta daje szansę na wzmocnienie suwerenności” – pisali publicyści portalu wPolityce.pl i tygodnika „W Sieci”.

Ale entuzjazm opadł, gdy Andrzej Duda w kolejnych wywiadach najpierw mówił, że chciałby zapytać Polaków, czy są za wzmocnieniem pozycji prezydenta w konstytucji i w państwie, a później już otwarcie

deklarował, że jego zdaniem „prezydent wybierany w wyborach powszechnych powinien mieć silniejszy mandat w sprawach dotyczących bezpieczeństwa i obrony państwa, jak i w sprawach zagranicznych”.

I przypominał, że PiS kiedyś również opowiadał się za silną prezydenturą, a przecież „poglądy nie mogą zależeć od punktu widzenia; należy być konsekwentnym”.


Przeczytaj też:

Prof. Matczak dla OKO.press: Prezydent zawęża debatę o konstytucji. Pomija głos ludzi, którzy wyszli na ulice

DANIEL FLIS  25 SIERPNIA 2017


Karczewski: termin referendum niedobry

PiS propozycje i wypowiedzi prezydenta w sprawie referendum przyjął bardzo chłodno.

20 września br. zapytaliśmy Kancelarię Prezydenta RP:

  • Czy prezydent Duda rozmawiał już o swojej inicjatywie z prezesem PiS, Jarosławem Kaczyńskim? I czy PiS poprze wniosek o przeprowadzenie referendum konsultacyjnego?
  • Czy Kancelaria Prezydenta współpracuje w sprawie referendum z PiS i zespołem, który na zlecenie tej partii prowadzi ankietę konstytucyjną wśród prawników?

Po dwóch tygodniach otrzymaliśmy informację, że odpowiedź otrzymamy dopiero 18 października br. I że „wynika to z konieczności szczegółowej analizy wniosku oraz dokonania oceny zasad i trybu rozpoznania wniosku”.

Według naszych rozmówców, utrzymujących bliskie relacje z Pałacem Prezydenckim,

między PiS a Kancelarią nie tylko nie ma współpracy, ale partia zrobi wszystko, by do referendum, w kształcie i terminie proponowanym przez Andrzeja Dudę, nie dopuścić.

Zgodnie z prawem, zgodę na przeprowadzenie referendum musi zatwierdzić Senat. Prezydent był pewny, że będzie to tylko formalność. 5 maja br., w radiu RDC przekonywał, że „to suweren powinien decydować, co ma być i jak ma Polska wyglądać”. A gdy dziennikarz zauważył, że w tej sprawie dużo zależy od lidera większości parlamentarnej – czyli prezesa Kaczyńskiego, prezydent odparł: „Dużo przede wszystkim zależy od tego, co zrobi prezydent. Jeżeli prezydent wystąpi do Senatu z zarządzeniem przeprowadzenia referendum, to wtedy wiele będzie zależało od senatorów, którzy będą głosowali nad tym.”

Dziesięć dni później, w rozmowie z tygodnikiem „W Sieci” mówił: „Nie wyobrażam sobie by senatorowie odmówili poparcia tej inicjatywy.”

A we wrześniu, „Dzienniku Gazecie Prawnej” zapewniał: „Będę przekonywał senatorów, by oddali wyborcom głos w tej sprawie. Senatorowie są wybierani w okręgach jednomandatowych, wyborcy także za to ich rozliczą podczas wyborów.”

Jednak marszałek Senatu, Stanisław Karczewski od początku podchodzi do sprawy z dystansem.

„Marszałek Senatu nie jest przekonany, co do proponowanej przez pana prezydenta daty referendum – 11 listopada 2018 r. Według marszałka Senatu należy tak wybrać datę referendum i tak skonstruować pytania referendalne, aby dopisała frekwencja i referendum zakończyło się sukcesem”

– napisał w odpowiedzi na pytania OKO.press, zespół prasowy Senatu.

Jak poinformowała nas Kancelaria Prezydenta, wniosek o wyrażenie zgody na zarządzenie referendum prezydent skieruje do Senatu po „opracowaniu treści pytań lub wariantów rozwiązań w sprawie poddanej pod referendum.” To z kolei, zgodnie z zapowiedziami prezydenta, ma nastąpić po serii spotkań i konsultacji społecznych w całym kraju.

Ale, jak pisała „Gazeta Wyborcza” – problem jest też z samymi konsultacjami. Gdy współpracownicy prezydenta zorganizowali je we wrześniu w Rzeszowie – czyli wyborczym bastionie PiS, na spotkanie dotarli tylko nieliczni działacze tej partii. „Marszałek Sejmu Marek Kuchciński, który rządzi w regionie, tego samego dnia, o tej samej godzinie zwołał posiedzenie rady regionalnej PiS. (…) Nieoficjalnie wiemy, że wstępnie rada regionalna PiS była zaplanowana na godz. 17, ale Kuchciński przesunął ją na 15, czyli godzinę, kiedy zaczynało się spotkanie z prezydenckim ministrem” – relacjonowała „Gazeta Wyborcza”.


Przeczytaj też:

Prof. Koncewicz: Obecna Konstytucja jest dla obywateli, a nie dla elit. I tego PiS się boi. Nie dajmy się oszukać

DANIEL FLIS  30 SIERPNIA 2017


Kaczyński: nie ma zgody na system prezydencki

Według posłów PiS, decyzja, czy partia zgodzi się na przeprowadzenie referendum jeszcze nie zapadła. „Ale nawet jeśli zostanie przeprowadzone, nie padną w nim pytania o zwiększenie roli prezydenta” – zapewniają.

Wszelkie wątpliwości w tej sprawie rozwiał wywiad, którego Jarosław Kaczyński udzielił niedawno „Gazecie Polskiej”.

„Zupełnie otwarcie powiedziałem panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie, iż nie widzę żadnych przesłanek, przy ustabilizowanym systemie politycznym, do tego, by wprowadzić w Polsce system prezydencki,

który zawsze tworzy ryzyko, iż osoba bez odpowiedniego doświadczenia politycznego, bez umiejętności, a czasem – może się tak zdarzyć, tylko proszę nie odnosić tego do pana Andrzeja Dudy – człowiek złej woli uzyska bardzo dużą władzę, i to bez realnej kontroli” – mówił Kaczyński.

I dodawał, że jeśli PiS miałby „wzmacniać czyjeś uprawnienia w ustawie zasadniczej, to premiera w stronę uprawnień kanclerskich”.

Prezes PiS zaznaczał jednak, że jego „krytyczny stosunek do zwiększenia uprawnień prezydenta nie oznacza niechęci wobec zmiany konstytucji”. Choć już zgoda na referendum zależy „od bardzo wielu czynników”. „Jednak na pewno nie będziemy jako partia mająca większość i rząd wzywać ludzi do tego, by poparli ryzykowną zmianę ustrojową, która w przyszłości może być źródłem czegoś niedobrego. Nie jesteśmy szaleńcami” – podkreślił.


Przeczytaj też:

Dwa absurdy Dudy. Stuletni zdrajcy trzęsą Polską, a konstytucja zapewnia elitom nietykalność

ADAM LESZCZYŃSKI  5 MAJA 2017


PiS 2005-15: wprowadzimy system prezydencki

To zupełnie nowe stanowisko Jarosława Kaczyńskiego w tej sprawie. Przez wiele lat jednym z głównych postulatów jego partii było bowiem wzmocnienie pozycji prezydenta.

OKO.press dotarło do dawnych programów wyborczych i projektów konstytucji, przedstawionych przez PiS w 2005 i styczniu 2010 roku. Dziś te dokumenty nie są już dostępne na stronie internetowej PiS, a politycy tej partii przestali się do nich odwoływać.

Tu znajdziesz projekt konstytucji przedstawiony przez PiS w 2005 roku.

Tu znajdziesz projekt konstytucji przedstawiony przez PiS w styczniu 2010 roku.

Najszersze uprawnienia dla głowy państwa PiS postulował w programie wyborczym z 2009 roku. Prezydentem był wówczas Lech Kaczyński.

„Urząd ten powinien być nie jednym z członów władzy wykonawczej, lecz czynnikiem realnie stojącym na straży całości i spójności państwa oraz realizacji jego konstytucyjnych zadań przez wszystkie władze publiczne” – deklarował wówczas PiS.

Według planów tej partii prezydent miał mieć prawo:

  • odmowy powołania premiera lub ministra (w przypadku uzasadnionego podejrzenia, że proponowana osoba nie będzie przestrzegać prawa lub będzie zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa),
  • skrócenia kadencji Sejmu i rozpisania nowych wyborów w ciągu 6 miesięcy od wyborów prezydenckich, jeżeli od poprzednich wyborów do Sejmu upłynęło więcej czasu niż rok (miało to służyć „odnowieniu demokratycznej legitymacji parlamentu, gdy wybory prezydenckie wygrywa polityk reprezentujący opcję przeciwną do aktualnej większości parlamentarnej”),
  • zarządzenia referendum z sprawie każdej uchwalonej przez Sejm ustawy ,”pod rygorem możliwości skrócenia kadencji Sejmu i rozpisania nowych wyborów w razie odrzucenia ustawy przez Naród” (miał to być „instrument swoistego wotum zaufania bądź nieufności Narodu wobec parlamentu, który dąży do wprowadzenia kontrowersyjnej politycznie ustawy”)
  • zasiadania, po zakończeniu kadencji prezydenta, w Senacie (bez konieczności startu w wyborach).

Prezydent miał również:

  • wydawać rozporządzenia z mocą ustawy (miały wchodzić w życie po zatwierdzeniu przez Sejm),
  • prowadzić politykę zagraniczną państwa (w przypadku zgodności celów rządu i prezydenta),
  • przedstawiać parlamentowi doroczne orędzie o stanie Rzeczypospolitej, oceniające realizację podstawowych zadań państwa przez wszystkie władze publiczne (aby dokonywać oceny prezydent miał mieć zagwarantowany dostęp do informacji będących w posiadaniu wszystkich organów władzy),
  • być z urzędu przewodniczącym Krajowej Rady Sądownictwa i powoływać część członków KRS,
  • powoływać szefa Służby Cywilnej i prezesa NIK,
  • mieć prawo zlecania NIK kontroli we wszystkich sprawach o istotnym znaczeniu dla państwa.

Podobne rozwiązania zapisano także w programie wyborczym PiS z 2011 roku.

w 2014 roku partia Jarosława Kaczyńskiego postulowała również poszerzenie kompetencji prezydenta związanych z sądownictwem („Rola Prezydenta Rzeczpospolitej w sprawach sądownictwa nie może być redukowana do funkcji „notariusza” sporządzającego akty nominacji sędziowskich”).

I proponowała by prezydent:

  • powoływał członków organu orzekającego w sprawach dyscyplinarnych sędziów,
  • nadzorował, przy pomocy powołanej przez siebie komisji, rozpatrywanie skarg na sądy,
  • powoływał część składu, także postulowanej wówczas Izby Wyższej Sądu Najwyższego (miała  rozpoznawać wnioski o rewizję nadzwyczajną wyroków i postanowień prokuratury „jeżeli zawiodą wszystkie inne mechanizmy korygujące”).

Co takiego się stało, że dziś Jarosław Kaczyński nie chce już dawać prezydentowi ani takich ani żadnych innych nowych uprawnień?

Już teraz, nie pełniąc formalnie żadnych funkcji, ma władzę o wiele większą niż mógłby zdobyć kiedyś jako prezydent Lech Kaczyński, albo on sam, gdyby wygrał prezydenckie wybory. A jak mówił w „Gazecie Polskiej” „Niestety w dzisiejszych czasach zbyt często zdarza się tak, iż wybory prezydenckie przeradzają się w jakąś formę plebiscytu, w którym zwycięża nie odpowiedzialny polityk, lecz bardziej polityk celebryta.”

 

OKO.press

 

„Ja już nie chcę rozmawiać o PiS-ie” – Mucha przedstawia założenia programu dla całej opozycji

– Od kilku tygodni mówię o tym, że pracuję, przygotowuję program polityczny dla całej opozycji. Chciałabym dzisiaj w kilku słowach opowiedzieć o tej inicjatywie. Jestem przekonana o tym, że jest cenna, ważna i bardzo potrzebna (…) Ja nad takim programem [pozytywnym] pracuję i chciałabym dzisiaj w kilku zdaniach o nim opowiedzieć – mówiła Joanna Mucha na briefingu w Sejmie. Jak mówiła dalej:

„Od 1989 roku mieliśmy w Polsce 2,5 dekady transformacji ustrojowej. Dzisiaj musimy powiedzieć w sposób jednoznaczny i w końcu oznaczyć ten moment: transformacja ustrojowa się skończyła. Po dwóch latach rządów PiS-u widzimy, że jesteśmy zawracali z tego dorobku, który przyniosła nam transformacja ustrojowa. Transformacja była określona trzema słowami: demokracja, rynek, Europa. Z tych trzech dokonań, w których oczywiście wiele zostało do zrobienia, jesteśmy teraz przez obecnie rządzącą partię zawracani. W moim przekonaniu jest dzisiaj konieczność, żeby określić plan na kolejne 25 lat. Co więcej, jestem przekonana o tym, że nasze pokolenie 40-latków powinna wziąć na siebie trud przygotowania takiego planu, programu i przekonania Polaków do tego, żeby ten program realizować. Stąd moja inicjatywa i dzisiejsze założenie”

Jak podkreślała posłanka Platformy, to jedynie założenia do programu, który jest w znacznie większym kształcie niż to, co dzisiaj przedstawione.

„Ja już nie chcę rozmawiać o PiS-ie. Nie mam zamiaru robić doktoratu z PiS-ologii stosowanej. Rozmowę o PiS-ie powinnismy dzisiaj zamknąć. Powinnismy zacząć rozmawiać o tym, co jest dobre dla Polski i w jaki sposób ją zmieniać, przygotować propozycje na kolejne lata. Zapowiadałam, że będę chciała ten program przedstawić liderom partii opozycyjnych. Dzisiaj miałam szansę spotkać się z przewodniczącym Schetyną. Jesteśmy umówieni na kolejne spotkanie jutro, żeby porozmawiać o konkretnym programie. Przewodniczący przyjął te moje propozycje z dużym zainteresowaniem i jestem ciekawa kolejnego spotkania”

Jak dodała:

„Jednym z najważniejszych założeń jest to, że powinniśmy stworzyć państwo za tych dwadzieścia kilka lat, w którym to obywatel będzie silny. Państwo ma być sprawne. Bardzo mocno sprzeciwiam się wizji państwa forsowanej w tej chwili przez PiS, w której to wizji najważniejsze jest silne państwo i naród. To oznacza, że człowiek jest poświęcany na rzecz tego narodu, wtedy kiedy musi ponieść koszty, kiedy ponosi odpowiedzialność zbiorową w tego typu sytuacjach. Mówię dokładnie coś odwrotnego: podstawą polityki musi być każdy pojedyczny człowiek i polityka może się tylko i wyłącznie odnosić do konkretnego człowieka. Silny ma być obywatel, państwo ma być sprawne. Po drugie, jestem przekonana, że czeka nas ogromna praca, aby odbudować wspólnotę (…) Myślę o decentralizacji państwa, o wspólnotach, które będą na różnych poziomach, związanych z grupami zawodowymi, lokalnymi. To jest obszar przez nas nieprawdopodobnie zapomniany przez ostatnie lata. To obszar do odbudowania. Kolejna rzecz to coś, co określam jako rewolucję wydajności. Ona nie odbędzie się, jeśli nie zmienimy stosunków pracy obowiązujących w państwie polskim (…) Bez zmiany relacji pracy między pracownikiem a pracodawcą, bez zamknięcia szarej strefy, zmiany umów cywilno-prawnych w taką stronę, żeby tylko te, które są prawdziwymi umowami cywilno-prawnymi mogły funkcjonować, nie dokonamy rewolucji wydajności”

– Jestem zdeterminowana do tego, żeby prowadzić prace nad tym programem, uzupełniać go tam, gdzie pozostają jakieś braki i żeby przedstawić Polakom już na wybory samorządowe, ale przede wszystkim wybory parlamentarne bardzo dobrą ofertę – stwierdziła posłanka PO.

300polityka.pl

STAN GRY: Karnowski: III RP łatwa do odtworzenia, Dymek: Opozycja potrzebuje czegoś więcej niż środek do wybielania zębów, Beylin: Dintojra PiS da impuls opozycji

— 300LIVE:
Mazurek: Chcemy rozwiązać problem rezydentów. Trzeba znaleźć złoty środek
Mazurek: Terlecki doskonale wybronił się sam
Mazurek: Data spotkania PAD-JK nie została jeszcze ustalona
Arłukowicz: W czwartek w Sejmie informacja premier na temat postępu negocjacji z głodującymi rezydentami
Petru: To konflikt, który podgrzewany służy PiS-owi i Dudzie
Kamiński: Widzę mnóstwo fajnych ludzi w PO. Nawet sam Schetyna jest fajny, tylko nie powinien być liderem
Kamiński: Afera taśmowa była wymierzona w Tuska, w ludzi, którzy skutecznie zaszkodzili Rosjanom
Kamiński: Kiedy zaczynałem karierę polityczną, to alkoholu w Sejmie było nieporównanie więcej
http://300polityka.pl/live/2017/10/10/

— DUDA WYCIĄGNĄŁ LEWEGO SPOD PRYSZNICA – jedynka SE.

— III RP BYŁABY ŁATWA DO ODTWORZENIA I NASTĄPIŁABY DEPISYZACJA – Jacek Karnowski: “Musimy stać w prawdzie: wszystko to razem pozwoliłoby dość szybko odtworzyć III RP. By to zmienić, po kilku dekadach konserwowania systemu okrągłostołowego, trzeba determinacji i więcej niż jednej kadencji rządów. Musimy też wiedzieć, że w przypadku odbicia rządów przez PO-PSL-N-SLD, czeka obóz patriotyczny brutalna zemsta. Pan Lubczyński pisze z rozmarzeniem o możliwej „depisyzacji”.

— Z POLSKIEJ WOLNOŚCI NIC BY NIE ZOSTAŁO – dalej Karnowski: “Panowie, jeśli Kaczyński w tym rozdaniu przegra, to dintojra będzie straszliwa, a z polskiej wolności nie zostanie nic. Wtedy dopiero chwycą wszystkich za gardło – narzędzi oraz woli im nie zabraknie. Zmiana roku 2015 była bowiem możliwa, bo III RP i jej zagraniczni sponsorzy uwierzyli we własną propagandę i zlekceważyli obóz patriotyczny. Drugi raz tego błędu nie popełnią”.

— TRZEBA BYĆ WYJĄTKOWYM EGOISTĄ, BY ROZPĘTYWAĆ WOJNĘ NA PRAWICY – dalej Karnowski: “Trzeba być wyjątkowym egoistą by mając na stole taką stawkę, rozpętywać wojnę domową na prawicy. Trzeba być straszną paskudą, by ludzi trwających przy projekcie zmiany, dostrzegających zagrożenia o których pisze tak otwarcie pan Lubczyński, kupujących przez lata wasze książki i cegiełki na wasze media, wyzywać teraz od „pisowskiego betonu”. I to tylko dlatego, że nie chcą na wasze wezwanie rzucić się do gardła ludziom, którzy realizują obiecany program. Jeśli oni są dziś dla was „pisowskim betonem”, to wy jesteście zwykłymi cynikami, którzy ich wykorzystali. Puknijcie się dziś w głowę, bo kiedyś spalicie się ze wstydu!” https://wpolityce.pl/m/polityka/361597-jesli-oni-sa-dzis-dla-was-pisowskim-betonem-to-wy-jestescie-zwyklymi-cynikami

— PROJEKT USTAWY O DEGRADACJACH OFICERÓW Z PRL I PUŁAPCE NA PAS – pisze Andrzej Stankiewicz: “To dla prezydenta sytuacja niewygodna politycznie. To, że Macierewicz przyśle mu długą listę generałów do degradacji, umieszczając na jej czele Jaruzelskiego, Kiszczaka i Siwickiego — to pewne. Zmusi w ten sposób prezydenta do wyraźnego opowiedzenia się po jednej ze stron w konflikcie dotyczącym przeszłości. Dotąd Duda wyraźnie lawirował”. http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/tak-macierewicz-chce-zdegradowac-jaruzelskiego/s4bd0xx

— DINTOJRA W OBOZIE WŁADZY DAŁABY IMPULS OPOZYCJI – Marek Beylin: “Czy PiS może się tak wewnętrznie skłócić, że straci siłę? Jeszcze niedawno byłyby to mrzonki. Wetując ustawy o SN i KRS prezydent Duda podważył jednak zasadę nienaruszalności Kaczyńskiego. Władza w tej partii opiera się na strachu, a Duda pokazał, że się nie boi. Dintojra w obozie władzy da też impuls opozycji”. https://oko.press/pis-moze-sie-rozpisic/

— JOANNA MUCHA CHCE NOWEGO PROGRAMU PO: “Mówiąc o przygotowanym przez siebie nowym programie dla Platformy Obywatelskiej – posłanka nie konsultowała go wcześniej z kierownictwem swojej partii – Mucha zapowiedziała, że ma gwarantować skok rozwojowy porównywalny z transformacją ustrojową roku 1989. – Proszę sobie wyobrazić, gdzie może być Polska, jeśli będziemy w stanie dokonać takiego skoku – przekonywała”. http://m.newsweek.pl/polska/polityka/program-platformy-obywatelskiej-joanna-mucha-w-tomasz-lis-,artykuly,417181,1.html

— NA JEDYNCE DGP SONDAŻ (ale Ariadna): 47,5 PAD, 36 TUSK.

— SONDAŻOWE STRATY PREZYDENTA I PANI PREMIER – RZ: “Według październikowego sondażu IBRiS wykonanego na zlecenie „Rzeczpospolitej” zarówno głowa państwa, jak i szefowa rządu tracą sondażowe punkty. Andrzej Duda pierwszy raz od marca notuje wyraźny spadek liczby ocen pozytywnych i jednoczesny wzrost negatywnych. Podobnie wygląda sytuacja Beaty Szydło. Szefowa rządu straciła ponad 6 punktów w ciągu miesiąca, choć nie zanotowała przy tym wzrostu liczby ocen negatywnych”. http://www.rp.pl/Polityka/310099887-Beata-Szydlo-i-Andrzej-Duda-traca-sondazowe-poparcie.html?template=restricted

— O STARANIACH DUDY O ELEKTORAT UMIARKOWANY – Tomasz Krzyżak w RZ:“Tzw. elektorat umiarkowany w 2015 r. dwukrotnie oddał głos na PiS – w wyborach prezydenckich i parlamentarnych – nie widząc alternatywy. Ta całkiem spora grupa wyborców wciąż jest do zagospodarowania, lecz denerwują ją niektóre działania partii rządzącej. O ten elektorat w kluczowym momencie rozegra się prawdziwa bitwa i jeśli wygra ją prezydent, jego notowania zapewne oderwą się wreszcie od ocen pani premier”.

—  PARALIŻ ZAPLECZA DUDY – Maciej Miłosz w RZ: “Efektem było odcięcie go od informacji niejawnych. Jeżeli nałożymy na to informacje z BBN, że od wielu miesięcy nie może doczekać się na delegowanie oficerów wojska do tego biura, mamy pełny obraz paraliżu, jaki został zafundowany przez Macierewicza zapleczu prezydenta Andrzeja Dudy”.

— WKRÓTCE SPRAWDZIMY NIEZŁOMNOŚĆ DUDY – KKZ w GW: “Jeśli prezydent skusi się na propozycję prezesa i odda mu władzę nad wymiarem sprawiedliwości, będzie to oznaczać jego całkowitą rejteradę. Zostanie sprowadzony do roli pionka, którego dowolnie można przestawiać. Zbigniew Ziobro i Antoni Macierewicz będą triumfować. To jest ostatnie kuszenie Dudy. W orędziu po wyborze był łaskaw nazwać się niezłomnym. Teraz okaże się, czy co prawda powoli, ale jednak nabiera powagi”. http://wyborcza.pl/7,75968,22489707,ostatnie-kuszenie-dudy.html

— OPOZYCJA POTRZEBUJE CZEGOŚ WOĘCEJ NIŻ TYLKO ŚRODEK DO WYBIELENIA ZĘBÓW – JAKUB DYMEK: “Jak mawiają Anglosasi: add insult to injury, czyli nie dość że krzywda, to i upokorzenie. Nawet przychylnie nastawiony do opozycji krąg liberalnych intelektualistów, publicystek i dziennikarzy, reprezentacja organizacji pozarządowych i ludzie kultury rozsmakowali się nie tylko w dawaniu im dobrych rad, ale i w otwartych połajankach i dąsach. Zbliżamy się do połowy kadencji, a stan odrętwienia trwa i nie chce się skończyć. Jasne staje się, że aby opozycja wreszcie mogła się odbić, będzie potrzebowała czegoś jeszcze mocniejszego niż środek do wybielania zębów Grzegorza Schetyny”. https://www.tvn24.pl/magazyn-tvn24/opozycja-potrzebuje-czegos-wiecej-niz-srodek-do-wybielania-zebow,120,2171

— KATARZYNA PEŁCZYŃSKA-NAŁĘCZ APELUJE O POWSZECHNE WYBORY LIDERA PO – jak pisze w GW: “To słuszny postulat, ale daleko niewystarczający. Partia musi pokazać autentyczne otwarcie na coraz bardziej nieufnych obywateli. W nadzwyczajnych czasach potrzebne są nadzwyczajne rozwiązania: Platforma powinna przeprowadzić powszechne prawybory lidera, w których mogliby wziąć udział wszyscy Polacy. Taki krok byłyby czymś zupełnie nowym w polskiej polityce. Nie tylko otwierałby drogę do odrodzenia największej partii opozycyjnej, ale także mógłby zainspirować cały obóz demokratyczny”. http://wyborcza.pl/7,75968,22490015,caly-narod-wybiera-wodza-opozycji.html

— DZIAŁACZKA KPH ZAPRASZA SCHETYNĘ NA SWÓJ ŚLUB – GW: “Wiceprezeska Kampanii przeciw Homofobii zaprasza Schetynę na swój ślub. „Zobaczy pan na własne oczy…” „Zobaczy pan na własne oczy emocje, które na pewno nie są papierowe!” – pisze do Grzegorza Schetyny Mirosława Makuchowska, wiceprezeska KPH. W ten sposób odniosła się do jego słów na temat możliwości wprowadzenia związków partnerskich w Polsce”.
http://wyborcza.pl/7,75398,22490767,wiceprezeska-kampanii-przeciw-homofobii-zaprasza-schetyne-na.html

— HGW GRA W SPEKTAKLU NAPISANYM PRZEZ PIS – JAN ŚPIEWAK: “- Hanna Gronkiewicz-Waltz gra w spektaklu rozpisanym jej przez PiS. To jest niesamowite, bo spełnia swoją rolę, w sposób widowiskowy. PiS nie mógł sobie wyobrazić lepszej sytuacji niż aktualna, że pani prezydent nie przychodzi na komisję, kiedy już wszyscy zdążyli zauważyć, że to co działo się w Warszawie to jeden wielki wał”. http://fakty.interia.pl/autor/jolanta-kaminska/news-ostatnia-linia-obrony-hanny-gronkiewicz-waltz-runela,nId,2450015

— MILIARDY NA PASTWĘ HANDLARZY – jedynka RZ: “Państwo nie ma kontroli nad ponad 8 tys. nieruchomości, za które po wojnie wypłaciło odszkodowania”.

— WIELKA WERYFIKACJA 500+, RZĄD NAM ZAJRZY DO ŁÓŻKA – GW: “Urzędnicy sprawdzają samotne matki, które dostają 500 plus na pierwsze lub jedyne dziecko. Pytają sąsiadów o nowych partnerów i styl życia. Oficjalny powód? Wyłudzanie świadczenia. Jeśli się okaże, że żyją w związkach, stracą świadczenie i muszą zwrócić pieniądze. Nawet kilka tysięcy złotych plus odsetki”. http://wyborcza.pl/7,155287,22486466,wielka-weryfikacja-500-plus-czyli-rzad-zaglada-samotnym.html

— ZAPOMNIAŁ CZEGO SAM ŻĄDAŁ – Fakt o Radziwille. http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/konstanty-radziwill-zapomnial-czego-sam-zadal-bedac-szefem-nrl/cdg7vdk

— RADZIWIŁŁA KŁOPOT Z LEKARZAMI – RZ: “Wielkie emocje i brak rozstrzygnięcia. Minister zdrowia nie potrafi wyjaśnić, jak chce zażegnać strajk lekarzy”.

300polityka.pl

Maciej Maleńczuk do Kukiza: Paweł, lecisz lotem koszącym. Za chwilę zawadzisz o brzozę

AB, mn, 08.10.2016
http://www.gazeta.tv/plej/19,114871,20809316,video.html?embed=0&autoplay=1
Muzyk ostro skrytykował Pawła Kukiza za jego polityczną działalność i uwagi na temat aborcji. – Nie mogę milczeć. Te wypowiedzi przelewają czarę goryczy – mówił Maleńczuk na antenie TVN24.

W programie „Wstajesz i weekend” Maciej Maleńczuk mówił m.in. o swoim nowym utworze „Fajnie”, w którym komentuje sytuację polityczną w Polsce.

– Nie mogę milczeć. Czarę goryczy przelewają wypowiedzi Pawła Kukiza, mojego kolegi z dawnych lat, który zawsze wydawał mi się jednym z najbardziej wyszczekanych, inteligentnych, elokwentnych ludzi w polskim show biznesie. Ale kiedy tylko stanął w szeregu razem z tymi wszystkimi ludźmi w parlamencie, którzy żyją z gadania, okazuje się, że nie potrafi sklecić prostego zdania – mówił, tłumacząc, dlaczego zdecydował się na nagranie.

Muzyk odniósł się też do projektu zaostrzenia prawa aborcyjnego, który w czwartek odrzucił Sejm. – Przecież Paweł ma aż trzy córki, ja też mam trzy córki. Chcesz ograniczać im wolność, chcesz zaglądać im między nogi, chcesz się zastanawiać, z kim ona sypia? Przecież to są normalni ludzie, dorośli, niezależni. Mam wrażenie, że zwłaszcza Pawłowi Wiejska szkodzi – zwracał się do Kukiza, nawiązując do ostatnich wypowiedzi posła.

– Polityka to jeden wielki półśrodek i chodzenie na kompromisy. Oni mówią: „dobrze, z gwałtu może nie, z kazirodztwa może nie, ale już niepełnosprawne tak”. Kto to wybiera? W pewnych rzeczach, w sprawach miłości, seksu, nie ma kompromisów. Ludzie idą na całość – podkreślił Meleńczuk. I zakończył: – Paweł, lecisz lotem koszącym. Za chwilę zawadzisz o brzozę.

gazeta.pl

…i sądy kapturowe…..😜

„Czuję się upokorzona”. Protestowała w obronie wolnych sądów, teraz musi się tłumaczyć na policji

Anna Dryjańska, 10 października 2017

Państwo jeszcze nie bije, ale już szczypie, szarpie i popycha, by sprawdzić jak zareagujemy – mówi Danuta Wawrowska, prawniczka, która kilka dni temu musiała zeznawać na policji ws. swojego udziału w manifestacji w Słupsku w obronie wolnych sądów. W rozmowie z naTemat mówi, że policja za wszelką cenę dąży do tego, by ukarać organizatora lipcowych zgromadzeń pod pretekstem zanieczyszczenia ulicy… woskiem ze świec.

Kiedy i jak dowiedziała się pani, że policja chce panią przesłuchać?

W Czarny Wtorek. Zadzwonił do mnie policjant z informacją, że jestem wezwana jako świadek w sprawie zgromadzeń lipcowych pod sądem w Słupsku.

Co mu pani odpowiedziała?

Że przyjdę, ale nie dzisiaj, bo biorę udział w Strajku Kobiet. Umówiliśmy się więc na czwartek wczesnym popołudniem. Zazwyczaj nie mam pamięci do dat, bo robię tak dużo rzeczy, że nie mogę sobie dokładnie przypomnieć, ale to było dokładnie tego samego dnia, gdy policja weszła do antyprzemocowych organizacji kobiecych i zarekwirowała komputery.

W czwartek przyszła pani na komisariat. Co się stało później?

Zażądałam od policjanta, by wręczył mi dokument z sygnaturą i numerem sprawy. Powiedziałam, że nie będę zeznawać, jeśli policja nie powie mi w jakiej sprawie. Funkcjonariusz chwilę się zastanawiał, a potem podał mi te informacje.

Jak się zachowywał policjant, który panią przesłuchiwał?

Mam wrażenie, że było mu głupio. Przeprosił mnie za pytania, które musi mi zadać. Powiedział, że to nie on je wymyślił, że przesłano mu je z komendy rejonowej. A potem wyciągnął kartkę i zaczął mnie przesłuchiwać.

O co pytał?

Czy w dniach od 16 do 23 lipca uczestniczyłam w demonstracjach pod sądem w Słupsku. Odpowiedziałam, że byłam na kilku, ale nie pamiętam na których konkretnie. Pytał też, czy wiem, kto był organizatorem tych zgromadzeń. Odpowiedziałam, że ludzie zbierali się spontanicznie, tak jak po śmierci papieża Jana Pawła II. Różnica polega na tym, że wtedy ludzie zbierali się pod kościołami, a teraz pod sądami.

I co na to policjant?

Szczęka mu opadła (śmiech). Ale szybko wrócił do swojej kartki z pytaniami. Bardzo chciał wiedzieć, czy znałam innych uczestników demonstracji – odpowiedziałam że niektórych znam z widzenia, nie podałam żadnych nazwisk. Pytał też, kto trzymał znicz, a kto świeczkę.

Dlaczego?

Bo to całe przesłuchanie, podobnie jak poprzednie przesłuchanie byłej sędzi Trybunału Stanu, Anny Boguckiej-Skowrońskiej, ma na celu ukaranie organizatorów zgromadzenia pod pretekstem zanieczyszczenia ulicy woskiem ze świec. Nie mogą nikomu postawić zarzutów za protestowanie przeciwko ustawom PiS, więc szukają innego powodu.

Co pani odpowiedziała na pytanie o świece?

Że zauważyłam tylko znicze i światła z ekranów telefonów komórkowych. A gdy zapytał o to, w jakich godzinach odbywały się zgromadzenia, odpowiedziałam że wieczorem. Policja potrzebuje konkretnych godzin, by postawić komuś zarzuty.

Jak się pani czuła z tym, że jest przesłuchiwana za udział w demonstracji?

Upokorzona, bo wiem do czego zmierza to przesłuchanie, po raz pierwszy w życiu musiałam się tłumaczyć z tego, w czym brałam udział. Było to dla mnie bardzo przykre. Nie chcę powiedzieć, że to było jak policzek, bo to byłoby za mocne, ale czułam, że to naruszenie mojej godności. Ta cała nadmuchana sprawa to eksperyment władzy, która sprawdza co się stanie, gdy zacznie ścigać ludzi z powodów politycznych. Państwo jeszcze nie bije, na razie szczypie, szarpie, szturcha i patrzy, jak zareagujemy.

Jakiej reakcji opinii publicznej pani oczekuje, jeśli ktoś dostanie zarzuty za manifestacje w obronie sądów?

Solidarności. Zresztą to nie tylko kwestia nadziei – gdy napisałam na Facebooku, że policja wezwała mnie na przesłuchanie, odezwało się do mnie wiele osób z różnych środowisk, które zapowiedziały, że jeśli będzie trzeba, przyjadą pod słupski sąd i będą manifestować w obronie oskarżonych. Myślę, że to jest coś, co w takich okolicznościach powinno się wydarzyć. Jeśli społeczeństwo nie zareaguje, procesy polityczne ruszą w całej Polsce.

naTemat.pl

Dlaczego Polacy stoją murem za PiS-em? [9 POWODÓW]

Data publikacji: 10.10.2017, Jarosław Makowski

© photo: Paweł Supernak / source: PAP

 

Dziś PiS nie ma z kim przegrać. Dlatego kluczowe pytanie nie powinno brzmieć, jak odsunąć PiS od władzy, ale dlaczego Polacy partię Kaczyńskiego kochają.

Cała opozycja nie śpi po nocach, zastanawiając się, jak odsunąć PiS od władzy. Sęk w tym, że to bezproduktywna strategia. Lepiej już dobrze się wyspać. Dziś kluczowe pytanie jest zgoła inne: dlaczego PiS, mimo że łamie konstytucję, mimo że traktuje państwo jak swój prywatny folwark, mimo że niszczy trójpodział władzy, mimo że zatrudnia na kluczowych stanowiskach państwowych swoje rodziny, krewnych czy znajomych, mimo że płaci za poparcie publicznymi pieniędzmi swoim sojusznikom, jak choćby milionowe transfery pieniędzy płynące do o. Tadeusza Rydzyka i jego „bożych” dzieł – a więc dlaczego, mimo tych wszystkich grzechów, za które każdą inną władzę Polacy już dawno odesłaliby na śmietnik historii, nie imają się w ogóle PiS-u. Ba, patrząc na ostanie sondaże, które dają partii władzy poparcie około 40 proc., można mniemać, że PiS-owska władza, mimo tych wszystkich grzechów i politycznej recydywy, Polakom się bardzo podoba.

Cóż więc sprawia, że PiS trzyma się mocno i nie ma dziś, by zacytować słowa Donalda Tuska, z kim przegrać? Po pierwsze i oczywiste: 500 plus. PiS zrozumiał, że Polacy nie chcą już słyszeć o wzroście gospodarczym. Mają już za nic opinie zagranicznych inwestorów, że rodzima gospodarka jest silna, jeśli to nie przekłada się na ich budżety domowe. Innymi słowy: PiS zrozumiał, że po ponad 25 latach zaciskania pasa, przyszedł czas jego luzowania. Politycznym elementem tej polityki stał się program 500 plus. Opozycja, która nie mówi, że zatrzyma program, daje PiS do ręki łatwy sposób jej dyskredytowania: jak oni, ci źli liberałowie, przyjdą do władzy, to odbiorą wam 500 plus.

Po drugie i wprost związane z tym niemal bezpośrednim transferem pieniędzy: otóż te pieniądze w dużym stopniu trafiły do osób, które do tej pory zazwyczaj nie głosowały. Dziś, gdy ci Polacy stali się beneficjentami programu, przerodzili się także w lojalnych wyborców obecnego obozu władzy. Dla tych rodaków demolka Trybunału Konstytucyjnego, niszczenie trójpodziału władzy czy marginalizacja Warszawy w Unii Europejskiej, nie mają pierwszoplanowego znaczenia. Dlatego jeśli nawet PiS stracił poparcie pośród części klasy średniej, to zyskał i to z nawiązką, wśród tych wyborców, którzy do tej pory nie głosowali. Obecnie zaś, jak widać, deklarują poparcie dla PiS. Przekonanie tych wyborców, że recydywa partii władzy dosięgnie w końcu także i ich, jest zadaniem opozycji. Ale na szybkie efekty nie ma tu co liczyć.

Po trzecie, PiS zrozumiał, że łatwiej rządzi się poprzez strach niż miłość. Dlatego rano, w południe i wieczorem straszy – dzięki PiS-owskim mediom i usłużnym pracownikom tychże – Polaków: a to uchodźcami, a to wymyślonymi obcymi, a to Niemcami, a to eurokratami. Tak czy inaczej, ta polityka strachu jest, jak na razie skuteczna, bo opozycja daje się PiS szantażować. Tymczasem trzeba jasno mówić: Unia nie jest idealna, ale to dzięki UE i naszej w niej obecności, oraz dobrym relacjom z Niemcami dziś cieszymy się i bezpieczeństwem, i względnym dobrobytem. Z Unią tylko zyskujemy, z PiS możemy tylko stracić.

Po czwarte, PiS żeruje na polskim poczuciu dumy. I to wykorzystuje: patriotyzm zastąpił tępym nacjonalizmem. Tymczasem Polacy nie są dumni z kiboli, którzy przypominają dziś ksenofobiczne bojówki, ale są dumni z Lewego, który gra w najlepszym niemieckim klubie. Innymi słowy: opozycja nie powinna negować rodzimego poczucia dumy, ale zmienić przedmiot tej dumy!

Po piąte: PiS zawiązał sojusz z Kościołem, który – co dziś widać już jak na dłoni – sprzedał Dobrą Nowinę za „srebrniki”. Jest złudzeniem sądzić, że w Polsce w ramach Kościoła oficjalnego jest inny typ katolicyzmu niż ten, który służy tzw. „dobrej zmianie”. Za każdym razem, gdy opozycja będzie mydlić sobie oczy, że może istnieć cywilizowany rozdział Kościoła i państwa, przegra. Kler, duszę zaprzedał prawicy. Dlatego zawsze wobec każdej formacji, która będzie domagała się autonomii państwa i religii, która będzie wspierała rozum przeciw zabobonom, uniwersalizm chrześcijański przeciw nacjonalistycznemu katolicyzmowi, będzie patrzył podejrzliwie. A czasami wrogo.

Po szóste, PiS zarysował fundamentalny podział: europejskie lewaki kontra „normalny Polak”. Dla partii Kaczyńskiego, wspieranego tu przez Kościół, wszystko, co Zachodnie, nowoczesne i postępowe jest symbolem zła. „Normalny Polak”, zdaniem PiS, nie lubi obcych, różańcem oddziela się od potrzebujących, gardzi kobietami, które mają odwagę domagać się podmiotowości. Co więcej: zaściankowość, mizoginizm, zabobonność i nienawiść do wszystkiego, co zachodnie staje się wyznacznikiem Pisowskiego rozumienia polskości. Opozycja, jeśli chce na tym polu skutecznie walczyć, musi pokazać, że nowoczesność nie przekreśla dobrej tradycji, a rozum jest niezbędny w przeżywaniu autentycznej wiary.

Po siódme, rządzący obóz skutecznie zarysował także inny kluczowy podział, który wciąż jeszcze się nie wypalił i ma moc mobilizowania wyborców: elity kontra lud. Elity reprezentują stary porządek, z którym PiS walczy. Porządek, który był niesprawiedliwy, bo dokonywał się kosztem ludu. Oto narracja władzy. Sęk w tym, że symbolem elity politycznej jest choćby Jarosław Kaczyński. Opozycja nie potrafiła do dziś znaleźć sposoby, by to pokazać. Nie znalazła też sposobu, by pokazać, że jest po stronie ludu. Że jest po stronie tych, którzy – przykładowo – są poszkodowani przez SKOK-i.

Po ósme, rządowe media. Tu nie ma zmiłuj. PiS-owskie media są po to, by walczyć z opozycją. Nawet za cenę bankructwa finansowego i moralnego. Nie od dziś wiemy, że kłamstwo powtórzone sto razy, dla niektórych, może odsłonić się jako prawa. I w to gra PiS używając mediów publicznych jako własnej tuby propagandowej.

Po dziewiąte, i być może najważniejsze: PiS przywraca polityce moc. Pokazuje, że polityka służy do zmiany rzeczywistości. A to się Polakom podoba. Jasne, że robi to siłowo, łamiąc prawo, reguły i obyczaje. To jednak pokazuje, że opozycja musi przedstawić koncepcje państwa nie tyle siłowego, co skutecznego – takiego, które jest po stronie obywatela. Państwa, które pomaga ludziom, choć nie wyręcza. Ale obywatele muszę wiedzieć, że państwo, kiedy działa, jest skuteczne. I takiego państwa Polscy chcą.

Oto, jak mi się zdaje, powody, które sprawiają, że Polacy szybko nie odkochają się w PiS. A nie odkochają się tym, bardziej, im bardziej będą słyszeć ze strony opozycji mantrę, że PiS trzeba od władzy odsunąć. Jeśli nawet, to powiedźcie nam, pyta lud opozycyjnych polityków, w imię jakiej innej Polski niż ta PiS-owska? No, powiedźcie nam to w końcu!

newsweek.pl

Artur Bartkiewicz: Duda z Ziobrą się bije, Kaczyński korzysta

Foto: PAP, Rafał Guz

Konflikt między prezydentem Andrzejem Dudą a resortem sprawiedliwości w kwestii reformy sądownictwa najprawdopodobniej wzmocni Jarosława Kaczyńskiego jako lidera Zjednoczonej Prawicy.

Divide et impera – to metoda sprawowania władzy stara jak Imperium Rzymskie. Sprowadza się ona do właściwego zarządzania konfliktem między dwiema zwaśnionymi stronami, w którym osoba sprawująca rzeczywistą władzę występuje jako arbiter, wzmacniając własną pozycję wobec obu stron sporu. A jednocześnie prezentuje się jako gwarant stabilizacji w danym układzie, bez którego nastąpiłaby wojna wszystkich ze wszystkimi, o której pisał niegdyś Thomas Hobbes.

W sporze wokół reformy sądów Kaczyński, dla którego konflikt wydaje się być istotą polityki, bardzo umiejętnie postawił się w roli owego arbitra. Najpierw taktycznie czekał w cieniu i pozwolił przejąć – jak się okazało do czasu – inicjatywę prezydentowi Dudzie. Ten ostatni po zawetowaniu ustaw wysłał w świat przekaz, że oto bierze trudną reformę sądownictwa na własne barki, po tym jak minister sprawiedliwości – wskutek zbyt dużej ambicji i wynikającej z niej chęci przejęcia pełnej kontroli nad sądami w Polsce – nie podołał zadaniu. Prezes PiS obserwował spokojnie kolejne, wypływające z resortu sprawiedliwości, uszczypliwości pod adresem głowy państwa i dystansowanie się polityków PiS-u od prezydenta, aż do momentu, w którym Duda znalazł się w politycznej próżni. Opozycja – może z wyjątkiem Kukiz’15 – nie włączyła się w spór, uznając go za wewnętrzną sprawę obozu rządzącego. Jarosław Gowin zachował daleko idącą ostrożność, a PiS i Solidarna Polska uznały Dudę za – w najlepszym przypadku – osobę nieodpowiedzialną, która wkłada kij w szprychy dobrej zmianie.

I wtedy na scenę wkroczył prezes PiS, przyjmując rolę polityka wagi ciężkiej, który musi posprzątać bałagan wynikający z – jak sam to określił w jednym z wywiadów – sporu czterdziestoletnich polityków. Aby zachować równowagę sił w obozie władzy, po osłabieniu Ziobry przez prezydenta Dudę musiał osłabić prezydenta. W innym przypadku ten mógłby – po skutecznym zablokowaniu zakusów Ziobry – zbyt bardzo wybić się na niepodległość. Stąd regularne wizyty Kaczyńskiego w Belwederze, po których – za każdym razem – w świat szedł sygnał, że prezydent w sprawie swoich ustaw staje się coraz mniej pryncypialny. Stąd też wywiady prasowe, w których Kaczyński między wierszami sugerował Dudzie, że to nie on ma być tutaj rozgrywającym, bo to nie jego liga. To ostatnie prezes PiS najdosadniej powiedział w wywiadzie dla „Gazety Polskiej”, kiedy odrzucając możliwość wprowadzenia w Polsce systemu prezydenckiego przypomniał, że posadę prezydenta może zdobyć ktoś bez odpowiedniego doświadczenia politycznego. Czyli – zawetowałeś, miałeś pięć minut sławy, ale nie zapominaj kto tu naprawdę rządzi.

Jednocześnie, niejako przy okazji, Kaczyński zademonstrował, że również Ziobro nie jest dla niego równorzędnym partnerem. Po pierwsze – szef resortu sprawiedliwości potrzebował interwencji prezesa PiS w celu ratowania reformy sądownictwa, co sprawia, że może być postrzegany jako wierny pułkownik, ale nie generał samodzielnie wygrywający bitwy i potencjalny kandydat do schedy po Kaczyńskim.

Po drugie – Kaczyński wykorzystał okazję, by przypomnieć, że z Ziobrą wciąż łączy go relacja mistrz-uczeń. Umniejszające rangę obu stron konfliktu słowa Kaczyńskiego o sporze czterdziestoletnich polityków dotyczyły wszak nie tylko Dudy, ale i Ziobry. Również wystąpienie Kaczyńskiego na konwencji Solidarnej Polski – choć pełne komplementów pod adresem szefa resortu sprawiedliwości – miało momentami mocno paternalistyczny ton (jak choćby wtedy, gdy Kaczyński wspominał jak Ziobro radził sobie w latach 2005-2007 i napomknął przy okazji o tym, że Ziobro działał wówczas „tak może bardziej młodzieńczo”). Symptomatyczne było też to, że na konwencji partii Ziobry to prezes PiS zabierał głos jako pierwszy i to on mówił o wielkich celach Zjednoczonej Prawicy. Sygnał jest jasny: może idziemy w dwóch kolumnach do jednego celu, ale obie kolumny prowadzi jeden człowiek – i nie jest nim ani Ziobro, ani Duda.

Kaczyński ze sporu wewnątrz obozu dobrej zmiany ma więc szansę wyjść umocniony. Przypomni bowiem wszystkim swoim stronnikom, działaczom i koalicjantom, że jest jedynym gwarantem jedności środowiska, które w latach 90-tych potrafiło dzielić się w nieskończoność i w którym każdy konflikt wewnętrzny kończył się powstaniem nowej partii. A skoro to właśnie jedność obozu dała prawicy władzę – to Kaczyński na czele staje się warunkiem sine qua non pozostania przy niej.

Jedyne ryzyko związane z rozegraniem całej sytuacji przez Kaczyńskiego wiąże się z tym, że może on pójść o krok za daleko w przywoływaniu do porządku prezydenta. Prezes PiS zdaje się bowiem chcieć doprowadzić Dudę do pełnej kapitulacji, tak aby w przyszłości bunt ze strony Pałacu Prezydenckiego już mu nie groził (jeśli Duda teraz w pełni podporządkuje się woli PiS, trudno będzie mu w przyszłości znaleźć chętnych do stawania w kontrze do Kaczyńskiego, skoro na koniec i tak wywiesza się białą flagę). Nazwanie przez Kaczyńskiego wet Andrzeja Dudy „incydentem”, w czasie gdy prezydent mówi, że chodzi mu o kwestie kluczowe dla przyszłości państwa, może jednak skłonić Pałac Prezydencki do kontynuowania oporu. Tymczasem Kaczyński, po osobistym zaangażowaniu się w sprawę, nie może sobie pozwolić na fiasko całej operacji. Kolejne zablokowanie przez prezydenta reformy sądownictwa musiałoby więc już oznaczać otwartą wojnę Pałacu Prezydenckiego z PiS i uznanie prezydenta za człowieka spoza kręgu „dobrej zmiany”.

Pytanie brzmi: czy prezydent jest na taką ewentualność gotowy? Kaczyński mówiąc o „incydencie” wydaje się przekonany, że odpowiedź na to pytanie brzmi „nie”. Jeśli ma rację będzie jeszcze silniejszy niż dotychczas.

 

rp.pl

MON: Projekt ustawy degradacyjnej już gotowy

Foto: PAP/Leszek Szymański

MON opracowało projekt ustawy, który umożliwi degradację oficerów z czasów PRL. Również nieżyjących – pisze Onet.pl. Ostateczna decyzja w tej sprawie będzie należała do prezydenta.

Jak pisze Onet.pl, gotowy projekt ustawy jest datowany na koniec września. Zawarte w nim przepisy zakładają, że do stopnia szeregowca zdegradowani mogą być oficerowie WP, „którzy w latach 1944-90 przyczynili się do utrzymywania lub podtrzymywania reżimu komunistycznego”. Nowością jest przepis, który umożliwi zdegradowanie oficera nawet po śmierci.

Oficer (lub w przypadku degradacji pośmiertnej jego rodzina) będzie miał jednak prawo odwołać się od tej decyzji do sądu wojskowego. „Stronom przysługuje prawo do przedstawienia faktów, dokumentów, dowodów oraz prawo do aktywnego uczestnictwa w postępowaniu” – cytuje przepis Onet.pl.

Projekt wymienia szczególnie oficerów wchodzących w skład Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, która w 1981 roku wprowadziła stan wojenny, czyli m.in. generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka i Siwickiego- już nieżyjących. Jednak przepisy dotyczące degradacji będą brane pod uwagę w przypadku oficerów służących we wszystkich służbach Wojska Polskiego.

Kryteriami zawartymi w projekcie ustawy można objąć oficerów, którzy wciąż pełnią czynną służbę, również na wysokich stanowiskach.

Jak pisze Onet.pl, projekt ustawy zawiera swoistą pułapkę na prezydenta. Artykuł 245b zakłada bowiem podział kompetencji w procesie degradacyjnym. To szef MON, dziś Antoni Macierewicz, będzie wszczynał postępowanie degradacyjne i przygotuje listę oficerów. Ostateczną decyzję, czy oficera zdegradować czy nie, ma podjąć prezydent.

Taka zasada będzie obowiązywać jednak wyłącznie w przypadku degradacji generałów. Degradacją oficerów niższego stopnia zajmie się sam szef MON. Portal sugeruje, że listę generałów do zdegradowania będą rozpoczynały nazwiska Jaruzelskiego, Kiszczaka i Siwickiego i to na prezydenta Dudę spadnie ostateczna decyzja w tej sprawie.

Szczegóły dotyczące projektu ustawy na stronach Onet.pl.

rp.pl

PiS ma projekt zmian ordynacji wyborczej

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas poniedziałkowego spotkania z posłami PiS poinformował, że jest już gotowy projekt zmian ordynacji wyborczej, ale będzie procedowany po tym, jak zostaną przyjęte zmiany dot. sądownictwa – dowiedziała się PAP od polityków PiS.

W poniedziałek doszło do kolejnego spotkania prezesa PiS z posłami. W trzecim z serii czterech spotkań wzięli udział m.in. posłowie PiS z Mazowsza, Podlasia i Lubelszczyzny.

Ordynacja będzie zmieniona. Projekt już jest, ale temat „ruszy” po reformie wymiaru sprawiedliwości. To jest korekta ogólnych zasad – taką informację, według rozmówców PAP, przekazał uczestnikom spotkania prezes PiS. Kaczyński miał zastrzec, że ostateczny kształt zmian „jest jeszcze do decyzji”.

Podczas spotkania z posłami, prezes PiS poinformował też, że we wtorek prezydent Andrzej Duda otrzyma poprawki do projektów ustaw ws. Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa.

Andrzej Duda pod koniec września zaprezentował swe projekty ustaw dotyczące SN i KRS. W miniony wtorek zostały one skierowane do konsultacji, a w piątek odbyło się trzecie już spotkanie prezydenta z prezesem PiS w sprawie zmian w wymiarze sprawiedliwości. Podczas tego spotkania Kaczyński zapowiedział, że klub PiS zgłosi poprawki na piśmie do projektów, które wcześniej przedstawi prezydentowi.

Przygotowanie projektów o SN i KRS prezydent zapowiedział w lipcu po zawetowaniu poprzednich ustaw dotyczących o KRS i SN.

rp.pl

Esbek od Macierewicza pełni rolę czyściciela wobec niewygodnych oficerów SKW. Taką pieczątką podpisuje dokumenty niszczące ludzi.

Do centrali Służby Kontrwywiadu Wojskowego został przyjęty były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa PRL – ustalił tvn24.pl. Ani resort obrony, ani minister koordynator nie odpowiedzieli nam na pytania, jak to możliwe. Tym bardziej, że niedawno z polskich służb zostali usunięci wszyscy, którzy rozpoczynali służbę w organach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

 (http://www.tvn24.pl)

Obywatele RP piszą do Zofii Romaszewskiej: W Polsce wzrasta faszyzm

Jesteśmy spychani pod ściany, nasze transparenty są zasłaniane, by nie drażniły idących krokiem marszowym kolumn. Nas się wielokrotnie legitymuje i wobec wielu kieruje wnioski do sądu.

Szanowna Pani Zofia Romaszewska,

z naszej bezradności, wściekłości, lęku i smutku wzięła się potrzeba napisania tego listu, który my, uczestnicy ruchu Obywatele RP, ślemy do Pani. Patrząc na historię Pani życiowych wyborów i tradycję rodzinną, wierzymy, że nie odłoży go Pani po pierwszym zdaniu, ale przeczyta i nas wesprze.

Dziś stoimy po przeciwnych stronach politycznego sporu, inaczej widzimy przeszłość i przyszłość Polski, inaczej rozumiemy sprawiedliwość czy patriotyzm.

Dla Pani ruch Obywateli RP znany jest zapewne jedynie z fałszywie prezentowanych przez media obozu władzy protestów na Krakowskim Przedmieściu. Dla nas wiele Pani opinii oraz poparcie, jakiego udziela Pani obecnemu rządowi, są niezrozumiałe.

Co smutniejsze, podobnie jak Pani, wielu z nas ma doświadczenie udziału w strukturach oporu lat 70. i 80. lub wywodzi się z domów o takich tradycjach i tylko wiek nie pozwolił na to, by czynnie zaangażować się w działanie opozycji demokratycznej, w której Pani wraz ze swoim śp. mężem odgrywaliście tak kluczową rolę. Dziś wiele nas dzieli, a czy coś łączy?

Dlaczego pytamy? Bo te wspólne korzenie aksjologiczne sprawiły, że mimo tak ogromnych różnic zwracamy się do Pani o wsparcie w sprawie, która powinna być absolutnie poza politycznymi podziałami.

Mówiąc dobitnie – w Polsce wzrasta faszyzm. Możemy zaświadczyć, bo już wiele razy stawaliśmy na drodze przemarszu bojówek ONR, próbując jasno wyrazić nasz sprzeciw wobec znaków i haseł siejących nienawiść.

Ze smutkiem musimy stwierdzić, że u ludzi na ulicach widzimy obojętność, a u funkcjonariuszy policji tolerancję dla faszystowskich zachowań. Tolerancję wynikającą z przyzwolenia przełożonych.

Jesteśmy spychani pod ściany, nasze transparenty są zasłaniane, by nie drażniły idących krokiem marszowym kolumn. Nas się wielokrotnie legitymuje i wobec wielu kieruje wnioski do sądu.

Właśnie jeden z takich zbiorowych procesów rozpoczyna się 11 października 2017 r. o godzinie 9.00 w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia, XI Wydział Karny, ul. Marszałkowska 82 (wejście od ul. Żurawiej), sala P21.

Hańbą jest, iż w kraju, który tak mocno doświadczył skutków faszystowskiej ideologii – o czym Pani, córka żołnierzy Armii Krajowej o bohaterskich życiorysach, wie najlepiej – będzie się sądziło tych, którzy pokojowo próbowali wyrazić swój sprzeciw wobec tej siejącej nienawiść ideologii i wyznającej ją organizacji.

W imię pamięci poległych, w imię solidarności oraz obrony podstawowych wartości i dobrego imienia Polski prosimy Panią o obecność na procesie.

Jest Pani jedną z niewielu osób po stronie rządzących, co do których mamy przekonanie, że będzie gotowa na taki gest. Jest Pani także jedną z nielicznych, która wykonując taki gest, wyśle znaczący sygnał, że choć różni nas wiele, są momenty, gdy stajemy ramię w ramię.

Wspólnym gestem możemy przeciwstawić się dwu największym zagrożeniom współczesnego społeczeństwa – nienawiści i obojętności. Ta pierwsza, której personifikacją jest faszyzm, nie buduje, a niszczy. Ta druga jest zawsze sprzymierzeńcem zła.

Żyjemy – jak pisał Vaclav Havel – w środowisku moralnie zanieczyszczonym, i jeśli nie podejmiemy żadnych działań, to wcześniej lub później ten smog faszyzmu udusi nas wszystkich.

Stańmy razem, solidarni wobec zła.

W imieniu ruchu Obywatele RP
Kinga Kamińska, Paweł Kasprzak

polityka.pl

Trybunał Praw Człowieka zajął się ekshumacjami smoleńskimi. Nie czeka na polski TK

Skarżący nie korzystają z drogi do TK, bo nie wierzą w jego bezstronność. I takich skarg będzie przybywać.

Dwie rodziny, które nie godziły się na ekshumacjęswoich bliskich, poskarżyły się do Trybunału w Strasburgu na naruszenie ich prawa do prywatności, za jakie uważa się kult pamięci bliskich. Pomogła im w tym Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Trybunał zakomunikował tę skargę polskiemu rządowi, czyli zwrócił się o zajęcie stanowiska i wyjaśnienia.

Trybunał w Strasburgu a Trybunał Konstytucyjny

Sprawa zawisła też przed polskim Trybunałem Konstytucyjnym. Trybunał w Strasburgu zakomunikował skargę rządowi, nie czekając na wypowiedź TK. Czyli prawdopodobnie zgodził się ze skarżącymi, że polski TK nie może być dziś uznany za sąd w pełni spełniający europejskie standardy bezstronnego wymiaru sprawiedliwości. A więc skarga do niego nie może zostać uznana za „skuteczny środek odwoławczy”, do którego daje prawo art. 13. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Skargi do Trybunału w Strasburgu nie można skierować bez wyczerpania drogi krajowej.

Uznanie, że polski TK nie daje szans na zgodne ze standardami rozpatrzenie sprawy, byłoby precedensem. I wielkim wstydem dla polskiego Trybunału i polskiego państwa. Strasburg nie musi tego mówić wprost. Wystarczy samo to, że przyjął skargi rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej.

Część rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej uważa ekshumacje za profanację

Co do meritum: w polskim prawie nie ma możliwości odwołania się od decyzji prokuratury o ekshumacji ciała bliskiej osoby. Te z rodzin 96 ofiar katastrofy, które uznały ekshumacje za profanowanie ciał i pamięci zmarłych – mimo że nie jest to konieczne ani do ustalenia przyczyn ich śmierci, ani do zbadania tezy o wybuchu na pokładzie samolotu – zgłaszały do prokuratury sprzeciw w tej sprawie. Został on oddalony z uzasadnieniem, że od decyzji prokuratury o ekshumacji nie ma drogi odwoławczej. W kwietniu tego roku Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że brak prawa do odwołania budzi wątpliwości co do zgodności z konstytucyjną ochroną życia prywatnego i rodzinnego. I zwrócił się z pytaniem prawnym do Trybunału Konstytucyjnego.

Nic nie wskazuje na to, żeby Trybunał w przewidywalnym czasie miał się zająć tą sprawą. Tymczasem ekshumacje trwają i dotyczą nie tylko tych ciał, na których wydobycie z grobów rodziny się zgodziły.

Dwie rodziny, które zwróciły się do Trybunału w Strasburgu, argumentują, że ekshumacja wszystkich ciał nie jest niezbędna do ustalenia, czy na pokładzie samolotu był wybuch czy nie. Nie uważają też, by należało ustalać, czy nie zaszła pomyłka w identyfikowaniu ciał ich bliskich kosztem wydobywania ich z grobu. I podkreślają, że Trybunał Konstytucyjny, po ingerencji polityków w jego skład i tryb pracy, przestał być dla nich wiarygodnym sądem.

Można się spodziewać, że skarg, w których skarżący nie korzystają z drogi do TK, bo nie wierzą w jego bezstronność, jest w Strasburgu więcej. I będzie ich przybywać.

Na razie rodziny ofiar smoleńskich skarżą się na naruszenie prawa do życia rodzinnego i brak skutecznego środka odwoławczego od decyzji prokuratury o ekshumacji. Wydaje się, że mogłyby się też poskarżyć na naruszenie zakazu tortur i okrutnego traktowania. Skoro decyzja o ekshumacjach wszystkich ciał nie ma uzasadnienia procesowego, a jedyne, które się narzuca, to uzasadnienie polityczne (w sprawie katastrofy PiS po dwóch latach rządów nie osiągnął nic nowego), to narażanie rodzin na cierpienie spowodowane profanacją ciał i pamięci osób bliskich (tu wystarczy przypomnieć barwne publiczne opowieści prokuratury, czyja ręka, głowa czy organy wewnętrzne znalezione zostały dodatkowo w innej trumnie) jest naruszeniem konstytucyjnego i konwencyjnego zakazu okrutnego i nieludzkiego traktowania.

polityka.pl

Czy leci z nami premier

9.10.2017
poniedziałek

Minął tydzień od wywiadu Jarosława Kaczyńskiego dla „Gazety Polskiej”, w którym szef PiS zaoferował Andrzejowi Dudzie targ: w zamian za odpuszczenie polityki wewnętrznej dostanie politykę zagraniczną. Kaczyński – będąc poza rządem, formalnie z pozycji szeregowego posła – proponuje polityczną umowę rządu z prezydentem. Pytanie, czy uzgodnił to z Beatą Szydło, należy do kategorii retorycznych.

Ale pani premier nawet nie skomentowała tej oferty. Znalazła czas na gratulacje dla polskich piłkarzy, wsparła krucjatę różańcową, złożyła rutynowy hołd Kaczyńskiemu („Gratulując wszystkim Polakom, pragnę przede wszystkim podziękować liderowi naszego środowiska premierowi Kaczyńskiemu za upór oraz determinację, z jaką walczył i prowadził obóz dobrej zmiany do zwycięstwa. Dziękuję, że jest on dziś gwarantem stabilności i jedności politycznego zaplecza dla rządu”) i podzieliła się z nami swoimi kłopotami ze wzrokiem („nie dostrzegam złych relacji między prezydentem a szefem MON”).

To niesamowite, jak bardzo można nie istnieć, będąc premierem. I to premierem w państwie, w którym szef rządu jest tak silnie umocowany.

polityka.pl

Polska wyspa jak… samotna

Niewykluczone, że pomyślna koniunktura tylko odłoży w czasie złe skutki reform obliczonych na bieżące cele polityczne, ale nie na długo. A wtedy rzeczywiście Polska zostanie samotną wyspą.

Przemoc w Polsce (i w innych krajach) zawsze była, jest i będzie.

petrOlly/Flickr CC by 2.0

Przemoc w Polsce (i w innych krajach) zawsze była, jest i będzie.

Powiedzenie, że Polska pozostanie samotną wyspą (w Europie) tolerancji i wolności, ma już miesiąc. Początkowo było nawet intensywnie komentowane, teraz zaczyna być zapomniane. Niesłusznie, ponieważ niejako zapowiada kierunek rozwoju tzw. dobrej zmiany. Spróbuję potraktować je poważnie.

Na początek krótki wstęp historyczno-teoretyczny. Wolność prawie zawsze była w cenie, tolerancja mniej. John Locke, klasyk znanego „Listu o tolerancji” (1689 r.), postulował tolerancję, ale nie wobec papistów (katolików) i ateistów. Rewolucja francuska zaczęła się od haseł „wolność, równość, braterstwo”, ale Louis Antoine de Saint-Just, jeden z głównych przywódców jakobińskich, wołał: „Nie ma wolności dla wrogów wolności”, co także znaczyło, że takowi nie będę tolerowani.

Słowa dotrzymywał w bardzo dosłowny sposób. Rzeczpospolita Obojga Narodów była chlubnym wyjątkiem. Król Zygmunt August rzekł: „Nie jestem królem sumień waszych”, i to powiedzenie było ewenementem w ówczesnej Europie. Potem w Polsce bywało różnie, ale – by przywołać tytuł książki Janusza Tazbira – I Rzeczpospolita była państwem bez stosów.

Polityczny savoir vivre

W planie globalnym sytuacja zaczęła się zmieniać w XIX w. za sprawą Ameryków (aczkolwiek niewolnictwo było tam usankcjonowane jeszcze przez kilkadziesiąt lat) w praktyce i Johna Stuarta Milla – w teorii (m.in. krytyka poddaństwa kobiet). Wolność i tolerancja są dzisiaj podstawowymi elementami katalogu wartości związanych ze współczesną koncepcją praw człowieka i społeczeństwa obywatelskiego, akceptowaną przez ustroje pretendujące do miana demokratycznych.

Ład demokratyczny jest uważany za najbardziej optymalne środowisko dla efektywnej wolności i tolerancji. Dobrze opisane są warunki ustrojowe, w których ma funkcjonować społeczeństwo obywatelskie. Są to w szczególności pluralizm światopoglądowy, niezależne media, eliminacja przemocy z życia społecznego, rządy prawa spełniającego pewne minimalne warunki, parlamentaryzm (także z elementami systemu prezydenckiego), trójpodział władzy, w szczególności niezawisłość sądów, daleko posunięta samorządność lokalna czy niezależne media.

Tak jednak jest, że wyżej użyte określenia są wieloznaczne i w związku z tym podlegają rozmaitym interpretacjom. Stąd wolność i tolerancja, bo o te pojęcia czy wartości chodzi, bywają różnie rozumiane i, co ważniejsze, wdrażane. A ponieważ obecny polityczny savoir vivre wymaga, aby szczycić się obroną wolności i tolerancji, praktyczne poczynania w tym kierunku nie zawsze przystają do siebie.

Polska wyspą wolności i tolerancji

Pomijając przypadki, w których stwierdzenie „my realizujemy wolność i tolerancję” jest zwyczajnym i oczywistym oksymoronem z uwagi na przewagę elementów autorytarnych w ich rozwiązaniach polityczno-ustrojowych, obie te wartości, by tak rzec, mają niejedno imię. Ograniczając się do UE (Polska jest na razie pominięta) i USA, mamy np. do czynienia z przemocą w Katalonii, ograniczaniem rynku zatrudnienia we Francji i Wielkiej Brytanii, wyjątkowym natężeniem korupcji w Rumunii, obecnością neonazistów w Bundestagu, eliminacją niezależnych mediów na Węgrzech czy ograniczeniami praw kobiet na Malcie.

Przykłady odstępstw od deklarowanego modelu wolności i tolerancji można by oczywiście mnożyć, ale te już podane sugerują, że nigdzie nie funkcjonuje idealny model społeczeństwa obywatelskiego, że powstają wątpliwości, np. kiedy przemoc może być stosowana, jakie ograniczenia, także wolności i tolerancji, są zasadne i jaka jest rola państwa jako gwaranta demokratycznego modus vivendi.

Nic nowego, bo ścierały się dwie koncepcje państwa już w XIX wieku, mianowicie tzw. nocnego stróża, tj. wkraczającego tylko tam, gdzie naruszane są przepisy prawa oraz państwa aktywnego w kreowaniu rozmaitych spraw społecznych. Żadna z nich nie zwyciężyła, a znane ustroje polityczne są kombinacjami tych dwóch wizji. Z jednej strony państwo ma szanować prawa obywatelskie i zasadniczo nie ingerować w nie, a z drugiej strony – powinno przeciwdziałać rozmaitym negatywom, np. przestępczości, przemocy czy głoszeniu ideologii groźnych dla społeczeństwa obywatelskiego.

Wszelako, i to jest rozwinięcie jednej z wcześniejszych uwag, różne okoliczności i interesy historyczne, polityczne czy ekonomiczne sprawiają, że poszczególne rządy odchodzą od deklarowanych zasad. Nie ma na to rady, a problem tkwi w tym, w jakim stopniu to czynią. Nie ma jednej miary w tym względzie. Są społeczeństwa o długiej i wydajnej tradycji obywatelskiej, jak (lista jest oczywiście niepełna) Australia, Austria, Belgia, Francja, Holandia, Irlandia (w pozytywnej opozycji wobec spuścizny angielskiej), Kanada, państwa skandynawskie (Finlandia szybko nadrobiła zaległości), USA czy Wielka Brytania, w których raczej nie ma obaw o pojawienie się tendencji jawnie autorytarnych. Niemcy dramatycznie starają się zerwać z niechlubną przeszłością, jak na razie z dobrym skutkiem. Inne (mam na myśli Europę) demokracje prawdopodobnie obronią się przed autorytaryzmem. Państwa postkomunistyczne, w tym Polska, niejako terminują i aspirują do kultywowania ładu demokratycznego. Jeśli rzecz dotyczy naszego kraju, tradycja I RP jest już tylko czymś historycznym, okres zaborów wykluczył Polskę z przemian modernizacyjnych w XIX wieku, okres II RP był zbyt krótki, aby nadrobić stracony czas przemian demokratycznych, a potem nastąpił czas komunistycznego autorytaryzmu. I w tej perspektywie należy oceniać projekt Polski jako samotnej wyspy wolności i tolerancji, nawet jeśli jego sformułowanie uznać za metaforyczne.

Przemoc i patriarchat

Przemoc w Polsce (i w innych krajach) zawsze była, jest i będzie. Nie prowadzę statystyki, rzecz mogłyby wyjaśnić badania socjologów, w szczególności kryminologów. Stawiam hipotezę na podstawie doniesień medialnych, że w ostatnim okresie liczba aktów przemocy wzrosła. Nic oczywiście nie dzieje się nagle, więc nie twierdzę, że wszystko zaczęło się w drugiej połowie 2015 r.

Ograniczając się do czasów po 1989 roku, zapobieganie przemocy, zarówno fizycznej, jak i werbalnej, pozostawiało wiele do życzenia. Wszelako ostatnie dwa lata przyniosły coś więcej, mianowicie tolerancję dla przemocy w postaci jawnej krytyki konwencji antyprzemocowej, łagodności wobec gwałcicieli (sama prowokowała, a więc ma za swoje) czy patrzenia przez palce na wykroczenia drogowe (zachowanie się kierowców i rowerzystów w okolicach pasów).

Coraz częstsze są przypadki czynnej agresji kierowców jako reakcji na zwrócenie im uwagi, ze nie przestrzegają przepisów. Przykładem może nawet koronnym są wyczyny kiboli. „Boże, miej litość dla naszych wrogów, bo jak widzisz, my jej nie mamy” – głosił transparent kibiców Wisły. Piłkarze Legii zostali zaatakowani przez swoich fanów po porażce z Lechem, polscy kibice rozrabiają wszędzie, ostatnio w Kopenhadze i Erywaniu, prezydent Spotu został wypchnięty z trybuny w czasie meczu z Armenią.

I co? Ano nic, p. Błaszczak nie odwołał swego cudacznego powiedzenia o kibicach jako szczerych patriotach, a jasnogórscy paulini też nie kwapią się modyfikacją swej duchowej opieki nad fanami kopanej. Ogólna atmosfera społeczna sprzyja rozprzestrzenianiu się przemocy, a jej przejawem jest wzrost okrucieństwa wobec zwierząt. O tym już pisałem kilkakrotnie, a dzisiaj wspomnę (abstrahuję od złożonego problemu praw zwierząt) o decyzji p. Jurgiela (tego samego, który wykończył dwie dobrze pracujące stadniny koni) o odstrzale 40 tys. dzików, w tym także ciężarnych loch. Nawet myśliwi zaczynają protestować. Edukacja dzieci, mniej lub bardziej, ale zawsze kładła nacisk na walkę z ich naturalnymi skłonnościami do okrucieństwa wobec zwierząt, właśnie po to, by nie prowadziło do podobnych postaw wobec ludzi.

A jeśli chodzi o ciągle patriarchalny stosunek do kobiet, to modelowym przykładem jest wypowiedź p. Sklepowicza, adwokata, byłego oficera SB, ale także eksperta TVP Info: „Ładne laski idą na dyskotekę, a brzydkie, których nikt nie chce bzykać, to idą na demonstracje”. Prowadzący program (w telewizji w „wRealu24”) był ponoć wniebowzięty.

Obcy i LGBT

Stosunek społeczeństwa polskiego do obcych jest zaskakujący dla wszystkich pamiętających o I i II Rzeczpospolitej jako państwach wielonarodowych. Oto nowe fakty. W szkołach coraz popularniejszym epitetem jest „uchodźca” (już nawet nie „ciapaty”). Resort oświaty pod kierownictwem (światłym, ma się rozumieć) p. Zalewskiej nie widzi w tym nic złego. Pan Bodasiński, główny organizator akcji „Różaniec do granic”, powiada: „W Europę bardzo słabą duchowo, na skalę, która jest niespotykana od wielu wieków, wchodzi nowa cywilizacja. I to jest zagrożenie dla integralności naszej cywilizacji”. Na razie nie ma reakcji hierarchów na to oświadczenie.

Równie źle przedstawia się sprawa stosunku do LGBT. Tragiczna historia licealisty, który prawdopodobnie popełnił samobójstwo z powodu docinków kolegów na temat jego orientacji seksualnej, tak zostało skomentowane przez p. Pawłowicz: „Liberalno-lewackie środowiska najpierw propagują wśród dzieci i młodzieży podatnych na różne niestandardowe zachowania – nienaturalne postawy i relacje, a potem, gdy te zaburzone zachowania są przez rówieśników brutalnie wytykane, i w skrajnych sytuacjach kończą się tragicznie, to lewaccy ideolodzy patologii obyczajowych odwracają kota ogonem i fałszywie, bezczelnie lamentują nad »morderczą nietolerancją« rówieśników. Nie siejcie patologii, nie będzie jej śmiertelnego żniwa. Nie demoralizujcie dzieci i młodzieży, dajcie im w spokoju, zgodnie z naturą przeżyć ich dzieciństwo i młodość”. Teraz wiadomo, kto winien.

Fikcyjne państwo prawa

Coraz więcej jest zatrzymań za demonstracje antyrządowe (oczywiście zakłócają porządek publiczny, np. modlitwy w kolejne miesięcznice) i postępowań prokuratorskich z tego wypływających, brutalności strażników w Białowieży wobec aktywistów ekologicznych (p. Szyszko milczy na ten temat) czy rewizji w domach prywatnych i siedzibach niezależnych instytucji publicznych (oczywiście z powodu nieprawidłowości z czasów poprzedniej władzy).

O jednej nowatorskiej propozycji prawnej powiem szerzej. W projekcie ustawy o nauce i szkolnictwie wyższym mamy art. 120, p. 3: „[Nauczycielem akademickim] może być osoba (…), która nie była skazana prawomocnym wyrokiem za umyślne przestępstwo ścigane z oskarżenia publicznego lub umyślne przestępstwo skarbowe ani nie toczy się przeciwko niej postępowanie o przestępstwo ścigane z oskarżenia publicznego”. O ile pierwsza część jest oczywista, druga nie tylko narusza zasadę domniemania niewinności, ale także umożliwia niedopuszczenie do zawodu lub nawet wykluczenie z niego każdego, wobec którego jakiś prokurator skieruje (np. na polecenie pp. Ziobry lub Święczkowskiego) akt oskarżenia o przestępstwo z oskarżenia publicznego, np. o obrazę funkcjonariusza państwowego.

Projektowana dobra zmiana w prawie jest szczególnie groźna dla społeczeństwa obywatelskiego. Oznaki charakterystyczne dla wprowadzania rządów autorytarnych są w Polsce aż nadto widoczne. Sterowane kampanie przeciwko sądom (np. skandaliczna afera billboardowi, w szczególności jej pozorna kontrola), możliwość ingerencji (innej niż związanej z aktem oskarżenia), prokuratury w postępowanie sądowe, szerokie wprowadzanie tzw. przepisów blankietowych, przypadki działania prawa wstecz czy polityczny tryb powoływania sędziów – są zaprzeczeniem państwa prawa.

Do tego chodzi absurdalna wykładnia trójpodziału władzy, który ma polegać, wedle promotorów dobrej zmiany, na przenikaniu się i wzajemnej kontroli władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, gdy u podstaw tego modelu jest założenie o tym, że sąd jest rzeczywiście niezależny od legislatywy i egzekutywy, wyjąwszy podległość ustanowionemu prawu. Obecny stosunek do sędziów i prawa w Polsce żywo przypomina filipiki Lenina o kretynizmie prawniczym, apele kierowników antysyjonistycznej akcji w 1968 r. czy okrzyki partyjnych ortodoksów z 1982 roku, a więc tych, którzy jawnie wzywali do autorytaryzmu. Mógłbym jeszcze sporo napisać, np. o autorytarnych tendencjach obecnej ekipy rządzącej, np. o próbach rozprawy z niezależnymi mediami czy o praktycznie bezkarnych wypowiedziach (zdradzieckie mordy, bydlak solo, komuniści i złodzieje) wzmacniających agresywne postawy.

Na jedną rzecz warto zwrócić szczególną uwagę. Większość państw, które odrzuciły lub ograniczyły demokrację i społeczeństwo obywatelskie, wpadła w pułapkę średniego rozwoju, z której nie łatwo jest wybrnąć. Na razie koniunktura ekonomiczna sprzyja Polsce, podobnie jak to było w 1982 r. Wtedy spodziewano się, że sankcje zniszczą reżim stanu wojennego. Nic z tego i, jak ironicznie powiadano, sam Bóg uratował ówczesny system, bo zesłał pogodę sprzyjającą dobrym żniwom.

Nie jest wykluczone, że pomyślna koniunktura jeno odłoży w czasie złe skutki reform obliczonych na bieżące cele polityczne, ale nie na długo. A wtedy rzeczywiście Polska zostanie samotną wyspą wśród społeczeństw obywatelskich, radującą się ze swej specyficznej (tj. prawdziwej) wolności i tolerancji. Nawet jeśli zorbánizowane Węgry staną się dzielnym towarzyszem w znoszeniu samotności, trzeba będzie poprzestać na micie Międzymorza i cieszyć się ramkami w TVP Info głoszącymi, ze Bruksela pozwala na pałowanie w Katalonii, a nam zabrania walki z kornikiem drukarzem. To drugie będzie jednak zależało od tego, czy Brukseli będzie zależało na czymkolwiek, co będzie działo się w kraju nad Wisłą.

polityka.pl

Dwie decyzje sądów w sprawach przeciwko dziennikarzom. Obie niepokojące

Orzeczenia są niekorzystne dla dziennikarzy, chociaż nie udowodniono, że złamali prawo.

Reporterka Polsatu Ewa Żarska ujawniła w kilku materiałach telewizyjnych, że prawdopodobnie bardzo groźny pedofil wciąż jest bezkarny i ukrywa się w Rosji. Dostała podziękowania od samego ministra Zbigniewa Ziobry, a bohater jej reportaży trafił w Rosji do aresztu ekstradycyjnego.

W tym samym czasie łódzka prokuratura zażądała od red. Żarskiej ujawnienia danych jej informatora. Tego dziennikarka zrobić nie mogła, bo zgodnie z prawem prasowym ma obowiązek chronić swoje źródła. Całej sprawie dodatkowego smaczku nadaje fakt, że dane tego informatora są w posiadaniu łódzkiej policji. Dlaczego tam nie zwrócił się o informacje prokurator – nie wiadomo.

Prokuratura za odmowę współpracy nałożyła na Ewę Żarską dwa mandaty po 3 tys. zł każdy. Reporterka odwołała się do sądu w przekonaniu, że przyzna jej rację. Nic bardziej mylnego. Sąd prawomocnie orzekł, że kara jest słuszna – redaktorka ma zapłacić 6 tys. zł i basta!

To prawdopodobnie pierwszy w Polsce przypadek, kiedy dziennikarz jest karany finansowo za ochronę danych informatora. Żarska postawiła się twardo, ale wcale nie ma pewności, że wobec takiego stanu rzeczy inny dziennikarz nie ugnie się i z obawy przed karą nie ujawni danych swojego źródła. A to już będzie oznaczać klęskę dla całej dziennikarskiej profesji, bo kto zechce informować dziennikarzy o istotnych faktach, mając świadomość, że wbrew własnej woli może nie pozostać anonimowy?

Sylwester Latkowski musi skasować tweety

Drugi przypadek dotyczy publikacji na internetowym blogu i na Twitterze informacji dotyczących pewnego biznesmena, podejrzewanego o udział w przestępstwach paliwowych. Autor Sylwester Latkowski publikacjami zareagował na fakt, że biznesmen zapragnął zostać właścicielem dużego klubu piłkarskiego. Dziennikarz uznał, że tylko w ten sposób może ostrzec władze miasta przed kontraktem z człowiekiem o podejrzanych koneksjach.

Niedoszły nabywca klubu złożył do sądu wniosek o zabezpieczenie swoich dóbr. Niewątpliwie miał do tego prawo. Ale rozprawa przed sądem odbyła się bez udziału Latkowskiego, w trybie nakazowym. Nie został powiadomiony, że wpłynął pozew, nie dano mu szansy, aby się do wniosku biznesmena odniósł. Wyrok otrzymał pocztą. Na mocy tego werdyktu sąd nakazał mu usunąć z internetu treści wskazane przez powoda. Niby nic wielkiego, a jednak dziennikarz odebrał to orzeczenie jako zamach na dziennikarską twórczość. Usunięcie wpisu z Twittera oznacza bowiem, że treści znikną bezpowrotnie, zostaną na zawsze wymazane sędziowską gumką. Odwołał się od wyroku.

Sąd w tej sprawie w ogóle nie zajął się meritum. Nie zbadał, czy to, o czym pisał dziennikarz, jest prawdą. W sposób mechaniczny zareagował na wniosek powoda. – Zostałem potraktowany jak internetowy troll – mówi Latkowski. – To nie tylko moja jednostkowa sprawa, ale i ostrzeżenie dla innych dziennikarzy, że mogą stać się celem takich sądowych wymuszeń, oznaczających nakładanie knebla mediom.

Historie, jakie stały się udziałem Żarskiej i Latkowskiego, chociaż dotyczą zupełnie różnych spraw, pozwalają na jeden wniosek. Wiele wskazuje, że idą ciężkie czasy dla dziennikarzy.

polityka.pl

%d blogerów lubi to: